E-book
20.48
drukowana A5
81.46
Za krawędzią strachu

Bezpłatny fragment - Za krawędzią strachu

Alternatywnie sensacyjna historia smoleńska


5
Objętość:
675 str.
ISBN:
978-83-8189-209-4
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 81.46

Dedykuję Polakom - Tom Whiters

ZA KRAWĘDZIĄ STRACHU

PROLOG

Warszawa, 10 kwietnia 2010 r. godz. 8:20, gabinet premiera rządu R.P.

Ten telefon nie powinien zadzwonić, a jednak dzwoni.

Spojrzał na zegarek. 8:20.

Przecież jest na Karaibach, pomyślał. Umówiliśmy się, że stamtąd nie będzie dzwoniła…

A jednak…


— Sonia? Co się….

— Witaj, przyjacielu…!


To niemożliwe, pomyślał. To nie może być prawda! Ten numer telefonu zna tylko ona. Przecież, na miłość boską, tylko ona i ja wiemy, że taki telefon w ogóle istnieje…


— Halo! Kto…

— Nie poznajesz przyjaciół? Nieładnie…

— Jak to….panie premierze… to niemożliwe…

— Jaki panie, jaki premierze, Danek! Nie pamiętasz, że jesteśmy na ty?

— Panie… Borys! Ale… to niemożliwe… tego numeru nikt nie zna!

— Ty, Sonia i ja — to chyba więcej niż nikt…?

— Aaaaaa… le skąd…?

— A, skąd, to już całkiem inna sprawa… Otlicznoje dieło… jak powiadają u nas… Ale nie w tym rzecz. Dzwonię bo mam dla ciebie dwie bardzo dobre wiadomości…

— ….?

— Pamiętasz, kiedy ostatni raz widzieliśmy się? No, pamiętasz…?

— Oczywiście, przecież nie tak dawno…

— Właśnie! A pamiętasz, jak zapytałem cię, jakie życzenia miałbyś, gdybyś złowił złotą rybkę?

— Tak… chyba coś…

— Przypomnę ci. Powiedziałeś, że nie miałbyś trzech życzeń jak w bajce, tylko dwa. I nie żeby coś dostać, tylko żeby to coś znikło… I jeszcze powiedziałeś, że oba twoje życzenia nazywają się tak samo, a różnią się tylko imionami…

— Coś pamiętam… Chyba trochę wypiliśmy i żarto…

— Źle pamiętasz, przyjacielu…! Ja nie piłem.

— Ale…

— No to ci przypomnę. Jak się rozkręciłeś i zacząłeś przemowę, to nie szło ci przerwać! Mówiłeś i mówiłeś… że stosunki między naszymi krajami moglibyśmy ułożyć na całkiem nowych zasadach. Że trzeba zakończyć lata wrogości, podejrzliwości, nienawiści… Że chciałbyś oprzeć naszą wspólną przyszłość na miłości… Czy nie tak powiedziałeś, przyjacielu?

— Borys, ja…

— A potem powiedziałeś, że przeszkodą w realizacji tego pięknego celu są tylko…

— Tak, tak, chyba coś takiego…

— …i gdyby tylko ich nie było…

— No tak…

— No to mam dla ciebie wiadomość Danek. Trzymaj się stołu! Złota rybka cię wysłuchała!

— Borys! Co ty… Nie żartuj tak. To może być nagrywane…!

— Nie panikuj, Danek… U was na pewno nie jest!

— Borys! Czekaj… O co chodzi? Co ty mówisz…?

— Słuchaj radia, przyjacielu. Albo oglądaj telewizję. A gdybyś chciał mnie o coś jeszcze zapytać, kontakt przez ministra spraw zagranicznych. Tak bezpieczniej.

— Co… Jak… J…j…ja nie znam twojego ministra spraw zagranicznych…!

— Nie rozumiesz, durak! Nie przez mojego ministra, przyjacielu…

— Ale, Borys…! — zerwał się z fotela. W satelitarnym telefonie pozostało już tylko leciutkie brzęczenie.


Premier polskiego rządu osunął się na fotel.

Czy możliwe, że to jakiś kawał? Żart? Ale kto, jak…? Nie, to niemożliwe… To był on, to był na pewno jego głos! To był premier Federacji Rosyjskiej, Borys Dorogowoj… Z niedowierzaniem wpatrywał się w trzymany w ręku satelitarny aparat telefoniczny, o którego istnieniu miał wiedzieć tylko on i jego kochanka. O niej też nikt nie powinien wiedzieć…

Poczuł jak zimny pot spływa mu po kręgosłupie…

Rozdział I

10 kwietnia 2010 r. godz. 8:37 czasu polskiego. Rosyjska przestrzeń powietrzna

Po półtorej godziny lotu silników już się nie słyszy. Wkrótce powinniśmy lądować -,pomyślał — chyba jeszcze zdążę…

