Rozdział 1
Śladami strachu
Nikt nie rodzi się z pięściami gotowymi do walki. Kiedy patrzyło się na niego w tamtych latach, nikt nie przypuszczałby, że ten cichy, skromny chłopak ze szkolnej ławki kiedykolwiek podniesie na kogoś rękę. W podstawówce ulica po lekcjach była dla niego polem minowym. Każdy powrót do domu niósł ze sobą ten sam paraliżujący strach przed silniejszymi, przed bójkami, przed upokorzeniem, przed którym nie potrafił się obronić.Ale strach ma to do siebie, że karmi się człowiekiem tylko do momentu, aż pęknie w nim ostatnia bariera. Zanim przekroczył próg zawodówki, podjął decyzję, która miała zmienić wszystko. Zapisał się na boks. Każdy litr wylanego na ringu potu i każde uderzenie w worek treningowy były zmywaniem z siebie dawnej bezsilności. Potrzebował jednak czegoś więcej niż tylko techniki — potrzebował tarczy i siły, która budziła respekt. W bokserskim rzemiośle osiągnoł sporo Mistrzostwo Województwa czy Wicemistrzostwo Polski w jego odczuciu było niewystarczające. Moc której potrzebował znalazł w mrocznym, bezwzględnym świecie nacjonalistycznych bojówek skinheadów. Gdy wszedł w ich szeregi, dawny, wrażliwy chłopak zniknął. Zastąpił go ktoś, kogo dawni koledzy z podstawówki nie potrafili już rozpoznać. Strach zmienił właściciela. Teraz to oni odwracali wzrok na jego widok.Wszystko zmieniło się jednego popołudnia na szkolnym dziedzińcu. Ofiarą nie był on, lecz jego kolega — chłopak równie cichy i bezbronny, jak on sam jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Prześladowcą okazał się starszy chłopak, rosły chuligan, który powtarzał rok i czuł się w szkole bezkarny. Kiedy tamten bezlitośnie pobił jego kolegę, w głowie skromnego dotąd chłopaka coś pękło. Godzina strachu dobiegła końca.To nie była długa, krwawa wymiana ciosów. To była egzekucja dawnego porządku. Wystarczyło, że raz się odważył. Mimo że dopiero uczył się bokserskiego rzemiosła, ciało zareagowało automatycznie. Sparaliżowany dotąd strachem chłopak ruszył do przodu, a ciosy spadały na twarz zaskoczonego starszego napastnika z precyzją, której nikt się po nim nie spodziewał. Pokonał go bez najmniejszego problemu. To było wręcz uderzająco proste. Jednak najlepsze w tym wszystkim nie było samo zwycięstwo. Najlepsze było spojrzenie powalonego na ziemię chuligana. W jego oczach malowało się czyste, absolutne niedowierzanie. Patrzył na chłopaka, którym dotąd gardził, i nie rozumiał, jak ten „nikt” właśnie odebrał mu koronę króla szkolnego podwórka. Od tego dnia nikt w szkole nie odważył się wymówić jego imienia bez szacunku — albo lęku. Szkolny system nie wymierzył mu żadnej kary. Zamiast tego zrodził w jego głowie precyzyjną strategię przetrwania, która szybko zamieniła się w styl życia. Zrozumiał reguły tej gry. Skoro raz poczuł smak zwycięstwa, postanowił pójść o krok dalej: zaczął celowo szukać konfrontacji z tymi, którzy jeszcze nie czuli przed nim respektu. Chciał udowodnić całemu otoczeniu, że stał się niezniszczalny, i z góry zdusić w zarodku każde potencjalne zagrożenie.Gdy na horyzoncie pojawiał się ktoś silniejszy — ktoś, kogo nie dało się łatwo złamać pięściami — nie ryzykował wojny. Działał sprytniej. Zamiast walczyć, zawierał z nimi sojusze. Przekształcał potencjalnych wrogów w najbliższych lojalnych przyjaciół. Ta taktyka stworzyła wokół niego pancerz absolutny. Przez kolejne dwa lata zawodówki był w szkole całkowicie nietykalny. Otoczony wianuszkiem najsilniejszych ludzi w mieście, sam stał się kimś, przed kim ostrzegano innych. Dawny skromny chłopak zniknął pod maską bezwzględnego lidera.Jednak dom rodzinny pozostawał osobnym światem. Tam wciąż musiał grać rolę skromnego chłopaka. Prowadził niebezpieczną grę pozorów — podwójne życie, o którym rodzice i jego nowa dziewczyna nie mieli pojęcia. Gdy w domu pojawiały się luksusowe na tamte czasy towary — jak drogie, wielkie Nokie wielkości cegłówki czy markowe, zagraniczne ciuchy — zawsze miał w zanadrzu gotową bajkę. Mówił, że telefon dostał od nieznajomego kolegi, a drogą bluzę oddał mu starszy brat kumpla, bo była za mała. Kłamał z zimną krwią, byle tylko nie zadawali pytań. Byle chronić ich przed prawdą. W tym samym czasie, gdy wchodził w brutalny świat boksu i ulicy, los postanowił napisać dla niego zupełnie inny, czysty scenariusz. Wszystko zaczęło się od uderzenia. Po jednym z bokserskich treningów, wracając do domu, starł się na ulicy z potencjalnym przeciwnikiem. Pokonał go bez trudu, ale z mroku wyłonił się kumpel tamtego — z nienacka uderzył go w głowę szklaną butelką. Chłopak wrócił do domu, jednak ból i mdłości narastały. Przerażony ojciec natychmiast zaprowadził go na SOR. Diagnoza: wstrząs mózgu. Ponieważ nie miał jeszcze skończonych osiemnastu lat, lekarze zatrzymali go na oddziale dziecięcym. Spędził tam tydzień, nie wiedząc, że przeznaczenie odlicza już minuty do spotkania, które zmieni jego serce.Kilka kilometrów dalej, pewna niespełna osiemnastoletnia dziewczyna poszła wieczorem do toalety i nagle zemdlała. Przerażona babcia wezwała karetkę. Los, posługując się serią niewytłumaczalnych zbiegów okoliczności, skierował ją na ten sam oddział dziecięcy. Ten szpitalny oddział nie miał betonowych ścian — sale pacjentów oddzielały wielkie, czyste szyby, przez które wszyscy nawzajem się widzieli. I wtedy ona weszła do sali naprzeciwko. Chłopak uniósł głowę, spojrzał przez szkło i po prostu jej pomachał. W tej jednej, krótkiej sekundzie poczuł absolutną, mistyczną pewność: wiedział, że ta dziewczyna będzie kiedyś jego.Choć ona spędziła w szpitalu zaledwie jedną dobę, wróciła do niego następnego dnia. I kolejnego. Odwiedzała go regularnie, aż do momentu wypisu. Po wyjściu ze szpitalu stali się parą nierozłączną na kilkanaście kolejnych miesięcy. Dziewczyna, Mira — dla niego zawsze ukochana „Minia” — stała się jego jasną stroną księżyca. Oczywiście, ją również musiał karmić kłamstwami. Mówił, że kręcący się wokół niego bandyci to tylko zwykli koledzy z osiedla, a biały proszek wciąga „tylko czasami”, ot tak, dla zabawy.Wszystkie dziewczyny na mieście zazdrościły jej tego związku. Inne laski próbowały go kusić, bezwstydnie oferując seks, byle tylko ogrzać się w blasku jego rosnącej, gangsterskiej legendy. On jednak pozostawał niewzruszony. Był absolutnie, bezgranicznie wierny tylko dwóm rzeczom: swojej dziewczynie… i amfetaminie. Równolegle do szkolnych sojuszy, jego prawdziwe życie toczyło się na ulicy. Piął się bezwzględnie po drabinie w hierarchii subkultury skinheadów, zdobywając bezgraniczne zaufanie lokalnego wodza ekipy, człowieka znanego jako „H”. Dla niego i dla grupy lojalność oznaczała jedno: ślepe wykonywanie rozkazów, w których dominowało prawo pięści. Brutalność stała się ich walutą, a to z kolei przyciągało dziewczyny zafascynowane tą prymitywną, surową siłą i radykalną ideologią.Prawdziwym testem lojalności i przetrwania były jednak ustawki. Kilkunastu napastników na kilku z nich. Wtedy liczyły się tylko sekundy i instynkt.To właśnie w tych momentach udowodnił swoją wartość. Perfekcyjnie wyszkolony na bokserskiej sali, potrafił stawać sam naprzeciw kilku rywali i wychodzić z tych starć zwycięsko. Zadawanie bólu i wygrywanie beznadziejnych pojedynków dawało mu potężny, euforyczny zastrzyk adrenaliny. Jego legenda na mieście rosła w zastraszającym tempie. Podczas gdy część jego bliskich znajomych wchodziła w klasyczną ścieżkę przestępczą, on zyskał status nietykalnego gangstera. Ekipa skinheadów jednogłośnie wybrała go na zastępcę „H” — stał się jego prawą ręką i symbolem grozy na ulicach. Miał wszystko, czego pragnął: szacunek, plecy, status bandyty i absolutną władzę. I właśnie wtedy, na samym szczycie tej iluzorycznej potęgi, pojawiła się amfetamina. Miała być tylko paliwem — chemicznym dopalaczem, który uczyni go jeszcze szybszym, silniejszym i bardziej bezwzględnym. Stało się jednak zupełnie inaczej. Biały proszek nie przyniósł większej władzy. Przyniósł początek upadku.
