E-book
6.83
Z mocy kosmicznego wiatru

Bezpłatny fragment - Z mocy kosmicznego wiatru

Generowanie idei twórczych i dzieł sztuki przez dialogiczną narrację epizodów: obserwowanych, myślanych i czynionych

Objętość:
317 str.
ISBN:
978-83-8126-730-4

Przedmowa

Dzieła tak trwałe, tak monolityczne jak obraz olejny, fresk, mozaika, rzeźba kamienna czy metalowa mogą obejść się bez ich opisów, dokumentacji, rejestracji i tym podobnym. Wszak bywają dostępne w oryginałach wiele lat, wieków, a nawet — tysiącleci.

Natomiast dzieła bardzo nietrwałe, ulotne, procesualne jak na przykład performance, instalacja, obiekt efemeryczny — wręcz błagają o to.

Uprawiając całymi latami tego typu sztukę, dobrze wiem, jak tego jest mało lub zgoła — nie ma wcale, co skazuje wiele dzieł tej sztuki na niebyt czy kaleką, urągającą prawdzie egzystencję. Przez to raczej nie mają szans w konkurowaniu na rynku nowoczesnych idei i znaczeń, jakie kształtują świat współczesny.

Rozmyślając o tym, wyciągnąłem wniosek chyba dość inspirujący, iż sytuacja sztuk efemerycznych naprowadza nas na potrzebę, a nawet konieczność tworzenia podwójnego: tworzenia wykonawczego i tworzenia opisującego owo wykonawstwo, gdyż tak naprawdę stanowią one, bodaj zawsze, nierozdzielny duet, jakkolwiek bardzo często mocno zakamuflowany. Sztuki sceniczne mają swoje didaskalia, filmowe — scenariusze, czasem historię realizacji.

Stąd wziął się mój pomysł, by wspomnianą podwójną twórczość (gdy tworzę ulotne dzieła) zawrzeć w konwencji książkowej. Zapragnąłem tego tym bardziej, uświadamiając sobie zresztą już od jakiegoś czasu, że książkę uważam za rodzaj odwiecznego domowego zacisza z płonącym ogniskiem myśli twórczej, strzelającego raz po raz językami różnych narracji: monologicznych, dialogicznych, wielogłosowych i innych.

E.Ł.

Wstęp

Wstępu miało nie być. Jednak po kolejnym i kolejnym przejrzeniu tekstu mającego się stać zawartością tej książki postanowiłem inaczej. Znalazłem go nie takim, jakim być powinien.

Pierwszą reakcją na to był tumult w głowie, alarmistyczna mobilizacja myśli urządzających sobie całonocne narady. Nie zabrakło natarczywych podszeptów, aby rzecz napisać od nowa. Upłynął szereg przykrych dni.

Wreszcie w pewnym momencie zrozumiałem, że zaradzić temu mogą kolizje, które mają przecież moc formotwórczą największą na świecie, o czym sporo dowiedziałem się, tworząc niedawno nową ontologię. Bez kolizji nie byłoby żadnego tworzenia i żadnej rzeczywistości. To było to. Szkoda tylko, że nie wpadłem na to odrazu. Lecz odkrycie tego gapiostwa uświadomiło mi jeszcze jedno, że wiedza, będąc w naszym posiadaniu, tylko wtedy nas znacząco ożywia, gdy nie spoczywa spokojnie, lecz gdy drapie, gryzie, trzaska, uderza czy łaskocze.Skoro uprzytomniłem sobie powyższe, wpadłem na pomysł konieczności przeprowadzenia procesu naprawczego tekstu przez — o paradoksie — zbombardowanie go pewną ilością ładunków nowej wiedzy, którą będę musiał jakoś zdobyć lub znaleźć u samego siebie w dawno nieodwiedzanych zasobach. W ten sposób spowoduję na obszarze tekstu szereg znaczących kolizji, które rozerwą zastany układ, dając asumpt do ułożenia się nowej struktury, przy czym pierwszorzędną rolę będą odgrywać czytelnicy. Bez ich aktywności nic z tego nie wyjdzie.

W oczach autora zabieg sprawdził się, a czy sprawdzi się w oczach innych czytających, osądzicie Wy sami. W każdym jednak razie jest to eksperyment, który chyba warto poznać. O ile wiem, nikt tego wcześniej nie zastosował.

Rozpoczynając akcję, ograniczę się do wskazania tylko miejsc kolizji i dostarczę pakietów-ładunków nowej wiedzy przeznaczonych do rażenia.

Tedy, już nie zwlekając dłużej, ustanawiam i poniżej prezentuję formę znaku, który swą obecnością będzie wskazywał niczym herold, że to, co idzie za nim, jest nadzwyczaj ważne, jest rozrywającym ładunkiem. Wszakże sam znak nie jest tu ważny. Za to bardzo ważną rzeczą może się okazać historia, którą opowiem w związku z jego wyborem.

Z cenną pomocą pospieszyła mi wiedza będąca konsekwencją wcześniej opracowanej przeze mnie ontologii, o której już wspominałem. Otóż na przykład prostokątny całkowicie czarny obraz, gdy patrzymy na niego nieuzbrojonym okiem i bez głębszej teoretycznej wiedzy na temat widzenia i funkcjonowania bytów w przestrzeni, będzie przedstawiał się nam inaczej, niż gdy tę dodatkową wiedzę będziemy mieli. Sądzę na podstawie mej ontologii, iż w tym drugim przypadku obraz ów będzie tak wyglądał jak poniżej.

