3 września
Mój pamiętniczku, mój pamiętniczku…
Dziś oficjalnie rozpoczęliśmy sezon jesienno-szkolny.
Ja wiem, że szkołę skończyłam lata temu.
Ale najwyraźniej życie uznało, że chcę powtórki z rozrywki. Codziennie.
Jesiennie. Nie kalendarzowo. Garderobowo.
Wyjęłam z szafy kurtki przejściowe.
Dzieci wyjęły z szafy zimowe kombinezony.
Bo jest 16 stopni.
Szesnaście.
W ich świecie to klimat arktyczny. Oczekują psów zaprzęgowych. Świętego Mikołaja…
Jedno marznie dramatycznie, jakby stało na przystanku w Laponii wśród śnieżnych zasp…
Drugie nie założy brązowej kurtki, „bo wygląda jak ziemniak”, niestylowo…
Trzecie (tak, nadal mnie to zaskakuje) zgubiło buty. Oba. Jednocześnie.
Nie jeden.
Oba.
To już nie jest nieuwaga. To talent. Po tatusiu… Na bank.
Przeszukaliśmy dom.
Pod łóżkiem, a tam skarpetki pamiętające nasze letnie wyprawy.
W pralce wszystko tylko nie pranie.
W piekarniku… blacha (na szczęście tylko blacha).
Butów brak.
W międzyczasie ktoś płacze.
Nie wiem kto pierwszy, ja czy dziecko.
O 7:28 zaczynam negocjacje jak zawodowy mediator…
— „Założysz trampki.”
— „Nie.”
— „Założysz trampki.”
— „Wolę zamarznąć.”
Poszedł w kapciach domowych…
Jesień pachnie liśćmi.
I stresem.
I kanapką z serem, która już teraz czuję, że wróci nienaruszona, ale za to artystycznie zgnieciona.
O 7:41 jestem spocona jak po treningu cardio.
Tylko że zamiast endorfin mam w ręce szczoteczkę do zębów…
Patrzę w lustro.
Widzę kobietę z włosami w trybie “nie pytaj, nalej kawy.”
Superbohaterkę.
Bez peleryny.
Za to z plamą po kakao, która wygląda jak mapa Afryki.
W końcu wychodzimy.
Drzwi się zamykają.
Cisza.
Ta cisza ma smak zwycięstwa.
Oddycham.
I wtedy przypominam sobie…
Buty.
Są w suszarce…
Nie pytaj.
Ja też już nie pytam.
12 września
Oj pamiętniczku…
Dziś odkryłam, że jesień to nie pora roku…
To jakaś dziwna anomalia…
Rano 7:02…krzyk:
„Mamo, gdzie jest mój zeszyt od przyrody?!”
Nie wiem.
Nigdy go nie widziałam.
Nie wiedziałam, że istnieje.
Brzmi jak UFO.
Zeszyt. Od. Przyrody.
7:04…. przeszukujemy plecak.
Znajdujemy:
bilet z maja,
kanapkę, która ma emocje,
Rozlany długopis…
Zeszytu brak.
7:05 drugie dziecko przypomina sobie, że dziś jest „dzień na zielono”.
Oczywiście. No oczywista oczywistość…
Bo przecież informacja przekazana dwa tygodnie temu o 13:17 to coś, co naturalnie pamiętam.
Nie mamy nic zielonego.
Poza ogórkiem.
I moją cierpliwością.
Chociaż ona właśnie żółknie.
Rozważałam wysłanie dziecka do szkoły z ogórkiem przypiętym do bluzy.
Naprawdę. Albo plasterki ogórka, żeby była taka eko.
Widziałam to oczami wyobraźni.
„To performance art. Ekologia. Minimalizm.”
Nie zrobiłam tego. Bo jednak jestem dobrą matką. Chyba.
7:12 trzecie dziecko ogłasza, że boli je brzuch.
Bo przedszkole.
