E-book
47.25
drukowana A5
48.46
Z piekła powstałaś, w Niebo się obrócisz

Bezpłatny fragment - Z piekła powstałaś, w Niebo się obrócisz

,,Życie nauczyło mnie kochać właściwych ludzi "

Objętość:
48 str.
ISBN:
978-83-8431-630-6
E-book
za 47.25
drukowana A5
za 48.46

Paulina Janiszewska

,,Z piekła powstałaś

W niebo się obrócisz”

,,Życie nauczyło mnie, żeby kochać właściwych ludzi”.

Prolog

Nie wiem, czy piekło ma dno. Ale wiem, że można się w nim zadomowić — nie z wyboru, lecz z bezsilności. Tam, gdzie ból staje się codziennością, a nadzieja obcym językiem, człowiek zaczyna tracić nie tylko wiarę w ludzi, ale i w siebie. Z tamtego miejsca właśnie wyszłam. Z miejsca, które nie miało światła, ciepła ani celu.


To nie będzie historia idealna. Nie znajdziesz tu bajki z morałem, w której wszystko kończy się w sekundę szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Ta książka to świadectwo — drogi przez ogień, przez własne słabości, uzależnienia, straty, samotność i wszystkie te głosy w głowie, które mówiły: „Nie dasz rady”.


Ale ona dała radę. I Ty też możesz.


Nie piszę, by się wybielić. Piszę, bo wiem, jak wielu z nas żyje w ciszy swoich własnych piekieł, udając, że wszystko jest w porządku. Piszę, bo jeśli chociaż jedna osoba znajdzie w tych słowach siłę, by zacząć iść — to warto.


Z piekła się nie wychodzi od razu. Ale każdy krok w stronę światła to już rewolucja. A niebo? Niebo to nie miejsce. To stan ducha. I wiem, że tam właśnie zmierzam jak i główna bohaterka.

Rozdział 1 — Szkoła, czyli początek końca

Zawsze mówili, że szkoła to drugi dom. Że to miejsce, gdzie kształtuje się przyszłość, gdzie uczysz się, kim jesteś i dokąd zmierzasz. Phi. Nieprawda. Dla mnie szkoła była raczej więzieniem — z góry ustalonym planem dnia, oceną twojej wartości na podstawie cyfr w dzienniku i tłumem ludzi, z których nikt nie rozumiał, kim naprawdę jesteś. Może nawet ja sama nie wiedziałam.


Na początku próbowałam. Przez chwilę. Chciałam być tą dobrą córką, która przynosi piątki, ładnie się uśmiecha i nie sprawia problemów. Ale bardzo szybko zrozumiałam, że to nie dla mnie. Nauczyciele mnie nie obchodzili. Patrzyli przez palce albo z wyższością. Jakby już z góry wiedzieli, że nic ze mnie nie będzie. Właściwie im to ułatwiłam. Przestałam się starać.


Zaczęło się od drobnych buntów. Spóźnienia. Niezrobione zadania. Potem przyszły wagary. Na początku to były tylko pojedyncze dni. Ale każdy z nich dawał dziwne poczucie wolności. Nikt nie dyktował, co mam robić, gdzie siedzieć, czego się uczyć. Tyle że ta wolność miała wysoką cenę. Im mniej było mnie w szkole, tym więcej czasu spędzałam z ludźmi, którzy — tak jak ja — uciekali od własnych życiowych problemów.


To „złe towarzystwo” nie przyszło nagle. Przyszło stopniowo. Ludzie z marginesu — tak nazywali ich nauczyciele, sąsiedzi, rodzice. Dla mnie byli po prostu jedynymi, którzy nie zadawali głupich pytań. Nie obchodziło ich, dlaczego jestem taka, co się dzieje w domu, czemu nie chodzę na lekcje. Liczyło się tylko to, że jestem. Że gadamy o niczym. Że śmiejemy się z dyrekcji. Że razem ścinamy lekcje i włóczymy się po mieście bez celu.

Ale tam, za bramą — na wagarach — czułam się… wolna.

Wolałam przystanek przy skateparku, obskurny mur za blokiem i ludzi, którzy — tak mi się wtedy wydawało — nie oceniają.

— No i co, idziesz z nami czy wracasz na te pierdoły z matmy? — spytała Sandra, już z papierosem w ustach, kiedy dzwonek ogłosił koniec długiej przerwy.

Wahałam się. Nie powinnam. Wiem. Ale…

— Jasne, że idę — powiedziałam, choć serce zaczęło mi walić.