Rozdział 2
Braterstwo i biały pył
Mieli po dziewiętnaście lat. Z perspektywy ulicy byli groźnymi bandytami, ale w rzeczywistości — wciąż dzieciakami, które rzuciły wyzwanie światu. Między nim a „H” zrodziło się coś więcej niż lojalność subkultury. Stali się najlepszymi przyjaciółmi. Snuli plany na przyszłość, dzielili się sekretami i wiedzieli, że skoczą za sobą w ogień. Ich bezpieczną przystanią był dom „H” — tam zdejmowali maski twardzieli. Z czasem jednak rzeczywistość zaczęła ich doganiać. Alkoholowe imprezy, coraz częstsze kłopoty z policją i rosnący opór wrogich ekip zaczęły kruszyć strukturę grupy. Ludzie odchodzili. Niektórzy nie wytrzymywali presji, inni okazali się zbyt słabi. Obaj z „H” widzieli, że ich imperium się sypie, ale żaden nie odważył się powiedzieć tego głośno. Wtedy przyszedł dzień, który na zawsze zapisał się w jego pamięci. Kilku punków dopadło go z zaskoczenia. Choć bronił się zaciekle i potrafił oddać ciosy, przewaga była po ich stronie. Wrócił do domu „H” pokiereszowany, z twarzą noszącą ślady walki. „H” nie pytał o powody. Zapytał tylko: „Kto?” i „Gdzie?”. Chwilę później, z siekierą w ręku, wsiadł na rower i odjechał w noc. Tamci mieli ogromne szczęście, że zdążyli zniknąć. Ten widok dał mu absolutną pewność — na „H” mógł liczyć bardziej niż na własną krew. Ale lojalność nie potrafiła zatrzymać rozpadu. Gdy zostali sami na placu boju, desperacko szukali nowego narybku, nowych ludzi, którzy wypełniliby pustkę. I wtedy popełnili błąd, który ich rozdzielił. On znalazł towarzystwo, które karmiło się amfetaminą. „H” uciekł w alkohol. Dwaj liderzy, dawniej nierozłączni, zaczęli dryfować w stronę własnych piekieł. Wódz pił, zastępca ćpał. Odsuwali się od siebie z każdym dniem, tracąc dawny grunt pod nogami. Kulminacja nadeszła nagle. „H” został aresztowany i zamknięty w więzieniu za napad. Ten moment — jak pokaże przyszłość — zabił ich obu. Choć ich serca biły dalej, tamtego dnia tamci dwaj bezkompromisowi, lojalni chłopcy zginęli bezpowrotnie. Mury więzienia zatrzasnęły się nie tylko przed „H”, ale też przed ich przyjaźnią, zostawiając go na wolności — zupełnie samego z rosnącym głodem amfetaminy. Podczas gdy „H” odsiadywał wyrok, on na wolności podpisał ostateczny pakt z białym proszkiem. Amfetamina nie była już tylko dodatkiem — stała się jedynym paliwem do brutalnej, przestępczej codzienności. Wszedł głęboko w lokalną gangsterkę: handel towarem, ściąganie długów, haracze i paserki. Z dawnego braterstwa skinheadów pozostały jedynie układy biznesowe, które pozwalały mu przetrwać. Mimo fizycznej rozłąki, ich drogi wciąż się krzyżowały w mroczny sposób. On dostarczał marihuanę i silne psychotropy, a dawne koleżanki z ekipy przemycały je podczas widzeń za mury więzienia. „H” wegetował w celi, tłumiąc rzeczywistość garściami klonazepamu i dymem z trawy. To była zabójcza mieszanka, która powoli niszczyła ich obu — jednego na wolności, drugiego za kratami. Aż nadszedł dzień, który zatrzymał czas. Wiadomość uderzyła z siłą rozpędzonego pociągu: „H” nie żyje. Oficjalna wersja mówiła o bójce ze współosadzonymi, po której rano znaleziono jego bezwładne ciało. Szybko pojawiły się też plotki o samobójstwie, ale on nigdy w to nie uwierzył. „H” był wojownikiem, miał zbyt twardy charakter, by samemu odebrać sobie życie. Prawda o tej nocy na zawsze została pogrzebana za więziennym murem. Śmierć przyjaciela nigdy nie została do końca wyjaśniona, ale jedno było pewne. W tamtej sekundzie zniknęła ostatnia kotwica, która trzymała go przy zdrowym rozsądku. Został sam. Bez brata, bez barier i z coraz większym głodem na zatracenie.