Na wszelki wypadek lepiej się już teraz ubrać… — założył skórzaną kurtkę, poprawił kaburę. Przechodząc koło Magdy znacząco zmrużył oko. Odpowiedziała swoim ślicznym uśmiechem. Udając że się zachwiał lekko dotknął jej ramienia…


Byli ze sobą od sześciu miesięcy, a wciąż zapierało mu dech w piersiach, gdy na nią spojrzał. Była najpiękniejszą dziewczyną, jaką w życiu spotkał. Była nie tylko piękna, nie tylko zgrabna jak modelka, ale miała też w sobie jakieś ciepło, jakiś nieuchwytny czar, który powodował, że chwilami miał ochotę krzyczeć z radości, albo zrobić coś równie głupiego… Liczyła się tylko ona. Nie widział w samolocie ani prezydenta, ani ministrów, nikogo… Magda… Czasami trochę się nawet wstydził tego nieznanego wcześniej uczucia… Twardziel, który na pierwszym miejscu zaliczył ekstremalne sprawdziany w Fort Bragg i tu nagle jak jakiś pluszowy kotek…


Poczuł wstrząs i usłyszał stuknięcie wysuwanego podwozia.

Wracał już na miejsce, kiedy z głośników usłyszał komunikat pilota — „Podchodzimy do lądowania na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku. Proszę zapiąć pasy i ustawić oparcia foteli w pozycji pionowej”. W przejściu przepuścił generała, który uśmiechnął się do niego. Jeszcze kilka kroków i nie zapinając pasa przysiadł na swoim miejscu, tuż przy drzwiach wyjściowych z samolotu. Silniki TU154M Lux zwiększyły obroty. Tor lotu wyrównał się. Usłyszał podniesione głosy, prawie krzyk z kabiny pilotów, coś jak „Odchodzimy” i „Nie działa!”. Ton silników podniósł się raptownie… Samolot przechylił się lekko na lewe skrzydło… na prawe… znowu na lewe. Zza okna usłyszał wybuch, zaraz potem trzask i z przerażeniem zobaczył, że coś za nim przemknęło… Dalej nie było nic, tylko potworny krzyk i łoskot dartego metalu…

Rozdział 2

10 kwietnia 2010 r. godz. 8:50 czasu polskiego. 150 metrów w prawo od pasa lotniska „Siewiernyj” w Smoleńsku

W uszach wyło mu tysiąc syren alarmowych. Zęby szczękały poza jakąkolwiek kontrolą… Coś ogromnego, lodowatego siedziało na piersi, uniemożliwiając zaczerpnięcie powietrza… Całą siłą woli otworzył oczy. Z kłębowiska wirów i chaosu zaczęły wyłaniać się jakieś stałe punkty… Usiłował skoncentrować wzrok… Liść… Zielony liść… Gałązka… Jakaś mgła… Zapach benzyny… Nie czuł rąk, nóg… Spróbował poruszyć palcami — nic… Głową — nic…


— Poleżę, nabiorę sił — pomyślał. I znowu wszystko znikło.


Ocknął się na odgłos strzału. Krzyk — „Ubieżajet, sobaka! Strielaj!” Dwa następne strzały. Krzyk: „Nie strielat’, duraki!”…


Kiedy znowu otworzył oczy, przez gałęzie krzaków w które leżał wciśnięty, zobaczył nachyloną nad sobą twarz i ciemne oczy pod zmarszczonymi brwiami. Nieznajomy, w wojskowej czapce rozgarnął gałęzie krzaków, przyłożył palec do ust i syknął „ciiiiii…”.

Gwałtownie zaczerpnął powietrza….


— Ciiii…. — powtórzył szeptem nieznajomy — Żyjesz?

Poruszył rękami, nogami… w porządku… Spróbował usiąść…


— Nie ruszaj się! — szepnął nieznajomy — Leż tu i ani piśnij. Niedługo wrócę. Nie przestrasz się, ale muszę … — z całej siły walnął dwa razy w ziemię trzymanym w rękach szpadlem, „Nie żyje!” krzyknął i znikł.


Leżał bez ruchu, na wznak, w gęstych krzakach jałowców i tarniny. Powoli odzyskiwał czucie, wzrok, słuch… Ból był wszędzie… Podniósł prawą rękę do oczu… poruszył palcami… drugą rękę… jedna noga… druga… Bolało jak diabli, ale wyglądało na to, że choć poobijany to nie tylko żyje, ale i jest w jednym kawałku…

I wtedy wróciła pamięć.


„Magda!” — to była pierwsza myśl, jak uderzenie obuchem. Samolot. Katastrofa. Krzyk. Ciemność. Strzały. Kto strzelał i do kogo? Kto krzyczał po rosyjsku „Ucieka, strzelaj!”? Kim był nieznajomy żołnierz, chyba oficer, który kazał mu czekać. Na co czekać? Tysiące pytań i żadnej odpowiedzi. I ten strach i straszliwe przeczucie… Magda… Prezydent… Żona prezydenta…

Cały czas słyszał jakieś głosy, choć nie rozróżniał słów. Oddalały się, cichły. Znowu nad nim pojawiła się twarz nieznajomego…


— Żyjesz? Możesz się poruszać? Możesz chodzić? — zapytał szeptem.

