E-book
29.93
drukowana A5
70.26
Wyzwolona. MirageElite. W sieci kłamstw.

Bezpłatny fragment - Wyzwolona. MirageElite. W sieci kłamstw.


Objętość:
374 str.
ISBN:
978-83-8467-563-2
E-book
za 29.93
drukowana A5
za 70.26

Dla mojej Żony

Są kobiety, które można opisać.

Są też takie, o których można tylko próbować pisać.

Ty należysz do tych drugich.

Dla Ciebie. Z miłością, wdzięcznością i odrobiną tajemnicy.

Nota od Autora

Niektóre historie się kończą.

Inne zostają z nami na długo po tym, kiedy zamkniemy książkę.

„Wyzwolona. MirageElite: W sieci kłamstw” jest ostatnim spotkaniem z Luną. Ostatnim wejściem do świata Mirage Elite. Ostatnią odsłoną historii, która zaczęła się od pragnienia, a skończyła w miejscu, którego sam, kiedy stawiałem pierwsze słowa, nie potrafiłem przewidzieć.

Mirage Elite miało być światem luksusu, tajemnic i pokus.

Z czasem stało się czymś więcej.

Stało się miejscem, w którym pragnienia miały swoją cenę, sekrety miały swoją wartość, a ludzie nie zawsze byli tymi, za których chcieli uchodzić.

Ale ponad wszystkim była Luna.

To przede wszystkim jej historia.

Kobiety, która weszła do świata, w którym łatwo było stracić kontrolę, a jeszcze łatwiej pomylić pożądanie z wolnością. Kobiety, która odkrywała siebie nie wtedy, kiedy wszystko było bezpieczne, lecz wtedy, kiedy bezpieczeństwo przestawało istnieć.

Luna zmieniała się wraz z każdą kolejną stroną.

Jej pragnienia stawały się odważniejsze. Jej decyzje trudniejsze. Jej tajemnice głębsze.

A ja coraz częściej miałem wrażenie, że nie prowadzę już tej historii.

Że to ona prowadzi mnie.

Być może właśnie dlatego tak trudno powiedzieć jej teraz „żegnaj”.

Bo kiedy przez setki stron patrzy się na jedną kobietę, zaczyna się znać nie tylko jej czyny, ale również jej milczenie. Jej spojrzenia. Jej lęki. To, czego pragnie, i to, czego nigdy nie odważyłaby się wypowiedzieć na głos.

Mam nadzieję, że Wy również to poczuliście.

Że pomiędzy kolejnymi zdaniami znaleźliście coś więcej niż historię.

Może odrobinę własnych pragnień.

Może pytanie o własne granice.

Może tę szczególną chwilę, kiedy fikcja przestaje być tylko fikcją, bo bohater zaczyna wydawać się zbyt prawdziwy.

Jeżeli tak było, to znaczy, że Mirage Elite naprawdę żyło.

A teraz nadszedł czas, aby je zamknąć.

Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali ze mną do końca.

Tym, którzy zaczęli tę podróż od pierwszej książki. Tym, którzy dali szansę kolejnym. Tym, którzy czekali na następny rozdział, wracali do Luny, rozmawiali o niej, oceniali jej wybory i pozwalali jej istnieć jeszcze długo po odłożeniu książki.

Dziękuję za każde słowo, każdą wiadomość i każdą opinię.

Ale przede wszystkim…

dziękuję za Lunę.

Za to, że pozwoliliście jej wejść do Waszego świata.

Mam nadzieję, że jej historia Wam się podobała.

Mam nadzieję, że czasami Was uwodziła, czasami niepokoiła, czasami zaskakiwała, a czasami zostawiała z pytaniem, na które sami nie chcieliście znaleźć odpowiedzi.

Bo Luna nigdy nie miała być tylko kobietą z książki.

Miała być pragnieniem.

Tajemnicą.

Spojrzeniem, którego nie da się zapomnieć.

I może właśnie dlatego jej ostatnie słowa powinny pozostać między nami.

Nie wszystko przecież trzeba wypowiedzieć.

Niektóre rzeczy lepiej pozostawić w półmroku.

Tak jak pocałunek, którego się spodziewamy, ale którego jeszcze nie czujemy.

Tak jak drzwi, które zamykają się powoli.

Tak jak zapach perfum pozostający w pustym pokoju długo po tym, kiedy kobieta już z niego wyszła.

Mirage Elite właśnie zamyka swoje drzwi.

Luna odchodzi.

Ale jeśli choć raz podczas tej historii poczuliście przyspieszone bicie serca, jeśli choć jedna scena została z Wami dłużej, niż powinna, jeśli choć raz zastanowiliście się, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna pragnienie…

to znaczy, że ta historia nie kończy się tutaj.

Bo książka może mieć ostatnią stronę.

Pragnienie nie zawsze ją ma.

Dziękuję, że byliście ze mną.


Bartłomiej Gierut

Luna

Luna siedziała nieruchomo przy ogromnym panoramicznym oknie, wpatrując się w nocne światła Wrocławia, które rozmywały się za szybą niczym niewyraźne wspomnienia. Miasto żyło swoim rytmem. Gdzieś tam w oddali samochody sunęły ulicami, pulsowały czerwone neony miasta. Ludzie wracali do domów, śmiali się, rozmawiali, pili wino w restauracjach. Dla niech świat nie zatrzymał się nawet na chwilę.

A jej świat właśnie się zatrzymał.

Nie potrafiła tego pojąć.

Nie potrafiła dopuścić do siebie tej myśli.

Nie potrafiła wypowiedzieć jej na głos.

Mateusz nie żyje… Tony nie żyje.

To jedno zdanie nie mieściło się jej w głowie. Brzmiało obco. Fałszywie. Jak źle wypowiedziana fraza, które nie pasuje do pełnego zdania.

Przecież jeszcze kilka dni temu stał obok niej. Patrzył na nią tym swoim spojrzeniem, od którego miękły jej kolana. Tym samym spojrzeniem, które kiedyś należało do spokojnego, ciepłego Mateusza, a później stało się spojrzeniem Tonego… mężczyzny pewnego siebie, niebezpiecznego, władczego, a jednocześnie tak cholernie fascynującego, że chwilami sama nie wiedziała, którego z nich kocha bardziej.

Mateusza… czy Tonego.

A może już dawno przestali istnieć osobno.

Może byli jednym.

Jednym mężczyzną, którego kochała całym sercem, nawet wtedy, gdy go nienawidziła.

Zamknęła oczy i oparła głowę o zimną szybę.

Wspomnienia wracały same.

Nieproszone i uporczywe.

Widziała ich stare mieszkanie. Małe, ciasne i tak cholernie skromne. Kuchnię, w której codziennie rano pili kawę, stojąc przy blacie i przeglądając wiadomości w telefonie. Kanapę, na której zasypiali, choć wcześniej potrafili godzinami milczeć do siebie po kolejnej kłótni o rachunki, o pieniądze, o jego marzenia, które wtedy wydawały jej się tak odległe od rzeczywistości.

Pamiętała jego frustrację i zmęczenie.

To ciche gaszenie w sobie mężczyzny, którego nie umiała wtedy zrozumieć do końca. I chyba właściwie nie chciała go zrozumieć.

Pamiętała własny żal.

Własną samotność i rozczarowanie.

I ten rok.

Ten pieprzony rok, kiedy wyjechał.

Rok, który miał ich uratować.

Finansowo.

Życiowo.

Małżeńsko.

A zamiast tego niemal ich zniszczył.

Przez ten rok nauczyła się żyć bez niego.

Przynajmniej tak jej się wydawało.

Nauczyła się spać sama.

Pić samotnie wino i rozmawiać z ciszą.

Udawać przed Nelą, że wszystko jest dobrze.

A potem wrócił.

Ale jako inny człowiek.

Wrócił jako Tony.

Mężczyzna, którego nie znała.

Mężczyzna, który pachniał luksusem, pewnością siebie i tajemnicą.

Mężczyzna, który zbudował imperium. Który spojrzał na nią tak, jak gdyby wiedział od początku, kim naprawdę jest.

To on przypomniał jej, że wciąż jest kobietą.

Nie tylko matką i żoną.

Nie tylko kobietą przygniecioną codziennością.

Pokazał jej świat, którego istnienia nawet się nie domyślała.

Świat pożądania, władzy i luksusu.

Świat kontroli.

Ale przede wszystkim pokazał jej ją samą.

Tę Lunę, która potrafi patrzeć mężczyznom prosto w oczy i która nie boi się własnych fantazji.

Tę Lunę, która potrafi być uległa… i dominująca zarazem.

I ona przestała przepraszać za to, że żyje innymi normami i zasadami.

Mirage Elite.

Jeszcze niedawno ta nazwa budziła w niej lęk, który szybko zmienił się w fascyznację.

Później uzależnienie.

A w końcu stała się częścią tego świata. A MirageElite częścią niej samej.

Tony nie tylko ją tam wprowadził… on ją tam stworzył na nowo.

Uczynił z niej kobietę silniejszą.

Pewniejszą.

Piękniejszą.

Nie dlatego, że zmienił jej ciało.

Zmienił jej umysł i sposób patrzenia na świat.

Ale przede wszystkim zmienił sposób w jaki patrzyła na siebie.

I właśnie wtedy, gdy zaczynała wierzyć, że ich życie wreszcie się układa…

Gdy wrócili z Karaibów.

Gdy Nela była szczęśliwa.

Gdy ona zaczynała wierzyć, że mogą mieć wszystko.

Miłość.

Pieniądze.

Rodzinę.

Pasję.

Przyszłość.

Wtedy to wszystko runęło.

Jedna eksplozja.

Brak ciał.

Brak odpowiedzi.

Brak jego.

Jej dłonie zacisnęły się mocniej na kieliszku. Nie czuła ani zimna, ani ciepła. Jedyne co czuła to wszechogarniająca ją pustka i strach.

Nie tylko o siebie.

O Nelę.

Bo jak miała jej powiedzieć, że tata nie wróci?

Jak miała spojrzeć córce w oczy i sama w to uwierzyć?

Nie potrafiła.

Nela też nie wierzyła.

Siedziała skulona na swoim łóżku, obejmując kolana tak mocno, że wydawało się, że próbowała utrzymać w całości świat, który właśnie rozpadał się jej w rękach. Wpatrywała się w szachownicę stojącą na biurku naprzeciwko. Figury były ustawione dokładnie tak, jak zostawił je kilka dni temu tata. Nie pozwoliła nikomu ich ruszyć. Nie pozwoliła mamie schować ich do szuflady. Nie pozwoliła nawet dotknąć pionków. Bo gdyby zniknęły… to tak, jak przyznanie, że jego już nie ma. A ona nie zamierzała tego zrobić. Nie wierzyła w to. Nie potrafiła. Dla wszystkich dookoła był może tylko człowiekiem pełnym tajemnic. Dla jednych dziwakiem. Dla innych marzycielem, który zbyt długo żył wizją czegoś wielkiego. Dla niektórych egoistą, który wyjechał i zostawił rodzinę. Dla ludzi z boku pewnie był człowiekiem, którego trudno było zrozumieć. Ale dla niej… dla niej był po prostu tatą. Najlepszym, choć nie idealnym.

Nie takim, który codziennie odbiera dziecko ze szkoły i piecze z nim ciastka. Ale takim, który nauczył ją patrzeć inaczej. Pokazał jej, że świat nie kończy się tam, gdzie inni stawiają granicę. Że nie trzeba żyć tak jak wszyscy. Że można wierzyć w coś tak mocno, aż stanie się prawdą. Pamiętała, jak siedzieli godzinami przy szachownicy. Jak marszczył brwi i udawał, że naprawdę nie widzi jej ruchów. Jak pozwalał jej wygrywać. Przez chwilę… tylko przez chwilę. Bo później przesuwał jedną figurę. Jedną. Niby nic. A nagle cała gra się zmieniała.

— Widzisz, Nelu… — mówił wtedy spokojnie, stukając palcem w króla. — W życiu wszyscy patrzą na to, co oczywiste. Ale wygrywa ten, kto widzi trzy ruchy dalej.

Wtedy przewracała oczami. Śmiała się i denerwowała. A potem wracała następnego dnia. I kolejnego. Bo chciała go pokonać naprawdę. A on za każdym razem podnosił poprzeczkę. Nigdy nie mówił, że jest za mała. Nigdy nie mówił „nie dasz rady”. Mówił.

— Spróbuj jeszcze raz.

I to „jeszcze raz” zostało z nią. W szkole. W życiu. W chwilach, gdy chciała się poddać. To on nauczył ją, że porażka nie jest końcem. Jest ruchem. Po prostu kolejnym ruchem na szachownicy życia. Pamiętała jego oczy, gdy opowiadał jej o swoim projekcie. O szachach. O biznesie. O świecie online. Mama czasem patrzyła na niego z niedowierzaniem. Inni pewnie też. Może przestali wierzyć. Może śmiali się po cichu. Ale on nigdy się nie poddał. Siedział nocami, tworzył, liczył i planował. I nagle… po prostu wygrał. Po cichu, bez fanfar i wielkich słów. Po prostu udowodnił, że miał rację.

A jej… jej pokazał, że pasja może zmienić wszystko.

Dlatego nie wierzyła, że ktoś taki mógł po prostu zniknąć.

Że mógł umrzeć.

Nie on.

Nie tata.

Nie człowiek, który zawsze miał plan.

Nie człowiek, który potrafił przewidzieć każdy jej ruch w szachach.

Nie człowiek, który wrócił do nich silniejszy.

Bogatszy.

Pewniejszy.

Inny.

Ale wciąż ich.

Łzy spłynęły jej po policzkach.

Otarła je szybko.

Zła.

Na siebie, na świat., na wszystkich.

Na tę cholerną ciszę.

Spojrzała znów na szachownicę.

Sięgnęła po białą królową.

Jego ulubioną figurę.

— Nie wierzę wam… — wyszeptała drżącym głosem.

Ścisnęła figurę mocniej.

— Nie wierzę, że odszedłeś…

Jej oddech przyspieszył.

Serce bolało tak mocno, że aż trudno było oddychać.

Świat stracił kolory, dźwięki i znaczenie. Nie obchodziła jej szkoła.

Nie obchodziły ją wiadomości.

Nie obchodziło jej nic.

Bo jeśli jego naprawdę nie ma… to wszystko inne przestało mieć sens.

Położyła się powoli na łóżku, przyciskając królową do piersi jak talizman. I po raz pierwszy od dawna… nie chciała być silna. Chciała tylko usłyszeć jego głos. Jeszcze ten jeden jedyny raz. „Twój ruch, Nelu.”

Luna widziała to wszystko w jej oczach. Ten sam bunt. Ten sam lęk. Tą sama desperacka nadzieja.

I może właśnie dlatego sama kurczowo trzymała się tej myśli.

Bo gdzieś głęboko…

Pod żałobą.

Pod strachem.

Pod rozpaczą.

Czuła coś, czego nie umiała logicznie wyjaśnić.

Intuicję.

Cichy, uparty głos w środku nie dający spokoju.

Mateusz nie przegrywał.

Tony nie umierał.

Nie taki człowiek.

Nie człowiek, który przewidywał ruchy wszystkich dookoła, i zawsze miał plan.

A jeśli miał plan… to może i teraz go miał.

Może to wszystko było częścią gry.

Może zniknął, bo musiał.

Może chciał ją ochronić.

Ta myśl była irracjonalna i tak cholernie szaleńczo niebezpieczna.

Ale była jedyną, która nie pozwalała jej się rozsypać.

Luna spojrzała na czarny ekran telefonu, który leżał nieruchomo na komodzie. Tak kurewsko milczący i martwy.

A ona tak bardzo chciała, żeby zawibrował.

Żeby pojawiła się wiadomość.

Jedno słowo… jedno jego słowo.

„Kochanie.”

Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.

Musiała być silna.

Dla Neli.

Dla siebie.

Dla Mirage.

Dla wszystkiego, co zostawił.

Ale tej nocy… tej nocy nie była silna.

Była tylko kobietą, która siedziała przy oknie i rozpaczliwie próbowała uwierzyć, że mężczyzna, którego kochała bardziej niż własny spokój… wciąż gdzieś oddycha.

Królowa bez króla

Luna przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo za kierownicą samochodu, patrząc na monumentalny budynek Sky Tower gdzie mieściła się siedziba Mirage Elite. Szklana fasada odbijała szare, ciężkie niebo. Jeszcze kilka dni temu to miejsce tętniło dla niej ekscytacją. Było symbolem nowego życia, nowej wersji jej samej. Dziś wydawało się obce, chłodne i surowe.

Chyba samo było pogrążone w żałobie.

Zacisnęła dłonie mocniej na kierownicy i przez chwilę pozwoliła sobie na słabość. Na jeden jedyny moment, w którym chciała zawrócić samochód, wrócić do domu, zamknąć się pod kołdrą i udawać, że świat nie istnieje.

Ale niestety świat istniał nadal.

A Mirage Elite nie mogło się zatrzymać.

Nie teraz.

Nie po tym wszystkim, co zbudował.

Nie po tym wszystkim, co razem stworzyli.

Wzięła głęboki oddech i wysiadła.

Była ubrana na czarno.

Nie w sposób ostentacyjny.

Nie jak wdowa z taniego dramatu.

Elegancko.

Dopasowane czarne spodnie z wysokim stanem podkreślały jej sylwetkę. Jedwabna koszula, również czarna, miała rozpięty jeden guzik więcej, sprawiając wrażenie, że być może rano zabrakło jej siły, by dopiąć ją do końca. Na ramiona narzuciła długi, perfekcyjnie skrojony płaszcz w kolorze grafitu. Włosy miała gładko spięte w niski kok, ale kilka kosmyków wymknęło się, opadając miękko przy policzkach.

Makijaż był niemal niewidoczny.

Tylko tusz.

I chłodna szminka.

To wszystko jednak nie ukrywało jej oczu.

Czerwonych.

Podkrążonych i pustych.

Szła pewnym krokiem. Wyprostowana. Wysoka. Niedostępna.

Jak królowa.

Jak kobieta, której nikt nie miał prawa zobaczyć słabej.

