E-book
13.65
drukowana A5
51.93
drukowana A5
Kolorowa
78.17
Z dawnych lat

Bezpłatny fragment - Z dawnych lat

Historie kryminalne i obyczajowe. Wiek XX

Objętość:
295 str.
ISBN:
978-83-8221-212-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 51.93
drukowana A5
Kolorowa
za 78.17

Rozdział I

Sprawa okocimska

Na początku listopada 1900 roku woźny, będący w służbie browaru okocimskiego, zawiadomił właściciela, Jana Goetza, że w pilnej sprawie zapowiedziało się z wizytą dwóch młodych ludzi. Jan Goetz zgodził się przyjąć ich w swoim gabinecie. Za chwilę ujrzał młodzieńców, schludnie ubranych, którzy nie bawiąc się w ceregiele oznajmili jaki był cel tych odwiedzin. Zażądali czegoś w rodzaju podatku, w wysokości połowy procentu od wartości browaru. Zaskoczony Goetz kontynuował rozmowę, jednocześnie nacisnął dzwonek wzywający woźnego. Ten za chwilę pojawił się w drzwiach gabinetu. Właściciel polecił wezwać inspektora straży. W odpowiedzi nieproszeni goście zastawili sobą wejście do pokoju, zakazując wpuszczania kogokolwiek do środka. Goetz nie zważał na groźby i usiłował opuścić gabinet. Wtedy padły dwa strzały. Właściciel browaru zdołał uciec do przyległego pokoju, nie odnosząc szwanku. Kule dosięgły inspektora Narzymskiego, który przybiegł na pomoc właścicielowi. Zbiegła się służba, na widok której napastnicy usiłowali zbiec. Udało się to jednemu, drugiego zatrzymali strażnicy. Znaleziono przy nim rewolwer i kartkę, dzięki której można było trafić na ślad rozbójników. Było to zaproszenie na szkolny zjazd koleżeński w Tarnowie. Zatrzymanym okazał się Antoni Kędzior, nauczyciel ludowy z Dzianisza. Z początku odmawiał zeznań, w końcu przyznał się do napadu.

Energiczne działania żandarmów doprowadziły do zatrzymania drugiego uczestnika napadu i dwóch współdziałających.

Inicjatorem i organizatorem wyprawy na browar był Teofil Sikora, uczeń VII klasy gimnazjum w Tarnowie. On również był założycielem tajnego stowarzyszenia, do którego wciągnął Kędziora, Józefa Cziżka, nauczyciela ze szkoły ludowej w Cięcinie oraz Stanisława Stylińskiego, praktykanta nauczycielskiego z Tarnowa. Dwa lata wcześniej już miała miejsce próba pobrania haraczu od Jana Goetza. Za jej nieudany wynik Sikora miał pretensję do Cziżka o zbyt małą stanowczość.

Tego dnia zaplanowali akcję na browar w drobnych szczegółach. Wyruszyli z Tarnowa nad ranem, część drogi odbyli pieszo, aby nie pokazywać się na dworcu kolejowym i dopiero w Bogumiłowicach wsiedli do pociągu, z którego wysiedli jeszcze przed Okocimiem. Umówili się, że do Goetza wejdą Sikora i Kędziora. Cziżek miał pozostać na zewnątrz, w pewnym oddaleniu.

Próba zdobycia funduszy dla tajnego stowarzyszenia zakończyła się ciężkim uszkodzeniem ciała pracownika browaru, Narzymskiego. Jedna kula trafiła go w skroń, nie uszkadzając mózgu, druga utkwiła w plecach. Wszyscy napastnicy zostali aresztowani.

Teofil Sikora, liczący 19 lat został oskarżony o usiłowanie zbrodni morderstwa i rabunku oraz o ciężkie uszkodzenie ciała. Podobnie jego wspólnik, dwudziestodwuletni Antoni Kędzior. Współdziałanie w zbrodni zarzucił prokurator dziewiętnastoletniemu Józefowi Ciżkowi, który stał na czatach i dwudziestojednoletniemu Stanisławowi Stylińskiemu, ukrywającego kolegów w noc po zamachu.