— Chyba tak… — własny głos wydawał się dobywać gdzieś spod ziemi — Tak… na pewno tak… — podciągnął nogi. Poczuł, że stopy ma bose…

— Jeśli ci życie miłe jak najszybciej przeczołgaj się w tamtym kierunku — nieznajomy wskazał ręką — po stu pięćdziesięciu metrach trafisz na opancerzony transporter. Nikogo w nim teraz nie ma. Wczołgaj się pod niego od tyłu, między kołami. Znajdziesz luk bagażowy. Otwórz, wejdź do środka, zamknij wejście, wciśnij się do samego końca i nakryj plandeką, którą tam znajdziesz. Nie odzywaj się ani nie ruszaj, dopóki nie przyjdę po ciebie. Zrozumiałeś?

— Kto… Co…

— Nie ma czasu! Milcz i zrób co powiedziałem. Na miłość boską milcz i rób co powiedziałem… — usłyszał oddalające się kroki nieznajomego.


Czołgał się, z bólu zagryzając wargi do krwi. Za sobą słyszał głosy, syreny karetek czy może straży pożarnej…

Ziemia była grząska, prawie bagno. Dziesięć metrów. Dwadzieścia. Sto. Jeszcze trochę… Jeszcze… Transporter był tam gdzie miał być. Oprzytomniał już na tyle, że wczołgując się pod spód, urwaną gałęzią zatarł swoje ślady, zostawione na pokrytej rosą trawie. Właz. Otwarty. Za nim przestrzeń bagażowa, częściowo wypełniona sprzętem. Plandeka… Wcisnął się w najdalszy kąt, naciągnął plandekę i czekał…


Minęła godzina, półtorej, a może tylko kilka minut. Usłyszał zbliżające się kroki wielu ludzi. Rozmowy po rosyjsku. Śmiechy. Przekleństwa… Nad głową tupot butów o metalową podłogę. Ktoś otworzył luk. Do wnętrza wpadły łopaty, drągi. Trzasnęły drzwi luku. Silnik zakrztusił się, zaskoczył i po przegazowaniu wszedł na równe obroty. Transporter ruszył, z początku kołysząc się na wybojach gruntowej drogi, by w końcu nabrać prędkości na asfaltowej nawierzchni.


Nie wiedział, ile czasu jechali. Zasnął, a może znów stracił przytomność. Z trwającej kilka godzin podróży zapamiętał tylko ciemność, warkot silnika wojskowego transportera i potworną twardość podłogi. Kiedy ocknął się na dobre, dookoła miał nieprzeniknioną ciemność. Cisza. Transporter stał. Nikt się nie odzywał, nikt się nie ruszał. Ostrożnie poruszył rekami. Lewa dłoń odpowiedziała straszliwym bólem. Prawą dłonią wyczuł opuchliznę jak bania i nienaturalne skrzywienie. Poruszył głową. Podkurczył nogi. Wyprostował. Sprawdził kaburę. Glock był na miejscu. Ułożył lewą, uszkodzoną rękę na piersi i starając się bezszelestnie oddychać, czekał….

Rozdział 3

10 kwietnia 2010 r. Warszawa, gabinet premiera R.P. Danka Traska, godzina 8:59

Z dziwnego odrętwienia czy może szoku wyrwał go sygnał rządowego telefonu. Przez chwilę próbował uzmysłowić sobie, co się dzieje. Telefon wciąż dzwonił. Podniósł słuchawkę..


— Panie premierze, tu Radek Wróblewski — głos ministra spraw zagranicznych zdradzał skrajną emocję — Panie premierze. Była katastrofa. Samolot z prezydentem rozbił się na lotnisku w Smoleńsku…

— Co? Co ty mówisz? CO TY MÓWISZ???!!! — miał wrażenie, że ziemia usuwa się mu spod nóg — Co ty mówisz…?

— Danek! Słuchaj! Samolot z prezydentem rozbił się na lotnisku w Smoleńsku. Podczas lądowania. Przed chwilą telefonował do mnie nasz ambasador. Nie, nie znam szczegółów. On też nie wiedział. Jak tylko zadzwoni, dam ci znać… Jezu… Co za… — zakończył połączenie.


Premier polskiego rządu Danek Trask z niedowierzaniem, obiema rękami trzymając się za głowę, wytrzeszczonymi oczami patrzył na swoje biurko, nie widząc żadnego z leżących na nim przedmiotów… Nie widział nic, nie czuł nic, a słyszał jedynie powtarzające się jak katarynka słowa — „Złota rybka spełniła twoje dwa życzenia”.

I w tej otchłani lęku, wstrząsu, szoku, niedowierzania usłyszał jeszcze — „Rybka się pomyliła. W samolocie był tylko jeden z braci…”.

