E-book
13.65
drukowana A5
64.85
drukowana A5
Kolorowa
99.13
Wyzwoliciel

Bezpłatny fragment - Wyzwoliciel

Żelazny Guru


Objętość:
460 str.
ISBN:
978-83-8245-751-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 64.85
drukowana A5
Kolorowa
za 99.13

Projekt okładki:

Krzysztof Chrząstek

Grafika pochodzi z bezpłatnych źródeł


Wszelkie prawa do książki należą do:

Krzysztof Chrząstek


Wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek prawdziwych osób, postaci, miejsc lub wydarzeń jest w tej książce całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Całość tej powieści opowiada o fikcyjnych wydarzeniach i przygodach grupy ludzi.


Żadna część tej publikacji lub jej fragment nie może być w jakiejkolwiek formie upubliczniona, kopiowana, powielana, przepisywana, zapisywana, przetwarzana, przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych, tłumaczona ani udostępniana w jakiejkolwiek formie, jakąkolwiek metodą, gdziekolwiek i kiedykolwiek bez pisemnej zgody autora.


— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —


Ten, który wie, jak i gdzie trzeba dojść, może doprowadzić do rajskiej oazy nawet tych, którzy nigdy o niej nie śnili.


— — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —

To było jak sen. W dalekim kraju, za górami i morzami żyli sobie ludzie. Żyli, albo wegetowali, nikt już prawie nie umiał tam tego odróżnić. Ale niektórzy się budzili.

Jan pamiętał doskonale ten moment. Wryło mu się to w pamięć, niczym pierwszy pocałunek. Tamtego dnia usiadł za stołem i zdecydował, że już dłużej tak nie może żyć.

Miał dość wszystkiego. Jego życie było nijakie i przeciekało mu przez palce, niczym woda na pustyni. Miał dość tych samych poranków i tych samych wieczorów. Pracy w biurze, wiecznie naburmuszonego szefa i korków na ulicach. Nawet tramwaje były przepełnione. Nie mówiąc już o zwietrzałych zapachach jakie roztaczali wokół siebie stłoczeni tam ludzie. Miał tego serdecznie dość. Nie chciał tak żyć i codziennie zmierzać donikąd. To znaczy do nielubianego biura, nielubianej pracy i nielubianych pogaduszek z kumplami, którzy myśleli przeważnie o tym, ile wypić, którą zaliczyć i kto wygra w najbliższym meczu. Jakby od tego zależały losy ludzkości.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu po prostu się zbuntował. Nie tym pierwszym młodzieńczym porywem, który dzisiaj jest taki, a jutro inny. On zdecydował na całego. Walnął nawet pięścią w stół niczym mały dyktator i wstał z krzesła.

Podszedł do okna i spojrzał na podwórko. Drzewa dostawały właśnie nowe świeże liście, a ptaki zanosiły się swoimi pierwszymi tego roku śpiewami. Uchylił okno, aby w ten ciepły, wiosenny poranek odetchnąć świeżym powietrzem i atmosferą budzącej się natury.

Tam tętniło życie, podczas gdy przez ostatnie lata jego własne życie było wypełnione zaduchem, nicością, tępą, niszczącą rutyną i marazmem obrośniętym w obietnice sukcesu.

Owszem, miał własne mieszkanie — te wymarzone dwa pokoje w bloku z płyty. Miał telewizor, komputer i dobrą pracą. Początkowo nawet lubił przychodzić do banku i zajmować tam swoje miejsce. Jarała go ta praca w takiej jasnej i przejrzystej strukturze. Zwłaszcza, że zazdrościli mu jej jego koledzy ze studiów, z którymi jeszcze utrzymywał kontakt. Wiedział że jeżeli będzie się wystarczająco starał, to zajdzie być może aż na sam szczyt tej piramidy.

Przerzucał zatem papiery, wykonywał telefony, polecenia szefa i przyjmował interesantów. Przez pierwsze dwa lata fascynował się tym nawet i chłonął tę niemal szpitalną atmosferę pieniędzy, blichtru i bogactwa. Cieszył go jego nowy garnitur, który wkładał do pracy i te spojrzenia zainteresowanych nim kobiet.

Ale pomimo tego stosunkowo dużego awansu, jakim była ta zmiana pracy z poprzedniej, to nie znalazł miłości swojego życia. A przecież tak bardzo pragnął, aby u jego boku pojawiła się ta ukochana, mądra i piękna kobieta. Tak tęsknił za jej spojrzeniem i obejmującymi go ramionami.

Nie mógł odżałować, że niedawno — w połowie maja, tuż po godzinie piętnastej widział w autobusie piękną, tlenioną blondynkę o mądrych oczach. Zdziwił się, bo rzadko się trafia ktoś taki. Miała naprawdę piękne i duże, niebieskie oczy, w których dojrzał spokojną, bystrą inteligencję.

Gdy wsiadł, od razu ją zauważył. Miała lekko natapirowane włosy. Zerkał na nią ukradkiem, pozwalając sobie na dwa dłuższe spojrzenia, aby lepiej się jej przyjrzeć. Ona również z dwa razy zerknęła na niego. Do tego miała takie duże, pełne i naturalne usta posmarowane delikatnie białym kremem. Nie przypuszczał dotąd, że usta mogą być aż tak piękne. Czuł spokój, nie było podniecenia, tylko zainteresowanie. Nie wiedział zatem, co ma zrobić.

Już kiedyś startował do kilku pięknych kobiet, ale jakoś potem nie okazywały się na tyle interesujące, czy zaciekawione nim, aby jakaś z tych relacji przetrwała dłużej. On również był nimi nieco rozczarowany.

Zastanawiał się zatem, co teraz zrobić, bo siedzieli po przeciwnych stronach wąskiego przejścia pomiędzy fotelami w autobusie. Jechali dość długo i kilka razy ich spojrzenia się spotkały. Patrzyła uważnie, ale spokojnie, jakby też się zastanawiała. Bawiła się przy tym telefonem, na tle którego odznaczały się jej różowo pomalowane, długie paznokcie lub tipsy. Tego nie wiedział. Niezbyt to lubił u kobiet, ale miał nadzieję, że to tylko tipsy, które można zdjąć. — Ostatecznie takie pazurki też można obciąć — pomyślał z lekkim, wewnętrznym uśmiechem.

Po chwili jednak Jan pomyślał, że taka kobieta z pewnością nie może być sama. — Zbyt piękna na to — zastanawiał się z lekkim smutkiem. — Albo może nawet ma kilku facetów, którzy się za nią uganiają. Kto wie… Ech… — takie właśnie myśli przelatywały mu wtedy przez głowę.

Gdy zbierała się już do wysiadania i stanęła przy drzwiach, to nagle odwróciła się lekko i spojrzała właśnie na niego. I to tak przeciągle. Jan był zaskoczony, bo wcześniej dłuższą chwilę na nią nie zerkał i nawet lekko w duchu odpuścił sobie tę sytuację. Nie był też pewien, czy tylko tak sobie spoglądała, czy też naprawdę patrzyła właśnie na niego. Ale po chwili ona znowu się odwróciła i spojrzała mu w oczy. Delikatnie też przygryzła swą dolną wargę z prawej strony. Wyglądało to uroczo.

Jan nie wiedział, co zrobić. Z jednej strony był zaskoczony, cieszył się, a z drugiej wiedział, czuł to niemal, że ktoś taki nie może być sam. Jej uroda zbyt rzucała się w oczy. Czas na chwilę zwolnił, a może nawet stanął w miejscu. Takie momenty pamięta się potem latami, a może nawet aż od końca życia.

I tak patrzył i patrzył jej intensywnie w oczy, nie wiedząc, co o tym myśleć i co zrobić. Jakby chciał wyczytać zamiary jej duszy. A ona nagle poczuła się jakoś dziwnie, bo przez jej twarz przeszedł grymas rozczarowania, smutku, zaskoczenia, albo zniecierpliwienia…

Jan patrzył tylko, jak wychodziła z autobusu w tych swoich czarnych bucikach na płaskim, szerokim obcasie i w wąskich czarnych dżinsach. Zebrał się w sobie i również wysiadł. Miał nawet za nią podbiec i zagadać, ale szła tak szybko. Chyba na jakieś spotkanie, trzymając w ręku reklamówkę popularnego sklepu odzieżowego.

Nie chciał, aby poczuła się niekomfortowo. Na pewno nie. I nie wiedział dlaczego tak wyszło. Był zły na siebie. Przecież mógł zwyczajnie powiedzieć coś miłego i by się okazało, czy jest pomiędzy nimi chociaż nić porozumienia. A może nawet coś więcej. Los dawał mu wtedy możliwość obcowania z najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widział. A on się wahał, albo się zablokował.

— To chyba jakaś artystyczna dusza. Może maluje, rysuje lub robi coś w tym stylu? — przemknęło mu jeszcze przez głowę, gdy znikała mu z oczu, oddalając się coraz bardziej od dworca kolejowego, gdzie wysiedli.

— Chyba wielka okazja przemknęła mi właśnie przed nosem — wkurzał się na siebie, za to, że nieodpowiednio zareagował.

— Przecież mogłem jakoś do niej zagadać — znów to sobie wyrzucał. -Chociażby powiedzieć „dzień dobry”, albo się uśmiechnąć. No właśnie — a czemu ona się do mnie nie uśmiechnęła? Nawet odrobinę… — zachodził w głowę. — Wtedy byłoby mi dużo łatwiej. Czułbym jej wsparcie, zainteresowanie. A tak, pokazała, że się jej podobam, ale czy szło za tym coś więcej? Nadzieja na głębsze uczucie, a nie tylko krótką namiętność? Choć i to jest przyjemne — gubił się w myślach. — A może po prostu wiedziała, że mężczyźni reagują na takie sygnały? I każdy by zareagował. Każdy… a ja stałem, a właściwie siedziałem jak kołek, zamiast się ruszyć, poznać ją, a może nawet zdobyć jej serce. A już na pewno przeżyć niesamowite doświadczenie. Całowanie takich ponętnych ust było z pewnością rozkoszne — żałował i wnerwiał się na swoją opieszałość i nieumiejętność podrywania kobiet. Tylko czasem mu to wychodziło, gdy zebrał się w sobie i przemyślał mniej więcej, jak się odezwać i zachować.


— Chyba za intensywnie się w nią wtedy wpatrywałem — martwił się. — Niektórzy mi mówią, że czasem mogę przyszpilić spojrzeniem, a przecież niektóre kobiety są delikatne.

Może to wartościowa kobieta, która szuka takiego jak ja — dobrego, uczciwego i delikatnego mężczyzny, a dotąd trafiała tylko na chcących ją przelecieć napakowanych samców? Kto wie? Może też wyczuła we mnie dobrego człowieka — to, co ja w niej? Albo nawet bratnią duszę? Ech… Może jeszcze się spotkamy, jak Bóg da… — miał taką cichą nadzieję. Chciał tego bardzo, aby się przekonać kim ona jest, jaki jest dźwięk jej głosu i czy mogliby się polubić, zaprzyjaźnić, a może nawet i pokochać. Tak prawdziwie — z całego serca.

Ale choć mijały kolejne dni, a on czasem jeździł tą trasą, nie spotkał jej dotąd. Bywał też w muzeach, na wystawach, koncertach jazzowych i wegetariańskich imprezach, bo pomyślał, że taka kobieta może się obracać w tych kręgach. Ale i tam jej nie wypatrzył. Zrobiło się ciepło, więc jeździł rowerem po mieście i okolicy, ale nigdzie jej nie spotkał. Miał nawet przeczucie, że będzie pewnego dnia na pobliskim osiedlu, ale tam też jej nie było.

— Widzisz — jak jest okazja, to trzeba działać… — smucił się, nie mogąc się zebrać do dalszego działania. — Ale może, gdyby była mi przeznaczona, to widzielibyśmy się i spotkali co najmniej dwa razy. A może ona już mnie nie chce i się do mnie zraziła?

Przez pewien czas miał jeszcze nadzieję, że zobaczy ją na którymś portalu społecznościowym, albo na jakimś forum randkowym, ale pomimo usilnych starań, nie udało mu się to. Normalnie, jakby znikła, albo zapadła się pod ziemię.

Miał też cichą nadzieję, że może ona go gdzieś znajdzie i napisze do niego przez internet. — Może też ją zaintrygowałem i pomimo tego, że chyba nie odebrała wtedy dobrze tego mojego długiego wpatrywania się w nią, to zechce nawiązać znajomość? Miał nadzieję, że ich spojrzenia znowu się spotkają. Marzył o tym. Niemal czuł jej obecność. Wiedział, że taka kobieta mogłaby odmienić jego życie na lepsze, a i on miał jej wiele do zaoferowania. Swoją dobroć, czułość i spokój. Całe dobre serce.

— Ech, dlaczego człowiek czasem tak się dziwnie zachowuje i nie wykorzystuje takiej szansy? Okazji, która przeleciała mu koło nosa? A przecież może byłoby fajnie i miło? — miał nadzieję. — Może byśmy do siebie pasowali? Kobiety przecież mają dobrą intuicję, a ona lgnęła do mnie. Może potrzebowała mojego ciepła i wsparcia? A przecież ja mam tego w nadmiarze. Ech… A co, jeśli zmieniła fryzurę, kolor włosów i już jej nie poznam? — martwił się. — Ale przecież te oczy i usta powinienem poznać zawsze i wszędzie. Tak, na pewno — uśmiechnął się, próbując sobie przypomnieć szczegóły jej twarzy.

— A może po prostu miałem się nauczyć, że nawet bardzo piękne kobiety mogą być mną zainteresowane i wyczuwać moje wnętrze?

Z kolejnymi dniami jego nadzieja jednak coraz bardziej zblakła.

— Cóż… albo ją kiedyś spotkam, albo jeszcze lepszą, albo trzeba po prostu poczekać… — pocieszał się, choć było mu już naprawdę smutno. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę, najbardziej chodziło mu o znalezienie mądrej, dobrej, uczciwej i pięknej kobiety, do której poczułby miłość i która by go pokochała całym swoim sercem. Miał nadzieję, że taka właśnie była ona. Ale pewności nie miał. Nie wiedział, jaka była, co lubiła i jak się zachowywała. Nie znał nawet brzmienia jej głosu. A to było dla niego ważne. — Przecież bliskiej osoby słucha się często, więc warto lubić brzmienie jej głosu, jej ton i sposób, w jaki się wypowiada. Nie mówiąc już o treści — uśmiechnął się, bo lubił mądre kobiety. Zwłaszcza takie, które dbały o siebie i swój dom, czy mieszkanie. Takie, od których promieniowało ciepło i dobroć.

W końcu zdał sobie sprawę, że chyba pora rozejrzeć się za innymi. Jan odwiedzał różne kluby, gdzie przesiadywał godzinami, patrząc na pojawiające się tam kobiety. Czasem jakąś zagadywał, albo prosił do tańca. Niektórym z nich zamawiał drinki, albo coś do zjedzenia. A jeżeli rozmowa się kleiła i wyczuwał, że kobieta jest chętna, to zapraszał ją do siebie. Zdarzało się nawet, że to one przejmowały inicjatywę i ciągnęły go do mieszkania na herbatkę.

Jeśli taka kobieta mu się podobała, to chętnie na to przystawał. — W końcu trzeba korzystać z życia — mówił sobie, mając nadzieję na to, że będzie im razem dobrze i z czasem się okaże, że ta właśnie kobieta jest tą właściwą. Tą ukochaną. Taką od serca.

Rzadko jednak zdążyli dopić ten szlachetny napój z Chin, bo obojgu im nie o to chodziło. Lądowali w łóżku, spijając rozkosz życia i wzajemnej, krótkiej fascynacji.

Z reguły jednak, po kilku spotkaniach okazywało się, że te zabawne i wyluzowane panny, które pulsowały wdziękiem i seksapilem w klubie, były marudne, zaborcze, ograniczone, płytkie, albo nawet trafiło mu się kilka pracoholiczek. Z tymi było chyba nawet najgorzej, bo musiał się wstrzelić pomiędzy ich liczne zajęcia pozazawodowe, aby mogli się wreszcie spotkać. Dla nich ważniejsze były szkolenia językowe, jakieś kursy, zajęcia sportowe czy warsztaty. Te, którym zbyt zależało na namiętności, często w ten właśnie sposób próbowały odreagować stres, albo nieudane związki. Jan to czasem wyczuwał i ulatniał się wtedy, bo nie o to mu w tym wszystkim chodziło.

Wciąż jednak myślał o tamtej z autobusu. Była naprawdę inna niż wszystkie. Jakaś niezwykła i nieziemsko piękna. — A może bym się rozczarował? — „Jak kogoś nie sprawdzisz, to się nie przekonasz” — powiedział mu kiedyś kumpel, któremu nieopatrznie się z tego zwierzył. Miał rację. — Jak coś takiego się pojawia, to trzeba to sprawdzić i tyle — postanowił Jan, nie chcąc, aby już kiedykolwiek taka okazja wymknęła mu się z ręki.

Samotność jednak coraz bardziej dawała mu się we znaki. Zatem postanowił spróbować poumawiać się na randki przez internet. Początkowo go to nawet bawiło, bo zawsze czuł ten pierwszy dreszczyk emocji — kim się okaże taka kobieta, ale po miesiącach takich zabaw, miał tego serdecznie dość. Wkurzył się i posmutniał. Sporadyczny seks przestawał mu smakować. Miał dość tych kobiet, alkoholu i ich roszczeniowego nastawienia. Jeszcze gorzej było z tymi, które chciały mieć bardziej dzieci, niż partnera. Takim chodziło tylko o jedno. Wreszcie zajść w ciążę i spełnić się jako mama. Partner był dla nich sprawą drugorzędną.

— Co za czasy. Gdzie się pochowały te wszystkie fajne kobiety? — zastanawiał się. I postanowił od tego wszystkiego wreszcie odpocząć.

Wziął wtedy urlop i wyjechał z miasta. Chciał odwiedzić te miejsca, które kiedyś sprawiały mu radość. Najpierw pojechał nad morze. Szum fal i posmak słonej wody podczas kąpieli dał mu chwilowy relaks i wytchnienie. Chodzenie jednak samemu nie dawało mu już satysfakcji.

Kiedyś był tu z dziewczyną, którą kochał. Ona też mówiłam mu, że go kochała. Jednak już po dwóch latach, kiedy miał właśnie iść do niej z kwiatami, zadzwoniła do niego i powiedziała mu, że to koniec. Był zszokowany. Chciał się z nią szybko spotkać i porozmawiać na ten temat. Ale ona nie chciała. Dobijał się do jej drzwi, ale albo jej nie było, albo nie chciała mu otworzyć. Nie odbierała też telefonów. Dopiero po miesiącu udało mu się z nią zobaczyć.

— O co chodzi? — rzucił krótko.

— Już cię nie kocham — wycedziła, lekko wzruszając ramionami.

— Jak to?

— No tak, po prostu zdałam sobie sprawę, że potrzebuję innego mężczyzny.

— Jakiego? — był zrozpaczony.

— Inteligentnego, zaradnego, takiego dla którego liczy się cel i zdobywanie, osiąganie kolejnych wyzwań.

— Przecież mam pracę!? Nawet mogę wkrótce awansować na starszego specjalistę! — czuł rozczarowanie jej słowami.

Ale ona się tylko uśmiechnęła z wyrozumiałością.

— I ja mam być przez najbliższe lata ze starszym specjalistą? — wydęła wyniośle wargi. — Mój drogi, nie sądzisz chyba, że to by mnie usatysfakcjonowało?

Czuł, że tylko siłą woli powstrzymuje się przed parsknięcie mu w twarz.

— Zmieniłaś się — rzucił smutno.

— Dojrzałam.

— Czyli lecisz na kasę i ustawionych facetów? — zaatakował.

— Kobieta musi się szanować.

— Ta… spojrzał na nią taksującym wzrokiem, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. — A gdzie tu miejsce na miłość?

Znowu się uśmiechnęła.

— Ciebie kochałam. I co mi z tego przyszło? Dwa stracone lata… — Stracone lata? — wszedł jej oburzony w słowo. — A te szczęśliwe wyjazdy, piękne noce i wspólne rozmowy?

— Och, to było… nawet miłe i takie słodkie, młodzieńcze, ale życie płynie. Dałam ci dwa lata swojego pięknego życia i co z tego dziś mam?

— Przecież miałem ci się oświadczyć w czerwcu? — wargi mu drżały z emocji.

— Inni już mają domy, samochody, a my się ciągle spotykamy w tym małym, ciasnym mieszkanku, które będziesz jeszcze pewnie spłacał z dwadzieścia lat.

— Z twoją pomocą byłoby szybciej.

— O tak. A gdzie pieniądze na dzieci, ich wychowanie, dobre szkoły i zajęcia pozalekcyjne? Nie… My do siebie nie pasujemy.

— Rozumiem, że gdybym zarabiał o jedno zero więcej, byłbym odpowiednim kandydatem?

— Kto wie — zawahała się. — Wtedy miałbyś jakieś perspektywy.

— Tylko to się dla ciebie liczy? A gdzie te zapewnienia o miłości i radości ze wspólnego bycia? — zamrugał pośpiesznie oczami, jakby nie mogąc jeszcze uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

— Samą miłością się nie najesz i rachunków nie opłacisz — zmroziła go.

— Wiesz co… ty jesteś cyniczną, zepsutą babą, która leci tylko na kasę…

— Możliwe, że tak to teraz odbierasz, ale..

— Ale — jak to mówi przysłowie — „lepiej zjeść kromkę chleba z kimś kogoś się kocha i szanuje, niż najlepsze frykasy z kimś obojętnym, niekochanym, albo wrogiem.”

— Nie znasz życia — rzuciła sucho.

— Ale ciebie już wystarczająco poznałem.

— No cóż…

— Właśnie — no cóż… Jakbyś kiedyś jeszcze zmieniła zdanie i na powrót stała się normalną, czułą i radosną kobietą, a nie jakąś harpią, modliszką i pijawką, którą nie wiem kiedy się stałaś, to daj znać. Numer znasz.

Spojrzała tylko na niego krzywo.

— Cześć.

— Cześć.

I tyle ją widział.

Nigdy też już nie zadzwoniła. On też nie. Nie chciał się płaszczyć. Nawet mu sms-a z życzeniami imieninowymi nie wysłała. — Lafirynda — pomyślał wtedy tylko i to był już naprawdę koniec.

Przez chwilę nawet się zastanawiał, że być może miała rację. Rozejrzał się za lepszą pracę i nadarzyła się wtedy ta okazja w banku.

Początkowo było miło, ale potem i tego miał dość. Miał dość takiego życia. Jego koleżanki z pracy interesowała tylko kariera, albo flirty, ale nie poważny związek. A że inne poszukiwania partnerki nie przynosiły rezultatów, więc skupił się na pracy. I nawet przez pewien czas dał się wciągnąć w monotonię i uroki takiego życia. Ale jego dusza wołała za czymś innym.


Szum fal nieco go uspokajał. Widoki, które kiedyś wywoływały jego zachwyt i entuzjazm, teraz go jakoś nie ujmowany. Spróbował jeszcze z górami. Pojechał i wędrował tym samym szlakiem, którym kiedyś szedł taki szczęśliwy ze swoją pierwszą dziewczyną. Jeszcze zanim poznał Alicję.

Przez pół roku było im ze sobą naprawdę dobrze, ale potem wszystko się zepsuło. Ona poznała innego, bogatszego i przystojniejszego od niego. I gdy on próbował załatwić sobie swój pierwszy staż, ona poszła z tamtym do łóżka.

I tak to się wtedy skończyło. Choć chwilę wcześniej zapewniała go o swojej wierności.

— Czy kobiety zawsze tak postępują? — gorzko wspominał Alicję i Monikę. — Mówią godzinami o miłości i chcą czułości, ale chwilę później lecą na kasę i blichtr. Czy naprawdę rządzą nimi tylko chwilowe emocje i ci, którzy potrafią je w nich wywołać, mają je jak w garści? Co się dzieje z tym światem? — pomyślał wpatrując się w gwiazdy przy schronisku, gdzie wykupił sobie nocleg.

Jednak i to mu nie pomogło.

Te kilka dni w górach wkurzyły go jeszcze bardziej. Miał dosyć wszystkiego i siebie tym bardziej. Dwie kobiety, na które stawiał w swoim życiu, zawiodły go. Praca też nie dawała mu już satysfakcji. — Ten świat chyba oszalał — myślał czasem. Widział co dzień te cyniczne twarze i oczy nastawione na awans, podwyżki i robienie kariery. Jakby nic innego nie mogło się już liczyć.

Dodatkowo, coraz mniej mu się podobały niektóre procedury, a nawet zapisy umów kredytowych jego własnego banku. Zastanawiał się, co by było, gdyby w tym banku sam wziął teraz kredyt. I okazało się, że nie chciał być klientem banku, w którym pracował. A to już bardzo źle wróżyło. Nie mógł z czystym sumieniem polecać innym ludziom tych produktów, z których żył. Denerwowało go to coraz bardziej.


Gdy rano się spakował i zszedł do jadalni na dole schroniska, zauważył, że na jednym ze stolików leży jakaś książka. „Medytacja dla każdego — podstawy relaksacji ciała i umysłu” — odczytał z zielonej okładki.

Rozejrzał się po sali, ale najwyraźniej nikt jej nie szukał.

— Może już poszli? W końcu jest już po dziesiątej, a w górach to późna godzina — pomyślał i otworzył zaciekawiony książkę. Przerzucił kilka kartek i zaczął czytać co poniektóre zdania.

— Może to jest odpowiedź na moje modlitwy? — zastanawiał się. — W końcu chciałem, aby Bóg dał mi jakiś znak.

Jedząc śniadanie i popijając herbatę, czytał pierwszy rozdział.

„Usiądź wygodnie i po prostu odetchnij” — to właśnie robię — uśmiechnął się Jan. „Rozluźnij całe swoje ciało i umysł. Rozluźnij swoje stopy, łydki, kolana i uda, a potem wszystkie kolejne, poszczególne części ciała. Gdy poczujesz w nich relaks i odprężenie, pora, abyś zrelaksował również swój umysł.”

— O, z tym może być gorzej — pomyślał.

„Całkowity relaks i rozluźnienie potrzebne jest do tego, aby móc być po prostu obecnym w tu i teraz i zagłębić się w siebie, w swoją jaźń i ciszę.”

— Ta… tylko co mi to da? — zapytał sam siebie i przerzucił kilka stron.

„Medytacja może pomóc każdemu. Daje odprężenie, uspokojenie i wyciszenie emocji. Poza tym, wydatnie wpływa na całe ciało i jego funkcje. Reguluje i uspokaja oddech, a nawet obniża ciśnienie krwi. W tym czasie regenerują się również tkanki, dochodzi więc do procesu uzdrowienia.”

— O, to ciekawe. Chyba potrzebuję całościowej regeneracji — pomyślał, przeglądając kolejne kartki.

Na końcu poradnika znalazł adres strony internetowej i krótką notkę o autorze. Było też parę telefonów i opis kilku ośrodków medytacyjnych.

— O, jeden jest moim mieście — zauważył zdziwiony i z lekkim uśmiechem, bo nigdy wcześniej o nim nie słyszał.

Naraz spojrzał na wewnętrzną stronę tylnej okładki i zauważył, że na jej dole zrobiony był długopisem dopisek: „Ta książka jest dla ciebie. Skorzystasz, kiedy będziesz gotowy”.

Przez chwilę nie wiedział, co o tym myśleć. Cud, czy czyjś żart? A może jakaś dobra dusza rozsiewała w różnych miejscach ziarna dla zagubionych i poszukujących jak on ludzi, które potem zakiełkują czymś dobrym? Bo tego, że jest w jakiejś ukrytej kamerze nie podejrzewał.

W końcu się otrząsnął.

— Jak to kiedy będę gotowy? Już jestem. I to od urodzenia — skrzywił w uśmiechu twarz, przywołując swoje ulubione kiedyś powiedzonko, którym raczył czasem ludzi. I cieszył się, że ktoś nieznajomy zrobił mu taki prezent.

Po chwili jednak posmutniał. Bo na kumpli nie mógł już liczyć. Po studiach część z nich rozjechała się po świecie, a nawet ci, którzy tu pozostali, szybko zostali wciągnięci w żony, zakupy, dzieci i kupy oraz ten cały kołowrót zwany szczęściem, albo dorosłym życiem.

Umawiał się jeszcze czasem z niektórymi z nich, ale przez te ostatnie miesiące jakoś coraz mniej miał ochoty żłopać piwko i wysłuchiwać kolejnych opowieści z ich rodzinnych sielanek, które niekoniecznie zawsze były aż tak miłe.

Dowiadywał się, że piękności, za którymi oglądali się kiedyś wszyscy faceci, teraz tyły, pierdziały, a nawet nie chciało im się sprzątać. Chodziły w pomiętych dresach i dłubały w nosie przy stole.

Inny mu znowu opowiadał o cichych dniach czy też awanturach z powodu różnicy zdań na temat mebli, auta, miejsca wyjazdu na wczasy czy nawet co do postępowania względem dzieci.

Oczywiście z początku i oni przynosi wspaniałe opowieści rodzinnych sielanek, ale jakoś zbyt szybko, jak na jego wyczucie, zaczęli go zasypywać właśnie takimi opowieściami.

— Jesteś szczęśliwy? — zapytał kiedyś Stefana.

— Weź stary daj spokój. Ja zarobić muszę na Dankę i syna. A wczoraj się okazało, że być może znowu będę tatą… — westchnął. — Chyba robotę zmienię, albo poszukam jakieś fuchy.

— Ale czy jesteś szczęśliwy? — drążył.

— No jasne, że tak — odparł po chwili wahania. — Jak żona mi dobrze ugotuje, dziecko jest zdrowe, to pewnie że jestem. A co? Nie wyglądam? — utkwił w nim zasmucone oczy.

— Nie, no wyglądasz — nie chciał go dołować. — Tylko tak chciałem wiedzieć, czy jest ci dobrze? Czy czujesz wiatr w żaglach i masz siły góry przenosić?

— O stary… od razu widać, że nie masz rodziny. Ja odpocząć chcę… dlatego tu przychodzę. Mam godzinę dla siebie i nieco oddechu…

Jan pokiwał tylko głową.

— Nie myśl jednak, że jest mi źle. O nie. Zaraz wrócę sobie na kolację, potem kąpanie dziecka i — mrugnął porozumiewawczo okiem — pobaraszkujemy sobie w łóżku, hehe. A ty znowu sam jak palec — poklepał go po ramieniu. — Znalazłbyś sobie wreszcie jakąś babkę.

— Przecież szukam. Myślisz, że łatwo teraz o uczciwą, dobrą kobietę?

— No tak, wkoło tyle bab szuka teraz jedynie sponsora, że strach poderwać kogoś nawet na jakieś katolickiej uczelni.

— Hehe. Fakt, świat się zmienia.

— I niekoniecznie na lepsze. Dlatego musimy trzymać się razem.

Jan pokiwał głową, ale podjął decyzję, że na razie nie będzie się z nim spotykał. Zdał sobie sprawę, że z jego znajomych to teraz tylko Krzysztof był szczęśliwy w związku. Lubili się wzajemnie ze swoją wybranką i razem spędzali mnóstwo czasu — jeździli na wycieczki, często chodzili na spacery, na których trzymali się za ręce i patrzyli na siebie takim szczęśliwym wzrokiem. Może dlatego, że nie mieli dzieci? — zastanawiał się czasem, gdy widywał ich przypadkiem na mieście. Rzadko z nimi rozmawiał, bo ci woleli swoje towarzystwo od jakichś wspólnych spotkań.


Powrót ze schroniska szlakiem zajął mu pół dnia. Na szczęście była dobra pogoda, więc nacieszył się jeszcze trochę słońcem. Książkę zabrał ze sobą. Niesiona w plecaku jakoś dodawała mu sił i otuchy. Czasami do niej zaglądał, gdy zatrzymywał się na odpoczynek.

Tuż przed zejściem ze szlaku na parking, zobaczył cudowny zachód słońca. Kolory pomarańczowy i złoty ukazywały mu się teraz w pełnej krasie. Cieszył się tą chwilą, bo przez ostatnie dni było raczej pochmurno. A teraz miał przed oczami piękny okrąg słońca, który sycił go barwą, uspokajał i wyciszył tak, że przez chwilę nawet o niczym nie myślał. Patrzył tylko jak urzeczony tym widokiem i było mu naprawdę dobrze. Było tak, jak pisali w tej książce — jego umysł, zajęty słońcem, na chwilę przystanął i rozkoszował się tą właśnie chwilą. Nie błądził nigdzie, ani nie rozważał kolejnych idei. Po prostu zamilkł. Jakby chciał dać pierwszeństwo temu odwiecznemu pięknu końca dnia.

