Rodzicom
Prolog
Pięć tysięcy lat przed bitwą o Groeteburg
Sharilean wyszła przed dom. Uniosła twarz i spojrzała w niebo. Było czyste, błękitne, prawie pozbawione chmur. Słońce wzeszło, oświetlając malowniczą dolinę, w której położona była jej osada intensywnym blaskiem. Zamknęła niebieskie oczy i stała tak przez chwilę, z lubością pozwalając ciepłym, słonecznym promieniom muskać jej bladą, piękną twarz. Była wiosna. Zima odeszła, a wraz z nią krótkie, mroźne i ciemne dni, pełne niewygody, mroku, głodu, strachu i niepewności, zastąpione przez radość i nadzieję lepszego jutra. Drzewa zazieleniły się, pojawiła się świeża, zielona trawa, zmieniając dość ponury, szarobury krajobraz wokół osady w miły dla oka i serca. Śpiew ptaków, który budził ją każdego ranka, był miłą odmianą od przeraźliwego skrzeku głodnych kruków, przesiadujących na okolicznych drzewach i dachach ściśniętych obok siebie domów. Dziewczyna stała w drzwiach długiego, drewnianego domu, z rękami wspartymi w pasie, napawając się każdym promieniem słońca i pozwalając, aby lekki, orzeźwiający wiatr rozwiewał jej włosy.
— Piękny dzień — głos zza pleców wyrwał ją z miłego odrętwienia. Poczuła silne, męskie ręce, oplatające ją w talii. Uśmiechnęła się.
— Hmmm… — mruknęła. — Jest cudownie. Kocham…
— Słońce — dokończył za nią mężczyzna. — Tak, wiem.
Pocałował ją. Pachniał sianem, potem, miłością i nadzieją.
— Dzień dobry, kochana — wyszeptał, odrywając w końcu usta od jej warg.
— Dzień dobry, mężu — odpowiedziała. Oczy, koloru morskiej toni jarzyły się blaskiem radości i szczęścia.
— Zaraz wyruszam — powiedział mężczyzna, nie wypuszczając jej z uścisku.
— Ze mną? — zaśmiała się. — Musisz mnie chyba najpierw wypuścić.
— Kiedy nie chcę — odpowiedział i ponownie ją pocałował. Tym razem dłużej, zachłanniej.
Poczuła żar, rozlewający się w podbrzuszu, niczym gorące mleko.
— Amar… — wyszeptała skręcając głowę i wskazując w głąb domu, na pobliskie łóżeczko zbite z sosnowych deszczułek, w którym spał, leżąc na brzuszku, mały, może trzymiesięczny chłopczyk. — Zaraz się zbudzi…
— Eh… — westchnął mężczyzna, wypuszczając jednak Sharilean z ramion. — Będę musiał zatem poczekać do wieczora… — uśmiechnął się łobuzersko. Jego oczy koloru bursztynu rzucały wesołe ogniki.
Skinęła głową i uśmiechnęła się. Jej wielkie, okrągłe oczy koloru błękitnego nieba, wyrażały miłość i bezgraniczne oddanie. Kosmyki długich, czarnych niczym skrzydła kruków włosów, kontrastowały z bladą, drobną twarzyczką młodej kobiety, opadając jej luźno na ramiona i plecy.
— Ucałuj ode mnie naszego synka, gdy się zbudzi — powiedział Amar, biorąc tobołek i zarzucając sobie na plecy.
Czarne włosy opadały mu luźno na barki. Silne, sękate dłonie chwyciły długą, ciężką włócznię z brązowym grotem, opartą o ścianę obok drzwi. Spojrzał jeszcze na żonę, obdarzając ją uśmiechem na pożegnanie i wyszedł na zewnątrz.
— Aiya, Core! — Amar pozdrowił mężczyznę stojącego nieopodal unosząc włócznię w salucie.
— Aiya, Amar — wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna zwany Core odwzajemnił pozdrowienie, unosząc lewą dłoń. Stał wsparty na drzewcu swej włóczni wyraźnie oczekując na towarzysza.
— Wciąż nie możesz się nacieszyć żoneczką, co? — uśmiechnął się od ucha do ucha, puszczając porozumiewawczo oko do nadchodzącego przyjaciela.
— Haha! — roześmiał się szczerze jasnowłosy w odpowiedzi. — Ano nie mogę.
— Serce się raduje, widząc, że oboje jesteście szczęśliwi — Core klepnął przyjaciela w ramię. Łapy miał ogromne niczym niedźwiedź i podobnie owłosione.
— Gdzie Hyal? — zapytał Amar, rozglądając się wokół.
— Przyjdzie — odparł Core, dłubiąc paznokciem w zębach z zapałem godnym lepszej sprawy. — Zapewne zaspał, jak zwykle, cholerny leń…
Amar zaśmiał się, opuszczając tobołek na ziemię. Było oczywiste, że będą musieli chwilę zaczekać. Odwrócił się ku Sharilean wciąż stojącej w progu chaty. Ich spojrzenia spotkały się ponownie.
I wtedy to usłyszeli.
— Buuuuuuuuu! — przeciągły, donośny, basowy dźwięk rogu, przeciął ciszę nad doliną, niczym ostrze miecza, podrywając okoliczne ptaki z koron drzew i dachów długich domów. Pełne radości spojrzenie Sharilean stężało w jednej chwili. Dźwięk złowieszczo unosił się nad doliną, wprawiając zdumionych mieszkańców osady w osłupienie. Obaj mężczyźni zacisnęli kurczowo dłonie na drzewcach włóczni i spojrzeli w stronę, skąd dochodził złowróżbny dźwięk.
Kilkanaście osób wyszło z wnętrza chałup, rozglądając się ciekawie i spoglądając pytająco po sobie. Niektórzy mężczyźni, spodziewając się najgorszego, dzierżyli w rękach broń, głównie włócznie o długich grotach w kształcie liścia, wykutych z brązu. Niektórzy trzymali szerokie sierpy, inni topory o ciężkim żeleźcu lub proste siekiery. Zaledwie kilku najbogatszych dzierżyło w rękach miecze. Mężczyźni rozglądali się po sobie zaniepokojonym wzrokiem spodziewając się kłopotów, biegli w stronę palisady otaczającej osadę. Osada była już wcześniej kilkukrotnie atakowana przez hordy dzikich, spragnionych łatwych łupów, żywności czy broni, ale jak dotąd, dzięki niech będą Bogom, nie została splądrowana. Dźwięk rogu rozbrzmiewał złowieszczo, a ci, którzy wspięli się na palisadę pokazywali sobie rękami kierunek skąd dochodził, spodziewając się niezapowiedzianych gości. Kilkanaście kobiet wybiegło z drewnianych chałup na wyłożony deskami chodnik, wijący się między domami, łapiąc bawiące się tam dzieci za rękę i zaciągając je do domów. W osadzie zapanowało niecierpliwe ożywienie w oczekiwaniu na nieznane.
— Co się dzieje? — zapytał Amar. Wraz z ogromnym kompanem i kilkoma innymi mężczyznami, którzy wybiegli z pobliskich domów, szybko wdrapali się najbliższymi schodami na odcinek drewniano-ziemnych wałów otoczonych palisadą, dokładnie naprzeciwko miejsca skąd dochodził złowróżbny dźwięk rogu.
— Nie mam pojęcia — odparł Core. — Ale mam złe przeczucia…
Amar już miał uszczypliwie rzucić, że to żadna nowość, jako że Core zawsze miał złe przeczucia, gdy zupełnie jak na potwierdzenie złowieszczych słów przyjaciela, z pobliskiego lasu, po popołudniowej stronie osady, wyłoniły się sylwetki mężczyzn.
Większość z nich miała na sobie zwierzęce skóry lub skórzane napierśniki, a także okrągłe, drewniane tarcze. Co niektórzy na głowach mieli hełmy wykonane z czaszek zwierząt, lub skórzane czepce, a w dłoniach dzierżyli różnoraką broń, od włóczni, poprzez topory, po brązowe miecze. Wyłonili się z lasu niczym duchy, wychodząc na nagie, łagodne stocze wzgórza, na przedpolach osady, równie niespodziewanie, co milcząco. Na zaciętych twarzach obcych malowała się determinacja i fanatyczne oddanie. Spojrzenia pełne wrogości skierowane były w kierunku osady poniżej.
— Popatrz — rzekł Amar do towarzysza. — Widzisz? Mają jakieś znaki.
Core podążył wzrokiem za ręką przyjaciela. Faktycznie, pośród dzikiej hordy wojów, znajdowali się dziwnie ubrani, w długie, powłóczyste szaty koloru krwi, z zarzuconymi na głowę kapturami, mężczyźni trzymający zatknięte na długich drzewcach symbole rombu wpisanego w koło. Z racji swego ubioru oraz krzykliwego, szkarłatnego koloru swych szat, wyraźnie odróżniali się od reszty hordy. Bystre oczy Amara bez trudu wychwyciły, że ubrani w powłóczyste szaty, dzierżący dziwny, nieznany symbol mężczyźni najwyraźniej śpiewali, kiwając się boki.
— Co to jest, do cholery? — zapytał Amar.
— Kłopoty… — odparł Core spluwając przez drewnianą palisadę.
