E-book
31.5
drukowana A5
89.48
Z woleja

Bezpłatny fragment - Z woleja

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
301 str.
ISBN:
978-83-8455-765-5
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 89.48

Przedmowa

O odwadze, głupocie i tym, co sprawia, że jesteśmy ludźmi

Od zawsze fascynowało mnie to, co wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Nie w sensie intelektualnym — raczej w tym pierwotnym, instynktownym, gdzie ciało mówi nie, a człowiek i tak odpowiada tak. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o sporcie, w którym dwudziestu dwóch mężczyzn wspina się na żywą ścianę skalną, by kopnąć piłkę przymocowaną magnesem na wysokości piętnastu metrów — pomyślałem, że to żart. Kiedy dowiedziałem się o lidze rozgrywanej w żołądkach płetwali błękitnych — uznałem, że ktoś robi sobie ze mnie głupca. A kiedy ktoś opowiedział mi o meczu na liniach wysokiego napięcia, z prądem o napięciu dwustu dwudziestu kilowoltów, który zabija w ułamku sekundy — byłem pewien, że padłem ofiarą mistyfikacji.

A jednak. Te sporty istnieją. Istnieją naprawdę. I ludzie w nie grają. Nie dla pieniędzy — choć i za pieniądze też. Nie dla sławy — choć i sława bywa udziałem nielicznych. Grają, ponieważ w każdym z nas tkwi coś, co każe nam przekraczać granice. Co każe nam wchodzić tam, gdzie inni nie wchodzą. Co każe nam stawać na głowie, gdy cały świat stoi na nogach. Co każe nam jeść kilogram nie mytych śliwek i pić wodę z kałuży, a potem biegać za piłką, gdy jelita krzyczą, a bat wisi nad nami.

Ta książka nie jest przewodnikiem. Nie jest też zbiorem porad, jak uprawiać te dyscypliny — broń Boże, nie próbujcie tego w domu, ani nigdzie indziej. Ta książka jest opowieścią o ludziach. O tych, którzy postanowili, że zwykłe życie jest dla nich za małe. O tych, którzy zamiast siedzieć w fotelu przed telewizorem, wolą wisieć na drucie, nurkować w błocie, tańczyć na dachu, który się rozsuwa, i grać w piłkę w stalowej rurze, gdzie skorpiony są jedyną publicznością. Ta książka jest hołdem dla ich odwagi. I dla ich głupoty. Bo jedno bez drugiego nie istnieje.

Jako autor reportaży sportowych i psycholog z wykształcenia, przez lata przyglądałem się ludziom, którzy uprawiają sporty ekstremalne. Myślałem, że widziałem już wszystko. Wspinacze, skoczkowie, maratończycy, triathloniści — wszyscy oni przesuwają granice ludzkich możliwości. Ale dopiero gdy trafiłem na świat sportów kuriozalnych, zrozumiałem, że granica nie leży w mięśniach, ani nawet w płucach. Granica leży w głowie. I to właśnie ci sportowcy — nazwijmy ich kuriozalami, choć sami wolą miano pionierów — przesuwają tę granicę dalej niż ktokolwiek inny.

Weźmy pod uwagę piłkę nożną pionową, gdzie dwadzieścia dwa życia wisi na jednym chwycie skalnym, a każdy strzał to ryzyko upadku z wysokości trzydziestu metrów. Albo piłkę nożną wewnętrzną, gdzie zawodnicy grają w ciemności, w wilgoci i wśród ścian, które kurczą się, gdy wieloryb oddycha. Albo napowietrzną, gdzie mecz trwa tylko tyle, ile trwa spadanie — i gdzie hymn drużyny śpiewa się w locie, zanim ziemia przyjmie cię w swoje objęcia. Każda z tych dyscyplin to oddzielny świat, oddzielna filozofia, oddzielny sposób na odpowiedź na pytanie: po co to robić?

Odpowiedź jest zawsze podobna. Nie dla pieniędzy. Nie dla sławy. Dla tego uczucia, które przychodzi w momencie, gdy ciało mówi nie, a ty mówisz tak. Gdy stajesz na rękach, chociaż nogi proszą się o odpoczynek. Gdy wchodzisz na dach, chociaż ziemia wzywa cię do siebie. Gdy zjadasz śliwki, chociaż jelita krzyczą o litość. To uczucie — nazwijmy je spełnieniem, nazwijmy je triumfem, nazwijmy je po prostu życiem — jest tym, czego szukają. I znajdują je w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach.

Jako psycholog sportu, przez lata badałem mechanizmy motywacji, radzenia sobie ze stresem i kontroli emocji. Myślałem, że znam wszystkie odpowiedzi. Ale sporty kuriozalne nauczyły mnie, że odpowiedzi są tak różnorodne, jak ludzie, którzy je wymyślili. Jeden znajduje spełnienie w stalowej rurze, inny w bagnie pełnym jaguarów, jeszcze inny pod taflą szkła, która nie pozwala mu się wyprostować. I każdy z nich ma rację. Bo sport nie jest o tym, co robisz. Jest o tym, dlaczego to robisz. A w tych dyscyplinach — powód jest zawsze ten sam: by poczuć, że żyjesz. By poczuć, że granice są tylko w głowie.

Ta książka jest o nich. O ich historii, o ich pasji, o ich szaleństwie. I o ich śmierci — bo w tych sportach śmierć jest zawsze obecna, jak cień, który nie odstępuje na krok. Ale to właśnie ta obecność śmierci sprawia, że życie staje się intensywniejsze. Że każdy oddech ma smak. Że każdy gol jest zwycięstwem nie tylko nad przeciwnikiem, ale nad własnym lękiem.

Nie namawiam do uprawiania tych sportów. Wręcz przeciwnie — ostrzegam. To są dyscypliny dla ludzi, którzy mają coś w sobie, czego większość z nas nie ma. I dobrze. Nie każdy musi stać na głowie na linii wysokiego napięcia. Nie każdy musi grać w piłkę w żołądku wieloryba. Świat jest wystarczająco duży, by pomieścić zarówno tych, którzy ryzykują życie dla piłki, jak i tych, którzy oglądają ich z bezpiecznej odległości, z popcornem w dłoni.

Ale jeśli czytając tę książkę, poczujecie choć cień emocji, które towarzyszą tym zawodnikom — to znaczy, że udało mi się przekazać wam coś z ich świata. Świata, w którym granice są tylko sugestiami. Świata, w którym odwaga i głupota idą w parze. Świata, w którym piłka nożna to nie tylko gra — to egzystencja.

Zapraszam was w tę podróż. Przez rury, przez dachy, przez bagna, przez linie wysokiego napięcia, przez szklane tafle i przez żołądki wielorybów. I przez śliwki. Nie zapomnijcie o śliwkach. One też są częścią tej opowieści.

Bo to, co robią ci ludzie, nie jest ani mądre, ani rozsądne. Ale jest autentyczne. A autentyczność — w dzisiejszym świecie pełnym filtrów, pozorów i sztuczności — jest chyba najcenniejszą rzeczą, jaką możemy znaleźć.

I właśnie dlatego warto było napisać tę książkę.

Warszawa, jesień 2024

PIŁKA NOŻNA PIONOWA

Gdzie jeden krok dzieli hat trick od trzech dni w szpitalu

Gdybym panu powiedział, że istnieje dyscyplina sportu, w której dwudziestu mężczyzn w trykotach wspina się po pionowej ścianie skalnej, próbując kopnąć piłkę przymocowaną magnetycznie na wysokości piętnastu metrów, a następnie wpakować ją do bramki zawieszonej pod sufitem albo wkopanej w ziemię — pomyślałby pan, że to scenariusz nowego filmu z serii Głupi i głupszy. A jednak. W Nepalu, w cieniu Annapurny, co dwa lata rozgrywają się mistrzostwa świata w piłce nożnej pionowej. Ludzie na to jeżdżą. Ludzie na tym umierają. I, co najdziwniejsze, ludzie za to płacą.

Nazywa się to Vertical Football. Niektórzy mówią — Szalona Ściana. Albo — Głupioblok. Profesorowie wychowania fizycznego używają terminu dyscyplina ekstremalno-futbolowa z elementami wspinaczki wysokogórskiej. Lecz miejscowi Szerpowie, którzy od pokoleń asekurują zawodników za kilka rupii, mają na to jedno, krótkie słowo: chhapane — czyli coś, co nie powinno istnieć, a jednak istnieje, i to pana wkurza.

Zanim jednak zaczniemy, muszę pana ostrzec: ten rozdział nie jest dla osób z lękiem wysokości, ani dla tych, którzy uważają, że spalony to skomplikowana regulacja. Spalony przy pionowej ścianie to najmniejszy problem. Problem zaczyna się, gdy sędzia odgwizduje rzut rożny, a pan stoi na występie skalnym wielkości dłoni, trzymając się jedną ręką chwytu, a drugą próbuje zasłonić twarz przed piłką lecącą z góry z prędkością stu kilometrów na godzinę.

Tyle tytułem wstępu. Zapnijcie uprzęże. Nie, właściwie nie zapinajcie — w piłce nożnej pionowej linek nie ma.


Część pierwsza: Początek, który był żartem

Historia tej dyscypliny zaczyna się w 1987 roku w kufajce i w mocno niesfornym stanie po kilku głębszych. Dwóch polskich himalaistów, Marek Pawłowicz i Jacek Sierpiński, wracało z nieudanej wyprawy na Nanga Parbat. Siedzieli w schronisku pod Morskim Okiem, przegrywali w karty z Rosjanami, a w telewizji leciał finał mistrzostw Polski w piłce nożnej. Legia grała z Widzewem. Sierpiński, który nie znosił futbolu, wykrzyknął w pewnym momencie:

— Co to w ogóle za sport? Biegają po trawie jak kury po podwórku. Prawdziwy mężczyzna gra tam, gdzie każdy krok może być ostatnim.

Pawłowicz, który był po piątej wódce, odparł bez namysłu:

— To idziemy na Mnicha. Zagramy na ścianie. Piłka na środku. Kto wpadnie do bramki na górze — wygrywa.

Rosjanie pomyśleli, że to żart. Polacy nie żartowali. Trzy godziny później, o drugiej nad ranem, przy czołowych światłach, Marek i Jacek stali u podnóża Mnicha. Piłkę mieli wypożyczoną z schroniska — starą, skórzaną, rozgrzaną przy piecu. Przykleili ją żywicą do występu skalnego na wysokości dziesięciu metrów. Nie mieli bramek, więc za górną uznali otwór w ścianie, za dolną — kałużę.

Sędziował pijany Rosjanin, Siergiej, który ledwo stał na nogach.

Mecz trwał siedem minut. Pawłowicz odpadł jako pierwszy, bo złapał się za mokry chwyt. Sierpiński zdobył gola — wbił piłkę głową do otworu, wisząc jedną ręką. Rosjanin orzekł, że piłka nie przekroczyła linii, bo nie ma linii. Sierpiński zjechał na dół, dał mu w szczękę. Tym pojedynkiem zakończyła się pierwsza udokumentowana partia piłki nożnej pionowej.

Dwadzieścia trzy lata później, w 2010 roku, Międzynarodowa Federacja Sportów Kuriozalnych uznała tę dyscyplinę oficjalnie. Pawłowicz i Sierpiński zostali zaproszeni na pierwsze mistrzostwa świata w Katmandu. Jacek przyjechał o kulach. Marek nie przyjechał wcale — spadł dwa lata wcześniej podczas treningu w Tatrach. Miał wtedy sześćdziesiąt trzy lata. Kuźwa, powiedziała jego żona na pogrzebie. Wiedziałam, że ten futbol go zabije.


Część druga: Boisko, które jest pionowym piekłem

Boisko do piłki nożnej pionowej nie może być przypadkową ścianą. Międzynarodowe przepisy mówią jasno: wysokość od dwudziestu do trzydziestu metrów, szerokość piętnastu metrów, nachylenie dziewięćdziesiąt stopni — ani stopnia mniej, ani więcej. Naturalna skała jest dozwolona, ale tylko jeśli spełnia normy szorstkości i gęstości występów. W praktyce dziewięćdziesiąt dziewięć procent meczów rozgrywa się na ścianach sztucznych, wykonanych z betonu wysokogórskiego i pokrytych strukturalną żywicą epoksydową.

Chwyty są rozmieszczane przez certyfikowanych rutierów — ludzi, których jedynym zadaniem jest sprawić, by każdy ruch był możliwy, ale żaden nie był wygodny. Średnia odległość między chwytami wynosi 60 centymetrów. Dla porównania, na zwykłej ścianie wspinaczkowej odległość ta to 30 centymetrów. W pionowej piłce nożnej chce się, żeby zawodnicy sięgali, przeciągali, balansowali. Każde podanie to ryzyko urwania ręki.

Bramki są dwie. Górna — zamontowana na wysokości 28 metrów, tuż pod sufitem hali (bo na dworze nie gra się ze względu na wiatr). Ma kształt prostokąta o wymiarach trzy na dwa metry, ale w przeciwieństwie do normalnej bramki, ta stoi poziomo. To znaczy, że zawodnik, aby strzelić gola, musi kopnąć piłkę w dół, w otwór, który wygląda jak właz do kanału wentylacyjnego. Wielu strzelców mówi, że to tak, jakby celować do studzienki kanalizacyjnej z wysokości jedenastopiętrowego bloku, wisząc głową w dół.

