E-book
6.83
drukowana A5
22.82
drukowana A5
Kolorowa
46.08
Z Kapitanem Borchardtem w Krainie Wikingów

Bezpłatny fragment - Z Kapitanem Borchardtem w Krainie Wikingów


Objętość:
99 str.
ISBN:
978-83-8155-114-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 22.82
drukowana A5
Kolorowa
za 46.08

29.12.2017 Piątek

Propozycja

Po południu telefon od Mateusza. Jest już na Kapitanie Borchardcie. Przełącza na głośnomówiący. Halinka Maińska, jego szefowa, proponuje mi rejs „W Krainie Wikingów”:

— … koniec maja, z ekipą z Chełma, dołączysz do nich, reszta załatwiona: nocleg w Chełmie, bus do Krakowa na lotnisko, potrzebna tylko decyzja i już kupujemy ci bilet do Norwegii i z powrotem. I Mateusz też będzie na tym rejsie — dodaje.

I się decyduję, i ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć, fiordy Norwegii, lot samolotem, rejs z synem… Tak po prostu — od ręki? Mówisz — masz?


Kapitan Borchardt to trzymasztowy szkuner gaflowy, najstarszy żaglowiec pływający pod polską banderą. Wybudowany w Holandii w 1918 roku jako oceaniczny statek towarowy na przestrzeni lat pływał pod różnymi nazwami. Zwodowany jako Nora, zanim trafił do Polski nosił nazwę Najaden. Od szwedzkiego armatora polski właściciel przejął jacht, a 8 października 2011 w Gdańsku nadano mu imię Kapitan Borchardt.

Dlaczego taki patron? W 1918, gdy wodowano statek, w Polsce rozpoczynały się prace nad stworzeniem floty morskiej i edukacją przyszłych kadr. Powstała pierwsza szkoła morska w Tczewie. Pojawił się w niej Karol Olgierd Borchardt, późniejszy kapitan i propagator tradycji morskiej, autor zbioru opowiadań „Znaczy kapitan” i wielu innych książek o tematyce marynistycznej. Pomysł, aby to jego imię pojawiło się na burcie żaglowca, był doskonałym sposobem upamiętnienia zasłużonego dla polskiej tradycji morskiej postaci.

Armatorem żaglowca s/y Kapitan Borchardt jest firma Skłodowscy Yachting Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością SKA. W sierpniu 2017 roku Kapitan Borchardt zmienił port macierzysty z Gdańska na Szczecin. Halina Maińska, prezes Fundacji Karola Olgierda Borchardta tak wyjaśnia decyzję o zmianie:

— Jako armator statku postrzegamy Szczecin jako miejsce bardzo przyjazne żaglowcom, gdzie jest klimat do tego, by statek się dobrze czuł, gdzie jest współpraca zarówno z edukacją morską jak i środowiskiem żeglarskim, z tego właśnie powodu zdecydowaliśmy się przenieść port macierzysty z Gdańska do Szczecina.


Dostałam zaproszenie na rejs Kapitanem Borchardtem. Gdybym chciała wymyślić takie zakończenie trudnego roku, gdybym przeczytała taką historię — uznałabym za nierealne. A to życie.

01.01.2018 Niedziela Nowy Rok

Postanowienie

Otwieram nowy rozdział. Zaczynam 59 rok życia. To, co złe, minęło, teraz ma być tylko lepiej.

W maju popłynę na rejs Kapitanem Borchardtem w Krainę Wikingów, zobaczę fiordy zachodniej Norwegii. To już postanowione, bilet na samolot i z powrotem zarezerwowany. Podczas wyjazdu zapisuję wrażenia, po powrocie wydaję kolejną książkę, relację z rejsu, z nieprzekraczalnym terminem wydania sierpień 2018.

Kapitan Borchardt obchodzi stulecie, książka będzie urodzinowym prezentem dla żaglowca, który znów przyjazny dla Mateusza.

Wspomnienie

Mateusz trafił na pokład Kapitana Borchardta pod koniec listopada 2011. Trafiła się okazja rejsu na słynnym żaglowcu, pojechał na cztery tygodnie.

— Mama, taka szansa może się nie powtórzyć — przekonywał, a ja patrzyłam na jedynaka, który tak rzadko o coś prosił i widziałam blask w oczach na myśl o tym, co go może czekać na morzu.

— Jedź, widzę, że ci bardzo zależy.