Rozdział 3
Wolny i zdesperowany
Głód nie zna lojalności. Kiedy dawki amfetaminy urosły do gigantycznych rozmiarów, jego idealnie skrojone, podwójne życie zaczęło pękać na pół. Interesy w półświatku, dawniej prowadzone z chłodną precyzją, teraz zwyczajnie olewał. Przestał dotrzymywać terminów, tracił zaufanie partnerów biznesowych, a wraz z nim — ogromne sumy pieniędzy. Frustracja rosła, bo w kieszeniach zaczynało brakować gotówki na kolejne zakupy towaru. Pętla zaciskała się coraz mocniej. Normalni koledzy z podwórka, z którymi dorastał, zaczęli się odwracać. I nie działo się to bez powodu. Wykorzystywał ich łatwowierność, oszukiwał, a w końcu po prostu okradał, byle tylko zdobyć pieniądze na kolejną porcję zatracenia. Wśród tych skrzywdzonych kumpli był Tomo. Człowiek, który — jak miał pokazać czas — stanie się najważniejszą osobą w jego przyszłym życiu i jedynym prawdziwym przyjacielem, jaki mu zostanie. Ale na to spotkanie z przeznaczeniem nie był jeszcze gotowy. Na razie liczył się tylko głód. W domu rodzinnym maski opadły całkowicie. Rodzice patrzyli z przerażeniem, gdy znikał na kilka dni, by wracać jako wrak człowieka — wycieńczony, niewyspany, z widocznym na twarzy piętnem nałogu. Rodzice domyślali się już wszystkiego. Wiedzieli, że bierze jakieś gówno. Najtrudniejszy cios zadała jednak rzeczywistość w miłości. Mira dowiedziała się o wszystkim. Postawiła mu ultimatum, które było jego biletem ratunkowym: albo natychmiastowe leczenie, albo koniec ich świata. Zdesperowany, zamroczony nałogiem chłopak podjął najgorszą decyzję w swoim życiu. Wybrał narkotyki. Nie Ją. Został sam, wolny w najbardziej destrukcyjny sposób. Odsunął się od rodziny, by nie narażać ich na to, co miało nadejść. Gdy w półświatku spalił już wszystkie mosty, z braku pieniędzy wpadł na genialny w swojej głupocie pomysł: postanowił okradać innych przestępców z narkotyków i gotówki. Wybierał tych, którzy byli tak pewni swojej brutalnej reputacji, że nikomu nawet przez myśl by nie przeszło, by ich oszukać. Tam, gdzie inni czuli strach, on widział swoją szansę. W tej samobójczej misji towarzyszył mu tylko jeden człowiek — chłopak, który również stracił wszystko i nie miał już nic do stracenia poza życiem. Na osiedlu mówili na niego „Grzech”. Od małego powtarzano, że ten dzieciak chyba nigdy nie wyjdzie z konfesjonału, ale on to po prostu lubił. Przez jakiś czas udawało im się oszukiwać każdego, kogo napotkali, wyciągając towar i pieniądze. Jednak miasto szybko stało się dla nich za małe i zbyt gorące. Wściekli wierzyciele i ścigający ich bandyci deptali im po piętach. Musieli uciekać. Zapakowali swoje życie w kilka toreb i przekroczyli granicę województwa. Wylądowali w zupełnie innej części Polski. Mieli przed sobą nową, czystą kartę, w obcym tłumie, gdzie nikt nie znał ich twarzy ani grzechów. Przynieśli ze sobą jednak ten sam, niezaspokojony, palący głód pieniędzy i „tematu” — bo tak od teraz nazywali amfetaminę.
Rozdział 4
Królowie z gazówkami
W nowym województwie musieli zacząć od zera, czyli od samego dna. Pieniądze na przetrwanie zdobywali z bezczelnych kradzieży w marketach. Spali na klatkach schodowych, wiecznie czujni i zmarznięci, dopóki zyski ze złodziejskiego procederu nie pozwoliły im na życiowy przełom. Grzech kupił samochód. Stary rzęch stał się ich sypialnią, kuchnią, azylem i — co najważniejsze — mobilną bazą wypadową. Wtedy los znów się do nich uśmiechnął w mroczny sposób. Poznali chłopaka o ksywce Smyku. Smyku handlował marihuaną i szybko polubił dwóch zdesperowanych przybyszów. Co najważniejsze: nie miał nad sobą żadnego szefa. W gęstych, mazurskich lasach wokół Ełku sadził swoje zielone plantacje — zawsze dziesięć potężnych poletek po sto krzaków. Mawiał, że sześć z nich zawsze w różny sposób traci, ale zbiory z pozostałych czterech wystarczały, by żyć jak król. Gdy zabrał ich do jednego ze swoich mieszkań zamienionego w gigantyczną suszarnię, obu odebrało mowę. Nigdy w życiu nie widzieli tylu narkotyków i tylu spakowanych w worki pieniędzy naraz. Urządzili się idealnie. Smyku zyskał w nich bezwzględną, bokserską ochronę, a oni zyskali darmowego sponsora, jedzenie i nieograniczony dostęp do tematu. Przez chwilę żyli w luksusie, ale przećpane amfetaminą mózgi szybko zapragnęły czegoś więcej. Chcieli wielkiej gangsterki. Okazja pojawiła się sama, gdy Smyku wszedł w drogę tureckiej mafii, która chciała przejąć jego bogaty rynek. Turcy byli przekonani, że Smyku jest tylko pionkiem, i zażądali spotkania z jego mitycznym „szefem”. Zamiast się wycofać, on i Grzech wymyślili kolejn genialny w swojej głupocie plan: postanowili wystraszyć zagraniczną mafię. Uzbrojeni jedynie w pistolety gazowe, które do złudzenia przypominały ostrą broń, ruszyli na negocjacje. Miejsce spotkania wyznaczono w przygranicznych Słubicach, tuż obok przejścia do Frankfurtu. Rozmowa trwała krótko. Przećpany, nadpobudliwy Grzech spanikował i za szybko wyciągnął swoją gazówkę. Nie wziął pod uwagę jednego: Turcy nie bawili się w straszaki. Mieli prawdziwą, ostrą broń. Huk pierwszego wystrzału rozerwał powietrze i dosłownie sparaliżował go ze strachu. Cała pewność siebie wyparowała w ułamku sekundy. Spojrzał na kumpla i wrzasnął tylko jedno: „Debilu, spierdalamy!”. Nie wiedział, czy tamci strzelali, by zabić, czy tylko by ich pogonić, ale uciekali, ile sił w nogach. Zaszyci w pobliskim barze z pieczonymi kurczakami, trzęsącymi się rękami wybrali numer na policję. Wielcy bandyci wymyślili bajeczkę o brutalnym napadzie i błagali dyżurnego o eskortę w bezpieczne miejsce. Mundurowi oczywiście wyśmiali ich prośby. Zdesperowani i śmiertelnie przerażeni, że Turcy zaraz ich namierzą, musieli znaleźć inny sposób na bezpieczny schron. Obrali jedyny pewny azyl w tym mieście: policyjny celownik. Zaczęli wulgarnie i bezczelnie obrażać funkcjonariuszy, robiąc wszystko, byle tylko trafić na upragnione „48 godzin” na dołku. Za kratami byli bezpieczni. Przynajmniej na dwie doby.
Rozdział 5
Urzędnicy, gangsterzy i dworcowe anioły
Gdy po czterdziestu ośmiu godzinach otworzyły się ciężkie drzwi policyjnego aresztu w Słubicach, wolność wcale nie przyniosła ulgi. Przeciwnie — przyniosła pustkę. Ich perfekcyjnie zaplanowane, gangsterskie życie legło w gruzach w ułamku sekundy, gdy tylko usłyszeli huk ostrej amfetaminowej i tureckiej rzeczywistości. Stali na przygranicznym chodniku, bez grosza przy duszy, bez towaru i z kompletnym brakiem pomysłów na to, co robić dalej. Wtedy w ich pustych głowach zakiełkowała myśl o przeszłości. Postanowili odezwać się do dawnego kumpla, człowieka, na którego mówili „Ninja”.
