E-book
6.14
drukowana A5
26.04
Za horyzontem snów

Bezpłatny fragment - Za horyzontem snów

zbiór wierszy


Objętość:
135 str.
ISBN:
978-83-8126-087-9
E-book
za 6.14
drukowana A5
za 26.04

Moim rodzicom —

Franciszce i Sławomirowi Jałochom

Chwyć za rękę dzień

dogonił nas czas

mgły narodzin opadły

strudzeni biegiem życia

uciekamy przed nim

nie mając żadnych szans


już lato za nami

i jesień myje twarz

cichym wzrokiem kochamy

tamte sny z tysiącem barw


jeszcze nocą znużeni

zapragniemy dotyku ust

będąc ciszą uśpieni

szukać będziemy dawnych słów


a kiedy niepewności deszcze ustaną

i tęcza spojrzy w nasze okna

człowieku chwyć za rękę dzień

póki jeszcze można

Wiosenne preludium

Widzisz jak sady zielenią pokryte

Zapachem kwiatów drzew dojrzewają

W bzach — kolorowych ogrodów o świcie

Gdy ptaki wiosenne pieśni śpiewają


Z rosy zbudzonej wczesnym rankiem

Lekki wietrzyk unosi promyk słońca

W tańcu kolorów tęczy blaskiem

Radości w sercu nie ma końca


Z kwiecistego łąk aksamitu

Gdzie zielonych traw aleje

Obłokami bezchmurnego nieba

Świat miłością do nas się śmieje


Widzisz jak rzeka płynie błękitem

Ze źródła miłości pragnieniem

To wiosna tak nas urzekła

Czystego piękna spojrzeniem

Przechodniu, powiedz Polsce…

Tam, gdzie złote kłosy zbóż

szumią serca biciem.

Gdzie wierzby Mazowsza

grają muzykę Chopina.

Przechodniu, powiedz Polsce,

że jest jak Matka — jedyna.


Tam, gdzie cierpienia

było aż zanadto.

Gdzie ludzie całują

Chrystusa Rany.

Przechodniu, powiedz Polsce,

że Ją kochamy.


Tam, gdzie słowa — Bóg, Honor, Ojczyzna

od wieków są z nami.

Gdzie chlebem i solą

będziesz witany.

Przechodniu, powiedz Polsce,

że dla Niej żyjemy i dla Niej umieramy.

Peron łez

Zanim odejdę w cień,

daj mi chociaż jeden sen.

Pocałunkiem przywrócę marzenia,

biciem serca odnajdę nasz dzień.


Tam, gdzie odjeżdża ostatni pociąg,

gdzie perony rozstania mokną od łez,

będę szukał — Twego uśmiechu,

dotyku dłoni, słodyczy ust.


A gdy znikniesz za zakrętem nadziei —

nasza miłość będzie błądzić —

wśród nocnych chmur, jesiennych drzew.

Pozostanie pamięć pięknych chwil

i codzienny serca lęk.

Za horyzontem snów

Okryję Cię gwiaździstym niebem,

by myśli zatańczyły marzeniami.

Za horyzontem snów,

gdzie gwiazdy świecą srebrną poświatą,

będziesz stąpać po obłokach nieba.

Plejadą gwiazd w księżycowym rydwanie,

gdzie niebo zimowe ogrzewa Orion,

odnajdziesz krainę wiecznej miłości.

Ocean nocnego nieba

będzie kłaniał się do Twych stóp,

a ja w ciemnościach —

niczym samotny Latający Holender

będę szukał drogi do Twojego serca.


Spokojnych snów…

Kasia i Janeczek

Weselisko już zaczęte

Druhny w wiankach takie piękne

A drużbowie w pawich piórach

Wiwatują, podskakują

W tańcu, śpiewie i swawoli

W takie święto to przystoi


Stoły w pełni zastawione

Drzwi kwiatami przystrojone

Muzykanci grają skocznie

Na weselu Kasi i Janeczka

Z boku stoi trunku beczka

Panny malowane jak się patrzy

W alkierzykach skończą nockę

Lub w stodole na sianeczku…


Mój wianeczku!

