E-book
23.63
drukowana A5
39.68
drukowana A5
Kolorowa
60.43
ZĄBIAKI i tajemnice starego gabinetu

Bezpłatny fragment - ZĄBIAKI i tajemnice starego gabinetu


Objętość:
75 str.
ISBN:
978-83-8467-355-3
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 39.68
drukowana A5
Kolorowa
za 60.43

Tajemniczy gabinet

W samym sercu miasta stał stary budynek, którego wszyscy woleli unikać. Jego okna były tak brudne, że nawet promienie słońca z trudem przebijały się przez warstwę kurzu. Drzwi skrzypiały przy każdym podmuchu wiatru, a zardzewiała klamka nie zachęcała do ich otwierania.


W środku panowała cisza.


Tak głęboka, że najmniejszy dźwięk dudnił echem, niczym w jaskini. W kątach stały stare fotele dentystyczne, zakurzone lampy zwisały z sufitu, a na podłodze leżały porozrzucane narzędzia, których nikt od dawna nie używał.


Wyglądało na to, że czas zatrzymał się tutaj wiele lat temu.


Powietrze pachniało starą pastą do zębów, goździkami i dawnymi lekarstwami. Był to dziwny zapach, trochę jak w muzeum, trochę jak w zapomnianej piwnicy, w której przez lata przechowywano stare medyczne przedmioty.


A jednak w tym miejscu było coś jeszcze, można było poczuć lekki dreszcz przebiegający po plecach i serce, które nagle zaczynało bić szybciej. Jakby stary gabinet skrywał jakąś tajemnicę i tylko czekał, aż ktoś ją odkryje.


Kiedy na niebie pojawiał się księżyc w pełni, w owym gabinecie zaczynały dziać się rzeczy, których nikt nie potrafił wyjaśnić.


Fotele poruszały się cicho, jakby kołysały się w rytm dziwnej melodii. Lampy migotały, choć nikt nie próbował ich włączyć, a po ścianach przesuwały się długie, tajemnicze cienie.


Czasami można było usłyszeć także szept.


Cichy.


Ledwie słyszalny.


Ale wystarczający, by zatrzymać się na chwilę i spojrzeć w stronę starego budynku.


Przechodnie nie wiedzieli, że w tym zapomnianym zakątku kryje się świat zupełnie inny niż ten, który znali na co dzień.


Świat pełen sekretów, niespodzianek i niezwykłych przygód.


Świat, w którym nawet stare fotele stomatologiczne mogły mieć własne tajemnice, a zakurzone narzędzia, swoją historię.


Bo właśnie tutaj mieszkała pewna niezwykła rodzina.


Rodzina Ząbiaków.

Nocne sekrety

Nocą w starym gabinecie wszystko nabierało jeszcze więcej magii.


To właśnie wtedy jego mieszkańcy budzili się do życia, a zwyczajne przedmioty potrafiły skrywać niezwykłe historie. Zza zamkniętych szuflad dobiegały czasem ciche szelesty, stare fotele skrzypiały przy najmniejszym ruchu, a gdzieś w głębi pomieszczenia można było usłyszeć tajemnicze stuknięcie.


Nie były to jednak odgłosy, których należało się bać.


Wręcz przeciwnie.


Brzmiały raczej tak, jakby ktoś urządzał sobie niewinne psoty, nucąc pod nosem:


„Ząbiaki w domu psocą,


Próchcia, Mleczak, wszyscy są


Tata Kamień, Mama też,


Z nimi zabawa trwa i gra!”


Nagle z mroku rozbłysły dwie pary oczu.


Jedna para przemknęła za fotelem, druga zniknęła pod starą szafką. Towarzyszyły temu ciche chichoty i tupot małych stóp.


Wtem ktoś kichnął tak głośno, że kurz uniósł się w powietrzu niczym złoty pył.


— A psik!


Po chwili z cienia wysunęła się Mama Dziąsława.


Była lekko pochylona, miała włosy upięte w kok i uśmiech pełen ciepła. To ona zawsze czuwała nad tym, żeby dzieci nie zrobiły sobie krzywdy wśród starych sprzętów i zakurzonych narzędzi.


— Próchciu! Mleczaku! Tylko ostrożnie! — zawołała.


Zza fotela wychyliła się Próchcia. Miała około dziesięciu lat i była tak ciekawa świata, że trudno było jej usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż kilka minut. Uwielbiała tajemnice, zagadki i wszelkiego rodzaju psoty.


