Przedmowa
Będąc świadomym możliwego niedosytu, jaki czytelnicy mogą odczuwać po lekturze książki: Ta nie ta Wiślica, która to książka w pierwotnym moim zamyśle miała się składać z dwóch części i w drugiej miałem rozwinąć dzieje rodziny Mleczków, czego jednak z pewnych przyczyn nie uczyniłem, i co sprawiło, że wciąż nie opuszcza mnie poczucie niewykorzystanej szansy, postanowiłem rozszerzyć tę opowieść o losy pewnego drugoplanowego bohatera, który, być może, kogoś zaciekawił. Podobnie jak książka: Ta nie ta Wiślica, która jest fikcją podpartą prawdziwymi wydarzeniami, niniejsza opowieść jest również wytworem wyobraźni przemieszanej z prawdą. Bohaterowie tej książki, choć nigdy nie istnieli, posiadają poniekąd realne pierwowzory, które jednak nie mają żadnego związku z Wiślicą. Ich nazwiska zostały zmyślone i jakiekolwiek podobieństwa do nazwisk rzeczywistych mieszkańców Wiślicy są przypadkowe. Podobnie rzecz ma się z miejscem zamieszkania głównego bohatera. Choć podaję prawdziwą nazwę ulicy, przy której mieszka, to celowo nie zdradzam dokładnej lokalizacji. Nie jest to istotne dla fabuły i nie chcę także, by okazało się to istotne dla mieszkańców tej ulicy, nie chcę, by ktokolwiek doszukiwał się konkretnego domu, w którym po części dzieje się akcja — taki dom nie istnieje. Niniejsza historia jest po trosze zabawą narratora z bohaterami. Stała się też okazją do wyrażenia pewnych osobistych myśli.
Jako autor pragnę podziękować wszystkim tym, którzy wspierali mnie w pisaniu niniejszej książki, którzy czytali jej pierwsze wersje i swoimi pozytywnymi opiniami motywowali mnie do pracy, i którzy służyli też dobrymi radami i uwagami. Szczególnie mojej żonie, która tępiła literówki w tekście i śpieszyła z podpowiedziami. Niezwykle cenne jest wsparcie bliskich osób w procesie tworzenia.
Oddając niniejszą książkę w ręce czytelników, mam nadzieję, że po jej przeczytaniu będą mieli poczucie mile spędzonego przy niej czasu, a ich wiedza i wyobraźnia staną się dzięki niej bogatsze.
Książkę tę można czytać jako osobną pozycję. Jednak do pełnego jej zrozumienia, niezbędne jest poznanie treści jej poprzedniczki: Ta nie ta Wiślica.
Z poważaniem: autor
1. Zagadkowy wyjazd Krzysztofa
To było krótko po wyjeździe niejakiego pana Tomasza Mleczki z Wiślicy. Pan Tomasz wyjechał nagle do miejscowości o bliźniaczej nazwie położonej na Śląsku, w powiecie cieszyńskim, gdyż do Wiślicy na Ponidziu, która jest tłem niniejszego opowiadania, trafił poniekąd przez pomyłkę, poprzez zrządzenie przychylnego mu zresztą losu, który pokierował go w rodzinne strony jego ojca, dzięki czemu, przy okazji, poznał stryjecznego brata.
Krzysztof Pielczyk, który podczas pobytu pana Tomasza Mleczki w Wiślicy podążał jego śladami z powodów, które pewnego razu z rubaszną wesołością i być może nie do końca świadomą szczerością, bo po sporej dawce alkoholu, wyjawił współbiesiadnikom w miejscowym barze piwnym Rabarbar, o czym narrator opowie w dalszej części niniejszej opowieści, widziany był w sobotnie przedpołudnie, jak z wypchanym plecakiem wsiadał na miejscowym przystanki do autobusu. Wszyscy, którzy go znali i którzy akurat go zobaczyli, z ciekawości zadawali sobie pytanie, dokąd to Krzysztof się wybiera… A ów wypchany plecak nieodparcie sugerował, że nasz bohater wyjeżdża na dłużej i być może też daleko.
We wspomnianym barze piwnym przy złotym trunku wymieniano różne przypuszczenia na temat jego wyjazdu.
— Czyżby pojechał za tym gościem, co się tutaj kręcił? –zapytał ktoś na zaczepkę.
— No właśnie. Co to właściwie był za jeden? — zaciekawił się ktoś inny.
— Potomek Mleczków — wyjaśnił któryś z siedzących przy piwie.
— Mleczków? — zapytał ktoś jeszcze i rozmowa się rozkręciła.
— Mieszkali tu tacy dawno temu.
— I o co chodziło z tym Mleczką?
— Facet przyjechał odwiedzić rodzinne strony.
— Ciekawy przeszłości? Może czegoś szukał?
— Majątku?
— Jakiego tam majątku, wszystko poszło z dymem dawno temu.
— A może Krzychu pojechał za tą laską, co ją oprowadzał po Wiślicy? — wybrzmiał głośno czyjś domysł.
— Krzysiu i laska? Coś nowego.
— Nigdy nic nie wiadomo.
— To zatwardziały kawaler. Jak go Magda nie ruszyła, a przecież leciała na niego i to całkiem na poważnie, to ja nie wiem, jaka inna może go omotać.
— Magda na niego leciała? Ta Magda z…?
— Tak, ta.
— Może nie była w jego typie. Nie lubi rudych.
— Ale wszystko inne ma na miejscu i to w odpowiednich proporcjach.
— Owszem, owszem.
— Może woli brunetki, jak ta co z nią ostatnio paradował?
— Ostatnio? A było jakieś przedostatnio? Z niego to będzie dozgonny kawaler.
— Nigdy nic nie wiadomo.
Nigdy.
A co do Magdy, to narrator wspomni o niej również w odpowiednim czasie.
Krzysztof tymczasem, wbrew wątpliwościom niektórych naszych rozmówców z baru, wyruszał w podróż, która właśnie miała odmienić jego kawalerskie życie. Wsiadając do autobusu, miał świadomość, że z własnego wyboru przekracza granicę, za którą wszystko będzie inaczej. Oczywiście mógł jeszcze zawrócić z obranej drogi, mógł zaniechać zmian, zburzyć konstrukcję planów, którą pieczołowicie zbudował we własnej głowie w dniach poprzedzających wyjazd, do czego skłoniło go, a raczej natchnęło coś, co przytrafiło mu się zupełnie nieoczekiwanie i zawładnęło nim wbrew jego wcześniejszej woli, coś, co bywa chciane i niechciane, przez niektórych bywa upragnione, przez innych ganione, dla jednych jest światłem, dla innych ciemnością… Mógł jeszcze machnąć na wszystko ręką, starać się zapomnieć i powrócić do codzienności takiej jak ta sprzed niedawna, zanim wybrał się na pamiętny dla niego spacer nad rzekę Nidę, po którym nic już nie było jak wcześniej. Przemknęła mu przez głowę taka myśl, owszem, podobnie, jak przemyka każdemu, kto staje na rozdrożu i ma wybrać właściwy kierunek marszu, ale nie miała ona nad nim żadnej sprawczej mocy. Decyzja, którą podjął, nie podlegała wahaniom. Czyż bowiem można na zawołanie się odkochać? Wielka miłość porywa bez reszty. Nie pozostawia miejsca na wątpliwości, wahanie się, rozważania, na moralizowanie. Zakochanie jest jak mgła, w której trudno rozpoznać prawdziwe kształty rzeczy. Krzysztof był we mgle.
2. A zaczęło się tak
Zdarzyło się w pewien majowy słoneczny czwartek, jeszcze zanim w Wiślicy pojawił się pan Tomasz Mleczko, a dokładnie dwa dni przed jego przyjazdem, że nad Nidę zajechał niewielki, biały kamper. Zaparkował na tamtejszym parkingu. Był jedynym tam wówczas parkującym kamperem. Sezon turystyczny dopiero się zbliżał. Z szoferki pojazdu wysiadła młoda kobieta w czerwonym dresie, właściwie można by rzec — dziewczyna. Narrator z perspektywy swojego wieku pozwoli sobie tak ją określać. Podobnie naszego bohatera będzie nazywał chłopakiem. Przeciągnęła się, prostując ramiona, wykonując kilka skłonów, skrętów, podskoków. Każdy przypadkowy przechodzień z pewnością zarejestrowałby to niecodzienne, bądź co bądź, zjawisko, szczególnie przechodzień rodzaju męskiego. Dziewczyna bowiem wyróżniała się nieprzeciętną urodą i zgrabną sylwetką. I tak też się stało. Przypadkowym przechodniem zafascynowanym jej widokiem był nasz bohater: Krzysztof. Amor, przyglądając się z góry scenom brykającej dziewczyny i ukradkiem podglądającego ją chłopaka, niewiele myśląc, wypuścił strzałę i trafił. Ot, kolejna jego zdobycz, którą mógł pochwalić się przed szefem. Strzała ugodziła Krzysztofa, rozbudzając w nim uczucie, które dotychczas lekceważył, żyjąc osobistym przekonaniem, że kogo jak kogo, ale jego zakochiwanie nie dotyczy.
Choć Krzysztof jeszcze tego nie wiedział, bo zrazu odczuł jedynie lekkie ukłucie strzały Amora, to jej grot, nasycony solidnie bakcylem zakochania, wnikał w jego duszę coraz głębiej, pomału czyniąc go niewolnikiem miłości.
Kątem oka podpatrując dziewczynę, minął zaparkowany pojazd, przy którym się krzątała, i wolnym krokiem, splótłszy ręce za plecami, poszedł w kierunku znajdującego się nieopodal boiska do gry w piłkę nożną, jakby to był właściwy cel jego spaceru, co rusz odwracając głowę w jej stronę. Doszedłszy do bramy, ta była zamknięta, odwrócił się i, stojąc w bezruchu, teraz już nie siląc się na dyskrecję, całkiem otwarcie i z napiętą uwagą wpatrywał się w istotę, która wzbudziła w nim mało znany mu dotąd afekt. Dosięgnęło go uczucie, które może się przytrafić każdemu, w różnych okolicznościach i całkiem niespodziewanie, które wkrada się mimowolnie i burzy spokój ducha, które natrętnie potrafi zaprzątnąć umysł, odmienić codzienność, wywrócić ją do góry nogami, nadać jej inny wymiar i koloryt. Krótko mówiąc: przyszła na Krzysztofa pora. Od pierwszych chwil, gdy ujrzał dziewczynę, zakochał się w niej, choć nie był jeszcze tego w pełni świadomy, a tym bardziej — konsekwencji swojego zakochania.
Przyglądając się dziewczynie, choć od początku czuł się jej urodą trochę onieśmielony, kombinował, jak do niej podejść. Nabrał nieodpartej chęci i odwagi, by to zrobić, już prawie ruszył w jej stronę, gdy wtem do głowy przyszła mu myśl, że pewnie nie jest sama. Jak w ogóle mógł pomyśleć, że jest sama? W jednej chwili dotarło do niego, że w samochodzie albo gdzieś w pobliżu zapewne jest jej partner. Zmartwił się i zwątpił w swoje zamiary. Stał przez dłuższą chwilę, wypatrując osoby jej towarzyszącej. Nikogo takiego jednak nie dostrzegł. Nie zadręczając się więc nadmiernie podejrzeniami, czy w pobliżu jest ktoś jeszcze, zaczął iść odważnie w jej kierunku. Dzieliła go niewielka odległość od kampera, gdy obiekt jego miłosnego westchnienia zniknął w jego środku. Krzysztof zatrzymał się w oczekiwaniu, aż się ponownie wyłoni. A ponieważ trwało to długo i uznał, że stanie w jednym miejscu wygląda dziwacznie, to skierował kroki w stronę płynącej blisko Nidy, co rusz znowu odwracając głowę z nadzieją, że kobieta się ukaże. Wyglądało to pociesznie. Sprawiło jednak, że odwaga śmiałka go opuściła i teraz dla odmiany poczuł się dziecinnie speszony. Nie zrezygnował jednak ze swoich planów poznania uroczej przyjezdnej, która wpadła mu w oko. Amor, po tym jak ugodził go strzałą, jeśli obserwował wszystko z góry, zapewne miał ubaw, widząc jego podchody.
