E-book
12.6
drukowana A5
53.22
drukowana A5
Kolorowa
78.9
Z dwóch światów jestem

Bezpłatny fragment - Z dwóch światów jestem


Objętość:
249 str.
ISBN:
978-83-8440-482-9
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 53.22
drukowana A5
Kolorowa
za 78.9

Wnukom moim dedykuję

„Nasza wiedza o nas samych zależy od tego, w jakich czasach przyszło nam żyć”.

Wisława Szymborska

Przy pracy nad tekstem autor korzystał z pomocy AI — w szczególności przy tworzeniu okładki i korekcie tekstu. Za treść odpowiada autor.

Wstęp: Dlaczego ta książka?

Nie piszę tej książki po to, by kogokolwiek pouczać, przekonywać czy tym bardziej coś udowadniać. Nie jest to ani pochwała dawnych czasów, ani oskarżenie współczesności.

To zapis mojego rozumienia świata, który przyszło mi poznać z dwóch stron — tej sprzed 1989 roku i tej po transformacji. Tym to sposobem z dwóch światów jestem. W jednym się urodziłem i wychowałem, wykształciłem a w drugim pracowałem zawodowo i przeszedłem na emeryturę. Obie te epoki są we mnie żywe, obie odcisnęły na mnie piętno. Z każdej wybrałem to, co uznałem za wartościowe, a co złe — starałem się omijać, tak jak omija się niepotrzebny kamień leżący na drodze. Ten sposób życia, wybierania i odrzucania, pozwolił mi zachować wewnętrzny spokój i nie mieć wrogów. Tego spokoju nauczył mnie stoicyzm — nie książkowy, ale wypracowany przez lata dzięki obserwacji ludzi, historii i samego siebie. Tak, z dwóch światów jestem. Ponieważ brzmi to niczym manifest postaram się uzasadnić ten tytuł bliżej.

Opowiadałem kiedyś przyjacielowi o kulturze Bizancjum i na tym tle zaczęliśmy dyskutować o współczesnej kulturze i dokonywać porównań. W pewnym momencie przyjaciel zawołał:

— Ależ to są dwa różne światy, tego nie da się porównać!

— Nie da się? A czemu? Kto mi tego zabroni? — Te pytania zaczęły się mnożyć i w efekcie sam sobie coś uświadomiłem.

Przecież i ja z dwóch światów jestem. To nie jest pusty slogan ani kokieteria, lecz świadectwo życia rozpiętego między tym, co było, a tym, co jest. Nie tęsknię za tamtym siermiężnym ustrojem ale tęsknię za relacjami międzyludzkimi z tamtych czasów, przepełnionych prostotą i dobrą wolą. Te kontakty nigdy nie miały podtekstów, cała prawda i szczerość była zawsze na stole ­– za tym tęsknię.

Niosę w sobie wartości z obu tych światów — świata kolejek i wspólnych trzepaków, gdzie człowiek był dla człowieka lekarzem, nauczycielem i powiernikiem, oraz świata Internetu, w którym odległości mierzy się w milisekundach, a znajomości bywają ulotne jak powiadomienie na ekranie. Wybrałem z nich to, co najlepsze: serdeczność, szczerość, zdolność do śmiechu z siebie i fascynację nowością. Jeśli komuś się to nie podoba, niech wie jedno — to trudno, ja zostaję przy swoim. Bo ja taki jestem! A jaki jestem, to ta książka pokaże — mam nadzieję. Opowiadam o obu okresach i z dumą dzielę się tym w tej książce. Oczywiście więcej skupię się na czasach współczesnych jako że żyję w nich i dotykam sprawy tu i teraz.

Nie jest to też rozliczenie, jest to jedynie próba przypomnienia sobie rzeczy miłych i rzeczy trudnych, w jednym świecie i w drugim świecie. Być może jest to również próba pozostawienia swoich doświadczeń potomnym. Im przecież nie zdarzy się takie przejście, chociaż trudno powiedzieć, prorokowanie faktów historycznych to trudna sprawa..

Wielu nas takich jest — to ci, którzy urodzili się po drugiej wojnie światowej i żyli, jak ja, w Polsce. Udało mi się przejść z jednego świata do drugiego bezkolizyjnie, spokojnie, zabierając ze sobą co dobre i mądre a pozostawiając za sobą wszystko co złe, co mogło być zbędnym balastem, co w nowym świecie byłoby zbędne. Moje przejście do Nowego Świata było niemal gładkie, niczym przejście Żydów przez Morze Czerwone do Ziemi Obiecanej. Nie wszystkim udało się takie przejście. Wielu przeszło z urazami, z bólem, który ich trawił latami. Byli też tacy, którzy nie przeszli i w skrajnym wypadku popełnili samobójstwo. Takie skrajne przypadki też się zdarzały i nie były to przypadki odosobnione.

Urodziłem się na Dolnym Śląsku, w tej części Polski, która po II wojnie światowej zmieniła swoje oblicze. Przyszli tu ludzie z różnych stron — także moi rodzice, którzy po 1948 roku zostawili rodzinne strony w okolicach Tarnobrzega i Nowej Dęby, by spróbować nowego życia w ziemi, która dopiero co wracała w polskie ręce. Był to czas wielkich nadziei i jeszcze większych obaw. Kiedy patrzę na swoje dzieciństwo, widzę, jak dorastałem na skrzyżowaniu historii — bawiłem się w sadach, które wcześniej należały do niemieckich rodzin, chodziłem do szkół, w których wciąż czuć było echo minionej epoki. A jednocześnie uczestniczyłem w budowaniu nowej rzeczywistości — tej, którą nazwano Polską Ludową.

Szkoła była pierwszym miejscem, gdzie uczyłem się nie tylko wiedzy, ale i życia w systemie. Zrozumiałem wtedy, że w każdej epoce trzeba umieć czytać między wierszami — wiedzieć, co jest mówione oficjalnie, a co myśli się naprawdę. Ta umiejętność towarzyszyła mi później przez całe życie zawodowe. W czasach PRL praca była jednocześnie szansą i ciężarem. Szansą, bo pozwalała się rozwijać, poznawać ludzi, zdobywać doświadczenie. Ciężarem, bo wymagała nieustannego dostosowywania się do systemu, który nie zawsze nagradzał najlepszych. Ale nauczyłem się wtedy także cierpliwości i wytrwałości. I tego, że w człowieku, który pozornie zgadza się na wszystko, może kryć się ktoś, kto nigdy nie przestaje myśleć samodzielnie.

Kiedy przyszedł przełom 1989/1990, miałem już swoje lata i bagaż doświadczeń. Patrzyłem na zmiany z nadzieją, ale i ostrożnością. Wiedziałem, że każdy nowy ustrój, choćby niósł dobre intencje, rodzi też nowe trudności. Nie byłem w grupie tych, którzy od razu stali się entuzjastycznymi zwolennikami wszystkiego, co nowe. Nie należałem też do tych, którzy kurczowo trzymali się starego. Zamiast tego starałem się rozumieć będąc bardzo ostrożnym. Obserwowałem, jak moi znajomi albo odnajdują się w III Rzeczpospolitej, albo gubią się w niej bezpowrotnie. Patrzyłem, jak dawni koledzy z pracy jednego dnia stawali się biznesmenami, a inni — bezrobotnymi. I rozumiałem coraz bardziej, że nie ma epok lepszych czy gorszych samych w sobie — są tylko lepsze i gorsze wybory, które w tych epokach podejmujemy.

Dziś, kiedy piszę te słowa, wiem, że do końca życia będę stał mocno w obu światach. Jedną nogą w czasie, w którym uczyłem się życia w PRL, a drugą w czasie, w którym żyję teraz, w III RP. Nie dlatego, że nie potrafię wybrać, ale dlatego, że nie chcę odrzucić żadnej części siebie. Obie są moją historią. I dlatego ta książka powstaje — by podzielić się doświadczeniem, które może komuś pomoże zrozumieć, że w życiu nie trzeba się bać sprzeczności. Że można jednocześnie pamiętać o przeszłości i iść naprzód, że można krytycznie patrzeć na błędy obu epok, ale też dostrzegać ich dobre strony.

W moich esejach nie znajdzie się miejsce na polityczne połajanki ani na roszczeniowe rozliczenia. Będę opowiadał o tym, jak w różnych momentach życia wybierałem swoją ścieżkę, jak uczyłem się mądrości od ludzi spotykanych w pracy i w prywatnym życiu. Opiszę, jak nauczyłem się odróżniać to, co ważne, od tego, co tylko hałaśliwe. Jak nauczyłem się, że w trudnych czasach warto zachować spokój, bo tylko wtedy można podejmować decyzje, które nie prowadzą do krzywdy innych ani do własnej zguby.

W tej książce znajdą się historie z mojego dzieciństwa, kiedy w cieniu powojennej biedy uczyłem się, co znaczy wartość pracy i solidarności między ludźmi, którzy sami dopiero co odbudowywali swoje życie. Opowiem o szkole, gdzie spotykałem nauczycieli, którzy choć musieli uczyć zgodnie z oficjalnym programem, potrafili jednocześnie przekazać wartości ponadczasowe — uczciwość, szacunek do wiedzy, odwagę w myśleniu. Podzielę się doświadczeniami z pracy zawodowej w czasach, gdy kariera była mniej zależna od talentu, a bardziej od umiejętności poruszania się w gęstej sieci zależności politycznych i społecznych. I opowiem, jak nie pozwoliłem, by te zależności odebrały mi szacunek do samego siebie. Dzisiaj wiem, że wtedy było ciężko ale wtedy tego nikt z nas nie wiedział, było jak było bo tak musiało być. Nikt nie narzekał, a jeżeli był głodny to mógł dostać kromkę chleba posmarowaną smalcem, może marmoladą a może jedynie posypaną cukrem i pokropioną wodą aby ten cukier nie spadał podczas biegu.

Będę wspominał czas przełomu, gdy Polska wchodziła w nowy świat wolności i kapitalizmu. Jak niektórzy mówili wtedy: „teraz każdy jest kowalem swojego losu”, a inni odpowiadali: „teraz każdy sam musi się martwić o swoje życie”. Opowiem o radościach i rozczarowaniach, o tym, co mnie wtedy zachwyciło i co mnie przeraziło. O ludziach, którzy w nowych czasach rozkwitli, i o tych, którzy nie potrafili się odnaleźć. O tym, jak sam próbowałem znaleźć swoją równowagę między tym, co stare, a tym, co nowe.

Nie zabraknie w tych esejach refleksji o tym, jak zmieniało się życie codzienne Polaków — od kartek na mięso po pełne półki w supermarketach; od kolejek w sklepach po bankomaty na każdym rogu; od milczącego strachu przed „panem w czarnym płaszczu” po swobodę, której wielu nie umiało udźwignąć. Będę pisał o tym nie po to, by rozstrzygać, która Polska była lepsza, ale by pokazać, jak te zmiany wpłynęły na mnie i na ludzi, których znałem. I by zostawić świadectwo dla tych, którzy urodzili się już po tych czasach — żeby wiedzieli, jak wyglądał świat ich dziadków i rodziców.

Chcę, by ta książka była spokojnym głosem człowieka, który przeszedł przez oba systemy i nie wpadł ani w zachwyt, ani w zgorzknienie. Człowieka, który nauczył się brać z każdego czasu to, co najlepsze, a z reszty nie czynić powodu do nienawiści. Bo życie jest zbyt krótkie, by marnować je na pielęgnowanie urazów.

Dlatego dziś, kiedy moje życie zbliża się do kresu, nie chcę pisać wspomnień ani autobiografii. Chcę podzielić się doświadczeniem, które może komuś da odwagę, by samemu dokonywać mądrych wyborów, bez potrzeby stawania po jednej stronie barykady. By dostrzegać w świecie nie tylko czerń i biel, ale także całą gamę odcieni szarości, w których kryje się prawda o ludzkiej naturze.

Gotowy tekst przeleżał rok i dopiero dzisiaj do niego wracam — spowodowały to pewne niebezpieczne wydarzenia. Wydarzenia te wywołały poniższą refleksję.

Moi rodzice urodzili się kiedyś w świecie, w którym na przeciwległych końcach rządzili dwaj szaleńcy — w efekcie mieli wojnę światową — tę drugą. Obecnie uformowała się podobna sytuacja: w Moskwie siedzi człowiek o mentalności podobnej do Stalina, na drugim końcu świata objawił się człowiek o cechach psychopaty i rządzi w stylu narcystycznym i nieprzewidywalnym. Świat pamięta oba te pierwowzory jak również skutki ich rządzenia.

Jedni krzyczą ze strachem w oczach: Będzie trzecia wojna światowa! Inni przewidują nowy podział świata, czyli „nową Jałtę”. Jedni liczą na opiekę Putina, drudzy na opiekę Trumpa. Jeszcze inni szukają przyjaciół daleko mając wrogów tuż koło siebie. Znowu wydaje się, że historia wielu niczego nie nauczyła.