I pojechał, Kapitan cumował w Cuxhaven, dobę później dostałam esemesa: jestem na statku, wszystko w porządku. Nigdy nie był wylewny, jednak starał się pamiętać o prośbach: daj znać, że dotarłeś, pamiętaj, że się denerwuję.

Przed świętami zadzwonił:

— Mama, zaproponowali mi, żebym został, jest remont do zrobienia, potem płyniemy naokoło Europy do Włoch. Przeżyjesz wigilię beze mnie? Słyszałam radość w głosie, coś ważnego zaczynało się w jego życiu, zrozumiałam, że szuka swojego miejsca, pora stanąć obok.

— Synu, płyń, to twoje życie. A na święta jakoś sobie poradzimy bez ciebie — dodałam uśmiechając się, żeby nie usłyszał łez w głosie.

To wtedy kupiłam mu pod choinkę „Jachting morski” Krzysztofa Baranowskiego i wpisałam dedykację, myśl Marka Twaina, która dziś wisi także nad moim biurkiem: Za dwadzieścia lat będziesz bardziej żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.

I tak Mateusz zacumował na żaglowcu na dłużej. Pływał jako członek załogi, oficer, bosman. To z jego opowieści zrodziło się moje marzenie o wspólnym rejsie. Na trzy lata rozstał się z Borchardtem, we wrześniu 2017 wrócił na szkuner, znów zaczęłam myśleć o rejsie. A teraz mogę spełnić swoje marzenie.

18 -19.05.2018 Piątek/sobota

Rajzefiber, czyli zaczynam przygodę życia

— Już kuferek stoi spakowany… Dokładniej: spakowane dwie sztuki bagażu. Dylematy przed wyjazdem: Jak się spakować, co zabrać?

Na Facebooku kapitan Sodkiewicz zamieszcza fotkę z morskiej kąpieli, Mateusz z wycieczki na lodowiec. Temperatury w Norwegii — +5 w nocy, +25 w dzień? Co zabrać? Przekładam z kupki na kupkę ubrania, dorzucam ocieplane spodnie, kostium kąpielowy. Uff, jak to zmieścić?

Na szczęście to już za mną. Limit: 20 kg +10 kg bagażu podręcznego się zgadza, zmierzyłam i zważyłam. Waga co prawda odmówiła posłuszeństwa i samego bagażu nie chciała zważyć, więc ją oszukałam biorąc do ręki torbę i ważąc się razem; strzałka wskazała blisko 70 kg, co znaczy, że torba mniej niż 15 kg waży. Ile ja? Mniejsza z tym, kto ciekawy, może obliczyć.

Wszystko sprawdziłam z listą, co można, czego nie wolno. W ostatniej chwili chciałam agrafki dorzucić do podręcznego, ale sobie uświadomiłam, że ostre, więc zostawiam.

Za pięć godzin wyjazd do Lublina, potem do Chełma. Stamtąd z grupą członków Rotary Club, pasjonatów żeglarstwa i ich znajomych, jedziemy na lotnisko w Balicach. O 8.50 mamy lot do Stavanger, skąd na pokładzie żaglowca ruszymy w rejs fiordami Zachodniej Norwegii.

Trochę się stresuję. Po raz pierwszy w życiu polecę samolotem, po raz pierwszy będę w Norwegii, po raz pierwszy na pokładzie Kapitana Borchardta. Co jeszcze będę robić po raz pierwszy? To się okaże. Nie znam nikogo ze współtowarzyszy rejsu poza synem, ale gotowość do wyzwań, otwartość na ludzi i nowe doświadczenia we mnie duża.

Podróż

Z Niemiec do Lublina jadę taksówką, do Chełma busem, na dworcu po dwudziestej drugiej. Miejsce spotkania: Galeria Atelier, Lwowska 24. Niedaleko, siedemset metrów, siedem minut pieszo — pokazuje smartfon. Torba na plecy, druga na ramię, torebka z przodu, smartfon z mapą w rękę i idę. Ciemno, na ulicach nikogo. Po stu metrach ręce mdleją. Robię przystanek. Drugi, trzeci… Chodnik wzdłuż cmentarza, to już chyba niedaleko? Smartfon wyświetla: dwie minuty. To już powinno być tutaj. Hm.. cztery minuty? Minęłam Atelier? Ktoś idzie, pytam o drogę.