Ninja był legendą w swoim fachu, choć jego życiorys przypominał raczej kartotekę kryminalną niż normalne życie. Niedawno opuścił mury więzienia, w którym spędził niemal całą młodość, przerywaną jedynie krótkimi okresami na wolności. Te chwile poza kratami traktował jak intensywną zabawę i czas na dokonywanie kolejnych przestępstw, po których system natychmiast upominał się o niego z powrotem. Zdobycie jego aktualnego numeru telefonu w tamtych czasach graniczyło z cudem, ale od czego były wrodzone talenty do manipulacji i oszustwa? On sam chwycił za słuchawkę, zadzwonił do siostry Ninji i przybrał najbardziej oficjalny, lodowaty głos, na jaki było go stać. Przedstawił się jako pan urzędnik z ramienia instytucji państwowej. Poinformował kobietę, że dla jej brata zgromadziły się specjalne środki pieniężne, należne mu z tytułu opuszczenia zakładu karnego, i aby dokonać formalności, urząd pilnie potrzebuje bezpośredniego numeru kontaktowego. Podstęp zadziałał natychmiast. Siostra, zwabiona wizją gotówki dla brata, bez wahania podała namiary.
W ten sposób stworzyło się nowe, osobliwe trio: Grzech, Ninja i on. Ruszyli w drogę, ku kolejnym, bezkompromisowym interesom, które miały przywrócić im dawną chwałę i zapewnić stały dopływ tematu. Pierwotny plan zakładał podróż do Wrocławia. Los jednak, jak to często bywało w ich życiu, zakpił z mapy i z zupełnie niewiadomych przyczyn rzucił ich w środek nocy na perony dworca PKP w Poznaniu. Krążyli po pustym, ponurym dworcu jak nocne drapieżniki, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Przy kolejnym już okrążeniu korytarza jego wzrok przykuła sylwetka młodej dziewczyny. Siedziała skulona w kącie, bezpośrednio na brudnej, betonowej podłodze. Gdy mijali ją po raz kolejny, uniosła głowę i zapytała cichym, uderzająco słodkim głosem:– Możecie dać mi papierosa? Spojrzał na nią, potem na chłopaków.– Choć na dwór, zapalimy wspólnie — odpowiedział. Wyszli przed budynek. Był środek nocy, miasto spało, a okolica wydawała się całkowicie wymarła. Jedynym znakiem życia były stojące nieopodal taksówki. Przy jednej z nich kręcił się starszy cierp, zawodowy taksówkarz, który z wyraźnym niepokojem i ciekawością co chwilę zerkał w ich stronę. Odpalili papierosy. Czerwony żar rozświetlał twarz ich nowej znajomej. Paląc, zaczął ją subtelnie podpytywać o jej historię — kim jest, co robi sama w obcym mieście o tej porze i skąd się tu wzięła. To, co usłyszeli z jej ust, przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Żaden przećpany mózg nie wymyśliłby takiego scenariusza.
Dziewczyna wyznała bez owijania w bawełnę, że jest prostytutką. Nigdy tego nie chciała, ale brutalne życie nie zostawiło jej wyboru. Wszystko zaczęło się od rodzinnego dramatu: mąż wyrzucił ją z domu, a bezwzględny sąd odebrał jej ukochane dziecko. Została na bruku, bez środków do życia. Wtedy pojawiła się koleżanka, która „dobrą radą” wciągnęła ją w najstarszy zawód świata. Przekonywała, że to najprostszy, lekki sposób na szybkie pieniądze i pewny dach nad głową. Dziewczyna uległa. Przez jakiś czas pracowała w jednej z agencji towarzyskich — w mieście, którego nazwy z racji branżowych tajemnic wolała nie wymieniać. Szybko jednak przekonała się, że to piekło. Inne pracujące tam dziewczyny były bezwzględne; regularnie ją biły i odbierały jej ciężko zarobione pieniądze. Zdesperowana uciekła z agencji i teraz, na poznańskim dworcu, nie miała się gdzie podziać.– Czy mogę się do was zaczepić? Mogę pojechać z wami? — zapytała, patrząc na nich z nadzieją. W tym momencie on przeniósł wzrok na Ninję. W oczach starego recydywisty natychmiast zapaliły się niebezpieczne, chciwe iskry. Ten łeb już w ułamku sekundy przekalkulował sytuację i ułożył w głowie gotowy plan na nowy biznes. On sam postanowił się nie odzywać i zostawić decyzję reszcie. Ostatecznie chłopaki uznali, że dziewczyna zabiera się z nimi. Noc jednak była długa, a kieszenie wciąż świeciły pustką. Trzeba było zdobyć fundusze na dalszą podróż. Nowo poznana koleżanka nie marnowała czasu. Jeszcze tej samej nocy, wykorzystując stojących nieopodal poznańskich taryfiarzy, zarobiła dla grupy pierwszą poważną gotówkę. To był impuls. Przećpane głowy natychmiast uznały, że oto trafili na kurę znoszącą złote jajka i najlepszy biznes, na jaki mogli wpaść w obecnym położeniu.
Z zarobionymi pieniędzmi ruszyli do najbliższego nocnego sklepu. Kupili prowiant na drogę, a ich nowa podopieczna zażyczyła sobie na drogę trochę słodyczy. Zapakowali się do samochodu Grzecha i obrali właściwy kierunek — Wrocław. To tam mieszkała matka Grzecha. Uznali, że jej mieszkanie będzie idealną, tymczasową bazą, w której będą mogli wreszcie zmyć z siebie dworcowy brud, odpocząć przez kilka dni i w spokoju ułożyć szczegółowy plan na opanowanie nowego rynku. Nie wiedzieli jeszcze, że Wrocław szykuje dla nich zupełnie nowe rozdanie.
Rozdział 6
Akcja „Ciociunia” i Wrocławskie fatum
Mieszkanie Natalii, matki Grzecha, znajdowało się w jednej z lepszych wrocławskich dzielnic. Była to spokojna okolica, pełna niepozornych bloków, które zupełnie nie rzucały się w oczy tutejszym wywiadowcom z komendy wojewódzkiej. Gdy przekroczyli próg, oniemiał. Grzech rzucił od niechcenia:– Mamo, poznaj to moi starzy przyjaciele i moja dziewczyna Sylwia. Ekipo, to moja mama, Natalia. On sam z trudem ukrył zdziwienie. Natalia wyglądała na góra czterdzieści lat. Była to uderzająco piękna, wysoka szatynka o głębokich, czarnych włosach, nienagannej, super zgrabnej sylwetce i dużym, sterczącym biuście. Przez myśl przemknęło mu jedno, dość brutalne pytanie: jak taka gwiazda mogła wydać na świat tak potężne, bezwzględne bydle, jakim był Grzech? Kobieta przyjęła ich jednak z otwartymi ramionami. Zaproponowała, by zrzucili z siebie dworcowy brud, odświeżyli się i zaprosiła na sytą kolację, którą obiecała zaraz przygotować. Nie potrafił wtedy ocenić, czy ta przesadna gościnność wynikała z bezgranicznej miłości do syna, czy ze śmiertelnego strachu przed ludźmi, z którymi ten się zadawał. Wtedy jednak przećpany mózg nie miał siły na głębokie analizy. Zjedli, odpoczęli i zasnęli kamiennym snem.