Jan ocknął się po dłuższej chwili, gdy już całe słońce skryło się za wierzchołkiem góry. Z miejsca zrobiło się o wiele ciemniej i chłodniej. Na szczęście auto miał zaparkowane w pobliżu.

Wsiadł i ruszył do domu.


Jego szef miał zdziwioną minę, gdy nazajutrz położył na jego biurku wypowiedzenie umowy o pracę. Nigdy mu się to wcześniej w jego długoletnie karierze nie zdarzyło. Janowi też nie.

Spojrzał tylko dziwnie na niego, jakby nie dowierzając. Jak dotąd to za nim wszyscy biegali z podaniami o pracę i prośbami o awans czy podwyżkę. Opanował się jednak i zapytał.

— Ma pan lepszą pracę?

— Nie.

Ta odpowiedź zdziwiła go jeszcze bardziej.

— To jak to tak?

— Ta praca przestała mnie cieszyć, więc nie ma sensu, abym tu był.

Tamten parsknął śmiechem. — Chyba mu odbiło — pomyślał.

— Niech pan będzie rozsądny — próbował mu przemówić do rozumu, bo mimo wszystko był to sumienny pracownik, który wszystko robił na czas i tak, jak trzeba.

— Byłem wystarczająco długo. Za długo. Teraz czas na odrobinę szaleństwa — uśmiechnął się. — A właściwie to na zadbanie o siebie.

— I jak pan chce tego dokonać?

— Zapisałem się na medytację.

Kierownik skrzywił się, ale dziarsko kontynuował.

— A tak, to niektórym pomaga. Dwie panie z księgowości chodzą na takie zajęcia. Jogę czy coś w tym stylu. Przecież pan też może się tym zajmować po pracy…

— Nie słucha mnie pan — powiedział sucho, patrząc mu w oczy. — Ta robota mnie już nie kręci i nie widzę w niej sensu. Właściwie, to nawet nie chcę tu już dłużej być. Dlatego proszę o natychmiastowe rozwiązanie umowy za porozumieniem stron.

— Rozumiem. A zatem żegnam — zakończył szorstko, biorąc go za wariata. — Ludzie latami proszą się o posadę w tej instytucji, a ten czubek rezygnuje, bo coś mu się ubzdurało. Ale może to i lepiej, nie będziemy mieć u siebie świrów — zakończył swój monolog wewnętrzny i podpisał jego rezygnację.

Jan nawet nie spojrzał na dokument, tylko zgarnął go z biurka i wyszedł z gabinetu. Szerokim korytarzem szybko dotarł do miejsca, gdzie tyle czasu tu spędził. Zabrał swoje rzeczy i z westchnieniem ulgi wyszedł na korytarz. Tam zobaczyła go Ewa.

— A ty gdzie się wybierasz o tej porze?

— Do domu?

— Co wylali cię? — zdziwiła się, aż jej oczy zrobiły się okrągłe. — Za co? — Sam odszedłem.

— No co ty? — nie dowierzała. — Powiedz prawdę.

— No przecież ci mówię. Mam już dość tej ponurej instytucji, tego mrocznego gmaszyska i…

— Dostałeś lepszą robotę u konkurencji? Przyznaj się — chciała być pierwszą, która dowie się o tej sensacji.

— Nie. Ta robota mnie nie uszczęśliwiała, więc już jej nie chcę.

Zaśmiała się.

— Hahaha… Ale zgrywus jesteś. Ty, ale za co teraz będziesz żył?

Wzruszył ramionami i odszedł w stronę wyjścia.

A ona jeszcze długo za nim patrzyła i nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Coś wewnątrz niej dziwnie nie dawało jej spokoju. Jakby dotknął jej jakiejś czułej struny, która nie drgała już od lat.

A on zostawił dokument w kadrach i już go nie było. Był wolny i mógł wreszcie odetchnąć pełną piersią. Zupełnie, jakby w jego twarz i płuca powiał świeży i ożywczy powiew wiatru.


Sala była jeszcze pusta, gdy do niej wszedł. Porozkładane karimaty w kolorze niebieskim i zielonym zachęcały do położenia się. Jednak już po chwili kilka osób weszło do środka i usiadło po turecku w wybranych miejscach.

Usiadł tak jak oni w drugim rzędzie materacy i rozglądał się ciekawie po sali oraz twarzach osób, które coraz liczniej tu przychodziły.

Nie minęło nawet piętnaście minut, a do środka weszło około trzydziestu osób. Kobiety, mężczyźni, nastolatki i studenci. Byli tu chyba wszyscy poza noworodkami.

— Witam was serdecznie na pierwszych zajęciach w nowym sezonie. Cieszę się, że tak licznie przybyliście. Tak jak zapewne poczytaliście, nauczymy się tu medytacji i zrelaksujemy swoje ciała i umysły, abyśmy mogli wreszcie poczuć, że żyjemy, istniejemy i nauczyli się, jak można widzieć, postrzegać i czuć wszystko z nieco szerszej perspektywy.

Otworzymy się też na inspiracje i uczucia wyższe — na przykład spokój, radość i szczęście. A nie muszę chyba mówić, że tego — poza pieniędzmi i zdrowiem — potrzebujemy najbardziej — uśmiechnął się prowadzący, dziarski czterdziestoparoletni mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Gdy wszedł do sali swym pewnym krokiem, Jan od razu poczuł, że to jest ktoś, kogo warto posłuchać. Nic jeszcze nie powiedział, ale jego chód bosych stóp, jego postawa i światło w oczach mówiło mu aż nazbyt wiele. To był człowiek na swoim miejscu, który dokładnie wiedział, gdzie jest, po co tu jest i cieszył się tym, co robił.

— Dobrze — pomyślał Jan — zakosztujemy nirwany. Poczytał o tym dzień wcześniej. O mitycznym stanie, kiedy człowiek jest szczęśliwy i świadomy siebie samego, wszystkiego dookoła i zjednoczony z całością istnienia.

Co prawda, było to dla niego zupełnie nowe pojęcie, ale czytając o nim, poczuł się tak, jakby coś sobie właśnie przypominał. Coś, co być może już kiedyś uchwycił.

— Na początek kilka prostych rzeczy — mówił prowadzący zajęcia Tomasz. — Połóżcie się wygodnie. Zaczniemy od relaksu. W końcu każdy lubi rozluźnienie. I tego się teraz nauczymy. A ci, którzy już to znają, utrwalą sobie jeszcze bardziej tę cudowną, wspaniałą praktykę, która wnosi tyle dobrego do życia każdego z nas.

Tomasz włączył cichą, kojącą i odprężającą muzykę, a wszyscy się ułożyli wygodnie na matach. Niektórzy podłożyli sobie coś pod głowy i przykryj się nawet kocami.

Przyciemniono światła i na sali zaplanowała atmosfera relaksu i wytchnienia. Można było usłyszeć łagodny szum strumienia i ciche śpiewy ptaków, które niczym perły lub drogocenne kamienie połyskiwały w tej ciszy, sącząc się z głośników.

Jan również się ułożył, odetchnął głęboko i zamknął oczy. Postanowił dać się prowadzić temu nastrojowi i Tomaszowi. Zaufał, że jest bezpieczny, wolny i ma wszystko, czego teraz potrzebował.

— Oddycham głęboko i spokojnie — mówił cichym, spokojnym głosem Tomasz. — Każdy wdech i wydech wycisza mnie i uspokaja. Odprężam się całkowicie, a wszystkie moje mięśnie rozluźniają się.

Pozwalam, aby moje ciało oddychało teraz w najlepszym dla mnie rytmie, a ja tylko to spokojnie obserwuję… Jestem coraz bardziej zrelaksowany i odprężony. Przenika mnie cisza i błogi relaks. Moje myśli się uspokajają lub odpływają, jak chmury niesione wiatrem. Płyną po niebie w prawą stronę i oddalają się ode mnie. Dzięki temu moja głowa jest teraz coraz bardziej spokojna, jasna i czysta. Jestem bezpieczny i dobrze się czuję, tak po prostu leżąc i oddychając…

Jan powoli odpływał, stając się oddechem i obserwatorem. Dawno już nie czuł się tak błogo. Chyba tylko wtedy, gdy był jeszcze jako dziecko na wakacjach u dziadków na wsi. Bawił się wtedy beztrosko całymi dniami i objadał malinami, porzeczkami i truskawkami. Na samo wspomnienie ich smaku robiło mu się teraz słodko i przyjemnie, aż się uśmiechnął.

— Każdy wdech wypełnia mnie teraz energią miłości, radości, relaksu i odprężenia — kontynuował Tomasz. — Przynosi mi nowe siły, tlen i energię. A każdy mój wydech usuwa teraz z mojego ciała wszelkie napięcia, ból, dyskomfort, uczucie smutku i żalu. Usuwa ze mnie wszystko to, czego już nie potrzebuję i co jest mi zbędne. Również produkty przemiany materii, niechciane emocje i poczucie ciężaru. Uwalniam te wszystkie energie z mojego ciała i umysłu i oddaję je poprzez swoje stopy Matce Ziemi, która to wszystko transformuje i przekształca w coś korzystnego dla mnie i dla innych istot.

— Jan zwrócił uwagę na to ostatnie słowo. Wyczuł, że to nie chodziło tylko o ludzi, ale również o wszystkie rośliny, zwierzęta i pewnie inne istoty, których jeszcze nie zna współczesna nauka.

Robiło mu się coraz bardziej błogo i sennie.

— Nie zasypiam jednak, ale utrzymuję swoją przytomność na tyle, aby wiedzieć, gdzie jestem, co robię i dobrze się z tym czuć — Tomasz rozejrzał się po uczestnikach zajęć, jakby wyczuwał, że część z nich zaczyna wchodzić w płytki sen.

— Jestem tu i teraz. Coraz bardziej i bardziej wchodzę w głęboki relaks i odprężenie. Jestem w pełni bezpieczny i dobrze się czuję. Z każdym wdechem i wydechem pogłębia się mój stan relaksu i wchodzę w głęboką medytację. Jest mi z tym dobrze i miło. Poddaję się teraz w pełni temu relaksowi i rozluźnieniu. Puszczam wszelkie napięcia. Pozwalam sobie na to teraz i wypełniam się dobrą energią, radością i nadzieją.

Pozwalam, aby moje ciało uzdrowiło się teraz całkowicie. Niech wszystkie komórki mojego ciała zostaną teraz uzdrowione i oczyszczone. Niech wszystkie części i narządy mojego ciała się teraz zharmonizują z tym, co najlepsze — z moją boską cząstką i najlepszym dla nich programem funkcjonowania… A teraz niech wszystkie moje komórki i narządy zsynchronizują się ze sobą nawzajem. Niech teraz całe moje ciało będzie zdrowe, piękne i młode. Pozwalam sobie na to i cieszę się tym.

Pozwalam sobie również na to, aby tylko dobre, świeże i zdrowe produkty służyły mi za posiłek. Odtąd wybieram tylko takie rzeczy do jedzenia i takie napoje, które mnie wzmacniają, odżywiają i uzdrawiają. Robię to spontanicznie i intuicyjnie.

— Pięknie… — pomyślał Jan, nim zasnął. Na chwilę przeniósł się do pachnącego lasu, w którym zbierał, jak kiedyś w dzieciństwie, grzyby. Rozglądał się zadowolony po tych okazałych podgrzybkach, kurkach, borowikach i kaniach. Uśmiechnął się i wtedy posłyszał gdzieś w oddali delikatny odgłos melodyjnego dzwoneczka. Rozejrzał się, ale w lesie nie było widać źródła tego dźwięku. I wtedy powoli las zaczął falować, a odgłos dzwonka stawał się coraz wyraźniejszy i coraz bliższy. Jan znowu usłyszał ten sam spokojny głos.

— A teraz powoli otwieramy oczy i powracamy do tu i teraz. Do tej pięknej sali i świadomości swojego ciała. Kto jest gotowy, może delikatnie się przeciągnąć, a potem lekko przekręcić się na prawą stronę i powoli wstać…

Nie śpiesz się… Daj sobie czas… Rozkoszuj się tym stanem i odprężeniem.

Jan był zadowolony. Ta część zajęć mu się podobała.

— To miłe uczucie. Powinienem robić to częściej. Dawno się tak dobrze nie czułem — pomyślał, siadając na macie i rozglądając się na boki, aby zobaczyć, co robią inni uczestnicy zajęć. Nie wiedział, ile to trwało, ale chyba dość długo. Co najmniej czterdzieści minut.

— Pięć minut przerwy — odezwał się prowadzący. — Jeżeli ktoś potrzebuje iść do toalety, to proszę bardzo. Za chwilę zaczniemy ćwiczenia oddechowe i uważności.

Jan wstał i przeszedł się po sali spokojnym krokiem. Przyglądał się twarzom. Jedne były wesołe, a inne nieco skupione. Zdarzały się też sztywne, a nawet smutne. Odrobinę tylko bardziej odprężone po tym relaksie. Zauważył też kilka ciekawych kobiet, które go zainteresowały. Postanowił, że będzie chodził na te zajęcia częściej.


Już ponad miesiąc stawiał się regularnie w tej sali, aby uspokajać swój umysł i relaksować ciało. Poznał też bliżej kilka osób, w tym Justynę. Rozmawiali na przerwie, a potem poszli coś zjeść po zajęciach. I jej i jemu było miło. Poleciła mu też kilka książek o medytacji, rozwoju duchowym i zdrowym odżywianiu.

— W zdrowym ciele zdrowy duch — mówiła ze śmiechem. Ja chodzę też na jogę. Może byś przyszedł zobaczyć?

— Czemu nie, mogę spróbować — mówił Jan, wpatrując się w te iskierki w jej oczach, jakby próbując odgadnąć, co mu to może wywróżyć.


Zatem odtąd, oprócz chodzenia w środy na medytacje, przychodził też w czwartki na lekcje jogi. O, to już nie było zawsze takie przyjemne. Nie rozciągnięte przez lata ciało nieraz go bolało i strzykało, gdy wykonywał co trudniejsze asany. Po pewnym czasie jednak z radością wykonywał poszczególne ćwiczenia, jak „powitanie słońca”, a nawet „krowi pysk”. Miał z tą asaną sporo problemów na początku, ale teraz już nie stanowiła dla niego trudności. Powoli wciągał się w ten świat. Dużo czytał, medytował samodzielnie w domu i uczył się sztuki przyrządzanie posiłków według zasad pięciu przemian — elementów, z jakich składa się wszystko — ziemi, wody, ognia, drzewa i metalu.

Kupował też kilka czasopism i je namiętnie studiował. Wciągały go też te historie o duchach, życiu po śmierci i horoskopach. Postanowił sobie również zafundować profesjonalny odczyt horoskopu. Dziwił się że ta bystra, niewysoka szatynka potrafiła tyle o nim i o jego cechach, przyszłości i przeszłości powiedzieć, tylko na podstawie dnia i godziny jego urodzenia.

— To niebywałe. Nie spodziewałem się, że w tym jest tyle prawdy.

Uśmiechnęła się, słysząc te słowa.

— Wielu się dziwi. Proszę tylko pamiętać, że horoskop pokazuje pewne predyspozycje i możliwości. I wszystko, no… prawie wszystko -poprawiła się po chwili — można zmienić, gdyby było coś tam niekorzystnego.

— Jak?

— Wytrwałą pracą nad sobą, swoim umysłem, nawykami i życiowymi postawami. Dobrymi wyborami. A przede wszystkim działaniami. Bo tylko one przynoszą trwałe rezultaty. Proszę tylko pamiętać, że jako działania rozumiemy tu nie tylko czyny, tak zwane fizyczne, ale również wszelkie myśli, działania mentalne, a nawet uczucia. Niektórzy mówią nawet, że to właśnie uczucia decydują o tym, co nas w życiu spotyka.

To było dla niego coś nowego…

— To ciekawe. Pierwszy raz o czymś takim słyszę.

— Oby nie ostatni — zażartowała. — Ja też się rozwijam i chodzę na różne warsztaty. Mogę panu podrzucić na maila kilka tytułów ciekawych książek na ten temat.

Zgodził się z ochotą. To były najciekawsze dwie godziny jego życia w ciągu ostatnich lat.

Zapłacił jej za konsultację i wyszedł z kawiarni, gdzie się spotkali.


I tak dzień za dniem czytał coraz więcej i wypróbowywał różne techniki, przepisy i recepty. Na wszystko — lepszą przemianę materii, zdrowie, samopoczucie, szczęście, a nawet długowieczność.


Z czasem zauważył, że internet pełen jest wiedzy, kursów i porad z zakresu ezoteryki, rozwoju duchowego, osobistego, a nawet magii.

Znalazł też kilka ciekawych warsztatów weekendowych, które postanowił zaliczyć. Zapisał się też na kilka forów internetowych, na których zaczął się coraz bardziej udzielać.

Opisywał tam swoje przemyślenia, problemy i czytał z uwagą porady tych, którzy mu odpisywali. Po pół roku miał już małe grono znajomych, z którymi się spotykał na różnych zajęciach i warsztatach. Z niektórymi nawet prywatnie.

Miał też dwie przyjaciółki, z którymi miło mu się rozmawiało. Cieszył się tym nowym życiem. W domu miał ciszę i spokój. Nadal nie pracował, ale nie to go teraz zajmowało.

Na warsztatach dowiadywał się, że w życiu warto robić tylko to, co się lubi i kocha. To, co sprawia przyjemność i radość. Tak też zamierzał robić. Tylko to, co mu naprawdę pasowało i co czuł całym swoim sercem.

Temat serca pojawiał się ostatnio coraz częściej na różnych forach i w publikacjach. Ludzie zwracali coraz większą uwagę na tę przestrzeń, poprzez którą każda istota połączona była ze Stwórcą i całym stworzeniem.

Z książek oraz ćwiczeń na warsztatach dowiedział się, jak pracować z energią, jak czuć jej wibracje oraz jak rozwijać subtelne centra energii w ciele zwane czakramami.

Były to mistyczne poziomy świadomości, które rozwijali latami jogini medytujący w niedostępnych, ośnieżonych Himalajach.

Zaciekawiło go to, że wszystkie główne czakry miały kolejne kolory tęczy — czerwony, pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, granatowy i fioletowy a także złoty.

Widział w tym pewien sens. Zaczytywał się więc nowinkami na temat odkryć związanych z tajemnicami, „złotą proporcją”, liczbą Fi, która była ponoć wszechobecna w całym stworzeniu — kwiatach, liściach, a nawet budowie ludzkiego ciała.

Czasem też spotykał jakąś ciekawą kobietę. Gośka, którą poznał na jednym z warsztatów, okazała się miła i bystra. Tak jak on, lubiła ciszę i naturę. Rozmawiało im się dobrze. Często się też do niego uśmiechała. Spotykali się zatem od czasu do czasu, rozmawiali i jeździli razem na rowerze. W maju, gdy leżeli na kocu rozłożonym na trawie przy niewielkim stawie, nagle jakoś tak spontanicznie ich dłonie się spotkały.

Zaskoczyło go to i zelektryzowało. Bo ona wcale nie przesunęła swojej ręki, a nawet miał wrażenie, że lekko przylgnęła do jego dłoni.

Wziął zatem głęboki oddech i lekko posmyrał ją palcem po ręce. Nie drgnęła nawet, ale gdy spojrzał na jej twarz, dostrzegł delikatny uśmiech zadowolenia. Kontynuował zatem pieszczotę. Po chwili, mając zamknięte oczy, przysunęła się do niego.

Nie czekał już dłużej. Pocałował ją w ramię, szyję a potem w usta, które delikatnie rozwarła.

Całowali się długo i namiętnie. Jego język penetrował jej usta i sycił się dotykiem jej języka, który również był ochoczy do takich zabaw. Rozochocony sięgnął po jej jędrny biust.

Oddychała głęboko i pozwalała mu na wszystko. Ale gdy zjechał palcami pomiędzy jej uda, otworzyła oczy i rozejrzała się.

— Nie tutaj. Jeszcze ktoś zobaczy… — powiedziała, wzięła jego rękę i położyła sobie na piersi.

Całowali się ponad pół godziny. Były to długie, namiętne pocałunki, przetykane muskaniem jej policzków, brody, warg i oczu. A ona oddawała mu chętnie wszystkie te całusy i pieszczoty. Byli jak w transie radości i spełnienia.

Oboje byli bardzo zadowoleni, ale chcieli więcej. Zebrali się zatem i pojechali do niego. Jego mieszkanie było po prostu bliżej, a nie chcieli już dłużej czekać.

Zdążyli tylko wypić herbatę i zjeść kilka kanapek, gdy namiętność znów wzięła nad nimi górę. Dobrze, że nie składał tego dnia łóżka i od razu mogli położyć się na miękkiej pościeli.

Kochali się długo i namiętnie, jak dwa spragnione serca, które odnalazły czysty strumień wody życia. Odnalazły również radość, której tak długo im brakowało. Znowu poczuł całym sobą, że żyje i że jest pięknie.

Zapach jej ciała i namiętne oczy wprawiały go w prawdziwie błogi nastój. Patrzyła na niego z uwielbieniem i mocno to czuł. Dawno już nikt tak na niego nie patrzył, więc teraz pobudzało go to do czynów. Falowali rytmicznie i płynnie przechodzili od jednej pozycji do innej. Cieszył się, że w każdej potrafili odnaleźć wspólny rytm i przyjemność. Zarówno w klasycznej, jak i od tyłu, czy na jeźdźca było im ze sobą naprawdę dobrze. Jakby pasowali do siebie od zawsze. Dziwił się tylko, że ich spotkanie nastąpiło dopiero teraz. Tym bardziej był jej spragniony i cieszył się tą chwilą.

Upajał się, patrząc jak galopuje do spełnienia, kołysząc się nad nim. Jej włosy łaskotały go po klatce piersiowej i ramionach. A głęboki oddech i to delikatne muskanie kasztanowych włosów sprawiały, że chciał więcej i więcej. Obejmował ją, tulił i całował, poddając się temu rytmowi wchodzenia i wychodzenia z niej, który raz przyśpieszał, a potem delikatnie zwalniał. Mógłby tak bez końca.

Ta noc była naprawdę bardzo długa i skończyła się dopiero gdzieś nad ranem, gdy oboje usnęli, przytuleni do siebie. Byli szczęśliwi, spełnieni i czuli, że niczego im więcej nie trzeba. Nagi żar ich ciał i serc powoli się uspokajał. A blady świt spoglądał z uznaniem na ich sny i pragnienia.

I tak odtąd sypiali ze sobą a to u niego, a to u niej. Jedli razem śniadania i obiady, a potem chodzili wspólnie na różne zajęcia.

Od tego czasu zupełnie inaczej mu się ćwiczyło. Tak, jakby jakaś niewidzialna siła wypełniała mu całą klatkę piersiową, nogi i ramiona. Jej uśmiech, figura i jędrne pośladki zachęcały go do dalszych ćwiczeń. Sama jej obecność i to, co ich łączyło, dodawało mu sił i chęci do działania. Czuł, że żyje i chciało mu się coraz bardziej tak po prostu szczęśliwie żyć.

Wspólne wyjazdy na różne warsztaty medytacyjne i rozwoju duchowego stały się odtąd jeszcze bardziej ciekawe, piękne i mistyczne. Cieszył się, że odnalazł swoją bratnią duszę, z którą mógł się dzielić swoją pasją i przemyśleniami.

Codziennie medytowali razem, czytali te same książki, a potem kochali się namiętnie, całowali, coś jedli i znowu się kochali. Istny raj i spełnienie dla każdego mężczyzny. Chciał, aby tak było zawsze. Podobało mu się w niej wszystko. Biust, pupa, nogi, dłonie, twarz, oczy, mądre spojrzenie i jej głos, który tak pięknie wymawiał jego imię. Prawdziwa sielanka dla duszy. Czuł całym sobą, że ten rozwój duchowy jest piękny i ma naprawdę głęboki sens.

Tak upłynęło im kolejne pół roku. Gośka zainteresowała się rozwojem, gdy została zwolniona z poprzedniej pracy. Byli zatem w podobnej sytuacji. Ale powoli kończyły się i jemu i jej pieniądze. Gośka martwiła się tym coraz bardziej i przebąkiwała, że chyba pójdzie do pracy, bo za coś trzeba żyć. Jemu jednak to się wcale nie uśmiechało. Nie chciał wracać za biurko, ani tym bardziej brać jakąś robotę poniżej swoich możliwości. A ponieważ prowadzący jedne z zajęć wspomniał, że poszukuje organizatora, który zająłby się wszystkim, co dotyczyło jego zajęć, postanowił spróbować.

Dogadali się i odtąd wysyłał różne maile, pisał na forach o kolejnych zajęciach i zbierał zapisy. Prowizja, którą miał dostawać była przyzwoita. Wkrótce zebrał odpowiednią grupę osób i odbyły się pierwsze zajęcia z jego udziałem jako organizatorem. Gośka też tam była, oczywiście za znacznie mniejszą kwotę, bo nie policzył jej swojej prowizji. Sam też nie musiał płacić za zajęcia, więc nie dość, że z nich skorzystał, to nie musiał za nie płacić i jeszcze na tym zarobił. To mu odpowiadało.

Zajęcia udały się świetnie. Zarówno prowadzący, jak i uczestniczy byli bardzo zadowoleni. Jan chętnie przytulił do swego serca kwotę, którą zarobił dzięki tym warsztatom. Mógł wreszcie spokojnie odetchnąć. Miał kasę na kolejny miesiąc oszczędnego życia.

Umówił się z prowadzącym co do tematu i terminu kolejnych zajęć i pojechał razem z Gośką, tym razem do niej.

Odpoczęli chwilę po zajęciach. Takie warsztaty dawały im zawsze pozytywnego kopa w górę. Pomiędzy uczestnikami wytwarzała się jakaś wielka synergia, która powiększała ich potencjał. Wspólna intencja medytacji i oczyszczania swojego umysłu z negatywnych przekonań dawała im siłę. Czasem nawet jeść im się nie chciało podczas przerwy, tak byli pozytywnie naładowani.

Z reguły taki stan uniesienia trwał kilka dni po zajęciach.

— To normalne — powiedział prowadzący, gdy go o to kiedyś zapytał. — Razem generujemy potężną energię i wzmacniamy się wzajemnie. Nie od parady mówią, że z kim przestajesz, takim się stajesz. Dlatego warto otaczać się dobrymi, miłymi i życzliwymi ludźmi

— I chodzić na warsztaty — dodał ze śmiechem Jan.

— Właśnie — odwzajemnił jego uśmiech.

Gośka przygotowała kolację, którą zjedli ze smakiem. Odkrył, że proste jedzenie — chleb, nieco awokado, pomidor i cebula z odrobiną oleju lnianego i przyprawami smakowały wyśmienicie, a w towarzystwie osoby, którą się lubi, wręcz wybornie.

Byli pełni energii, więc jeszcze długo w nocy kołysali się na falach namiętności, a ich wargi i ciała spijały nektar rozkoszy, uniesienia i oddania. Czuł się tak błogo, jak nigdy dotąd. Doceniony jako kochanek i spełniony mężczyzna.

Z czasem zaczął organizować zajęcia i innym osobom. Chodzili więc razem na jeszcze więcej różnego rodzaju warsztatów i seminariów, a on przy tym zarabiał. I to nawet dobrze. Niewiele mniej niż w ostatniej pracy.

Było mu więc coraz lepiej. Myślał nawet o tym, czy nie zapytać Gośki, czy by nie chciała… Te słowa jednak jakoś nie chciały mu przejść przez gardło. Bał się nawet o nich pomyśleć. Gdzieś wewnątrz siebie czuł jeszcze ranę po poprzednich związkach.

Tak upłynęło im błogie półtora miesiąca. A potem nagle, z dnia na dzień, Gośka powiedziała, że dzwoniła Ulka i ma dla niej jakąś dobrą robotę w biurze, a ściślej w księgowości.

— Chcesz podliczać słupki jakichś durnych wydatków? — był niezadowolony, gdy mu o tym powiedziała.

— Zarabiać muszę, mieszkanie się samo nie opłaci.

— Przecież ja zarabiam. Mogę ci dać czy pożyczyć na czynsz. Zakupy przecież robimy razem — przekonywał.

Ale ona jakoś nie chciała o tym słyszeć.

— No nie wiem, spłukana jestem. Zostało mi kilkaset złotych na koncie.

— To może, jak mówiłem ci wcześniej, zajęła byś się ze mną organizacją tych zajęć? Widzisz przecież, że dobrze idą.

Zamyśliła się przez chwilę.

— Może to i dobry pomysł, ale tam więcej zarobię. Nie sądziłam nawet, że tyle teraz płacą. Gdy powiedziała mu kwotę, też się zdziwił, bo to było nawet ciut więcej, niż teraz zarabiał, gdy pomagał trzem osobom w warsztatach.

— A masz doświadczenie? — nie dowierzał.

— Kiedyś rok byłam asystentką głównego księgowego, więc trochę się orientuję. Resztę pokaże mi Ulka. Dam radę i podszkolę się w audycie. Ona już w tym siedzi z pięć lat.

Zasmuciło go to trochę. Zwłaszcza, że miała zacząć od przyszłego tygodnia. Ale co było robić — uparła się.

Odtąd ich poranki nabrały zupełnie innego tempa. Zrywała się wcześnie, brała szybki prysznic i robiła śniadanie. Początkowo wstawał razem z nią i wspólnie jedli. Ale w kolejnym tygodniu już mu się nie chciało. Przyzwyczaił się do tego, że kładli się dotąd późno, bo oglądali różne ciekawe, inspirujące filmy w internecie, albo zwyczajnie się kochali. Teraz jednak ona wybiła go z tego rytmu. Wracała też dosyć późno, bo na mieście były korki, więc czasem była w domu z powrotem dopiero dziesięć godzin po wyjściu.

Kręcił na to nosem, ale co było robić. Świetnie zarabiała i nawet była zadowolona z atmosfery w pracy. Pooddawała małe pożyczki swoim koleżankom i jeszcze miała pieniądze na wspólne wakacje, które planowali.

Odtąd jeszcze bardziej doceniali wspólne chwile. Było bowiem dużo mniej czasu na spacery, rozmowy i warsztaty. Z niektórych z nich nawet zrezygnowała. Zostawiła sobie tylko jogę, bo to ją bardzo cieszyło i medytację. Czuła się kobieco i lekko na tych zajęciach. Dawały jej też one satysfakcję, że może wykonać dobrze te liczne asany. Czuła się z tymi ćwiczeniami dobrze, ponętnie i młodo. Dodawały jej sił, uśmiechu i wigoru.

Co było robić. Jan przyzwyczajał się powoli i do tego. Znowu więc chodził sam na spacery i część zajęć. Póki co, nie chciał odpuszczać narzuconego sobie tempa. Chciał poznać i zrozumieć jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie. Chciał poznać dogłębnie siebie, swoje negatywne wzorce, które mu przeszkadzały w szczęśliwym i spełnionym życiu i chciał zakosztować pełni boskości, którą obiecywali niektórzy nauczyciele duchowi. Chciał po prostu być szczęśliwy. Tu i teraz, natychmiast. A tymczasem mijały kolejne tygodnie takiego życia. A zmiany były, póki co, małe. Cieszył się tylko, że finansowo i związkowo jest miło i stabilnie.


Pierwszy zgrzyt nastąpił, gdy nie chciała z nim jechać w weekend na zajęcia w góry.

— To za daleko autem. A tyle godzin w pociągu to nie dla mnie — narzekała.

— Damy radę. Przecież to nie jest koniec świata — przekonywał zdziwiony.

— Ale ja muszę być w poniedziałek rano w pracy.

— No to wyjedziemy wcześniej. Przecież wielu tak robi — przypomniał jej, że czasami na zajęciach, na których bywali, niektórzy kończyli odrobinę wcześniej w niedzielę, aby zdążyć na ostatnie pociągi, autobusy, albo spokojnie dojechać autami do domu.

— Nie chce mi się — wzruszyła ramionami. — Muszę nieco odpocząć po tym kołowrocie w pracy — przeciągnęła się i ziewnęła.