Rozdział 4

10 kwietnia, lasy między Możajskiem i Moskwą, godzina 22:35

Na podświetlonej tarczy zegarka zobaczył godzinę 22:35, 10 kwietnia. Obliczył, że ponad dziesięć godzin musiał być nieprzytomny Transporter w tym czasie, na ile mógł to ocenić, jechał z szybkością 60 — 80 km na godzinę, a więc przejechali ponad 600 kilometrów. O ile dobrze pamiętał mapę, i jeśli pojechali na wschód, powinni być w okolicach Moskwy.


Strasznie chciało mu się pić. Ból, poza lewą dłonią, właściwie ustąpił, a raczej przyczaił się gdzieś w pobliżu. Z kabury pod lewą pachą ostrożnie wyciągnął glocka. Pomagając sobie niesprawną lewą ręką, zębami, brodą zarepetował broń i odbezpieczył. Oparł prawą dłoń z pistoletem skierowanym na wejście do luku o podłogę przy prawym biodrze i czekał.

Nie wiedział, ile czasu minęło. Zresztą nie to było ważne. Szczęk otwieranych drzwi luku wyrwał go z odrętwienia. W oczy uderzyło światło latarki. Zamknął powieki…


— Przepraszam — powiedział nieznajomy ściszonym głosem. Nie chciałem cię oślepić!

— Nic się nie stało — odpowiedział. — Kim jesteś? Co się dzieje?

— Wszystkiego się dowiesz. Wkrótce. Chyba pamiętasz, że wasz samolot rozbił się na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem. Wszyscy zginęli. Ty też…!

— Jak to…?

— Nie mamy teraz czasu na wyjaśnienia. Jesteśmy na terenie bazy jednostki specjalnej, niedaleko Moskwy. Tak specjalnej, że jej oficjalnie nie ma! Sąsiadujemy z terenem osiedla, którego — poza innymi zajęciami — pilnujemy, a którego też oficjalnie nie ma i nigdy nie było. Podejdź tu bliżej…


Nogami naprzód, podpierając się zdrowa dłonią z pistoletem, wyczołgał się z luku. Księżyc i światło odległych o kilkadziesiąt metrów latarni rozjaśniało mrok. Nieznajomy spojrzał na pistolet.


— Na razie go nie potrzebujesz. Lepiej zabezpiecz i schowaj na lepszą okazję, bo najmniej nam teraz potrzeba przypadkowego strzału! Tu masz klucz z pilotem. Tam — wskazał ręką — w ogrodzeniu jest brama i obok niej furtka. Widzisz?

— Widzę.

— Ja muszę wracać jak najprędzej, zanim zauważą, że nie ma mnie za długo. Podejdź do furtki i z odległości nie większej niż 2 metry naciśnij górny przycisk pilota. Błyśnie zielona dioda i zamek się odblokuje. Będziesz miał 5 sekund na wejście przez furtkę, zamknięcie jej i ponowne naciśnięcie przycisku. Zamek się zablokuje, a alarm ponownie zaktywuje. Dalej masz prostą drogę. Idź prawym chodnikiem. Nie musisz się chować, bo teraz nikogo tam nie ma i nie przyjadą wcześniej, niż za miesiąc. Po prawej będziesz miał ogrodzenia z numerami przy wejściach. Znajdź 14C. Furtkę otworzysz i zamkniesz tym samym przyciskiem. Sto metrów w głębi jest dom. Drzwi otworzysz drugim przyciskiem i będziesz miał 10 sekund na wejście i ponowne naciśnięcie tego samego przycisku. To zaktywuje alarm, ale w środku nie ma żadnych czujników. Rolety na oknach są opuszczone, a więc możesz zapalić światło, ale tylko wtedy, kiedy będzie to konieczne. Zużycie prądu nie powinno za bardzo wzrosnąć. W dzień będziesz miał światło przez okna dachowe. Żaluzje odsuwają się automatycznie jak robi się widno. Znajdziesz tam wszystko, czego potrzebujesz. Rozejrzyj się ostrożnie, co i gdzie przechowują. Pod żadnym pozorem nie wychodź na zewnątrz. Przyjdę do ciebie tak szybko, jak będzie to możliwe i postanowimy, co dalej. Przed wejściem zapukam w drzwi dwa-trzy-dwa razy… Mam drugiego pilota, więc nie musisz mi otwierać. Może trochę potrwać nim przyjdę, ale czekaj. Przyjdę na pewno… Ruszaj! — nieznajomy klepnął go w ramię i znikł w ciemnościach.