Kolejnego dnia rzeczywistość upomniała się o swoje. Zjazd amfetaminowy i drastyczny niedobór mocy dawały o sobie znać z każdą minutą. Trzech zdesperowanych facetów usiadło w pokoju, kombinując, jak zorganizować na nowym terenie „temat”. Po kilku godzinach tęgiego myślenia Grzech podsunął zbawienny pomysł. Gdy mieszkał tu jeszcze na stałe z Natką — bo tak w duchu zaczął nazywać matkę kumpla — jego pokój służył lokalnym gangusom za bezpieczną skrytkę. Mieszkanie było niepozorne, czyste w policyjnych kartotekach, a Grzech zawsze uczciwie się z nimi rozliczał. Co najważniejsze: nigdy nie zaglądał do walizek i toreb, które dostawał na przechowanie.Grzech chwycił za telefon, skontaktował się ze starymi znajomymi z wrocławskiego półświatka, pokajał się, że klepie biedę, i rzucił bajeczkę o przyjacielu, który właśnie wyszedł z puchy i wypadałoby go godnie przywitać na wolności. Dawne kontakty zadziałały. Wieczorem Grzech wrócił do mieszkania zapakowany po brzegi świeżym towarem oraz groszem na rozruch. Gdy amfetamina znów zaczęła krążyć w ich żyłach, mózgi ruszyły na pełnych obrotach. Wiedzieli, że Sylwia będzie dla nich zarabiać na ulicy, ale do otwarcia prawdziwego, dyskretnego domu schadzek potrzebowali większej gotówki na wynajem kawalerki. Legalny biznes odpadał, a brawurowe przestępstwa w obcym mieście natychmiast ściągnęłyby im na kark policję. Potrzebowali pożyczki. Oczywiście z wiadomych przyczyn nikt z nich nie miał już na świecie nikogo, kto wyciągnąłby do nich pomocną dłoń.
I wtedy Ninja doznał olśnienia. Przypomniał sobie o swojej matce chrzestnej z Zabrza. Starsza ciocia była jedyną osobą, która przez te wszystkie lata odsiadki pamiętała o nim, regularnie wysyłając za mury więzienia tzw. rakiety, czyli paczki z prowiantem.– Ona na pewno odpali mi jakiś grosz na start — rzucił Ninja. — Ale umówmy się, to nie będą wielkie miliony. Wtedy do gry wszedł jego umysł — mózg, który od zawsze działał na zupełnie innych falach niż reszta ludzkości. Momentalnie ułożył w głowie perfekcyjny, psychologiczny plan.– Słuchajcie, musimy zrobić coś wyjątkowego. Coś, co zmusi tę starszą kobietę do głębokiego sięgnięcia do portfela — zakomenderował. — Plan jest taki: akcja „Ciociunia”. Ubieracie się z Sylwią elegancko, tak jakbyście urwali się z oficjalnego bankietu. Po drodze kupujemy wielki bukiet kwiatów i wypasione zaproszenie na ślub. Wchodzicie do cioci i wręczacie jej to prosto w ręce. Mówiłeś, że jest stara i choruje, więc na wesele na drugi koniec Polski raczej nie przyjedzie. Ale ulubionemu chrześniakowi na prezent ślubny odda ostatnie oszczędności. To był strzał w dziesiątkę — jeden z jego najbardziej genialnych i, o dziwo, w pełni legalnych pomysłów. Misja w Zabrzu przebiegła bez najmniejszych problemów, choć z lekkim opóźnieniem. Starsza kobieta tak bardzo ucieszyła się na widok „młodej pary”, że uparła się i zmusiła ich, by zostali u niej przynajmniej na jedną noc. Gdy wrócili do Wrocławia, na stole wylądowała gotówka, która z nawiązką wystarczyła na wynajęcie lokalu pod nowy, intymny interes.
Życie w mieszkaniu Natalii zaczęło płynąć zaskakująco spokojnie, wręcz komfortowo. Sylwia okazała się świetna w swojej branży. Choć krąg klientów był stały, odwiedzali ją regularnie, a za wszelkie łóżkowe udziwnienia obowiązkowo doliczała sowite dopłaty do podstawowej stawki. Grzech ponownie zaczął odbierać od wrocławskich lokalsów walizki na przechowanie, co dawało stały, dodatkowy dochód. Ninja po godzinach, gdy Sylwia kończyła pracę, bzykał ją bez opamiętania, cynicznie twierdząc, że jako jej menedżer musi po prostu „uczyć ją nowych sztuczek”. Prawdziwy problem rodził się jednak w salonie. Piękna Natka zaczęła coraz wyraźniej i nachalniej kleić się do niego. Wykorzystywała każdą okazję: rzucała dwuznaczne podteksty, muskała go niby przypadkiem i flirtowała z wyraźnym podtekstem erotycznym. Czuł, że wpada jej w oko, ale dla niego ta sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz bardziej irytująca. Jego serce, mimo całego tego amfetaminowego bagniska, wciąż bezgranicznie należało do Miry. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Niestety, ta nachalność była tak widoczna, że w końcu dostrzegł ją sam Grzech. Któregoś popołudnia Grzech odciągnął go na bok. Atmosfera była gęsta od niewypowiedzianej agresji.– Słuchaj mnie uważnie — warknął potężny kumpel, stając blisko niego. — Nie życzę sobie, żebyś bzykał Natkę. To w końcu moja matka, rozumiesz? — Stary, opanuj się. Przecież wiesz, że nic z tego nie będzie. Jest Mira, poza tym nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobił — odpowiedział spokojnie, próbując rozładować napięcie.
Ale Grzech miał już swoje zdanie. W jego oczach widać było, że dawny szacunek wyparował. Zresztą, co w tamtym momencie znaczyło jego słowo? Kiedyś na osiedlu i w subkulturze był prawą ręką wodza, jego imię budziło grozę i respekt. Teraz, we Wrocławiu, był nikim. Zwykłym zerem społecznym, zniszczonym przez nałóg, ze splamionym honorem i nazwiskiem ojca, które sam zbrukał w przestępczym świecie. Miał tylko cichą nadzieję, że z tego flirtu starszej kobiety nie wyrośnie kolejna, niepotrzebna drama o pietruszkę — zwykła afera koperkowa, w której on był przecież całkowicie niewinny. Niestety, sytuacja między nim a Grzechem z każdym dniem stawała się coraz bardziej napięta. Zimne spojrzenia i milczenie rozsadzały ściany mieszkania. W kolejny wtorek Ninja zaproponował mu wspólny spacer po rejonie. Poszli tylko we dwóch, rzekomo przewietrzyć głowy. Gdy odeszli kawałek od bloku, Ninja rozejrzał się czujnie i ściszył głos.– Słuchaj, podsłuchałem ich wczoraj w nocy. Grzech załatwił jakąś robotę w Czechach. Dla siebie i dla matki. U swojego brata.– Brat? — oniemiał, a amfetaminowa czujność natychmiast podbiła mu ciśnienie. — Pierwszy raz słyszę, że ta menda ma jakiegoś brata.– Ano ma. Ten brat załatwił im tam legalne mieszkanie, pewny zarobek i z tego co słyszałem, zawijają się już w najbliższy poniedziałek. Krew w nim wykipiała. Uczucie stabilizacji, które powoli zaczynało mu się podobać, znowu wisiało na włosku.– O, to menda… — rzucił wściekle do Ninji. — Musimy coś z tym zrobić, przecież nie damy mu tak po prostu wyjechać i zostawić nas na lodzie!
