Księga 6B: Z ofiary wroga do pana młodego
Ta książka jest licencjonowana wyłącznie do Państwa osobistej przyjemności. Nie wolno jej odsprzedawać ani przekazywać innym osobom. Jeśli chcieliby Państwo podzielić się nią z kimś innym, proszę zakupić dodatkowy egzemplarz dla każdego odbiorcy. Jeśli czytają Państwo tę książkę ponownie i nie kupili jej, lub nie została ona zakupiona wyłącznie do Państwa użytku, proszę wrócić do swojego ulubionego księgarskiego i nabyć własny egzemplarz. Dziękuję za uszanowanie ciężkiej pracy autora.
Rozdział Minus Trzy: Przedmowa Autora
Nie ma wątpliwości: ta książka, podobnie jak wszystkie tomy cyklu Ujawnienia Zuriela, jest dziełem fikcyjnym. Starałem się, aby przedstawienie wydarzeń historycznych było możliwie najwierniejsze faktom, jednak tam, gdzie źródła były skąpe, niepewne lub w ogóle nieistniejące, uzupełniłem je wyobraźnią. Proszę więc, aby Czytelnik nie traktował wszystkiego, co przeczyta w tej książce, jako bezwzględnej prawdy historycznej. Zachęcam do weryfikowania faktów.
Tłumaczenie na język polski zostało wykonane przy pomocy Grok AI, z moją osobistą korektą. Jest to więc polszczyzna specyficzna — „poloniańska”, przefiltrowana przez amerykańskie wzorce myślenia i mówienia. Taką właśnie odmianę języka słyszy się często wśród Polonii chicagowskiej. Nie jest to klasyczna, literacka polszczyzna rodem z Krakowa czy Warszawy, ale mam głęboką nadzieję, że mimo to oddaje ducha oryginału i będzie zrozumiała oraz bliska polskim Czytelnikom, zarówno w Polsce, jak i na emigracji.
Być może zastanawialiście się, jak wyglądało życie tych odważnych pionierów — pierwszych Polaków, którzy w połowie XIX wieku opuścili ojczyznę i wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Właśnie dlatego najpierw ukazałem to, co działo się w Prusach, które porzucili. Następnie przedstawiłem wydarzenia z najbliższego sąsiedztwa Walentego, później z reszty Chicago, ze stanu Illinois, a wreszcie z całego kraju. Chciałem, abyście mogli w pełni poczuć atmosferę tego nowego życia, w jakie się zanurzył.
Dodatkową przyjemność sprawi Wam śledzenie losów Walentego Karnowskiego na mapach Polski i Niemiec oraz w Google Earth. Szczególnie polecam miejsca związane z bitwami i ważnymi wydarzeniami historycznymi.
Dziękuję wszystkim, którzy zechcą towarzyszyć Walentemu w jego trudnej drodze z pruskiej niewoli do wolnej Ameryki.
Z wyrazami szacunku
Gerald R. Schmidt
Rozdział Minus Dwa: Przedmowa Anioła Zuriela
Jestem Zuriel, anioł stróż Walentego Karnowskiego, którego życie stanowi spajającą nić tej, poprzednich i kolejnych książek. Ta opowiada o opuszczeniu przez niego ojczyzny i przybyciu do Ameryki. Jako anioł przebywający w obecności Trójjedynego Boga, Który jest Prawdą, wiem znacznie więcej niż wy na ziemi: znam prawdę, a nie powszechnie przyjmowane opinie o wydarzeniach ludzkich. Jestem istotą precyzyjną, dlatego często podaję godziny wschodu i zachodu słońca, najwyższe i najniższe temperatury, prędkości wiatru oraz inne fakty pogodowe — wiem bowiem, jak wielki wpływ mogą one wywierać na ludzkie sprawy.
Cóż, dlaczego piszę te książki? Walenty Karnowski prowadził nadzwyczajne życie, przechodząc przez wiele wydarzeń o historycznym znaczeniu. Chcę pokazać trudy, jakie zmuszono go znosić oraz cały naród polski, którego był częścią. Chcę ukazać wierność Polaków katolickiej wierze Jezusowej. Chcę pokazać, że — względem bogactwa — „wyższa klasa” jest w rzeczywistości klasą niższą, a — względem moralności — „niższa klasa” jest w rzeczywistości klasą wyższą.
Książka ta ma formę dziennika, ponieważ życie człowieka toczy się dzień po dniu. Gdy coś dzieje się w jednym miejscu, gdzie indziej dzieje się coś innego. Problem wielu powieści polega na tym, że np. w rozdziale pierwszym zajmują się one pogodą przez pewien okres, w rozdziale drugim wracają do dnia pierwszego i zajmują się geografią, a w rozdziale trzecim znów wracają do dnia pierwszego i zajmują się panem X itd. Ja opowiadam Wam o rzeczach, które dzieją się jednocześnie.
Jak je piszę? Udzielam natchnienia panu Schmidtowi, a on to wszystko przepisuje.
Rozdział Pierwszy: Walenty ulega poważnemu wypadkowi
Piątek 13 września 1872. Podczas odbudowy Palmer House Walenty stał na rusztowaniu na wysokości trzeciego piętra. Jego wróg, Siegfried Nückel, udając, że chce go minąć, popchnął go za krawędź. Walenty krzyknął, spadając w powietrzu, i uderzył o ziemię. Doznał złamania czaszki oraz złamań prawej nogi i kostki. Krzyk przyciągnął uwagę kilku robotników i wydawało się, że nikt nie widział popchnięcia — koledzy z pracy pospieszyli mu na pomoc. W rzeczywistości jeden mężczyzna — Cahill O’Toole — widział to. Cahill bardzo bał się Nückla, którego robotnicy uważali za tyrana i osiłka.
Jeden z mężczyzn pobiegł do najbliższej budki alarmowej, by wezwać straż pożarną Chicago, która pełniła także funkcję pogotowia ratunkowego. Walentego przewieziono w pośpiechu do Szpitala Powiatu Cook (dla ubogich) przy 18th i La Salle Sts., gdzie zdiagnozowano u niego ciężkie złamanie czaszki. Po podaniu znieczulenia ogólnego przeprowadzono operację, by zapobiec uszkodzeniu mózgu.
Na placu budowy brygadzista przeprowadził dochodzenie w sprawie najbliższych krewnych Walentego. Pojawiło się nazwisko Rzepińskich #2 i polskiego robotnika wysłano, by przekazał im wiadomość. Na szczęście Szymon był w domu, gdyż tego dnia spłacił hipotekę. „Nie radziłbym teraz do niego jechać; mogą jeszcze operować albo nadal być pod znieczuleniem. Spróbujcie jutro” — powiedział i wyszedł.
Z „Chicago Tribune”:
„Depesza z Rzymu podaje, że kardynał Antonelli otrzymał wiadomość od nuncjusza papieskiego w Wiedniu, iż cesarze podczas niedawnej konferencji w Berlinie zgodzili się poprosić Papieża o zerwanie z jezuitami. Obiecali wstawić się u Włoch w sprawie zagranicznych zgromadzeń zakonnych w Rzymie.”
*
„Papież Pius IX ostatecznie porzucił plany opuszczenia Rzymu.”
*
„Alarm z skrzynki 148, krótko po 13:00 wczoraj po południu, został spowodowany pojawieniem się ognia w kuźni Heining & Borgen przy 512 W. Chicago Ave. — jednopiętrowym drewnianym budynku z piwnicą poniżej poziomu chodnika, używanym jako stajnia. W tej części budynku znajdowały się dwa konie, oba uległy zniszczeniu. Jeden należał do firmy kowalskiej, drugi do panów Smith & Loher. To ostatnie zwierzę było warte 400 dolarów i nie było ubezpieczone. Budynek został uszkodzony w ponad 50% i dlatego stanowi całkowitą stratę, gdyż przepisy przeciwpożarowe zabraniają jego naprawy.
Całkowita strata Heining & Borgen wynosi około 1500 dolarów, ubezpieczenie 1000 dolarów w Brewers’ of Milwaukee. Przyczyną pożaru były iskry wylatujące z kuźni do sterty siana w piwnicy. Mogłoby dojść do bardzo niszczycielskiego pożaru, gdyby nie obecność ceglanego budynku, który stanowił solidną ścianę bez okien, powstrzymującą płomienie. Parowiec (wóz strażacki) jest pilnie potrzebny w okolicach mostu na Chicago Ave., które są gęsto zaludnione i zabudowane drewnianymi domami.”
*
Pruscy okupanci urządzili ceremonię w zamku w Malborku upamiętniającą zajęcie tej części Polski, znanej dotąd jako Prusy Królewskie.
Sobota, 14 września 1872. Podwyższenie Krzyża Świętego.
W Szpitalu Powiatu Cook Walenty Karnowski leżał w łóżku i myślał, na ile pozwalał mu na to otumaniony lekami umysł. Czuł się winny i chciał jak najszybciej pójść do spowiedzi, by wyznać swój grzech z Marcyanną, ale nie był w stanie mówić.
W jego karcie wpisano pewne informacje: Religia: katolicka. Języki: polski, niemiecki i angielski — w tej kolejności biegłości. Czeski benedyktyni z kościoła św. Jana Nepomucena w pobliskim Bridgeport odwiedzali katolickich pacjentów i akurat trafił tam proboszcz ks. William Čoka OSB.
Spojrzał na kartę Walentego, potem na opatrunek gipsowy wokół czaszki i zapytał po niemiecku: „Czy chciałbyś się wyspowiadać? Jeśli tak, podnieś rękę”. Walenty podniósł. Ks. Čoka złapał pielęgniarkę i poprosił o przenośny blat do pisania, ołówek i papier.
Gdy przyniesiono, wyjaśnił: „Przejdę przez przykazania, wymieniając grzechy przeciwko każdemu, które są często popełniane. Podniesiesz rękę, gdy coś do ciebie pasuje. W przypadku grzechów śmiertelnych wypiszesz okoliczności”. Gdy ksiądz dotarł do szóstego przykazania, Walenty napisał sporo. Ksiądz zapytał: „Czy masz zamiar ożenić się z tą kobietą?”
Walenty dał znak: „Tak”.
