E-book
13.65
drukowana A5
31.65
Za skłonem horyzontu

Bezpłatny fragment - Za skłonem horyzontu

Opowiadania


Objętość:
111 str.
ISBN:
978-83-8104-434-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 31.65

Roztocze

Nad Rospudą i Pregołą znowu świeciły łuny. W dzień nad drzewami puszczy, kłębiły się dymy podświetlone czerwienią pożogi. Budziły trwogę i zarazem ostrzegały, o Krzyżackim pochodzie. Pod niebo leciał krzyk wyrzynanej w pień ludności, błagającej litości, której nie znali rycerze w białych płaszczach. Rycerz Konrad von Thierberg, prowadził trzema szlakami trzy zastępy knechtów na ziemię Kymen i gródek w Mieruniszkach. Z trzech stron weszli na ziemię Jaćwieży, zwaną także Sudowią idąc brzegiem, szeroko rozlanej rzeki bez nazwy. O dzień drogi z tyłu, ciągnął główny obóz z wojennym osprzętem. Oddziały knechtów prowadziły dwie dziesiątki zakutych w żelazo rycerzy zakonnych w białych płaszczach z czarnym krzyżem. Na głowach, żelazne garnkowe hełmy z wyciętą szczeliną. Przy pasach, wysoko podciągnięte proste, długie oburęczne miecze na szyi mizerykordie włożone w ogniwo rycerskiego łańcucha. Na lewym ramieniu płaskie prostokątne tarcze.

Przodem, zapadając po kolana w grzęzawisku, setka knechtów ubranych w szare, sięgające kolan suknie. Na sukniach siatkowe kolczugi spięte szerokim pasem przy boku krótki miecz i sakwy z jadłem. W łapach długie włócznie. Kuno z Herzbergu dosiadał wielkiego, ciężkiego, czarnego, jak smoła konia grzęznącego w młace, ponad pęciny. Kuno był wściekły, szarpał uździenicę, przeklinał błoto, drogę, uciekających Żmudzinów i Prusów. Słychać go na wiorsty. Spieszyli na ile pozwalał ledwo widoczny w gęstwinie szlak, aby ubiec gród w Mieruniszkach. Już trzeci dzień gonili za wodzami, Skurdem i Jedutem, którzy po bitwie, gdzie Prusowie położyli kilku knechtów, odskoczyli w puszczę, przepadli w grzęzach pozostawiając za sobą widoczny, podeszły wodą ślad, którym teraz ciągnęli Krzyżacy.

Pod „Szeskim Wzgórzem” przywódcy ludu Krasima, Kirsny i Galindów przegrali kolejną bitwę w której padło wielu dobrych pruskich wojów. Wodzowie wybrali złe miejsce do bitwy, płaskie bezdrzewne wzgórze nie pozwalało podejść Krzyżaków a Prusowie nie posiadali zbyt wiele sił, żeby rozerwać zwarte, najeżone włócznia-mi szyki knechtów. Gdy nie stało przywódcy i wodza, jakim był do niedawna Skumand, który uszedł na Litwę, prowadzili od wielu lat beznadziejną walkę z Krzyżackim naporem. Ubywało wojów. Osady szły z dymem ludność pod miecz, a silni i zdrowi w pęta. Najeźdźca nie obciążał się braniem jeńców. Kraj się wyludniał i pustoszał, w miejscu ludnej krainy powstało wielkie pustkowie, a zgliszcza wypalonych osad pokryła puszcza. Na ogłoszoną przez papieża Klemensa IV, krzyżową wyprawę przeciwko poganom przybyły zastępy z Brandenburgii, Brunszwiku i nawet dalekiej Turyngii z Królewca, Lidzbarku, Bałgi i Elbląga, szły zbrojne zastępy, aby rzucić Prusów na kolana. Chrzcić w imię Boga ogniem i mieczem. Zostali tylko Sudowie i Nadarowie stawiający opór krzyżowym zastępom. Przywódca Bartów, Dziwan zginął od ciosu miecza, a Monte wiodący Natangów wzięty na włócznie oddał życie. Ostatni wódz Pogezanów, Glape stracił życie zdjęty kopią z konia. Wielkie Pruskie powstanie zostało utopione w krwi. Przyszedł czas na Jaćwież, Litwę i Żmudź.

Gródek w Mieruniszkach leżał pomiędzy dwoma jeziorami nad rzeką, której nazwy, najeźdźcy nie potrafili wymówić. Gródek był drewniany, broniony ziemnym wałem z podwójnym ostrokołem. Sosnowe bale pachniały jeszcze żywicą. Mocną bramę spinała przysadzista baszta. Wąski most przez bagnistą rzekę został rozebrany. Skurdo był pewien, że napastnicy nie przejdą przez leżące wokoło gródka topieliska. Nad palisadą głowy załogi, ostrza włóczni i osęków. Czekali. Kobiety i dzieci dawno poszły w puszczę, pozostali tylko woje, podrostki i gromada starców. Jedut i Skurdo, ostatni wodzowie Jaćwieży wiedzieli, że wcześniej, czy później trzeba będzie położyć głowy. Walki znaczone samymi klęskami trwały bez mała rok, a nadziei i pomocy znikąd.


Słońce skryło się za puszczę i zapadła noc wypełniona nadchodzącymi zza rzeki szmerami z gródka widać światła pochodni kładących na wodzie chybotliwe czerwone poblaski. Wzdłuż rzeki, przez którą pod osłoną nocy, budowano pływający most, słychać stukot toporów. Poranne mgły zasnuły rzekę szarością, zakryły most i podeszły pod czuwający gródek, tłumiąc kroki podchodzących pod palisadę knechtów. Niebo na wschodzie zaczęło różowieć od łąk niosło zapachem warzonej w krzyżackim obozie strawy i nagle panującą ciszę zbudził krzyk. W stronę gródka biegną trzy dziesiątki knechtów poprzedzanych tłumem niewolnych Prusów niosących osęki, oszczepy i drabiny. Wzdłuż palisady poleciał krzyk. Gródek padł po krótkim rozpaczliwym oporze. Nikt z obrońców nie prosił o litość. Pokonana Jaćwież leżała u stóp zakonnych rycerzy. zakończyła się chrystianizacja pogańskiego plemienia Prusów, przeprowadzona ogniem i mieczem. Z wygnania powrócił Skumand i w Prusach zapanował spokój. Krzyżacy, butni i niezwyciężeni rośli w siłę. Żelazne zastępy wyruszyły przeciwko Litwie. Na Inflanty.


Wzdłuż wijącej się przez puszczę rzeki bez brzegów i nazwy, gdzieniegdzie stały opuszczone rybackie checze z których już dawno wywietrzał zapach palonego jałowca. Niewielki oddział dobrze zbrojnych knechtów w szarych płaszczach i siatkowych kolczugach, przechodziło obojętnie obok pustych szałasów i kleci. Nie były zamieszkałe, więc nie były warte spalenia. Co krok zapadali w podmokłym poszyciu mchów i porostów, przedzierali przez kolczaste płoty krzewów tarniny, miejscami imali się mieczy i toporów, żeby wyrąbać przejście dla jadących z tyłu trzech zakonnych rycerzy w białych płaszczach, oraz dwóch koni objuczonych workami ze spyżą i wodą. Kuno z Herzbergu, wpatrzony czujnie w otaczający ich gąszcz puszczy za każdym drzewem spodziewał się zasadzki i czekiwał wrzasku wybiegających z gąszczy uzbrojonych Prusów.


