drukowana A5
Kolorowa
76.61
Z notatnikiem przez świat

Bezpłatny fragment - Z notatnikiem przez świat


Objętość:
267 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 мм
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8467-442-0

OD AUTORA

Lubię podróżować, więcej, podróże to jedna z moich pasji, której oddaję się od dzieciństwa. Na przestrzeni lat różnie one wyglądały z wielu powodów: finansowych, politycznych, rodzinnych i zawodowych. W czasie rządów komunistycznych ciężko było zdobyć pieniądze na wszystko, a tym bardziej na jakiś wyjazd. Do tego dochodziły problemy z otrzymaniem paszportu, który dla obywatela PRL był przywilejem, nie prawem. Gdy udało mi się przeskoczyć pierwsze przeszkody, pojawiły się kolejne.

Nie pracuję w żadnym zawodzie związanym z podróżami ani w żadnej redakcji, która wysyła swojego dziennikarza tu, czy tam, żeby napisał artykuł na konkretny temat, w związku z tym nie mogłem sobie pozwolić na dłuższy wyjazd, gdyż nie dysponowałem potrzebnym na jego realizację urlopem. Z tego też powodu nie wyruszałem, ciągnąc sanie, na Biegun Północny, nie płynąłem kajakiem wzdłuż Amazonki, nie maszerowałem przez pustynię Gobi czy Saharę. Wyjeżdżałem na krócej, ale udało mi się, biorąc urlop bezpłatny, uczestniczyć w kilku wyprawach wysokogórskich i w kilku rejsach żeglarskich. Dotychczas odwiedziłem około osiemdziesiąt krajów na sześciu kontynentach.

Zawsze mam z sobą notatnik, w którym zapisuję wszystko, co uważam za ważne, co może mi się przydać do stworzenia reportażu. Jednak nie zawsze on powstaje. Z podróży do miejsc mniej znanych i dobrze znanych, ale rzadziej odwiedzanych przez rodaków, staram się coś napisać. Artykuły z podróży publikuję w większości w polskojęzycznych periodykach w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, rzadziej w Polsce. Uważam, że przeżyciami i obserwacjami warto się dzielić z czytelnikami, którzy może pod ich wpływem zdecydują się na podróż do miejsc, które im przybliżam.

Ponieważ nie mam żadnych sponsorów i nikt nie finansuje moich podróży, nie jestem zobligowany do przedstawiania opisywanych krajów, czy konkretnych miejsc pod ich dyktando, jak to obecnie się dzieje, kiedy blogerzy na zlecenie np. agencji turystycznej koloryzują oferowane przez nią ośrodki wypoczynkowe, wycieczki objazdowe, czy miejscowości, w których się znajdują lub które na trasie odwiedzają. Potępiam te praktyki, bo przekazują odbiorcy zafałszowany obraz, który może go skusić do wybrania wychwalanej wycieczki, której by nie wybrał, gdyby nie była retuszowana.

Reportaże, umieszczone w tej książce, którą zatytułowałem “Z notatnikiem przez świat”, są wyborem artykułów pisanych w latach 2003 — 2026. Dlaczego zdecydowałem zamieścić właśnie te? Otóż niektóre, choć odległe w czasie, niewiele lub wcale nie straciły na aktualności, inne, z uwagi na poruszane w nich kwestie, są godne przypomnienia i zachowania jako kroniki czasów, w których przyszło mi żyć i których byłem świadkiem.

Ponadto teksty publikowane w prasie codziennej lub periodykach mają to do siebie, że zapadają się pod ziemię po ukazaniu się kolejnego numeru, dopiero złożone w formie książkowej mają szansę przetrwać dłużej.

Książka, którą Czytelniku trzymasz w ręce, jest drugą tego typu pozycją w moim dorobku. Pierwszą “Na granicy”, opublikowałem w 2002 roku, i przez lata komentowali ją znajomi i nieznajomi, z których najczęściej wybrzmiewało to, że dowiedzieli się z niej o czymś, o czym nie mieli pojęcia lub przypomnieli sobie miejsca, które sami wcześniej lub później odwiedzili.

Do “Z notatnikiem przez świat” dołączyłem kilka esejów i artykułów analitycznych np. z Himalajów, w których byłem, i Grenlandii, gdzie jeszcze nie dotarłem, gdyż są to ważne punkty globu, gdzie iskrzy, więc mogą zainteresować szersze grono. W taki, czy inny sposób są uzupełnieniem zamieszczonych tu reportaży.

Nowy Jork, czerwiec 2026

RIO PO KARNAWALE

Fantastyczny entuzjazm, z jakim Brazylijczycy obchodzą karnawał w Rio de Janerio jest niepojęty przez obcokrajowców. W kilkudniowej celebracji uczestniczy — czynnie lub biernie — kilka milionów ludzi. Rozentuzjazmowany, wielobarwny, skromnie odziany i uśmiechnięty korowód szkół samby popisuje się, wyciskając z siebie wszystkie soki, przesuwając się wąwozem otoczonym 50-tysięcznym tumem obserwatorów. Wszystkie stacje telewizyjne, angażując suto opłaconych specjalistów, transmitują relacje defilady, której każdy szczegół stroju, kroku, gestu, muzyki — może decydować o zwycięscy, który otrzymuje milion dolarów. Gorączka festynu, który niepodzielnie rządzi miastem, udziela się wszystkim jego mieszkańcom. Najbogatsi wynajmują loże przy Sambodromie, za równowartość których z powodzeniem można kupić luksusowy samochód lub małe mieszkanie, najbiedniejsi w slamsach dzielnicy północnej słuchają odbiorników ustawionych na okiennych parapetach, tańcząc w rytm tam-tamów do białego rana. Karnawał w Rio nie jest wydarzeniem, które się zapomina jutro, w ogóle nie jest wydarzeniem, jest sposobem życia. I wcale nie dla małej garstki jest też celem egzystencji. Sztaby ludzi przygotowują największą na świecie balangę. Szycie kostiumów z tysiącami haftów i piór we wszystkich kolorach tęczy rozpoczyna się z chwilą wygaśnięcia świateł na Sambodromie. Opracowanie układów choreograficznych, ćwiczenie tanecznych kroków. W garażach, wielkością przypominających hangary, przebudowuje się pojazdy z ogromnymi platformami, służące tancerzom za scenę podczas ich najważniejszego w życiu występu.

Ale czy karnawał ten jest narodowym festiwalem tańca, jakby z powyższego wynikało? Pomimo szeroko rozreklamowanego przemarszu szkół samby, jest nim tylko w minimalnym stopniu. Czy możliwe jest zaprezentowanie pełni umiejętności tanecznych będąc odzianym w ciężkie aksamity i atłasy naszpikowane piórami różnej wielkości, niektóre mające 1,5 m długości? Pióropusz z dodatkami waży 5—6 kilogramów.

Tak więc przemarsz karnawałowego korowodu jest nade wszystko defiladą wielobarwnych strojów, z których każdy uchodzić może za arcydzieło sztuki krawieckiej. Jest też, choć niektórzy uważają, że jest to cel główny, pokazem piękności ludzkiego ciała, szczególnie kobiecego. Jak mi mówiono, przy doborze tancerek bardziej zwraca się uwagę na urodę zewnętrzną niż na kunszt poruszania się po parkiecie. Tańca można się nauczyć, z urodą trzeba się urodzić. I choć nie wszystkie dziewczyny da się zaliczyć do ładnych, to wszystkie bez wyjątku są zgrabne, długonogie i obdarzone dużym biustem. Po nałożeniu potrzebnej warstwy makijażu prezentują się znakomicie, tworząc wspaniałe, niepowtarzalne widowisko.

Mocne rytmy w połączeniu z gorącym południowym temperamentem uczestniczek dają gwarancję, że karnawał nie może być nudny.

Copacabana — jedna z najsłynniejszych plaż na świecie.

Powyższe atrybuty, nieprzyswajalne przez przybyszów, a wrodzone przez miejscowych, powodują, że na karnawał w Rio ciągną tłumy turystów. W czasie jego trwania hotele, w większości skupione wzdłuż plaż Copacabana i Ipanema zapełniają się gośćmi. Windowane są ich ceny, nawet trzykrotnie w porównaniu do taryf poza karnawałem. W mieście organizowane są bale, od wytwornych i drogich dla wyszukanej śmietanki towarzyskiej, po skromne potańcówki dla biedoty nie reklamowane nawet przez ogłoszenia na ulicznych słupach. Karnawał jest okresem, kiedy Brazylijczycy przynajmniej na chwilę zapominają o swoich kłopotach, które spędzają im sen z powiek przez pozostałe dni roku. A jest ich tyle, że brakło by tu miejsca, by tylko je wymienić, więc zostawiam je na boku, Żeby nie drażnić czytelnika, spodziewającego się przyjemniejszych nowin o mieście, które może znajduje się na liście miejsc, które w najbliższej przyszłości chcieliby odwiedzić.

Rio de Janerio po karnawale nic nie traci ze swojego uroku. Jest tak piękne i fascynujące, jak w czasie jego trwania. Powiedziałbym, że przybyszowi łatwiej wtedy poczuć jego smak, bo jest naturalne, normalne, specjalnie nie wycackane. Takie też zastałem, gdy doń niedawno przyleciałem.

Pomimo „książkowej” znajomości miasta, najbardziej zaskoczyło mnie ukształtowanie terenu. Z oceanu wystają wysokie, kamienne góry, mnogości których trudno się doliczyć. Ich kruszec podobny jest do tego z manhattańskiej wyspy, ale jest ciemniejszy, w bardziej księżycowym kolorze. Dodaje to grodowi majestatu. Kontrast z białymi budynkami i koroną złotego piasku plaż jest niemal obrazkiem z bajki.

Dwa skalne monolity wyróżniają się wśród pozostałych, stanowiąc doskonałe punkty odniesienia, równocześnie są największymi turystycznymi atrakcjami. Wyższy — Corcovado (Garbus) — wznosi się na 709 m.n.p.m. Na jego szczycie stoi 30-metrowy pomnik Chrystusa Odkupiciela, który z rozłożonymi rękami czuwa nad miastem i jego mieszkańcami. Posąg ukończono w 1931 roku, po pięciu latach budowy z okazji setnej rocznicy uzyskania niepodległości. Odsłonięcia dokonał ówczesny prezydent Getulio Vargas i arcybiskup Rio de Janerio kardynał Sebastiao Leme da Silveira. Ciekawostką dla nas jest to, że głowę i ręce rzeźbił Francuz o swojskim nazwisku Paul Landowski.

Na górę prowadzi kolejka zębata, nie mniej jednak ostatnie kilkadziesiąt metrów należy pokonać pieszo, pnąc się po stromych schodach. Widok z wierzchołka jest nie do opisania. Patrząc w dół, podobne emocje przeżyłem jeszcze tylko w dwóch miejscach: stojąc na tarasie widokowym zwalonych przez terrorystów 11 Września 2001 roku World Trade Center w Nowym Jorku oraz z Harbor Bridge w Sidney. Swoje musiałem odczekać. Niebo pokryły białe chmury, które z tej wysokości były poniżej szczytu. Na szczęście przesuwały się dość szybko, można więc było robić zdjęcia po wyczekaniu odpowiedniego momentu. Zależało mi na nich bardzo, gdyż wiedziałem, że nie mogę podziwiać panoramy miasta i okolic z drugiej kopuły, równie znanej jak pierwszej — Pao de Acucar (Głowa Cukru). Od kwietnia do końca czerwca br. w remoncie jest kolejka linowa nań prowadząca. Była już w tak fatalnym stanie technicznym, że jej użytkowanie groziło poważnym wypadkiem, co nie byłoby korzystne dla ruchu turystycznego metropolii i tak już podciętego przez epidemię gorączki denga, o której obszernie informowała zagraniczna prasa, w tym “The New York Times”. W okresie od stycznia do końca marca w województwie Rio de Janeiro odnotowano 120 tys. zachorowań, z tego połowa przypadków na prawie siedmiomilionowe miasto. Zmarło 43 osoby, wyłącznie miejscowi.

Maracana — największy piłkarski stadion globu.

Denga jest wirusowym zapaleniem przenoszonym przez komary. Objawia się wysoką temperaturą, bólami głowy, mięśni i stawów, brakiem apetytu i ogólnym osłabieniem organizmu. Nie ma na nią lekarstwa, czy szczepionki. Lekarze zalecają odpoczynek i picie dużej ilości płynów. Choroba zwykle ustaje po tygodniu. Ekstremalne przypadki powodują wymioty, bóle brzucha, wewnętrzny krwotok i ….śmierć.

Pomimo zapewnień władz, że epidemia dotknęła północne, ubogie dzielnice Rio, zagraniczni turyści zaczęli odwoływać rezerwacje, których dokonali na wiele miesięcy wstecz. Menager ekskluzywnego hotelu Meridien tuż przy plaży Copacabana wygadał się mnie, że w samym marcu przyjazd odwołało 400 osób, dziesięć procent gości. Wiedziałem, jaka jest sytuacja, ale się nie przestraszyłem i pojechałem. Nie żałuję.

Rio de Janerio zarobiło na swoją sławę nie tylko przywołanymi powyżej górami, zarobiło także plażami. Znawcy tematu spierają się, która zasługuje na najwyższą ocenę: Copacabana, Ipanema, Leblon, Leme, Papino, Barra da Tijuca, czy Sao Corando? Byłem na wszystkich oprócz ostatniej i muszę powiedzieć, że każda ma swoje niezaprzeczalne walory, które przyciągają wczasowiczów: złocisty piasek, ładną linię brzegową, czystą wodę, urządzenia do ćwiczeń gimnastycznych, boiska do piłki nożnej i siatkowej, wypożyczalnie leżaków i parasoli, toalety, kioski z żywnością i napojami chłodzącymi. Każda ma nieco inny, jeżeli plaża w ogóle może go mieć, charakter i przez to skupia różne grupy ludzi: artystów, narkomanów, homoseksualistów, hipisów, „deskowców”, rodziny z dziećmi. Nie bez znaczenia przy wyborze plaży ma bliskość hoteli. W pobliżu ponad 4-kilometrowej Copacabany, przeciętej szeroką Avenidą Atlantica, ulokowanych jest kilkadziesiąt wysokostandardowych hoteli, z luksusowymi Copacabana Palace i Meridien na czele, to też najwięcej nań obcokrajowców. Tu o plażowicza się dba. Zanim człowiek zdąży postawić torbę na piasku, zjawia się dwóch spalonych od słońca młodych mężczyzn, oferując wypożyczenie leżaka i parasola. Są mili, kulturalni i nie natrętni, czego nie można powiedzieć o drobnych handlarzach, którzy co chwilę stają przed obliczem wczasowicza, wciskając mu wszystko, co można na plaży sprzedać: okulary przeciwsłoneczne, kremy do opalania i blokujące promienie słoneczne, kapelusze, koszulki, chusty, ręczniki, lody, napoje, ciastka, kanapki oraz pamiątki, pocztówki, biżuterię i tysiące innych niepotrzebnych po powrocie do domu drobnostek. Dobrze, że bez zarzutu funkcjonuje mój system odmawiania, bo wyciągnięto by ze mnie ostatnie centy.

Oglądając wcześniej widokówki Copacabany, które zwykle są ładniejsze niż rzeczywistość, pamiętam, że zawsze przedstawiały plażę zapełnioną tysiącami ludzi. Nie było nań skrawka wolnego miejsca. Tymczasem, gdy postawiłem na niej swoje stopy, była prawie pusta. Ucieszyłem się, bo w chaosie trudno wypoczywać. Gdy zjawiłem się tu parę dni później, było gwarno i tłoczno jak na Piątej Alei w Nowym Jorku. Była niedziela.