Krzysztof usiadł na jednej z ławek, jakich sporo nad rzeką, zmyślnie wykonanych z drewnianych bali. Odchylił do góry bejsbolową czapkę, którą ostatnio w przypływie dziwacznego natchnienia lubił nosić, by jej nazbyt długi daszek nie przesłaniał mu widoku, i czekał z nadzieją, że dziewczyna zaraz się pojawi. Co jednak, jeśli udała się na dłuższą drzemkę? Jak długo przyjdzie mu wtedy czekać? — zastanawiał się. Powziął stanowczą decyzję, że będzie czekał do skutku. W myślach powtarzał jak mantrę zaklęcie: „wyjdź z tego samochodu, wyjdź z tego samochodu”. I jakby odebrawszy telepatycznie jego życzenie i ku jego psychicznej uldze, dziewczyna pojawiła się przed kamperem. Rozstawiła przy nim turystyczny stolik i krzesełko. Na stoliku postawiła butelkę wina oraz szklankę, do której nalała szkarłatnego płynu. Usiadła i upiła łyk, wpatrując się w krajobraz, jaki miała przed sobą. Poderwał się z ławki i ruszył w jej kierunku, na przekór nieśmiałości, która wcześniej nim zawładnęła, czując, jak z emocji łomocze mu serce, jakby chciało wyskoczy z piersi. Idąc, w myślach usilnie zastanawiał się, co będzie mówił. Im był bliżej, tym bardziej czuł, że opuszcza go inwencja i zupełnie nie wiedział, co powie oprócz zwyczajowego dzień dobry. Od celu dzieliło go już niewiele kroków, gdy zobaczył, że dziewczyna patrzy w jego stronę, jakby przyciągając go wzrokiem. I wtedy — może też za sprawą nadal obserwującego wszystko z rozbawieniem Amora figlarza? — wbrew temu, czego się obawiał, co mogło się wydarzyć, a więc temu, że mógł z onieśmielenia zaniemóc, z niepewności siebie lub ze strachu przed kompromitacją zmienić kierunek i przejść obok dziewczyny, jak gdyby nigdy nic ominąć ją, wróciła do niego odwaga śmiałka. Nabrał wiary w swoje możliwości podboju kobiecego serca i pewności, że zapoznanie z nią przebiegnie pomyślnie.
— Dzień dobry — powiedział, gdy podszedł do niej, zdejmując z głowy bejsbolowkę, wykonując lekki ukłon i się uśmiechając.
— Dzień dobry — odpowiedziała.
— Przyjazd na wypoczynek? — zapytał całkiem swobodnie, nie obawiając się, że zabrzmi sztucznie, jak ktoś speszony, albo że na powrót ogarnie go nieśmiałość i odbierze mu mowę. Inwencja do rozmowy zjawiła się w samą porę.
— Tak. — Usłyszał odpowiedź.
— Z daleka?
— Z Tarnowa.
— Samotnie? — Krzysztof podstępnie podpytywał dalej, chcąc upewnić się, czy przyjechała kamperem sama, czy niebawem dołączy do niej ktoś jeszcze.
— Samotnie. — Usłyszał odpowiedź, która napełniła go radością. Takiej właśnie oczekiwał.
— Nie boi się pani ludzi o złych zamiarach?
— Jestem uzbrojona. A pan jakie ma zamiary?
— Jak najbardziej pokojowe — oznajmił Krzysztof, unosząc ręce w poddańczym geście.
— Więc nie będę sięgać po uzbrojenie.
— Pierwszy raz w Wiślicy?
— Pierwszy raz sama. Wcześniej byłam w towarzystwie.
— Teraz zawiodło?
— Nie z własnej woli.
— Czy mogę go pani dotrzymać? — Krzysztof śmiało parł w rozmowie do przodu. Ale w jego słowach i zachowaniu było dużo ostrożności, co dało się wyczuć po sposobie mówienia i tonacji wypowiedzi. Bo choć wyzbył się uczucia niepewności, nie chciał, by jego śmiałość w zadawaniu pytań została odebrana jako zuchwalstwo albo natręctwo, a już szczególnie — tego się obawiał i przed tym bronił — napastliwość.
— Jeśli tylko ma pan naprawdę pokojowe zamiary.
— Tylko pokojowe. Jestem człowiekiem pokoju. Nie znoszę przemocy. Z mojej strony może się pani niczego nie obawiać. — Uśmiechnął się, rozkładając ręce na znak przyjaznej otwartości.
Dziewczyna wstała z krzesełka i z samochodu przyniosła drugie identyczne krzesełko. Podała je Krzysztofowi.
— Proszę się przysiąść — zaprosiła go. — Napije się pan?
— Z przyjemnością. — Rozłożył krzesełko i usiadł naprzeciwko niej.
Ponownie na chwilę zniknęła w samochodzie, z którego tym razem przyniosła szklankę. Nalała do niej wina i postawiła przed nim.
— To na zdrowie — wzniósł toast Krzysztof.
— Na zdrowie — potwierdziła.
— To wino? — zdziwił się po upiciu łyka, przyglądając się zawartości szklanki.
— Zerówka — wyjaśniła.
— Zerówka? — zdziwił się.
— Bezalkoholowe. Nie smakuje?
— Nie. Uważam, że jest smaczne.
— Jestem samochodem. Poza tym nie przepadam za alkoholem — tłumaczyła.
— To tak jak ja.
— Facet, który nie przepada za alkoholem? Nie znosi przemocy? Same zalety.
— Mam też wady.
— Każdy ma wady.
— Jak ma pani na imię? — zapytał, w duchu trochę obawiając się swojej bezpośredniości.
— Sara.
— Ładne imię. Takie rzadkie. Możemy przejść na ty? — Tym razem jego pytanie zabrzmiało jak dziecięca prośba. Wciąż obawiał się zrażenia swoją śmiałością rozmówczyni. Krok po kroku jednak próbował nawiązać z nią bliższy kontakt.
— Nie ma sprawy. Jak twoje?
— Krzysztof.
— Krzysztof — powtórzyła, potakując.
— Takie zwyczajne. Moi rodzice nie wykazali się pomysłowością.
— Nie, dlaczego, jest w porządku. To ładne imię.
Krzysztof odruchowo spojrzał na jej dłonie w poszukiwaniu odpowiedzi, czy aby nie jest zamężna, o czym mogłaby świadczyć obrączka na serdecznym palcu, ale zamiast niej wypatrzył jedynie mały, złoty pierścionek, który jednak w jego przekonaniu nie musiał niczego oznaczać. Sara w swojej bystrości dostrzegła jego spojrzenie i lekko się uśmiechnęła. Zrozumiał, że został przyłapany na gorącym uczynku. Odpowiedział również delikatnym uśmiechem, po czym zapadła pomiędzy nimi chwila ciszy, podczas której zadawał sobie pytanie, jakie mógłby mieć szanse u tej dziewczyny, której aparycja tak go oczarowała od samego początku. Wyglądem przypominała mu aktorkę z jakiegoś filmu. Miała zniewalającą urodę, czarne, proste włosy związane w kucyk sięgający pomiędzy łopatki, smagłą cerę, łagodną buzię, lekko wypukłe kości policzkowe, duże, czarne oczy o mądrym, pełnym refleksji spojrzeniu, zgrabny nos i usta, wokół których, gdy się uśmiechała, układały się urokliwe fałdki, których widok ujął go od jej pierwszego uśmiechu. Szukał w pamięci aktorki, do której była podobna. Nie mógł sobie przypomnieć. Może później.
Nagle zaczął się zastanawiać, czego wcześniej nigdy nie robił, czy sam jest typem, który może się podobać. W kwestii urody nie miał o sobie nadmiernego mniemania, ale też nie mógł mieć kompleksów. Ileż to razy słyszał o sobie komplementy z ust bliższych i dalszych ciotek, które przy każdej sposobności dziwiły się, że chłopak z jego urodą nadal jest sam, to znaczy nie ma żony. Był średniego wzrostu przystojnym mężczyzną o lekko oliwkowej cerze, trochę pyzatej twarzy, tryskającej rumieńcami, piwnych, przymrużonych oczach o wnikliwym, może odrobinę ponurym spojrzeniu i gęstej, szatynowej, zaczesanej na bok czuprynie, której pukle uparcie opadały mu na czoło, co zresztą dodawało mu uroku. Według ciotek miał same zalety. Jedna z nich pomagała go nawet swatać. Bez skutku. Krzysztof nie miał ochoty na ożenek. Nawet jeśli zdradzał zainteresowanie płcią przeciwną, to nigdy do tego stopnia, by otwarcie się zakochać, a już na pewno ożenić. Zakochiwanie, jak niejednokrotnie przy innych powtarzał i do czego sam był też przekonany, jego nie dotyczyło. Z zakochiwania lubił sobie nawet pokpiwać. Oczywiście wszystkie ciotki uważały, że wreszcie i na niego czas przyjdzie. Ale im dłużej to trwało, tym mniej tych ciotek pozostawało przy życiu, a te, które pozostawały, pomału zaczęły w końcu powątpiewać, że Krzysztof kiedykolwiek się ożeni. Byli nawet i tacy, którzy uważali, że jest z nim coś „nie ten tego”. Byli w błędzie. Wszystko było „ten tego”. To Amor od spraw miłości, któremu „góra” przydzieliła Krzysztofa, nie wykazał się pracowitością. Może zawiódł system premiowania za wypuszczone celnie strzały. Może Amor był zwyczajnym leserem. W końcu jednak, mając już lat dwadzieścia dziewięć, wystawił się pod strzałę i został przez niego upolowany. I teraz przyszło mu, jakby na przekór sobie, martwić się, czy sam zostanie pokochany.
— Przyznam, że kobieta i kamper to rzadki widok — zaczął pierwszy po kilkunastu sekundach milczenia.
— Bo niby jesteśmy słabsze? Kolejny, który uważa, że kobieta nadaje się tylko do garów, seksu i rodzenia? — Zareagowała powagą na jego zdziwienie. — A kobiety na traktorach? — Po tych słowach się uśmiechnęła.
— Nie to miałem na myśli. — Krzysztof speszył się i poczuł wypieki na policzkach. Przestraszył się, że poczerwieniał i zostanie to przez Sarę zauważone.
— A co? — Dziewczyna, udając, że nie dostrzega jego zakłopotania i rumieńców, domagała się wyjaśnień.
— To, że samotna kobieta naraża się na różne niebezpieczeństwa — tłumaczył się Krzysztof.
— Kobiety potrafią się bronić.
— Z pewnością.
— Więc co? Tak zwana słaba płeć? A jak przyjdzie iść do dentysty, to facet pierwszy wieje spod drzwi.
Krzysztof z braku argumentów i po części z niechęci wchodzenia w słowną szermierkę, z obawy o nieprzewidziany konflikt, uniósł kolejny raz ręce w poddańczym geście, po czym sięgnął po szklankę i jednym duszkiem ją opróżnił. Sara ze swojej upiła mały łyczek.
— Gdyby jednak potrzebna była pomoc, to oczywiście służę. Zostawię ci numer swojego telefonu. Zapiszesz? — zaproponował z werwą i pewną ukrytą przebiegłością, którą jednak w lot Sara pojęła.
— Dobrze — odparła, po czym zniknęła na chwilę w kamperze. Wróciła z kartką i długopisem. Krzysztof się zdziwił. Jego przebiegłość nie wypaliła. Myślał, że będzie dyktował numer, a Sara zapisze go bezpośrednio w swoim telefonie i następnie sprawdzi poprawność zapisu, puszczając mu krótki sygnał, dzięki czemu on w ten sposób zyskałby numer do niej, ale tak niestety się nie stało. Sara podała mu przybory do pisania. Wykaligrafował swoje imię i numer swojego telefonu. Podał dziewczynie.
— Dzięki — odpowiedziała, chowając kartkę do kieszeni dresu.
Ponownie na kilka chwil pomiędzy nimi zapanowało milczenie. Krzysztof poczuł się zawiedziony, że Sara nie dała mu swojego numeru telefonu. Jednak rozsądek nie pozwolił mu na negatywne uczucia względem niej. Dopiero ją poznał. Nie mógł przecież oczekiwać, że ledwo poznana dziewczyna od razu mu zaufa i rzuci mu się w objęcia. Do wszystkiego trzeba czasu. Dużo czasu i starań.
Spojrzał na swoją szklankę. Była pusta. Sara swojej jeszcze nie opróżniła. Czy to, że nie proponowała mu dolewki, to był znak dla niego, że ma już odejść? Tak to odebrał. Może dziewczyna miała go już dość? Postanowił nie być natrętem.
— Na mnie już czas. Trochę się zasiedziałem. Miło było cię poznać. — Na przekór sobie podjął decyzję i podniósł się z krzesełka.
— Mnie również — odpowiedziała Sara.
— Na długo przyjechałaś?
— Jeszcze nie wiem. Może kilka dni.
— Będzie miło mi cię jeszcze spotkać.
— Więc do zobaczenia — powiedziała z uśmiechem.
— Do zobaczenia. Często przychodzę nad rzekę. — Ostatnie jego słowa zabrzmiały jak zapowiedź rychłych odwiedzin.