Ninja jednak tylko pokiwał głową. W jego oczach pojawił się ten sam chłodny, więzienny kalkulator, który widział u niego na poznańskim dworcu. Stary recydywista miał już własne plany, o których nie zamierzał pisnąć ani słowa. Katastrofa nadeszła lawinowo dwa dni później, w czwartek. Sylwia rano nie wstała do pracy. Spakowała swoje skromne rzeczy i stanęła przed nimi w przedpokoju.– Wyjeżdżam do rodzinnego miasta — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Spróbuję uratować swoje stare życie. Odzyskać dziecko. Kończę z tym. Gdy zatrzasnęły się za nią drzwi, ich złote jajko i ułożony biznes przestały istnieć. Grzech, widząc, że karty zostały wyłożone na stół, nie miał już wyjścia. Spojrzał na nich bez cienia współczucia i wreszcie wykrztusił prawdę.– Dobra, skoro ona odchodzi, to i ja wam powiem. Razem z Natką wyjeżdżamy do Czech. Macie czas do niedzieli, żeby się stąd wyprowadzić. Niestety, ale nie pozwolę wam tu dłużej zostać. Słowa kumpla uderzyły jak obuch. Los znowu z niego zakpił w najbardziej nieoczekiwanym momencie, niszcząc jedyny bezpieczny azyl, jaki udało im się stworzyć od czasu ucieczki. A już ten wrocławski spokój zaczynał sprawiać mu autentyczną przyjemność. Przez chwilę, pośród całego tego mroku, ćpania i brudnych pieniędzy, było jakoś tak… normalnie. W niedzielę wieczorem znowu mieli stać się bezdomnymi duchami.
Rozdział 7
Miasto stu jeden mostów i mączny wyrok
W niedzielę wieczorem zegar na ścianie zaczął odliczać ich ostatnie minuty w bezpiecznym azylu. Pokój, który jeszcze kilka dni temu tętnił życiem i zyskiem, teraz ział chłodem pustych ścian. Spakowali z Ninją swoje skromne torby. Zanim jednak zatrzasnęli za sobą drzwi, on zrobił coś, co podpowiadał mu instynkt dawnego, porządnego życia. Poszedł do łazienki. Odkręcił gorącą wodę i wziął ostatni, długi prysznic. Potem precyzyjnie ogolił twarz, patrząc w lustro na swoje zmęczone nałogiem odbicie. Robił to z pełną świadomością brutalnej rzeczywistości — nie miał zielonego pojęcia, kiedy i gdzie znowu nadarzy się okazja, by zmyć z siebie brud i poczuć się jak człowiek. Gdy skończył, skierował swoje kroki do pokoju Natalii. Przez jego głowę przelatywały setki skrajnych myśli, podsycanych amfetaminową czujnością. Wiedział, że ta kobieta na niego leci. Mógłby teraz zagrać rolę zakochanego gacha, uderzyć w fałszywe tony i udawać uczucie tylko po to, by Natka postawiła się synowi i pozwoliła mu zostać. Ale w tym całym bagnie, w jakim utonął, wciąż tliły się w nim zasady. Nie był aż takim skurwysynem, za jakiego uważał go cały świat. Nie potrafił przehandlować resztek swojej godności za darmowy nocleg. Stanął przed nią. Natalia patrzyła na niego wzrokiem pełnym żalu.– Chciałem ci tylko podziękować — powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. — Za wszystko. Za twoją dobroć, za gościnę i za to, że w ogóle mogłem cię poznać. Może w innych okolicznościach, w jakimś lepszym, czystszym świecie, mogłoby z tego być coś więcej. Ale nie tutaj. Nie w tym syfie, w którym żyję.
Na te słowa z oczu pięknej szatynki potoczyły się łzy. Natka rozkleiła się całkowicie. Zaczęła go gorączkowo przepraszać, łkając i trzęsąc się na całym ciele. Wykrztusiła, że ten nagły wyjazd to nie był jej pomysł, że to wszystko wymyślił Grzech, a ona nie ma w tym domu nic do gadania. Przyznała, że potwornie boi się własnego syna.
W tamtej sekundzie poczuł uderzenie dawnej dumy. Patrzył na zapłakaną kobietę i wiedział, że mógłby ją uratować. Mógłby wejść w otwarty konflikt z Grzechem. Fakt, Grzech uchodził we Wrocławiu za potężnego bandytę i twardziela, ale dla niego — faceta, który przeszedł twardą szkołę boksu i bezwzględnych ustawek skinheadów — Grzech nadal nie dorastał mu do pięt. Za młodu nosił takich gości po trzech w plecaku i rozstawiał po kątach. Wiedział jednak, że jeśli wejdzie na tę ścieżkę wojenną, we Wrocławiu poleje się krew. Ta konfrontacja nie skończyłaby się na zwykłym obiciu mord. Skończyłaby się trupem — albo jego, albo Grzecha. A na tak ostateczny krok nie był jeszcze gotowy. Usiadł obok Natki na krawędzi łóżka. Delikatnie, z niespotykaną u faceta z ulicy czułością, złapał ją za brodę i uniósł jej głowę do góry. Druga ręka powoli otarł spływające po jej policzkach łzy. Przybliżył twarz i pocałował ją.
Natalia zareagowała natychmiast, jakby tylko na to czekała przez te wszystkie tygodnie. Zarzuciła mu ramiona na szyję, przyciągnęła do siebie i oboje zastygli w tej pozycji na kilka długich, niezwykle intensywnych minut. To był niesamowicie namiętny, głęboki pocałunek — pierwszy taki od bardzo dawna. Ale na tym postawił twardą granicę. Nie pozwolił na nic więcej. Powoli oderwał swoje usta od jej warg, spojrzał jej głęboko w czarne oczy i niskim, schrypniętym od emocji głosem wyszeptał:– Żegnaj, piękna. Wstał, nie oglądając się za siebie, i wyszedł z pokoju. W przedpokoju czekał już spakowany Ninja oraz Grzech. Między dawnymi wspólnikami nie było już zbędnych słów. Przybił z Grzechem krótką, chłodną piątkę na pożegnanie i razem z Ninją opuścili mieszkanie, schodząc po schodach wprost w chłodną, dolnośląską noc. Skierowali się prosto do swojego ulubionego miejsca w okolicy — Baru u Bobra. Właściwie nigdy głębiej nie analizował, skąd wzięła się ta osobliwa nazwa, ale im dwóm, facetom zepsutym do szpiku kości przez uliczny klimat, ta nazwa niezmiennie kojarzyła się z kobiecym łonem. To dlatego tak dobrze im się tam piło. Usiedli przy obskurnym stoliku w kącie. Ninja podszedł do baru i po chwili przyniósł ich standardowy zestaw ratunkowy: po dwie pięćdziesiątki czystej wódki i po dużym, zimnym piwie na popitkę.
Stary recydywista ujął zmrożony kieliszek w dłoń, spojrzał na kumpla i rzucił klasyczny, więzienny toast:– Za tych, co nie mogą, i za tych, co zostali. Przechylili szkło. Piekący płyn momentalnie rozlał się po żołądku, a zaraz po nim poszedł głęboki łyk piwa.– Stary, i co teraz z nami będzie? — zapytał, opierając łokcie o blat. — Przepieprzyliśmy wszystko. Kończą mi się pomysły na to miasto. Ninja odstawił kieliszek, spojrzał na niego z tym swoim ironicznym uśmieszkiem i odparł:– Zamiast całować Natkę, trzeba było ją po prostu zatrzymać. Mielibyśmy kwadrat na kolejny miesiąc. W tym momencie poczuł, jak wzbiera w nim irytacja.– Stary, zamknij się — uciął ostro. — To był jedyny raz w moim całym życiu, kiedy pocałowałem inną kobietę niż Mire. A ty potrafisz myśleć tylko o jednym. Nie mogłem zrobić tego Grzechowi, nieważne jakim jest chujem. Zresztą Natka powiedziała mi na koniec, że to nie jej pomysł z tym wyjazdem, tylko syna. To Grzech nas stąd wyrzuca. Ninja uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach błysnęło coś lodowatego.– Wiem. Słyszałem przez ścianę, jak jej groził.– Słyszałeś to i nic nie zrobiłeś? — zapytał z niedowierzaniem, czując, że przyjaciel z celi znowu coś kręci.– A kto ci powiedział, stary, że nic nie zrobiłem? — Ninja pochylił się nad stołem i zniżył głos do szeptu. — Pamiętasz te walizki od lokalnych gangusów, które Grzech trzymał u siebie pod łóżkiem na przechowanie? Przed wyjściem otworzyłem jedną z nich. W środku było kilka dużych, zgrzanych paczek z towarem. Rozciąłem dwie z nich. Odsypałem dokładnie połowę czystej amfetaminy, a do środka dosypałem zwykłej mąki tortowej, bo akurat nic innego nie miałem pod ręką w kuchni. Hehe, kurwa, ale się chłopaki zdziwią przy rozliczeniu.