„Za pokutę odmówisz różaniec, a gdy tylko będziesz mógł mówić, poprosisz ją o rękę”. Potem udzielił Walentemu Komunii Świętej i sakramentu namaszczenia chorych (ostatniego namaszczenia). Ksiądz odszedł, a Walenty wszedł w stan komunii z Jezusem, który napełnił go głębokim pokojem.
*
Marcyanna, Józef i Rzepińscy #2 nie zebrali się w domu przy Huron St., by uczyć się angielskiego. Zamiast tego, gdy skończyli pracę w południe, poszli prosto do Szpitala Powiatu Cook przy 18th i La Salle Sts., by zobaczyć Walentego. Leżał w wąskiej, otwartej sali z rzędem łóżek na metalowych ramach pod obiema ścianami, jak okiem sięgnąć, oraz dodatkowymi stłoczonymi pośrodku pomieszczenia. Ramy kiedyś były białe, ale częste użytkowanie odłupało sporą część farby.
Osoba wychowana w Ameryce pokręciłaby głową z dezaprobatą na widok warunków, ale dla tych przesiedlonych chłopów sytuacja wydawała się niewiele gorsza od nieba. Żeby miasto oferowało darmową pomoc medyczną w takim wspaniałym miejscu!
Miał gips na głowie, który pozwalał mu nieco poruszać żuchwą, oddychać przez nos i widzieć. Marcyanna i Anna na ten widok wybuchły płaczem. Pielęgniarka powiedziała: „Nie zmuszajcie go do odpowiadania. Poruszanie żuchwą powoduje, że złamane kości czaszki nie zrastają się prawidłowo”. Na szczęście wszyscy znali już na tyle angielski, by ją zrozumieć.
Marcyanna wzięła więc jedną jego rękę, Anna drugą i po prostu je trzymały, podczas gdy wszyscy patrzyli na niego i informowali o nowinach. Z czasem mieli się zorientować, że upadek rzeczywiście wpłynął na jego iloraz inteligencji, który spadł z około 180 do około 99.
Między innymi zauważyli, że stracił zainteresowanie ideami abstrakcyjnymi na rzeczy fizycznych — tego świata, z którym styka się się przez pięć zmysłów; nie był w stanie lub nie chciał używać złożonych zdań. Jego słownictwo ograniczyło się do bardziej pospolitych słów zamiast bardziej skomplikowanych. Na przykład, kiedyś powiedziałby „Zniweczył plan”, teraz mówiłby „Zatrzymał plan”. On, który kiedyś potrafił i pragnął oddawać się bezsłownej kontemplacji przed Najświętszym Sakramentem, teraz wolał znajome modlitwy — te, które ktoś napisał.
*
Marcyanna spieszyła się na spowiedź do kościoła św. Stanisława Kostki. Trwała ona od 16:30 do 18:00. Opuściła szpital i poszła tam prosto, podczas gdy pozostali wrócili do domu.
Czuła się zakłopotana, czekając w kolejce, pewna, że ks. Bakanowski rozpozna jej głos. „Ale z drugiej strony, jak mógłby? Jestem jedną z setek kobiet w tej parafii. Nie miałam z nim żadnych osobistych rozmów” — powiedziała sobie.
„Błogosław mnie, Księże Duchowny, bo zgrzeszyłam” — powiedziała zwykłą formułą wstępną. „Minął miesiąc od mojej ostatniej spowiedzi. Och, Księże, współżyłam z mężczyzną!” — wyrzuciła z siebie.
„Rozumiem, że to nie jest twój mąż?”.
„Nie. Jesteśmy niedawno przybyłymi imigrantami i żadne z nas nie jest małżeństwem. Należymy do małej grupy, która spotyka się towarzysko”.
„Czy planujecie się pobrać?”
„Nigdy o tym nie wspominał. W Europie swat załatwiłby sprawę. Tutaj nie wiem, co będzie”.
„Czy chciałabyś za niego wyjść?”
„Tak. Mimo tego, co się stało, wierzę, że bylibyśmy dobrą parą. Możemy się szanować”.
„Gdy go zobaczysz, przyprowadź go do mnie. Towarzysz mu. Za pokutę odmów różaniec. Teraz odmów Akt Żalu”.
Niedziela, 15 września 1872. 17. niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego.
Skrzydło anarchistyczne Pierwszej Międzynarodówki odbyło dziś i jutro odrębny kongres w St. Imier w Szwajcarii. Od tego momentu marksistowski i anarchistyczny nurt socjalizmu miały odrębne organizacje, w różnych momentach włącznie z rywalizującymi „międzynarodówkami”. Ten rozłam bywa nazywany podziałem na „czerwonych” i „czarnych” — czerwoni to marksiści, czarni to anarchiści.
Bismarck, usłyszawszy o rozłamie w Pierwszej Międzynarodówce, zauważył: „Ukoronowane głowy, bogactwo i przywileje mogą się słusznie trząść, gdyby kiedykolwiek znów zjednoczyli się Czarni i Czerwoni!”. Anarchiści ogłosili się prawdziwymi spadkobiercami Międzynarodówki. Przyjęto program Bakunina, Marksa wykluczono pośrednio, a anarchistyczna Pierwsza Międzynarodówka będzie działać do 1877 roku.
Wtorek, 17 września 1872. Z „Chicago Tribune”:
„Linia omnibusów obywatelskich kursująca Milwaukee Ave. powiększyła wczoraj swój tabor o 12 nowych, lśniących powozów.”
Piątek, 20 września 1872. Z „Catholic Encyclopedia” z 1913 roku:
„Dziś pruski episkopat, zebrany w Fuldzie na doroczne spotkanie, wydał memoriał do wszystkich niemieckich państw, w którym omówiono w całości ostatnie antykościelne środki, poddano je osądowi opinii publicznej i dostarczono dowodów, że prawa Kościoła, dotąd uznawane zarówno w prawie międzynarodowym, jak i krajowym, zostały poważnie naruszone.”
Dziś rozpoczął się pierwszy dzień kongresu starokatolików w Kolonii. Zgranie w czasie z tymi spotkaniami katolickimi wydaje się być zaplanowane w jakimś konkretnym celu.
Sobota, 21 września 1872. Był to ósmy dzień od wypadku Walentego. Marcyanna, Józef i Rzepińscy #2 spotkali się przy łóżku Walentego w Szpitalu Powiatu Cook, by uczyć się angielskiego za pomocą „Chicago Tribune”. Walenty nadal nie był w stanie odpowiadać, ale wydawało się, że i tak rozumie. Albo po prostu był wdzięczny za towarzystwo. Trudno im było to ocenić.
Z „Chicago Tribune”:
„Na wczorajszym posiedzeniu kongresu starokatolików w Kolonii dr Soult został wybrany prezesem, a drowie Petrie i Kornellius wiceprezesami. Kongres zakończył obrady dziś. Powołano komitet złożony z drów Döllingera, Frederica i innych, którego zadaniem będzie zapewnienie zjednoczenia wszystkich chrześcijan w ruchu starokatolickim.”
*
„Wczoraj z wielkim entuzjazmem obchodzono rocznicę zajęcia Rzymu przez wojska włoskie. Miasto było bogato udekorowane. Papież przyjmował wizyty kondolencyjne od swoich zwolenników i zwrócił się do odwiedzających, lamentując nad nieszczęściami Kościoła katolickiego i niesprawiedliwością wyrządzoną mu przez rząd włoski.”
*
Dziś otwarto budynek Richardsa, Shawa i Winslowa na północno-wschodnim rogu State i Madison Sts. Z czasem zajmie tę parcelę Marshall Field & Co. Róg ten zyska reputację najruchliwszego na świecie — o każdej porze dnia panuje tam ogromny ruch pieszych.
Niedziela, 22 września 1872. 18. niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego. Z „Chicago Tribune”:
„Budowa Palmer House na południowo-wschodnim rogu State i Monroe Sts. postępuje powoli z powodu charakteru kontraktu na materiały. Tylna część jest ukończona z wyjątkiem ostatniego piętra, a na froncie kamień jest położony na wysokości czterech pięter. Całość ma zostać przykryta dachem za około dwa miesiące. Architekt uważa, że budynek będzie prawie gotowy na początek nowego roku, a jako dodatkową zachętę pan Palmer zaoferował wykonawcy premię w wysokości 2500 dolarów za skrócenie terminu kontraktów o dwa miesiące.”
Zatem Walenty nadal jest zatrudniony przy jego budowie, choć na urlopie okolicznościowym.
*
„Związek cieśli wydaje się bliski uzyskania wyższych wynagrodzeń dla wykwalifikowanych pracowników bez konieczności strajku. Większość pracodawców już wyraziła zgodę na żądania związku, a pozostali, jak się wydaje, będą musieli pójść w ich ślady. Niemniej jednak stała stawka 4 dolarów za dzień nie będzie obowiązywać wszystkich; choć powszechnie przyznaje się, że kompetentni mechanicy mogą liczyć na takie wynagrodzenie, żaden wykonawca nie może być zmuszony do płacenia tego samym nieudolnym pracownikom.
Związek wybrał odpowiedni moment. Prawie każdy budynek jest już pod dachem i czeka tylko na wykończenie wnętrz, by stać się zdatnym do zamieszkania. Przez całe lato zapotrzebowanie dotyczyło głównie cieśli niewykwalifikowanych — takich jak Walenty — których obowiązki ograniczały się do chodników i belek stropowych, zadań wymagających niewielkich umiejętności, które zwykli robotnicy mogli wykonywać w miarę dobrze. Ale tacy ludzie są bezużyteczni przy pracy stolarskiej, dlatego prawdziwy rzemieślnik, zdolny do wykonywania precyzyjniejszych prac, nie będzie miał problemu z uzyskaniem pożądanych 4 dolarów za dzień.
Trudność tkwi w samym związku, który domaga się jednakowych wynagrodzeń dla wszystkich — wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Jest to jawnie niesprawiedliwe i nie da się wyegzekwować. Szefowie, choć niezorganizowani, twardo odmawiają tej warunków. Strajk niewiele by ich kosztował, gdyż każdy kontrakt przewiduje, że w razie takich kłopotów wykonawca nie ponosi odpowiedzialności — strata spada na właścicieli budynków. Ale właściciele, pragnący szybkiego ukończenia i zajęcia lokali, raczej nie będą energicznie sprzeciwiać się podwyżce.