Wyszłyśmy przez tylne ogrodzenie, przeskakując przez stare rdzewiejące pręty. Tam już czekał Alan — z puszką energetyka i tym swoim krzywym uśmiechem, od którego robiło się jednocześnie nieswojo i… dziwnie pewnie.

— Czekałem. Ile można? — rzucił. — Macie?

Sandra podała mu torebkę z tabletkami. Nie pytałam co to. Nie chciałam wiedzieć.

Usiedliśmy w parku, tam gdzie zawsze — ławka przy stawie, z dala od głównej drogi. Puszczali muzykę z głośnika, śmiali się, opowiadali sprośne żarty. Ja siedziałam z boku, śmiejąc się nie dlatego, że coś mnie bawiło — tylko dlatego, że chciałam pasować.

W kieszeni wibrował telefon.

Mama.

Nie odebrałam.

— Znowu matka? — zapytał Alan z uśmiechem.

— Jakby miała inne życie niż wydzwanianie — burknęłam, chowając telefon głębiej.

Nie minęło dziesięć minut, a już przyszły trzy wiadomości:

„Gdzie jesteś? Znowu nie przyszłaś na lekcje. Martwię się.”

„Znowu oszukujesz?”

„Odezwij się. Błagam.”

Wbiłam wzrok w ekran i poczułam ukłucie. Ale szybko je zagłuszyłam.

— No to co, dzisiaj znów do ciebie? — spytała Magda. — Twoi są w pracy, nie?

— Nie wiem… chyba tak.

Nie chciałam ich widzieć. Bałam się ich wzroku. Ich pytań. Ich rozczarowania.


Wieczór. Dom.

— Gdzie byłaś?! — głos mamy był jak cios.

— W szkole — skłamałam, nawet nie patrząc jej w oczy.

— Dzwoniła wychowawczyni. Znowu cię nie było!

— Przecież mówiłam, że miałam ból brzucha. Czy ty mi w ogóle w coś wierzysz?!

Ojciec wszedł do kuchni. Spojrzał na mnie, potem na mamę.

— Ile jeszcze? — zapytał cicho. — Ile razy mamy udawać, że wszystko jest w porządku?

— Nic nie musicie udawać! — wrzasnęłam. — I tak nigdy nic nie rozumiecie!

Wybiegłam do pokoju, trzaskając drzwiami. Siedziałam na łóżku, słuchając jak kłócą się za ścianą. Mówili o mnie. O mojej przyszłości. O tym, że „już sobie nie radzą”.

I wtedy dotarło do mnie coś, co przygniotło jak kamień:

Nawet wśród tych, którzy mnie kochają, czuję się obca.

W domu zaczęły się kłótnie. Mama próbowała jeszcze ratować sytuację. Mówiła, że się staczam. Krzyczała, że nie tak mnie wychowali. Ojciec milczał albo rzucał krótkie, raniące zdania, które wbijały się głębiej niż jakikolwiek cios. Nikt nie pytał, dlaczego uciekam.

Wszyscy tylko chcieli, żebym przestała. Żebym się „ogarnęła”, jakby to było takie proste.


Nie ogarnęłam się.


W głowie miałam mętlik. Z jednej strony czułam, że zmierzam w złym kierunku. Z drugiej — ten kierunek był jedynym, który znałam. W szkole byłam nikim. W domu — problemem. A na wagarach? Tam byłam wolna. Tam nikt mnie nie oceniał. Tam czułam się silna, choć tak naprawdę byłam cholernie zagubiona.


Z czasem wszystko zaczęło się sypać szybciej. Nie chodziłam na lekcje całymi tygodniami. Rodzice byli wzywani do szkoły, ale to już nic nie zmieniało. Zresztą oni też przestali się starać. Zmęczeni, rozczarowani. Ja byłam jak cień w ich własnym domu. I nawet kiedy siedzieliśmy razem przy stole — fizycznie — to każdy z nas był gdzie indziej.


Dziś wiem, że to był początek. Początek drogi, która zaprowadziła mnie głęboko, bardzo głęboko. Ale wtedy? Wtedy to była codzienność. Życie w przekonaniu, że już nic dobrego mnie nie czeka. Że świat, w którym muszę żyć, jest pełen fałszu, presji i bólu. A skoro nie mogę go zmienić, to będę przeciwko niemu.


Bo kiedy nie masz kontroli nad swoim życiem, bunt wydaje się jedyną formą siły.

Rozdział 2 — Sieć ciemności

Kiedy świat rzeczywisty przestaje dawać cokolwiek, człowiek ucieka w iluzję. Dla mnie tą iluzją był Internet. Mój nowy dom. Mój kochanek. Moja pułapka.