Nagle spośród wojów wyłaniających się z lasu i szybko otaczających osadę, niczym woda obmywająca kamień, wyłonił się wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna. W odróżnieniu od pozostałych, wyposażonych dość prowizorycznie w to, co najwyraźniej udało im się zdobyć lub zrabować, ten miał na sobie kompletną zbroję wykonaną z brązu — brązowy napierśnik, chroniący tors, brązowe nagolenice chroniące nogi oraz brązowy hełm chroniący głowę. Pancerz mienił się złotem w promieniach słońca, a długa, końska kita w kolorze purpury, zatknięta na szczycie hełmu wojownika, szybko skupiła na nim liczne spojrzenia obrońców osady zgromadzonych na wale obronnym.
Mężczyzna, najprawdopodobniej będący wodzem watahy, wyforsował się przed linię swoich wojsk otaczających osadę, schodząc samotnie kilkadziesiąt stóp w dół łagodnego, wytrzebionego z drzew zbocza. Dziesiątki par oczu obserwowały go z zapartym tchem. Śpiew kapłanów umilkł i przez chwilę panowała kompletna cisza, gdy zakuty w brąz wojownik i obrońcy osady mierzyli się wzrokiem w oczekiwaniu na rozwój wypadków. Dźwięk rogu umilkł, a nieznajomy mężczyzna wydawał się oczekiwać, aż jego wojska otoczą osadę szczelnym kordonem.
Chwilę to trwało.
Nagle wojownik uniósł wysoko prawicę, w której dzierżył długą, ciężką włócznię i krzyknął. Głośno. Drapieżnie. Z całych sił w płucach. Po chwili dołączyli do niego pozostali wojownicy, idąc za przykładem swego wodza. Dziki ryk pełen żądzy krwi, nienawiści i wściekłości rozszedł się nad całą okolicą, niczym potężna fala, uderzając w palisadę, wdzierając się w przerażone serca obrońców niczym ostrze miecza.
— Co to jedni?! — zapytał Amar, starając się przekrzyczeć zgiełk i zaciskając dłonie na drzewcu włóczni tak, że aż zbielały mu kłykcie.
— Nie mam pojęcia — odparł Core. — Pierwszy raz widzę takie znaki.
— Kuzyn ze strony matki — wtrącił niemłody już mężczyzna stojący obok Core dzierżący w swych sękatych dłoniach włócznię — mówił, że na północy kwitnie jakaś nowa wiara, że krzewią ją ogniem i mieczem. Może to oni…
— Szykuj się! — rozległo się niespodziewanie po ich lewej.
Wszyscy spojrzeli w tym kierunku. To był Grabo, starszy osady, doświadczony wojownik i weteran wielu bitew, którego dziad, jak głosiła miejscowa legenda, był jednym z założycieli osady.
— Łucznicy, przygotować się! — Grabo wydawał kolejne komendy, wymachując energicznie mieczem.
— Wy tam, łapać oszczepy! Już, już!
Amar i Core odłożyli ciężkie włócznie, które wzięli, aby zapolować na niedźwiedzia i wraz z innymi mężczyznami, obsadzającymi ten odcinek wału, wyciągnęli po dwa smukłe oszczepy z beczki, ustawionej nieopodal, a których na palisadzie było kilkadziesiąt, przygotowanych właśnie na taką okazję.
Wroga armia wydawała się jednak nie spieszyć. Wściekły ryk wojów oblegających osadę, wzbijał się pod niebiosa, zwiastując zagładę.
Obcy wojownicy poczęli rytmicznie uderzać swą bronią w tarcze, pohukiwać i tupać. Chrzęst broni mieszał się z ich głosami, mrożąc krew w żyłach obrońców. Dało się słyszeć przerażony pisk kobiet i płacz dzieci. Amar kątem oka zauważył, jak dłonie pobliskiego młodzika, stojącego obok niego, liczącego sobie zaledwie piętnaście zim syna garbarza o imieniu Kito, trzęsą się jak w febrze. Amar wyciągnął rękę i poklepał chłopaka po ramieniu, starając się dodać mu nieco otuchy. Chłopak aż podskoczył, niczym wyrwany z transu. Jego duże, zielone oczy, zdradzały paniczny strach, a usta drgały. Kito wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać. Z trudem panował nad sobą.
— Spokojnie Kito — próbował pocieszyć go Amar. — Będzie dobrze. To nie pierwszy raz nas atakują…
Wyszło mu średnio. Chłopak skinął głową i próbował się uśmiechnąć, ale nie wyglądał na przekonanego. W głębi duszy, Amar musiał przyznać, że sam w to nie wierzy. Osada, co prawda obroniła się w przeszłości wielokrotnie, ale napastnicy nigdy nie byli zorganizowani — ot, hordy dzikich, głodnych koczowników, liczących na łatwy łup i niemających nic do stracenia.
Szybki rzut okiem na obcych wystarczał, aby dojść do ponurego wniosku, że w tym przypadku jest inaczej. Instynkt łowcy podpowiadał, że tej walki nie wygrają. Zimne krople potu ściekały mu po plecach, a w żołądku czuł kamień. Pełen obaw, spojrzał w stronę rodzinnej chaty spodziewając się ujrzeć żonę, ale Sharilean już tam nie było.
— Ruszyli! — zawołał Core.
Faktycznie, fala wojowników z dzikim rykiem rzuciła się w dół zbocza, szturmując osadę. Amar zdziwiony obserwował, jak fala odzianych w skóry wojowników zbiegała z łagodnego stoku otaczającego osadę od południa, szybko zbliżając się do palisady. Spojrzał na kompana. Był, co prawda myśliwym, nie weteranem wielu bitew jak Grabo, ale nawet on rozumiał, że bezpośredni szturm na wał obronny i solidną, wysoką na półtora chłopa, obsadzoną bitną i zdeterminowaną załogą palisadę to zwykła głupota.
— Co oni wyra… — nie tyle usłyszał, co odczytał z ruchu warg przyjaciela, jako że wrzask nacierających wojowników zagłuszał wszystko. Najwyraźniej Core doszedł do podobnych wniosków, nie było mu jednak dane dokończyć zdania. Urwał w pół słowa, gdy zza pleców szturmującej hordy wyleciały nagle dwa pociski, najprawdopodobniej wystrzelone z katapult ustawionych gdzieś na polanie w głębi lasu, poza zasięgiem wzroku obrońców. Amar z szeroko otwartymi ustami obserwował tor ich lotu. Ciągnąc za sobą długi, płonący ogon, pociski uniosły się wysoko w niebo, a potem błyskawicznie zaczęły opadać w dół. Jeden z nich poleciał za daleko i eksplodował w środku osady trafiając w jeden z mieszkalnych domów. Budynek w jednej chwili rozleciał się w drzazgi. Połamane, drewniane belki, strzecha, a także wyposażenie domu oraz ciała ludzi, będących w chwili uderzenia pocisku w środku, poleciały we wszystkie strony, uderzając w sąsiadujące budynki i krzątających się tam mieszkańców, dokonując kolejnych zniszczeń. Chmura ognia uniosła się nad osadą, błyskawicznie przeskakując na dachy sąsiednich domów. Drugi z pocisków uderzył w wał i palisadę, robiąc w niej wielką, szeroką na kilku chłopów wyrwę. Zwęglone, zmasakrowane ciała obrońców wyleciały w powietrze, opadając wraz z odłamkami i kawałkami ziemi. Krzyk rannych i umierających mieszał się z dzikim wyciem szturmujących wał obcych wojowników. Amar czuł się jak w transie. Czas jakby zwolnił. Obserwował niczym zahipnotyzowany, ogromny płomień rozwijający swe ogniste skrzydła nad osadą. Do jego uszu, jak przez mgłę, docierał rozpaczliwy krzyk ludzi palonych żywcem. Widział jak Kito, stojący obok, na ten widok zgina się w pół w spazmach i wymiotuje, a broń wypada mu z ręki.
— Wypuść! Wypuść! — głos Grabo przebijał się przez zgiełk bitwy wzywając do boju.
Amar widział jak kilkudziesięciu łuczników napina cięciwy swoich łuków, wykonanych z drewna, zwierzęcych rogów i ścięgien, po czym je zwalnia. Kilkadziesiąt strzał ze świstem przecięło powietrze, wzbijając się wysoko w niebo, aby opaść na szturmujących palisadę z zabójczą skutecznością, powalając kilkunastu mężczyzn.
— Rzucać! Rzucać! — niezmordowany Grabo wydawał kolejne komendy ochrypniętym głosem.
Amar wychylił się nieco przez belki palisady. Wojownicy wroga byli już tak blisko, że widział ich ogorzałe, wykrzywione nienawiścią twarze oraz dziwne, niebieskie tatuaże pokrywające policzki i czoła.