Kilku jest upartych; pewien prawnik, podsłuchany przez reportera »Tribune«, przysięgał, że »piekło zamarznie, zanim zgodzi się na podwyżkę«. Niemniej jednak, gdy wczoraj wieczorem przedstawiono ultimatum, lepszym pracownikom odpowiedziano przychylnie. Wykonawcy są pewni, że gdyby gorszych robotników spotkał strajk, ich miejsca można by łatwo wypełnić zdolnymi cieślami. Związek nigdy jeszcze nie doprowadził strajku do sukcesu i ta próba nie zapowiada się lepiej. Sama groźba przyciągnęła do Chicago setki cieśli i nie ma obaw, że prace w Spalonej Dzielnicy zostaną wstrzymane.”
*
„Między 23:00 a 24:00 zeszłej nocy młody mężczyzna o nazwisku Charles Lowe, mieszkający przy 454 N. Green St., został dźgnięty nożem i ciężko ranny w kłótni niedaleko rogu Morgan i Madison Sts. Towarzysz, który próbował mu pomóc, został powalony i pobity po głowie. Z jego zeznań wynika, że Lowe i kilku innych przebywało w stodole przy Morgan St., gdzie zamierzali spędzić noc i wcześnie rano wyruszyć na wieś.
Około 23:00 Lowe z dwoma towarzyszami opuścił stodołę i gdy stali na chodniku, jeden z nich zakaszlał lub kichnął. Kaszel został naśladowany przez kogoś z grupy młodych mężczyzn po drugiej stronie ulicy i z tego głupiego powodu wybuchła kłótnia.
Lowe, jak podano, wyzwał ich, by powtórzyli czyn, a oni w odpowiedzi wezwali Lowe’a, by spotkał się z nimi na środku ulicy. Przyjął pośrednie wyzwanie do walki i w mniej niż 5 minut został dźgnięty nożem po wymianie kilku ciosów z jednym z przeciwników. Napastnicy uciekli. Lowe’a zabrano do jego mieszkania, gdzie zajął się nim dr Ben C. Miller. Ranę znaleziono w lewym boku powyżej biodra — nóż przebił brzuch. Rokowania co do jego wyzdrowienia są niemożliwe.”
*
„Francuscy misjonarze w Chinach zdobywają wielu neofitów dzięki magicznemu napojowi uzyskanemu z serc i wnętrzności dobrych buddystów, których zamordowali. Zarabiają też sporo pieniędzy, eksportując oczy swoich ofiar do Europy, gdzie — jak każdy wie — mongolskie oko, przyłożone do ołowiu, natychmiast zamienia go w srebro. Nieochrzczeni Niebiańscy zamierzają pomścić te krzywdy, zabijając paryskich emisariuszy Diabła.”
Tekst ukazał się jako rzeczywista notatka prasowa; nie jest wyrwany z kontekstu. — GRS.
*
Ostatni dzień kongresu starokatolików w Kolonii. Główną siłą napędową tego i wszystkich późniejszych zgromadzeń organizacji był John Friedrich von Schulte, profesor dogmatyki w Pradze. Friedrich von Schulte podsumował wyniki kongresu w następujący sposób:
• Wierność starożytnej wierze katolickiej;
• Obrona praw katolików jako takich;
• Odrzucenie nowych dogmatów;
• Wierność konstytucjom starożytnego Kościoła z odrzuceniem każdego dogmatu wiary niezgodnego z aktualną świadomością Kościoła;
• Reformę Kościoła z konstytucyjnym udziałem laikatu;
• Przygotowanie drogi do zjednoczenia wyznań chrześcijańskich;
• Reformę kształcenia i pozycji duchowieństwa;
• Wierność państwu wobec ataków ultramontanizmu;
• Odrzucenie Towarzystwa Jezusowego;
• Uroczyste stwierdzenie roszczeń katolików jako takich do rzeczywistego majątku Kościoła i tytułu do niego.
Po tym nastąpiły kroki mające na celu uzyskanie uznania starokatolików przez różne rządy; ówczesna ogólna atmosfera ułatwiła uzyskanie takiego uznania od Prus, Badenii i Hesji. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. — GRS.
Wtorek, 24 września 1872 r. Świt nadszedł o godzinie 5:41.
Szymona Rzepińskiego #2 oraz pozostałych robotników pracujących przy Palmer House zwolniono na czas lunchu. Deszcz zacinał poziomo w budynek, uniemożliwiając jakąkolwiek pracę. Powierzchnie chodzone stawały się śliskie i niebezpieczne. Wiatr wybił już osadzone szyby okienne, co stwarzało kolejne zagrożenie.
W drodze do domu Szymon widział szkody strukturalne: fragmenty dachów leżące na ulicy, zwalone ceglane kominy, drewniane chaty pozbawione sidingu.
Mężczyźni musieli wysiąść z tramwaju, by usunąć powalone drzewo i liczne gałęzie. Zauważył co najmniej jedno wyrwane z korzeniami drzewo na podwórzu. Koń z trudem walczył z wichrem. Wszyscy wstrzymywali oddech, gdy zwierzę musiało zaprzeć się z całych sił, by utrzymać pozycję. „Czy kiedykolwiek wrócimy do domu?” — to pytanie nurtowało wszystkie umysły.
Powyrywane linie telegraficzne; w niektórych miejscach na przewodach spoczywały kawałki drewnianych budynków, które tylko czekały, by je zerwać.
Bryczki i wozy były poprzewracane lub leżały w kawałkach, rozbite o robotnicze chaty.
Ranne konie, uwolnione z pojazdów, które kiedyś ciągnęły, błąkały się bez celu, żałośnie rżąc.
Markizy — teraz jedynie strzępy — zwisały bezwładnie na ramach. Najróżniejsze szyldy zaśmiecały ulicę.
Ludzie, którzy mieli pecha znaleźć się na ulicy pieszo, stawiali czoła ogromnym trudnościom w poruszaniu się, a nawet w utrzymaniu równowagi.
Szymon nie mógł się doczekać powrotu do domu, by opowiedzieć o wszystkim Annie, a w sobotę — Walentemu.
*
Z „Chicago Tribune”:
„Związek Cieśli wstrzymał pracę w sobotę wieczorem, postanawiając domagać się 4 dolarów dziennie. Pracodawcy mieli niedzielę na podjęcie decyzji, czy ustąpić, a w poniedziałek większość odmówiła, nakazując robotnikom zaakceptować starą stawkę lub szukać pracy gdzie indziej.
Niektórzy pracodawcy, pod naciskiem zaniepokojonych właścicieli budynków — takich jak Stowarzyszenie Izby Handlowej, Pacific Hotel Co., Tribune Co. oraz właściciele Oriental Block — zgodzili się na podwyżkę, by uniknąć opóźnień. Kilku innych złożyło warunkową obietnicę i wielu ludzi podjęło pracę na tej podstawie. Cieśle spoza związku również zażądali podwyżki, a gdy im odmówiono, wielu wstąpiło do Związku; niemal 200 nowych członków zostało zaprzysiężonych w jednym dniu w Turner Hall przy Roosevelt Rd.
Szacunki liczby bezrobotnych cieśli sięgały 2000, co prawdopodobnie jest niedoszacowaniem, zważywszy że sam Związek nr 1 liczy ponad 1500 członków. Zwykli cieśle z młotkiem i piłką, pominięci w negocjacjach, zażądali dodatkowych 50 centów, lecz ich roszczenia wyśmiano, toteż przyłączyli się do strajku.
W Związku najlepsi muszą stać murem za najgorszymi, więc zdolni mają «dźwigać biedaków na swoich grzbietach». Pracodawcy są przekonani, że strajk nie potrwa tygodnia; robotnicy są równie pewni, że wytrzymają. Niektórzy mają oszczędności, lecz większość nie ma nic i grozi im nędza, jeśli bezrobocie się przedłuży. Inne związki przyrzekły wsparcie poprzez Trades’ Assembly, obiecując składki na zebranie funduszy w razie potrzeby.
Niewielu cieśli przybyło dotychczas z zewnątrz miasta, lecz wkrótce spodziewanych jest więcej, co zatka rynek i wielu uniemożliwi znalezienie pracy zimą. Nędza nadejdzie — i spadnie na samych robotników. Już teraz niektóre budynki stoją bezczynnie, lecz pracodawcy donoszą, że z niewielkim trudem zapełniają miejsca zastępcami.
Zgłoszenia w Biurze Zatrudnienia były nieliczne, co sugeruje, że kontrahenci zabezpieczyli sobie wystarczającą pomoc. Dla gorszych robotników strajk jest już przegrany, a za tydzień będzie jedynie wspomnieniem tych, którzy stracili posady i zostawili rodziny w niedostatku.”
*
„Na wczorajszym posiedzeniu Rada Robót Publicznych przyznała kontrakt na umocnienie i zasypanie Milwaukee Ave. od Division St. do Damen Ave. firmie P. C. McDonald po 48½ centa za jard³ wypełniaka oraz 16 dolarów za kord drewna na ściany oporowe. Kontrakt na brukowanie tej samej ulicy otrzymał J. McBean po 1,30 dolara za jard².”
To jest par excellence polska ulica handlowa. Właśnie tu Baruch Ranberg, sąsiad Rzepińskiego #2, prowadzi swój sklep. Oczywiste, że dotąd ulica była niebrukowana.
*
„Prymarnie (republikanów liberalnych?) w 15. okręgu odbyły się w remizie strażackiej przy Chicago Ave. niedaleko Milwaukee Ave. Prymarnie demokratyczne w 15. okręgu odbyły się u Henry’ego Hoffa, 859 N. Milwaukee Ave. Chris Casselman jest odpowiedzialny.”
Piątek, 27 września 1872 r.
Marcyanna powinna dziś mieć miesiączkę. Nie dostała jej. Zamiast tego obudziła się z metalicznym posmakiem w ustach. W pracy ze zdumieniem zauważyła, jak często musi chodzić do toalety.