Recepcja zamarła, gdy weszła. Rozmowy ucichły a spojrzenia odwracały się dyskretnie. Niektórzy spuszczali wzrok. Inni patrzyli z mieszaniną współczucia i lęku. Wieść o tragedii obiegła firmę szybciej niż poranne maile. Każdy wiedział. Każdy szeptał. Każdy czekał.

Ale ona nie zamierzała dać im widowiska.

— Dzień dobry — powiedziała spokojnie, zdejmując okulary przeciwsłoneczne.

Jej głos był cichy, ale stanowczy i profesjonalny.

Recepcjonistka niemal podskoczyła.

— Dzień dobry, pani Luno…

Ona tylko skinęła lekko głową i ruszyła dalej.

Każdy krok odbijał się echem od marmurowej posadzki. Każdy jej krok brzmiał jak komunikat.

Jeszcze stoję.

W windzie spojrzała na swoje odbicie.

Przez sekundę nie poznała samej siebie.

Była piękna, chłodna, silna ale jednocześnie martwa w środku.

Drzwi gabinetu otworzyły się, zanim zdążyła położyć dłoń na klamce.

Alicja.

Stanęła w progu i przez moment po prostu na nią patrzyła. Bez słów. Bez fałszywego współczucia. Bez tej nieznośnej litości, której Luna nie znosiła.

Alicja wyglądała inaczej niż zwykle.

Mniej oficjalnie.

Bardziej miękko.

Jej oczy zaszły łzami.

— Luna…

To jedno słowo wystarczyło.

Luna zacisnęła szczękę.

Alicja podeszła ostrożnie i objęła ją lekko. Nie za mocno. Nie nachalnie. Tak, jak obejmuje się kogoś, kto może rozpaść się od zbyt silnego dotyku. Luna zesztywniała, ale nie odepchnęła jej.

— Tak mi przykro — wyszeptała Alicja.

Luna zamknęła oczy.

Wzięła oddech i odsunęła się pierwsza.

— Firma musi działać — powiedziała chłodno.

Alicja spojrzała na nią ze smutkiem.

— Luna…

— Alicja. — jej głos był spokojny, ale twardy. — Nie możemy się zatrzymać.

Alicja skinęła głową.

Rozumiała.

Może jako jedyna naprawdę rozumiała.

Bo znała Tonego.

Widziała ich. Szacunek, jakim się darzyli. Miłość. Chaos. Namiętność. Wojnę.

— Wszystko jest przygotowane — powiedziała cicho. — Odwołałam dzisiejsze spotkania poza zarządem.

Luna zdjęła płaszcz i rzuciła go na fotel.

Usiadła za ogromnym biurkiem.

Na miejscu Tonego.

Jej miejsce.

A jednak… nie jej.

Dotknęła dłonią gładkiego blatu.

I przez sekundę prawie zobaczyła go po drugiej stronie.

Rozpartego. Pewnego siebie. Uśmiechniętego.

— Dobra decyzja — odpowiedziała.

Alicja jeszcze przez chwilę stała.

Chyba chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie wyszła.

Luna została sama.

W ciszy. W tej zewsząd ogarniającej jej ciszy.

W zapachu jego perfum, który wciąż wydawał się wisieć w powietrzu.

Kilka minut później rozległo się pukanie.

Nie odpowiedziała, jednak drzwi i tak się otworzyły.

Robert.

Stanął w progu.

W granatowym garniturze.

Nienaganny.

Ale pierwszy raz odkąd go znała wyglądał… niepewnie.

— Mogę?

Luna spojrzała na niego chłodno.

Skinęła lekko głową.

Wszedł powoli. Wyglądał jak człowiek, który bał się przekroczyć niewidzialną granicę.

— Jak się trzymasz?

Pytanie zawisło w powietrzu.

Bez sensu w takich okolicznościach a jednak ludzie cały czas je zadają.

Bez odpowiedzi.

Uniosła na niego wzrok.

Pusty.

Nieprzenikniony.

— Pracuję.

Robert westchnął cicho.

— Nie musisz udawać przy mnie.

Jej usta drgnęły.

Ale nie był to uśmiech.

— Nie udaję.

I właśnie to było najgorsze.

Nie płakała. Nie krzyczała. Nie roztrzaskiwała rzeczy. Była zimna. Cicha. Ktoś najwyraźniej wyciął z niej wszystkie emocje.

Robert zrobił krok bliżej ale w ostatniej chwili… zatrzymał się.

Nie odważył się podejść bardziej.

— Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować…

— Nie będę.

Zamilkł.

Patrzył na nią długo.

Z troską.

Z czymś jeszcze.

Czymś, czego nie chciała teraz widzieć.

— Luna…

Jej głos był lodowaty.

— Wyjdź.

Przez chwilę myślała, że zaprotestuje.

Nie zrobił tego.

Skinął tylko głową.

I wyszedł.

Luna opadła ciężko na fotel.

Wbiła wzrok w telefon leżący na biurku. Czarny ekran rozświetlił się nagle. Nieznany numer. Zmarszczyła brwi ale odebrała.

— Tak?

Po drugiej stronie odezwał się spokojny, oficjalny męski głos.

— Czy rozmawiam z panią Luną Kowalewską?

Serce zabiło jej mocniej.

— Tak.

Krótka cisza.

A potem słowa, które sprawiły, że wyprostowała się gwałtownie.

— Tu komisarz Piotr Wróbel z Komendy Wojewódzkiej Policji… i agentka specjalna Mary Ellen z sekcji przestępstw finansowych FBI z Nowego Jorku

Zamarła.

— Musimy z panią porozmawiać o śmierci pani męża.

Luna zamarła, mocniej zaciskając palce na telefonie. Wiedziała, że ten moment w końcu nadejdzie. Wiedziała, że prędzej czy później ktoś zacznie zadawać pytania. Że policja zapuka do jej drzwi. Że będzie musiała wrócić do tamtej nocy. Do eksplozji. Do słów, których wciąż nie potrafiła przyjąć.

Ale… dlaczego ktoś ze Stanów?

Dlaczego amerykańska agentka?

Co, do cholery, się dzieje?

I dlaczego… mimo strachu, który ścisnął jej gardło… jej serce nagle zabiło mocniej?

Bo wraz z tym telefonem wróciło coś, czego przez ostatnie godziny bała się nazwać. Nadzieja?

W końcu… nie znaleziono ciała.

A jeśli nie było ciała… to może nie było też śmierci.

Luna to poczuła. Jak odruch. Kiedy wszystko wydaje się przytłaczające i człowiek ma wrażenie, że nic się już nie zmieni, pojawia się nawet najmniejszy sygnał, coś ledwo widocznego. Nie musi to być nic wielkiego. Czasem to jedno zdanie, gest, wspomnienie albo myśl, że „może jednak”.

I wtedy dzieje się coś ciekawego. Umysł, który jeszcze chwilę wcześniej był zmęczony i zamknięty na cokolwiek, zaczyna się tego sygnału trzymać. Nie dlatego, że nagle wszystko staje się dobre, tylko dlatego, że ten mały fragment „może” wybija się ponad resztę chaosu.

Nadzieja nie jest głośna ani pewna. Jest raczej krucha i trochę nierówna, ale właśnie dlatego tak silnie przyciąga uwagę. Człowiek zaczyna ją obracać w głowie, analizować, dopowiadać sobie scenariusze, bojąc się, że jeśli puści tę myśl, to wróci wcześniejsza pustka.

I często jest tak, że ta drobna iskra robi coś ważnego. Nie rozwiązuje problemów, nie zmienia od razu rzeczywistości, ale przywraca minimalny ruch. Taki, który pozwala wstać, zrobić coś małego, złapać oddech inaczej niż wcześniej. Chęć do życia nie wraca wtedy jako wielka pewność, tylko jako chwilowe rozluźnienie w środku. Ktoś na moment uchylił okno w dusznym pokoju.

I wtedy człowiek właśnie tego się trzyma. Nie dlatego, że wszystko jest dobrze, tylko dlatego, że choć przez chwilę nie jest tak ciężko jak przed chwilą.

I Luna właśnie teraz poczuła tą iskrę.

Cienie przeszłości

Kiedy następnego dnia rano Luna weszła do budynku Mirage Elite, miała wrażenie, że od chwili, gdy opuściła go poprzedniego wieczoru, minęły całe tygodnie, a nie zaledwie kilka godzin. Nie spała prawie wcale. Każde zamknięcie oczu przywoływało obrazy eksplozji, której nie widziała, ale którą jej wyobraźnia odtwarzała z brutalną dokładnością. Ogień. Huk. Krzyk. A potem cisza. Ta sama cisza, która od śmierci Tonego nie opuszczała jej ani na chwilę.

Szła szybkim krokiem przez hol, nie zwracając uwagi na pracowników, którzy milkli na jej widok. Była ubrana niemal identycznie jak dzień wcześniej. Czarna, idealnie skrojona marynarka, jedwabna koszula w kolorze grafitu i wąskie spodnie podkreślające jej sylwetkę. Włosy miała spięte wysoko, tak że każdy niesforny kosmyk był oznaką słabości, na którą nie mogła sobie teraz pozwolić. Tylko oczy zdradzały wszystko. Zaczerwienione. Podkrążone. Ciężkie od ciągłej bezsenności.

A jednak szła wyprostowana.

Dumna.

Niedostępna.

Jak królowa, która nie może pozwolić sobie na rozpacz publicznie. Gdy drzwi windy otworzyły się na najwyższym piętrze, od razu ich zobaczyła. Stali przy recepcji, rozmawiając z Alicją, która na jej widok wyraźnie odetchnęła z ulgą.

Mężczyzna odwrócił się pierwszy.

I Luna od razu wiedziała, że to Piotr Wróbel.

Było w nim coś niepokojącego. Coś, czego nie dało się nazwać jednym słowem. Nie chodziło wyłącznie o wzrost czy szerokie barki, choć z pewnością budziły respekt. Nie chodziło nawet o jego twarz. Surową, zmęczoną, z lekko zarysowaną blizną nad łukiem brwiowym i spojrzeniem człowieka, który widział zbyt wiele, żeby jeszcze wierzyć w przypadki.

Chodziło o jego obecność. O ten rodzaj energii, który sprawiał, że człowiek mimowolnie prostował plecy i zaczynał ważyć każde wypowiadane słowo.

Miał na sobie ciemny płaszcz, rozpięty pod szyją, pod którym widać było granatową koszulę i kaburę przy pasku. Nie wyglądał jak policjant z telewizji. Wyglądał jak ktoś, kto nie musi wyciągać odznaki, żeby wszyscy wiedzieli, kim jest.

Jego spojrzenie przesunęło się po niej powoli, zbyt uważnie. Już ją oceniał. Już szukał pęknięcia.

Obok niego stała kobieta.

I choć Luna była przygotowana na wszystko, przez ułamek sekundy naprawdę straciła oddech.

Agentka Mary Ellen wyglądała tak, że miało się wrażenie, że wyszła z innego świata. Wysoka. Smukła. Idealnie wyprostowana. Miała na sobie kremowy garnitur skrojony z niemal chirurgiczną precyzją, podkreślający każdą linię jej ciała bez cienia przesady. Jedwabna koszula pod spodem była zapięta wysoko, elegancko, profesjonalnie… a mimo to było w niej coś niepokojąco zmysłowego.

Jej włosy były ciemno rude, gładko upięte w niski kok, który odsłaniał smukłą szyję i wyraźnie zarysowaną linię szczęki.

Ale to oczy przykuwały uwagę.

Jasne.

Chłodne i nieprzeniknione.

A jednocześnie… dziwnie miękkie. Patrzyły na nią spokojnie ale z wyraźnym zainteresowaniem. Bez litości. Bez agresji. Chcące ją zrozumieć.

I to właśnie było najbardziej niebezpieczne.

Luna poczuła dziwny ucisk w żołądku.

Nie strach.

Nie fascynację.

Coś pomiędzy.

Coś, czego nie chciała analizować.

— Pani Luna Kowalewska? — odezwał się Wróbel niskim, szorstkim głosem.

Skinęła głową.

— Zapraszam.

W gabinecie atmosfera zrobiła się jeszcze cięższa. Luna usiadła za biurkiem Tonego, czując ten znajomy zapach drewna, skóry i jego perfum, który wciąż unosił się w powietrzu. Przez moment miała absurdalne wrażenie, że zaraz otworzą się drzwi, a on wejdzie, zirytowany tym, że ktoś śmie siadać naprzeciwko niej i zadawać pytania.

Ale drzwi pozostały zamknięte.

Piotr Wróbel usiadł naprzeciwko niej ciężko, rozkładając przed sobą notes. Mary Ellen usiadła obok niego z taką elegancją, że nawet ten zwykły ruch wyglądał jak część przemyślanej gry.

— Chcę wiedzieć wszystko — powiedziała Luna, zanim któreś z nich zdążyło się odezwać.

Wróbel wymienił krótkie spojrzenie z agentką.

To ona zaczęła.

Jej głos był spokojny.

Niski.

Miękki.

Zbyt miękki jak na to, co mówiła.

— Pani Luno śledztwo jest w toku. W tej chwili badane są przyczyny eksplozji jachtu u wybrzeży Nowego Jorku. Nie mamy jeszcze oficjalnych wyników ekspertyz. Nie wiemy, czy doszło do awarii, czy do celowego działania.

Luna zamarła.

Celowego działania?

To słowo utkwiło jej w głowie.

Mary Ellen kontynuowała spokojnie.

— Nie odnaleziono ciał pani męża ani Adriany Vesper.

Serce Luny zabiło mocniej, tak mocno, że niemal to usłyszała.

Mary Ellen zrobiła krótką pauzę.

— Ale nie chcę dawać pani złudnej nadziei. Przy takiej skali eksplozji szanse na przeżycie są minimalne.

Minimalne.

Nie zerowe.

Minimalne.

Luna zacisnęła dłonie pod blatem.

— Co pani mąż robił w Stanach? — zapytał Wróbel.

Spojrzała na niego chłodno.

— Standardowe spotkania związane z firmą.

— Z Adrianną Vesper?

— Tak.

— Miała pani wiedzę, czego dotyczyło?

Luna zawahała się.

Na sekundę.

Wróbel to zauważył.

Oczywiście, że zauważył.

— Spraw firmowych.

— Czy pani mąż miał wrogów?

To pytanie wywołało w niej gorzki uśmiech.

Tony był człowiekiem sukcesu.

Mężczyzną, który wygrywał.

A ludzie nienawidzą tych, którzy wygrywają.

— Każdy, kto osiąga sukces nieco większy niż pozostali ludzie ma wrogów.

Wróbel oparł się wygodniej.

— Konkretni ludzie?

Luna milczała.

Mary Ellen spojrzała na nią uważnie.

Zbyt uważnie.

— Będziemy potrzebowali dostępu do dokumentacji firmy. Przepływów finansowych, kontaktów i wszystkich dokumentów związanych z wyjazdem pani męża.

Luna zesztywniała.

I właśnie wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie.

Robert wszedł pewnym krokiem.

A potem zamarł.

Luna zobaczyła to natychmiast.

To krótkie spięcie.

Ten błysk rozpoznania.

I coś jeszcze.

Nienawiść. Czystą, nieukrywaną…

Piotr Wróbel podniósł się powoli. Jak drapieżnik, który właśnie wypatrzył długo oczekiwaną ofiarę.

— Nie wierzę… — rzucił cicho Robert.

Wróbel uśmiechnął się chłodno.

— Ja też nie wierzę, że jesteś na wolności.

W gabinecie zrobiło się lodowato.

Robert zacisnął szczękę.

— Nadal bawisz się w bohatera?

— Nadal uciekasz przed odpowiedzialnością?

Luna patrzyła na nich w milczeniu.

Mary Ellen nie odzywała się ani słowem. Ale obserwowała i analizowała. Notowała każdy oddech, każdy ruch.

— To nie miejsce na tę rozmowę — powiedział Robert lodowato.

— Masz rację — odpowiedział Wróbel. — Ale uwierz mi… jeszcze ją odbędziemy.

Od razu skierował się do wyjścia a przechodząc koło Roberta niemal celowo doprowadził do zderzenia ramionami. Robert zdawał się nie zwracać na to uwagi ale w jego oczach pojawił się błysk. Błysk drapieżnika gotowego do ataku.

Napięcie wisiało w powietrzu jeszcze długo po ich wyjściu. Kiedy drzwi się zamknęły, Luna natychmiast spojrzała na Roberta.

— Skąd się znacie?

Robert odwrócił się gwałtownie.

Był blady.

Wściekły.

I pierwszy raz od dawna wyglądał na przestraszonego i zdezorientowanego.

— To nic takiego.

— Nie kłam.

— Luna…

— Powiedziałam… nie kłam!

Przeczesał włosy dłonią.

Nerwowo.

— Stara sprawa.

— Jaka sprawa?

Milczał.

Za długo.

Potem spojrzał na telefon, jak człowiek który szuka ratunku od konieczności przeprowadzenia rozmowy.

— Muszę wyjść.

— Robert…

Ale już go nie było.

Drzwi zamknęły się za nim z hukiem.

Luna została sama.

W ciszy.

Wśród pytań.

I z dziwnym, niepokojącym uczuciem, które zostawiła po sobie Mary Ellen.

Bo po raz pierwszy od chwili, gdy usłyszała o śmierci Tonego… poczuła, że coś się nie zgadza.

A jeśli coś się nie zgadzało… to może jest jeszcze nadzieja.

Ruchy bez króla

Kolejne dni w Mirage Elite mijały w dziwnym zawieszeniu, sprawiając wrażenie, że cały świat wstrzymał oddech, czekając na coś, co miało dopiero nadejść.

Z zewnątrz wszystko funkcjonowało perfekcyjnie.

Dokładnie tak, jak zawsze chciał Tony.

Klub nadal był niedostępny tylko dla tych, którzy nie mieli wystarczających wpływów, by zdobyć wejściówkę. Rezerwacje na tygodnie do przodu nie malały. Ekskluzywne eventy odbywały się zgodnie z harmonogramem. Bielizna i buty rozchodziły się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet dział inwestycji i finansów pracował tak sprawnie, jak gdyby śmierć właściciela była tylko nieistotnym nagłówkiem w wiadomościach.

Mirage żyło.

Oddychało.

Funkcjonowało.

Miała swojego następcę. Sukcesja nastąpiła bez słowa sprzeciwu.