Brzuch ma bardzo rozwiniętą intuicję społeczną.
Czasem mam wrażenie, że dzieci żyją w innym wymiarze czasu.
Tam wszystko przypomina się w ostatniej chwili.
Projekty. Zgody. Wierszyki. Dni tematyczne.
W ich świecie „jutro” znaczy „za 6 minut”.
Tip matki:
Zawsze miej w domu kartkę techniczną w każdym kolorze.
Nie wiesz, kiedy będziesz robić strój żaby o 21:30.
Albo makietę lasu tropikalnego z rolek po papierze.
Albo plakat o zdrowym odżywianiu, na którym jedynym warzywem będzie… ogórek.
Jest 21:27.
Siedzę przy stole.
Kleję. Wycinam. Googluję „jak wygląda żaba, która nie przypomina potwora”.
Czuję się jak student ASP, tylko bardziej zmęczony…
Dzieci śpią…
Ja kończę projekt.
I wiem, że jutro w szkole nikt nie zapyta, czy matka spała.
Ale zapytają:
„Kto pomagał?”
I ono powie:
„Mama.”
Jesień to stan emocjonalny.
Trochę chaosu.
Trochę paniki.
I dużo kleju na palcach.
28 września
Mój pamiętniczku najdroższy…
Dziś postanowiłam być matką z instagrama.
Genialny to był pomysł…
Taką, co ma lniany fartuch.
Naturalne światło w kuchni.
I dzieci, które mówią: „Mamo, jak ty to wszystko ogarniasz?”
Upiekłam muffinki dyniowe.
Nie z mieszanki.
Z dyni. Prawdziwej.
Takiej, którą trzeba było przekroić z determinacją i nożem bojowym.
Ile to sił, i nowych słów nabyłam…
Kupiłam dynię.
Pokroiłam dynię.
Zrobiłam purée z dyni.
W międzyczasie zastanawiałam się, czy to jeszcze gotowanie, czy już jakaś sztuka…
W kuchni pachniało jesienią.
Cynamonem.
Ambicją.
Powiedzmy…
Wyobrażałam sobie ich zachwyt.
Może nawet zdjęcie.
Może nawet czułe komentarze…
Muffinki wyrosły piękne.
Złote. Idealne.
Jak z bloga kobiety, która ma czas na medytację.
Dzieci spróbowały.
Spojrzały na mnie z troską.
Tą samą, z jaką patrzy się na kogoś, kto właśnie ogłosił, że rzuca wszystko i wyjeżdża w Bieszczady.
„Mamo… możemy dostać zwykłe?”
Zwykłe.
Czyli z proszku.
Takie, które robi się w 7 minut i smakuje jak dzieciństwo z reklamy.
Stałam z tą muffinką w ręce.
Pełną błonnika, witamin i moich aspiracji.
Czasem zastanawiam się, czy dzieci są testem cierpliwości,
czy wszechświat po prostu ma bardzo specyficzne poczucie humoru.
Wieczorem zjadłam jedną muffinkę sama.
Była naprawdę dobra.
Naprawdę.
A dynia?
Leży jeszcze pół w lodówce.
Patrzy na mnie.
Czuję, że to nie koniec naszej historii.
5 października
Oj pamiętniczku, dziś to przesadziłam…
Zabrałam dzieci na spacer…
Złota jesień. Liście. Słońce. Rozumiesz?
Instagram w mojej głowie już robił zdjęcia.
Ja w beżowym płaszczu. One w uroczych czapkach.
Uśmiechy…
Nawet nie zdążyłam z domu wyjść…
Jedno wpadło w kałużę. Po kolana.
Drugie krzyczało, że liście są „za mokre”.
Trzecie płakało, dla zasady…
W pewnym momencie próbowałam zrobić zdjęcie.
Na zdjęciu widać było tylko rozmazaną kurtkę, pół twarzy i czyjąś stopę w powietrzu.