W polityce nie ma sentymentów i przyjaciół — są jedynie interesy. To stare angielskie powiedzenie obowiązywało i nadal obowiązuje o czym znowu wielu nie chce pamiętać i prą w kierunku jednego lub drugiego hegemona. Ja brzydzę się polityką bo jej podłożem jest zawsze kłamstwo — bez kłamstwa nie ma polityki. Kłamstwo jest jedynym podłożem dla funkcjonowania polityków.

Treścią ostatniego rozdziału jest siedem opowiadań, które są wynikiem wcześniejszych treści książki. Te opowiadania stanowią niejako pieczęć dla wcześniejszych rozważań. Zresztą w całej książce jest wiele przeróżnych scenek, które teoretycznie mogły się zdarzyć. A może jeszcze się zdarzą?

Część 1 — Z dwóch światów jestem

1.1 Jak zawiązywała się społeczność na „obcej” ziemi

Przyszedłem na świat w Sędziszowej, wiosce wtulonej w łagodne wzgórza Dolnego Śląska. Kiedy otwieram skrzynkę wspomnień, to nie przedmioty ani wydarzenia błyszczą najmocniej — lecz ludzie, ich głosy, zapachy ich kuchni, krzyki dzieci na podwórku i rozmowy w kolejkach. Bo człowiek jest jak drzewo: sam nie wyrośnie bez lasu. I choć dziś świat przyspieszył jak rozpędzony ekspres, nie zmieniło się jedno — wciąż potrzebujemy siebie nawzajem bardziej, niż chcemy to przyznać. Ludzie mogą żyć samotnie i niektórzy tak żyją ale o wiele lepiej, mądrzej i praktyczniej jest żyć w gromadzie.

W wyborze tej formy poziom intelektualny nie ma żadnego znaczenia. Powiedziałbym nawet, że ludzie prości i biedni szybciej nawiązują kontakty omijając przeróżne konwenanse, którymi kierują się ludzie wykształceni. To zjawisko zauważyłem już jako młody chłopak, tam na zachodzie, na tych Ziemiach Odzyskanych, której to nazwy nie znoszę.

Dla nas dzieci osoby zupełnie obce były ciotkami, wujkami i nikomu to nie przeszkadzało, szczególnie tym przyszywanym ciotkom czy wujkom. Kiedy nasi rodzice byli w polu, to wiadomo było, że można iść do sąsiadów i tam odczekać do przybycia mamy. Istniała specyficzna więź między zupełnie obcymi rodzinami. Mając już 75 lat dowiedziałem się, że ciotka Urbanka, która w latach pięćdziesiątych opiekowała się mną, kilkuletnim chłopcem, to była zupełnie obca osoba i nazywała się Urbaniakowa. Ówczesne więzy społeczne były tak silne, że same przekształcały się w więzy rodzinne. Czy to była domena tylko tych Ziem?

Był to czas, gdy na świeżo „odzyskanych” ziemiach zachodnich Polacy, przesiedleńcy z Kresów i centralnej Polski, musieli nauczyć się żyć obok siebie, często w budynkach, które jeszcze pachniały niemiecką przeszłością. W Sędziszowej każdy dom miał swoją historię: jedne jeszcze stały dumnie, inne chyliły się ku upadkowi po wojennych zniszczeniach i grabieżach. Ludzie byli tu sobie potrzebni bardziej niż gdziekolwiek — bo samotność w tym pustym, poniemieckim świecie była groźniejsza od głodu.

Pamiętam, że w pierwszych latach każdy znał każdego jak w wielkiej rodzinie. Gdy ktoś budował piec, przychodzili sąsiedzi, przynosili cegły, pomagali bez pytania o zapłatę. Wieczorami na ławkach przed domami opowiadano historie ze swoich ziem rodzinnych, śpiewano pieśni i płakano po bliskich, którzy zostali daleko za Bugiem. Były to czasy, kiedy krowa pożyczona na tydzień to nie był żart, a szkoła mieściła się w dawnym niemieckim szpitalu wojskowym — jego surowe mury pamiętały inne języki i mundury, a teraz brzmiały w nich polskie dziecięce wierszyki o ojczyźnie i pracowitości.

To była prawdziwa symbioza ludzi, którzy jeszcze niedawno byli obcy dla siebie — a w tej obcości musieli znaleźć wspólne życie. I znajdowali. Życie społeczne samo się rodziło, bez żadnego nakazu odgórnego, bez żadnej inspiracji. Kiedy jeden krok przynosił odrobinę dobra, za nim szły następne kroki. Czy to efekt ewolucji? Naukowcy dopiero z obserwacji nawiązywania się takich stosunków społecznych mogli tworzyć swoje teorie naukowe i pewnie tworzyli, potem stopnie naukowe zdobywali. Samopomocą to nazwali i nawet tym słowem nazwali organizację na wsi „Samopomoc Chłopska”. Był okres kiedy ta organizacja spółdzielcza dobrze spełniała swoją rolę ku zadowoleniu zarówno władzy ludowej jak i najbardziej zainteresowanych czyli chłopów.

Sąsiedzi dawniej i dziś

Na początku czyli na jeszcze na Dolnym Śląsku w Sędziszowej każda rodzina mieszkała w swoim domu. Było kilka rodzin, które mieszkały pałacu, takim prawdziwym z 1506 roku. Mimo pewnego oddalenia i wcześniejszej obcości te rodziny rozbudowały swoje stosunki, które w pewnych momentach moznaby nazwać rodzinnymi. Pożyczanie soli, cukru, chleba było na porządku dziennym. To dzieci były kurierami. Bez żadnych uprzedzeń dzieciak biegł do sąsiadki za rzeczką mówiąc: „Mamie brakło soli i prosi o trochę do obiadu”. Sąsiadka nasypywała do trzymanej przez dzieciaka szklanki i ani słowa o konieczności oddania — to przecież było oczywiste, że jutro idzie do miasta i sól zostanie oddana.

Zaczęto budować bloki i wielu zaczęło mieszkać w tych blokach. Wyobraźmy sobie klatkę schodową w bloku z wielkiej płyty: echo kroków niosło się jak w katedrze, a zapach gołąbków, bigosu i świeżo pastowanej podłogi rozpoznawało się bezbłędnie. Dzieci biegały z góry na dół, jakby życie toczyło się wyłącznie między czwartym a parterem. Na trzepaku pod blokiem powstawały pierwsze legendy: kto się całował, kto kogo popchnął, kto wpadł w oko dziewczynie z sąsiedniej klatki. A kiedy wieczorem padał deszcz, sąsiadka z dołu krzyczała: „Panie Zygmuncie, niech pan zamknie okno, bo widzę jak pana firanka fruwa nade mną i deszcz leje!” — i to było normalne, bo wszystko było wspólne: trzepak, piwnica, złość i radość.


Dziś nikt nie ostrzega sąsiada przez okno, bo przecież każdy ma komórkę. Dziś klatki przypominają lodowate tunele: ciche, sterylne, pełne domofonów i kamer, jakby każdy bał się, że ktoś wniknie do jego życia bez pozwolenia. Spotkanie sąsiada na schodach przypomina wymijanie się w labiryncie: szybkie „dzień dobry” bez cienia zatrzymania się. Bywa, że ludzie z jednej klatki w ogóle się nie znają. Znane są wypadki kiedy fakt śmierci samotnego sąsiada był sygnalizowany przez zapach rozkładających się zwłok. Straszne, prawda? I choć czasem na osiedlach pojawiają się inicjatywy — wspólne sprzątanie podwórka czy wieczór sąsiedzki — to są jak krótkie fajerwerki: rozbłysną i zgasną, zanim zdążą rozgrzać ludzkie serca. Ponadto wielu od razu zgłasza, że dzisiaj nie może, to może następnym razem.

Kolejki

Kolejka była jak teatr absurdu i oaza człowieczeństwa w jednym. W kolejce po mięso spotykało się wszystkich: profesora, robotnika, młodą matkę i emerytkę. Wymieniano się dowcipami, teoriami spiskowymi i sposobami na „zdobycie” papieru toaletowego. Wspólne stanie uczyło cierpliwości i solidarności — a czasem w kolejce spotykało się miłość życia lub największego wroga. Ranga kolejki tak urosła, że zrodziły się nawet komitety kolejkowe. Komitety były kojarzone nie tylko z partią polityczną. Ludzie przestrzegali zasad tego komitetu, nikt nie próbował się wyłamywać. Po spełnieniu swojej funkcji te komitety rozwiązywały się. Nawet Komitet Centralny kiedyś się rozwiązał, samorzutnie Dziś kolejka w hipermarkecie jest jak pas startowy: każdy czeka z oczami wbitymi w telefon, odliczając minuty jak pilot przed startem. Pewne cechy dawnych kolejek przetrwały.

Sąsiedzkie spotkania


Sylwester na klatce? Obowiązkowo! Przynosiło się krzesła z mieszkań, stoły przykrywało ceratą w kratę, a zamiast szampana lało się wino marki „Patykiem Pisane”. W klubie osiedlowym grano w szachy i brydża, a dzieci oglądały bajki wyświetlane z projektora, który terkotał jak traktor na mrozie. A działki? To były królestwa marzeń: na trzystu metrach kwadratowych każdy mógł być carem ogórków i sułtanem pomidorów, a wieczorami zapach dymu z ogniska łączył się z pianiem kogutów zza płotu.

Komunikacja

Kiedyś dzwonek do drzwi brzmiał jak fanfara — zapowiadał gościa, który przychodził bez wcześniejszego SMS-a, bo przecież „wpadłem po drodze”. Listy pachniały perfumami nadawcy, a telegramy niosły grozę lub euforię jednym zdaniem. Dziś rozmowy toczą się w bańkach Messengera: ktoś „widzi”, ktoś „czyta”, ale nie odpisuje — a cisza na ekranie boli bardziej niż tysiąc nieodebranych telefonów. Szybciej, łatwiej — ale czy prawdziwiej?

Wartości

Dawniej solidarność sąsiedzka była jak sieć pajęcza — cienka, lecz silna. W razie awarii w całej klatce zapalały się światła, bo każdy wychylał głowę, by sprawdzić, co się stało. Dziś, gdy wyje syrena alarmowa, zamykamy okna i włączamy telewizor, żeby odgrodzić się od cudzych kłopotów. Ale czy naprawdę jest gorzej? W Internecie potrafimy zebrać milion złotych w dwa dni na leczenie chorego dziecka. Może po prostu solidarność zmieniła formę i z fizycznej przeszła w cyfrową?


Kiedyś mój kolega, który miał daleko do szkoły, zaspał a było to w zimie. Wtedy sąsiad, pan Antoni, zaprzągł konia do swoich sań i zawiózł go do szkoły — tata tego kolegi nie miał konia ani sań — pracował na kopalni. Widząc minę tego kolegi, po drodze opowiadał wystraszonemu chłopcu niestworzone historie o tym, jak w młodości pracował na Alasce i ganiał niedźwiedzie. A kiedy znowu zginął mój pies, wszyscy sąsiedzi przez trzy dni pomagali go szukać, nawołując na podwórkach jak jeden wielki chór rozpaczy.

Tych chwil nie odda żadne nagranie, żaden czat, żadne emocje. Było ciężko, ale ciepło. Jest wygodnie, ale chłodno. Czy można to pogodzić? Może wystarczy, że odważymy się spojrzeć sąsiadowi w oczy, zagadać bez pretekstu i przypomnieć sobie, że ludzie są ciekawsi od seriali, w które dzisiaj uciekamy.

1.2 Nauka w szkołach

Najpierw krótkie wprowadzenie: szkoła jako drugi dom dziecka. Szkoła zawsze była drugim domem, choć czasem bardziej przypominała koszary niż przytulne schronienie. Szkoła była na drugim brzegu Kaczawy w dawnym wojennym szpitalu wojskowym, oczywiście poniemieckim. Dla nas ten budynek nie stanowił żadnej sensacji. Był dwupiętrowy i miał duże przejrzyste sale. Ale to tam uczyliśmy się nie tylko tabliczki mnożenia, lecz przede wszystkim życia: kto pierwszy poda rękę, kto pierwszy rozpuści plotkę i kto potrafi schować ściągawkę w gumce od majtek. Tam rosło się szybciej, bo każdy dzień pełen był wyzwań, a każdy dzwonek brzmiał jak rozkaz „do boju”.

Jakie były metody nauczania dawniej. Lekcje w czasach PRL-u pachniały kredą, klejem biurowym i strachem przed nagłym „do tablicy!”. Nie cierpiałem roli dyżurnego, którego rola ograniczała się do wycierania tablicy i moczenia ścierki. W późniejszych latach była już gąbka. Nauczyciel pisał na czarnej tablicy, która skrzypiała od starego flamastra albo kredy, a my przepisywaliśmy wszystko do zeszytów w trzy linie, by potem w nocy kuć na pamięć. Dyktanda były jak poligon: każdy błąd bolał jak uderzenie w dumę, a „pała” z ortografii potrafiła złamać na kilka dni młodzieńczy entuzjazm. Ale była w tym też


okazja do dużego entuzjazmu — to piątka z dyktanda. Pamięć trenowało się lepiej niż dziś mięśnie na siłowni.