A Luna miała wrażenie, że to wszystko dzieje się bez niej.

Siedziała za ogromnym biurkiem Tonego, podpisując kolejne dokumenty, odbierając telefony i podejmując decyzje, których jeszcze kilka miesięcy temu nie potrafiłaby nawet zrozumieć.

Teraz robiła to automatycznie.

Mechanicznie.

Bez emocji.

Jej ciało nauczyło się działać, gdy dusza była w rozsypce.

Większość obowiązków związanych z klubem oddała Alicji.

I Alicja radziła sobie znakomicie. Jak zawsze. Lojalna. Dyskretna. Skuteczna. Była właściwie jedyną osobą, przy której Luna nie musiała udawać aż tak bardzo.

Robert natomiast wyraźnie się wycofał.

Coraz rzadziej pojawiał się na piętrze zarządu.

Coraz mniej mówił.

Coraz częściej zamykał się w swoim gabinecie albo znikał bez słowa. A kiedy już się pojawiał, wyglądał jak człowiek, który żyje na krawędzi swoich emocji. Spięty. Nerwowy. Nieobecny, psychicznie i fizycznie.

Wyraźnie czegoś się bał.

Albo przed czymś uciekał.

Luna zauważyła to od razu.

Tak samo jak zauważyła coś jeszcze.

Lista dokumentów, którą przesłali jej Piotr Wróbel i Mary Ellen, była… dziwna. Siedziała właśnie nad nią po raz trzeci, przesuwając wzrokiem po kolejnych pozycjach. Przepływy finansowe platformy szachowej. Umowy partnerskie dotyczące rozwoju aplikacji. Zagraniczne przelewy związane z serwerami. Kontakty inwestorów technologicznych. Historia logowań administratorów.

Wszystko.

Absolutnie wszystko.

Dotyczyło szachów.

Ani jednego pytania o klub.

Ani jednego o Mirage Elite.

Ani jednego o część finansową związaną z luksusową działalnością. W ogóle ich to nie interesowało. Oni szukali czegoś konkretnego.

I to ją niepokoiło.

Jeszcze bardziej niepokojąca była prośba o dostęp do komputera Tonego. Na szczęście prawnik Mirage zareagował natychmiast.

Odmówił.

Stanowczo.

Powiedział jasno, że na urządzeniu znajdują się informacje objęte tajemnicą handlową, dane klientów i materiały poufne. Bez oficjalnego nakazu nie dostaną nic.

Wróbel oczywiście nie był zadowolony.

Luna widziała to w jego oczach.

Bo Wróbel praktycznie zamieszkał w Mirage.

Pojawiał się niemal codziennie.

Zawsze bez zapowiedzi.

Zawsze z nowymi pytaniami.

I coraz rzadziej dotyczyły Tonego.

Coraz częściej…

Roberta.

— Jak długo pracuje tu Robert? — zapytał któregoś dnia, stojąc przy panoramicznym oknie jej gabinetu.

Luna uniosła wzrok znad dokumentów.

— Od początku.

— Ufa mu pani?

Zawahała się.

Minimalnie.

Wróbel to zauważył.

Oczywiście.

— Tak.

Uśmiechnął się pod nosem.

Bez cienia humoru.

— Ciekawe.

Luna odłożyła długopis.

— Dlaczego tak pana interesuje Robert?

Wróbel odwrócił się powoli.

Patrzył na nią długo.

Za długo.

— Jeśli pani mąż zatrudnił takiego człowieka… to podejrzewam, że sama pani nie ma pojęcia, czym naprawdę się zajmował.

Luna zesztywniała.

— Słucham?

Wróbel zrobił krok bliżej.

— Pani mąż Tony a właściwie Mateusz Kowalewski nie był tylko biznesmenem.

Jego głos zrobił się niższy.

Cięższy.

— A Robert nie jest tylko jego pracownikiem.

Luna poczuła, jak serce zaczyna bić szybciej.

— O czym pan mówi?

Wróbel uśmiechnął się chłodno.

— Jeszcze nie wiem. Ale dowiem się… Prędzej czy później.

I wyszedł.

Zostawiając po sobie zapach papierosów i niepokój.

Mary Ellen była jego przeciwieństwem.

Cicha.

Spokojna.

Elegancka.

Pojawiała się rzadziej.

Ale kiedy już się pojawiała, Luna miała wrażenie, że widzi wszystko. Oceniała spojrzeniem. Notowała w głowie. Analizowała. A jednocześnie… była dziwnie uprzejma.

Któregoś dnia stanęła w drzwiach gabinetu i uśmiechnęła się lekko.

Pierwszy raz.

— Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.

Luna uniosła brew.

— Czego?

Mary Ellen rozejrzała się po wnętrzu.

— Tego wszystkiego.

Tego, co pani zbudowała.

Luna zaśmiała się cicho. Gorzko.

— To Tony zbudował.

Mary Ellen pokręciła głową.

— Nie. Pani mąż stworzył fundament. Ale to pani sprawia, że to wciąż stoi.

Ich spojrzenia spotkały się na chwilę.

Za długo.

Zbyt intensywnie.

Luna pierwsza odwróciła wzrok.

— Była pani już w klubie? — zapytała chłodno.

Mary Ellen uśmiechnęła się subtelnie.

— Nie. Słyszałam, że zdobycie wejściówki graniczy z cudem.

Luna nacisnęła przycisk interkomu.

— Alicja, przygotuj wejściówkę VIP dla agentki Ellen.

Mary Ellen uniosła brew.

— To bardzo miłe.

Luna wzruszyła ramionami.

— Lubię wiedzieć, kto mnie obserwuje.

Mary Ellen zaśmiała się cicho.

I ten śmiech… dziwnie zabrzmiał w jej głowie.

Kilka minut później agentka odbierała wejściówkę na recepcji.

Luna właśnie przechodziła obok kiedy Mary Ellen odwróciła głowę. Ich spojrzenia się spotkały na jeden krótki moment.

I wtedy…

ten wzrok.

Długi. Spokojny. Przenikliwy. I cholernie niepokojący.

Luna poczuła dreszcz biegnący po plecach.

Zmarszczyła brwi.

Nie rozumiała tego.

Nie był to strach.

Nie do końca.

Było w tym coś jeszcze.

Coś, czego nie potrafiła nazwać.

Odwróciła się gwałtownie i ruszyła do swojego gabinetu. Ledwo zamknęła za sobą drzwi, gdy rozległo się pukanie.

Prawnik Mirage.

Wszedł bez zbędnych formalności.

Poważny i nienaturalnie spięty.

— Musimy się spotkać.

Luna uniosła wzrok.

— Teraz?

— Może jutro?

— O co chodzi?

Mężczyzna zawahał się.

Pierwszy raz odkąd go znała.

— Ale nie tutaj.

Luna poczuła chłód.

— Dlaczego?

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Luno. Tony zostawił mi instrukcję… na wypadek, gdyby coś mu się stało. I mam ci te instrukcje przekazać.

Zamarła. Dosłownie. Świat wokół niej na chwilę się zatrzymał.

W tej samej chwili telefon zawibrował.

Nieznany numer.

Drżącymi palcami odczytała wiadomość.

„Pozory potrafią być mylne.”

Druga wiadomość przyszła sekundę później.

„Nie jestem twoim wrogiem.”

Luna wstrzymała oddech.

Trzecia.

„Gra Tonego jeszcze się nie skończyła.”

Serce uderzyło jej tak mocno, że aż zabolało. Luna jeszcze przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo, wpatrując się w ekran telefonu tak intensywnie, jak gdyby samym spojrzeniem mogła zmusić te kilka krótkich wiadomości do ujawnienia prawdy. Czuła, jak jej serce bije szybciej z każdą sekundą, a palce coraz mocniej zaciskają się na urządzeniu. Nieznany numer. Lakoniczne zdania. Tajemniczy ton. To wszystko budziło w niej niepokój, który zaczynał rozlewać się po całym ciele.

Nie mogła uwierzyć, że dzieje się to po raz kolejny. To nie mógł być przypadek.

Jeżeli znowu zaczynała dostawać wiadomości z ukrytego numeru, to znaczyło, że coś się działo. Że ktoś ją obserwował. Że ktoś wiedział więcej, niż powinien. Albo, co gorsza, ktoś bardzo świadomie prowadził ją tam, gdzie chciał, żeby się znalazła.

Rozsądek podpowiadał jej, że powinna to zignorować. Powinna oddać telefon informatykowi, prawnikowi albo policji. Powinna potraktować to jak czyjąś chorą grę albo okrutny żart. Powinna zachować zimną krew i nie pozwolić, by kilka anonimowych wiadomości zachwiało tymi resztkami kontroli, które próbowała utrzymać.

A jednak nie potrafiła.

Wbrew rozsądkowi, wbrew logice i wbrew wszystkiemu, co sama sobie powtarzała od chwili, gdy usłyszała o śmierci Tonego, czuła… nadzieję.

Tę cichą, niebezpieczną nadzieję, której tak bardzo się bała. Doskonale wiedziała, że nadzieja bardzo często prowadzi do rozczarowania. Że jest jak obietnica składana przez życie tylko po to, by później boleśniej ją odebrać. Już nie raz przekonała się, że los bywa brutalny, a człowiek najbardziej cierpi wtedy, gdy wierzy zbyt mocno.

A mimo to właśnie tej nadziei trzymała się teraz z całych sił. Bo to ona nie pozwalała jej się załamać. To ona sprawiała, że rano wstawała z łóżka, mimo że każda komórka jej ciała chciała zostać pod kołdrą i zniknąć. To ona zmuszała ją do ubierania eleganckich ubrań, prostowania pleców i nakładania maski kobiety, która nad wszystkim panuje. To ona kazała jej podpisywać dokumenty, podejmować decyzje i patrzeć ludziom prosto w oczy, kiedy w środku rozsypywała się na tysiące kawałków.

Musiała być silna.

Tony ją tego nauczył. To właśnie on nauczył ją, że słabość bywa luksusem, na który nie zawsze można sobie pozwolić. To on pokazał jej, że kiedy świat wali się człowiekowi na głowę, nie można pozwolić sobie na bezruch. Trzeba wykonać ruch. Jakikolwiek. Trzeba działać, nawet jeśli nie zna się wszystkich zasad gry.

Przymknęła oczy i przycisnęła telefon mocniej do piersi.

Tęskniła za nim.

Bardziej, niż była gotowa przed sobą przyznać.

Przez ostatnie dni próbowała wmówić sobie, że radzi sobie dobrze. Że to tylko szok. Że to kwestia czasu. Że musi skupić się na firmie, na Neli, na tym, co zostało.

Ale prawda była zupełnie inna.

Brakowało jej go tak bardzo, że chwilami nie mogła oddychać. Brakowało jej jego głosu. Tego spokojnego, pewnego tonu, którym potrafił jednym zdaniem uciszyć wszystkie jej lęki. Brakowało jej sposobu, w jaki mówił do niej „kochanie”. To słowo było stworzone wyłącznie dla niej. Brakowało jej jego spojrzenia, w którym zawsze odnajdywała spokój i bezpieczeństwo. Brakowało jej jego dotyku, zapachu, obecności.

Dopiero teraz zaczynała rozumieć, jak bardzo stał się centrum jej świata. Jak bardzo wypełnił każdy fragment jej codzienności. Jak bardzo nauczyła się żyć wokół niego. I może właśnie dlatego teraz tak desperacko próbowała wierzyć, że to nie koniec.

Bo gdzieś głęboko, pod warstwą bólu, strachu i tęsknoty, czuła coś jeszcze.

Przeczucie. Cichy, uparty głos, który szeptał jej, że gra wciąż trwa.

Tony zawsze wygrywał.

Zawsze myślał kilka ruchów naprzód. Zawsze planował. Zawsze miał strategię. Nigdy nie zostawiał niczego przypadkowi.

Tylko tym razem Luna nie miała pojęcia, o co toczy się gra.

Nie znała planszy.

Nie znała zasad.

Nie wiedziała, kto jest przeciwnikiem.

A kto tylko udaje sprzymierzeńca.

I właśnie ta niewiedza przerażała ją najbardziej.

Bo po raz pierwszy od bardzo dawna Luna poczuła, że stoi na środku gry, której nie rozumie… a mimo to będzie musiała wykonać kolejny ruch.

Tylko nie wiedziała jaki.

List zza grobu

Kancelaria adwokacka należąca do Krzysztofa Borowskiego prawnika Mirage Elite była jednym z tych miejsc, które już samym wyglądem sugerowały, że nie przychodzi się tu po zwykłe porady prawne, lecz po decyzje, które zmieniają kierunek całego życia, i Luna czuła to w sposób niemal fizyczny, gdy siedziała naprzeciwko prawnika, trzymając w dłoniach kopertę, która wydawała się cięższa, niż powinno ważyć kilka kartek papieru.

Widok z okna kancelarii adwokackiej rozciągał się w taki sposób, że miasto nie wydawało się już zwykłą tkanką urbanistyczną, lecz precyzyjnie ułożonym układem napięć, w którym każdy budynek miał swoją funkcję, a każdy ruch na ulicy był częścią większej, niewidzialnej gry.

Na pierwszym planie, niemal dokładnie na wprost wejścia do kancelarii, można było zobaczyć rzeźbę Temidy umiejscowioną przed wejściem do gmachu sądu we Wrocławiu. Symbolu sprawiedliwości. Wysoka, chłodna, wykonana z materiału, który w zależności od światła wydawał się raz surowy, raz niemal miękki, tak że wydawać się mogło, że sprawiedliwość zmieniała swoją fakturę w zależności od tego, kto na nią patrzył.

Tyle że ta Temida nie była ślepa.

Rzeźbiarz z powodu pomyłki, niedopatrzenia albo być może świadomej decyzji, której nikt później nie chciał już korygować, nie zasłonił jej oczu, przez co figura wyglądała tak, że obserwowała wszystko z niepokojącą, ludzką uważnością. I właśnie to czyniło ją ewenementem, bo w kraju, w którym symbole prawa zazwyczaj miały podkreślać bezstronność, tutaj bezstronność została dosłownie pozbawiona swojej metafory.

Luna patrzyła na nią długo, i w tej jednej scenie, w tym nieruchomym obrazie wejścia do sądu, wróciło do niej wspomnienie rozmów, które kiedyś traktowała jak pół żarty, pół filozoficzne prowokacje.

Jej mąż, Mateusz, śmiał się wtedy, że to nie była żadna pomyłka. Według niego Temida w tym miejscu nie była ślepa, bo nie mogła być ślepa tam, gdzie rzeczywistość nie pozwalała sobie na luksus idealizmu. Mówił, że we Wrocławiu sprawiedliwość widzi, i to aż za dobrze. Widzi nie tylko fakty, ale też układy, spojrzenia, gesty, milczenia, które ważą więcej niż przepisy, i że nie wydaje wyroków tak, jak powinna, lecz tak, jak jest jej wygodniej w danym momencie systemu.

„Ona patrzy” — mówił kiedyś z lekką ironią — „i widzi, kto więcej położy na tacy, żeby przechylić szalę na swoją korzyść.”

Dla niego nie była to metafora, tylko obserwacja świata, w którym funkcjonował od lat.

Krążyła tu nawet opowieść. Półgłosem powtarzana w kuluarach, nigdy oficjalnie niepotwierdzona, ale też nigdy do końca niewygaszona. W okolicach sądu istniał kiedyś swoisty „targ świadków”, miejsce, gdzie prawda mogła mieć cenę, a zeznania były traktowane jak zasób podlegający negocjacji. Nikt nie mówił o tym głośno, ale wszyscy, którzy mieli z tym systemem do czynienia, wiedzieli, że niektóre historie zmieniały właściciela szybciej niż dokumenty w aktach sprawy.

Mateusz traktował takie opowieści nie jak sensację, lecz jak element krajobrazu.

Mówił, że Wrocław to miejsce, gdzie prawa się nie tylko interpretuje, ale też testuje w praktyce, gdzie uczciwość bywa luksusem kosztownym, a bogactwo… formą ochrony przed konsekwencją, i że sprawiedliwość bardzo często nie jest ślepa, tylko dobrze opłacona.

„Najgorzej mają uczciwi” — powiedział kiedyś bez cienia dramatyzmu, jak komentator pogody w TVN — „a najlepiej bogaci. Bo sprawiedliwość można kupić, tylko cena nie zawsze jest oczywista.”

Luna pamiętała, jak wtedy patrzył na ludzi inaczej niż większość. Jak na dwie podstawowe kategorie, które porządkowały jego doświadczenie świata biznesu.

Hieny i oszuści.

Dla niego nie było w tym romantyzmu ani moralnego oburzenia, była tylko analiza, sucha i niemal kliniczna. Życie zawodowe nauczyło go, że emocje są jedynie zakłóceniem sygnału, który i tak jest już zniekształcony.

I tylko jedna rzecz pozostawała dla niego niezmienna. Przekonanie, że tych drugich, jest zawsze znacznie więcej, niż człowiek chciałby przyjąć do wiadomości.

Luna stała przy oknie jeszcze długo, obserwując Temidę bez opaski na oczach, i miała wrażenie, że ta jedna drobna niezgodność z symbolem prawa zmienia całe znaczenie budynku naprzeciwko, tak jakby ktoś przypadkiem zdradził prawdę o systemie, który miał być neutralny, a był jedynie dobrze zaprojektowaną iluzją równowagi.

I wtedy po raz pierwszy pomyślała, że być może Mateusz nie opowiadał jej świata w sposób cyniczny.

Być może on go po prostu widział.

Z przemyśleń wyrwał ją głos Krzysztofa. Mężczyzna mówił spokojnie, z precyzją kogoś, kto nie ma prawa do emocji w tej rozmowie, i wyjaśniał jej, że jej mąż przed wyjazdem zostawił mu tę kopertę na wypadek, gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego, coś, czego nie dało się już skorygować żadnym planem awaryjnym, a Luna miała wrażenie, że każde jego słowo jest jak kolejne odsłanianie warstw czegoś, co było zaplanowane z wyprzedzeniem, którego nie potrafiła nawet objąć swoją wyobraźnią.