— Jak chcesz — rzucił tylko naburmuszony.

Co było robić. Pierwszy raz od kilku miesięcy pojechał sam na warsztaty. Czuł się trochę dziwnie, bo już przywykł do jej częstej obecności, jej zapachu, dotyku i spojrzenia. Czuł się z nią dobrze i nie chciał tego zmieniać.


Gdy wrócił z zajęć, nie zastał jej w domu. Przyjechał wcześniej, bo chciał jej zrobić niespodziankę i nieco z nią pobyć. Zdziwił się, że nie odbierała telefonu. Pojechał zatem do siebie.

Rano też nie odbierała. Dopiero wieczorem udało im się skontaktować.

— Halo — powiedział, gdy odebrał połączenie od niej.

— Cześć. I jak było?

— Fajnie. A dlaczego cię nie było?

— Długo by opowiadać. Dziewczyny mnie wyciągnęły na miasto i zabalowałyśmy.

— Aha. To o której się widzimy?

Chwilę trwało, zanim mu odpowiedziała.

— Wiesz, dziś chcę odpocząć po wczorajszym. Więc może jutro po pracy?

— Dopiero? — był wyraźnie zdziwiony i rozczarowany.

— No przecież niedawno się widzieliśmy. Wytrzymasz. To na razie.

— Cześć.

Nie był zadowolony z tej rozmowy. Coś go niepokoiło. To nie było wyraźne uczucie, ale jeszcze dłuższą chwilę nie dawało mu to spokoju.


Kilka kolejnych dni upłynęło im w normalnym ich rytmie. Rozmawiali, kochali się i spali. Ona zrywała się do pracy, a on spał sobie smacznie dłużej jakieś dwie godziny. Potem wstał, sprawdzał pocztę i odpisywał na maile. Ustalał też kolejne terminy zajęć, które organizował. Po południu roznosił ulotki i umieszczał ogłoszenia w necie.

I w takim mniej więcej rytmie upłynęły im dwa kolejne miesiące.

W międzyczasie zafascynowały go odkrycia dotyczące różnych starożytnych budowli, które najwyraźniej zostały zbudowane z użyciem technologii nam dzisiaj niedostępnych, choć oficjalna nauka tego jeszcze nie uznawała. Widział te wszystkie ogromne głazy szczelnie dopasowane do siebie, których nie zdołałyby obecnie przesunąć największe dźwigi, nie mówiąc już o uniesieniu ich. Dostrzegał też artyzm i precyzję wykonania rzeźb i detali, które mogli wykonać tylko prawdziwi artyści lub zaawansowane urządzenia sterowne komputerem.

— Czyżby — zadawał sobie te same pytania, które od lat rozważali znawcy tematu — przed nami była o wiele bardziej od nas rozwinięta cywilizacja? A co, jeśli to byli kosmici, albo co, jeśli to kosmici zainicjowali rozwój technologiczny na ziemi? A może nawet każdy inny — w tym duchowy? — zastanawiał się, oglądając kolejne filmiki na ten temat w internecie.

Wciągały go one coraz bardziej. Uwielbiał te nowe rozważania na temat piramid i ich przeznaczenia. Z zachwytem patrzył na to zdjęcie z góry, ukazujące, że ściany piramid podzielone są pionowo w połowie i de facto jest ich osiem, a nie cztery, na dodatek lekko wklęsłe. A widać to tylko tuż po wschodzie słońca podczas równonocy.

Pociągała go cywilizacja Puma Punku, której nazwa brzmiała, jak jakieś zaklęcie. Zobaczył te fascynujące budowle z takimi detalami wykonanymi w kamieniu, których nie mogliby zrobić teraz nawet najlepsi kamieniarze, czy inżynierowie.

Podekscytowany oglądał zatopione piramidy w pobliżu Japonii, których wielkość była imponująca. Jego zaciekawienie sięgnęło zenitu, gdy przeczytał i zobaczył zdjęcie skamienieliny, na której obok tropu dinozaura widniała ludzka stopa.

— Czyżby… — po raz kolejny nabrał głębszego oddechu, a jego umysł potrzebował chwili, aby przywyknąć do tej myśli — nie mówili nam prawdy o naszej przeszłości? — rozważał. — A może historia ludzkości wyglądała zupełnie inaczej, niż nas uczono w szkole? — gorączkował się. — Kto zatem ukrywa prawdę i dlaczego?

I tak, jak przez ostatni czas żył tylko w atmosferze miłości, radości, harmonii i szczęścia, tak teraz wnikał w ciemne, mroczne tematy spisków, tajnych stowarzyszeń i manipulacji, które powszechne były w różnych instytucjach, ruchach społecznych, nauce, a nawet i religiach.

— To okropne, nieludzkie… Jak tak można? — mówił sam do siebie, oglądając kolejne materiały w internecie. — Więc pieniądze to obecnie tylko zapis w komputerze? Więc to nie rząd USA kieruje walutą tego kraju? Więc to nie politycy rządzą krajami? Więc to nie Titanic zatonął? Więc piramidy nigdy nie były grobowcami? Więc te rewolucje były sterowane, żeby jeszcze bardziej ogłupić ludzi i wyciąć tych, którzy jeszcze potrafili myśleć? Więc Hitler być może uciekł i żył potem jeszcze długo w Ameryce Południowej, albo nawet na Antarktydzie?

W jego głowie aż się gotowało od nadmiaru informacji. Nagle świat, który zaczął mu się w ostatnim czasie tak klarownie układać, znowu zaczął usuwać mu się spod stóp. Zupełnie tak, jakby ten cały rozwój, czy też poszerzanie świadomości okazało się być odkrywaniem kolejnych kłamstw, którymi zewsząd faszerował ludzi system, w którym żyli. System finansowy, polityczny, religijny i medialny. I tak jak dotąd wypełniał się tylko pozytywnymi afirmacjami, myślami i uczuciami, tak teraz był przerażony natłokiem nowych i niezbyt pomyślnych dla ludzi informacji.

Tych knowań, manipulacji, ukrywania prawdy i niejasności oraz zafałszowań faktów było mu po prostu za wiele. Czytając, słuchając i oglądając te wszystkie materiały, Jan popadał w coraz większe przygnębienie. I tak, jak przez cały rok unoszony był na fali szczęścia, radości i energii do zmiany świata na lepsze za pomocą wizualizacji, medytacji i modlitwy, tak teraz popadał w coraz większy smutek i zniechęcenie spowodowane mnogością zła, manipulacji i knowań, które teraz odkrywał. A już najbardziej dobiło go to, gdy się dowiedział, ile mrocznych, satanistycznych, wykorzystujących negatywnie energie symboli, znaków i gestów przekazywanych jest w muzyce rozrywkowej w teledyskach. Niektórych z nich w ogóle nie było widać, bo pokazywane były tylko przez zbyt krótki czas, aby przeciętny człowiek nie mógł ich zauważyć. Teraz już wiedział, co znaczy jedno oko, piramida czy rogi z włosów na głowach młodych piosenkarek.

— Ciekawe, czy one wszystkie o tym wiedzą i się na to zgadzają, czy też są tak beznadziejnie głupie lub dające sobą manipulować? A może lecą zwyczajnie na kasę i sławę? Może reszta się dla nich nie liczy, byle hajs się zgadzał?

Próbował się zorientować, co można zrobić, aby było lepiej, ale na różnych forach poza pisaniem, że właśnie w jakimś mieście sypią z samolotów szkodliwe chemitrails albo podają dzieciom trujące szczepionki w Afryce czy Indiach, niewiele się działo. Były oczywiście jakieś protesty, czy próby debat z politykami, ale na niewiele to się zdawało. Zresztą okazało się, że politycy to tylko marionetki jakichś grup rządzących zza kurtyny. Niewidoczni dla innych, stale pozostawali w cieniu i dzięki temu mogli sprawiać wrażenie, że wcale ich nie ma. Ale z zimną zawziętością i bezduszną taktyką parli do przodu, próbując zrealizować swoje antyludzkie i niemoralne cele.

— Zwyczajne bicie piany, które nikomu w niczym nie pomaga — ocenił krótko tę pisaninę na różnych forach. — Po co zatem nam cała ta wiedza, skoro nic lub niewiele możemy z tym zrobić? — zastanawiał się, pisząc w podobnym tonie kolejne posty na jednym z forów internetowych.

Ale tego już się w ogóle nie spodziewał. To był jak cios poniżej pasa. Natrafił na materiały mówiące o tym, że różne środowiska są inwigilowane przez różnych agentów ciemnych sił, a nawet przez nich sterowane. Ponoć również te środowiska alternatywne.

To już go wnerwiło nie na żarty.

— To kto jest zatem wrogiem, a kto przyjacielem? — rozważał.

I wtedy sobie przypomniał porady pewnego nauczyciela duchowego, że największym wrogiem, z którym trzeba się zmierzyć, są nasze własne negatywne tendencje, wzorce mentalne i energetyczne, które są uśpione w podświadomości. To one psują nam budowanie lepszej, pięknej, spokojnej, zdrowej i szczęśliwej teraźniejszości, a tym samym i przyszłości.

— Jak z tym walczyć? — zapytał go.

— To z czym walczysz, rośnie w siłę — odpowiadał mu — bo karmi się twoją energią, którą temu dajesz.

Przyjął to z pokorą. Wierzył mu. Zaczął więc z ochotą i regularnie afirmować pokój i spokój w swoim wnętrzu, życiu i otoczeniu. Trochę bardziej się po tym uspokoił, a niektóre osoby nawet zaczęły się do niego uśmiechać, choć wcześniej relacje z nimi były napięte lub nijakie. To go zachęciło do dalszej pracy nad sobą i wykorzenienia ze swojego umysłu wszelkiego zła. Chciał, aby w jego wnętrzu panował tylko boski spokój, lekkość, miłość i nadzieja.

Pisał codziennie afirmacje, które polecił mu prowadzący warsztaty. Oprócz tego regularnie medytował i słuchał nagranych medytacji na określone tematy jak pokój serca, spokój umysłu, doskonałe zdrowie i samopoczucie.

Potem gdzieś wyczytał, że jeśli choć jedna osoba rozwinie w sobie w pełni spokój, to ogarnie on cały świat. Miało to się stać na zasadzie efektu setnej małpy. Zaobserwowano bowiem, że gdy pewna ilość małp nauczyła się myć banany, to inne też to robiły, choć nie było pomiędzy nimi fizycznego kontaktu.

— Najwyraźniej informacja o tym odkryciu gdzieś się zapisuje energetycznie w matrycy świata. Ale czy to prawda? — zaczynał mieć coraz większe wątpliwości co do jakości i prawdziwości nauk, które pilnie zgłębiał przez te ostatnie miesiące. Co prawda prace Masaru Emoto go zaciekawiły i uwielbiał patrzeć na te kryształy, które tworzyły się w wodzie tylko pod wpływem wypowiadanych przy niej słów lub nawet karteczek z napisanymi na nich pozytywnymi lub negatywnymi wyrazami, które naklejano na naczynia, ale pewne wątpliwości pozostały.

— Przecież my się składamy w ponad 70% z wody — zauważył zaciekawiony i oszołomiony. — Więc jaki duży wpływ mają na nas te słowa, które wypowiadają do nas inni czy te, które mówimy sobie sami. O Boże… przecież do tego wliczają się wszystkie słowa i obrazy, którymi karmią nas media — uświadomił sobie. — To dlatego niektórzy nauczyciele doradzają wyłączenie tych programów, które mówią o złu czy nienawiści. I pewnie dlatego coraz więcej osób ogląda głównie to, co jest w internecie, a nie klasyczną telewizję. Ja też już coraz mniej jej oglądam. Głównie filmy przyrodnicze, podróżnicze i kabarety. Widać instynktownie wyczułem, czym grozi takie oglądanie różnych dzienników, wiadomości czy serwisów informacyjnych. Zbyt dużo tam jest negatywnych treści i napięcia. Może nawet ktoś je tak specjalnie dobiera, aby szokować ludzi i im szkodzić? Kto wie? — zastanawiał się.

Ufał co prawda, że świat zmierza ku dobremu, ale wątpliwości jakoś nie ustępowały. Nie dawało mu to spokoju. Wciąż się zastanawiał nad tymi naukami, że wystarczy tylko jedna osoba do zmiany świata na lepsze.

— To dlaczego to jakoś dotąd się nie stało? Co, nie ma dwóch albo dziesięciu dobrych ludzi, którzy medytują w intencji pokoju? — nie mógł tego pojąć. Widział przecież całe setki, a może nawet i tysiące medytujących równocześnie ludzi w Azji. — Za słabi są, czy co? Nikt z nich nie wykorzenił zła ze swego umysłu? —

Chodził długo po pokoju, bo czasem dawało mu to jakąś przestrzeń do lepszego rozważenia zagadnień. — To co robią ci wszyscy mistrzowie znani na całym świecie? — posmutniał. W końcu, po długim czasie, zaczęło docierać do niego coś zupełnie nowego. Aż przymrużył oczy, jakby właśnie odkrył kolejną, mroczną i skrywaną tajemnicę.

— A może te nauki kłamią? Albo zawierają w sobie jakieś małe ziarenko prawdy, otoczone przez duże chwasty kłamstw, niedopowiedzeń i manipulacji? Przecież gdyby tak było, to już Buddzie by się to udało — zastanawiał się. — A może z nim jest podobnie jak z Jezusem? Do końca nie wiadomo, czy istniał ktoś taki — Jan przez długi czas męczył się z tym tematem, bo wyrósł w tej tradycji. Zdumiało go, gdy przeczytał, że Jezus, podobnie jak Mojżesz, jak podejrzewali niektórzy badacze, mógł być postacią wymyśloną — figurą poetycką. Albo zlepkiem kilku postaci znanych w tamtym okresie. A już gdy natrafił na informację, że prawdopodobnie i Sokrates został wymyślony przez Platona na zasadzie swojej antytezy czyli przeciwieństwa, to przez cały dzień chodził przybity. Wieczorem nawet prawie dostał gorączki od tego natłoku nowych, szokujących informacji i emocji, które się w nim kłębiły.

Jan nie wiedział już, co o tym wszystkim sądzić. Bo jeden przypadek, nawet tak znanej postaci jak Jezus, to może by i przebolał i przyjął. Ale kilka?

— To w jakim świecie my żyjemy?! To co jest zatem prawdą? I kto ją zna? — wkurzał się i dumał, popijając swoją ulubioną ziołową herbatę. — Może Jezus to jednak tylko kompilacja różnych postaci, które były w tamtych czasach wędrownymi nauczycielami? Albo całkiem go wymyślono, aby wtłoczyć ludziom trochę duchowych czy psychologicznych nauk, by zająć nimi umysły ludzi — zamyślił się głęboko, siadając w fotelu. A co z całunem turyńskim? Ech, też do końca nie wiadomo kiedy się pojawił. Może to tylko jakaś technologia nam nie ujawniona go stworzyła, żeby ludzie wierzyli. Wierzyli, ale nie wiedzieli na pewno… Kto wie…

— Chyba rzeczywiście żyjemy w jakimś pieprzonym matrixie i nikt już nie wie, co jest prawdziwe, a co jest sztuczną kreacją. I kto tak nami manipuluje? — wnerwiał się. — I po co? Tak… po co?…

Dwa dni nie zaglądał do internetu i nic nie czytał na ten temat. Chciał odsapnąć. Z telewizji zrezygnował już dawno, bo poszło się porzygać od tych tandetnych, propagandowych reklam ciągnących się ponad dziesięć minut i kretyńskich, negatywnych informacji oraz pseudorozrywkowych programów.

— Kto to jeszcze wytrzymuje? — dziwił się.

I wtedy przypomniał sobie, jak przeczytał, że wielu podejrzewa, iż George Orwell nie stworzył sam z siebie tej strasznej wizji społeczeństwa przyszłości w roku 1984, tylko będąc członkiem tajnych stowarzyszeń, napisał to, co oni chcieli, aby zaistniało potem w społeczeństwie.

— To tylko nędzne, perfidne programowanie umysłów! — wkurzał się coraz bardziej. — Tylko kim są ci, którzy tym wszystkim sterują? — to pytanie wciąż pozostawało bez odpowiedzi.

— Ale spokojnie — dowiem się — zmarszczył groźnie czoło — a wtedy… — zacisnął bezwiednie pięści, a jego wzrok stał się zimny jak stal. Patrzył w dal, jakby próbując odgadnąć swoją przyszłość lub wyczuć, co ma dokładnie robić.


Te nowe rozważania pochłonęły go całkowicie i nawet z Gośką rozmawiał rzadziej. Tyle, co na zajęciach i gdy wspólnie jedli. A potem gnał na organizowane przez siebie warsztaty lub wyszukiwał w necie kolejne informacje. Pochłonęły go one tak bardzo, jak wtedy, gdy po raz pierwszy założyli mu w domu internet. To były długie godziny, doby i dni buszowania po sieci. Jak urzeczony przeskakiwał wtedy z tematu na temat, ucząc się tej trudnej sztuki serfowania po sieci. Bo gdy zaledwie zakończył czytać lub oglądać jakieś ciekawe zagadnienia, natychmiast odnajdywał nowe, które je uzupełniały lub rozszerzały. To było jak nałóg. Ciągnęło się bez końca.

— To ciekawe, że młodsze pokolenie nawet nie jest w stanie pojąć, że kiedyś nie było internetu — uśmiechnął się gorzko i z lekkim smutkiem.

Ale teraz chciał wreszcie poznać prawdę i powiedzieć o niej ludziom. Chciał dojść po nitce do prawdziwego kłębka zdarzeń i tych, którzy go namotali. Chciał wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Dlatego zajął się tak dogłębnie rozwojem duchowym i zgłębianiem tajemnic świata. Siedział zatem długie godziny i w relaksie słuchał inspiracji swojej wyższej jaźni, tej boskiej cząstki w nim, która ma stałe połączenie ze Stwórcą. Tak go uczyli, a on czuł, że to jest prawda.

Z czasem zaczął też odczuwać pobudzenie jakiejś energii w dole kręgosłupa. Czuł mrowienie i dziwne gorąco, które szło mu do brzucha.

— To kundalini — tłumaczył mu nauczyciel. — Boska energia zgromadzona w dole kręgosłupa. Gdy się przebudzi, wędruje do mózgu, aby się z nim połączyć. Wtedy następuje rozszerzenie świadomości, a przy pełnym jej rozwoju następuje oświecenie, czyli doznanie pełni swojego jestestwa. To połączenie się z Bogiem i unia ze światem. Wtedy wie się i widzi wszystko od razu. Człowiek staje się pełnią i niczego więcej już nie potrzebuje, bo staje się falą szczęścia, błogości i miłości. Rozumie wszystko i nie ma już swojego ograniczającego ego — osobowości.

Bardzo mu się to wszystko podobało i dlatego medytował jeszcze więcej, aby szybciej pobudzić tego węża kundalini, jak go niektórzy nazywali.

Pozostawał zatem w domu i długie godziny siedział z prostym kręgosłupem, aby umożliwić wzejście tej energii do góry. Czasem miał różne wizje, a nawet obrazy jak w kinie, różnych przeżyć z dzieciństwa i sytuacji, które wyglądały, jakby to było jakieś inne życie kogoś zupełnie innego.

— To przeszłe życia, które się czasem pokazują w medytacji. Przypominają o tym, co było ważne dla naszej duszy i podświadomości. Czasem też pokazują nam przyczyny naszych problemów w obecnym życiu.

— Jakich problemów? — dopytywał.

— Na przykład dotyczących związków, finansów, seksu, albo relacji z niektórymi osobami.

— Rozumiem.

Stałe medytacje pochłaniały go całkowicie. Chciał poznać całą prawdę o sobie, świecie i stworzeniu ludzi. Wchłaniał w siebie ciszę tych chwil i koił się dobrą energią, która wypełniała go coraz bardziej.

Gośka też jakoś rzadziej domagała się wspólnie spędzanego czasu. Zaczęła nawet częściej nocować u siebie. Początkowo było mu to nawet na rękę, bo mógł oddać się niemal całonocnym medytacjom i nie musiał się nią zajmować. Ona patrzyła tylko jakoś tak dziwnie na niego, gdy objawiał jej swoje nowe odkrycia.

— Schudłeś — zauważyła w końcu.

— To chyba dobrze — mrugnął szelmowsko okiem. — Człowiek szczupły wygląda na młodszego — uśmiechnął się. — Poza tym dobry kogut nigdy nie jest tłusty.

— A tam… — machnęła tylko ręką. — Gotowałeś coś dzisiaj?

— No… nie było czasu — rozejrzał się po nieco zabałaganionym mieszkaniu.

— To co, ja mam harować, a tobie się nawet raz na tydzień jakiejś zupy nie chce upichcić? — powiedziała z wyrzutem.

— Też mogłabyś czasem coś zrobić. Wychodzisz wcześnie, przychodzisz coraz później… — dopiero teraz to do niego dotarło.

— Jajecznica będzie, nic więcej mi się nie chce — rzuciła tylko i poszła do kuchni. Wbiła cztery jajka na patelnię i zaczęła je mieszać drewnianą łyżką. Już po chwili miała dobrze ściętą jajecznicę, którą nałożyła na dwa talerze. Obok położyła po kilka kromek chleba razowego.

Jedli w milczeniu. Tego dnia oboje jakoś nie byli w sosie. Nie chciało im się ze sobą gadać, a po kolacji każdy zagłębił się w internecie. Ona poszła szybko spać, a on medytował prawie do rana. Potem wsunął się cicho do łóżka i przytulił do jej pleców. Przespał może z dwie godziny.

Nazajutrz powróciła lepsza atmosfera. Wybaczali sobie te drobne nieporozumienia, jak kiedyś na początku ich znajomości. Śniadanie zjedli razem, całując się i przytulając. Tym razem to on przygotował posiłek.

Tak mniej więcej mijały im kolejne dni. Jemu na medytacjach i wypatrywaniu w necie różnych nowinek, a jej na pracy i dojazdach do niej. Wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Ale kilka dni potem powiedziała, że musi zostać dłużej w robocie, żeby coś tam nadgonić.

Cierpliwie czekał aż do godziny dwudziestej. Dopiero wtedy zadzwonił.

— Przecież się umawialiśmy na kolację i dłuugą, czułą noc — zachęcał, gdy mu powiedziała, że jeszcze jej trochę zejdzie.

— To nie ucieknie, a pracy muszę pilnować. Wiesz… chyba prześpię się u siebie.

— No co ty?

— No, bo zmęczona jestem strasznie — ziewnęła do słuchawki — a jeszcze mi pewnie z dwie godziny to zajmie.

— Aż tyle? — wkurzył się.

— Będziesz miał więcej czasu na medytacje.

— Hm… — nie chciał już naciskać. — No to co, jutro się widzimy, tak?

— Jutro chcę się z Ulką i Danką spotkać. Mamy babskie sprawy do obgadania. Ale pojutrze jak najbardziej możemy się zobaczyć. Najlepiej na mieście. Zjemy coś i pospacerujemy chwilę. Muszę się dobrze wyspać.

— Sama?

— No chyba nie chcesz mnie budzić chrapaniem?

Zdziwiło go to, bo chociaż rzeczywiście czasem zdarzało mu się zachrapać, ale nigdy jakoś jej to wcześniej nie przeszkadzało.


Trochę ciężko mu się medytowało przez te dwa dni. Nie czuł natchnienia i tej wewnętrznej lekkości, z jaką czasem zagłębiał się w siebie, osiągając ciszę i spokój umysłu, w której objawiały mu się różne pomysły i obrazy. Kundalini niewiele mu się poruszyło. Raz tylko poczuł jej drgnienie.


Na spotkaniu też była jakaś taka oschła. Tak mu się przynajmniej wydawało. I chociaż przytulali się parę razy i wymienili pocałunki, to czegoś mu brakowało. Rozmowa też była jakaś taka średnia. Nie wiedział dokładnie, o co chodzi, ale wyczuł inną atmosferę pomiędzy nimi. Jakby była jakaś spięta. A gdy już nie dało mu się jej jednak namówić, na wspólną noc, postanowił zadzwonić do Ulki. Coś mu tu śmierdziało.

Wkurzony wrócił do domu i od razu wybrał numer.

— Hej, co tam u ciebie — zapytał na początek.

— A wporzo, jakoś leci. Robota, dzieciaka trzeba odprowadzić do przedszkola i tak w koło Macieju. A jak tam te twoje warsztaty?

— Bardzo dobrze, ale wiesz… ostatnio Gośka jest jakaś taka dziwna. Powiedz, o co tu chodzi? Znacie się przecież od lat — od razu przeszedł do rzeczy.

— Hm… wiesz… — zamilkła na chwilę, nie wiedząc co odpowiedzieć.

— Co hm…? Jakbym wiedział, to bym nie dzwonił — zaniepokoił się. — Mów co wiesz.

— No dobra… — nie chciała przedłużać, a poza tym lubiła go i szanowała, że był taki normalny — nie pił, nie palił i nie oglądał się za innymi babkami. — No… ona się chyba spotyka z szefem.

— Co?… Co ty gadasz? — zatkało go nieco.

— No byli na jakimś szkoleniu razem i chyba pomiędzy nimi coś zaiskrzyło. Mówiłam jej, że to głupie i żeby uważała. Ale najwyraźniej nie słuchała.

— Dziękuję za szczerość. Trzymaj się.

— Pa.

To był wstrząs. Tego się nie spodziewał. W głowie mu zawirowało, a żołądek podszedł mu pod samo serce. Musiał usiąść.

— Może nie jest jeszcze za późno? — pocieszał się, mając nadzieję na to uczucie, które go połączyło z Gośką.

Nie odbierała jednak, gdy do niej zadzwonił. Wysłał jej sms-a z prośbą o oddzwonienie.

Ne wierzył, że mogłaby… z kimś innym…


Podjechał samochodem pod jej mieszkanie. Stanął tak, aby nie rzucać się w oczy i widzieć alejkę przed jej bramą. Nadal nie odbierała, ani nie odpisywała. Światło w mieszkaniu było zgaszone, więc postanowił zaczekać.

Mijała już druga godzina, gdy ją zobaczył. Nie była sama. Szła z kimś pod rękę.

Zadzwonił do niej i patrzył, co zrobi. Wyciągnęła telefon, spojrzała tylko na ekran i wygasiła go. Schowała aparat do torebki. Jak gdyby nigdy nic wsunęła tamtemu rękę pod ramię i zmierzali do bramy. Tej bramy, którą tyle razy przekraczali razem, upojeni szczęściem i roześmiani.

Zastanawiał się, co ma teraz zrobić. Mógł podbiec i zrobić jej scenę, a tamtemu obić ryja. Już prawie się zerwał, gdy coś w nim go powstrzymało. Jeszcze raz zadzwonił. Znowu spojrzała tylko na ekran i schowała aparat.

Szybko wysłał jej sms-a: Spotkamy się dziś?

Znowu wyjęła telefon i przeczytała. Chwilę się zastanawiała i szybko odpisała: Nie dzisiaj. Padam z nóg. Muszę odpocząć.

Zadzwonił.

Tym razem odebrała.

— Cześć — próbował być miły, a nawet się uśmiechnąć. — To kiedy się widzimy?

— Może jutro po siedemnastej.

— A może dziś? — mówił kusząco. — Zrobię ci masaż.

— Jutro. Teraz nie mogę rozmawiać. Kończę dopiero robotę.

— No to masaż dobrze ci zrobi. Zrelaksujesz się i…

— Jedyne, o czym marzę, to pójść teraz do łóżka i porządnie się wyspać. Pa, muszę kończyć. Lecę z nóg.

Widział, jak patrzyła na tamtego i się lekko uśmiechała.

— Aha, to pa.

— Pa.

To było jak zdzielenie go w twarz z plaskacza zaraz po przebudzeniu.

Jeszcze chwilę się wahał czy nie podbiec i nie obić im obu gąb. W zasadzie już otwierał drzwi auta. Zagryzł jednak zęby w ostatniej chwili. Była przecież dorosła i nie byli małżeństwem. Szkoda tylko, że kłamała mu tak ohydnie. Niemalże w żywe oczy.

— Nosz kurwa — nie wytrzymał, gdy patrzył, jak spokojnie wchodzili do bramy. — Pieprzone zdziry — uderzył dłonią w kierownicę. Przeklinał rzadko, ale teraz go poniosło.

Wrócił do domu.

Nie mógł uwierzyć w to, że ta, którą pokochał, jego bogini, szlaja się teraz z kimś innym. I to po tym, co razem przeżyli. Nie chciał dopuścić do siebie, że być może teraz…

Jeszcze raz zadzwonił. Usłyszał tylko sygnał oczekiwania na połączenie.

Wysłał jej jeszcze jednego sms-a: Tęsknię i czekam na telefon. Odezwij się. Dodam ci energii. Po co czekać do jutra? ;) — zakończył puszczeniem oczka, ale zbierało mu się na płacz na przemian z chęcią, aby jednak pojechać do niej, dać jej w twarz, a tamtemu porządnie obić mordę. — Oboje zasłużyli. Ja pieprzę… może od razu powinienem zareagować? — długo jeszcze gryzł się z tymi myślami.


To spotkanie nie było przyjemne.

— Cześć.

— Cześć — powiedziała sucho. Była spokojna i opanowana, a jego aż nosiło.

— I jak, wypoczęłaś?

Uśmiechnęła się tylko.

— Wiesz Jan…

— No pewnie, że wiem! — chciał jej wykrzyczeć w twarz, ale się wstrzymał.

— Jakoś ostatnio odsunęliśmy się od siebie.

— Co ty gadasz? Zawsze starałem się spędzać z tobą jak najwięcej czasu. O co ci chodzi?

— Medytowałeś, miałeś te swoje zajęcia…

— Przecież też mogłaś chodzić na nie i jeździć. Ale wolałaś jakieś pogaduchy z koleżankami. Co, nie zależy ci już na rozwoju?

— Zależy… ale chcę spokoju, stabilizacji.

— Jakiej stabilizacji? Oboje przecież zarabiamy. Dobrze nam ze sobą, a ja nawet chciałem, no… chciałem cię…

— Wiem… Ale to się chyba nie uda. Ty poczułeś wolność i poszybowałeś gdzieś w dal, a ja potrzebuję teraz stabilnego gniazda.

— Co ty gadasz? Przecież się kochamy, mamy mieszkania, pieniądze? O co ci chodzi?

Spojrzała na niego przeciągle i westchnęła.

— Chyba pora na dzieci, założenie rodziny.

— No dobra, pomyślimy o tym…

— Jan… poznałam kogoś — utkwiła w nim beznamiętne, suche spojrzenie.

Poczuł jak bezradność wypełniała mu powoli najpierw nogi, a potem tułów i serce. Nie mógł wydobyć z siebie ani jednego słowa.

— To dobry człowiek. Ustabilizowany. Wolny. Dobrze się dogadujemy — mówiła powoli.

— A ze mną się źle dogadywałaś? — doszedł wreszcie do głosu. Nie mógł uwierzyć w to, co ona mówi. — To co znaczyły te wszystkie miesiące? To kochanie się do rana?… Czego ci u mnie brakuje? Co on takiego ma? — wydobył z siebie resztki sił.

— Ty jesteś jeszcze młody duchem. Jesteś idealistą. A ja chcę pożyć spokojnie, jak ludzie.

— To dotąd nie żyliśmy jak ludzie?

— To były… — próbowała dobrać odpowiednie słowo — wakacje. Takie miłe odprężenie, ale…

— Niektórzy przez całe swoje życie nie będą mieli tyle wakacji. Tylko zapieprzają od rana do nocy przez czterdzieści lat, a potem budzą się z ręką w nocniku, chorobami i brakiem szczęścia, a nawet zadowolenia z całego życia. A my mieliśmy szansę poznać coś głębszego, zobaczyć i doświadczyć szerszej perspektywy naszego życia. Poczuć wolność i dowiedzieć się prawdy o świecie.

— No widzisz. Ty będziesz szukał, drążył, dociekał… A ja już chcę po prostu szczęśliwego małżeństwa, dwójki dzieci, domu pod miastem…

— To nie mogłaś mi o tym powiedzieć. Przecież możemy…

— Nie możemy.

— Jak to?

— Przyjęłam jego oświadczyny. Tak będzie lepiej dla mnie i dla ciebie.

Pokiwał tylko smutno głową.

— Tak myślisz?

— Tak czuję — spojrzała na niego przestraszona, widząc, jak bardzo zbladł.