— Nie wiem

Pusto na ulicy, nie ma kogo spytać.

— Galeria Atelier? To po drugiej stroni, koło banku, o tam.

Uff, nareszcie. Zamknięte. Dzwonię:

— Dobry wieczór, to ja, Małgosia z Niemiec, miałam się tu zgłosić, jestem na dole…

— Już schodzę, zaraz otworzę — odzywa się Ela, do której miałam się zgłosić.

Mijają dwie minuty, pięć minut, dziesięć… Spokojnie czekam, bo już na miejscu jestem, może Ela się ubiera i dlatego to tyle trwa?

— O, ty tu jesteś, a ja z drugiej strony, od Tesco.

Czekanie się wyjaśnia, galeria ma dwa wejścia, ja czekałam od tyłu, Ela wypatrywała mnie przed wejściem głównym. Witamy się, przedstawiamy, widzimy się pierwszy raz w życiu, namiary dostałam od Wiesława, którego też nie widziałam, a namiary na niego od Halinki. Taki łańcuszek dobrych kontaktów.

Ela to żona Ryszarda, fotografa, właściciela Galerii Atelier i żeglarza, oficera na Kapitanie Borchardcie. Mieszkanie klimatyczne i niebanalne, rozglądam się bezceremonialnie podziwiając fotografie, obrazy na ścianach i piękne stare meble.

Do odjazdu ponad godzinę, dostaję zieloną herbatę, rozmawiamy o życiu, dzieciach, motywacji do rejsu. Poznaję najmłodszą córkę gospodarzy Helenkę, licealistkę Agnieszkę z mamą Ewą. Zbliża się północ, wychodzimy przed Galerię, gdzie czeka już grupa uczestników rejsu. Jest ciemno, twarzy nie widać, ale słychać, że większość się dobrze zna. Przedstawiam się, ale chyba nikt mnie nie zapamiętał w ciemności i przedwyjazdowym rozgardiaszu. Podjeżdża mały bus, upychamy bagaże, zajmujemy miejsca. Spać trudno, towarzystwo się bawi, siedzenie przede mną zajęte przez wyjątkowo imprezowe panie. Drzemię, kręgosłup coraz bardziej uwiera. A to dopiero początek podróży, w Krakowie mamy być na szóstą.

Perypetie

Otwieram oczy, stajemy na parkingu, większość współpasażerów śpi. Wychodzę rozprostować nogi, bo w pamięci zalecenie lekarza, żeby korzystać z każdej możliwości ruchu i zmiany położenia. Wstaje świt, zimno, trzęsę się z rozespania. Podchodzę do siedzącej na betonowym koszu Eli, wygląda jakoś nieciekawie.

— Źle się czujesz?

Nie odpowiada, mam wrażenie, że chce być sama, robię dwa kroki w bok i w tym momencie Ela pochyla się do przodu i wolno, jak na filmie, upada na twarz.

Staram się ją podnieść, oprócz mnie na dworze jest tylko kilka osób, ale nikt nie widzi tego, co się stało. Kobieta jest nieprzytomna, ciężka, bezwładna, nie reaguje, potłuczone okulary, krew sączy się z brwi, z nosa. Panika, wpadam do busa, wołam:

— Czy jest tu jakiś lekarz albo pielęgniarka?!

Wybiega drobna blondynka, Ela otwiera oczy, odzyskuje przytomność, z trudem udaje nam się ją położyć w bezpiecznej pozycji na boku. Podkładam kurtkę, ktoś ociera jej twarz, na szczęście skaleczenie nie jest poważne, gorzej, bo ciałem wstrząsają torsje.

Upadek, uderzenie w głowę, utrata przytomności, wymioty — to wszystko nie rokuje dobrze.

— Wstrząs mózgu? — przelatuje mi przez głowę, ale nie mówię tego głośno. Obejmuję Helenkę, która wyszła z busa i nie wie, co się stało mamie.

Wiesiek wzywa pogotowie, trudno określić, gdzie jesteśmy, czekanie na karetkę się dłuży. Robi się jasno. Czekamy z niepokojem na przyjazd karetki, która zjawia się po czterdziestu minutach. Ratownicy robią podstawowe badania, wyniki w porządku, ale nie można wykluczyć wstrząsu mózgu czy innych obrażeń, proponują zabranie poszkodowanej na SOR do Dębicy.