Pierwszy raz w życiu zobaczyłem film kolorowy i to w wersji panoramicznej — „Krzyżacy”. Film nakręcony w plenerze z użyciem wielu elementów bardzo podobnych do oryginałów. Dopiero wtedy zrozumiałem, co to było Średniowiecze. Na przerwach szkolnych ćwiczyliśmy w pobliskim lasku walki na miecze: jedni byli Polacy, drudzy Krzyżacy. Może wtedy narodził się jakiś talent sportowy w konkurencji szabli sportowej.

Tak było wtedy, a jak to jest dziś. Dziś lekcja przypomina czasem stand-up nauczyciela: prezentacje, quizy, filmy, aplikacje. Zamiast wkuwać, uczniowie mają uczyć się kreatywności — choć nie zawsze wychodzi to w praktyce. Czasem odnoszę wrażenie, że współczesne podręczniki są grubsze od słowników, ale dzieci wiedzą z nich mniej niż my z naszych cienkich zeszytów w kratkę. Wszystko podstawione pod nos, a jakoś ciężko do głowy wchodzi. Bo po co mi to, skoro w życiu mi się nie przyda? Rodzice już zaplanowali, że pociecha będzie pianistą — więc po co mu ta matematyka? Skoro tak, to ten niedoszły pianista nie potrafi sobie policzyć taktów w przyszłości. Można odnieść wrażenie, że to rodzic wie lepiej, jak jego dziecko uczyć i czego. Nauczyciel ma go słuchać.

Jak to było z dyscypliną i wymaganiami dawniej. Kiedyś dyscyplina była jak reguła fizyki: nieprzekraczalna. Uwaga w dzienniczku była jak wyrok, a rozmowa z wychowawcą — jak spotkanie z prokuratorem. Nauczycielka mogła jednym groźnym spojrzeniem przesunąć cię o dwa centymetry w ławce. Był w tym jednak porządek: wiedziało się, czego się wymaga, co grozi za wagary i że każda piątka jest zdobyta jak medal olimpijski.

Nauczyciel miał autorytet, niekiedy bywał wyrocznią. Zarówno rodzic, a przeważnie mama i uczeń wiedzieli, że nauczyciel wie wszystko lepiej i z nim się nie dyskutuje, chyba że on pyta. Mimo to, ja do dzisiaj pamiętam wszystkich nauczycieli ze szkoły podstawowej. Kilka lat temu zmarła pani Danuta Jamrozik, która mnie uczyła fizyki i tak potrafiła mnie tym przedmiotem zainteresować, że dzisiaj jestem inżynierem elektrykiem i w wieku 76 lat nadal pogłębiam wiedzę z tego przedmiotu, a dokładnie interesuję się kwantami, bo to przyszłość. Pan Mirosław Nowak w ramach tzw. Prac Ręcznych (taki przedmiot był) tak mnie nauczył używać pilnika, że już potem nikt tego lepiej nie zrobił i do dzisiaj pamiętam o jego uwagach, bo ten prosty pilnik nadal jest używany.

A jak to jest z dyscypliną i wymaganiami dziś. Teraz mundurków brak, a i dzieci jakby odważniejsze: potrafią odciąć nauczyciela ripostą lepszą niż z kabaretu. Zamiast uwagi w zeszycie — maile do rodziców. A nauczyciel niejednokrotnie bardziej boi się dyrektora i roszczeniowych mamusi niż uczniowie jego samego. Dyscyplina? Cóż, jest, ale ma dziś konsystencję budyniu. Obowiązuje system wychowania bezstresowego. A cóż to za zmora? Niewyobrażalne jest, aby uczeń dostał piórnikiem po łapie. Nieraz dostałem tym piórnikiem, ale to nie bolało — najgorszy był wstyd, i to przed samym sobą. Jak mogłem do tego dopuścić!

Relacje z nauczycielami dawniej były proste i przejrzyste — nauczyciel był jak generał: budził respekt i kształtował charaktery. Tak było w szkole podstawowej, jak i w Technikum. Nawet kiedy po latach spotykało się go na ulicy, odruchowo mówiło się „dzień dobry, panie profesorze”, jakby wciąż wisiała nad nami groźba złej oceny. Pamiętam panią od matematyki — jej kreda latała po klasie szybciej niż nasze myśli. Nawet niewinny mógł oberwać, jeżeli w porę się nie uchylił. Ale dzięki niej zrozumiałem, że w życiu 2+2 nie zawsze równa się 4, bo są jeszcze podatki.

Słów kilka o relacjach nauczyciela z uczniem dzisiaj. Teraz nauczyciel bywa jak starszy kolega, czasem jak influencer, który musi zabiegać o lajki uczniów. Niby lepiej, bo dzieci nie boją się pytać, ale gdzieś zgubiono granicę: dziś uczeń potrafi powiedzieć „nie chce mi się” i czuje się z tym całkiem w porządku. Nauczyciel często musi stawać się psychologiem, mediatorem, czasem stand-uperem, by w ogóle utrzymać uwagę. I najgorsze: nauczyciel musi się niekiedy przypodobać uczniom, bo ci poprzez skargi do rodziców mogą doprowadzić do jego odwołania, czyli pozbawienia go pracy.

Nikt dostępu do wiedzy kiedyś nie ograniczał w żaden sposób. Jednak ten faktyczny dostęp do wiedzy przypominał wyprawę: w bibliotece trzeba było odstać swoje, by złowić potrzebny podręcznik lub inną książkę. Zeszyty starszych kolegów lub starszego rodzeństwa były jak złoto, a każdy, kto miał „Małą encyklopedię PWN”, był królem wiedzy. Wiedza była ograniczona, ale paradoksalnie przez to cenniejsza. Czasopismo dla młodzieży „Młody Technik” było na wagę złota — pan w kiosku Ruchu mi to zostawiał. To była wręcz skarbnica wiedzy.

Czy dzisiaj istnieje jakiś problem z dostępem do wiedzy? Dziś wiedza jest jak otwarty ocean: Google, Wikipedia, e-booki. Ale pływa w tym oceanie wiele śmieci, wiele wiadomości zbędnych, a nawet szkodliwych. Wszystko to wymaga umiejętności wyboru, co dobre, co złe, a co nawet jest kłamstwem, bo łatwo zgubić się między prawdą a bzdurą. Czasem odnoszę wrażenie, że dzieci mają wszystko na wyciągnięcie ręki, ale nie wiedzą, po co po to sięgać. W efekcie zamiast zyskiwać wiedzę, tracą ją w tym przepastnym oceanie.

Istniał dawniej problem ideologii w szkołach PRL. Portrety sekretarzy wisiały w każdej klasie, hymn był odśpiewywany na apelach, a wiersze o Leninie uczyło się na pamięć. Pogadanki o „przyjaźni polsko-radzieckiej” były obowiązkowe jak szczepienia. Ideologia sączyła się z każdej strony — od podręczników po wypracowania o „bohaterach socjalistycznej pracy”. Ale dzieci często traktowały to jak teatr: wiedziały, co trzeba powiedzieć, by dostać lepszą ocenę. Im więcej tego było, tym szybciej stawało się obojętne. Może w latach stalinowskich było ostrzej, bo po 1956 roku ideologizacja zupełnie osłabła. Te portrety wisiały, aż się opatrzyły, zobojętniały i przestały być zauważalne — niejako wtapiały się w ścianę. Nie przypominam sobie, żeby nauczyciele kiedykolwiek nawiązywali do tych portretów. To były tylko nieodłączne atrybuty tego nowego ustroju.

Konsumpcjonizm w szkołach obecnych, co to takiego. Teraz do szkół ideologia wróciła — ale inna: markowe buty, smartfony, ilość followersów. Status mierzy się nie piątkami, a modą i tym, co masz w plecaku, a mniej tym, co masz w głowie. Reklamy pod szkołą, firmy sponsorujące konkursy, a na przerwach rozmowy o tym, kto ma lepszy telefon — oto codzienność wielu uczniów. Nowoczesna ideologia zastąpiła dawną politykę — ale czy stała się mniej groźna? Bez najmniejszego ryzyka można powiedzieć, że ta nowa ideologia konsumpcyjna jest o wiele gorsza od tamtej dawnej ideologii ustrojowej. Od tamtej dawnej można uwolnić się i to dość skutecznie — pokazała to rzeczywistość. Od tej nowej ideologii jest o wiele trudniej, bo w mózgu człowieka chyba zachodzą zmiany nieodwracalne w kierunku prostackiego myślenia i działania.

Porównajmy wartości dawniej i dziś. Kiedyś najważniejsze było, by nie przynieść wstydu klasie i rodzinie. Solidarność była w cenie: gdy ktoś miał problemy, reszta dokładała cegiełkę, nawet jeśli tylko w postaci korepetycji. Dziś w cenie jest samodzielność i przebojowość — piękne cechy, ale czasem prowadzące do samotności w tłumie. Ponadto następuje wysiew postaw aspołecznych z najprzeróżniejszymi odchyleniami. Niekiedy ten proces staje się groźny dla całego społeczeństwa.

Krótka retrospekcja osobista. Pamiętam, jak w czwartej klasie podstawówki nie nauczyłem się tabliczki mnożenia do końca i pani od matematyki kazała mi stać przed klasą i powtarzać „osiem razy siedem pięćdziesiąt sześć” aż do znudzenia. Śmiali się wszyscy, a ja płakałem w środku, ale dziś to właśnie dzięki tej traumie pamiętam każdy przykład z tabliczki. Czasem żart nauczyciela zostaje z człowiekiem na całe życie. Myślę sobie dzisiaj, że z tej lekcji pokory zyskałem nie tylko ja, ale cała klasa.

Reasumując: Dawniej szkoła hartowała, ale bywała niekiedy brutalna. Dziś jest łagodniejsza, ale czasem bezradna. Czy można połączyć dobre strony obu systemów? Może szkoła przyszłości powinna być miejscem, które wymaga, ale nie upokarza; które wspiera, ale nie rozpieszcza; które uczy samodzielności, ale i współpracy. Jak by taka szkoła wyglądała?

„Edukacja to nie nauka faktów, lecz nauka myślenia.” — to taki cytat mojego ulubionego naukowca Alberta Einsteina na zakończenie tego rozdziału

1.3 Praca w zakładach pracy — od przodownika do freelancera

Praca to więcej niż zarabianie pieniędzy. W czasach PRL-u oznaczała również rytuał codzienności, formę tożsamości, a często drugi dom. Zakład pracy był dla wielu wspólnotą — przestrzenią, gdzie toczyło się życie towarzyskie, gdzie snuto plany na przyszłość i awansowano w strukturach zawodowych. Zdarzało się, że w jednej fabryce czy biurze pracował ojciec, matka i syn — rodzinne tradycje zawodowe były czymś naturalnym. Dziś taki układ nazwa się nepotyzmem. Wtedy — budował poczucie zakorzenienia. Dziś, w czasach pracy zdalnej, wideokonferencji i globalnych korporacji, relacje zawodowe są bardziej rozproszone, a człowiek coraz częściej staje się samotnym uczestnikiem wyścigu, walczącym o swoje miejsce w hierarchii algorytmów i wskaźników.

Zmieniły się narzędzia, język i rytm dnia. Ale jedno pozostało niezmienne: potrzeba sensu i uznania. Człowiek pragnie czuć, że jego praca coś znaczy — że nie tylko przynosi dochód, ale też wpisuje się w większy porządek świata. Że jest potrzebny. Że ktoś go zauważa i docenia — choćby raz w tygodniu, choćby jednym zdaniem.

W tamtych czasach dzień w zakładzie pracy zaczynał się wcześnie. Punktualność była wartością bezdyskusyjną — spóźnienie nie wchodziło w grę. Poranne meldunki, listy obecności, ustalanie zadań na zmianę. A między tym wszystkim — herbata w szklance z metalowym uchwytem i bułka z mortadelą. Następnie rozpoczynała się praca: montaż, spawanie, kontrola jakości, dokumentacja. Wszystko miało swój rytm. Obowiązywały rygorystyczne instrukcje, a „obieg dokumentów” był świętością — porządkował życie wielkich zakładów, w których końcowym produktem mogła być lokomotywa spalinowo-elektryczna lub transformator o mocy kilkuset kilowatów. Plan był niezmienny… dopóki z „centrali” nie przyszła dyspozycja zmieniająca wszystko.

Państwo pełniło także rolę opiekuna. Dawało talony na buty, przydziały na pralki, paczki świąteczne i kolonie dla dzieci. Z czasem — także na samochody. Przychodnie przyzakładowe, sklepy wewnętrzne, domy wypoczynkowe nad jeziorami. Państwo troszczyło się o człowieka również po godzinach pracy — w sposób toporny, ale skuteczny. System ten zdejmuje z ludzi ciężar organizowania życia codziennego — przynajmniej z ich perspektywy. Ktoś decydował za nich, ale też troszczył się. I choć dziś złośliwie wspominamy te kolejki po buty „Relax” czy mięso z kością, to był w tym wszystkim element bezpieczeństwa, przewidywalności, nawet ciepła.