— Czyli ten cały rozwój duchowy i bycie ze mną było dla ciebie tylko odpoczynkiem pomiędzy poważnymi związkami, tak? Byłem tylko taką miłą odskocznią na wakacjach? Załapałem się na twoją chęć namiętnego bzykania?

— Nie Jan. Ja też cię kochałam — powiedziała cicho.

— A teraz już mnie nie kochasz? A to ciekawe. Ponoć miłość jest wieczna i nie ma początku, ani końca. Jest, albo nie ma jej wcale.

— Tak się mówi, ale życie pokazuje czasem inaczej. No… czasem można kochać — utkwiła w nim spojrzenie — dwie osoby naraz, ale wybiera się tę jedną.

Posmutniał, choć jeszcze przez moment zastanawiał się, czy nie wykorzystać jeszcze jakoś tego, co mu właśnie powiedziała. Ale po chwili odpuścił.

— Czyli nie chcesz być ze mną?

— Już nie. Ale dziękuję ci za wszystko. To był piękny czas…

— Widać nie dość piękny… przynajmniej dla ciebie — pokiwał smutno głową, próbując oswoić się z tym, co mu właśnie powiedziała. — Rozumiem — zadrgały mu usta, ale się opanował. — Zatem powodzenia ci życzę i szczęścia.

— Dziękuję. Tobie też.

— Do widzenia — chciał odejść jak najprędzej.

— Do widzenia… Jan, na pewno znajdziesz jeszcze swoją wielką miłość. Wierzę w to — rzuciła za nim, gdy odchodził. — Zasługujesz na to — dodała już tylko cicho sama do siebie. Wiedziała, że będzie mu z tym ciężko. Dobrze go poznała i wiedziała, że to wrażliwy mężczyzna, niemalże unikat na tym świecie.

Popatrzyła jednak na pierścionek na swojej ręce i uśmiechnęła się na myśl o tym, co miało ją wkrótce spotkać na tej drodze życia, którą wybrała.

A on rzucił jej jeszcze ostatnie, krótkie spojrzenie i odszedł szybkim krokiem. Chciał być jak najdalej stąd.


Ten dzień nie był przyjemny. Wrócił do domu i nawet przez chwilę zastanawiał się, czy nie napić się wina, ale jakiś cudem się powstrzymał. W domu nie miał już od dawna żadnego trunku. Od kilku miesięcy był wegetarianinem i uważał na to, co jadł i pił. A wszelkie trunki były szkodliwe i miały złe wibracje — tak mówił mu jego nauczyciel.

Pooglądał trochę telewizji, której nie włączał przez długi czas. Ale nie znalazł nic ciekawego, poza końcówką komedii z Louisem de Funes’em. On zawsze wprawiał go w dobry nastrój.

— Mały nerwus, który jak nikt umie rozbawić człowieka — śmiał się. — Jak to jest, że w latach siedemdziesiątych robili takie zabawne filmy, a teraz tylko strzelanki, albo głupie telenowele? — zastanawiał się. Ale film szybko się skończył. Westchnął głęboko, bo ponury nastrój znowu zaczął do niego wracać.

— No cóż. Przyjdzie mi się z tym zmierzyć. Może to jakaś próba, nauka, albo lekcja dla mojej duszy? Albo jakaś pieprzona karma — tłumaczył sam sobie, gdy usiadał do medytacji. Najbardziej jednak na świecie chciał teraz wziąć ją w ramiona, zacałować jej twarz i wjechać członkiem w jej waginę. O niczym innym nie marzył.

Próbował spokojnym oddechem wpłynąć na swoje samopoczucie, ale tym razem niewiele to dało. Po jakiejś półtorej godziny poddał się i poszedł spać.


Ranek nie był radosny. Nie chciało mu się wstawać, jeść, ani nigdzie iść. Nawet na maile nie odpowiedział, tylko zobaczył, że ktoś się dopytuje o szczegóły najbliższych warsztatów.

— Pieprzę to. Idę na spacer.

Wyszedł do swojego ulubionego parku, ale i tu nie znalazł ukojenia.

— Kurcze, jak te emocje szarpią człowiekiem — zauważył. — A chciałem zbawiać innych mądrością i wiedzą. Tylko co teraz? — wzruszył ramionami.

Przez cały tydzień chodził smutny i osowiały. Odpisywał tylko na te najpilniejsze maile i kupował jedzenie. Poza tym nigdzie nie chodził i nic nowego nie czytał. Postanowił się zresetować. Wyjechał w pobliskie góry.

Te trzy dni nieco go uspokoiły. Raz nawet zadzwoniła Ulka.

— Cześć.

— Cześć.

— I jak się trzymasz?

— Ujdzie.

— Co robisz?

— Spaceruję trochę po górach. Tu mam przynajmniej świeże powietrze.

— I spokój.

— Ta…

— To dobrze. Żebyś tam czegoś głupiego nie zrobił. Tak bywa. Trafisz jeszcze na swoją.

— Ta… — mówił bez przekonania.

— No to trzymaj się i być może do zobaczenia na jakichś zajęciach. Chyba znowu zacznę chodzić na jogę.

— Okej, dziękuję, że dzwonisz. Pozdrawiam.

— Pa.

Zdał sobie sprawę, że to już był koniec jego związku. Westchnął ciężko i rozejrzał się po górach. Ich cisza dodawała mu nieco otuchy i spokoju.


Postanowił, że pomimo bólu i rozczarowania, które czuł, będzie kontynuował swoje badania i poszukiwania. Wciągnął się nawet w popularno-naukowy serial pokazujący tajemnice świata i antyczne budowle. Podejmował on tematy ufo, obcych cywilizacji i tych, które choć były kiedyś wysoko rozwinięte, to nagle zniknęły bez śladu i żadnej widocznej przyczyny.

Obejrzał kilka sezonów „Starożytnych kosmitów” i „Gwiezdnych wrót”. Ten drugi był czystą, filmową rozrywką, ale jak najbardziej poruszał wszystkie te tematy. Było nawet kilka odcinków, w których mówiło się o oświeceniu. Te zainteresowały go najbardziej. Oba seriale mu się bardzo podobały. Czas mijał mu szybko, a on powoli wracał do równowagi. Wykasował nawet wszystkie smsy od niej i do niej i był gotowy na coś nowego. A przynajmniej na spokój, którego teraz najbardziej potrzebował.

— Wszystko płynie, zmienia się — przypomniał sobie. — A nie mogłoby zmieniać się z przyjemnego na jeszcze bardziej przyjemne? — przedrzeźniał swoje własne myśli. I wtedy zrozumiał, że to być może jakieś negatywne tendencje jego własnej podświadomości, której przecież nie znał w całości, mogły spowodować w jego życiu takie właśnie zawirowania. Postanowił uważniej przyjrzeć się swojemu dzieciństwu, a zwłaszcza relacjom pomiędzy rodzicami, które już wiedział, że mocno potem rzutowały na życie człowieka.

— Może moi rodzice też mieli różne tarcia, gdy byłem mały? Albo uważali, przynajmniej w pewnym okresie, że związki to tylko udręka, kłopoty i nieporozumienia? Zdrady, któregoś z rodziców raczej nie podejrzewam, ale kto ich tam wie. Przecież też byli młodzi, mieli gorącą krew i chcieli zakosztować życia. Albo jedno z nich mogło mieć kiedyś jakiś poważny problem do rozwiązania, a drugie je wtedy zostawiło z nim samego. Dokładnie jak mnie teraz Gośka. Bo ponoć schematy rodzinne się powtarzają. Ale czy musi tak być? — przelatywało mu przez głowę z szybkością błyskawicy.

Westchnął głęboko i poszedł napić się mocnej, zielonej herbaty. To go czasem odświeżało.


Jan postanowił się w coś zaangażować. Chciał zająć swój umysł czymś pożytecznym. Z uwagą czytał o różnych spotkaniach i planach dotyczących rozwoju świata i jego własnego kraju. Nawet uczestniczył w kilku akcjach zalesiania i uświadamiania ludzi, skąd się bierze w sklepach pokrojone pięknie w plasterki mięso.

Podtykał ludziom pod nos zdjęcia cierpiących cielaków czy świń, które w okropnych warunkach były transportowane, a potem zabijane w ubojniach. Nie wszyscy byli na to przygotowani, za to chętnie kupowali mięso w marketach.

— Mordercy — syczał czasem przez zęby, choć sam jeszcze nie aż tak dawno, jadł takie jedzenie. Ale po obejrzenie kilku filmów pokazujących prawdę o hodowli przemysłowej zwierząt, otworzyły mu się oczy i zniechęcił się raz na zawsze do tego pokarmu. — Większość ludzi nawet nie wie, że żeby krowa dawała mleko, musi być zacielona, a potem zabiera się jej maleństwo. Taki mamy klimat. Szkoły gówno dają i niewiele uczą. I chyba w ogóle nie przygotowują do życia. Może niektóre… — utyskiwał.

Cieszył się mimo wszystko, że na szczęście wegetarian i wegan było coraz więcej. I to nie tylko w środowisku, w którym się obracał, ale również pośród innych ludzi. Może dlatego, że ze względów zdrowotnych zainteresowały się tą dietą popularne aktorki, piosenkarki i celebryci.

— Wielkie mi autorytety — kiwał czasem głową, ale cieszył się, że chociaż w ten sposób przyczyniali się do zmniejszenia cierpienia zwierząt.

Po kilku jednak akcjach jego entuzjazm nieco opadł. Mur ignorancji, nieświadomości, a nawet głupoty, z jaką się stykał, przeszły jego wyobrażenia.

— Ludzie są tępi — rozmawiał czasem z Lidką po zajęciach.

— Po prostu nie mają czasu, aby co nieco porządnie przemyśleć. Gnają do pracy, potem zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie, dzieci i tak na okrągło.

— Tak — zgadzał się z nią. — Czasem jeszcze kościół, który ich dodatkowo ogłupia, traktując jak pachołków w średniowieczu i karmiąc gadkami i naukami, których nikt z hierarchów, a nawet zwykłych księży nie spełnia.

— Pedalą się, albo mają baby na boku — Lidka lubiła czasem powiedzieć coś bez ogródek.

— Fakt — pokiwał głową. — No to co my możemy z tym wszystkim zrobić?

— A nie słyszałeś tydzień temu na zajęciach, że przede wszystkim trzeba się zająć sobą i uszczęśliwieniem siebie, a nie wszystkich wokoło?

— Słyszałem. Ale czy to pomoże?

— No jak ty się zmienisz, to zmieni się też twoje otoczenie, ludzie będą na ciebie inaczej reagować i zmieni się twój świat.

— No dobra, sam nawet trochę tego doświadczyłem, ale świat innych pozostanie wciąż taki sam. Zobacz, ile teraz śmieci wwożą do Azji, która w nich tonie. Widziałaś te rzeki i plaże pełne plastiku? Zresztą nawet do nas przywożą kontenerami ten syf. Nikt nad tym nie panuje, albo o tym nie wie?

— Kasa — powiedziała ponuro. — Zawsze mówiłam, że dopóki będą pieniądze, będzie zło.

— A widzisz — mam cię — ucieszył się. — A nie słyszałaś na tych samych chyba zajęciach, że pieniądze to tylko energia i że nie są ani dobre, ani złe, tylko stają się takimi, gdy ludzie wykorzystują je do złych celów?

— Tak, tylko jakoś widać, że ci co mają kasę, robią z ludźmi co chcą. Bo to jest ich współczesny bat, którym zaganiają parobków do roboty. A ludzie łaszą się na byle kąsek. Mamona się liczy dla nich teraz bardziej od honoru, uczciwości, a nawet rodziny.

— Ech, chyba dzisiaj nie rozwiążemy problemów współczesnego świata… Masz ochotę na lody?

— Nie, dziś jestem umówiona — poprawiła delikatnie fryzurę.

— Z Maćkiem?

— Tak.

— Myślisz, że coś z tego będzie? — popatrzył na nią uważnie.

— Na pewno fajny seks, a potem się zobaczy, hahaha — powiedziała szczerze.

— No to miłej zabawy, cześć.

— Cześć.


Nawet chciał się z nią kiedyś umówić, ale szybko mu przeszło. Wolał ją jako kumpelę, z którą mógł szczerze o wszystkim porozmawiać. Za szybka była i nieco za nerwowa dla niego. Miała wyraziste gesty i malowała się trochę za wyzywająco. Ale lubił ją i cieszył się, gdy mogli porozmawiać po zajęciach jogi czy warsztatach.


Umawiał się czasem z różnymi koleżankami z zajęć, w których uczestniczył. Miło mu się z nimi rozmawiało. Były uśmiechy, długie dysputy o naturze wszechświata, duszy, Bogu, kosmitach, a nawet pieniądzach i tantrze.

Dość szybko jednak zauważył, że do żadnej z nich go nie ciągnie. Chociaż bardzo tego chciał. Nie tak, że nie mógłby się z jakąś przespać, ale z żadną z nich, mimo że niektóre były naprawdę miłe i piękne, to nie chciałby się budzić przez tydzień, miesiąc, czy rok u boku. Jeszcze przez dwa miesiące miał nadzieję, że pojawi się jakaś nowa, interesująca kobieta. Taka, którą poczuje sercem i która będzie mu się podobała. Ale nikogo takiego nie wypatrzył.

Trochę go to nawet przygnębiło, bo początkowo myślał, że właśnie w tym środowisku uda mu się znaleźć to kochane i kochające go serce, ale najwyraźniej nie była na to jeszcze odpowiednia pora.

— Bo wszystko przychodzi we właściwym czasie — mówili mu jego nauczyciele, ale on miał co do tego również poważne wątpliwości. Zwłaszcza po ostatnich przeżyciach.

— Właściwy czas na wszystko, co najlepsze jest właśnie teraz — odkrywał. — A wszystko inne to tylko odwlekanie pokoju, miłości i dobra.

— Bóg ma dla nas wspaniały, dobry i boski plan — na całe nasze życie — słyszał głos nauczyciela z zajęć.

— A co jeśli ten „bóg” to tylko jakaś inteligentna istota materialna lub energetyczna, która manipuluje nami, jak figurkami na szachownicy, albo nie daj Boże — kurami w kurniku — zasmucił się, zdając sobie sprawę, że już gdzieś to słyszał i widział nawet taki mem w internecie. Zamrugał teraz tylko z lekkim niepokojem oczami i poszedł się położyć. Za dużo było tego wszystkiego na jego jednego. I nie miał się za bardzo z kim teraz podzielić swoimi myślami, wątpliwościami i uczuciami. Spojrzał na miejsce obok na łóżku i przez chwilę je pogładził. Nie było jednak tam tego ciepła, które tyle razy karmiło jego duszę.

— Tylko ty sam możesz doświadczyć pełni istnienia i nie są ci do tego potrzebni żadni inni ludzie, ani żaden przedmiot — znów przypomniał mu się fragment wykładu nauczyciela. — Masz w sobie wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia.

— Taaak… ale poóki co jem i piję. A to oznacza, że i tak czegoś potrzebuję z zewnątrz. Chociażby powietrza — kłócił się spokojnie z jego słowami. Tamten jakby był zdziwiony i lekko zaciekawiony jego perspektywą.

— Dlatego uważam, że póki mamy możliwość, dobrze jest uprzyjemniać sobie nawzajem życie swoim dobrym towarzystwem, rozmowami, wsparciem czy seksem, który daje tyle bliskości, ciepła i spokoju po spełnieniu.

Tamten pokiwał tylko lekko głową na boki, jakby nie był tego jeszcze taki pewny.

— No mówię ci — uśmiechnął się do niego i wtedy zobaczył swoje odbicie w lustrze, które stało na małej szafce nocnej i które ona czasem używała.

— Wszystko jest odbiciem naszego wnętrza — mówił tamten.

— Czyli że co? Chciałem być porzucony, bo to jakiś mój wzorzec, w który uwierzyła moja podświadomość? Albo że spotykam kobiety, dla których jestem nie dość interesujący, aby zostać ze mną na dłużej?

— Albo sam takie wybierasz? — powiedział nauczyciel.

— Tylko po co?

— No właśnie.

— Żeby być sam?

— Albo coś sobie tym udowodnić.

— Że kobiety są złe i nie warto się nimi zajmować?

— Kto wie…

— Kto wie…

Zasnął szybko, a lustro pokazywało mu jak w krzywym zwierciadle różne twarze, sytuacje i przeżycia. Przyglądał się temu z zainteresowaniem, a potem poszybował w górę niczym orzeł i patrzył na wszystko z szerszej perspektywy. Aż w końcu wszystko znikło. Pozostało tylko światło, które unosiło go, niczym wielkie skrzydła. Poczuł się wolny i wypoczęty.


Coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że różni ludzie dużo mówią, rozmawiają na żywo lub w internecie, albo spotykają się, wymieniają poglądami i informacjami, ale nic lub niewiele się zmieniało na lepsze. Chyba, że w ich najbliższym gronie. Ale świat — ten odrobinę dalej, nadal był taki sam — szary, smutny i ogłupiały wtłaczanymi ludziom przez media i reklamy głupotami. Śmieci było wszędzie coraz więcej, zwłaszcza w oceanach i krajach, które próbowały zarobić parę groszy na przyjmowaniu kontenerów z odpadkami. Wyzysk biednych ludzi toczył się dalej, a diamenty, siarkę i sól zbierali w wielu miejscach najbiedniejsi, dostając marne grosze za swoją całodzienną harówkę. Pośrednicy zaś dorabiali się na nich fortun, a bogaci właściciele firm mieli w tym czasie wieczne wakacje i rajskie plaże do dyspozycji. Ale większość ludzi tego jeszcze nie widziała, albo wolała nie dostrzegać. Woleli łudzić się, że jest coraz większy dobrobyt, a ich mała firma wkrótce wypłynie na szerokie wody i oni również zakosztują dobrobytu i wolności — zwłaszcza tej finansowej, która daje przywilej robienia tego, co się chce i kiedy się chce oraz przebywania w takich miejscach, które jeszcze są względnie czyste, ładne i miłe.

On już to wiedział. Wiedział też, że prawdopodobnie większość majątków na świecie należy do zaledwie kilku korporacji. Wiedza, którą wchłaniał z różnych źródeł spowodowała, że widział, wiedział i rozumiał coraz więcej. Ale wcale go to już nie cieszyło. Wręcz przeciwnie. Zasmucało go to. A po kilku rozmowach ze znajomymi i członkami rodziny, którzy nie byli w temacie rozwoju i różnych tajemnic czy manipulacji świata, był coraz bardziej przygnębiony.

Oni nie tylko, że go nie rozumieli, to nawet wyśmiewali i uważali za pomylonego. I to pomimo tego, że pokazywał im materiały, w których wyraźnie było widać przekłamania dotyczące różnych wydarzeń ze świata polityki, historii, mediów czy gospodarki. Oni tego po prostu nie rozumieli. Nie ogarniali złożoności tematów, a czasami i ich brutalnej prostoty i prawdy. Nie interesowali się tym bardziej, albo nie byli w stanie tego pojąć. A może nawet nic z tego nie kumali. Albo nie chcieli. Woleli piwa, chipsy i kolejny serialik czy mecz. Do tego dochodziły codzienne obowiązki związane z wychowaniem dzieci, utrzymaniem siebie i domu czy mieszkania. Schodziła im na to cała ich energia i czas.

— Nie są gotowi tego ogarnąć, a może się boją że ta wiedza ich przerośnie. W końcu nie jest łatwo zrozumieć, że cały świat, w który dotychczas wierzyłeś jest jednym, wielkim, misternie zaprojektowanym kłamstwem, stworzonym tylko po to, aby zagarniać, pochłaniać i wykorzystywać w jakiś tylko komuś wiadomy sposób umysły ludzi, ich energię, wolę i działania. Zupełnie jak w filmie Matrix — utyskiwał i kiwał smętnie głową. — I co można z tym zrobić? Latami pisać coś w necie czy spotykać się w gronie tych samych osób na różnych zajęciach? A przecież w tym samym czasie rodzą się kolejni ludzie, często w średnich warunkach i biednych krajach. I zanim będą mieli na tyle poukładane życie, żeby rozejrzeć się szerzej wokół siebie i zastanowić, co tu jest naprawdę grane, może być już dla nich za późno — martwił się Jan.

Nie wiedział, jak dotrzeć do uśpionych serc i umysłów ludzi, których interesowało jedynie zarabianie, płodzenie dzieci i kolejne seriale czy medialne ustawki celebrytów. Czasami aż się śmiał z tych głupawych programów, które miały służyć rozrywce, gdy na chwilę włączał telewizję, łudząc się, że dojrzy w niej choćby nikły promyk nadziei i zmiany na lepsze.

Ale nawet pomimo wielogodzinnych medytacji nad tym zagadnieniem, nadal po prostu nie wiedział, jak się za to zabrać. I tak mijały mu kolejne dni, tygodnie i miesiące. Kolejne warsztaty, szkolenia, albo krótsze treningi jogi i medytacji. Poznawał nowych ludzi, fascynował się nowymi tematami, technikami rozwoju, uzdrawiania czy kobietami, które nęciły go swoim spojrzeniem. Cały czas jednak czuł, że to nie jest ta, z którą chciałby być cały czas. Jego serce jakoś tak od dłuższego czasu milczało, jakby obrażone na rzeczywistość i to, co mu się przytrafiło.

W końcu nawet zaczęło go to denerwować.

— Może ja po prostu nadal przeżywam traumę po tamtych zakończonych związkach? — zastanawiał się. I tak rozpoczął pracę ze swoim „wewnętrznym dzieckiem”, afirmacjami i wzorcami rodzinnymi oraz całego rodu. Bywał na zajęciach z ustawieniami Hellingera, a nawet kilka z nich zorganizował. Chciał wchłonąć jak najwięcej tej wiedzy i jak najwięcej uzdrowić w sobie i uporać się z problemami w swoim rodzie. Chciał wreszcie poczuć tę energię i siłę, którą miał, gdy był małym dzieckiem, a potem dwudziestoparolatkiem. Chciał wreszcie zacząć żyć pełną piersią i pełnią życia, bo jakaś część jego uważała, że żyje jakby na pół gwizdka. Z zaciągniętym hamulcem ręcznym. Dodatkowo, bez ukochanej, jego świat — mimo, że kolorowy, robił się nieco bardziej szaro-bury. Jakby potrawy traciły smak, a doświadczenia radość, którą przecież tętniło życie.

Wspominał też czasem ten cudowny czas wolności, pierwszych namiętności i marzeń bez granic.

— I co mi się z tego spełniło? Co pozostało z tamtych marzeń? Kim ja się stałem? I dlaczego tak właśnie potoczyło się moje życie? Czy mogło inaczej? — robił przegląd swojego dotychczasowego życia. Zadawał też pytania swojej podświadomości i nieraz odpowiedzi, które stamtąd uzyskiwał, zaskakiwały go, a czasem smuciły. Innym razem nie wiedział, czy odpowiada intuicyjnie — z głębi swojej jaźni, czy z podświadomości, czy też po prostu to sprytny świadomy umysł podsuwa mu te odpowiedzi, nie wchodząc zbyt głęboko w niezmierzone pokłady duszy i morze kłębiących się w podświadomości wzorców, które prawdopodobnie jeszcze decydowały o jego życiu i wyborach.


Jego rodzice dziwnie patrzyli na te jego poczynania. Niepokoili się o to, jak da sobie radę. Na początku nawet im nie mówił, że już tam nie pracuje. Nie chciał ich denerwować. Wiedział, jak tacie zależy na jego powodzeniu, a mamie, aby wreszcie się ustatkował z jakąś miłą, dobrą kobietą.

— Nic na siłę — tłumaczył jej. Próbowałem z kilkoma i sama widzisz…

Mama kiwała tylko głową i modliła się w duchu za niego, mając nadzieję, że kiedy po raz kolejny ich odwiedzi, powie, że poznał wreszcie tę właściwą. Po cichu marzyła już bowiem o wnukach i zabawie z nimi w piaskownicy.

Tata zaś wciąż dziwnie patrzył na niego, porównując jego dokonania do synów i córek jego znajomych. Nie był z jego osiągnięć zadowolony, ale co było robić. Jemu samemu również średnio się udało i miał nadzieję, że syn nie popełni jego błędów i zajdzie o wiele dalej.

Kiedyś miał firmę, która nawet dobrze prosperowała. Ale potem jego nietrafione inwestycje pochłonęły sporo gotówki, której się dorobił. Niestety, nie udało mu się już potem dojść do tego poziomu, który osiągnął wcześniej. Po prostu zmieniła się koniunktura, inne rzeczy były w modzie i towar, którym handlował stracił na znaczeniu.

Zmienili się też ludzie, z którymi współpracował. Tak jak kiedyś mógł liczyć na słowo, którego każdy dotrzymywał, tak wkrótce potem się okazywało, że ci sami ludzie kręcili, kłamali, naciągali go i oszukiwali. Długo nie mógł tego przeboleć. — Co ta kasa robi z ludzi? — utyskiwał, topiąc smutki kolejnymi piwami. Bo nie dość, że tracił powoli pieniądze, to i kolejnych znajomych, kolegów, a nawet i przyjaciół. Tylko dwóch z nich pozostało normalnymi, ale oni pracowali skromnie na etacie. Jeden w szkole, a drugi w biurze projektowym. Z nimi czasem utrzymywał kontakt, ale i oni wkrótce zostali pochłonięci przez wnuki i kolejne choroby, z którymi się zmagali.

Spotkania z nimi stawały się więc coraz rzadsze i rzadsze, aż w końcu tylko dzwonili do siebie na imieniny i święta.

— Co za czasy? Co się porobiło z tymi ludźmi i światem? — nie mógł tego zrozumieć.

Mama zaś, od dawna na emeryturze, zajmowała się domem i życiem kulturalnym. Lubiła chodzić do teatru i kina. Czasem też bywała na swych ulubionych kiedyś przedstawieniach operetkowych. Jeździli też gdzieś razem, pozwiedzać, albo pospacerować. Oboje jednak odczuwali presję tamtych niepowodzeń.

— W życiu trzeba się cieszyć każdą chwilą — dodawała Janowi otuchy, widząc jego zbolałe serce, gdy ich czasami odwiedzał. Jedli wtedy wspólnie obiad i opowiadali sobie o tym, co się wydarzyło. Dzielili się też nowinami o dawnych znajomych i członkach rodziny.

Uspokoili się nieco dopiero wtedy, gdy zaczął zarabiać na tych warsztatach. Dziwiło ich rozstanie z Alicją, ale ucieszyło poznanie Gośki. Martwiło odejście z pracy, ale i cieszyło, że dawał sobie jakoś radę.

Patrzyli na niego dziwnie, gdy opowiadał czasem, czym się zajmuje i co robi. Początkowo mówił im, co odkrył w internecie, albo czego się dowiedział na warsztatach. Ale potem zauważył w nich coraz większy opór przed pewnymi tematami. Byli przywiązani do swoich przekonań, nawyków i poglądów.

— Oni też tego nie rozumieją. Dla nich to zbyt wiele — gryzł się więc czasem w język i opowiadał tylko o tym, co było bezpieczne, albo neutralne. Rozumiał ich opory, bo wiedział, co sam przeszedł, nim zdołał się uporać z pewnymi przekonaniami, których nabrał w szkole czy na lekcjach religii. Wiedział teraz, że to było programowanie dzieci przez tych, którzy mieli naprawdę władzę i używali jej za pośrednictwem często niczego lub mało świadomych nauczycieli. Ci, którzy tym sterowali, chcieli mieć z uczniów przyszłych posłusznych pracowników, wykonawców poleceń i wiernych konsumentów, którzy mieli produkować, zarabiać i wydawać, a czasem może jechać na dwa tygodnie urlopu na rok. Mieli być wydajnymi częściami ogromnego mechanizmu społeczeństwa, a nie wolnomyślicielami, odkrywcami czy broń Boże kontestatorami rzeczywistości.

— Koszmar — kwitował taki model życia, gdy już zrozumiał, skąd się on bierze. — Ci co mają wpływy, świętują cały rok i mają wakacje codziennie. A inni na nich pracują.

— To nowy wymiar niewolnictwa — dodawali jego znajomi. — Małe dzieci w Azji czy Afryce wytwarzają ubrania lub przedmioty sprzedawane potem za grube pieniądze w markowych sklepach. A cały syf i ścieki związane z produkcją zalewają tamte kraje.

Bolały go też te wszystkie doniesienia o kolejnych kłusownikach wybijających coraz bardziej nieliczne nosorożce, słonie, a nawet lwy czy tygrysy. Martwiło go to, że cywilizowane kraje nadal polują na rekiny, delfiny i wieloryby.

— Ludzie to chyba mają naprawdę wyprane z dobra mózgi. Jak tak można?! — oburzał się, oglądając kolejne filmiki z rzezi, jaką dokonywali opłacani przez bogatych ludzie. Rozumiał, że jak był popyt i osoby gotowe zapłacić za ten towar, to będzie tak, aż wybiją wszystko co do jednego.

— I dopiero wtedy się obudzą te nienasycone hieny!

— A skąd! — studzili go znajomi. — Przerzucą się na coś innego. Im się wydaje, że tych zasobów wciąż będzie wystarczająco.

— A przecież tyle już gatunków wyginęło? Co, nie mają mózgów? Nie potrafią myśleć?

— Mają za grube portfele, które im wszystko umożliwiają. I wciąż jest za dużo biednych osób, które są gotowe na wszystko, byle tylko trochę zarobić.

— To może oni specjalnie utrzymują część świata w biedzie, aby móc nimi manipulować i wykorzystywać? — wreszcie coś mu zaświtało w głowie.

— Wreszcie to zrozumiałeś — ucieszył się prowadzący kolejne zajęcia, które zaczął organizować. — Dlatego warto przede wszystkim zająć się sobą i swoim życiem, bo tych destruktywnych i złych działań innych ludzi jest tak wiele, że żadna osoba temu nie podoła. A wiele działań dobroczynnych to tylko pozory mające uspokoić sumienia zwykłych ludzi. Nie mówiąc o tym, że większość kasy z tak zwanych zbiórek trafia i tak do organizatorów i elit. A do potrzebujących trafia może 2% wpłat ludzi. I tak naprawdę w szerszej skali nic się nie zmienia na lepsze. Tylko technologia się nieco zmienia i nawet Superman nie dałby temu rady.

— To co możemy zrobić?

— Najlepiej zająć się swoim rozwojem, poszerzaniem świadomości i tym samym zmieniać siebie na lepsze, a poprzez to swoje otoczenie, rodzinę i tak dalej.

— I to się komuś udało?

— Wszyscy nad tym pracujemy.

— No dobrze. Ale kiedy będą tego efekty? Kiedy będą namacalne efekty takiej zmiany?

— Już są, tylko na małą skalę.

— No właśnie — jak to zwiększyć. Jak zmienić skalę tych działań na o wiele większą? — nie ustawał.

— Mówi się, że gdy wystarczająca ilość ludzi zmieni się na lepsze i gdy zostanie osiągnięta tak zwana masa krytyczna w ludzkiej świadomości i działaniach, to wtedy wszystko zmieni się na lepsze.

— I ty w to wierzysz? — powątpiewał Jan.

— Tak.

— A ile lat już się rozwijasz?

— Ponad dwadzieścia pięć.

— I widzisz jakieś większe, głębsze zmiany na lepsze?

— No… — zawahał się.

— No właśnie. Mówi się to, mówi się tamto, a tych szerszych zmian na lepsze na świecie jakoś nie widać. Czy to nie są przypadkiem kolejne złudzenia, w które ktoś chce, abyśmy wierzyli? To tak, jak czekanie na powtórne przyjście zbawiciela przez chrześcijan. Może przyjdzie, a może nie przyjdzie. I co wtedy? Już chyba wystarczy dwa tysiące lat czekania? Może z tym rozwojem duchowym — a przynajmniej jego częścią — poprawił się Jan — jest tak samo?

Nauczyciel rozłożył ręce.

— Jeden człowiek wszystkiemu nie poradzi — bronił się. — Czasem nawet ze swoimi problemami ciężko jest się uporać. Przecież o tym wiesz… — nawiązał do ich wczorajszej rozmowy o związkach, nadziejach i oczekiwaniach.

— Jakiś jednak sposób musi na to być.

— Najlepiej się zjednoczyć. Założyć jakieś wspólnoty. Zebrać ludzi zgromadzonych wokół wspólnej idei i wartości.