Mieszkańcy Rio świąteczny dzień tygodnia spędzają w dwóch miejscach: na plaży i na stadionie piłki nożnej. Nie mogłem lepiej trafić. Tego popołudnia na największym stadionie futbolowym świata „Maracana”, mogącym pomieścić 200 tys. kibiców rozgrywano derby miasta. Flamengo (10 miejsce w tabeli ekstraklasy) kontra Fluminese (3 miejsce). Siedziałem w sektorze, gdzie większość stanowiła grupa, która przyszła popatrzeć na dobre widowisko, a nie kibicować żadnej drużynie. Dwóch zawodników Fluminese występuje w reprezentacji kraju, co podbijało emocje. Takiego entuzjazmu i podniecenia, jakie miało miejsce w sektorach prawdziwych kibiców w życiu nie widziałem. Przyglądałem się reakcji widowni. Niemal każde zagranie, a na pewno utrata piłki miało swoje odbicie na trybunach. Jedni lamentowali, drudzy zdzierali gardło, śpiewano pieśni, wymachiwano klubowymi flagami, rzucano konfetti. Fluminese wygrało 2:1. Ostrzeżenie: obcokrajowcy są bezbłędnie rozpoznawani przez miejscowych, padają więc ofiarą napadów i kradzieży. Na mecze brazylijskich drużyn, kraju kolebki futbolu, nie należy iść samemu. Za niewielką opłatą biura turystyczne i hotele organizują grupowe wyjazdy. Mikrobus z przewodnikiem zabiera gości, przywozi na stadion, załatwia bilety, i przywozi z powrotem. W ten sposób zmniejsza się ryzyko padnięcia ofiarą kradzieży, czy napadu. Baz mrugnięcia okiem skorzystałem z oferty.

Ale być w Rio i nie widzieć samby, to tak, jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Bez niej w tym mieście się nie obędzie. Jej smaku zakosztować można na przedstawieniu wystawianym na deskach Platformy. Nie ma oczywiście porównania do ekstrawaganzy karnawału, ale przybliża turyście jego namiastkę. Najbardziej porywająca jest końcówka, kiedy długonogie tancerki w różnobarwnych pióropuszach schodzą z estrady i zapraszają widownię do wspólnej zabawy. Nawet starsi panowie się ożywiają. Pstrykają migawki aparatów fotograficznych, błyskają lampy fleszów. Rio de Janerio po karnawale nie umiera.

(2002)

RAZEM CZY OSOBNO?

Jest udowodnione, gdy dana część terytorium kraju kulturowo należy gdzieindziej, zawsze trwają tarcia o jego przynależność polityczną. Portoryko nie jest tu żadnym wyjątkiem, przeciwnie, ze wszech miar zasługuje na miano standardowej.

Wyspę, a raczej archipelag wyspy głównej i kilkunastu pomniejszych, jak całe Karaiby, kolonizowali Hiszpanie, a za datę tę przyjęto przybycie nań Kolumba. W 1898 roku, po wojnie amerykańsko-hiszpańskiej, przegranej przez tych drugich, wpadła w orbitę wpływów Waszyngtonu. Wydarzenie to miało nie tylko wymiar historyczny, kończący bolesny okres dominacji państwa z Półwyspu Pirenejskiego, ale również wielkie reperkusje emocjonalne, które przetrwały cały wiek XX i mocnym uderzeniem wkroczyły w trzecie tysiąclecie. Portorykańczyk, straciwszy nadzieje pokładane w Madrycie, przeniósł swoje uczucia na Waszyngton, który jawił mu się jako gwarant konstytucyjnej wolności.

Czy zostały one mu odwzajemnione, czy raczej dostał kosza? — pytanie to wielokrotnie zadawałem sobie i wielu moim rozmówcom podczas niedawnej podróży po słonecznej, wiecznie gorącej wyspie.

Po zdobyciu Portoryko, w amerykańskim Kongresie odbywały się ostre debaty na temat wolności dla ziemi podbitej. Jaki nadać jej statut? Nie osiągnąwszy w tej sprawie jednomyślności, traktowana była dalej jak kolonia. Gdyby wówczas Waszyngton zrozumiał Portorykańczyka, jego dojrzałość polityczną, aspirację, dumę, patriotyzm i szczególny sentyment do Stanów Zjednoczonych — to dziś Portoryko byłoby bardziej amerykańskie pod względem kultury i stylu życia.

Zepchnięty do roli kolonialnego tubylca, Portorykańczyk wzmacniał mury twierdzy własnej kultury i odrębności. La pelea monga — walka z ukrycia, aż wróg utraci siły w szaleńczym ataku i obronimy się przed amerykanizacją. Czy ta stara, ponad stuletnia deklaracja ciągle tkwi w świadomości dzisiejszych mieszkańców wyspy? To pytanie też dręczyło mnie podczas tego wojażu.

Portoryko od 1951 roku ma status państwa stowarzyszonego z USA, a od 1917 mieszkańcy wyspy posiadają amerykańskie obywatelstwo. W 1952 roku Kongres utworzył Wspólnotę Portoryko: wyspa przyjęła wówczas własną konstytucję, pozwalającą jej na samorząd z wyjątkiem spraw obronności, polityki zagranicznej, przepisów pocztowych i regulacji ceł.

Portorykanie mają w Izbie Reprezentantów jednego posła, jednak o statusie wyłącznie obserwatora — może przekazywać Izbie swoje opinie, nie bierze natomiast udziału w głosowaniach. Mieszkańcy wyspy sami wybierają lokalny parlament i gubernatora. Nie dysponują własnymi siłami zbrojnymi, ale po ukończeniu 18 roku życia mogą wstępować w szeregi amerykańskiej armii. Mają własną reprezentację olimpijską, a Miss Portoryko samodzielnie startuje w wyborach Miss Świata. Nie płacą federalnego podatku, ale też nie mogą głosować w wyborach prezydenckich, chyba, że przeprowadzą się na kontynent. Między Stanami Zjednoczonymi a wyspą nie ma granicy celnej, z czego bardzo cieszą się operujący na Karaibach handlarze narkotyków, którzy uczynili z Portoryko bezpieczną przystań tranzytową.

Brak pełnej reprezentacji we władzach federalnych stanowi siłę napędową dla zwolenników przyłączenia się do unii, jak i faworyzujących zerwanie z nią wszelkich węzłów. W 1974 roku niezadowoleni z amerykańskiego parasola separatyści z trzech pomniejszych organizacji nacjonalistycznych utworzyli Siły Zbrojne Wyzwolenia Narodowego (FALN). W latach siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych organizacja ta przeprowadziła 72 zamachy bombowe, wznieciła 40 pożarów i zagroziła podłożeniem bomb w 10 miejscach. W ich wyniku zginęło pięć osób, a 83 odniosło obrażenia. Straty materialne oszacowano na ponad 3 miliony dolarów. Bomby podkładano w bankach, na posterunkach policji, w urzędach i barach tak w USA, jak i na Portoryko. Pierwszymi celami terrorystów były komenda policji w Newarku, największym mieście New Jersey, kilka banków i siedziba FBI w Nowym Jorku oraz wojskowy punkt rekrutacyjny w Chicago.

W 1980 roku członkowie FALN okupowali sztab wyborczy ubiegających się o ponowny wybór prezydenta Jimmiego Cartera i wiceprezydenta Waltera Mondale. Posunięcie to było o tyle niezrozumiałe, że w 1977 roku i 1979 roku Carter ułaskawił czworo portorykańskich terrorystów siedzących od ćwierć wieku w więzieniach federalnych. Były to osoby, które w kwietniu 1954 roku w galerii dla widzów Izby Reprezentantów Kongresu, wywiesiły flagę portorykańską i, krzycząc „Niech żyje Portoryko” otwarły ogień w stronę ław poselskich. Rannych zostało wtedy pięciu parlamentarzystów. Z prezydenckiej łaski skorzystał też zamachowiec, który cztery lata wcześniej usiłował zastrzelić prezydenta Harre’go Trumana.

W tym samym czasie działała również inna terrorystyczna organizacja — Popularna Armia Borieny, bardziej znana jako Los Macheteros. Operowała głównie na Portoryko, atakując amerykańskie cele rządowe i wojskowe, w przeciwieństwie do FALN, która skupiała się na kontynentalnym terytorium USA. W 1978 roku Macheteros zabiło lokalnego policjanta. W 1981 roku przeniknęli do bazy portorykańskich Sił Powietrznych i wysadzili 11 samolotów. Szkody wynosiły 45 milionów dolarów. W 1983 roku napadli na furgonetkę bankową. Ich łupem padło 7,5 miliona dolarów. Zrabowane pieniądze miały posłużyć finasowaniu działalności grupy.

63-letni, szczupły mieszkaniec obrzeży San Juan, który nie chciał ujawnić swojego nazwiska, powiedział mi, że kiedyś popierał działalność separatystów, ba, identyfikował się z ich ideami. Nigdy jednak nie przystał na członkostwo, gdyż uważał, że zamachy bombowe nie są właściwą metodą walki. Nie był też pewny, czy jego ukochana wyspa będzie się miała lepiej bez kurateli Stanów Zjednoczonych.

Jeżeli obecność Waszyngtonu na Portoryko odbierane jest jako okupacja z politycznego punktu widzenia, to jest zbawieniem z ekonomicznych i socjalnych względów. Dzięki USA na wyspie wyeliminowano analfabetyzm, wydłużyła się przeciętna życia, zmniejszyło się bezrobocie, przekształcono gospodarkę z systemu rolniczego na przemysłowy, zwiększyły się dochody mieszkańców. Obecnie 40 procent dochodu czerpane jest z produkcji przemysłowej, głównie chemikaliów, lekarstw, maszyn elektrycznych, instrumentów muzycznych i opakowań z plastyku. 83 procent sprzedaży amerykańskiego rumu pochodzi z Portoryko. Sektor usług dostarcza 50 procent dochodu i pochodzi z turystyki, która rozwija się w astronomicznym tempie. Zaledwie jeden procent jest udziałem rolnictwa.

Przytoczyłem powyższe dane memu rozmówcy. Nie mógł uwierzyć. „Przez lata słuchałem narzekania, że Amerykanie nas wykorzystują i traktują jak obywateli drugiej kategorii, ale trzeba przyznać, że wyciągnęli nas z biedy.” -powiedział 63-latek.

Aresztowania członków FALN i Los Macheteres sprawiły, że obie organizacje praktycznie przestały istnieć. Szesnaście osób skazano wówczas na kary od 35 do 90 lat więzienia. Żadna z nich nie została, co należy podkreślić, uznana winną przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu w dosłownym rozumieniu zarzutu. Udowodniono im natomiast, między innymi, organizowanie spisku w celu obalenia rządu USA jako sposobu na uzyskanie przez Portoryko niepodległości, napady rabunkowe z bronią w ręku, nielegalne posiadanie broni oraz transport kradzionych samochodów przez granice stanów, co traktowane jest jako poważne przestępstwo federalne.

W 1999 roku prezydent Bill Clinton zaproponował więzionym separatystom warunkowe zwolnienie, w zamian za oficjalne wyrzeczenie się przemocy. Jedenastu z nich miało wyjść na wolność od razu, trojgu znacznie skrócono by czas odsiadki, dwojgu przebywającym już na wolności anulowano by wysokie grzywny. Z oferty Clintona skorzystało czternaście osób. Dwie, które nie zdecydowały się na kompromis, mają jeszcze przed sobą odpowiednio — 49 i 2 lata za kratami.

Posunięcie gospodarza Białego Domu spotkało się z biegunowo sprzecznymi ocenami. Według jednych, aprobujących kilkudziesięcioletnie wyroki były rażąco niesprawiedliwe, gdyż przeciętny federalny wyrok za morderstwo oscylował wówczas wokół 10 lat, więc wolność separatystom należała się do dawna. Krytycy uważali, że chce przysporzyć popularności żonie Hillary, ubiegającej się o fotel senatora stanu Nowy Jork, która oficjalnie przeciwstawiała się ułaskawieniu Portorykańczyków (na wyspie żyje 3,8 milionów, w Stanach 2,7mln). Kongres — Senat głosami 95—2 i Izba Reprezentantów stosunkiem 311 — 41- uchwaliła rezolucję potępiającą prezydenta. Miała ona jednak znaczenie czysto retoryczne, bowiem nie mają one mocy prawnej.

Zwolnienie terrorystów wiązało się z możliwością wzrostu popularności ruchu separatystycznego, który powoli, ale sukcesywnie tracił impet. Obawy te, póki co, nie znalazły potwierdzenia, choć niechęć wobec Waszyngtonu kilkakrotnie w ostatnich latach mogła trafić na Portoryko na podatny grunt. Chodzi o najpoważniejszy obecnie problem — kwestię należącej do wspólnoty miniaturowej wysepki Vieques, leżącej około 10 kilometrów od wyspy głównej. Tym maciupkim skrawkiem lądu, zamieszkiwanym przez 9400 mieszkańców, w dwóch trzecich zawiaduje amerykańska marynarka wojenna, która kupiła ziemię od rządu w San Juan w 1941 roku za półtora miliona dolarów. Marynarka pobudowała tu magazyny amunicji, a plaże zamieniła w obiekt ćwiczebnych nalotów dla bombowców oraz poligon, gdzie marynarka i piechota morska mogą prowadzić zintegrowane manewry.

Idealne miejsce do ćwiczeń wojska jest koszmarem dla tubylców, których ściśnięto na wąskim pasku w środku wyspy. Uskarżają się oni, że od bomb z napalmem, czy zubożonym uranem wzrosła tam liczba zachorowań na raka. Wyniki badań Ministerstwa Zdrowia Portoryko mówią, że w latach 1985 — 1989 wskaznik na Vieques był o 26 procent wyższy jak na macierzystej wyspie. Rafael Rivera — Castano, emerytowany profesor z Uniwersytetu Portorykańskiego udokumentował wzrost rzadkich chorób: wilka, tarczycy oraz powszechnych, jak astma, która szczególnie atakuje młode organizmy. „Jak dzieci tak małej wyspy jak Vieques mogą chorować na astmę? — zapytuje Rivera-Castano w swoim raporcie. „Wiatry wiejące z oceanu są zasobne w jod, który zapobiega astmie. Jedynym wytłumaczeniem jest zanieczyszczenie powietrza. Nie emitują go fabryki, bo ich tu nie ma, wytwarza go marynarka.” — konkluduje profesor.

Inne badania wykazały, że zawartość metali ciężkich w tutejszych roślinach, organizmach krabów i ludzkich włosach osiągnęła niebezpieczny poziom.

Jakby tego było mało, kilkakrotnie omyłkowo bombowce zrzuciły ładunki i bomby w części mieszkalnej. W 1999 roku od takiej zrzutki zginął David Sames Rodriguez. W proteście kilkadziesiąt osób, w tym przywódca Partii Niepodległościowej Portoryko (PIP) Ruben Berrios, przez jakiś czas okupowało teren poligonu, a na ulicach stolicy demonstrowało przeciw manewrom 80 tys. osób.

Wobec powyższego poligon należałoby zlikwidować. Amerykanie powtarzają, że jeżeli Portorykańczycy nie pójdą na ustępstwa, to USA wycofają się co prawda z Vieques, ale równocześnie zlikwiduje znajdującą się na Portoryko swą największą na świecie bazę marynarki wojennej. Daje ona pracę kilkudziesięciu tysiącom osób, a wyspie przynosi rok rocznie wpływy w wysokości 300 milionów dolarów. Na razie stanęło na tym, że Amerykanie poćwiczą na Vieques jeszcze przez najbliższy rok, za co zapłacą trochę więcej niż dotychczas, a później być może zostanie na Portoryko przeprowadzony plebiscyt w sprawie ich dalszej obecności.

W jakim kierunku potoczą się stosunki Portoryko z Waszyngtonem? Dwukrotnie (w 1993 i 1998 roku) — przeprowadzone plebiscyty optowały za zachowaniem status quo. Dla porównania 48,4 procent głosowało za utrzymaniem wspólnoty, 46,2 procent domagało się całkowitej niepodległości.

Z takiej sytuacji cieszyła się większość moich rozmówców. Menager hotelu w stołecznej dzielnicy Condado, gdzie się zatrzymałem, określił ją tak: „Jest dla nas perfekcyjna. Daje nam związek ze Stanami Zjednoczonymi z paszportem USA włącznie, co miłujemy, ale pozwala nam na zachowanie kulturalnej tożsamości, fiskalnej autonomii i własnego języka.” Odpowiada też oponentom przyjęcia Portoryko do unii na kontynencie. Amerykanie obawiają się na przykład, że posługujący się hiszpańskim Portorykanie zażądaliby — co jest praktycznie pewne — uzyskania dla swojego języka statutu języka urzędowego. Wyspa stałaby się wówczas dla USA czymś w rodzaju latynoskiego Quebecu.