W centrum systemu były normy. Każdy miał swoją do wyrobienia. Niektórzy osiągali 180% normy — i stawali się bohaterami tablicy chwały. Tytuł „Zasłużony dla Zakładu Pracy” był prawdziwym zaszczytem — wiązał się z ulgami i prestiżem. Ci ludzie stawali się wzorcami — nierzadko autentycznie ciężko pracowali, choć równie często „umieli się ustawić”. Bywało, że normy były manipulowane, a przodownictwo pracy miało wymiar propagandowy. Mimo to dawało poczucie znaczenia — świadomość, że ktoś nas dostrzega. W samym zarządzaniu zakładami funkcjonowała też nowoczesna jak na ówczesne czasy zasada delegowania uprawnień: kierownicy średniego szczebla mogli podejmować samodzielne decyzje i współdziałać poziomo — bez potrzeby pytania o wszystko „górę”.

Z Partią jednak nie było żartów. Jej struktury sięgały aż po najniższe poziomy — do hal i warsztatów. Komitet Zakładowy PZPR organizował zebrania, narady, a także słynne „samokrytyki”. Obowiązkowe, przewidywalne, momentami groteskowe. Ktoś recytował z kartki, ktoś udawał skruchę, ktoś inny „przyłapywał się na błędzie” — w obecności kierownika. Teatr? Oczywiście. Ale teatr, w którym wszyscy znali swoje role. Czasem ktoś powiedział coś naprawdę — ale zwykle kończyło się to źle. Większość aktorów uczestniczyła w tym z obojętnością lub rezygnacją. Ludzie wiedzieli, że „ci z góry” mówią nieprawdę, a „ci z dołu” udają, że wierzą. I tak się toczyło wzajemne puszczanie oka.

Ale poza tą ideologiczną fasadą było również życie. Zakład pracy to nie tylko spawarki i normy. To również wyjazdy: pociągiem do Zakopanego, autokarem do Krynicy, wspólne spływy, ogniska z gitarą, turnieje siatkówki. Przedszkole przy zakładzie — więc i kolonie dla dzieci. Wczasy pracownicze, popularne „wczasy pod gruszą”. Dużo jedzenia, trochę alkoholu, wiele śmiechu. Czasem jedno lato wystarczało, by poznać przyjaciela na całe życie. Ludzie byli ze sobą. Nie przez Teamsy, nie przez Zooma, ale naprawdę — w lesie, na szlaku, przy ognisku. Życie było proste — ale bliskie.

Dziś — inny świat. Nie ma gwizdka o siódmej. Pracuje się z domu, z samochodu, z pociągu. Odpowiedź na e-mail o 21:00? Norma. Zamiast szefa — aplikacja do mierzenia wydajności. Zamiast brygadzisty — wykres efektywności. Więcej swobody — ale też więcej presji. Nie ma godzin pracy — jest stan ciągłej gotowości. Pracodawca może być w Singapurze, a firma w pięciu krajach. Ty jesteś tylko „elementem struktury” — obserwowanym przez system, rozliczanym w czasie rzeczywistym. I w każdej chwili możesz być zastąpiony.

Nowa kultura pracy mówi innym językiem: „termin ostateczny” zamiast deadline, „cel sprzedażowy” zamiast target, „zadanie” zamiast task. Spotkania online, raporty w Power-Poincie, „duch zespołu” czyli team spirit. Garnitury zamieniono na dżinsy i swetry, a biura na otwarte przestrzenie bez prywatności. Nie istnieje już ośmiogodzinny dzień pracy — bo wstajesz z telefonem, a zasypiasz z laptopem. I jeszcze przed snem może cię dopaść wiadomość z informacją, że projekt się opóźnia…

W PRL-u rozwój zawodowy wiązał się z czasem — kto dłużej pracował, ten więcej znaczył. Dziś: kto nie zmienia pracy, ten wypada z rynku. Kursy, certyfikaty, szkolenia. Wczoraj inżynier, dziś project manager, jutro doradca od AI. Stabilność to dziś luksus — a przecież wciąż jej potrzebujemy. Człowiek nie przestaje marzyć o spokoju, miejscu dla siebie. Tylko forma się zmieniła.

Prywatna działalność gospodarcza — kiedyś pogardliwie nazywana „prywaciarstwem” i tępo zwalczana. Dziś — fundament wolnego rynku. Samozatrudnienie, czyli bycie szefem i pracownikiem jednocześnie. Praca bez granic: cała doba, cały tydzień. ZUS, podatki, składki zdrowotne — reszta to twoja sprawa. A jednak dla wielu to wygodniejsze niż korporacja. Bo masz choć trochę kontroli nad swoim życiem.

Kiedyś praca dawała dumę z bycia fachowcem. Dziś — z elastyczności i wolności. Czy obie te dumy są fałszywe? Raczej nie. Kiedyś człowiek chciał być przydatny. Dziś — chce coś znaczyć. Szuka sensu, nie tylko chleba. Ale czy praca nadal jest powołaniem? Czy może tylko koniecznością? Może i jedno, i drugie. Bo nawet w cyfrowym świecie — praca nadal bywa warunkiem bycia człowiekiem.

Nie sposób nie wspomnieć również o doświadczeniach osobistych. W czasach, gdy ideologia wdzierała się we wszystkie dziedziny życia, również w pracę — bywało gorzko. Pamiętam, gdy będąc przewodniczącym organizacji młodzieżowej w zakładzie, zostałem sfotografowany na własnym ślubie kościelnym. Zdjęcia trafiły do władz — a ja zostałem zmuszony do rezygnacji z funkcji i zdegradowany. Również w karierze zawodowej musiałem zejść o szczebel niżej. Ale dziś wiem, że to nie był koniec, tylko początek. Praca z robotnikami nauczyła mnie pokory i zrozumienia. Jak to mówi przysłowie ludowe: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mogę bez cienia ryzyka powiedzieć, że owszem — jak widać — wyszło na dobre.

Bo przecież praca się zmieniała. Ale człowiek nadal chce być potrzebny. Nadal chce mieć sens, cel, miejsce. Może więc zamiast narzekać — warto poszukać sposobu na połączenie obu światów. Zaczerpnąć z przeszłości poczucia wspólnoty i sensu, z przyszłości — elastyczności i rozwoju. Bo praca to nie tylko obowiązek, ale też szansa. Dobrze, jeśli jest też przyjemnością. I nie odbiera nam człowieczeństwa. „Kto pracuje tylko dla pieniędzy, ten nigdy nie jest bogaty.” — to mój ulubiony filozof Seneka

1.4 Życie towarzyskie i kulturalne po pracy

Człowiek nie żyje samą pracą — choć kiedyś mawiano, że praca uszlachetnia. Ale nawet uszlachetniony człowiek potrzebuje wytchnienia, towarzystwa, śmiechu, muzyki i rozmowy. Po pracy zaczynało się życie „prawdziwe” — to, które dziś nazwalibyśmy społecznym lub kulturalnym. I choć środki były skromne, a oferta ograniczona, to właśnie w tej prostocie kryło się coś autentycznego.

Wieczory spędzało się w domach — na kawie, herbacie, czasem na czymś mocniejszym. Goście przynosili ciasto, gospodarz włączał radio, ktoś wyciągał gitarę. Rozmawiało się o pracy, o polityce — raczej szeptem, o dzieciach, o życiu. Każde takie spotkanie miało swój rytuał: nalewanie herbaty do szklanek w koszyczkach, zakąski na talerzykach, zapach domowego obiadu. Nie trzeba było wiele, by czuć się razem. Telewizor — jeśli był — stał gdzieś w kącie, ale rzadko grał. To człowiek był wtedy ważniejszy niż ekran.

Czasem wychodziło się na dancing — słowo dziś niemal zapomniane, a przecież oznaczało coś wyjątkowego. Świetlica zakładowa, Dom Kultury, sala przy restauracji — i orkiestra grająca na żywo: walczyk, tango, foxtrot. Panowie w marynarkach, panie w sukniach — przynajmniej raz na jakiś czas każdy chciał się pokazać. Dziś krzykiem elegancji są dziurawe spodnie! Tańczyło się nie tylko dla zabawy, ale też z szacunku — do siebie nawzajem i do muzyki. Nie było wtedy telefonów, nikt nie robił zdjęć. Liczyła się chwila, rytm, spojrzenie partnerki. Jedni odnajdowali tam przyjaźń, inni — miłość. A dzisiaj? Świadomość, że ktoś może nas sfotografować i wrzucić do internetu, sprawia, że ludzie stają się nienaturalni. Jedni spuszczają wzrok, inni sztucznie „szczerzą zęby” do każdej kamery czy smartfona.

Nie można jednak pominąć cienia tamtych czasów — alkoholu. Byli i tacy, którzy nie potrafili się bawić bez niego, dla których była to jedyna forma rozrywki. Po prostu — upijali się. Niestety, alkohol był niemal stałym elementem zabawy, ale też życia zawodowego. Wiele spraw załatwiano przy butelce, często zgodnie z obyczajem przejętym od „wielkiego brata” ze Wschodu. Pili z różnych powodów, najczęściej — by zapomnieć o problemach. Ale te, jak wiadomo, prędzej czy później i tak wypływały. Ktoś kiedyś gorzko zauważył, że alkohol niczego nie rozwiązuje — tylko usuwa potrzebę rozwiązywania czegokolwiek. Taka była rzeczywistość. I mimo wszystko — pijanego posła w sejmie nikt nie uświadczył. A dziś? Koledzy muszą wyprowadzać z sali parlamentarnej kolegę, który ledwie trzyma się na nogach. Potem potwierdza, że jest alkoholikiem i to przyznanie się ma być dla niego usprawiedliwieniem — o zgrozo!

Domy Kultury były sercem życia kulturalnego. W każdej większej dzielnicy istniał taki ośrodek. Odbywały się tam kursy tańca, wieczory literackie, nauka gry na gitarze, próby młodzieżowych zespołów, amatorskie spektakle teatralne. Była scena, mikrofon, czasem światło — ale najważniejsi byli ludzie. Dzieci recytowały wiersze, dorośli śpiewali pieśni, młodzież próbowała kabaretu. Pamiętam jedno takie przedstawienie — pełne zaangażowania, choć z tekturowymi dekoracjami. Widownia była pełna, a oklaski szczere. Tego dziś brakuje — autentyczności i wspólnego przeżywania. Tu bardzo istotna informacja.

Tuż za płotem naszej Fabryki był Zakładowy Dom Kultury i to tam zaczynał swoją karierę zespół Sztywny Pal Azji — grają do dzisiaj i są znani i rozpoznawalni chociaż Fabryki już dawno nie ma.

Kino to był osobny rytuał. Kolejka do kasy, reklama czekolady Wedla, obowiązkowy seans Polskiej Kroniki Filmowej. Potem film — najpierw radziecki, potem czechosłowacki, z czasem francuski czy włoski. W latach 70. i 80. zaczęły się pojawiać filmy z Zachodu — często pokazywane półlegalnie, późnym wieczorem, z magnetowidu. Ale to właśnie tam, w ciemnej sali kinowej, człowiek mógł poczuć, że należy do świata większego niż blokowisko i zakład pracy. Tamte filmy miały jedną wspólną cechę — były kręcone w naturalnych plenerach i autentycznych wnętrzach. Nikt nie używał „blue boxów”, które dziś dominują. Wielu pamiętających tamte filmy już nie chodzi do kina — nie znajdują tam tego, co kiedyś.

Biblioteka — nie było dzielnicy bez niej. Wypożyczało się książki „na kartę”, z pieczątką. Można było wejść między regały, wybrać książkę, przeczytać stronę czy dwie stojąc przy półce. Dzieci miały swój kącik z bajkami, dorośli — klasykę, literaturę radziecką i… wiele wartościowych dzieł z całego świata. Bibliotekarka znała każdego z nazwiska i często doradzała: „Proszę przeczytać Konwickiego. Albo Myśliwskiego.” Czytanie nie było tylko obowiązkiem szkolnym — było częścią kultury. Książki pochłaniało się nocą, w pociągu, w kolejce do lekarza.

A dziś? Inny świat. Miejscem spotkań stały się galerie handlowe — gwarne, przeszklone, pachnące popcornem. Chodzi się tam niekoniecznie po to, by coś kupić — ale by „być wśród ludzi”, choćby bez słowa. Internet daje wszystko: filmy, muzykę, kursy, znajomości. Ale też izoluje. Bo kontakt przez ekran nie pachnie kawą, nie ma śmiechu na żywo, nie prowadzi do tańca. Social media stały się sceną dla każdego — ale często bez publiczności, tylko z lajkami.