Obawiając się politycznego wydźwięku sprawy okocimskiej, sąd ograniczył liczbę publiczności w czasie rozprawy. Pierwszy zeznawał główny oskarżony, Sikora. Nie przyznał się do usiłowania zabójstwa, chciał jedynie Goetza nastraszyć, wystrzelił przypadkiem. Obwiniony Kędzior stwierdził, że jako członek stowarzyszenia wykonywał jedynie rozkaz przełożonego. Z kolei Cziżek oznajmił, że nie wiedział do końca o celu wyprawy, później kazali mu czekać pod browarem, to tak uczynił. Styliński odrzucił od siebie oskarżenie, mówiąc, że nie ma z napadem nic wspólnego.

Na tym etapie przesłuchań protest wniósł jeden z obrońców w związku z usunięciem z akt i protokołów zeznań wskazujących na polityczne ukierunkowanie śledztwa. Wniosek nie został rozpatrzony.

Sędziowie przysięgli wydali werdykt na rozprawie w marcu 1901 roku. Na pytanie dotyczące dwóch oskarżonych, czy dopuścili się próby zabójstwa i rabunku, odpowiedzieli przecząco. Podobnie na pytanie co do współpracy w dokonaniu przestępstwa ze strony Cziżka i Stylińskiego. Uznali winę Sikory, który spowodował ciężkie uszkodzenie ciała Narzymskiego. Natomiast zdaniem przysięgłych Kędzior powinien odpowiadać za nieprawne noszenie broni.

Trybunał sędziowski skazał Sikorę na dwa lata więzienia, Kędziora na 24 godziny aresztu.

Nieznane są bliżej okoliczności założenia przez młodych ludzi tajnego stowarzyszenia. Być może były to początki organizacji patriotycznej. Jednakże sposób działania był wybitnie amatorski.

Trudno było spodziewać się, że właściciel browaru okocimskiego na kategoryczne żądanie zapalczywych młodzieńców sięgnie do kasy i wyłoży pieniądze na tajemniczą organizację. Może gdyby odkryli swoje plany, kto wie? Wiadomo natomiast, że Jan Goetz dbał o robotników zatrudnionych w browarze. Dla pracowników założył teatr, dla chorych szpital.

Browar Okocim. Polona. Domena Publiczna

To, że baron Goetz — Okocimski troszczył się o personel, nie oznaczało, że mógł sprzyjać socjalistom. Nie mógł natomiast spodziewać się tego, że piętnaście lat po napadzie dokonanym przez młodych mężczyzn pojawi się ktoś znacznie groźniejszy. W 1915 roku Rosjanie obrabowali pałac okocimski z cennych mebli, obrazów i porcelany. Wszystkie drogie rzeczy wywieźli pociągami. Z piwnicy browaru ukradli kolekcję starej broni o znacznej wartości oraz inne przedmioty. W samym browarze rządzili się jak u siebie: zabrali cały zapas słodu, a do Uszwicy wpuścili tysiące hektolitrów piwa. Piwo Rosjanie sprzedawali lub rozdawali na prawo i lewo. Zarząd traktowali jak służących. Ucierpiał także pełnomocnik Narzymski, ten sam, który kiedyś przybiegł na pomoc właścicielowi browaru. I tym razem został poszkodowany — za to, że odważył się protestować przeciw grabieży, został pobity nahajkami i kolbami karabinów. Uszedł z życiem, również i browaru Rosjanie nie zburzyli i nie spalili, a mogli…

Jan Goetz
Polona. Domena Publiczna

Rozdział II

Doktor redaktor Józef Orłowski

W 1889 roku ukazał się numer okazowy Kurjera Polskiego. Ambitne plany pozwoliły na wydawanie dziennika przez sześć lat. Nie dłużej, gdyż wydawca poniósł stratę w wysokości około 360 tysięcy koron. Twórca pisma nie był bogaty, raczej mocno zadłużony.

Domena Publiczna.

Kurjer przeszedł w inne ręce i był wydawany pod inną nazwą. Józef Orłowski pożegnał się z działalnością wydawniczą na zawsze. Mało brakowało, a byłby stracił również na jakiś czas wolność. Jednakże sąd przysięgłych uwolnił go od zarzutu podstępnego bankructwa.

Wyjechał do Wiednia, gdzie odbył praktykę adwokacką i otworzył kancelarię. Jednak poświęcał jej mało czasu, czuł powołanie do polityki. Pragnął zostać posłem. Na początek założył w Wiedniu stowarzyszenie Ojczyzna skupiające robotników polskich. Nie żałował pieniędzy, jak się później okazało — nie swoich, organizując dla członków stowarzyszenia bale i bankiety. Można było też uzyskać u Orłowskiego pomoc finansową.

