Przedmowa
Książka, którą trzymasz w rękach, nie powinna istnieć. Nie dlatego, że opisuje rzeczy niemożliwe — choć opisuje. Nie dlatego, że jej bohaterowie robią rzeczy, których nikt przy zdrowych zmysłach by nie zrobił — choć robią. Nie powinna istnieć dlatego, że jest dowodem na coś, w co większość z nas nie chce wierzyć: że granica ludzkiej wytrzymałości nie przebiega tam, gdzie ją rysujemy, że mapa ludzkiego doświadczenia ma więcej terytoriów, niż podręczniki anatomii, psychologii i zdrowego rozsądku są skłonne przyznać, i że człowiek — ten kruchy, śmieszny, piękny organizm o masie kilkudziesięciu kilogramów, z kośćmi, które pękają, skórą, która się pali, i sercem, które bije osiemdziesiąt razy na minutę, nie pytając o pozwolenie — że ten człowiek jest zdolny do rzeczy, wobec których słowo „niemożliwe” brzmi jak nieśmiała sugestia, a nie jak fakt.
Piszę tę przedmowę jako człowiek, który spędził życie podróżując — po kontynentach, po oceanach, po mapach i po ludzkich historiach, które są bardziej rozległe niż jakikolwiek kontynent. Widziałem pustynie, na których ludzie budowali miasta. Widziałem góry, na których ludzie budowali drogi. Widziałem morza, przez które ludzie budowali mosty — dosłowne i metaforyczne — i widziałem, jak te mosty wyrastały nie z inżynierii, lecz z uporu, z desperacji, z tej samej siły, która każe drzewu rosnąć przez beton i rzece płynąć pod prąd. Ale nigdy — w czterdziestu latach podróży, pisania i obserwowania ludzkiej natury — nigdy nie widziałem czegoś takiego jak „Szokująca szkoła przetrwania”. I nie wiem, czy chciałem zobaczyć. Ale zobaczyłem. I nie potrafię odwrócić wzroku. I nie chcę.
To, co trzymasz w rękach, jest reportażem. Reportażem w najprostszym, najszlachetniejszym sensie tego słowa — relacją z miejsca, w którym ktoś był, i z czasu, w którym coś się wydarzyło. Ale jest to reportaż z miejsca, w którym nikt wcześniej nie był, bo nikt wcześniej nie umieszczał ludzi w sytuacjach opisanych na tych stronach. Autor — którego nazwiska nie muszę wymieniać, bo wymieniło się samo w ciągu trzech miesięcy, które spędził z bohaterami tej książki, oddychając tym samym powietrzem, pijąc tę samą herbatę, notując na tych samych serwetkach — autor jest jednocześnie świadkiem, kronikarzem i uczestnikiem. Nie biernym uczestnikiem — nie stał z boku, z notatnikiem, z dystansem profesjonalnego obserwatora. Stał blisko. Za blisko, powiedzą niektórzy. Wystarczająco blisko, powiem ja. Bo reportaż, który utrzymuje dystans, jest fotografią. Reportaż, który go traci, jest życiem. I ta książka jest życiem — brudnym, mokrym, poparzonym, pokłutym, połamanym, ale żywym. Żywszym niż cokolwiek, co czytałem od lat.
Muszę ostrzec czytelnika: ta książka nie jest łatwa. Nie jest łatwa fizycznie — niektóre opisy wymagają żołądka mocniejszego niż przeciętny, skóry grubszej niż przeciętna i serca twardszego niż przeciętne, choć — paradoksalnie — serca jednocześnie miękkiego, bo to, co dzieje się z bohaterami tej książki, wymaga od czytelnika nie tylko wytrzymałości, ale i empatii, a empatia jest miękka z definicji. Nie jest łatwa emocjonalnie — bo emocje, które ta książka wywołuje, nie są proste. Nie są czarno-białe. Nie są „strach” albo „podziw”, „obrzydzenie” albo „fascynacja”. Są wszystkim naraz — jak kolory na palecie malarza, które osobno są czyste i rozpoznawalne, ale zmieszane tworzą coś, co nie ma nazwy, co nie jest żadnym kolorem z osobna, ale co jest bardziej prawdziwe niż którykolwiek z nich.