Kuno prowadził oddział, oraz kilkudziesięciu powiązanych w łyka niewolnych Prusów tak bardzo potrzebnych przy budowie kamiennego Burgu nad rzeką Lavą. W puszczy panowała cisza zakłócana skrzekiem srok, strażniczek lasu i postukiwaniem pracowitych dzięciołów. Pruski przewodnik prowadzący Krzyżaków natrafił na wyrąbaną w krzewach, wąską przecinkę porośniętą samosiejkami brzozy. Ścieżka pięła się łagodnym zboczem stoku na obłe wzgórze. Knechci poszli szybciej. Z tyłu, płazowani mieczami i poganiani krzykiem, nadążali biegnąc truchtem, powiązani parami, niewolni Prusowie. Około południa wyszli na piaszczysty ducht z odciśniętymi i zatartymi śladami podkutych koni. Poszli po śladzie. W puszczy zaczęło się przejaśniać i po chwili wyszli na wielkie płaskowzgórze, skąd jak okiem sięgnąć leżąca poniżej, zbita zieleń puszczy, łachy piachów pokrytych dywanem fioletowych wrzosów i ciągnący się po daleki horyzont błękit jeziora z widoczną odnogą rzeki zarośniętej sitowiem i szuwarami.

— O! Mein Gott! — odezwał się Kuno zauroczony leżącym w dole pięknem krainy.

— So, eine riesige Wiese!? — dodał rycerz Uwe.

— Raczej pastwisko — wtrącił Lothar.

— Zatrzymujemy się na nocleg — rozkazał Kuno — Trzeba popasać. Konie zmęczone. Rankiem w drogę. Musimy śpieszyć, aby nam jeńcy nie padli. Ha, ha, ha!

Knechci w kilka chwil uwinęli się z rozbiciem obozu, rozkulbaczyli zmęczone konie rozpalając wielkie ognisko. Rankiem ruszyli w dalszą drogę. W nocy uciekło dwoje niewolnych Prusów.


Mijały lata przeplatane krótkimi okresami wojny i pokoju, zaludniały spalone osady, stawiano nowe checze, chałupy, grody, zaczęto uprawiać, leżącą odłogiem ziemię dającą ludziom plony i życie. Prusowie, którzy nigdy nie padli przed zaborcą na kolana, znowu rośli w siłę czekając swego czasu. Na płaskim wzniesieniu, skąd widać dalekie jezioro, Żywan wódz licznego plemienia Galindów, kazał zbudować mały, drewniany gródek dający schronienie i obronę okolicznej ludności. Grodek nazwano Angenete.


Kolejne powstanie Prusów wspomagane przez gdańskiego księcia Mściwoja, zakończyło się przegra-nymi bitwami, lecz nie klęską. Niebo znowu pokryły łuny pożarów, padały kolejne, stawiające opór plemienne gródki, po kilkudniowym oblężeniu padł gródek Angenete. Żywan z kilkoma wojami przerąbał się przez szeregi knechtów zapadając w puszczę. Rankiem poszli na zachód w stronę Zantyru leżącego nad Wisłą na ziemie Pomorzan. Wszyscy przeszli na służbę gdańskiego księcia.


Krzyżacy zrównali gródek z ziemią, ludność poszła pod miecz. Nieliczni w pęta.


Po latach, wody wielkich jezior zalały część płaskiego wzgórza, drewniany zamek krzyżaków i leżące pod nim podgrodzie. Kolejne stulecie znaczące się wielkim zmianami na ziemiach Żmudzi, Litwy, Rusi i Prus zatoczyło koło powracając na ziemie plemienia Galindów, gdzie zakuci w żelazo teutońscy rycerze, postawili na niewielkiej wyspie leżącej w widłach rzeki, murowany zamek nazwany, Angerburg.

Na Mazury!

Kolejny, ciężki dla szkolnej braci, rok nauki dobiegał końca, zbliżały się oczekiwane od dawna wakacje, więc zadawaliśmy sobie pytanie, — jakie będą tego roku? Wielu z nas wyjeżdżało na szkolne kolonie, harcerskie obozy, wielu także pozostawało w domach. Wakacje zapowiadały się — jakby wierzyć radiowym komuni-katom meteo — z wielką przewagą słońca, prawie bez opadów, co wystarczało żeby być szczęśliwym.


Nasz oddziałowy, harcmistrz Kędziora, prezentował się zupełnie przyzwoicie w harcerskim mundurze z zielonym sznurem, lilijką i kilkoma odznakami wpiętymi w kieszeń bluzy.

— Druhowie! — krzyk wypełnił wielką salę auli — Mam dla was niespodziankę.

— ?

— Nasza partia i rząd, rzuciły hasło dla organizacji i harcerstwa, pod wielce obiecującą nazwą „Wszystkie dzieci na obozy po słońce i radość”. Jedziemy na obóz! Na Mazury! Prawdopodobnie do Augustowa, albo Ełku.

Gremialne trzykrotne hurrrra rozmazało się na zielonych ścianach obwieszonych portretami politycznych przywódców. O, Augustowie, Ełku czy Węgorzewie, pomimo najlepszych chęci naszego starego belfra od przedmiotu, Radomskiego, wiedzieliśmy niewiele, to znaczy nic.

— Miasteczka, jak to miasteczka — wyłuszczał nam książkowe wiadomości — bez historii, zburzone przez uciekającą niemiecką armię. Pojedziecie, zobaczycie sami. Jedno co piękne to przyroda. Korzystajcie, więc ze słońca i wody.

Wesoły rozśpiewany pociąg wystukiwał na złączach szyn swoje rytmiczne staccato, ciągnął za sobą warkocz czarnego śmierdzącego dymu, buchał parą z rozpędzonych tłoków, przenikliwie gwizdał przed wiaduktami i przejazdami chronionymi biało czerwonym szlabanem, dudnił na przerzuconych nad rzekami mostach, przelatywał w kłębach pary przez małe stacyjki, których nazw nie zdążaliśmy odczytać. Wychyleni przez okna chłonęliśmy wzrokiem nieznane nam oblicze kraju, a wesoły pociąg wiózł nas do dalekiego celu podroży, kończąc swój bieg w Mrągowie. Stop! Koniec podróży. Przed dworcem czekały na nas dwa autobusy „San” i węgierski, „Ikarus”.

— Pierwsza drużyna zbiórka… Druga, trzecia — wrzeszczeli drużynowi przekrzykując basowe sapanie zmęczonej lokomotywy — Odlicz! Gdzie jest Bartek? Bartek!

— Drużynowy! Zgubiliście jednego z druhów! — wrzeszczał komendant Janikowski, harcmistrz PRL — Migiem szukać.


W autobusie pomimo otwartych wywietrzników gorąco jak w piekarniku. Do celu podroży, jak wynikało z informacji kierowcy, ponad czterdzieści kilometrów, które przeleci migiem w ponad godzinę. Prędzej nie można? Nie można! Przepisy. Przepisy swoje, a on nie bez serca, tym bardziej, że na termometrze ponad dwadzieścia sześć w cieniu. Mieliśmy tylko śpiewać, więc śpiewaliśmy, piosenkę za piosenką i nawet nie zauważyliśmy jak autobus zatrzymał się przed wielkim budynkiem z czerwonej cegły i wysokim kominem nakrytym bocianim gniazdem. Cel podroży. Stop! Kolejna zbiórka, odlicz, walizki w łapę, gęsiego jak stado kaczek za drużynowym, przez wielkie boisko. Janek „Marabut” nasz chorąży niósł rozwinięty proporczyk z wyhaftowanym herbem naszego miasta i srebrnym napisem „2 hufiec ZHP”. Po oficjalnym powitaniu wyszło szydło z worka, co mało nie doprowadziło do rozwiązania obozu, powodem był panujący bałagan oraz brak koordynacji. Nasz hufiec, zamiast trafić do Ełku nad czyste jezioro, trafił do Węgorzewa, gdzie oczekiwano przyjazdu hufca ze Śląska, hufiec z Giżycka nie dostarczył wypożyczonych z wojska namiotów, które przez pomyłkę trafiły do Czarnego Dworu, żeby było weselej, wojsko zapomniało przywieźć garkuchnię.