Bez przeszkód otworzył i zamknął furtkę w ogrodzeniu wysokim na 2 metry. Gładkim, wilgotnym od deszczu chodnikiem dotarł do numeru 14C i zgodnie z instrukcją wszedł przez furtkę, zamknął ją, przeszedł podjazdem do domu, który w ciemności wydawał się ogromny. Drugim przyciskiem otworzył drzwi wejściowe, wszedł, zamknął drzwi, powtórnie nacisnął przycisk, usłyszał ciche piśnięcie. Światła we wnętrzu zapaliły się same. Stał, nie wierząc własnym oczom. Znajdował się w pałacu. No, może nie w pałacu, bo wnętrze było raczej nowoczesne, ale na pierwszy rzut oka widać było, że to co widzi musiało kosztować majątek

Nim ochłonął, światła zaczęły przygasać. Zauważył jednak włącznik na ścianie przy wejściu, oznaczony zieloną diodą. Przycisnął. Zapaliło się przyćmione światło, sprawiające wrażenie światła awaryjnego, ale wystarczające dla orientacji. Przeszedł kilka kroków po marmurowej posadzce. Hol wejściowy otworzył się na obszerny, dwupoziomowy salon, z grupami kanap i foteli rozmieszczonymi pozornie przypadkowo. Na niskim stoliku zobaczył kryształowe szklanki, przez szybę baru półki z butelkami. Wyjął litrową butelkę schłodzonej wody mineralnej Perrier, odkręcił nakrętkę i pił, pił, pił… Zakręciło mu się w głowie. Usiadł na pobliskiej kanapie, obitej delikatną, kremową skórą. Zmęczenie spadło nagle. Nawet nie wiedział kiedy zasnął, upuszczając na podłogę pustą butelkę po wodzie…

Rozdział 5

11 kwietnia 2010. Osiedle pod Moskwą, którego nie ma. Willa nr 14C

Różne bywają przebudzenia. To okazało się najgorsze spośród wszystkich… Tak naprawdę obudził go okropny ból. Był wszędzie, głowa, żebra, ręce, nogi. Czuł, że leży w jakiejś dziwnej pozycji, że jest mu strasznie niewygodnie, że coś twardego uwiera go w policzek. Ostrożnie otworzył oczy. Tuż przed nosem miał białą, miękką skórę. Kątem oka, na puszystym białym dywanie zobaczył coś czarnego, na czym opierał głowę i co było kanciaste i strasznie twarde. Lekko uniósł głowę. Ból, jak uderzenie ładunku paralizatora przeszył całe ciało, od głowy po palce stóp. Z jękiem spróbował drugi raz. Zabolało, ale jakby trochę mniej. Odczekał chwilę i spróbował ponownie. Tym razem udało się unieść głowę i zobaczył, że w policzek uwierał go jego własny glock. Po kolei spróbował poruszyć… lewa noga… prawa…. prawa ręka… lew… i znowu okropny ból spowodował, że o mało nie zemdlał. Odczekał kilka sekund i spróbował przewrócić się na plecy. Udało się, chociaż z trudem, za trzecim razem. Leżał na podłodze pokrytej białym dywanem grubości chyba 10-ciu centymetrów, między fotelem i kanapą obitymi białą skórą, w jakimś olbrzymim pomieszczeniu ze szklanym sufitem, nad którym właśnie bezszelestnie rozsuwał się dach… Po chwili do mrocznego wnętrza wpadły promienie słońca, oświetlając salon wielkości sporego supermarketu, umeblowany nowocześnie, ale zarazem funkcjonalnie, wygodnie i ze smakiem. Podkurczył nogi i podpierając się jedną ręką usiadł oparty o kanapę. Lewą stopę miał bosą i podejrzanie siną na podbiciu. Prawa w skarpetce z której wychodziły zakrwawione palce. Butów ani śladu. Spodnie na obu kolanach rozdarte i upaćkane zaschniętym, ciemnobrązowym błotem. Sprawdzenie, czy to na pewno błoto postanowił odłożyć na później. Na prawo zauważył przewróconą butelkę po wodzie Perrier. Na wprost — kominek w którym mógł się zmieścić na stojąco, choć przecież mierzył ponad 185 cm. Lewa dłoń spuchnięta jak balon, ale palcami udało się poruszyć. Wciąż miał na sobie skórzaną kurtkę. Na koszuli brunatne plamy. Najwyraźniej krew. Być może z nosa, bo ten był zatkany i tak spuchnięty, że zasłaniał część pola widzenia prawego oka… Zebrał wszystkie siły i dźwignął się na fotel. Pokój zawirował, ale po chwili odzyskał równowagę…


I wtedy przypomniał sobie wszystko…


To było jak uderzenie obuchem. Jak w fotoplastikonie przesuwały się obrazy — start z Warszawy do Smoleńska, wnętrze samolotu, prezydent i jego życzliwy żart „Mam nadzieję, że to nie z mojego powodu w ciągu piętnastu minut dwadzieścia trzy razy oglądałeś się?”, uśmiech i porozumiewawcze mrugnięcie żony prezydenta, Magda, Magda. Magda….


