E-book
7.88
drukowana A5
25.08
Z wierszem do Brata Alberta

Bezpłatny fragment - Z wierszem do Brata Alberta


Objętość:
62 str.
ISBN:
978-83-8440-686-1
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 25.08

PROLOG — „List spod dworca”

Ten tomik „Z wierszem do Brata Alberta” nie powstał przy biurku. Pisałem go w kolejce po zupę, w poczekalni dworca, na ławce w parku, w noclegowni, z kartką trzymaną w dłoniach sztywniejących od mrozu. Te wiersze nie są literaturą o biedzie. One są z biedy. Z braku adresu, z braku imienia, z braku miejsca przy stole.

Nie opowiadam o ludziach w kryzysie bezdomności — piszę ze swojego wnętrza bezdomności — tam, gdzie plastikowy talerz waży więcej niż słowo, a kromka chleba staje się modlitwą. Tam, gdzie człowiek staje się „kloszardem nieznanym”, bo nikt już nie chce wiedzieć, jak ma na imię. Ten tomik poezji z Bratem Albertem jest rozmową. Nie jest echem z miasta, które przyspiesza. Nie z wystawami sklepów, które udają telewizor dla ubogich. To rozmowa z Tobą — święty Bracie Albercie — o tym, co zostałoby dziś z „bycia dobrym jak chleb”.

Pytam Cię: co ty zrobiłbyś w czasach Brata Alberta? W czasach nam współczesnych? Kiedy łatwiej wyrzucić nam człowieka z peronu niż podać mu herbatę? Gdy noclegownia staje się ostatnim adresem, a szpital jedynym domem, który przyjmuje bez pytań?

Te wiersze są jak kubek gorącej herbaty: nie zmienią świata, ale pozwalają przetrwać noc. Są jak dodatkowy talerz na stole nie dla dekoracji, lecz dla kogoś, kto przyjdzie niespodziewanie.

Jeśli czytasz je w cieple — czytaj powoli. Jeśli czytasz je w zimnie nie jesteś sam. Ten tom jest modlitwą bez ładnych słów. Rachunkiem sumienia pisanym od strony pustego talerza.

Marcin Staszak

Na peronie

na peronie

bez tablicy odjazdów

zatrzymałem się

na skraju zimowej nocy


podróżni

mijali mnie

bez imion


o niczym ważnym

rozmawiałem

ze sprzedawcą

w budce z hot dogami


przemęczony

miejskim gwarem

i śniegiem


szukałem schronienia


wszędzie

próbowano mnie

usunąć


z poczekalni

dworca

pozwolono mi tylko

na chwilę ciepła


w kaplicy kolejowej


starszy mężczyzna

o siwych włosach

i brodzie


zamienił ze mną

trzy słowa


zapytałem o imię

powiedział:


Brat Albert


Ojcze Ubogich

na jedną noc

przenocuj mnie

w swojej

albertyńskiej

noclegowni

Przy wspólnym stole

przy wspólnym stole

i przy jednym chlebie

dzieliliśmy kromki

między sobą


w przytulisku

u Brata Alberta


bez wyrzutów sumienia


nikt nas nie poniewierał

nie wypominał

że życie

potoczyło się inaczej

że staliśmy się włóczęgami


najzwyklejsza herbata smakowała

najtańsza zupa rozgrzewała


w zimowe wieczory


nikt nie wyrzucał nas

donikąd

na mróz


Bracie Albercie


w okruszkach dobroci

daj nam wytrwać

i być


dobrym jak chleb

Mieszkamy

mieszkamy na osiedlu

z kartonowych pudeł

mamy sny

na ruchomych piaskach

za nami i przed nami

wszystkie mosty spalone


los tułaczy

przewraca się w głowach


łasimy się

na każdy rzucony nam

grosz pod nogi


Bracie Albercie

maluje tylko wierszami

swój portret

Ecce Homo


niech nas nazywają

że jesteśmy

od Biedaczyny z Krakowa


w noclegowni świt

przy świeczce dogasa


mróz za oknami

nadal jest dla nas

niemiłosierny


kawę zbożową

pijemy na raty


byle jak najdłużej


na moje Ecce Homo

szkoda słów

Spowiedź szpitalnika

oskarżam serce

z braku miłości


że jej za mało we mnie


więcej poświęceń

by się zdało

więcej podanych

kubków z herbatą

więcej zupy

do talerzy nalanych

więcej rozmów

tych bardziej cierpliwych

asystowania wtedy

kiedy choroba

na łopatki rozkłada


na salach chorych


oskarżam swoje serce

że może za mało

we mnie czułości


że za szpitalnym parawanem

bywam jak bez wiary

że w brudowniku na internie

było za dużo

mocnych zwierzeń


że za mało kocy

rozdałem w noclegowni

że nie czuwałem

przy łóżku chorego

tak jak święci


że za szybko chciałem wyjść

z domu opieki społecznej


nie spowiadam się w tym roku


że w piątki jadałem za tłusto

że kilka ostrych słów

poleciało na wiatr

bo ubogich ktoś znowu wyzwał


grzechów nie wyznaję

że długich modlitw

nie odprawiam

że na tacę

nie daję jak trzeba


bo bardziej

czas cierpiącym oddaję


mnie

szpitalnikowi


nie pamiętaj Panie


że siebie sprzedałem

za miłosierdzie

Albertyńskie Post Morte

tak po prostu


przejść małą drogę

jak Teresa z Lisieux


najskromniej

zaprosić do stołu


tułaczy

naszych czasów


otworzyć na oścież

klasztorne furty

do chleba zaprosić

bo cóż więcej potrzeba


zakochałem się

w albertyńskiej służbie

jak szaleniec

wśród ubogich

staję się małym chłopcem


biedna miłość

jest mi najbliższa


zasiadam

w szorstkim klęczniku

gdy wieczór pachnie

zachodem słońca


to nic

że szary habit

połatany od cudzej biedy

modlę się

na drewnianym różańcu


sam bezdomnym będąc


rozpoznaję

Ubiczowaną Miłość


zamieszkaliśmy razem

pod jednym dachem


tuląc biedę do serca


na Kalatówkach

u Brata Alberta

uczyłem się ciszy


w Schronisku w Bielicach

u księdza Jerzego Marszałkiewicza

zapragnąłem być uczniem


żeby nie minąć się po drodze


z chorym

co dźwiga ból

z bezdomnym

co dźwiga noc


niech i ja

stanę się


ich dobrym bratem

Albertyńskie Post Morte — cz. 2

co urzekło Ciebie

bracie Jerzy


u Świętego Brata Alberta


że tam

na schodach

wrocławskiego seminarium

zgubiłeś siebie

w miłosierdziu


chciałbym z Tobą

ot tak pogadać


zobaczyć Ciebie na furcie

z kanapkami

dla ubogich


a potem

w noclegowni na Lotniczej

gdzie pomoc

nie znała granic


nawet gdy zamieszkałeś

w Bielicach


jak brat z bratem

pośród ubogich

malowałeś

Ecco Homo

w ich duszach


biednych

i skrzywdzonych


ucząc

że miłość

ma smak chleba

i że dom

można budować

bez podziałów


bracie Jerzy Marszałkowiczu


za niebiańskim stołem

wszelkich łask


wspomnij za nami

Dla Bliźniego swego

w wielkim poście

zaczyna się szaleństwo

miłosiernych uczynków


z pustą ręką

stoimy w kolejce

do ubogich


karmimy ich chlebem

jak gołębie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 25.08