Z „Chicago Tribune”:
„Rząd (niemiecki) wydał rozkaz wstrzymania uposażenia biskupa Warmii (bp. Krementz — GRS).”
Sobota, 28 września 1872 r. Św. Wacław. Dzień suchy. Marcyanna obudziła się z obolałymi piersiami i poczuciem nudności.
Z „Chicago Tribune”:
„W środę komitet Związku Cieśli i Stolarzy, który strajkuje od pięciu dni, wydał wezwanie do towarzyszy pracy, by zebrali się wczoraj rano w Turner Hall przy W. 12th St. w celu demonstracji poparcia dla swoich żądań. W odpowiedzi zebrało się od 400 do 500 mężczyzn; ściany sali były pięknie udekorowane. O godzinie 11:00 uformowano pochód, a główny marszałek, pan W. J. Finicue, wydał komendę do wymarszu.
Pochód otwierała orkiestra Great Western Light Guard. Na czele niesiono błękitny sztandar, na którego awersie widniały słowa: «Związek Cieśli i Stolarzy, założony 4 stycznia 1872», a na rewersie — godło stowarzyszenia. Trasa pochodu prowadziła: na wschód 12th St. do Wabash Ave., stamtąd na północ do Washington St., na zachód do Wacker Dr. (350 W.), na północ, potem na wschód Wacker Dr. (300 N.) do Clark St., stamtąd na północ do Chicago Ave., na zachód do Orleans St. i na południe do Kinzie, na wschód do Wells St., na południe do Madison, na zachód do Halsted i z powrotem do punktu wyjścia przy zachodniej 12th St.
Mężczyźni swą mężną postawą i dobrym wyglądem wzbudzali powszechnie przychylne komentarze. Cieśle pracujący na budynkach wzdłuż trasy pochodu byli wygwizdywani przez demonstrantów; padały okrzyki takie jak «Przestańcie pracować!», «Złaźcie stamtąd!», «Zrzucajcie ich!», lecz marszałkowie natychmiast je uciszali.
Gdy pochód znalazł się naprzeciwko budynku Izby Handlowej, zatrzymał się i trzykrotnie wzniósł okrzyki na cześć pana Walwortha, który jako pierwszy ustąpił przed żądaniem strajkujących o 4 dolary dziennie. Tyle samo okrzyków otrzymali cieśle pracujący w tym budynku, a orkiestra zagrała żywą melodię.
Od początku ruchu doszło już do kilku prób przemocy. Wczoraj podjęto próbę zastraszenia robotników pracujących przy Portland Block oraz przy dworcu Michigan Southern Railway. Ludzie pracowali spokojnie przez cały dzień, lecz zostali napadnięci, gdy wracali wieczorem do domów.”
*
Inny artykuł:
„Strajkujący cieśle wyszli wczoraj w uporządkowanym pochodzie, korzystając z amerykańskiego przywileju żądania własnej ceny za swoją pracę. Lecz armia ich braci, przewyższająca uczestników demonstracji w stosunku pięciu do jednego, była zbyt zajęta naszą Wielką Odbudową, by poświęcić dzień na uliczne widowisko, i wolała pracować na najlepszych możliwych warunkach, niż dryfować ku zimie wśród bezrobotnych. To wolny kraj i każdy człowiek może sam decydować w sprawie tak prostej, że pojmuje ją nawet najskromniejszy umysł.”
*
„Józef Kabacky, ośmioletni chłopiec, został wczoraj po południu tak ciężko ranny, gdy na rogu Carpenter St. (914 N.) przejechał go spanikowany zaprzęg, że konieczne było amputowanie lewej nogi, lewej ręki oraz dużego palca prawej stopy. Oprócz tych straszliwych obrażeń odniósł także ciężką ranę głowy.” Chłopiec mieszka przy 870 W. Chestnut. Walenty mieszka pod numerem 918.
Marcyanna, Józef i państwo Rzepińscy spotkali się z Walentym w Szpitalu Powiatu Cook, by uczyć się angielskiego. Rozmowa kręciła się wokół wiadomości z „Tribune” o strajku cieśli. Rzepiński powiedział:
— No, Walenty, ominęła cię cała zabawa.
Dotychczas Walenty nie był w stanie odpowiadać. Ku zdumieniu wszystkich odezwał się:
— Pracowałbym dalej.
Józef wykrzyknął:
— Walenty, ty mówisz! — A potem zapytał: — Czyli byłeś zadowolony ze swojej płacy?
— Tak.
Rzepiński #2 podsumował:
— No cóż, leżenie tu ma swoje zalety: uniknąłeś fizycznego ataku.
Potem dodał:
— Nigdy nam nie powiedziałeś, jak doszło do tego wypadku. Czujesz się już na tyle odległy od tamtego wydarzenia, by o nim porozmawiać?
— Byłem na rusztowaniu. Na poziomie trzeciego piętra. Ten Niemiec, Siegfried Nückel… popchnął mnie… za krawędź.
Wszyscy zamilkli wstrząśnięci.
— Czy byli jacyś świadkowie? — zapytała Marcyanna.
— Nie wiem.
— W każdym razie powinniśmy zawiadomić policję. Ten człowiek musi zapłacić za swoje przestępstwo — powiedział Józef.
— Taka rzecz nie może ujść bez kary; będziesz potrzebował adwokata — dodała Marcyanna.
Rzepiński #2 stwierdził:
— Nie ma polskich adwokatów. A poza tym są drodzy. Masz pieniądze, żeby któregoś wynająć?
— Nie mam — odparł Walenty.
Józef powiedział:
— Pamiętasz, jak tamci bandyci pobili ks. Juszkiewicza? Państwo wyznaczyło mu adwokata za darmo. Najwyraźniej uważa, że każdy człowiek ma prawo do obrony.
Marcyanna:
— Użyjcie rozumu: kiedy ktoś pracuje za darmo, serce mu nie leży do roboty. A chociaż tamci bandyci byli winni, wszyscy wyszli na wolność. Tego samego możemy się spodziewać.
— Nie zamierzam tego tak zostawić. Zobaczę, co da się zrobić, żeby tego człowieka postawić przed sądem — oznajmił Rzepiński.
Gdy goście zaczęli się zbierać do wyjścia, Walenty powiedział:
— Marcyanno, zostań. Wy inni — zaczekajcie na zewnątrz.
Rozdział Drugi: Walenty oświadcza się
Gdy tamci odeszli, Walenty powiedział:
— Marcyanno, przepraszam… za to, co zrobiłem. Wiesz… jestem nieśmiały. Chcę… się z tobą ożenić. Wyjdziesz… za mnie?
Jej oczy wypełniły się łzami. Wzięła jego rękę w obie swoje i odrzekła:
— Walenty, to była też moja wina. Tak, z radością wyjdę za ciebie.
Z wystającej spod gipsu części ust dało się go pocałować — i uczyniła to.
— Teraz wezwij… resztę z powrotem.
Zeszła długą salą, przez drzwi, na korytarz i powiedziała:
— Wracajcie do łóżka chorego. Jest nowina!
Walenty przywołał Marcyannę do swego boku i ujął jej rękę. Oboje zwrócili się ku pozostałym, a Walenty oznajmił:
— Bierzemy… ślub!
Anna Rzepińska podbiegła do Marcyanny i uściskała ją serdecznie. Joseph Jażdżewski i Szymon Rzepiński #2 podeszli do Walentego i uścisnęli mu dłonie.
Na ulicy wrzało od podekscytowanych rozmów o oświadczynach Walentego.
— Szczerze mówiąc, wszyscy się tego spodziewaliśmy — podsumował Szymon.
Potem dodał:
— Nie chcąc zmieniać tematu, ale zobowiązuję każdego z was, byście wypytali, co da się zrobić, żeby postawić domniemanego zabójcę Walentego przed sądem — i wszyscy przyrzekli, że tak uczynią.
*
Później tego dnia Szymon udał się do domu swego wuja, Szymona Rzepińskiego #1, i opowiedział mu, co przytrafiło się Walentemu. Poprosił żonę wuja, Józefinę, o pożyczenie konia i bryczki. Oczywiście zgodziła się chętnie. W tamtych czasach więzi rodzinne były silniejsze. Pojechał do domów Edwarda Wilkoszewskiego przy Harrison i Des Plaines Streets oraz Piotra Kiołbassy przy 1301 W. Blackhawk. Wyjaśnił im, co stało się z Walentym. Obaj od dawna mieszkali w Ameryce, byli wyjątkowo inteligentni, dobrze władali angielskim i orientowali się w amerykańskim życiu.
Kiołbassa powiedział:
— Musimy natychmiast udać się na policję i zgłosić sprawę.
*
Na posterunku Kiołbassa podszedł do dyżurnego i oznajmił:
— Chcemy zgłosić usiłowanie zabójstwa.
— Na czyim życiu dokonano zamachu?
— Na życiu naszego przyjaciela, Walentego Karnowskiego.
— A kto miał rzekomo dokonać tego usiłowania?
— Pewien niemiecki imigrant: Siegfried Nückel.
— Kiedy to się wydarzyło?
— Trzynastego września.
— Dziś jest dwudziesty ósmy. Dlaczego czekaliście tak długo?
— Nasz przyjaciel miał złamanie czaszki, a głowa wciąż jest w gipsie. Leży w Szpitalu Powiatu. Częściowo nie mógł mówić, a częściowo mu odradzano, by nie mówić — dla dobra gojenia się czaszki. Dziś wypowiedział pierwsze słowa. Opowiedział nam o wszystkim i od razu przyszliśmy tutaj.
Dyżurny poprosił o szczegóły, a oni podali mu tyle, ile wiedzieli. Funkcjonariusz sporządził raport.
Piotr Kiołbassa wyjaśnił:
— Łatwo będzie doręczyć Nücklowi wezwanie na rozprawę, ponieważ pracuje przy budowie nowego Palmer House.
— Najpierw ten raport musi trafić do prokuratora okręgowego, zanim kogokolwiek aresztujemy — odparł policjant. Po spisaniu nazwisk i adresów wszystkich odprawił ich słowami:
— Zostaniecie powiadomieni listownie o terminie rozprawy.
Gdy przyszło do aresztowania Nückla, nie wiedzieli, gdzie mieszka. Aresztowanie miało nastąpić najwcześniej w poniedziałek rano.