Bramka dolna jest na wysokości jednego metra nad ziemią. Jej konstrukcja jest standardowa — stała, pionowa, z siatką. Lecz do niej dochodzi się z góry. Oznacza to, że najczęstszym sposobem zdobycia bramki dolnej jest strzał z wysokości, po którym piłka leci pionowo w dół z przyspieszeniem ziemskim. Bramkarz stoi na ziemi, patrzy w górę i czeka. Jest to jedna z najgłupszych rzeczy, jakie może robić człowiek, bo piłka z wysokości dwudziestu metrów uderza w rękawice z siłą pięciuset niutonów. Zdarzały się złamania nadgarstków. Zdarzały się wybite zęby. Raz, w 2016 roku, piłka trafiła bramkarza w szyję, a ten stracił przytomność, ale stał — jak słup — bo odruchowo zamarł w miejscu. Obudził się dopiero po meczu.

Gdzie w tym wszystkim jest piłka? Piłka jest przymocowana magnetycznie do środka ściany — dokładnie na wysokości połowy boiska, w geometrycznym centrum. Jej odklejenie wymaga siły co najmniej dwunastu kilogramów. Dla porównania: normalne kopnięcie to około dziewięćdziesięciu kilogramów siły. Więc problem nie leży w mocy, lecz w tym, żeby w ogóle dotrzeć do piłki wiszącej piętnaście metrów nad ziemią, grając jednocześnie przeciwko drużynie, która zjeżdża na panu z góry.

To prowadzi nas do kluczowej, może najważniejszej reguły całego sportu: jedna drużyna wspina się od dołu do piłki, druga zjeżdża od góry do piłki. Nie ma znaczenia, kto jest gospodarzem. Liczy się tylko losowanie przed meczem. Kapitanowie rzucają monetą. Orzeł oznacza atak od dołu — wspinaczka, pot, wysiłek, ale i możliwość kontrolowania tempa. Reszka oznacza atak od góry — zjazd, większe ryzyko upadku, ale też większą siłę uderzenia.

— Nie ma gorszej rzeczy niż grać z góry — powiedział mi w 2018 roku nepalski zawodnik, Pasang Dhondup, którego obie ręce były w gipsie. Właśnie spadł z wysokości dwunastu metrów, próbując przechwycić piłkę. Złamał oba nadgarstki, ale dobił do piłki głową. Strzelił gola. Potem stracił przytomność. Obudził się w szpitalu. Zapytany, czy warto było, wzruszył ramionami, co było dość komiczne, biorąc pod uwagę, że nie mógł ruszać rękami.

Warto, powiedział.

To jest sport!

I tutaj przeklął szpetnie.


Część trzecia: Zasady, które są jak przepisy ruchu drogowego na Marsie

Zasady piłki nożnej pionowej są — teoretycznie — identyczne jak w tradycyjnym futbolu. Jest jedenastu zawodników. Jest sędzia główny, dwóch liniowych (choć oni nie biegają po linii, tylko stoją na ruchomych platformach i asekurują się linami). Jest spalony, rzut wolny, rzut karny, żółte i czerwone kartki. Piłkę można kopać każdą częścią ciała oprócz rąk. Są auty, rożne, rzuty od bramki.

Lecz diabeł tkwi w szczegółach. Tych szczegółów jest siedemnaście stron drobnego druku w regulaminie Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej Pionowej, która ma swoją siedzibę w Katmandu, w budynku bez windy.

Zacznijmy od spalonego. W klasycznej piłce nożnej spalony oznacza, że atakujący znajduje się za ostatnim obrońcą w momencie podania. W pionowej piłce nożnej spalony oznacza, że zawodnik znajduje się powyżej piłki w momencie, gdy atakuje bramkę górną, albo poniżej piłki, gdy atakuje bramkę dolną. Logika jest taka, że nie możesz być wyżej niż piłka, gdy chcesz strzelić w górę, bo inaczej musiałbyś kopać pod siebie, co jest zabronione ze względów bezpieczeństwa. Zawodnicy przez lata się z tym regulaminem nie zgadzali, aż do meczu Nepal — Bhutan w 2014 roku, gdy nepalski napastnik, znajdując się trzy metry nad piłką, strzelił gola głową w dół. Sędzia nie uznał bramki. Nepalczycy zdemolowali szatnię. Bhutan wygrał 2:1.

Aut jest wznowieniem, które polega na wrzuceniu piłki z miejsca, w którym opuściła ona ścianę. Ale uwaga — ściana w piłce nożnej pionowej nie jest tylko podłożem. Ona jest boiskiem, więc każdy fragment skały jest w grze. Jeśli piłka dotknie sufitu — jest aut. Jeśli dotknie ziemi — jest aut. Jeśli dotknie publiczności — jest aut, a zawodnik, który ją tam wysłał, dostaje żółtą kartkę za niebezpieczną grę.

Rzut karny wykonuje się z odległości pięciu metrów od bramki. Problem w tym, że rzut karny na górną bramkę oznacza, że zawodnik wisi głową w dół, a bramkarz stoi na rękach. Karny na dolną bramkę oznacza, że zawodnik kopie z wysokości, a bramkarz asekuruje się na materacu. W 2017 roku podczas finału mistrzostw świata w Kolorado doszło do sytuacji bez precedensu: brazylijski bramkarz broniący na dole odbił piłkę, ale odbił ją z taką siłą, że ta poleciała w górę, trafiła w drugiego bramkarza wiszącego głową w dół, a ten stracił przytomność, puścił chwyty i spadł. Spadł z wysokości dwudziestu metrów. Na szczęście wylądował na materacu. Nieszczęście polegało na tym, że materac nie był przeznaczony do lądowań z takiej wysokości. Bramkarz złamał kręgosłup. I to była jego ostatnia żółta kartka — dożywotnia dyskwalifikacja za niekontrolowane odbicie piłki.

Przepisy nie przewidziały takiej sytuacji. Po tym meczu zmieniono regulamin: bramkarze na dole mają obowiązek stosowania rękawic z tłumikiem.


Część czwarta: Kariera w pionie — między chwałą a szpitalem

Zawodowy pionowy piłkarz to istota osobliwa. Musi łączyć w sobie cechy wspinacza sportowego na poziomie mistrzowskim, piłkarza technicznego z drugiej ligi oraz alpinisty wysokogórskiego z darwinowskim instynktem samozachowawczym. Nie może bać się wysokości, ale nie może też jej lekceważyć. Musi mieć palce jak haki, mięśnie brzucha jak stalowa lina i kark tak sztywny, żeby po uderzeniu piłką głową nie stracić przytomności.

— Trenujemy dwanaście godzin dziennie — mówi mi Janusz Górski, polski zawodnik, były reprezentant kraju w piłce nożnej pionowej. W 2015 roku był ósmy na świecie. Dziś ma trzydzieści siedem lat i prawo do renty. — Od szóstej do dwunastej wspinaczka. Od dwunastej do trzynastej jemy w uprzęży, bo nie schodzimy na dół. Od trzynastej do osiemnastej technika strzałów w pionie. Od osiemnastej do dwudziestej drużynowa taktyka. Potem rehabilitacja, kolacja i spać. Wspinamy się nawet w nocy, bo bywa, że w Nepalu gra się o drugiej w nocy — przy sztucznym oświetleniu, żeby nie przeszkadzać ruchowi turystycznemu.

Pytam Janusza, co jest najtrudniejsze.

— Znajdowanie chwytów w momencie, gdy piłka leci na ciebie z góry. Nie możesz patrzeć na nią i na ręce jednocześnie. Musisz wyczuć skałę nogami. To się nazywa gra ślepa. Kiedyś, w meczu z Czechami, dostałem piłką w twarz, bo próbowałem zobaczyć, gdzie jest chwyt. Złamałem nos, ale strzeliłem gola. Sędzia nie uznał, bo byłem na pozycji spalonej. Wściekłem się tak, że odpiąłem się celowo i spadłem. Chciałem, żeby mnie zdyskwalifikowali, bo wolałem siedzieć w szatni.

Opowiada mi też o swoim największym rywalu, Bhimie z Nepalu. Bhim gra z góry. Jest niski, waży pięćdziesiąt trzy kilogramy, ale ma palce jak stalowe haki. Jego specjalność to tak zwany zjazd szalony — puszcza się z wysokości dwudziestu metrów, łapie piłkę w locie, a potem odbija się od ściany nogami, by wylądować przy bramce dolnej. Tylko on to potrafi. Dwa razy złamał obojczyk. Raz otwarte złamanie podudzia. Za każdym razem wracał. W 2016 roku, podczas finału w Katmandu, Bhim wykonał swój popisowy numer, ale piłka odbiła się od jego buta i wpadła do własnej bramki. Samobój w finale mistrzostw świata.

Co zrobił Bhim? Ukłonił się publiczności, odpiął uprząż i zszedł na dół. Bez słowa. Potem w szatni powiedział do swoich kolegów: To jest sport. Czasem strzelasz sobie gola.

Janusz na to wspomnienie puszcza oko. Ma bliznę na powiece — po piłce, która wpadła mu do oka podczas meczu w Czechach. Wtedy też był spalony.


Część piąta: Psychologia — dlaczego oni to robią?

Doktor Anna Wiśniewska, psycholog sportu z Uniwersytetu Warszawskiego, spędziła trzy lata badając zawodników piłki nożnej pionowej. Wyniki jej badań są fascynujące i nieco niepokojące. Okazuje się, że u ponad osiemdziesięciu procent pionowych piłkarzy występuje tzw. syndrom poszukiwania grawitacji — paradoksalne zjawisko, w którym im większe ryzyko upadku, tym większą przyjemność sprawia im gra.

— To nie jest zwykły adrenalinowy hazard — tłumaczy mi doktor Wiśniewska w swoim gabinecie, gdzie na ścianie wisi zdjęcie niej pękniętego kasku. — To jest uzależnienie od kontroli nad śmiertelnym niebezpieczeństwem. Kiedy wisisz na ściance dwadzieścia metrów nad ziemią i kopiesz piłkę, twój mózg produkuje endorfiny w ilościach porównywalnych z tą po zażyciu heroiny. Ale to nie wszystko. Kluczowa jest tak zwana decyzja w zawieszeniu. Zawodnik przez ułamek sekundy musi wybrać: utrzymać się na chwycie czy strzelić. Jeśli wybierze strzał, akceptuje ryzyko upadku. Jeśli wybierze chwyt, traci okazję. To błyskawiczne kalkulowanie własnego bezpieczeństwa kontra sukces drużyny jest dla nich narkotykiem.

Pytam, czy to zdrowe.

Doktor Wiśniewska uśmiecha się gorzko.

— Zdrowie? Proszę pana. Oni łamią ręce, nogi, kręgosłupy. Widział pan kiedyś rękę zawodnika po dziesięciu latach gry w pionowym futbolu? Stawy palców są tak powiększone, że nie mieszczą się w zwykłe rękawice. Mają przykurcze, blizny, odciski na odciskach. Jeden z moich badanych, Holender, stracił czucie w trzech palcach po tym, jak przytrzasnął je chwytem. Gra dalej. Mówi, że nie potrzebuje czucia, żeby kopać.

Czy jest jakiś profil osobowościowy, który predestynuje do tej dyscypliny?

— Tak. To osoby z niskim lękiem wysokości, ale wysokim lękiem przed nudą. Oni się nie boją upadku. Oni się boją, że nic się nie wydarzy. Każdy mecz to dla nich egzystencjalny dylemat: dziś być może spadnę, ale przynajmniej nie będę siedział w domu przed telewizorem.

Przytacza historię norweskiego zawodnika, Magnusa, który po złamaniu obu nóg w meczu z Rosją wrócił na ścianę w ciągu czterech miesięcy. Lekarze mówili, że to niemożliwe. Magnus przyjechał na trening o kulach, odłożył kule, podszedł do ściany i zaczął wspinaczkę jedną nogą. Druga wisiała bezwładnie. Sędzia go zdyskwalifikował, bo nie miał obuwia na obu stopach. Magnus zdjął but ze zdrowej nogi, przywiązał go do gipsu i ruszył dalej. Sędzia nie miał już argumentów.

Magnus nie strzelił gola. Ale nie spadł. Po treningu powiedział do swoich kolegów: Nie chodzi o to, żeby wygrać. Chodzi o to, żeby nie spaść. Bo jak spadniesz, to jesteś martwy dla sportu. A jak wisisz, to jeszcze grasz.

To może najlepsze podsumowanie filozofii pionowej piłki nożnej, jakie słyszałem.


Część szósta: Śmierć na ścianie

Nie da się pisać o tym sporcie bez wspomnienia o śmierci. Pierwszy udokumentowany przypadek śmiertelny miał miejsce w 1994 roku w Austrii. Zawodnik nazwiskiem Franz Huber spadł z wysokości dwudziestu dwóch metrów, próbując obronić rzut rożny. Złamał podstawę czaszki. Zmarł na miejscu. Sędzia przerwał mecz. Drużyny nie chciały dalej grać. Ale federacja austriacka uznała, że mecz trzeba dokończyć, bo przepisy nie przewidują przerywania z powodu śmierci zawodnika — chyba że jest to śmierć sędziego. To wywołało skandal. Austria na rok zawiesiła rozgrywki.

Od tamtej pory zginęło piętnastu zawodników. Czterech w Nepalu, trzech w Polsce, dwóch w USA, pozostali w Rosji, Czechach, Japonii i na Węgrzech. Średnia wieku zmarłych to dwadzieścia osiem lat. Przyczyna śmierci zawsze ta sama: upadek z wysokości. Żaden zawodnik nie zmarł od uderzenia piłką, choć zdarzały się pęknięcia czaszki i wstrząsy mózgu.