Z najwyższym dochodem narodowym na Karaibach, Portorykańczycy muszą pamiętać, że to dzięki Ameryce. Amerykanie nie żądają od nich wyrzeczenia się swojej narodowości i kultury, ale też nie chcą, żeby państwo stowarzyszone było dlań całkiem obce. Mieszkańcy wyspy muszą przełknąć, choćby przeszło to z bólem, tabletkę o nazwie coś za coś.

(2003)

TŁOK NA EVEREŚCIE

29.05.2003 przypada 50 rocznica zdobycia najwyższego szczytu globu — Mount Everest. Gdy rankiem tamtego pamiętnego dnia na wierzchołku stanęli Nowozelandczyk Edmund Hillary i Szerpa Tenzing Norgay, rejon „dachu świata” uchodził za jeden z najbardziej niedostępnych zakątków ziemi. Obecnie boryka się z dwoma zmorami współczesności: natłokiem wspinaczy i śmieciami.

Na dzisiaj od strony południowej górę atakuje 25 wypraw, a 17 ekspedycji od strony północnej. W trwającym sezonie wspinaczkowym wejścia na szczyt próbuje zasmakować 300 alpinistów, wspieranych armią Szerpów, z których również około 300 może zdobyć Chomulungmę (nazwa tybetańska). Kolejne 23 ekspedycje szykują się do stawienia czoła kolosowi jesienią (wrzesień, październik), po ustaniu monsunu, a przed początkiem himalajskiej zimy.

Do bazy bądź w drodze powyżej niej (5350 m.n.p.m.) dotarło 800 wspinaczy. To nowy rekord. Rekordem jest też ilość postawionych w niej namiotów. Stoi ich 900.

Paradoksem pozostaje fakt, że triumf zdobycia szczytu Everestu przybladł w oczach poważnych wspinaczy, zyskuje coraz większe uznanie wśród miłośników przygód, którzy dzięki większej dostępności widzą swoją szansę znalezienia się na liście ekskluzywnego klubu, mogących podziwiać świat z wierzchołka najwyższej góry globu.

— Everest jako osiągnięcie wspinaczkowe uległ ogromnej dewaluacji. — powiedział Brytyjczyk Steve Bell, szef wysokogórskiej agencji Jagyed Globe z Sheffield, która organizuje komercyjne wyprawy na ten szczyt za 50 tysięcy dolarów od osoby. „Pozostanie jednak wyzwaniem. W końcu jest najwyższą górą świata.” — dodał Bell, który wspiął się na nią w 1993 roku. Ułatwienia w postaci 60 aluminiowych drabin ustawionych w najtrudniejszych przepaściach lodowca Ice Fall i tysiące metrów lin poręczowych, zainstalowanych na stromych odcinkach drogi, daje szansę słabszym i wspinaczom, którzy bez nich mogliby tylko pomarzyć o zdobyciu szczytu, są też przyczyną niespotykanego ciągu ludzi stawienia górze czoła. Powodują również bicie wszelkich rekordów, w tym rekordów tłoku i pozostawionych odpadów.

50 rocznica pierwszego wejścia na Everest wyzwala bodźce. Wspinacze łamią kolejne bariery. W tygodniu poprzedzającym rocznicę na „dach świata” wszedł prawie 71-letni (70 lat i 222 dni) Japończyk Yuichiro Miura — najstarszy człowiek. 22.05. wyczynu tego dokonała 15-letnia Szerpa Ming Kipa, stając się najmłodszym zdobywcą Sagarmathy (nazwa nepalska).

35-letni Szerpa Lhakpa Gela wszedł na szczyt w 10 godzin 56 minut i 46 sekund, ustanawiając rekord szybkości licząc od wyjścia z bazy, osiągnięcie to odebrał innemu Szerpie Pebmie Dojie, któremu trzy dni wcześniej wspinaczka zajęła 12 godzin i 45 minut.

43-letni szerpa Appa podziwiał widoki ze szczytu po raz trzynasty. To rekord wejść jednego wspinacza. Appa uczestniczył w amerykańskiej wyprawie, która zajmuje się głównie zbieraniem pozostawionych w ciągu dziesięcioleci śmieci.

Everest (8848 m.n.p.m) — najwyższa góra świata.

Tashi Tenzing, wnuk pierwszego współzdobywcy Everestu, również mający za pasem najwyższy szczyt świata (8848m), w okolicznościowym artykule opublikowanym w “The New York Times” podaje, że dotychczas próbowało nań wejść około 10 tys. osób. To zastraszająca liczba. Z jednej strony napływ cudzoziemców znacznie poprawił żywot miejscowej ludności (spadek śmiertelności niemowląt oraz zmniejszenie analfabetyzmu) poprzez zatrudnianie się ich jako tragarzy i wspinaczy wspomagających klientów agencji organizujących wycieczki na najwyższą górę świata, ale zrujnował ich naturalne środowisko i wielowiekową tradycję egzystencji. Obecna sytuacja wygląda jak zaklęte koło. Biedny, azjatycki kraj, inkasując niemożliwe do uiszczenia przez prawdziwego entuzjastę wspinaczki opłaty (70 tys. dolarów od siedmioosobowej ekspedycji, plus 10 tys. od każdego następnego członka), wypełnia ogromną dziurę w swoim budżecie i z tego powodu nie ograniczy ilości wydawanych pozwoleń. Do takiego kroku nawołuje mi. Hillary i pierwszy zdobywca “Korony Himalajów” (wszystkie ośmiotysięczniki) i pierwszy wspinacz, który wszedł na Everest bez użycia tlenu (1978 rok), Reinhold Messner.

25 tys. ludzi przewijających się przez bazę w ciągu roku to zabójcza dawka dla lodowca, który jest źródłem wody dla rejonów położonych na wysokościach.

Podczas dwumiesięcznego sezonu wspinaczkowego doświadczony Szerpa może zarobić 2 tys. dolarów — około ośmiu razy więcej od średniej rocznej przypadającej na statystycznego Nepalczyka. Czy w przeciwnym wypadku klepiący biedę mieszkaniec okolic Chomolungmy, odrzuci ofertę?

Choćby była jeszcze bardziej niebezpieczna, wątpię, finansowa rekompensata jest prawie zawsze głównym bodźcem do pracy, każdej pracy.

Inna sprawa, że młodsze pokolenie Szerpów nie chce już poganiać jaków i uprawiać ziemniaki na twardym, nieurodzajnym terenie, na dodatek w strefie rozrzedzonego powietrza.

Dotychczas 175 wspinaczy straciło życie wchodząc lub schodząc z wierzchołka, w tym 6 Polaków (dwóch z nich było na szczycie). W gronie tym znaczny odsetek stanowią Szerpowie. Od 1977 roku nie było sezonu bez śmiertelnych wypadków. W rekordowym 1996 roku zginęło 15 śmiałków, 9 jednego tragicznego dnia po nadejściu burzy śnieżnej. Ofiarami byli członkowie wypraw komercyjnych i ich przewodnicy. Pogoń za sukcesem za wszelką cenę, presja konkurencji i chęć nie zawiedzenia klientów i brak czasu na ponowny atak (ludzie bogaci są zwykle bardzo zajęci) pozbawiły wspinających się zdrowego rozsądku i trzeźwej oceny sytuacji.

Pokusa wejścia na Everest ludzi z kasą praktycznie niweluje szansę zdobycia szczytu przez entuzjastów gór najwyższych. Mój kolega, który ma na koncie trzy ośmiotysięczniki od lat próbuje wejść w skład partnerskiej ekspedycji i ciągle napotyka na jakieś przeszkody, ale nie do przebicia są koszty i miejsc na takich, jak on. Kto płaci, ten jedzie.

Fin Veikka Gustafsson, który właśnie wszedł na trzeci najwyższy szczyt świata — Kangchenjungę (8598 m) — powiedział, że w bazie stoi dziewięć namiotów w nadziei na zmniejszenie natłoku na Evereście. W ostatnich dwóch latach władze Nepalu zezwoliły na wspinaczkę na 13 innych szczytów. Nic to nie pomogło, wszyscy ciągną na „dach świata.”

Jeżeli nie widać szansy na rozluźnienie korka, jest nadzieja na zredukowanie zaśmiecenia góry. Szerpowie, za dodatkową opłatą, znoszą odpady na dół. Obowiązku nie można by było wyegzekwować od wspinaczy-bogaczy, którzy raczej zatrudniliby kogoś do wykonania tego zadania niż sami mieliby je targać. Nie mieliby zresztą na to sił, wejście na wierzchołek wyciąga z nich wszystkie soki.

(2003)

MIASTO BEZ PRĄDU

Od kiedy zamieszkałem w Nowym Jorku — blisko 10-milionowym mieście, który z przyległymi miasteczkami obejmującymi trzy stany, tworzy kilkunastomilionową aglomerację, często zastanawiałem się, jak ten kolos przeżyje awarię sieci elektrycznej. W PRL-u nie byłoby to ani niczym nowym, ani niczym strasznym. „Przerwy w dostawie prądu”, jak feministycznie je nazywano, miały miejsce na tyle często i trwały na tyle długo, że wszyscy zdążyli się doń przyzwyczaić i nie robiono z nich wielkiego szumu, nie dociekano ich przyczyn, nie wskazywano palcem odpowiedzialnych, nie liczono strat i nie szukano rozwiązań, by zapobiec im w przyszłości. I po prawie 22 latach doczekałem się. Sądny dzień nastał 14 sierpnia 2003 roku o godzinie 16:11.

Jechałem z synem samochodem Drugą Aleją, prowadzącą z góry w dół Manhattanu, do dziadków, mieszkających na Brooklynie. Dwie przecznice przed skrętem na most Queensboro przestała działać sygnalizacja uliczna. Zawsze ruchliwa, a w godzinach szczytu szczególnie, aleja, z przyległymi ulicami zastygła. Początkowo pomyślałem, że awaria objęła małą przestrzeń i dotknęła tylko sygnalizację świetlną, ale po rozglądnięciu się, zauważyłem, że nie świecą się światła w sklepach, restauracjach i punktach usługowych. Dosłownie w przeciągu 15 minut chodniki zapełniły się taką ilością pieszych, że nie było dla nich tam miejsca, więc wylegli na ulice i przeciskali się między samochodami. Włączyłem radio. Podniecony spiker informował, że przeżywamy największą w historii Stanów Zjednoczonych awarię energetyczną. Dotknęła osiem stanów wschodnich i północnych od Michigan przez Ohio, Pensylwanię po Nowy Jork. 50 milionów ludzi zostało pozbawionych prądu. Uspokajał, że zaistniała sytuacja nie jest wynikiem ataków terrorystycznych, jak zapewne wielu przypuszczało, lecz prawdopodobnie przeciążeniem generatorów i linii przesyłowych na północy stanu Nowy Jork.

Pokonanie jednej przecznicy przed mostem zajęło mi 35 minut. Przejazd nim pochłonął całą godzinę. Dwa z trzech pasów prowadzących z Manhattanu na Queens zajęte były przez tłum nowojorczyków, którzy pozbawieni głównego środka komunikacji — metra — piechotą maszerowali do domu. Nie zauważyłem, żeby ktoś psioczył, złościł się, krytykował i odsyłał do wszystkich diabłów winowajców. Miasto przeżyło tragiczniejsze, jeszcze świeże, chwile i w sumie mała niewygoda nie mogła pozbawić go ducha i dumy. Dzień był słoneczny, gorący i bardzo wilgotny, wszystkich oblewały siódme poty. Niektórzy mężczyzni pozdejmowali koszule.

— Mamo, dlaczego nie jedziemy autobusem tylko idziemy tym długim mostem? — pytała 5-letnia dziewczynka idąca, obok mojego samochodu. Próbowałem dzwonić z telefonu komórkowego. W rejonie objętym awarią nikt się nie zgłaszał. Pozbawione elektryczności przekaźniki nie działały. Wycisnąłem numery do przyjaciół w Kalifornii i Wirginii. Obydwaj odpowiedzieli. U nich wszystko było w porządku. Większość stacji radiowych koncentrowała swoją uwagę na zaistniałym kryzysie, ale były też takie, które zaledwie raz na godzinę podawały lakoniczne wiadomości o tym, co się stało, po czym powracały do emitowania swoich zaplanowanych programów, czyli do muzyki przerywanej reklamami. Te jednak, które stanęły na wysokości zadania zasługują na pochwałę i słowa podziękowania. Wprawdzie niewiele miały do powiedzenia na temat przyczyn awarii, ale szczegółowo informowały, gdzie drogi są nieprzejezdne, które tunele i mosty są zamknięte dla ruchu pojazdów, skąd odpływają promy do sąsiedniego New Jersey. Komunikaty wzywały wszystkich policjantów i strażaków nie będących na służbie o wstawienie się w najbliższym posterunku i remizie. Choć nikt o tym nie mówił, władze miasta obawiały się, że dojdzie do włamań, kradzieży, rozbojów i podpaleń, z czego zasłynęła poprzednia blokada elektryczności w 1977 roku. 25-godzinny przestój w dostawie energii, który zaczął się w upalny, wilgotny wieczór 13-go lipca (i jak tu nie być przesądnym) ujawnił, oprócz solidarnej pomocy społecznej i kolektywnego pokonywania przeszkód w wyjątkowej sytuacji, gorszą stronę ludzkiego gatunku. Pod osłoną nocy centra handlowe i sklepy, od manhattańskiego Upper West Side po Jackson Heights na Queensie, od brooklyńskiego Fulton Street po Trzecią Aleję na Bronxie zostały ograbione i zdemolowane. Wykorzystując wyjątkową okazję, zapewne na co dzień przyzwoici obywatele, ruszyli na rabunek. W jego efekcie w przeciągu siedmiu godzin ciemności — tyle w okresie roku trwa noc — straty materialne wyniosły prawie dwa miliardy dolarów, a policja aresztowała 3800 nowojorczyków. W biedniejszych dzielnicach zaistniały kryzys celebrowano niezrozumiałym dziwolągiem — podpaleniami. Straż pożarna doliczyła się tej nocy 1037 pożarów, w tym ponad 50 poważnych.

W przeciwieństwie do obecnej awarii, wtedy prawie od początku znana była bezpośrednia przyczyna blokady. Spowodowało ją uderzenia pioruna w urządzenia przekaźnikowe elektrowni jądrowej w Indian Point niedaleko Nowego Jorku. Jak mogło do tego dojść? Supernowoczesna elektrownia z epoki atomowej nie miała zainstalowanych piorunochronów? — huczała prasa. Czy to kapitulacja techniki przed odwiecznymi siłami przyrody?

Opuściwszy most Queensboro, nie skończył się pojazdowy zastój. Sporo czasu pochłonęło mi przebicie się przez ulice doń prowadzące. Kierowcy tracili cierpliwość, nie chcieli nikogo przepuszczać. Pokazywałem, że nie chcę się wcisnąć przed nich w ślimaczo posuwającej się nitce, lecz prostopadle ją przeciąć. Nie skutkowało. Zastosowałem więc powszechnie tu stosowaną zasadę wymuszania pierwszeństwa. Dalej już było pustawo. Zatrzymywałem się lub zwalniałem przed skrzyżowaniami. Spojrzałem na zegarek, była 19:40. 5-milowy dystans, który zwykle pokonuję w 15 minut, tym razem zabrał mi trzy i pół godziny.

Teściowie mieli świeczki, latarkę i wystarczająco dużo niepsujących się produktów żywnościowych, wiedziałem więc, że jakoś sobie poradzą, ale obawiałem się o stan zdrowia teściowej, której bez klimatyzacji ciężko będzie przeżyć noc. Nie mieli jednak baterii do radia, które w przeciągu pierwszej godziny awarii zniknęły z półek wszystkich pobliskich sklepów. Słuchaliśmy odbiornika w samochodzie. Radiofonia przeżywała swoje wielkie chwile, była jedynym działającym środkiem masowego przekazu. Wrócili doń nawet ci, którzy prawie zapomnieli o jej istnieniu. Być może radiu należy zawdzięczać, że w aglomeracji nie powstała panika i nie doszło do poważniejszych chuligańskich ekscesów.