Chwilę później spod starego stolika wyszedł Mleczak, jej młodszy brat. Miał kilka lat mniej od Próchci i zwykle z wielkim zapałem przyłączał się do jej pomysłów, choć nie zawsze nadążał za starszą siostrą.


Tym razem potknął się o własne nogi i wylądował prosto na miękkim dywaniku.


— Mleczak! — Próchcia wybuchnęła śmiechem.


— Nic mi nie jest! — odpowiedział, podnosząc się szybko. — To było zaplanowane!


Mama Dziąsława pokręciła głową, ale na jej twarzy pojawił się uśmiech.


— Oczywiście. Wszystko było zaplanowane.


W tej samej chwili zza drzwi dobiegło ciężkie stąpanie.


Tup… tup… tup…


Dzieci spojrzały na siebie.


— Tata! — szepnął Mleczak.


Po chwili w drzwiach pojawił się Tata Kamień.


— Czy ja dobrze słyszę? — zapytał, spoglądając na porozrzucane przedmioty. — Znowu urządzacie wyścigi po całym gabinecie?


— To nie wyścigi — wyjaśniła Próchcia. — To poszukiwanie przygody.


Tata Kamień westchnął ciężko.


— Poszukiwanie przygody? W tym starym gabinecie?


— A dlaczego nie? — zapytała Próchcia.


Tata Kamień już miał coś odpowiedzieć, kiedy nagle jedna z lamp zamigotała.


Raz.


Drugi.


A potem zgasła.


W gabinecie zrobiło się ciemniej.


Mleczak przysunął się do siostry.


— Próchciu…


— Co?


— Czy ty też to widziałaś?


— Co takiego?


Chłopiec wskazał na fotel stojący w głębi pomieszczenia.


Przez chwilę nikt się nie odzywał.


Fotel lekko się poruszył.


Skrzyp…


Próchcia zrobiła krok do przodu.


— To pewnie wiatr — powiedziała, choć sama nie była tego taka pewna.


— W tym gabinecie nie ma otwartego okna — zauważył Tata Kamień.


Wszyscy spojrzeli na siebie.


Przez chwilę panowała cisza.


A potem z głębi gabinetu dobiegł cichy chichot.


— Hihihi…


Próchcia szeroko otworzyła oczy.


— To już na pewno nie był wiatr…


Stary gabinet Ząbiaków skrywał znacznie więcej, niż można było dostrzec za dnia.


A jego mieszkańcy dopiero mieli się o tym przekonać.

Jesienne przygotowania

W domu Ząbiaków od samego rana panował niezwykły ruch.


Na stole piętrzyły się dynie, duże, małe, chude i okrągłe jak piłki.


Mama Dziąsława przygotowała je dla dzieci, każda miała już wycięty otwór, przez który można było wyjąć ze środka miąższ.


— Pamiętajcie, żeby nasze lampiony miały piękne, zdrowe uśmiechy! — powiedziała.


— Mój będzie najładniejszy! — zawołał Mleczak.


Chłopiec z zapałem zanurzył dłonie w dyni i zaczął wyciągać miękki miąższ.


— Ale tu jest tego dużo! — zaśmiał się.


Próchcia również zabrała się do pracy. Po chwili oboje mieli ręce lepkie od dyni, a wokół nich zaczęły rosnąć małe stosiki pestek.


Kiedy dynie były już puste w środku, Mama Dziąsława pomogła dzieciom przygotować na nich oczy i uśmiechy.


— Pamiętajcie o zębach! — przypomniała.


— Mój będzie miał największe! — zawołał Mleczak.


Chwilę później jego dynia zamiast pięknego uśmiechu dostała krzywy grymas.


Próchcia spojrzała na nią i zachichotała.


— O! Wygląda, jakby właśnie połknęła cytrynę!


— Wcale nie! — oburzył się Mleczak. — Ona się uśmiecha!


— Oczywiście — przyznała Próchcia. — Tylko trochę… kwaśno.


Mleczak zrobił obrażoną minę, ale po chwili sam zaczął się śmiać.


Próchcia wcale nie zamierzała jednak siedzieć spokojnie przy dyniach. Wzięła garść pestek i zaczęła podrzucać je do góry.


Jedna.


Druga.


Trzecia…


A potem wystrzeliła pestkę w stronę drzwi.