Uniósł swój oszczep i z całej siły miotnął, celując w jednego z nacierających, ubranego w zwierzęce skóry z naszyjnikiem z kości i wielką, skórzaną czapą na głowie. Oszczep przemknął niemal po linii prostej trafiając biegnącego mężczyznę w pierś, przebijając go na wylot i obalając na trawiastą ziemię. Niewiele się namyślając, Amar złapał kolejny oszczep i ponownie rzucił, trafiając następnego wroga, tym razem, w szyję, niemal odrywając głowę od tułowia. Krew trysnęła na boki, zalewając twarz i pierś śmiertelnie rannego. Trafiony mężczyzna upadł na ziemię, umierając bez słowa. Z rozerwanego pociskiem gardła tryskał szkarłatny gejzer krwi. Core również nie próżnował, trafiając oszczepem dwóch innych podbiegających już do palisady wrogów. Nie na wiele się to jednak zdało. Kolejny pocisk wystrzelony z katapulty uderzył w umocnioną bramę, rozbijając ją doszczętnie. Dach, zbudowany z solidnych, drewnianych bali, pokryty skórami zwierząt, oblanymi zimną wodą, aby uniemożliwić podpalenie kluczowej dla życia osady konstrukcji, trafiony masywnym pociskiem, załamał się niczym domek z kart, zgniatając kilkunastoosobową załogę. Duże, dębowe wrota pękły, niczym skorupa jajka. Tłum szturmujących obcych zawył niczym głodna, wilcza wataha i runął w tę stronę, wlewając się do osady niczym wezbrany potok przez kolejną wyrwę.
— Sharilean! Nordi! — przemknęło Amarowi przez głowę.
Złapał swą włócznię, podbiegł do krańca obronnego wału i zeskoczył na dziedziniec, rzucając się biegiem w stronę rodzinnego domu. Biegł wymijając owładniętych paniką mieszkańców, serce biło mu jak szalone, a strach ściskał gardło niczym imadło. Wiedział, że bitwa jest już przegrana, a osada zgubiona. Teraz, liczyło się jedynie ocalenie najbliższych.
Wpadł do domu, niczym błyskawica otwierając drzwi z impetem. Sharilean stała na środku izby, z ich synem na rękach. Cofnęła się przerażona, gdy drzwi rozwarły się na pełną szerokość uderzając z hukiem w drewnianą ścianę.
— Musimy uciekać! — wyrzucił z siebie Amar.
Podszedł do kobiety szybkim krokiem, złapał za rękę i pociągnął ku drzwiom. Wybiegli na zewnątrz.
Osada umierała. Resztki obrońców uwięzione na wale obronnym, atakowane z dwóch stron, boleśnie odgryzały się atakującym hordom, lecz ich los był przesądzony.
Raz za razem, kolejny z obrońców padał pod ciosami miecza, topora lub przebity grotem włóczni, a na jego miejsce wdzierał się z dzikim wyciem odziany w skóry wojownik wroga. Rzeka obcych wlewała się do wnętrza osady poprzez rozbitą bramę oraz zniszczony wał, mordując wszystkich bez wyjątku na swej drodze, kobiety, dzieci, starców czy mężczyzn. Amar gorączkowo rozejrzał się wokół.
Nie było dokąd uciekać. Wszędzie panował chaos. Odgłosy mordowanych, dzikie wycie ogarniętych szałem najeźdźców, szczęk broni, odgłosy walki, płacz kobiet i dzieci oraz rozpaczliwe błagania o pomoc lub litość, mieszały się w jedną całość — piekła na ziemi. Amar czuł, jak dłoń Sharilean rozpaczliwie zaciska się na jego dłoni. Ona także zrozumiała…
— Wracamy do domu! — krzyknął Amar do żony. — Szybko! Spróbujemy się scho… — nie dokończył.
Zza domu wypadł obcy wojownik. Odziany w skórę niedźwiedzia, poplamioną od krwi, z brązowym toporem w okrwawionej dłoni uniesionym wysoko do ciosu i twarzą wykrzywioną szałem, rzucił się na nich bez chwili wahania, wydając dzikie wycie, niczym wściekłe zwierzę. Amar nie zwlekał. Błyskawicznie uniósł włócznię kierując jej liściasty grot prosto w tors atakującego. Ostrze gładko przebiło ciało i wyszło plecami. Dziki zadrgał niczym ryba nabita na harpun. Głos załamał się, zachrapał. Krew chlusnęła z ust. Amar wyszarpnął włócznię z impetem, a ciało zabitego osunęło się na drewniany chodnik przed domem, barwiąc go szkarłatem.
— Szybko, do środka! — krzyknął Amar.
Nie zdążyli. W ślad za pokonanym wojownikiem wypadła pulchna kobieta w podartej, osmalonej koszuli, z krzykiem omijając Amara oraz Sharilean. Musiała już wcześniej uciekać jedną z bocznych uliczek osady, a w ślad za nią wybiegło trzech kolejnych, obcych wojowników. Jeden z napastników dzierżył brązową siekierę, drugi potężną, okutą brązem maczugę, a trzeci włócznię oraz małą, okrągłą tarczę z wymalowanym na niej symbolem rombu i koła. Z dzikim wyciem rzucili się na napotkaną parę, nie dając czasu do namysłu. Amar zbił drzewcem włóczni cios siekierą, ale nie zdążył zasłonić się przed grotem włóczni, który z paskudnym mlaśnięciem przebił mu udo. Mężczyzna zawył i opadł na kolano.
— Nie! — wrzasnęła Sharilean, gdy obcy wyszarpnął okrwawiony grot.
Chlusnęła krew.
Amar upadł, ale wspierając się na drzewcu włóczni próbował się podnieść. Nie zdołał. Cios maczugą w głowę rozciągnął go na ziemi i pozbawił przytomności.
— Brać ich! — rozkazał wojownik z włócznią. — Dzieciaka też. Kapłani się ucieszą.
— Nieeee! — krzyczała Sharilean, gdy jeden z mężczyzn podszedł do niej i złapał za rękę, próbując wyrwać jej z objęć niemowlę.
Szarpali się przez chwilę. W końcu, olbrzymi wojownik w okrwawionym, skórzanym kaftanie stracił cierpliwość i uderzył ją pięścią w głowę, wyrywając jej dziecko.
Ogarnęła ją ciemność.
Sharilean otworzyła oczy i krzyknęła. Przeraźliwie. Ból, jaki poczuła, a który przywrócił ją do przytomności, był jak nic, co czuła kiedykolwiek wcześniej. Jej ręce, oraz nogi eksplodowały cierpieniem. Zatrzepotała powiekami, próbując odzyskać jasność widzenia i spojrzała. Leżała rozciągnięta na drewnianej, nieheblowanej belce, z rękoma szeroko rozłożonymi na drugiej — krótszej i poprzecznej. Wielki brązowy gwóźdź sterczał jej z lewej ręki, wbity w ciało i drewno na wysokości nadgarstka. Kałuża krwi wokół przebitej ręki szybko rosła.
— Nieee! — wrzasnęła, gdy jej umysł zrozumiał. — Nie!!!
Łup! Łup! Łup! Tępy dźwięk wbijania kolejnych gwoździ dobiegł do jej uszu, mieszając się z jej rozpaczliwym, pełnym cierpienia krzykiem, gdy dwóch okutanych w zwierzęce skóry mężczyzn dokończyło pracę, po czym przy pomocy haków, unieśli krzyż i opuścili do wykopanej w ziemi dziury.
Sharilean krzyczała. Głośno. Rozpaczliwie. Jej szeroko otwarte, niebieskie oczy zaszły krwią. Z trudem łapała powietrze, niczym ryba wyciągnięta na brzeg. Krew z ran na rękach i nogach, płynęła strumieniem, a ogromne łzy, ściekały na pierś.
— Nordi… Nordi! Moje… dziecko! Gdzie jest…
Straszna myśl pojawiła się w głowie, ściskając gardło. Poczuła lodowate mrowienie na plecach.
Spojrzała na boki, z trudem przekręcając głowę. Każdy, nawet minimalny ruch potęgował cierpienie. Obok niej, wzdłuż ścieżki, prowadzącej do osady, ustawiono dziesiątki krzyży, do których przybito tych z mieszkańców osady, którzy nie zginęli od razu, gdy dzika horda wdarła się do środka. Owi szczęśliwcy, teraz zapewne przeklinali swój los, gdy ich rozpaczliwe krzyki, oraz płacz mieszał się z metalicznym dźwiękiem wbijanych gwoździ i wzbijał się pod niebiosa. Wokół krzyżowanych uwijali się żołdacy zwycięskiej armii, a wszystkiemu przyglądała się spokojnie grupka mężczyzn w szkarłatnych szatach ze znakami rombów wpisanych w koło, oraz potężny, obleczony w noszącą ślady krwi zbroję z brązu wojownik.
— Gdzie! Gdzie… moje… moje dziecko?! — resztą sił krzyknęła Sharilean, próbując zwrócić na siebie uwagę dziwnych mężczyzn.
W głębi duszy wiedziała, czuła, że Amar nie żyje, ale nie mogła zaakceptować tego samego dla ich syna. Serce waliło w piersi niczym młot.
Jeden z dziwnych zakapturzonych mężczyzn, niski, wyraźnie starszy od reszty, w szkarłatnym habicie i szerokim kapturze zarzuconym na jajowatą głowę, uniósł wzrok i przez chwilę ich spojrzenia skrzyżowały się. Wspierając się na kosturze, z dużą, okrągłą głowicą odlaną z brązu, podszedł wolnym krokiem do cierpiącej kobiety. Uniósł starczą, przyprószoną siwizną głowę i zwrócił się do kobiety.
— Twoje cierpienie oczyści twą duszę, dziecko — powiedział.
Głos miał mocny, stanowczy, a jego szare, starcze oczy wpatrywały się w ukrzyżowaną bez cienia współczucia, czy żalu.
— To jedyny sposób, aby twa dusza dostąpiła zbawienia — dokończył kiwając głową, jakby oznajmiał oczywistą dla wszystkich prawdę.