Influencerką nie będę… nici z zarabiania w sieci, jakiś sponsoring czy coś… darmowe wakacje…
Buty nasiąkły wodą.
Spodnie miały kolor ziemi.
Ja miałam minę kobiety, która zaczyna rozumieć, dlaczego w filmach familijnych matki czasem patrzą w dal. Rozmyślając…
Wracaliśmy do domu…
z butami cięższymi o kilogram ziemi,
z kieszeniami pełnymi patyków, kasztanów i czegoś, czego nie chcę identyfikować.
I wtedy.
Usłyszałam…
Bez dramatu. Bez ogłoszenia.
„Mamo, jesień jest fajna, bo jesteś z nami”
Cały mój wewnętrzny monolog:
„nigdy więcej spacerów”,
„następnym razem tylko galeria handlowa”,
„kto normalny wychodzi w błoto?”
Zniknął. Została ręka w mojej dłoni. Mała. Ciepła. Ufna.
Błoto przestało być tragedią.
Stało się dowodem, że byliśmy razem.
Mięknę.
Za każdym razem.
Choć za każdym razem obiecuję sobie, że następnym razem założę kalosze.
I wiecej proszku kupię… i odplamiaczy na promocji…
19 października
Mój pamiętniczku… dziś powiem Ci coś w sekrecie.
Jestem zmęczona.
Nie „ojej, mało spałam”.
Tak zmęczona w środku.
Jakby ktoś ściszył mnie o dwa tony.
Jesień to sezon przeziębień.
Jedno kaszle.
Drugie ma katar.
Trzecie udaje, że ma katar, bo „też chce syrop”.
W domu pachnie herbatą z maliną i maścią rozgrzewającą.
Brzmi romantycznie.
Nie jest.
Ja chodzę w dresie trzeci dzień.
Ten sam.
Już nawet nie udaję, że to „home office garnitur.
Kawa stygnie szybciej niż moje nerwy.
Mam wrażenie, że express za chwilę wyświetli komunikat: Limit wyczerpany.
Marzę o hotelu.
Sama.
Z ciszą.
Z pościelą, której nie muszę poprawiać.
Z łazienką, w której ręczniki wiszą tam, gdzie powinny.
Wyobrażam sobie, że wchodzę do pokoju.
Zamykam drzwi.
I nikt nie krzyczy: „Mamo, a gdzie…?”
Mąż patrzy na mnie dziś wieczorem i mówi:
„Jesteś padnięta, co?”
Kiwnęłam głową.
Bo nie mam siły na przemowę motywacyjną.
On robi kolację.
Nie idealną.
Kanapki są krzywe.
Ser wystaje.
Ale robi.
Potem bierze dwójkę pod prysznic.
Trzecie i tak przychodzi do mnie.
Bo „mama lepiej”.
Czasem mam do niego pretensję.
Że nie widzi wszystkiego.
Że ja widzę zawsze więcej.
Że planuję, pamiętam, ogarniam.
Ten niewidzialny etat kierownika życia.
Ale potem wieczorem leżymy wszyscy w jednym łóżku.
Trochę za ciasno.
Trochę za głośno.
Oglądamy bajkę.
Dzieci pachną szamponem i snem.
Jedno zasypia z ręką na moim ramieniu.
Drugie z nogą na brzuchu taty.
Trzecie w pozycji na noworodka….
Patrzę na męża.
Zmęczony.
Też w dresie.
Też cichy.
I myślę sobie:
To jest chaos.
To jest niewyspanie.
To jest syrop rozlany na blacie i pranie, które czeka.
I suszarka… pełna… od wczoraj…
Ale to jest mój chaos.
Nasz chaos. I jutro znowu będę marzyć o hotelu. Ale dziś zostaję tutaj.
31 października
Oj pamiętniczku mój… Oj…
Dziś zrozumiałam coś.
Jesień nie jest o liściach.