Na zewnątrz Kiołbassa powiedział:
— Nie ma sensu wnosić oskarżenia cywilnego przeciwko Nücklowi. Nie ma on pieniędzy, by wynagrodzić Walentemu szkodę. Najlepsze, na co możemy liczyć, to posłać go na długo do więzienia.
Rzepiński #2 stwierdził:
— Zatem musimy znaleźć adwokata. Jedno, czego powinniśmy unikać, to adwokat lub sędzia niemieckiego pochodzenia — z oczywistych powodów.
Wilkoszewski odparł:
— Nie, państwo będzie miało własnego oskarżyciela. Nie mamy nic do powiedzenia ani w sprawie sędziego, ani prokuratora, ani tym bardziej składu ławy przysięgłych. Musimy się modlić, by żaden z nich nie był Niemcem. Walenty może zostać wezwany na świadka. Powinniśmy dążyć do jak najszybszego terminu rozprawy, by Walenty stanął przed sądem jeszcze w gipsie.
To dobry moment, by opowiedzieć coś o Siegfriedzie Nücklu. Miał trzydzieści pięć lat i był żonaty z Brunhildą Neubauer. Oboje przybyli do Chicago ponad dziesięć lat wcześniej, gdy Niemców było tu jeszcze niewielu. Dlatego dość dobrze opanowali angielski, choć w wersji pospolitej, ulicznej. Mieli troje dzieci. Mieszkali przy 1639 W. Pierce St. i należeli do luterańskiego kościoła Bethlehem przy 1649 W. Le Moyne. Na nabożeństwa chodzili dwa razy do roku: na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Pochodzili z wioski niedaleko Kamienia Krajeńskiego, tak jak wielu innych parafian ich kościoła. Co ciekawe, wielu członków pobliskiej parafii św. Stanisława Kostki również wywodziło się z tej samej okolicy.
Pierwotnie przybyli spod Stuttgartu do Kamienia, zwabieni obietnicą rządu o darmowej ziemi dla niemieckich kolonistów. Ziemię tę skonfiskowano polskim właścicielom i podzielono. Jednak im się nie powiodło, a rząd oznajmił, że zabiera ją z powrotem. Nückel z żoną uważali, że życie traktuje ich niesprawiedliwie, i to właśnie z tego źródła brała się jego postawa „z żalem na ramieniu”.
Z „Chicago Tribune”:
„List z Berlina donosi, że podczas przyjęcia niedawnej cesarskiej pary osiem osób udusiło się, a piętnaście odniosło śmiertelne rany. Konna policja raz szarżowała na tłumy z dobytymi szablami.”
*
„Negocjacje między Stolicą Apostolską a rządem Rosji postępują zadowalająco. Kwestia utworzenia nuncjatury w Petersburgu nie została jeszcze rozstrzygnięta.”
Niedziela, 29 września 1872 r. XIX niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego. Święty Michał Archanioł.
Przez cały dzień Marcyanna czuła zmęczenie i nieodpartą ochotę na ciasto jagodowe z ogórkami kiszonymi.
*
Przed Mszą św. Rzepiński #2 podszedł do ks. Bakanowskiego i opowiedział mu o Walentym. Zapytał:
— Księże, czy mógłby Ksiądz poprosić wiernych, by modlili się o uznanie winy domniemanego zabójcy Walentego i o zesłanie go do więzienia? Inaczej mówiąc, o to, by sprawiedliwość względem Walentego została wymierzona?
Ksiądz odpowiedział:
— Uczynię to.
Był świadom potrzeby bycia rozjemcą między Polakami a Niemcami, więc powiedział jedynie, że współpracownik usiłował zabić Walentego, i prosił, by tego człowieka postawiono przed obliczem sprawiedliwości.
Poniedziałek, 30 września 1872 r.
W pracy Marcyanna była dziś pewna, że ma wyostrzone powonienie. W toalecie podczas jednej z częstych teraz wizyt zauważyła nieprzyjemny zapach w pomieszczeniu. Zauważyła też mlecznobiały upławy z pochwy.
*
Tego ranka prokurator okręgowy — Alastair Baines-St. John — uznał, że dowodów jest dość, by wnieść oskarżenie karne przeciwko Nücklowi. Jego biuro przygotowało akt oskarżenia z zarysowaniem zarzutów i złożyło go w formie oświadczenia o prawdopodobieństwie popełnienia przestępstwa wraz z faktami wspierającymi do sędziego Watleya. Sędzia uznał, że istnieje uzasadnione prawdopodobieństwo winy Nückla.
Wydano nakaz aresztowania. Ponieważ Nückel był bez majątku, nie wyznaczono kaucji i miał pozostać w areszcie do rozprawy.
Alastair Baines-St. John był WASP-em — White, Anglo-Saxon Protestant — białym anglosaskim protestantem — członkiem chicagowskiej „patrycjuszowskiej” klasy, której większość gardziła imigrantami. W sporze między Niemcem (prawdopodobnie luterańskim) a Polakiem (prawdopodobnie katolickim) można było na niego liczyć, że stanie po stronie luteranina. W tym jednak przypadku na szali leżała jego przyszła kariera: musiał skazać Nückla.
*
Późnym popołudniem koń ciągnący policyjny furgon więzienny zatrzymał się obok placu budowy nowego hotelu Palmer House przy State Street. Szef patrolu wszedł do baraku biurowego i powiedział:
— Mamy nakaz aresztowania Siegfrieda Nückla za usiłowanie zabójstwa.
Bez oznak zaskoczenia pisarz robót poprowadził policjantów do samowznoszącej windy działającej na zasadzie bloczków. Jeden z obecnych pociągnął za linę, by podnieść wszystkich. Zabezpieczył linę i wysiedli. Gdy przechodzili, zaciekawieni robotnicy zaczęli iść za nimi.
— WRACAĆ DO ROBOTY, WY PRACANTY! — krzyknął pisarz robót, a oni zaczęli to robić, ale baaardzo powoli. — To jest Nückel — powiedział pisarz robót.
— SIEGFRIED NÜCKEL, JESTEŚ ARESZTOWANY ZA USIŁOWANIE ZABÓJSTWA WALENTEGO KARNOWSKIEGO.
Nückel zaczął się stawiać, więc dwaj patrolujący musieli go obezwładnić, podczas gdy trzeci założył mu kajdanki.
Pisarz robót sprowadził wszystkich na parter. Gdy tylko odjechali, robotnicy porzucili narzędzia i zebrali się w grupę, tak byli oszołomieni.
— No cóż, nie powinniśmy być zaskoczeni, że próbował zabić Walentego. Bóg jeden wie, jak go nienawidził — powiedział jeden. Cahill O’Toole słuchał, ale nic nie rzekł.
Po zejściu na parter policjanci wsadzili Nückla do furgonu. Gdy koń ruszył kłusem, jeden z nich bez przerwy dzwonił dzwonkiem, by ludzie schodzili z drogi. Zabrali go do odbudowanego aresztu przy 54 W. Hubbard St., gdzie miał czekać na formalne postawienie zarzutów.
*
Gdy cieśle wrócili wieczorem do domów, mieli dla swoich rodzin całkiem sensacyjną nowinę.
Z „Chicago Tribune”:
„Papież dziś po raz pierwszy od zajęcia Rzymu przez rząd włoski wyszedł poza teren Watykanu. Udano się do Porta della Zecca, gdzie spacerował po ogrodzie.”
Wtorek, 1 października 1872 r.
Gdy Marcyanna przeglądała się w lustrze podczas porannej toalety, zauważyła ogólne pociemnienie skóry twarzy oraz wyraźne brązowe plamy. Czesząc włosy, zadała sobie pytanie: „Czy mi się zdaje, czy stały się gęstsze i bardziej lśniące?”
Rozdział Trzeci: Pojawia się grypa końska w Ameryce Północnej.
Pierwszy przypadek grypy koni odnotowano w Toronto, w prowincji Ontario.
*
Nückel był teraz nazywany oskarżonym i stanął przed sędzią Watleyem w celu formalnego postawienia zarzutów. Sędzia automatycznie wpisał oświadczenie „nie winny” i poinformował Nückla o przysługujących mu prawach osoby oskarżonej, w tym o prawie do adwokata. Stan Illinois pozwalał oskarżonemu na znalezienie własnego obrońcy z urzędu, którego wynagrodzenie pokrywałby sąd, gdyby oskarżony nie był w stanie go opłacić. Sędzia Watley wyznaczył kolejną rozprawę na wtorek, 8 października, podczas której Nückel miał stawić się wraz ze swoim adwokatem przed sędzią Sądu Najwyższego Udo Mallinckrodtem, który poprowadzi sprawę. Sędzia Mallinckrodt był wnukiem niemieckich imigrantów.
Później tego dnia, po postawieniu zarzutów, wieść dotarła do rodziny Nückla i jego żona przyszła go odwiedzić.
— MÓWIŁAM CI, ŻE TEN TWÓJ TEMPERAMENT KIEDYŚ CIĘ WPAKUJE W KŁOPOTY! — wrzasnęła. — COŚ TY ZNOWU NAROBIŁ?
— Jest ten Polack — Walenty Karnowski. Twierdzi, że go zepchnąłem z rusztowania.
— Ach, Gott im Himmel! — zawołała przygnębiona i wybuchnęła płaczem.
— Tak, ale on kłamie. Stracił równowagę, kiedy przechodziłem obok — skłamał.
— Przysięgasz, że mówisz mi prawdę? — spytała.
— Jak Bóg mi świadkiem, to prawda. Słuchaj: idź do Cesarskiego Konsulatu Niemieckiego, powiedz im, co się stało, i żądaj, żeby zapewnili mi adwokata — dobrego!
*
Zrobiła, jak kazał. Urzędnik, z którym rozmawiała, powiedział:
— Co takiego? Pani mąż porzucił ojczyznę, emigrując do Ameryki, a teraz oczekuje, że ojczyzna go będzie bronić???
Musiała improwizować.
— Zostajemy w Ameryce tylko tak długo, by zdobyć fortunę, potem wrócimy do Niemiec — skłamała. Uruchomiła łzy i błagała, by spełnił jej prośbę.