W zamian za spanie w namiotach, oferują zakwatero-wanie w tym oto, starym budynku szkoły.


W czasie deszczu, zamiast płótna namiotu, solidny dach nad głową, tłumaczyli zdenerwowanemu komendantowi, Kędziorze nie mogło się w głowie pomieścić, że jego podopieczni zostaną pozbawieni mieszkania w rozbitych na łące namiotach, codziennego mycia w jeziorze, oraz załatwiania fizjologicznych potrzeb, zamiast we wsty-dliwie ukrytej w gąszczu krzewów sławojce w szkolnym kiblu śmierdzącym lizolem. Pierwszy i nie ostatni raz widzieliśmy komendanta w tak cholerycznym nastroju. Po wykonaniu kilku telefonów do władz miasta oraz sekretarza partii znaleziono wyjście z niezbyt wesołej sytuacji i obydwie strony poszły na kompromis.

My, co okazało się po czasie, wyszliśmy na tym, jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Zakwaterowanie, zakwaterowaniem, lecz na czym mieliśmy spać, gdy nasi gospodarze nie dysponowali wystarczającą ilość metalowych łóżek i sienników.

— Na strychu mamy kilka drewnianych łóżek — przypomniał sobie woźny.

— Ile?

— Powinno wystarczyć.

Nie pozostało nic innego, jak natychmiast zabrać się do pracy. Podział ról przebiegł bezboleśnie, znalezionymi na strychu łóżkami zapełniliśmy ubytki i wystarczyło dla wszystkich. Niestety, ludowe porzekadło mówi, że — ‘jaki poniedziałek, taki cały tydzień’ — i było w tym wiele prawdy. Pech nie opuszczał nas do końca obozu i chodził za nami jak głodny i zły pies. Słoma w siennikach, zamiast pachnieć świeżym zbożem, przesiąknięta była zastałą, stęchłą wilgocią. Drewniane łóżka były stare, pamiętające czasy jego Kajzerowskiej Wysokości, na domiar złego, pod osłoną nocy, ze szczelin łóżek powyła-ziły przezroczyste jak pergamin, wysuszone, wielkie żądne ludzkiej krwi, pluskwy. Większość dzielnych druhów śpiących w drewniakach dostało gorączki, pocętkowani zaczerwienionymi śladami ukłuć wyglądali jak po przebyciu wietrznej ospy. Janek i Zbych dostali biegunki musiano ich odwieźć na oddział zakaźny do szpitala w Kętrzynie z podejrzeniem duru brzusznego, Awantura osiągnęła apogeum.

Z Olsztyna przyjechała wysoka komisja lekarska, pofatygował się sekretarz partii, kilka osobistości bez określonej przynależności, oraz przewodniczący rady miasta z prezydentem. Niektórym z nas nie było do śmiechu, ale mieliśmy ubaw po pachy. Migiem dostarczono nowy komplet pryczy — oczywiście z wojskowych magazynów — na boisku rozbito wielki namiot garkuchni, sale odkażono jakimś śmierdzącym świństwem, którego zapach wisiał przez cały czas trwania obozu. Łóżka — wampiry poszły z dymem, nas objęto trzydniową kwarantanną. Kilka pierwszych dni obozu minęło jak z przysłowiowego „z bicza trzasł” i wyprowadzano nas w miasto, które po trzech dniach znaliśmy jak własne podwórko. Spacerując po wąskich uliczkach stwierdziliśmy, że Radomski mijał się z prawdą, gdyż miasto pamiętało czasy krzyżackiego zaboru, napoleońskie wojny, przeszło okres martyrologii mieszkających tutaj Mazurów, którzy w zmieniających się politycznych warunkach nie potrafili odnaleźć swojej tożsamości. Nasz belfer nie miał także racji, mówiąc, że pamiętające lata świetności śródmieście miasta zburzyli uciekający Niemcy. Wokół placu, nazwanego szumnie rynkiem bez ratusza, lecz widocznym z daleka budyn-kiem prezydium, stały wzniesione z gruzów — jak ten Sfinks z popiołów — domy o jasnych tynkach. Na ścianie starego domu, widoczny, lecz zatarty minionym czasem, kiedyś biały, dzisiaj wyblakły napis, 3XTAK. Pogoda była zgodna z komunikatami, pogoniono nas nad prowizoryczną przystań i popłynęliśmy stateczkiem białej floty na jezioro Mamry, przerażające nas swoim ogromem.

— Sniadwy so jeszcz wienksze — poinformował nas sympatyczny, opalony na czarno, szyper w poplamionej olejami koszuli i marynarskiej czapce — Popłyniem innem razem.


Słońce skakało w drobnej fali jeziora miriadami złotych okruchów kłujących w oczy. Staliśmy oparci o reling spoglądając na odkładające się za kadłubem zakosy fal mieniących się błękitem, zielenią i głęboką czernią. Na brzegach, schowane pomiędzy brzózkami, słomiane dachy chałup, skąd dochodziło szczekanie psów. Na przybrzeżnych piachach wygrzewały się stada niezna-nych nam gatunków ptaków.


Stateczek nie należał ani do nowych, ani dużych, a także do technicznie sprawnych. Stary silnik „Volvo-Penta” pykał na wolnych obrotach, przerywał od czasu do czasu, zanosił astmatycznym kaszlem, dmuchał przepalonym olejem i duszącymi spalinami, lecz pchał nas wzdłuż brzegów oddzielających Mamry od jeziora Święcajty z prędkością trzech knotów na godzinę. Na jeziorze widać białe żagle nielicznych jachtów. Wyprzedziliśmy — pozdrawiającą nas kpiącymi okrzykami — białą, ciężką, wiosłową „DZtę” z harcerskiego ośrodka w Giżycku. Szyper powitał buczkiem płynący w przeciwną stronę, wielki slup z łopoczącym na wancie proporczykiem Yacht Klubu z Gdańska. Było miło i wesoło.

— Obaccie hopcy — wskazał wielkim paluchem — Ptoki sa lengną.

— Przelotne? — spytaliśmy popisując się szkolną wiedzą.

— Ni! Własne — z odcieniem dumy w słowach — Ptoki i zwierze, pomału wraca doma.

— Zwierzęta?

— No! Łoś sa pokasał nad Biebrzą. W puscy rysia można zoczyć — zaczął wyliczać — Som już jelenie, dziki…


Stateczek przepychał się przez zwały zielonej rzęsy, zabełtał zwały osadu w przesmyku na Sztyngorcie i wpłynął na spokojne jezioro Dargin, gdzie zobaczyliśmy wielki jęzor półwyspu oddzielający od siebie dwa kolejne rozlewiska jezior. Nad rozpalonymi słońcem piachami wisiały złudne miraże, tańczyły unoszone lekkim gorącym wiatrem małe kłębuszki piasku. Na gałęziach uschniętych drzew poznaczonych zwapnionymi śladami ptasich odchodów zauważyliśmy wielkie, podobne do bocianów, czarne ptaszyska. Pierwszy raz w życiu dane nam było zobaczyć żywe kormorany. Postój w Giżycku trwał na tyle długo, że mieliśmy czas zaopatrzyć się w butelki słodkiej lemoniady i załatwić „coś — niecoś”, ponieważ pod pokładem stateczku trudno było znaleźć to ustronne miejsce. Do przystani powróciliśmy późnym wieczorem.