Krzysztof naciągnął bejsbolówkę na głowę i skierował kroki w swoją stronę. Uszedłszy może sto metrów, odwrócił się. Dziewczyna, siedząc nadal przy turystycznym stoliku i niedopitej szklance bezalkoholowego wina, patrzyła w jego kierunku. Pomachał do niej. Ona odwzajemniła gest. Po przejściu kolejnego odcinka odwrócił się ponownie. Jeszcze raz pomachał. Sara odmachała. To dobry znak — pomyślał. Czuł, jakby jakiś magnes zaczął przyciągać go do niej. Odchodząc, ciężko mu było pokonać siłę przyciągania tego magnesu. Gdyby teraz ktoś zapytał go o zakochiwanie, Krzysztof — przynajmniej sam przed sobą — z pewnością nie zarzekałby się, że to go nie dotyczy. Dużo się zmieniło. Zwyczajny spacer nad Nidę, będący dla niego rutyną, miał dużo namieszać w jego życiu. Krzysztof poczuł motylki w brzuchu. Wypełniła go nieznana mu dotąd radość i obudziła się w nim nadzieja na przyszłość, która, choć nie potrafił jeszcze sobie tego wyobrazić, podświadomie zaczęła powoli nadawać jego życiu nowy sens. Bakcyl miłości, którym grot strzały był solidnie nasycony, zainfekował już wszystkie komórki jego ciała i duszy. Krzysztof zapadł na chorobę miłości. Tę jedyną chorobę, która — jeśli jest odwzajemniona — jest chorobą przyjemną i pożądaną, przy której człowiek zdaje się rozkwitać, tryskać radością, chce mu się tańczyć i skakać, przy której wstępuje w niego nowe życie, prawie rodzi się na nowo, która leczy inne choroby, która przez psychologów śmiało może być zalecana jako lekarstwo na depresję, ale która ma również swój rewers, bo gdy jest nieodwzajemniona, potrafi niszczyć, a nawet i zabić. Niejedno życie przerwało nieszczęśliwe zakochanie. Nasz bohater oczywiści marzył, by jego uczucie zostało odwzajemnione. A jakieś nadprzyrodzone moce, w które wierzył, że kierują ludzkim losem, i na które, jeśli się bardzo chce, można również mieć wpływ, dodawały mu otuchy, że tak właśnie będzie. Już on się postara, by te nadprzyrodzone moce mu w tym pomogły. Musi tego tylko bardzo chcieć i wszystko będzie tak, jak tego pragnie — myślał.
Po drodze do domu Krzysztof wykonał kilka radosnych, błazeńskich podskoków. Przypadkowy obserwator zapewne popukałby się w czoło, widząc to. Przypadkowy obserwator, jeśli był kiedyś zakochany, zapewne nie pamiętałby uczucia, które i jego być może kiedyś skłaniało do radosnych podskoków. Choć może inny obserwator zadałby klasyczne pytanie: „wariat czy zakochany?”.
3. Krzysztof
O Krzysztofie mówiono zawsze, że jest inny. Ale co to znaczy, że ktoś jest inny? Każdy człowiek przecież jest inny. Każdy ma swoje osobiste usposobienie, jakieś upodobania, poglądy. Co więc Krzysztofa czyniło innym? Czym się wyróżniał? Tym, że od młodych lat zwykł stronić od towarzystwa? Tym, że nie lubił brać udziału w organizowanych uroczystościach, towarzyskich imprezach, potańcówkach, zabawach, konkursach, grach w piłkę, pływaniu czy nawet łobuzowaniu? Tym, że jako młodzieniec mniej interesował się dziewczynami, za to więcej czasu poświęcał swoim zainteresowaniom? Tak, to wszystko z pewnością uzasadniało nazywanie go innym. Można by się zastanawiać, co zadecydowało o tej jego inności? Geny? Środowisko, w jakim się wychowywał? Zagadnienie godne dogłębnej analizy, gdyż pobieżnie nikt nie potrafił odpowiedzieć, skąd odmienność Krzysztofa się wzięła. Wszyscy — ci najbliżsi, czyli rodzina, i ci dalsi, czyli sąsiedzi, znajomi, znajomi znajomych itd. — dostrzegali jego indywidualność od wczesnych lat jego życia i wszyscy oni zastanawiali się nad jej przyczynami. Początkowo mieli też nadzieje, że wyrośnie z pewnych przypadłości, po prostu przejdzie mu, jak mawiali. Owszem, można powiedzieć, że wyrósł, ale nie do końca. Niektóre przypadłości wraz z wiekiem zniknęły, niektóre ewoluowały, niektóre się pogłębiły, jak na przykład skłonność do bujania w obłokach i życia w świecie wyobraźni. To ostatnie pozostało z nim na długo.
Kiedy przyszedł na świat, jego babka Aleksandra Pielczyk, trzymając go na rękach, powiedziała, że będzie wyjątkowym człowiekiem. Zmarła trzy lata po urodzeniu wnuka, więc nie mogła się przekonać, jaką wyjątkowość mu przewidziała. Z pewnością jednak nie taką miała na myśli, jaka Krzysztofa od wczesnych lat do późnego kawalerstwa cechowała. W dobrej wierze miała nadzieję, że wnuk będzie wielkim, oczywiście w sensie życiowych osiągnięć, człowiekiem. No cóż, może wszystko jeszcze przed nim?
Krzysztof urodził się w 1995 roku w Wiślicy, w domu przy ulicy Okopowej, który rodzina Pielczyków zajmowała od dwóch stuleci i który stopniowo rozbudowywała. Jego matką była Waleria Pielczyk z domu Myszkiewicz, pochodząca z pobliskiej wsi Strożyska, ojcem — rodowity wiśliczanin Błażej Pielczyk. Babcia, która przewidywała jego wyjątkowość, to Aleksandra Pielczyk z domu Kuncara, pochodząca z podpińczowskiej wsi, dziadkiem zaś był Ignacy Pielczyk, rodowity wiśliczanin. To dziadkowie od strony ojca. Od strony matki dziadkowie zeszli ze świata, zanim Krzysztof się na nim pojawił, znał ich tylko z kilku archiwalnych fotografii, które jego matka Waleria przechowywała niczym cenne relikwie. Jako trzecie dziecko w rodzinie — miał starszą o pięć lat siostrę Elżbietę oraz starszego o trzy lata brata Ireneusza — przez pierwsze lata życia był urokliwym brzydalkiem, jak szeptali niektórzy w tajemnicy, zawsze z uśmiechem i nutką pokpiwania. Był chłopczykiem drobnego ciałka z pełnymi piegów pyzatymi policzkami, garbatym noskiem, zbyt wysokim czołem i głową rzadko owłosioną blond włosami. Jego brat i siostra nie wzbudzali nadmiernego zachwytu urodą, ale też nie dawali powodów do pokątnych szeptów jak w przypadku ich najmłodszego braciszka. Nie wiadomo, po którym z przodków tę wątpliwą urodę odziedziczył. Ale to się zmieniło. Nie wiadomo za jaką przyczyną mały Krzysio od szóstego roku życia zaczął się przeobrażać w zgrabnego, pełnego urody chłopczyka. Zupełnie jakby zrzucił z siebie tymczasowy kokon. Natura potrafi płatać figle. Górę wzięły zupełnie inne geny, które po kimś odziedziczył, co było nieraz przedmiotem dyskusji dorosłych i powodem ich rozmaitych domysłów. Wszyscy zadawali sobie pytanie: po kim? Jedni widzieli w nim podobieństwo do matki, inni do ojca, do któregoś z dziadków albo którejś z babć. Bywało, że szukali tego podobieństwa w starych pamiątkowych fotografiach. Tak czy owak, Krzysztof wyzgrabniał, jego ciało nabrało nienagannych proporcji, buzia wyładniała, piegi zniknęły, nosek się wyprostował, a rzadkie włosy koloru słomy zmieniły się w gęstą, szatynową czuprynę. Pozostały jedynie nieco pyzate lica. Nie cud? Cud. Tak mówili wszyscy w Wiślicy. Czemu cud zawdzięczany? Są rzeczy, których ludzki rozum nigdy nie pojmie. No cóż, babcia Aleksandra przewidywała wyjątkowość wnuka. Tej cudownej przemiany jednak z pewnością również nie mogła mieć na myśli.
W roku, w którym kończył siedem lat, Krzysztof, jak wszystkie dzieci, poszedł do szkoły podstawowej. Nie wyróżniał się w niej ponadprzeciętnymi zdolnościami. Tylko tym, że był nad wyraz grzecznym i cichym uczniem, za co otrzymywał pochwały od nauczycieli, ale co było też powodem docinków ze strony kolegów i koleżanek. Podobnie było w wiślickim gimnazjum i liceum, do którego uczęszczał w Busku-Zdroju. Krzysztof niespecjalnie był chętny do nauki. Nie miał szczególnych ambicji. Nie marzył o studiach. Jego edukacja skończyła się na maturze. Chciał iść do pracy, by zarabiać pieniądze. Dobry znajomy ojca załatwił mu pracę w pewnej firmie w Busku produkującej drobne elementy z tworzyw sztucznych. Zrazu zatrudniony był jako pracownik fizyczny, później — ponieważ dobrze posługiwał się komputerem — przeniesiono go na stanowisko biurowe i powierzono mu kwestie zaopatrzeniowe. Krzysztof traktował pracę poważnie. Na każdym stanowisku wywiązywał się bardzo dobrze z powierzonych mu obowiązków. Przełożeni to widzieli i nagradzali go sowitymi premiami. Przepracował w niej osiem lat, zapobiegliwie odkładając przez ten czas sporą kwotę zarobionych pieniędzy, które później miały mu ułatwić spełnienie marzeń. Firma jednak nie oparła się pewnym niekorzystnym tendencjom na rynku i pewnego dnia jej właściciel podjął decyzję o likwidacji. A ponieważ o pracę było trudno w Wiślicy i w pobliżu, Krzysztof pozostał bezrobotny. Żył po trosze z oszczędności, które zgromadził, i z pieniędzy, które otrzymywał od rodziców za pomoc w prowadzeniu gospodarki. Jego rodzice posiadali całkiem niezły areał ziemi uprawnej, która przynosiła dosyć przyzwoite dochody.
Poza pracą Krzysztof żył w świecie swoich własnych fantazji. Czytał dużo książek, a te — pochłaniając go bez reszty — miały na niego wpływ niekoniecznie pożądany, gdyż łatwo wciągały go w wir wyobraźni, z którego trudno było mu się uwolnić, z którego, można by wręcz myśleć, świadomie nie chciał się uwalniać, gdyż w świecie tym czuł się dobrze. I tak świat fikcji często przenikał się w jego świadomości ze światem realnym. Krzysztof podświadomie przeistaczał się w bohaterów, o których czytał. Mawiał tak jak oni, często zachowywał się tak jak oni, bywało, że poruszał się tak jak oni.
Gdy naczytał się o Nostradamusie, chciał przewidywać przyszłość jak on. Więc pogłębiał przez długi czas wiedzę w tym zakresie. Zdobywał książki na temat wizjonerstwa. Uczył się przepowiadania i starał się je praktykować. Dużo czasu poświęcał kontemplacji, podczas której wierzył, że udoskonali metodę widzenia przyszłych zdarzeń. Wśród znajomych dużo rozwodził się na ten temat. Ci ostatni, słuchając go, porozumiewawczo kiwali do siebie głowami, a za jego plecami dawali upust swoim kpinom z niego. Byli tacy, którzy prosili go o przewidzenie wygranej w Dużego Lotka. Na ich życzenie Krzysztof użył swoich wizjonerskich metod i wytypował cyfry, które miały paść w losowaniu. Na sześć udało mu się trafnie podyktować cztery. Oczywiście wzbudziło to niebywałą sensację. Niemal okrzyknięto go prawdziwym wizjonerem. Ale to był jednorazowy przypadek. Nigdy więcej nie udało mu się przewidzieć więcej niż jednej albo dwóch cyferek. Czyli tak jak przeciętnemu graczowi. Oczywiście nie zraziło to Krzysztofa. Był przekonany, że tajemnica przepowiadania leży w ciągłym doskonaleniu metody i że jest w stanie wypracować taką, dzięki której zajrzy w przyszłość. Musiał tylko znaleźć sposób na odsłonięcie zasłony, za którą się ona kryje. Tak więc nie zrażały go niepowodzenia. Konsekwentnie starał się rozwijać swoje wizjonerskie umiejętności. Mijały lata, a on wciąż szukał odpowiedniego klucza, którym otworzy drzwi, za którymi zobaczy, co się wydarzy czy to w szerokim świecie, czy też w jego życiu osobistym.
Próba posiądnięcia wizjonerskich zdolności nie była jego jedynym pragnieniem. Tak jak dziecko marzy, by zostać policjantem, strażakiem, żołnierzem, marynarzem itd., tak i Krzysztof w swoim dorosłym życiu miał marzenia, którym się oddawał, które jednak można by śmiało nazwać dziecinnymi, gdyż nigdy nie miały szans się zrealizować, choćby w najmniejszym stopniu. Mogły zaistnieć tylko w jego wyobraźni, co też w pewnym sensie miało miejsce. Wyobraźnię bowiem miał on nieposkromioną. I jako dorosły dużo też miał w sobie z marzącego dziecka. I prawie jak dziecko lubił się bawić.
