PROLOG — „List spod dworca”
Ten tomik „Z wierszem do Brata Alberta” nie powstał przy biurku. Pisałem go w kolejce po zupę, w poczekalni dworca, na ławce w parku, w noclegowni, z kartką trzymaną w dłoniach sztywniejących od mrozu. Te wiersze nie są literaturą o biedzie. One są z biedy. Z braku adresu, z braku imienia, z braku miejsca przy stole.
Nie opowiadam o ludziach w kryzysie bezdomności — piszę ze swojego wnętrza bezdomności — tam, gdzie plastikowy talerz waży więcej niż słowo, a kromka chleba staje się modlitwą. Tam, gdzie człowiek staje się „kloszardem nieznanym”, bo nikt już nie chce wiedzieć, jak ma na imię. Ten tomik poezji z Bratem Albertem jest rozmową. Nie jest echem z miasta, które przyspiesza. Nie z wystawami sklepów, które udają telewizor dla ubogich. To rozmowa z Tobą — święty Bracie Albercie — o tym, co zostałoby dziś z „bycia dobrym jak chleb”.
Pytam Cię: co ty zrobiłbyś w czasach Brata Alberta? W czasach nam współczesnych? Kiedy łatwiej wyrzucić nam człowieka z peronu niż podać mu herbatę? Gdy noclegownia staje się ostatnim adresem, a szpital jedynym domem, który przyjmuje bez pytań?
Te wiersze są jak kubek gorącej herbaty: nie zmienią świata, ale pozwalają przetrwać noc. Są jak dodatkowy talerz na stole nie dla dekoracji, lecz dla kogoś, kto przyjdzie niespodziewanie.
Jeśli czytasz je w cieple — czytaj powoli. Jeśli czytasz je w zimnie nie jesteś sam. Ten tom jest modlitwą bez ładnych słów. Rachunkiem sumienia pisanym od strony pustego talerza.
Marcin Staszak
Na peronie
na peronie
bez tablicy odjazdów
zatrzymałem się
na skraju zimowej nocy
podróżni
mijali mnie
bez imion
o niczym ważnym
rozmawiałem
ze sprzedawcą
w budce z hot dogami
przemęczony
miejskim gwarem
i śniegiem
szukałem schronienia
wszędzie
próbowano mnie
usunąć
z poczekalni
dworca
pozwolono mi tylko
na chwilę ciepła
w kaplicy kolejowej
starszy mężczyzna
o siwych włosach
i brodzie
zamienił ze mną
trzy słowa
zapytałem o imię
powiedział:
Brat Albert
Ojcze Ubogich
na jedną noc
przenocuj mnie
w swojej
albertyńskiej
noclegowni
Przy wspólnym stole
przy wspólnym stole
i przy jednym chlebie
dzieliliśmy kromki
między sobą
w przytulisku
u Brata Alberta
bez wyrzutów sumienia
nikt nas nie poniewierał
nie wypominał
że życie
potoczyło się inaczej
że staliśmy się włóczęgami
najzwyklejsza herbata smakowała
najtańsza zupa rozgrzewała
w zimowe wieczory
nikt nie wyrzucał nas
donikąd
na mróz
Bracie Albercie
w okruszkach dobroci
daj nam wytrwać
i być
dobrym jak chleb
Mieszkamy
mieszkamy na osiedlu
z kartonowych pudeł
mamy sny
na ruchomych piaskach
za nami i przed nami
wszystkie mosty spalone
los tułaczy
przewraca się w głowach
łasimy się
na każdy rzucony nam
grosz pod nogi
Bracie Albercie
maluje tylko wierszami
swój portret
Ecce Homo
niech nas nazywają
że jesteśmy
od Biedaczyny z Krakowa
w noclegowni świt
przy świeczce dogasa
mróz za oknami
nadal jest dla nas
niemiłosierny
kawę zbożową
pijemy na raty
byle jak najdłużej
na moje Ecce Homo
szkoda słów
Spowiedź szpitalnika
oskarżam serce
z braku miłości
że jej za mało we mnie
więcej poświęceń
by się zdało
więcej podanych
kubków z herbatą
więcej zupy
do talerzy nalanych
więcej rozmów
tych bardziej cierpliwych
asystowania wtedy
kiedy choroba
na łopatki rozkłada
na salach chorych
oskarżam swoje serce
że może za mało
we mnie czułości
że za szpitalnym parawanem
bywam jak bez wiary
że w brudowniku na internie
było za dużo
mocnych zwierzeń
że za mało kocy
rozdałem w noclegowni
że nie czuwałem
przy łóżku chorego
tak jak święci
że za szybko chciałem wyjść
z domu opieki społecznej
nie spowiadam się w tym roku
że w piątki jadałem za tłusto
że kilka ostrych słów
poleciało na wiatr
bo ubogich ktoś znowu wyzwał
grzechów nie wyznaję
że długich modlitw
nie odprawiam
że na tacę
nie daję jak trzeba
bo bardziej
czas cierpiącym oddaję
mnie
szpitalnikowi
nie pamiętaj Panie
że siebie sprzedałem
za miłosierdzie
Albertyńskie Post Morte
tak po prostu
przejść małą drogę
jak Teresa z Lisieux
najskromniej
zaprosić do stołu
tułaczy
naszych czasów
otworzyć na oścież
klasztorne furty
do chleba zaprosić
bo cóż więcej potrzeba
zakochałem się
w albertyńskiej służbie
jak szaleniec
wśród ubogich
staję się małym chłopcem
biedna miłość
jest mi najbliższa
zasiadam
w szorstkim klęczniku
gdy wieczór pachnie
zachodem słońca
to nic
że szary habit
połatany od cudzej biedy
modlę się
na drewnianym różańcu
sam bezdomnym będąc
rozpoznaję
Ubiczowaną Miłość
zamieszkaliśmy razem
pod jednym dachem
tuląc biedę do serca
na Kalatówkach
u Brata Alberta
uczyłem się ciszy
w Schronisku w Bielicach
u księdza Jerzego Marszałkiewicza
zapragnąłem być uczniem
żeby nie minąć się po drodze
z chorym
co dźwiga ból
z bezdomnym
co dźwiga noc
niech i ja
stanę się
ich dobrym bratem
Albertyńskie Post Morte — cz. 2
co urzekło Ciebie
bracie Jerzy
u Świętego Brata Alberta
że tam
na schodach
wrocławskiego seminarium
zgubiłeś siebie
w miłosierdziu
chciałbym z Tobą
ot tak pogadać
zobaczyć Ciebie na furcie
z kanapkami
dla ubogich
a potem
w noclegowni na Lotniczej
gdzie pomoc
nie znała granic
nawet gdy zamieszkałeś
w Bielicach
jak brat z bratem
pośród ubogich
malowałeś
Ecco Homo
w ich duszach
biednych
i skrzywdzonych
ucząc
że miłość
ma smak chleba
i że dom
można budować
bez podziałów
bracie Jerzy Marszałkowiczu
za niebiańskim stołem
wszelkich łask
wspomnij za nami
Dla Bliźniego swego
w wielkim poście
zaczyna się szaleństwo
miłosiernych uczynków
z pustą ręką
stoimy w kolejce
do ubogich
karmimy ich chlebem
jak gołębie