Krzyczy Kasia — wniebogłosy

Bo czepiny — pora rozpuścić włosy

Już wianeczek nie dla Kasi

Już warkocze rozpuszczone

Baby płaczą jak szalone


Mój Janeczku, mój kochany

Chodźże do swej młodej panny

A Janeczek nie pijany

Zaraz biegnie do swej panny

Będą figle tam na sianku

Chodźże, luby, mój kochanku

Już do rana nie wrócili

Aż grajkowie grać skończyli


Nie minęły trzy miesiące

Nastał ciemny czas ponury

Czarny orzeł i dwugłowy

Wbiły swoje wielkie szpony

Na Janeczka przyszła pora

Wraz z chłopami chwycił kosę

Z Moskalami walczyć poszedł


Walczył dzielnie biedaczysko

Armat był już bardzo blisko

Lecz od kuli biedny poległ

Tam w mogile przysypany

Leży z dala od swej panny


Kasia płacze i rwie włosy

Gdzie, mój miły, są twe oczy

Co ja biedna sama pocznę

To i na mnie przyjdzie pora

Śmierci serce dać z wieczora


Jak mówiła, tak zrobiła

Ciemną nocką wyszła z chaty

W tej rozpaczy, w tej niedoli

Wpadła w rzeki ciemne tonie


Już minęło wieków kilka

Bądźmy czujni i przezorni

By jak nasi pradziadowie

Nie ostrzyli znowu broni

Kocham…

Kocham, gdy rankiem moje oczy budzą się ze snu —

dziękuję Bogu za darowany dzień.

Kocham, gdy stoi przy mnie Anioł Stróż —

jestem pod bezpiecznymi skrzydłami życia.

Kocham słońce i błękit nieba —

moja dusza śpiewa.

Kocham kobiety — nie za ich urodę i mądrość,

ale za to, że są kobietami.

Kocham kochanie — bo cóż jest piękniejszego

od ciała kobiety.

Kocham słowa „tak” i „nie” — bo jestem wolnym

człowiekiem.

Kocham, kiedy przychodzisz i tulę Cię do snu.

Kocham, kiedy odchodzisz, zostawiając szminki ślad.

Kocham Życie.

Kocham Świat.

Świadomość przemijania

Mój pokój z numerem „naście” i głuche odbicie

codziennej rzeczywistości

tworzą we mnie wątpliwości:

czy jestem człowiekiem, czy tylko x, y, z?


Ulice miasta w rynsztoku ponurych myśli,

łagodne szepty ludzkich marzeń,

jak stare truchło przypominają o przemijaniu.


W górę i w dół poza stan świadomości,

jak latawiec przecinający ostatnie życzenie śmierci.

Błądzi ostatni promyk naszego życia.


Pytania nie mają odpowiedzi,

słowa uciekają w odległe horyzonty,

cisza za nami, a przed nami szum.


Pora odchodzić i biec w nieskończoność ludzkiej duszy,

nie zatrzymując się tu i tam.

Mając własną wolność i czas.


A kiedy szare i ciemne dni przypomną nasze życie,

człowieku odpowiedz na pytanie:

byłeś nim, czy tylko go udawałeś?

Tęsknota

W otwartym oknie zasłona się kołysze.

Spoglądam za Tobą w ciemny, odległy horyzont,

lecz widzę jedynie Twój nocny cień.


Serce krwawi i pęka, jak pod gołymi stopami rozbite

szkło.

Nie ma Ciebie przy mnie, a ja w udręce czekam na cud.

Twój zapach jeszcze czuję i nie przestanę czuć.

W myślach dotykam Twych włosów i aksamitnych słów.


Zamknąć okno muszę, już burzy widać szary cień.

Za Tobą i tak zatęsknię, gdy nastanie nowy dzień.

Wymazać z pamięci

Widziałem w Twoich oczach litość.

Twoje dłonie z subtelnym, czystym dotykiem

gładziły moje ciało.

Byłaś wtedy tak blisko.