Współczesna kultura masowa bywa szybka, płaska, kolorowa — ale też zaskakuje. Seriale, podcasty, blogi — nowe formy wyrazu, bardziej osobiste. Ale prawdziwa wspólnota znika. Ludzie są razem, ale osobno. Każdy ze swoim telefonem, swoim światem. Wielu starszych, ukształtowanych jeszcze w epoce PRL, nie akceptuje tych nowych form „kontaktu”. Czują opór, czasem wręcz dostają przysłowiowych drgawek na widok tik-toków, streamingów, blogów. Oni wciąż pragną bezpośredniego kontaktu — rozmowy, spojrzenia, wspólnego śmiechu. I widzą, jak ich wnuki gubią te zdolności. Młody człowiek, w grupie, nie potrafi się odezwać — bo dotąd tylko słuchał smartfona, nie był w zasięgu żywego głosu.

Zmieniły się też formy aktywności. Zamiast gry w siatkówkę — fitness i siłownia. Zamiast wycieczek zakładowych — indywidualne podróże. Świat się otworzył: samolot do Lizbony, autobus do Berlina, rowerem przez Norwegię. Nikt już nie czeka na przydział. To ogromna wolność — ale i odpowiedzialność. Trzeba wszystko zorganizować samemu. Dla jednych to wyzwanie, dla innych — bariera. Samotna wyprawa w Tatry dla niedoświadczonego turysty często kończy się wypadkiem, a nawet tragicznie.

A jednak jedno się nie zmieniło: potrzeba bycia razem. Wspólnego śmiechu, wspólnego przeżywania. Tego, co daje bliskość. Nawet jeśli dziś szukamy tego przez ekran — wciąż tęsknimy za spojrzeniem, dotykiem, obecnością. Skrajnym przykładem dzisiejszego oddalenia jest sytuacja, gdy dwoje młodych ludzi siedzi przy stoliku w kawiarni… i rozmawia ze sobą przez SMS-y.

Życie towarzyskie zmieniło formę, ale nie przestało być potrzebne. Bo człowiek to istota wspólnotowa — i w PRL, i dziś. Kiedyś wystarczyło kilka osób, stół i gitara. Dziś — bywa, że mamy tysiące „followersów” czyli permanentnie obserwujących media społecznościowe, a mimo to wielu z nich czuje się samotnych. Nic nie zastąpi kontaktu człowieka z człowiekiem.

Może więc warto, zamiast tęsknić za przeszłością lub bezkrytycznie podziwiać nowoczesność, wybierać z obu światów to, co najcenniejsze? Ciepło dawnych spotkań — i swobodę dzisiejszych wyborów. Rytm tanecznej muzyki — i możliwości internetu. Książkę z pieczątką — i e-booka na tablecie. I nade wszystko: spotkać się czasem naprawdę. Twarzą w twarz. Bez lajków — za to z uśmiechem.

I jeszcze jedna refleksja — może najważniejsza. Dawniej ogromnym szacunkiem darzono ludzi wykształconych. Samo posiadanie matury nobilitowało. Absolwenci Uniwersytetu Jagiellońskiego byli znani z imienia. A ci z Politechniki Lwowskiej — których w moim zakładzie było kilku — otaczani byli niemal kultem. Bo to oni podnosili poziom produkcji, wdrażali nowoczesność, szkolili innych. Politechnika Lwowska słynęła z matematyków światowej klasy: Banacha, Steinhausa… Z czasem jednak, gdy władza ludowa okrzepła, ludzie ci byli odsuwani od zarządzania, wypychani na emerytury.

Dziś, w epoce internetu i mediów społecznościowych, szacunek do wiedzy gdzieś się ulotnił. Ludzie niewykształceni, sfrustrowani, zyskują głos. I często go używają, by atakować — naukę, lekarzy, nauczycieli. Wykształconych nazywa się pogardliwie „wykształciuchami”. Pojawiają się teorie o płaskiej Ziemi, o spiskach elit, o szkodliwości szczepionek. Płyną brudne słowa, jak ścieki. A przecież to właśnie wiedza była i pozostaje naszym kompasem w świecie chaosu.

1.5 Życie w rodzinie. Przestrzeń prywatna i wspólna

Rodzina — to słowo, które nie potrzebuje tłumaczenia. Zawsze była fundamentem życia człowieka — i w PRL, i dziś. Ale sam obraz rodziny, jej struktura, rytm i sens zmieniały się wraz z epokami. Czasem niepostrzeżenie, czasem z hukiem. W każdej rzeczywistości miała swoje światła i cienie.

W czasach PRL-u dominował model rodziny wielopokoleniowej. Mieszkało się razem — rodzice, dzieci, dziadkowie, czasem ciotka albo wujek. Nie z wyboru, ale z konieczności. Brak mieszkań zmuszał do dzielenia przestrzeni. Było ciasno, bywało nerwowo, ale też… blisko. Dziadkowie wychowywali wnuki, rodzice mieli pomoc w opiece, dzieci miały naturalny kontakt ze starszym pokoleniem. I choć czasem w małym M-3 było zbyt wiele zdań na zbyt małej powierzchni, to jednak nikt nie był sam. Można nawet powiedzieć, że skomasowanie wielu ludzi na małej przestrzeni wręcz wymuszało dobre stosunki. Gniewanie się na siebie dłużej niż godzinę było niemożliwe, kiedy wszyscy się o siebie obijali, przeciskali przez wąskie drzwi, dzielili łazienkę. Taka codzienność wymuszała przechodzenie do porządku dziennego.

Pamiętam, jak w jednym pokoju spała babcia, w drugim — my z bratem. A w kuchni, na składanym łóżku — ojciec, który wracał z nocnej zmiany. Prywatność była luksusem, ale miłość — codziennością. Kłóciliśmy się, godziliśmy, pomagaliśmy sobie. W niedzielę — wspólny obiad, w święta — kolęda i dzielenie opłatkiem, które czasem kończyło się płaczem, bo ktoś komuś przypomniał jakąś starą winę. Ale byliśmy razem.

Po 1990 roku zaczęło się coś, co socjologowie nazwali „atomizacją” rodziny. Rodziny nuklearne — rodzice i dzieci — przenosiły się do osobnych mieszkań. Stało się to możliwe dzięki budownictwu, kredytom, nowym możliwościom. Nareszcie można było mieć własny kąt. Tylko że ten własny kąt często stawał się samotną wyspą.

Dziadkowie zostali w starych mieszkaniach. Wnuki — w nowych dzielnicach, czasem za granicą. Spotkania stały się okazjonalne, zorganizowane jak wizyta w urzędzie. Już nie mówi się „babcia opiekuje się dziećmi”, lecz „babcia ma dyżur”. Widuję starsze kobiety spacerujące samotnie z kijkami, z telefonem w kieszeni — może czekają, aż ktoś zadzwoni. A przecież jeszcze niedawno wokół nich kręciło się życie.

Rodzina, która kiedyś była naturalnym oparciem, dziś bywa strukturą rozluźnioną. „Nie chcę się wtrącać” — mówi dziadek. „To nasze życie” — odpowiada syn. I może mają rację. Tyle że niepokój i samotność nie znikają od słów. A może czasem wypada zapytać o opinię starszego, tym bardziej ojca czy matkę?

Zmieniły się też role kobiety i mężczyzny. W PRL-u oficjalnie panowała równość — a w rzeczywistości kobieta pracowała na dwóch etatach: w zakładzie i w domu. Mężczyzna — „głowa rodziny” — często zadowalał się swoją pozycją przy stole, nie przy zlewie. Kobieta ogarniała zakupy, dzieci, gotowanie, pranie. Znała daty szczepień, nazwiska nauczycieli i hasło do domofonu — o ile taki był. A mężczyzna? — wiedział, gdzie jest otwieracz do piwa. I to nie złośliwość, tylko fakt tamtego czasu.

Z drugiej strony — mężczyźni potrafili budować, majsterkować, naprawiać. Trzeba było wykazać się zaradnością. A kobiety — wykazywały się siłą psychiczną, cierpliwością, determinacją. Tyle że nikt tego nie nazywał „partnerstwem”. To był układ — twardy, czasem niesprawiedliwy, ale funkcjonujący. W wolną sobotę samochody wyjeżdżały przed garaże, klapy silnika uniesione do góry — i każdy coś tam grzebał. Czy się znał na mechanice czy nie — musiał, bo obok pracował sąsiad. Radia grały, a nikt nie przejmował się akumulatorem. Dzisiaj taka scena jest nie do pomyślenia. Dziś właściciel samochodu może co najwyżej uzupełnić płyn do spryskiwacza.

Dziś role się wymieszały. Kobiety są niezależne, wykształcone, aktywne. Mężczyźni częściej zmieniają pieluchy, gotują, biorą urlopy rodzicielskie. Teoretycznie — równość. Praktycznie — nie zawsze wiadomo, kto za co odpowiada. W wolności jest też chaos. Wśród młodych par często słyszę: „Jesteśmy razem, ale osobno. On ma swoje pasje, ja swoje. Nie chcemy się ograniczać.” To brzmi nowocześnie — ale czy blisko?

Współczesna rodzina zyskała swobodę. Może wybierać, projektować, decydować. Ale czasem — nie wie, jak trwać. Bo trwałość wymaga czegoś więcej niż niezależności. Wymaga obecności, uważności, poświęcenia. A te słowa coraz rzadziej pojawiają się w reklamach.

Czy więc dawniej było lepiej? Nie. Ale może… bardziej razem. Bo rodzina to nie układ funkcjonalny. To nie tabela obowiązków. To rytm codzienności — rozmowy przy herbacie, milczenie po kłótni, uścisk bez powodu.

Życie rodzinne toczyło się w określonej przestrzeni — prywatnej i wspólnej. Dom, mieszkanie, osiedle — każdy z tych elementów mówił coś o stylu życia, o relacjach, o tym, kim jesteśmy jako społeczność.

W PRL-u „dom” był cenny jak złoto. Mieszkanie — zdobywało się po latach oczekiwań, zapisów, przydziałów. Nawet jeśli trzeba było mieszkać z teściami, z rodziną w jednym pokoju, z łazienką na pół piętra — to był własny adres. Własne „M”.

Na wsi bywało inaczej — skromna chata, dwie izby, siedem osób, a latem jeszcze dzieci przyjeżdżające na wakacje. Spało się na sianie, na podłodze, ale nikt nie narzekał. Drzwi nie zamykano na klucz — tylko na skobel. I nikt niczego nie kradł, bo nie było czego. Za to było zaufanie.

Potem przyszła Wielka Płyta — bloki szare, identyczne, prefabrykowane. Ale pod tym betonem tętniło życie. Dzieci znały się z trzepaka, z podwórka, z piaskownicy. Mamy rozmawiały przy suszarkach z bielizną. Sąsiedzi pomagali sobie — z cukrem, z mlekiem, z dzieckiem. Drzwi często zostawały otwarte. Wpadaliśmy do siebie bez zapowiedzi. Wspólnota była realna — choć czasem i ryzykowna.

Bo był też cień tej bliskości — cienkie ściany, podsłuchy, donosiciele. W PRL-u, zwłaszcza w stanie wojennym, Służba Bezpieczeństwa zbierała Tajnych Współpracowników w zakładach pracy i na osiedlach. Ludzie mówili szeptem, zaufanie miało swoją cenę.

Ale właśnie wtedy uczyliśmy się też społecznego obycia — w kolejkach do sklepu, do lekarza, w poczekalniach. Było trudno, ale nie byliśmy anonimowi.

A dziś? Dom to twierdza. Drzwi antywłamaniowe, domofon, monitoring, żywopłoty z tuj. Osiedla są estetyczne, ale często martwe. Dzieci nie bawią się pod blokiem — tylko w zamkniętych pokojach, każde przy swoim ekranie. Sąsiad jest obcy. Tęsknimy za wspólnotą, choć nie potrafimy jej odbudować.

Zmienił się też sam dom. Kiedyś — centrum życia. Dziś — przestrzeń separacji. Łączy nas Wi-Fi, dzieli cisza. Coraz rzadziej słychać w mieszkaniach śmiech, wspólną modlitwę, a nawet… zwykłą kłótnię. Każdy siedzi w swoim świecie. Razem — ale osobno.

Czy było lepiej? Nie wiem. Ale może… bardziej ludzko. Bardziej wspólnie. Może znowu musimy nauczyć się być razem.

1.6 Wychowanie i autorytet

Wychowanie — słowo, które jeszcze do niedawna miało ciężar porządnego, dębowego stołu. Wiadomo było, kto wychowuje, kogo, po co i na jakich zasadach. Dziś stało się słowem płynnym, niemal problematycznym. „Nie chcę wychowywać, chcę wspierać” — mówią nowocześni rodzice. A dzieci — mają być „partnerami”, „indywidualnościami”, „projektami”. Tyle że czasem z tych projektów wychodzi chaos.

W PRL-u wychowanie zaczynało się wcześnie. Rodzina była pierwszym nauczycielem — nie tylko zachowań, ale i hierarchii. Dziecko wiedziało, kim jest ojciec, kim matka, a kim dziadek. Mówiło się „dzień dobry” sąsiadom, zdejmowało czapkę przed nauczycielem, ustępowało miejsca starszym w autobusie. Nie trzeba było do tego lekcji z etyki — to była część codziennego życia, wyssana z atmosfery domu i podwórka.