— To dobry pomysł, ale ile już takich grup było wcześniej? Budda, Jezus, Sokrates, o ile istnieli, gromadzili wokół siebie ludzi. I wielu, wielu innych próbowało zakładać różne grupy czy duchowe komuny. I co, udało im się? Część przetrwała, ale raczej się przeistoczyła, a może nawet i zdegenerowała. Nawet Osho, który gromadził wokół siebie miliony, mówił mądrze i miał miliony do dyspozycji, raczej marnie skończył.

Nauczyciel znowu rozłożył bezradnie ręce.

— No jakoś nie widać tych wielkich zmian na lepsze w szerszej perspektywie. Owszem są zmiany, ale chyba głównie techniczne, technologiczne. Choć wiele wynalazków było blokowanych przez różne grupy. A przyzwyczajenia, zwyczaje i obrzędy wielu społeczności nadal pozostają często rodem z przysłowiowego średniowiecza — kontynuował Jan.

— To prawda. W niektórych grupach w Afryce jeszcze nadal dziewczynkom wycina się łechtaczki, albo w innej społeczności chłopcom usuwa się w napletki.

— To chore jest! Jak można okaleczać ludzi, a właściwie dzieci i to w tak młodym wieku? Przecież to jest trauma na całe ich życie.

— Zgadza się. Pamięć o tym z pewnością zapisuje się w pamięci komórkowej i powoduje, że…

— … są słabsi, albo pełni lęków lub obaw, których przyczyn nie znają — olśniło go.

— No właśnie.

I wtedy Jan aż otworzył usta ze zdumienia.

— A może to nie są żadne rytuały religijne, tylko czyjeś celowe działania, aby wpłynąć na ich psychikę i uczynić ich bardziej podatnymi na wpływy, na indoktrynację? A religia jest tylko przykrywką dla tych działań.

Nauczyciel przez chwilę się nad tym zastanawiał. Nigdy tak wcześniej o tym nie pomyślał. W końcu pokiwał głową.

— Może tak być.

— Zatem oni w dzieciństwie są w pewnym sensie torturowani po to, aby potem robili to, co im się każe. Bo potem łatwiej przyjmują te wszystkie nakazy, zakazy i bzdurne prawa sprzed setek lat i w ogóle ich nie kwestionują. Są jak zwierzęta, którym spiłowano kły i pazury. Nie mają pełni swoich sił ciała i umysłu.

Zawsze dziwiło go to, że pewne nacje wykonują od tak wielu lat te same obrzędy, te same gesty, rytuały a nawet noszą te same stroje.

— Żeby one chociaż wesołe były, albo kolorowe. Ale nie — smutne i brzydkie. I tylko kasa się dla nich liczy… — dodał jeszcze.

— No cóż…


I na takich rozmowach z różnymi ludźmi upływały mu kolejne tygodnie. Pisał też liczne maile do różnych wpływowych i znanych ludzi, organizacji oraz fundacji, ale wszędzie widział po pewnym czasie, że ich działania, choć cenne i wartościowe, są jak gaszenie pożaru jakiegoś lasu za pomocą wiaderka wody. Odrobinę to pomagało, ale na krótko i na bardzo małym obszarze.

Zmęczył się tym w końcu i po wzięciu udziału w kilku protestach przeciw wycince starych drzew, powstawaniu jakiejś fermy zwierząt futerkowych, nielegalnym składowiskom śmieci i ściekom spuszczanym do rzek, w których aktywnie uczestniczył, uszła z niego nieco para.

— Tak się można zarobić na amen — skomentował to, gdy poznana na protestach Jola zachęcała go do kolejnych działań, tym razem przeciwko truciu pszczół przez rozpylane pestycydy.

— Dawaj, jedziemy! — zachęcała go. — Trzeba ratować naturę, nim ją zniszczą do reszty — była pełna nadziei i entuzjazmu. Nieco młodsza od niego zachowała jeszcze swój młodzieńczy wigor i entuzjazm. Też była wegetarianką i ubierała się w te kolorowe stroje przywiezione z Azji, Bali i Indii, po których podróżowała i gdzie brała udział w medytacjach w różnych aszramach. Rozumieli się i miał wrażenie, że się jej podobał.

— I myślisz, że dasz radę coś naprawdę tym zmienić?

— Bez takich jak my niejedna puszcza poszła by już dawno pod nóż. Specjalnie wycinają te stare, kilkusetletnie drzewa, bo one mają mądrość i świadomość. Chcą nas już całkiem ogłupić i pozbawić naszych korzeni w naturze. Ale nie damy się! — zawołała wesoło i odtańczyła krótki taniec wojenny Chirokezów, którego się niedawno nauczyła.

Podobał mu się jej biust i oczy. Tej nocy została u niego. I tak zostali parą.


Znowu nabrał chęci do działania i przez kolejne miesiące jeździł wraz z nią na kolejne spotkania, pikiety, wystąpienia i protesty. Jej ogień w oczach i lędźwiach dodawał mu sił i zachęcał do bycia z nią.

Oczywiście skupiał się też na zajęciach, które organizował, bo z tego były pieniądze. Bo te wszystkie wspólne, ekologiczne działania, to były raczej same wydatki, nieprzespane noce i użeranie się z głupcami, którzy najchętniej wszystko by zabetonowali, wyrównali i skosili.

— Takich ludzi produkują teraz szkoły — utyskiwała Jola. — We łbach muł i trociny, ale mniemacie o sobie wyższe od Everestu. I każdy chciałby być pępkiem świata, choć nawet posprzątać po sobie śmieci pacan nie umie, jak idzie do lasu.

Co ci kretyni mają w tych łbach, że mają siłę nanieść na jakiś piknik tego niezdrowego żarła, jakieś chipsy, piwo, a potem te przymuły nie mają siły, aby zabrać ze sobą puste opakowania i wyrzucić do kubła u siebie w domu, czy jakiegoś innego. Kiedy oni się nauczą to robić w normalny sposób?

— Fakt — pokiwał smutno głową Jan. — Najgorsze jest to, że nawet kobiety stają się nieczułe na piękno, na środowisko i tak samo śmiecą. Ostatnio widziałem jak taka paniusia w parku zjadła pizzę, a potem wstała i odeszła, zostawiając na trawie karton po niej. Myślałem, że podejdę i zdzielę ją w pysk. Smarkula jedna.

— I co?

— A nic. Jakiś starszy pan zwrócił jej uwagę, to go jeszcze zwymyślała. A on tylko się zasmucił, wziął i wyrzucił to opakowanie do pobliskiego kosza. On umie, a taka gówniara nie umie.

— To nie są ludzie. Co najwyżej jakieś zdziczałe cyborgi. I dlatego to, co robimy, jest takie ważne. W zasadzie edukację ekologiczną powinno się już zacząć w przedszkolach, żeby maluchy nabrały nawyków.

— Ale rodziców nie wyręczysz — wzruszył ramionami. — Przecież to oni kształtują dzieci przede wszystkim. Przynajmniej na początku. Bo potem, to bywa różnie. Dzieciaki znikają w internetach, jutubach i instacośtam i tam wynajdują sobie idoli, którzy jedynie co potrafią, to umalować sobie ryja jakimś świństwem albo nażreć się syfem i barwnie o tym opowiadać godzinami.

— Albo grają w te odmóżdżające gierki. Najgorsze jest jednak to, że wielu chce być jak oni, bo firmy dobrze płacą za reklamę tym, którzy są popularni w sieci.

— To jakieś nowe oblicze głupoty i degeneracji mentalnej. Dobrze, że chociaż jest parę kanałów, na których można obejrzeć ciekawe odkrycia i wnioski dotyczące przeszłości ziemi, prawdziwej historii i tych manipulacji, którym nas poddają w szkołach, a o których nie wiedzą nawet nauczyciele.

— Kto ma władzę, ten pisze podręczniki — machnęła ręką i zalała herbatę.- I tym sposobem już po dwóch pokoleniach kłamstwa, które ktoś kiedyś napisał, stają się obowiązująca prawdą. Niewielu chce się sprawdzać informacje i wyciągać samodzielnie wnioski.

— Prawda. I trzeba jakoś temu zaradzić — powiedział z mocą, sięgając po kubek aromatycznego napoju. Miał jakieś dziwne przeczucie, jakby coś, gdzieś daleko za mgłą ukazało mu kilka fragmentów ogromnej układanki, niby kilka kęp trawy na rozległej łące. Za nimi jednak była już tylko gęsta ściana nieprzeniknionej, nienazwanej i niewidocznej przestrzeni, w której właśnie układała się przyszłość. Popijał łyki herbaty i poddał się temu uczuciu, które powoli i lekko do niego napływało.

I na takich i temu podobnych rozmowach spędzali czas. Poza medytacjami, czytaniem wspaniałych, inspirujących książek i długim kochaniem się.

Jej dotyk powodował, że wibrował szczęściem i niemal już całkowicie zapomniał o tym, co zrobiła mu Gośka. Nowa fala energii wypierała starą.

A potem, po dniach sielanki, pakowali się do pociągów, albo zabierali ze znajomymi autem na kolejne miejsca, gdzie trzeba było ratować resztki przyrody, zabytków i czystych strumieni, po które wyciągali swe pazerne łapska ludzie bez serca i sumienia.

Te wspólne chwile dużo mu dały. Lubił jej obecność, pasję, usta i ten radosny błysk w oku. Była trochę niesfornym dzieckiem natury, a przy tym dość dobrze zorganizowaną kobietą i namiętną kochanką. Dorównywała mu intelektualnie i świetnie się rozumieli. Było mu z nią nawet nieco lepiej niż z poprzednią. Dlatego pomimo tego, że praca pochłaniała go coraz bardziej, to robił wszystko, aby wszędzie z nią być. Ale to nie było łatwe, bo coraz częściej jeździła w różne zakątki kraju. A teraz jechali za granicę, na spotkanie podobnych im pasjonatów.

Ustalali tam wspólne działania i terminy kolejnych akcji. Jola była pełna nadziei i podekscytowana. Wieczorem rozpalili ognisko i wspólnie śpiewali oraz tańczyli do późna w nocy. Te szamańskie klimaty mocno ją pociągały. Jedni grali na bębnach, inni na kastanietach i didgeridoo. Te pradawne instrumenty tworzyły wspaniały, medytacyjny nastrój, który roznosił się po lesie.

Upojeni tańcem zasnęli w namiocie.


Gdy rano się przebudził i spojrzał na zegarek, był przerażony. Przespali godzinę odjazdu jedynego sensownego pociągu powrotnego.

— No i co? Nic się nie stało — powiedziała ziewając.

— A i owszem. Mogę się spóźnić na warsztaty. I jak to będzie wyglądało? Organizator, który sprawdza listę obecności i rozlicza się z kasy, ma zawieść? Co pomyśli o mnie prowadzący?

— Damy radę — uspokajała go. — Zaraz zorganizujemy jakieś auto.

Szybko przetarła oczy i wyszła z namiotu. Porozmawiała z kilkoma osobami, które już wstały i ustaliła, że jeden kolega będzie się zbierać za godzinę. Najważniejsze było to, że mógł ich zabrać swoim samochodem.

— No i super. Zbieramy się — powiedział tylko, gdy mu przekazała te informacje.

Szybko złożyli namiot, śpiwory i karimaty.


To nie był łatwy powrót. Auto było zdezelowane, a kierowca jechał powoli, może dlatego, że wciąż palił jakiegoś skręta nie wiedzieć z czym. Jego podkrążone oczy też nie świadczyły o nim najlepiej.

Na szczęście Jola go trochę znała i nawiązali dobry kontakt. Na miłej rozmowie upłynęły im dwie godziny jazdy.

Podrzucił ich na dworzec autobusowy, skąd mieli odjazd za około godzinę. Jan cieszył się, że zdążyli, bo i o to się obawiał. Na szczęście mieli zapas czasu, więc poszli kupić coś do zjedzenia i picia.

Dobrze zaopatrzeni na dalszą podróż, kupili bilety i usadowili się na miejscach. To był autokar szybkobieżny, międzynarodowy, więc jeszcze były nikłe szanse, że zdążą na czas.


Podróż przebiegała ekspresowo. Autokar połykał kolejne kilometry, niczym pelikan świeże ryby — szybko i łapczywie. Nie przewidzieli tylko jednego. Że na autostradzie, którą pędzili, będzie korek.

— Nosz kurde! — wkurzył się Jan. — Że akurat dzisiaj coś się stało.

Jola zrobiła kwaśną minę, ale próbowała go pocieszać.

— Może szybko minie.

Jan tylko westchnął. Przez pół godziny poruszali się jak żółw stepowy na wakacjach.

Jan wypuszczał tylko powietrze przez ustaw wydęte w trąbkę, aby co nieco się uspokoić. Nic to jednak nie dawało. W końcu postanowił zadzwonić do prowadzącego i osoby obsługującej salę.

— Halo? Cześć Stefan. Wiem, wiem… ale na drodze duży korek i obawiam się, że mogę się trochę spóźnić. Powiem panu Radkowi, aby wszystko na sali przygotował… Tak, sprawdzę na przerwie. Dobrze… No postaram się… Tak, robię co mogę… Będę jak najszybciej. Cześć.

Jan się rozłączył i szybko zadzwonił do pana Radka, który miał klucze do sali i się nią opiekował. Powiedział mu, co trzeba było tam zrobić, aby ludzie czuli się komfortowo na zajęciach i wreszcie mógł odetchnąć.

— No i widzisz. Wszystko będzie dobrze — uśmiechnęła się, widząc jego spokojniejszą twarz.

— Ta… O ile wreszcie ruszymy — spojrzał przez przednią szybę na sznur aut przed nimi.

I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, obie linie aut ruszyły do przodu niemal jednocześnie.

— Widzisz — ucieszyła się. — Cuda jednak się zdarzają.

— Haha — może i tak. Zobaczymy.


Cud jednak okazał się połowiczny, bo potem był jeszcze jeden przestój, więc nawet nie miał czasu wpaść do domu. Na szczęście wszystkie potrzebne dane uczestników miał w telefonie, więc od razu pojechał na zajęcia.

Prowadzący, mimo, że już razem mieli kilka warsztatów, spojrzał na niego krzywo. Spóźnił się całe dwie godziny. Nie wyglądało to najlepiej, ale co było robić.

Na najbliższej przerwie ogarnął wszystkie sprawy organizacyjne i finansowe grupy. A podczas przerwy obiadowej przeprosił Stefana i próbował wprowadzić trochę humoru do całej grupy uczestników. Nawet mu się to udało, więc wszyscy byli zadowoleni. Dwa dni zajęć upłynęły mu szybko.

Natomiast Jola już obmyślała kolejny wyjazd. Tym razem chodziło o gatunek zagrożonych ptaków, które nowy właściciel terenu chciał pozbawić siedliska.

— Wiesz Jola, chyba muszę nieco przystopować. Trzeba przypilnować tych warsztatów.

— To nie chcesz jechać? — zmartwiła się.

— Chcę, ale wolę tu zostać. Za kilka dni kolejne zajęcia, a przecież z tego żyjemy.

— Przecież mam jeszcze trochę oszczędności i dorabiam na tłumaczeniach, to co się martwisz?

— Tak, ale kasa szybko topnieje przez te wyjazdy. A kto wie, co będzie dalej.

— Jak to, co będzie? Przecież osób prowadzących różne zajęcia rozwojowe, medytacje czy koncerty mis i gongów jest wiele i zawsze możesz z kimś z nich je współorganizować. A nawet mógłbyś już sam jakieś poprowadzić. Jesteś oczytany, długo też słuchasz tych różnych prowadzących. Powinieneś sam już wystartować.

— Tak myślisz?

— Jestem o tym przekonana. Dobrze by ci poszło.

— Okej, pomyślę o tym — powiedział z namysłem. To była ciekawa propozycja. I chociaż co prawda kiedyś już o tym myślał, to jakoś nie brał tego na poważnie. Wolał, aby to inni mówili i prowadzili wielogodzinne czy kilkudniowe zajęcia. On w tym czasie notował, myślał i zastanawiał się, co dalej robić ze swoim życiem oraz jak pomóc światu. — Może jednak i na to przyszła teraz pora? — zastanawiał się.


A więc tym razem, po raz pierwszy od kiedy byli razem, Jola sama pojechała na akcję, jak to nazywali w swoim żargonie. A on został w domu i postanowił dopieścić najbliższe warsztaty. Przy okazji przyjrzał się rachunkom i stwierdził, że zarówno ceny żywności podskoczyły ostatnio, a i opłaty związane z ich wyjazdami nie były małe.

— Sporo — powiedział tylko, gdy podsumował ostatnie wydatki.

Na szczęście w planach miał kolejne zajęcia, więc o finanse był spokojny. Dobrze mu też zrobiło te kilka dni samemu. Miał więcej czasu, aby pomedytować, przemyśleć co nieco i zająć się mieszkaniem, które ostatnio zaniedbali. Porządnie poodkurzał i umył podłogi. A potem umył wszystkie okna i wytarł kurze na meblach. Nie przepadał zbytnio za tym, ale lubił czysto mieszkać.

Gdy wreszcie skończył, spojrzał z radością na swe dzieło. Teraz to mieszkanie znowu wyglądało schludnie i radośnie. Czuło się tu dobrą, ożywczą energię. Nawet kwiaty wydawały się być zadowolone z tej przemiany.

— To lubię — powiedział ucieszony i zabrał się do czytania nowej książki. Sącząc pyszną herbatę z dzikiej róży i podjadając chleb z miodem, raczył się kolejnymi duchowymi ideami, którymi wypełniał swój umysł i serce, niczym pszczoły swój ul.


— Widzisz, dobrze, że zostałem — powiedział, gdy zadzwoniła Jola i przekazała mu, że zostaje nieco dłużej na wyjeździe. Okazało się, że impreza się przedłużyła, a ogrom nowych prac, które trzeba było wykonać dla ratowania kolejnych zagrożonych miejsc w naturze, był naprawdę olbrzymi.

— Chyba od razu tam pojadę — mówiła mu o zbliżającej się akcji.

— Czyli nie będziesz w weekend?

— No nie dam rady.

— Hm… a musisz tam jechać?

— No muszę. Przecież samo się nie obroni. Ktoś musi namalować plakaty, zebrać ludzi i podpisy pod petycjami.

— A czy tym razem wyjątkowo nie mógłby zrobić tego ktoś inny? — nalegał, bo zaczynało mu jej brakować.

— A co stęskniłeś się? — dało się usłyszeć jej radosny ton.

— Trochę.

— Nie bój żaby. W środę powinnam być.

— Powinnaś? A co się jeszcze szykuje?

— No wyszła sprawa jednej rzeki. Nie będę ci tu nawijać, ale jakaś firma wlewa do niej ścieki. I trzeba dorwać tę kanalię. Już my jej damy popalić. Wlejemy im to świństwo do gardeł! — piekliła się. — A potem…

— A potem może wreszcie wrócisz?

— Zobaczy się. Natura wzywa.

— Moja natura też cię wzywa.

— Uuu… Janek, ty to napalony jesteś… I tak trzymać, hihihi — zaszczebiotała. — Wrócę, nie martw się.

— Okej.

— To na razie.

— Trzymaj się.


W środę jednak nie przyjechała. Dopiero po dwóch tygodniach umęczona i umorusana pokazała mu się we drzwiach.

— No nareszcie — powiedział z wyrzutem, a ona mu się tylko rzuciła na szyję.

— Wreszcie…

— Fakt. Najwyższa pora — mówił całując jej usta, policzki i oczy, które stawały się coraz bardziej błyszczące i wysyłały w jego kierunku radosne iskierki.

— Daj mi chwilę — powiedziała i powlokła się do łazienki.

To jednak trwało znacznie dłużej. Najpierw godzinna kąpiel, potem pranie wszystkich rzeczy i odpoczynek.

Przygotował jej kolację, a ona praktycznie zjadła ją w jednej chwili. Uśmiechnęła się i położyła na tapczanie.

— Zdrzemnę się na chwilę — powiedziała zamykając oczy.

Po chwili jednak dało się słyszeć, jak delikatnie pochrapuje.

Jan podszedł do niej i z czułością otulił ja kocem.

— Mój ty skarbie… — uśmiechnął się tylko i też poszedł spać. Miał przeczucie, że z baraszkowania dzisiaj nici. Była kompletnie padnięta.


Nad ranem poczuł, jak ktoś się wsuwa pod kołdrę i delikatnie do niego przytula. Uśmiechnął się tylko przez sen i objął ją ramieniem.

Może z godzinę tak spali, a potem poczuł na swoich ustach delikatne całusy. Gdy otworzył oczy, zobaczył jej uśmiechnięte oczy i poczuł coraz mocniejsze pocałunki. Objął ją jeszcze mocniej i smakował z rozkoszą jej chętne usta. Był wczesny poranek, a oni stęsknieni swojej obecności kochali się długo, powoli i namiętnie.

Całował jej szyję, piersi i brzuch. A potem gładził po plecach, nogach, pośladkach i udach. Zdjął jej majteczki niemalże jednym ruchem i wszedł w nią spragniony. Jęknęła lekko i chwyciła go mocniej za plecy, jakby chciała się wczepić w jego ciało.

To była słodka melodia dwóch ciał i serc wypełnionych miłością. Jej brzmienia i akordy trwałyby długo, gdyby nie dzwonek od domofonu. Zadzwonił natarczywie kilka razy. Początkowo ignorowali ten dźwięk, ale po chwili Jola zaczęła zwalniać swoje ruchy.

— Poczekaj… — wyszeptała mu do ucha i wstała.

Zdziwił się.

— Halo… Dobra, spokojnie, nie pali się. No mówiłam, że tak… — słyszał jej głos z korytarza.

— Kto to? — kołatało mu się w głowie.

Gdy wróciła do pokoju wymownie na nią spojrzał. Wyczuła, że coś podejrzewa.

— No dobra… — powiedziała w końcu. — Dzisiaj jest pikieta w naszym mieście.

Gdy zrobił skwaszoną minę, szybko dodała.

— Nie chciałam cię martwić. Dlatego nic wcześniej nie mówiłam.

— Aha — odparł tylko poirytowany. Ale nagle coś zaświtało w jego głowie. — A jakby akcja była w innym mieście, to byś nie przyjechała? — przyszpilił ją wzrokiem.

— No coś ty? Przyjechała bym… tylko później — spojrzała mu w oczy z

lekkim poczuciem winy i przepraszając.

— Aha. To nie mógł zadzwonić?

— Wyłączyłam telefon, bo wiedziałam, że będzie się dobijać od piątej rano.

— Mh…

— Przepraszam cię Jasiu — przytuliła się mocno.

— I co teraz? — był lekko rozdrażniony.

— Poleżymy jeszcze chwilkę — położyła mu rękę na piersiach i zaczęła go delikatnie gładzić. — A potem będę musiała się zbierać — przylgnęła do niego bokiem głowy.

Jan zrobił tylko głęboki, głośny wydech, aby się uspokoić.

— Oj… muszę tam iść. A wiedziałam, że będziesz się chciał wyspać przed jutrzejszymi zajęciami, więc cię tam nie ciągnę.

— Czyli to jest ważniejsze ode mnie, tak? Od nas?

— Nie… Wiesz, że nie. Ale to się dzieje teraz i ta sprawa nie może czekać.

— A ja mogę? — spojrzał jej w oczy.

— Jesteś kochany, więc rozumiesz.

— Tak… Wszystko rozumiem.

Przytuliła go jeszcze mocniej, ale już nie reagował. A gdy wstała, nakrył się tylko kołdrą, obrócił na bok i próbował zasnąć.

Słyszał, jak krząta się po kuchni i pakuje jakieś rzeczy.

— Tak to jest związać się z idealistką — pomyślał wyraźnie wkurzony.

Słyszał jeszcze, jak weszła po cichu do pokoju.

— Jasiu, idę — powiedziała cicho słodkim głosem.

— Mh… — zamruczał tylko, a ona delikatnie pocałowała go w policzek i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi.

To była słodka noc i gorzki poranek.


Zajęcia były udane. Szlifowali zagadnienia dotyczące poczucia własnej wartości i pracowali z „wewnętrznym dzieckiem”. Był to aspekt osobowości, który miał każdy, a który odpowiadał za różne potrzeby, jakie kiedyś były ważne, gdy było się dzieckiem.

Niektórzy otrzymywali wtedy od rodziców mnóstwo wsparcia i miłości, a inni mieli niedobory czułości, dotyku, a nawet obecności któregoś z rodziców lub ich obojga.

Nie było też łatwo osobom, które zetknęły się z jakimś uzależnieniem czy nałogiem rodziców. Wtedy często cierpieli z powodu emocjonalnego chłodu, braku miłości, wsparcia, uwagi i docenienia. Mieli też traumy po różnych wydarzeniach, gdy ich rodzice byli nietrzeźwi. Część osób musiała się również uporać z tym, że jako dzieci nie byli chciani, a nawet uważani za niepotrzebnych.

To były trudne tematy, nic więc dziwnego, że lało się na tych warsztatach mnóstwo łez, bo osoby, które sobie przypominały różne takie wydarzenia z dzieciństwa, mierzyły się z emocjami uwięzionymi w ciele lub podświadomości, które wtedy mieli w sobie. A teraz próbowali je z siebie wypłakać, wytrząść, a nawet wykrzyczeć. Chodziło o uwolnienie tych emocji i przetransformowanie ich lub zastąpienie czymś o wiele lepszym — miłymi, przyjemnymi uczuciami, albo spokojem i wybaczeniem sobie i rodzicom. To ostatnie było nawet najlepsze, bo połączone ze zrozumieniem, kończyło przechodzenie niektórych wzorców z pokolenia na pokolenie. Od pradziadków na dziadków, a od nich na rodziców i potem na dzieci, które obecnie były już dorosłymi.

Uczestnicy uczyli się, aby na nowo uwierzyć w siebie i docenić swoją wartość, nawet pomimo tego, że nie wierzyli w nich i ich umiejętności nawet ich właśni rodzice lub inne bliskie im osoby. Ludzie uczyli się również doceniać swoje dobre cechy i je rozwijać. Poznawali, jak stawiać granice — mentalne, psychiczne i energetyczne, a nawet fizyczne wobec osób i wydarzeń, które nie wnosiły w ich życie nic dobrego. Pracowali też nad rozwijaniem asertywności i ochroną, obroną swojej własnej indywidualności oraz terenu, na którym chcieli czuć się bezpiecznie i komfortowo.

To były bardzo intensywne i momentami nieco wyczerpujące zajęcia. Pracowali indywidualnie — z testami skojarzeń, kiedy to odpowiadali pierwszą myślą lub skojarzeniem na pytanie zadawane przez prowadzącego, albo też w parach, aby przećwiczyć nowe wzorce zachowań, pozytywne afirmacje lub powiedzieć sobie szczerze, co kogo bolało w przeszłości lub co teraz czują. Miało to duże znaczenie, bo osoby, które kiedyś przeżyły sporo nieprzyjemnych chwil czy traum, często zamykały się w sobie, otoczone pancerzem z napiętych i zastygłych mięśni, które mimowolnie się wtedy kurczyły. A z taką osłoną od tamtych osób i świata, trudniej było im wsłuchać się w siebie i powiedzieć, a tak naprawdę zdać sobie sprawę z tego, co naprawdę czują. Bo wtedy nie chcieli wcale czuć tych emocji, zwłaszcza, że trwały one o wiele za długo, zwłaszcza dla ich dziecięcej wtedy psychiki. Nic zatem dziwnego, że gdy puszczały te bariery, lały się łzy, uwalniały emocje i ciało rozluźniało się, a na twarzach pojawiały się wreszcie dawno nie widziane uśmiechy rozluźnienia.

Dzięki tym wszystkim ćwiczeniom, które robili, podświadomości tych osób uwalniały dawne emocje, a ciała i umysły puszczały napięcia i uspokajały się nieco. A potem po takim uwolnieniu byli w stanie nauczyć się nowego sposobu postrzegania siebie, ludzi i świata. Znikały zabrudzone i zdeformowane filtry, poprzez które na nie patrzyli. A dzięki życzliwości prowadzącego i wsparciu wszystkich uczestników, wzrastała ich samoocena i na nowo zaczynała kiełkować wiara we własne siły oraz możliwości. Niektórzy uśmiechali się po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Budziła się też w nich dawno uśpiona radość i zadowolenie z siebie i życia. Zaczynali spokojnie, miarowo i głęboko oddychać. A dzięki temu mogli się wreszcie wyciszyć, uspokoić i zacząć planować to, czego naprawdę chcieli, aby zacząć żyć zgodnie z pragnieniami i potrzebami swojego własnego serca i duszy. Wreszcie mogli zacząć żyć swoimi własnymi pragnieniami i potrzebami. Mogli usłyszeć swoje wnętrze, które mówiło im, czego potrzebują i co zrobić, aby byli naprawdę szczęśliwi. Tak, jak tego chcieli i tak, jak na to zasługiwali. Zwłaszcza z boskiej, pięknej i dobrej — najlepszej dla nich perspektywy.

Po dłuższej przerwie i zjedzeniu pożywnego obiadu, zapisali sobie swoje prawdziwe plany, marzenia i dążenia. A potem uczyli się, jak je sprawnie i szybko zrealizować. Z mocą i wiarą w siebie, swoje działania, możliwości i osiągnięcia. Zaczynali czuć dobrą energię w sobie i siłę, która od stóp przechodziła w górę ich ciała, napełniając ich mocą i wolą działania oraz samostanowienia o sobie. Dla wielu z nich był to moment przełomowy, bo dotychczas słuchali bardziej niż siebie swoich partnerów, rodziców, a nawet dzieci i to ich zdanie było dla nich na pierwszym miejscu. Czasem oczywiście, zwłaszcza w przypadku małych dzieci, było to dobre na pewien czas, ale potem niszczyło to ich duszę, samoocenę i wiarę w siebie. Dlatego takie uwolnienie się od podległości innym i wynoszenia ich potrzeb ponad swoje własne, było dla wielu uczestników zajęć niemal krokiem milowym i odkryciem na miarę wynalezienia druku czy samochodu. Wreszcie zauważyli siebie i swoje prawdziwe potrzeby. I nie było to dla nich łatwe, zwłaszcza, że uprzedzeni przez prowadzącego zajęcia, wiedzieli, że ich bliscy będą się przeciwko temu buntować, przyzwyczajeni do ich dotychczasowej uległości w wielu kwestiach. Ale gotowi byli stawić temu czoła i zadbać wreszcie o siebie w imię miłości własnej i stworzenia lepszych norm i zasad we wszystkich swoich życiowych i zawodowych relacjach. Budził się w nich zdrowy egoizm w miejsce dawania się wykorzystywać przez różne osoby. Wiedzieli też, jak unikać pułapki, aby to teraz oni stali się wykorzystywaczami innych.

— Nie tędy droga — mówił prowadzący. — Trzeba znaleźć dynamiczny balans pomiędzy braniem i dawaniem. Pomiędzy dawaniem i braniem. I to zarówno od męża, partnera czy dzieci. Nawet małe dzieci można nauczyć pomagania w kuchni czy sprzątania łazienki. Zobaczcie, jak mało osób mówi sobie dzień dobry, zwłaszcza jeśli mieszkają w blokach. Młodzi nie zostali nauczeni tej podstawowej kwestii. I mijają inne, często starsze osoby udając, że ich nie widzą lub po prostu patrząc jak bezrozumne cielęta. A zauważanie innych jest bardzo ważnym procesem. Poprzez sam akt zauważenia kogoś akceptuje się i aprobuje czyjąś obecność. Mówi się takiej osobie poprzez samo takie spojrzenie, że się ją dostrzega i że ma prawo tu być. A jeśli jest to połączone z ciepłą życzliwością, to dzieje się prawdziwa magia — serca się otwierają i pomiędzy osobami krąży ciepła, sympatyczna energia radości i wspólnoty. A przecież wszyscy jesteśmy jednością podzieloną na wiele elementów, które są zawsze ze sobą w jakieś mierze i w jakiś sposób połączone. Mój oddech łączy się z waszymi oddechami, a nasze oddechy łączą się z oddychaniem drzew, zwierząt i Matki Ziemi. Jesteśmy połączeni i to nie tylko fizycznie, ale kwantowo, energetycznie, mentalnie i duchowo. Dlatego tak ważne jest, aby najpierw zadbać dobrze o siebie, swoje uczucia i emocje oraz swoją przestrzeń. A zaraz potem o wzajemne, dobre relacje z najbliższymi osobami, a potem z dalszymi oraz z wszystkimi innymi. Tylko tak można naprawdę i trwale wprowadzić tutaj pokój, miłość, szacunek z zrozumienie.