— Nie wiem, co powinnaś zrobić — powiedział w końcu prawnik, a ta szczerość zabrzmiała w jego ustach bardziej niepokojąco niż jakakolwiek rada — ale ja też dostałem instrukcje od Tonego… i na chwilę obecną on jest zaginiony, nie martwy.

Słowo „zaginiony” zawisło w powietrzu jak coś nieokreślonego, zawieszonego między nadzieją a strachem, i Luna poczuła, jak jej myśli zaczynają rozchodzić się w różnych kierunkach. Jej własny umysł próbował znaleźć drogę ucieczki od znaczenia tego zdania.

Prawnik przesunął dokumenty, mówiąc dalej, że sprzedaż szachów została sfinalizowana, że transakcja jest zamknięta i nie należy już ani do Tonego, ani do niej. Poczuła jak ktoś właśnie przeciął niewidzialną nić łączącą ich dotychczasowe życie z czymś, co miało jeszcze jakąkolwiek stabilność, a pieniądze znajdują się na koncie za granicą, do którego Luna ma dostęp, co z jednej strony dawało jej kontrolę, a z drugiej odbierało jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa, bo kontrola bez kontekstu stawała się tylko kolejnym źródłem lęku.

Kiedy wyszła z kancelarii, powietrze na ulicy wydało jej się nienaturalnie zwyczajne. Chyba świat nie miał pojęcia, że właśnie w środku niej coś się przesunęło nieodwracalnie, i dopiero w domu, kiedy zobaczyła Nele siedzącą z twarzą wbitą w ekran telefonu w zupełnie codzienny sposób, wracającą do rytmu dnia z zadziwiającą lekkością, poczuła, jak bardzo różne mogą być sposoby przeżywania tej samej niepewności.

Rozmawiały chwilę o tym, jak będzie wyglądało teraz życie, i Luna obserwowała córkę z czymś na granicy zdziwienia i niepokoju, bo Nela mówiła o przyszłości tak, jak gdyby była ona już w jakiś sposób ustalona, stabilna, niemal przewidywalna.

— Tata zawsze wygrywa — powiedziała Nela z prostotą, która nie dopuszczała sprzeciwu. — Dlatego wiem że wróci.

Luna nie wyprowadziła jej z błędu, bo słowa utknęły jej gdzieś w gardle, a zamiast nich pojawiło się coś znacznie cięższego, coś przypominającego myśl, której nie da się wypowiedzieć bez ryzyka rozsypania całej rzeczywistości, i przez resztę dnia obserwowała siebie z dystansu. Była jednocześnie uczestnikiem i świadkiem własnego życia, zastanawiając się nad tym, jak szybko umysł dziecka potrafi stworzyć narrację, która chroni je przed chaosem, nawet jeśli ta narracja nie ma nic wspólnego z prawdą.

Wieczorem, kiedy dom ucichł i światło w pokojach stało się miękkie, Luna usiadła sama, trzymając kopertę tak długo, że papier zaczął przejmować temperaturę jej dłoni, i dopiero wtedy, z oporem, który przypominał bardziej walkę z samą sobą niż zwykłą czynność, otworzyła ją.

W środku był list.

Pierwsze zdania sprawiły, że poczuła coś, co trudno było nazwać. I to wrażenie, że ktoś pisał do niej z miejsca, które nie powinno istnieć, z perspektywy, która jednocześnie była bliska i nieosiągalna, jak list zza granicy życia, choć bez jednoznacznego końca, a raczej z zawieszeniem, które było jeszcze bardziej niepokojące.

„Jeżeli to czytasz, Luna, to znaczy, że nie przewidziałem wszystkiego” — zaczynał Mateusz, a ona przez chwilę nie była pewna, czy bardziej boli ją to, że używa jej imienia w taki sposób, czy to, że od pierwszego zdania zakładał możliwość swojej porażki.

List był jednocześnie instrukcją i wyznaniem, splecionymi tak mocno, że nie dało się ich od siebie oddzielić bez utraty sensu, bo Mateusz pisał, że w kopercie znajduje się pendrive z dostępem do kont oraz lista nazwisk ludzi, którzy mogą się jej przydać, jeśli rzeczywistość zacznie wymykać się spod kontroli, i że on wie, iż dostaje tajemnicze SMS-y, dlatego ma je uważnie czytać, nawet jeśli będą wydawały się nieistotne, bo nic, co pochodzi od nadawcy, nie jest przypadkowe.

Napisał też, że jeśli coś poszło nie tak, skontaktuje się z nią pan M., i że nie powinna się go obawiać, choć jednocześnie wyraźnie zaznaczył, że jeśli taki kontakt nastąpi, nie może powiedzieć o tym nikomu, a zwłaszcza Robertowi, a to imię pojawiło się w tekście jak ostrze, które nie wymagało dodatkowego wyjaśnienia. Jego znaczenie było już zapisane gdzieś między wierszami ich wspólnego życia.

Potem był fragment, który sprawił, że Luna przestała czytać na chwilę. Jej umysł potrzebował przerwy, żeby w ogóle móc przyjąć skalę emocji zawartych w słowach.

Było tam o miłości.

O niej i o Neli, o tym, że się zmieniła, że ta zmiana była czymś, co Mateusz obserwował z rosnącym zdumieniem i czymś, co nazywał najlepszym, co go w życiu spotkało, choć jednocześnie w tym samym zdaniu było ukryte przyznanie, że zmieniał się wraz z nią, że ich relacja nie była statyczna, lecz procesem, którego sam nie do końca kontrolował, i że wierzy, iż poradzi sobie ze wszystkim, nawet jeśli on sam nie będzie już w pobliżu, by to zobaczyć.

„Widziałem, jak się zmieniasz” — pisał — „i ta zmiana była dla mnie czymś, co dało mi sens, którego wcześniej nie umiałem nazwać.”

Kiedy skończyła czytać, list leżał na jej kolanach jak dowód czegoś, czego nie da się unieważnić, i Luna poczuła, że wszystko, co do tej pory uważała za pewne w swoim małżeństwie, w ich codzienności, w ich decyzjach, zaczyna się rozpadać nie spektakularnie, lecz cicho. Warstwa po warstwie, jak struktura, która była zbyt dobrze zaprojektowana, żeby mogła być przypadkowa.

Najbardziej poruszyło ją jednak jedno słowo.

„Mateusz”.

Nie Tony.

Nie człowiek, którego znała w codzienności, w rozmowach, w napięciach i kompromisach, lecz imię zapisane tak, że było prawdziwym fundamentem, którego nigdy nie widziała, i w tym momencie dotarło do niej coś, czego nie chciała dopuścić wcześniej do świadomości. Że mogła żyć obok kogoś, kto od początku funkcjonował na wielu poziomach, a ona znała tylko jeden z nich.

I to właśnie ta myśl była najbardziej bolesna.

Nie zaginięcie.

Nie instrukcje.

Nie nawet strach przed tym, co może nadejść.

Tylko świadomość, że człowiek, którego kochała, był jednocześnie kimś, kogo tak naprawdę nie potrafiła w pełni nazwać.

Siedziała długo w ciszy, z listem w dłoniach, czując, jak w jej wnętrzu narasta niepewność, która nie miała jednego źródła, lecz rozlewała się na wszystko, co znała. W tej ciszy zrozumiała, że teraz nie ma już powrotu do wcześniejszej niewiedzy, bo nawet jeśli nic więcej się nie wydarzy, ona już nie będzie tą samą osobą, która otwierała tę kopertę kilka godzin wcześniej.

Tęskniła.

Pomiędzy ciszą i zdradą

Śledztwo trwało.

Każdego dnia do gabinetu Luny trafiały kolejne pytania, kolejne formularze do podpisania, kolejne prośby o dokumenty, wyjaśnienia i spotkania, które jeszcze tydzień wcześniej doprowadziłyby ją do szału. Teraz jednak przestało jej to przeszkadzać.

Przywykła do obecności wszędobylskiego Wróbla, który pojawiał się w Mirage niemal codziennie. To miejsce stało się częścią jego rutyny. Przywykła do jego ciężkiego spojrzenia, do sposobu, w jaki zadawał pytania tak, że każde słowo mogło być pułapką. Przywykła nawet do cichej obecności Mary Ellen, która nie mówiła wiele, ale zdawała się widzieć wszystko.

Zaczęła traktować ich jak element krajobrazu. Jak niechciany, ale stały element nowej rzeczywistości.

A może po prostu miała już zbyt wiele na głowie, żeby przejmować się czymkolwiek poza tym, co naprawdę bolało.

Tamtego wieczoru siedziała w gabinecie długo po zamknięciu biura. Miasto za panoramicznymi szybami tonęło już w ciemności, a światła Wrocławia odbijały się w szkle niczym rozmyte wspomnienia.

Przed nią stała nietknięta lampka czerwonego wina.

Na biurku leżały dokumenty, których nie czytała.

Myślami była gdzie indziej.

Przy Neli.

Przy Tonym.

Przy tej cholernej nadziei, która nie chciała umrzeć.

Pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia.

— Wejdź — rzuciła cicho.

Robert wszedł powoli.

Bez garnituru.

W ciemnym swetrze i czarnych spodniach wyglądał mniej oficjalnie, bardziej ludzko. i chyba bardziej… niebezpiecznie. Bo pierwszy raz od dawna nie wyglądał jak wspólnik. Wyglądał jak mężczyzna.

I Luna to zauważyła.

Robert zamknął za sobą drzwi i przez chwilę po prostu stał.

Patrzył na nią.

Długo.

Zbyt długo.

— Musimy porozmawiać — powiedział w końcu.

Westchnęła cicho.

— Mów.

Podszedł bliżej.

Nie usiadł.

Oparł dłonie o blat biurka i pochylił się lekko.

— Nie radzisz sobie.

Uniósł lekko brew, czekając, aż zaprzeczy.

Nie zaprzeczyła.

Zaśmiała się krótko, ale tak bez humoru.

— Świetna obserwacja.

Robert zacisnął szczękę.

— Luna… przestań.

— Z czym?

— Z udawaniem.

Jej spojrzenie momentalnie stwardniało.

— Nie udaję.

— Właśnie to robisz.

Zerwała się gwałtownie z fotela.

— A co mam robić, Robert?! — jej głos drgnął pierwszy raz od dawna. — Rozsypać się?! Zamknąć firmę?! Położyć się do łóżka i czekać, aż świat się skończy?!

Robert wyprostował się.

Podszedł bliżej.

Zbyt blisko. Za blisko jak na sytuację w której oboje się znajdowali.

— Nie.

Jego głos był miękki.

Niebezpiecznie miękki.

— Ale możesz przestać udawać przede mną.

Patrzyła mu w oczy.

Widziała tam wszystko.

Troskę.

Pożądanie.

Ból.

I coś jeszcze.

Coś, czego nie chciała widzieć.

Odwróciła wzrok.

— Nie umiem.

To wyznanie zawisło między nimi ciężkie i nagie.

Robert zrobił kolejny krok.

Uniósł dłoń.

Delikatnie odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy.

Luna zesztywniała.

Nie odsunęła się. Ale też nie odwzajemniła tego gestu.

— Możesz na mnie liczyć — wyszeptał.

Jej serce ścisnęło się boleśnie.

Bo wiedziała.

Czuła to.

Robert chciał być blisko.

Coraz bardziej i coraz wyraźniej. Ale ona nie była na to gotowa. Nie teraz. Nie bez Tonego. Może nigdy.

— Robert…

Spojrzał na nią tak, jak ktoś kto czeka na coś więcej. Na pozwolenie. Na znak. Na nadzieję.

Luna westchnęła ciężko.

— Nie wiem, co mam czuć.

Jego oczy pociemniały.

— Nie proszę cię o nic.

Kłamał. I oboje to wiedzieli.

— Kłamiesz — wyszeptała.

Uśmiechnął się smutno.

— Może trochę.

Przesunął dłonią po karku.

Nerwowo.

— Po prostu… nie chcę, żebyś była sama.

Luna zamknęła oczy. Przez chwilę pozwoliła sobie oprzeć czoło o jego klatkę piersiową. Dosłownie na sekundę. Na jeden słaby moment. A on objął ją ostrożnie, bojąc się, że ją spłoszy, że zaraz odejdzie.

I odeszła.

Odsunęła się pierwsza.

— Skąd znasz Wróbla?

Robert momentalnie zesztywniał.

Luna to poczuła.

— Służyliśmy razem.

Zmarszczyła brwi.

— W wojsku?

Zaśmiał się gorzko.

— Można tak to nazwać.

— Robert.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Mieliśmy kiedyś… duże nieporozumienie.

— Jakie?

Milczał.

— Nie ma znaczenia.

— Dla mnie ma.

Westchnął ciężko.

— Luna… naprawdę nie musisz się tym przejmować.

— To dlaczego on cię nienawidzi?

Jego twarz stwardniała.

— Bo nie wszystko jest takie, jak wygląda.

Te słowa zabrzmiały dziwnie.

Niepokojąco.

— Możesz mi zaufać — powiedział ciszej. — Chcę być przy tobie. I będę. Nawet jeśli będę musiał czekać.

Serce Luny ścisnęło się jeszcze mocniej.

— Tonego też mi brakuje — odwrócił wzrok.

Pierwszy raz wyglądał na naprawdę smutnego.

— Mnie też.

Spojrzał znów na nią.

— Ale Luna… brak ciała nie oznacza, że żyje.

Jej gardło ścisnęło się boleśnie.

— Wiem.

— Każdy popełnia błędy.

— Nie Tony.

Robert milczał. I tym milczeniem powiedział więcej niż słowami. Luna wyprostowała się. Otarła szybko policzek.

— Muszę to wszystko ogarnąć.

Robert skinął głową.

— Wiem.

— Dla Neli.

— Wiem.

— Dla Mirage.

— Wiem.

Ich spojrzenia spotkały się po raz ostatni.

— Dobranoc, Luna.

— Dobranoc.

Wyszedł cicho. Zostawiając ją z ciężarem, którego nie umiała nazwać.

Kilka godzin później siedziała już w domu, gdy telefon zawibrował.

Nieznany numer.

Serce stanęło jej w gardle.

Otworzyła wiadomość.

„Nie ufaj pozorom.”

Druga przyszła sekundę później.

„Świat potrafi zaskoczyć bardziej, niż myślisz.”

Luna zamarła. A jej serce…

zabiło mocniej.

Pod skórą

Wieczory w Mirage Elite od zawsze rządziły się własnymi prawami, a Luna miała nieodparte wrażenie, że dopiero po zmroku to miejsce stawało się naprawdę sobą. Kiedy ostatnie promienie słońca znikały za linią miasta, a ciężkie, przyciemniane szyby odcinały wnętrze klubu od zwykłego świata, Mirage zaczynało pulsować życiem, którego nie dało się porównać z niczym innym. Światła przygasały, muzyka stawała się głębsza i bardziej wyczuwalna niż słyszalna, a powietrze gęstniało od drogich perfum, alkoholu i pożądania, które unosiło się pomiędzy ludźmi jak niewidzialna mgła. To było miejsce stworzone dla tych, którzy chcieli zapomnieć, kim są, albo przeciwnie… dla tych, którzy właśnie tutaj mogli być sobą bez żadnych ograniczeń.

Luna stała na antresoli, opierając dłonie o chłodną, szklaną balustradę, i patrzyła na tłum falujący w rytm muzyki. Jej spojrzenie przesuwało się po znajomych twarzach stałych klientów, po celebrytach, politykach i anonimowych milionerach, którzy płacili fortuny za możliwość znalezienia się w tym świecie choćby na kilka godzin. Wszyscy czegoś tutaj szukali. Rozrywki. Zapomnienia. Seksu. Kontroli. Władzy. A czasem po prostu emocji, których nie mogli kupić nigdzie indziej.

I może właśnie dlatego Luna zawsze czuła się tu dobrze.

Mirage rozumiało głód.

Rozumiało pożądanie.

Rozumiało potrzebę kontroli.

Tony rozumiał to od samego początku. To on stworzył to miejsce, ale to ona nauczyła się nim oddychać. To tutaj po raz pierwszy pokazał jej, czym jest prawdziwa władza. Nauczył ją, że nie chodzi o pieniądze, bo pieniądze są tylko narzędziem. Nie chodzi nawet o luksus, bo luksus po pewnym czasie przestaje robić wrażenie. Chodzi o wpływ. O to, by ludzie patrzyli na ciebie i chcieli więcej. O to, byś jednym skinieniem głowy mogła zmieniać czyjś wieczór… albo życie.

Dziś wyglądała dokładnie tak, jak chciała wyglądać kobieta, która nad wszystkim panuje.

Czarna, satynowa sukienka opinała jej ciało jak druga skóra, podkreślając każdą linię sylwetki. Wysokie rozcięcie odsłaniało nogę przy każdym ruchu, a głęboki dekolt subtelnie eksponował obojczyki i fragment piersi. Włosy miała rozpuszczone i ułożone w miękkie fale opadające na ramiona. Makijaż był mocniejszy niż zwykle. Oczy przyciemnione, wyraziste, niemal drapieżne, usta krwisto czerwone. Patrząc na swoje odbicie w szkle, widziała kobietę piękną, silną i niebezpieczną.

Nie widziała wdowy.

Nie widziała kobiety, która jeszcze kilka godzin wcześniej siedziała samotnie w sypialni i płakała w poduszkę, żeby Nela nie usłyszała.

Nie widziała siebie takiej, jaką była naprawdę.

I może właśnie dlatego potrzebowała tego miejsca bardziej, niż chciała przyznać.

Na samą myśl o Tonym coś ścisnęło ją boleśnie pod żebrami.

To było niemal absurdalne, jak człowiek może być wszędzie, nawet wtedy, gdy go nie ma. Tony był w zapachu skóry na fotelu w jego gabinecie. W ciszy ich sypialni. W każdej decyzji, którą teraz musiała podejmować sama. W każdym oddechu Mirage.

Był w niej.

Przymknęła na moment oczy i niemal usłyszała jego głos przy swoim uchu. Ten niski, spokojny ton, którym zawsze mówił rzeczy pewne, tak że czuło się, że świat naprawdę należał do niego. Przypomniała sobie jego rozbawienie, kiedy szeptał jej, że wygląda jak kłopoty. Albo że dziś nikt nie będzie patrzył na klub.

Będą patrzeć tylko na nią.

— Imponujące.