Najtragiczniejszy w skutkach był mecz Polska — Rosja w 2001 roku w Zakopanem. Rosyjski napastnik, Władimir Drozdow, spadł z wysokości osiemnastu metrów, ale nie zabił się na miejscu. Przeżył. Leżał pod ścianą z połamanym kręgosłupem, przytomny, i krzyczał: Gol? Gol był? Sędzia pochylił się nad nim i powiedział: Był spalony. Władimir zamknął oczy. Stracił przytomność. Zmarł w szpitalu trzy dni później. Mówi się, że jego ostatnie słowa to: Spalony? Po chuj ja wtedy skakałem.

Mecz dokończono. Polska wygrała 3:2. Rosjanie nie złożyli protestu. Dyrektor turnieju powiedział w wywiadzie dla lokalnej gazety: To nie jest sport dla tchórzy. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Nikt nie powiedział też, że będzie bezpiecznie.

Dziś przy każdej ścianie pionowej wisi tablica z nazwiskami zmarłych. Podczas mistrzostw świata w Katmandu zawodnicy przed każdym meczem składają hołd, dotykając skały w czterech miejscach: na dole, na górze, pośrodku i w miejscu, gdzie zginął ostatni z nich. To rytuał, który przeszedł już do legendy. Nikt nie wie, kto go wymyślił. Być może sam Franz Huber. Albo Władimir Drozdow. Albo nikt. Po prostu jest.


Część siódma: Kontrowersje i afery

W 2018 roku wybuchł największy skandal w historii pionowej piłki nożnej. Podczas finału mistrzostw świata w Kolorado, w meczu Nepal — Brazylia, nepalski zawodnik Pasang Tamang został przyłapany na stosowaniu magnetycznych wkładek w butach. Wkładki te pozwalały mu przywierać do ściany z siłą o trzydzieści procent większą niż normalne buty. Było to równoznaczne z dopingiem technologicznym. Brazylijczycy złożyli oficjalny protest. Komisja dyscyplinarna badała sprawę przez sześć miesięcy. W końcu zdyskwalifikowano Pasanga dożywotnio. Nepal stracił medal. Brąz przyznano Polsce, która przegrała w półfinale.

Pasang po ogłoszeniu wyroku powiedział na konferencji prasowej, nie używając cudzysłowu, a mówiąc wprost do kamer:

— Każdy to robi. Tylko ja dałem się złapać.

Czy to prawda? Nikt nie wie. Ale od tej pory przed każdym meczem zawodnicy są poddawani kontroli magnetycznej. Ich buty, rękawice, nawet ochraniacze na piszczele są skanowane pod kątem ferromagnetyków. W 2021 roku zdyskwalifikowano trzech zawodników z Rosji za posiadanie magnesów w spodenkach. Rosjanie tłumaczyli, że to do przytrzymywania gwizdka sędziego. Sędzia nie nosi gwizdka. Sędzia używa syreny pneumatycznej.

Inna afera dotyczyła ustawiania chwytów. W 2016 roku okazało się, że gospodarze mistrzostw w Czechach zamontowali na ścianie chwyty o głębokości o dwa milimetry większej niż dopuszczalne normy. Dwa milimetry. Dla zwykłego człowieka różnica nieodczuwalna. Dla zawodnika wiszącego na jednej ręce — różnica między życiem a śmiercią. Czesi zostali ukarani grzywną w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Ale medalu nie odebrano. Dlaczego? Bo — jak orzekła federacja — nikt nie udowodnił, że te dwa milimetry wpłynęły na wynik. Czech i tak przegrali w ćwierćfinale.

Najbardziej bulwersująca była jednak sprawa z 2019 roku, kiedy to podczas meczu towarzyskiego Włochy — Japonia japoński zawodnik Yuto Kobayashi celowo odpiął włoskiemu bramkarzowi kask. Włoski bramkarz spadł z wysokości dziesięciu metrów. Złamał rękę i trzy żebra. Yuto dostał czerwoną kartkę, dożywotnią dyskwalifikację i zarzut usiłowania zabójstwa. Proces trwa do dziś. Yuto tłumaczy, że to był wypadek. Włosi nie wierzą.

Kobayashi, powiedział w sądzie, to nie była czerwona kartka. To był faul taktyczny. Broniliśmy wyniku 1:0. Gdybym nie odpiął bramkarza, on by obronił karnego.

Sędzia nie podyktował karnego. Sędzia podyktował rzut wolny z odległości ośmiu metrów. Yuto pomylił sytuacje. Za pomyłkę zapłacił karierą. I być może wolnością. Wyrok jeszcze nie zapadł.

Część ósma: Przyszłość dyscypliny

Co czeka piłkę nożną pionową? Dziś jest to sport niszowy, ale rozwijający się. Mistrzostwa świata w Katmandu w 2022 roku zgromadziły dwanaście tysięcy widzów na żywo i prawie dwa miliony przed telewizorami (głównie w Nepalu, Polsce, Rosji i Brazylii). Istnieją ligi narodowe w ośmiu krajach. Najsilniejsza jest liga nepalska, potem polska, potem rosyjska. Amerykanie próbują wprowadzić profesjonalną ligę z kontraktami na poziomie trzystu tysięcy dolarów rocznie, ale na razie bez powodzenia — zbyt mało ludzi chce wisieć na skale za pieniądze, które i tak mogą wydać w szpitalu.

Międzynarodowa Federacja planuje wprowadzenie odmiany kobiecej. Na razie kobiety grają tylko w mistrzostwach nieoficjalnych, ale poziom jest podobny do męskiego. W 2021 roku Polka, Katarzyna Nowak, zdobyła brązowy medal na mistrzostwach świata mikstów (drużyny mieszane). Grała z góry. Strzeliła cztery gole. Po turnieju powiedziała w rozmowie ze mną:

— Mężczyźni są silniejsi, ale my lepiej wspinamy się technicznie. Oni chcą kopać, my chcemy wygrywać. Czasem wystarczy delikatnie dotknąć piłki, żeby wpadła do bramki. Oni nie rozumieją, że siła nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest, żeby nie spaść.

I to chyba najlepiej podsumowuje ten cały, nieprawdopodobny sport. Piłka nożna pionowa to nie jest opowieść o golu, asyście, dryblingu, słupku czy poprzeczce. To jest opowieść o tym, że człowiek może wisieć na skale, kopać piłkę, rywalizować z innymi, a przy tym — przez chwilę — zapomnieć, że dwadzieścia metrów niżej czeka na niego beton. I że w każdej sekundzie może się odpiąć. I że jeśli się odepnie, już nie wróci.

A jednak wracają. Wracają po gipsie, po złamaniach, po śmierci kolegów. Wracają, bo jak mówi stare nepalskie przysłowie, które nie ma nic wspólnego z piłką nożną, a jednak pasuje idealnie: Góra nie pyta, po co przyszedłeś. Góra tylko czeka, czy potrafisz zostać.

W piłce nożnej pionowej nikt nie zostaje na zawsze. Ale ci, którzy próbują — są jak ci, którzy stawiają pierwszy krok na Księżycu. Tylko że na Księżycu nie ma bramkarza. I nikt nie gwiżdże spalonego.

EPILOG

Skończyłem pisać ten rozdział późnym wieczorem, w hotelu w Katmandu. Za oknem padał deszcz monsunowy. Włączyłem telewizor. Akurat leciały mistrzostwa świata w piłce nożnej pionowej — powtórka z 2019 roku. Nepal grał z Bhutanem. Przy stanie 2:2, w dziewięćdziesiątej trzeciej minucie, nepalski napastnik Pasang Dhondup — ten sam, który złamał oba nadgarstki — odczepił piłkę z magnesu, wisząc jedną ręką, wykonał przewrót w locie i strzelił do bramki górnej.

Bramkarz Bhutanu próbował odbić, ale piłka wpadła mu za kołnierz. Gol. Nepal wygrał 3:2.

Publiczność oszalała. Pasang spadł. Nie z wysokości, tylko z emocji. Puścił chwyt celowo. Upadł na materac, wstał, wybiegł na środek hali i zaczął tańczyć. Miał wtedy dwadzieścia dziewięć lat. Dziś nie gra. Ma artretyzm w palcach. Pracuje jako przewodnik turystyczny po Annapurnie.

Spotkałem go przypadkiem na lotnisku. Lecieliśmy tym samym samolotem do Warszawy. Miał ze sobą piłkę. Starą, skórzaną, podpisaną przez kolegów z drużyny. Zapytałem, czy może mi ją sprzedać.

Pasang spojrzał na mnie. Uśmiechnął się. I powiedział:

— Nie sprzedam. To jedyna rzecz, której nie spierdoliłem w życiu.

I odszedł w stronę bramki. Nie tej górnej ani dolnej. Zwykłej, lotniskowej, z automatem do biletów.

PIŁKA NOŻNA WEWNĘTRZNA

Gdzie sędzia ma latarkę czołową, a VAR zastępuje echolokacja

Nie wiem, jak pan sobie wyobraża idealne boisko piłkarskie. Może murawę jak zielony aksamit. Może stadion w Barcelonie przy pełni księżyca. Może trawę tak krótko przystrzyżoną, że piłka toczy się jak po stole bilardowym. A gdybym panu powiedział, że istnieje liga, w której mecze rozgrywa się w mięśniach, ścięgnach i żołądkach żywych wielorybów? Że piłkarze biegają po błonie śluzowej wielkości kortu tenisowego, a nad ich głowami unosi się kopuła z fiszbinu, przez którą sączy się błękitne światło oceanu? Że sędzia musi mieć certyfikat nurka głębinowego i zaświadczenie od weterynarza, że nie zakłóci trawienia ssaka?

Brzmi jak sen. Albo jak koszmar. Albo jak przepis na najdziwniejszy sport, jaki kiedykolwiek wymyślono.

A jednak. W północnej Japonii, w małym miasteczku Taiji — owianym złą sławą z powodu połowów delfinów — od 1999 roku działa podziemna federacja piłki nożnej wewnętrznej. Zawodnicy nie noszą korków, lecz antypoślizgowe buty z gumy jadalnej. Bramkarze mają wbudowane w rękawice igły do pobierania próbek krwi. A piłka? Piłka jest zwykła. Adidas, rozmiar 5, ciśnienie 0,6 bara. Nic specjalnego. Tylko że gra toczy się w środku zwierzęcia, które waży sto pięćdziesiąt ton, ma serce wielkości samochodu i może pana zabić niechcący, poruszając płetwą.

Zapraszam do wnętrza. Proszę wziąć latarkę, bo tam jest ciemno. I proszę się nie ślizgać — to, co pan czuje pod stopami, to nie murawa. To wyściółka żołądka płetwala błękitnego. A właśnie usłyszał pana i chce wypluć.


Część pierwsza: Jak to się zaczęło — czyli pijany pomysł w klubie wędkarskim

Rok 1996. Taiji, Japonia. W barze przy przystani rybackiej spotyka się czterech mężczyzn: Hiroshi Tanaka — były piłkarz J-League, który w wieku trzydziestu czterech lat doznał kontuzji kolana i popadł w alkoholizm; Kenji Yamamoto — biolog morski z Uniwersytetu w Osace, specjalista od wielorybów; Takeshi Nakamura — weterynarz z uprawnieniami do przeprowadzania endoskopii u dużych ssaków morskich; oraz stary kapitan Yoshi, który przez czterdzieści lat pływał na statku wielorybniczym, a po zakazie połowów dorabiał jako pilot turystyczny.

Piją sake. Dużo sake. W pewnym momencie Hiroshi, który właśnie przeżył rozwód i stracił prawo jazdy za jazdę po pijanemu, uderza pięścią w stół.

— Chuj z tym futbolem — mówi. — Trawniki, sędziowie, kartki. Gdzie jest adrenalina? Gdzie jest ryzyko? Kiedy ostatnio piłkarz bał się, że boisko może go nagle wypluć do Pacyfiku?

Kenji, który akurat kończył pracę nad artykułem o akustyce wewnątrz wielorybich żołądków, dodaje półżartem:

— U wielorybów. W środku. Jedna komora żołądkowa płetwala błękitnego ma powierzchnię boiska do piłki nożnej. Trzydzieści metrów długości, dwadzieścia szerokości, wysokość — osiem metrów. Błona śluzowa elastyczna, tłusta, trochę śliska, ale na korki da się grać. I najważniejsze — nie ma spalonego, bo nie ma linii bocznych. Ściany żołądka są liniami.

Takeshi podnosi wzrok znad kieliszka.

— A sędzia? Kto będzie sędziował?

— Ty — mówi Hiroshi. — Masz endoskop. Wesz ci i będziesz widział.

Kapitan Yoshi milczy przez chwilę, po czym wstaje. Ma siedemdziesiąt lat, bliznę na policzku od harpuna i oko, które łzawi przy każdym wypiciu. Patrzy na trzech pijanych mężczyzn i mówi:

— Mam wieloryba. W tym tygodniu przypłynął do zatoki. Słaby, stary, pewnie i tak umrze. Uśpimy go, zrobimy wentylację, wprowadzimy rury. Możecie grać w jego brzuchu, dopóki nie wyzionie ducha.

To, co wydarzyło się później, przeszło do legendy. W ciągu trzech tygodni Hiroshi zorganizował dwie drużyny — Rybaków z Taiji i Wielorybników z Osaki. Kenji opracował system wentylacji (rury wprowadzone przez otwór oddechowy, zakończone filtrami). Takeshi przeprowadził sterylizację żołądka i usunięcie resztek pokarmu (głównie kryla i kałamarnic). A kapitan Yoshi pożyczył od muzeum w Tokio starą, zabytkową piłkę z mistrzostw świata z 1966 roku.

Pierwszy mecz odbył się 15 marca 1997 roku. Wieloryb nazywał się Kujira — po japońsku po prostu wieloryb. Był stary, miał około siedemdziesięciu lat (wielorybich, czyli sporo powyżej średniej), ważył siedemdziesiąt ton. Leżał w specjalnej, podgrzewanej lagunie, uśpiony środkami podanymi przez Takeshiego. Jego serce biło wolniej niż zwykle, ale oddychał samodzielnie.