Uczestnicy zajęć aż zaklaskali mu, czując jego dobrą energię płynącą z jego serca do ich serc. Mówił szczerze, pięknie i mądrze. Było to dla nich teraz najczystsze i najsmakowitsze pożywienie, jakiego pragnęli. Syciło ich ciała i koiło dusze. Tego potrzebowali najbardziej. Miłości, szczerości i życzliwości. A on popatrzył na nich wzruszony, czując zmianę, jaka się w nich dokonała.

Wraz z kolejnymi godzinami przechodziła im coraz bardziej ochota, aby podążać za tłumem, czy wytycznymi i pomysłami innych ludzi, czy rodziny. Często też musieli się zmierzyć z presjami czy wymaganiami swoich partnerów czy partnerek, jeżeli te były dla nich szkodliwe lub toksyczne. A to było już naprawdę spore wyzwanie, bo pomiędzy bliskimi sobie ludźmi było sporo różnych zależności, przywiązań i uwikłań. I to zarówno tych świadomych, jak i podświadomych, których często w ogóle nie dostrzegali, ani nie czuli.

Jan uczył się wiele na tych i innych, podobnych zajęciach. Dużo notował i obserwował zarówno prowadzących, jak i uczestników. Dojrzewał powoli do decyzji, że i on mógłby poprowadzić takie zajęcia. Sporo przeczytał na ten temat i dużo rozumiał. Z czasem nawet spostrzegł, że jego wnioski i intuicyjne wglądy na jakiś temat były trafniejsze i bardziej przejrzyste od niektórych prowadzących zajęcia. To dało mu do myślenia. Nauczył się też posługiwać wahadłem i niekiedy sprawdzał przy jego pomocy różne sprawy. Szło mu też coraz lepiej w wyczuwaniu energii dłońmi i kierowaniu jej tak, aby działała leczniczo i harmonizowała energię, stan ciała, albo jakiegoś narządu u niego lub kogoś innego. Potrafił też intuicyjnie powiedzieć, co komu dolega i jaki jest stan jego organów. Bardzo go to cieszyło i postanowił dalej rozwijać się właśnie w tym kierunku. Czuł, że ma do tego prawdziwy talent.

Z czasem zaczął obserwować, że na rynku rozwoju duchowego i osobistego sporo było prowadzących, którzy wychowali się na zagranicznych wzorcach sprzedawców bezpośrednich, którzy jedyne, co chcieli wywołać w słuchaczach, to chwilowy hiperentuzjazm i przekonanie, że mogą wszystko.

— Ciekawe, czy jak zamachają rękami, to wzbiją się w górę i polecą jak ptaki? — podśmiechiwał się z nich czasem. Ale zaraz sobie przypomniał, jak to widział w internecie dwa filmiki, na których ludzie lewitowali i które to nagrania wyglądały na autentyczne. — Więc może rzeczywiście wszystko jest możliwe? — zastanawiał się. — Kto wie, jakie jeszcze siły drzemią uśpione w człowieku. Ponoć nie wykorzystujemy wszystkich genów ani całego potencjału mózgu. Ale jak to uruchomić? — dumał. — Pewnie potrzeba do tego silnej determinacji i wiary — takiej bez cienia wątpliwości. Tylko kto taką ma? — uśmiechnął się, przypominając sobie „skok wiary” nad przepaścią z filmu o przygodach znanego archeologa.


No i stało się to, czego się obawiał.

— Cześć kochanie — usłyszał wieczorem jej odrobinę wesoły głos w telefonie.

— Tak? — zapytał, coś przeczuwając.

— Jasiu, proszę cię, tylko bądź spokojny…

— Ja jestem spokojny — powiedział lekko podniesionym głosem.

— Pojawiła się kolejna akcja… No muszę z nimi zaraz jechać.

— Gdzie znowu?

— Za granicę.

— Oszalałaś?! — wrzasną do słuchawki. Czy to nie może poczekać?

— Chcą wyciąć setki hektarów lasu. Proszę, nie złość się. Tym razem szybko wrócę, zobaczysz.

— Ta…

— A co u ciebie, jak zajęcia? — próbowała odwrócić jego uwagę.

— Super…

— No to świetnie.

— Masz chociaż jakieś rzeczy na zmianę?

— Coś mam, wystarczy. Przepraszam…

— No dobra, skoro tak wybrałaś…

— No tak się porobiło. Trzeba tego dopilnować, bo zaorają naszą ziemię.

— I zawsze to musisz być ty?

— Kochanie… a znasz kogoś lepszego ode mnie? — powiedziała z wyczuwalnym, miękkim uśmiechem.

Co miał na to odpowiedzieć? Wzięła go trochę pod włos.

— Trzymaj się ciepło. Zobaczysz, że prędko się zobaczymy, a wtedy wszystko ci wynagrodzę.

Westchnął tylko ciężko, słysząc jej słowa.

— Ale teraz muszę się już zbierać. Powodzenia.

— Okej, miłej drogi. Niech ci się tam wszystko uda.

— Pa, cmok. Miłych snów — dodała wesołym tonem i się rozłączyła.

Wyczuł, że pomimo całego swojego entuzjazmu, ona też była nieco smutna. Wiedziała przecież, co się dzieje z parami, które zbyt długo spędzają czas osobno.

Janowi wcale nie było teraz do śmiechu. Westchnął znowu i spakował się na kolejny dzień zajęć jutro.

Miał iść spać, ale tym razem usiadł do długiej medytacji. Chciał pozbierać te ostatnie wydarzenia i się głęboko wyciszyć. Potrzebował inspiracji i chwili głębokiej ciszy — takiej tylko dla siebie, ze sobą i swą wewnętrzną mądrością, która się wtedy pojawiała.

Usiadł z wyprostowanym kręgosłupem i zamknął oczy. Oddychał spokojnie i miarowo, aż jego własny umysł stawał się coraz bardziej cichy i zrelaksowany. Myśli, które na początku płynęły w jego głowie wartkim strumieniem, uspokajały się, niczym rzeka, która z gór dostała się na równiny. Chwilę potem zaczęły się pojawiać w jego umyśle tylko pojedyncze zdania, a po dłuższym czasie już tylko wyrazy i to oddzielone od siebie przerwami kompletnej ciszy i spokoju. Aż w końcu jego świadomość obserwowała tylko spokojny wdech i wydech, które działy się w naturalnym rytmie. Był świadomy również tego, że przez jego głowę nie przepływała już ani jedna myśl. Osiągał powoli i wytrwale mistyczny stan głębokiej, pełnej medytacji.

Trwał w niej ponad godzinę, choć wydawało się, jakby to były zaledwie trzy minuty.


Miał dziwny sen. Śniło mu się, że wspina się na jakąś wielką górę. Szedł stromym zboczem, spocony i zmęczony, ale mocno zdeterminowany, aby osiągnąć swój upragniony cel. I nawet ciężki plecak, jaki niósł, nie spowalniał jego marszu. Cieszył się, że jest coraz bliżej szczytu. I gdy już zbliżał się niemalże na wierzchołek, jakiś kamień usunął mu się spod stopy i poleciał w dół. W ostatniej chwili uchwycił się jakiejś gałęzi, czy niewysokiego drzewa, a jego stopy zawisły nad przepaścią. Jan z trudem złapał oddech i równowagę. A potem… otworzył oczy.

Rozejrzał się uważnie po pokoju. Spojrzał z krzywą miną na puste miejsce obok siebie na łóżku. Przetarł oczy, ziewnął i nieśpiesznie wstał. Poszedł do łazienki i szybko się umył. Był gotowy na dzisiejsze wyzwania i nauki. Jego serce pełne było nadziei. Postanowił też uważniej patrzeć pod stopy. — Kto wie, co oznaczał ten sen? — zastanawiał się, jadąc na miejsce, gdzie odbywały się zajęcia.


Miał do wyboru — albo będzie się teraz wściekał na to, że kolejna kobieta wybrała inne ważniejsze sprawy, niż jego, albo wreszcie zacznie robić coś konkretnego, co uważał za słuszne. Bo już wystarczająco długo się nawnerwiał na tych, którzy mienili się nauczycielami duchowymi czy mistrzami, lub byli za takich uważani, a tak naprawdę, to interesowali się tylko swoimi aszramami, swoimi ośrodkami, swoimi zajęciami i swoją grupą uczniów czy wyznawców. Oczywiście każdy z nich do zarzygania powtarzał, że zajmuje się „kosmiczną świadomością”, „uniwersalną miłością” i uwalnianiem od ego.

— Co oni pieprzą? — wyrwało mu się kiedyś, gdy dostatecznie długo medytował nad tą kwestią. — Czy na tym świecie rzeczywiście zachodzą jakieś wielkie duchowe zmiany? Nie bardzo… Ludzie chyba przychodzą na takie zajęcia po części, bo są złaknieni cudu, albo zaciekawieni innym spojrzeniem na życie, bo ich własne wydawało im się nudne, nieciekawe, albo wręcz głupie czy niepotrzebne. Wielu z nich miało też, tak jak on, złamane serca przez niespełnioną, albo nieszczerą miłość lub życiowe porażki. Byli po prostu umęczeni fizycznie lub psychicznie i szukali wytchnienia. Tyle, że to czasem trwało o wiele za krótko, bo potem powracali w stare nawyki, albo środowisko, które je tłamsiło. A świat wokół wciąż trwał taki sam, bo mechanizmy i systemy dbały, aby im nie przeszkadzano w funkcjonowaniu. Nadal używano ropy, choć ponoć były o wiele wydajniejsze źródła energii. Nadal też wmawiano ludziom, że ta kopalina się kończy, gdy tymczasem gołym okiem było widać, że robili to tylko po to, aby utrzymać ceny na tym samym poziomie. — Zwyczajnie nie chce im się zmieniać linii technologicznych, bo by to wymagało sporego nakładu czasu, sił i pieniędzy. No chyba, że moglibyśmy mieć dostęp do energii, o której wspominał Tesla…

Obserwował uważnie przez kilka miesięcy poczynania wszystkich co ważniejszych i bardziej znanych przywódców duchowych. Jeden mówił o pokoju, inny namawiał do wielogodzinnej medytacji i wyciszenia. Kolejni cały czas mantrowali swoje pieśni, jakby byli katarynkami. Inni godzinami tworzyli z piasku misterne, przepiękne mandale, które następnie niszczyli, niczym niepotrzebne śmieci. Podziwiał też tych wszystkich, którzy z pasją oddawali się hata jodze i wymyślnym asanom.

— To jest może i nawet dobre, ale na krótki czas — machał zrezygnowany ręką. On chciał efektów. Szybkich, niepodważalnych i do tego fizycznych — tu i teraz, a nie gdzie indziej, nie w jakimś świecie duchowym, w świecie energii, tylko tu na tej ziemi, gdzie przebywał, jadł, spał i myślał. Oczywiście spotkał się z koncepcją, że być może w fizycznych ciałach jest tylko część naszej esencji, część duszy, która przebywa w zupełnie innych przestrzeniach wibracyjnych, ale pewności całkowitej nie miał. Wyczuwał tylko, że część tej idei może być prawdą. Ba, nawet trafił na czanelingowe informacje, że żyjemy tutaj w czymś w rodzaju gry, do której przystąpiliśmy poprzez interfejs — coś w rodzaju urządzenia, jakie pokazano w filmie Avatar, gdzie główny bohater wszedł w postać niebieskiego stwora, aby zintegrować się z plemieniem tubylców. A on sam przebywał w czymś w rodzaju skrzyni, z której kierował swoim nowym ciałem, w pełni się z nim utożsamiając i łącząc swoją psychiką, przynajmniej na czas takiego podłączenia.

— To jest nawet ciekawe, kto wie… — zastanawiał się nad tym. — W końcu ponoć konstruują jakieś komputery kwantowe, które mają moc obliczeniową wielokrotnie większą od najlepszych komputerów, które mamy teraz obecnie. Może to wszystko zatem jest tylko jakąś piekielną symulacją? Tylko kto ją zapoczątkował i jak z niej wyjść? No i co wtedy dalej? Znika świadomość, czy się rozszerza?

Nie dawała mu spokoju ta wizja pokazana w jednym z filmów, gdy to okazało się, że świat w którym żyją to tylko program stworzony przez inną cywilizację. I to pytanie, które mu się tliło:

— Czy tamta cywilizacja była już tą rzeczywistą, czy też również była tylko grą stworzoną przez kogoś innego? I ile jest takich pięter? A co jeśli tak jest w nieskończoność — jak we fraktalu?

Niektórzy śmiali się z tych jego rozważań, skupiając się na rozwoju swojej efektywności, wpływu na ludzi i na wzorcach bogactwa, ale on trwał przy swoim.

— Mądry rozważa wszystkie prawdopodobne możliwości, a nie tylko te, do których się przyzwyczaił — myślał. — Czasem trzeba dopuścić do siebie nawet najbardziej nieprawdopodobne i dziwne idee, bo któraś z nich może okazać się prawdziwa, mieć ziarno prawdy, albo doprowadzić nas do jeszcze lepszego rozwiązania.

Jan usiadł do medytacji i zamknął oczy. Przed jego wewnętrznym wzrokiem przelewały się różne obrazy i sytuacje. On jednak nie skupiał się na nich, ale starał się systematycznie uspokajać swój oddech — tak, aby stał się on jak najbardziej naturalny, cichy i delikatny. Gałki oczne pod zamkniętymi powiekami uniósł nieco do góry, aby skupić się bardziej na trzecim oku i pobudzić je do działania. Wiedział, że to pozwala na lepszy kontakt z intuicją, wyższą jaźnią i wewnętrzną mądrością, którą ma każdy z nas. Lepiej też wtedy krążyła energia w ciele.

Już prawie osiągnął wewnętrzny spokój, gdy znowu stanęły mu przed oczami obrazy tych wszystkich kobiet, które mu zaszły za skórę.

— Może nie mam szczęścia do kobiet? — usłyszał swoją myśl. — A może to były nieodpowiednie dla mnie kobiety?

— To ty masz takie wzorce, które przyciągały do ciebie kobiety, które tak postępują z mężczyznami. Zmień swoje nastawienie do kobiet i przekonaj swoją podświadomość, że teraz zasługujesz i przyciągasz do siebie i swojego życia tylko takie, które cię cenią, szanują, kochają z wzajemnością i chcą być z tobą w trwałym, dobrym związku — usłyszał głos jednego z nauczycieli, który mu kiedyś doradzał w tej kwestii. — Popracuj też z wzorcami odrzucenia, które masz z dzieciństwa oraz tymi z wieku wczesnego dorastania, gdy odstawałeś od innych swoją wrażliwością i spokojem. Doceń też każdą z kobiet, z którą byłeś i wypisz ich dobre cechy i co dobrego dzięki nim zaznałeś. To cię otworzy na wdzięczność i przyciągnie do ciebie jeszcze lepszą kobietę.

Jan delikatnie się uśmiechnął na to wspomnienie. Zobaczył teraz przed swoimi oczami Monikę — pierwszą dziewczynę i starał się poczuć, co było fajnego, a co niefajnego w tym związku i pomiędzy nimi. Przychodziły mu różne myśli. Od fajnego seksu po zazdrość i zaborczość, która się czasem u niej przejawiała.

— Może czuła się niedowartościowana, albo nie czuła się dobrze sama ze sobą? — znowu usłyszał głos tego nauczyciela i terapeuty.

— Albo tak została wychowana w domu — przemknęło mu przez myśl. Nauczyciel tylko skinął mu głową i dziewczyna znikła. Pojawiła się natomiast Alicja. Jan ciężko westchnął i podobnie przyjrzał się tej relacji. Ale chyba najbardziej zawiodła go Gośka. To była pierwsza dziewczyna, z którą połączyła go ścieżka duchowa i bardziej świadomy rozwój.

Uważnie przyglądał się tej relacji. Dojrzał swoje dążenia do zespolenia się z nią w tantrycznym uniesieniu i jej obawy co do materialnej sytuacji ich ewentualnej przyszłości.

— Kobieta… — westchnął tylko. — Natura przecież stworzyła ją do rodzenia dzieci. Nic więc dziwnego, że chce dla nich jak najlepiej… Ale mądra kobieta wie też — dodał po chwili — że dzieci przychodzą i odchodzą, a związek z partnerem pozostaje. Więc jest on ważniejszy nawet od dzieci. Przynajmniej dla tych kobiet, dla których dobre partnerstwo jest wartościowe i cenne. Bo są też przecież takie, którym zależy tylko lub raczej na spełnieniu się w macierzyństwie.

Tak uważał i potwierdziła mu to kiedyś historia opowiedziana przez stewardessę latającą różnymi liniami, że tam uczą, aby matka najpierw zakładała sobie maskę tlenową, gdyby była jakaś sytuacja awaryjna, a dopiero potem dziecku. Chodziło o to, że jeśli ona najpierw będzie zakładała maskę dziecku, to może stracić przytomność z niedotlenienia i już mu wtedy więcej nie pomoże.

— I tak samo jest ze związkami. Najpierw liczy się trzon związku — kobieta i mężczyzna, a dopiero potem dzieci. Bez tego trzonu bowiem związek się walił i dzieci też przez to cierpiały.

Oczywiście daleki był od tego, aby ludzie zaniedbywali swoje pociechy, czy nie dawali im tego, co potrzebowały do swego rozwoju i życia, ale coraz bardziej zdegustowany patrzył czasem, jak współczesne dzieci rządziły swoimi rodzicami, wymuszając na nich różne kwestie, od zabawek począwszy, a na destruktywnym zachowaniu kończąc.

— Na za dużo im pozwalają. Nie wychowują ich, tylko pozwalają na wszystko. Nie pokazują dobrych wzorców zachowań, które potem trzeba respektować i wymagać, aż się ich nauczą. W naturze, do której tak wielu chce powrócić i żyć zgodnie z jej prawami, gdy kończy się okres karmienia potomstwa u zwierząt, to najpierw zjada pokarm ojciec, potem matka, a dopiero potem dzieci. No chyba, że jest go dużo lub są roślinożerne.

Oczywiście nie polecał ściśle takiego modelu we współczesnych rodzinach, bo widział ile krzywdy, głównie psychicznej on powodował w różnych kulturach, w których restrykcyjnie był przestrzegany, ale jednak ten szacunek do trzonu rodziny mu się podobał.

— Zatem Gośka, mimo głoszenia szczytnych idei odeszła do innego, bardziej zasobnego mężczyzny. Okej — zrobił głęboki wydech, uwalniając emocje z ich ostatniej rozmowy i tego, jak ich przyłapał razem. Nadal do końca nie wiedział, czy nie lepiej byłoby wtedy podbiec i przylać tamtemu. — Może wtedy nadal byłaby ze mną? Albo tylko skomplikowałbym jej nowe życie, które wybrała, ech… — był nadal pełen wątpliwości. — A może byłem dla niej tylko takim letnim romansem, tylko dłużej trwającym? Może marzyła o czymś takim, uwikłana w swoje sprawy?

Jeszcze przez chwilę po twarzy przebiegał mu uśmiech zadowolenia na wspomnienie kilku różnych szaleństw, które razem przeżyli. To też pamiętał.

— Dobra była… Szkoda, że… A może właśnie nie ma czego żałować, tylko trzeba otworzyć się na coś jeszcze lepszego? To znaczy lepszą kobietę — uśmiechnął się.

— Ale czy Jola była lepsza? To dobra kobieta. Nieco odjechana, ale umie zdrowo gotować i kochać się bez opamiętania, jak dzika kotka — przełknął ślinę, próbując nie rozbudzać swoich rządz, które mogłyby teraz zakłócić tę medytację i rozważania.

— Czy jest lepsza, skoro też mnie opuściła?… Co prawda dla szczytnych celów, ratowania świata, a przynajmniej małego jego wycinka, ale zawsze — zostawiła mnie teraz. A może to tylko chwilowe i niedługo wróci? Tak… — coś mu mówiło, że tym razem to nie będzie krótka rozłąka. Znowu westchnął ciężko i próbował wyrównać oddech, który nieco przyśpieszył.

— Skupiam się teraz na swoim spokojnym i naturalnym oddechu. Moje ciało samo oddycha w najlepszym dla niego rytmie, a ja mu na to tylko pozwalam i neutralnie obserwuję ten proces, w pełni na niego pozwalając — przez chwilę sam sobie prowadził medytację, aby nie zbaczać z głównego kursu tego procesu. Chciał głębiej wejrzeć w swoją obecną sytuację i to, czym miał się aktualnie zająć, aby jego życie biegło w dobrym, korzystnym dla niego kierunku i przynosiło mu większą satysfakcję.

Naraz ujrzał jak błysk siebie na jakimś fotelu. Wokół niego były jakieś ważne osoby, które z uwagą go słuchały, a nawet chyba wykonywały jego polecenia. Zobaczył jakieś samoloty na niebie. Machnął ręką, a one znikły. Ujrzał, jak ludzie kłaniają mu się i proszą o spotkanie i poradę. Widział też migawki informacji w telewizji z jego twarzą. Była tylko nieco starsza, bardziej skupiona i o wiele bardziej wyrazista. Coś, jakby przenikała ją jakaś dziwna moc.

Zdziwiła go ta wizja.

— Co to jest? Co to ma być? Przecież ja w ogóle nie jestem znany? Jestem prawie nikim… No nikim, to może nie — próbował się poprawić w myślach, aby nie afirmować sobie czegoś negatywnego.

— O co w tym chodzi? — próbował skupić się jeszcze przez chwilę na tym i wyczuć, co takiego doprowadziło do tej sytuacji, której jakąś cząstkę zobaczył. Przeczuwał, że to mogła być prekognicja — wyczuwanie zalążków przyszłości, które mogły stać się kiedyś prawdą.

Tym razem zobaczył siebie siedzącego w medytacji przez długie godziny w swoim mieszkaniu. Widział, jak szybko mijały kolejne dni i noce, a on siedział tak, pogrążony w głębokiej kontemplacji i łączył się z boskim poziomem świadomości. To były tygodnie, a może nawet miesiące. Czas przyśpieszał, a pojawiające się za oknem słońce i księżyc migały tylko szybko, niczym światła latarni morskiej gdzieś w oddali.

— Ale do czego to doprowadzi? Jaki będzie tego efekt dla mnie i dla innych ludzi?… Co z tego wyjdzie? — znowu uspokoił oddech i wnikał coraz bardziej i bardziej w siebie, aby dotknąć tego poziomu świadomości, gdzie są dostępne takie informacje.

Tkwił już w medytacji długie godziny i zaczął być głodny. Nic już jednak więcej nie zobaczył. Nieco go to nawet rozczarowało.

— Eee… może to tylko moje jakieś marzenia o wielkości czy tym, żeby ludzie wreszcie mnie bardziej docenili? W końcu chyba nawet kobiety, z którymi byłem nie dość mocno mnie doceniały, skoro odeszły. A może to tylko pewne plany mojej podświadomości?

Tylko z Jolą nie wiedział, co jest grane. Postanowił jednak dać jej czas i zobaczyć, co z tego wyniknie w najbliższej przyszłości.

Mimo głodu, postanowił jeszcze chwilę pomedytować. Poprawił się zatem na poduszce, na której siedział i jeszcze raz uspokoił swój oddech. Powoli wciągał powietrze i powoli je wypuszczał. Był świadomy każdego odczucia w ciele i ruchu strumienia powietrza w jego nozdrzach. Czuł delikatne swędzenie w dziurkach nosa na wdechu i lekko cieplejszy strumień przy wydechu. Jego język automatycznie poszedł nieco w górę i dotknął podniebienia tuż ponad przednimi zębami. Dostrzegł ten ruch, choć go nie powodował. Wiedział już, że takie położenie języka zamyka krąg energetyczny i wzmacnia doznania trzeciego oka.

Powoli zapadał się coraz głębiej i głębiej w swoje wnętrze. Był tylko oddech, który obserwował i cisza, która go otaczała i była w nim. Serce mu pulsowało, a jego umysł stawał się coraz bardziej przejrzysty i czysty. Myśli i obrazy znikały, bladły i ukazywała się rzeczywista natura jego istoty — niezgłębiona przestrzeń, w której było wszystko — również on sam.

Jan trwał tak w medytacji już dłuższą chwilę. Niczego nie oczekiwał i niczego nie pragnął. Po prostu był, otwarty na prawdę, inspiracje, pomysły i rozwiązania. Takie najlepsze dla niego i jego sytuacji. Trwał tak, jakby czegoś nasłuchując, bez napięcia i lekko.

I nagle, gdy już stawał się trochę senny i delikatnie przechylił się w prawo, coś się rozświetliło w jego wnętrzu. W jego głowie pojawiło się jasne światło, które objęło całą jego istotę. Równocześnie coś się poruszyło w dole jego kręgosłupa i poczuł ciepło na wysokości nerek.

Bezwiednie otworzył oczy, ponieważ nieco go zaskoczyło to doświadczenie. Było takie mocne i realne. Drugi raz mu się to już zdarzyło. Wiedział, że pobudzona została jego energia kundalini. Powoli zamknął oczy i próbował kontynuować medytację. Ale pomimo tego, że siedział nadal spokojnie jakieś piętnaście minut, nic już więcej nie poczuł.

— Czyżby moje zdziwienie i zaskoczenie przerwało ten proces? — zastanawiał się, nieco rozczarowany. I wtedy przypomniał sobie słowa swojego nauczyciela, że nawet emocje wpływają na to, co się widzi i odczuwa w medytacji.

— No tak, zatem zaburzyłem proces. Kurcze, na drugi raz muszę zachować spokój. To znaczy chcę — poprawił się po chwili, wiedząc już, że słowo muszę nie jest zbyt odpowiednie w rozwoju i pracy ze sobą. — Zbyt wiele razy byliśmy zmuszani do różnych działań i spraw i nic dobrego z tego nie wychodziło. Trzeba działać w poczuciu wolności, sprawczości i mocy. Oraz ze świadomością i mądrością — uśmiechnął się, rozprostowując ręce i nogi i nieco się przeciągając. — Dobrze, jutro spróbuję jeszcze raz. Zobaczymy, co mi to przyniesie — poszedł przyszykować sobie kanapki. Wciąż jednak rozważał tę wizję, która została mu pokazana.


Jola nadal nie dzwoniła, ani nawet nic mu nie napisała. Postanowił zaakceptować wszystko, cokolwiek się wydarzy, bo ufał, że stanie się to, co dla niego, dla niej i dla nich najlepsze.

— Okej, przeżyłem z nią miłe chwile. Kocham ją, ale daję jej wolność. Jeżeli ona czuje i potrzebuje teraz takich działań, to proszę bardzo — niech się w tym spełnia. Co mi do tego? Mogę tylko się cieszyć, że jest szczęśliwa. Oby tylko była bezpieczna — zadumał się na chwilę, dobrze wiedząc, że czasami na tego rodzaju pikietach dochodzi do różnych zadym, często prowokowanych przez władze. A potem w mediach przedstawiano oczywiście to wszystko tak, że to ci niewinni byli prowodyrami.

Gdy po raz pierwszy mu o tym powiedziała, to nie chciało mu się w to wierzyć. Ale potem posprawdzał parę faktów w necie i natrafił na cykl filmów pokazujących, jak to wynajmowani „aktorzy” siali panikę, niezgodę i wzniecali prowokacje na różnych imprezach na całym świecie — raz tu, raz gdzie indziej. To byli często ci sami ludzie — kobiety i mężczyźni, tylko nieco inaczej ubrani, z innymi fryzurami. Na szczęście rysów twarzy, grymasów i gestów aż tak szybko nie można było zmienić, więc dało się przynajmniej część z nich rozpoznać.

— Ja perdziu, co się dzieje z tym światem i o co w tym wszystkim chodzi? — dziwił się wtedy. — Komu zależy na tym chaosie?

I wtedy właśnie net podsunął mu kolejne filmy o władzy, manipulacjach, pieniądzu, tajnych stowarzyszeniach i temu podobnych sprawach. Zanurzył się w świecie tych tematów na długie dni, oszołomiony informacjami, które tam prezentowano.

Z jednej strony czuł się z tym dobrze, bo poszerzał swoją wiedzę, ale z drugiej strony był tym coraz bardziej przytłoczony.

— To co my możemy zrobić? Co możemy zrobić z całą tą wiedzą? I jak się przed tym obronić i uratować? — zastanawiał się wtedy długie godziny i teraz ponownie wrócił do tych samych pytań.

Zjadł kolację, posprawdzał maile i wrócił do medytacji. Usiadł wygodnie z prostym kręgosłupem i zagłębił się w siebie. Spokojny oddech ustępował ciszy, a cisza spokojowi i uważnej obserwacji najlżejszych drgnięć świadomości.

Mimo upływu kolejnych dwóch godzin nic się raczej nie wydarzyło. Poczuł tylko lekko ciepło w okolicy nerek, ale nic więcej. Nie było wizji, nie było poruszenia w dole kręgosłupa.

— No i dobrze, tyle na dzisiaj — powiedział sam do siebie i poszedł spać.


Jakieś oczy wpatrywały się w niego długo i namiętnie. Początkowo wydały mu się jakieś znajome, ale już po chwili miał wrażenie, że chyba nigdy ich wcześniej nie widział. Ale mimo to, czuł jakąś więź z właścicielką tych pięknych, mądrych oczu.

— Może to ta z autobusu? — zastanawiał się, gdy rano otworzył jeszcze senny oczy. — Kto wie. Minęło już tyle czasu…


Tym razem otrzymał maila od Joli, że pojechała z Sebastianem do innego miasta na konferencję. Kolejna nagląca sprawa. Życzył jej tylko powodzenia i przesłał pozdrowienia na koniec tej krótkiej odpowiedzi.

Westchnął i zastanawiał się, co dzisiaj robić. W organizacji warsztatów pojawiła się przerwa, więc mógł się skupić tylko na sobie i swoim życiu. Miał się tylko spotkać po południu z jednym z nauczycieli, aby porozmawiać na temat zajęć, które miały się ewentualnie odbyć za dwa miesiące.

Pooglądał kilka filmików w necie, aby być na bieżąco z niektórymi informacjami. A potem przyszykował się do wyjścia na spotkanie.


Przywitali się i usiedli w jednej z modnych ostatnio wegetariańskich restauracji. Panował tu nieco orientalny klimat, a spokojna muzyka i piękne kwiaty wprowadzały miłą atmosferę relaksu.

— Cześć.

— Cześć.

Usiedli i zamówili sobie po herbacie i bezglutenowym cieście marchewkowym.

Jan już ponad dwa lata intensywnie się rozwijał. Minęło sporo czasu, odkąd zwolnił się z pracy. Mimo to, dawał sobie coraz lepiej radę, rozsądnie gospodarując finansami. Zatem wydatki nie były jego największym zmartwieniem. A ponieważ klimaty Indii, do których jeździło sporo jego znajomych, aż tak mocno go nie pociągały, skupiał się bardziej niż inni wokół niego na sensie i prawdzie głoszonej przez wielu, również zagranicznych mistrzów. Mimo jednak, że mówili płynnie, ładnie i mieli wielu uczniów czy też wielbicieli, to po początkowej fascynacji nimi, popadł nieco w przygnębienie.

Coraz wyraźniej widział i rozumiał, że pomimo, iż wielu nauczycieli, mistrzów, a nawet uważanych za guru, którzy szerzyli od lat swoją wiedzę, nauki, czy też prowadzili różne ćwiczenia, warsztaty i medytacje, to niewiele się zmieniało na lepsze w szerszej perspektywie na świecie. No może poza technologią, która miał wrażenie, że równocześnie pomagając ludziom, coraz bardziej ich osacza, a nawet im szkodzi. Jak to ktoś mądry powiedział — technologia zbliża tych, którzy byli daleko, a oddala tych, którzy byli blisko. Poza tym te wszystkie smartfony, komunikatory, programy śledzące, namierzające i pokazujące położenie sprawiały, że zaczął się co nieco obawiać sposobu, w jaki mogłoby to być wykorzystane w niewłaściwych rękach. Męczyło go to coraz bardziej.