Ambicje dawnego redaktora dziennika były bez granic, podobnie jak wydatki. Miewał szalone pomysły. Chciał uchodzić za człowieka mogącego pomóc w wielu sprawach. Zdobywał pożyczki dla różnych osób, sam mając coraz większe długi. O kancelarię nie dbał, zajmował się fantastycznymi planami, najczęściej niemożliwymi do zrealizowania.

Długi sięgające pół miliona koron spowodowały, że Orłowski zboczył z prostej i uczciwej drogi. Zdobywał pieniądze posługując się oszukańczymi metodami. Jako ofiarę upatrzył sobie byłego krakowskiego adwokata, dra Kastorego. Człowiek ten, łatwowierny i naiwny, dał się wciągnąć w pułapkę. Powierzył Orłowskiemu pieniądze i aby je odzyskać, sam napędzał błędne koło: pożyczał następne za obietnicę zwrotu poprzednich. Za każdym razem Orłowski przedstawiał wizje zdobycia dużego majątku. Miał do niego trafić dzięki zapoznanej niedawno pannie, sukcesorki milionowego spadku. Starania o jej rękę wymagały kosztów reprezentacyjnych na prezenty, eleganckie ubrania, powozy, bilety do teatru, na maskarady itp. Kastory wysyłał środki, licząc na zwrot z nawiązką. Doszło do tego, że Orłowski w jednym z listów zawiadomił, że właśnie ożenił się i za chwilę będzie bogatym człowiekiem. Musiał tylko jeszcze mieć pieniądze na koszty przejęcia administracji majątku i pobrania zdeponowanych dla niego 500 tysięcy złr. Co to za koszty, Kastory nawet nie odważył się zapytać. Cechą Orłowskiego było ryzykowne działanie, dosłownie na krawędzi zdemaskowania wymyślnych kłamstw. Być może właśnie tupet był jego sposobem na życie. Opowiadał Kastoremu w listach, że mieszka z żoną w pałacu, że odwiedzają ich znamienici goście, że niedługo minister zgłosi jego kandydaturę do rady państwa. Swoje marzenia przedstawiał jako rzeczywistość. Raz posunął się do wyjątkowego i paskudnego kłamstwa, informując Kastorego o wysłaniu okrągłej sumy 20 tysięcy złotych. Za jakiś czas tłumaczył opóźnienie przesyłki obiektywnymi przyczynami. Kastory, na poczet mającego dotrzeć do niego przekazu, wysłał do Orłowskiego kolejne kilkaset złotych.

W pewnym momencie Kastory odkrył prawdę. Wówczas Orłowski namówił go do wspólnego działania w celu zdobycia dużych pieniędzy. Trafił na podatny grunt, gdyż Kastory sam kiedyś dopuścił się oszustwa. Sprawa wydała się i stracił uprawnienia adwokackie, a przed karą uciekł z Krakowa.

Okazało się ponadto, że Kastory dorównywał Orłowskiemu w oszukańczych machinacjach. Wykorzystywał listy z przechwałkami Orłowskiego w celu uzyskania dla niego pożyczek. Uzyskane pieniądze dzielił, część zatrzymując dla siebie, resztę wysyłał. W końcu obaj doszli do wniosku, że nie warto nawzajem oszukiwać się, korzystniej będzie robić to wobec innych.

Uknuli spisek, jak siecią oszukańczych intryg oplątać Bolesława Schwarzenberg — Czernego. Kastory poznał go już wcześniej i zdobył zaufanie. Przedstawił Czernemu rzekomo niezwykle intratne przedsięwzięcie. Chodziło o pośrednictwo w zakupie kopalni, za co Kastory miał otrzymać ogromne honorarium. Czerny, za pomoc finansową potrzebną do sfinalizowania interesu, miał być dopuszczony do spółki. Rola Orłowskiego polegała na wcielenie się w fikcyjną postać barona Wallischauera, potencjalnego nabywcę kopalni. Czerny przez długi czas wierzył w zapewnienia o przeprowadzanej transakcji i przekazywał duże sumy na koszty iluzorycznego interesu. Obaj oszuści wyłudzili w ten sposób ponad 90 tysięcy koron. Gdy Czerny zorientował się, że padł ofiarą oszustwa, chciał podać sprawę do sądu. Orłowski przekonał go jednak, że w ten sposób nie odzyska łatwo swoich pieniędzy. Obiecał zwrot całej kwoty w ratach. Czerny zgodził się pod warunkiem otrzymania korespondencji podpisanej przez fałszywego barona, skierowanej do Kastorego. Tego zastawu Czerny nie zdążył wykorzystać, zmarł w 1903 roku. Orłowski przesłał jedynie kilka rat. Poszkodowanej wdowie, Jadwidze Czernowej, udało się odzyskać później część pieniędzy po sprzedaży majątku Kastorego.