— O Boże… — jęknął. Magda…!!! Ponownie usłyszał krzyki, strzały i już wiedział…


Na ścianie obok kominka zobaczył olbrzymi ekran telewizyjny Samsunga. Na niskim stoliku przed kominkiem leżał pilot. Też Samsung. Nacisnął „Power”… MTV… Przerzucił kanał… Koncert rockowy… Posłuchał chwilę. Tekst po rosyjsku… Kolejny kanał… CNN, informacje… Siedział jakby ściśnięty za gardło lodowatą dłonią. Pokazywali wszystko. Prawie wszystko. Nikt się nie uratował. Lista ofiar, fotografie, wśród nich Magda, i …. on sam!


Dziennikarka zapowiedziała, że pokażą film, zrobiony przez świadka tuż po katastrofie i umieszczony w internecie. Film był robiony ze sporej odległości, najwyraźniej telefonem. Komentatorzy różnili się w ocenie. Ten widział jakąś postać, inny nie. Ten widział kogoś siedzącego w białej koszuli, tamten w tym samym miejscu nie widział nic. Ale trzy strzały i okrzyki po rosyjsku nagrały się wystarczająco wyraźnie. Tyle że ktoś stwierdził, że mogły zostać dograne później. Jakiś ekspert zapewniał, że NASA będzie miała wszystko nagrane… Prześcigano się w wyjaśnieniu przyczyn tragedii — błąd pilotów, awaria, sabotaż…


— A ja wiem, pomyślał. Wy możecie zgadywać, a ja wiem. A wy wszyscy nie wiecie, że jest ktoś, kto wie. Wie na pewno…


Na ekranie premierzy Polski i Rosji … Kondolencje… Łzy w oczach… Smutek na twarzach…

Siedział jak sparaliżowany. Nie oceniał, nie był w stanie oceniać ani choćby próbować zrozumieć. Ale z otchłani bólu, szoku i jęku słyszał powtarzające się jak katarynka: ja wiem, ja wiem, ja przecież wiem…

Przerzucił kilka kanałów i zmartwiał. Wprost z ekranu patrzyła na niego Magda. Wiedział, że to musi być fotografia, zresztą za chwilę pokazano kogo innego, ale nie wytrzymał. Upadł na kolana przed telewizorem, zasłonił oczy dłońmi i zaczął się modlić.


„Wieczny odpoczynek racz im dać Panie…”. — Nie modlił się od dawna, ale słowa same go znalazły. Modlitwy, których nie odmawiał od dzieciństwa… Jezusie… Mario… Boże… I wtedy poczuł, że coś w nim pękło. Że jakaś potężna siła spływa na niego, każe odsłonić oczy, wyprostować się i patrzeć, patrzeć, patrzeć.. I nie wiedział, czy to on mówi, czy słyszy czyjś głos: — Boże, ty jesteś miłosierny, ty wiesz wszystko, ty rozumiesz wszystko, ty wybaczasz wszystko… Przepraszam Cię, ale inaczej nie mogę. Nawet za cenę wiecznego potępienia — nie mogę. Mam jednak nadzieję, że zrozumiesz i wybaczysz… Ślubuję na Ciebie i na wszystkie świętości, że zrobię wszystko, aby winni zostali ukarani. Żeby zostali ukarani i żeby kara ta była na miarę zbrodni… Tak mi dopomóż Bóg… Wiem, że grzeszę i proszę o wybaczenie, ale… Tak mi dopomóż Bóg!


Odetchnął głęboko, ściszył dźwięk z telewizora, wstał… Udało się, ból jakby trochę zelżał. Rozejrzał się. Po lewej stronie przeszkolone drzwi ukazywały szeroki korytarz, z drzwiami po obu stronach. Nacisnął klamkę najbliższych. Łazienka. O to właśnie chodziło, pomyślał. Jedną ze ścian było olbrzymie lustro. Spojrzał w nie i z trudem się poznał…


— Zacznijmy od porządków, mruknął pod nosem.


Odkręcił wodę w olbrzymiej wannie, ustawił temperaturę. Z trudem, unikając poruszania lewą ręką rozebrał się. Glocka położył pod ręką, na krześle obok wanny i sycząc z bólu powoli zanurzył się w gorącą pianę. Leżał bez ruchu, oddychając głęboko i czując, jak ból odchodzi, a siły wracają. Szorstką gąbką, używając sprawnej ręki umył się starannie, omijając skaleczone miejsca. Kiedy skończył, wygramolił się z wanny i stanął przed lustrem. Nie wierzył własnym oczom. Całe ciało miał jeśli nie fioletowe, to czerwone, jeśli nie czerwone, to żółto-zielone… Niemal wszystkie kolory tęczy.


— To jakiś cud, że nie mam nic złamanego, pomyślał. Pomijając, że żyję, co jest jeszcze większym cudem…


W szafce na ścianie zobaczył apteczkę. Znalazł prawie wszystko, czego potrzebował. Przede wszystkim opatrunek na rany w sprayu. Taki sam, jakiego używali po stłuczkach i kontuzjach na sparringach czy ćwiczeniach. Piekło, ale i przynosiło ulgę. Maść BenGay na stłuczenia… Plaster na spore rozcięcie pod brodą… Ze skrzywionym i spuchniętym nosem nie próbował nic robić.