Nie jest o świecach i herbacie z malinami…
Nie jest nawet o kocach, które kupiłam „bo taki klimat”.
Jesień jest o tym, że dni są krótsze,
a my jesteśmy bliżej siebie.
Więcej pod kocem. Więcej pod kocem… oj pod kocem to się umie dziać…
Więcej w domu.
Więcej razem.
Latem każdy biegnie w swoją stronę.
Plac zabaw, rowery, grille, znajomi.
Jesienią dom zaczyna żyć nami.
Wieczorem siedzimy przy stole.
Mąż opowiada coś o pracy.
Dzieci przekrzykują się, kto dziś miał „gorszy dzień”.
Ja mieszam herbatę i patrzę na nich wszystkich.
I w głowie szukam numeru do terapeutu z nadzieją, ze będzie wolny termin.
Czasem się kłócimy.
O pilot.
O to, kto nie wyniósł śmieci.
O to, kto znów zostawił mokry ręcznik na łóżku.
Czasem jestem zmęczona jego spokojem.
On moim napięciem.
Ja jego „zaraz zrobię”.
On moim „już trzeba”.
Ale potem patrzę, jak zasypia na kanapie.
I myślę, że może to właśnie jest miłość w wersji jesiennej.
Nie filmowa.
Tylko codzienna.
W weekend przyjechali dziadkowie.
Babcia z torbą pełną „bo się przyda”.
Dziadek z kolejnymi nowinkami o ulubionej drużynie.
Dom był jeszcze głośniejszy.
Jeszcze bardziej pełny.
Jeszcze mniej instagramowy.
I nagle zrozumiałam:
Nie chodzi o idealne muffinki.
Nie o idealne zdjęcia.
Nie o to, czy liście są wystarczająco złote.
Chodzi o to, że kiedyś ten stół będzie za duży.
Koc za szeroki.
Kanapa za cicha.
Kiedyś nie będzie zgubionego zeszytu od przyrody.
Nie będzie kłótni o brązową kurtkę.
Nie będzie małej ręki, która szuka mojej w ciemności.
I może właśnie dlatego jesień jest ważna.
Bo uczy mnie, że bliskość nie potrzebuje filtrów.
To jest chaos.
To jest hałas.
To są krzywe kanapki i za mało miejsca pod kołdrą.
Ale to jest nasze.
I kiedyś będę za tym tęsknić.
Nawet za zeszytem od przyrody.
7 listopada
Mój pamiętniczku….No cóż….
Sezon chorobowy został oficjalnie otwarty.
Nie wiem, kto go otwiera.
Nie wiem, czy jest jakaś wstęga.
Nie wiem o co im chodzi…
Zawsze zaczyna się niewinnie.
Jedno kichnięcie.
A potem domino.
Jedno dziecko kaszle jak gruźlik z XIX wieku.
Tak teatralnie, że spodziewam się listu pożegnalnego.
Drugie twierdzi, że „czuje się dziwnie”.
To oznacza tylko jedno… jutro nie pójdzie do szkoły, ale dziś jednak ma siłę na bajkę i naleśniki.
Trzecie jest zdrowe.
I ma energię za całą trójkę.
Biega wokół kanapy jak satelita, podczas gdy ja próbuję zmierzyć temperaturę komuś, kto właśnie postanowił, że nie współpracuje.
Apteczka wygląda jak mała filia farmacji.
Syropy.
Spraye.
Witamina C w ilości hurtowej.
Plastry z jednorożcem i Spidermanem (bo przecież bez grafiki nie działają).
Termometr, który zaginął w 2019 roku, wciąż pozostaje legendą.
Podejrzewam, że leży obok drugiego buta i zeszytu od przyrody.
A ja?
Ja googluję:
„Ile razy można podać syrop w ciągu dnia?”
„Czy katar może być emocjonalny?”
Oczywiście czytam forum.
Oczywiście żałuję.