Jadwiga Schwarzenberg — Czerny złożyła do sądu kryminalnego doniesienie na Józefa Orłowskiego. Prokurator polecił go aresztować.

W akcie oskarżenia znalazły się wszystkie oszustwa Orłowskiego, również z czasu kiedy był adwokatem. Zamiast zdeponowanych u niego pieniędzy wydawał nieświadomym klientom bezwartościowe czeki pocztowej kasy oszczędności. Wyłudził od pewnej osoby znaczną kwotę za obietnicę znalezienia posady. Pieniądze wziął, pracy nie załatwił. Zadłużenie Orłowskiego w chwili aresztowania przekroczyło pół miliona koron.

Obrona oskarżonego polegała na roztaczaniu przed składem sędziowskim kolejnych mrzonek. Z fantazją opowiadał o sukcesach finansowych, które miały się znajdować o krok od niego. Powtórzył bajkę o bogatym ożenku, o koligacjach ze znanymi i wpływowymi osobami. Wracając do czasów redagowania dziennika skarżył się na działania licznych nieprzyjaciół, którzy doprowadzili do upadku pisma.

Niewiele miał na swoją obronę, gdy na sali sądowej pojawiły się dwie kobiety, którym obiecywał małżeństwo. Każda z nich ofiarowała mu znaczną kwotę na koszty ślubu. Gdy otrzymał pieniądze, w cyniczny sposób doprowadzał do rozstania.

W czasie, gdy sąd zadawał pytania, oskarżony Orłowski pozwalał sobie na żarty, które rozbawiały jedynie publiczność, na przysięgłych i trybunale sędziowskim nie zrobiły dobrego wrażenia.

Po przemówieniach stron sędziowie przysięgli udali się na naradę. Werdykt był jednomyślny: Orłowski był winien wszystkim zarzutom z aktu oskarżenia. Na tej podstawie sąd skazał go na cztery lata ciężkiego więzienia, zaostrzonego jednodniowym postem w każdym kwartale odbywania kary oraz na utratę szlachectwa.

Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Orłowskiego na wniosek obrońcy badali lekarze psychiatrzy. Sam oskarżony twierdził, że błędy, jakie popełnił w życiu, spowodowane były w znacznym stopniu zachwianiem równowagi psychicznej. Komisja lekarska uznała, że pod względem umysłowym może odpowiadać za swoje czyny. Określili oskarżonego jako jednostkę zdegenerowaną, o osłabionej woli.

Rozdział III

Matylda Wiśniewska z Miłosnej

Kto na początku wieku pokonywał drogę bitym gościńcem z Warszawy do Nowomińska, musiał zauważyć na trzynastej wiorście dworek, bielejący pod sosnowym laskiem. Z drugiej strony zabudowań ciągnęło się dwumorgowe pole orne. Nad drzwiami wisiał napis Mleczarnia, ale okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że nie mlekiem właścicielka częstuje przyjezdnych. Dostępu do domu broniło kilka ostrych psów, które miały budy blisko ogrodzenia. Miejscowi trzymali się od tego miejsca z daleka, ze względu na osobowość gospodyni, która z nikim nie potrafiła żyć w zgodzie. Przyjezdni mieli okazję poznać, że była egzaltowaną choleryczką. Witała gości entuzjastycznie, przyjmowała i częstowała, dawała nocleg, by następnego dnia awanturować się o wysokość zapłaty. W wynajmowanych przez nią pokojach dało się mieszkać najwyżej kilka dni.

Matylda Wiśniewska mieszkała samotnie. Rozstała się z mężem wkrótce po ślubie. Służbę zmieniała często, podejrzewając każdego o złodziejstwo. Nosiła przy sobie dwa rewolwery, z których czasem strzelała na postrach do stróży, których zatrudniała.