Rozmawiał nawet o swoich wątpliwościach z kilkoma bardziej znanymi nauczycielami, których spotykał na różnych wykładach i prelekcjach, ale w większości przypadków, odsyłali go oni do popularnego wśród rozwijających się duchowo ludzi stwierdzenia: „zajmij się sobą, uzdrów siebie i swoje życie, wzorce, a twoje zewnętrze i okoliczności życia same się zmienią, dopasowując się do ciebie i twoich wyższych wibracji.”

To samo powiedział mu dzisiaj Karol.

— I Buddzie się to udało? — zapytał nieco drwiąco Jan.

— Ha, ha — roześmiał się tamten. — Wysoko mierzysz.

— No a co? — był gotowy wywalić z siebie całą frustrację. — Ludzie zazwyczaj myśląc o Buddzie Gautamie mają w głowie obraz szczupłego mnicha — ascety, który z żebraczą miską przemierzał kraj, lub siedział przez wiele godzin pod drzewem w medytacji.

— A to jest złe?

— Częściowo tak. Bo przecież Budda był księciem. Można nawet powiedzieć, że miał przez wiele lat do dyspozycji ogromny majątek. Mieszkał w pałacu, otoczony tłumami służby, klejnotami i najlepszym jedzeniem i piciem, jakie wtedy było. A i pewnie wieloma pięknymi kobietami i naiwnością jest sądzić, że tylko na nie patrzył.

Karol spoglądał na niego z uznaniem. Niewielu ludzi potrafiło aż tak głęboko spojrzeć na tę postać.

Jan tymczasem kontynuował swój wywód.

— On był wychowywany na wielkiego władcę, przywódcę i wojownika. Z pewnością zaznał wielokrotnie rozkoszy z najpiękniejszymi kobietami, jakie były na ziemiach, którymi władał jego ojciec, zanim się ożenił.

— Fakt, mogło tak być — zdziwił się, bo sam nigdy tak wcześniej nie pomyślał.

— A widzisz — ucieszył się Jan. — Ba, z pewnej perspektywy Budda był celebrytą i milionerem, a może nawet miliarderem. Był tam powszechnie znany i z pewnością, gdy potem wędrował po okolicy, to wielu wiedziało kim jest. Był więc kimś w rodzaju nietykalnego. Ale nie ze względu na swe niskie urodzenie, jak to było z kastami w Indiach, ale właśnie ze względu na swoje wysokie urodzenie. I dzięki temu mógł on sobie pozwolić na więcej. Co prawda, jak mówi tradycja, święci mężowie czyli osoby, które medytowały, a nawet chude osoby, które siedziały gdzieś nieruchomo, cieszyły się wtedy ogromnym poważaniem. Ludzie karmili ich i dawali im datki. Wierzyli, że przynoszą szczęście, opiekę i ochronę danej okolicy czy wiosce. Bo nawyk pielgrzymek do świętych miejsc był od wielu stuleci mocno kultywowany, więc ludzie przyzwyczajeni byli do takich wędrowców. Zresztą nadal tak tam jest.

— Do czego zmierzasz? — Karol nie mógł pojąć jego wywodu.

— Zastanawiam się, czy jemu się udało. Czy udało mu się zmienić świat na lepsze. Mówi się w rozwoju, że wystarczy jedna osoba, która w pełni coś urzeczywistni, a zaistnieje to na całym świecie na zasadzie zmiany we fraktalu rzeczywistości. Ale czy to prawda? Ostatnio nawet się zastanawiam, czy on naprawdę się oświecił, czy to tylko legenda.

Karol spojrzał na niego dziwnie.

— No tak — kontynuował Jan. — Bo co on robił po tym niby oświeceniu? Nadal medytował, jakby wciąż nie miał wglądu w całość prawdy o świecie i naturze istnienia. A potem przez czterdzieści lat chodził i nauczał. Ale czy on był przez współczesnych mu właściwie rozumiany? Czy zmiany w ich umysłach i życiu były duże i istotne? — Jan patrzył, jak tamten wkładał sobie do ust kolejny kawałek ciasta.

— Wiesz, jak zmienić świat? — zapytał go w końcu.

Karol niemal zachłysnął się herbatą. Nie spodziewał się takiego pytania.

— Wiesz, według mnie możemy tylko dokonać niewielkich, lokalnych zmian. I jeśli podejmą je inni, to zmiany będą bardziej trwałe i szersze. I wtedy będą mogły zaistnieć na całym świecie.

— Ile lat już się tym zajmujesz?

— No… będzie ze trzydzieści.

— I zauważyłeś w tym okresie jakieś większe zmiany na świecie?

Tamten zadumał się.

— Zależy z jakiej perspektywy patrzysz.

— To znaczy?

— Coraz więcej osób interesuje się tymi tematami — duchowością, ekologią, wegetarianizmem czy nawet elitami, tworzeniem pieniądza lub czym naprawdę są rządy i polityka.

— Ale tak jest naprawdę, czy tylko my się obracamy wśród osób, które się interesują podobnymi tematami? I może dlatego wydaje się nam, że takich osób jest coraz więcej, bo wciąż się wśród nich obracamy?

— Trudno powiedzieć… — Karol nie był pewny. Zaczynał rozumieć, o co Janowi chodzi. — Ale czy on wiedział, na co się porywa? — przemknęło mu przez myśl, gdy się żegnali.


Ta rozmowa również niezbyt wiele mu dała. Zasmuciła go nawet. On miał już dość czekania. Całe życie na coś czekał. A to na miłość, a to na pracę czy pieniądze. A teraz od prawie trzech lat czekał na odnowę świata i przyjście wspaniałej, złotej ery, którą wieszczyło od lat tylu nauczycieli duchowych wschodu i zachodu.

Jan początkowo był nawet bardzo zadowolony z tego faktu, bo wprawiało go to w jakiś rodzaj świętej euforii. Widział wyraźnie sens i cel swoich działań duchowych. Chciał poznać wiedzę i mądrość, która mu ułatwi egzystowanie w tej lepszej i piękniejszej przyszłości, która już niedługo miała się pojawić. Niemal już czuł, że jeszcze tylko chwila, niemal sekunda i oto roztoczy się przed nim i innymi ludźmi błoga kraina miłości, szacunku, dobrobytu i szczęścia ponad miarę. Każdy będzie tam miał to, czego potrzebuje, otoczony miłością, szacunkiem i radością, która będzie przepełniała każde jego działanie i każdą sekundę życia. I dla czegoś takiego warto było się spotykać, śpiewać godzinami mantry, rysować mandale, uprawiać jogę, czy tai chi oraz odżywiać się wegetariańsko. Bo dzięki temu człowiek zbliżał się do tego świętego stanu, który obiecywali nauczyciele. A oni przecież nie mogli się mylić. Byli przecież często spadkobiercami wieloletnich linii przekazu i stali za nimi potężni i świadomi przodkowie uważani za świętych.

No właśnie. Janowi pierwsze myśli, że nie wszystko, co słyszy na tych zajęciach i spotkaniach może być prawdą, zaświtały już zaledwie po pół roku takich spotkań. Może dlatego, że nie wsiąkł jeszcze wtedy całkowicie w ten świat i patrzył na niego jeszcze nieco sceptycznie. Dzięki temu widział go takim, jakim był, a nie takim, jakim różni liderzy chcieli, aby był on postrzegany przez ludzi, którzy złaknieni samopoznania i rozwoju, wkraczali na różne wykłady, warsztaty czy odosobnienia. Wtedy jednak szybko został „zakrzyczany” przez swoich znajomych i nauczycieli, że za mało się angażuje, że ma wątpliwości, które mogą zaburzyć tworzenie tej lepszej, świetlanej przyszłości, która z pewnością miała już wkrótce nadejść.

Ta przyszłość była więcej niż pewna, bo tak mówiły święte teksty, tak przewidywali mistycy i guru oraz tak pokazywały odwieczne, kosmiczne cykle, które odgrywały się ponoć od wielu tysięcy, setek tysięcy i milionów lat. Mieliśmy po prostu przejść z ery ciemności i ignorancji do kolejnej jugi — tym razem pełnej świadomości, światła i miłości. Tak przynajmniej mówili ci nauczyciele, z którymi się stykał. Były to znane autorytety w kraju i poza jego granicami. Bo Jan często bywał na prelekcjach, wystąpieniach i warsztatach znanych na całym świecie nauczycieli, którzy mieli tysiące uczniów czy wyznawców. I oni również mówili to samo. Zupełnie, jakby czerpali swą wiedzę z jednego, uniwersalnego źródła.

— No dobrze — pomyślał kiedyś Jan — może i oni mają rację. Wtedy to pięknie. Będziemy wkrótce wszyscy szczęśliwi. Co jednak, jeśli oni się mylą, a te informacje, które podają różni ludzie tylko dlatego są takie same, bo pochodzę z tego samego źródła? A może to wcale nie jest jakieś boskie źródło? A co, jeśli to jest tylko jakiś chytry plan, który ma nas odwieść od rzeczywistych zmian na lepsze? Wciąż czekamy, aż jakiś kosmiczny cykl się zakończy, a wtedy wejdziemy do tej nowej epoki, niby do wielkiej komnaty pałacu odwiecznej szczęśliwości. Co jednak, jeśli oni kłamią? A nawet jeśli nie kłamią, bo przecież mogą to wszystko mówić w dobrej wierze i z wewnętrznym przekonaniem, to co, jeśli to nie jest prawda? Co, jeśli te cykle, które ktoś im kiedyś pokazał niekoniecznie opisują ten nasz świat i jego przyszłość? A co, jeśli do końca nie wiemy, w którym dokładnie miejscu danego cyklu teraz jesteśmy? Przecież były różne zmiany kalendarzy, a do tego niektórzy badacze pokazywali, że w Europie były spore przerwy w kalendarzu i z jednej daty przeskakiwano do innej, odległej od niej. No i ponoć historia jest wielce zafałszowana.

Gdy Jan się o tym dowiedział, zaczął więcej czytać o kalendarzu Majów i historii tamtego ludu. I dość szybko zauważył, że mieli oni tam sporo różnych wojen, które bardzo długo trwały. Było więc mało prawdopodobne, aby podczas tak długich lat niepokojów i walk utrzymali oni tam swoją wiedzę i liczenie cykli takiego kalendarza. Bo przecież przeżycie było wtedy najważniejsze. Musieliby zatem zejść wtedy niemal do podziemia, aby zachować tę swoją wiedzę i kulturę.

— No chyba, że się ukrywali w tych podziemnych, wielopoziomowych pieczarach, które teraz odkrywane są chociażby w Turcji — kombinował Jan. — Wtedy to miałoby sens. Tam mogliby przeżyć. Jan z zaciekawieniem oglądał plan tego podziemnego miasta i z uwagą czytał, że mogłoby ono pomieścić aż dwadzieścia tysięcy ludzi. — To sporo, nawet na obecne czasy. Chyba, że wtedy też żyło wiele osób, więcej, niż nam się to mówi — analizował dalej. — Tylko po co im były takie schronienia? Przed czym ich miały chronić? — tego jeszcze nie wiedział, choć uważnie wczytywał się w różne hipotezy dotyczące jakichś cyklicznych katastrof, rojów meteorytów czy innych podobnych zjawisk, które miały nawiedzać ziemię. Ze zdziwieniem też zauważył, że odkrywano coraz więcej takich i podobnych im miejsc na całym świecie. — Hm… — to jest chyba coś grubszego — dumał Jan. — Muszę się temu przyjrzeć.

A potem jednak dał się ponieść optymizmowi i nadziei, która wylewała się z każdych kolejnych warsztatów, medytacji i spotkań. Jego serce przepełniała fala ciepłej energii powszechnej miłości, radości i szczęścia. Lubił to odczuwać i dzielić się taką radosną nadzieją. Czuł się dobrze w tych enklawach światłości i świadomości.

Podziwiał też tych wszystkich przebudzonych i oświeconych, którzy z pasją opowiadali w internecie o swoich przeżyciach, doświadczeniach i nadziejach. Mimo jednak tego wszystkiego, Jan dość szybko się zorientował, że takie czy podobne nauki głoszone były już dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet i pięćdziesiąt lat wcześniej. Przebąkiwania o wspaniałej erze powszechnej miłości i dobrobytu były też obecne ponad sto lat temu, chociażby w Indiach, wśród joginów, choć nawet i kilka tysięcy lat wcześniej wieszczono już jej nadejście. A to już dało mu do myślenia.

— Być może to tylko mit, kolejna legenda, efekt powszechnych nadziei i zbiorowej świadomości chęci wydobycia się z tego marazmu i niezdrowego impasu ludzkiej egzystencji — zastanawiał się nieco przygnębiony.

Jak każdy neofita był pełen pasji i nadziei, z którą włączał się w te wszystkie duchowe działania, spotkania i medytacje. Chłonął tę niezwykłą atmosferę spokoju, ciszy, natchnienia i wytchnienia po całodziennej gonitwie nie wiadomo do końca za czym. Tutaj — w tych grupach i na tych spotkaniach odnajdywał prawdziwego ducha łączącego ludzkość. Tę słodycz, której nie było już często w rodzinach, szkołach, sklepach, uczelniach, czy miejscach pracy. Tam był biznes, sztywność, pięcie się po czyichś plecach na stanowiska i swoista zawiść opakowana w pozornie miłą etykietę. A tutaj sama słodycz i dobro. Miłe dla ucha pieśni i słodki, mistyczny zapach kadzidełek.

Ale kiedyś powróciły do niego te wszystkie wątpliwości, niczym oliwa wypływająca na wierzch, którą ktoś próbował wymieszać z wodą wiedzy i optymizmu.

— A co, jeśli ta cała wiedza duchowa to taka sama religia, jak buddyzm, hinduizm czy chrześcijaństwo? Tamci już od dwóch tysięcy lat czekają i się pewnie nigdy nie doczekają, zwłaszcza, że większość tego to ściema — wnerwiał się, bo sporo poczytał o mrocznej stronie kościoła, o pomaganiu hitlerowcom, o tym że kolejni księdza czy biskupi okazywali się pedofilami lub homoseksualistami, albo mieli na boku kobiety i dzieci. Do tego pooglądał te różne maszkarony, które można znaleźć w stolicy tej grupy. A już najmocniej dał mu do myślenia wygląd i wystrój nowej sali audiencyjnej papieża. Okna witrażowe wyglądały jak oczy u węża, a pośrodku dwa filary niczym zęby gada gotowego kogoś ukąsić. A do tego ta koszmarna rzeźba pośrodku.

— Po co cały ten cyrk? — zastanawiał się wielokrotnie.

I wtedy natrafił w internecie na materiały mówiące o tym, czym naprawdę jest biblia i co opisuje. A źródło tych informacji było wiarygodne, bo miały one pochodzić od wieloletniego tłumacza biblii dla Watykanu.

To nim wstrząsnęło. I znowu na kilka miesięcy wsiąkł całkowicie w tematykę ufo, cywilizacji pozaziemskich i tego, że być może byliśmy w przyszłości wielokrotnie odwiedzani przez takie cywilizacje.

Oglądał jak urzeczony te liczne filmy pokazujące i tłumaczące te zagadnienia. A jego głowa puchła od nadmiaru wrażeń.

— To kim my jesteśmy? Zostaliśmy stworzeni przez Boga czy przez jakichś kosmitów, którzy toczyli tu swoje walki? — to pytanie dołączyło na wiele dni i tygodni do innych ważnych kwestii, które go nurtowały.

Coraz bardziej czuł się osamotniony. Mimo tego, że nadal uczęszczał na kursy, warsztaty i wykłady, to nie czuł już takiej jedności, spokoju i miłości, jak przez ostatnie miesiące. Coś w nim się wypaliło lub pękło. Jakieś złudzenie lub oczekiwanie.

— A może prawdą jest to, co mówią niektórzy, że świat jest taki jaki jest, a nawet, że jest doskonały, tylko musimy zmienić nasz do niego stosunek? Do tego co się wydarza i że każdy z nas sam kreuje swój własny świat i spotykają go tylko takie wydarzenia, które mają mu pomóc w rozwoju? Albo, że każdy ma swój świat równoległy i spotyka tylko inne aspekty siebie w różnych osobach. Albo, że świat rozdzieli się na wiele różnych światów wibracyjnych.

— A co, jeśli to wszystko też nie jest prawdą? Może to kolejnej złudzenie, albo program, który wtłaczają nam do głów nauczyciele duchowi, aby nas uśpić, uspokoić i abyśmy nic albo niewiele robili rzeczywistych, fizycznych zmian w swoim życiu i otoczeniu?

Może to taka sama ściema, jak większość reklam? — zastanawiał się. Kto wie? A może oni wszyscy się mylą, bo powtarzają tylko to, czego się nauczyli od innych. A może to są tylko półprawdy, które ktoś im kiedyś przekazał. I nie wiadomo tak naprawdę, skąd one pochodziły. A oni w dobrej wierze powtarzają to jak najświętsze prawdy… — jeszcze długo w tamtą noc nie mógł zasnąć.

Jego spokój, pogoda ducha i optymizm, którymi się nasycał przez długie miesiące, powoli wyparowywały.

Jan jednak powstrzymywał się przed pochopnymi decyzjami i działaniami. Wiedział, że to może być wywalanka jego nieuzdrowionych emocji i zranień z różnych okresów jego życia, a zwłaszcza z dzieciństwa. Przypuszczał jednak, że część jego wątpliwości jest słuszna, prawdziwa i postanowił, że będzie się nadal uważnie wszystkiemu przyglądał i pozostawi to wszystko czasowi i Bogu, który powoli odkrywał przed nim i innymi swoje tajemnice. Zamierzał nadal uczestniczyć w swoich dotychczasowych zajęciach, ale równocześnie być otwartym na wszelkie rysy pojawiające się na tym brylancie rozwoju.


Wrócił zatem przygnębiony do domu. Wkurzyła go trochę ta rozmowa. Niby się rozumieli, ale nic z tego za bardzo nie wynikało. Obiad miał z poprzedniego dnia, więc najzwyczajniej w świecie, ponieważ pogoda również nie zachęcała dzisiaj do żadnego spaceru, zdecydował, że będzie kontynuował medytację.

Jego ulubiona poduszka czekała na niego i niemal z radością przyjęła jego ciężar. Gdy tylko usiadł, poczuł duży spokój i odprężenie. Tym razem miał przeczucie czegoś wielkiego. Zupełnie tak, jakby czyjeś oczy uważnie go wypatrywały z jakiegoś dalekiego ukrycia.

I nie mylił się. Gdy tylko usiadł, spłynął na niego jeszcze większy spokój. Zupełnie tak, jakby był właśnie w trakcie głębokiego, relaksującego masażu, pod wpływem którego każda część jego ciała, każdy mięsień i komórka były zrelaksowane i otwarte na przyjęcie nowej, życiodajnej energii.

Trwał w medytacji, a niekiedy uśmiech połączony z lekkim odcieniem błogości malowały się na jego twarzy. Innym razem to było raczej swobodne wyczekiwanie, aż coś drgnie, a jego wewnętrzna przestrzeń poruszy się lub coś ciekawego mu objawi.

I tak mijały mu kolejne dni. Jakaś jego część czuła, że właśnie teraz wszystko wokół niego zwalnia, aby mógł bardziej skupić się na sobie i swojej energii. Zatem nie tęsknił nawet zbytnio za Jolą. Systematycznie rano, po południu i wieczorem, gdy ucichały już wszystkie miejskie gwary za oknem i innych mieszkańców bloku, siadał raźno do medytacji. Nie oczekiwał niczego, ale był otwarty na to, co przyjdzie i to, co najlepsze. Po prostu wyciszał swój umysł i wytwarzał w sobie spokojne, beznamiętne oczekiwanie na to, co się pojawi. To mogło być jakieś najlepsze rozwiązanie jego obecnej, życiowej sytuacji, albo pomysł, który zrewolucjonizuje jego życie lub nawet spowoduje gruntowną zmianę w społeczeństwie. Chciał, aby to Wszechświat, Natura lub Bóg obdarzyły go właśnie teraz taką wizją, myślą czy natchnieniem. Był gotowy i czujny, ale bez napięcia w ciele i umyśle na to, co miało nadejść.

Minęły jednak aż trzy dni, nim odczuł, a właściwie to zobaczył jakąś niejasną wizję. Niby przez mgłę lub cienką woalkę zobaczył jak w filmie, siedzących w jakiejś obszernej jaskini kilku mężczyzn. Wyglądali, jak jogini. Mieli zamknięte oczy, siedzieli po turecku na jakichś kocach pod ścianami groty, którą oświetlało małe ognisko na środku tej sali.

Przez chwilę to obserwował, wpatrując się w ich twarze i spoglądając na radośnie skaczący płomień.

Aż tu nagle, zupełnie się tego nie spodziewając, usłyszał w swojej głowie miły głos.

— Witaj… — zabrzmiało to niemal jak szept lub wspomnienie ze snu.

Jan całą swoją mocą skupił się na pozostaniu w tym pełnym rozluźnieniu, aby się nie rozpraszać, nie okazywać zdziwienia, ani zaskoczenia, bo już wiedział, że takie emocje potrafią zaburzyć wizję. A ta wizja stawała się szczególnie ciekawa.

Nabrał zatem spokojnie kolejny wdech i zrobił wydech. Uśmiechnął się wewnętrznie, gdy poczuł, jak jego klatka piersiowa jest rozluźniona. Po jakichś dwu sekundach, najspokojniej, jak umiał, powiedział w swoich myślach.

— Dzień dobry.

I czekał, pełen nadziei na to, co się będzie działo dalej.

— Czekaliśmy na ciebie — usłyszał znowu ten sam głos, cichy niczym szmer liści pośród drzew.

Teraz już jednak zdziwił się na całego. Tego się nie spodziewał. Znowu więc całą swoją uwagę skupił na tym, aby nadal w jego ciele, ani umyśle nie przebiegała jakaś energia czy emocja, która mogłaby przerwać to widzenie. Siłą woli nabrał znowu spokojnie powietrza i powiedział w myślach.

— Skąd mnie znacie?

Tym razem jeden z joginów otworzył oczy i spojrzał na niego. To były mądre i dobre oczy, ale pełne jakiejś pasji i energii, której nawet początkowo się zląkł. Na szczęście już umiał panować nad odruchami swego ciała i emocjami, więc wytrzymał potęgę jego spojrzenia i nadal spokojnie siedział z zamkniętymi oczami i oddychał.

— Obserwowaliśmy cię od dawna i czekaliśmy, kiedy znowu wejdziesz na ścieżkę.

— Jaką ścieżkę? — zaciekawił się.

— Rozwoju duchowego i samopoznania.

Chwilę się zastanawiał, co odpowiedzieć.

— Ale dlaczego ja was interesuję? — robił, co mógł, ale musiał delikatnie przełknąć ślinę, która pojawiła się pod wpływem emocji i powoli rosnącej ekscytacji.

— Medytowaliśmy długo razem, ale postanowiłeś się przenieść w inne regiony.

— Kiedy? — był coraz bardziej zdziwiony.

— Jakieś dwieście lat temu — powiedział tamten i Jan miał niemal pewność, że tamten delikatnie się przy tym uśmiechnął.

— Byłem joginem?

— Znakomitym. Ale wolałeś inną drogę. Przynajmniej na jakiś czas.

— Jaką? — jego ciekawość rosła.

— Związki, kobiety…

Jan zawahał się.

— A to jest złe?

— Nie, czasem nawet pomagają, ale czasem wprowadzają zamęt.

— Zamęt?

— No chyba widzisz, że nie z każdą kobietą, która ci się podoba, czy nawet którą kochasz, można zbudować trwały i szczęśliwy związek.

— No tak, ale…

— Ale teraz pora na coś innego. Postanowiliśmy, że ci pomożemy.

— Postanowiliście? — był zaskoczony. — A w czym?

— Abyś odbudował swe moce jogiczne i panowanie nad swoim ciałem, umysłem i energią.

Jan aż otworzył usta ze zdumienia. I wtedy cała ta wizja rozwiała się, jak mgła o poranku. Jan rozpaczliwie próbował doprowadzić swoje emocje i odczucia do porządku i cichego spokoju, ale mimo uporczywego wpatrywania się w wewnętrzną przestrzeń, nic już się nie pojawiło. To, co widział i słyszał rozpłynęło się, niczym sen po przebudzeniu. Jan był zrozpaczony i otworzył oczy.

— A może to był tylko sen? — wahał się. — Nie, nie przysnąłem, widziałem to naprawdę. Zaraz, ilu ich było? Siedmiu, tak — siedmiu joginów. Ciekawe, gdzie oni są. O ile to nie wytwór mojego umysłu lub jakieś dawne wspomnienie — miał jeszcze wątpliwości. — Słyszałem nie raz, że w medytacji mogą pojawić się obrazy i wspomnienia z przeszłości, a nawet poprzednich żyć.

— Ale to było naprawdę. Przecież go słyszałem — upewniał się i dziwił jednocześnie.

Przez chwilę nawet rozważał, czy by nie zadzwonić do któregoś z nauczycieli duchowych, z którymi współpracował, ale po chwili się wstrzymał. Nie był pewny, czy mu uwierzy i czy, co gorsza, nie weźmie go za wariata lub fantastę. Jan z całych sił chciał teraz wierzyć w to, że to było prawdziwe doświadczenie i jakaś tajemnicza siła połączyła go z joginami medytującymi w jakiejś odległej jaskini. Miał nadzieję, że to będzie początek jakiejś ciekawej przygody. Albo przynajmniej dowie się od nich czegoś interesującego.

— Tacy jogini mogą sporo wiedzieć — pokiwał głową.

Odetchnął i postanowił coś zjeść. Dziś, po raz pierwszy od dłuższego już czasu, był szczerze zadowolony z medytacji i aż nosiło go, aby jak najszybciej znowu usiąść i wejść w tę przestrzeń, która mogła mu ukazywać takie niezwykłości.

Nim to jednak nastąpiło, wyrwał go z ciszy dźwięk sygnału telefonu. Nie znał tego numeru. Początkowo nawet miał nie odbierać, ale wyczuł, że to coś ważnego.

— Halo? — powiedział cicho.

— Dzień dobry, znaczy dobry wieczór, czy to Jan?

— Tak, przy telefonie — zdziwił się, bo nie znał tamtego głosu.

— Tu Mateusz, kumpel Joli.

Janowi serce mocniej zabiło z emocji.

— Co się stało?

— Spokojnie, nic takiego. Jola tylko prosiła, żeby cię poinformować, że jest w szpitalu.

Janowi serce podeszło aż do gardła.

— Co ona tam robi? — powiedział niecierpliwie podniesionym głosem.

— No… na akcji użyli gazu i się trochę nałykała. Ale nic jej nie zagraża, już jest dobrze.

— Już jest dobrze? To co z nią było?

— Straciła na chwilę przytomność. Odwieźliśmy ją do szpitala jak tylko zmyliśmy się stamtąd.

— Kur… — powstrzymał się. — Co wy tam wyprawiacie? I po co?

— No sprawa jest nietypowa. Nie mogliśmy odpuścić.

— Czy was już całkiem pogięło? Chcecie ryzykować kosztem zdrowia?

— Spokojnie, jak tylko wydobrzeje, to zadzwoni. Jej telefon gdzieś się zagubił w zamieszaniu.

— Przyjadę tam. Gdzie dokładnie jesteście? — sięgnął po kartkę i długopis.

— Nie, nie ma takiej potrzeby. Jola prosiła, aby ci to wyperswadować. Naprawdę, wszystko jest teraz w porządku. Wypocznie tylko trochę i będzie dobrze. Zresztą jutro i tak ruszamy dalej.

Janowi tego już było za wiele.

— Czy wy macie dobrze w głowach?! Ledwo uszliście z jednej zadymy, a już się szykujecie w kolejną?

— Takie czasy… Bez nas to wszystko padnie… No dobra, słuchaj Jan, teraz ona czuje się dobrze i śpi. Nic jej nie jest. Przeszła badania i wszystko z nią w porządku. To było tylko chwilowe. Będzie dobrze. Zresztą jutro może nawet do ciebie zadzwoni. Choć możemy być poza zasięgiem. Mój numer masz. Jakby co, odezwę się albo wyślę sms-a. Śpij spokojnie i niczym się nie martw. Pa.

— Pa — powiedział bezwiednie Jan i pośpiesznie wybrał numer telefonu Joli. Aparat jednak nie odpowiadał. Próbował jeszcze kilkanaście razy, ale bez rezultatu.

— Kurde, co ona tam wyprawia? — tym razem już nie wytrzymał. Nie wiedział dokładnie, ani, gdzie jest, ani co tam się naprawdę stało. Emocje latały po nim, jak stado kotów za myszami.

I nagle, pośród tego chaosu przypomniał sobie słowa jogina z wizji. Całkiem, jakby część jego świadomości była zawieszona zupełnie w innej przestrzeni.

— Kobiety czasem pomagają, ale czasem wprowadzają zamęt.

— To prawda — westchnął. Janowi znowu stanęły przed oczami jego wszystkie kobiety. Nawet koleżanki. I pomimo tego, że targały nim emocje, użył teraz całej swojej siły woli, aby się uspokoić i zrelaksować. Oddychał spokojnie. Z uwagą przyglądał się temu, co się właśnie stało. Powoli zbierał myśli.

— Po pierwsze coś, co ją spotkało niemiłego, już minęło. Po drugie, była teraz bezpieczna i miała wsparcie i opiekę. Przynajmniej, jeżeli on mówił prawdę — westchnął. — Czy mogę jej jakoś teraz pomóc? Tak — pomodlić się o jej zdrowie — uśmiechnął się zadowolony i usiadł z powrotem do medytacji.

Tym razem trwało to o wiele dłużej, zanim się uspokoił na tyle, aby znowu poczuć ten spokój, ciszę i wyczekujące natchnienie, które przemykało gdzieś tuż obok niego.

Powoli i z głębi serca posyłał jej ciepłą, złotą energię uzdrowienia, miłości i opieki. Zwizualizował sobie, jak ta energia w formie szerokiego pasma płynie teraz wprost z jego serca w jej kierunku i bez względu na to, gdzie się teraz znajdowała, otula ją swoją wibracją, niczym ciepłym, bezpiecznym kocykiem, w który tak lubiła się czasem zawijać.

— Jesteś bezpieczna, a twoje ciało zdrowieje z minuty na minutę coraz bardziej. Jak się obudzisz, poczujesz się pełna energii i wypoczęta — nasycał te słowa mocą swojego wnętrza, pozytywnymi uczuciami i posyłał w jej kierunku, aż poczuł ulgę i spokój. Wiedział, że to oznacza, że modlitwa i jego działania energetyczne odniosły skutek i wykonały, co trzeba. Resztę mógł załatwić już tylko czas i Bóg. Uśmiechnął się zatem zadowolony i poszedł zrobić sobie herbatę.

Ufał, że fala wsparcia, którą jej wysłał, zrobi swoje. Że przywróci harmonię, spokój i da jej jasność myślenia. Powoli wracał mu spokój.


Zbliżała się już północ, gdy przed jego wewnętrznym wzrokiem zamkniętych oczu zamajaczyła ponownie znajoma jaskinia. Tym razem falowała, jak obraz nad mocno nagrzaną przestrzenią.

— Witaj — usłyszał i zobaczył oczy tego samego jogina.

— Witaj — odpowiedział radośnie Jan, bo teraz potrzebował takiego kontaktu. — Czy… — chciał przejść od razu do rzeczy, ale tamten wszedł mu w słowo.

— Spokojnie… nic jej nie jest. Jest bezpieczna i ma dobrą opiekę.

Jan odetchnął głęboko. — A zatem to była prawda — pomyślał tylko i naraz zdał sobie sprawę z absurdu całej tej sytuacji. Oto jakaś wizja w jego głowie, która mu się ukazała, miała mu potwierdzać, że z jego ukochaną wszystko jest w porządku, a przecież ani nie znał tamtego faceta, który dzwonił z informacjami o Joli, ani nie był pewien kim jest ten jogin i czy jest prawdziwy, czy tylko wymysłem jego jaźni. — A może obie te sytuacje są tylko wytworem mojego umysłu? — rozważał. — Może ja tylko nadal medytuję sobie spokojnie, a to są tylko obrazy i głosy wyrażające moje lęki, obawy i nadzieje? Może to w ogóle nie jest rzeczywistość, tylko fikcja? Moje fantazje, które wypływają gdzieś z otchłani mojej podświadomości — uśmiechnął się sam do siebie i spokojnie oddychał dalej, dbając o to, aby nie było w nim nawet najlżejszego poruszenia emocjonalnego, a tylko spokój, cisza, neutralność i naturalność.