Komunikaty nie były wesołe. Burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg upraszał mieszkańców o rozwagę i cierpliwość. Wzywał, by dzwonić na policję i pogotowie ratunkowe tylko w ekstremalnie alarmujących przypadkach, strzec się wzajemnie, nie podróżować samochodami bez ważnego powodu. Mijała już piąta godzina awarii i nic nie mówił, kiedy dopływ prądu zostanie wznowiony. Zanosiło się na to, że tej nocy miasto, w którym nigdy nie gasną światła, nie będzie ich miało nawet przez chwilę.

Awaria elektryczności to finansowa, społeczna i wizerunkowa katastrofa dla miasta.

Deliberowałem, co robić. Chwila nakazywała pozostać u teściów na Brooklynie, przenocować i zobaczyć, jak potoczą się wypadki następnego dnia. Ale jako reporter nie mogłem sobie pozwolić na przegapienie okazji — dramatyczne wydarzenia zawsze są dobrym materiałem na reportaż. Musiałem dostać się na Manhattan. Jazda samochodem nie wchodziła w rachubę. Trzy mosty w poprzek rzeki Wschodniej były zamknięte dla pojazdów, przez Queens Midtown Tunnel i Brooklyn Battery Tunnel przepuszczano wyłącznie samochody policyjne, karetki pogotowia i wozy strażackie. Do wyboru miałem pójść piechotą albo pedałowanie rowerem. Zdecydowałem się na drugie rozwiązanie.

Zanim wyjechałem, ściemniło się. Ruch samochodowy był niewielki. Pojazdy, które z różnych powodów jechały, reflektorami oświetlały skrawki przestrzeni. Przechodnie migotali latarkami i świeczkami, trzymanymi w osłonie słoików. Nieliczne otwarte sklepy pełne były klientów. Żaden już nie miał na stanie mleka, pieczywa, wody, nie mówiąc o bateriach i świecach. Po drodze minąłem jedyną działającą stację benzynową, która dzięki własnemu generatorowi pompowała paliwo do pojazdów. Ustawiła się doń tasiemcowa kolejka. Ceny, mówiąc delikatnie, były wyraźnie zawyżone. Z mostu Pułaskiego, jak na dłoni widać prawie cały Manhattan. Gdy jest oświetlony, wygląda bajkowo. Miliony żarówek przebijają się we wszystkie strony świata, tworząc jedną wielką kompozycję. Biurowce sięgają chmur.

Pierwszego wieczora po przybyciu do Nowego Jorku znajomi przyprowadzili mnie tu, aby upoić się widokiem. Przyznaję, stałem jak wryty, nie mogąc uwierzyć, że znany mi dotąd z pocztówek obraz, widzę na własne oczy. Teraz panowały tu egipskie ciemności. Jedynie na czubku Empire State Building i Chrisler Building oraz na dachu gmachu ONZ pulsowały czerwone światła ostrzegawcze. Wyglądało na to, że wyspa zapadła w głęboki sen.

Zatrzymałem się na chwilę. Otarłem pot z czoła, wziąłem parę głębokich oddechów i ruszyłem w dalszą drogę. Wjechałem na most Queensboro. Z Manhattanu maszerowała jeszcze większa chmara ludzi, jak wtedy, kiedy przemierzałem go kilka godzin wcześniej. Po paru metrach musiałem zejść z roweru, bo nie mogłem przebić się przez tłum. Pieszo było łatwiej i bezpieczniej. Będąc na pasie zwanym ramieniem, który znajduje się na zewnątrz przęseł, widziałem środkowy i górny Manhattan. Z tego dystansu dostrzegłem płonące świece w wieżowcach. Było ich tyle, ile na grobach w dzień Wszystkich Świętych w Polsce. Tu też przystanąłem. Przy nabrzeżu Queensu, gdzie zlokalizowana jest potężna elektrownia, kołysała się motorówka straży przybrzeżnej. Przy lądowisku helikopterów bujała się motorówka policyjna. Były przygotowane na najgorsze.

Ciągnąca się wzdłuż rzeki Wschodniej autostrada FDR (Franklin Delano Roosevelt) zapchana była pojazdami, które posuwały się jak żółwie. Z oddali ich zapalone światła przypominały sznurek lampek na choince. Z ciemności wynurzał się kompleks New York Hospital i New York Presbitarian Hospital, zajmujący parę przecznic na Upper East Side.

Przyjechałem do domu. Posłuchałem radia, które powtarzało stare wiadomości, coś przekąsiłem, ugasiłem pragnienie i ruszyłem na miasto. Park Centralny, zwykle pusty o tej porze, bo jest niebezpiecznie, zapełniony był spacerowiczami. Niektórzy Nowojorczycy okupowali liczne ławki, przeczuwając, że przyjdzie im na nich spędzić noc. Jak się później okazało, przypuszczali prawidłowo. Na Times Square, umownie określanych skrzyżowaniem świata, panowała festiwalowa atmosfera. Młodzież, nie zważając na niewygody, zmęczenie i głód, dobrze się bawiła. W obawie, że wpadnę na kogoś lub coś, prowadziłem swojego jednośladowca. Wszędzie było pełno ludzi, ale przed hotelem Marquis Marriott przy skrzyżowaniu Siódmej Alei i 46 Ulicy było ich jak mrówek. Z uwagi na nieudaną próbę załączenia generatora spalinowego, dyrekcja zarządziła ewakuację gości. Setki turystów, otrzymawszy poduszkę, drzemało na schodach. Nie wszyscy jednak uciążliwość tę przyjmowali ze zrozumieniem. Wyglądający na 40-latka biznesmen z teksańskim akcentem, wygrażał menagerowi, że będzie skarżył jego i hotel za niewywiązanie się z umowy. Ciekawe, czy wygra?

Pojechałem do przyjaciół na West Side. Z rowerem wszedłem po schodach na ósme piętro. Niestety, nie zastałem ich w domu. Pózniej dowiedziałem się, że dusili się w nagrzanych ścianach i postanowili przesiedzieć noc w Parku Centralnym.

W moim gniazdku na Upper East Side jeszcze dało się wytrzymać. W momencie awarii było w nim chłodno, gdyż pracowały klimatyzatory. Zamknięte okna zapobiegały nawiewowi potwornie wilgotnego i gorącego powietrza. Od dawna nie było ciepłej wody, więc wziąłem zimny prysznic i poszedłem spać. Następnego dnia, pewnie jak wszyscy, po obudzeniu się sięgnąłem do kontaktu. Ze zdumieniem stwierdziłem, że ciągle nie ma prądu. Nawet nie zbierałem się do pracy, bo wiedziałem, że biurowiec będzie zamknięty.

Włączyłem więc radio. Komunikaty były bardziej pocieszające. Niektóre dzielnice — Staten Island, The Bronx, częściowo Queens i górny Manhattan — miały już przywróconą elektryczność. Otwarto trzy nowojorskie porty lotnicze, ale z uwagi na odwołanych pół tysiąca lotów, opóźnienia były ogromne. Nakazywano przed udaniem się na lotnisko, dzwonić do przewoźnika i upewnić się, że dany lot odbędzie się zgodnie z planem. Powoli otwierano mosty, tunele, sklepy i restauracje. System metra zaczął działać dopiero w nocy z piątku na sobotę. Zanim prąd dotarł do wszystkich odbiorców, upłynęło 29 godzin. W takim kolosie to wiek. Zaczęto podsumowywać straty i wytykać winowajców. W czasie awarii wzywano karetki pogotowia 5 tysięcy, ale z powodu ich nie przybycia na miejsce zgłoszenia odnotowano tylko pięć zgonów. Policja odebrała 80 tys. telefonów (bez zastrzeżeń działały automaty i standardowe aparaty telefoniczne nie potrzebujące prądu). Na razie mówi się o 750 milionach dolarów. Same straty z tytułu utraconych podatków od sprzedaży szacuje się na 40 milionów. Koszt nadgodzin służb miejskich przekroczył 10 mln. Ile ton, kurczaków, lodów, serów szwajcarskich, wieprzowiny, wołowiny i wszelkiego jadła powędrowało na śmietnik, jeden Bóg raczy wiedzieć.

Lekcja, jaką Nowy Jork przeszedł 11 września 2001 roku spowodowała, że podczas opisywanego kryzysu energetycznego nie doszło do poważnych ekscesów chuligańskich. Mieszkańcy się sprawdzili, teraz pora na polityków, by znaleźli fundusze na unowocześnienie urządzeń przekaźnikowych, bo w przeciwnym razie będę opisywał następną awarię.

(2003)

7 x 7 x 7

Księga Rekordów Guinnessa wypełniona jest najdziwniejszymi, wydawałoby się niemożliwymi do osiągnięcia, wyczynami. Jednym z nich, choć jeszcze nie umieszczonym, jest, mówiąc skrótowo 7 x 7 x 7, czyli przebiegnięcie siedmiu maratonów w ciągu siedmiu dni na prawie siedmiu kontynentach. Śmiałkami, którzy tego dokonali są dwaj Brytyjczycy: Ranulph Lyn Fiennes i Michael Stroud.

59-letni Fiennes, któremu królowa Elżbieta II nadała tytuł Sir, i 48-letni Stroud początkowo planowali wyprawę na Everest. Gdy z zamierzenia, które w dzisiejszych czasach straciło już na orginalności, nic nie wyszło, szukali przygody, która byłaby wyzwaniem sportowym i organizacyjnym, a równocześnie byłaby taką, której wcześniej nikt inny nie przeżył. Pomysł zaczerpnęli od człowieka, który przebiegł siedem maratonów na siedmiu kontynentach, ale zajęło mu to 91 dni, gdyż uczestniczył tylko w oficjalnych biegach. Dokonanie tego w kolejno następujących po sobie dniach wydawało się niemożliwe, bo w grę wchodziły ogromne odległości, i ograniczenie czasowe, w tym parę godzin na każdy bieg, nie mówiąc o wysiłku fizycznym, braku odpoczynku, niedostatku snu i obciążeniu psychicznym.

Przygoda Brytyjczyków rozpoczęła się 21 pazdziernika na londyńskim lotnisku Heathrow skąd odlecieli na Antarktydę. Pierwszy etap, zaplanowany na niedzielę 26.10. 42-kilometrowym biegiem na King George Island nie doszedł do skutku z powodu zamieci śnieżnej i kłopotów z silnikiem samolotu Chilijskich Sił Powietrznych.

„Szczerze mówiąc byliśmy zaniepokojeni, że wyzwanie, które sobie wyznaczyliśmy zakończy się przed zrobieniem pierwszego kroku. Plus minus mieliśmy 170 godzin na ukończenie marszruty i każde opóźnienie mogło być głównym czynnikiem niepowodzenia.” — powiedział Sir Fiennes.

Szybko więc wyznaczono alternatywną trasę wzdłuż nabrzeża Magellan Strait w chilijskiej Patagonii. 3 godz. i 45 min. później wskoczyli do oczekującego samolotu, który przerzucił ich na Wyspy Falklandzkie, aby zastępczo „zaliczyć” maraton na Antarktydzie. Zaledwie w niecałe 12 godzin od ukończenia pierwszego biegu, wystartowali do następnego. Trasa przebiegała przez oczyszczony z min Mount Pleasent, z metą w położonym w najbardziej wysuniętym na południe (w sensie geograficznym) brytyjskim mieście Stanley. Stoper zatrzymał się na wskazówkach 4 godz. i 31 sekund — najlepszego czasu siedmioczęściowej całości.

Po szybkiej kąpieli i zjedzeniu obiadu, samolotem British Airways wyruszyli w 12-godzinną podróż na kontynent australijski. Odpoczywali w powietrzu. Trzy okrążenia od Sydney Opera House, przez Harbour Bridge i Royal Botanical Gardens w Sydney przebiegli w towarzystwie licznego batalionu miejskich maratończyków, którzy występowali w roli „zająca”, czyli forsujących tempo. Na mecie zameldowali się po 4 godz. i 41 sekundach.

Ze względu na różnicę czasu z 16-godzinną niekorzyścią w stosunku do Falklandów i opóznieniu lotu z Sydney przedniego dnia, w czwartek 30 pazdziernika w Singapurze Brytyjczycy stawili czoła nie tylko dystansowi 26 mil, ale wilgotności i upałowi. Wkrótce po starcie Strouda złapały skurcze, ale po udzieleniu mu pomocy medycznej, kontynuował bieg. Na metę przybył 42 minuty po Fiennesie, który „zaliczył” go w 5 godz. i 24 minuty. W notatniku udostępnionym dziennikarzom zanotował „Dzisiaj, pod każdym względem mieliśmy najgorszy moment postawionemu sobie wyzwaniu. Efekt stałego wyczerpania fizycznego i braku czasu na wypoczynek jest prawie nie do zniesienia. Jakkolwiek robię wszystko by kontynuować dzieło.”

Z Azji biegacze przylecieli do Europy, znowu do Londynu. W piątek rano ruszyli w drogę piątej odnogi podróży. Wiodła ona z Castle Hill w Windsor przez Eton, z metą w White City — tą samą trasą, co maraton olimpijski w 1908 roku. Tu dopingowały ich rodziny, przyjaciele, rodacy. Fiennes ukończył bieg w 4 godz. i 42 minuty. Stroud, nie mogący pozbierać się po 30-stopniowym upale w Singapurze, część trasy przebył pieszo. Zajęło mu to 5 godz. i 15 minut. Mając upragniony 7 x 7 x 7 w zasięgu ręki nasi bohaterowie „załapali się” na kursowy wieczorny lot do Kairu. Prosto z lotniska zostali podwiezieni samochodem terenowym Land Rover fermy Forda, jednego z głównych sponsorów przedsięwzięcia, który był do ich dyspozycji na każdym etapie przygody, w okolice Wielkich Piramid. Aby uniknąć spiekoty egipskiego słońca, kolejny maraton rozpoczęli o północy. Osiągnęli czas lepszy niż zakładali: Fiennes 5 godz. i 15 min., Stroud 5 godz. i 40 min.

Zanim nastał dzień siedzieli już w żelaznym ptaku w drodze do Nowego Jorku, gdzie w niedzielę 2 listopada odbywał się doroczny, z najliczniejszą liczbą uczestników, maraton.

Pogoda tego dnia była prawie wymarzona, choć może było trochę za ciepło. Padło parę rekordów trasy, w tym rekord w kategorii kobiet: pierwsze trzy biegaczki pobiegły szybciej niż którakolwiek z uczestniczek w ubiegłych latach. Dobry czas, choć nie był on tu najważniejszy, osiągnęli Brytyjczycy, którzy razem minęli metę: 5 godz., 25 min. i 46 sekund. Niesamowita przygoda zakończyła się sukcesem.

W centrum prasowym z widokiem na Park Centralny, biegaczy oblegali dziennikarze. Prawie żaden nie mógł uwierzyć w wyczyn wcale już nie młodych panów. W ciągu siedmiu dni przebiegli 183,4 mil (305 km), przenosząc się z kontynentu na kontynent drogą powietrzną i lądową przebyli 45 tys. mil. Na dodatek wyczyn ten miał miejsce cztery miesiące po ciężkim ataku serca Fiennesa, kiedy przez cztery dni leżał nieprzytomny w szpitalu. Po nim przeszedł dwie skomplikowane operacje i nie mógł trenować. Przygotowania rozpoczął dopiero w połowie sierpnia. Spytałem biegaczy, czy wierzyli w sukces. Obaj bez wahania przytaknęli głowami. „Nie dopuszczaliśmy myśli o porażce. Liczyliśmy się z tym, że jeden z nas może nie wytrzymać wysiłku, ale nie obaj.” — powiedział Stroud, grzejący się w polarowej bluzie, którą mu przed rozmową pożyczyłem. Nie omieszkałem zapytać o plany na przyszłość i czy jest w nich miejsce na podobny ekstremalny wyczyn. 59-letni Fiennes wcześniej zapisał się w Księdze rekordów Guinnessa, przewodząc ponad 30 wyprawom, w tym pierwszego opłynięcia Ziemi wokół bieguna w 1982 roku.

— Myślimy o następnej przygodzie, ale nie zdecydowaliśmy jeszcze, co nią będzie. — ciągnął. W następnym roku zadzwonię do niego. — wtrącił Fiennes.

— Może nie podniosę słuchawki. — zażartował przyjaciel.