W pociągu, jeśli uczeń nie ustąpił miejsca starszej osobie, konduktor mógł zażądać legitymacji szkolnej, spisać dane i wysłać powiadomienie do szkoły. Dziś? Nieustąpienie miejsca starszej kobiecie w tramwaju jest normą. Nikogo to nie dziwi, nikt się nie wzburza. Dlatego właśnie nie znoszę jazdy krakowskimi tramwajami — tam widać tę przemianę jak przez szkło powiększające.

Autorytet był czymś oczywistym, widocznym. Miał twarz nauczyciela, majstra w warsztacie, kierownika sklepu, lekarza. Oczywiście, nie wszyscy byli święci — bywali surowi, bywali głupi, czasem nawet okrutni. Ale ich pozycja społeczna była jednoznaczna i niekwestionowana. Ojciec nie musiał podnosić głosu — wystarczył jego wzrok. Matka nie musiała wygłaszać wykładów — wystarczyło spojrzenie. Dziś trzeba prowadzić „dialog partnerski”.

Dzieci chodziły do szkoły z tornistrem, nie z laptopem. Nosiły tarcze na rękawie, a nie słuchawki w uszach. Wiedziały, że „trzeba się uczyć” — choć nie zawsze rozumiały po co. Ale próbowały. A kiedy któryś z chłopaków przyniósł uwagę w zeszycie, to nie dzwonił po adwokata, tylko szedł do domu z duszą na ramieniu.

Było coś jeszcze: wstyd. Uczucie dziś niemodne, wręcz potępiane jako „blokujące rozwój”. Ale wtedy był to naturalny mechanizm wychowawczy. Wstyd przed nauczycielem, przed kolegami, przed rodzicami. Nie był to strach — raczej instynkt, że „tak nie wypada”. Gdy mama powiedziała przy rodzinie: „wstydź się”, to kara cielesna nie była już potrzebna — dziecko płonęło ze wstydu samo.

Rodzice nie mówili dziecku, że „jest wyjątkowe”. Raczej: że ma być porządne. Że ma szanować starszych, nie przechwalać się, trzymać fason. Skromność była cnotą, nie problemem do psychoterapii. A dziecko nie pytało, czy wszystko mu wolno. Pytało raczej: „czy tak wypada?”. Potrafiło też czegoś odmówić bo „tatuś nie pozwala” a jeszcze lepiej kiedy odpowiadało, że „rodzice nie pozwalają”.

Ale był też cień. Wychowanie bywało twarde. Klaps, „karna łąka”, „koza” w szkole — to wszystko istniało. Nie każdy nauczyciel był godzien swej funkcji. Zdarzały się upokorzenia, przemoc, fałszywa dyscyplina. Dzieci musiały niekiedy udawać, że „kochają partię”, choć w domu słyszały zupełnie co innego. To schizofrenia wychowawcza — rozdział między światem oficjalnym a domowym.

Skrajnym przypadkiem był autentyczny incydent z początkowych lat 50-tych: mały chłopiec odmówił pisania laurki urodzinowej dla Stalina. Powiedział: „Nie napiszę, bo Stalin zabrał mi tatusia i wysłał na Sybir”. Dziecko nie miało jeszcze siedmiu lat. Ale miało więcej odwagi i kręgosłupa niż niejeden dorosły.

Po 1990 roku wszystko się zmieniło. Rodzic przestał być „autorytetem”, a zaczął być „partnerem”. Dziecko zyskało prawa — i dobrze. Ale zniknęła granica. Zamiast ładu — często pojawił się emocjonalny rozgardiasz: tu się przytulamy, tam krzyczymy, a nikt nie wie, co jest „normą”. Rodzice boją się powiedzieć „nie”, żeby nie urazić. Dzieci nie wiedzą, kiedy przesadziły — bo nikt im tego nie mówi.

Bezstresowe wychowanie — termin, który miał być wybawieniem, często okazał się pułapką. Dziecko, któremu nikt nie wyznacza granic, nie czuje się wolne — czuje się zagubione. Nie ma punktów odniesienia. Nie wie, czego się od niego oczekuje, więc testuje granice — często desperacko, prowokując dorosłych. I kiedy nie spotyka się z konsekwencją, tylko z lękliwą pobłażliwością — traci szacunek. Nie tylko do rodziców, ale i do samego siebie.

Szkoła też się zmieniła. Nauczyciel nie jest już figurą — jest „pracownikiem edukacyjnym”. Rodzice przychodzą na zebranie nie po to, by zapytać: „co z moim synem?”, ale by powiedzieć: „proszę go nie stresować”. Władza rodzicielska zamieniła się w klientyzm. Dziecko staje się „usługobiorcą”, a nauczyciel — „świadczącym usługę edukacyjną”. A przecież edukacja to nie usługa. To relacja. Czasem trudna, ale konieczna.

Autorytet dziś musi się tłumaczyć. Kiedyś wystarczyło: „bo tak powiedział ojciec”. Dziś — trzeba mieć uzasadnienie, link do badań, artykuł z bloga i jeszcze przyjazny ton. A mimo to dzieci coraz częściej czują się zagubione. Bo autorytet to nie funkcja logiczna. To obecność. To spójność. To poczucie: „on wie, co robi — i ja mogę mu zaufać”.

Zmienił się też obraz ojca i matki. Kiedyś: ojciec twardy, matka czuła. On — z młotkiem, ona — z wałkiem do ciasta. Dziś: oboje pracują, oboje zmęczeni, oboje próbują jakoś „być rodzicami”. Ale często nie wiedzą jak. Bo wzorzec ojca się rozpadł, wzorzec matki też. A nowe? Jeszcze się nie ukształtowały. Wielu z tych młodych rodziców nie wie, co robić — bo nikt ich tego nie nauczył. Są pierwszym pokoleniem, które ma wolność, ale nie ma mapy.

Dzieci mają dziś więcej — rzeczy, możliwości, bodźców. Ale czy mają więcej oparcia? Czy wiedzą, kto je prowadzi? Czy potrafią powiedzieć: „to jest mój wzór”? Często nie.

Zniknął też domowy rytuał. Wspólny obiad. Wieczorna rozmowa. Niedziela bez telefonu. Coraz rzadziej słychać w domach: „siadamy do stołu”. Coraz częściej: „każdy je, kiedy chce”. A przecież właśnie w takich chwilach kształtował się światopogląd, poczucie tożsamości, język wartości.

Dziś dzieci mają wszystko — tylko czasem nie mają kogo zapytać o sens. Mają swój pokój — ale trudno do niego wejść, bo cała podłoga zasłana klockami Lego albo rozsypanymi emocjami.

Czy było lepiej? Nie wiem. Ale wiem, że wtedy — mimo wszystkich braków — był kierunek. Dziś — mamy wolność, ale czasem nie mamy busoli.

Bo wychowanie nie polega na „realizowaniu siebie”. Polega na towarzyszeniu drugiemu człowiekowi — od dzieciństwa aż po dorosłość. W ciszy. W trudzie. W codzienności. Bez ideologii. Bez lajków. Ale z miłością. Tą staromodną. Tą, co nie błyszczy, ale trwa.

Pamiętam jedną scenę z mojego dzieciństwa. Miałem wtedy może jedenaście lat. Wróciłem do domu z podwórka cały ubłocony, z rozdartymi spodniami — bo z kolegami urządziliśmy zawody w skakaniu przez ogrodzenie starego sadu. A że był tam napis „Teren prywatny. Wstęp wzbroniony” — to oczywiście weszliśmy.

Ojciec spojrzał na mnie spod oka, nic nie powiedział. Zdjął marynarkę, usiadł przy stole, wyjął gazetę. Ja stanąłem w progu jak zbity pies. Po minucie milczenia powiedział tylko:

— Jasiek… a co by było, gdyby ten płot był pod napięciem?

Zamilkł. To jedno zdanie. Ani krzyku, ani kazania, ani „zrobię z tobą porządek”. Ale to zdanie zostało ze mną na całe życie. Bo zawierało wszystko: troskę, surowość, mądrość i — o dziwo — szacunek. On nie musiał mnie zawstydzać. Sam się zawstydziłem.

Tak działał dawny autorytet. Nie przez siłę fizyczną. Nie przez psychologię. Ale przez osobowość, dojrzałość, ciszę, w której słowo ważyło więcej niż dzisiejszy esej w internecie.

To może jeszcze jedna scenka w wykonaniu dzieci, które przyjechały na polską wieś z Zachodniej Europy i nigdy nie widziały studni z kołowrotem. Ta trójka dzieci robiła straszne spustoszenie na wiejskim podwórku. Oni próbowali zmusić nawet kury do latania. Rodzice nie zwrócili im uwagi bo te dzieci były wychowywane bezstresowo. W końcu te dzieci zainteresowali się kołowrotem przy studni. Wiadro było wyciągane i kołowrót puszczali tak że wiadro uderzało z impetem o lustro wody. W którymś momencie ten kręcący korbą chłopiec wyciągnął wiadro do góry i znowu puścił korbę jednak w porę nie odchylił głowy. Kręcąca się korba uderza tego chłopaka w czoło, krótki i ostry krzyk a potem zupełna cisza na podwórku. Nikt nawet nie zwrócił na to uwagi. Po chwili kury wróciły do swoich normalnych zachowań, pies wyszedł z budy a wystraszone dzieci gdzieś pochowały się po kątach.

Taki był efekt wychowania bezstresowego. Czy taki sposób był lepszy? Na pewno bardzo skuteczny.

1.7 Zdrowie i opieka medyczna

Zdrowie było zawsze jednym z tych dóbr, których wartość najpełniej poznaje się dopiero w chwili jego utraty. Ale sposób, w jaki państwo i społeczeństwo podchodziły do zdrowia obywatela, mówi wiele nie tylko o stanie medycyny, lecz także o ustroju, wartościach i relacjach między ludźmi.

W czasach PRL-u nikt nie zadawał pytania: „czy jesteś ubezpieczony?”. Ubezpieczeni byli wszyscy, a przynajmniej taka była oficjalna zasada. W praktyce dostęp do opieki medycznej — choć teoretycznie powszechny — wiązał się z długim czasem oczekiwania i często ubogim zapleczem technicznym. W przychodniach brakowało specjalistów, aparatury, a w szpitalach nawet mydła czy bandaży.

Ale działały też sanatoria — dumne relikty przedwojennej idei leczenia klimatycznego i profilaktyki. Na leczenie uzdrowiskowe jeździło się do Ciechocinka, Polanicy, Dusznik czy Rabki. Czasem z prawdziwej potrzeby, czasem „na skierowanie” — jako forma nagrody lub odpoczynku. Starsi robotnicy i nauczyciele wspominają je z nostalgią — nie tylko ze względu na kąpiele borowinowe, ale i wieczorki taneczne czy szachy w parku zdrojowym.

Lekarz rodzinny, zwany wtedy „internistą z rejonu”, znał swoje pacjentki i pacjentów z imienia, czasem nawet z historii rodziny. Może nie miał USG, ale miał czas i zaufanie. Działał wedle starej zasady: „lecz nie tylko ciało, ale i człowieka w nim”.

Oczywiście, nie brakowało też absurdów. Starsi pamiętają rejestrację o szóstej rano, tłum w poczekalni i lekarza z wiecznym niedoborem leków. Szpitale potrafiły wyglądać jak z filmu grozy — sale wieloosobowe, wspólne łazienki, a ciepła woda raz dziennie. Ale nikt nie zostawał bez pomocy, choćby i prowizorycznej. Pamiętam jak byłem w szpitalu z powodu tak zwanej „ślepej kiszki”. Opiekowała się mną pielęgniarka jak również starsi pacjenci na sali bo nie było wtedy oddziałów dla dzieci. Dało się wyczuć wspaniałą opiekę.


Sobota, koń i felczer

To był zwyczajny dzień na Ziemiach Odzyskanych, choć wtedy nikt tak tego nie nazywał. Dla nas to był po prostu dom — z ziemią, stodołą, łąką i końmi. Klacz miała młodego źrebaka, a ja jak co dzień poszedłem po nią z łąki. Tym razem z kolegą — pierwszy raz. I to wystarczyło, by natura przypomniała, że koń to nie maskotka, ale zwierzę silne, czujne i nieprzewidywalne.

Gdy tylko zbliżyłem się z ręką do uzdy, klacz gwałtownie się wyszarpnęła. Obecność obcego wywołała w niej lęk. Jednym uderzeniem powaliła mnie na ziemię, a potem — zahaczając kopytem — rozcięła mi skórę na głowie. Krew zalała oczy. Nie wiedziałem, czy to już koniec, czy jeszcze tylko ból.

Ojciec zareagował natychmiast. Wrzucił mnie na wóz i pognał do przychodni po drugiej stronie rzeki Kaczawy. To był sobotni wieczór, a więc — jak się szybko okazało — lekarz był… w kinie. Ktoś go ściągnął. Wrócił z sali projekcyjnej, nieco zakurzony bo szedł na nogach, może jeszcze w emocjach po filmie. Ale to nie był lekarz — to był felczer. Człowiek po wojnie, z praktyką frontową, z twarzą pomarszczoną jak stary mundur, ale z rękami pewnymi jak u chirurga.