Głos za plecami wyrwał ją z zamyślenia tak gwałtownie, że aż drgnęła.

Odwróciła się powoli.

I przez krótką chwilę naprawdę zapomniała, jak oddychać.

Mary Ellen.

Ale nie ta Mary Ellen, którą znała z gabinetów, oficjalnych rozmów i chłodnych pytań. Nie agentka w perfekcyjnie skrojonym garniturze i z włosami spiętymi w ciasny kok. Nie kobieta, która patrzyła na nią analizując każdy ruch.

Przed nią stała kobieta.

Piękna.

Zmysłowa.

Niepokojąco piękna.

Miała na sobie długą, czarną suknię, która miękko opływała jej ciało przy każdym ruchu, podkreślając smukłą talię i biodra. Plecy miała niemal całkowicie odkryte, a wysokie rozcięcie odsłaniało nogę, kiedy stawiała kolejny krok. Włosy opadały jej luźno na ramiona w miękkich falach, a subtelny makijaż sprawiał, że jej oczy wydawały się jeszcze jaśniejsze, jeszcze bardziej przenikliwe.

Luna przełknęła ślinę i natychmiast poczuła złość na samą siebie za tę reakcję.

— Nie spodziewałam się pani — powiedziała, starając się, by jej głos zabrzmiał naturalnie.

Mary Ellen uniosła lekko kącik ust, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś, co Luna odczytała jako rozbawienie.

— Kłamie pani.

Luna prychnęła cicho, po raz pierwszy od dawna szczerze się uśmiechając.

— Być może.

Mary podeszła bliżej. Jej obcasy cicho stukały o marmurową posadzkę, a każdy krok wydawał się spokojny, pewny i przemyślany. Stanęła obok niej przy balustradzie tak blisko, że Luna wyczuła zapach jej perfum. Ciężki, elegancki, uzależniający. Coś pomiędzy wanilią, drewnem i ostrzejszą nutą, której nie potrafiła nazwać.

— Teraz rozumiem, dlaczego zdobycie wejściówki tutaj graniczy z cudem — powiedziała, zerkając w dół na tłum.

Luna oparła się mocniej o szkło i spojrzała w tym samym kierunku.

— To miejsce uzależnia.

Mary odwróciła głowę i spojrzała na nią tak spokojnie, że Luna poczuła, jak jej serce przyspiesza.

— Tak jak pani.

To stwierdzenie zawisło między nimi cięższe, niż powinno.

Luna odwróciła wzrok pierwsza, bo nie była gotowa na to spojrzenie. Nie była gotowa na to, jak bardzo ją poruszało.

— Jest pani bardzo bezpośrednia.

— Tylko wobec ludzi, którzy mnie interesują.

Te słowa weszły pod skórę szybciej, niż powinny.

Luna poczuła ciepło rozlewające się po karku i złość na samą siebie, że w ogóle to czuje. Że po raz pierwszy od śmierci Tonego czuje coś więcej niż ból.

— To pani sposób przesłuchiwania? — rzuciła chłodno.

Mary zaśmiała się cicho, a ten niski, miękki dźwięk przeszedł Lunie po całym ciele.

— Nie. Gdybym panią przesłuchiwała, wiedziałaby pani. Tak szczerze to śledztwo jest prawie ukończone. Jeszcze tylko parę rzeczy i można będzie sprawę zamknąć.

Luna uniosła brew.

— Brzmi jak groźba.

— Może ostrzeżenie.

Powinna zakończyć tę rozmowę.

Powinna odejść.

Powinna przypomnieć sobie, kim jest i kogo straciła.

A jednak stała tam dalej, jak zahipnotyzowana, pozwalając, by Mary Ellen prowadziła tę dziwną grę.

Zaprosiła ją do prywatnego baru na piętrze, gdzie muzyka była tylko tłem, a światło jeszcze bardziej miękkie i intymne. Barman podał im drinki bez pytania. Wszyscy tutaj znali Lunę. Wszyscy wiedzieli, że jeśli przyprowadza kogoś do tej części klubu, ta osoba nie jest przypadkowa.

Mary Ellen uniosła szkło.

— Za silne kobiety.

Luna uśmiechnęła się smutno.

— Za te, które tylko udają.

Mary patrzyła na nią długo. Zbyt długo. Próbowała zajrzeć pod wszystkie warstwy, które Luna budowała od tygodni.

— Nie sądzę, żeby pani udawała.

Luna upiła łyk drinka, czując przyjemne pieczenie alkoholu w gardle.

— Nie zna mnie pani.

Mary zrobiła krok bliżej. Powoli. Bez pośpiechu. Jak ktoś, kto wie, że nie musi się spieszyć.

— Chciałabym.

Te słowa zostały wypowiedziane tak spokojnie, tak cicho i tak intymnie, że Luna poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. Jej ciało zareagowało szybciej niż rozsądek i właśnie to ją przeraziło.

Mary Ellen wyciągnęła rękę i delikatnie poprawiła ramiączko sukienki, które zsunęło się z jej ramienia.

Ten gest był subtelny.

Niemal niewinny.

A jednak Luna poczuła, jak miękną jej kolana.

Wstrzymała oddech.

Ich twarze były tak blisko, że mogła dostrzec każdy szczegół. Jasne oczy agentki. Delikatny pieprzyk przy ustach. Ciepło jej skóry.

I przez jedną przerażającą sekundę pomyślała o tym, co by było, gdyby ją pocałowała.

Cofnęła się gwałtownie. Sama ta myśl była zdradą.

Mary jednak nie ruszyła się ani o centymetr. Patrzyła tylko spokojnie, pewnie. Dokładnie wiedziała, co właśnie wydarzyło się w głowie Luny.

— Nie powinnam… — wyszeptała Luna, bardziej do siebie niż do niej.

Mary przechyliła lekko głowę, a jej usta wygięły się w niemal niezauważalnym uśmiechu.

— A jednak pani chce.

I właśnie to przerażało Lunę najbardziej.

Bo po raz pierwszy od śmierci Tonego nie czuła wyłącznie bólu.

Czuła pożądanie.

A ono było równie niebezpieczne jak każda gra, którą właśnie ktoś zaczynał wokół niej.

Znowu…

Po drugiej stronie lustra

Robert siedział nieruchomo w czarnym Maybachu zaparkowanym kilka ulic od Mirage Elite, chociaż od dobrych kilkunastu minut silnik był wyłączony, a wnętrze samochodu zdążyło przesiąknąć chłodem wilgotnej, wrocławskiej nocy. Deszcz uderzał o dach i przednią szybę w monotonny, niemal hipnotyzujący sposób, tworząc nieregularny rytm, który w innych okolicznościach mógłby uspokajać, ale dziś tylko potęgował napięcie rozlewające się po jego ciele. Rozmazane światła miasta odbijały się w kroplach spływających po szybie, tworząc migotliwą mozaikę czerwieni, bieli i żółci, a on miał wrażenie, że dokładnie tak wygląda teraz jego życie. Chaotycznie, niewyraźnie i bez żadnego logicznego kierunku.

Siedział z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy tak mocno, że pobielały mu knykcie, a mięśnie szczęki bolały od nieustannego napinania. Nie pamiętał, kiedy ostatnio naprawdę się rozluźnił. Nie pamiętał, kiedy ostatnio spał dłużej niż dwie godziny bez wybudzania się zlany potem. Nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni pomyślał o sobie, a nie o niej.

O Lunie.

Samo wypowiedzenie jej imienia w myślach wywoływało w nim ten sam znajomy ucisk w klatce piersiowej, który z dnia na dzień stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Przez miesiące skutecznie tłumił to uczucie, przekonując samego siebie, że to tylko chwilowa fascynacja, że minie, że wystarczy dystans, kilka zimnych decyzji i odpowiednio postawione granice. Problem polegał na tym, że żadna granica nie działała, kiedy Luna patrzyła na niego tymi wielkimi, ciemnymi oczami pełnymi bólu, kiedy próbowała być silna, choć ledwo stała na nogach, i kiedy po raz pierwszy od dawna pozwoliła sobie oprzeć głowę o jego klatkę piersiową tak, że szukała w nim bezpieczeństwa.

A on, do cholery… chciał jej to bezpieczeństwo dać.

Nawet jeśli miał za to zapłacić wszystkim.

Przymknął oczy i oparł głowę o zagłówek.

Tony.

To imię wywoływało w nim jeszcze większy chaos.

Tony był wszystkim tym, czym Robert nigdy nie potrafił być. Był inteligentniejszy. Spokojniejszy. Bardziej przewidujący. Grał zawsze kilka ruchów naprzód, a świat był dla niego jedną wielką planszą szachową, po której przesuwał ludzi niczym pionki, figury albo króla, zależnie od tego, jaką wartość mieli w danym momencie. Robert nienawidził go za to. I jednocześnie podziwiał go za to. Paradoksalnie, był mu lojalny.

A może nie był.

Sam już nie wiedział.

Telefon zawibrował gwałtownie na siedzeniu obok, wyrywając go z zamyślenia.

Otworzył oczy i spojrzał na ekran.

Numer prywatny.

Serce zabiło mu mocniej.

Przez krótką chwilę po prostu patrzył na wyświetlacz, i rozważał, czy nie wyrzucić telefonu przez okno a potem odjechać jak najdalej. Wiedział jednak, że to niczego nie zmieni. Wiedział, że ten telefon prędzej czy później nadejdzie. Wiedział też, że odkąd Tony zniknął, wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli szybciej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć.

Odebrał.

— Mów.

Przez chwilę słyszał jedynie szum. Cichy, metaliczny trzask. Zakłócenia. A potem ten głos. Zmodyfikowany. Niski. Pozbawiony emocji. Nie do rozpoznania.

— Zaczynasz się spóźniać.

Robert zacisnął szczękę i odwrócił wzrok w stronę Sky Tower i okien Mirage, którego najwyższe piętro wciąż było oświetlone. Wiedział, że Luna tam jest. Potrafiłby wyczuć jej obecność nawet z zamkniętymi oczami.

— Miałem problem — odpowiedział chłodno.

Po drugiej stronie zapadła cisza, krótka, ale znacząca.

— Nie interesują mnie twoje problemy.

Robert poczuł, jak narasta w nim wściekłość.

— Pilnuję jej.

Tym razem cisza trwała krócej.

— Nie o to cię proszono.

Te słowa uderzyły go mocniej, niż chciał przyznać. Bo właśnie o to chodziło. O nią. Zawsze o nią.

Od samego początku.

— Wiem.

— Więc przestań myśleć kutasem, a zacznij głową.

Robert zamknął oczy i wziął głęboki oddech, czując, jak mięśnie karku spinają się boleśnie.

— Uważaj.

Po drugiej stronie rozległ się śmiech. Chłodny. Pogardliwy.

— Ty mi grozisz?

Robert milczał, bo obaj wiedzieli, że nie.

— Wróbel jest coraz bliżej.

Na dźwięk tego nazwiska Robert poczuł znajome ukłucie pod żebrami. Piotr Wróbel był ostatnią osobą, którą chciał widzieć tak blisko Mirage. Ostatnią osobą, która mogła połączyć fakty szybciej, niż powinna.

— Wiem.

— A Ellen?

Tym razem Robert zesztywniał wyraźnie.

Przesunął dłonią po twarzy.

— Za bardzo interesuje się Luną.

— To problem?

To pytanie zabrzmiało niemal prowokacyjnie. Robert zawahał się. I to zawahanie powiedziało wszystko.

— Nie wiem.

Po drugiej stronie znów zapadła cisza.

Tym razem cięższa.

— Masz znaleźć to, czego szukamy. Natychmiast.

Robert przełknął ślinę.

— Szukam.

— Za wolno.

— Komputer jest zabezpieczony. Prawnik pilnuje wszystkiego. Nie mam dostępu.

— To znajdź inny sposób.

Robert poczuł, jak jego serce przyspiesza.

— A jeśli ona się dowie?

To pytanie wyrwało mu się szybciej, niż planował.

Cisza.

Długa.

Niebezpieczna.

— Nie może się dowiedzieć.

Robert zacisnął szczękę tak mocno, że aż zabolało.

— Nie skrzywdzę jej.

Po drugiej stronie rozległ się kolejny śmiech, tym razem głośniejszy, bardziej szyderczy.

— Nie jesteś tu od chronienia jej.

Robert pochylił się nad kierownicą, zamykając oczy.

— To był warunek.

Głos momentalnie stwardniał.

— Twoim warunkiem było przeżyć.

I połączenie zostało przerwane.

Robert przez dłuższą chwilę siedział nieruchomo, wsłuchując się w ciszę, która nagle stała się nieznośna. Oddychał ciężko, jak ktoś kto właśnie przebiegł kilka kilometrów, a serce waliło mu tak mocno, że niemal czuł je w gardle.

W końcu z całej siły uderzył pięścią w kierownicę.

Raz.

Potem drugi.

Aż ból rozlał się po dłoni.

— Kurwa! — wyrzucił z siebie ochryple.

Oparł czoło o zimną skórę kierownicy i zamknął oczy.

Przed oczami natychmiast stanęła mu Luna.

Jej twarz.

Jej usta.

Jej zapach.

To, jak na niego patrzyła. To, jak wtuliła się w niego tamtego wieczoru. I ten jeden moment słabości, który wystarczył, żeby całkowicie stracił grunt pod nogami.

Kochał ją.

Nie cholernie.

Nie obsesyjnie.

Nie chwilowo.

Kochał ją tak długo, że przestał pamiętać moment, w którym to się zaczęło. I może właśnie dlatego wszystko zaczynało się walić. Bo miał tylko pilnować. Miał być blisko. Miał obserwować. Miał wykonywać polecenia. A potem pojawił się Tony.

Tony, który wiedział więcej.

Tony, który wszystko rozumiał.

Tony, który mimo to przyjął go do Mirage.

Ufał mu.

A Robert… zdradził go. Albo go chronił. Sam już nie wiedział.

Telefon ponownie zawibrował pokazując wiadomość.

Otworzył.

„Ostatnia szansa.”

Sekundę później przyszła druga.

„Znajdź plik o nazwie KRÓL.”

Robert zamarł.

Poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.

Plik „KRÓL”.

O tej nazwie wiedziały tylko trzy osoby.

Tony.

On.

I…

Gwałtownie uniósł głowę i spojrzał na rozświetlone piętro Mirage.

Na światło w gabinecie Luny. I po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę się przestraszył. Bo jeśli ktoś znał nazwę tego pliku… to Tony mógł żyć.

A jeśli Tony żył… to Robert właśnie przestał wiedzieć, czy powinien się modlić, żeby go znaleźć…

czy żeby nigdy więcej go nie zobaczyć.

Pozory codzienności

Poranek przyszedł cicho, niemal niezauważalnie, rozlewając się po sypialni mlecznym światłem, które przebijało się przez ciężkie zasłony. Luna obudziła się wcześniej niż zwykle, choć tej nocy po raz pierwszy od wielu dni udało jej się przespać kilka godzin bez wybudzania się z przyspieszonym oddechem i sercem walącym jak oszalałe. Leżała przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w sufit, i próbowała sobie wmówić, że ten dzień będzie normalny. Że chociaż przez kilka godzin zapomni o śledztwie, o wiadomościach z nieznanych numerów, o spojrzeniu Mary Ellen, które wracało do niej niepokojąco często, i o Tonym… którego brak czuła w każdej sekundzie ciszy.

Obróciła głowę i spojrzała na pustą połowę łóżka.

To był odruch.

Automatyczny.

Tak naturalny, że za każdym razem rozdzierał ją od środka.

Jeszcze czasem miała wrażenie, że zaraz go zobaczy. Leżącego na plecach, z ręką pod głową, z tym swoim rozbawionym spojrzeniem, kiedy łapał ją na wpatrywaniu się w niego. Niemal słyszała jego niski głos, który szeptał jej do ucha rzeczy, od których miękły jej kolana i robiła się rozpalona między udami.

Ale po drugiej stronie była tylko chłodna pościel.

Pusta i martwa.

Zamknęła oczy i wciągnęła powietrze tak głęboko, że aż zabolało.

Dziś nie chciała płakać.

Dziś chciała być matką.

Nie królową Mirage.

Nie wdową.

Nie kobietą uwikłaną w grę, której nie rozumiała.

Tylko matką.

Nela siedziała już przy stole w kuchni, ubrana w jasny sweter i legginsy, z włosami związanymi niedbale w kucyk. Jadła naleśniki, które przygotowała gosposia, i przewijała coś w telefonie, ale kiedy usłyszała kroki matki, uniosła wzrok.

— Dziś nie idziesz do pracy? — zapytała z lekkim zaskoczeniem.

Luna uśmiechnęła się ciepło i podeszła do niej.

— Nie. Dziś jestem tylko twoja.

Nela zmarszczyła brwi.

— Tylko moja?

— Tylko twoja.

Dziewczynka odłożyła telefon i przez chwilę patrzyła na nią z niedowierzaniem, po czym uśmiechnęła się tak szczerze, że Luna poczuła ucisk w gardle.

— To pojedziemy gdzieś?

Luna usiadła naprzeciwko niej.

— Gdzie tylko chcesz.

I po raz pierwszy od wielu dni ten dzień naprawdę zaczął przypominać normalność.

Spacerowały po starym mieście, jadły lody mimo chłodu, śmiały się z ulicznych grajków i weszły do księgarni, z której Nela wyszła z dwiema nowymi książkami i wielkim kubkiem gorącej czekolady. Luna obserwowała córkę z czułością, która mieszała się z bólem. Nela była silna. Zdecydowanie silniejsza, niż powinna być w swoim wieku. Ale Luna widziała to w jej oczach. To napięcie. To wyparcie. Tę ciszę, która przychodziła nagle, kiedy jakaś myśl zahaczała o jej ojca.

Obie udawały.

Obie próbowały.

Obie walczyły.

Kiedy wróciły do domu, Luna właśnie zdjęła płaszcz, gdy usłyszała dzwonek.

Zmarszczyła brwi.

Robert.

Stał w drzwiach w ciemnej kurtce i jeansach, i wydawać by się mogło, że przyjechał tu spontanicznie, ale coś w jego twarzy od razu kazało jej się wyprostować.

Był spięty.

Zbyt spięty.