(2003)

WIĘZIENIE PO FINSKU

Zgodnie z typowymi, społecznymi standardami Antli Syvajarv należy do ludzi przegranych. Przebywa w więzieniu w Finlandii — w kraju, który z wszystkich zrzeszonych w Unii Europejskiej przetrzymuje za kratami najmniejszą liczbę obywateli. Mimo tego uważa się za szczęściarza. „Jak mam siedzieć w więzieniu, to cieszę się, że jestem w Finlandii, bo ufam fińskiemu systemowi.” — mówi Syvajarvi.

Badania opinii publicznej wykazują, że najbardziej godną zaufania instytucją w kraju jest policja. Jej siły są najmniej liczne w stosunku do liczby mieszkańców w Europie, nie jest skorumpowana i rozwiązuje 90 procent przestępstw.

„Zdaję sobie sprawę z tego, że nasz system jest unikatowy.” — mówi Markku Salminen, były policjant i detektyw od zabójstw, a obecnie generalny dyrektor zakładów karnych. „Ale, gdy zobaczysz nasze więzienia i przespacerujesz się naszymi ulicami, przekonasz się, że jest to bardzo łagodna wersja wymiaru sprawiedliwości. Nie mam pretensji do innych krajów, że posiadają ostrzejsze systemy, dlatego, że mają inną historię i politykę, ten model u nas się sprawdza.” — dodaje.

Finlandia, która kulturowo jest niemal niepodzielona, ma zakodowaną w sobie skandynawską wiarę w łaskawość Państwa i zaufanie do jego cywilnych instytucji, tworzy coś, co można by nazwać laboratorium łagodnej sprawiedliwości. Ekonomiczne i socjalne różnice, które zwykle są pożywką czynów kryminalnych, nie mają w Finlandii — kraju opiekuńczym — miejsca. Przestępczość jest niska, a egzekutorzy praworządności mogą liczyć na pomoc niecynicznego społeczeństwa.

I jaka jest przestępczość, takie są więzienia. Zakład penitencjarny Hameenlinna jest przybytkiem, który nastarcza trudności z określeniem „miejsce odosobnienia”, czy „zakład karny”. Nie bez kozery zapytać można, czy jest „otwarty” czy „zamknięty”. Esko Aaltonen, oprowadzający grupę dziennikarzy zagranicznych, w której się znajdowałem, uświadamiał nas, zwracając uwagę na fakt, że wjeżdżając tu nie widzieliśmy bramy zamkniętej na kilka zamków z kratami grubości sztangi do podnoszenia ciężarów.

Przyznaję, że moje wyobrażenia o więzieniu nie znalazły tu potwierdzenia. Mury i ogrodzenia z drutu kolczastego zostały stąd usunięte, zastąpiły je kamery i elektroniczne fotokomórki. Zamiast brzęczących bramek przejściowych, gołych ścian korytarzy i ciasnych, zakratowanych cel, jest tu duża przestrzenna sala, wyłożona linoleum z wnękami, w których stoją łóżka dla pensjonariuszy. Całość bardziej przypomina internat, czy dom akademicki, a nie więzienie.

Strażnicy nie mają przy sobie broni, ubrani są w cywilną odzież bądź mundury bez emblematów. „Na stanie mamy 10 pistoletów i wszystkie znajdują się w moim sejfie.” — mówi Aaltonen. „Wyciągam je stamtąd wtedy, gdy transportujemy więźniów.” — dodaje.

W fińskim „otwartym” systemie penitencjarnym więźniowie i strażnicy zwracają się do siebie po imieniu, zarządzający placówką posiadają niemilitarne tytuły, jak kierownik, czy gubernator, więźniowie często określani są jako „klienci”, a gdy są młodzi, mówi się o nich per „student”.

Uczestniczący w spotkaniu gubernator zakładu karnego w Kerava, położonego około 50 km od Helsinek, specjalizującego się w rehabilitacji młodych przestępców, Kristi Nieminen mówi, że dla nich jesteśmy „rodzicami.”

Pod koniec wyroku zarządcy placówek oferują więźniom „domy przejściowe”, gdzie do czterech dni w tygodniu mogą przebywać z odwiedzającymi ich rodzicami. Prawdziwa sielanka.

„Uważamy, że utrata wolności jest karą główną i dlatego staramy się, żeby warunki socjalne mieli tu jak najlepsze.” Mówi zarządca więzienia Hameelinna, Merja Toivonen.

Trzydzieści lat temu Finlandia posiadała bardzo surowy model penitencjarny, przyjęty od Związku Sowieckiego. W jej więzieniach siedziało najwięcej więźniów w stosunku do populacji w Europie. Wtedy też intelektualiści sprowokowali ogólnonarodową debatę na ten temat, odwołując się do regionalnej teorii społeczeństwa socjalnego.

„Wierzymy, że kara więzienia winna przywracać w osaczonym wartości moralne, których albo nie wykształcił albo zatracił, zamiast traktować ją jako formę rehabilitacji.” — powiedział dyrektor Narodowego Instytutu Badań Polityki prawa, Tapo Lappi-Seppala. Ocenia on, że w ostatnich dwóch dekadach ponad 40 tys. Finów uniknęło więzienia, co oszczędziło budżetowi Państwa 20 milionów dolarów. W tym samym przedziale czasowym przestępczość spadła do standardu skandynawskiego, najniższego w Europie.

Dyrektor wykonawczy więzienia Kaisa Tammi-Moilanen na tablicy wyznaczył trzy poziome linie. „Pierwszy poziom to samokontrola, druga to kontrola społeczna, trzecia to kontrola policyjna. W Finlandii próbujemy interweniować na pierwszym poziomie, aby ludzie nie przekraczali pozostałych dwóch.” — wyjaśnił. Nie zawsze to skutkuje. Trafiają się recydywiści, do których nie przemawiają żadne metody. W więzieniu Hameenlinna palmę pierwszeństwa dzierży 41-letni Risto Nikunen. On nigdy nie skaził się pracą i nie włączając tymczasowego aresztu, w „pudle” siedzi już jedenasty raz. Pozwolono nam na rozmowę z nim. Rozwodził się przez dłuższą chwilę o przyczynach trafiania za kraty, z których główną było zażywanie narkotyków, ale na końcu skonkludował, że jest mu tu lepiej niż na wolności, bo nie musi się martwić o takie rzeczy, jak dach nad głową, pełny talerz, ubiór.

Więzienni oficjele są upoważnieni do stosowania doraźnych kar w stosunku do łamiących przepisy więźniów. Najostrzejszą jest 20 dni izolatki, otrzymanej za pobicie współwięźnia, czy posiadanie narkotyków. Rzadko tak długi termin jest stosowany, zwykle opiewa między 3—5 dniami.

Fińskie sądy stosują cztery rodzaje kar: grzywnę, wyrok warunkowy, pracę społeczną i więzienie. Ostatnia kategoria, jakkolwiek najcięższa, jest nie tak bolesna, bo skracana jest po odsiedzeniu połowy wyroku. Podobnie jak we wszystkich krajach Unii Europejskiej, w Finlandii nie ma kary śmierci.

Według danych fińskiego Ministerstwa Sprawiedliwości w tutejszych więzieniach przebywa nieco ponad 2700 więzniów. Przy populacji 5,2 mln. jest ich 52 na 100 tys. mieszkańców. W porównaniu do innych krajów jest to sytuacja do pozazdroszczenia. Dla przykładu Portugalia posiada 131 osaczonych — najwięcej w UE. Rosja trzyma pod kluczem 664 osoby, a Stany Zjednoczone aż 702.

Wkrótce sielanka ta może prysnąć ze względu na coraz częstsze przypadki przestępczości związanej z handlem narkotyków i operowaniu na terytorium kraju rosyjskiej i estońskiej mafii.

Finowie są wdzięczni prasie i politykom za powściągliwość w szukaniu winnych utrzymywania systemu sprawiedliwości w obecnej formie. „Nasze gazety nie są naszpikowane doniesieniami o seksie i przestępczości.” — powiedział wspomniany wcześniej dyrektor generalny zakładów karnych Esko Aaltonen. „Nie jest wywierana na mnie presja, żeby zaostrzyć kary na przestępców ze strony populistycznych polityków, jak to się dzieje w innych krajach. — dodał.

Jednym ze sposobów tolerowania obecnego systemu łagodnych kar przez społeczeństwo jest to, że ofiary otrzymują zapłatę za poniesione szkody. Pieniądze łagodzą złość i ból. Ale nie tylko. Finowie nie wierzą w odwet, takie przynajmniej odniosłem wrażenie po rozmowach z ludzmi z obu stron więziennych murów.

21-letni Antti Syvajarvi, który zaczął ćpać heroinę w wieku 14 lat, otrzymał wyrok sześciu lat za handel narkotykami i pobicie. Jako młody przestępca w więzieniu przebywać będzie tylko jedną trzecią kary. Wyjdzie na wolność za pół roku. Międzyczasie musi poddać się wyrywkowym badaniom na zawartość substancji odurzających i spotykać się z psychologiem specjalizującym się w opanowywaniu złości.

„Przedtem chciałem naśladować handlarzy amerykańskich.” — powiedział Savajarvi. „Już tak nie myślę. — dodał. Nie potrzeba tu ciężkiego systemu, delikatny wymiar sprawiedliwości zwyciężył. Żeby tak działał gdzieindziej.

(2004)

NIE TYLKO DZIEWCZYNY

Dziennikarze udający się do Tajlandii jeszcze w trakcie pobytu na gorąco lub w ostudzonej wersji po powrocie do domu zwykle piszą o najbardziej znanej gałęzi tajskiej gospodarki — seksbiznesie, czyli, mówiąc otwarcie, prostytucji. Temat to i łatwy i przyjemny z mnóstwem materiału, którego znalezienie nie nastręcza specjalnego wysiłku, i co ważniejsze, chętnie drukowany przez edytorów i czytany przez czytelników. Czy wobec tego trzymający się powyższego wzorca, winien opisać to, co zrobiło wcześniej tysiące kolegów po fachu, którzy bawili tam przede mną? A może warto coś z innej baczki? Może to coś będzie na tyle ciekawe, że do druku „puszczą” redaktorzy, a czytelnicy z zainteresowaniem przeczytają? Próba nie strzelba.

Kraje Dalekiej i Środkowej Azji w ostatnich latach nie mają zbyt dużo szczęścia. W większości są przeludnione, biedne, głodne, ciągle spadają na nie kataklizmy i epidemie. W niektórych, jakby tego było mało, działają komórki terrorystyczne, siejące postrach wśród mieszkańców i odstraszają turystów.

Jeszcze nie przebrzmiały echa zbierającego potężne żniwo AIDS, gdy ponad rok temu wybuchła epidemia SARS. Centrum tej groźnej, potencjalnie śmiertelnej choroby znajdowało się w Chinach, które, jak zwykle, podawały tylko te informacje, które już nie dało się ukryć przed światem. Nie wiadomo więc, ile osób chorowało i ile zmarło, znane są jedynie śmiertelne przypadki obcokrajowców, w tym dwóch Amerykanów i kilkunastu Kanadyjczyków, którzy zarazili się nią podczas pobytu w Kraju Środka. Tuż przed moim wyjazdem w omawianym regionie globu wybuchła epidemia cholery, umownie nazywana ptasią grypą. Korea Południowa, Japonia, Wietnam, Kambodża i Tajlandia potwierdziły jej istnienie, a Tajwan i Pakistan oznajmiły, że w ich krajach odnotowano mniej groźną jej wersję.

Szybkie rozprzestrzenianie się epidemii może mieć dewastujące skutki dla gospodarki tych krajów.

66-milionowa Tajlandia, dla przykładu, która w przemyśle drobiarskim zatrudnia ponad milion pracowników (czterokrotnie więcej, jak w seksbiznesie), upada. Głowni importerzy tajskich kurczaków — Japonia i kraje Unii Europejskiej — wprowadziły embargo na sprowadzanie ich do siebie. Roczny dochód w wysokości miliarda dolarów zapewne będzie frakcją tej sumy. Rzecznik tajskiego rządu oznajmił, że na początek w celach prewencyjnych zarżnięto 25 milionów kurczaków. Akt ten ma uspokoić zagranicznych odbiorców drobiu, jak i krajowych konsumentów. Odwiedziłem kilka popularnych wśród zachodnich turystów restauracji zlokalizowanych w centrum Bangkoku i zauważyłem, że z menu zniknęły dania z drobiu. W jednej, udając niezorientowanego, zapytałem mówiącą po angielsku kelnerkę o przyczynę tego stanu. Rozglądając się na boki, jakby zdradzała mi tajemnicę państwową, wyszeptała: „Nie są bezpieczne.” Lecąc z Tokio do stolicy Tajlandii japońskim przewoźnikiem All Nippon Airways, na obiad do wyboru była wołowina i ryba, zamiast standardowego kurczaka. Popularna sieć fast-food Kenntucky Fried Chicken zlokalizowana w jednym z domów handlowych w Bangkoku, ilekroć tam byłem, świeciła pustkami. „Bangkok Post” podał, że w celu złagodzenia obaw konsumentów, w przeciągu paru dni rozda 50 tys. porcji kurczaków.

Cokolwiek powiedzieć o istniejącej sytuacji, rząd minimalizuje zagrożenie chorobą i nie przewiduje specjalnych strat finansowych. Wystąpienia telewizyjne ekspertów zatrudnionych przez Państwo, które zapełniają gro czasu antenowego, są ciągle powtarzane, że gospodarka kraju opiera się głównie na produkcji nowoczesnego sprzętu, jak komputery i części samochodowe, a przetwórstwo drobiu dostarcza budżetowi zaledwie dwa procent dochodu.

Budda strzeże skarby Pałacu Królewskiego.

Pomimo tego rząd przeznaczył 640 milionów dolarów na pożyczki dla hodowców, którzy uśmiercili kurczaki.

Pal licho, gdy chorują i giną zwierzęta, gorzej, gdy chorobą zagrażają się ludzie. W momencie pisania tego artykułu znane są przypadki 16 zgonów w dwóch krajach — Tajlandii i Wietnamie. Chiny nie ujawniają danych. Większość zmarłych to dzieci, które miały bliski kontakt z chorymi kurczakami. Dr Bjorn Melgaard, szef Światowej Organizacji Zdrowia w Tajlandii, powiedział, że ptasia grypa nie wykazała możliwości przenoszenia się na człowieka. Prawdziwe zagrożenie panuje w momencie, gdy człowiek w tym samym czasie zaraża się ptasią i ludzką grupą. Ich wirusy mogą zamienić materiał genetyczny, produkując trujący wirus, który szybko może się przenieść z jednego organizmu ludzkiego do drugiego, jak inne wirusy grypy.

Najlepszym sposobem uniknięcia zarażenia jest niezbliżanie się do zarówno do dzikiego jak i domowego ptactwa w krajach dotkniętych chorobą. Odnosi się to również do miejskich targowisk. W odchodach zarażonego ptactwa skoncentrowany jest wirus. Wyschnięte, zamieniają się w proch, który wdychają zwierzęta i ludzie. Najczęściej o epidemii mówi się w odniesieniu do kurczaków, ale dotknięte są również kaczki, gęsi i gołębie.

Epidemiolodzy zauważają, że najbardziej poznaną epidemią ptasiej grypy był wirus H5NI w Hong Kongu w 1997 roku, kiedy zaraziło się 18 osób, z których 6 zmarło. Jedną z nich był pracownik kurzej farmy, reszta nabawiła się choroby na targowiskach, gdzie sprzedawano żywe kurczaki. Dzięki szybkiej akcji — zarżnięciu 1,5 miliona kurczaków — prawdopodobnych nosicieli wirusa — zażegnano światowej epidemii.

Jadąc do Tajlandii akurat w czasie największego może nie zagrożenia, ale nagłośnienia ptasią grypą, sądziłem, że spłoszy ona zagranicznych turystów. Myliłem się. Hotel, w którym się zatrzymałem, miał prawie komplet gości, podobnie jak pobliski Marriott, gdzie korzystałem z internetu. Na ulicach Bangkoku i w miejscach najważniejszych zabytków przewijały się tłumy zarówno Europejczyków, jak i Amerykanów.