— Zobaczymy, co będzie, jak zejdzie opuchlizna. Może nawet będzie lepiej niż było…?


Czuł, że wraca mu poczucie rzeczywistości i przymus działania. Robienia czegokolwiek. Wrzucił zakrwawione ubranie do wanny, założył jeden z kaszmirowych szlafroków wiszących na wieszakach i z glockiem w kieszeni ruszył w obchód domu.


„Sprawdź co tam mają” — przypomniał sobie słowa nieznajomego — „Nie używaj za dużo światła…”


— Kto to mógł być? — pomyślał. Na pewno oficer, na pewno z federalnych… Jaka to ranga? Kapitan? — nie mógł sobie przypomnieć stopni rosyjskiej FSB… Kazał czekać. No to poczekam. Najlepiej niech sam powie co i dlaczego…

Rozdział 6

Willa 14 C w osiedlu, którego oficjalnie nie ma.

Ruszył dalej w obchód tego ni to pałacu, ni to rezydencji. Kolejne drzwi — kuchnia. Nowoczesna „wyspa” na środku, otoczona hookerami. Olbrzymi kombajn z wbudowanymi urządzeniami — lodówka, zamrażarka, kostkarka i młynek do lodu, zmywarka, mikrofalówka, piekarnik. Cała ściana urządzeń. Zajrzał do szafek, lodówki, zamrażarki. Zawierały wszystko. Zapasy jak na wielomiesięczne oblężenie.


— Co jak co, ale głód mi nie grozi… — pomyślał.


— Odłamał kawał suchej kiełbasy i ruszył dalej. Kolejne drzwi. Sypialnia. Olbrzymie łóżko, kolejny ekran wielkości 2×1,5 metra na ścianie. Z sypialni drzwi do dwu łazienek, najwyraźniej męskiej i damskiej… Kolejna sypialnia, tym razem połączona w jedno z łazienką, z jacuzzi wpuszczonym w podłogę… Kolejne drzwi… Nacisnął klamkę…


Ze wszystkich ścian patrzyły na niego oczy. Szklane oczy wmontowane w wypreparowane łby wszelkiej możliwej zwierzyny. Pokój myśliwski, pomyślał. A raczej hala… Trofea zajmowały większość powierzchni ścian. Łeb niedźwiedzia. Olbrzymi. Żubr. Cała wataha odyńców. Wilki. Antylopy. Nosorożec…


— No nie…! — podszedł bliżej. Pomiędzy egzotycznymi, niezwykłymi trofeami wisiała cała skóra olbrzymiej krowy! Z łbem, rogami i otworami po kuli na wysokości komory… Oczy patrzyły na niego z prawdziwie „krowim” wyrazem… Gospodarz najwyraźniej miał swoiste poczucie humoru, a może wypił o jednego za dużo… Zajrzał pod spód. Skóra zakrywała kolejne drzwi. Tym razem proste, pomalowane na kolor ściany. Bez klamki, za to z otworami dwu skomplikowanych zamków.

— Ciekawe… — mruknął do siebie. Co tam może być? Na pewno coś szczególnie ważnego… Popchnął drzwi. Ani drgnęły. A może klucze są schowane gdzieś w pobliżu…? Rozpoczął systematyczne poszukiwania. Pod krowią skórą… Nic. Pod rogiem dywanu… Nic. W witrynie, na niej, pod nią… Nic. Skup się — pomyślał. Gdzie schował byś klucz, tak żeby był w pobliżu, a trudny do znalezienia…? Rozejrzał się po pomieszczeniu. Łeb tygrysa… Nie, paszcza zamknięta. Niedźwiedź… Olbrzymia, rozwarta paszcza, ostre jak noże zęby… Podszedł bliżej, ostrożnie zajrzał… coś mu mówiło, że to może być to, a jednocześnie coś ostrzegało… Uważaj… Wrócił do holu, ze stojaka na parasole wziął bambusową laskę… Wrócił do niedźwiedzia i niewiele myśląc wepchnął laskę w otwartą paszczę… Trzask zatrzaskującej się szczęki był tak głośny, że kieliszki ustawione na stoliku wraz z butelką Jacka Danielsa wpadły w rezonans… O k…… — wyrwało mu się. W ręku trzymał połowę laski.

— No ładnie! — powiedział na głos. Trzeba będzie uważać na inne takie figle. Kto wie, gdzie i jakie jeszcze pułapki zainstalowano. Podszedł bliżej do niedźwiedziego łba. Pysk zatrzaśnięty. Spróbował podważyć kawałkiem laski. Ani drgnie. — Ale przecież musi być jakiś sposób, żeby tę pułapkę ponownie zastawić… Ostrożnie nacisnął jedno oko, drugie. Nic. Spróbował przekręcić łeb na ścianie. Niemożliwe. Nacisnął oba oczy naraz… Trzask!!! Paszcza otworzyła się z metalicznym szczękiem i wypadł z niej odgryziony kawałek laski, a za nim — z brzękiem — dwa klucze na kółku…

— Eureka! — pomyślał. Ostrożnie potrącił klucze laską. Robiły wrażenie zwykłych, choć skomplikowanych kluczy. Nic nie wybuchło, nie zaświeciło… Podniósł klucze. Ich kształt odpowiadał otworom w drzwiach za krowią skórą.