I nie jest łatwa intelektualnie — bo ta książka zadaje pytania, na które nie ma odpowiedzi. Pytania o granice. O to, gdzie kończy się odwaga, a zaczyna szaleństwo. Gdzie kończy się telewizja, a zaczyna okrucieństwo. Gdzie kończy się eksperyment, a zaczyna eksploatacja. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna materiał. Te pytania nie są retoryczne — są realne, naglące, bolesne, i autor nie udaje, że zna na nie odpowiedzi, co jest — w czasach, kiedy każdy ma odpowiedź na wszystko — aktem odwagi równie wielkim jak cokolwiek, co robią bohaterowie tej książki.
Bohaterowie. Muszę o nich powiedzieć kilka słów, bo to oni — nie scenarzysta, nie reżyser, nie producent, nie telewizja — oni są sercem tej książki. Piątka ludzi, których imiona i historie czytelnik pozna na tych stronach, i których — obiecuję — nie zapomni. Nie dlatego, że są nadludźmi. Właśnie dlatego, że nie są. Są ludźmi — z mięśniami, które się męczą, z kośćmi, które pękają, ze skórą, która się pali, z sercami, które biją szybciej, kiedy się boją, i wolniej, kiedy śpią. Są ludźmi, którzy — postawieni w sytuacjach, w których większość z nas po prostu by umarła — nie umierają. Nie dlatego, że są silniejsi. Dlatego, że decydują, że nie umrą. I ta decyzja — ta absurdalna, nielogiczna, piękna decyzja — jest tematem tej książki. Nie wyzwania. Nie konkurencje. Nie rekordy. Decyzja, żeby żyć. Podejmowana co sekundę. W każdym rozdziale. W każdej sytuacji. Wbrew wszystkiemu.
Każdy z piątki bohaterów wnosi do tej książki coś innego — i nie chodzi tu o umiejętności fizyczne, choć te są imponujące, lecz o coś głębszego, coś, co autor opisuje z czułością i precyzją, jakiej nie spodziewałem się po reportażu o programie telewizyjnym. Jest tu kobieta, która oddycha tak, jakby oddychanie było sztuką, i która w każdej sytuacji — od pierwszej do ostatniej — pozostaje sobą z godnością, która jest cichsza niż heroizm, ale trwalsza. Jest tu mężczyzna, który przez piętnaście lat walczył ze wszystkim i który — w ciągu trzech miesięcy opisanych w tej książce — uczy się nie walczyć, co jest lekcją trudniejszą niż jakiekolwiek pole bitwy. Jest tu strażak, który nie zdążył uratować kogoś, kogo nie umie zapomnieć, i który ratuje innych, żeby uratować siebie. Jest tu pływaczka, która odkrywa, że jej żywioł — woda — nie jest jedynym żywiołem, i że ziemia, ogień i powietrze mają w sobie tę samą ciszę, której szukała pod powierzchnią. I jest tu kobieta, która zaczynała jako osoba żyjąca na oczach milionów, a kończyła jako osoba żyjąca na własnych oczach — co jest podróżą dłuższą niż jakikolwiek rurociąg, wyższą niż jakikolwiek Everest, głębszą niż jakikolwiek wieloryb.
Jest w tej książce postać, o której muszę powiedzieć osobno, bo bez niej — bez jego cichej, uporczywej, nieustępliwej obecności — ta książka byłaby czymś innym. Byłaby kroniką szaleństwa. Byłaby katalogiem obrażeń. Byłaby listem pożegnalnym ludzkiego rozsądku. Ale jest czymś więcej — jest świadectwem troski. Troski jednego człowieka o drugich, troski lekarza o pacjentów, troski kogoś, kto mógł odejść — i kto miał wszelkie powody, żeby odejść — ale kto został. Bo ktoś musiał. Bo bez niego byłoby gorzej. I ta motywacja — „zostaję, bo bez mnie byłoby gorzej” — jest, myślę, najprostszą i najszlachetniejszą definicją tego, co znaczy być lekarzem, być człowiekiem, być tu.
Ten lekarz — z wenflonami w kieszeniach, z książkami na kolanach, z herbatą w kubku, z drżącymi rękami i z nieruchomymi oczami — jest moralnym centrum tej książki. Nie scenarzysta, który wymyślał. Nie reżyser, który kręcił. Nie producent, który płacił. Lekarz, który ratował. I który — szwy po szwach, bandaż po bandażu, oddech po oddechu — trzymał tych ludzi przy życiu. Nie dlatego, że im się należało. Dlatego, że on tak postanowił.