Aż go zatkało. Amfetaminowy mózg momentalnie przekalkulował konsekwencje tego ruchu.– Ty stary wariacie… Zmieszałeś im temat z mąką? Przecież ty wiesz, co to oznacza? Grzech za ten numer jest całkowicie poznamitany na mieście. Lokalsi go za to zajebią. Ninja tylko machnął ręką, a jego twarz stężała w dumnym, bandyckim wyrazie.– I bardzo dobrze. Nie tylko za to, hehe. Pamiętaj jedną rzecz, młody: nas się kurwa nie zostawia z gołą dupą w pokrzywach. Zapracował sobie na to.– Czekaj… Co ty jeszcze zrobiłeś? — zapytał, czując, że ta historia ma drugie, znacznie mroczniejsze dno. — Gadałeś coś o jego grzechach… Co tam nawywijałeś? — Nic, stary. Nic, przysięgam — odparł Ninja, ale uciekający wzrok i nerwowy łyk piwa zdradzały, że stary wyjadacz ukrywa coś potężnego. Spojrzał na niego z ukosa. Intuicja podpowiadała mu, że Ninja odpalił właśnie bombę z opóźnionym zapłonem, która prędzej czy później wybuchnie z siłą tornada. Ale w tamtym momencie, w Barze u Bobra, było mu już wszystko jedno. Nie miał siły na kolejne śledztwa. Dopili ciepłe już piwo, zarzucili torby na ramiona i wyszli z lokalu. Przez resztę nocy włóczyli się bez celu, topiąc bezdomność w urokach nocnego Wrocławia. Spacerowali wzdłuż Odry, mijając kolejne podświetlone latarniami mosty tego potężnego, obcego miasta stu jeden mostów. Pod stopami szeleścił nocny bruk, a w głowie szumiał alkohol wymieszany z resztkami tematu. Byli wolni, byli sami i znowu nie mieli nic — poza mącznym wyrokiem, który właśnie zaczął tykać nad głową ich dawnego wspólnika.
Rozdział 8
Rynek, miliony i pajęczy zmysł
Poniedziałkowy poranek budził Wrocław do życia z bezwzględną, miejską monotonią. Chłodne, nocne powietrze nad Odrą ustępowało miejsca pierwszym promieniom słońca, a na ulicach gęstniał tłum ludzi spieszących do normalnej, codziennej pracy. Oni dwaj — bezdomni, przemęczeni, ale wciąż napędzani chemicznym tchem — stanowili jaskrawy kontrast dla tego szarego korowodu. W pewnym momencie Ninja przystanął, rozejrzał się czujnie i pociągnął nosem.– Stary, musimy znaleźć jakąś ustronną miejscówkę i wciągnąć po kresce na otrzeźwienie — rzucił cicho, poprawiając ramiączko plecaka. — Przecież ja mam tu pół plecaka amfy. Nie czujesz, jak to kurwa śmierdzi na kilometr? Musimy trochę przyćpać, a resztę tematu natychmiast gdzieś bezpiecznie ukryć. Wtedy usiądziemy i opowiem ci, co dalej z nami będzie. Jak uradzili, tak zrobili. Zaszyci w jakiejś bramie, z dala od oczu przechodniów i patroli, naładowali się po same rzęsy. Amfetamina błyskawicznie uderzyła do głów, rozszerzając źrenice i odcinając poczucie fizycznego zmęczenia. Gdy ukryli bezpiecznie resztę śmierdzącego białego proszku, wyszli prosto na wrocławski Rynek.
Po jakiego grzyba tu przyszliśmy? — zapytał, mrużąc oczy przed coraz mocniejszym słońcem.– Muszę się tu z kimś pilnie spotkać — uciął krótko Ninja, wodząc wzrokiem po zabytkowych kamienicach. Kręcili się po płycie Rynku przez dobre pół godziny. W pewnym momencie poczuł palący głód nikotynowy. Wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę, ale okazała się całkowicie pusta.– Idę po fajki — rzucił do kompana.– Weź mi od razu paczkę. Ja zaraz będę wolny — odparł Ninja, znikając na chwilę w tłumie. Nie myśląc o niczym podejrzanym, skierował się do najbliższego kiosku. Gdy wrócił na Rynek z papierosami, zastał Ninję siedzącego już leniwie przy stoliku w jednym z rynkowych ogródków piwnych.– Siadaj — rzucił starszy kumpel, wskazując wolne krzesło. — Zamówiłem nam po kawie. Mocna czarna dobrze nam teraz zrobi. Usiadł obok, czując, jak kofeina w połączeniu z tematem zaczyna przyjemnie pulsować w skroniach. Wtedy Ninja bez słowa przesunął po podłodze plecak i oparł go o jego nogi.– Co to jest? — zapytał, patrząc na przyjaciela z ukosa.– Zajrzyj — zaszperał Ninja z tajemniczym uśmieszkiem. Nie zastanawiając się długo, pochylił się, rozwikłał suwak i zajrzał do środka. Zamurowało go. Wnętrze plecaka wypchane było po brzegi. Gruby, ciasno upakowany stos gotówki — równe, rzucające się w oczy pliki banknotów stuzłotowych. Aż poczuł, jak skacze mu ciśnienie.– Stary, co to jest?! Skąd ty to masz? — wykrztusił stłumionym głosem. Ninja upił łyk czarnej kawy i spojrzał na niego chłodnym, więziennym wzrokiem.– Nie powiem ci tego teraz. Ale nic się nie martw, nikt za to nie umarł.
Przez ułamek sekundy panowała cisza, po czym starszy recydywista odwrócił głowę i wyszeptał pod nosem jedno ciche, ledwo słyszalne słowo:– Jeszcze. To słowo uderzyło go mocniej niż bokserski cios. Przeszedł go zimny dreszcz. W głowie natychmiast zakiełkowała tylko jedna, paranoiczna myśl: oby tym kimś, kto za to odpowie życiem, nie był on sam.– Co teraz planujesz? — zapytał, próbując ukryć drżenie głosu.– Jedziemy do takiego dziwnego miasta. Nazywa się Kostrzyn nad Odrą — odparł Ninja, jakby planował wycieczkę krajoznawczą. — Tam bez problemu podwoimy tę kasę, a przy okazji zaszyjemy się na trochę, aż sytuacja we Wrocławiu ucichnie. Pasuje Ci? Zgłosił potakująco głową. Jakby, kurwa, miał wtedy na świecie cokolwiek innego do roboty. Zgodził się bez wahania, świadomie nie szukając w tym wszystkim drugiego dna ani nie drążąc, kogo Ninja musiał wystawić lub okraść, by zdobyć taki majątek.