Widziałem Twoją postać zanurzoną w wodzie.

Wyglądałaś jak syrena

stworzona z morskiej piany.


Wówczas zrobiłbym dla Ciebie wszystko.

W poświęceniu opętany.


Teraz idę samotnie przed siebie

z zakazem powrotów.

Listy z Twoim imieniem

wymażę z pamięci.

Wyspy przebaczenia

Mam dla Ciebie coś, czego nie da Ci nikt:

Bukiet kolorowych marzeń i snów,

Światło gwiazd na błękitnym niebie,

Promyk słońca padający na dywan zbóż.


Odległe wyspy przebaczenia

Czekają na Ciebie wśród zielonych traw,

Z rosą i darem współistnienia

Na tęczy kwiatów z najpiękniejszych barw.


Przyjmij ten podarek nawet, gdy będziesz daleko,

A rzeka oceanów obmywać będzie Twój los.

W samotności, patrząc w niekończący się horyzont,

Usłyszysz mój głos.

Nie po drodze z aniołami

Nie po drodze mi z aniołami.

Nawet z tymi, którym skrzydła od słońca zamarły.

Nie po drodze mi z życiem, które kocham, ale pojąć

nie potrafię.


Z burzą w ciemnościach mi do pary.

Przy kacie z toporem nad głową.

W czeluściach śmierci z żywotem na pniu zamarły

czekam na ostatnie tchnienie.


A może jeszcze z popiołów jak Feniks powstały,

odnajdę drogi z kwiatów morzem usłanych,

gdzie słońce zdeptawszy mgły i noce,

da mi ostatnią szansę.


Może szansę wykorzystam i w podzięce

na kolanach zapłaczę.

Może z kolan powstanę i Bogu dam wiarę,

ale jeśli wszystko w próżności zatracę,

przepadnie moje serce na wieki.

Powroty

Kwiaty naszych serc z zapachem wszystkich myśli.

Sny jeden po drugim, nawet nie z tego świata.

Boisz się, czyż nie?

To nic, to tylko nieznane pukanie do drzwi.


Tumany kurzu upływającego czasu.

Gdzie te ulice? Gdzie cały świat?

Gdzie kolory młodości, śmiech i płacz?

Ach! Przeżyć wszystko jeszcze raz.


Zakurzone buty, ile bym za nie dał…

Podaj rękę i chodź tam, gdzie wszystko ulotne.

W deszczu, we mgle cały bez wyjątku czekam,

z uporem bez reszty, bez oddechu.


Popatrz, obłoki na niebie, a na dłoniach tamte dni.

Biegnij i nie patrz wstecz, niech to wszystko wróci.

Niech wspomnienia pozostaną tam, gdzie zaczyna

się noc,

a poranek powita narodziny na nowo wszystkiego.

Miara człowieka

Mówią nam, że nie trzeba kochać, wierzyć w Boga i żyć.

A przecież miarą człowieka jest jego godność.

Mówią nam, że nie trzeba śpiewać, marzyć, śnić.

A przecież miarą człowieka jest wolność.


W godności żyć i umrzeć trzeba.

Z wolnością iść do nieba.

Żal

Uciekam w nocne udręki, mroczne sny.

To jest moja przepustka do Twego serca.

Z trwogą i nadzieją tak odległą,

Jak daleka jest przystań moich złudzeń.


Słowa już nie mają znaczenia,

Bezpowrotnie straciły sens.

Nie znam nikogo, kto wytrzymałby ten ból,

Zastygły, niekończący się dramat tęsknoty.


Błądzę w ciemności i nie znajduję sił,

Ani sensu dalszego bytu.

W udręce niewoli smutku, z biletem w jedną stronę,

Szukam tego, czego wcześniej nie dostrzegałem,

Nie kochałem, zmarnowałem.


Na przebaczenie za późno.

Na powroty brak sił.

Pozostały zgliszcza marzeń, nadziei pył.

Lecz dlaczego pamiętam Twoje sny?

Odpowiedzi udzieli wiatr, który rozwiał wszystko

co było w nas.