Co robić? Za trzy godziny mamy samolot, Ela wygląda fatalnie, jest blada, oko i nos zapuchły, ale do szpitala nie chce jechać, nie zgadza się na zabranie jej przez karetkę. Ruszamy w dalszą drogę, Mirka, lekarka, opiekuje się koleżanką.

W Krakowie decyzja: Ela nie leci do Norwegii, Helenka wraca z matką, mimo że ta namawia ją, żeby leciała na rejs, ona sobie poradzi, w Chełmie pójdzie do szpitala, zaopiekuje się nią druga córka. Licealistka nie chce o tym słyszeć, zostaje z mamą.

Wszyscy wiemy, że to rozsądne wyjście, ale żal obu, a właściwie trojga. Myślę o czekającym na statku Rysiu, do którego jechała żona i córka, a który jeszcze nie wie, że tym razem nie popłyną razem. Nastrój radosnego podekscytowania podróżą przygasł.

Życie jest takie kruche, a ja wychodząc z domu nie usłyszałam: szczęśliwej podróży… Odsuwam złe myśli, denerwuję się, czeka mnie lot samolotem, nie będę sobie dokładać negatywnych emocji.

Pierwszy lot w życiu

Najbardziej stresowałam się czekającymi mnie formalnościami przed wejściem na pokład. Na sam lot czekałam z ciekawością, nie przejmując się ostrzeżeniami koleżanek, że szumi, mdli, kręci się w głowie, a bagaż na pewno zaginie. Przezornie spakowałam do podręcznej torby odzież wystarczającą do przetrwania na statku, gdyby bagaż miał polecieć w innym kierunku niż ja. Resztą zapowiadanych objawów, którymi mnie straszono, postanowiłam nie zawracać sobie głowy przedwcześnie. Będzie, co ma być.

Uprzedzam Marzenkę i Wiesia, że będę się ich trzymać, bo ja pierwszy raz. Obiecują opiekę i słowa dotrzymują, Marzenka podpowiada, co mam przygotować, uprzedza, o co będę pytana, czeka na mnie, kiedy zostaję w z tyłu, dba o moje poczucie bezpieczeństwa.

Odprawę zrobiłam w domu przez Internet, mam miejsce 13C, muszę tylko oddać bagaż. Kolejka niedługa, szybko się posuwa, nie zdążyłam się zestresować, a już stawiam wzorem innych torbę na taśmę, uśmiecham się do obsługującego pana w uniformie:

— Ja pierwszy raz, proszę mi powiedzieć, co mam robić.

Dostaję nalepkę na bagaż, odpowiadam, że nie mam w torbie elektronicznych gadżetów… To już koniec? Cała procedura, którą tak się denerwowałam, trwa minutę, pan się uśmiecha:

— Życzę miłej podróży, dalej proszę schodami ruchomymi na górę, tam kierować się do bramki numer jeden.

Schody, kolejka, kontrola bezpieczeństwa. Bagaż podręczny ląduje w plastikowej skrzynce, do drugiej wrzucam zegarek, pasek z metalową sprzączką, polar z nitami. Sama przechodzę przez bramkę, nic nie pika, koniec formalności, nie stanowię zagrożenia, mogę lecieć.

Czekamy, aż wyświetli się komunikat o naszym locie. Jestem podekscytowana, zmęczenie minęło, nie czuję głodu, ale jem kanapkę, biorę poranną porcję lekarstw. Wreszcie bramka się otwiera, kolejka rusza, podaję bilet, autobus wiezie nas do samolotu z napisem Norvegian na burcie. Wchodzę po schodach, znów pokazuję bilet, odpowiadam uśmiechem na powitanie stewardessy, szukam miejsca, chowam bagaż do szafki nad głową, zauważając, że chyba tylko ja przejęłam się obowiązującymi wymiarami. Współpasażerowie wchodzą z reklamówkami bezcłowych towarów, dzieci z zabawkami, ktoś ma nieforemny plecak, ktoś inny walizeczkę na kółkach. Moja torba o wymiarach 55x40x23, idealnie spakowana, wygląda jak wzorzec bagażu podręcznego. Zajmuję miejsce z brzegu, od okna dzieli mnie dwóch Norwegów, z którymi wymieniam powitalne uśmiechy, konwersacji nie ryzykuję. Zapinam pas, czytam instrukcję bezpieczeństwa, niewiele rozumiem, domyślam się, że rysunki pokazują, co mam zrobić, kiedy: oderwie się skrzydło, zostaną wyrwane drzwi, wyląduję w morzu lub będę zmuszona opuścić pokład powietrznym tunelem. Uspokojona, że i tak nic bym w powyższych sytuacjach nie zrobiła, skupiam się na spoglądaniu przez ramię sąsiada do okna i obserwowaniu, co robią inni, żeby czegoś nie przegapić.