— Moje dziecko! — wyrzuciła z siebie ostatkiem siły Sharilean. — Gdzie jest mój syn?!
— Jesteście czcicielami Matr’loch! — zagotował się staruszek, a jego szare oczy zalśniły gniewem. — Dzikusami! Czcicielami przeklętego Yg’Sotha! Wszyscy musicie zginąć! Przepaść! Zniknąć! Świat musi zostać oczyszczony z plugastwa, którym jesteście!
Ciało staruszka trzęsło się jak w febrze, a dłoń, kurczowo zaciśniętą na drewnianym kosturze, potrząsała nim z taką energią, iż mało brakowało, a dziadyga by upadł. Podtrzymał go wielki wojownik zakuty w brąz, który widząc napad furii starego kapłana podbiegł na tyle szybko, by go złapać swym mocarnym ramieniem i podtrzymać.
— Oddajcie moje dziecko! — wyrzuciła z siebie resztkami sił Sharilean, wypluwając krew.
Rozpacz rozrywała jej serce, przyprawiając niemal o szaleństwo. Strach ściskał gardło niczym imadło. Krew z przebitych kończyn ciekła po belkach. Zaczynało brakować jej tchu. Kaszlnęła wypluwając krwawą pianę.
— Twoje dziecko, ten pomiot demona, przeklęta suko, jest tam! — krzyknął starzec, obwisły z wysiłku na ramieniu wojownika, wskazując ręką pobliską chatę. Oczy starca miotały błyskawice. Nienawiść, która go wypełniała, była porażająca.
Sharilean podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku. Serce jej zamarło. Czas, jakby się zatrzymał.
Mała, drewniana chata, stojąca nieopodal, była na co dzień czymś w rodzaju przydrożnej kapliczki, w której wyruszający na szlak mieszkańcy osady mogli złożyć Starym Bogom skromną daninę, prosząc o ich ochronę i bezpieczny powrót. W środku, oprócz małych, wydłubanych przez snycerza w drewnie i ustawionych na drewnianej półce posążków Matr’loch, tak, jak wyobrażał sobie swych boskich opiekunów jej lud, nie było nic więcej. Fala lodowatej grozy zalała Sharilean, gdy jej umysł pojął, że ze środka niewielkiej chaty, dobiega coraz głośniejszy płacz dzieci i kwilenie niemowląt.
— Nie!!! — krzyknęła z całych sił. — Nieeee!!!
— Oto nadchodzi nowe! Oto nadchodzi nowa Wiara! Nowy, doskonały świat! — wydzierał się staruszek, ledwo stojąc na nogach.
— Wypalimy ogniem całe plugastwo tego padołu! Czterech nad światem i nic ponad to! — wrzeszczał dziadek wznosząc ręce ku niebiosom, a jego szeroko rozwarte oczy tryskały fanatycznym szaleństwem.
— Nieee!!! — krzyczała Sharilean obserwując bezradnie, jak kilku obcych wojów rzuca na chatę ciemne, gliniane garnce pełne jakiejś czarnej, gęstej substancji, jak pękają one z brzdękiem rozbijając się o belki ścian i kryty strzechą dach, jak oleista ciecz nieśpiesznie rozpływa się, by wreszcie zapłonąć potężnym, mocnym płomieniem, gdy jeden z obcych rzucił zapaloną pochodnię. Dom stanął w ogniu w jednej chwili, a płacz uwięzionych w środku dzieci szybko przeszedł w rozpaczliwy pisk, pełen cierpienia i bólu.
— Nieeeeee!!! — krzyczała Sharilean każdą komórką swojego ciała.
Dołączyli do niej inni, ukrzyżowani widząc tragedię swych dzieci. Rozpaczliwy krzyk i płacz wzbijał się pod niebiosa. Krew z przebitych nadgarstków ściekała kobiecie po rękach, zbiegając się pod pachami, a z przebitych nóg, kapała na pionową belkę krzyża, ściekając na ziemię, tworząc szkarłatną kałużę posoki.
— Moje dziecko! Mój syn! Nie! Nie! — krzyk w jej głowie niemal rozsadzał jej umysł.
— Nieeeeeeee!!!
— Sharilean… — nieznany szept w jej umyśle, był niczym muśnięcie wiatru, delikatny, krótki, niespodziewany.
Zamrugała zaskoczona, potrząsając głową. Ból był nie do zniesienia. Zignorowała głos sądząc, że traci rozum.
— Aaaaa! — zapłakała, a łzy mieszając się z krwią kapały jej na lnianą koszulę — mój… mały… Nordi … Nie!!!
— Sharilean… — ponowny szept.
— C… co? — zapytała w myślach. — Tracę rozum…
— Nie, Sharilean… — odparł szept w jej głowie — nie tracisz, córko. Wysłuchaj mnie…
Sharilean nie miała już siły krzyczeć. Nie miała już siły płakać. Nie miała siły myśleć. Rozpacz i ból były nie do zniesienia. Straciła wszystko, co kochała. Wszystko, po co żyła. Kątem oka widziała płonącą, rozlatującą się chatę, w której płonęły żywcem uwięzione dzieci. Ich krzyk po chwili zaczął słabnąć, aż w końcu ucichł zupełnie. Płomienie wzbijały się pod niebiosa, a swąd palonego, ludzkiego ciała, wdzierający się w nozdrza, był obezwładniający. Kilku wojowników, obserwujących makabryczne wydarzenie z bezpiecznego dystansu, zwymiotowało.
— Dołącz do mnie, Sharilean, córo Atanara. Oddaj się mnie, zostań narzędziem mojej zemsty…
— C… co? — głowa kobiety opadła na ramię. Nie była pewna, czy wciąż żyje, zawieszona między jawą, a śmiercią.
— Razem pomścimy twych bliskich… — szept w jej głowie był coraz silniejszy, słowa coraz bardziej kuszące. Oplatały ją niczym ramiona kochanka, dając wytchnienie, kojąc ból.
— Razem, pomścimy Nordiego…
— Kim… jesteś? Czym… jesteś? — Wysiliła się na pytanie. Coraz trudniej zbierała myśli.
— Wiesz, kim jestem… — odparł głos.
Poczuła strach. Lodowaty. Obezwładniający. Pierwotny. Otworzyła szeroko oczy. Unoszący się przed nią cień, niczym utkany z mroku, zdawał się pochłaniać całe światło, zasysać je do środka. Długie ciemne, fioletowe macki wychodzące z wnętrza cienia zdawały się sięgać ku niej, tańczyć wokół umierającej kobiety, muskać jej twarz, jakby chciały otrzeć jej łzy.
— Dołącz do mnie, Sharilean, dziecko Ilunari. Stań się moim ramieniem! Moją pięścią! — Szept przerodził się w donośny, zdecydowany głos, a słowa wręcz drgały od nagromadzonej mocy. Powietrze wokół cienia falowało, choć nie była pewna, czy to jawa, czy sen. Sądząc po obojętności ludzi w pobliżu krzyża, najwyraźniej była jedyną, która to widziała.
— Poddaj się mojej woli, dziecko, a gdy przyjdzie czas, nagrodzę cię… — głos zrobił pauzę, ucichł.
Sharilean westchnęła w oczekiwaniu. Ból był nie do zniesienia. Jej dusza krwawiła.
— Ukojeniem… — nieznany głos dokończył.
Sharilean zamknęła oczy. Wielka łza pociekła jej po bladym, zakrwawionym policzku. Oczami duszy widziała małą, okrągłą, bladą twarzyczkę Nordi, uśmiechające się do niej, duże, okrągłe oczy, niebieskie niczym tafla jeziora, czuła ciepło jego małego ciałka, wtulającego się w jej ramiona… Zrozumiała, że nigdy więcej tego nie doświadczy. Że zabrano jej wszystko, co kochała, wyrwano przemocą z jej życia, spalono żywcem.
Płomień nienawiści zapłonął w jej duszy. Żar żądzy zemsty rozszedł się po całym jej ciele, wypełniając ją całą.
— Tak… — odpowiedziała cicho, ledwo poruszając ustami.
Potężny ryk, pełen radości, a także wściekłości, gniewu oraz żądzy zemsty rozbrzmiał w jej umyśle, gdy fioletowe macki mrocznej mocy wbiły się w jej ciało, które zadrgało spazmatycznie, niczym ryba nabita na harpun, a ziemia wokół krzyża zadrżała.
Otworzyła oczy. Jeszcze niedawno błękitne niczym morska toń, teraz były ciemne i całkowicie fioletowe, niczym kwitnące wrzosy.
I zwiastowały koniec świata.
Rozdział 1
— Wydają się chętni do walki — stwierdził z zadowoleniem Ludwik, siódmy tego imienia, władca Królestwa Burgand, wskazując ręką nadciągające szeregi wojsk cesarskich, wychodzące właśnie na równinę przed miastem Vollstadt.
— Tak, Wasza Królewska Mość — przytaknął generał Armand de Talley, szef sztabu armii Króla Niezapominajki.