Wcześniej mieszkała w Warszawie, gdzie udzielała lekcji języka angielskiego, włoskiego, francuskiego i niemieckiego. Stawka za godzinę była niewysoka, chętnych na naukę było sporo. Dodatkowo wynajmowała pokoje w zajmowanym przez siebie domu Lewentala na Krakowskim Przedmieściu. Za kwaterę kazała jednak płacić słono, więc pokoje nie miały wzięcia. Zarówno w Warszawie, jak i w Miłosnej, prowadziła ciągłe spory, kończące się -wcześniej w warszawskim sądzie pokoju, później — w gminnym w Wawrze.

W Warszawie została dobrze zapamiętana w cukierni Clotina na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Trębackiej. Przychodziła tu często, by czytać gazety. Była cudzoziemką, po wejściu do lokalu zgarniała wszystkie zagraniczne pisma i wertowała je całymi godzinami. W tym czasie nikt nie mógł z prasy korzystać. Sama żałując pieniędzy, nic nie zamawiała do picia czy jedzenia, co oburzało właściciela. Później do cukierni schodzili się lichwiarze i pokątni doradcy. Prowadziła z nimi wielogodzinne obrady.

Wiśniewska znana była nie tylko z trudnego charakteru, ale i z wielkiego skąpstwa. Awantury ze służbą kończyły się zazwyczaj gwałtownym rozstaniem z chlebodawczynią. Pokrzywdzeni odgrażali się i zapowiadali zemstę.

W samym końcu 1902 roku przed sądem pokoju w Warszawie miała odbyć się rozprawa wytoczona przez Wiśniewską samemu księciu tatarskiemu. Basza Szukiur Makinski spędził w dworku w Miłosnej lato, zapłacił za pobyt, ale i tak dostał wezwanie do sądu, gdyż nie zgodził się na dodatkowe koszty wyliczone przez Wiśniewską. Daremnie wszyscy oczekiwali na przybycie powódki — nie stawiła się. Wydawało się to dziwne, uwielbiała procesy i mimo, że korzystała z usług doradców i zastępców prawnych, to żadnej rozprawy nie opuściła. Nie pokazywała się również od dłuższego czasu we wsi, gdzie zwykle robiła zakupy. Ponieważ była osobą ekscentryczną, nawet zwykłe sprawunki w jej wykonaniu były prawdziwym spektaklem. Miejscowi zbierali się u przekupek i pytali: a Wiśniewska to już była? Jednak nie było jej już od kilku tygodni.

Nikt z mieszkańców wioski nie odważył się podejść blisko do dworku. Nie chodziło tylko o groźne psy. Prawie wszyscy mieli z panią Matyldą jakieś zatargi, a nie było przyjemnością wysłuchiwanie obelg popartych wystrzałami z rewolweru, szczęście, że tylko w powietrze. Zapadła decyzja, by zawiadomić o niepokojącej nieobecności Wiśniewskiej lokalne władze. Niebawem pojawił się strażnik gminny, który w towarzystwie sołtysa udał się do dworku. Psy nie szczekały, leżały nieżywe pod płotem. Wszystkie drzwi i okiennice były zamknięte. Strażnik wyłamał boczne drzwi, przez które weszli do środka. W sypialni znajdującej się na tyłach domu, tuż przy otwartym piecu, znaleźli zwłoki Matyldy Wiśniewskiej. Wydawało się, że uległa zaczadzeniu, ale gdy podeszli bliżej, ujrzeli wokół niej kałużę krwi. Kobieta miała roztrzaskaną głowę, w pobliżu leżała siekiera. Ten okropny widok wstrząsnął nawet strażnikiem, który już niejedno w swojej pracy widział.

W pokojach rzeczy były porozrzucane, szafy, szuflady i kufry pootwierane. Pieniędzy i kosztowności, o których było wiadomo, że je Wiśniewska posiadała, nie znaleziono.

Wójt gminy Wawer zawiadomił o zbrodni władze policyjno — sądowe. Niezwłocznie przybyli do Miłosnej sędzia śledczy, prokurator i lekarz. Dokonane zostały wstępne oględziny zwłok.