— Do zobacenia — pożegnał nas sympatyczny szyper.

— Do zobaczenia. Czuwaj!

— Drużynowy zarządził zbiórkę.


Historię miasta poznaliśmy ze stojącej na rynku oszklo-nej gabloty. Zaciekawił nas artykuł mówiący o zamiarach połączenia mazurskich jezior z Bałtykiem. O, budowie kanału myślano już w XVIII w. lecz po kilku latach pracy, okazało się, że przedsięwzięcie jest zbyt kosztowne i zaniechano dalszych robót. To, co zbudo-wano, uległo zniszczeniu w czasie wojen napoleońskich. Byliśmy pod wrażeniem i postanowiliśmy zmusić druha Kędziorę na pieszą wyprawę szlakiem kanału i śluz, przez które nigdy nie przepłynął żaden statek.

— Druhu, do Stawek tylko dziesięć kilometrów.

— Co to dla nas? — z przechwałką w głosach.

— A, do Bajora, oczywiście wokół jeziora, następne dziesięć — zakpił Kędziora po czym stwierdziliśmy, że jednak nie był taki głupi, za jakiego go poczytywaliśmy — No dobrze, porozmawiam z komendantem.

Przekonani o odmowie odłożyliśmy wyprawę na półkę niedostępnych osobliwości. Jakże byliśmy w błędzie. Przez trzy kolejne dni lało jak z cebra, grzmoty, jakich nigdy nie słyszeliśmy, kołysały ziemią i rozsadzały bębenki w uszach. Burza nim odeszła w świetle błyskawic na zachód, jeszcze kilkakrotnie cofała się nad miasto.

— Nie przedze bez jeziora — tłumaczył sympatyczny woźny.

— Dlaczego?

— Woda jo cyma — odpowiadał z powagą.


Pogoda, bezpośrednia przyczyna obezwładniającej nas nudy, była w sam raz na pisanie listów, a było, o czym pisać. Po deszczu, jak w piosence Pugaczowej, jest słońce, więc zaraz po śniadaniu, zaopatrzeni w suchy prowiant, poszliśmy dwiema drużynami w kierunku wioski Trygort, gdzie po krótkim postoju otrzymaliśmy zadania i poszliśmy na Stawki, różnymi szlakami według azymutu na przełaj przez pola. Ażeby nie było zbyt łatwo, namiary prowadziły wzdłuż zachodniego brzegu Mamrów na Kamionki, skąd przez podmokłe pola do skrzyżowania dróg, dalej wzdłuż kolejowych torów, do zarośniętego szuwarami kanału. Należało wyjść na śluzę w Leśniewie Górnym, gdzie ponoć bobry miały swoje żeremia. Bobrów na lekarstwo, więc musieliśmy uwierzyć na słowo. Zamiast bobrów, monstrualna sięgająca ponad drzewa, piętnastometrowa ściana śluzy, której urządzenia zdemontowali i wywieźli Rosjanie, reszta padła łupem szabrowników.

— W czterdziestym drugim, kanał był prawie gotowy — kontynuował oprowadzający nas, były śluzowy, dzisiaj ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna — Trzeba było tylko wykończyć śluzy, ale Niemcy przerwali budowę. W czterdziestym piątym przy-szły ruskie i wywieźli, co można było wywieźć. Tak zostało do dzisiaj. Może ci u góry, pomyślą o dalszej budowie kanału?

— Może? — przytaknął komendant, zapalony żeglarz i wodniak — Powstałby piękny wodny szlak od Pisy po Bałtyk.

— Tylko zagospodarować turystycznie — wtrącił Kędziora do którego nabieraliśmy coraz więcej szacunku — Zbudować bazę noclegową…

— I przystanie — dodał komendant.

— Czy idziecie jeszcze na Piaski i Bajory? — spytał śluzowy.

— Wracamy wzdłuż kanału do szosy — postanowił komendant pomimo głośnych protestów — Dziękujemy za ciekawą historię.


Na kwatery doszliśmy całkowicie padnięci przyznając rację naszemu komendantowi, który lepiej ocenił nasze możliwości. Kilka dni później pojechaliśmy do Gierłoży obejrzeć „Wilczy Szaniec” ostatni obiekt na trasie naszych geograficznych i historycznych doznań.


Powoli, lecz nieubłaganie zbliżał się dzień zakończenia turnusu. Nasze wygniecione i wygrzane sienniki — już bez pluskiew — pozostawiliśmy w spadku kolejnemu turnusowi z Torunia, którym życząc dużo słońca, nie powiedzieliśmy ani słowa o prześladującym nas pechu. Pożegnaliśmy miasto z mieszanymi uczuciami. Wyjeżdżałem z mocnym postanowieniem kolejnego przyjazdu.


Po kilkunastu latach przyjechałem na Mazury z trójką przyjaciół i zbudowanym przez nas jachtem, przeżyć kolejną przygodę.

Za skłonem horyzontu

“Navigare necesse est” — Plutarh

Zbych był uparty jak połączenie osła z mułem, kopnięty przez głupią krowę i jakby tego było za mało przero-śnięty ambicjami zrobienia czegoś przekraczającego jego, a szczególnie dotychczasowe dokonania innych. Już od dzieciństwa był krnąbrny, uparty, apodyktyczny, na uczelni sprawiał nam swoim postępowaniem same kłopoty i masę problemów, lecz sam nie zaprzątał sobie nimi głowy twierdząc, że jest stworzony do wyższych celów aniżeli zatrzymywanie się i zwracanie uwagi na błahostki mogące zniweczyć szczytny cel do którego dąży. Dotychczas jednak nie zrealizował żadnego ze swoich założeń, z wyjątkiem zaliczenia z wysiłkiem kolejnych egzaminów i semestrów, lecz przebrnął przy Bożej pomocy, — co drugi głupi ma szczęście — przez obronę pracy magisterskiej na temat wysokoprężnych, lecz małolitrażowych silników jachtowych zbierając gratulacje i słowa pełne podziwu dla pionierskiego tematu. Tak na dobrą sprawę; temat na zachodzie nie należał wcale do nowatorskich. Łut szczęścia dopomógł Zbychowi wyjść z uczelni w glorii i chwale.


Na wspaniały pomysł budowy jachtu Zbych wpadł już na drugim roku studiów.

— Chłopaki to nie byle jaki jacht — podniecał się swoją pływającą wizją — To będzie nasz jacht. Kupić? Przepływany jacht? Krowa cię kopła. Wiecie ile taki kosztuje? Nie! No proszę… Nie zabierajcie więc głosu. Wziąć w charter? Gdzie? Na Mazurach jeszcze nie te czasy. Oczywiście, że można w Kilonii albo w Pireusie.

— Kto za to zapłaci? — spytaliśmy zgodnym chórem.

— Może masz na widoku wygranie w totka?

— Lub bogatego mecenasa — zakpił Jura.

Zbych popatrzył na nas z wyrzutem w wielkich ślepiach, że nie pozwalamy bawić się drogimi zabawkami, zdziwiony, jakby widział nas pierwszy raz po długiej przerwie, przeleciał wzrokiem po naszych złych oczach, zatrzymał na każdym z nas dłuższą chwilę, aby bez żenady odpowiedzieć na nasze pytania.

— Kuba ma przecież „Omegę” i może ją spieniężyć. Chętnych zawsze znajdzie, więc mamy gotówkę jak z nieba i możemy rozpoczynać. Na początek wystarczy.

