Piszę płynnie i swobodnie, nic mnie nie przymusza.
Piszę, bowiem tego pragnie moja chora dusza.
Słowa same się składają w rymowane zdania
I to właśnie jest radością mojego pisania.
Może coś Cię zaciekawi, może coś Cię wzruszy,
Wszystko to z dna serca płynie, z głębi mojej duszy.
Córka milczenia
Z tygodnia na tydzień,
Wciąż dalej i dalej,
Podążam w nieznane.
Nie wiem, gdzie był początek,
Nie znam drogi końca —
Wędrówka męcząca.
Czasem w przeszłość powrócę,
Pomyślę i wspomnę
To, co było dobre.
I nie myślę, co będzie,
Wszystko tak się zmienia.
Ja — córka milczenia.
W objęciach jesieni
Nie dla mnie wiosna, słońce, kwiaty.
Nie dla mnie tęcza kolorowa.
Mą siostrą jesień, braćmi wiatry,
we mgle się dusza moja chowa.
Czemu się smucisz, serce moje?
Czemuś w radości moc zwątpiło?
Szarość, zgryzoty, niepokoje
w darze ci życie zostawiło.
Gdziekolwiek spojrzę — dama blada,
złowroga śmierć w oczy zagląda.
Kiedy mi cios ostatni zada,
nim się nić życia mego rozpląta?
„Zaufaj sercu” — mówią mędrcy,
„Uwierz w swą moc i ciesz się chwilą!”.
Lecz mnie sam fakt istnienia męczy,
dwie siły w duszy mojej żyją.
Jedna radosna i spokojna
spogląda w niebo, z wiatrem tańczy.
W drugiej się toczy ciągła wojna,
chociaż już nie mam siły walczyć.
Umieram
Osnuta mgłą błądzę,
zabierz ode mnie żądze.
Spowita ciemnością płaczę,
kiedy promienie jasne zobaczę?
W szarym dniu, w myśli obłoku,
pragnę odnaleźć spokój.
W szarym dniu, w ludzi tłumie,
kto mnie zrozumie?
Ciągle na kogoś czekam,
w samotność uciekam.
Wciąż szczęścia nie znajduję,
błędów żałuję.
Srebrne kropelki z oczu płyną,
obarczam się winą.
Srebrne kropelki z oczu ocieram,
z przeszłością — UMIERAM.
Kalejdoskop
Raz się człowiek śmieje, a raz gorzko płacze.
Czasem myśli sobie: „ja już nic nie znaczę”.
A za chwilę znowu ten sam człowiek prawi,
Że przez kilka godzin świat calutki zbawi.
Cóż to za nastroje, gdzie tu jest logika,
Że tyle przeróżnych myśli nas przenika?
Są chwile radosne i chwile cierpienia
I się los człowieka jak pogoda zmienia.
Popatrz dookoła, ilu ludzi chodzi,
Ktoś z żalem umiera, a inny się rodzi.
Wszystko tak się kręci jak w kalejdoskopie,
Coś wychodzi z mody, to znów jest na topie.
Czasem wiele zyskasz, czasem wszystko tracisz,
I za błędy swoje w życiu drogo płacisz.
Ludzie jak liście
Ludzie jak liście jesienią na drzewach,
przez lekki podmuch wiatru w dal strącane.
Ludzie bezbronni jak ptak, który śpiewa,
choć gniazda nie ma i skrzydło złamane.
Wy, co wierzycie ślepo, dla pociechy,
że za te trudy, płacze i cierpienia
Bóg Miłosierny przebaczy wam grzechy,
że smutki w radość wieczną pozamienia.
Wiedzcie, że prawdy żaden nie odgadnie,
żaden nie dojdzie, czy warto się trudzić.
Ktoś w górę wzleci, ktoś na dno upadnie —
nie ma tu czasu na to, by się nudzić.
Lecz pamiętajcie, że nikt nie ma prawa
postępowaniem świat unieszczęśliwiać.
Bądźcie więc dobrzy jak wiosenna trawa,
tacy, by inni chcieli z wami bywać.
Idziemy
Idziemy wszyscy, wielcy i mali,
idziemy razem poznawać świat.
Za nami przeszłość świeci w oddali,
przed nami przyszłość najbliższych lat.
Nie chcemy wojen, zbrodni wbrew duszy,
nie chcemy wrogiem dla innych być.
Pragniemy światła, czułości, błękitu,
pragniemy pięknie i godnie żyć.
A jednak coś nas ku zbrodni popycha,
coś każe niszczyć, kłamać i kraść.
Ukryte zło nasze dusze przenika
i nie pozwala wzlatywać do gwiazd.
Dlaczego ranicie siebie, ludzie?
Dlaczego ranicie siebie, ludzie?
Dlaczego cierpienie zadawać lubicie?
Zrozumcie — bo każdy zrozumieć to umie —
za krótkie życie, za krótkie bycie.
Nie lepiej karmić się dobrym słowem?
Nie lepiej uśmiechem witać się, kochani?
A tu człowieka człowiek rani,
i czynem rani, i słowem rani.
Już usłyszałam tyle narzekań,
już tyle słów złowrogich usłyszałam.
I to, co ważne, z tego wyciągnęłam,
i to, co ważne, zrozumiałam.
Zbyt dużo znaczy nasze życie,
zbyt dużo znaczy życie bliźniego,
aby zabijać się nawzajem,
aby dopuszczać się wobec siebie złego.
Wreszcie zrozumieć to musimy,
że każdy z nas jest wyjątkowy.
Przestańmy ranić czynem, słowem.
Przestańmy ranić — to strasznie boli.
Odnaleźć szczęście
Szczęście w życiu odnaleźć,
uśmiechniętym być stale,
umieć smutek zniweczyć,
dobrą myślą uleczyć,
w błogi sen się zanurzyć,
nie pamiętać o burzy…
Ale tak być nie może,
bo nas topi trosk morze.
Ciągle jakieś nieszczęście
w tym życiowym zamęcie.
Czy ktoś znalazł metodę
na życiową wygodę?
Czy ktoś odkrył środki,
aby wieść żywot słodki?
Na takiego człowieka
świat do dziś w bólu czeka,
lecz nadzieję wciąż mamy,
że go w końcu poznamy.
Ostatnie spotkanie
Pamiętasz? Staliśmy obok siebie, zjednoczeni prawie,
Słońce już miało odejść,
lecz popatrzyło w swe odbicie w stawie.
Tak, jakby spotkać z kimś się chciało w letni wieczór.
Pewnie księżyc kochało, lecz on tego nie czuł.
Potem odeszło smutne, żałosne, zawiedzione,
Może poszło go szukać na zachodnią stronę.
A księżyc już po chwili przyszedł, senny, blady.
Uśmiechnął się do gwiazdki, nieświadom swej zdrady,
I oblicze swe złote na ziemię skierował,
Zauważył, jak tyś mnie po ustach całował.
Zawstydziłam się, widząc to nagłe spojrzenie,
W swojej duszy poczułam nieuchwytne drgnienie,