Ustąpił. Otworzył szufladę z aktami i podał nazwisko: Othmar Semrau. Nie miał pojęcia, czy adwokat jest dobry, czy zły — chciał się po prostu pozbyć tej szlochającej kobiety.
— Znajdzie go pani przy 444 W. North Ave.
Obsypała mu dłoń pocałunkami i pobiegła dalej. Czekała ją kolejna wędrówka — tym razem do kancelarii adwokata. Na szczęście była niedaleko, wciąż w niemieckiej dzielnicy.
Wyjaśniła mu sprawę. Adwokat zapytał:
— Kto zapłaci za moje usługi?
— Jak to kto? Konsulat, prawda?
— Nie, nie, moja droga. To nie leży w ich kompetencjach.
— No cóż, nie mamy pieniędzy.
— Mówi pani, że jest cieślą. Dlaczego nie spróbować w jego związku?
— To raczej mało prawdopodobne. Nie będą płacić za adwokata za każdym razem, gdy jakiś gorącogłowy wpakuje się w kłopoty.
— To samo mogę powiedzieć o rządzie cesarskim. Będziecie musieli zadowolić się obrońcą z urzędu. Proszę udać się do tymczasowego sądu powiatu Cook, tam go wyznaczą.
Znowu uruchomiła łzy. Mimo dobrotliwego wyglądu Othmara Semrau nie ustąpił, więc odeszła w wielkim niepokoju.
Sąd wyznaczył jej Reinholda Dietricha, którego kancelaria mieściła się przy 1529 N. Clark St. Była już zmęczona chodzeniem, więc postanowiła odwiedzić jego biuro jutro z samego rana.
Z „Chicago Tribune”:
„Wczoraj w południe Anton Berg, handlarz cygarami, przechodząc przez róg Sangamon i Grand Ave., został napadnięty przez trzech rzezimieszków, którzy powalili go na ziemię i obrabowali z pokaźnej ilości towaru. Funkcjonariusz Reed ze stacji przy Madison St. został powiadomiony o zajściu i ścigał złodziei przez niezliczone podwórka na tyłach domów, nie dając się odstraszyć trzem strzałom oddanym w jego kierunku przez jednego z bandytów. Udało mu się schwytać dwóch z nich — Williama Thompsona i Charlesa Williamsa — którzy staną dziś przed sędzią Sculleyem.”
*
„Czas przyznany mieszkańcom Alzacji i Lotaryngii na wybór między obywatelstwem niemieckim a francuskim upłynął. Exodus w ostatnich dniach był ogromny. W niedzielę z samego Strasburga do Francji wyjechało aż 1200 mężczyzn, kobiet i dzieci. Pociągi na liniach prowadzących do Francji były zatłoczone i niewystarczające, by zabrać wszystkich chętnych. Francuskie gazety ukazują się dziś z czarną obwódką — w znaku żałoby.”
Dziękujemy Ci, Otto von Bismarckie, za wywołanie wojny francusko-pruskiej. Dołącz do grona takich pogan jak Tiglat-Pileser III, Salmanasar V, Sargon II i Nabuchodonozor II, którzy również trudnili się przesiedlaniem ludności. -GRS
*
Poplecznicy prezydenta związku cieśli, Heidricha Wielandta, chodzili po różnych placach budowy, wzywając cieśli na nadzwyczajne zebranie w Turner Hall przy 12th St. Miało to być wiecowe spotkanie motywacyjne w celu kontynuowania strajku. Stawiło się najwyżej pół tuzina mężczyzn i z braku kworum zebranie odroczono, nawet nie otwierając obrad. Obecni wyrazili swoje obrzydzenie w ostrych słowach i postanowili natychmiast wracać do pracy.”
Środa, 2 października 1872 r. Wigilia Rosz Haszana.
W pracy Marcyanna czuła się dziś wzdęta.
*
Zgodnie z postanowieniem z poprzedniego dnia pani Nückel wyruszyła, by skorzystać z usług Reinholda Dietricha — ale dopiero po tym, jak dwoje starszych dzieci poszło do szkoły, a niemowlę zostawiła u sąsiadki.
Reinhold Dietrich był niskim, pulchnym mężczyzną około sześćdziesięciu pięciu lat. Kilka pozostałych włosów zaczesywał na błyszczącą łysinę, a zza dwuogniskowych okularów spoglądał dobrotliwie. Większość jego spraw dotyczyła problemów imigracyjnych.
Opowiedziała mu, co usłyszała. Dodała:
— Będzie sądzony w sądzie karnym.
— Przyjmuję sprawę — odparł.
Następnie udali się razem do aresztu przy 54 W. Hubbard St., by porozmawiać z Nücklem.
— Najlepiej będzie, jeśli porozmawiam z nim sam na sam. Jeśli powie coś, co może zostać użyte przeciwko niemu, a pani to usłyszy, mogą to z pani wyciągnąć w sądzie — ostrzegł.
Dietrich ocenił go wzrokiem. Był to prawdziwy goryl — owłosiony na całym ciele. Mierzył sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, ale nigdy nie stał prosto: garbił się nieco i wysuwał głowę do przodu, co potęgowało wrażenie. Był brudny i nieogolony. „Cóż, chyba ogolimy go całego, ostrzyżemy i uczesamy włosy, wykąpiemy i ubierzemy w niedzielne ubranie” — pomyślał.
— Proszę mi opowiedzieć własnymi słowami, co się wydarzyło. Trzymał ołówek gotowy nad żółtym notatnikiem.
Powtórzył swoje kłamstwo.
— Muszę wiedzieć, że mówi mi pan prawdę. Musi mi pan zaufać. Nic z tego, co pan powie, nie wyjdzie poza te cztery ściany. Ta poufność jest chroniona prawem — powiedział Dietrich.
Trwał przy swojej wersji.
— Czy może mi pan podać jakichkolwiek świadków, którzy widzieli, co naprawdę się stało? — spytał Dietrich. Twarz Siegfrieda pobladła. „A co, jeśli ktoś naprawdę widział, co zrobiłem?” — pomyślał.
— Herr Dietrich, a co jeśli naprawdę go popchnąłem: mógłby mnie pan wybronić? Teoretycznie.
— Przygotowałbym zupełnie inną linię obrony. Teoretycznie — tak, mógłbym pana wybronić.
— No dobrze, popchnąłem go. Nienawidziłem go z całego serca. Taki mądrala, wszystko wie najlepiej.
— Czy zamierzał go pan zabić?
— Spadek z trzeciego piętra zwykle zabija, więc… tak.
— Będę się starał o uniewinnienie z powodu niepoczytalności. Będziemy musieli udowodnić, że w chwili popchnięcia był pan niepoczytalny. Będę musiał sprowadzić alienistę. Wierzę, że państwo pokryje koszty.
— Pomogłoby, gdybym w sali sądowej zachowywał się jak wariat?
— Druga strona może przyprowadzić świadków, którzy pokażą, że na co dzień jest pan poczytalny. Musimy przesłuchać świadków, którzy potwierdzą, że w gniewie traci pan kontakt z rzeczywistością. Chcę pojechać na pana plac budowy i porozmawiać z kolegami z pracy. A żeby zamknąć sprawę, muszę porozmawiać z doktorem Dittmarem von Kleinschmidtem, alienistą, który już mi kiedyś pomagał. I na litość boską, proszę pamiętać: leży to w pana najlepiej pojętym interesie, żeby wielu z nich powiedziało, że w złości traci pan rozum. Dlatego po procesie niech pan na nich nie nastaje.
Z „Chicago Tribune”:
„Teatr stał się w Rzymie instytucją równie polityczną, jak kiedykolwiek we Francji. Popularne sztuki dzisiejszych czasów pełne są niewybrednych ataków na kler i Kościół. Mają sugestywne tytuły: Tajemnice hiszpańskiej inkwizycji, Beatrycze Cenci, Zakonnica z Krakowa pogrzebana żywcem, oraz Tajemnice starej policji.
Pierwsza z tych sztuk cieszy się największym powodzeniem. Cała machina inkwizycji zostaje wystawiona na scenie. W ruch idą śruby do palców i ławy tortur; ofiary krzyczą i mdleją; inkwizytorzy siedzą spokojni i bezlitośni. Aktor wcielający się w Torquemadę jest podobno w rzeczywistym niebezpieczeństwie śmierci z rąk rozwścieczonej publiczności, podobnie jak ten, który grał angielskiego szpiega na scenie dublińskiej.
Papież zaprotestował przeciwko tym sztukom, lecz na próżno. Więź między rzymskim pontyfikiem a ludem rzymskim wydaje się całkowicie zerwana. Oznacza to, że lud popadnie w grubiański materializm, z którego może go wyrwać jedynie edukacja.”
*
„Strajk cieśli zdaje się dobiegać końca. Wczoraj wieczorem ogłoszono zebranie w siedzibie przy Turner Hall na 12th St., lecz stawiło się najwyżej pół tuzina mężczyzn i odroczono je bez otwarcia obrad. Obecni wyrazili swoje obrzydzenie w ostrych słowach i postanowili natychmiast wracać do pracy, o ile znajdą zatrudnienie — miejsca strajkujących zostały w większości zajęte przez ludzi spoza związku.”
*
Nów dziś w nocy. Głęboko w Lesie Rogóźnieńskim trzynastu czarowników zebrało się na sabat. Gerhard Luitpoldssohn przedarł się przez zarośla i przerwał obrady.
— No i co? Udało wam się zabić tego Karnowskiego? — zażądał wyjaśnień.
Perun wystąpił naprzód i rzekł:
— Nie. Wygląda na to, że człowiek w Chicago, któremu powierzono zadanie, zawiódł. Sam został zabity.
Luitpoldssohn wpadł w gwałtowny szał.
— OCZYWIŚCIE WSZYSCY WIECIE, CO TO OZNACZA: WSZYSTKICH WAS WYDAWAM WŁADZOM! — ryknął. Potem odwrócił się i pobiegł najszybciej, jak potrafił.
Perun nie zamierzał na to pozwolić.
— Wy czterej — złapcie go.
Zrobili to i przyprowadzili z powrotem. Zaczął wrzeszczeć:
— LUDZIE! LUDZIE! POMOCY! POMOCY!