Wchodziłam w niego z głową — z każdą godziną coraz głębiej. Nie dla nauki, nie dla pasji. Dla odcięcia się. Tam mogłam być kim chciałam. Mogłam się śmiać, prowokować, udawać. Albo po prostu nie być nikim — i to też mi wystarczało. Pustka Internetu doskonale pasowała do pustki we mnie.


Zaczęło się od zwykłych znajomości na forach, czatach, prywatnych wiadomościach. Starsi faceci, tajemnicze dziewczyny, „dusze pokrewne”, które mówiły, że mnie rozumieją. Wirtualne rozmowy po nocach, których treść z czasem robiła się coraz mroczniejsza. Niewinne wiadomości ustępowały miejsca wyznaniom pełnym bólu, seksualnym sugestiom, grze, w której granice znikały. To było uzależnienie — bo w tym wszystkim czułam się… widziana.

„Hej, ładna jesteś” — napisał jakiś chłopak na czacie. Miał zdjęcie z motocyklem. Niby starszy tylko o dwa lata.

„Dzięki. Nudzę się dziś. Wagaruję.”

„To spoko, ja też kiedyś tak miałem. Masz ochotę pogadać prywatnie?”

Kliknęłam „tak” bez większego namysłu.

Rozmowa potoczyła się szybko. Zaczęliśmy codziennie pisać. Niby nic wielkiego. Ale to z nim czułam, że ktoś mnie słucha. Że nie ocenia. Pytał, czy czegoś mi brakuje. Śmiał się z moich głupotek. Dzielił się swoimi mrocznymi historiami. Wciągał mnie coraz głębiej.

Potem podsunął mi link.

„Zobacz. Nie dla dzieci. Ale prawdziwe.”

Byłam ciekawa. Kliknęłam.

Film. Ciemne ujęcia, krzyki, brutalność. Coś we mnie krzyknęło, żeby zamknąć. Ale zostałam. Oglądałam do końca. I jeszcze raz. I jeszcze.

To nie była fascynacja. To było… otępienie. Jakby coś się we mnie zacinało. Jakby ta przemoc była jedynym, co czułam naprawdę.


Z czasem zaczęłam szukać coraz mocniejszych bodźców. Wystarczały mi już nie tylko rozmowy. Przechodziłam na strony, które działały na mnie jak narkotyk. Nie potrafiłam przestać patrzeć, choć każda minuta zostawiała ślad w mojej psychice.

To nie było zainteresowanie. To było stępienie. Jakby tylko coś skrajnego mogło do mnie dotrzeć. Świat wokół mnie był nijaki, mdły. A te obrazy — szokujące, chore. Sprawiały, że czułam coś. Cokolwiek. Choćby obrzydzenie do samej siebie.

A potem przyszły filmy. Te, których nie wolno. Te, które klikniesz raz, a zostają z tobą na długo. Pornografia przestała być tylko obrazem ciał. Stała się ucieczką od uczuć. I jednocześnie karą — za to, że jestem. Oglądałam je mechanicznie, jakby każda scena miała zatopić mnie głębiej w nicość. Ale nie przynosiły ukojenia. Przynosiły tylko więcej głodu, więcej brudu, więcej poczucia winy.


I wtedy przeszłam jeszcze dalej.

Szkoła? Szkoda gadać. Wagarowałam już regularnie. Nikt mnie nie kontrolował. Kłamałam bez mrugnięcia o chorobach, wycieczkach, zgubionych planach. Każda wymówka była dobra, byle nie musieć wracać do rzeczywistości. A kiedy matka pytała, gdzie byłam, patrzyłam jej prosto w oczy i rzucałam kolejne kłamstwo jak monetę do fontanny — może coś się spełni. Może mnie zostawi w spokoju.


Zaczęłam się oddalać nie tylko od ludzi. Oddalałam się od wszystkiego, co miało sens. Od wartości. Od moralności. Od Boga. Nie czułam Jego obecności. A może po prostu nie chciałam jej czuć. Modlitwa wydawała się czymś głupim. Po co mówić do kogoś, kto milczy? Kościół? Obłuda. Święte obrazki wiszące u babci — śmieszyły mnie. Miałam wrażenie, że to wszystko teatr dla naiwnych. Ja już nie wierzyłam. W nic.


Właściwie… nie miałam już żadnych zasad. Wszystko było płynne, rozmyte, bez granic. Kłamstwo stało się językiem. Internet — narkotykiem. Przemoc — ciekawością. Seks — grą bez uczuć. Życie — czymś, co trzeba przeczekać.