Startujemy, samolot się rozpędza, poderwanie i jesteśmy w powietrzu. Lekko rozczarowana, nie doświadczyłam żadnych z zapowiadanych przez koleżanki dokuczliwych objawów, usiłuję wyjrzeć przez okno, ale ze środkowego rzędu to dosyć karkołomne, mimo życzliwości sąsiada, który odchyla się do tyłu, widząc moje zainteresowanie tym, co na zewnątrz. Rozpinam pas, rozsiadam się wygodnie i przysypiam, zmęczona całonocną podróżą, przeżyciami i stresem.

Budzą mnie lekkie turbulencje, głos pilota, zapinanie pasów, zniżamy się, kątem oka widzę zbliżającą się ziemię, lądujemy równie gładko, jak wystartowaliśmy. Stwierdzam, że opowieści koleżanek, co do Anglii latały, były przesadzone. Autobus podwozi nas do hali przylotów, tu nie mogę się doczekać na bagaż, wypatrując małej czarnej torby wśród sunących na taśmie wielkich waliz i kolorowych plecaków. Już się nastawiłam, że musi mi wystarczyć to, co mam w podręcznym, ale wreszcie, mam i ja! Sympatyczna para, która dosiadła się w Janowie zabiera na swój wózek mój bagaż i idziemy na przystanek.

Powitanie

Decyzja, do którego autobusu wsiąść, aby nas zawiózł do portu w Stavanger, nie jest łatwa, nikt specjalnie nie wyrywa się do podjęcia decyzji, na szczęście anglistka Marzenka dogaduje się z kierowcą, kupujemy bilety za sto koron i jedziemy. Dzwonię do Mateusza, nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę niewidzianego od pół roku syna.

— Mateusz? Już jesteśmy, powinniśmy za jakieś pół godziny dojechać.

 Super, czekamy na was, jak się leciało?

— Ok, opowiem jak się spotkamy, na razie!

Nie czuję zmęczenia, uciekły złe myśli, jest radość i przedsmak szczęścia. Stęskniłam się …

I już jesteśmy w Stavanger, wysiadamy, okazuje się, że do basenu portowego w Vagen, gdzie cumuje Kapitan Borchardt, jeszcze kilkaset metrów pieszo. Torby ciągną do ziemi, ręce mdleją, chyba to widać, bo Andrzej bierze jedną ode mnie i stawia na swojej walizce z kółkami. Widzimy z daleka maszty żaglowca, dostrzegam Mateusza, ale jeszcze musimy nałożyć drogi, obejść ogrodzenie, sforsować bramkę zamykaną na szyfr i nareszcie wchodzimy na pokład. Przytulam się do syna. Jestem szczęśliwa. Tyle razy wyobrażałam sobie tę chwilę…

— Witam, pani matko — bosman Piotrek, z którym Mateusz mieszkał na statku podczas prac remontowych w Szczecinie obejmuje mnie serdecznie i dodaje: Synek się dobrze sprawuje.

Witam się z kukiem Leszkiem, który też ma dobre słowa o jedynaku:

— Mateusz jest super, zna statek jak własną kieszeń, nie ma tu takiego drugiego.

Pojawia się kapitan i nie zauważa mnie z perspektywy dwóch metrów wzrostu, dopiero kiedy Mat przedstawia: Maciuś, to moja mama — pada na kolana zrównując się ze mną wzrostem i ginę w jego uścisku: Witamy mamusię!

Wzruszam się, od chwili wejścia na pokład oczy mam w mokrym miejscu, serce na wierzchu, buzia mi się śmieje. Poznaję jeszcze oficerów: Dorotę, Czesława i Rysia, który już wie, co się przydarzyło żonie i trudno mu ukryć smutek, a ja znowu widzę Elę, która upada w zwolnionym tempie mojej pamięci.

Zostawiamy bagaże na pokładzie, mamy czas do szesnastej, wtedy zostaniemy zaokrętowani. Poprzednia ekipa dopiero opuściła statek, załoga musi mieć czas na przygotowanie kajut na nasze przyjęcie.