Krzysztof, jak już wspomniano, był miłośnikiem książek. Skupował je niemal hurtowo. A ta jego miłość do nich zaczęła się w sposób nietypowy, bo od filmów. Zazwyczaj bywa odwrotnie. Po obejrzeniu kilku o charakterze szpiegowskim zafascynowały go postaci głównych bohaterów, w których wcielali się: Sean Connery, Roger Morre, Pirce Brosnnan. Pragnął być jak oni. Zaczął rozczytywać się w powieściach o słynnych agentach, detektywach, policjantach. Zawładnęli oni jego wyobraźnią w sposób zniewalający. Krzysztof mimowolnie kopiował ich zachowania. Zupełnie jakby sam odgrywał role. W krótkim czasie zgromadził iście imponujący księgozbiór. Nie żałował pieniędzy na książki, które go zainteresowały, głównie te o tematyce szpiegowskiej, kryminalnej, historycznej, ale też fantastycznej. W swoim pokoju zamontował specjalne regały, na których wszystkie tematycznie poukładał. Były tam książki Fleminga, Ludluma, Cornwella, Conan Doyle’a, Agaty Christie, Lema — długo by wymieniać, jednak narrator zmuszony jest pozostać przy najsławniejszych klasykach, gdyż wymienianie wszystkich wraz z twórcami współczesnymi, tymi zagranicznymi i polskimi, zajęłoby kilka stron. Swój pokój zmienił w istną prywatną bibliotekę. Oprócz tego Krzysztof skupował również filmy. Na kilku półkach stały skrzętnie poustawiane płyty DVD. Każdy mógłby pozazdrościć mu zgromadzonej filmoteki, podobnie jak księgozbioru. Całymi dniami przebywał w swoim pokoju, w swoim — jak mawiał — królestwie. Oprócz książek i płyt znajdowało się w nim też dużo elektroniki: komputer, odtwarzacz, wielkoformatowy telewizor najnowszej generacji, i wiele innych, mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów, kupowanych przez niego z różnych powodów i zachcianek.
I tak nasz bohater dużo czytał, dużo oglądał, żył w świecie fantazji. A to wszystko ku irytacji swoich rodziców, a przede wszystkim matki, która widząc to narzekała:
— Za pannę byś się jakąś wziął, a nie tylko książki i filmy.
— Może kiedyś — odpowiadał Krzysztof, chcąc wzbudzić w matce odrobinkę nadziei.
— Wnuków nie mam.
— Ale za to całą chmarę wnuczek.
— Ale wnuki są potrzebne. Nazwisko przekazać trzeba.
— Pogadaj z Elką i Irkiem. Niech dorobią wnuki.
— Nazwisko, powiadam.
— To z Irkiem. Niech się bierze do roboty.
— Kiedy ty się weźmiesz?
— Oj tam — odparł lekceważąco jej syn.
Jak już narrator wspomniał, Krzysztof miał starsze rodzeństwo, Elżbietę i Ireneusza. Elżbieta po wyjściu za mąż przeniosła się do Kielc. Rok po ślubie urodziła dwie bliźniaczki, a dwa lata po nich jeszcze jedną córkę. Ireneusz zaś po ożenku z kobietą poznaną na wyjeździe w Poznaniu, gdzie zamieszkał, spłodził w odstępie trzech lat dwie córki. Tak więc pani Waleria owszem, mogła pochwalić się licznymi wnuczkami. Nie była jednak całkiem ukontentowana z tego powodu. Brakowało jej wnuczka. A najlepiej kilku, jak nieraz powtarzała. Stąd jej nagabywanie syna, który — choć lata mijały, te najlepsze miał już za sobą — wciąż mieszkał z rodzicami.
— Magda taka fajna dziewczyna, kręci się koło ciebie, a ty nic — nawiązywała do pięć lat młodszej od Krzysztofa jego koleżanki, mieszkającej w Gorysławicach, której wpadł w oko i która garnęła się do niego całą sobą.
— Mamuś, ona nie jest w moim typie. Ona jest ruda.
— Typie? Ty masz jakiś typ?
— Oczywiście, że mam. Każdy ma.
— To może mi powiesz jaki? Może coś znajdziemy specjalnie dla ciebie. Ten twój typ. — Matka się krzywiła.
No cóż. Może to i była wymówka ze strony jej syna. Może to wina Amora lesera, który nie garnął się do wykonywania zadań, do których „zwierzchnictwo” go powołało? Ale też kwestia typu kobiety, jej urody, wyglądu nie jest zagadnieniem, który można lekceważyć. Jednemu podobają się blondynki, innemu brunetki, jeszcze innemu rude. To nie jest jak w piosence śpiewanej przez Kiepurę: „brunetki, blondynki ja wszystkie was…” itd. To sprawy poważne. Jak się później okazało, Krzysztof faktycznie miał swój ulubiony typ kobiety: Sara. Magda była urokliwą osóbką, zgrabną, taką, o której mówi się, że jej niczego nie brakuje, miała śliczną, jasnej cery buzię bez najmniejszej skazy, roześmiane oczy i kręcone, rude włosy. Zapewne niejednemu wpadła w oko i się w niej podkochiwał. Ale nie nasz bohater. Niestety. Ku rozczarowaniu jego matki.
— To jaki ten typ? — drążyła, domagając się odpowiedzi.
— Jak zobaczę, to będę wiedział.
— Ty sam nie wiesz, czego chcesz.
— W każdym razie nie może być ruda, gruba, piegowata…
— …krzywa, garbata, sratatata, sratatata, bez zmazy, bez skazy — wrzasnęła, wchodząc synowi w zdanie. — Przestań bujać w obłokach i zejdź na ziemię. Ideały to może są tylko w twoich czytadłach.
Takie i podobne dyskusje rozbrzmiewały co pewien czas. Nie przynosiły jednak żadnego skutku. Krzysztof był nieugięty.
Pani Waleria pewnego razu postanowiła się zaangażować w kwestię poszukania dla syna partnerki. W tym celu, w tajemnicy przed domownikami, czyli przed mężem, któremu jej metody pewnie nie przypadłyby do gustu, bo zawsze twierdził, że nigdy nic dobrego na siłę się nie osiągnie, i przed synem, którego sprawa dotyczyła, obdzwoniła swoje siostry i kuzynki, delikatnie dając im do zrozumienia, o co chodzi. Jedna z krewnych, o imieniu Adela, mieszkająca na Śląsku, postanowiła połączyć z nią siły. Akurat mieszkała u niej dziesiątej czy piętnastej wody po kisielu kuzyneczka wiekiem w sam raz dla Krzysztofa. O trzy lata od niego młodsza. Studiowała zaocznie i pracowała, zarabiając na studia i utrzymanie. Po poufnej rozmowie Waleria i Adela ukartowały plan wyswatania naszego bohatera. Pod pozorem załatwienia jakichś spraw spadkowych Adela miała przyjechać do Wiślicy wraz ze swoją lokatorką. Wykorzystała fakt, że dziewczyna miała samochód, więc poprosiła ją o przysługę, by zawiozła ją tam i została z nią na kilka dni. Ta, niczego nie podejrzewając, chętnie na to przystała. Rzadko trafiała jej się okazja wyjazdu i odpoczynku od codziennych obowiązków.
Była niedziela pewnego letniego, upalnego dnia. Od samego rana Waleria krzątała się po kuchni, szykując wystawny obiad i desery na przyjęcie gości. Oczywiście o mających przybyć wiedzieli już jej mąż Błażej i syn Krzysztof. Dużo wcześniej przekonała ich, że krewna ze Śląska ma przyjechać w ważnych sprawach spadkowych. Błażej był podejrzliwy, nie do końca wierzył w to, do czego żona usiłowała go przekonać, jednak nie zamierzał drążyć tematu rzekomego spadku. Węszył intrygę, ale nie chciał się wtrącać do jej planów, a tym bardziej ich krzyżować. W południe przed ich dom zajechał niebieski fiacik 500. Wysiadły z niego: ciotka Adela — tak mawiał na nią Krzysztof — i dziewczyna kierująca fiacikiem. Ciotka była sześćdziesięcioparoletnią, drobną, pełną wigoru osóbką, uśmiechniętą i skorą do żartów. „Dawno nie bywałam w szerokim świecie” — wyznała, trochę nie bez ironii, zaraz po opuszczeniu pojazdu. Dała się też poznać po elegancji. Miała na sobie szare, szerokie spodnie i kremowy żakiet. Starannie uczesane kasztanowe włosy zdradzały, że przed przyjazdem sporo czasu musiała spędzić w salonie fryzjerskim. Towarzysząca jej dziewczyna prezentowała się jak przysłowiowa modelka. Była szczupła, wysoka, wzorcowych rozmiarów i kształtów, co podkreślały białe, obcisłe spodnie i równie obcisły top w błękitnym kolorze. Miała wyrazistą twarz, duże piwne oczy i ciemne, podstrzyżone na chłopaka włosy. Waleria była zachwycona jej urodą. Była pewna, że spodoba się synowi. Jej zdaniem taka uroda nie mogła być nie w „typie”. Jedno tylko ją zaniepokoiło zaraz na samym początku. Jola, bo tak było na imię tej piękności, była o głowę wyższa od jej syna. Wzrostem nijak do siebie nie pasowali. Ale nadzieja pozostawała. Cóż tam wzrost? Liczy się uczucie. Może nim do siebie zapłoną?
Zapoznawszy się, Jola i Krzysztof, zrazu trochę nieśmiali, wymienili kilka nieskładnych zdań na tematy osobiste, gdzie kto pracuje, czym się zajmuje, lekko się przy tym rumieniąc. Przy okazji wydało się, że fryzura ciotki Adeli to dzieło dziewczyny, gdyż fryzjerstwo było jej profesją. Później wszyscy zasiedli do wspólnego obiadu. Ciotka Adela zachwalała rosół, który tradycyjnie w niedzielę został podany jako pierwsze danie. Waleria zaproponowała jej dokładkę, z czego Adela ze smakiem skorzystała. Na drugie danie były do wyboru drobiowe i wieprzowe kotlety, ziemniaki oraz dwa rodzaje surówek. Do tego truskawkowy kompot. Nie obeszło się też bez kieliszka czerwonego wina, które przywiozła krewna ze Śląska. Młodzi ukradkiem na siebie spoglądali. Starsi konspiracyjnie i porozumiewawczo spoglądali na młodych, czy ci spoglądają na siebie. Mieli nadzieję, że Amor pośle strzały, po jednej dla Krzysztofa i Jolanty, i te wpadną przez otwarte okno wraz z zapachem kwitnących w pobliżu bylin, rozbudzając w nich wzajemne uczucie.
— Piękna dzisiaj pogoda… i ten zapach kwiatów kwitnących w ogrodzie — powtarzali, przytakując sobie wzajemnie, dalej odgrywając komedię rodzinnego spotkania, rzekomo wyłącznie w celu rozstrzygnięcia jakichś tam kwestii spadkowych, których nie wiadomo nikomu, kogo i czego miały dotyczyć. Nikt też nie zaczynał na ten temat rozmowy.