— Przepraszam, że bez zapowiedzi — powiedział, przeczesując dłonią włosy. — Zostawiłem kiedyś coś w garażu. Muszę to zabrać.

Luna zmrużyła lekko oczy.

— Co takiego?

Zawahał się.

Zaledwie sekundę.

Ale zauważyła.

— Pudełko z dokumentami.

Kłamał.

Albo nie mówił całej prawdy.

I ona to czuła.

Mimo wszystko odsunęła się.

— Wejdź.

Robert skinął głową i przeszedł obok niej, muskając ją ramieniem. Ten przypadkowy dotyk był krótki, ale wystarczył, żeby wyczuła jego napięcie. Nie to znajome. Nie to wynikające z pożądania.

To było coś innego.

Niepokój.

Pośpiech.

Strach.

Luna obserwowała go, kiedy wchodził do garażu. Poszła za nim wolnym krokiem, zatrzymując się przy schodach.

Robert rozglądał się zbyt uważnie.

Zbyt długo.

Jego spojrzenie przesuwało się po półkach, kartonach, narzędziach, szafkach.

Zdecydowanie czegoś szukał.

— Robert… — odezwała się spokojnie.

Drgnął.

Odwrócił się zbyt szybko.

— Tak?

Luna skrzyżowała ręce na piersi.

— Czego naprawdę szukasz?

Patrzył na nią przez chwilę.

Milczał.

A potem uśmiechnął się lekko.

Za lekko.

— Mówiłem.

Podeszła bliżej.

— Nie okłamuj mnie.

Coś przemknęło przez jego twarz.

Zmęczenie.

Rozdarcie.

I coś jeszcze.

— Nie kłamię.

Luna westchnęła.

— Robert… widzę, że próbujesz.

Zmarszczył brwi.

— Próbuję czego?

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Zbliżyć się.

Zamarł.

Przez chwilę nie powiedział nic.

A cisza między nimi zgęstniała.

— Luna…

Pokręciła głową.

— Wiem, że chcesz być blisko. Wiem, że próbujesz. I… nie jesteś mi obojętny.

Te słowa wyraźnie nim wstrząsnęły.

— Ale to za wcześnie — dokończyła ciszej. — Ja nadal… nie umiem oddychać bez niego.

Robert spuścił wzrok.

Na chwilę.

A kiedy znów na nią spojrzał, jego oczy były ciemniejsze.

— Rozumiem.

Ale nie brzmiał, jak człowiek, który rozumie.

Brzmiał jak człowiek, który właśnie przegrał.

Po kilku minutach wyszedł.

Pusty.

Bez żadnego pudełka.

Bez niczego.

A Luna stała w drzwiach i patrzyła, jak odjeżdża gwałtownie, niemal z piskiem opon.

I wiedziała. Nie znalazł tego, czego szukał.

Wieczorem, kiedy Nela zasnęła, Luna siedziała w salonie z kieliszkiem wina, próbując uporządkować myśli, gdy telefon zawibrował.

Nieznany numer.

Serce zabiło jej szybciej.

Ale kiedy odebrała, usłyszała ten głos.

Miękki. Niski. Z lekkim amerykańskim akcentem.

— Nie mogę przestać myśleć o tamtym wieczorze.

Luna zamarła.

Mary Ellen?

— Słucham?

Po drugiej stronie rozległ się cichy śmiech.

— O klubie — powiedziała przeciągle. — Oczywiście.

Luna uśmiechnęła się mimowolnie.

— Oczywiście.

— To naprawdę niezwykłe miejsce. Takie, które wyzwala w człowieku emocje, o których nawet nie wiedział, że istnieją.

Sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że Luna poczuła ciepło rozlewające się po karku.

Mary Ellen zaśmiała się cicho, tym swoim niskim, miękkim śmiechem, w którym było coś jednocześnie uwodzicielskiego i niebezpiecznie pewnego siebie, a ona doskonale wiedziała, jaki efekt wywołuje każdym słowem. Przez chwilę milczała. Smakowała w myślach wspomnienie tamtego wieczoru, a kiedy w końcu się odezwała, jej głos był niższy, spokojniejszy i dziwnie intymny.

— Wiesz, Luna… byłam już w wielu miejscach na świecie. W klubach w Nowym Jorku, gdzie ludzie płacą fortunę tylko po to, żeby przez chwilę poczuć się wyjątkowi. W prywatnych lokalach w Los Angeles, gdzie seks i pieniądze pachną dokładnie tak samo. W podziemnych miejscach w Berlinie, gdzie granice przestają istnieć szybciej niż zdrowy rozsądek, i w klubach w Paryżu, gdzie ludzie nawet swoje grzechy potrafią ubrać w elegancję… ale Mirage…” — zawiesiła głos, a Luna niemal widziała, jak Mary przygryza lekko dolną wargę po drugiej stronie słuchawki. — Mirage jest czymś zupełnie innym. To nie jest klub. To nie jest miejsce, gdzie ludzie przychodzą się bawić. To jest przestrzeń, w której człowiek zdejmuje z siebie wszystko, co nosi na co dzień. Garnitury, maski, zahamowania, kłamstwa… i zostaje nagi. Może nie dosłownie… — zaśmiała się cicho. — Chociaż, z tego co widziałam, dosłownie też bardzo chętnie.

Luna mimowolnie się uśmiechnęła, a Mary mówiła dalej, coraz wolniej, coraz bardziej świadomie przeciągając słowa.

— Patrzyłam na tych wszystkich ludzi i miałam wrażenie, że każdy tam czegoś szukał. Mężczyźni patrzyli na kobiety tak, jakby chcieli je pochłonąć. Kobiety patrzyły na mężczyzn tak, jakby same wybierały, który z nich dziś upadnie im do stóp. A potem były te spojrzenia pomiędzy kobietami… dłuższe, bardziej świadome, pełne ciekawości. I te pomiędzy mężczyznami… krótkie, drapieżne, pełne rywalizacji albo… głodu. — Jej głos obniżył się jeszcze bardziej. — Uwielbiam miejsca, w których ludzie przestają udawać. W których można zobaczyć, kto lubi dominować, kto uwielbia być prowadzonym, kto chce być zdobyty… a kto chce zdobywać. I wiesz, co mnie najbardziej fascynowało? — zapytała cicho.

Luna przełknęła ślinę.

— Co?

Mary Ellen nie odpowiedziała od razu.

Przeciągnęła tę ciszę z premedytacją.

— Ty.

To jedno słowo wybrzmiało zbyt mocno.

Zbyt pewnie.

Zbyt intymnie.

— Patrzyłam, jak tam stoisz, jak wszyscy na ciebie patrzą i jak nawet nie musisz nic mówić, żeby ludzie ci ulegali. Mężczyźni pożerali cię wzrokiem, kobiety ci zazdrościły albo cię pragnęły… a ty… — zaśmiała się cicho, niemal mrucząco. — Ty wyglądałaś tak, jakbyś mogła jednym ruchem dłoni kazać każdemu klęknąć. I przyznam ci się, Luna… to było cholernie seksowne.

Luna poczuła, jak serce zaczyna walić jej mocniej.

Mary jednak nie przestawała.

— Mirage nie jest klubem, który się odwiedza. Mirage się czuje. Pod skórą. W spojrzeniach. W muzyce. W napięciu. I chyba właśnie dlatego nie mogę przestać o nim myśleć… — zawiesiła głos na ułamek sekundy. — …albo o tobie.

— Cieszę się, że się podobało. odparła Luna bo tak naprawdę zabrakło jej słów aby skomentować to co przed chwilą usłyszała.

— Dlatego pomyślałam… — głos Mary złagodniał. — że może zaprosisz mnie jutro na lunch.

Luna prawie się zakrztusiła z zaskoczenia.

— Ja?

— Nie znam miasta — odpowiedziała Mary z rozbawieniem. — A kto pokaże mi je lepiej niż królowa zmysłów Mirage?

Luna zaśmiała się cicho.

— To nie brzmi jak oficjalne spotkanie.

— Bo nim nie jest.

Zapadła chwila ciszy.

Napiętej.

Dziwnie przyjemnej.

— To nie przeszkadza w śledztwie, w twoich obowiązkach? — zapytała Luna.

Mary roześmiała się szczerze.

— Śledztwo nie jest przeciwko tobie, Luna. A poza tym… mam wrażenie, że obie potrzebujemy odrobiny przyjaźni.

Sposób, w jaki wypowiedziała ostatnie słowo, sprawił, że Luna zamknęła oczy.

Bo to nie brzmiało jak przyjaźń.

To brzmiało jak obietnica i prowokacja zarazem.

Jak zaproszenie do czegoś, czego nie powinna chcieć.

A jednak chciała.

I właśnie to było najgorsze.

— Dobrze — powiedziała ciszej. — Lunch.

— Wiedziałam, że się zgodzisz.

Mary rozłączyła się pierwsza.

Luna jeszcze długo patrzyła na wygaszony ekran telefonu, czując dziwne, niepokojące podniecenie rozlewające się po ciele.

Nie wiedziała, czy bardziej powinna bać się tego, czego szukał Robert…

czy tego, czego zaczynała pragnąć ona sama.

Cień wśród ciszy

Dzień w Mirage Elite zaczął się jak każdy inny, przynajmniej z pozoru.

Luna siedziała za masywnym, ciemnym biurkiem w swoim gabinecie, ubrana w idealnie skrojony czarny garnitur, który podkreślał jej sylwetkę i dodawał jej tej chłodnej elegancji, jaką w ostatnich tygodniach zakładała niczym zbroję. Biała koszula zapięta była niemal pod samą szyję, choć dwa najwyższe guziki pozostawiła rozpięte, chcąc chyba udowodnić samej sobie, że jeszcze nie zatraciła całkowicie kobiecości pod ciężarem obowiązków i żałoby. Włosy miała związane nisko, gładko, bez jednego niesfornego kosmyka. Każdy detal jej wyglądu mówił jedno. Absolutna kontrola.

A jednak od rana nie mogła się skupić. Próbowała czytać dokumenty. Podpisywać umowy. Odpowiadać na maile. Ale jej myśli wracały do wczorajszego telefonu.

Do głosu Mary Ellen. Do sposobu, w jaki wypowiadała słowa. Do tego niskiego, miękkiego tonu, w którym pobrzmiewała pewność siebie, dominacja i coś jeszcze… coś, co Luna czuła na własnej skórze jeszcze długo po zakończeniu rozmowy.

„…albo o tobie.”

To jedno zdanie wracało do niej z uporem, którego nie potrafiła z siebie wyrzucić.

I była na siebie zła.

Bo przecież nie powinna o tym myśleć. Nie teraz. Nie po Tonym. Nie po Mateuszu.

Nie wtedy, kiedy wszystko wokół zaczynało się sypać.

Pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia.

— Proszę — rzuciła automatycznie.

Drzwi otworzyły się niemal jednocześnie, a kiedy zobaczyła w nich Piotra Wróbla i Mary Ellen, instynktownie wyprostowała plecy.

Piotr wszedł pierwszy.

Jak zawsze pewny siebie. Szeroki w barkach, w ciemnym płaszczu i z tym swoim nieprzeniknionym spojrzeniem, które sprawiało, że ludzie zaczynali mówić więcej, niż planowali.

Za nim weszła Mary.

W jasnej koszuli i ciemnych spodniach, z włosami spiętymi luźniej niż zwykle. I z tym spojrzeniem. Spokojnym. Uważnym. Niebezpiecznym.

Luna poczuła, jak coś ściska ją pod żebrami.

Mary spojrzała na nią tylko przez sekundę.

Ale ta sekunda wystarczyła.

Wystarczyła, żeby Luna przypomniała sobie jej głos i jej słowa.

Jej śmiech.

I ten absurdalny dreszcz przebiegający po plecach.

— Pani Luno — odezwał się Wróbel, przerywając tę chwilę. — Potrzebujemy jeszcze kilku dokumentów.

Luna skinęła głową.

— Jakich tym razem?

Piotr usiadł bez zaproszenia.

Mary została przy oknie.

Oparła się biodrem o parapet.

I patrzyła. A Luna odnosiła wrażenie, że dla niej to nie była rozmowa służbowa. Zdecydowanie i z całą pewnością obserwowała Lunę.

— Wszystko, co dotyczy prywatnych inwestycji pani męża. Szczególnie tych związanych z szachami — powiedział Wróbel.

Luna zmarszczyła brwi.

— Wszystko już dostaliście.

Piotr pokiwał głową.

— Oficjalnie tak.

Zamilkł na chwilę.

A potem spojrzał jej prosto w oczy.

— Ale ludzie tacy jak Tony zwykle mają coś jeszcze.

Zesztywniała.

— Co ma pan na myśli?

Piotr odchylił się na fotelu.

— Osobny laptop. Prywatny dysk. Dokumenty poza firmą. Ukryty plik.

Te słowa uderzyły ją mocniej, niż powinny.

Ukryty plik.

Przez sekundę przed oczami stanął jej pendrive w torebce.

Ale nie drgnęła.

Nie mrugnęła.

Nie pozwoliła, by cokolwiek było po niej widać.

— Nie wiem o niczym takim.

Wróbel patrzył na nią dłużej. Ważył prawdę. Sprawdzał.

Mary odezwała się dopiero wtedy.

Jej głos był spokojny.

Zbyt spokojny.

— Pani mąż wyglądał na człowieka, który nie zostawia wszystkiego na widoku.

Luna odwróciła głowę.

Ich spojrzenia się spotkały.

I znów to poczuła.

To napięcie.

To ciepło.

To przeklęte wspomnienie.

— Był ostrożny — odpowiedziała chłodno.

Mary uniosła lekko brew.

— To brzmi jak zaleta.

Luna poczuła ciepło na karku. I nienawidziła tego.

— Gdyby Pani sobie o czymś takim przypomniała proszę się z nami skontaktować — zakończył rozmowę Wróbel i udał się do wyjścia bez słowa pożegnania.

Po ich wyjściu długo nie mogła dojść do siebie.

Jeszcze przez godzinę siedziała w gabinecie, wpatrując się w ciemny ekran laptopa.

A potem wróciła do domu.

Już przy wejściu poczuła, że coś jest nie tak. Nie umiała tego wyjaśnić. Nie było śladów włamania. Alarm nie został uruchomiony. Drzwi były zamknięte. Wszystko wyglądało normalnie.

A jednak…

Serce zabiło jej szybciej. W salonie jedna z poduszek leżała pod innym kątem. Na komodzie ramka ze zdjęciem Mateusza i Neli była przesunięta o kilka centymetrów. Na schodach dostrzegła ledwie widoczny ślad błota. Stanęła nieruchomo. Wciągnęła powietrze.

I ruszyła. Po kolei sprawdziła kuchnię, gabinet, sypialnię, pokój Neli.

Dziewczynka siedziała na łóżku ze słuchawkami na uszach i książką na kolanach. Spojrzała na matkę spokojnie. Zbyt spokojnie.

— Mamo?

Luna podeszła do niej szybko.

— Wszystko dobrze?

Nela zmarszczyła lekko czoło.

— Tak… a co?

Luna patrzyła na nią chwilę upewniając się, że nic jej nie jest.

— Był tu ktoś?

Nela wzruszyła ramionami.

— Nie wiem. Słyszałam chyba jakiś hałas na dole, ale myślałam, że to ty.

Luna poczuła lodowaty dreszcz. Zeszła na dół i zacisnęła palce na telefonie.

Pierwszy numer.

Robert.

Odebrał po pierwszym sygnale.

— Luna?

— Ktoś był w domu.

Natychmiast spoważniał.

— Co?

— Chyba czegoś szukał.

— Zamknij drzwi. Nikogo nie wpuszczaj. Jadę.

Rozłączyła się.

Drugi numer.

Wróbel.

— Tak?

— Ktoś był u mnie w domu.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Krótka.

Napięta.

— Jest pani sama?

— Z Nelą.

— Niech pani nigdzie nie wychodzi. Będę za chwilę.

Kiedy odłożyła telefon, odruchowo wsunęła dłoń do torebki.

Pendrive.

Koperta.

Były tam.

Przełknęła ślinę.

Czy tego szukali?

Czy ktoś wiedział?

Czy to przypadek?

Nie czuła strachu. Nie tego paraliżującego. Czuła chaos. I coraz większą potrzebę zrozumienia.

Robert przyjechał pierwszy. Wszedł do domu szybkim krokiem, spięty, czujny. Jego wzrok przesunął się po wnętrzu. Po Lunie. Po schodach.

— Jesteś cała?

Skinęła głową.

Podszedł bliżej. Za blisko. Ale zanim zdążył coś powiedzieć, przed dom podjechał drugi samochód.

Wróbel.

I Ellen.

Robert odwrócił się powoli.

A kiedy Piotr wszedł do środka, obaj zatrzymali się naprzeciwko siebie. Nieruchomo. Jak dwa drapieżniki gotowe do natychmiastowego ataku. Mierząc się wzrokiem.

W ciszy tak gęstej, że Luna niemal słyszała własne serce.

Mary weszła za Piotrem i spojrzała na Lunę.

Spokojnie.

Uważnie.

A napięcie w domu wzrosło tak bardzo, że Luna miała wrażenie, że zaraz zabraknie powietrza. I nagle zrozumiała z pełną świadomością.

To nie był koniec.

To był dopiero początek.

Noc prawdy

Noc spadła na dom Luny ciężko i duszno, tak, że samo powietrze zgęstniało od napięcia, które rozlało się po każdym kącie willi, wślizgując się pod skórę wszystkim, którzy znaleźli się tego wieczoru pod jej dachem. Wysokie okna odbijały tylko ciemność ogrodu i rozmyte światła miasta w oddali, a wnętrze, choć rozświetlone ciepłym światłem lamp, wydawało się chłodne, obce i niepokojąco ciche.

Luna stała pośrodku salonu z ramionami skrzyżowanymi ciasno na piersi, a wszyscy mieli wrażenie, że ten gest miał utrzymać ją w pionie, kiedy wszystko wokół coraz mocniej wymykało się spod kontroli. Czuła przyspieszone bicie własnego serca, ale nie był to strach. Nie ten paraliżujący, odbierający oddech.

To była adrenalina.

I gniew.