Oczyścił ranę, zatamował krwotok, założył opatrunek. Ani słowa zbytecznego. W oczach miał zmęczenie, ale i odpowiedzialność. Z tego samego budynku korzystały dziesiątki okolicznych wsi. O szpitalu w powiatowym mieście nikt nie myślał — to było 25 kilometrów, jedyna karetka często nie miała paliwa. A tu — pomoc była. Może nie błyskawiczna, nie sterylna, nie wedle dzisiejszych standardów. Ale była. I działała.

Transformacja i medycyna rynkowa — nadzieja i przepaść

Po 1990 roku wszystko się zmieniło. Z jednej strony pojawiła się nowoczesna diagnostyka: tomografy, rezonanse, endoskopy. Nareszcie w polskiej medycynie zagościły technologie, które wcześniej znało się tylko z zachodnich filmów. Standardy leczenia wielu chorób się unowocześniły, lekarze mogli się kształcić za granicą, a medycyna weszła w erę dowodów naukowych.

Z drugiej strony — przyszedł wolny rynek. I z nim pojawiło się nowe pytanie: czy cię na to stać? Kolejki w publicznej służbie zdrowia rosły, lekarze dorabiali w gabinetach prywatnych, a pacjent — ten sam — stawał się klientem, petentem, numerkiem w systemie.

Prywatna opieka zdrowotna przeżyła eksplozję. Na początku były to pojedyncze gabinety, potem sieci klinik, pakiety firmowe, abonamenty medyczne. Jakość? Czasem bardzo dobra, czasem pozorna. Pacjent dostawał miły uśmiech, ale za nim — tabelę opłat. Można powiedzieć: „chcesz zdrowia — zapłać”.

Nie każdy mógł. Zwłaszcza starsi, emeryci i osoby z prowincji zostali skazani na system publiczny, który z każdym rokiem był coraz bardziej przeciążony. Paradoksalnie — w kraju, gdzie medycyna stała się nowoczesna — nierówności w dostępie do leczenia pogłębiły się jak nigdy wcześniej.

Lekarz kiedyś i dziś

Lekarz z PRL-u — choć ograniczony systemem — często znał swoich pacjentów jak członków rodziny. Dziś? Często zamienia się w specjalistę od kodów ICD-10, klikającego w komputerze. Czas ma znaczenie — pięć minut na wizytę, jeden pacjent, jeden lek. Ale nie brak też młodych lekarzy z misją, którzy chcą coś zmienić. To często oni stają się bohaterami reportaży o oddaniu, wytrwałości i walce z biurokracją.

Wtedy wszystko było biedne — ale ludzkie. Dziś mamy technologię — ale coraz częściej brakuje czasu, empatii i prostego „będzie dobrze, chłopcze”.

Współczesny pacjent w Polsce stoi dziś pomiędzy dwoma światami: wspomnieniem o solidnym, choć siermiężnym systemie opartym na bliskości, a nowoczesnym, rynkowym modelem, w którym zdrowie coraz częściej staje się towarem. Pojawia się pytanie, które warto zadać głośno: czy zdrowie to prawo obywatelskie — czy luksus?

Jeśli przyszłość ma być mądrzejsza od przeszłości, musimy na nowo uznać, że zdrowie to nie produkt, a relacja. Relacja człowieka do człowieka. Bo choć zmieniają się aparaty, leki i procedury, to jedno musi pozostać niezmienne — serce tego, kto leczy.

1.8 Religia i życie duchowe — Kościół na rozdrożu

Niezależnie od tego jaką dziedzinę życia będziemy omawiać, zawsze musi gdzieś pojawić się Kościół. Nie tyle jako instytucja ale raczej jako brama, przez którą prawie wszyscy przechodzą. Przechodzą ale po przejściu kierują się na różne strony. Jedni idą dalej tą drogą, inni skręcają w bok na inną drogę.

W czasach PRL Kościół był czymś więcej niż wspólnotą religijną. Stał się ostoją tożsamości narodowej, przestrzenią wolności, enklawą ducha w świecie zniewolonym. Był także miejscem, gdzie ludzie mogli mówić prawdę — o historii, o wartościach, o sobie. To w świątyniach, nie na trybunach partyjnych, padały słowa o godności człowieka i wolności sumienia. Kapłan nie był tylko duszpasterzem — był często przywódcą moralnym, autorytetem, czasem nawet ostatnią nadzieją. Kościół, jako instytucja i jako duchowa wspólnota, wzrastał w siłę nie dzięki politycznej pozycji, ale dzięki temu, że dawał ludziom sens.

Ludzie czuli wsparcie moralne i duchowe, za ich plecami stał ich Kościół. Ksiądz był autorytetem, on był autentycznym pasterzem. Religii nie było w szkołach ale była przy kościele i przeważająca większość chodziła. Ksiądz zapraszał, nie groził, nie straszył piekłem. Dzięki takiej postawie ja dzisiaj mam 76 lat i doskonale pamiętam księdza prałata Stanisława Cieślińskiego, niegdyś kapelana marszałka Piłsudskiego. Oprócz lekcji religii dawał nam lekcje języka Esperanto, to był fenomen.

Dziś, gdy nie ma już wroga zewnętrznego, który jednoczyłby wiernych, Kościół stanął w obliczu kryzysu. Bo nie wystarczy już być „przeciwko” — trzeba być „dla”. Dla człowieka, dla jego wolności i pytań, dla jego ducha. Ale czy Kościół to potrafi?

Kościół jako budowla i symbol

Wielki Budowniczy nie zbudował Kościoła z cegły ale powołał go jednym słowem stojąc naprzeciw swojego wiernego ucznia Piotra. Powiedział: „Ty jesteś Piotr, czyli Opoka, i na tej opoce zbuduję Kościół mój…” Tyle powiedział Jezus kiedy obaj stali na łące w Galilei, praktycznie bez świadków.[Mt 16]

Nie było aktu erekcyjnego, nie było uroczystych przemarszów kompanii honorowych, orkiestra nie grała. Można zaryzykować twierdzenie, że apostoł Piotr nie bardzo wiedział co się stało, w końcu był to prosty człowiek, rybak z zawodu. Ten Kościół mimo burz, wojen trwa niezmiennie od dwóch tysięcy lat.

Każdy kościół fizyczny zaczyna się od kamienia węgielnego, aktu erekcyjnego, uroczystości, często z udziałem biskupa, ministrów i mediów. Jest to moment radosny, podniosły. Ale czy taki sam fundament kładziemy dziś pod Kościół duchowy? Czy tam także jest kamień — ale nie z granitu, lecz z Ewangelii? Czy budujemy świątynię serca, zanim wylejemy beton świątyni z cegieł?

Niepokój budzi to, że świątynie rosną monumentalnie, podczas gdy wspólnoty wiary kurczą się. Coraz mniej ludzi rozumie, po co te mury — skoro brak w nich ciszy, pokory, ducha. A przecież „gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” — mówi Pismo. Nie wspomina nic o marmurze, o złocie, o dzwonnicach, bizantyjskich strojach kapłanów.

Od wspólnoty do instytucji

Wielką przemianą Kościoła było przejście od wspólnoty ubogich i prostych do instytucji złożonej z hierarchii, splendoru, rytuału i władzy. Pojawiły się bogate stroje, tiary, złote kielichy, całowanie w pierścień czy nawet but. Pojawił się dystans — między owcą a pasterzem, między człowiekiem a Bogiem. Ten dystans nie był duchowy, ale ceremonialny, kulturowy. Zniknął Chrystus chodzący boso, a pojawił się Kościół triumfujący — pełen potęgi, czasem buty, rzadziej skruchy.

Nie sposób nie zapytać: czy to jeszcze Kościół Jezusa z Nazaretu, który umywał nogi uczniom i głosił Ewangelię na pustkowiach, czy już tylko instytucja, która chce reprezentować Boga, ale niekoniecznie żyć jak On?

Zatracenie duchowości i boskości

Kościół, jeśli traci ducha, staje się pustą formą. Gdy brakuje duchowości — zastępuje ją świeckość. Gdy nie ma już przestrzeni na kontemplację, pojawia się marketing, eventy, polityka. Tracimy poczucie sacrum, a zyskujemy tylko „przestrzeń sakralną” — na śluby, komunie, ceremonie, ale nie na spotkanie z Bogiem.

Kiedy zaś duchowni grzeszą — nie tylko osobistym upadkiem, ale pychą, żądzą władzy, manipulacją, a nierzadko też przemocą — to nie tylko ich osobiste potknięcie. To rysa na całym Kościele. Bo ten, kto chce być przewodnikiem duchowym, musi świecić przykładem. Jeśli tego nie robi — jego słowa stają się pustym dźwiękiem. A wierni — szczególnie ci rozumni — odchodzą w ciszy.

Przywłaszczanie Boga

Hasła typu „Bóg z nami” (Gott mit uns) niosą w sobie niebezpieczeństwo. Bo czy to my mamy Boga, czy raczej On ma nas? Przywłaszczanie sobie Boga, narodowe, partyjne czy instytucjonalne, to nie tylko nadużycie, to grzech pychy. Nikt nie może mówić: „Bóg jest po mojej stronie” — zwłaszcza gdy nie jest się pewnym, czy samemu się po Jego stronie stoi.

Bóg nie jest partyjny, nie jest narodowy, nie jest przypisany do żadnego kontynentu, języka ani rytuału. On jest — i czeka, byśmy Go szukali. Nie przez ideologię, lecz przez miłość.

Sekularyzacja i przyszłość Kościoła

Sekularyzacja postępuje. Ludzie nie tyle odchodzą od Boga, co od Kościoła. Bo Kościół nie zawsze ich rozumie, nie zawsze słucha, nie zawsze ma dla nich słowa nadziei. Tymczasem świat potrzebuje duchowości — może nawet bardziej niż kiedykolwiek. Ale szuka jej gdzie indziej: w psychologii, medytacji, w samotności, a czasem w internecie. Szuka — i często nie znajduje.

Czy dzisiejszy Kościół może jeszcze pełnić taką rolę jak w czasach PRL? Może, ale tylko jeśli stanie się pokorny, cichy, bliski. Jeśli znów będzie wspólnotą, nie tylko instytucją. Jeśli rozpozna, że to nie liczba wiernych liczy się najbardziej, lecz jakość ich wiary. Jeśli nie będzie się bał pytań — także trudnych.

Bo prawdziwy Kościół to nie zamek z kamienia, lecz przestrzeń, w której spotykają się wiara i rozum. Gdzie można szukać, wątpić, wierzyć, ufać. Gdzie wiara nie kłóci się z wiedzą, a duchowość z codziennością.

Kościół, który zrozumie, że rozumni wierni nie chcą być prowadzeni ślepo, lecz wspierani w drodze — ten Kościół będzie miał przyszłość. Bo rozum i wiara są jak skrzydła, które unoszą człowieka ku Bogu. Ale trzeba pozwolić im lecieć.

Dla rozluźnienia gęstniejące atmosfery problemu może dobrze będzie wysłuchać kilku opowiastek z życia wziętych. Niechby one wzbudziły refleksję w czytelniku, uspokoiły go nieco bo mówimy o rzeczach bardzo ważnych.

Przypowieść o dwóch świątyniach

Był raz człowiek, który pragnął znaleźć Boga. Miał czyste serce i niespokojny umysł, bo wiele rzeczy na świecie go bolało: obłuda, wojna, głupota, samotność. Pewnego dnia, idąc polną drogą, napotkał znak z dwoma wielkimi strzałkami:

Do wielkiej pozłacanej świątyni z marmuru

Do małej świątyni ciszy.

Zaintrygowany, postanowił odwiedzić obie.

Najpierw udał się do wielkiej świątyni. Była ogromna, lśniąca, wypełniona złotem, dymem kadzideł i śpiewem chórów. Przy wejściu kapłan w bogatych szatach zapytał:

— Z czym do nas przychodzisz, drogi nieznajomy bracie?

— Z pytaniem o sens życia — powiedział wędrowiec.

— Pytania są zbyt skomplikowane — odrzekł kapłan. — Tutaj otrzymasz wszelkie odpowiedzi. I wręczył mu księgę z gotowymi twierdzeniami, modlitwami i zakazami.

— A jeśli nie zgadzam się z niektórymi z nich? — zapytał wędrowiec.

Kapłan spojrzał dziwnym wzrokiem i odpowiedział chłodno:

— Wtedy nie jesteś z nami.

Wędrowiec podziękował i wyszedł, nie całując pierścienia.

Po długim marszu dotarł do małej świątyni z drewna i gliny. Wewnątrz było cicho. Ściany surowe, bez obrazów. Tylko jeden starzec siedział przy samej świątyni, przy ognisku.

— Przychodzę z pytaniem o sens życia — powiedział wędrowiec.

Starzec spojrzał powoli w płomień i odparł:

— Dobrze. Usiądź. Szukajmy razem.