Po zakończeniu czynności sądowych ciało Wiśniewskiej złożone do trumny zawieziono na platformie na cmentarz w Wiązownej, gdzie odbyła się skromna ceremonia pogrzebowa. Obecny był mąż zmarłej i kilkoro sąsiadów.

Szanse na znalezienie morderców Matyldy Wiśniewskiej były niewielkie. Ślady zostały zatarte, nikt nic nie widział i nie słyszał. Jedynie kilka tygodni wcześniej psy wyły w nocy.

Stróżom sprawiedliwości pomógł stan ducha zabójcy, określany jako wyrzuty sumienia. Człowiek ten, niegdyś spokojny i wstrzemięźliwy, w ostatnich dniach często zaglądał do kieliszka. Skarżył się: zmora Wiśniewskiej nie daje mi spokoju. Powtarzał to przy świadkach, aż wzbudził zainteresowanie policji. Człowiekiem tym był robotnik, Edmund Jankowski. Aresztowany, przyznał się do winy i wydał wspólnika.

W zeznaniu szczegółowo opisał dokonanie zbrodni:


Na początku grudnia 1903 roku spotkałem się z moim znajomym, Gizą, który niedawno odszedł od Wiśniewskiej, u której stróżował. Opowiadał, że stara oszukała go przy wypłacie. Chciał się zemścić, a przy tym dobrze zarobić. Mówił, że Wiśniewska ma zamknięte w kufrze pieniądze i biżuterię. Zaproponował mi, żebym poszedł z nim do starej i pomógł ją zabić. Piliśmy wódkę i nie zastanawiałem się nad jego słowami.

Poszliśmy do Miłosnej. Psy z początku szczekały jak wściekłe, ale uspokoiły się, jak poznały Gizę. Stukaliśmy do drzwi, ale nikt nie otwierał. Po chwili od strony drewutni podeszła Wiśniewska. Niosła wiązkę drzewa na rozpałkę do pieca. Giza powiedział, że jej pomożemy i że przedstawi kandydata na nowego stróża. Wpuściła nas do środka.

Wiśniewska pytała mnie o różne rzeczy, po czym na jej polecenie zacząłem rozpalać w piecu. Wiśniewska podeszła bliżej, żeby zobaczyć czy jest ciąg, nachyliła się i wtedy Giza podał mi siekierę. Uderzyłem Wiśniewską w głowę. Przewróciła się, nawet nie jęknęła. W pierwszej chwili wystraszyłem się i chciałem uciekać. Giemza zatrzymał mnie i kazał szukać pieniędzy. On rozwalał zamki, a ja wyciągałem rzeczy. Znalazłem pozłacany zegarek, trzy złote pierścionki, złote i srebrne bransolety i chyba z czterdzieści rubli.


Zbrodniarze skradzione rzeczy sprzedali paserom i podzielili się pieniędzmi. Wkrótce aresztowany został wspólnik Jankowskiego. Obaj zostali uwięzieni i oczekiwali na rozprawę.

Sąd skazał obu zabójców na podobne kary: zesłanie do ciężkich robót na dwanaście lat i utratę wszystkich praw stanu.

Rozdział IV

Zatrute cukierki

Na początku lipca 1903 roku we Lwowie, Przemyślu i Rzeszowie, a w krótkim czasie w Żytomierzu, Berdyczowie i Tarnowie, ktoś rozpowszechniał zatrważającą wieść, że nieznani osobnicy chcą zabić żydowskie dzieci przy pomocy zatrutych cukierków. Plotka dotarła do krakowskiego Kazimierza i trafiła na podatny grunt. Izraelici uwierzyli w tę nieprawdopodobną pogłoskę i bacznie rozglądali się wokół siebie, podejrzewając o zbrodnicze zamiary każdego chrześcijanina znajdującego się w zasięgu wzroku. Rozpowszechnianie fałszywych wieści mogło mieć jeden cel: skłócenie chrześcijan z Żydami.