— Zakneblujcie go i przywiążcie do tego drzewa — rozkazał Perun. Musiał pomyśleć. „Jeśli go puścimy, pierwszą rzeczą, jaką zrobi, będzie zgłoszenie nas władzom. Moglibyśmy zostawić go tu, aż umrze, ale wtedy miejsce naszego spotkania zostanie odkryte. Możemy go posiekać i zjeść, a resztki zostawić dzikim zwierzętom. Możemy rzucić na niego zaklęcie, które wymaże całą pamięć o Karnowskim, a potem kolejne, które spowoduje jego śmierć w domu. Chcę, żeby cierpiał za niepokój, jaki nam sprawił.”
Perun wybrał ostatni plan. Sięgnął do worka z trującymi grzybami, ziołami i naturalnymi narkotykami — krótko mówiąc, „sakramentaliami” poświęconymi Szatanowi — i wyciągnął to, czego potrzebował. Zawiesił nad ogniem trójnóg z kotłem wody, wrzucił do niego te złe ingrediencje i zagotował eliksir. Gdy stygł, wezwał Szatana:
— SZATANIE, PANIE, NIENAWIDZIMY TEGO CZŁOWIEKA ŻARZĄCYM SIĘ GNIEWEM. NAPEŁNIJ TEN ELIKSIR SOBĄ SAMYM I SPRAW, BY ZGINĄŁ W NAJBARDZIEJ ROZDYGOTUJĄCYCH MĘKACH!
Do ostudzonego płynu dodał pewne larwy. Potem zmusił oskarżyciela do wypicia. Ten się opierał, ale dwaj mężczyźni rozwarli mu usta i w końcu połknął wszystko. A było tego sporo.
Zabrali go w inne miejsce lasu i puścili wolno. Zamiar był taki, że będzie się błąkał jakiś czas w całkowitych ciemnościach, podczas których jego pamięć wymaże wszystko związane z Karnowskim i sabatem. W końcu znajdzie drogę do domu, zastanawiając się, co robił w lesie. I dokładnie tak się stało.
Czwartek, 3 października 1872 r. Rosz Haszana (dosłownie „głowa roku”) jest żydowskim Nowym Rokiem. Jest to pierwszy z Wielkich Dni („Dni nabożnej trwogi”), obchodzony dziesięć dni przed Jom Kippur. Obchodzone jest w pierwszych dwóch dniach miesiąca Tiszri, siódmego miesiąca kalendarza hebrajskiego. W Torze opisane jest jako dzień dźwięczenia w szofar.
*
W Łasinie Gerhard Luitpoldssohn poczuł silny ból brzucha. Poszedł do wychodka, by się ulżyć, a gdy skończył i spojrzał w dół, ze zgrozą zobaczył coś w rodzaju wijących się robaków na swoich odchodach. „Wiem, że cholera ma dawać coś w rodzaju ryżu, ale to się nie rusza. Te są większe od ziaren ryżu i RUSZAJĄ SIĘ, więc to nie cholera” — powiedział sobie. Wciąż czuł ból brzucha.
Piątek, 4 października 1872.
Nie wiedziała o tym, lecz tego dnia rozpoczęła się piąty tydzień ciąży Marcyanny. Była w pierwszym trymestrze. Doświadczała wszystkich objawów z poprzedniego tygodnia, w różnych kombinacjach.
*
Tego dnia adwokat Dietrich udał się z wizytą do doktora Dittmara von Kleinschmidta, alienisty. Jego gabinet mieścił się niedaleko sądu, pośród biur poręczycieli kaucji. Prawnicy często korzystali z jego usług, za co państwo sowicie mu płaciło. Dziś Dietrich realizował przysługę — wezwanie długu wdzięczności za przysługę, którą niegdyś wyświadczył doktorowi.
— Potrzebuję, aby pewien mój klient został uznany za niepoczytalnego w chwili popełnienia rzekomego przestępstwa. Nie chronicznie obłąkanego, lecz jedynie okresowo — wyjaśnił. — Jutro razem odwiedzimy oskarżonego w więzieniu.
*
Następnie Dietrich udał się na plac budowy odbudowywanego Palmer House i oznajmił kierownikowi robót, że jeden z jego pracowników — Siegfried Nückel — jest oskarżony w sprawie karnej i obecnie przebywa w areszcie.
— Powinienem był pozbyć się tego gościa już dawno temu. Gdyby nie związek, zrobiłbym to. A teraz pewnie zabierzesz mi kilku ludzi z roboty, żeby ich wypytywać o niego. Słuchaj: mam termin na ukończenie tej budowy.
— Proszę posłuchać, panie…
— Hintz. Jakub Hintz.
— Panie Hintz, współczuję panu, ale człowiekowi grozi oskarżenie o morderstwo. Chyba nie chciałby pan, aby niewinny człowiek zawisł na szubienicy?
— Nie, chyba nie.
— Dobrze. Zaczniemy od pana. Jak długo pracował tu Nückel?
— Zatrudniłem go zaraz po pożarze.
— Czy sprawdzał pan u poprzednich pracodawców, jakim był pracownikiem?
— Nie. Nagle zrobiło się ogromne zapotrzebowanie na cieśli i murarzy. Mam jednak nazwisko jego ostatniego pracodawcy.
Dietrich zanotował je, po czym powiedział:
— Teraz muszę porozmawiać z jego współpracownikami.
Hintz zawiózł go windą ręczną na trzecie piętro i zawołał:
— DOBRA, CHŁOPAKI! RZUCAJCIE ROBOTĘ I CHODŹCIE TU!
Gdy się zebrali, Dietrich rzekł:
— Wasz współpracownik, Siegfried Nückel, stanie przed sądem pod zarzutem usiłowania zabójstwa Walentego Karnowskiego. Potrzebuję od was wszelkich informacji, które mogłyby mu pomóc.
Nückel był powszechnie nielubiany, a Walenty — lubiany; nikt więc nie chciał narażać się, by ratować Nückla. Nikt się nie zgłosił.
— Dam wam czas do namysłu i wrócę — powiedział i odszedł.
Z placu budowy skierował się do biura Prussinga i Mullera. Przedstawił się Prussingowi i wypytał o Siegfrieda Nückla.
— A, ten. Usiłowanie morderstwa? Nie jestem zaskoczony. Był awanturnikiem. Ciągle wdawał się w bójki. Zwolniliśmy go. Dużo nerwów kosztowało nas to ze względu na związek — odparł Prussing.
— Czy kiedykolwiek wydawał się naprawdę obłąkany? — zapytał Dietrich.
— Lepiej niech pan porozmawia z jednym lub dwoma jego towarzyszami z pracy. Oni spotykali się z nim codziennie.
Przyprowadzono dwóch robotników. Każdy potwierdził, że gdy Nückel wdawał się w bójkę, sprawiał wrażenie oszalałego, jeśli nie wręcz szalonego. Dietrich zanotował ich nazwiska i adresy, po czym wyszedł.
*
Tego dnia w Łasinie Gerhard Luitpoldssohn czuł coś więcej niż ból brzucha: silny ból w górnej części brzucha, w sercu, a nawet w odbycie. Nie mógł jeść, a o zmierzchu czuł się osłabiony i pogrążony w męce. W zaprzeczeniu pocieszał się myślą: „Cóż, już miewałem ciężkie przypadki grypy. I z tej też się wyliżę”.
*
Z „Chicago Tribune”:
„Od czasu, gdy Rzym został zajęty przez wojska Wiktora Emanuela, a papież oraz jego duchowni poddani zostali lekceważącemu traktowaniu ze strony Włochów, ten zacny starzec obraził się i ukrył w Watykanie, udając, że jest ściśle uwięziony. Kilka dni temu jednak wybuchnął i udał się na spacer po ogrodach Porta della Zecca. Wydaje się, że przygoda ta oraz świeże powietrze uroczej okolicy znacznie go ożywiły, gdyż teraz z ufnością oznajmia nam, że triumf Kościoła nadejdzie z pewnością — jeśli nie za jego życia, to za życia jego następcy. Jeśli jednak, jak wielu wierzy, nie będzie miał następcy, jego przepowiednia się spełni.”
Cóż, stan na 31 marca 2026 roku — miał już dwunastu następców, więc życzenie „Tribune” pozostało niespełnione. –GRS.
Sobota, 5 października 1872.
Ks. Čoka przybył do Szpitala powiatu Cook, gdzie Walenty złożył comiesięczną spowiedź, przyjął Komunię Świętą oraz Namaszczenie Chorych. Tym razem był w stanie mówić, choć krótkimi, urywanymi zdaniami.
*
Tego dnia adwokat Dietrich i doktor Dittmar von Kleinschmidt spędzili z Siegfriedem Nücklem kilka godzin. Tak naprawdę nie miało większego znaczenia, co Nückel odpowiadał — tak długa wizyta miała przede wszystkim pokazać ławie przysięgłych, jak poważnie szanowny doktor podszedł do swego zadania.
*
„Illinois Staats-Zeitung” zamieściła następujący artykuł:
„Niemieccy murarze odbyli wczoraj wieczorem masowe zebranie w swojej siedzibie przy 418 N. Clark St., którego efektem jest poniższy list do naszej redakcji:
„Mamy zaszczyt poinformować Was oraz opinię publiczną Chicago, że my, Niemiecki Związek Murarzy z Chicago, postanowiliśmy również przystąpić do strajku o ośmiogodzinny dzień pracy i wynagrodzenie 4 dolarów dziennie… Pracodawcy sami wywołali strajk, próbując wprowadzić obniżki płac, których absolutnie nie mogliśmy zaakceptować, mimo że przez całe lato sumiennie i bez skargi pomagaliśmy odbudowywać Chicago. Stoimy wszyscy za jednego i jeden za wszystkich i nie podejmiemy pracy, dopóki pracodawcy nie ustąpią i nie dadzą gwarancji, że w przyszłości dotrzymają obietnicy”.”
Niedziela, 6 października 1872. 20. niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego. Tzom Gedalia (Post Gedalii). Jest to żydowski dzień postu od świtu (5:54) do zmierzchu (17:24), upamiętniający zamordowanie prawego namiestnika Judy tego imienia, co położyło kres żydowskim rządom po zniszczeniu Pierwszej Świątyni.