Bo według internetu 37,1 to albo nic, albo początek apokalipsy.
Mąż mówi:
„Spokojnie, to tylko przeziębienie.”
Mówi to tonem człowieka, który nie wie, ile razy tej nocy ktoś powie: „Maaamo…”
W nocy zaczyna się koncert.
Kaszel jakby ktoś płuca wyrywał…
Przewracanie się.
Wołanie o wodę.
Wołanie o drugą wodę, bo ta pierwsza była „za mokra”.
O 3:17 siedzę na brzegu łóżka.
Z włosami w każdą stronę świata.
Trzymam małą, gorącą rękę.
I wtedy całe moje zmęczenie robi pauzę.
Bo choć marzę o ciszy,
choć marzę o jednym dniu bez syropu,
to kiedy przytulają się bliżej i szepczą:
„Mamo, jesteś?”
To jestem.
Zawsze jestem.
Nawet jeśli następnego dnia znowu wpiszę w Google:
„Czy 37,2 to już naprawdę koniec świata?”
18 listopada
Oj pamiętniczku… dziś miałam ambitny plan. NAPRAWDĘ miałam…
Postanowiłam zrobić „rodzinny wieczór planszówek”.
Bez telefonów.
Bez telewizora.
Śmiech.
Budowanie więzi.
To o czym się tak teraz mówi, jakie to ważne…
W mojej głowie byliśmy jak reklama banku.
W rzeczywistości byliśmy jak reality show. Brakowało tylko wielkiego brata…
Pierwsze 4 minuty były cudowne.
Naprawdę.
Wszyscy przy stole.
Uśmiechy.
Nawet mąż powiedział: „Fajny pomysł”.
Minuta 5.
Pierwsze oskarżenie o oszustwo,
ktoś przewrócił planszę,
ktoś się obraził na zawsze,
ktoś uznał, że zasady są „niesprawiedliwe i głupie”.
I to „ktoś” zmieniało się dynamicznie.
Ja próbowałam mediować.
Tłumaczyłam zasady.
Liczyłam punkty.
Oddychałam jak na jodze dla początkujących.
W pewnym momencie mąż powiedział:
„Daj spokój, to tylko gra.”
Tylko gra.
Tylko. Gra.
Spróbuj powiedzieć „tylko gra” siedmiolatkowi, który właśnie stracił pionek życia.
Głos mi się podniósł.
Nieznacznie.
Może o pół decybela.
Może o dwa.
„ALBO GRAMY NORMALNIE, ALBO KOŃCZYMY.”
Zgadnij, co wybrali.
Wieczór zakończył się tym, że ja sprzątałam pionki.
Mąż włączył bajkę.
Dzieci już się nie obrażały.
Były skupione. Spokojne. Szczęśliwe.
A ja stałam nad stołem i patrzyłam na tę planszę.
I poczułam coś między rozbawieniem a rezygnacją.
Chciałam idealnego wieczoru…
Czasem mam wrażenie, że próbuję reżyserować wspomnienia.
Ustawić światło.
Napisać scenariusz.
A życie mówi:
„Nie. Dziś będzie improwizacja.”
Rodzinne wspomnienia tworzą się same.
Czasem w chaosie.
Czasem w krzyku.
Czasem przy bajce, której miało nie być.
I choć dziś byłam nerwowa.
Choć nie wyszło tak, jak planowałam.
To kiedy później przyszli po kolei powiedzieć „dobranoc”
i jakby nigdy nic przytulili mnie mocno,
Ta planszówka jednak zadziałała. Tylko po swojemu.
6 grudnia
Mój pamiętniczku…
Mikołaj był. Może nie taki jak te instagramowe, opalone, błyszczące się i mieniące w światłach reflektorów… ale! Był…
Nie wiem, jak to się dzieje, że Mikołaj pamięta o wszystkich dzieciach na świecie,
ale jakoś regularnie zapomina, że matka też ma buty.