Nie zważał na moje rozpaczliwe protesty i tłumaczenie, że łódka nie pierwszej starości, trzeba poprawić listwowe poszycie burt, że maszt się rozkleja… od słońca, założyć nowy saling, że traktuję łódkę jak członka rodziny i rożne bzdety bez znaczenia.

— Wiemy!

— Jak byłą dziewczynę… To także wiemy — dodał Kaik.

— Przeszła ze mną na Niegocinie i Mamrach dobre i złe czasy — błagałem.

— O, waszych awanturkach także nam wiadomo — odpowiedział Zbych za pozostałych.

— Wiecie, że stoi od dwóch lat na Bełdanach u Jankowskiego — użyłem ostatniego argumentu, który powinien przeważyć szalę na moją korzyść. Nie przeważył.

— Wiemy!

— Wszystko świetnie się składa, łódka na miejscu — ucieszył się małpiszon Zbych, a mnie, o mało nie pękło serce, gdy wspominałem dzień rozstania z miłością mojego życia, a teraz będę zmuszony rozstać się z jej imienniczką. Zbych przeciągnął na swoją stronę największego oponenta, Jurę, a Kaik wskoczyłby dla niego na samo dno, więc nie wyszło na moją korzyść, czyli trzech na jednego.

— Właśnie, — stwierdziłem — gdzie nieprzyjaciół kupa to i Herkules dupa. Możecie sobie łódkę sprzedać… Tylko mnie do tego nie mieszajcie. I jeszcze jedno, kupujący ma natychmiast zmienić jej nazwę. To jest warunek!


Zbych, żeby nie tracić czasu, zakręcił się za kupcem — zgłosiło się kilkunastu — można było wybierać, kaprysić, przeprowadzić prywatną aukcję w czasie której wypadło na dr hab. inż. z Politechniki Koszalińskiej przebija-jącego konkurentów starających się o rękę „GOSI”. Zapłacił bez targowania żywą gotówką dokładając za zapasowy komplet sztormiaków i ‘prawie nowy’ doczepny silnik.

— Chcę synowi sprawić prezent — tłumaczył — Czy posiada stopień? Panowie mają na uwadze żeglarski… Przypuszczam, że nie. Czy to coś zmienia?

— Będzie pływać po Mazurach? — spytał Zbych z głupia frant.

— Ależ nie, panowie. Chłopak musi się opływać, czy nie tak? Na początek postawimy łódkę w Charzykowach na Łukomiu… Mamy blisko.

— To życzymy szczęścia i…

— I, stopy wody pod kilem — wtrącił doktor starając się popisać wiadomościami o jachtach, szczegól-nie mieczowych jakim była „GOSIA”.

— Możemy to tak nazwać — wtrąciłem — Proszę nie zapomnieć, panie doktorze, o przemianowaniu. To jest dla mnie bardzo ważne.

— Nie chce oddać dziewczyny w obce ręce — zachichotali głośno żeby usłyszał.

— Nigdy wam tego nie zapomnę, potomkowie rekina i ośmiornicy — syknąłem.

Przegłosowaliśmy — za — budowę niewielkiego, adekwatnego do zawartości naszych chudych portfeli, klasowego siedmiometrowego „Passata” slupa konstrukcji Tobisa z niskim trójkątem przednim, co wymagało bardziej skom-plikowanego olinowania stałego, lecz miało korzystny wpływ na aerodynamiczność grota. Jura z przekory głosował za „Szczupakiem” Tumiły, lecz został przegłosowany.

— Parametry prawie takie same, lecz ta nazwa… Nie. Nie przejdzie — buntował się Zbych.

— No! — dodawaliśmy z przekonaniem.

— Lecz dwie dodatkowe koje –Jura nie dawał za wygraną.

— Masz na uwadze swoje wymiary, mój drogi — zakpiłem — Sam potrzebujesz dwie.

— Dodatkowe piętnaście centymetrów pod kilem także nie jest bez znaczenia — dodał Kaik.

— Pod balastem mój żeglarzu — skontrował Zbych, jedyny żeglarz z patentem sternika jachtowego w naszym teamie.

— Eeee, co za różnica, czym zaczepisz o dno? — droczył się Kaik

— No właśnie.

Pozostała najważniejsza sprawa miejsca budowy, ale Zbych załatwił ją prawie od ręki.

— Gdzie budować? Przecież nie na placu przed domem. To proste moi drodzy. Czy zapomnieliście, że mój stary jest wielogwiazdkowym wojskowym? Niech się wykaże, co potrafi — skomentował.


Stępkę pod kopyto wypożyczone od Wojtka Sieńskiego będącego w tym czasie doświadczonym i opływanym po zatoce żeglarzem, będącym na Ty z Zygą Perlickim, także początkującym redaktorem w Głosie Stoczniowca mającego odpowiednie chody, położyliśmy bez fanfar na placu za hangarem — rupieciarnią stoczni remontowej „Marwoju”. Miejsce było dobrze osłonięte przed oczami ciekawskich do basenu tylko kilka metrów, do dyspozycji prawie w zasięgu ręki stara nieużywana od lat pochylnia. Do szczęścia brakowało tylko ustabilizowanej pogody. Pierwszą zimę kadłub leżakował pod chmurką, i jak mówił Kaik, sezonował. Na wiosnę, oczywiście przy pomocy wielogwiazdkowego ojca, miejsce budowy osłoniliśmy przed zmiennościami aury starym wojsko-wym namiotem i zaczęliśmy kleić pokład, profilować nadburcia, wzmacniać uchwyty pod sztormrelingi, sztagowniki oraz osprzęt, co zajęło nam mnóstwo czasu, a szczególnie brakujących na wszystko pieniędzy, a najgorsze dopiero przed nami. W tym czasie Jura z Kaikiem ukończyli kurs na pierwszy stopień żeglarski. Dla Kaika tradycyjny chrzest zakończył się solidnym podtopieniem.

Budowa kosztowała nas wiele wyrzeczeń nie wspomi-nając o ponad dwóch latach pracy, żadnych wakacjach, oprócz miesiąca obowiązkowej praktyki u fundatora stypendium. Pomimo solidnego zaangażowania własnych sił i umiejętności nie obyło się bez zatrudnienia szkutnika Pana Szarmacha ze stoczni jachtowej u „Conrada” na Stogach. Posiadał większy od nas zasób praktycznej wiedzy i co nie było bez znaczenia, nie zdarł z nas ostatniej skóry. Zaczęła się najtrudniejsza i pracochłonna operacja wyposażenia kadłuba.

— Chyba zwariuję — skarżył się Kaik.

— Jak się to nazywa? — pyta Jura pokazując jakiś dziwny dla mnie szakiel.

Do czego to służy? — pyta Kaik i podsuwa pod nos metalowy łącznik miecza.

— Czy ja rzeczoznawca? — byłem wściekły.

— Zbych! Niezaznaczone miejsce pod knagi — woła Jura.

I tak cały dzień po dniu i miesiąc po miesiącu, aż nad-szedł oczekiwany moment na usprzętowienie żaglowe. Wojtek załatwił za ciężkie pieniądze, modny w tym czasie i poszukiwany przez amatorów żeglarzy, smukły, drążony wewnątrz aluminiowy maszt Proctora. Nie wypadało pytać ile, lecz kłaść forsę na nadbudówce.

— Wojtek, ty krwiopijco!

— To połowa odłożonej forsy na cały osprzęt.

— Puścił nas z torbami — jęknąłem — Daj ogłoszenie w prasie… Sprzedam.

— Ogłaszamy plajtę.