Tajlandczycy mieli inne problemy na głowie. Rząd z dniem 1-go Marca wprowadził zarządzenie, w myśl którego nocne kluby, bary, dyskoteki, salony masarzy i restauracje muszą zamykać swoje podwoje o północy — najbardziej restrykcyjne tego typu prawo w całe Azji. Trzy lata temu w myśl hasła „porządku socjalnego” nakaz mówił o drugiej w nocy, ale praktycznie nikt tego nie przestrzegał. Końcem marca zaostrzono regulacje i młodzież poniżej 18 roku życia nie może chodzić ulicami po 22-ej, chyba, że w obecności rodziców.

Takie ostre prawo, o dziwo, spotkało się z przychylnością społeczeństwa. Aprobuje go 70 procent dorosłych Tajlandczyków. Czemu to przypisać? Były minister spraw wewnętrznych Purachai Piensomboon, który zainicjował „reformy” w wywiadzie telewizyjnym powiedział, że „młodzież bawi się bez limitu. Taniec nie jest niczym złym, ale seks w windzie i toalecie to okropność.”

Więc zauważa się ucieczkę od tradycyjnych socjalnych i rodzimych struktur i wchodzenie na drogę współczesnego świata z wszystkimi odmianami rozwiązłości.

Ustami ministra Piemsamboona przemawia starsze pokolenie, widzące swoje dzieci w szponach pokus, jakie oferują im zachodni turyści. Czy np. prostytucja jest plagą społeczną skoro zwykle rozpoczęcie współżycia seksualnego ma tu miejsce w wieku 13 lat, a wiek od którego dobrowolne współżycie seksualne nie jest karane, to 15 lat?

Z drugiej strony policyjne strzeżenie moralności wymyka się spod kontroli. Dowiedziałem się, że zmartwychwstało dawno zapomniane prawo. W Bangkoku stróże porządku zabawili się w „bramkarzy” w kilku wybranych barach, nie wpuszczając do nich kobiet, którym nie towarzyszyli mężczyzni.

Jeszcze nieco ponad dekadę temu Tajlandią rządzili generałowie. Po ich usunięciu, demokracja jest wątła i niestabilna. Dopiero w 1997 roku prawa człowieka trafiły do konstytucji. Publiczne morale i socjalne upodobania są większym wyzwaniem niż sądzono, ale nadzieje na to, że zmiany nastąpią w wyniku nierealnych nakazów i zakazów są więcej niż złudne.

Sytuacji nie poprawiają akty muzułmańskich fanatyków. Właśnie jeden z największych w ostatnich latach miał miejsce w południowej prowincji kraju, w pobliżu miasta Pattani. W 15 atakach na posterunki policji zginęło 112 osób, w większości zamachowców. Władze poinformowały, że taki stosunek ofiar był wynikiem inwigilacji służb wewnętrznych, co pozwoliło policji na zachowanie czujności i lepszą obronę. Uważany za wylęgarnię rebeliantów meczet Krreasde na przedmieściach Pattani został otoczony przez jednostki militarne. 6-godzinne walki nie przeżyło około 30 „wiernych”. Ginęli pod hasłem utworzenia lokalnego rządu muzułmańskiego.

Z około 66-milionowej populacji Tajlandii 6 milionów stanowią muzułmanie, zamieszkujący głównie pięć południowych prowincji sąsiadujących z Malezją. Skarżą się oni, że przez lata są dyskryminowani przy podejmowaniu pracy i nabywaniu wykształcenia, jak również w otrzymywaniu rządowych subwencji i świadczeń socjalnych. Ruguje się ich język (Malay) i kulturę.

Przedstawione ataki, które skoordynowano jednego dnia, miały miejsce w prowincjach Yala, Pattani i Songkhla — jedynych w kraju z większością muzułmańską.

Powyższy opis dalekiego kraju może niejednego zniechęcić do wyjazdu. Zapewne nie odstraszy on poszukiwaczy erotycznych przygód, których tu jest pod dostatkiem i chętnych zwiedzania świątyń buddyjskich, których tu również nie brakuje. Zawsze trzeba mieć nadzieję, że wróci się do domu cało i zdrowo, choćby się szło na wojnę. Na szczęście Tajlandia to nie Irak.

(2004)

KOSZTOWNY EVEREST

Tradycyjnie końcem maja kończy się sezon wspinaczkowy na Evereście. Gdy piszę te słowa jest pierwszy weekend czerwca, a w bazach od strony nepalskiej i Tybetu przebywa jeszcze 45 oddzielnych ekspedycji, wśród których znajduje się kilkudziesięciu pretendentów do postawienia stopy na szczycie.

Od czasu, od kiedy zaczęto organizować komercyjne wyprawy, czyli od początku lat 90 marzenie wspięcia się na najwyższą górę świata stało się praktycznie realne dla wszystkich, którzy choć są alpinistycznymi nowicjuszami, a są sprawni fizycznie i są w stanie uiścić opłatę sięgającą 65 tys. dolarów. Pozwala ona na zatrudnienie indywidualnych przewodników oprócz standardowej obsługi tragarzy i kucharzy, którzy asystują klientom w drodze na wierzchołek.

Wydawałoby się, że ryzyko i wysokie koszty są wystarczającymi powodami zniechęcającymi chętnych przeżycia przygody życia. Okazuje się, że tak nie jest. W ub. roku, w 50 rocznicę pierwszego wejścia na „dach świata”, którego dokonał Nowozelandczyk Edmund Hillary i Szerpa Tenzing Norgay, zostały pobite kolejne rekordy. W 2003 roku na szczyt wspięło się 264 osoby. W sumie dotychczas na listę zdobywców wpisało się 2098 śmiałków.

Tłumy wywołują krytykę. Hillary lamentuje, że góra potrzebuje odpoczynku. Austriacki alpinista Peter Habeler, który w 1978 roku wspólnie z Reinholdem Messnerem dokonali wejścia na Everest bez używania tlenu, uważa masowy marsz na szczyt za brak respektu dla natury. Bez opieki Szerpów, którzy niektórych klientów niemal wciągają na wierzchołek, kilometrów lin poręczowych, które ułatwiają podejście i zwiększają bezpieczeństwo, bez butli tlenowych i zapasowego sprzętu targanego przez tych pierwszych, ilość wejść byłaby raptownie ograniczona.

Nie sposób zaprzeczyć, że głosy te są echem wspinaczy, którzy porywali się na Everest w czasach, kiedy tylko garstka ekspertów mogła się cieszyć z sukcesu.

Ale „dach świata” nęci, kusi i przyciąga. Ludzie, którzy chcą go mieć pod stopami, godzą się na każdą cenę. Na tym trendzie swoistej turystyki zaangażowanej zyskują tylko organizatorzy i przewodnicy, którzy wracają tu sezon w sezon, rok po roku, by eskortować klientelę na szczyt, czy producenci najlepszej jakości sprzętu wysokogórskiego (kombinezon wspinaczkowy w USA kosztuje tysiąc dolarów), los na loterii wygrywają lokalni Szerpowie.

Dziś plus minus połowa osiągających wierzchołek to Szerpowie. To na ich sile i doświadczeniu opierają się wyprawy komercyjne. W zamian za to wynagradzani są najwyższymi zarobkami w kraju, wynoszącymi około 3 tys. dolarów za wyprawę oraz bonami i nagrodami za zaliczenie szczytu. W Nepalu przeciętna roczna pensja wynosi 230 dolarów.

Szerpowie nauczyli się wyciągać pieniądze od przybyszy. Najniebezpieczniejszy odcinek drogi — Khulbu Icefall — ruchomy, trzeszczący, naszpikowany szczelinami i przepaściami lodowiec — poprzez zainstalowanie aluminiowych drabin i lin poręczowych — ujarzmili go do tego stopnia, że stracił on dawne oblicze grozy, często przywoływane przez alpinistów, którzy pokonywali go, gdy obecnych udogodnień nie było.

Każdy obcokrajowiec musi wyłożyć z kieszeni 300 dolarów za jego pokonanie. Monopol na kasę mają Szerpowie z regionu Solu Khumbu. W pełni sezonu 1996 roku nastąpiła tragedia. Jednego feralnego dnia podczas zejścia ze szczytu zginęło trzech doświadczonych przewodników i dwóch klientów. Osiągnęli go zbyt późno, nie zważając na nadciągającą burzę śnieżną, która dołożyła swoje trzy grosze do katastrofy. Opis tego wydarzenia znaleźć można w książce Jona Krakauera „Into Thin Air”, wydanej po polsku pt. „Wszystko za Everest” i znakomicie przetłumaczonej przez alpinistkę Krystynę Palmowską.

Na jakiś czas w wyprawach komercyjnych nastał zastój. Strach był mocniejszy od wolności podejmowania ryzyka. Ale nie na długo. Nieodparta chęć podziwiania panoramy z najwyższej góry globu zrobiła swoje. Zgłoszenia znowu zaczęły napływać. Jest ich tyle, że szansę mają tylko ci, którzy zgłoszą się najwcześniej.

W tym roku (do 7.06.) drogą klasyczną (pierwszych zdobywców), uważaną za najłatwiejszą, szczyt zdobyło 169 osób, 7 zapłaciło najwyższą cenę — życie. Ostatnią ofiarą pożartą przez górę jest Bułgarka Mariana Maslarova.

Nawoływanie do ograniczenia ilości wspinaczy atakujących kolosa i niedopuszczanie nowicjuszy spełzło na niczym. Władze Nepalu i kontrolujące Tybet Chiny nie zamierzają wydawać mniej pozwoleń płacącym ciężkie pieniądze obcokrajowcom. Nepal pobiera 10 tys. dolarów od osoby za pozwolenie wejścia na Everest, Chiny wystawiają rachunek 25 tys. za zespół (nie większy jak pięć osób).

Prawdziwi entuzjaści gór wysokich nie mają czego tu szukać, chyba, że zatrudnią się w roli przewodników. Nie mając „zielonych”, nie mogą się ustawić w kolejce do nieba.

(2004)

MIESZKAĆ DROGO

W Nowym Jorku na co, jak na co, nie można narzekać na brak mieszkań. Jest ich pod dostatkiem, ale to nie znaczy, że mieszkańcy „Wielkiego Jabłka” zaraz mogą wprowadzić się do wymarzonego lokum. Większości albo nie stać na ich kupno albo zostają odrzuceni przez zarząd budynku (chodzi tu o tzw. co-opy, czyli apartamentowce spółdzielcze). Ci, którzy jednak mają „kasę”, ale chcą zamieszkać w miarę pod snobistycznym adresem, muszą się skupić na poszukiwaniu mieszkania własnościowego. Ułatwiając chętnym zadanie, podaję jeden dobry adres.

Po 17 latach przepychanek polityków wielokrotnych zmianach przeznaczenia, żmudnych wierceń w gruncie i hazardowej budowy na powierzchni niedawno oddany został do użytku dwuwieżowcowy gmach, który ochrzczono imieniem głównego lokatora — Time Warner Center. 80-piętrowy kompleks, w skład którego wchodzi 50 sklepów, 195 mieszkań, hotel, 7 restauracji, klub ćwiczeń fizycznych, supermarket, biura o powierzchni jednego miliona stóp kwadratowych (około 92 tys. m kwadratowych) oraz główna siedziba firmy patrona, z centrum nadzorczym, studiami i administracją, zagospodarowanej na skromnych 864 tys. stóp kwadratowych, kosztował 1 miliard 750 milionów dolarów. To najbardziej ambitny i najdroższy projekt budowlany w historii wcale nie prowincjalnego i płaskiego, w sensie architektonicznym, miasta. Wysokie na 750 stóp (około 230 m) wieże szybują w przestworza. Usytuowane przy Columbus Circle (zbieg Central Park West i Broadway), są dziś najwyższymi budynkami manhattańskiego West Side. Dopełniając statystykę ze stopniowaniem przymiotników, znajduje się tu najdroższe mieszkanie, jakie kiedykolwiek w historii Nowego Jorku zostało sprzedane — 42,5 milionów dolarów. O nim nieco później.

Od chwili, kiedy nad przestarzałym, niefunkcjonalnym Coliseum zapadła kreska o rozbiórce, wszyscy liczący się w mieście budowniczowie zaczęli się ubiegać o kontrakt na wzniesienie nowej konstrukcji. Właściciel The Metropolitan Transportation Authority przeglądał propozycje. Ale wspomniane na początku powody skutecznie uniemożliwiały realizację coraz to nowego projektu. Na wiele lat gwóźdź do trumny wbiła dewastacyjna recesja początku lat 90.

W 1996 roku, gdy przyszły lepsze czasy, władze miasta i MTA ponownie zaoferowały plac do zagospodarowania. Postawiono jednak warunki; renowację pobliskiej stacji metra, część powierzchni winno zajmować centrum kulturalne, kompleks miał też mieć różnorodne przeznaczenie, a wysokość wież nie mogła przekraczać 750 stóp. Ktokolwiek otrzymałby glejt na budowę dopiero wtedy musiałby stanąć przed prawdziwymi wyzwaniami — otrzymaniem największej pożyczki budowlanej wszechczasów opiewającej na 1,3 miliarda dolarów.

Szczęśliwcem została firma Related Companies, której kredytu udzielił General Motors Acceptance Corporation. Budowlę zaprojektował David Childs, który później pracował ze zwycięzcą konkursu na rekonstrukcję placu po World Trade Center Danielem Libeskindem. Roboty rozpoczęto w lipcu 2000 roku.

Ceny mieszkań w centrum Manhattanu osiągają zawrotne sumy. Time Warner Center częściowo widoczny po prawej stronie.

— Dzienne koszty wahały się w okolicach miliona dolarów, przyjeżdżało setki ciężarówek, wylewano tony zaprawy murarskiej. — powiedział wiceprezes głównego wykonawcy Bovis Lend Lease, Steven Sommer.

Podczas prac konstrukcyjnych dwóch pracowników uległo śmiertelnym wypadkom, a cztery pożary zniszczyły Centrum Jazzowe. Straty nim spowodowane wyniosły 8 milionów dolarów.

— Po dwóch tygodniach od chwili, kiedy zaczęliśmy oferować pierwsze mieszkania, wydarzył się 9/11 (atak terrorystyczny 11 Września, przypomnienie moje) i sprzedaż, która szła jak ciepłe bułeczki, gwałtownie spadła. — wyznał założyciel współwykonawcy kompleksu Apollo Real Estate Advisors, William Mack.

Pomimo tego wszystkie prace ukończono bez większych poślizgów. Obecnie cała powierzchnia przeznaczona na sklepy i zakłady usługowe jest wynajęta, większość biur też znalazła lokatorów, a tylko 10 procent apartamentów, szczególnie tych największych (i najdroższych) czeka na nabywców. Średnia cena za stopę kwadratową (w przybliżeniu 0,092 metra kwadratowego) osiągnęła apogeum — 2,5 tys.

Zajmujący kilka pięter hotel Mandarin, uszczupla portfel gości o duże pieniądze. Najtańszy pokój kosztuje 595 dolarów za noc, za najdroższy apartament prezydencki o powierzchni 2230 stóp kwadratowych trzeba zapłacić aż 12 595 dolarów. Znajduje się w nim mały fortepian Steinwaya, 62-calowy telewizor z głośnikami wokół pokoju, nie mówiąc o takich drobnostkach, jak chińskie dywany, pozłacane klamki i baterie w łazienkach, kryształowe żyrandole, marmurowe podłogi i łóżko z baldachimem.

Mieszkania zaczynają się od 52 piętra wzwyż. W biurze sprzedaży, zasłaniając się prywatnością nabywców, co jest wbrew przepisom, bo każdy ma prawo wglądu do ksiąg wieczystych nieruchomości, recepcjonistka nie podała mi nazwiska znanych osobistości, które już nabyły lokum lub są w trakcie transakcji kupna-sprzedaży nowego gniazdka. Z innych źródeł dowiedziałem się, że piosenkarz Ricky Martin wszedł w posiadanie trzy-sypialniowego apartamentu za 7 milionów dolarów.