Przezroczystość przestrzeni, w której odbywa się akt widzenia, warto sobie uprzytomnić w tym momencie, nie zawsze spełnia (choć w przeważającej mierze — tak) wysokie wymogi. Zaś patrzący najczęściej żywią głębokie mniemanie, że nic — ani w wymiarze duchowym, ani fizycznym — nie wydobywa się z nich samych w tym czasie i nie zawisa w przestrzeni między ich zmysłami i oglądanym obiektem. Dalej: że nic nie tryska ku nim z oglądanego obiektu i nie przekształca ich widzenia i umysłowego mniemania. Tymczasem, dokładniej biorąc, tak nie jest. Wynika to z wiedzy o kolizjach i o strukturze jednostkowych bytów, które zawsze są trójskładnikowe — są trójmentami.

Żeby widzieć obraz optymalnie dobrze, musimy patrzeć na niego frontalnie, ustawiając wzrok na przeciwko jego geometrycznego środka w stosownej odległości i zadbawszy o dobre jego oświetlenie. Spróbujmy tę sytuację zobaczyć na kolejnej ilustracji.

[Nim czytelnicy sięgną po książkę z moją ontologią, już teraz wyjaśnię, że każdy byt (nazwijmy go źródłowym), nieustannie zderzając się z innymi bytami, doznaje kolizji powodujących powstawanie śladów na jego ciele. Takie ślady nazwałem piętnami. Natomiast kolizje o wiele mocniejsze powodują odkształcenia w strukturze środowiska, które tworzą zbiorowiska wielu bytów. Takie ślady w strukturze przestrzeni nazwałem fragtorami (bo pewna ilość bytów i ich fragmentów na skutek silnego uderzenia porusza się w przestrzeni razem po jakimś torze). Można je znaleźć po obu stronach każdego obiektu, z przodu i z tyłu]. Ale dopuśćmy do głosu ilustrację.

A zatem wytłumaczenie formy prostokątnego obrazu w oglądzie frontalnym, jaki na początku został pokazany, jest następujące:

A więc mamy obraz, co prawda ze znakiem zapytania, bo raczej okazuje się on rzeczą bardziej skomplikowaną, niż dotąd myślało się o nim, ale nie mamy znaku, który teraz jest nam potrzebny. Nie mamy? A właśnie, że mamy! Jest nim po prostu obraz ze znakiem zapytania,

który z numeracją zamiast pytajnika w swym centrum zostanie umieszczany w siedmiu odpowiednich miejscach w dotychczas napisanym tekście, aby zwiastował nadejście uderzeń, kolizji. Tuż za nim będzie można dojrzeć ładunek mający spowodować owe kolizyjne zdarzenie.

Pora w takim razie na prezentację konkretnych ładunków — zbitek informacyjnych (czy inaczej: pakietów wiedzy) przeznaczonych do rażenia nimi zaznaczonych miejsc na wskazanej stronicy.

Ponieważ doszło do ustalenia, że wszystkie ilustracje w książce mają być czarno-białe, to dobrze by było, żeby „Wstęp” pokazał swoje — w kolorze. W sumie chyba nie zaszkodzi, że te same ilustracje wystąpią w dwu wersjach kolorystycznych, a na pewno pomoże w lepszym uświadomieniu sobie nagle powstałej sytuacji.


Ładunek 1

Ładunek ten został wysłany na stronę 30—31, to jest tam, gdzie znajduje się opis niewielkiej ulicy z posesją strzeżoną przez wściekle ujadającego psa i gdzie nadjeżdżająca ciężarówka powaliła na ziemię starego człowieka zwanego Escem.

— Ładunek ma formę, jak widać, sztucznej komety szybującej w górze nad polami.


Ładunek 2

Trafił na stronę 73, to jest do znajdującego się tu opisu wnętrza obiektu napotkanego przez Escego na bezdrożach, to jest na terenach, które on sam nazywa bezdrożami.


Ładunek 3

trafił na stronę 94, to jest w miejsce, gdzie tekst mówi o sytuacji Escego po opuszczeniu obiektu i znalezieniu się w otwartym terenie, w obliczu burzy.


Ładunek 4

trafił na strony 128—129, to jest w tym miejscu tekstu, w którym mówi się o spotkaniu Escego na polu z Jakotakimi, właścicielami tego pola i twórcami dziwnego obiektu, okazującego się rzeźbiarskim dziełem sztuki.


Ładunek 5

znalazł się na stronach 130—132, to jest — wtargnął w okolice tego miejsca w tekście książkowym, gdzie przedstawiony został przebieg bardzo nietypowego towarzyskiego spotkania.


Ładunek 6

Skierowany został na stronę 251, to jest tam w tekście, gdzie możemy się dowiedzieć, jak przebiegało spotkanie-przyjęcie na etapie trzecim (trzeci to tutaj najbardziej bliski stopień spotkania).

Ładunek 7

Przeznaczony jest na sam koniec tekstu: strony 313—317. Może z tytułu magii siódemki i tego, że jest to ładunek ostatni, zdecydowałem, aby był bardziej rozbudowany — czwórczłonowy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.