— Pytałem — bronił się Wojtek, Zbych uciekł spojrzeniem w głąb kokpitu.

— Tutaj cię mamy lekka rączko — zgrzytnęliśmy jak na komendę.

Niespodzianka nie byłaby niespodzianką, gdyby nie znalazł się leżący u kolegi… kolegi ze studiów, piękny, lekki aluminiowy bom z kompletnym okuciem do refowania żagli.

— Chłopaki, mówię wam jak za darmo — kusił Wojtek — Okucie z obrotową głowicą, trzy osie obrotu, ucho do topenanty…

— Ucho od śledzia — zdenerwował się Jura — wystarczy nam tradycyjny

— Haaa, haaa! — ryknął — Ale ubaw. Nie chcecie to nie. Cześć.

Wieczorem przywiózł nam w prezencie kompletny bom… z uchem do topenanty. Dakronowy komplet żagli daliśmy szyć u modnego w tym czasie żaglomistrza w Orłowie. Wytrzymały pełne cztery lata, zmienności aury i szkwałów, aby w piątym roku… zginąć wraz z bomem.


Na uczelni zbliżały się kolejne egzaminy, zaliczenia i kolokwia, kończył się kolejny semestr, który należało koniecznie zaliczyć. W tym roku postanowiliśmy wykorzystać, chociaż część przypadających nam wakacji. Każdy ustawiał się jak potrafił. Kaik pojechał do ośrodka żeglarskiego w Świbnie pełniąc funkcję szkutnika doskonaląc swoje wiadomości o jachtach i nie tylko, Jura zapowiadał wyjazd z Basieńką w góry, Zbych oznajmił, że jedzie do Kołobrzegu, ja chciałem zapracować na patent sternika.

— Do zobaczenia po wakacjach — pożegnaliśmy się z jachtem

i tyle nas było.

— Spotykamy się dokładnie jak w harmonogramie —

przypomniał Zbych na odchodnym.

— No to po rozchodniaczku kochani — stuknęliśmy

papierowymi kubkami.

— Skąd masz to świństwo?

— Jakie świństwo?. To oryginalny „Prott”. Dostałem w prezencie — bronił się Kaik.

— Rum? Bez piwa?

— Chciał nas zabić — stwierdził Zbych oblizując wargi — Dobre. No polej chłopcze po jednym.

Klucz od hangaru zostawiliśmy u dyżurnego oficera na służbówce.

— Fajerant? — ni spytał, ni potwierdził starszy bosman Zaremba.

— Wakacje panie Andrzeju. Wakacje! — wykrzyczeliśmy sympatycznemu bosmanowi prosto w zdziwione oczy.

Kilka dni później, zapracowując na patent sternika, szorowałem pokład na „Kurzej stopie” pod czujnym okiem, pełniącego funkcję drugiego oficera … naszego Zbycha.

— A miałeś być w Kołobrzegu — będąc już po wachcie rzuciłem prosto w jego zakłamane ślepia.

— Eeee… Czy wszystko musi być prawdą? — spytał mottem z Freuda — Człowiek musi posiadać, chociaż trochę osobistego komfortu.

— Szczególnie, gdy dąży do celu poprzez szorowanie pokładu — poparłem.

— Nie narzekajcie żeglarzu. Zobaczycie nieznane wam porty.

Szkoleniowy rejs trwał dokładnie pięć dób, czyli jeszcze dokładniej, sto dwadzieścia godzin z odpowiednią dokładką licząc w tym za, a szczególnie uroczyste wymusztrowanie w Świbnie.


Od nowa zauroczyło mnie ujście Wisły szeroko rozlanej pod Świbnem i Mikoszewem do którego można tylko przez pontonowy* most w Kieżmarku, a dalej wąską, pełną wybojów i dziur, połataną asfaltową drogą przez Stegnę zapamiętaną z harcerskich wodniackich obozów. Rzeka, tak jak przed laty leżała ograniczona płaskimi brzegami zarośniętymi sitowiem, łanami wysokiej wydmuchrzycy, gdzieniegdzie sterczały pojedyncze fioletowo niebieskie mikołajki i koślawe wierzby straszące dziuplami i próchnem, kołysząca się pod ledwie tchnieniem wiatru leszczyna, krzewy złotogłowiu, kolczasty rokitnik i krzewy słodko pachnącej pomarań-czowej róży. Nad piachami leżała cisza otulona w gorąc, tańczyły piaskowe purtki* wygrzewały stada morskiego ptactwa i biegające za cofającymi się falami, srebrno-szare piaskowce. Z biegiem rzeki nadpływał mały, żółto — czarny kuter o niskich burtach obwieszonych suszący-mi się sieciami. Na dziobnicy znak MIK — 33 portu w Mikoszewie. Prychał wysłużonym silnikiem, kopcił spalinami i odważnie ciął szeroką piersią widoczne wiry i coraz większe fale przyboju. Nad kutrem setki kłócących się srebrnych mew i wrzeszczących szarych rybitw. Na przybrzeżnych piachach biegały małe czarnogłowe śmieszki i odważne rdzawoczerwone bieguski.

Poranna bryza dopychała do pomostu zacumowane i chronione odbijaczami jachty. Skakały na krótkiej fali, szarpały cumami, rysowały pogodne niebo topami masztów, skrzypiały i dźwięczały takielunkiem.

W wantach śpiewał wiatr. Było pięknie i niepowta-rzalnie. Nikt już nie spał. Kambuz po cienkim śniadaniu wymieciony do czysta, koje obciągnięte na blachę szarymi kocami, zwinięte hamaki, a na pokładzie pełna mobilizacja. Jasnozłote słońce, stojące już wysoko ponad widnokręgiem, skakało po fali miriadami małych odprysków ścieląc dla nas szeroki morski gościniec. Morze, leżące za ostrogą u ujścia rzeki, mieniło się kolorami seledynu, srebra i złota. Byliśmy gotowi do rejsu.

— Cumy rzuć!

— Jest, cumy rzuć!

Nasz jacht był typowym slupem z wysokim przednim, sztywnym masztem pozwalającym na osiągniecie większych korzyści współpracy pomiędzy grotem, a fokiem, szczególnie przy wiejących bajdewindach od trójki °B wzwyż. Gnał wtedy jak narowisty koń, biorąc pod siebie kolejne grzywacze i trzymał kurs jak sternik szturwału. Trochę nieosiowy z uwagi na swoje dziewięć metrów Lc*, więc każdy z naszej sześcioosobowej załogi miał przez cały czas trwania rejsu ręce zajęte pracą.

— Chyba się utopię — mruczałem do siebie rozplatając kolejny raz źle związany węzeł.

— Trzeba nałożyć z prawej na lewy i powtórzyć — pouczył bosman — przeciągnąć przez oczko i reszta już śledź na słodko.

— Ażeby cię — syknąłem.

Przepisowo, jak na egzaminie, odeszliśmy od pomostu biorąc kurs w górę rzeki, lekka morka zamieniła się w lekki szkwał pchający nas pod wartki prąd. Pierwszy oficer, ażeby było śmiesznie i ciężko, zagonił załogę do halsowania i po godzinie weszliśmy w prawą odnogę Wisły zwaną nie wiadomo, dlaczego Szkaprawa i biorąc kurs na Żuławki, poszliśmy nie na Stegnę, lecz prawym odpływem na Zalew na piaszczyste przemieszczające się mielizny i nieskatalogowany rezerwat ptactwa, przeszli-śmy niedaleko małej rybackiej osady bez nazwy, gdzie na piachu przycupnęły relikty dawnych czasów, checze rybaków.