Wraz z resztą sztabu stał wokół monarchy na tyłach potężnej Armii Wschód Królestwa Burgand, rozłożonej na szerokiej równinie, rozciętej wstęgą rzeki Miur na południu i rozległym lasem na północnej oraz północno-wschodniej stronie. Sztab królewski zgromadził się wokół niebiesko-białego namiotu króla Ludwika, wzniesionego za linią trzech dziesiątek królewskich dział, w ogromnym cieniu miasta, które po zdobyciu głównodowodzący armią, doświadczony generał Armand, rozkazał obsadzić wierną załogą. Z murów stolicy Westmarchii mierzyły teraz na przedpole miasta, lufy zdobycznych, cesarskich dział, wzmacniając dodatkowo i tak już sporą siłę armii króla Niezapominajki. Położenie wojsk burgandzkich wydawało się zatem względnie bezpieczne. Pozycje zostały umocnione, zapasy zapewnione, a atak z flanki wydawał się raczej mało możliwy, jako że rwąca rzeka na prawej oraz las na lewej flance wojsk Ludwika wydawały się przekreślać jakiekolwiek nadzieje na skuteczny szturm, a mimo to, generał Armand czuł dziwny niepokój. Spoglądał nerwowo na pancerne szeregi cesarskich legionów, maszerujące równym, rytmicznym krokiem i powiewające na wietrze chorągwie z ogromnym, złotym orłem w polu czarnym i czuł… strach? Nie, raczej pełen obaw szacunek do przeciwnika, którego reputacja była powszechnie znana i ugruntowana.
— Spokojnie, generale! — Król Ludwik poklepał szefa sztabu po policzku, niczym niesforne dziecko. — Mamy silną pozycję, nasze tyły są zabezpieczone, nie grozi nam atak z flanki, zatem, skąd ta kwaśna mina?
— Tak, eee…, to prawda, Wasza Królewska Mość — odparł Armand, choć minę faktycznie miał dość nietęgą. Przestąpił nerwowo z nogi na nogę i wziął głęboki oddech, biorąc się w garść.
— Chodzi o to, że… — zaczął, ale pod wpływem palącego wzroku monarchy zamilkł w pół słowa.
— Tak! Wiem! Wiem! — Ludwik spiorunował generała wymownym spojrzeniem swych owianą sławą, niebieskich oczu — obawiasz się, że tam, gdzieś między nimi jest ten… ten… Nuralon? Ten odmieniec? Tak? Ten rzekomy syn Ere’tara?
Monarcha, dotychczas uważający siebie samego za najdoskonalszą żywą istotę na kontynencie nie potrafił powstrzymać jawnej niechęci, jaką wzbudzał w nim ktoś, kto będąc potomkiem boskiej istoty zdecydowanie przebijał jego osobę pod każdym względem.
— Tak, Wasza Miłość — odparł niepewnie Armand, znający doskonale stosunek władcy do nowego Cesarza. — Nie ukrywam, że osoba potomka Ere’tara, jak wieść niesie, obdarzonego częścią jego mocy, wzbudza moje uzasadnione, jak mniemam, obawy…
— Mamy dwadzieścia tysięcy regularnego, doskonale wyposażonego wojska! Kilka tysięcy strzelców i odwody nieregularnej piechoty! Kilkadziesiąt dział! A tam… tam są tylko dwa legiony! Dwa! Reszta to dzikusy i zbieranina, a nie regularna armia! — Przerwał mu król Ludwik podniesionym głosem. Jak większość władców, uważał się nie tylko za genialnego stratega i taktyka, ale przede wszystkim nienawidził, gdy ktoś ośmielał się mu sprzeciwiać.
— Tak, Wasza Miłość…
— No, więc? Dość o tym! — wykrzyczał rozkaz Ludwik, cały rumiany już na upudrowanej twarzy.
— Jak rozkażesz — odparł szef sztabu, kłaniając się z szacunkiem — jakie rozkazy, Wasza Królewska Mość?
Zapanowała cisza.
Król Ludwik wziął głęboki oddech i pokiwał głową na boki, w geście nagany. Zagryzł wargi, odwrócił się ku swej armii, zastygłej w oczekiwaniu i spojrzał na równinę, która wypełniała się zwartymi czworobokami nadchodzących kohort cesarskiej piechoty. Zbliżało się południe. Promienie słońca przebijały się przez chmury wiszące nad równiną, niczym palce boga, oświetlając upudrowaną twarz monarchy.
— Wasza Miłość! Czy to aby nie dzikusy z południa w centrum wrogich szeregów? — Niewieści, śpiewny głos królewskiego oblubieńca, Emmanuela de Ortois, stojącego jak zawsze po prawicy monarchy, natychmiast zwrócił uwagę Ludwika.
Królewski wzrok podążył za szczupłym ramieniem modnie odzianego, wymuskanego szlachcica, gdy ten stanął blisko władcy i uśmiechnął się szelmowsko.
— Czy to nie, aby te dzikusy z południa, którym Wasza Miłość zgodził się przemycać broń, aby pogrążyć Carla VI? — kuł żelazo póki gorące królewski faworyt, jak zawsze korzystający z każdej okazji, aby zyskać w oczach Ludwika.
— Faktycznie… — pokiwał z uznaniem monarcha posyłając oczko Emmanuelowi — zaiste, ten idiota, twój boski synalek — tu król Ludwik obdarzył wyjątkowo zjadliwym spojrzeniem swego szefa sztabu — postawił w centrum swych wojsk tych obdartych, kozich synów!
— Zapewne nie miał wyjścia, Wasza Miłość — do rozmowy włączył się generał Alois de Gueardad, stojący po lewej ręce monarchy, od dłuższego czasu przyglądający się w milczeniu nadciągającemu wrogowi. — Znam ja tych górali dobrze. Miałem z nimi do czynienia podczas mojej służby jako gubernator Montcoll. Dowodzić nimi w boju jest niemal niemożliwością. Nikogo nie słuchają, a każdy z wodzów ciągnie w swoją stronę, byleby wzmocnić swą własną pozycję. Zero dyscypliny, zero karności. Zapewne ten ich wódz, ten Naurlar… Nur, no, ten… cesarz… — Alois nie mogąc sobie poradzić z egzotycznym imieniem wybrnął wybierając tytuł i przeszedł do sedna — nie miał wyjścia i musiał ich umieścić na tej, jak oni sami uważają, honorowej pozycji, inaczej mogliby się obrazić, zbuntować i opuścić armię, a nawet zwrócić przeciwko niemu…
— Pff! — parsknął Ludwik, biorąc się pod boki. — No proszę! Masz ci tego wielkiego potomka Ere’tara, mości Armand! Taki z niego boski władca, a rządzą nim brudne obdartusy i kozie syny z Piciwólki Dolnej, ha, ha, ha!
Oficerowie i szlachta w otoczeniu monarchy zgodnie gruchnęli śmiechem idąc w ślady monarchy. Szef sztabu zacisnął nerwowo szczęki, ale się nie odezwał.
— Zwycięstwo już jest twoje, mój królu! — Emmanuel przybliżył się do monarchy ocierając się o niego bokiem i obdarzył go jednym ze swoich gorących spojrzeń, trzepocząc długimi niczym u kobiety rzęsami, których zresztą jawnie zazdrościła mu połowa królewskiego dworu.
Król Ludwik rozpromienił się, obrócił na pięcie, wziął pod boki i tupnął, niczym chłopiec, który nie może doczekać się nowej zabawki.
Najwyraźniej podjął decyzję.
— Rozkazuję atak! — powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu, przyjmując swą standardową władczą pozę, unosząc nieco głowę, tak, że długi, kartoflowaty nos celował prosto w niebo.
Członkowie sztabu znieruchomieli. Śmiech kolorowo odzianej szlachty, zawsze i wszędzie podążającej za królem niczym kurczęta za kokoszką, umilkł w jednej chwili. Co niektórzy pospuszczali głowy i poczęli przypatrywać się uważnie swym stopom. Generał Alois przełknął nerwowo ślinę i spojrzał pełnym nadziei wzrokiem na szefa sztabu, który stał z szeroko otwartymi ustami nie mogąc wykrztusić słowa.
— Czy wasz władca nie wyraził się dość jasno? — zapytał królewski oblubieniec zjadliwym, pełnym pogardy głosem, podobnie jak jego patron zadzierając swój szpiczasty nosek.
Armand de Talley oprzytomniał w jednej chwili. Zamknął usta i zgrzytnął zębami, obdarzając zniewieściałego przydupasa pogardliwym spojrzeniem swych stalowych oczu. Wielkie jak bochen chleba dłonie starego żołnierza zacisnęły się w pięści, aż strzeliły kości palców. Królewski faworyt, widząc reakcję potężnego mężczyzny, spuścił wzrok i cofnął się nieco, stając za plecami monarchy.
— No, co jest? — zapytał Ludwik wachlując się modnym ostatnimi czasy na królewskim dworze, sprowadzanym ze wschodu, papierowym wachlarzem. — Nie słyszeliście? Atakować. Już! Już!
— Wasza… Miłość… — odezwał się w końcu szef sztabu, skupiając na sobie wzrok wszystkich wokół.
Chrząknął, zbierając odpowiednie słowa.
— Ekhm… jak sam, w swojej mądrości raczyłeś wcześniej zauważyć, mamy tu silną, pewną pozycję, żołnierze umocnili swe pozycje, ustawiliśmy artylerię, mamy zabezpieczone flanki oraz tyły, zaopatrzone i obsadzone naszą załogą miasto o wysokich murach, w razie… czego, zatem…
— Zatem co, Armand? — król Ludwik spąsowiał jeszcze bardziej na twarzy.
Nienawidził, gdy ktoś mu się sprzeciwiał. Policzki zrobiły się czerwone niczym wino, którym zresztą zwykł raczyć się nad wyraz często.