Po obiedzie Waleria wraz z Adelą, która — nie zważając na sprzeciwy gospodyni — pośpieszyła jej z pomocą, podały na stół ciasta: szarotkę, sernik oraz galaretki z bitą śmietaną i czekoladą. Do tego było wino i, jeśli ktoś miał ochotę, kawa z ekspresu, rozpuszczalna albo parzona tradycyjnie. Gdy deser został zjedzony, Waleria zaproponowała, by Krzysztof oprowadził Jolę po Wiślicy i pokazał jej miejscowe zabytki. Jola chętnie na to przystała. Młodzi udali się więc na spacer po okolicy. Na początek spacerowym krokiem poszli w kierunku rzeki. Chłopak chciał przyjezdnej pokazać miejsca rekreacji, gdzie latem miło można spędzić czas, popływać wpław, pogrillować. Gdyby idąc, trzymali się za ręce, śmiało można by powiedzieć: para zakochanych. Ale nie trzymali się za ręce, nawet nie szli zbyt blisko siebie. Krzysztof nie czuł się komfortowo przy dziewczynie, która przerastała go o głowę. W swojej bujnej wyobraźni słyszał z tego powodu żartobliwe docinki ze strony świadków ich wspólnego spaceru. Nie chciał też, by którykolwiek z tych świadków wyciągał pochopne wnioski. Rozmowa po drodze pomiędzy nimi też niespecjalnie się kleiła. Jola szła, delektując się elektronicznym papierosem i wydmuchując chmury aromatycznej pary. Krzysztof szedł metr obok niej, popalając tradycyjnego papierosa, z paczki, którą zapobiegliwie przed wyjściem z domu włożył do kieszeni. Choć nie był namiętnym palaczem, to czasem lubił sobie zapalić. Teraz nadarzyła się okazja, by w paleniu dotrzymać Joli towarzystwa. Podeszli do brzegu rzeki, popatrzyli na wodę, po czym zawrócili i udali się w stronę Grodziska. Chłopak chciał, jak rasowy przewodnik, opowiedzieć przybyłej po raz pierwszy do Wiślicy dziewczynie o historii miejsca, z którego początki brało polskie państwo, zaczynając swą opowieść od pradawnych dziejów. Mówił o nieprzypadkowym położeniu pierwotnej osady, o chrzcie Wiślimira sto lat przed Mieszkiem i o związanej z tym legendzie. Dotarłszy na miejsce, wspięli się na skarpę i po drewnianym podeście przewędrowali wokół Grodziska, zatrzymując się przy tablicach informacyjnych, które Krzysztof z udawaną powagą na głos odczytywał i niektóre ciekawie komentował. Jola zrobiła smartfonem kilka pamiątkowych fotek, a po zejściu ze skarpy poprosiła chłopaka o zrobienie jej paru ujęć przy charakterystycznej skale unikatowej z racji swojego kształtu, przypominającego wejście do groty. Następnie Krzysztof zaprosił ją do zwiedzenia Muzeum Archeologicznego, zachwalając jego nowoczesność i wyjątkowość, dokąd udali się, mijając po drodze Psią Górkę, przy której chłopak opowiedział jej o komicznym mającym w tym miejscu zdarzeniu z udziałem niejakiego Gniewosza z Dalewic, który musiał odszczekać kłamstwa pod adresem królowej Polski Jadwigi. Po dotarciu do muzeum i kupieniu biletów wstępu, wraz z grupą przypadkowych turystów ruszyli zwiedzać muzealne ekspozycje. Na wstępie Jola z ciekawością obejrzała audiowizualny pokaz o historii Wiślicy. Po pokazie z uwagą wsłuchiwała się w każde słowo przewodnika. Z zainteresowaniem oglądała fundamenty średniowiecznych, sakralnych budowli, miejsc dawnych obrządków i pochówków. Korzystają ze smartfona, pstrykała pamiątkowe fotki. Zaciekawiły ją makiety dawnych wiślickich budowli i zgromadzone w gablotach archeologiczne znaleziska przedmiotów codziennego użytku. Sporo uwagi poświęciła płycie orantów, wsłuchując się w objaśnienia oprowadzającego wycieczkę. Pstryknęła kilka ujęć. Zatrzymała się na dłuższą chwilę przy wystających z gleby ludzkich szczątkach, wpatrując się w nie, zamyślona. Tych jednak nie śmiała fotografować. Uznała to za niestosowne. W jej odczuciu byłby to brak czci dla ludzi zmarłych przed wiekami.
— Oni byli tacy jak my — wyszeptała do ucha Krzysztofa.
— My będziemy tacy jak oni — odszeptał z iście filozoficzną mądrością, czym zaskoczył koleżankę, wzbudzając w niej lęk, który odmalował się na jej twarzy, jakby właśnie w tej chwili przejmująco uświadomiła sobie swoją śmiertelność. Ruszyła energicznie dalej, za grupą zwiedzających. W tym jej geście kryła się chęć natychmiastowego zapomnienia o ostatecznym losie człowieka. Krzysztof podążył za nią.
Po wyjściu z muzeum przyznała ze szczerością coś, co zapewne przyznawał każdy, kto zwiedził nowoczesne muzeum w Wiślicy:
— Jestem pod wrażeniem. Wspaniałe muzeum. Kiedyś na pewno tutaj wrócę, by obejrzeć wszystko jeszcze raz.
Chłopak przytaknął i zaproponował dalsze zwiedzanie. Poprowadził Jolę w kierunku wiślickiej bazyliki, podkreślając przy tym czternasty wiek jej powstania. Wskazał na pamiątkową płaskorzeźbę z wizerunkiem króla, biskupa i Matki Boskiej nad bocznym wejściem do niej, objaśniając jej znaczenie. Kilkakrotnie pstryknęła migawka smartfona. Następnie weszli do środka budowli. W kościelnej ciszy, w skupieniu oglądali historyczne polichromie, obrazy, rzeźby. Gdy doszli do prezbiterium, Krzysztof gestem wskazał na zabytkową, owianą legendą figurę Matki Boskiej Łokietkowej. Jola uklęknęła i zmówiła modlitwę. W tej chwili poznał ją jako osobę wierzącą w Boga. On sam nie był niewierzący, jednak jak każdy wolnomyśliciel, a za takiego się uważał, miał na temat wiary swoje własne przekonania albo — jak mawiała jego matka — „dyrdymały”. „Krzysztof przemądrzały plecie dyrdymały” — tak zazwyczaj pani Waleria kwitowała jego wywody dotyczące wiary.
Wyszedłszy z kościoła, zwiedzili dom Długosza. Tam Jola również miała okazję zrobić dużo pamiątkowych zdjęć. Zaciekawiły ją wielowiekowe elementy konstrukcji budynku, stare, drewniane belki pod powałą, zabytkowe schody prowadzące do piwnic, jak również zgromadzone w domu eksponaty sprzed wieków, te sakralne i te codziennego użytku.
Gdy opuścili dom Długosza, chłopak zaprosił swoją towarzyszkę na lody. Kupili w Rabarbarze po dwie owocowe gałki i usiedli z nimi na ławce w parku w cieniu drzew, chowając się przed słońcem, które tego dnia piekło dosadnie i przebywanie w jego promieniach dłuższy czas było męczące.
Po skonsumowaniu lodów, wymęczeni kilkugodzinnym spacerem i zwiedzaniem, postanowili wrócić do domu. Zbliżając się do Okopowej, Krzysztof pokazał Joli miejsce zwane Regią, o której dowiedziała się podczas zwiedzania muzeum.
Będąc już w domu, jak tylko streścili pozostałej w domu starszyźnie, gdzie byli i co zwiedzali, ponieważ byli o to pytani, Krzysztof zaprosił Jolę do swojego pokoju.
— O… ile tu książek. Można się poczuć jak w bibliotece — wyraziła zaskoczenie zaraz po wejściu.
— To efekt wieloletniego gromadzenia — objaśnił Krzysztof, w czym można było usłyszeć nutkę dumy i zarazem udawanej skromności.
— Wszystkie przeczytałeś?
— Może połowę. Jest tu sporo takich, których nigdy nie przeczytam.
— Dlaczego?
— Bo są nudne.
— To dlaczego je kupiłeś?
— Nabrałem się na tytuł. Streszczenia też nabierają. To trochę jak z reklamami. Myślisz, że coś jest dobre, takie jak w reklamie, a później doznajesz zawodu. Czujesz się oszukany.
— Dużo razy czułeś się oszukany?
— Jeśli chodzi o książki, to owszem. Jest tu dużo takich, które mógłbym z czystym sumieniem oddać na makulaturę.
— Dlaczego tego nie robisz?
— Wydałem na nie pieniądze. Niech chociaż podpierają inne, żeby się na półkach nie przewracały — wytłumaczył żartobliwie dziewczynie.
— Miłośnik książek to chyba gatunek na wymarciu. Telewizor i internet wzięły górę.
— A ty? Lubisz czytać?
— Czasami coś przeczytam. Niewiele mam czasu. Studia, praca…
— Ja wolę książki od telewizora. Choć doceniam też i dobre filmy. Tych też mam sporą kolekcję. Oto ona — gestem Krzysztof wskazał półkę, na której mieściła się okazała kolekcja płyt DVD.
— A czy interesuje cię konkretna tematyka, czy tak ogólnie wszystko po trochu?
I oto zaczęła się rozmowa, która niestety w oczach Jolanty, w zamyśle pani Walerii będącej dla jej syna całkiem niezłą partią na żonę, pogrążyła Krzysztofa. Po kilku godzinach wspólnego przebywania, kiedy młodzi wreszcie nabrali śmiałości do swobodnych dialogów na różne tematy, nadeszła chwila, kiedy to chłopak, opowiadając o swoich niecodziennych zainteresowaniach, w oczach dziewczyny stracił wszelkie atuty, jakie tylko można mu było przypisać, włącznie z tymi zewnętrznymi, czyli dotyczącymi urody, których blask naraz został przyćmiony przez, jej zdaniem, sfiksowane poglądy i zamiłowania. Tak to bowiem jest, że charakter potrafi wpłynąć na urodę.
— Interesuje mnie ezoteryka — wyznał szczerze. Oczywiście nie mogło to być jeszcze powodem do zniechęcenia się do jego osoby. Każdy kiedyś zdradzał zainteresowanie parapsychologią, mistycyzmem, okultyzmem, wróżbiarstwem itd. Ale gdy zaczął opowiadać z zapalczywością naiwnego dziecka o swoich praktykach związanych z tym zainteresowaniem, zdradzać szczegóły, jak pracuje nad opanowaniem wizjonerskich umiejętności, o równoległych światach, o możliwościach podróży w czasie — tego dla Joli było za dużo. A gdy jeszcze zaczął dokładać o teoriach spiskowych, w które wierzył, na które zresztą był niezwykle podatny, wystarczyło mu tylko coś podsunąć, o szpiegach, o kosmitach, dziewczynie o mało oczy z orbit nie wypadły i zawisły na policzkach. Nie wiedziała, co powiedzieć. Ograniczała się do potakiwania, tak jak z udawanym wyrozumieniem potakuje się, słuchając czubka, i z nieodpartą chęcią popukania się w czoło, co miała odruchowo uczynić, ale czego nie uczyniła w obawie o skandal i o to, że Krzysztof najzwyczajniej w świecie się obrazi.
Sięgnęła po smartfon i zaczęła przeglądać zdjęcia, które zrobiła podczas wspólnego spaceru, by choć trochę odwrócić swoją uwagę od tego, czego właśnie przyszło jej wysłuchiwać. Krzysztof nadawał zapamiętale, jakby w upojeniu. Pragnął dzielić się swoją wiedzą na tematy tak oderwane od rzeczywistości i robił to z taką lubością i przekonaniem, że biedna Jola w myślach zaczęła się zastanawiać, czy aby nie powinna się go bać. W pewnym momencie nie wytrzymała, postanowiła zachować się stanowczo i przerwać jego wywody. A niech się obrazi — pomyślała. Zapytała bez ogródek:
— Nie wydaje ci się choć czasami, że to wszystko to bzdury?
Krzysztof poczuł się nagłym pytaniem zablokowany. Zamilkł z otwartymi ustami jak zapowietrzony. Kompletnie nie wiedział, co powiedzieć na swoją obronę. Nie przychodziło mu do głowy nic sensownego. Jola tymczasem nie poprzestała na pytaniu, bo zaraz, zupełnie pozbawiona skrupułów, dała upust temu, co naprawdę o jego zainteresowaniach myśl:
— To, co mówisz, to stek bzdur. Jak dorosły człowiek może się zajmować takimi bzdurami? Ty w ogóle żyjesz w realnym świecie? Przepraszam, ale te bajki to nie dla dorosłych. Idę zapalić.
I wyszła z pokoju, zostawiając chłopaka samego, zgnębionego pytaniami, które w jednej chwili odebrały mu mowę i wywołały objaw niemal katatonicznego stuporu. Udała się na zewnątrz, by puścić chmurę pary, zaciągnąwszy się swoim elektronikiem. Nie wróciła już do pokoju Krzysztofa. Na resztę dnia i również cały następny wybrała towarzystwo starszych.
Po tym incydencie Krzysztof i Jola niewiele ze sobą rozmawiali, co też pozostali domownicy zauważyli. Nie śmieli jednak dociekać przyczyn i zadawać krępujących pytań. Ot, po prostu młodzi nie przypadli sobie do gustu i tyle. Adela i Waleria poczuły się rozczarowane. Błażej pozostał temu obojętny. Od początku był przeciwny wszelkiemu swataniu. Dwa dni później ciotka i dziewczyna odjechały.
Po wyjeździe gości Waleria zapytał syna:
— Co się stało? Pokłóciliście się?
— Różnice poglądów — odpowiedział zdawkowo.
— Nic z tego nie rozumiem.
Krzysztof nie śpieszył z tłumaczeniem matce, co zaszło. Ta była tego samego zdania na temat jego zainteresowań, co Jola, dobrze o tym wiedział. „Jak dorosły człowiek może się zajmować takimi bzdurami?” — wciąż brzmiało mu w uszach. Dużo rozmyślał nad tym, co zaszło, i postanowił, że więcej nie popełni błędu zbyt poufnego zwierzania się ze swoich pasji, z których bynajmniej nie zamierzał rezygnować, na przekór wszystkim sceptykom i prześmiewcom. Był przekonany, że kiedyś posiądzie wizjonerskie zdolności, których wszyscy mu pozazdroszczą, i wtedy zrobi im się łyso.
„Jak dorosły człowiek może się zajmować takimi bzdurami?” — te szczere aż do bólu, bez pardonu wypowiedziane słowa, które trafiły weń jak seria z karabinu, miały z nim pozostać na długo. „Jak dorosły człowiek może się zajmować takimi bzdurami?”.