— Teraz możemy odpocząć — pomyśleliśmy.

Nic bardziej błędnego. Zaczęła się przepytywanka z podstawówki, od zęz po top masztu, od pawęży po dziobnicę, nadburcia, relingi, sztormrelingi, osprzęt pokładowy i żeby nie było za dużo, konstrukcje żagli.

— Jutro przerobimy wielokrążki i talie — powiadomił z uśmiechem sadystyczny bosman.


Kotwicę rzuciliśmy przy małej rybackiej przystani w Suchaczu. Byliśmy na Zalewie. Zapadał wczesny wieczór. Z daleka widzieliśmy światła Tolkmicka.

— Jacht klar! — rozkaz sadysty poruszył zmęczoną załogę.

— Kto ma wachtę?

— Szczepan!

— Na kolację sadzone, ziołowa herbata i… — życzenie pierwszego było rozkazem.

— Po jednym jasnym?! — ucieszył się Adam, najmłodszy z załogi.

— I kiełbaski z wody — dokończył pierwszy.


Przez pięć dób pływania po Zalewie odwiedziliśmy — byłoby poprawniej — zaliczyliśmy pomost w Suchaczu, odwiedziliśmy w starożytnym grodzie Pomezanów*, Tolkmicku bosmanat żeglugi przybrzeżnej — należało poświadczyć książkę pokładową — oraz kiosk i okienko na poczcie. We Fromborku bosman „spuścił nas z cum” otrzymując w nagrodę za dobrą służbę i teoretyczne wiadomości pełne cztery godziny swobody. Poszliśmy w miasto pełną załogą, pierwszy pozostał na wachcie, bosman z drugim zniknęli w jakimś wyszynku. Na zdrowie!

Miasto Kopernika. Na wzgórzu katedra z czterema wysokimi bocznymi absydami, pośrodku dachu widoko-wa wieżyczka z platformą i galeryjką skąd daleki widok na Zalew, podmokłe łąki i niedalekie lasy. Wewnątrz przyjemny chłód, dużo historii, obrazów, rzezanych w lipowym drewnie figur świętych apostołów, malowidła, a my ograniczeni czasem nie mieliśmy czasu wszystkiego obejrzeć. Jeszcze tylko na wieżę, gdzie Kopernikowi udało się w jakiś cudowny sposób „zatrzymać słońce” i w miasto. Poszliśmy wzdłuż murów, załatwiliśmy na poczcie korespondencje i ledwo zdążyliśmy na trap.


Kolejny dzień — cumy rzuć! — mieliśmy spokojną dwójkę, wiało na baksztag, wzięliśmy kurs na Nową Karczmę, gdzie STOP, gdzie granica, gdzie ruski patrolowy kuter orał Zalew od mierzei do stałego lądu, a my do przystani w Karczmie mieliśmy… rzut kotwicą.

— Oby was szlag — zdenerwował się drugi, gdy ruski kuter zaczął zwalniać.

— A ten, co?!

— Jesteśmy przecież u siebie — dodał pierwszy kończąc pomiary.

— Do spinakera! — rzucił bosman.

— Jest! Do spinakera!

Szczepan z Adamem zajęli się zamocowaniem rogu fału do tyczki wysięgnika, tęczowy spinaker rozwinął się z cichym szelestem dakronu, trzepnął głośno jakby ruskim w gębę, jacht odłożył spieniony ślad kilwateru i poszli-śmy robiąc o dwa knoty więcej od ruskiego krążownika.


Krynica, miasto dwóch plaży, tej ładniejszej od zatoki i tej brzydszej dla autochtonów od Zalewu, było pełne turystów, dziewczyn w skąpych kolorowych sukienkach, szortach, kąpielowych bikini, pokrzykiwania sprzeda-wców, wrzasku dzieciarni, zapachów smażonych kiełbasek mieszających się z eteryczną wonią olejków do opalania, oraz zalegających plażę puszek po piwie i usmażonych na raka. Ażeby nie rozbestwić załogi mogącej na widok skąpo odzianych plażowiczek dostać na łeb i zapomnieć o szczytnym postanowieniu zostania jachtowym sternikiem, „pierwszy” ustalił po krótkiej naradzie z „drugim”;

— Obieramy kurs na Elbląg.

— A później Nogatem do Malborka — ucieszył się Adam.

— O! Krzyżak się znalazł — warknął Szczepan mający rejsu po dziurki w nosie.

Pokręciliśmy się po Zalewie nie dochodząc do płaskiego mulistego brzegu i widocznych płycizn, wystającego z wody tataraku i sitowia w którym wypatrzyliśmy wielkie gniazdo orła błotniaka, Elbląg zobaczyliśmy przez szkła, napracowaliśmy się przy kilkakrotnej zmianie ożaglo-wania, ćwiczeniach człowiek za burtą, zwrotach i manewrach, i nie tylko z powodu grzejącego słońca wyglądaliśmy jak po kąpieli stwierdzając, że pierwszemu musiało coś odbić, albo dostał udaru. Ostatnią cumę przed powrotem do bazy rzuciliśmy już nocą w Kątach Rybackich witających nas światłem małej morskiej latarni. Płynęliśmy na silniku i przystrojeni jak choinka na święta we wszystkie światła pozycyjne, szczytowe, oświetlacze pokładu, zieloną i czerwoną latarnię burtową, dziobowe i białą latarnię rufową. Musieli nas widzieć na mile. Zaraz spać. Jachtu pilnowała za nędzne odpadki — sami odjęliśmy sobie od ust — jakaś bezdomna psina bez obroży, lecz o jazgoczącym głosie, podrywają-cym nas kilka razy z najlepszego snu. Nazwaliśmy ją Furia.


Do długiego pomostu* przystani ośrodka w Świbnie, podeszliśmy na pełnych żaglach, wykonaliśmy kilka ‘pięknych’ zwrotów — jeszcze dzisiaj niektórzy wspominają ten jedyny w swoim rodzaju manewr — ustawiliśmy się burtą równolegle do pirsu i dokładnie pomiędzy dwoma nie znajdującymi się w zasięgu ręki polerami

— Cumy rzuć!

Szczepan wywiesił biało czerwone odbijacze, Adam zajął się rufówką*, ja wziąłem dwie dziobowe zeskoczyłem z wysokiej burty tuż przed cumowniczym pierścieniem, dwoma susami do drewnianego pachoła i wyuczonym w czasie rejsu ruchem związałem węzeł, co było dla mnie prostą i nieskomplikowaną czynnością (?). W czasie trwania całego nader skomplikowanego manewru podchodzenia i cumowania, pierwszy przypominał dojrzały pomidor przed epilepsją, bosman uciekł pod pokład „mnie przy tym nie było”, tylko Zbych zachował się jak prawdziwy wilk morski spluwając na zawietrzną, a nam było „wsio rawno” jak mówili Kaszubi.

*

Do posadzenia naszego jachtu wykorzystaliśmy dobre układy z kierownikiem transportu, który prawie za friko wypożyczył nam operatora wraz z dźwigiem Star 20D, reszta była milczeniem i samą radością. Operator był o dziwo trzeźwy jak niemowlę, dźwig po odbiorze przez TDD powinien sobie poradzić z prawie 3.0 tonami wyporności, dwa szerokie, przeprowadzone pod kadłubem, parciane prawie nowe pasy, więc nic nie powinno zakłócić uroczystości wodowania. Kadłub z nabrzeżem połączyliśmy przepisowo cumowniczymi linami, Jura związał je kunsztownie do nabrzeżnych pachołków cumowniczym węzłem. Biało lakierowane burty zabezpieczyliśmy przed kontaktem z betonem nabrzeża kilkoma miękkimi odbijaczami. Jacht wyglądał wspaniale i majestatycznie poruszał się na burty, aluminiowy maszt kłaniał się niebu, nabrzeżu, zaproszonym gościom, znajomym i przyjaciołom.