I też by chciała coś w nich znaleźć.
Choćby czekoladę.
Tak czekolada wystarczy…
Albo voucher na masaż… ooo stópki najlepiej…
Dzieci wstały o 5:43.
O 5:43.
W sobotę. No przecież w sobotę Mikołajki…
Bo przecież prezenty same się nie obejrzą.
A spanie do 7:00 to przestępstwo… obraza.
Otwieranie.
Krzyk.
Papier. Wszędzie papier…
Próbuję wyglądać na obudzoną z radości, a nie z szoku.
Pierwsze 30 sekund i euforia.
„Wow!”
„Ale super!”
„Mikołaj wiedział!”
Minuta 3.
„To nie ten kolor…”
„Myślałem, że będzie większe.”
„A ja chciałam inne.”
W tym momencie gdzieś w Laponii jeden elf czuje lekkie ukłucie w sercu.
Patrzę na męża.
On patrzy na mnie.
To spojrzenie mówi:
„Nie reaguj gwałtownie.”
„Oddychaj.”
„To tylko dzieci.”
Uśmiecham się jak ambasadorka świąt z reklamy jednego z salonów z biżuterią…
„Kochanie, Mikołaj bardzo się starał.”
W głowie mam:
Mikołaj powinien mieć terapię.
Ja też.
Po godzinie podłoga wygląda jak pole bitwy.
Papier, wstążki, instrukcje w 14 językach.
Dzieci już bawią się czymś zupełnie innym.
Największa radość jest… z pudełka.
Zbieram papier i myślę, że magia dzieciństwa jest piękna.
Następnym razem naprawdę włożę sobie coś do buta sama.
Czekoladę. Diamenty…
20 grudnia
Wchodzimy w tryb świąteczny.
Zrobiłam listę rzeczy do zrobienia.
Nie panikować.
Sprzątanie.
Zakupy.
Prezenty.
Pierogi.
Pierniczki.
Choinka.
Mycie okien, choć nikt przez nie nie patrzy.
Mąż mój to jednak mądry człowiek… siada tyłem do okien i mówi, że wtedy okna są czyste, bo nie widać tego kurzu…
W sklepie tłum jak na wyprzedaży sensu życia.
Każdy pcha wózek z determinacją.
Ja stoję przy mące i próbuję sobie przypomnieć, czy mam już mak.
Biorę drugi. Na wszelki wypadek.
Święta to stan nadmiaru.
W domu dzieci wycinają papierowe gwiazdki.
Wyglądają jak ofiary artystycznej burzy.
Klej jest wszędzie.
Nożyczki tępe.
Entuzjazm ogromny.
Jedno wycina gwiazdę, która przypomina rozdeptaną ośmiornicę.
Drugie twierdzi, że to „nowoczesna forma”.
Ja kiwam głową jak kurator sztuki.
Ba! Padł pomysł, obrazów..sprzedawania obrazów przed domem…
W radiu lecą kolędy.
Za wcześnie.
Ale już się nie bronię.
Mieszam barszcz i zastanawiam się,
Kiedy to jebnie…
Mąż wnosi choinkę.
Zawsze trochę krzywą.
Zawsze „idealną”.
Dzieci dekorują ją z pasją.
Wszystkie bombki w jednym miejscu.
Na wysokości 40 cm.
Dolna część drzewka wygląda jak galeria przepychu.
Góra jak samotna pustynia.
Przez chwilę mam odruch poprawiania.
Przesunięcia.
Rozłożenia proporcji.
I wtedy zatrzymuję rękę.
Bo widzę ich twarze.
Skupione. Dumne.
Jakby właśnie tworzyli najważniejsze dzieło swojego życia.
Poczekałam aż poszli spać…
Zła matka. Zero wyrzutów.
24 grudnia
Mój pamiętniczku… Piękny dziś dzień. Od zawsze Kocham Święta.
Usiedliśmy przy stole.