Nigdy więcej prób swatania nie podejmowano. Waleria i Błażej mieli nadzieję, że ich syn sam pewnego razu spotka kobietę jemu przez niebiosa pisaną.
4. Wezbrane uczucia
Krzysztof wrócił do domu odmieniony. Poznanie Sary sprawiło, że wszystko inne przestało się dla niego liczyć, nawet jego pasje przestały mieć znaczenie. Niemal od progu dostrzegła to jego matka. Matki instynktownie wyczuwają wszelkie zmiany w zachowaniu swoich dzieci. I jeśli nawet zadają wówczas pytania, to każde potwierdza jedynie, że instynkt ich nie myli.
— A ty co taki szczęśliwy? — zapytała, gdy tylko zobaczyła syna.
— Ja? — Krzysztof wzruszył ramionami, udając zdziwienie.
— A jest tu ktoś jeszcze? Nie kołuj. Mów, o co chodzi.
— Mamuś, czy nie można być szczęśliwym ot tak, że świat jest piękny, słonko świeci, kwiatki kwitną, ptaszki śpiewają?
Matka pokiwała głową z niedowierzaniem.
— To niepodobne do ciebie, czarnoksiężniku. — Użyła jednego ze swoich ulubionych epitetów, jakie miała pod ręką, gdy chciała dopiec synowi.
Krzysztof pokręcił się po kuchni, zaglądając do naczyń.
— O, i głodny na dodatek.
— Jak wilk.
Motyle w brzuchu sprawiły, że Krzysztof poczuł pustkę w żołądku. No cóż, miłość ma to do siebie, że raz apetyty pobudza, a innym razem go odbiera. Zależy od stanu emocji i relacji pomiędzy zakochanymi. Na razie nasz bohater był na etapie wstępnego zakochania, kiedy to motyle dopiero rozpostarły swoje skrzydełka, łaskotając go nimi od środka i wywołując głód. Pochłonął z gargantuicznym apetytem miskę matczynego kapuśniaku, zagryzając pajdą chleba z masłem, tak jak lubił, po czym udał się do swojego pokoju, odprowadzony podejrzliwym wzrokiem swojej rodzicielki. Myślami błądził cały czas wokół Sary, która — świadomie czy nie — skradła mu serce jak za sprawą rzuconego uroku. Gdyby tylko mógł, rzuciłby wszystko i pobiegł w te pędy do niej na powrót. Ale wiedział, że nie może, że musi zachować pozory rozsądku, tego rozsądku, który w tej chwili stał się jego wrogiem, zabraniał mu wyjść z domu i nakazywał w męczarniach cierpliwie czekać jutra. Nie mógł usiedzieć spokojnie. Kładł się na kanapie, po czym się z niej zrywał. Podchodził do regałów, sięgał po książki, przewracał ich strony i odkładał je z powrotem na swoje miejsce. Włączał telewizor, przerzucał kanały i wyłączał go, gdyż nic nie było go w stanie zainteresować na tyle, by oderwać jego myśli od dziewczyny. Puszczał muzykę, po czym ją uciszał. Otwierał laptopa, przeglądał internetowe strony, szukając sam nie wiedział czego, i go zamykał. Co rusz spoglądał na zegarek, na swój kupiony za niemałe pieniądze nowoczesny smartwatch. Czas dłużył mu się niemiłosiernie. Na własnej skórze doświadczał jego względności. Minuty i godziny ciągnęły się w nieskończoność. Jeszcze tyle ich dzieliło go od następnego dnia, kiedy to planował Sarę ponownie odwiedzić. Oczywiście zachowując pozory przypadkowości i tak, by nie wyjść na natręta. Ot, podchody zalotnego koguta. Taniec godowy.
Wreszcie, zmęczony natłokiem myśli, usnął na kanapie. Ledwie zamknął oczy, nawiedziły go senne majaki. Szedł nad Nidę w stronę białego kampera. Nogi miał jak z ołowiu i z trudem się poruszał. Próbował biec, ale zdawało mu się, że drogi nie ubywa. Kiedy wreszcie dotarł do celu, zobaczył Sarę w objęciach innego chłopaka. Całowali się namiętnie. Chciał powiedzieć Sarze, że ją kocha, ale ona kazała mu odejść. Czuł się bardzo nieszczęśliwy.
Obudził się gwałtownie, jakby tknięty niewidzialną ręką anioła stróża, który chciał mu oszczędzić onirycznych męczarni. Po przebudzeniu czuł się smutny. Mary senne nie chciały go opuścić, zdominowały jego myśli. Wierzył w sny i zawsze doszukiwał się ich znaczenia. Był podatny na sugestie, nawet te spoza jawy. Czy była to zła wróżba? W głowie cały czas miał obraz, jak Sara obejmuje się i całuje z innym chłopakiem. To tylko sen, to tylko sen — tłumaczył sobie.
Pod wieczór, nie mogąc dłużej wytrzymać w domu, wyszedł poszwendać się po wiślickim rynku. Rozglądając się dookoła z przeczuciem, że może spotkać Sarę — ta przecież mogła wybrać się do Wiślicy na zakupy albo po prostu na przechadzkę po miasteczku — obszedł rynek, po czym usiadł na ławce w parku. Przeczucie go nie zawiodło. Po pewnym czasie Sara wyłoniła się zza narożnej kamienicy przy ulicy Długosza. Poznał ją od razu, choć swój czerwony dres zamieniła na jeansy i popielatą bluzę z kapturem. Na moment się zatrzymała, okalając wzrokiem rynek, po czym śmiałym krokiem ruszyła w stronę Delikatesów Centrum. Krzysztof poderwał się z ławki i już miał za nią iść, gdy naraz stanął mu na drodze kolega. Zupełnie jakby wyskoczył przed nim spod ziemi. Przez jego ramię widział, jak dziewczyna znika w sklepie. Owładnęły nim sprzeczne uczucia, pragnienie podążenia za nią i zarazem niemoc spełnienia tego z winy kolegi, przed którym nie chciał się tłumaczyć, gdyby ten zapytał, dokąd albo za kim mu tak śpieszono. Może ktoś inny na jego miejscu zlekceważyłby intruza i pognał za dziewczyną, postępując zgodnie z własną wolą, mając ją na tyle silną, by pokonać przeszkody, on jednak do tych innych — przez grzeczność, przez obawę, by nie zrazić do siebie kolegi — nie należał. Stał zakłopotany, rozmawiając z nim, co w konsekwencji sprawiło, że utracił szansę na zbliżenie się do niej. Kiedy kolega, czując się zbywany, odszedł, udał się w te pędy do Delikatesów, ale tam jej już nie zastał, wyszedł ze sklepu zawiedziony. Wrócił do parku i z nadzieją, że jeszcze Sarę wypatrzy, przesiedział na ławce do czasu, aż zrobiło się zupełnie ciemno, kiedy to postanowił wracać do domu. W drodze do niego wpadł na pomysł, aby udać się potajemnie, poprzez pola, nad rzekę, z daleka od prowadzącej nad nią asfaltówki, by nie zostać w świetle przydrożnych latarni zauważonym, i sprawdzić, czy dziewczyna wróciła do kampera, czy może zatrzymała się u kogoś w Wiślicy. Zazdrość brała w nim górę, podsuwała różne przypuszczenia i obrazy. To znak, że był już zakochany na zabój. Stanowczym krokiem ruszył w kierunku Grodziska, od strony którego zamierzał zbliżyć się do parkingu, na którym stał zaparkowany turystyczny pojazd. Po pokonaniu sporego odcinka drogi — był już na ulicy Podwale — nagle zawrócił. Czy zrezygnował ze swojego zamiaru? Nie. Sprawił to genialny w jego odczuciu pomysł, by iść do domu po lornetkę z noktowizorem, którą kiedyś nabył i z której przydatności w nocnym podpatrywaniu był zafascynowany. Często robił z niej użytek, podglądając zwierzęta, czasami — przy okazji i niechcący — przyłapując kochanków szukających w ciemnościach intymnego miejsca. Wpadł w pośpiechu do pokoju, zabrał, co miał zabrać, i już umykał, kiedy drogę zagrodziła mu, stając w drzwiach, matka.
— A ciebie gdzie po ciemku niesie? — zapytała ze swadą.
— Gwiazdy pooglądać — odpowiedział, torując sobie przejście.
— Taką z nogami sobie wypatrz.
— Kto wie, może wypatrzę.
Wypadł z domu równie pośpiesznie, jak do niego wpadł, i z przewieszoną przez ramię lornetką w skórzanym etui udał się w wiadomym celu. Obszedł Grodzisko i cichaczem ruszył po polnej równinie w kierunku krzaków rosnących niedaleko parkingu. Nie widząc dobrze gruntu pod nogami — użycie latarki nie wchodziło w grę, gdyż ta niechybnie by go zdradziła — trafił na nierówność, z której zsunęła mu się stopa i zaliczył upadek. Gdy chciał się podnieść, syknął z bólu, który poczuł w okolicy kostki. Usiadł na tyłku i zaczął rozmasowywać bolące miejsce. Obawiał się złamania. Poruszał stopą, pokręcił nią w prawo, w lewo. Nabrał przekonania, że to tylko zwichnięcie. Ostrożnie powstał z ziemi i, kuśtykając, powolnym, niezdarnym krokiem ruszył w stronę upatrzonych zarośli nieopodal miejsc parkingowych. Przyczaił się, obserwując samochód dziewczyny. W pomieszczeniu mieszkalnym paliło się światło. Dostrzegł cień Sary przemieszczającej się w środku. Więc wróciła do kampera — odetchnął z ulgą. Przekonawszy się o tym, miał już zawracać do domu, gdy naraz drzwi samochodu się otworzyły i Sara wyszła na zewnątrz, trzymając w rękach podłużny przedmiot. Dobrze ją widział w świetle pobliskich latarni. Lornetka z noktowizorem, którą dzierżył przewieszoną przez ramię, nie była potrzebna. Sara zamknęła samochód autopilotem i poszła, dźwigając na ramieniu zagadkową rzecz, w stronę rzeki, po czym, uszedłszy spory odcinek zgodnie z jej nurtem, zniknęła w ciemności. Zastanawiał się, co zrobić, jak pójść za nią, by nie zdradzić swojej obecności, by zobaczyć, dokąd poszła i co robi. Miał trudne zadanie przed sobą. Ostatecznie postanowił, że nie będzie ryzykował dalszych podchodów. Zajął najbardziej dogodną pozycję za krzakami, za którymi się ukrył, wyjął z futerału lornetkę i przyłożył ją do oczu. W podczerwieni dostrzegł lekko pochyloną sylwetkę dziewczyny. Domyślił się, co robi. Korzystając z bezchmurnej nocy, wpatrywała się w rozgwieżdżone niebo, a zagadkowym przedmiotem bez wątpienia musiał być teleskop, do którego właśnie przykładała oko.
Było po północy, kiedy wróciła do samochodu, zamknęła się w nim, zgasiła światło i, jak mniemał, położyła spać. On zaś, kuśtykając, powrócił do domu, przemierzywszy na powrót tę samą drogę, którą przebył uprzednio, i po cichutku, tak, by nikogo z domowników nie obudzić i nie narazić się na pytania, przemknął do swojego pokoju. Trudno mu było jednak zasnąć tej nocy. Myślał o Sarze. Zasnął dopiero nad ranem i spał długo.
Gdy się obudził, było już blisko południa. Na przekór dokuczliwemu bólowi stopy — ta spuchła do pokaźnych rozmiarów — szybko wskoczył w ubranie. Przy śniadaniu znowu zaciekawił matkę swoim nad wyraz dobrym humorem. Zaczęła podejrzewać, że jej syn jest zakochany. O nic w związku z tym jednak go nie pytała. Postanowiła nie zapeszać. Tylko jego kontuzja nie obyła się bez matczynego komentarza:
— Tak to jest, jak zamiast pod nogi patrzy się w niebo i wypatruje się gwiazd.
— Czasami warto się poświęcić — bronił się Krzysztof.
— Żeby chociaż z tego poświęcania gwiazdeczki były.
— Mamuś, ty wciąż o jednym.
— Bo pora na ciebie, byś znalazł sobie gwiazdę na dwóch nogach i żeby było, jak należy. W tym domu wciąż czegoś brakuje.
— Czego?
— Dobrze wiesz czego. Nie udawaj głupka — wycedziła matka stanowczym tonem, mierząc w syna palcem.
Krzysztof zacisnął usta, pokręcił znacząco głową i posłał matce wymowne spojrzenie, dając do zrozumienia, że jego cierpliwość, mimo wszystko, bierze górę nad jej docinkami.