— Zatem… ekhm! — chrząknął ponownie szef sztabu czując na sobie palący wzrok monarchy. — Zatem… po co to zmieniać Wasza Miłość? Niech to oni atakują nas — dokończył rozglądając się wokół w poszukiwaniu poparcia. Niestety, na darmo.
Wszyscy unikali jego wzroku. Wiedzieli doskonale, że nawet najmniejszy kontakt z generałem, mógł zostać odebrany przez Ludwika, jako sprzeciw wobec władcy.
Ludwik, siódmy tego imienia, milczał. Jego wzrok zdawał się wręcz przewiercać szefa sztabu na wylot, a wachlarz energicznie drgał w jego pulchnej, bladej dłoni idąc w takt z prawą stopą, uderzającą rytmicznie o trawiastą ziemię.
— Atakować — wyrzucił w końcu monarcha z jawną pogardą w głosie. — A jeśli nie jesteś w stanie spełnić mojego rozkazu, generale Armand, to znajdę za ciebie zastępcę…
Głowy Królewskich Gwardzistów, otaczających namiot monarchy oraz cały sztab, naradzający się w jego cieniu zwróciły się w stronę Ludwika oczekując na najmniejszy ledwie gest z jego strony. Gwardziści nie byli od myślenia, a jedynie od ochrony osoby monarchy i jego rodziny oraz usuwania jego wrogów. Wszystkich…
Armand de Talley wiedział o tym. Nie był głupcem. Skinął głową i skłonił się z szacunkiem.
— Jak rozkażesz, Najjaśniejszy Panie — powiedział.
Po czym wyprostował się, odwrócił i krzyknął do swych oficerów.
— Atakować!
Rozkaz przekazano błyskawicznie. Armia Królestwa Burgand ruszyła.
Naur’laron leżał w trawie, ukryty wśród gęstych krzewów na skraju lasu, na północny-wschód od Vollstadt i obserwował jak armia króla Niezapominajki rusza do ataku, opuszczając umocnione pozycje na przedpolach miasta. Uśmiechnął się.
— Król Ludwik połknął przynętę — powiedział do mężczyzny, podobnie jak on skrytego w chaszczach po swej prawej stronie.
— Aye — Dorgo odwzajemnił uśmiech.
Szybko jednak spochmurniał. Skinął głową na pancerne regimenty piechoty wroga — wielu z naszych braci przypłaci to życiem…
— Aye… — Naur’laron pokiwał głową.
Posmutniał — nie było innej drogi…
— To wielki zaszczyt dla każdego syna Plemion stanąć twarzą w twarz z naszymi wrogami i zginąć za ciebie z mieczem w dłoni, Yon’ta — podsumował wódz plemienia Soron, nie dając mu dokończyć.
— Ich poświęcenie nie zostanie zapomniane — oczy syna Ere’tara zapłonęły złotym płomieniem — dzięki nim, odniesiemy zwycięstwo.
— Chwała bohaterom — wyszeptał Dorgo, unosząc prawicę z zaciśniętą pięścią ku sercu.
— Chwała wojownikom — Naur’laron powtórzył gest przyjaciela.
Kilkunastu wojowników w pobliżu, towarzyszących wodzom w zwiadzie poszło za ich przykładem uderzając się pięścią w pierś.
Huknęło. Potężnie. Wszyscy, jak jeden mąż spojrzeli w stronę miasta. Z murów Vollstadt odezwały się działa artylerii miejskiej, obsadzone przez załogę okupujących stolicę Westmarchii Burgandczyków. Kłęby gęstego, białego dymu pokryły mury.
— Zaczęli — powiedział Dorgo.
Jakby na potwierdzenie jego słów, zza pleców maszerujących oddziałów króla Ludwika, na prawo od skrytych w gęstej trawie górali, odezwały się także działa artylerii regimentów Burgand, okopane na przedpolach miasta. Żeliwne kule, odlane w słynących w świecie burgandzkich ludwisarniach, przecięły ze świstem powietrze i poleciały nad głowami maszerujących pułków Burgand rażąc z dość mizernym skutkiem kohorty cesarskich legionów, które zgodnie z planem Naur’larona, stanęły w miejscu na widok ruchu przeciwnika.
— Mam nadzieję, że młody Ertho oraz pozostali wodzowie, zrozumieli rozkaz, albo będzie to najkrótsza bitwa w historii… — powiedział Naur’laron nerwowo zagryzając wargi i mierząc wymownym wzrokiem wodza Orłów.
— Zrozumieli, Yon’ta — pocieszył wodza Dorgo. — Ertho jest młody, ale nie głupi, a jego żądza wykazania się jest ogromna.
— Mam nadzieję… — westchnął ciężko świeżo obrany cesarz kierując spojrzenie swych gorejących złotem oczu w centrum swych zastygłych na szerokiej równinie wojsk.
— Słuchaj, Yon’ta… — wtrącił Dorgo nieśmiało — może byś tak, po prostu… no wiesz, użył swej mocy i sami by się powybijali, co?
— Haha! — roześmiał się Naur’laron szczerze rozbawiony. Nie był to pierwszy raz, gdy słyszał podobną prośbę. — Niestety, za dużo ich, przyjacielu. Taka próba zapewne by mnie zabiła.
— Zawsze warto zapytać — uśmiechnął się wódz Orłów.
Ertho, młody, zaledwie dwudziestokilkuletni wódz plemienia Racca, czyli Górskich Wilków, stał w ostatnim rzędzie w centrum linii wojsk cesarskich, otoczony przez wojowników swego plemienia oraz wszystkich innych plemion, które podążyły na północ. Długie, rozpuszczone włosy koloru zboża spływały mu luźno na ramiona powiewając na wietrze, gdy podsadzony przez dwóch wojowników plemienia Orłów, wpatrywał się w nadciągające szeregi zakutych w stal Burgandczyków. W zaciśniętej kurczowo prawicy trzymał róg, który miał posłużyć mu do pokierowania centrum linii wojsk Yon’ta i w tej chwili, był to najważniejszy przedmiot, jaki przyszło mu dotąd trzymać w ręku. Nie była to pierwsza bitwa dla Ertho, ale mimo to, robił, co mógł, aby nie pokazywać swego zdenerwowania. Był świadomy odpowiedzialności, ale też i zaszczytu, jaki go spotkał, gdy Yon’ta powierzył mu zadanie dowodzenia wojownikami plemion Gór Krwawych w centrum linii swej armii, która miała do wykonania wyjątkowo trudne i niebezpieczne zadanie. Co niektórzy złośliwcy, śmiali się, że owo zaszczytne, lub jak kto woli, samobójcze zadanie, młody Ertho otrzymał nie tyle za odwagę czy zalety umysłu, tylko dlatego, że Naur’laron nie chciał tracić bardziej doświadczonych ze swych dowódców, ale wódz Racca miał to gdzieś. Liczyło się tylko to, że to on tu był i na bogów, zrobi, co może, aby nie zawieść!
Rozejrzał się. Twarze jego Wilków wyrażały determinację i wolę walki. Wszyscy jak jeden mąż wpatrywali się w ciemną linię wrogich wojsk zbliżających się z każdym oddechem.
Huknęło.
Coś ze świstem przecięło powietrze nad głowami górali i spadło daleko za linią cesarskich szeregów w pobliżu pozycji artylerii, wzbudzając deszcz odłamków, ziemi i kamieni.
— Utrzymać pozycję! — krzyknął do swych współplemieńców Ertho, zeskakując na ziemię, unosząc wysoko ramię z rogiem.
Ponownie huknęło. Kilkanaście pocisków przecięło powietrze, ale tym razem kilka trafiło. Najwyraźniej artylerzyści wroga, zaskoczeni niespodziewanym rozkazem króla Ludwika o ataku, wstrzeliwali się w cel. Żeliwne kule przeleciały nisko nad głowami pierwszych szeregów plemiennej piechoty uderzając z impetem w wojowników. Efekt był niszczycielski. Kilkanaście zmasakrowanych ciał trafionych żołnierzy wyleciało w górę, niczym pluszowe zabawki. Trysnęła krew. Ertho wytarł policzek od posoki, która zalała mu twarz, gdy jedna z kul przeleciała nad pierwszymi liniami piechoty i uderzyła nieopodal rozrywając jednego z jego podkomendnych na strzępy, a dwóch innych pozbawiając kończyn. Nieludzkie wycie śmiertelnie rannych i umierających rozeszło się wokół.
— Wytrzymać! — krzyknął Ertho ponownie wymachując rogiem. — Szykuj broń! Szykuuuj!
Uniósł róg i zadął. Raz. Długo.
Pozwolił, aby dźwięk rogu unosił się nad piechotą, dając umówiony wcześniej sygnał.
Nieliczni z wojowników, którzy posiadali muszkiety, zwłaszcza ci, znajdujący się w pierwszych liniach formacji, zdjęli je z ramion i wycelowali w nadciągającego przeciwnika. Ertho wiedział, że pod tym względem górale nie mogą się równać z cesarskim legionem, zdecydowanie lepiej wyposażonym i miał nadzieję, że legioniści, zajmujący flanki cesarskiej armii, również nie próżnują.