— Próchciu! — zawołała Mama Dziąsława. — Co ty wyprawiasz?


— To są magiczne pestki! odpowiedziała dziewczynka z całkowitą powagą. Każda trafiona dynia spełnia życzenie!


Tata Kamień, który siedział w fotelu i obserwował całe zamieszanie, uśmiechnął się pod nosem.


— W takim razie musisz dobrze celować — powiedział.


Próchcia zachichotała i podrzuciła kolejną pestkę.


Tata Kamień, jak zwykle, miał coś do powiedzenia.


— Kiedyś Halloween było prostsze… Dynia, świeczka i koniec. A teraz? Ozdoby, pajęczyny, lampki, nietoperze i kto wie co jeszcze!


Mruczał pod nosem, ale wcale nie wyglądał na niezadowolonego. Wręcz przeciwnie, ukradkiem podjadał pieczone pestki, które Mama Dziąsława przygotowała na patelni.


— Tato! — zawołał Mleczak. — Zjadłeś moje pestki!


— Nie twoje — odpowiedział Tata Kamień. — Nasze rodzinne.


— Ale ja je przygotowałem!


— To trzeba było pilnować.


Próchcia wybuchnęła śmiechem.


W tym samym czasie Mama Dziąsława próbowała zawiesić na oknie papierowe duchy. Niestety, jeden po drugim spadały na podłogę.


Okazało się, że Mleczak przykleił je… śliną zamiast użyć taśmy klejącej.


— Mleczaku! — jęknęła Próchcia.


— Przecież działało! — bronił się chłopiec.


W tym momencie kolejny duch zsunął się z szyby i wylądował mu na głowie.


Próchcia zaczęła się śmiać.


— To są duchy-akrobaci! — zawołała. — Ha, ha, huuuuu!


Mleczak zdjął papierowego ducha z głowy i również wybuchnął śmiechem.


Nagle przez uchylone drzwi wskoczył kot sąsiadów, którego nazwano rudy Płomień.


Jednym machnięciem ogona przewrócił miskę z pestkami.


Pestki rozsypały się po stole i podłodze.


— O nie! — krzyknął Mleczak.


Chciał je szybko pozbierać, ale potknął się o dynię.


Dynia potoczyła się przez cały pokój.


Toczyła się i toczyła, aż zatrzymała się przy samych drzwiach.


Tata Kamień spojrzał na nią z niedowierzaniem.


— No i mamy dyniowy maraton…


W jego oku mignęło jednak rozbawienie.


Kiedy dom wyglądał już jak prawdziwa jaskinia strachów, Mama Dziąsława otworzyła starą szafę i wyjęła duże pudełko z kostiumami.


— Dobrze, dzieci. Teraz czas wybrać przebrania.


Mleczak natychmiast zanurkował do pudełka.


— Nietoperz!


Po chwili wyszedł z niego w czarnej pelerynie. Niestety, rękawy były zdecydowanie za długie i chłopiec plątał się w nich przy każdym kroku.


— Patrzcie! — zawołał. — Jestem supernietoperzem!


— Superniezdarnym — poprawiła go Próchcia.


— To też!


Próchcia znalazła w pudełku spiczasty kapelusz czarownicy.


Włożyła go na głowę i spojrzała na siebie w starym lustrze.


— Od dziś jestem najstraszniejszą wiedźmą w całej okolicy!


— Nie jesteś straszna — powiedział Mleczak.


— Co?!


— Wyglądasz śmiesznie.


Próchcia udała oburzoną.


— Jeszcze zobaczysz!


Tata Kamień nawet nie zamierzał zaglądać do pudełka.


— Ja się nie przebieram.


— Dlaczego? — zapytał Mleczak.


Tata Kamień wzruszył ramionami.


— Moja mina jest wystarczająco straszna.


Mama Dziąsława pokręciła głową i poprawiła dynie stojące na parapecie.


— Dobrze, dzieci. Jeszcze trochę pracy i będziecie gotowi na wielką noc.


Za oknem robiło się coraz ciemniej.


Wiatr gwizdał w kominie, suche liście wirowały po podwórku, a w domu unosił się zapach pieczonych pestek i jesiennych przypraw.


Próchcia spojrzała przez okno.


Halloween było coraz bliżej.


A ona miała dziwne przeczucie, że tegoroczna noc będzie zupełnie inna niż wszystkie poprzednie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 39.68
drukowana A5
Kolorowa
za 60.43