5. Sara
Sarę Biniek śmiało można by przyrównać do pięknego kwiatu, który wyrósł na niezbyt sprzyjającym gruncie, co niewątpliwie ukształtowało jej charakter, uczyniło ją kobietą odważną, odporną psychicznie, gotową na wyzwania losu i zarazem niezwykle wrażliwą. Przyszła na świat w Tarnowie, w tym samym roku, co Krzysztof Pielczyk, byli więc rówieśnikami. Nazwisko odziedziczyła po matce Ewie, która ją wychowywała i której los nie szczędził potyczek, począwszy od chwili, kiedy mając dwadzieścia jeden lat zaszła w ciążę z chłopakiem, z którym uczęszczała na studia, którego kochała i z którym wiązała przyszłość, a który dowiedziawszy się, że ma zostać ojcem, porzucił ją, zniknął z jej życia niemal z dnia na dzień. Ewa, zawiedziona zachowaniem chłopaka, któremu zaufała, i zrozpaczona, długo nie mogła dojść do siebie. Porzuciła studia i popadła w stan apatii, z której wyrwały ją dopiero pierwsze ruchy dziecka w jej łonie. Matczyny instynkt ożywił w niej ukryte zasoby miłości. Starała się ze wszystkich sił zapomnieć o ojcu mającego się urodzić dziecka i całą swoją uwagę skupić na nowym życiu, którego miała być dawczynią. Sara, gdy przyszła na świat, stała się sensem jej życia. Podobnie jak rodziców Ewy: Alicji i Lucjana Bińków. Wszyscy oni mieszkali pod jednym dachem, w powszechnym dwupokojowym mieszkaniu w jednym z bloków w Tarnowie, na Osiedlu Jasna, do którego przeprowadzili się z przeznaczonego pod rozbiórkę domu po rodzicach Alicji, z dzielnicy na Klikowie. Ewa, po urodzeniu zachęcana przez rodziców, którzy oferowali zajęcie się dzieckiem, początkowo zamierzała powrócić na studia. Zaniechała jednak tego. Nie chciała rodziców nadmiernie obciążać. Nie byli majętni, z trudem wiązali koniec z końcem. Jej ojciec cierpiał na chorobę wieńcową, był po zawale i otrzymywał skromną rentę. Jej matka pracowała na etacie sprzątaczki za niewielkie wynagrodzenie. Ewa postanowiła więc iść do pracy i zająć się wychowaniem Sary. Udało jej się zatrudnić w pobliskim sklepie odzieżowym. O pracę nie było łatwo. Bezrobocie było wysokie. Zarabiała mało, ale starała się, by córce niczego nie brakowało.
Sara do piątego roku życia pozostawała pod opieką matki i dziadków. Mając pięć lat, jako jeszcze nie bardzo świadome dziecko, po raz pierwszy w życiu zetknęła się ze śmiercią. Była z dziadkiem w parku, gdy to się stało. Biegała po trawie, goniąc za motylami i zrywając stokrotki, z których układała bukiety. Dziadek siedział na ławce, z zachwytem wpatrzony we wnuczkę.
— Dla kogo ten śliczny bukiecik? — zapytał małej. To były jego ostatnie słowa.
— Dla mamy. I dla babci też zrobię. I dla ciebie, dziadku, też zrobię bukiet — odpowiedziała Sara. Ale tych słów on już nie usłyszał. Odszedł do lepszego świata z uśmiechem radości. Śmierć, o jakiej każdy może pomarzyć. Sara, widząc, że dziadek znieruchomiał, podbiegła do niego i pociągnęła go za rękę, wołając: „Dziadku, dziadku, co ci jest?”. Ale dziadek nie odpowiadał. Kilka dni później odbył się jego pogrzeb.
Gdy zabrakło dziadka, Ewa zdecydowała się posłać córkę do przedszkola. Ona i jej matka pracowały, więc w dzień nie miał się kto nią zająć. W przedszkolu z początku Sarze trudno było się przyzwyczaić do nowego otoczenia, nowych reguł i dużego grona rówieśników. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim to nastąpiło. Wtedy też zaczęła pytać matkę o ojca. Widziała, jak z innymi dziećmi do przedszkola przychodzą tatusiowie. Ewa zrazu tłumaczyła córce, że jej tatuś wyjechał za granicę do pracy. Uznała, że jest jeszcze zbyt młoda na poważne rozmowy i wyjawienie jej prawdy. Z tą postanowiła poczekać do jej dziesiątych urodzin.
W przedszkolu ujawnił się niezwykły talent Sary do rysunku. Ku zdziwieniu wychowawców jak żadne inne dziecko potrafiła z dużą wiernością oddawać na papierze postacie ludzi, zwierząt, rysować domy, drzewa, kwiaty. Zaskoczyła zdolnościami wszystkich wokół siebie. Szczególną dumą napawało to jej matkę Ewę i babcię Alicję. Obie, gdy tylko zdały sobie sprawę z talentu Sary, postanowiły dołożyć starań, by mogła go rozwijać. Nie szczędziły pieniędzy na zakup kartonów, ołówków, kredek i farb. Oprócz zdolności plastycznych dziewczynka szybko też nauczyła się pisać i czytać, czym górowała nad wszystkimi rówieśnikami. Było to powodem do zazdrości matek innych dzieci z przedszkola. Zawistnie spoglądały na Ewę. Pomiędzy sobą konspiracyjnie plotkowały, jak to jest, że na wpół sierota jest zdolniejsza od ich pociech, które mają oboje rodziców i wszystko, czego im tylko potrzeba. Dzieci w przedszkolu nie miały takich dylematów do rozstrzygania, nie odczuwały wzajemnych zazdrości. Problem ten pojawił się, dopiero gdy Sara poszła do szkoły. Koleżanki i koledzy z klas najpierw szkoły podstawowej, a później z gimnazjum, a nawet z liceum i na studiach często pogardzali nią za to, że potrafi więcej od nich. Sara przez to była skazana na samotnię wśród rówieśników. Nie miała serdecznych koleżanek ani kolegów. Bolało ją to bardzo, z czego często zwierzała się matce i babci. Te podnosiły ją na duchu. Chwilami żałowała, że nie jest średniakiem, jak inni z jej otoczenia, że na każdym etapie edukacji potrafiła więcej od nich. W liceum plastycznym, w którym kształciła swój talent, wygrywała konkursy z dziedziny malarstwa. Miała swój styl, eklektyczne podejście do technik, oryginalną tematykę i kolorystykę, co wyróżniało ją spośród innych początkujących artystów licealistów. I choć w średniej szkole nie czuła się już tak dyskryminowana przez koleżanki i kolegów z rocznika, jak w podstawówce i gimnazjum, to nadal wzbudzała wśród nich zazdrość, która niektórych skłaniała nawet do niecnych czynów. Gdy w trzeciej klasie liceum ogłoszono konkurs na najlepszy portret, ktoś zniszczył pracę Sary, bazgrząc po jej dziele flamastrem. Przeprowadzono dochodzenie, które jednak nie doprowadziło do wykrycia nikczemnika. Sara zdobyła pierwsze miejsce za portret, który namalowała, ale od tego czasu wiedziała, że ma wrogów, którzy gotowi są na wszystko, by przeszkodzić jej w zdobywaniu laurów. Laurów, na które sobie słusznie zasłużyła, bowiem oprócz wrodzonego talentu pilnie poświęcała się nauce. Po tym wydarzeniu utrwaliła się w niej skaza nieufności do ludzi — skaza, którą wcześniej zaszczepiła w niej matka, wyznając córce prawdę o ojcu po jej dziesiątych urodzinach.
Osobiście ojciec Sary pojawił się w jej życiu, gdy miała osiemnaście lat. Przyjechał do Tarnowa w rodzinnych sprawach. Na co dzień mieszkał na północy Polski, gdzieś na odludziu. Był żonaty, miał dwoje dzieci, prowadził rodzinny biznes. O Ewie nigdy nie zapomniał. Czy ruszyło go sumienie, czy była to jedynie zwykła ciekawość cynika? Tak czy inaczej postanowił ją odwiedzić z zamiarem poznania córki, o której istnieniu wiedział. Ewa, gdy tylko stanął w drzwiach jej domu, zatrzasnęła mu je przed nosem, wykrzykując, by się wynosił.
Sara zapewne nigdy nie poznałaby człowieka, który ją spłodził, gdyby nie fakt, że ten za wszelką cenę chciał poznać ją. Wystawał pod blokiem, w którym mieszkała, w oczekiwaniu, aż się pojawi. Gdy nabrał przekonania, że ładna brunetka, którą zobaczył, wychodzącą z klatki, to jego córka, ruszył za nią z zamiarem dogonienia jej nieco dalej od domu, a to na wszelki wypadek, by nie narażać się na przypadkowe spotkanie z Ewą, która przy odrobinie pecha w każdej chwili mogła się znienacka pojawić, na przykład wracając z codziennych zakupów. Chciał z Sarą porozmawiać na osobności. Ta dostrzegła idącego za nią człowieka, którego wcześniej widywała wystającego pod blokiem, i przyśpieszyła kroku. W życiu sporo się nasłuchała o różnych typach. Doszedłszy do ulicy, zatrzymała się przy przejściu dla pieszych w oczekiwaniu na zielone światło. Gdy się zaświeciło, przebiegła przez ulicę. Korzystając z tego, że światło zmieniło się ponownie na czerwone i myśląc, że tamten, zanim przejdzie, będzie musiał poczekać na kolejną zmianę, szybko się oddaliła i zniknęła pomiędzy budynkami. On jednak, nie chcąc zgubić dziewczyny, również przyśpieszył kroku i, nie czekając na zmianę świateł, bez namysłu wtargnął na ulicę wprost pod nadjeżdżający autobus komunikacji miejskiej. Wysoka okazała się ta „wszelka cena”, za jaką chciał poznać córkę. Trafił do szpitala nieprzytomny, z poważnym uszkodzeniem kręgosłupa, co groziło mu dozgonnym bezwładem kończyn dolnych, a nawet śmiercią. Sara nie widziała zamieszania związanego z wypadkiem. Była już daleko od miejsca zdarzenia. Gdy nieco później obejrzała się za siebie, odczuła satysfakcję, że dzięki swojemu sprytowi, jak mniemała, pozbyła się podejrzanego jegomościa. Nie wiedziała, że to nie dzięki sprytowi mu umknęła, ale że rozjechał go autobus.
Po kilku dniach do Sary, gdy z plecakiem na ramieniu szła do szkoły, podszedł nieznany mężczyzna.
— Przepraszam, ty jesteś Sara Biniek? — zapytał bezpośrednio.
— A kto pyta i dlaczego? — Dziewczyna nie śpieszyła z odpowiedzią.
— Pewien pan poprosił mnie, bym cię odszukał.
— A dlaczego on sam tego nie zrobił?
— Jest w szpitalu w ciężkim stanie. Chciał się z tobą koniecznie zobaczyć. Bardzo prosił, byś do niego przyszła.
— Kto to taki?
— Nie wiem. Spełniam jego prośbę. Ten człowiek jest w ciężkim stanie po wypadku. Może się zdarzyć, że umrze.
— Jak go znajdę?
— Zaprowadzę cię do niego. Jestem pielęgniarzem w szpitalu, w którym leży.
— Teraz?
— Może być teraz.
— Chodźmy więc.
Pielęgniarz, którego ojciec Sary poprosił o przysługę, zaprowadził ją do pokoju, w którym leżało kilku pacjentów. Jeden z nich był niemal cały w gipsie i bandażach. Gdy weszła, usłyszała wypowiedziane półszeptem swoje imię. Spojrzała w stronę łóżka, skąd doleciał głos. Nie poznała w nim człowieka, przed którym kilka dni wcześniej uciekała.
— Dzień dobry. Pan chciał się ze mną widzieć — powiedziała, gdy podeszła do niego.
Mężczyźnie popłynęły łzy po policzkach. Wpatrując się w nią, łamiącym głosem powiedział:
— Córuś.
Sara znieruchomiała. Zaskoczona stała, wpatrując się w milczeniu w nieznanego jej mężczyznę. Kim jest ten człowiek? Czy dobrze usłyszała? On nazwał ją córką? Czy ją z kimś pomylił? W myślach szukała odpowiedzi, przekonana, że zaszła jakaś pomyłka. Poczuła, jakby wszystkie jej szare komórki nagle zostały pobudzone prądem i zmuszone do gorączkowego poszukiwania wyjaśnienia. Po chwili zaczęło coś do niej docierać. Zmiękły pod nią nogi. Usiadła na krześle obok łóżka nieznanego jej człowieka, który nazwał ją córką.
— Kim pan jest? Dlaczego nazwał mnie pan córką? — zapytała odruchowo, choć już domyślała się prawdy.
— Twoim ojcem, Saro — wypowiedział przyciszonym głosem.
— Ja nie mam ojca. Proszę nie nazywać mnie córką — zbuntowała się.
— Wiem. W twoich oczach nie mogę zasługiwać na miano ojca. Zostawiłem twoją matkę, kiedy była w ciąży. Zachowałem się podle. To, co mnie teraz spotkało, to kara za zło, jakie wam zrobiłem.
— Czego pan ode mnie oczekuje?