— I co teraz? — zastanowił się. Spróbować, czy lepiej nie? Tam może być wszystko, od sprzężonych karabinów maszynowych czy kuszy z zatrutym bełtem po …cokolwiek…

— Kto nie próbuje, ten nie wie — zadecydował. Podszedł do ukrytych drzwi, włożył oba klucze w otwory, przekręcił… Hmmm… Pod ścianą zobaczył długi niski kufer — ławę. Na oko ocenił, że się nadaje. Postawił kufer na sztorc, opierając o nadproże nad drzwiami. Obok kuchni, w pralni i suszarni znalazł kłąb mocnego sznura. Wrócił do sali myśliwskiej, przywiązał sznur do nóżek kufra, znajdujących się na dole i rozwijając sznur wyszedł za drzwi wejściowe. Puknął w ścianę… Beton. Mam nadzieję, że wystarczy, pomyślał. Położył się za ścianą na podłodze i z całej siły pociągnął za sznur. Odruchowo skurczył się w sobie… Usłyszał łomot opadającego kufra i nic poza tym. Odczekał kilka sekund i ostrożnie zajrzał do wnętrza pokoju… Tak jak zaplanował, kufer osunął się z nadproża i przewrócił na drzwi, które otworzyły się do wewnątrz pomieszczenia… Pułapki niet! — mruknął. Nie czekając dłużej ruszył w kierunku otwartych drzwi. Wyciągnął przewrócony kufer na zewnątrz i wszedł do wnętrza. Znalazł przełącznik światła po prawej stronie drzwi. Był w pomieszczeniu bez okien, z przemysłową posadzką, wypełnionym różnego rodzaju stojakami, szafami, skrzyniami. Pierwsza rzecz jaką rozpoznał, to ułożone w skrzynce tuż przy drzwiach pociski do granatnika przeciwpancernego. Tuż obok, na stojaku, trzy granatniki. Najwyraźniej fabrycznie nowe. Obok, w oszklonej szafie broń myśliwska. Kilka dwururek, Holland&Holland, Purdey… dwa bocki, dwa pięciostrzałowe automaty kaliber 12 FN lub Browninga… Sztucery… Podszedł bliżej. Oświetlenie wnętrza szafy włączyło się automatycznie. Spojrzał na egzemplarz ostatni po lewej i oniemiał. Kiedy był na szkoleniu w Fort Bragg w USA wykładowca, podobno jeden z najlepszych snajperów w FBI, pokazał im taki właśnie karabin. Armalite AR-50A1. Tyle że ten, który stał przed nim miał jakby dłuższą lufę… Obok luneta i metalowe pudło… Marzenie każdego strzelca wyborowego. Najlepszy karabin snajperski na świecie, egzemplarz wyprodukowany na indywidualne zamówienie. Nie wierzył własnym oczom. Ile takich może być w użyciu? Instruktor mówił, że nikt nie wie. Ale kiedy zapytali o cenę, odpowiedział: powiedz jakąkolwiek i to będzie to… Potem długo rozwodził się o legendzie, jakoby wyprodukowano jeden egzemplarz, nie wiadomo na czyje zamówienie, który kosztował kilkaset tysięcy dolarów i podobno nazywał się Mach 2. Miał strzelać specjalną amunicją z pociskami zawierającymi rdzeń ze zubożonego uranu, a nazwa — też podobno — pochodziła od prędkości pocisku… Taki pocisk znowu podobno z łatwością przebijał opancerzenie lekkiego, a niektórzy twierdzili że każdego czołgu… Podobno miał mieć lufę o 20 cm dłuższą, wbudowany niezwykle skuteczny tłumik, komputerową korektę celu… Podobno ten jeden egzemplarz miał być, w odróżnieniu od „zwykłych”, czarnych Armalite, koloru szarego… I oto widział przed sobą legendarny egzemplarz… Wiedział już, co zawiera masywne, metalowe pudełko. Ręcznie wyprodukowane naboje z pociskami z rdzeniem ze zubożonego uranu… Ostrożnie wyjął Armalite’a Mach 2 z szafy. Był zadziwiająco lekki, a jednocześnie czuło się solidność wykonania. Wydawało się, że sam układa się w rękach… I że płynie od niego jakaś siła, jakaś pewność która sprawia, że czuje się gotów do walki. Walki na śmierć i życie. Walki z kimkolwiek, nawet z…

Rozdział 7

Moskwa, prywatne biuro premiera Rosji

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 81.46