W mglistym upojeniu obłudy żałuję wszystkiego,

Co było Tobą i mną, dla Ciebie i dla mnie.

Pamiętać

Nie zapominajmy dzieciństwa

Nie zapominajmy wakacji u dziadków

Bo na łożu śmierci zabraknie już

Zielonej trawy, słońca i bezkresnych mórz.


Nie zapominajmy tych, których kochamy

Bo z ostatnim oddechem

Nie rozpoznamy ich twarzy, uśmiechów i mądrych słów.


Nie zapominajmy imion tych, których kochaliśmy

Bo gdy dotykać będziemy Boga

Zabraknie już matczynych kołysanek i ojcowskich rąk.


Póki dzień nastaje i zapada noc

Pamiętajmy o wszystkich i o wszystkim

O rozlanej kawie, zdartych butach, piaskownicy

Pamiętajmy póki możemy zapamiętać.

Moja poezja

Jesteś dniem i nocą

Latem i jesienią

Śladem zastygłym w sercu

Promykiem słońca.


Kwiatem jednej nocy i rajskim ptakiem

Życiem w radości mojej

Pociechą.


Bezmiarem uczuć, żalem i tęsknotą

Oceanem szczęścia i odbiciem w lustrze

Śpiewem anielskim kołyszącym zmysły

Pajęczą nicią.


Zjawą nocną, która spać nie daje

Dymem z papierosa

Moim kochaniem.


Dotykiem i muśnięciem ust

Kroplą rosy i deszczem

Losem wybranym

Szczęściem.


Liściem na wietrze

Bólem i ukojeniem

Pragnieniem miłości

Nienasyceniem.


Lasem i wezbraną rzeką

Mojej drugiej połowy częścią

Jesteś poezją.

Upojenie

Pamiętam nasze wspólne podróże po złote runo miłości.

Bezkres błękitnych oceanów słów i przyrzeczeń.

Złote, gorące plaże naszych pocałunków.


Unosiliśmy się nad ziemią niczym różnokolorowe

kwiaty,

poderwane w górę podmuchem lekkiego wietrzyku.

Cichutko, bezszelestnie w stanie upojenia.

W ciszy traw i kropel rosy,

tak czystych jak zwierciadła naszych dusz.


Twój biały welon rozkołysany na wietrze

unosił się w górę, tańcząc nad drzewami,

wskazywał nam szerokie drogi naszej przyszłości.


Rajskie ptaki o karmazynowo-zielonym upierzeniu,

śpiewały.

Leciutko nad ziemią, w ciszy, spokoju, w wiecznej

szczęśliwości.

Bez cierpienia, w miłosnym uniesieniu.

W bezgranicznym, niekończącym się stanie nirwany.

Pożegnanie

Dni bez słońca i noce bez gwiazd,

i tych smutków tysiące.

Rozliczne błagania o swój świat,

i te oczy błyszczące.


Z kruchego serca pęka biała łza,

błagając o twą twarz i usta palące.

Targając wnętrzności twarde jak stal,

zgryzotą mojej duszy odchodzę.


Nic nie pozostaje, tylko smutek w sercu,

słowa rzucone na wiatr.

I myśli rozproszone na deszczu,

marzeniami spragnione wśród mar.

Rozstanie

Przybądź, jeżeli tu jesteś,

A jeśli Cię nie ma —

Zatęsknisz.


Nie oszukasz siebie i innych.

Nawet odchodząc w niepamięć,

Pozostawisz łzy.


Popatrz, odjeżdża pociąg.

To Twój ostatni krzyk.

Jak szalejący podmuch wiatru

Zetrze wszystko w pył.


Jeszcze zdążę pozbierać sny,

Obudzę wspomnienia.

Może to złudne już dziś,

A wczoraj — pragnienia.


Zapamiętać wszystko co było;

Nawet słowa z przysięgą

Jak krew z krwi —

Taki los człowieka.


Rozstać się bez słów, bez adresu,

A przecież jeszcze żyję, na miły Bóg!

To już koniec?