Bo ktoś wszedł do jej domu. Do miejsca, które po śmierci jej męża było jedyną przestrzenią, gdzie pozwalała sobie nie być królową Mirage. Jedyną przestrzenią, gdzie mogła się rozpadać. I właśnie ktoś tę granicę przekroczył.

Robert stał kilka kroków od niej, spięty jak struna, z rękami schowanymi w kieszeniach ciemnych spodni, choć Luna widziała, że to tylko pozór opanowania. Jego szczęka była zaciśnięta, barki napięte, a spojrzenie nieustannie przeskakiwało po salonie, jak gdyby próbował wyłapać każdy szczegół.

Każdy ruch.

Każdy ślad.

Każde zagrożenie.

A potem wszedł Wróbel.

Powoli i pewnie.

Jak człowiek, który nie potrzebował pytać o pozwolenie.

Jego ciężkie kroki rozniosły się po marmurowej posadzce, kiedy zatrzymał się niemal naprzeciw Roberta.

I przez jedną krótką chwilę nikt się nie odezwał.

Dwóch mężczyzn.

Dwa drapieżniki.

Dwie historie.

Jedna wojna.

Mary Ellen weszła za nim, zamykając drzwi z miękkim kliknięciem, który wybrzmiał w ciszy zaskakująco głośno.

Spojrzała najpierw na Lunę.

Tylko na nią.

I ten jeden, przeciągający się o sekundę za długo moment wystarczył, by Luna poczuła znajomy dreszcz przesuwający się po karku.

Mimo sytuacji.

Mimo chaosu.

Mimo tego, że serce waliło jej w piersi z zupełnie innego powodu.

Mary wyglądała zbyt dobrze.

Zbyt spokojnie.

W ciemnych spodniach, dopasowanej koszuli z podwiniętymi rękawami i włosami spiętymi luźno na karku wyglądała bardziej jak kobieta, która przyszła przejąć kontrolę nad sytuacją… albo nad kimś.

— Pokaże mi pani wszystko od początku — odezwał się Wróbel tonem tak rzeczowym, że niemal brutalnym.

Luna odchrząknęła lekko.

— Weszłam i od razu poczułam, że coś jest nie tak. Nic konkretnego… po prostu…

— Instynkt? — wszedł jej w słowo.

Skinęła głową.

— Tak. Potem zauważyłam przesunięte rzeczy. Ślady błota. Ktoś był w środku. Zdecydowanie. Jestem tego pewna.

Wróbel skinął głową i ruszył w stronę schodów.

— Sejf?

— W sypialni.

— Alarm?

— Nie uruchomił się.

Piotr odwrócił się gwałtownie.

— Kod zna kto?

Luna zawahała się.

— Ja. Tony. Nela i… — zawahała się na moment — Robert.

Cisza.

Ciężka.

Napięta.

Wróbel powoli spojrzał na Roberta.

A potem uśmiechnął się bez cienia rozbawienia.

— Jak wygodnie.

Robert drgnął.

— Uważaj.

Piotr podszedł bliżej.

Za blisko.

— Nadal wchodzisz tam, gdzie cię nie proszą?

Robert zrobił krok do przodu.

— Nadal udajesz bohatera?

Luna wstrzymała oddech.

Między nimi było coś więcej niż niechęć.

To było osobiste. Bardzo osobiste i jakieś takie brudne.

Niedokończone.

Wróbel uśmiechnął się chłodno.

— Bohater? Nie. Ale przynajmniej nie chowam się za cudzym nazwiskiem.

Robert zacisnął dłonie.

— Powiedz to jeszcze raz.

— Panowie — wtrąciła się Mary spokojnie, ale stanowczo. — Jeśli chcecie mierzyć sobie ego, to nie dziś. Nie jesteśmy zainteresowane kto ma większego… — nie dokończyła.

Robert odwrócił głowę.

Spojrzał na nią z irytacją.

Mary uniosła brew.

— Naprawdę? — rzuciła z chłodnym rozbawieniem. — To jest ten moment?

Luna pierwszy raz od kilku minut prawie się uśmiechnęła.

Prawie.

Wróbel odszedł pierwszy. Chyba uznał, że na razie wystarczy.

Przeszukiwali dom przez ponad godzinę.

Każdy pokój.

Każdą szufladę.

Każdy zakamarek.

Nela zeszła na dół dopiero po kilkunastu minutach, ubrana w za dużą bluzę ojca, która sięgała jej niemal do połowy uda. Na bluzie ogromny król szachowy tak czarny, że można było uwierzyć że czarny potrafi mieć różne odcienie.

Stanęła na schodach i patrzyła.

Spokojnie.

Za spokojnie.

Luna natychmiast do niej podeszła.

— Kochanie, wszystko dobrze.

Nela zmarszczyła brwi.

— Czemu oni tu są?

Luna przytuliła ją mocno.

— Ktoś wszedł do domu.

Dziewczynka nie spanikowała.

Nie rozpłakała się.

Nie drgnęła.

Spojrzała tylko na Roberta.

Potem na Wróbla.

A potem cicho powiedziała.

— Szukają taty?

Te słowa uderzyły wszystkich.

Nawet Mary spuściła wzrok.

Luna poczuła ścisk w gardle.

— Nie… kochanie.

Ale Nela chyba jej nie uwierzyła.

Kiedy Wróbel i Robert poszli sprawdzić garaż, Mary została przez chwilę sama z Luną w kuchni.

Cisza między nimi była dziwnie intymna i taka zbyt ciasna.

Zbyt gorąca.

Mary oparła się biodrem o blat i patrzyła na Lunę długo.

Za długo.

— Jesteś spięta — powiedziała cicho.

Luna prychnęła.

— Serio?

Mary uśmiechnęła się lekko.

Powoli ale niebezpiecznie.

Podeszła bliżej. Zdecydowanie za blisko.

— Nie chodzi mi o sytuację.

Luna przestała oddychać.

Mary uniosła dłoń i musnęła opuszkami jej nadgarstek.

Lekko. Powoli. Aż Luna poczuła, jak przez całe ciało przechodzi prąd.

— Masz taki nawyk — wyszeptała Mary. — Zaciskasz dłonie, kiedy próbujesz coś kontrolować.

Jej palce przesunęły się wyżej.

Po wewnętrznej stronie przedramienia.

Delikatnie.

Zbyt delikatnie.

Luna przełknęła ślinę.

— A ty? — zapytała cicho. — Też wszystko kontrolujesz?

Mary uśmiechnęła się szerzej.

Pochyliła się tak blisko, że Luna poczuła jej oddech przy uchu.

— Tylko to, co chcę.

Luna zamknęła oczy.

Na sekundę. Może dwie. A kiedy je otworzyła, Mary wciąż tam była. Blisko. Za blisko.

I może stałoby się coś więcej. Może naprawdę by się stało. Gdyby nie huk.

Głośny.

Metaliczny.

Z garażu.

Obie odskoczyły od siebie.

Wróbel krzyknął coś niewyraźnie.

Robert zaklął.

Luna ruszyła pierwsza.

Wbiegła do garażu niemal jednocześnie z Mary.

I zamarła.

Jedna z metalowych szafek była otwarta. Drzwi wyrwane. Zamek rozwalony. Na podłodze leżały porozrzucane dokumenty. A pośród nich… kamera. Mała. Czarna. Z mrugającą czerwoną diodą.

Wróbel podniósł ją ostrożnie. Spojrzał na wszystkich. Jego twarz nagle stwardniała.

— Ktoś nas oglądał.

I dokładnie w tej samej chwili wszystkie światła w domu zgasły.

Nela krzyknęła gdzieś na górze.

A Luna poczuła, jak jej serce zatrzymuje się na ułamek sekundy.

W ciemności

Ciemność spadła na dom nagle i brutalnie. Ktoś jednym ruchem odciął ich od świata, pozostawiając pośrodku chaosu, którego jeszcze sekundę wcześniej nikt się nie spodziewał. Garaż, w którym przed chwilą ostre, zimne światło jarzeniówek odbijało się od metalowych szafek, maski samochodu i rozsypanych po podłodze dokumentów, pogrążył się w absolutnej czerni tak gęstej, że przez ułamek sekundy Luna nie widziała nawet własnej dłoni wyciągniętej przed siebie. Jedynym dźwiękiem, który przez tę krótką chwilę rozbrzmiewał w ciszy, był przyspieszony oddech zebranych i cichy, urywany pisk elektroniki gasnącej kamery.

Ale to wszystko zniknęło gdy rozległ się krzyk Neli.

Przeciągły, wysoki, przepełniony takim przerażeniem, że Lunie natychmiast ścięło krew w żyłach.

— Mamo!

Nie myślała.

Nie analizowała.

Nie próbowała zrozumieć.

Jej ciało zareagowało szybciej niż umysł, a instynkt matki przejął nad nią pełną kontrolę. Odwróciła się gwałtownie i ruszyła biegiem w stronę drzwi prowadzących do domu, niemal wpadając barkiem w framugę, kiedy po omacku próbowała złapać równowagę. Serce waliło jej w piersi tak mocno, że dudniło w skroniach, a każdy oddech palił w płucach.

— Nela! — krzyknęła, wbiegając do środka.

Za nią niemal natychmiast ruszył Robert, który jeszcze przed sekundą klęczał przy rozwalonej szafce.

— Luna, czekaj!

Ale ona już była na schodach.

Biegła po ciemku, potykając się o własne nogi, łapiąc ściany i poręcz, próbując w tej czerni znaleźć drogę do córki, podczas gdy w domu zaczynał narastać chaos. Wróbel zareagował instynktownie i zawodowo. Usłyszała za sobą charakterystyczny metaliczny klik odbezpieczanej broni, po którym jego głos przeciął ciemność ostro i stanowczo.

— Nikt się nie rusza! Policja!

Ale nikt go nie słuchał.

Nela krzyknęła ponownie.

A chwilę później z tyłu domu dobiegł ich huk tłuczonego szkła, tak głośny, że Luna aż drgnęła.

Robert odruchowo się odwrócił.

I to wystarczyło.

Z mroku wyłonił się cień.

Niski i cholernie szybki.

Nieuchwytny.

Robert ledwie zdążył unieść rękę, kiedy pierwszy cios trafił go prosto w szczękę z taką siłą, że aż zatoczył się do tyłu, uderzając barkiem o ścianę. Zaklął pod nosem i odpowiedział niemal automatycznie, zamachując się z całą siłą. Trafił. Poczuł pod knykciami twardą powierzchnię. Może twarz, może maskę. Tylko, że… przeciwnik nawet się nie zachwiał. Drugi cios przyszedł z boku, szybki i precyzyjny, trafiając Roberta pod żebra i odbierając mu oddech. Mężczyzna zgiął się na moment, ale zamiast się cofnąć, rzucił się na intruza całym ciężarem ciała.

Obaj runęli na podłogę.

Walka była brutalna i chaotyczna, pełna ciężkich oddechów, szarpaniny i głuchych uderzeń. Pięści trafiały w ciało, łokcie wbijały się w żebra, buty ślizgały się po marmurze, a przewracane meble i tłuczone szkło potęgowały chaos. Robert próbował złapać przeciwnika, przycisnąć go, zobaczyć twarz, ale tamten poruszał się zbyt szybko i zbyt pewnie. Nie walczył jak amator. Nie walczył jak złodziej. Każdy jego ruch był wyćwiczony, zimny i celowy.

Nagle coś twardego uderzyło Roberta w skroń.

Ból eksplodował pod czaszką tak gwałtownie, że świat zawirował.

Usłyszał własny jęk i w tym samym momencie poczuł kolejny cios.

Mocniejszy.

I osunął się ciężko na podłogę.

— ROBERT! — krzyk Luny przeciął dom.

Stała na półpiętrze i przez ułamek sekundy zamarła, patrząc, jak jego ciało opada bezwładnie.

I właśnie wtedy właściwie znikąd pojawiła się Mary Ellen.

Nie zawahała się ani sekundy.

Nie krzyknęła.

Nie cofnęła.

Ruszyła z taką szybkością, że Luna ledwie zarejestrowała ruch.

Mary wypadła z cienia płynnie, niemal bezgłośnie, a jej ciało poruszało się z precyzją, która bardziej przypominała zawodowego żołnierza niż agentkę prowadzącą przesłuchania. Jej noga wystrzeliła wysoko i z impetem trafiła napastnika w bok. Uderzenie było tak mocne, że mężczyzna zachwiał się, tracąc równowagę. Mary nie dała mu nawet sekundy.

Weszła w niego drugim ciosem.

Pięścią.

Potem łokciem.

Potem kolanem.

Każdy ruch był szybki, dokładny i śmiertelnie skuteczny.

Luna patrzyła jak zahipnotyzowana.

Bo to nie była zwykła bójka. To nie była kobieta, która improwizowała. To był ktoś wyszkolony. Ktoś niebezpieczny.

Napastnik próbował odpowiedzieć ciosem, ale Mary uchyliła się z taką lekkością, jak gdyby przewidziała każdy jego ruch. Złapała jego rękę, wykręciła ją gwałtownie i po domu rozszedł się niepokojący trzask, po którym intruz syknął z bólu. Przez sekundę Luna naprawdę myślała, że Mary go złamie.

Ale wtedy mężczyzna kopnął ją mocno w brzuch.

Mary odskoczyła o krok.

I ta sekunda wystarczyła.

Napastnik wyrwał się i rzucił biegiem w stronę tarasu.

Wróbel wbiegł do salonu z wyciągniętą bronią.

— STÓJ!

Padł strzał.

Potem drugi.

Kule roztrzaskały szkło.

Ale intruz już wyskoczył przez rozbite drzwi.

W noc, deszcz i ciemność.

I… najnormalniej w świecie zniknął.

W domu zapadła ciężka, przerażająca cisza, przerywana jedynie przyspieszonymi oddechami i cichym jękiem Roberta, który próbował się podnieść.

Luna dopadła do niego natychmiast i uklękła obok.

— Robert… Boże… spójrz na mnie…

Krew spływała mu po skroni cienką strużką, a oddech miał urywany.

— Nic mi… nie jest… — wychrypiał.

— Zamknij się — syknęła, choć głos jej drżał.

Mary stała kilka kroków dalej, oddychając szybko, z rozpiętą koszulą przy szyi i włosami wymykającymi się ze spięcia, ale jej twarz pozostawała niepokojąco spokojna. Wydawało się, że to wszystko nie było dla niej niczym nowym. Jakby przed chwilą nie walczyła z kimś jak zawodowiec. Luna patrzyła na nią i po raz pierwszy naprawdę poczuła niepokój zmieszany z fascynacją.

Kim ty, do cholery, jesteś?

Wróbel był wściekły.

Naprawdę wściekły.

Stał przy rozbitych drzwiach z bronią w dłoni i klął pod nosem tak zajadle, że nawet Luna nie była pewna, czy klnie na intruza, na sytuację, czy na samego siebie.

— Kurwa mać! Ja pierdole wszystkie kurwy w tym zapchlonym mieście — ryknął. — Jakim cudem ten chuj wszedł i wyszedł niezauważony?!

Nikt nie odpowiedział.

Bo nikt nie wiedział.

Nela zeszła po schodach dopiero po chwili.

Bosa.

W za dużej bluzie Tonego.

Drżąca. Z twarzą mokrą od łez.

— Mamo…

Luna poderwała się i przytuliła ją tak mocno, tak jakby bała się, że zaraz ją straci.

Nela drżała cała. Pierwszy raz od dawna naprawdę się bała.

— Co się dzieje? — wyszeptała drżącym głosem.

Luna zamknęła oczy.

Bo nie miała odpowiedzi.

Nie wiedziała, kto ich obserwował.

Nie wiedziała, czego szukał.

Nie wiedziała, dlaczego ktoś włamał się do domu.

Nie wiedziała, dlaczego Robert wcześniej czegoś szukał.

Nie wiedziała, co ukrywa Wróbel.

I przede wszystkim nie wiedziała, kim naprawdę była Mary Ellen.

A kiedy podniosła wzrok i spojrzała na kobietę stojącą pośród cieni, szkła i chaosu, z oddechem przyspieszonym po walce i oczami zimnymi jak stal, zrozumiała, że w tej grze nie zna zasad.

I że właśnie zaczęła się wojna.

Tylko ona nie miała pojęcia o co…

Sekret króla

Dom w końcu ucichł, choć cisza, która zapadła po całym tym chaosie, nie miała w sobie nic kojącego. Była ciężka, lepka i nienaturalna. Ściany same wstrzymywały oddech po wydarzeniach tej nocy, próbując zachować dla siebie echo krzyków, huk wystrzałów i trzask tłuczonego szkła. W powietrzu nadal unosił się zapach deszczu, który wdarł się do środka przez rozbite drzwi tarasowe, mieszając się z metaliczną wonią krwi Roberta i chłodnym aromatem perfum Mary Ellen, który Luna wciąż wyczuwała.

Wróbel przez długi czas rozmawiał przez telefon, krążąc po salonie jak drapieżnik zamknięty w zbyt ciasnej klatce. Jego głos był niski, ostry i pełen tłumionej furii, kiedy wydawał polecenia ludziom z komendy, a Luna słyszała pojedyncze słowa rzucane w przestrzeń. „patrol”, „całodobowa ochrona”, „monitoring”, „zabezpieczenie posesji”. Nie pytał jej o zdanie. Nie prosił o zgodę. Po prostu działał, i od tej chwili przejął pełną kontrolę nad jej życiem.

I może właśnie dlatego Robert nie wytrzymał.

Stał oparty o kuchenną wyspę, z opatrunkiem przyklejonym do skroni i spojrzeniem ciemnym od gniewu, który od dawna buzował pod powierzchnią. Kiedy Wróbel zakończył rozmowę i poinformował ich chłodnym, oficjalnym tonem, że od tej chwili Luna i Nela będą miały policyjną ochronę przez całą dobę, Robert roześmiał się krótko.

Bez cienia rozbawienia.

Powiedział, że nie trzeba policji, bo sam się tym zajmie.

Wtedy Piotr spojrzał na niego tak, że wydawało się, że tylko czekał na ten moment. Wystarczyło jedno zdanie. Jedno pytanie rzucone nisko, z wyraźną pogardą. Czy zajmie się tym tak jak kiedyś.