Przez trzy dni siedzieli w milczeniu, jedli chleb, pili wodę ze studni i patrzyli na niebo. Nikt nikogo nie pouczał, nie osądzał, nie kazał wierzyć. A kiedy czwartego dnia wędrowiec wstał, by odejść, starzec podał mu rękę, serdecznie uścisnął i powiedział:

— Nie wiem, czy znalazłeś odpowiedź. Ale jeśli czujesz, że jesteś bliżej Boga — to znaczy, że Go spotkałeś.

Wędrowiec uśmiechnął się. I w ciszy wrócił na drogę.

Rozmowa dziadka z wnukiem

Mała wiejska kuchnia, zapach świeżo zaparzonej kawy. Na ścianie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, obok kalendarz z papieżem Franciszkiem. Dziadek, stary rolnik, siedzi przy stole. Obok wnuk — student filozofii. Wnuk lubił takie przypadkowe spotkania z dziadkiem, nieraz to i owo z nich wynosił.

— Dziadku, ty to wierzysz jeszcze tak jak kiedyś? — zapytał wnuk nieco prowokacyjnie, mieszając łyżeczką w herbacie.

Stary dziadek spojrzał spod krzaczastych brwi.

— A jak to „tak jak kiedyś”? W co miałbym przestać wierzyć?

— No… w Kościół. W tych księży. Tyle afer. A poza tym… przecież Bóg, jeśli istnieje, nie mieszka w tych marmurowych pałacach, prawda?

Dziadek uśmiechnął się lekko ale wymownie.

— Widzisz, Kościół to nie ksiądz. I nie biskup. Nawet nie katedra. To ludzie. Tacy jak ja. I jak ty, jeśli zechcesz.

— Ale przecież ci „na górze” robią wszystko, żeby ludzie odeszli. Zakazy, polityka, przepych. Jakby zapomnieli, że Jezus chodził po piachu, a nie po czerwonym dywanie.

— Prawda. Dlatego nie chodź za nimi. Idź za Jezusem.

Chwila ciszy.

— To znaczy?

— Wierz, ale nie ślepo. Czytaj Ewangelię. Módl się po cichu. Pomagaj ludziom. I jak spotkasz księdza dobrego — to idź z nim kawałek drogi. A jak złego — to omiń. Ale nie wyrzucaj Boga razem z błędem ludzi.

Wnuk spuścił głowę — To trudne. Nie wiem, czy potrafię.

— Wiem, że nie wiesz. Ale próbuj. I pamiętaj: Pan Bóg ma większe serce niż wszyscy księża razem wzięci.

Wnuk popatrzył na dziadka z szacunkiem. Może po raz pierwszy zrozumiał, że wiara nie zawsze musi być krzykliwa. Że może być cicha, pokorna, a jednak silna — jak korzeń pod ziemią.

Dziadek sięgnął po starą Biblię i podał ją wnukowi.

— Niech ci służy. To nie księga zakazów. To mapa.

— I to już wszystko dziadku?

— To tylko na początek, przed tobą droga jest długa i niekiedy wyboista. Pamiętaj!

Kiedyś nie do pomyślenia było aby wierni dyskutowali na temat hierarchów kościelnych oraz jakości sprawowanych funkcji. To był temat tabu. Dzisiaj również wierni poruszają te problemy wskazując na różne niedoskonałości.

Religia, jeśli przestaje być drogą do Boga, staje się przeszkodą. Kościół, który zapomina o człowieku, przestaje być Kościołem Chrystusowym, a staje się strukturą — owszem, piękną, wpływową, ale pustą. Prawdziwa duchowość nie potrzebuje pałaców, wystarczy jej chleb i cisza.

Nie możemy zapomnieć, że religia nie jest celem — jest drogą. A każdy człowiek idzie nią trochę inaczej. Jeśli Kościół nie potrafi iść razem z człowiekiem, zatrzymując się, słuchając, czasem przyklękając — to zostaje w tyle.

Nie znaczy to, że duchowość zanika. Ona się przekształca. Znika z katedr, ale pojawia się w sercach, na górskich szlakach, w szpitalnych salach, w rozmowach wnuków z dziadkami. Bóg nie mówi tylko z ambony — mówi też przez ciszę, przez ból, przez zachwyt.

Rozumni wierni nie są wrogami Kościoła. Są jego największą nadzieją. To oni rozumieją, że wiara nie musi być ślepa, by była głęboka. I że rozum, jeśli jest pokorny, prowadzi nie do pychy, ale do prawdy.

Kościół przyszłości — jeśli ma mieć przyszłość — będzie musiał stać się Kościołem pokory, ciszy i dialogu. Bo tylko taki Kościół może przemówić do tych, dla których Bóg nie jest hasłem ani obowiązkiem, lecz Tajemnicą i Miłością.

A tacy ludzie — cisi, szukający, rozumni — to wciąż największy skarb każdej wspólnoty. I jedyna droga ku temu, by Kościół nie był wspomnieniem, ale drogą.

Kończąc te rozważania porównamy jeszcze chrześcijaństwo z pozostałymi religiami monoteistycznymi. To porównanie pozwoli zobaczyć głównie katolicyzm na tle innych wielkich tradycji monoteistycznych — judaizmu i islamu — i zrozumieć, jak różnie mogą wyglądać relacje między duchowością a instytucją, między wiernym a wspólnotą. W tym krótkim fragmencie również nie będziemy szukać oskarżeń lecz refleksji: jak inne religie radzą sobie z sekularyzacją, kryzysem autorytetów i potrzebą bliskości wiernych.

Religia nie jest zjawiskiem wyłącznie chrześcijańskim, ani katolickim. Bóg jedyny — tak samo jak w tradycji katolickiej — czczony jest także w judaizmie i islamie. Wszystkie te religie mają swoje świątynie, święte księgi, rytuały i kapłanów. Ale różnią się tym, jak kształtują relację wiernych ze wspólnotą i Bogiem — szczególnie w dzisiejszym, szybko sekularyzującym się świecie.

— Judaizm

W judaizmie nie ma jednej, centralnej hierarchii. Rabini nie są kapłanami w sensie „ponad wiernymi” — są raczej nauczycielami i przewodnikami duchowymi. Tora nie jest dokumentem zamkniętym, lecz źródłem do nieustannej interpretacji, komentowania, a nawet… spierania się.

W synagodze nie ma złota ani pompy — jest za to wspólnota, modlitwa i nauka. Każdy Żyd — niezależnie od wykształcenia — jest zachęcany do czytania Tory i do zadawania pytań. Młodzi uczą się hebrajskiego, by samodzielnie zgłębiać święte teksty, nie polegając wyłącznie na autorytecie rabina.

Czy są kryzysy? Oczywiście. Świat świecki, szczególnie w diasporze, oddala wielu od rytuałów. Ale wspólnoty żydowskie bronią się dzięki silnym więziom międzyludzkim i zakorzenieniu wiary w codzienność. Szabat, święta, wartości rodzinne i pamięć przodków są nie tylko religijne — są kulturowe, tożsamościowe. Judaizm przetrwał rozproszenie i zagładę — dzięki temu, że był nie instytucją, lecz sposobem życia. Wrócił do pierwotnych tradycji.

— Islam

Islam także nie ma jednej centralnej władzy duchowej. Istnieją różnice między sunnitami i szyitami, ale struktura jest bardziej rozproszona niż w Kościele katolickim. Imam w meczecie nie pełni roli „księcia Kościoła” — jest raczej kaznodzieją i organizatorem modlitwy.

Islam bardzo silnie akcentuje codzienną pobożność: pięć modlitw dziennie, jałmużna, post, pielgrzymka — to filary wiary praktykowane przez miliony ludzi na całym świecie. Muzułmanin nie potrzebuje pośrednika, by zwrócić się do Boga. W wielu środowiskach — od Bliskiego Wschodu po Indonezję — islam jest zrośnięty z życiem codziennym, nie jako opresyjna struktura, lecz jako rytm duchowy.

Oczywiście, także i tu występują nadużycia. W niektórych państwach religia została zawłaszczona przez władzę polityczną — i służy ideologii, nie duchowi. Ale warto zauważyć, że tam, gdzie wspólnoty są lokalne, niezależne, imamowie cieszą się szacunkiem, bo żyją razem z ludźmi — skromnie, dostępnie, bez monumentalizmu. Bez dodatkowych pośredników w postaciach świętych, bez skomplikowanych liturgii i kolorowych strojów.

Islam dobrze radzi sobie z wciąganiem młodzieży — przez prostotę przekazu, duchową dyscyplinę i wspólnotowy charakter. Wielu młodych muzułmanów potrafi cytować Koran z pamięci — nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą. Duchowość nie została jeszcze tam wyprana z emocji — jak czasem ma to miejsce na Zachodzie, chociaż mocno wykrzywiła swoją twarz, która zaczęła ociekać krwią.

— katolicyzm

W tym świetle katolicyzm jawi się jako religia o największym stopniu zinstytucjonalizowania. Posiada hierarchię, rozbudowaną liturgię, ogromne bogactwa kulturowe — ale też ciężar tradycji, który bywa balastem. Papież, biskupi, kongregacje, nuncjusze — tworzą system, który może fascynować rozmachem, ale bywa oddalony od codziennego życia wiernych.

Mnogość przepisów, rozbudowane prawo kanoniczne i inne im podobne przepisy są poza zakresem postrzegania zwykłych ludzi, one są tylko dla kasty duchownych chociaż zwykły człowiek musi również tego wszystkiego przestrzegać.

Tam, gdzie Kościół katolicki wciąż opiera się na parafii, i na księdzu bliskim ludziom, ma szansę przetrwać i rozwijać się. Tam, gdzie zamienia się w centrum administracyjne, zaczyna pustoszeć.

Widać to w liczbach: tysiące pustych kościołów w Europie Zachodniej, niedobory powołań, sekularyzacja młodych. To nie jest dowód na „zło świata”, ale raczej sygnał, że coś w stylu duszpasterstwa się wypaliło. I że może warto uczyć się od innych religii — nie ich dogmatów, lecz stylu obecności: pokornego, bliskiego, dialogicznego.

Wierni XXI wieku nie są inni niż ci sprzed wieków. Nadal szukają sensu, nadziei, Boga. Ale pytają inaczej, żyją inaczej, widzą więcej i wymagają więcej. Nie wystarczy im już instytucja — chcą autentyczności. Nie chcą słyszeć „musisz” — chcą słyszeć „chodź, poszukajmy razem”.

Religie, które to rozumieją — trwają. Te, które tego nie zrozumieją — staną się muzeum. Wtedy Kościół na pewno wróci do swojej formy pierwotnej, tej z Galilei. Porzuci te kolorowe szaty, pozłacane naczynia i wyjdzie na świeże powietrze. Wyrzeknie się nadmiaru bogactwa.

1.9 Podróże i codzienna konsumpcja — poziom życia

Nie wiem, czy w historii współczesnej Polski istnieje obszar, który zmienił się bardziej niż dwa: podróżowanie i konsumpcja codzienna. To, co dawniej było przywilejem nielicznych, dziś stało się masowe. A to, co kiedyś trzeba było zdobywać — dziś często leży w nadmiarze i czeka, aż ktoś się zdecyduje. I w tym wszystkim — jak zawsze — człowiek. Ten sam, choć w innym świecie.

Z konieczności czy z wyboru?

W czasach mojego dzieciństwa podróż oznaczała nie tylko przemieszczenie się w przestrzeni, ale niemalże rytuał społeczny. Jechało się do rodziny, do sanatorium, do uzdrowiska. Rzadko „na wakacje” w dzisiejszym znaczeniu. Zresztą wakacje były pojęciem trochę elitarnym — należały się nauczycielom, inteligencji, górnikom. Dla większości oznaczały po prostu czas bez szkoły i pracę w polu albo remont mieszkania. Na wsiach odbywały się żniwa. Znaczna część społeczeństwa to byli chłoporobotnicy uprawiający swoje pola i jednocześnie pracowali w zakładach. Władza szła im na rękę i zatrudniała wszystkich w jednym dziale zakładu, którego zamknięcie w okresie letnim nie powodowało dezorganizacji produkcji. Wtedy to wszyscy naraz otrzymywali żniwne urlopy.

A jednak — nawet te najskromniejsze podróże smakowały jak luksus. Pamiętam, jak w połowie lat 60. pojechałem z ojcem do Wrocławia. Pociąg zatłoczony, w przedziale dwanaście osób, w tym niemowlę, starsza kobieta z koszem, milicjant i jakiś student z gitarą. Droga, która dziś zajmuje godzinę, trwała cztery godziny. Ale wrażenie — ogromne! Mój pierwszy most na Odrze, neony w centrum, lody z automatu — to wszystko zapisało się w pamięci silniej niż dzisiejsze loty do Madrytu.

Dla wielu Polaków PRL-u podróż oznaczała w praktyce trzy rzeczy:

— Służbowe delegacje — czyli wyjazd, gdzie najważniejsza była dieta i dostęp do baru hotelowego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 53.22
drukowana A5
Kolorowa
za 78.9