— Niczego. Chciałem cię tylko poznać i powiedzieć, kim jestem. Byłem u was w domu, ale twoja matka mnie nie wpuściła. Kazała mi się wynosić.
— Na jej miejscu zrobiłabym to samo. Zostawił ją pan z brzuchem i uciekł jak najgorszy tchórz. Złamał jej pan życie. Nigdy z nikim się później nie związała przez pana. Nie wierzyła facetom. To pańska zasługa. A teraz chce pan mnie wziąć na litość?
— Nie chcę litości. Chciałem cię tylko poznać. Zobaczyłem cię, jak wyszłaś z domu i, idąc za tobą, wpadłem pod autobus. Nie zauważyłem go, bo nie chciałem cię stracić z oczu.
Sara wspomniała dzień, kiedy nieznany obcy jej człowiek ruszył za nią spod bloku i starała się go zgubić, korzystając ze zmiany świateł.
— Więc poznał mnie pan. Gdybym wiedziała, o kogo chodzi, nigdy bym tutaj nie przyszła. Pan nie jest moim ojcem. Ja nigdy nie miałam ojca. Pójdę już — oznajmiła przyciszonym, ale stanowczym głosem, odwracając głowę, by ukryć mimowolnie napływające jej do oczu łzy. Wstała z krzesła i ruszyła do wyjścia, rzucając na odchodne: — Żegnam.
— Dziękuję, że przyszłaś — powiedział.
Na sekundę przystanęła i spojrzała w jego stronę, po czym wybiegła ze szpitala ze łzami w oczach. Właściwie dlaczego? — zadawała sobie pytanie. Dlaczego ma płakać? Przecież powinna tego człowieka nienawidzić. Ale to niełatwe. Nie pozwalała jej na to wrażliwość. Czuła, że jest w centrum krzywdy, która zaczęła się w przeszłości i wciąż trwa.
Tego dnia, po wyjściu ze szpitala, Sara nie poszła już do szkoły. Zapragnęła czym prędzej wrócić do domu i opowiedzieć matce o wszystkim, co się jej przydarzyło.
Ewa wysłuchała córki z kamienną twarzą. Na koniec powiedziała:
— Nie mam nawet odrobiny współczucia dla tego człowieka. Nie jest tego wart. Zapomnij o nim. Tak jak ja zapomniałam dawno temu. Niepotrzebnie się tutaj pojawił. Nie powinien o nic prosić. Nie ma do tego prawa.
Sara nie posłuchała matki. Nie potrafiła zapomnieć o swym biologicznym ojcu. Kilkakrotnie odwiedziła go w szpitalu, zanosząc mu różne wiktuały. Poznali się bliżej. Ale słowa „ojciec” czy „tato” z jej ust nigdy nie padły. Mówiła do niego „pan”. Poznała jego imię — Andrzej. Dowiedziała się, gdzie mieszka, że jest żonaty i że ma przyrodnich brata i siostrę. W ostatni dzień jego pobytu w szpitalu poznała jego żonę, Annę, która przyjechała do Tarnowa, by przewieźć go specjalnie w tym celu wynajętym transportem do szpitala w Słupsku. To nieplanowane spotkanie sprawiło, że Anna dowiedziała się o przedślubnej córce swojego męża, o której istnieniu nie miała najmniejszego pojęcia. Los sprawił, że jej mąż, świadomy możliwej śmierci, postanowił wyjawić żonie tajemnicę. Anna i Sara potraktowały się obojętnie. Nie wdając się w rozmowy, rozstały się i nigdy więcej się nie spotkały. O dalszych losach swojego ojca Sara dowiedziała się od niego samego. Przez pewien czas od rozstania w szpitalu kontaktowali się ze sobą telefonicznie. Okazało się, że nie odzyskał on w pełni władz fizycznych — poruszał się na wózku inwalidzkim. Później kontakt między nimi się urwał.
Sara nigdy nie przyznała się matce do wizyt w szpitalu i do poznania Anny, żony jej chłopaka z dawnych lat. To z obawy, że poczuje się ponownie zdradzona, tym razem przez córkę, i gotowa będzie się na nią pogniewać. Nie przyznawała się też do rozmów telefonicznych z ojcem.
Po ukończeniu liceum wewnętrzny głos ambicji kierował Sarę na Akademię Sztuk Pięknych. Pragnęła rozwijać swój talent. W jej dążeniach wspierali ją również wszyscy z otoczenia, znajomi, nauczyciele, szczególnie matka, która nigdy nie ukończyła swoich studiów i często tego żałowała, i babcia, która zawsze wspierała swoją wnuczkę. Aby jednak podjąć studia na wymarzonym kierunku, konieczny był wyjazd do innego miasta. Sara wybrała studia na ASP w Łodzi.
W akademiku, dzieliła pokój z koleżanką, Julią, która przyjechała z małej miejscowości spod Białegostoku studiować na tym samym kierunku co Sara, czyli malarstwo. Dziewczyny bardzo się zaprzyjaźniły, choć sporo je dzieliło. Sara była realistką, która trzeźwo myślała o życiu i zawsze wiedziała po jakim gruncie stąpa. Czuła się odpowiedzialna za swoje czyny i decyzje. Daleka była od poglądu, że jej los zależy od przeznaczenia. A taki pogląd na życie miała Julia. Gdy Sara z rozsądkiem podchodziła do codziennych spraw i życiowych potyczek, ta wszystko traktowała z dystansem i wzruszeniem ramion, gestem typowym dla niej, który miał oznaczać, że przecież nie jest w stanie nic poradzić, skoro wyższe moce tak chcą. Czasami ich różnice charakterów doprowadzały do drobnych sprzeczek. Pretekstem potrafiły być bałagan w pokoju, nieład w łazience albo niepościelone łóżko. Na dziewczyny szczęście potrafiły każdy spór łatwo zażegnać, często z rozbawieniem.
— Tak naprawdę wszystko, co nam się przytrafia, rozgrywa się za naszymi plecami. A my, jeśli mamy na cokolwiek wpływ, to jest on bardzo ograniczony — tłumaczyła Julia Sarze.
Julia była trochę korpulentną dziewczyną niskiego wzrostu o pełnej, rumianej buzi i kręconych blond włosach. Gdyby przypiąć jej skrzydełka, wyglądałaby jak świąteczny aniołek. Miała dobroduszne, wesołe, trochę naiwne usposobienie ze skłonnościami do egzaltacji. Wierzyła w zaświaty i przeznaczenie, o czym często z przekonaniem mówiła. Jej zdaniem los każdego stworzenia od narodzin aż do śmierci był rozpisany co do sekundy w ponadczasowej księdze bytu, a życie stanowiło jedynie poznawanie tego zapisu.
— Chcesz powiedzieć, że odpowiedzialność za to, co robimy, to złudzenie? Że wszystko, co przeżywamy, już się stało, a my to tylko poznajemy? — Sara powątpiewała w przekonania koleżanki.
— Właśnie tak. To tak jak z kartami, które po kolei odkrywamy.
— Ja jednak wolę wierzyć, że moje życie zależy ode mnie. Jeśli nawet nie na wszystko mam wpływ. — Sara obstawała przy swoim.
— A wróżby? Wierzysz we wróżby?
— Nie.
— Ja wierzę. Kiedyś byłam u wróżki. Wywróżyła mi karierę.
— Fajnie wierzyć w bajki.
— Kto wie, może to nie bajki. Może jest mi to pisane?
— Ile zgarnęła za wizytę?
— Niezła kiecka by za to była. I to w nie byle jakim sklepie.
— Domyślam się… — Sara westchnęła.
— Może i ty skorzystasz z wróżki?
— Wolę nie wiedzieć, co mnie czeka w przyszłości. Pozwala mi to zachować otwarty umysł i trzeźwość myśli, jak to się mówi.
Jednakże po kolejnych namowach w głowie Sary zakiełkowała myśl, że właściwie dlaczego by nie skorzystać z przepowiedni wróżki? Ot tak, dla zabawy, jak się asekuracyjnie przed sobą i Julią tłumaczyła. Nieświadomie, na przekór sobie, znalazła się pod wpływem poglądów swojej koleżanki z pokoju. Przyłapywała się nawet na tym, że niektóre zdarzenia zaczęła traktować jak nieuchronność losu. Nasiąknęła charakterem Julii. Zrazu w niewielkim stopniu, ale przyszłe zdarzenia miały sprawić, że na dobre zaczęła wierzyć w to, w co wierzyła jej koleżanka, choć w przypływach przeważającego u niej rozsądku sama się za to ganiła.
Pewnego dnia obie dziewczyny wybrały się do gabinetu wróżki Marcjanny, położonego w dzielnicy Łodzi odległej od akademika — z obawy, by nie wypatrzył ich ktoś znajomy.
Gabinet mieścił się w starej, piętrowej willi, do wejścia której prowadził wąski chodnik z popękanych płytek, stojącej w otoczeniu bujnej, zaniedbanej roślinności. Pokój wróżki był małym pomieszczeniem bez okien, ze ścianami w brunatnym kolorze. Na środku pokoju stał kwadratowy stolik pokryty granatowym aksamitem, przy nim dwa krzesła stojące naprzeciwko siebie, pozbawione obić. Nie było wewnątrz niczego, co miałoby wprawiać w tajemniczy nastrój, jakiego można by się spodziewać po takim miejscu, żadnych rekwizytów w rodzaju szklanej kuli czy sowy wpatrzonej w próżnię wytrzeszczonymi oczami, żadnych kart do wróżenia. Poza stolikiem i krzesłami to zupełnie pusty, cichy pokój — zdawałoby się, sztucznie odgrodzony od świata, sprawiający wrażenie kapsuły funkcjonującej poza czasem.
Wróżka Marcjanna, po uprzednim zainkasowaniu należności za usługę, zaprosiła Sarę do pokoju i kazała jej usiąść na jednym z krzeseł przy stoliku. Na drugim, naprzeciwko niej, usiadła ona. Sięgnęła dłonią pod blat stolika i w tej samej chwili zgasło światło. W pokoju zrobiło się zupełnie ciemno.
— Połóż dłonie na stole — powiedziała wróżka.
Sara postąpiła zgodnie z jej życzeniem. Pod dłońmi poczuła przyjemną miękkość aksamitu. Wróżka przykryła jej dłonie swoimi. Tak trwały w milczeniu i w bezruchu przez dłuższy czas, podczas którego Marcjanna próbowała połączyć się z pozaświatem, by poznać los Sary.
— Uczysz się. Masz ambicje. Jesteś utalentowana. Chcesz dużo osiągnąć w życiu, być kimś — mówiła z przerwami. Sara wsłuchiwała się w jej słowa. — Zakochasz się niedługo. Ale nie będziesz szczęśliwa. Przeżyjesz rozczarowanie. — Nastała dłuższa przerwa, podczas której Sara słyszała westchnienia Marcjanny i szeptem wypowiadane przez nią słowa, których znaczenia nie rozumiała. Po kilku minutach zaczęła mówić ponownie: — Coś przeszkodzi ci w nauce. Coś się stanie. To będzie choroba kogoś bardzo bliskiego. Matki. Tak, matki.
— Proszę nie mówić więcej — zareagowała nagle Sara. — Proszę nie mówić już nic. Ja… — zawahała się — nie chcę znać przyszłości. — Wysunęła gwałtownie swoje dłonie spod dłoni wróżki. Zaświeciło się światło. Sara wstała od stolika i prawie wybiegła z pokoju.
Na zewnątrz Julia zapytała ją o wróżbę. Sara była zamyślona i w złym humorze. Dłuższą chwilę milczała, zanim opowiedziała koleżance, co usłyszała. A na koniec, jakby próbując się zdystansować od przepowiedni, dodała:
— Sama nie wiem, czy traktować jej słowa poważnie. Trzy stówy wydane niepotrzebnie.
— Lepiej myśl, że to wszystko to bajdy hochsztaplerki — powiedziała Julia wbrew własnym przekonaniom i temu, że sama we wróżby wierzyła. Chciała pocieszyć koleżankę. Czuła się winna jej złego nastroju. To ona przecież namówiła Sarę do odwiedzin wróżki.
— Popsuła mi nastrój tym swoim gadaniem. Żałuję, że się do niej wybrałam — podsumowała Sara.
Minęło kilka tygodni. Sara zapomniała o przepowiedniach wróżki Marcjanny. A jeśli nawet czasami sobie o nich przypomniała, to śmiała się sama z siebie, że kiedykolwiek wybrała się do niej i na początku dała wiarę jej słowom, jej zmyślonym — o czym była teraz przekonana — wizjom. Zmyślonym dla wyciągnięcia pieniędzy. Nawet karciła się za swoją głupotę, za to, że dała się namówić koleżance na niepotrzebną wizytę i stratę kilkuset złotych. Pieniędzy, których przecież jej nie zbywało, trudno zarobionych w sklepie z galanterią w Galerii Łódzkiej, do której przyjęła się zaraz na początku studiów, by zarobić na swoje utrzymanie.