Generał Alfgeir, dowodzący Dwudziestym Legionem, znajdującym się na lewej flance skleconych pośpiesznie na odsiecz Westmarchii cesarskich wojsk, z niepokojem przypatrywał się rozwojowi sytuacji z wysokości siodła swego wielkiego, karego rumaka, stojąc na małym wzniesieniu, na lewej flance swego legionu, za linią dział. Ogorzała, pocięta licznymi bliznami twarz starego żołnierza zwrócona była w stronę nadciągających szeregów burgandzkiej piechoty, jedna dłoń zaciśnięta na uździe, a druga na rękojeści miecza. Wilcza skóra narzucona na płytową zbroję nadawała Alfgeirowi dzikiego wyglądu, zbliżając go do plemiennych wojowników, którzy zajmowali właśnie myśli generała. Jako doświadczony dowódca doskonale rozumiał plan bitwy, utkany przez nowo koronowanego cesarza i choć w obecnej sytuacji mógł zaiste okazać się skuteczny, to był też jednocześnie piekielnie ryzykowny. Nie przypominał sobie, aby jakikolwiek dowódca już wcześniej próbował tego, co właśnie realizował cesarz Naur’laron, pierwszy tego imienia.
Jak każdy cesarski oficer, Alfgeir miał raczej niskie mniemanie o dyscyplinie dzikich, nieokiełznanych wojowników plemion południa, których nowy monarcha, o zgrozo, ustawił w centrum i tak dość skąpych, cesarskich linii, powierzając im kluczowe zadanie w bitwie. Wolał nie myśleć, co będzie się działo, jeśli ta linia pęknie i zakute w stal, regularne wojska króla Ludwika wbiją się niczym klin pomiędzy dwa cesarskie legiony masakrując górali, docierając do dział i wychodząc na tyły cesarskiej armii…
Cóż, nic nie mógł już zrobić. Nowy władca o gorejących złotem oczach swego, jak wieść niesie, boskiego ojca i małżonek jedynej ocalałej córki cesarza Carla VI, któremu Alfgeir ślubował wierność, zadecydował. Kości zostały rzucone. Zatem, albo będzie to największe zwycięstwo w historii Cesarstwa, albo największa i zapewne ostatnia jego klęska, jako że w razie porażki droga do stolicy będzie otwarta, a najbliższy cesarski legion znajdował się setki mil na wschód i w żaden sposób nie mógł zapobiec zdobyciu Groeteburga przez zwycięską armię Burgand.
— Ognia! — powiedział, zwracając się do oficerów swego sztabu, widząc, że wróg wszedł w zasięg legionowej artylerii.
— Ognia! Ognia! — rozkaz został powtórzony i przekazany do załóg legionowych bazyliszków.
Dwadzieścia dział, które po epickim starciu pod stolicą dwie dekady wcześniej, na skutek reform nieżyjącego już cesarza Carla VI zastąpiły balisty i działa organowe, będące ówcześnie na wyposażeniu cesarskich legionów, teraz ustawionych nieco ponad milę od Vollstadt otworzyło ogień.
Żeliwne pociski pomknęły ku zbliżającej się piechocie Burgand, a chmura gryzącego, białego dymu zasnuła równinę, zasłaniając legionowe działa i ich uwijające się jak w ukropie załogi. Alfgeir widział, jak pociski spadają na zwarte szeregi maszerujących wojsk Burgand, w których centrum błyszczały w promieniach słońca błękitne pancerze elitarnych oddziałów gwardii króla Ludwika, zwanych Allasse, czyli Błękitni. Kule spadły pod ostrym kątem w szeregi piechoty ścinając głowy i miażdżąc ciała, wbijając się w ziemię przy chmurze odłamków, ziemi i deszczu krwi. Nie spowolniło to jednak natarcia. Pułki Allasse, jak i pozostałe pułki piechoty Burgand przeszły nad wijącymi się na krwawej równinie umierającymi towarzyszami i zwarły szeregi kontynuując marsz, z każdą sekundą i z każdym krokiem zbliżając się do cesarskich linii. Za masą regularnych pułków podążali strzelcy — łucznicy i kusznicy, których król Ludwik zabrał ze sobą aż pięć tysięcy. Byli wciąż skuteczni, pomimo rozwoju broni prochowej, wciąż o wiele wolniejszej, posiadającej mniejszy zasięg i mniej celnej od łuków i kusz, a także, a może przede wszystkim, byli o wiele tańsi. Wyszkolenie chłopskiego kusznika prawie nic nie kosztowało i trwało kilka godzin, a bełt wystrzelony z jego kuszy mógł zabić opancerzonego rycerza, szkolonego do walki od dziecka, wyposażonego w bojowego rumaka i zbroję płytową wartą kilka wsi. Rachunek wydawał się, zatem prosty.
Huk potężnych wystrzałów, niczym kilkudziesięciu gromów, rozbrzmiał od strony miasta, zza linii nacierającego wroga, a także z samego Vollstadt. Chmura białego dymu i gwizdy nadlatujących pocisków oznajmiły kolejną nadciągającą salwę dział Burgandczyków, która tym razem była o wiele celniejsza. Alfgeir zagryzł wargi i zacisnął kurczowo dłoń na wykonanej z kości słoniowej rękojeści miecza, który był w jego rodzie od pokoleń, przechodząc z ojca na syna, widząc dewastujący skutek salw artylerii wroga, wyrywających krwawe kawałki w linii cesarskich wojsk, niczym ręka olbrzyma miażdżąca na miazgę ludzkie istnienia w kakofonii przeraźliwych krzyków, agonii i płaczu.
— Kurwa! — Alfgeir zaklął widząc umierających braci z Dwudziestego oraz Drugiego Legionu, a jego koń, czując gniew jeźdźca zarżał i zatańczył w miejscu drobiąc kopytami.
Mimo to, umysł doświadczonego dowódcy zarejestrował, że skutki salw, o ile dość poważne dla legionów, zajmujących obie flanki cesarskiej armii, były znikome dla piechoty górali, zajmującej centrum. Zupełnie jakby artylerzyści Ludwika stwierdzili, nie bez podstaw zresztą, że nie ma sensu marnować cennych pocisków i czasu na lekko opancerzonych dzikusów i lepiej skupić ogień na regularnych wojskach cesarskich, stanowiących o wiele większe zagrożenie.
Alfgeir splunął.
— Kto wie, może to właśnie ocaliło twój szalony plan, złotooki cesarzu… — pomyślał.
— Ognia! — ryknął ponownie do swoich oficerów. — Walić w centrum! Póki jeszcze możemy!
Załogi legionowych dział dwoiły się i troiły, aby ponowić salwę, zanim wróg zbliży się na tyle, że prowadzenie ognia bez trafiania we własne wojska stanie się niemożliwe.
Ponownie przeraźliwy huk rozerwał niebo nad równiną. Dwadzieścia pocisków pomknęło ku zwartym szeregom wojsk króla Ludwika, sprowadzając cierpienie i śmierć. Ponownie powietrze zaśmierdziało prochem i krwią, gdy dziesiątki ciał, bez rąk, nóg, opadło na pooraną pociskami ziemię wijąc się w kałużach krwi i agonii.
— Strzelcy strzelać! Ognia ze skorpionów! — wrzasnął Alfgeir widząc, że wróg znalazł się też w zasięgu małych balist, ukochanych przez legionistów, podchodząc już na trzysta stóp do linii cesarskich wojsk.
Nieco ponad czterdzieści skorpionów, które oba legiony zabrały ze sobą w pośpiechu wyruszając pod nowym cesarzem na ratunek Westmarchii, wystrzeliło niemal jednocześnie, powtarzając salwę co pół minuty. Łucznicy i kusznicy, w większości plemienni, jako że legiony przezbrajały się na muszkiety, zabrani na wyprawę na północ przez Naur’larona zanim nieoczekiwanie został monarchą, a których po bitwie w Lesie Ottisburdzkim zostało niemal cztery tysiące, unieśli swoje łuki i kusze w niebo i na komendę wypuścili strzały.
Chmura śmiercionośnych pocisków przysłoniła niebo i uderzyła w linie Burgandczyków. Pociski ze skorpionów regularnie ścinały zbliżających się żołnierzy wroga, czasami po dwóch na raz, a strzały i bełty spadające od góry na nacierające linie Burgand przebijały zbroje i hełmy, powalając żołnierzy na ziemię. Do deszczu pocisków dołączyły kule wystrzelone z muszkietów pierwszych szeregów cesarskiej armii, przerzedzając linie nacierających Burgandczyków.
Wojska Burgand parły jednak naprzód, niczym żelazny walec. Wydawało się, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać.
— Nie dostoją! Widzisz, mój królu? Zwycięstwo jest twoje, o mój władco, królu Niezapominajko! Emmanuel de Ortois zatrzepotał swoimi długimi rzęsami, których zazdrościła mu niemal każda dama burgandzkiego dworu, posyłając promienny uśmiech stojącemu obok monarsze.
Król Ludwik uśmiechnął się, biorąc się pod boki i posłał całusa swojemu oblubieńcowi. Emmanuel pokraśniał jak dziewica, z którą miał nader mało wspólnego i wyciągnął rękę gestem łapiąc całusa w dłoń. Niektórzy członkowie sztabu, oraz dworu monarchy skrzywili się na ten widok, przewracając oczami, jakby zjedli kwaśną cytrynę, ale monarcha zdawał się tego nie dostrzegać. Albo zwyczajnie miał to gdzieś.