Mecz trwał dwadzieścia trzy minuty. Potem Kujira obudził się.

Opowiadał mi o tym Hiroshi Tanaka piętnaście lat później, w tym samym barze przy przystani. Miał wtedy pięćdziesiąt dwa lata, siwe włosy, drżące ręce. Pił herbatę, bo od dziesięciu lat nie pije alkoholu. Mówił:

— Prowadziliśmy 2:1. Kenji strzelił z połowy boiska, takiego połowy — z wysokości wpustu przełykowego. Piłka odbiła się od ściany żołądka, zahaczyła o fałd błony śluzowej i wpadła do bramki, którą zrobiliśmy z fiszbinu. Nagle Kujira zaczął drgać. Najpierw delikatnie, potem mocniej. Takeshi krzyczy przez interkom: Uciekajcie, on się budzi! Ale jak uciec z brzucha wieloryba? Wejście było przez otwór oddechowy — wąski, osiem metrów do góry. Zaczęliśmy się wspinać po linach. W połowie drogi Kujira kichnął.

Hiroshi robi pauzę.

— Wie pan, co znaczy kichnięcie wieloryba w środku wieloryba? To tak, jakby w pana pokoju eksplodowała bomba atomowa, a pan stał w progu. Fala powietrza wyrzuciła nas wszystkich przez otwór oddechowy. Kenji wylądował w lagunie. Takeshi zawisł na linie. Ja uderzyłem głową w sufit hali, w której trzymaliśmy wieloryba. Wylądowałem na betonie. Złamałem obojczyk, trzy żebra, wstrząśnienie mózgu. Ale miałem piłkę. W rękach. Nie puściłem.

Czy mecz został dokończony? Nie. Wynik 2:1 pozostał. Hiroshi do dziś uważa, że to jego najważniejsze zwycięstwo. Kujira przeżył. Pływał jeszcze trzy lata w lagunie, karmiony przez Takeshiego. Gdy zdechł — zrobili z niego eksponat w muzeum wielorybnictwa. W jego wypchanym żołądku do dziś wisi tablica: Na tym boisku 15 marca 1997 roku rozegrano pierwszy mecz piłki nożnej wewnętrznej. Rybacy z Taiji pokonali Wielorybników z Osaki 2:1. Sędziował dr Takeshi Nakamura.

Nikt nie wie, czy to prawda. Ale wszyscy w Taiji w to wierzą.


Część druga: Boisko, które oddycha

Współczesna piłka nożna wewnętrzna różni się od tamtego dzikiego eksperymentu. Przede wszystkim — wieloryby nie są uśpione. Byłyby to tortury. Międzynarodowa Federacja Sportów Kuriozalnych, która uznała dyscyplinę w 2005 roku, wprowadziła restrykcyjne przepisy: mecze mogą odbywać się tylko w żołądkach wielorybów, które wyraziły na to zgodę. Oczywiście nikt nie pyta wieloryba wprost. Ale Kenji Yamamoto, który został pierwszym prezesem federacji, opracował metodę odczytu sygnałów akustycznych. Kiedy wieloryb emituje dźwięki o częstotliwości poniżej 20 herców, uznaje się to za zgodę. Gdy emituje dźwięki o częstotliwości powyżej 50 herców — nie zgadza się. Sceptycy mówią, że to szarlataneria. Kenji wzrusza ramionami.

— Delfiny rozumieją. Wieloryby też.

Wybór odpowiedniego wieloryba to kluczowa kwestia. Nie może być za młody, bo jego żołądek jest za mały. Nie może być za stary, bo błona śluzowa jest cienka i może pęknąć pod naporem biegnących zawodników. Idealny wiek to od trzydziestu do czterdziestu lat. Najlepsze są samice płetwala błękitnego — ich żołądki mają naturalne wgłębienia i wypukłości, które tworzą urozmaicone boisko. Samce mają żołądki bardziej płaskie, przez co gra jest monotonna.

Boisko ma standardowe wymiary: długość od 100 do 110 metrów, szerokość od 64 do 75 metrów. To akurat zgadza się z wielkością żołądka płetwala. Gorzej z wysokością. Średnia wysokość żołądka to 6–8 metrów, czyli znacznie mniej niż wysokość stadionu. Górna granica boiska to kopuła z mięśni gładkich, pokryta warstwą tłuszczu. Zawodnicy często uderzają w nią głową, gdy podbijają piłkę. Zdarzają się wstrząśnienia mózgu. Zdarzają się też niespodziewane skurcze żołądka — wtedy całe boisko nagle się kurczy, a zawodnicy muszą leżeć płasko przez kilkanaście sekund.

Są też fragmenty, których lepiej nie dotykać. Zwieracz odźwiernika — czyli wyjście z żołądka do dwunastnicy — to automatyczny aut. Każda piłka, która wpadnie w to miejsce, jest tracona. Nie ma sposobu, żeby ją wyjąć, chyba że wieloryb ją zwróci. W praktyce połkniętych piłek nikt nie odzyskuje. Wieloryby je trawią. Materiał piłki to głównie skóra syntetyczna i klej. Podobno nie szkodzi im to, ale nikt nie przeprowadził badań.

Bramki są dwie. Jedna przy wpucie przełykowym (bramka górna), druga przy zwieraczu odźwiernika (bramka dolna). Ich konstrukcja musi być elastyczna i biokompatybilna. Używa się fiszbinu i plecionego włókna bambusowego. Siatkę robi się z jelit jeleniowatych — to jedyny materiał, który nie uczula wielorybów.

— Kiedyś próbowaliśmy nylonu — opowiadał mi Takeshi Nakamura, zanim umarł w 2018 roku na atak serca (nie podczas meczu, na działce, podczas kopania ziemniaków). — Wieloryb dostał wysypki. Cały żołądek pokrył się bąblami. Musieliśmy przerwać mistrzostwa. Od tamtej pory tylko naturalne materiały.


Część trzecia: Rozgrywka w ciemności

Największym wyzwaniem piłki nożnej wewnętrznej jest brak światła. W żołądku wieloryba jest ciemno. Czasem, jeśli wieloryb znajduje się płytko i słońce świeci przez skórę i warstwę tłuszczu, pojawia się mętne, zielonkawe światło. Ale to rzadkość. Zazwyczaj zawodnicy grają w absolutnych ciemnościach.

— Nie widzę piłki — mówi mi brazylijski pomocnik, Carlos Eduardo da Silva, który grał w lidze japońskiej przez trzy sezony. — Nie widzę kolegów. Nie widzę bramki. Widzę tylko latarki czołowe przeciwników. To jest jak wojna w jaskini. Kiedy gasisz światło, jesteś niewidzialny, ale też nic nie widzisz. Każdy ma swój system. Niektórzy trzymają latarkę na hełmie. Niektórzy na piersi. Jeden Węgier, stary wyga, przykleił sobie światło do podeszwy buta. Jak podnosi nogę — oświetla piłkę. Jak stawia — ciemność. Genialne.

Przepisy nakazują, że każdy zawodnik musi mieć co najmniej jedno źródło światła o mocy nie mniejszej niż 200 lumenów. Światło nie może oślepiać przeciwnika bezpośrednio — to faul. W 2014 roku podczas finału mistrzostw świata w Taiji japoński obrońca celowo świecił latarką w oczy argentyńskiego napastnika przez dziesięć sekund. Sędzia nie widział tego, bo stał w ciemności. Ale Argentyńczyk upadł, stracił orientację i wpadł w fałd błony śluzowej. Utknął tam na dwie minuty. Gdy go wyciągnięto, był cały w śluzie. Wściekły. Dostał żółtą kartkę za niesportowe zachowanie (nie wiadomo, co zrobił, bo nikt nie widział). Japończyk dostał czerwoną. Mecz zakończył się remisem 1:1. Po meczu Argentyńczyk przeprosił Japończyka. Uścisnęli sobie dłonie. W ciemności. Nikt nie widział, ale wszyscy czuli.

Sędzia główny ma specjalny hełm z czterema latarkami, które oświetlają mu pole widzenia o 360 stopni. Dodatkowo korzysta z echolokacji — nadaje dźwięk o wysokiej częstotliwości i nasłuchuje echa. W praktyce jednak większość decyzji podejmuje się na wyczucie. Jest też VAR, czyli Video Assistant Referee. Tyle że kamery są na podczerwień, a obraz jest czarno-biały i rozmazany. Sędzia VAR siedzi w specjalnej łodzi na powierzchni, obok wieloryba, i patrzy na ekran, który wygląda jak zdjęcie z USG.

— VAR w piłce nożnej wewnętrznej to żart — mówi były sędzia międzynarodowy, Holender Johan van der Meer. — Widzimy kształty, ale nie wiemy, czy to piłka, głowa, czy kawałek niezjedzonego kryla. Raz uznałem bramkę, bo myślałem, że piłka przekroczyła linię. Po meczu okazało się, że to był wrzód na ścianie żołądka. Wieloryb miał stan zapalny. Przeprosiłem federację. Nie przyjęli przeprosin.


Część czwarta: Oddychanie, trawienie i inne niespodzianki

Grając w żołądku żywego wieloryba, musisz liczyć się z tym, że nie jesteś tam sam. Po pierwsze — jesteś w przewodzie pokarmowym. Oznacza to, że co jakiś czas pojawia się fala perystaltyczna — skurcz mięśni gładkich, który przesuwa treść pokarmową w kierunku dwunastnicy. Dla piłkarza to jak trzęsienie ziemi. Podłoga nagle zaczyna falować, ściany się zsuwają, a całe boisko zmienia kształt. Doświadczeni zawodnicy wiedzą, że wtedy trzeba położyć się na plecach, unieść nogi i czekać.

— Kiedyś, w meczu Polska — Japonia, fala perystaltyczna przyszła w momencie rzutu karnego — opowiada polski napastnik, Marek Wiśniewski, który grał wewnętrzną ligę w latach 2010–2015. — Sędzia podyktował karnego za zagranie ręką, chociaż nikt nie widział, czy to była ręka, bo było ciemno. Podszedłem do piłki. Leżała na wysokości dwunastu metrów (wtedy to było boisko w żołądku wieloryba o imieniu Shiro). Rozbiegłem się. I wtedy Shiro zaczął trawić. Podłoga zafalowała, piłka przesunęła się o trzy metry w lewo. Kopnąłem w próżnię. Upadłem. Publiczność, która słuchała przez hydrofony, jęknęła. Sędzia nie powtórzył karnego, bo uznał, że to część gry. Przegraliśmy 0:1.

Po drugie — wieloryb oddycha. Jego ruchy oddechowe powodują, że żołądek delikatnie się unosi i opada. To zmienia wysokość boiska o kilkanaście centymetrów w ciągu minuty. Zawodnicy muszą dostosowywać siłę uderzenia. Piłka lecąca w górę w momencie wydechu poleci wyżej niż w momencie wdechu. Wielu strzelców wykorzystuje to, by strzelać w rytm oddechu wieloryba. Najlepszy w tym był Japończyk Kenji Suzuki, który w 2008 roku strzelił hat tricka w ciągu dwóch minut, trafiając zawsze między wydechem a wdechem. Po meczu powiedział:

— Wieloryb oddycha jak mój ojciec. Znam ten rytm od dziecka. Tylko że ojciec nie miał pięćdziesięciu metrów długości.

Po trzecie — śluz. Ściany żołądka pokryte są warstwą gęstej, lepkiej wydzieliny, która chroni przed kwasem solnym. Kwasu w żołądku wieloryba jest mało, bo wieloryby nie trawią enzymatycznie — miażdżą pokarm za pomocą siły mięśni. Ale śluzu jest dużo. Po dziesięciu minutach gry każdy zawodnik jest nim oblepiony. Buty tracą przyczepność. Ręce się kleją. Piłka staje się śliska jak węgorz.

— To jak grać w maśle — mówi Rosjanin, Dmitrij Sokołow, który w 2016 roku zdobył tytuł króla strzelców ligi wewnętrznej. — Musisz wiedzieć, jak ustawić stopę. Za płasko — pojedziesz. Za ostro — utkniesz. Idealny kąt to 17 stopni. Nauczyłem się tego po trzech latach. Moi koledzy wyśmiewali się, że mierzę kątomierzem. Ale ja strzelałem gole. Oni nie.


Część piąta: Psychologia — czyli jak nie zwariować w środku walenia

Doktor Anna Wiśniewska — ta sama, która badała pionowych piłkarzy — poświęciła dwa lata na analizę psychiki zawodników grających w wielorybich żołądkach. Wyniki są jeszcze bardziej niepokojące niż w przypadku wspinaczy. Problem nie leży w strachu przed wysokością, tylko w strachu przed zamknięciem, przed trawieniem i przed tym, że zwierzę, w którym jesteś, może nagle zanurkować na kilometr w głąb oceanu.

— Zawodnicy rozwijają coś, co nazywamy syndromem Jonasza — wyjaśnia doktor Wiśniewska. — To stan, w którym nie są w stanie odróżnić swojego ciała od ciała wieloryba. Czują jego ruchy jak własne. Słych w jego oddech. Gdy wieloryb jest głodny — oni czują głód. Gdy wieloryb jest zestresowany — oni mają ataki paniki. Jeden z badanych, Nowozelandczyk, po dwóch sezonach gry zaczął jeść tylko kryl. Krył. Małże. Jego żona zgłosiła się do mnie z prośbą o pomoc. Mówiła, że mąż w nocy stoi pod prysznicem i porusza się rytmicznie, jakby pływał. Myślał, że jest wielorybem.