Suma ta jest jednak niczym w porównaniu do ceny mieszkania zlokalizowanego na ostatnim rezydencyjnym piętrze wieży północnej. Za 12 tys. stóp kwadratowych David Martinez wyłożył 42,5 milionów dolarów. Jeżeli ktoś sądzi, że jest gotowe do zamieszkania, będzie w błędzie. Nie ma w nim wbudowanych szaf, nie ma kuchni i łazienek, nie ma nawet podłóg. Tzw. prace wykończeniowe, nad którym czuwa renomowany dekorator wnętrz Peter Marino, pochłoną co najmniej 4 miliony. Koszty manipulacyjne przy zakupie uszczupliły konto nabywcy o 2,5 mln. dolarów, miesięczne opłaty utrzymania obliczono na 30 tys. Waszyngtonów.

Urodzony w Meksyku 46-letni Martinez jest zupełnie nieznany w nowojorskich wpływowych elitach i to, że stał się właścicielem najdroższego mieszkania w historii miasta wywołało wśród nich zrozumiałą konsternację.

Z tego grona pewnie niezadowolona jest jedynie stara finansowa arystokracja, która nie musi uniżać się rozpatrywać podanie natręta o zgodę na zakup lokum w tradycyjnie warownych twierdzach zlokalizowanych przy alejach Parkowej i Piątej pomiędzy Wschodnimi 59 a 96 Ulicami. Dłużej już nie muszą czekać miłośnicy jazzu. W październiku udostępniony został Frederick P. Rose Hall — formalna nazwa Jazz at Lincoln Center z siedzibą w Time Warner Center. Koszt długo oczekiwanych trzech sal, studia nagrań i pokoi ćwiczeń zamknął się sumą 193 milionów dolarów. Byłem na koncercie inauguracyjnym. Doznałem podwójnej uczty: słuchowej (muzyka) i wzrokowej (pejzaż Manhattanu widoczny przez całościenne szyby).

(2004)

BRAMKI

Kiedy z Centrum Korespondentów Zagranicznych Departamentu Stanu otrzymałem list elektroniczny informujący o wystawieniu „Bramek” („The Gates”) w nowojorskim Central Parku, wiedziałem, że nie będzie to zwykła, jakich tu wiele, ekspozycja, ale będzie to coś, co zapamiętam na lata, a zapewne do końca życia. Nazwiska, a raczej imiona, bo tylko ich używają, mówiły same za siebie: Christo i Jeanne-Claude.

Artyści, jak informuje oficjalna broszura wydana przez burmistrza miasta Michaela Bloomberga, urodzili się o tej samej godzinie, tego samego dnia, 13 Czerwca 1935 roku. On jako Christo Vladimirov Javacheff w Gabrovo w Bułgarii, ona jako Jeanne-Claude Denat de Guillebon w rodzinie francuskiego wojskowego w Casablance w Maroko. Poznali się w Paryżu w 1958 roku, kiedy Christo pracował nad projektem „Paczki i obiekty opakowane”. Od tego czasu już razem realizują przedsięwzięcia, zaskakujące rozmachem i pomysłowością. Do najważniejszych zaliczają się: opakowanie mostu Pont Neuf w Paryżu w 1985 roku, na który zużyto 150 tys. metrów kwadratowych złocistego materiału i 15 tys. metrów lin. Koszt przedsięwzięcia to 3,5 mln dolarów. W 1991 roku na wzgórzach w okolicach Los Angeles ustawiono 1760 żółtych parasoli, a niedaleko Ibaraki w Japonii stało ich 1340, dla odmiany koloru niebieskiego. Koszt ekspozycji: 26 mln dolarów. W 1995 roku białym płótnem zakryto berliński ratusz — symbol zjednoczonych Niemiec. Koszt pakunku — 13 milionów dolarów.

Projekt “Bramek” powstał w 1979 roku. Po długoletnim oczekiwaniu na decyzję — jakąkolwiek — władze miasta odmówiły artystom pozwolenia na ich wystawienie tłumacząc, że zniszczyłyby drzewa i krzewy i wszczęliby grozny precedens w przypadku podobnych inicjatyw. Wydział Parków pokwapił się nawet do opublikowania 107-stronicowego “werdyktu”, w którym mi. oświadczył, że konstrukcje Christo byłyby w “nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie i na nieodpowiednią skalę.” Przyciągałyby też tłumy, uważane przez obecną generację miejskich oficjeli za plus, traktowane wówczas za zjawisko negatywne. Dokument zwracał też uwagę, że zgoda na ekspozycję byłaby sprzeczna z polityką Wydziału Parków wydawania pozwoleń na tego typu imprezy i zmuszałby władze do ich przyznawania, gdyby ktoś ubiegał się o wystawienie tak dużego projektu.

Instalacja “Bramki” w nowojorskim Central Parku przyciągnęła tłumy.

Jaką różnicę robią dwie dekady. To, co nie przeszło 22 lata wcześniej doczekało się urzeczywistnienia w 2003 roku, ale w okrojonej wersji. Z pierwotnie planowanych 11–15 tys. bramek, zgodzono się na 7,5 tys., które rozstawiono na powierzchni ciągnącej się 23 mile. Ekspozycja, która trwała zaledwie 16 dni, kosztowała 21 milionów dolarów, w całości pokrytych przez artystów. Instalacja takiej ilości bramek siłą rzeczy musiała pochłonąć sporo czasu i ludzkiego wysiłku. Armia sześciuset opłaconych robotników ustawiała je przez tydzień. Wysokie na około 5 metrów plastykowe słupy o kwadratowym przekroju mocowano do masywnych podkładów. Śruby do złącz ważyły łącznie 4800 ton — dwie trzecie ciężaru stali zużytej do konstrukcji paryskiej wieży Eiffela. Nie robiono żadnych dziur w nawierzchni chodnika. Do poprzeczek zaczepiono zwisający sztuczny jedwab, który pochłonął 60 mil (około 98 km) bieżących materiału, czyli miliona stóp kwadratowych. Bramki rozstawiono od siebie w odległości 12 stóp (3,65 m). Tam, gdzie zawadzałaby o gałęzie, pierwszeństwo dawano naturze, przesuwając je na wolną przestrzeń. W zależności od szerokości chodnika ich rozstaw wahał się od 1,5 do 5,5 metrów — w sumie 25 różnych rozmiarów.

W chłodny, jak na nowojorskie standardy, lutowy poranek, z stojącymi w powietrzu helikopterami z filmującymi kamerzystami i biegającymi reporterami oraz wielotysięcznymi tłumami, armia zatrudnionych pracowników rozwijała z poprzeczek materiały, które jawiły się jakby zasłony okienne, czy kurtyna w teatrze. Złośliwi mówili, że bardziej wyglądały jak zasłony łazienkowego prysznica.

Wiał lekki wiatr, który podrywał je do góry. Zmieniające się oświetlenie, spowodowane przesuwającymi się chmurami, dawało miłe dla oka efekty. Raz tkaniny były koloru ciemno pomarańczowego, raz lśniących jak złoto liści, raz całkowicie żółtego. Przy większym powiewie niemal zaczepiały o słupki sąsiednich bramek. Z lotu ptaka, a raczej wyżyn Nowojorskiego Klubu Atletycznego przy Central Park South, całość mieniła się jak bieszczadzkie serpentyny.

Christo i Jeanne- Claude powoli przemieszczali się wynajętym (mówili, że nie mają swojego samochodu) Mercedesem, wszędzie oblegani przez zwolenników. Odpowiadali na ciągle powtarzające się pytania: Co oznacza ekspozycja, co symbolizuje, czemu taka, a nie inna, z jakiego miejsca najlepiej ją widać?

Na większość tych pytań znałem już odpowiedz, bo małżeństwo spotkało się z prasą w przeddzień oficjalnego otwarcia instalacji. Artyści podkreślili, że nie przedstawia niczego, czego już zdążono jej przypisać. Nie ma żadnej symboliki, można ją oglądać z każdego punktu i odbierać na swój sposób. Byłem tym zaskoczony, bo zwykle autorzy okropnie rozwodzą się przy okazji wystawienia swoich prac, zwłaszcza, gdy mają tak liczne grono słuchaczy, które później z zawodowego obowiązku podzieli się tymi nowinami ze światem.

Dziennikarze napierali, bo potrzebowali coś na ten temat napisać.

— „Bramki” to tylko praca artystyczna wykonana z potrzeby twórczego wypowiedzenia się, nic więcej. — wydobyła z siebie Jeanne Claude.

— Prosicie nas, żebyśmy coś powiedzieli. W ten projekt nie jest zaangażowane mówienie. Jest to prawdziwa, realistyczna przestrzeń. Nie ma potrzeby niczego wyjaśniać. Należy ją tylko oglądać i przeżywać. — dodał Christo

7,5 tys. bramek przez 16 dni zdobiły Central Park.

Zapewnienia te jednak nie bez zastrzeżeń przyjęli zwiedzający. Ale, czy ktoś się zgadzał, czy nie z obraną przez artystów koncepcją, zjawili się, by ją zobaczyć. Pierwszego weekendu podziwiało ją ponad 700 tys. nowojorczyków, Amerykanów spoza miasta i wielonarodowa rzesza turystów. Park pękał w szwach, zwykle o tej porze roku pustawy z garstką spacerowiczów, biegaczy, właścicieli psów, zagubionych obcokrajowców, którzy, będąc tu po raz pierwszy i przypuszczalnie ostatni na dwa kroki doń wstępują. Ciekawskich nie odstraszyła nawet zamieć śnieżna, która przeszła nad miastem dokładnie w połowie trwania 16-dniowej ekspozycji.

W sumie odmiana ta pozwoliła na inne spojrzenie na całość, bo bramki z powiewającymi materiałami na tle śniegu wyglądały zupełnie inaczej, jak na tle bezlistnych drzew z opadającymi nań gałęziami.

Z niekonwencjonalnej pod wszystkimi względami wystawy cieszyli się parkowi sprzedawcy napojów, precli, prażonej kukurydzy i pamiątek. Odnotowali kilkusetprocentowy wzrost obrotów. Wytchnienia nie doznali dorożkarze obwożący zakochanych, staruszków i rodziny z dziećmi alejkami udekorowanymi „Bramkami”. Okoliczne hotele odnotowały zwiększoną ilość gości, restauracje nalot konsumentów. Korporacja Rozwoju Ekonomicznego obliczyła, że z tytułu podatków do miejskiej kasy trafi 2,5 mln dolarów, natomiast burmistrz oznajmił, że zwiedzający w różnej formie wydali 254 miliony.

Ale to finansowe korzyści instalacji Jeanne-Claude i Christo. Czy było pożyteczne duchowo? W mieście tak opiniotwórczym jak Nowy Jork każdy stara się przedstawić swoje zdanie na każdy możliwy temat. Z „Bramkami” nie było inaczej. Część amatorskich krytyków artystycznych, chcących uchodzić za ekspertów, najzwyklej nie mogła zrozumieć pomysłu autorów. Sen z powiek spędzał im widok rozstawionych na przestrzeni 23 mil metalowych słupków z rozwieszonymi na poprzeczkach materiałami. Co bardziej złośliwi przedsięwzięcie odbierali za napaść na naturę i jej piękno. Nie mogli pogodzić się z myślą, że para zwariowanych artystów mogła zakłócić rytm tego nienaruszalnego miejsca. Ale miasto podjęło ryzyko, które czyni go nieprawdopodobnym, jedynym w swoim rodzaju, ciągle zaskakującym. Reporter jednego z nowojorskich periodyków napisał, że jeżeli największa w historii grodu publiczna wystawa jest tak rażąca dla oczu i dumy krytykanta ma on zawsze możliwość przeprowadzenia się do Tulsy, gdzie nie zagląda nawet pies z kulawą nogą, i którą trudno znalezć na mapie.

Entuzjaści, jakkolwiek nie widzący w „Bramkach” szczególnego artyzmu, uważali, że wystawienie ich w Central Parku dodało mu uroku i przysporzyło dodatkowego splendoru. Nie było desakracją osiągnięcia twórców Fredericka law Olmsteada i Calverta Vauxa.

Ci, którzy odwiedzili „płuca” Nowego Jorku w dniach instalacji od teraz w oczach będą mieli widok „Bramek” koloru pomarańczowego, a nie widok pomarańcz.

Gdy artykuł ten trafi do rąk czytelników, metal z „Bramek” przerobiony będzie na puszki na napoje gazowane, a z materiału powstanie podkładka pod wykładzinę dywanową. Projekt jednak pozostanie we wspomnieniach zwiedzających. Dla mnie też będzie odnośnikiem czasu.

(2005)

STRAJK

W Ameryce samochód nie jest luksusem, jest koniecznością.  Duże odległości, tania benzyna, dobre drogi, rzadka sieć komunikacji publicznej lub jej brak powodują, że przeciętny Amerykanin spory kawał swojego życia spędza za kierownicą.  Wyjątkami pod tym względem są mieszkańcy kilku wielkich miast, gdzie funkcjonuje dobrze rozwinięta sieć komunikacyjna.  W Nowym Jorku metrem i autobusem można praktycznie dojechać wszędzie.  Każdego dnia korzysta z nich 7 milionów pasażerów.  Można sobie wyobrazić, co się w takim kolosie dzieje, gdy nagle cały ten tabor zatrzymuje się, bo zatrudnieni przy jego obsłudze pracownicy zastrajkują.  Swoisty paraliż „stolica świata” właśnie przeżyła.  O północy 15 Grudnia 2005 roku wygasł 3-letni kontrakt między Zarządem Transportu Metropolii (Metropolitan Transportation Authority), a Związkiem Transportowców (The Transit Workers Union).  Przedstawiciele związkowców zapowiadali, że jeśli druga strona nie przystanie na ich postulaty, nie zawahają się użyć najcięższej broni w swoim arsenale – strajku.  Szkopuł w tym, że ta powszechna, zwykle skuteczna, forma dochodzenia pracowniczych praw lub wymuszania żądań nie miała legalnego statutu.  Ustawa stanowa, od nazwiska pomysłodawcy zwana „prawem Taylora”, nie zezwala – posługując się frazą używaną przez władze za czasów PRL – na przerwy w pracy pracownikom zatrudnionym w sektorze publicznym.

Pomimo ostrzeżeń ze strony burmistrza miasta Michaela Bloomberga i gubernatora stanu George’a Patakiego, że w stosunku do wszystkich protestujących wyciągnięte zostaną konsekwencje, a kary będą surowe,  34 tysiące transportowców opuściło swoje stanowiska pracy.  W ten sposób po raz pierwszy od 25 lat Nowojorczycy zostali zmuszeni do szukania alternatywnych środków lokomocji.  Utrudnienie spowodowane strajkiem komunikacji miejskiej nie wszędzie jest tak samo dokuczliwe.  Im większe miasto, tym trudniej przedostać się z jednego punktu do drugiego, bo i odległości są większe i więcej chętnych do jazdy.  W Nowym Jorku, który posiada najgęstszą sieć metra i autobusów, opustoszało 468 stacji i 12700 przystanków autobusowych.  Do zajezdni zjechało 4600 autobusów i 1210 składów kolejki podziemnej.  Strajk, który dosłownie pozbawił ponad milionowi ludzi dotrzeć do pracy i drugie tyle drastycznie wydłużył czas „w drodze”, na dodatek zbiegł się z przedświąteczną gorączką zakupów.  Wprawdzie nie natychmiast zatrzymano tabor, negocjacje trwały niemal bez przerwy, nawet pózną nocą, by, jak twierdzili związkowcy, doprowadzić do porozumienia zadawalającego obie strony.

Parokrotnie wpadałem do hotelu Grant Hyatt tuż obok stacji kolejowej (i metra), gdzie w sali dla mediów koczowały zastępy dziennikarzy.  Wydawane co jakiś czas skąpe w słowach komunikaty nie wróżyły niczego dobrego: „Strony w dalszym ciągu są daleko od siebie odnośnie głównych punktów nowego kontraktu.” – czytałem w najnowszym oświadczeniu.

W czym tkwiła kość niezgody?  Związkowcy żądali podwyżki płac o 6 procent rocznie dla 3-letniego kontraktu.  Zarząd Transportu oferował odpowiednio 3, 3,5 i 4 procent.  Chcieli również, by utrzymać obecny wiek 55 lat przejścia na emeryturę i obecną stawkę składek emerytalnych w wysokości 2 procent, gdy MTA proponował 62 lata dla wieku emerytalnego i 6 procent przez 10 lat dla nowo przyjmowanych.   Rozbieżności tkwiły także w kwestii ubezpieczenia zdrowotnego.  Zarząd proponował, by nowym pracownikom jeden procent zarobków pobierać na ten cel, a związkowcy żądali, by w całość jego kosztów pokrywał pracodawca.