— Brawo — usłyszał w swojej głowie. — Przeszedłeś pomyślnie aż dwie próby naraz.

— Jakie próby? — utkwił w nim swój wewnętrzny wzrok.

— Po pierwsze, zniosłeś mężnie niespodziewane wydarzenie i to dotyczące ukochanej, najbliższej ci osoby. Po drugie, szukasz prawdy w tym, czego teraz doświadczasz, a nie podniecasz się każdą wizją, która ci się pojawia, jak to robią początkujący medytujący czy czanelingowcy. Ty sprawdzasz, co jest prawdą i utrzymujesz przy tym spokój i równowagę umysłu. I o to w tym wszystkim chodzi — pochwalił go.

Jan odetchnął jeszcze głębiej.

— Więc nie jesteś fantazją?

Tamten po raz pierwszy się bardziej uśmiechnął.

— Nie… Choć czy można być czegoś pewnym tak na sto procent? — zmrużył szelmowsko oko i Janowi wydawało się, że z niego żartuje.

— To co teraz? — chciał wiedzieć, jak sobie z tym wszystkim poradzić i co to znaczyło.

— Po pierwsze, nadal medytuj, bo to jest dla ciebie teraz najważniejsze. Musisz odbudować swoją siłę, wewnętrzną moc, intuicję i pewność działania — mówiąc to, patrzył na niego swym mocnym wzrokiem, niemal wwiercając mu się tym spojrzeniem w oczodoły. — A po drugie, z Jolą będzie dobrze, choć jeszcze długo się nie zobaczycie.

Jan posmutniał.

— Ale spokojnie — kontynuował tamten, widząc jego rozżalenie. — Tak ma być i to jest ci teraz potrzebne. Inaczej…

— Do czego potrzebne? Po co mi to? — wszedł mu szybko w słowo.

— Dowiesz się. Teraz medytuj, póki nie uśniesz. Czasem będziesz nas lub mnie widział, a czasem nie. Ale cały czas jesteśmy przy tobie i cię wspieramy.

— Ale gdzie wy w ogóle jesteście? I kim? — gdy tylko to powiedział, obraz stał się coraz bardziej mdły i daleki. Po chwili widział już tylko ciemność i słyszał wokół siebie ciszę. Niedługo potem dotarł do niego dźwięk świadczący o tym, że ktoś zaparkował samochód przed blokiem i zamknął drzwi.

— No dobrze, pomedytuję sobie jeszcze trochę — powiedział lekko zawiedziony i nieco wyprostował swą sylwetkę. Okej — nabrał głęboko powietrza w płuca i znowu pogrążył się w ciszy oraz obserwacji oddechu i tego, co mogło się ewentualnie pojawić.


Najbliższe dni upływały mu na wielogodzinnych medytacjach i kontemplacjach. Na zewnątrz robił tylko to, co musiał. Odpisywał na maile, wychodził po jedzenie i szybko wracał. Zauważył, że je coraz mniej, więc pod koniec tygodnia nawet już nie chciało mu się wychodzić po coś do zjedzenia. W tym czasie pił tylko mnóstwo herbat ziołowych i soków. Jadł też owoce i orzechy. Jakoś tak poczuł, że potrzebuje teraz takiego pokarmu.

Medytacje szły mu coraz lepiej. Doświadczał mnóstwa stanów, które można by zaliczyć do mistycznych. Odczuwał cudowne zapachy róż i fiołków, które nie wiedzieć skąd pojawiały się wokół niego, gdy siedział nieruchomo, pogrążony w medytacji.

Widział czasem tych joginów, ale o wiele częściej czuł ich obecność, zwłaszcza tego jednego. Nie wiedział, jak to się działo, ale po prostu wiedział, że on był przy nim — czuł jego energię, a nawet spojrzenie.


Minęło kilkanaście dni, odtąd tak wytrwale medytował przez wiele godzin dziennie. Wiedział, że z Jolą wszystko w porządku, bo dzwoniła. Wiedział też, że w najbliższym czasie jej nie zobaczy, bo miała swoje kolejne akcje, pikiety i konferencje. Była jak nakręcona. Nie umiała przystopować. A on teraz najbardziej tego potrzebował. Przystopować niemal zupełnie, aby całkowicie wejść w siebie i odbudować swoją energię i świadomość. Zamierzał ją odnaleźć i wydobyć z siebie — zgodnie ze słowami jogina.

Usiadł jak zwykle na wygodnej, choć twardej poduszce. Zamknął oczy, uspokoił i wyrównał swój oddech. Powoli wchodził w wewnętrzną przestrzeń swej jaźni i głębokich pokładów umysłu.

Początkowo nic się nie działo, ale on był wytrwały i zdeterminowany. Siedział tak i trwał w swej pozie niemal bez ruchu. Czas stracił dla niego znaczenie. Liczył się tylko oddech i cisza, w której się zanurzał. Pochłaniało go to całkowicie, niczym jedzenie łakoci, gdy był mały.

Naraz poczuł coś w dole kręgosłupa. Było to początkowo niewielkie, miłe łaskotanie, niczym dotyk skrzydeł lecącego motyla. Raz po raz odczuwał minimalne poruszenia energii w podstawie kręgosłupa. Wiedziony jakimś instynktem lub przygotowany przez wcześniejszy trening, wyprostował bardziej swój kręgosłup i dotknął językiem dziąseł nad górnymi zębami. Szczęki i policzki delikatnie rozluźnił.

Ciepło w kręgosłupie stawało się coraz bardziej odczuwalne. Płynęło powoli w górę, niczym budzący się do życia płomień rozpalanego po długiej przerwie ogniska.

Czuł gorąco w swych nerkach i splocie słonecznym. Równocześnie zaczęły pocić mu się nogi. Obserwował uważnie te zjawiska i częścią swojej świadomości dbał, aby nie zakłócić tego procesu jakąś emocją lub poruszeniem.

Energia szła tymczasem milimetr po milimetrze w górę jego ciała. Gdy strumień ciepłego nurtu dotarł do jego serca, poczuł błogość. Jego klatka piersiowa jakby się rozszerzyła i odczuł w niej mnóstwo wolnej przestrzeni. Oddychał coraz swobodniej i lekko. Na jego twarzy zagościł uśmiech ulgi i zadowolenia. Mimo to, szybko odczuł, że jego ciało delikatnie drży, jakby coś je poruszało. Siłą woli powstrzymał się przed otwarciem oczu, aby sprawdzić, czy coś się przypadkiem nie dzieje. Wiedział, że wszystko, co teraz miało miejsce, działo się tylko w nim i że nic na zewnątrz nie miało teraz znaczenia.

Jego brzuch i klatka piersiowa również zaczęły się intensywnie pocić. Czuł, jak do jego złożonych na brzuchu do medytacji dłoni napływają strużki potu. Utrzymywał jednak nadal swoją koncentrację i spokojny oddech. Wiedział, że musi przez to przejść. Miał też nadzieję, że jogini go teraz mocno wspierają.

Jan odczuł, jak jego przestrzeń pośrodku klatki piersiowej zaczyna się delikatnie rozgrzewać. Po chwili zobaczył swoim wewnętrznym wzrokiem, jak zaczyna też rozbłyskiwać. Początkowo było to jak pryskanie iskier ze sztucznych ogni. Jak urzeczony spoglądał na te małe iskierki, które wyskakiwały mu w okolicach mostka i znikały po jakichś piętnastu centymetrach lotu w przestrzeni. Ale już po kilku minutach jego serce rozbłysło. Stało się mocne i bardziej jasne. Po upłynięciu około piętnastu minut błyszczało już wyraźnie żółtą czy też złotą barwą i wyraźnie czuł miłe ciepło tej przestrzeni. Rosło też w nim uczucie błogości, zadowolenia, radości i wdzięczności. Poczuł kojącą jedność z Jolą, joginami, swoimi znajomymi, kolegami, rodziną, a nawet innymi ludźmi i tym mieszkaniem.

Zdziwiło go to, bo przecież aż tak nie kochał tego miejsca, ale teraz odczuł głęboką wdzięczność, że tu jest, ma bezpieczne schronienie i przestrzeń do medytacji, które mu ono zapewnia.

Ta energia w nim rosła i rosła. Czuł drżenie swojego ciała i pot spływający mu po plecach. Ale gdy po chwili zaczęły mu drżeć dłonie i szczękać zęby, zaczął się niepokoić.

Gdy jego głowa zaczęła trząść się na boki, zaniepokoił się. Czuł dziwną suchość w gardle i potężne ciepło nie tylko w klatce piersiowej, ale teraz przede wszystkim w brzuchu pod pępkiem. Odczuwał, jakby ktoś rozpalił mu tam małe ognisko.

Jan otworzył usta i zaczął szybko, głęboko oddychać. Gorączkowo łapał powietrze, jakby próbując jego chłodnymi łykami ugasić palący się gdzieś w jego środku płomień. W końcu otworzył oczy. Tego było mu już za wiele. Czuł, jak cały dół pleców staje się jednym wielkim piecem.

— Pomocy… — wyszeptał tylko, nim osunął się bezładnie na podłogę. Poczuł tylko jeszcze jakieś chłodne dłonie, które spoczęły teraz na jego czole i brzuchu.


Leżał tak długo, wyczerpany i niemal bez czucia. Gdy się w końcu ocknął, poszedł do łazienki i wziął długi, chłodny prysznic. Był padnięty. Oddychał głęboko i przytrzymywał się ściany, aby nie upaść. Mimo, że woda chłodziła jego ciało, nadal delikatnie drżał. Po kilkunastu minutach był w stanie wyjść z wanny i położył się na łóżku. Oddychał głęboko i próbował ogarnąć to wszystko, co mu się przytrafiło.

Z jednej strony był zadowolony. Energia, o której mówił jogin szła, tak jak trzeba, w górę jego ciała. Nawet teraz czuł wyraźnie, jak jego dłonie były o wiele cieplejsze niż zwykle. Ucieszył się tym nawet. Pamiętał ćwiczenie, które robił na jednych zajęciach dotyczących pracy z energią. Pocierało się szybko dłonie o siebie, aż dało się w nich wyczuć ciepło. Miało to uruchamiać przepływ energii i służyło do samouzdrawiania lub uzdrawiania innych. Taką wzmocnioną energią można było przywracać harmonię w poszczególnych organach ciała i to bez fizycznego sięgania w jego głąb. Po prostu dotykało się jakiegoś narządu wzmocnioną energią swojej dłoni i udrażniało się w nim i wokół niego przepływ energii. Cieszył się wtedy, gdy ćwiczył wraz z innymi. Teraz jednak odczuł, jak jego energia wzrosła nie dwu — trzykrotnie, jak wtedy, ale dziesięciokrotnie, a może nawet i więcej razy.

— Kto wie, jak bardzo wzrosła moja energia. Tylko dlaczego czuję się teraz taki wyczerpany?

— Powiększ swoją pojemność energetyczną — posłyszał w swojej głowie delikatny szept jogina. Jan rozejrzał się wokół siebie, ale nikogo, ani niczego nie dostrzegł.

— Ale jak? — pomyślał tylko i skupił się, aby wyraźnie usłyszeć odpowiedź tamtego. Mimo jednak upływu dłuższej chwili, nic nie usłyszał.

— No i przerwało połączenie — próbował zażartować. Doszedł jednak szybko do wniosku, że sam ma się tego dowiedzieć. Ruszył zatem do internetu. Dziś nie dałby rady już czekać na jakąkolwiek odpowiedź w medytacji. Zdał sobie też sprawę, że po raz pierwszy usłyszał głos jogina nie w głębokim relaksie, ale w zwyczajnym stanie. Być może zresztą stało się tak tylko dzięki temu, co przeżył wcześniej.

Jan przejrzał kilka wątków na różnych forach i szybko odnalazł, co to takiego.

— „Pojemność energetyczna to umiejętność gromadzenia w sobie pobranej z zewnątrz lub wzbudzonej w sobie energii. Dotyczy to również umiejętności pracy z jej strumieniem i wydatkowania na zewnątrz nadmiaru tej energii” — czytał jakiś wpis. — „Wraz z rozwojem i nabywaniem wprawy w pracy z energią, zwiększa się zakres i ilość energii, którą ktoś potrafi zaabsorbować i utrzymywać w sobie. Zazwyczaj służy ona do uzdrawiania siebie i innych. Kahuni — uzdrowiciele i szamani z Hawajów, umieli na przykład uzdrawiać nawet otwarte rany i złamania i to w ciągu kilku minut tak, że nie było po nich nawet żadnego śladu…". — ciekawe — zainteresował się Jan.

— „Można powiększać swą pojemność energetyczną poprzez różne ćwiczenia oddechowe, relaksacyjne oraz fizyczne i nabierając wprawy w pracy z energią. Niekiedy powiększa się ona spontanicznie, podczas głębokiej medytacji”.

Dalej Jan czytał o bieganiu, pływaniu, pracy z kulami energii i prany oraz wizualizacyjnym poszerzaniu strumienia głównego kanału energetycznego w kręgosłupie.

— Od tego chyba zacznę przy następnej medytacji — pomyślał Jan, bo jakoś nie uśmiechało mu się dzisiaj bieganie lub inne ćwiczenia fizyczne. Był zmęczony, więc tylko zjadł co nieco i położył się spać.

To jednak nie był zwyczajny sen. Kilkakrotnie widział siebie w jaskini z joginami. Pokazywali mu oni proste ćwiczenia energetyzujące i odmładzające ciało oraz nauczyli go, jak ma oddychać i o których porach najlepiej, aby teraz medytował. Jan próbował to wszystko zapamiętać, ale kolejne ćwiczenia widział już jakby przez mgłę.

— Nawet we śnie nie dają mi spokoju — uśmiechnął się, gdy się przebudził. — No cóż, widać taki mój los karmicznego jogina. Fajnych mam kumpli, hehehe — zaśmiał się, myjąc zęby i spoglądając na siebie w lustrze.

Naraz zdziwił się, a nawet miał przez chwile wrażenie, że ma omamy. Oto w lustrze widział przez chwilę nie swoje odbicie, a jakiegoś dojrzałego mężczyzny w turbanie, który siedział nieruchomo pod skałą, a potem otworzył oczy i spokojnie patrzył przed siebie. Ale gdy tylko Jan zamrugał oczami, ten widok zniknął równie szybko, jak się pojawił.

— Albo to jakiś kolejny jogin, albo to ja z któregoś z wcieleń — zadumał się podczas golenia.

Potem zjadł śniadanie i przejrzał maile. Jola nadal się nie odzywała, a warsztaty się przesunęły. Zupełnie tak, jakby nie miał się niczym innym teraz zajmować. Poczytał zatem trochę i próbował powtórzyć ćwiczenia, które pokazali mu jogini. Część z nich nawet znalazł w internecie. Już kiedyś je widział. Wśród prostszych z nich były tak zwane rytuały tybetańskie.

— W sumie nie wiadomo, skąd się wzięły, ani jaka jest ich historia, ale okej, można poćwiczyć — mówił sam do siebie, gdy wirował w prawo, a potem w lewo z wyciągniętymi na boki rękoma. Dbał przy tym, aby trzymać głowę prosto, by mu się w niej nie zakręciło. Po kilku obrotach przeszedł do kolejnych ćwiczeń. Zajęło mu to trochę czasu. Od siebie dołożył kilka ćwiczeń na rozciąganie i siłowych na mięśnie. Były wśród nich tradycyjne przysiady, pompki i trochę pracy z hantlami.

— Uff… na dzisiaj wystarczy — powiedział wreszcie, gdy pierwsze krople potu wystąpiły mu na czoło.

Zjadł obiad i popatrzył trochę przez okno. Nie chciało mu się wychodzić. Wolał odsapnąć i powoli przygotować się do kolejnych ćwiczeń medytacyjnych. Nieco tylko się obawiał ich intensywności, ale miał nadzieję, że to, co przeżył dziś rano, da mu jeszcze więcej mocy i spokoju do tego, co jeszcze miało go spotkać.

Przyszykował sobie herbatę miętową, która dobrze chłodzi i postawił kubek obok siebie. Usiadł i zamknął oczy. Jego oddech powoli stawał się tak cichy i delikatny, że niemal niewyczuwalny.

Po pewnym czasie znowu poczuł znajome mrowienie w dole kręgosłupa, a potem mocny strumień jakby gorącego powietrza, które wspinało się w górę jego ciała po spirali. Wyraźnie odczuwał, jak ta energia omiata jego kolejne czakry — drugą, splot i serce. Znowu zaczął się pocić, ale mniej obficie niż poprzednio. Drżenie jednak nadal się utrzymywało.

Jego klatka piersiowa rozbłysła kolejno najpierw złotym, a potem różowym i zielonym kolorem. Widział to wszystko wyraźnie swoim wewnętrznym okiem i podziwiał, niczym jakiś fantastyczny film. To jednak działo się naprawdę, co odczuwał aż nadto w swoim ciele.

Gdy energia doszła do gardła, poczuł jakąś blokadę. Tak, jakby energia nie mogła się tamtędy przedostać. Robił, co mógł, ale energia sączyła się w górę tylko wąskim strumykiem, a cała jej reszta napierała na jakąś blokadę, co odczuwał w swoim gardle, które rozgrzewało się coraz bardziej i puchło.

Jan robił, co mógł, aby rozluźnić całą swoją szyję. Zaczął też intensywniej oddychać i wyrzucać z siebie energię i oddech przez otwarte szeroko usta. Pomogło, ale tylko na chwilę. Nadal czuł ogromny ciężar w swoim gardle i trudność w oddychaniu. Nie mógł nawet za bardzo coś powiedzieć, tylko głośno odchrząkiwał, ale nie było tam żadnej śliny, ani innej wydzieliny, tylko jakiś niewidzialny zator i napierający na niego strumień energii.

W końcu Jan przypomniał sobie poradę, aby zwizualizować sobie, jak to strumień energii, który płynie poprzez jego ciało, robi się coraz szerszy i szerszy. Nie bardzo wiedział, jak ma mu to pomóc w tej sytuacji, ale postanowił posłuchać swojej intuicji.

Gdy tak wyobrażał sobie, jak od dołu kręgosłupa płynie coraz szerszy strumień, poczuł, jak w mniejszym stopniu naciska on na gardło. Najwyraźniej energia rozchodziła się po tym zbudowanym jego wolą szerszym kanale energetycznym.

Po chwili jednak tego pożałował. Po początkowej uldze odczuł jeszcze mocniejszy nacisk na krtań. Zaczął się nawet lekko dusić i nie mógł przełknąć. Już miał spanikowany otworzyć oczy, gdy nagle odczuł, jak coś się zwolniło i przez jego gardło zaczęła płynąć coraz szerszym strumieniem bardzo ciepła, niebieska energia. Otworzył tylko usta, a wtedy zobaczył, jak małe, iskrzące się nitki energii wyskakiwały z jego warg.

— O kurcze — pomyślał zadowolony, że wytrzymał i nie poruszył się zbytnio. — A to ci dopiero.

Poczuł też, jak energia wlewa się z dużą siłą w jego ramiona, przedramiona i dłonie. Już po chwili poczuł, jak środki jego dłoni emanują intensywnym ciepłem.

— Na dzisiaj dość — usłyszał daleki głos jogina. — Idź spać.

Jan otworzył spokojnie oczy i spojrzał na zegarek. Minęły cztery godziny, a jemu wydawało się, że przeszło zaledwie dwadzieścia minut. Tego się nie spodziewał.

— No tak — wystarczy. To i tak trwało dość długo — mówił sam do siebie, rozcierając swe ręce, szyję, tułów i nogi. Wypił herbatę kilkoma łykami. Wstał i poczuł się jakiś taki lekki, jakby mniej ważył. Jego ruchy były szybsze i pewniejsze, niż zwykle. Jan uważnie obserwował to nowe dla niego zjawisko.

Lekki jak baletnica przemieścił się do łazienki, umył i spojrzał przelotnie w lustro. Tym razem znowu na mgnienie oka zobaczył tego mężczyznę, ale w ułamku sekundy obraz się rozszerzył i ujrzał, że siedzi on w jaskini, w której widział jeszcze siedmiu joginów.

— Aha — powiedział, rozumiejąc. Okej, na dzisiaj rzeczywiście wystarczy, idę spać.

Położył się i niemal od razu zasnął. Tym razem miał zwyczajny, spokojny sen. Chodził po lesie i patrzył na drzewa. Miał też wrażenie, jakby słyszał dobiegający z oddali kobiecy śpiew. Było mu nawet przyjemnie go słuchać. To była piękna melodia i miły, kojący głos. Czuł go niemal tak intensywnie, jak pieszczotę.


Kolejny dzień przyniósł mu ochotę na więcej. Poranek był deszczowy, więc nie chciało mu się nigdzie ruszać. Pogimnastykował się tylko trochę i znowu zasiadł do medytacji. Chciał więcej i był gotowy na poznawanie nieznanego.

Nabrał głęboko powietrza do płuc i rozsiadł się na poduszce. Tym razem doświadczenie ciepła i przepływu energii przez ciało były odrobinę mniej odczuwalne. Znowu poczuł jak ciepły strumień przesuwa mu się w górę i rozświetla poszczególne ograny i części ciała.

Przyjmował to wszystko z należytym, coraz większym spokojem.

— Dobrze — zachęcił go znajomy głos. — Tak ma być.

— W porządku — pomyślał tylko i jeszcze bardziej zagłębił się w siebie.

Gdy poczuł, jak ciepło wypełnia mu całe gardło, rozluźnił się jeszcze bardziej. Wiedział, że to, co się teraz miało wydarzyć, miało być decydujące dla powiedzenia się całego tego treningu. Sporo już o tym rano czytał i miał przeczucie, jak to może co nieco wyglądać. Ale mimo to, to co się stało, przerosło znacznie jego oczekiwania i wyobrażenia.

Oto strumień energii płynął w górę tym razem powoli, niemal leniwie i delikatnie, łaskocząc jego mózg. Po chwili jednak zaczął wnikać w jego głąb i wtedy to się stało. Poczuł głęboki, przeszywający ból w środku mózgu, jakby ktoś wsadził mu tam szybkim ruchem olbrzymią szpilę. Równocześnie cała jego głowa rozbłysła tysiącem świateł, które po chwili zlały się w jedno, wielkie źródło złotego światła. Jan resztkami siły woli utrzymywał swój spokój, zrównoważenie i naturalny rytm oddechu. Za nic nie chciał przerwania tego procesu. Wiedział, że czas też ma znaczenie i nie chciał przedłużać oczekiwania na to mistyczne doświadczenie pobudzenia jego trzeciego oka.

Czuł się teraz tak, jakby nagle sto latarni morskich zapaliło swoje reflektory, a on siedział pośrodku nich i sam świecił tymi wszystkimi światłami. To było potężne i oszałamiające uczucie.

— A więc to tak wygląda rozszerzenie się świadomości? — przemknęło mu przez głowę. Ból równie szybko, jak się pojawił, zniknął, ustępując miejsca spokojowi i satysfakcji.

Przez jego serce przepływały kolejne fale ciepłej energii, a on czuł się, jakby był częścią kosmicznego oceanu życia. Energia przypływała i odpływała, ale wciąż było jej tyle samo, albo nawet jeszcze więcej z każdą kolejną falą. Takie miał przynajmniej wrażenie.

Jan spojrzał przed siebie swoim wewnętrznym wzrokiem i zdziwił się. Widział swoje ręce, które trzymał na brzuchu, ale równocześnie widział w nich naczynia krwionośne, mięśnie i kości. Widział zarówno całość rąk, jak i ich poszczególne części. Widział nawet pulsowanie krwi wewnątrz żył.

Spojrzał w bok i wtedy zdumiał się jeszcze bardziej. Zobaczył ścianę, a za nią stojącą wannę i krany. Spojrzał w drugą stronę i zobaczył, że za oknem ktoś właśnie wsiadał do auta i ruszał. Jakaś kobieta machała do kogoś ręką, a pies gonił za rzuconą mu piłką. Patrzył tak spokojnie, jakby nie było w tym nic niezwykłego.

Jan pomyślał o joginie i nagle przestrzeń wokół niego zawirowała. Już po sekundzie widział twarz znajomego jogina, który wpatrywał się w niego. Wokół siedzieli pozostali.

— Szybko ci poszło — uśmiechnął się tamten.

— Nie znam nawet twojego imienia.

— Znasz… sięgnij tylko głębiej — wpatrzył mu się uważnie w oczy.

— Aman… — powiedział Jan, nim zdążył dobrze o tym pomyśleć. Wystarczyło tylko, że na chwilę się skupił.

Tamten tylko nieznacznie mu się pokłonił.

— Witaj. Witaj po latach bracie.

— Jestem twoim bratem?

— Wszyscy jesteśmy braćmi. Poznajesz ich?

Jan rozejrzał się po jaskini i wtedy nagle zdał sobie sprawę, że jego ciało wisi pośrodku jaskini, dokładnie nad palącym się tam ogniskiem. Jego płomień jednak nic a nic go nie parzył. Ba, nic nawet nie czuł.

— Co jest grane? — zdziwił się, patrząc po wszystkich.

— Przeniosłeś się tu jednym ze swoich ciał — tłumaczył Aman. — Twoje ciało fizyczne nadal siedzi w mieszkaniu.

Wtedy Jan przypomniał sobie nauki o poszczególnych ciałach człowieka — fizycznym, eterycznym, astralnym, mentalnym, przyczynowym i innych.

— Okej — przyjął to po prostu do wiadomości. — A skąd się znamy?

— Zacząłeś medytować tu wraz z nami, gdy tylko udało ci się tu dostać.

Jan spojrzał poza jaskinię i znowu zobaczył, że jest ona w odległej krainie, za wielką doliną i znajduje się niemal u szczytu ogromnej, ośnieżonej góry.

— I ile tu spędziłem czasu?

— Dokładnie sto lat.

Jan się zdziwił.

— Sto lat? Aż tyle?

— Tak. A miałeś dwadzieścia pięć, gdy tu się zjawiłeś. Ale potem ci się znudziło i odszedłeś. Postanowiłeś żyć jak inni. Zakochałeś się też.

— I co było dalej? — niecierpliwił się Jan.

— Cóż… energia tego miejsca i nasza wspólna dodawały ci sił. Po tym, jak odszedłeś, to nie cieszyłeś się zbyt długo rodzinnym życiem. Po dziewięciu latach umarłeś, zostawiając żonę i dwójkę dzieci.

Janowi zrobiło się smutno. Jakąś cząstką siebie czuł, że to była prawda. W jego oku pojawiła się łza, która spłynęła mu po policzku. Ale po chwili go otrzeźwiło.

— Zaraz, to ile wy macie lat? — rozejrzał się po nich, zaciekawiony.

— Ja siedemset trzydzieści dwa — odezwał się jeden z nich.

— Ja tylko sześćset pięćdziesiąt jeden — powiedział z humorem drugi.

— Pięćset dziewięćdziesiąt osiem.

— Osiemset siedemdziesiąt pięć.

Janowi coraz bardziej opadała szczęka w dół. Nie mógł uwierzyć, że to prawda.

— Pięćset dwanaście.

— Trzysta pięćdziesiąt cztery.

— I dlatego nazywamy go małolatem — odezwał się ponownie ten, który podał jako pierwszy swój wiek.

— Hahaha — zaśmiali się wszyscy.

— A ty? — Jan spojrzał na najbardziej znanego mu jogina.

— Tysiąc dwadzieścia pięć — powiedział spokojnie. — Tak, nie przesłyszałeś się. Jesteśmy ostatnimi, który odkryli starożytne ćwiczenia długowieczności i mocy. Niestety, trzeba je wykonywać systematycznie, w ciszy i spokoju. Dlatego raczej życie z innymi ludźmi nie jest wskazane… — jogin zrobił dłuższą przerwę i spojrzał znacząco i z uwagą na Jana.

— No chyba, że…

— Co?

— No chyba, że… tobie się to uda.

— Mi? — był zaskoczony.

— Masz dobry zestaw genów i już umiesz władać energią w tak młodym wieku. Nam dojście do tego momentu zajęło ponad dwieście lat. Zresztą dopiero wtedy człowiek naprawdę mądrzeje.

— Hahaha — znowu zaśmiali się wszyscy jogini.

— No dobra — widzę, że kończy ci się na dzisiaj energia — powiedział wpatrując się w niego uważnie jogin. — Zregeneruj się i dalej ćwicz. To jeszcze nie wszystko. Dużo jeszcze przed tobą.

Jan poczuł, jakby nagle cały świat wokół niego zawirował. Poczuł się jak w bębnie wirującej pralki i posłyszał głośny świst.

Już po chwili był znowu w swoim pokoju, gdzie siedział z otwartymi oczami, próbując ogarnąć to wszystko, czego właśnie doświadczył. A nie było to łatwe.

Oto wzbudzał w sobie jakieś moce i miał kontakt z joginami mieszkającymi w jakiejś odległej górze. Na domiar tego wszystkiego twierdzili oni, że mieli po kilkaset lat, a ktoś, kto miał ponad trzysta lat był przez nich traktowany jak małolat.

— W co ja się wpakowałem? — rozmyślał Jan. — I po co mi to wszystko? Jola jak na złość nie odbierała telefonu, więc został sam ze swoimi myślami. Było już za późno, aby dzwonić do któregoś z nauczycieli. Zresztą miał poważne wątpliwości, czy któryś z nich by mu w to wszystko uwierzył.

— Ech… — Jan spoglądał przez okno na pogrążający się w mroku nocy świat i popijał mocną kawę zbożową z cynamonem. — No nic, idę do wanny. Poleżę z godzinę i kładę się spać — postanowił.


Odtąd wszystkie wydarzenia zdecydowanie nabrały tempa. A zaczęło się od tego, że wszedł do kuchni i chciał wziąć kubek. Ale to, co się wtedy zdarzyło, zdumiało nawet jego i to nawet po wczorajszych wydarzeniach.

Gdy Jan sięgnął po swój ulubiony, niebieski kubek, ten drgnął wyraźnie i zaczął się przesuwać w jego kierunku. Jan stał tak z wyciągniętą ręką i patrzył, jak kubek sunął po blacie w jego stronę. To było zaledwie dwadzieścia centymetrów, ale zrobiło to na nim ogromne wrażenie.

— O kuźwa! Ale jaja.

Coś gdzieś czytał o telekinezie, ale nigdy nie przypuszczał, że to mogłoby przydarzyć się właśnie jemu.

— No dobra — próbował się uspokoić. — Zobaczymy jeszcze raz.

Jan cofnął się o krok i wyciągnął rękę w stronę kubka. Patrzył na niego i… rozczarował się. Kubek ani drgnął. Wyciągnął jeszcze bardziej rękę w stronę naczynia, ale i tym razem się nie poruszyło.

— Co jest? — nie mógł dojść, o co chodzi. — Może to jogini robią mi dowcipy? — rozważał. — Zaraz, co ja wtedy dokładnie zrobiłem? — myślał gorączkowo. — Wszedłem do kuchni, chciałem wziąć kubek i… No tak! — ucieszył się. — Chciałem wziąć kubek. Samo wyciągnięcie do niego ręki nic nie zdziała. Musi być intencja, żeby znalazł się w mojej ręce. Takie to proste — uśmiechnął się.

Tym razem zdecydowanie wyciągnął rękę i pomyślał równocześnie, że kubek ma się natychmiast znaleźć w jego ręce. To co się stało już po chwili wręcz go przeraziło. Oto kubek z głośnym świstem i ogromną siłą poleciał w jego kierunku, jakby go ktoś rzucił.

Jan chwycił go w dłoń, która aż go zabolała.

— Ała — spojrzał z wyrzutem na kubek. — Uważaj trochę! — ze złością rzucił w jego kierunku i postawił go z powrotem, głośno stukając nim o blat.

— To ty uważaj — posłyszał cichy jak szept motyla głos jogina.

— No dobra — rzucił tylko w przestrzeń i się uspokajał. — Muszę poćwiczyć. I tyle.

Spokojnie zjadł śniadanie, uważając na swoje myśli i to, czego pragnie. Na szczęście, ani kubek z gorącą herbatą malinową, ani talerz, nóż czy deska do krojenia nie zaatakowały go.

— Dobrze… — pochwalił się w myślach. — Relaks i odprężenie. A jak trzeba, to zdecydowana intencja i wola. Okej, zakumałem — uśmiechnął się.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 64.85
drukowana A5
Kolorowa
za 99.13