Czy to się leczy? Czasem. Najskuteczniejszą metodą okazała się terapia szokowa — zabranie zawodnika do akwarium i pokazanie mu wieloryba z zewnątrz. Wtedy mówi: O, tamten. To nie ja. To on. I nagle wszystko wraca do normy. Ale bywa, że nie wraca. Jeden Argentyńczyk po pięciu latach gry w lidze wewnętrznej przeprowadził się do chaty nad oceanem i codziennie rano naśladuje śpiew wieloryba. Sąsiedzi uważają go za wariata. On mówi: Oni nie rozumieją. To jedyny sposób, żeby porozmawiać z drużyną.

Federacja wprowadziła obowiązkowe konsultacje psychologiczne przed każdym sezonem. Zawodnicy wypełniają test, który sprawdza, czy nie utożsamiają się z wielorybem. Pytanie numer trzy brzmi: Czy czujesz, że twoje serce bije razem z sercem wieloryba? Jeśli odpowiedź brzmi tak — zawodnik trafia na przymusowy miesiąc przerwy. Jeśli brzmi: A jakie serce? — może grać dalej.


Część szósta: Największe kontrowersje — prawa zwierząt i granice zdrowego rozsądku

Nie da się ukryć — piłka nożna wewnętrzna budzi ogromne kontrowersje. Organizacje ekologiczne, takie jak Greenpeace i Sea Shepherd, od lat domagają się zakazu tej dyscypliny. Ich argumenty są proste: trzymanie wielorybów w lagunach, wprowadzanie do ich żołądków ludzi z latarkami i kopanie piłki w ich wnętrznościach to okrucieństwo wobec zwierząt.

— To jest tortura — powiedziała w 2017 roku na konferencji prasowej w Tokio przedstawicielka Greenpeace, Megan O’Connor. — Wyobraźcie sobie, że ktoś wchodzi wam do żołądka i urządza tam mecz piłki nożnej. Kopie, biega, świeci latarkami. Czy czulibyście się dobrze? Oczywiście, że nie. Wieloryby są istotami czującymi. Mają złożony system nerwowy. One cierpią.

Federacja broni się, powołując na badania Kenjiego Yamamoto. Kenji twierdzi, że wieloryby nie tylko nie cierpią, ale wręcz lubią mieć w żołądkach mecze. Dlaczego? Bo — jak mówi — skurcze mięśni wywołane bieganiem zawodników stymulują trawienie. Wieloryby po meczach są zdrowsze, mają lepszy apetyt i żyją dłużej. Kenji opublikował nawet artykuł w czasopiśmie Marine Mammal Science, w którym udowadnia, że średnia długość życia wielorybów biorących udział w meczach jest o siedem lat dłuższa niż wielorybów niebiorących.

Środowisko naukowe przyjęło ten artykuł z ogromnym sceptycyzmem. Profesor Hideki Tanaka z Uniwersytetu Tokijskiego (nazwisko przypadkowe, nie spokrewniony z Hiroshim) stwierdził publicznie: Kenji Yamamoto to szarlatan. Jego badania nie spełniają podstawowych kryteriów metodologicznych. Próbka była zbyt mała, a grupa kontrolna dobrana nieprawidłowo. Poza tym większość wielorybów po meczach cierpiała na wrzody żołądka. To było w dokumentacji, ale Kenji to przemilczał.

Kenji odpowiedział w typowym dla siebie stylu — zaprosił profesora Tanaki do siebie, do Taiji, i powiedział: Proszę wejść do wieloryba. Zobaczyć na własne oczy. Jeśli po meczu powie pan, że to okrucieństwo — zrezygnuję z funkcji prezesa.

Profesor Tanaka nie przyjął zaproszenia. Tłumaczył, że ma klaustrofobię. Kenji roześmiał się i powiedział do dziennikarzy: Każdy może krytykować. Tylko nieliczni mają odwagę wejść do środka.

Najgłośniejsza sprawa miała miejsce w 2015 roku, kiedy to podczas meczu o mistrzostwo Azji w żołądku wieloryba o imieniu Hana (po japońsku — Kwiat) doszło do pęknięcia ściany żołądka. Hana była samicą płetwala błękitnego, miała trzydzieści siedem lat. Była w ciąży. Nikt o tym nie wiedział, bo badania USG przed meczem wykazały tylko jeden płód, a okazało się, że były dwa. Dodatkowy płód uciskał na ścianę żołądka od zewnątrz. Podczas dynamicznej akcji bramkowej japoński obrońca uderzył w tę ścianę barkiem. Pękła.

Woda morska zaczęła wlewać się do żołądka. Zawodnicy wpadli w panikę. Hana krzyknęła — dosłownie krzyknęła, na częstotliwości, którą słychać było przez hydrofony w promieniu dziesięciu kilometrów. Sędzia przerwał mecz. Ewakuacja trwała jedenaście minut. Wszyscy zawodnicy wydostali się przez otwór oddechowy. Hana wypluła jeszcze trzy litry wody, po czym przewróciła się na bok.

Zginęła. Razem z płodami.

Federacja zawiesiła rozgrywki na rok. Kenji Yamamoto podał się do dymisji. Nowy prezes, jego uczeń, wprowadził obowiązkowe badania ciążowe przed każdym meczem. Dziś żaden wieloryb w ciąży nie może być boiskiem. To jedyna dobra zmiana, jaką przyniosła ta tragedia.

Opowiadał mi o tym kapitan Yoshi, ostatni raz przed swoją śmiercią. Siedział w tym samym barze przy przystani. Miał wtedy dziewięćdziesiąt jeden lat. Prawie nic nie widział, prawie nic nie słyszał. Ale pamiętał Hanę.

— Płakałem — powiedział. — Płakałem jak dziecko. Czterdzieści lat harpunowałem wieloryby. Nigdy nie płakałem. A wtedy — płakałem. Bo Hana była dobra. Ona lubiła, jak w niej grali. Czułem to. I oni czuli. A myśmy ją zabili. Nie harpunem. Futbolem.

Poprosił o jeszcze jedną sake. Wypił. Uśmiechnął się.

— Ale mecz był dobry. Japonia wygrała 3:1. Nawet Hana się uśmiechała. Tylko my tego nie widzieliśmy.


Część siódma: Wielkie gwiazdy i ich historie

W trzydziestoletniej historii piłki nożnej wewnętrznej pojawiło się kilka nazwisk, które przeszły do legendy. Każde z nich ma swoją historię. Każda historia jest inna. I każda — kuriozalna.

Kenji Suzuki — japoński napastnik, trzykrotny król strzelców ligi wewnętrznej (2007, 2008, 2010). Słynął z tego, że strzelał gole w rytm oddechu wieloryba. Mówiono o nim Człowiek, który nie spala. Po zakończeniu kariery został trenerem. Jego największym sukcesem było wprowadzenie reprezentacji Japonii do finału mistrzostw świata w 2016 roku. Finał przegrali z Brazylią 4:2. Po meczu Kenji powiedział: Wieloryb był za szybki. Nie mogłem złapać rytmu. To nie była nasza wina.

Carlos Eduardo da Silva — Brazylijczyk, jedyny zawodnik w historii, który strzelił gola z własnej połowy, będąc do góry nogami, w całkowitych ciemnościach. Stało się to w 2012 roku w meczu Brazylia — Argentyna. Carlos odebrał piłkę przy wpuście przełykowym, odwrócił się, przewrócił koziołka, kopnął piłkę piętą i trafił w bramkę przy zwieraczu. Nikt nie widział, jak to zrobił, bo wtedy zgasły wszystkie latarki (awaria generatora). Sędzia uznał gola, bo słyszał, że piłka uderzyła w fiszbin. Argentyna protestowała przez trzy miesiące. Bez skutku. Carlos dostał za tego gola Złotą Piłkę Wewnętrzną — nagrodę, która istnieje tylko w tej dyscyplinie.

Marek Wiśniewski — Polak, jedyny Europejczyk, który grał w finale mistrzostw świata (2014, przegrali z Japonią w karnych). Marek był bramkarzem. Specjalizował się w obronie karnych w ciemności. Jego metoda była prosta: nie patrzył na piłkę, tylko na nogi strzelca. Jeśli strzelec unosił prawą nogę — Marek rzucał się w lewo. Lewą — w prawo. Skuteczność 78 procent. Po karierze został nauczycielem wychowania fizycznego w Krakowie. Na swoich lekcjach uczy dzieci gry w piłkę nożną w ciemnej sali. Rodzice są zaniepokojeni. Dzieci uwielbiają.

Yuto Kobayashi — ten sam, który odpiął kask włoskiemu bramkarzowi, ale w innej dyscyplinie. W piłce nożnej wewnętrznej Yuto był legendą, zanim stał się skandalistą. W 2011 roku strzelił siedem goli w jednym meczu (Japonia — Korea Północna). Wszystkie głową. Żaden inny zawodnik nie powtórzył tego osiągnięcia. Yuto mówił, że jego sekret to trening w ciemności z zamkniętymi oczami i zatkanymi uszami. — Tylko wtedy czujesz wieloryba — powtarzał.

Po dyskwalifikacji za odpięcie kasku (w piłce nożnej pionowej) Yuto wrócił do wewnętrznej. Grał jeszcze dwa sezony. Nikt nie chciał z nim grać w jednej drużynie. Nikt też nie chciał grać przeciwko niemu. Bo bali się, że im coś odepnie. Yuto zakończył karierę w 2020 roku. Dziś prowadzi sklep z pamiątkami w Taiji. Sprzedaje magnesy w kształcie wielorybów i piłki z autografami. Gdy go rozpoznają, mówi: Tak, to ja. Odpiąłem. Ale tamto było w pionówce. Tutaj, w środku, nie ma czego odpinać. Jest tylko mięso.


Część ósma: Przyszłość — czy to ma sens?

Piłka nożna wewnętrzna stoi dziś na rozdrożu. Z jednej strony rosnąca presja ekologów. Z drugiej — niegasnąca popularność w Japonii, Brazylii, Argentynie i, co dziwne, w Polsce (od 2018 roku działa liga amatorska w Gdyni, gdzie zamiast prawdziwych wielorybów używa się ich sztucznych modeli — ale to nie to samo, mówią puryści). Liczba wielorybów biorących udział w rozgrywkach spada. W 2019 roku było ich dwanaście. W 2022 — osiem. W 2024 — prognozy mówią o pięciu.

Kenji Yamamoto, który po dymisji nie przestał działać, opracował nowy projekt: hodowlę wielorybów w niewoli, specjalnie do celów sportowych. Mają to być wieloryby genetycznie zmodyfikowane — z większymi żołądkami, grubszą błoną śluzową i wbudowanymi kamerami. Projekt spotkał się z falą krytyki. Kenji został zaatakowany przez obrońców praw zwierząt, etyków i innych biologów morskich. Jeden z nich, profesor Tanaka (ten sam, który nie wszedł do wieloryba), powiedział w wywiadzie:

— To, co proponuje Yamamoto, to Frankenstein sportu. Wieloryby nie są boiskami. Są istotami żywymi. Mają prawo do godnego życia. Nie do bycia stadionem.

Kenji odpowiedział krótko: Wieloryby w naturze i tak umierają. A u nas żyją dłużej. I mają co robić. Jak pan woli, niech pan patrzy, jak umierają samotnie na dnie oceanu. Ja wolę, żeby grały w piłkę.

Dziś, gdy to piszę, trwa debata w Międzynarodowej Federacji Sportów Kuriozalnych. Głosy są podzielone. Jedni chcą zakazać dyscypliny. Drudzy chcą ją rozwinąć. Trzeci — ci najmniej rozsądni — proponują kompromis: grać w żołądkach martwych wielorybów. Problem w tym, że martwe wieloryby nie oddychają. Bez oddechu nie ma ruchu boiska. Bez ruchu — nie ma wyzwań. Bez wyzwań — nie ma sportu.

Jak to się skończy? Nie wiem. Nikt nie wie. Ale jedno jest pewne: dopóki istnieją ludzie, którzy chcą grać w piłkę w absolutnie niemożliwych miejscach, dopóty będą istnieć wieloryby, które na to pozwolą. Albo nie pozwolą. Albo nie będą miały wyboru.

Kapitan Yoshi powiedział mi kiedyś, patrząc na zatokę Taiji, w której pływały ostatnie wieloryby:

— One wiedzą. Wiedzą, że za dwadzieścia lat nie będzie już meczów. I wiesz co? Chyba będą tęsknić. Bo co wieloryb ma do roboty przez sto lat życia? Pływa, je, ryczy. A tak — ma mecz. Ma kibiców. Ma sędziego z latarką. Ma życie.

Odwrócił się. Miał łzy w oczach.

— My też będziemy tęsknić.


EPILOG

Skończyłem pisać ten rozdział w pociągu z Gdyni do Warszawy. W przedziale siedział naprzeciwko mnie mężczyzna w średnim wieku, z blizną na czole. Czytał gazetę sportową. Na stronie tytułowej było zdjęcie wieloryba z napisem: Ostatni mecz wewnętrznej ligi? Spojrzałem na niego. On spojrzał na mnie.

— Pan też o tym pisze? — zapytał.

— Tak. Rozdział do książki.

— Jestem Marek — powiedział. — Marek Wiśniewski. Były bramkarz.

Rozmawialiśmy przez godzinę. Opowiedział mi o swoim największym meczu — finale mistrzostw świata z Japonią w 2014 roku. Mówił, że do dziś śni mu się oddech wieloryba. Głęboki, wolny, kojący. Jak falowanie oceanu. Jak bicie serca.

— Czasem, gdy nie mogę spać — powiedział — zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jestem z powrotem w środku. Ciemno. Wilgotno. Pachnie rybą. I słyszę ten oddech. Wtedy zasypiam. Wtedy jestem spokojny.