Tak! Nie oddycham już.

Modlitwa

W grotach ludzkiego umysłu i we wszystkich

myślach naszych,

W sieciach pajęczych zaplątanych wokół nas —

Daj nam Panie życia smak.


Tam gdzie tęcza, tam gdzie cały świat,

W szeptach letniego powiewu, gdzie śpiewa lekko

wiatr —

Daj nam Panie życia dar.


We włosach dziewczyn, w uśmiechu poranka,

W dotyku szczęśliwego dnia —

Daj nam Panie życia żar.

Wizje

Stalowe noce z wizjami pogardy.

Ludzie zatraceni w swoich ponurych myślach

Jak brudne ulice miast,

Powoli odmierzają swoją marność.


Cichy bieg życia toczy naszą świadomość.

Wszystko, co ludzkie, całe człowieczeństwo.

Jak dzikie zwierzęta pożeramy się nawzajem.

Pożeramy samych siebie.


Ciemność odbijająca się od słońca

Potęguje trwogę ostatnich dni.

Bez znieczulenia zabijamy swoje życie

A śmierć to już tylko finał wszystkiego.

Miłość

Kim jesteś słodka pani i jak cię zwą?

Że zmysły me bez granic

W nieboskłonie tkwią.


To ty nakazem swoim i bezsilnością mą

Malujesz moje lica, które czerwienią lśnią.


Twoje czyny i zamiary są jak z nieba jasny grom

Czasami serce krwawi a rozsądek traci wzrok.


To ciebie od wieków wysławiają

I piszą wiersze na twą cześć

Jedni tracą rozum, inni popadają w gniew.


Miłością cię nazwali i od zarania już tak jest,

Że swym dotknięciem dłoni

Powodujesz serca lęk.


Lecz cóż bez ciebie począć

Jak wyglądałby ten świat

Bez pocałunków i tęsknoty

Bez otwartych pożądaniem kart.

Z serca do ust

Z serca wydobywają się najsłodsze dźwięki

Jakże piękne, jakże upojne

Pod nieboskłon i widnokrąg ust

W zenicie najpiękniejszych słów

Z jego oślepiającego blasku

Słyszymy harmonię dźwięków

Podobną do chóralnych pieśni

Wysławiających miłość

To z niego wydobywają się najdelikatniejsze słowa

To ono dyktuje piękno ich melodii

Współgrają ze sobą i tworzą

Nieograniczoną wspaniałość, która kruszy

Najtwardsze mury smutku i jest kluczem

Do bram szczęścia.

Nocna pani

Nie spałaś tej nocy.

Słyszałem Twój szloch,

Dudnił mi w uszach

Jak dzikiej burzy grzmot.


Że smutno jest Tobie,

Nie musisz mi mówić, ja wiem,

Jestem przy Tobie i będę,

Wierniejszy niż pies.


W mękach Twoich i w udręce,

Ochronię Cię od łez.

Ta postać w czarnej sukience

Przy Twej poduszce śpi.


Boże, dopomóż, daj siłę i moc,

Przed nocną figlarką,

Tak bladą jak strach.


Na jej skinienie otwiera się raj,

Lecz nie ten z kwiatami, a ciemny gaj.

Z nocami bez końca, z tęsknotą, Ty wiesz.

Odchodzisz z tą panią, a ja z Tobą też.

Pożądanie

Zanurzam się w Twoich zmysłach

Szukając ciszy Twej odmowy

Nie mówisz przestań

Nie mówisz odejdź.


Jak w gorącej lawie wulkanu

Twój dotyk pali i jednocześnie koi

Pragnąc chłodu Twych włosów

Usta rozpalają miłości płomień.


Na przemian gorąc i chłód

W bezsilności pragnień

W objęciach pożądania toniesz.


Bez słów w ciszy oddechu

W rozkoszy niekończącej się nocy

Nie mówisz dosyć

Nie mówisz koniec.

Moc prezentów

Ta Kasia i ta Asia, wszystkie dzieci

Wypatrują wśród zamieci

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.14
drukowana A5
za 26.04