Stavanger

Położone na południowo-zachodnim wybrzeżu Stavanger jest czwartym co do wielkości miastem Norwegii po Oslo, Bergen i Trondheim. Wychodzę z portu i idę w górę wąskimi ulicami bez samochodowego ruchu. To Skagen, barwna dzielnica uliczek z barami, kawiarniami, pełna miejscowych i turystów, grających zespołów i bawiących się dzieci.

Większość niewysokich, drewnianych domów ma jasne fasady, w których odznaczają się ciemnobrązowe obramowania okien. Wzrok przyciągają ogromne krzewy kwitnących na biało rododendronów. Szukam przyjaznego miejsca na odpoczynek i trafiam na Ovre Holmegate, krótką uliczkę z różnokolorowymi budynkami, głośną od rozmów w kawiarnianych ogródkach, ozdobionych donicami żółto-niebieskich maleńkich bratków, tulipanów i żonkili. Kolorowy zawrót głowy! Niestety, wszystkie miejsca zajęte, tutaj kawy się nie napiję.

Idę dalej, aż docieram do położonej na niewielkim wzgórzu najstarszej norweskiej katedry z XII wieku. Kamienne omszałe ściany, spatynowany zielonkawy dach, wieże z wąskimi oknami. Jaki to styl? Romański, gotycki? Nieważne, bryła Domkirke otoczona starymi drzewami robi wrażenie. Wchodzę do środka i zastygam z zachwytu: potężna nawa, masywne kolumny i zielonkawa poświata wpadająca przez okna. Odpoczywam, modlitwa bez słów. W takim miejscu Bóg słyszy niewypowiedziane.

Na trawniku obok katedry rozłożone na kocach rodziny, biegają dzieci, dwie dziewczyny czytają, chłopak przewija ekran smartfona. Nastrój sobotniej majowej sjesty. Przechodzę przez niewielki warzywny targ, zatrzymuję się przy stoisku z pamiątkami: norweskie swetry, czapki, rękawiczki, plastikowe trolle i łodzie Vikingów, na szczęście nie widzę góralskiej ciupagi.

Schodzę na nabrzeże, mijam Muzeum Morskie i wstępuję do punktu informacji turystycznej. Wyposażona w mapę idę w górę dzielnicy Gamle Stavanger, czyli najstarszej części miasta z zachowanymi 173 domkami z końca XVIII i początku XIX wieku. Mam wrażenie, że trafiłam do baśni, może pomyliłam kraje, bo przypomina mi się strzelista uliczka w Roccaporeniei, mieście świętej Rity, patronki rzeczy beznadziejnych i niemożliwych. Bo to ona musiała maczać w tym palce, że po raz kolejny nie daję się losowi, wygrzebuję z dołka i zachwycam światem, tak jak kiedyś w umbryjskiej Cascii, w toskańskim Montepulciano, jak półtora roku temu nocą pod gwiaździstym niebem na Morzu Liguryjskim.

A dzisiaj tu i teraz piję kawę z Kafe Brostein na placyku z widokiem na port. Niski murek z kamiennych płyt oddziela to miejsce od uliczki. Siedzący na szczycie altanki wielki granatowy ptak przygląda mi się uważne, pachną różowe kwiaty, którymi obsypany jest krzew rosnący obok biało malowanej ławki. Odpoczywam próbując zapamiętać smak macchiato, ciepło słońca, zapach kwiatów i morza, głosy śmiejących się dzieci i turystów podziwiających zabudowę i atmosferę niezwykłej dzielnicy. Rudobiały kot rozciągnięty na murku pozornie ignoruje moją obecność, a jednak, kiedy wstaję, zeskakuje i znika w otwartej bramie.

— Wrócę tu jeszcze — postanawiam i idę dalej mijając Muzeum Konserw Rybnych. Z ich produkcji i przetwórstwa ryb utrzymywało się miasto, zanim podstawowym bogactwem stała się ropa wydobywana z dna morza. Robię zdjęcie Galerii Atelier, z myślą, że pokażę Rysiowi, może to nieznana siostra tej z Chełma, spod której wyruszyliśmy dzisiaj w nocy?