Pociąg wjechał w tunel. Zrobiło się ciemno. Przez chwilę nie widziałem Marka. Słyszałem tylko jego oddech. Głęboki. Wolny. Kojący.

Zastanawiam się, czy w tej ciemności on wyobrażał sobie, że jest w wielorybie. Czy ja też? Czy my wszyscy nie jesteśmy czasem w czyimś brzuchu, kopiąc niewidzialną piłkę, w rytm cudzego serca?

Może to właśnie jest piłka nożna wewnętrzna. Nie sport. Nie kuriozum. Tylko metafora. Metafora życia.

Ale to już inny rozdział.

PIŁKA NOŻNA NAPOWIETRZNA

Gdzie spalony oznacza spadek, a bramkarz broni głową w dół na wysokości samobójstwa

Proszę sobie wyobrazić następującą scenę. Leci pan samolotem na wysokości pięciu i pół kilometra. Za oknem — minus trzydzieści stopni Celsjusza, mgła, turbulencje. Nagle drzwi maszyny otwierają się z hukiem. Wyskakuje pan. Spada pan. Nie ma pan spadochronu. Ma pan za to na plecach kosz wiklinowy wielkości fotela, który — jeśli dobrze wyceluje pan nogą — może stać się bramką. Po drugiej stronie nieba, sto metrów od pana, z drugiego samolotu wyskakuje jedenastu facetów w dresach, a wśród nich gość z podobnym koszem na plecach — tyle że on będzie próbował powstrzymać pana przed wrzuceniem do niego piłki. A piłka… piłka właśnie została wystrzelona z armaty w sam środek tego szaleństwa, leci w pana kierunku z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę.

Ma pan około stu dwudziestu sekund, aby zagrać mecz. Potem ziemia jest nieubłagana.

To nie jest scenariusz filmu sensacyjnego z lat dziewięćdziesiątych, choć przyznaję — brzmi to jak pomysł producentów, którzy powiedzieli: dajcie wszystko, co mamy, i dołóżcie jeszcze wieloryba. Tym razem jednak żadnych wielorybów. Tylko ludzie, samoloty, spadochrony i czysta, nieprzemyślana odwaga. Albo głupota.

Witają państwo w piłce nożnej napowietrznej.

Dyscyplinie, która narodziła się w głowie byłego pilota myśliwskiego, ekspiłkarza i faceta, który po prostu za dużo wypił na przyjęciu urodzinowym w Miami. I która — choć brzmi jak żart — ma dziś swoją federację, swoje mistrzostwa świata i coroczną listę wypadków śmiertelnych. Krótszą, niż można by się spodziewać. Ale jednak.

Zapnijcie pasy. Właściwie to odepnijcie pasy. Bo za chwilę wyskakujemy.


Część pierwsza: Pomysł z baru na Florydzie

Rok 1998. Miami, Floryda. W barze nad oceanem, gdzie serwują drinki w ananasach, siedzi trzech mężczyzn. Jeden z nich to były pilot amerykańskiej marynarki wojennej, James T. Kirkwood — tak, tak, James T., matka chciała, żeby był kapitanem Enterprise, ale ojciec powiedział: synu, nie ma czegoś takiego, zostań pilotem. James został. Latał na F-14 Tomcat, brał udział w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej, widział rzeczy, o których nie chce mówić. Po wojnie został pilotem testowym. Nudził się. Zaczął pić.

Drugi to były piłkarz reprezentacji USA, Bobby Walsh — napastnik, który w 1994 roku strzelił jedynego gola w meczu z Kolumbią, a potem jego kariera potoczyła się w dół. Nie w pionie, tylko w poziomie: kontuzje, alkohol, rozwód, bankructwo. W 1998 roku był cieniem samego siebie. Mieszkał w przyczepie kempingowej i trenował dzieciaki za dwadzieścia dolarów od godziny.

Trzeci to nikt. Facet o nazwisku, którego nikt nie pamięta, bo po tym wieczorze zniknął. Nazwiemy go Steve. Steve był spadochroniarzem. Steve skakał z Mostu Hoovera, ze Statuy Wolności, z kominów elektrowni. Steve był typem człowieka, który mówi: hej, a gdyby tak zrobić X, i zawsze wszyscy myślą, że żartuje. Tyle że Steve nie żartował nigdy.

Bobby pił drinka numer cztery albo pięć. James pił drinka numer osiem. Steve pił colę, bo nie pił alkoholu — skakanie z wysokości wymagało trzeźwości, jak mówił. W telewizji leciał mecz piłki nożnej. Brazylia grała z Holandią. Bobby patrzył na ekran i płakał. Nie dlatego, że tęsknił za grą. Dlatego, że właśnie skończyły mu się pieniądze na czynsz.

— Chciałbym jeszcze raz poczuć ten dreszcz — powiedział. — Kiedy biegniesz do piłki, a cały stadion wstaje. Kiedy strzelasz gola i czujesz, że możesz wszystko.

James odstawił drinka.

— Dreszcz? Chcesz dreszczu? Wyskoczmy z samolotu.

— Co?

— Wyskoczmy z samolotu. Ty, ja, Steve. Weźmiemy piłkę. Zagramy w powietrzu. Będziesz miał bramkę na plecach. Ja będę bronił. Spadochrony otworzymy na sto metrów.

Bobby pomyślał, że James żartuje. James nie żartował. Steve — Steve już planował trasę.

— Potrzebujemy dwóch samolotów — powiedział Steve. — I armaty do wystrzelenia piłki. I koszy. I wentylacji na wysokości, bo na pięciu kilometrach jest zimno.

Bobby roześmiał się nerwowo.

— To niemożliwe. Nikt na to nie pozwoli.

— Dlatego właśnie to zrobimy — odparł James.

Dziesięć dni później, nad pustynią Mojave, na wysokości pięciu tysięcy metrów, James T. Kirkwood i Bobby Walsh wyskoczyli z dwóch różnych samolotów Cessna. Steve skakał jako sędzia, choć nikt go o to nie prosił. Piłkę wystrzelono z armaty zamontowanej w trzecim samolocie, który pilotował znajomy Steve’a — meksykański przemytnik, który zgodził się pomóc w zamian za obietnicę, że nie zapyta go, skąd ma armatę.

Mecz trwał czterdzieści sekund.

Wynik? 0:0. Ani Bobby, ani James nie zdołali dotknąć piłki, bo ta przeleciała między nimi i spadła na ziemię, rozbijając się o skały. Bobby otworzył spadochron na wysokości ośmiuset metrów. James na trzystu. Steve na pięćdziesięciu, bo chciał pokazać, że jest twardy. Złamał nogę. Ale przeżył.

— Udało się — powiedział James, lądując. — Właśnie wynaleźliśmy nowy sport.

Bobby, który lądował kilometr dalej, nie słyszał go. Był zajęty wymiotowaniem do swojego kasku. Ale gdy skończył, uśmiechnął się.

— Zagrajmy jeszcze raz — krzyknął.

I zagrali. Trzy tygodnie później. Z lepszą armatą, z większymi koszami i z czterema zawodnikami w każdej drużynie. Tym razem padł gol. Bobby strzelił głową, spadając głową w dół, trafił w kosz Jamesa. James nie zdążył zareagować, bo akurat poprawiał uprząż. Gol. 1:0.

To był pierwszy oficjalny mecz piłki nożnej napowietrznej. Nikt go nie udokumentował, poza jednym filmem z kamery na hełmie Steve’a, który później sprzedał do telewizji za trzy tysiące dolarów. Dziś ten film jest w archiwach Międzynarodowej Federacji Sportów Kuriozalnych. Wygląda jak nagranie z katastrofy. Ale dla Bobby’ego Walsha był to najlepszy dzień w życiu. Mówił potem w wywiadach: Zapamiętajcie to. Gdy człowiek ma dwadzieścia sekund, żeby strzelić gola, zanim zderzy się z ziemią, nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Były żona, długi, alkohol — wszystko zostaje tam, w samolocie. W powietrzu jesteś tylko ty i piłka. I grawitacja, która czeka, aż popełnisz błąd.

Bobby wytrzymał w tym sporcie cztery lata. Potem zginął. Nie w powietrzu. Na ziemi. Potrącił go autobus, gdy szedł na trening. Miał czterdzieści trzy lata. James powiedział na pogrzebie: Był najlepszym napastnikiem w historii napowietrznego futbolu. Z tym że konkurencja była niewielka. Ale to nie zmienia faktu, że był najlepszy.


Część druga: Logistyka absurdu — jak zorganizować mecz na pięciu kilometrach

Zanim przejdziemy do zasad, emocji i dramatów, musimy zrozumieć, co właściwie dzieje się w chwili, gdy dwie drużyny piłkarskie spotykają się w powietrzu. Bo to nie jest zwykły skok spadochronowy z dodatkowym zadaniem. To jest operacja logistyczna, przy której inwazja na Normandię wygląda jak piknik w parku.

Po pierwsze: samoloty. Potrzebne są dwa. Najczęściej używa się maszyn typu Cessna Caravan lub, w przypadku mistrzostw świata, wojskowych transportery Hercules C-130. Samoloty lecą równolegle, na tej samej wysokości — pięć tysięcy pięćset metrów nad poziomem morza. Dzieli je dystans od pięćdziesięciu do stu metrów. To tyle, ile wynosi standardowa szerokość boiska. Kapitanowie maszyn muszą utrzymać idealną synchronizację, bo jeśli jeden samolot przyspieszy lub zwolni, zawodnicy wyskoczą w różnych strefach i mecz nie ma sensu. W 2015 roku, podczas mistrzostw świata w Arizonie, pilot brazylijskiego samolotu pomylił się o dwie sekundy. Zawodnicy wyskoczyli sto pięćdziesiąt metrów od siebie. Mecz zamienił się w bezsensowne krążenie w powietrzu, nikt nie strzelił gola, a jeden z Brazylijczyków wylądował na kaktusie. Przeżył, ale zdejmowali go z krzewu przez trzy godziny.

Po drugie: bramkarze. Dwóch. Każdy wyskakuje pierwszy. Mają na plecach kosze wiklinowe — tak, wiklinowe, bo to jedyny materiał, który jest lekki, elastyczny i nie zabija przy uderzeniu piłki. Kosz ma wymiary 80 centymetrów wysokości, 60 szerokości i 40 głębokości. Jest przymocowany do uprzęży spadochronowej. Bramkarz nie może go zdjąć ani obrócić. Broni tak, jak stoi — czyli wisząc głową w dół, plecami do ziemi, twarzą do nieba.

— To najbardziej nienaturalna pozycja, jaką może przyjąć człowiek — mówi Holender Jan de Vries, były bramkarz reprezentacji Holandii w napowietrznym futbolu, który w 2018 roku doznał wylewu krwi do mózgu po szczególnie ostrym strzale. — Wisisz do góry nogami. Krew napływa ci do głowy. Widzisz wszystko odwrotnie. Gdy piłka leci w twoją stronę, wydaje się, że leci z dołu. A naprawdę leci z góry. Musisz to przeliczyć w ułamku sekundy. I do tego otworzyć spadochron, zanim rozbijesz się o ziemię. Na treningach ćwiczę to od pięciu lat. Nadal nie jestem pewien, czy wiem, co robię.

Bramkarze wyskakują pierwsi, bo muszą się ustabilizować w locie, zanim pojawią się zawodnicy. Spadają z prędkością około 200 kilometrów na godzinę. To mniej niż prędkość maksymalna podczas skoku swobodnego, ale i tak — wystarczająco dużo, by nie mieć czasu na nudę.

Po trzecie: zawodnicy. Po dziesięciu z każdej drużyny. Wyskakują gęsiego, w odstępach co dwie sekundy. Każdy ma standardowy spadochron czaszowy, zapasowy, wysokościomierz, kask z wbudowanym systemem łączności i… buty piłkarskie. Normalne korki. Tyle że na wysokości pięciu kilometrów. Korki są niepotrzebne, bo nie ma podłoża, ale tradycja to tradycja. W 2003 roku jeden z zawodników próbował grać w sandałach. Sędzia go zdyskwalifikował. Przepisy mówią jasno: obuwie piłkarskie, korki, rozmiar zgodny z normami FIFA. Nie ma znaczenia, że nie dotykasz ziemi.

Czwarte: piłka. Tu robi się ciekawie. Piłka nie jest zwykła. Jest napompowana helem, ale tylko w 70 procentach. Pozostałe 30 procent to zwykłe powietrze. Dlaczego? Bo zwykła piłka w temperaturze minus trzydziestu stopni traci ciśnienie, robi się miękka i nieprzewidywalna. Hel sprawia, że zachowuje swój kształt i właściwości odbicia. Ale za to — hel powoduje, że piłka ma tendencję do unoszenia się w górę. To paradoks: spadając w dół z prędkością 200 km/h, piłka z helem pcha się do góry siłą około dwóch niutonów. Dla zawodnika oznacza to, że każdy strzał trzeba korygować w locie. Jeśli kopniesz piłkę w dół, ona i tak pójdzie lekko w górę. Jeśli kopniesz w górę — poleci w niebo i już jej nie złapiesz. Większość goli w napowietrznym futbolu pada po strzałach z góry na dół, z małym odchyleniem.

Piłka jest wystrzeliwana z armaty pneumatycznej zamontowanej w trzecim samolocie, który leci z tyłu, sto metrów nad drużynami. Strzał następuje w momencie, gdy bramkarze są już w locie swobodnym, a pierwsi zawodnicy właśnie opuszczają samoloty. Piłka leci prosto w środek formacji — na wysokość między bramkarzami. Ma prędkość początkową 120 km/h. Potem zwalnia, bo grawitacja i opór powietrza robią swoje.