Kilka godzin później zameldowali się w Kostrzynie. To specyficzne, przygraniczne miasto miało przynieść im zupełnie nowe rozdanie, ale gdy tylko przekroczyli jego granice, poczuł coś dziwnego. Na karku zjeżyły mu się włoski. Przez plecy przeszedł mu nieprzyjemny, lodowaty prąd — ten sam specyficzny, pajęczy zmysł, jaki miał Spider-Man w komiksach. Intuicja wyła na alarm. Podskórnie czuł, że coś wisi w powietrzu, że lada moment wydarzy się coś potężnego i nieodwracalnego. Uznał to jednak za zwykłą amfetaminową paranoję i postanowił zignorować ten głos. Zanim nastała noc, mając cały plecak pełen żywej gotówki, ruszyli w miasto. Najpierw poszli zjeść coś normalnego, pożywnego, na co od dawna nie mogli sobie pozwolić. Potem uznali, że ich obecny wizerunek drastycznie odbiega od statusu ludzi z grubym portfelem. Ich dotychczasowe ciuchy — przepocone, brudne od dworcowych korytarzy i przesiąknięte zapachem Baru u Bobra — nie zachęcały do jakichkolwiek kontaktów towarzyskich. Odwiedzili kilka sklepów, zmieniając garderobę od stóp do głów na całkiem nową i markową. Odpicowani, najedzeni i — rzecz jasna — ponownie nawciągani tematem po same kokardki, skierowali swoje kroki do lokalnego kasyna. Podobno było to nowoczesne, niezwykle klimatyczne miejsce, łączące hazard z nocnym klubem ze striptizem. Dobre alkohole i piękne kobiety miały osłodzić im ucieczkę.
Gdy przekroczyli próg klubu, rzeczywistość potwierdziła plotki. Wnętrze tonęło w neonowych światłach, z głośników płynął mocny, basowy bit, a na podestach i na barze tańczyły całkowicie nagie, idealnie zbudowane dziewczyny. Ich jędrne piersi skakały w rytm muzyki, przyciągając wzrok spragnionych wrażeń gości. Usiedli przy jednym z wolnych stolików. Chwilę później wyrosła przed nimi kelnerka ubrana jedynie w skąpy stanik i koronkowe majtki, które ledwo zakrywały pośladki. Postawiła na stole dwie ciężkie szklanki wypełnione do połowy drogą whisky z kostkami lodu.– Szef zaraz do panów przyjdzie — powiedziała z uwodzicielskim uśmiechem. — Ale najpierw mały prezent, niespodzianka od firmy. Zaraz do was dotrze. Nie zdążyli nawet unieść szklanek, gdy do stołu podeszły dwie zjawiskowe, potwornie seksowne tancerki. Pachniały drogimi, słodkimi perfumami. Bez zbędnych wstępów kazały im wziąć alkohol w dłonie i stanowczym ruchem bioder poprowadziły ich na tyły klubu, do zamkniętego, prywatnego boksu. Tam miał odbyć się prywatny, nagi taniec tylko dla ich oczu. Zanim jednak zrzuciły z siebie resztki ubrań, jedna z nich uprzedziła ich chłodnym, profesjonalnym tonem:– Zasada jest jedna: podczas tańca to my dotykamy was. Wy nie macie prawa tknąć nas ani palcem. Jasne?
Ok, wcale mi tego nie potrzeba” — pomyślał, opierając się wygodnie o skórzaną kanapę. Nie miał parcia na te dziewczyny. Minia wciąż zajmowała całe jego serce, ale luksus i zapach kobiecego ciała po tygodniach spędzonych na marginesie były całkiem przyjemną odmianą. Pozwolił więc, by te idealne, nagie istoty ocierały się o niego, ugniatając jego ciało sterczącymi, twardymi sutkami i mokrymi, wygolonymi na zero cipkami. Obok niego Ninja dosłownie promieniał. Odchylił głowę do tyłu, pociągnął potężny łyk whisky, spojrzał na tańczące przed nimi dziewczyny i rzucił z absolutną, bandycką dumą:– W końcu jesteśmy królami życia… Tańczcie, gwiazdy! Tańczcie! Siedzieli w tym ciemnym, luksusowym boksie, odurzeni amfetaminą, alkoholem i zapachem nagich kobiet, czując się jak władcy świata. Jednak za ścianami klubu, w mroku Kostrzyna nad Odrą, pajęczy zmysł wciąż nie dawał mu spokoju. Czas na niespodzianki dopiero nadchodził, a zapowiedziany szef klubu był bliżej, niż im się wydawało.
Rozdział 9
Sok bananowy i pajęcza sieć zdrady
Kostrzyn nad Odrą od samego początku był tylko iluzją. Przemyślaną, misternie utkaną zasłoną dymną, która miała uśpić jego słynny, pajęczy zmysł i odwrócić uwagę od tego, co naprawdę działo się za jego plecami. Ale na tę bolesną lekcję logiki i życia czas miał dopiero nadejść. Na razie noc w przygranicznym kasynie trwała w najlepsze, spowita oparami luksusu i amfetaminowego złudzenia potęgi. Zapowiedziany przez rozebraną kelnerkę szef klubu ostatecznie nie pojawił się przy ich stoliku. Zamiast tego, w ramach oficjalnych przeprosin od firmy, przysłał im żywy podarunek — dwie zjawiskowe, luksusowe prostytutki, gotowe spełnić każdą ich łóżkową zachciankę. On sam, z głową wciąż pełną Miry, nie miał najmniejszej ochoty na te sztuczne, płatne igraszki. To po prostu nie była jego bajka. Spojrzał na pobudzonego nałogiem kompana i skinął głową.– Ninja, nie krępuj się, stary. Możesz szaleć, w końcu to prezent — rzucił z obojętnością. Starszy recydywista, dumny jak stepowy ogier, rozpromienił się w jednej sekundzie.– Chuj tam, biorę obie! Idziemy, drogie panie — zarechotał, bezczelnie łapiąc dziewczyny za pośladki.Dziewczyny zachichotały zawodowo, zbierając swoje skąpe ubrania. Zanim jednak ruszyli w stronę schodów, jedna z nich odwróciła głowę i rzuciła w jego kierunku cichym, uderzająco słodkim głosikiem:– Rano twój kolega będzie potrzebował ostrego ładowania. Gwarantuję Ci to, hihi.
Chwilę później całe trio zniknęło na piętrze, gdzie znajdowały się zamknięte pokoje dla gości VIP. Został sam. Zmęczony głośnym bitem i natłokiem myśli, podszedł do baru, chcąc na chwilę odpocząć od całego tego zgiełku. Wyciągnął z nowej kieszeni banknot stuzłotowy, położył go na lśniący blat i rzucił do barmana:– Poproszę sok bananowy. Barman spojrzał na niego w dziwny sposób, a na jego twarzy wykwitł złowieszczy, porozumiewawczy uśmiech. Bez słowa sięgnął pod ladę i po chwili podał szklankę wypełnioną gęstym płynem. On, chłopak z innego regionu, nie miał pojęcia o lokalnych układach. Nie wiedział, że w tym konkretnym przygranicznym klubie „sok bananowy” był tajnym hasłem dla stałych bywalców. Oznaczał nic innego jak potężną dawkę czystej wódki zmieszanej z sokiem oraz wrzuconą na dno, pokruszoną tabletką Ecstasy. Zawsze potrafił pewne rzeczy przewidzieć, skalkulować i wydedukować. Analizował ruchy przeciwnika na ringu, wyczuwał pułapki na ulicy. Aż tu nagle, zupełnie nieświadomie, jednym niewinnym zamówieniem wcelował w najbardziej zabójczego drinka w całej karcie. Jakie, kurwa, były na to szanse w obcym mieście? Los po raz kolejny zakpił z niego w żywe oczy.