Luna nie znała całej historii, ale widziała, jak te słowa uderzyły Roberta mocniej niż cios intruza. Jak jego twarz momentalnie stwardniała, jak szczęka zacisnęła się tak mocno, że aż zadrżał mu mięsień policzka, i jak przez sekundę naprawdę wyglądał, jakby miał rzucić się na Wróbla.

To Mary weszła między nich. Spokojna. Stanowcza.

Nie podnosząc głosu.

A jednak skuteczna.

Nie wiedziała, co dokładnie powiedziała, bo Luna nie słuchała.

Nie miała już siły.

Nie na ich wojny.

Nie na ich tajemnice.

Nie na kolejne pytania bez odpowiedzi.

Kiedy w końcu wyszli, a pod domem stanął policyjny radiowóz i dwóch funkcjonariuszy zajęło miejsce przy bramie, Luna wcale nie poczuła się bezpieczniej.

Poczuła się osaczona.

Nela zasnęła w jej łóżku niemal natychmiast. Wykończona i zapłakana. Wciąż ściskając dłonią róg poduszki, bojąc się, że kiedy zaśnie, wszystko zniknie.

Luna siedziała obok niej przez długi czas, gładząc ją po włosach i wsłuchując się w jej coraz spokojniejszy oddech, próbując odnaleźć w tym rytmie choć odrobinę ukojenia. Ale nie potrafiła.

Bo kiedy zamykała oczy, widziała Roberta padającego na podłogę.

Wróbla z bronią.

Mary Ellen walczącą jak ktoś, kto nie powinien umieć walczyć w ten sposób.

I ten cień.

Ten przeklęty cień. Ktoś wszedł do jej domu. Ktoś wiedział. Ktoś czegoś szukał. A ona coraz mocniej czuła, że stoi w samym środku gry, której zasad nie rozumiała.

Powoli wysunęła się z łóżka. Ostrożnie, żeby nie obudzić Neli. Wzięła torebkę. Usiadła przy biurku w swojej sypialni. I wyciągnęła kopertę.

List od Mateusza już znała niemal na pamięć. Każde słowo zapisane jak zza grobu. każdą literę i znak.

Ale dziś nie sięgnęła po papier. Dziś wzięła do ręki pendrive. Mały. Niepozorny. Taki, którego wcześniej nie odważyła się sprawdzić.

Przez chwilę obracała go w palcach, czując, jak serce przyspiesza. Bała się tego, co zaraz zobaczy. Bała się, że tym jednym ruchem otworzy drzwi, których nie będzie potrafiła zamknąć.

Powoli wsunęła go do laptopa jak archeolog który zaraz ma otworzyć skarbiec dawnych władców.

Ekran zamigotał i od razu pojawił się folder.

Jeden. Zabezpieczony.

Hasło.

Przez chwilę patrzyła tępo.

A potem przypomniała sobie list.

Datę.

Ich datę.

Wprowadziła ją drżącymi palcami i folder się otworzył.

Najpierw zobaczyła dokument.

Dane do konta. Bank zagraniczny. Numer rachunku. Login. Hasło.

I krótką notatkę od jej męża. Że to środki ze sprzedaży szachów. Że to zabezpieczenie dla niej i Neli. Że jeśli to czyta, znaczy, że plan się nie udał. Zalogowała się.

I przestała oddychać.

Cyfry na ekranie były absurdalne. Nierealne. Kwota była tak wysoka, że przez chwilę naprawdę pomyślała, że system się zawiesił. Miliony. Dziesiątki milionów… a może więcej. Przesunęła ręką po ustach. Tony…

Co ty zrobiłeś? I po co? Dlaczego?

Dlaczego nigdy jej nie powiedział?

Dlaczego zostawił jej tyle pytań?

Dlaczego zostawił ją samą?

Łzy napłynęły jej do oczu.

Ale nie płakała. Chyba już nie umiała. Zbyt wiele czuła naraz.

Szok. Gniew. Tęsknotę. I ten narastający i jednocześnie wszędobylski lęk.

Wyciągnęła pendrive.

I wtedy to zauważyła. Małe wgłębienie z boku. Przycisk. Tak mały, że wcześniej mogła go nie dostrzec. Zmarszczyła brwi. Nacisnęła. Na końcu pendriva zapaliło się czerwone światło. Cienka wiązka przecięła mrok pokoju.

Luna drgnęła. Unosząc urządzenie wyżej, skierowała promień na ścianę.

I zamarła.

Na płaskiej powierzchni pojawił się obraz.

Wyraźny.

Ostry.

Rząd cyfr.

Osiemnaście.

Dokładnie osiemnaście. Oddzielonych po trzy. A na końcu… mała figurka króla.

Szachowego króla.

Luna poczuła, jak lodowaty dreszcz przechodzi jej po całym ciele.

Nie konto.

Nie pieniądze.

Nie dokumenty.

Tego szukali. Tych cyfr. Patrzyła na nie jak zahipnotyzowana, próbując zrozumieć. Kod? Numer konta? Współrzędne? Hasło? Dostęp? Do czego? Do sejfu? Do pliku? Do miejsca?

Serce waliło jej tak mocno, że bolało. Oddech uwiązł gdzieś w gardle. Nagle naprawdę zaczęła się bać. Nie jak wcześniej. Nie jak wtedy, kiedy ktoś wszedł do domu. To był inny strach. Czysty i lodowaty. Bo właśnie dotarło do niej, że Tony nie zostawił po sobie pieniędzy. Tony zostawił po sobie tajemnicę. A ludzie byli gotowi włamać się do jej domu… walczyć… strzelać… i być może zabijać… żeby ją zdobyć.

Odsunęła się od biurka. Bardzo powoli. Tak jakby same cyfry mogły ją dosięgnąć.

Spojrzała na śpiącą Nelę. Na jej spokojną twarz. I po raz pierwszy od śmierci Tonego poczuła nie tylko tęsknotę. Poczuła prawdziwy strach. Bo zrozumiała, że jeśli tego nie rozwiąże… jeśli nie dowie się, co oznaczają te cyfry… jeśli nie zrozumie, w co wplątał ich Tony… następnym razem ktoś może nie uciec.

A ona może nie zdążyć ochronić córki.

Miasto niedopowiedzeń

Wrocław, skąpany w miękkim, wiosennym świetle, wyglądał tego dnia niemal nierzeczywiście. Noc pełna krzyków, strachu, tłuczonego szkła i wystrzałów nigdy się nie wydarzyła, a miasto ze swoją obojętną elegancją postanowiło udawać, że nie zna ludzkich dramatów. Promienie słońca odbijały się w tafli Odry i przeszklonych fasadach nowoczesnych budynków, rozlewając po ulicach złote refleksy, które kontrastowały z chłodem czającym się w środku duszy Luny. Jechała powoli przez centrum, prowadząc niemal automatycznie, choć jej myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. Wokół osiemnastu cyfr wyświetlonych na ścianie jej sypialni, wokół twarzy Tonego, którą pamiętała zbyt wyraźnie, wokół dłoni Mary Ellen przesuwającej się po jej nadgarstku i wokół słów, które od kilku dni rozsadzały jej spokój.

Powtarzała sobie w myślach, że to tylko lunch. Krótkie spotkanie. Chwila oddechu. Zwykła rozmowa z kobietą prowadzącą śledztwo. A jednak pod skórą czuła napięcie tak znajome, jak gdyby wybierała się nie na obiad, lecz na spotkanie, które mogło zmienić coś więcej niż tylko bieg tego dnia.

Luna wybrała miejsce idealnie pasujące jej zdaniem do Mary.

Restauracja Most położona tuż nad Odrą była jednym z tych miejsc, które nie potrzebowały krzyczeć luksusem, by każdy od progu wiedział, że nie trafia się tam przypadkiem. Wnętrze tonęło w eleganckim półmroku rozświetlanym naturalnym światłem wpadającym przez ogromne przeszklenia wychodzące na rzekę. Marmurowe blaty, ciemne drewno, złote detale i subtelne kompozycje świeżych kwiatów sprawiały, że miejsce wydawało się wyrafinowane, ale nie przesadzone. Piękne, lecz nie chłodne. W powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy, cytrusów, białego wina i drogich perfum, a kelnerzy poruszali się niemal bezszelestnie, bo byli częścią starannie wyreżyserowanego spektaklu. Wszystko tutaj było dopracowane. Wszystko wydawało się kontrolowane.

Dokładnie jak Mary.

Siedziała już przy stoliku przy samym oknie, z widokiem na wodę, mosty i przechodzących nad brzegiem ludzi. Miała na sobie jasny, perfekcyjnie skrojony garnitur, który miękko opinał jej smukłą sylwetkę, a pod marynarką cienki top odsłaniał odrobinę opalonej skóry. Włosy opadały swobodnie na ramiona, co odbierało jej część oficjalnego chłodu i dodawało czegoś bardziej kobiecego, bardziej niebezpiecznego. Wyglądała jak ktoś, kto zawsze panuje nad sytuacją. Jak ktoś, kto nigdy nie daje się zaskoczyć.

A jednak, kiedy uniosła wzrok i zobaczyła Lunę, przez jej twarz przemknęło coś miększego.

Coś prywatnego.

— Wyglądasz lepiej, niż się spodziewałam — powiedziała z lekkim uśmiechem, gdy Luna usiadła naprzeciwko.

Luna uniosła brew i zdjęła okulary przeciwsłoneczne, odkładając je obok telefonu.

— Kłamiesz całkiem przekonująco.

Mary zaśmiała się cicho, tym swoim niskim śmiechem, który dziwnie mocno działał Lunie na nerwy.

I nie tylko na nerwy.

— To przydatna umiejętność w mojej pracy.

Luna spojrzała na nią uważniej.

— Zaczynam się tego domyślać.

Ich spojrzenia spotkały się na chwilę zbyt długo i przez sekundę Luna miała wrażenie, że Mary rozumie więcej, niż powinna. Widziała nie tylko jej twarz i starannie dobrane słowa, ale też chaos ukryty pod idealnie skrojoną sukienką, starannie upiętymi włosami i makijażem, który miał przykrywać bezsenność.

Rozmowa zaczęła się niewinnie. Od pogody. Od Wrocławia. Od tego, że miasto wydaje się spokojniejsze niż Nowy Jork. Mary mówiła swobodnie, ale Luna szybko zauważyła, że każde pytanie jest przemyślane, a każdy temat prowadzi do czegoś więcej. Nie przesłuchiwała jej. Nie naciskała. Po prostu otaczała ją rozmową tak miękko, że Luna sama zaczynała mówić.

— Opowiedz mi o tym mieście — poprosiła Mary, mieszając powoli łyżeczką espresso — Ale nie tak, jak opowiadasz dziennikarzom. Opowiedz mi o swoim Wrocławiu.

Luna odwróciła wzrok ku rzece i przez chwilę milczała. Próbowała ubrać w słowa coś, czego sama nigdy wcześniej nie nazywała.

— Wrocław potrafi być piękny i brutalny jednocześnie — powiedziała w końcu cicho. — Daje złudzenie bezpieczeństwa. Uczy ufać. A potem wystarczy jedna noc, żebyś zrozumiała, że wszystko może runąć.

Mary skinęła głową powoli wiedząc, że Luna myśli o ostatnich wydarzeniach w jej domu. Ona nie tylko słuchała, ale naprawdę rozumiała.

— Brzmi znajomo.

Luna uśmiechnęła się blado.

— Mówisz o mieście czy o życiu?

Mary odchyliła się lekko na krześle, a na jej ustach pojawił się ten niebezpieczny półuśmiech.

— O ludziach.

To jedno słowo zawisło między nimi ciężko, niosąc ze sobą znaczenie, którego żadna nie chciała wypowiadać na głos.

Po chwili Mary zmieniła temat z taką naturalnością, że Luna niemal nie zauważyła, kiedy rozmowa zeszła na Tonego.

— Byliście szczęśliwi? — zapytała cicho.

Luna zesztywniała.

Nie od razu odpowiedziała.

Przez chwilę patrzyła na swoje dłonie spoczywające na stole. Na obrączkę, której wciąż nie zdjęła. Na cienki złoty pierścionek obok. Na ślady życia, którego już nie było.

— Tak — powiedziała po chwili. — Ale nasze szczęście nigdy nie było spokojne. Mateusz nie był spokojnym człowiekiem. Wszystko przy nim było intensywne. Niebezpieczne. Uzależniające. Potrafił kochać tak, że zapominałam oddychać… i niszczyć tak, że nie wiedziałam, czy jeszcze umiem oddychać bez niego.

Mary słuchała uważnie.

Nie przerywała.

Nie oceniałа.

— A teraz? — zapytała po chwili. — Kim jesteś bez niego?

Luna zaśmiała się cicho, ale w tym śmiechu nie było radości.

— To zabawne. Ostatnio wszyscy o to pytają.

Mary pochyliła się lekko nad stołem, a jej głos złagodniał.

— Ja nie pytam z ciekawości.

Luna odetchnęła głębiej.

— Jestem marką — odpowiedziała w końcu. — Jestem twarzą Mirage. Jestem kobietą, na którą patrzą inni i widzą luksus, pożądanie, kontrolę i siłę. Widzą królową imperium. A prawda jest taka, że czasami ledwo utrzymuję się na nogach i nie mam pojęcia, kim jestem, kiedy nikt nie patrzy.

Mary patrzyła na nią długo.

Zbyt długo.

A potem uśmiechnęła się delikatnie.

Nie prowokacyjnie.

Nie drapieżnie.

Prawie czule.

— Czasem trzeba się zgubić, żeby wrócić do siebie.

Luna przez moment naprawdę chciała jej uwierzyć.

Lunch minął szybciej, niż powinna tego chcieć. Albo wolniej, niż była gotowa przyznać. Kiedy wychodziły, Mary zatrzymała się przy samochodzie Luny i spojrzała na nią z tym spokojem, który był w niej najbardziej niepokojący.

— Śledztwo niedługo się skończy — powiedziała miękko. — Wrócisz do normalnego życia.

Luna uśmiechnęła się blado.

Normalnego.

To słowo brzmiało obco. Bo dla niej nic już nie było normalne. I już nigdy nie miało być.

Kiedy wróciła do domu, od progu uderzył ją dźwięk śmiechu. Prawdziwego, lekkiego, dziecięcego. W salonie Nela siedziała z dwiema koleżankami, otoczona poduszkami, telefonami i miskami pełnymi popcornu. Miała zaróżowione policzki i ten błysk w oczach, którego Luna nie widziała od tygodni. Przez chwilę po prostu stała i patrzyła, pozwalając sobie uwierzyć, że może jeszcze istnieje coś tak prostego jak normalność.

Wtedy zawibrował telefon.

Nieznany numer.

Serce zabiło jej mocniej, zanim jeszcze odczytała wiadomość.

„Nikomu nic nie mów jeśli nie wiesz do czego Cię to zaprowadzi”

I na końcu widomości zapatrzyła się w symbol króla szachowego.

Luna poczuła, jak zimno rozlewa się po karku i ramionach. Przez moment patrzyła w ekran bez ruchu, próbując zrozumieć, co to znaczy. Czy chodziło o cyfry? O Tonego? O włamanie? O coś, czego jeszcze nie widziała? O coś, co czaiło się tuż obok?

Kolejny dźwięk wiadomości wyrwał ją z zamyślenia.

Mary.

Luna otworzyła sms-a.

„Dziękuję za lunch. W ramach rewanżu jutro zabieram Cię na wieczór przyjaciółek. Wrocław nocą to nie tylko Mirage. Zgadzasz się?”

Patrzyła na ekran dłuższą chwilę, czując to znajome napięcie pod skórą. Powinna odmówić. Powinna zostać z Nelą. Powinna myśleć o śledztwie, o cyfrach i o wszystkim, co zostawił jej mąż. A jednak coś w sposobie, w jaki Mary pisała, coś w obietnicy zawartej między słowami, coś w samej Mary sprawiało, że ciekawość mieszała się z niepokojem i podnieceniem.

Po chwili jej palce przesunęły się po ekranie i odpisała.

„Tak.”

A potem, patrząc na śmiejącą się córkę i na własne odbicie w ciemnym ekranie telefonu, zaczęła się zastanawiać, czy właśnie zgodziła się na niewinny wieczór…

czy na kolejną grę.

Za szkłem

Wrocław nocą miał w sobie coś nieprzyzwoicie pięknego. Miasto, które za dnia udawało eleganckie, uporządkowane i przewidywalne, po zmroku zrzucało maskę i odsłaniało swoje prawdziwe oblicze, pełne światła, muzyki, alkoholu i obietnic składanych szeptem nad kieliszkiem drogiego drinka. Luna, stojąc przed lustrem w swojej garderobie, przez dłuższą chwilę patrzyła na własne odbicie, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego właściwie zgodziła się na ten wieczór. Czy naprawdę potrzebowała oddechu, czy może potrzebowała zapomnieć. A może… co było najbardziej niepokojące… chciała sprawdzić, dokąd prowadzi napięcie, które od pierwszego spotkania rosło między nią a Mary Ellen jak cichy, niebezpieczny ogień.

Wybrała czarną, prostą sukienkę opinającą ciało jak druga skóra, z głębokim dekoltem na plecach i rozcięciem odsłaniającym długą nogę przy każdym kroku. Włosy zostawiła rozpuszczone, miękko opadające falami na ramiona, a makijaż zrobiła mocniejszy niż zwykle. Ciemniejsze usta, wyraźniej podkreślone oczy. Kiedy schodziła po schodach, czuła się znowu jak ona. Jak Luna Mirage. Jak kobieta, która nie musi nikomu tłumaczyć, dlaczego wszyscy się za nią oglądają.

Mary już czekała.

Papa Bar okazał się miejscem idealnym na początek wieczoru. Ukryty nieco z boku, stylowy, ale z nonszalanckim luzem, przyciągał ludzi, którzy wiedzieli, czego chcą. Wnętrze tonęło w ciepłym świetle odbijającym się od ciemnych ścian, złotych detali i ogromnego, podświetlanego baru pełnego kolorowych butelek. Z głośników płynęła muzyka. Mieszanka jazzu, soulu i nowoczesnych beatów. Powietrze pachniało limonką, alkoholem i perfumami ludzi, którzy przyszli tu wyglądać dobrze i dobrze się bawić.

Mary wyglądała… obłędnie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.93
drukowana A5
za 70.26