Uświadamiam sobie, że tylko kilkanaście godzin dzieli wczorajszy wieczór w mieście na wschodzie Polski od dzisiejszego popołudnia w norweskim Stavanger, a tyle się już wydarzyło. Stromą uliczką schodzę na nabrzeże, fotografując po drodze wspaniały krzak różowej magnolii i zbocze pokryte białymi rododendronami. Wyobrażenie surowej Norwegii pryska w konfrontacji z rzeczywistością. Dowiem się później, że średnie temperatury miesięczne utrzymują się w Stavanger powyżej zera, a klimat dzięki ciepłym morskim prądom jest łagodny, wietrzny i wilgotny, stąd rośliny śródziemnomorskie mają się tu całkiem dobrze.

Na powrót na statek jeszcze za wcześnie. Zatrzymuję się na wypoczynek na placu nieopodal Norweskiego Muzeum Ropy Naftowej. W oddali na wprost wiszący most, po prawej wieża strażacka z 1852 — czytam w przewodniku. Ściągam trapery, mam je na nogach od dwudziestu godzin, zabrane z myślą o górskich wycieczkach dzisiaj są niezbyt przydatne. Z ulgą wyciągam się na ławce, obok dzieci chlapią się w fontannie, czarnoskóry chłopak całuje się z jasnoblond dziewczyną. Rodzina na drewnianym pomoście rozłożyła się z posiłkiem, pachnie chińskie jedzenie. W oczach piasek, poza kilkoma drzemkami nie spałam od ponad trzydziestu godzin, zmęczenie daje się we znaki, morzy mnie sen, pora wracać.

Statek

Z daleka widać trzy maszty żaglowca. Żagle zwinięte, w górze powiewa flaga Szczecina w czerwono — niebieskie pasy, na rufie biało-czerwona bandera. Z dzioba wystaje ostro zakończony bukszpryt z niebieską siatką pod spodem. Chciałabym tam kiedyś wejść, ale nie wiem, czy mi pozwolą? Na burcie czarny napis: Kapitan Borchardt i ślad po poprzedniej nazwie statku: Najaden. Trapu nikt nie pilnuje, szkuner jest przycumowany przy zamkniętej części nabrzeża. Na pokładzie ruch, inni też wrócili ze spaceru po mieście.

Kajuty już przydzielone, mamy czas na zagospodarowanie. Trafiam do piątki na śródokręciu. To dobra lokalizacja, najmniej kołysze przy większej fali. W tej środkowej części statku jest siedem kabin, mieści się w nich osiemnaście osób. Mateusz mieszka w kajucie mechanika, na drzwiach wizytówka: Maleństwo. Na dziobie rozmieszczono siedem kajut, w których mogą spać dwadzieścia trzy osoby. W jednej z nich mieszka kucharz, natomiast kapitan i bosman swoje kabiny mają na rufie, tam też znajduje się salon kapitański.

Nasza piątka jest ciasna ale przytulna. Zajmuję górną koję, na dole zostawiam miejsce dla Halinki Maińskiej i Jurka Szkudlarka, którzy jeszcze nie dotarli na statek, jadą z Oslo samochodem. Wyposażenie standardowe: szafa, wieszak, bakista pod koją na pościel i torby, półeczki, lampka nad głową, w suficie świetlik, przez który sączy się światło z pokładu. Każda kajuta ma swoją łazienkę, w niej ubikację, zlew i prysznic. W porównaniu do warunków na Pogorii, gdzie na jedną łazienkę przypadało około dziesięciu osób to prawdziwy luksus. Co prawda, pojęcie luksusu jest względne, o czym przekonuję się po pierwszej kąpieli, kiedy zalewam całą powierzchnię łazienki, co skutkuje koniecznością wytarcia wszystkich jej zakamarków.

— Może to zakamuflowany sposób na utrzymanie czystości przez pasażerów? — myślę — wszak sprzątaczek na pokładzie nie ma. Ubranie na wieszaku też mokre, następnym razem wchodząc pod prysznic, zostawię je na koi! Żeby zobaczyć swoją fizjonomię, muszę klęknąć na sedesie, stwierdzam, że lusterko wieszał ktoś nieprzewidujący niskiego wzrostu załogantek. Nic to, żadna niedogodność nie zabierze mi radości z rejsu, makijaż tu niepotrzebny. Wykąpana, przebrana, zagospodarowana słyszę dzwonek i okrzyk:

— Zbiórka na pokładzie!

Załoga

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 22.82
drukowana A5
Kolorowa
za 46.08