Argument wysokiej podwyżki płac, zwykle wahający się w granicach 3-4 procent rocznie, brał się z tego, że w kasie MTA znajduje się miliard dolarów nadwyżki budżetowej.

Jeżeli ma się z czego dawać, dlaczego nie wszyscy zgadzali się z rozparcelowaniem funduszy wśród załogi?  Należałem do tego grona.  Jako korzystający ze środków miejskiej komunikacji, wydaje mi się co najmniej za stosowne, by część pieniędzy przeznaczyć na unowocześnienie taboru i sygnalizacji świetlnej, remont stacji i zadaszenie przystanków, oczyszczenie zaśmieconych torów, gdzie jadłodajnię mają szczury i dokładniejsze sprzątanie wagonów.  Litanię tę można ciągnąć w nieskończoność.  Nie wspomnę już o tym, że chciałbym by zaniechano ciągłych podwyżek za przejazd.  Wiadomo, z próżnego nawet Salomon nie naleje, koszty zawsze spadają na konsumenta.

Mając powyższe na uwadze, opinie pasażerów cytowane przez media nie były pochlebne dla związkowców, nie szczędzono też krytyki zarządowi Transportu. Zacietrzewienie jednych i drugich odbijało się na nas.

Strajk komunikacji miejskiej dał się odczuć wszystkim.

Aby zapobiec doszczętnego zakorkowania Manhattanu, który przeciętnego dnia jest zalany masą pojazdów, wprowadzono obostrzenia dla samochodów osobowych i komercyjnych poniżej 96 Ulicy między 5 a 11 rano.  Mogły wjeżdżać tylko te auta, w których znajdowało się co najmniej cztery osoby.  Egzekucji tego przepisu skrupulatnie pilnowała policja, ustawiona w punktach kontroli. Nowojorczycy organizowali się w grupki transportowe, kierowcy, którzy nie mieli pełnego składu, zabierali przypadkowych pasażerów.  Ponieważ mieszkam na Manhattanie, a do pracy chodzę pieszo, strajk środków komunikacji publicznej zupełnie nie zakłócił mego codziennego trybu.  Koledzy, mieszkający w innych dzielnicach lub poza granicami miasta, nie byli w tak komfortowej sytuacji.  Pierwszego dnia zastoju, we wtorek 20.12., co najmniej połowa nie zjawiła się w biurze.  Tego wieczoru w mojej firmie miało się odbyć dawno zaplanowane przyjęcie Bożonarodzeniowe, popularna w USA forma podzięki pracownikom za całoroczny wysiłek fundowana przez właścicieli, które z oczywistych powodów zostało odwołane.  Musiałem zrezygnować z załatwiania paru spraw, które wymagały dojazdu metrem.

Z Amerykanów Nowojorczycy chodzą najwięcej.  W czasie strajku chodzili jeszcze więcej.  Z dumą chwalili się, jak długie pokonywali trasy.  Jedna koleżanka pół dnia rozpowiadała o heroicznym 4-kilometrowym marszu.  Nie chciałem podważać jej bohaterskiego czynu i nie ujawniłem, że już w I klasie szkoły podstawowej codziennie w jedną stronę dreptałem dwa kilometry.

Ale marszruta jednego Nowojorczyka zasługuje na opisanie.  Po całonocnej służbie strażnika 45-letni Andy Frederick z centrum Manhattanu do domu w Cambria Heights na Queensie przemierzył 16 mil (około 26 km).  Nie dość, że zmagał się z mrozem i mocnym wiatrem, to musiał stawić czoła pojazdom i innym piechurom, którzy akurat zmierzali w przeciwnym kierunku.  Marsz zajął mu ponad cztery godziny.

- Najgorzej było na moście Queensboro, bo wiał straszny wiatr. – powiedział Frederick.

Strajk nie tylko dał się we znaki mieszkańcom miasta, przez niego ucierpiała także ekonomia.  Tyczy się to głównie strat w sprzedaży detalicznej, usługach gastronomicznych, przedstawieniach na Broadway’u, hotelarstwie i turystyce.  Burmistrz na każdym kroku podkreślał, że w grę wchodzi 400 mln dolarów dziennie.  Pchnęło to władze do wszczęcia postępowania sądowego.  Drugiego dnia zastoju sędzia stanowego Sądu Najwyższego z siedzibą na nowojorskim Brooklynie Theodore T. Jones nałożył na Związek Zawodowy Transportowców karę pieniężną w wysokości miliona dolarów za każdy dzień strajku, a strajkujących obciążył utratą dwóch dni zapłaty za taki sam okres.

Trzeciego dnia strajku i trwających w nieskończoność negocjacjach, na wspólnej konferencji prasowej szef MTA Peter Kalikow i przewodniczący TWU Roger Toussaint, oznajmili, że pomimo braku pełnego porozumienia odnośnie nowego kontraktu, związkowcy zgodzili się powrócić do pracy.  Jednakże ustalono ramowe punkty, które stały na przeszkodzie w osiągnięciu zgody – usunięto pierwotne żądanie MTA płacenia 6 procent dochodów na składki emerytalne nowo przyjmowanych pracowników.  Nastąpiło to dopiero po włączeniu się do rozmów mediatorów, na czele których stał dyrektor Stanowej Rady Relacji Pracowniczych Richard A. Curreri.

Zakończenie strajku z zadowoleniem przyjęli mieszkańcy miasta, którzy tracili swój cenny czas na dotarcie do pracy i do domu.  Mój syn utracił trzy dni szkoły, która z braku skompletowania wystarczającej liczby nauczycieli, która mogła do niej dotrzeć, została zamknięta.  W rezultacie początkowa sympatia dla protestujących stopniowo przeradzała się w antypatię, żeby nie powiedzieć w nienawiść, bo pomimo najlepszych zarobków i najkorzystniejszych przywilejów socjalno-emerytalnych z wszystkich związków zawodowych w „Wielkim Jabłku”, żądali wysokiej podwyżki.  Najczęściej określano ich słowami „chciwcy”, „szczury”, „chytrusi”.

Zewnętrznie wszystko powracało do normy, środki komunikacji miejskiej zaczęły jazdę w sam raz z porannym szczytem w przeddzień Wigilii, ale historia strajku transportowców na tym się nie skończyła.  Prasa donosiła, że za plecami opinii publicznej doszło do zdrady zaufania, jaką było wynagrodzenie strajkujących niezasłużoną nagrodą opiewającą na łączną sumę 110 milionów dolarów.  Suma ta uzbierała się ze składek emerytalnych pobieranych w wysokości 5,3 procent zarobków w latach 1994-2001.  Pomimo obniżenia składek do dwóch procent związkowcy żądali wypłaty.  W efekcie każdemu pracownikowi, który złamał prawo ma zostać wypłacone około 14 tys. dolarów, czyli o wiele więcej niż mają utracić w wyniku nałożonych na nich kar sądowych.

Ale jakby ten kęsek był za mały, związkowcy w głosowaniu odrzucili ustalony przez obie strony kontrakt.  O takim wyniku zdecydowało siedem marnych głosów na ponad 22 tys. głosujących.  Wygląda na to, że następnym przystankiem będzie arbitraż.

(2006)

RYZYKO I EGOIZM

Na Evereście zakończył się kolejny sezon wspinaczkowy. Jeżeli jedna indywidualna historia może kształtować wizerunek całości, przejdzie do annałów jako ten, który wdrożył nowe, niepisane, ale powszechnie w górach obowiązujące zasady. Sezon ten będzie też odnotowany jako rekordowy pod względem zarówno ilości uczestników wypraw jak i wejść na szczyt. Strona internetowa zajmująca się mi. rejestracją zdobywców nie podała jeszcze ostatecznej listy z nazwiskami wspinaczy, którzy podziwiali panoramę z wierzchołka najwyższego szczytu świata, ale wiadomo, że pójdzie ona w setki. Odnotowała jedynie, że Everest na zawsze zabrał 11 alpinistów.

Od zarania wspinaczek wysokogórskich prowadzone są debaty nad zachowaniem się uczestników wypraw w razie choroby, czy wypadku jednego lub kilku członków ekspedycji. Kiedy i jakiej należy udzielić pomocy? Czy możemy opuścić niezdolnego do dalszej drogi kolegę? Jeżeli tak, to kiedy możemy to uczynić? Odpowiedzi na te pytania szukamy, szczególnie wtedy, gdy wydarzy się tragedia. 15 maja br. 34-letni Brytyjczyk David Sharp w skuleniu zamarzał na śmierć pod kamiennym nawisem w bliskiej odległości od szczytu. Ponoć 40—42 wspinaczy minęło go w drodze na wierzchołek bądź z niego schodząc. Jeżeli tak było naprawdę — faktów niemożliwych do zweryfikowania — wydarzenie to obrazuje, jak bardzo zmienił się Everest nie tylko jako góra z trudnościami i zagrożeniami stawiającym śmiałkom, ale miejsce wyzute z etyki i skrupułów, pozbawione litości i humanitaryzmu, napęczniałe egoizmem i wyrafinowaniem. Jak bardzo stał się punktem, gdzie ludzkimi zachowaniem kierują pieniądze.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego wspinacze odwracali głowę w drugą stronę przechodząc koło Sharpa, nie mniej jednak krytykujący ich zachowanie skupiają się na komercjalizacji Everestu. Pasjonaci gór, zwykle niemajętni, wypychani są przez chętnych z grubymi portfelami, szukających coraz to nowej przygody. Większość z nich nie ma doświadczenia wspinaczkowego albo posiadała go w minimalnym stopniu. Płacąc bajońskie sumy, dochodzące do 65 tys. dolarów, opierają się na zastępach przewodników i Szerpów. Szlak zabezpieczają liny poręczowe, tragarze niosą sprzęt. Będąc w przyzwoitej formie fizycznej i przy odrobinie szczęścia, „dach świata” ma się pod stopami. Od pierwszego zdobycia Everestu w 1953 roku przez Nowozelandczyka Edmunda Hillarego i Szerpę Tenzinga Norgaya przez następne 43 lata ich wyczyn powtórzyło tylko 615 wspinaczy, w ostatniej dekadzie na wierzchołek weszło czterokrotnie więcej.

Przy komercyjnym podejściu do przygody w górach, gdzie presja wejścia na szczyt jest równie potężna u wspinacza, który nie tylko wydaje ogromną sumę na wyprawę, ale poświęca na nią gro swojego cennego czasu (bogaci zawsze są bardzo zajęci), staje się udziałem biznesowej machiny, która czuje się w obowiązku dostarczyć produkt końcowy, który jest równocześnie reklamą przy łapaniu nowych klientów. W całym tym galopie zatraca się zmysł zdroworozsądkowy, minimalizuje się ryzyko, zaniedbuje się przygotowania, spłyca nieprzewidywane okoliczności (burza śnieżna, awaria sprzętu, nagła choroba).

Komercjalizacja Everestu eliminuje też „braterstwo liny” — faktyczny, ale również emocjonalny związek z partnerem, z którym maszeruje się na szczyt — zobowiązanie do udzielenia pomocy i godzenie się na rezygnację z ataku w celu ratowania poszkodowanego.

Okoliczności otaczające śmierć Davida Sharpa, którym nikt się nie zainteresował, pozostają w sprzeczności z nieprawdopodobnym przeżyciem 50-letniego Australijczyka Lincolna Halla, którego 10 dni później przez noc pozostawiono na śmierć, i którego znaleziono żywego następnego dnia. Doświadczony przewodnik wysokogórski Amerykanin Dan Mazur przebywał mocno odmrożonym i skrajnie wyczerpanym wspinaczem do nadejścia pomocy. W rezultacie tego heroicznego aktu sam stracił szansę na zdobycie wierzchołka.

Zachowanie Mazura, jakkolwiek zgodne z naturalnym ludzkim instynktem niesienia bliźniemu w potrzebie pomocy, rodzi pytanie głównie zadawane przez pasjonatów gór, tych wymierających dinozaurów, czy to chlubny wyjątek nowego trendu brutalnie wkraczającego w Himalaje? Dalej, czy sukces jednego człowieka w postaci zdobycia szczytu usprawiedliwia opuszczenie innych w sytuacji kryzysowej?

(2006)

REWOLUCJA CHAVEZA ZATRZYMANA

Wszystkie sondaże wykazywały, że zwycięzcą referendum w sprawie zmian w konstytucji zostanie prezydent Hugo Chavez. Tymczasem obywatele Wenezueli nie dali rękojmi poparcia populistycznemu prezydentowi, który nieudolnie i po dyktatorsku rządzi krajem już dziewięć lat. To, co stało się w sobotę 2 Grudnia zaskoczyło wszystkich. Do ostatniej chwili wahały się wyniki głosowania. Gdy podano pierwsze dane, był remis. Po północy było już wiadomo, że poprawek do konstytucji nie będzie.

Przeciw głosowało ponad 4,6 mln Wenezuelczyków, czyli niecałe 51 procent, za było 4,5, czyli niecałe 49%. Od Chaveza odwróciło się 3 mln zwolenników, którzy poparli go rok temu w wyborach prezydenckich — wtedy miał ponad 7 mln głosów. Aż 7 mln obywateli zostało w domu.

Co spowodowało, że tak wielka rzesza obywateli opuściła przywódcę lewicowej rewolucji latynoskiej, przyjaciela i naśladowcę Fidela Castro? Obiecywał likwidację biedy i bezrobocia, podwyżkę płac, zahamowanie inflacji, walkę z korupcją i przestępczością. Tymczasem bieda jest jeszcze większa jak była, po podstawowe produkty stoi się w kolejkach, inflacja galopuje (20 procent w skali rocznej), korupcja bezkarnie panoszy się na każdym szczeblu, przestępczość jest wszechobecna. Przy tych wszystkich nieszczęściach, Chavez chciał uszczęśliwić Wenezuelczyków nową konstytucją, która koronowałyby go na imperatora. Jako prezydent z nieograniczoną ilością kadencji, mianowałby władze wszystkich szczebli, pełniłby kontrolę nad bankiem centralnym, mógłby ograniczyć wolność prasy i wprowadzać według uznania stan wyjątkowy. Perspektywa życia w kraju z systemem socjalistycznym, skompromitowanym wszędzie, gdzie był instalowany, i dyktatorem jako władcą absolutnym przeraziła obywateli tego południowoamerykańskiego kraju. Pomimo krótkiego czasu (miesiąc) na zapoznanie się z reformą ustawy zasadniczej, który według opozycji był nie wystarczający na skuteczną akcję sprzeciwu, ludzie nie dali się omamić Chavezowi, który zaangażował w kampanię całe państwo, publikatory, fanatycznych popleczników. Na przynętę rzucił petrodolary, którymi łagodzi mękę ludu i kupuje popularność. Nic też nie wyszło z osładzających dyktaturę ochłapów: prawa do głosowania od 16 roku życia i 6-godzinnego dnia pracy.

Gdy przez wiele godzin od zakończenia głosowania, oficjalnie z powodu awarii elektronicznego systemu liczenia głosów, nie podawano wyników, obserwatorzy zagraniczni i opozycja węszyli podstęp i fałszowanie woli narodu. Chavez, wiedząc już, że poniósł klęskę, naradzał się z najwyższymi rangą oficerami, rządem i liderami podporządkowanego parlamentu. Nie wiadomo było, czy prezydent czekał na wyniki z komisji, czy posłuszna komisja czekała z ich ogłoszeniem, aż Chavez pogodzi się z przegraną.

Gdy wreszcie ogłoszono klęskę urzędującego prezydenta, na ulicach Caracas świętowano ten moment. Ludzie śpiewali, podskakiwali, uderzali w bębny, wymieniali uściski, wykrzykiwali antyrządowe hasła. Większość stanowili studenci.

Chavez w krótkim przemówieniu telewizyjnym uznał porażkę. „Respektujemy reguły gry.” — mówił łamiącym głosem. Najwidoczniej był w niezłym szoku, bo odwołał

wcześniej zaplanowaną konferencję prasową, a ustawiona przed pałacem w Miraflores trybunę, z której miał ogłosić swój największy dotychczasowy triumf, pospiesznie rozebrano.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.