Przebywający jeszcze wówczas w Krakowie, artysta malarz Edward Trojanowski, gościł u siebie również malarza, Konrada Krzyżanowskiego. Siódmego lipca 1903 roku wybrali się obaj na ulicę św. Józefa na Kazimierzu, aby obejrzeć starą bożnicę żydowską. Nic nie zapowiadało przykrego zajścia, jakie ich spotkało. Gdy znajdowali się w centrum Kazimierza, otoczyła ich, początkowa mała, grupa Izraelitów, do których zaczęli dołączać inni, aż utworzył się tłum. Żydzi potrząsali pięściami i wygrażali dwóm młodym mężczyznom. Przez gwar przebijały się okrzyki: cukierki, cukierki! Tłuszcza nie poprzestała na groźbach. Atakowanych Trojanowskiego i Krzyżanowskiego napastnicy rozdzielili, szarpali ich i bili. Po kilkunastu minutach zjawił się patrol policji, który oddzielił tłum od napastowanych. Zostali doprowadzeni do siedziby policji, tu opatrzeni, lecz wcześniej jednak zrewidowani. Oczywiście, żadnych cukierków, nawet niezatrutych, policjanci nie znaleźli.

Dwaj młodzi artyści nie byli tego dnia jednymi ofiarami wzburzonego tłumu. Podobny los spotkał Jana Jagielskiego, studenta Akademii Sztuk Pięknych. Gdy szedł ulicą Krakowską, spostrzegł, że kilku Żydów pokazuje go palcami i zaczyna się do niego przybliżać. Za nimi biegli następni. Obawiając się o własne bezpieczeństwo, wskoczył do przejeżdżającej dorożki. Na nic to się zdało — grupa Izraelitów przewróciła dorożkę, a na Jagielskiego spadły uderzenia rozwścieczonego tłumu. Przechodzący ulicą Jan Trębacz zbliżył się do miejsca, gdzie zebrali się ludzie. Jego również Żydzi wciągnęli między siebie, szarpali ubranie, bili i kopali. Trwało to dłuższy czas, aż policjanci przyszli z pomocą. Nieco z dala od tego miejsca znalazł się Wojciech Trzaskalski, który wracał z pracy w fabryce. Żydzi stojący z boku zaczęli go popychać, a gdy bronił się, otrzymał kilka uderzeń laską. Przewrócił się, bili go dalej i kopali. Kilku wojskowych wyciągnęło go i zaprowadziło na policję. Wszyscy pobici przez Żydów, zostali opatrzeni z ran, na wszelki wypadek też przeszukani, czy aby podejrzenia Izraelitów nie mają uzasadnienia.

W czasie śledztwa sądowego udało się ustalić prowodyrów zajść. Było wśród nich kilku czeladników rzemieślniczych, przekupki, kelner, czterech kupców i inni, o nieokreślonych zajęciach. Razem siedemnaście osób. Ludzie ci, potrafili wykorzystać nieświadomość i ciemnotę, ale i złe skłonności swoich ziomków. Podżegacze do rozruchów najpewniej nie byli inicjatorami burd. Nimi też ktoś kierował. Wiedział, że wystarczy hasło rzucone w tłum, aby sprowokować oczekiwaną reakcję.

Rozprawa przed sądem kryminalnym zakończyła się wyrokami więzienia od kilku tygodni do kilku miesięcy dla dziewięciu spośród wszystkich obwinionych.

Rozdział V

Nieszczęście Jadwigi Brzozowskiej

Łzy

(dumka)

O! Szczęśliwi, którzy płaczą;

Piersiom lżej i duszy lżej!

Ja pielgrzymkę mą z rozpaczą

Bez pociechy pędzę tej;

Wziąłeś, Boże, nawet sny —

Daj mi za nie, daj choć łzy!

Karol Brzozowski, 1899 r.


Uczony, inżynier, poeta i powstaniec styczniowy, Karol Brzozowski, zmarł w listopadzie 1904 roku. Miał bogate i długie życie. Gdyby żył kilka miesięcy dłużej, może nie dopuściłby do nieszczęścia, które spotkało jego ukochaną córkę. Jeżeli jednak nie zdołałby powstrzymać złego losu, to z pewnością dane by mu było nad Jadwigą zapłakać.

W hotelu Kleina w Krakowie, przy ul. Św. Gertrudy, na początku lutego 1905 roku pojawiła się elegancka para. On przystojny, dobrze ubrany, około czterdziestu lat. Ona o dziesięć lat młodsza, brunetka, o pięknych rysach twarzy, szczupła i zgrabna. Do karty meldunkowej mężczyzna wpisał: dr Jan Braun, adwokat z Czerniowiec, wraz z żoną Jadwigą.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 51.93
drukowana A5
Kolorowa
za 78.17