— Zapowiada się na wielkie zwycięstwo, czyż nie, Armand? — rzekł król do swego szefa sztabu, unosząc głowę w wymownym geście, że to nikt inny, jak on oczywiście miał rację i to jemu jednemu królestwo zawdzięczać będzie największy triumf w historii Burgand, jakim będzie pokonanie cesarskich armii, w tym, samego Cesarza, podbój Westmarchii, a może nawet całego Cesarstwa, po tym, jak Ludwik zajmie opuszczoną stolicę.
— Eee, ykhm… tak, zaiste Wasza Miłość, póki co na to wygląda… — odpowiedział Armand de Talley, choć jego mina świadczyła dobitnie, że nie jest co do tego przekonany.
— Może jednak… wstrzymajmy się ze świętowaniem zwycięstwa — dodał. — Cesarskie linie…
— Nonsens! — przerwał mu Ludwik. — Popatrz, atakują! Moi Allasse rozerwą tych nieokrzesanych wieśniaków na strzępy!
Zaiste, pancerna linia wojsk Burgand dotarła w końcu do linii cesarskich wojsk, zatrzymując się na chwilę. Pierwszy szereg piechoty uklęknął kierując swe muszkiety w stronę przeciwnika, mając nad głowami lufy muszkietów kolegów z drugiego szeregu. Huknęło. Pociski z kilkuset luf pomknęły ku linii cesarskiej piechoty zbierając krwawe żniwo, zwłaszcza wśród słabo opancerzonych górali, których zwarta linia zafalowała, niczym uderzona potężną pięścią. Operacja została powtórzona, jeszcze dwukrotnie, gdy następne szeregi Allasse wymieniły kolegów z pierwszej i drugiej linii. Biała chmura na chwilę kompletnie zasłoniła obie strony, a potem wybiegły z niej pancerne pułki Burgand rzucając się do ataku na wroga niczym stado głodnych wilków. Ogień artylerii ustał. Błękitne pułki Allasse runęły na centrum obsadzone przez plemiennych wojowników Gór Krwawych miażdżąc słabo opancerzonych górali, którzy pod potężnym naporem wroga poczęli się cofać, wyginając linię obrony niebezpiecznie do tyłu, tworząc w ten sposób półksiężyc, który lada moment mógł zostać rozerwany.
Szczęk żelaza, odgłosy walki, jęki rannych i umierających unosiły się nad równiną docierając aż do sztabu Burgand na małym wzniesieniu na lewo od Vollstadt, za okopaną artylerią Ludwika, a co jakiś czas przebijał się przez nie długi, rozpaczliwy dźwięk rogu…
Armand de Talley obserwował to wszystko z nieukrywanym zaskoczeniem, które walczyło w jego głowie z rosnącym podekscytowaniem.
— Czy to aby faktycznie jest takie… łatwe? — To pytanie nie dawało mu spokoju, tłukąc się pod czaszką i nie pozwalając mu się rozluźnić.
Całym sobą czuł, że coś jest nie tak.
— Wasza Miłość… — zaczął, ale urwał w pół słowa, gdy jego oczom ukazała się czarna masa nowych wojsk wybiegająca z lasu i z impetem rzucająca się na lewą flankę walczących wojsk Burgand.
— Co to?! Kto to?! — zapiszczał Emmanuel de Ortois, przykładając dłoń do ust.
— Szlag! — zaklął Armand de Talley. — Wiedziałem! To on, to Naur’laron!
Król Ludwik, wraz ze swoim oblubieńcem spojrzeli na szefa sztabu. Po niedawnej bucie nie było już śladu. Zamiast tego, w ich oczach czaił się strach.
— Na nich! Krwi! Bij, zabij! — krzyczał Naur’laron wybiegając z lasu i rzucając się do wściekłej szarży na lewą flankę burgandzkich wojsk.
Długie, rozpuszczone włosy koloru złota targał wiatr, oczy płonęły złotym ogniem, a złota kolczuga odbijała promienie słońca, gdy zbiegał w dół z dobytymi mieczami w obu dłoniach rzucając się na zaskoczone szeregi Burgandczyków związane już walką z żołnierzami Drugiego legionu. Za nim nacierało niemal półtora tysiąca wojowników, w tym niemal trzystu pięćdziesięciu Wojowników Krwi, z twarzami ogarniętymi bitewnym szałem i poznaczonymi runicznymi znakami z narzuconymi na plecy skórami dzikich zwierząt, nieludzko wyjącymi, niczym horda oszalałych z głodu wilków.
Spadli na niespodziewających się ataku Burgandczyków niczym drapieżne ptaki, w kilka chwil masakrując niemal setkę żołnierzy Pierwszego Regimentu.
Ogromne dwuręczne topory, młoty, maczugi i miecze wyjących dziko berserkerów czyniły ogromne spustoszenie w szeregach zaskoczonych żołnierzy Burgand, którzy poczęli się cofać w panice, wpadając na swoich walczących z legionistami kolegów potęgując chaos i zamieszanie. W kilka chwil lewe skrzydło wojsk Burgand zadrżało. W centrum krwawej jatki szalał Naur’laron, Yon’ta plemion Gór Krwawych, cesarz i syn Ere’tara, tnąc swymi mieczami i uwijając się w śmiertelnym tańcu niczym derwisz, zostawiając po sobie krwawy stos martwych ciał. Berserkerzy, nieczuli na ból i rany, niepowstrzymani z gorejącymi krwawym szałem oczami, parli na przód niczym demony wojny wyrąbując sobie krwawą ścieżkę wśród szeregów przerażonych Burgandczyków.
Zapanowała panika.
Przerażeni żołnierze Burgand, miażdżeni ciosami ogromnych, dwuręcznych młotów, toporów i mieczy, przed którymi nie chronił żaden pancerz, porzucali broń w zakrwawioną, zrytą tysiącami butów, rozmiękłą, błotnistą ziemię i z krzykiem rzucali się do panicznej ucieczki.
— Co tam się dzieje?! — zakrzyczał falsetem król Niezapominajka. — Dlaczego oni uciekają?! Jak oni śmią?! Nie pozwalam!
— Takie są skutki, gdy nie docenia się wroga! — odwarknął generał Armand de Talley na chwilę zapominając o hierarchii.
Kilku oficerów, a także członków dworu spojrzało na niego z mieszaniną podziwu i grozy malujących się na pobladłych twarzach. Ktoś głośno westchnął.
Król Ludwik nadął się niczym ryba i zrobił się czerwony na twarzy. Widać było, że z trudem powstrzymuje się przez wybuchem. W końcu, najwyraźniej rozsądek wygrał z dumą, bo wziął głęboki oddech i powiedział, siląc się na spokój.
— Generale Armand, co… co robimy?
— Generale! — przerwał monarsze Johan de Turan, pułkownik i adiutant szefa sztabu, zanim jego przełożony zdołał odpowiedzieć — proszę spojrzeć!
Wszyscy skierowali wzrok w stronę, w którą pokazywała ręka niskiego oficera o krótko ściętych blond włosach.
— Kurwa mać… — zaklął szef sztabu. — Tylko tego brakowało…
— To on! — ryknął podekscytowany generał Louis de Fullard, głównodowodzący regimentem ciężkiej jazdy królestwa Burgand — to Naur’laron! To cesarz!
Rycerze w jego otoczeniu, oficerowie oraz chorąży, dzierżący wielką flagę królestwa, zwaną Allasseflamme, Błękitnym Płomieniem, spojrzeli w kierunku wskazywanym przez dowódcę. Oprócz kotłowaniny na lewym skrzydle walczących wojsk niewiele było widać, ale nie im było sprzeciwiać się dowódcy.
— Za mną! — rzucił Fullard opuszczając przyłbicę hełmu spinając rumaka do szarży.
— Ale generale… — próbował zaprotestować pułkownik Dussaint, zastępca dowódcy, dosiadający wielkiego, karego rumaka po lewej ręce Fullarda. — Nie było rozkazu!
— Dussaint, zostajesz z drugą chorągwią! Pierwsza chorągiew — za mną! — rozkazał Fullard głosem nieznoszącym sprzeciwu. — Zabijemy syna Ere’tara! Zabijemy cesarza! Gloria będzie nasza!
Głośny ryk z dwóch setek gardeł uniósł się nad oddziałem.
Rycerze opuścili przyłbice i spięli konie rzucając się do galopu za dowódcą.
Stalowa pięść króla Niezapominajki, kwiat rycerstwa dumnej Armii Wschód, ruszyła do szarży. Ziemia drżała od tętentu kopyt ciężkich, opancerzonych, bojowych rumaków przetaczających się po polu w stronę lewego skrzydła armii Burgand.
Rozdział 2
Sigmund, niedawny kapitan Straży Miejskiej miasta Vollstadt, przemykał ulicami miasta kryjąc twarz pod szerokim, głębokim kapturem. Za nim podążało kilku mężczyzn, którzy jeszcze nie tak dawno temu, byli jego podwładnymi, a teraz tworzyli komórkę organizacji podziemnej, stawiającej sobie za cel oswobodzenie miasta. Organizacja powstała niemal natychmiast po zajęciu miasta przez załogę Burgand, a jej szeregi szybko zaczęły rosnąć, wraz z kolejnymi aktami przemocy ze strony wojsk okupacyjnych oraz przy hojnym wsparciu ze strony cesarskiego wywiadu, z którego szefem, lordem Gudrudem, były kapitan straży był w stałym kontakcie.