— Siedzi jak kaczka — zachwycał się Zbych.

— Bardziej przypomina łabędzia. Taki majestatyczny — poprawił wielogwiazdkowy ojciec.

— Poczekaj na żagle i osprzęt — przypomniał Kaik.

— I wyposażenie wnętrza — dodałem — dopiero wtedy usiądzie.

— Jedno jest pewne, jesteśmy prawie gotowi do rejsu — odezwał się Jura.

— Najgorsze jeszcze przed nami — zamroził nas Zbych.

— ?

— Odbiór przez PZŻ.

A my byliśmy prawie gotowi do rejsu w nieznane.

O dziwo, klasowy i rejestracyjny odbiór przebiegł nad wyraz pozytywnie bez żadnych uwag co do konstrukcji, sprzętu i pływalności naszego cacka. Wpisanie do rejestru odbyło się prawie od ręki. Jura — najlepszy kreślarz na roku — w nagrodę za wielkie zaangażowanie przy budowie, otrzymał nad wyraz ważne zadanie, pociągnięcia dwóch ozdobnych linii na burcie, oraz wypisania na rufie numeru rejestracji i nazwy pochodzącej od początkowych liter naszych imion „KAHAK”.

— Żeby was… — uzbrojony w szablon mamrotał pod nosem mocząc cienki pędzel w czarnej silikonowej farbie i schylony nad kadłubem męczył się dwa dni, lecz efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Na burtach ciągnęły dwie równolegle do siebie, o dziwo proste linie, a na rufie pyszniła się nazwa macierzystego portu jachtu i numer SW — 940.

— Trochę głupio chłopaki — wtrącił nasz malkontent — jeszcze nie mamy swego portu, o pływaniu można zapomnieć. Kto nas przyjmie?

— Ma rację, — dodał Kaik — narazimy się na kpiny wodniaków i znajomych.

— Pal sześć znajomych… ale wodniacy będą się pokładać ze śmiechu.

— Znajdziemy port, bądźcie dobrej myśli — uspokoił nas Zbych — Możemy pozostać tutaj w Marwoju…

— Musimy gdzieś pośrodku, ażeby wszędzie blisko i dużo do popływania.

— No!

— Na pewno musimy do Trzebieży — wtrącił Zbych, co nie podlegało dyskusji.

— Także na Mazury — propozycja Kaika, została także przyjęta jednogłośnie.

Wypadło na Świbno i tak pozostało.


Nie pokładali się od śmiechu, nie kpili, przyjęli nas ze zrozumieniem dla naszej żądzy poznania tego, co za skłonem horyzontu, a my przytuliliśmy się skromnie, oddzieleni odbijaczami, pomostami, trapami, do większych i bliźniaczych nam jednostek, kołysaliśmy się na tej samej fali, co znane z opowieści i dokonań jachty, śpiewaliśmy przy ognisku te same szanty, piliśmy to samo piwo, co brodaci opływani szyprowie, oddychaliśmy tym samym morskim szkwałem i lecieliśmy na skrzydłach wiatru.

Kapitanem portu we Władysławowie był w tym czasie jakiś mój pociotek, druga woda po kisielu, niejaki Konkol, tych na Helu jak kotów, wysokie na dwa metry chłopisko o głosie samego rozgniewanego Posejdona, który załatwił cumowanie w „Szkunerze” oraz nocleg w Domu Rybaka na czas naprawy naszego „Johnsona”, którym zajął się mechanik z przetwórni ´Koga´. Kochane chłopisko — mówimy o mechaniku — załatwił w ciągu jednego dnia, prawie nową, kompletną śrubę, pogrzebał w silniku, dokręcił to i owo i mogliśmy rzucić cumy.

— Mieliście szczęście, że nie zgiął się wałek — ściskając nam ręce, dodał z żalem w głosie — Chętnie popłynąłbym z wami.

Daliśmy słowo, że spełnimy jego życzenie. Tyle mogliśmy mu ofiarować. Pociotek pożegnał nas skrzynką piwa i niezbyt pocieszającym meldunkiem meteo.

— Będzie kołysać — ostrzegł.

— Ile?

— Niedużo — odpowiedział skąpo jak przystało na Kaszuba.

— Trójka? — pytanie.

— Może trochę więcej — pocieszył — Uważajcie na siebie, gdyby co, wchodźcie do Karwi, może zdążycie nawet do Łeby. Z Bogiem, chłopcy.

— Z Bogiem — odpowiedzieliśmy wchodząc na pokład.

Poszliśmy z wiatrem wzdłuż niedalekiego pobrzeża, płaskich brzegów i wypiętrzonych wysoko morenowych wzgórz przeciętych Lisim Jarem, gdzie powitała nas kopuła, wyglądającej ponad wyniosłe buki Rozewskiej Buli w której śpiących ślepiach odbijały się refleksy słońca. Niedaleko jeziora Sarbsko, na wysokości Sasina, pyszniła się najładniejsza na Kaszubach latarnia morska „Stilo”, której światła ostrzegały przed wejściem na ciągnące się wzdłuż płaskich brzegów mielizny i głazy. Uciekaliśmy goniącemu nas od wschodu lecącemu wzdłuż zatoki szkwałowi nadchodzącemu od Helskiej Kosy, który przeskoczył morenowe lasy i dopadł nas niedaleko Łeby. Zaczęło solidnie kołysać, jacht trzymał się dzielnie, czego o załodze nie mówić. Kaikowi, chociaż był wzmocniony koniakiem, żołądek zaczął podchodzić do oczu w których pytanie — gdzie zawie-trzna, gdy dmucha ze wszystkich stron?

— Bosmanie! Chyba już piątka? –Jura przyczepiony linką do relingu przekrzyczał wzmagający się wiatr.

— Na Bałtyku przy piątce… — uśmiechnął się Zbych — zaczyna się i kończy popłoch, sterniku. Mamy słabą trójkę. Popatrzcie na grzywacze.

Zbych, najbardziej z nas utytułowany i doświadczony, miał za sobą kilka pełnomorskich rejsów, ostatni na sy ”Boruta” do Sztokholmu, starał się utrzymać jacht z wiatrem. Siedząc w kokpicie z założonym kapokiem obsługiwałem szoty puszczonego z wiatrem foka i pomyślałem, że wielki już czas, aby Krzych dał polecenie zrefowania grota, które przyszło jak na zawołanie.

— Grot zrzucić!

— Luzuj fok — kolejny podany od steru rozkaz.


U ujścia chronionej falochronem rzeki Łeby słaby prąd nie spowolnił posuwania jachtu, więc weszliśmy na samym foku w Chełst zamknięty wysokim Wybrzeżem Abrahama i zrzuciliśmy cumy niedaleko mostku na kanale. Byliśmy w samym środku miasteczka, które w swojej historii przechodziło wielokrotne niszczące powodzie, ostatnią w 1558 zmuszone zostało do zmiany lokalizacji.. Zdążyliśmy przed sztormem, chociaż pokołysało nami dotkliwie, co odczuliśmy na własnych kościach i zmęczonych mięśniach. Nie byliśmy w stanie pójść w miasto, nawet wtedy, gdy pod wieczór wiatr przegonił chmury i wyjrzało słońce. Miasteczko było pełne spragnionych słońca, wypoczynku i wakacyjnych doznań turystów, a my graliśmy w brydża.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 31.65