Z „Chicago Tribune”:
„Wczoraj rano odbyło się kolejne zebranie Zjednoczonego Zakonu Murarzy w ich siedzibie przy W. Taylor St. (anglojęzyczni murarze — GRS), na którym uchwalono, „że żaden członek związku nie będzie mógł od poniedziałku pracować u żadnego kontrahenta w mieście Chicago, dopóki ów kontrahent nie podpisze najpierw pisemnej umowy, iż będzie płacił 4 dolary za osiem godzin pracy.
Członkowie naszego związku wyjechali wczoraj wieczornymi pociągami, by odwiedzić loże w innych miastach i zapobiec napływowi robotników do Chicago.
Nie ma prawdy w pogłosce, jakoby strajkujący zamierzali stosować skrajne środki w celu wymuszenia posłuchu dla powyższej uchwały. Przedstawiciele związku zapewniają, że zamierzają używać wyłącznie godziwych środków, by powstrzymać ludzi od pracy i doprowadzić strajk do sukcesu; zrobią wszystko, co w ich mocy, by zapobiec aktom przemocy lub przymusowi. Mówią, że stoją po stronie słusznej i że słuszność zwycięży.
Pracodawcy z drugiej strony są równie zdeterminowani i uparci; oświadczają, że w żadnym wypadku nie podporządkują się dyktatowi robotników, gdyż są pod presją terminów i nie mogą sobie pozwolić na utratę dwóch godzin dziennie na każdego pracownika. Trzy firmy stawiły się wczoraj po południu w siedzibie strajkujących i podpisały postanowienia o płaceniu 4 dolarów za osiem godzin pracy.
W obecnej sytuacji nie da się przewidzieć, kiedy strajk się zakończy”.
*
„Stara pogłoska o ucieczce papieża z Rzymu pojawia się raz jeszcze, choć nikt tak naprawdę nie przyznaje się do tego, że jej pragnie. Sam Pius IX 26 kwietnia 1871 roku powiedział M. d’Harcourtowi, francuskiemu ambasadorowi, że nawet gdyby dawna korona doczesna została mu zwrócona, odmówiłby jej przyjęcia — wystarczy mu, jak powiedział, jakiś kąt na ziemi, który mógłby nazwać własnym.
Lecz zaledwie Jules Favre przekazał tę pokorną deklarację, maszyneria watykańska zaprzeczyła jej kategorycznie, twierdząc, że nic tak nie pochłania Ojca Świętego jak odzyskanie Umbrii, Marchii i Legacji — całego terytorium, które jego poprzednicy zagarnęli i które on teraz czuje się zobowiązany zachować dla swego następcy. Ta sprzeczność dowodzi jedynie, że papież jest niewiele więcej niż marionetką dyrygowaną przez Antonellego, Panebianca i resztę swoich duchownych manipulatorów. Jeśli kardynałowie i sekretarze szepczą teraz o opuszczeniu Rzymu, to nie po to, by spełnić życzenie Piusa, lecz by zmienić strategię Watykanu.
Z punktu widzenia państwa włoskiego „więzień Watykanu” jest całkowicie wolny, by spakować swoje infuły i ruszyć w drogę. Owszem, watykański absurdalny labirynt jedenastu tysięcy komnat, Lateran, Castel Gandolfo i reszta byłyby trudne do odtworzenia za granicą — ale Rzym już nie potrzebuje papieża. Radzi sobie bez niego lepiej, niż on bez Rzymu. Przez wieki papiestwo tuczyło się na wspomnieniach Wiecznego Miasta — Mszach w Bazylice św. Piotra, Grzegorzach i Innocenty, pochodach inwestytur i odpustów — lecz Rzym odrodzony w jedności narodowej ma niewiele pożytku z takich rekwizytów. Dla papiestwa utrata ich byłaby zupełnie inną sprawą.
Gdyby Pius IX odszedł, to jedynie po to, by urządzić jakiś dramatyczny powrót. W przeciwieństwie do średniowiecza współcześni Rzymianie nie pragną papieża pośród siebie. Plebiscyt z 1870 roku, wybory miejskie i niezliczone demonstracje dowiodły, że chętnie by go pożegnali. Kiedy Klemens V uciekł do Awinionu w 1305 roku, Rzym pogrążył się w czterdziestoletniej zapaści, aż Cola Rienzo błagał Klemensa VI o powrót. Wtedy nieobecność papieża oznaczała ruinę gospodarczą: brak pielgrzymów, brak pieniędzy z odpustów, brak świąt.
Dziś Rzym jest stolicą Włoch, nie lombardem papieża. Złoty strumień wysechł; długi i upadek znaczą watykańskie księgi. Uwolnione od kapłańskiej dominacji, nareszcie zakorzeniają się nauka, sztuka i handel. Jedynie Francja mogłaby kiedyś paradować z papieżem z powrotem, ale nawet Thiers, po całej tej pozie, odmówił zaspokojenia biskupa Orleanu i ultramontańskiego kleru.
Spekulacje na temat nowych papieskich azylów są niemal komiczne. Malta byłaby Elbą dla starych mężczyzn w czerwonych kapeluszach, Anglia — gniazdem zamieszek „no Popery”, Awinion — wstydem, którego republika nie powtórzy. Najbardziej prawdopodobnym klasztornym celą dla wygnanego dworu wydaje się Belgia z jej opanowaną przez jezuitów polityką i bliskością ultramontańskich Niemiec. Lecz nawet Belgowie mogą uznać ten zaszczyt za kosztowny. Papiestwo odrzuciło włoską listę cywilną; nie będzie pobierało subsydiów za granicą. Jego pożyczki są toksyczne na europejskim rynku, Świętopietrze topnieje, a każdy belgijski rząd dwa razy się zastanowi, zanim opodatkuje obywateli, by karmić kolejną watykańską hordę.
Najbardziej prawdopodobne jest więc, że papież pozostanie na miejscu. Stracił terytorium, ale zyskał nieomylność — zgrabna wymiana, gdyż roszczenie do boskiej wszechwiedzy uwalnia go od ziemskich trosk takich jak długi, podatki czy odpowiedzialność. Jakiekolwiek wielkie plany knuje Antonelli, Pius IX w swej starości najpewniej odpowie znajomym non possumus, ilekroć będą go namawiać do jakiejś farsowej pielgrzymki znad Tybru nad Morze Północne.”
*
W tym roku zakupiono działkę o powierzchni około 8,5 hektara i założono cmentarz, który stanie się znany jako cmentarz św. Wojciecha, niedaleko Norwood Park (Niles) w stanie Illinois — dla katolików polskich i czeskich. Św. Wojciech był świętym wspólnym dla obu narodów.
Został dziś poświęcony uroczystymi i imponującymi ceremoniami przez biskupa Foley’ego. Pociąg dla uczestników uroczystości odjechał z dworca Northwestern o godzinie 11:00. Obecne były wszystkie polskie i czeskie stowarzyszenia obywatelskie i wojskowe, wśród nich Gwardia Kościuszkowska licząca 100 umundurowanych mężczyzn oraz towarzystwa św. Stanisława, św. Józefa, Gmina Polska, św. Wacława i św. Jana Nepomucena. Stowarzyszenia zebrały się na rogu Randolph i Des Plaines Streets, po czym udały się na dworzec.
Poniedziałek, 7 października 1872.
W Łasinie przykuty do łóżka, wychudzony i odwodniony Gerhard Luitpoldssohn od kilku dni pogrążony był w delirium. Doprowadziły go tam ból i fakt, że od dłuższego czasu nie przyjmował pokarmu. Był skrajnie osłabiony. Na krótką chwilę odzyskał przytomność, z wielkim wysiłkiem uniósł głowę i spojrzał w dół na swój brzuch. Robaki — czy cokolwiek Perun tam umieścił — przegryzły się na powierzchnię. To, co ujrzał, było wielkim kraterem obramowanym krwią, a w jego środku tysiące tych robactwa ucztowało na jego żywym ciele. Gdy ponownie zapadł w delirium, już się nie obudził.
*
Wieczorem odbyło się zebranie Związku Cieśli. Przed nim i po nim wiele rozmów dotyczyło Walentego i Nückla.
*
„Okres suszy, który zakończy się 29 października”. — Biuletyn Towarzystwa Geograficznego w Chicago, t. 4.
*
Z „Chicago Tribune”:
„Kandydaci na radnych w 15. okręgu: liberalni republikanie: J. H. Roep, H. Buechner, E. Wilken, A. Fuerstenberg, Philip Ebeling. Demokraci: brak zgłoszeń.”
*
„Katoliccy Czesi i Polacy w tym mieście liczą około 20 000 osób. Mają dwa kościoły, lecz nie posiadali cmentarza. Za zgodą biskupa Foley’ego zakupili działkę o powierzchni około 8,1 hektara niedaleko Norwood i urządzili na niej cmentarz. Został on poświęcony wczoraj.
Organizacje wojskowe i stowarzyszenia Polaków zebrały się na rogu Noble i Potomac Streets, sformowały pochód i przemaszerowały do rogu Randolph i Des Plaines, gdzie czekały już stowarzyszenia czeskie. Następnie ruszyli razem w kierunku dworca kolejowego Northwestern w następującym porządku: na czele Orkiestra Gwardii Lekkiej Wielkiej Zachodniej, za nią Gwardia Kościuszkowska licząca stu ludzi pod dowództwem mjr. A. B. Zaremby. Ta nowa kompania wojskowa po raz pierwszy wystąpiła publicznie. Prezentowała się bardzo okazale w schludnych mundurach.
Za nią podążała kolejna orkiestra, a następnie stowarzyszenia polskie: Towarzystwo Dobroczynności św. Stanisława liczące 150 osób oraz Towarzystwo św. Wojciecha liczące 76 osób. Potem kolejna orkiestra i stowarzyszenia czeskie: Towarzystwo św. Wacława liczące 260 osób oraz Towarzystwo św. Jana Nepomucena liczące 100 osób. Pochód miał prawie 800 metrów długości. Przemaszerowali Des Plaines i Kinzie Streets do dworca.