Nie wiem, kiedy dokładnie zatraciłam siebie. Ale wiem, że kiedy patrzyłam w lustro, coraz częściej widziałam obcą dziewczynę z pustymi oczami i cieniem na twarzy, który nie znikał nawet przy sztucznym uśmiechu.


I choć jeszcze nie spadłam na samo dno…

To byłam już blisko.

Rozdział 3 — Granice, których nie było

Nie ma jednej chwili, w której wszystko się psuje. Rozpad to proces. Powolny, cichy, czasem niemal niezauważalny. A potem nagle budzisz się i nie poznajesz ani siebie, ani świata, który cię otacza.

Konsekwencje mojego trybu życia nie przyszły od razu. Przez długi czas miałam złudne poczucie, że wszystko mam pod kontrolą. Że to ja wybieram, co oglądam, z kim piszę, gdzie jestem. Ale w rzeczywistości byłam uzależniona — od bodźców, od zapomnienia, od poczucia, że przez chwilę nie muszę być sobą.

Internet stał się moją rzeczywistością. Dawał złudzenie kontaktu, bliskości, ważności. Ale za każdym ekranem kryła się pustka. Rozmowy, które nic nie znaczyły. Obietnice, które były tylko słowami. Często pełne mroku, dwuznaczności, dziwnej fascynacji tym, co zakazane. Wsiąkałam w to, bo nie miałam nic lepszego.

Miałam swoje kryjówki, swoje ucieczki, swoje historie.

Gubiłam się. Brak otwartej przestrzeni w głowie, zero ambicji. Wewnętrzna agresja. Ta nastolatka, stereotyp z woreczkiem nasion, które powinna zasiać jak talenty, a to stanęło w miejscu. I kropka.

Siedziałam w ławce, pierwszy raz od dawna. Samotnie. Magda już do mnie nie pisała. Sandra odpłynęła gdzieś z inną ekipą. Alan zniknął z mojego życia równie szybko, jak się pojawił.

Zeszyt był pusty. Ja też.

— Oddaj zaległe zadanie, proszę — powiedziała nauczycielka matematyki.

— Nie zrobiłam — odpowiedziałam, nie podnosząc głowy.

— Dlaczego?

— Bo nie umiem. Bo nie potrafię. Bo nikt mnie nie nauczył… życia — chciałam powiedzieć.

Ale tylko wzruszyłam ramionami.

Ona spojrzała na mnie przez chwilę. I… nic. Przeszła dalej.

W domu panowała cisza. Czasem krzyki, czasem trzaskanie drzwiami, czasem martwa obojętność. Coraz rzadziej patrzyliśmy sobie w oczy. A nawet kiedy to robiliśmy — niczego tam nie było.

Samotność, którą czułam, nie była chwilowa. To była samotność zamieszkująca we mnie. Nie opuszczała mnie nawet wtedy, gdy byłam otoczona ludźmi. To było poczucie, że nikt mnie nie zna, że nikt nie wie, co się naprawdę dzieje, że jestem sama — i zawsze będę.

Walczyłam ze sobą. Codziennie. Rano — żeby wstać. Wieczorem — żeby zasnąć bez łez. W ciągu dnia — żeby nie rozpaść się na kawałki. Miałam wrażenie, że we mnie żyją dwie osoby: jedna, która jeszcze próbowała czuć, wierzyć, być dobra. I druga — cyniczna, zimna, wypalona. Ta druga coraz częściej wygrywała.

Nienawidziłam. Nie chodziło już o to, że życie było ciężkie. Chodziło o to, że ja byłam dla siebie ciężarem. Nie umiałam spojrzeć w lustro. Każdy dzień był jak wdychanie dymu — duszący, bezsensowny, lepki od wewnętrznego brudu.

Nie było już we mnie Boga. Ani wiary, ani modlitwy, ani nadziei. Wydawało mi się, że On się wycofał. Albo że nigdy Go nie było. Patrzyłam czasem w niebo i zastanawiałam się: „Jeśli jesteś — czemu milczysz?” Ale odpowiedzi nie przychodziły.

Siedziałam pod kołdrą, telefon w ręce, ale już nawet nie chciałam z nikim pisać. Przescrollowałam dziesiątki zdjęć znajomych, śmiejących się, bawiących, zakochanych.

A ja byłam cieniem.

Cieniem, który sam siebie nie widzi.

Chciałam krzyczeć. Walić pięściami w ścianę. Zniknąć. Ale nie mogłam. Byłam jak zamknięta w szklanej klatce, widząc wszystko z zewnątrz, nie mogąc dotknąć, nie mogąc czuć.

I wtedy po raz pierwszy zrobiłam coś innego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 47.25
drukowana A5
za 48.46