W 2016 roku podczas mistrzostw świata w Australii armata się zacięła. Piłka nie została wystrzelona. Zawodnicy spadali przez dwadzieścia sekund, po prostu patrząc na siebie. Nikt nie wiedział, co robić. Sędzia (który też skakał) krzyknął przez radio: Grać dalej! Piłka jest w grze! Ale nie było piłki. Mecz zakończył się remisem 0:0. Federacja uznała, że to jedyny w historii przypadek, gdy mecz rozegrano bez piłki, a wynik jest ważny. Australia protestowała. Bezskutecznie.


Część trzata: Zasady — czyli jak nie zginąć, grając w piłkę

Przepisy piłki nożnej napowietrznej są w zasadzie identyczne z tymi, które znamy z boiska. Jest jedenaście zawodników, jest sędzia, są kartki, są auty, rzuty rożne, rzuty wolne. Tyle że wszystko dzieje się w powietrzu, podczas swobodnego spadania, na wysokości, na której przez większość ludzkiej historii nikt nie robił nic poza umieraniem.

Zacznijmy od spalonego. W napowietrznym futbolu spalony oznacza, że zawodnik atakujący znajduje się poniżej piłki, gdy ta jest kopana w kierunku bramki dolnej (czyli w kierunku ziemi). Logika jest taka, że nie możesz być bliżej ziemi niż piłka, gdy chcesz strzelić w dół, bo inaczej musiałbyś kopać nad sobą, co jest zabronione ze względów bezpieczeństwa. Kiedy w 2012 roku Brazylijczyk Ricardo Alves strzelił gola, będąc piętnaście metrów pod piłką, sędzia nie uznał bramki. Ricardo tak się wściekł, że odpiął spadochron. Na szczęście miał zapasowy. Otworzył go na wysokości stu metrów. Przeżył. Dostał czerwoną kartkę i dożywotnią dyskwalifikację. Dziś pracuje jako instruktor spadochroniarstwa w São Paulo. Na jego stronie internetowej widnieje napis: Uczę skakać. Nie uczę grać w piłkę.

Auty. Co to jest aut w powietrzu? Gdy piłka oddali się od grupy zawodników na odległość większą niż trzydzieści metrów. Wtedy sędzia przerywa grę i wznowienie następuje przez wrzut z najbliższego samolotu. Tyle że samolotów już nie ma, bo wszystkie trzy odleciały po wyskoczeniu zawodników. W praktyce auty są niezwykle rzadkie, bo piłka i tak spada w dół, a zawodnicy spadają razem z nią. Prawdziwym autem jest sytuacja, w której piłka uderzy w skrzydło samolotu, co zdarzyło się tylko raz, w 2014 roku. Wtedy sędzia orzekł rzut wolny pośredni. Zawodnicy nie wiedzieli, gdzie go ustawić. Sędzia też nie. Wykonano go w locie, z ręki. Nie padł gol.

Rzut karny. To największy dramat napowietrznej piłki nożnej. Karny wykonuje się z odległości dwunastu metrów od bramkarza. Tyle że oboje spadają. Bramkarz wisi głową w dół, napastnik leci w jego kierunku z prędkością 180 km/h. Strzał to uderzenie piłki w locie, bez odbicia od ziemi (bo ziemi nie ma). Statystyki mówią, że karne w napowietrznym futbolu są skuteczne w 38 procentach — znacznie mniej niż w tradycyjnym, bo bramkarz ma przewagę: może się odchylić, może zmienić pozycję w każdej osi, a napastnik nie może zmienić toru lotu po strzale. Raz, w 2019 roku, podczas finału mistrzostw świata w Kolorado, japoński napastnik Yuki Tanaka strzelił karnego tak mocno, że piłka przeszła przez kosz bramkarza, ale bramkarz złapał ją ręką, gdy już była za linią. Sędzia nie uznał bramki, bo — jak powiedział — piłka nie wpadła do kosza, tylko go przebiła. Przepisy nie przewidywały takiej sytuacji. Yuki dostał żółtą kartkę za niebezpieczną grę. Japonia przegrała w rzutach karnych. Yuki po meczu powiedział: To był gol. Kosz był z wikliny. To nie moja wina, że jest słaby. Federacja zmieniła przepisy: kosze muszą być wzmocnione stalową siatką.

Czerwona kartka. Za co można dostać czerwony kartonik w powietrzu? Za celowe odpięcie spadochronu przeciwnika. Za uderzenie przeciwnika w twarz butem z korkami. Za złapanie piłki ręką — to oczywiste. Ale też za nieotwarcie spadochronu przed osiągnięciem wysokości stu metrów. To automatyczna dyskwalifikacja dożywotnia. Dlaczego? Bo jeśli zawodnik nie otworzy spadochronu i rozbije się o ziemię, federacja ma problem z ubezpieczycielem. W 2017 roku Amerykanin Mike Johnson zapomniał otworzyć spadochronu. Zajęty był kryciem rywala. Gdy się zorientował, było za późno — otworzył spadochron na wysokości czterdziestu metrów. Czasza się nie rozwinęła. Mike spadł na pustynię. Złamał kręgosłup, miednicę, obie nogi. Przeżył. Dostał dożywotnią dyskwalifikację. Dziś jeździ na wózku inwalidzkim i mówi: Gdyby nie futbol, chodziłbym. Ale czy chodziłbym szczęśliwy? Nie.


Część czwarta: Sekunda po sekundzie — jak wygląda typowy mecz

Zapytacie pewnie: jak to w ogóle wygląda w praktyce? Czy to nie jest zbyt szybkie? Czy zawodnicy mają czas na jakąkolwiek składną akcję? Odpowiedź brzmi: tak i nie. Mecz trwa średnio od osiemdziesięciu do stu dwudziestu sekund. To wszystko. Półtorej minuty na jedenaście zawodników, dwie bramki, piłkę i armię reguł. W tym czasie musi paść gol, bo inaczej mecz jest nudny, a widzowie (którzy oglądają z ziemi przez lornetki lub z pokładu śmigłowca) czują się oszukani.

Oto typowy przebieg meczu w napowietrznym futbolu, według relacji byłego zawodnika reprezentacji Polski, Tomasza Nowaka (który grał w latach 2010—2016, strzelił cztery gole, a potem przeszedł na emeryturę po tym, jak złamał obie ręce przy lądowaniu):

Tomek opowiada: Wyskakujemy z samolotu na wysokości pięciu i pół kilometra. Przez pierwsze trzy sekundy panika. Zawsze. Nawet po stu skokach. Zimno, wiatr, szum. Potem organizm się przestawia. Ustawiamy się w formację. Trener przed skokiem mówi nam przez radio, kto za kogo odpowiada. Ja gram jako pomocnik. To znaczy — muszę być między bramkarzem a napastnikami, odbierać piłkę i rozgrywać. W powietrzu rozgrywanie polega na tym, że kopiesz piłkę w kierunku kolegi, a on stara się ją złapać nogą lub głową. Łapać ręką nie wolno. Tyle że piłka leci w trzech wymiarach, a ty spadasz. To jak grać w bilard na ruchomym stole.

Po piętnastu sekundach pojawia się piłka. Jest wystrzelona z armaty. Leci w naszym kierunku, ale nie wprost na nas — mniej więcej na środek pola. Zawodnicy ustawiają się tak, by być blisko niej. Najlepsi gracze potrafią przewidzieć jej tor lotu, biorąc pod uwagę hel, wiatr, prędkość spadania i własną masę. Ja nigdy nie umiałem. Po prostu biegłem w jej kierunku. Biegłem w powietrzu. Jak pan sobie wyobraża bieganie w powietrzu? To nie jest bieganie. To jest wirowanie rękami, próbowanie zmiany kierunku przez wychylenie ciała, czasem kopnięcie nogą o nogę, by odbić się i polecieć w bok. Śmieszne. I niezwykle męczące.

Po trzydziestu sekundach następuje pierwszy kontakt z piłką. Zazwyczaj uderza ona któregoś z zawodników w twarz. Kaski chronią, ale i tak boli. Potem — chaos. Wszyscy lecą w kierunku piłki. Kopią, główkują, przewracają się w locie. Sędzia stara się być blisko, ale on też spada. Często nie widzi fauli. Dlatego w napowietrznym futbolu fauli jest mało — nie dlatego, że zawodnicy są grzeczni, tylko dlatego, że nikt nie ma czasu ich odgwizdać.

Po sześćdziesięciu sekundach jesteśmy na wysokości około dwóch kilometrów. Powietrze gęstnieje, robi się cieplej. Buty przestają przymarzać do stóp. To dobry moment na strzał. Bramkarz jest już zmęczony wiszeniem głową w dół. Jego ruchy są wolniejsze. Wtedy ktoś — często napastnik z najlepszym wyczuciem — kopie piłkę w kierunku kosza. Jeśli trafi, jest gol. Jeśli nie — piłka leci dalej, a my spadamy coraz szybciej.

Po osiemdziesięciu sekundach — wysokość kilometr. Czas na otwieranie spadochronów. Ale uwaga — nie można otworzyć ich za wcześnie, bo wtedy spadasz wolniej, przeciwnicy mają przewagę, a ty tracisz szansę na grę. Nie można też za późno, bo zginiesz. Złoty środek to otwarcie na wysokości 800—600 metrów. Wtedy masz jeszcze kilkanaście sekund na dogrywkę, potem lądujesz. Ale lądowanie z otwartym spadochronem, mając na plecach wiklinowy kosz, to osobna historia. Kosz przeszkadza. Zmienia środek ciężkości. Wielu zawodników łamie kostki przy lądowaniu, bo kosz wywraca ich do przodu.

Po stu dwudziestu sekundach — ziemia. Mecz się kończy. Wynik? Kto wie. Czasem sędzia ogłasza go już po wylądowaniu, jeśli zdążył zobaczyć, co się działo. Częściej jednak zawodnicy sami się umawiają: strzeliłeś? Chyba tak. To ja strzeliłem. Nie, to ja. Kłótnie, przepychanki, czasem bójki na spadochronach. W 2013 roku po meczu Argentyna — Anglia doszło do bójki na linach. Jeden z Anglików oplątał Argentyńczyka swoim spadochronem. Lądowali razem. Obaj nie zdążyli otworzyć zapasowych. Spadli z wysokości dwustu metrów. Przeżyli, bo wylądowali na drzewach. Ale mecz został zweryfikowany jako walkower dla Argentyny. Anglia protestowała. Bez skutku.


Część piąta: Psychologia szaleństwa — dlaczego oni to robią? (CD)

Doktor Anna Wiśniewska, którą państwo już znają z poprzednich rozdziałów, po przebadaniu wspinaczy pionowych i piłkarzy wewnętrznych, postanowiła zmierzyć się z napowietrznymi. Przyznaję, że miałem mieszane uczucia, gdy mi to opowiadała. Siedzieliśmy w jej gabinecie, a ona pokazywała mi wykresy, które wyglądały jak elektrokardiogram pacjenta na granicy życia i śmierci.

— To nie jest zwykła adrenalina — mówiła, stukając długopisem w wydruk. — To coś, co nazywamy syndromem Ikara. Nie mylić z kompleksem Ikara. Kompleks to chęć latania. Syndrom to uzależnienie od spadania. Ci ludzie nie chcą lecieć. Oni chcą spadać. I chcą kontrolować spadanie, grając przy tym w piłkę. To jakby powiedzieć: będę jechał samochodem z prędkością trzystu kilometrów na godzinę, ale przy okazji ułożę z klocków wieżę Eiffla. Na dachu. Podczas deszczu. W nocy.

Z jej badań wynika, że zawodnicy napowietrznej piłki nożnej mają nie tylko obniżony poziom lęku, ale również niezwykle wysoki próg wrażliwości na bodźce. Innymi słowy: normalny człowiek, skacząc z samolotu, ma tętno dwieście, pocenie się, drżenie rąk, panikę. Oni — tętno sto czterdzieści, uśmiech na twarzy, sucha skóra. Mózg tych ludzi inaczej przetwarza sygnał zagrożenia. Dla nich zagrożenie to nie sygnał do ucieczki. To sygnał do działania.

— Jeden z moich badanych, Australijczyk, grał z pękniętym wyrostkiem robaczkowym. Nie wiedział, że ma zapalenie. Po prostu bolało go w prawym boku, ale myślał, że to od skoku. Dopiero gdy wylądował, zwymiotował i stracił przytomność. Trafił na stół operacyjny. Lekarze powiedzieli, że gdyby skakał jeszcze raz, umarłby w powietrzu. On na to: ale strzeliłem gola. To było tego warte.

Czy to zdrowe? Doktor Wiśniewska uśmiechnęła się gorzko. Poprosiła, żebym nie zadawał takich pytań. Bo — jak powiedziała — zdrowie i napowietrzna piłka nożna to dwa pojęcia, które istnieją w różnych wymiarach. Jak życie i śmierć. Jak miłość i nienawiść. Jak piłka i ziemia. Jedno wyklucza drugie.


Część szósta: Katastrofy, które zmieniły przepisy

Nie ma sportu ekstremalnego bez ofiar. W piłce nożnej napowietrznej od 1998 roku zginęło dwunastu zawodników, trzech sędziów i jeden fotograf. To dużo, biorąc pod uwagę, że w całej historii dyscypliny rozegrano ledwie około trzystu oficjalnych meczów. Śmiertelność wynosi więc około 4 procent. Dla porównania — w boksie śmiertelność wynosi 0,13 procent. W wyścigach Formuły 1 — 0,5 procent. W wspinaczce wysokogórskiej — 1 procent. Napowietrzna piłka nożna bije wszystkie rekordy.

Pierwsza śmiertelna ofiara: rok 2001, nad pustynią Atakama w Chile. Zawodnik reprezentacji Chile, Carlos Mendoza, zderzył się z bramkarzem własnej drużyny. Obaj spadali z prędkością 180 km/h, gdy Carlos uderzył głową w kosz bramkarza. Złamał kark. Zmarł w powietrzu. Spadochron otworzył się automatycznie. Jego ciało wylądowało dwadzieścia minut później, już martwe. Bramkarz przeżył, ale miał wstrząśnienie mózgu. Po meczu powiedział: Słyszałem trzask. Jak gałąź. Nie wiedziałem, że to jego kręgosłup.

Po tej tragedii wprowadzono obowiązkowe kaski z piankowym wypełnieniem oraz zakaz zbliżania się do bramkarza na odległość mniejszą niż pięć metrów. Przepis ten nazwano Regułą Mendozy. Jest kontrowersyjny, bo ogranicza ofensywną grę. Ale — jak mówią starsi zawodnicy — lepiej grać gorzej niż w ogóle nie grać.

Druga wielka katastrofa: rok 2007, mistrzostwa świata w Nevadzie. Rosyjski bramkarz, Dmitrij Wołkow, otworzył spadochron na wysokości tysiąca metrów, ale zrobił to zbyt gwałtownie. Czasza nie rozwinęła się prawidłowo — powstał tak zwany zwój, czyli splątanie linek. Dmitrij spadał z prędkością 70 km/h, próbując odciąć główny spadochron i otworzyć zapasowy. Nie zdążył. Uderzył w ziemię z siłą, która zmiażdżyła mu miednicę. Zmarł w drodze do szpitala. Miał dwadzieścia dziewięć lat.

Po tym wypadku federacja wprowadziła obowiązkowe kursy awaryjnego odcinania spadochronu. Każdy zawodnik musi zdać egzamin praktyczny, podczas którego celowo plącze swój spadochron, a potem go odcina i otwiera zapasowy. Egzamin odbywa się na wysokości dwóch tysięcy metrów. Nie zdało go 12 procent kandydatów. Ci ludzie nie mogą grać. Niektórzy z nich odchodzą w płaczu. Inni próbują grać nielegalnie, w podziemnych ligach. To już jednak inna historia.

Najbardziej wstrząsająca była śmierć sędziego w 2015 roku. Nazywał się Pedro Gonzalez, Hiszpan, 41 lat. Skakał jako arbiter główny. Według protokołu, wszystko było w porządku. Nagle, na wysokości 800 metrów, Pedro stracił przytomność. Nikt nie wie dlaczego — zawał? Zator? Wstrząs mózgu od piłki? Sekcja zwłok nie wykazała niczego jednoznacznego. Jego spadochron nie otworzył się automatycznie, bo miał wyłączony system AAD (Automatic Activation Device). Nie chciał, żeby mu się otworzył za wcześnie, jak mówił. I tak spadł. Zabił się na oczach dwudziestu dwóch zawodników, którzy właśnie otwierali swoje spadochrony. Wielu z nich widziało, jak Pedro uderza w ziemię. Kilku rzuciło karierę. Jeden, Brazylijczyk, wylądował i powiedział: To nie jest sport. To jest wyrok.

Federacja po tym zdarzeniu zmieniła regulamin: sędziowie muszą używać AAD ustawionego na wysokość 600 metrów. Bez wyjątków. Pedro Gonzalez został pośmiertnie odznaczony Złotym Gwizdkiem. Jego nazwiskiem nazwano nową, obowiązkową procedurę kontroli spadochronów przed każdym meczem.

Dziś, przed każdym skokiem, zawodnicy mówią: Sprawdź za Pedra. Oznacza to: sprawdź wszystko, bo może być za późno.


Część siódma: Wielkie postacie — niebo pełne indywidualności

Napowietrzna piłka nożna wyprodukowała kilka postaci, które — nawet na tle innych sportów kuriozalnych — wydają się wyjęte z innej planety.

James T. Kirkwood — współzałożyciel dyscypliny, były pilot, a potem zawodnik. Grał do pięćdziesiątego roku życia. Mówiono o nim Kapitan, bo zawsze skakał pierwszy. W 2005 roku, podczas meczu towarzyskiego w Arizonie, James stracił przytomność po uderzeniu piłki w głowę. Jego spadochron otworzył się automatycznie. Ocknął się na wysokości dwustu metrów. Nie wiedział, gdzie jest, co robi. Ale gdy zobaczył piłkę lecącą obok — kopnął ją. Strzelił gola. Potem znowu stracił przytomność. Obudził się na ziemi, z piłką w rękach. Uśmiechnął się. Powiedział: To był mój najlepszy gol. I nie pamiętam go.

James zmarł w 2021 roku na raka płuc. Nie miał nic wspólnego z paleniem. Lekarze mówili, że to od skoków — wdychanie lodowatego powietrza przez lata uszkodziło mu pęcherzyki. Na łożu śmierci powiedział do swojego syna: Nie żałuję. Tylko jednego żałuję. Że nie zdążyłem zagrać meczu na Marsie. Mniejsza grawitacja. Lepsze warunki. Byłoby więcej czasu na akcje.

Bobby Walsh — o nim już pisaliśmy. Jedyny zawodnik, który strzelił hat tricka w jednym meczu (2010, finał mistrzostw świata w Nevadzie, USA — Brazylia, 3:2). Po meczu powiedział: Trzy gole w powietrzu to jak trzy orgazmy naraz. Tylko że po orgazmie nie musisz otwierać spadochronu. Bobby otworzył. Na wysokości stu metrów. Złamał kostkę. Grał dalej przez dwa lata. Potem autobus.

Maria Santos — jedyna kobieta, która grała w oficjalnym meczu napowietrznym. Brazylijka, była spadochroniarka wojskowa. W 2018 roku zastąpiła kontuzjowanego zawodnika w drużynie narodowej. Strzeliła gola. Wpadła w euforię, zapomniała otworzyć spadochronu. Otworzyła na wysokości stu dwudziestu metrów. Złamała kręgosłup w trzech miejscach. Przeżyła. Dziś jeździ na wózku. Powiedziała w wywiadzie: Gdybym mogła, skoczyłabym jeszcze raz. Nie dla gola. Dla tego uczucia, gdy przez dziesięć sekund po strzale myślałam, że latam. A potem spadam. Ale te dziesięć sekund — to było warte złamanego kręgosłupa.

Federacja po jej występie zakazała kobietom gry w oficjalnych meczach. Powód? Względy bezpieczeństwa. Maria skrytykowała tę decyzję, mówiąc: To nie względy bezpieczeństwa. To względy seksizmu. Ja ryzykowałam tak samo jak oni. I byłam lepsza od połowy z nich. Federacja nie odpowiedziała. Maria do dziś walczy o zniesienie zakazu. W 2023 roku złożyła pozew do sądu w Hadze. Sprawa w toku.

Tomasz Nowak — Polak, jedyny zawodnik z Europy Środkowej, który strzelił dwa gole na mistrzostwach świata (2014, Japonia — Polska, 2:2, Polska przegrała po karnych). Tomasz po zakończeniu kariery napisał książkę — Spadając po marzenia. Sprzedała się w nakładzie tysiąca egzemplarzy. Głównie wśród spadochroniarzy. W książce opisał swój najsłynniejszy gol: strzał głową z przewrotki, będąc do góry nogami, na wysokości 1200 metrów. Sędzia nie uznał go, bo — jak stwierdził — Tomasz był na pozycji spalonej. Tomasz do dziś utrzymuje, że sędzia się pomylił. Film z meczu, niestety, zaginął. Więc nie wiadomo.

— Może i nie uznał — mówił Tomasz podczas spotkania autorskiego w Krakowie. — Ale ja wiem, że to był gol. I Bóg wie. I wieloryb wie. Tylko że wielorybów tam nie było.


Część ósma: Co dalej? Przyszłość dyscypliny, która leci na łeb

Napowietrzna piłka nożna stoi dzisiaj przed największym kryzysem w swojej historii. Liczba zawodników spada. W 2010 roku było ich na świecie około dwustu. W 2022 — ledwie siedemdziesięciu. Powód? Śmiertelność. I strach. I fakt, że ubezpieczyciele odmawiają polis. Bez ubezpieczenia nie ma turniejów. Bez turniejów nie ma pieniędzy. Bez pieniędzy nie ma treningów. Błędne koło.

James T. Kirkwood przed śmiercią próbował uratować dyscyplinę, proponując zmianę wysokości skoku z 5500 na 3000 metrów. Mniej czasu na grę, ale mniejsze ryzyko. Federacja odrzuciła propozycję. Uznała, że trzy tysiące metrów to już nie jest sport ekstremalny. To jest skok rekreacyjny. A w rekreacji nie ma miejsca na piłkę nożną. Albo gra się na granicy życia i śmierci, albo w ogóle.

Inny pomysł pochodzi od Steve’a — tego od armaty. Steve, który wciąż żyje (ma 67 lat, skacze raz w roku dla zabicia nudy), zaproponował rozgrywanie meczów w tunelach aerodynamicznych. Tam jest bezpiecznie. Tam nie trzeba spadochronów. Można grać godzinami. Federacja uznała, że to nie to samo. W tunelu nie ma wiatru, nie ma zimna, nie ma strachu. A bez strachu — nie ma magii.

Steve wzruszył ramionami.

— No to niech giną — powiedział w wywiadzie. — Każdy ma prawo wybrać swoją śmierć. Ja wybrałem colę. Oni wybrali piłkę.

Czy to jest odpowiedzialne podejście? Nie. Czy to jest ludzkie? Może nie. Ale czy jest autentyczne? Tak. I to chyba najważniejsze.

Dziś, gdy to piszę, trwa zbiórka pieniędzy na ostatnie mistrzostwa świata w napowietrznym futbolu. Mają się odbyć w październiku 2024 roku nad pustynią Mojave. Zgłosiło się dwanaście drużyn. Tylko sześć ma ubezpieczenie. Reszta skoczy na własne ryzyko. Organizatorzy mówią, że to będzie pożegnanie. Że po tych mistrzostwach dyscyplina umrze. Nie ma nowych zawodników. Nie ma pieniędzy. Nie ma chętnych.

A jednak — na liście startowej widnieje nazwisko Marii Santos. Na wózku. Z przyczepionym do pleców koszem. Maria nie może grać, bo nie ma sprawnych nóg. Ale znalazła sposób. Jej asystent będzie ją trzymał w locie, a ona będzie bronić. Rękoma. Rękoma, które nie poczuły spadochronu od pięciu lat.

— To nie będzie sport — mówi Maria. — To będzie manifest. Że nawet gdy nie możesz chodzić, możesz latać. I możesz grać w piłkę. I możesz wygrać.

Albo przegrać. Albo zginąć.

Ale — jak mawiał Bobby Walsh — nie o zwycięstwo tu chodzi. Chodzi o to, żeby przez chwilę nie słyszeć tego świstu powietrza. Żeby skupić się na piłce. I zapomnieć, że za chwilę ziemia jest bardzo blisko.


EPILOG

Siedzę w kawiarni w Miami. Na przeciwko mnie facet w średnim wieku, z blizną na czole i zezem. Popija colę. Ma na sobie koszulkę z napisem Skoki to nie wszystko. Przedstawia się jako Steve. Ten Steve. Z armaty. Ma 67 lat, ale wygląda na 50. Mówi, że skakał wczoraj. Z mostu. Dla relaksu.

— Napiszesz, że to byłem ja? — pyta.

— Tak.

— A powiedzą, że to nieprawda.

— Może.

— A ty wierzysz?

— W to, że skakałeś z mostu?

— Nie. W to, że napowietrzna piłka nożna ma sens.

Zastanawiam się.

— Nie wiem — mówię w końcu. — A ty?

Steve uśmiecha się. Wstaje. Poprawia koszulkę.

— Ja też nie. Ale wiesz co? Nie muszę wiedzieć. Wystarczy, że skaczę. I że piłka leci. A potem — co ma być, to będzie.

Odwraca się i wychodzi.

Zostaje po nim zapach coli i dźwięk otwieranych drzwi.

Za oknem ląduje samolot.

Zaraz z niego ktoś wyskoczy.

Może z piłką. Może bez.

Może to będzie mecz. Może to będzie pogrzeb.

Ale przynajmniej — będzie co oglądać.

PIŁKA NOŻNA RUROWA

Gdzie jedenaścioro dorosłych facetów wpycha się do stalowej rury wielkości kanału wentylacyjnego, a potem ktoś podgrzewa ich od zewnątrz, by się bardziej starali

Proszę wyobrazić sobie rurę. Stalową. Długą na mniej więcej tyle, co boisko do piłki nożnej — ale nie taką, po której można chodzić wyprostowanym. Nie. Średnica tej rury wynosi dokładnie trzydzieści sześć cali, czyli dziewięćdziesiąt jeden i pół centymetra. To mniej niż rozpiętość ramion przeciętnego mężczyzny. To mniej niż wysokość dziecka w trzeciej klasie podstawówki. To tyle, ile szerokość biurka, przy którym pan teraz siedzi, albo rozmiar koła zapasowego w starym fiacie.

Teraz proszę włożyć do tej rury dwudziestu dwóch dorosłych mężczyzn w dresach i butach z korkami. Ułożyć ich w kolejności: najpierw napastnicy, potem pomocnicy, potem obrońcy, na końcu bramkarze. Dodać piłkę. Zamknąć oba końce wiklinowymi koszami, które będą bramkami. Zaspawać wyloty. I wreszcie — przez kilka małych, hartowanych okienek, wpuszczonych w stal co kilka metrów — obserwować, co się dzieje.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 89.48