Powinienem powiedzieć też o scenarzyście — o człowieku, który to wszystko wymyślił, i bez którego ta książka nie istniałaby, tak jak nie istniałyby blizny na ciałach bohaterów, kontrowersje w mediach ani pytania etyczne, które ta książka stawia. Scenarzysta jest postacią, którą łatwo potępić — i wielu potępi, i słusznie. Ale jest też postacią, którą trudno zrozumieć — i warto próbować, bo zrozumienie nie jest aprobatą, a próba zrozumienia jest jedyną drogą do prawdy. Autor tej książki próbuje — z honorem — i nie udaje mu się do końca, co jest jedynym uczciwym wynikiem, bo zrozumienie kogoś, kto podpala lasy i wrzuca ludzi do wielorybów, nie powinno być łatwe. Powinno być trudne. Powinno boleć. Jak wszystko w tej książce.
Czytając tę książkę — a przeczytałem ją trzykrotnie, za każdym razem odkrywając coś, czego wcześniej nie widziałem, jak pijawkę ukrytą w fałdzie skóry, jak gwiazdę ukrytą za chmurą, jak prawdę ukrytą za absurdem — czytając ją, myślałem o jednym: o tym, że literatura jest przetrwaniem. Że opowieść jest przetrwaniem. Że zapisanie tego, co się przeżyło, jest aktem nie mniejszym niż samo przeżycie — bo przeżycie bez opowieści jest biologią, jest pulsem i oddechem, jest minutami i godzinami, które mijają i znikają. Ale przeżycie z opowieścią — przeżycie zapisane, opowiedziane, podane dalej — to jest życie. Życie, które przetrwa dłużej niż ciało, które je przeżyło. Życie, które zostanie na półce, w rękach, w oczach kogoś, kto tego nie przeżył, ale kto — czytając — poczuje echo. Cień. Wspomnienie czegoś, co było prawdziwe.
Ta książka jest takim echem. Jest cieniem ognia, który płonął. Jest wspomnieniem strachu, który minął. Jest śladem stopy na roztopionym żelazie, który zastygł. Jest dźwiękiem serca, które biło — szybciej, kiedy się bało, wolniej, kiedy spało, zawsze, kiedy żyło. I jest dowodem — jedynym, ostatecznym, niezbity dowodem — że ludzie przetrwają. Że zawsze przetrwają. Że nie ma takiej ciemności, takiej głębokości, takiej temperatury, takiego ciśnienia, takiego szaleństwa, takiej telewizji — nie ma niczego, czego człowiek nie przetrwa. Nie dlatego, że jest silny. Dlatego, że jest. I że decyduje, żeby być. I że ta decyzja — ta prosta, codzienna, nieheroiczna decyzja, podejmowana co rano, kiedy otwierasz oczy, i co wieczór, kiedy je zamykasz — ta decyzja jest najodważniejszą rzeczą, jaką człowiek robi.
Codziennie.
Bez kamer.
I to wystarczy.
Rozdział 1: Do wora i do jeziora
Zanim przejdziemy do szczegółów tego, co wydarzyło się nad Jeziorem Głębokim tamtego sierpniowego poranka, pozwolę sobie na krótką dygresję historyczną. Otóż w średniowiecznej Europie istniała kara zwana „workiem” — po łacinie poena cullei — stosowana już w starożytnym Rzymie wobec ojcobójców. Skazańca zaszywano w skórzanym worku razem z kogutem, żmiją, psem i małpą, po czym wrzucano do rzeki lub morza. Symbolika zwierząt miała odzwierciedlać degenerację moralną przestępcy — kogut symbolizował pychę, żmija zdradę, pies bezwstyd, a małpa groteskowe naśladownictwo ludzkiej natury. Cyceron opisywał tę karę z pewnym obrzydzeniem, choć sam nie stronił od retorycznych okrucieństw. Cesarz Hadrian zmodyfikował procedurę, pozwalając pomijać zwierzęta, jeśli akurat nie było ich pod ręką — co w praktyce oznaczało, że skazaniec topił się w samotności, co z całą pewnością nie było pocieszeniem.
Wspominam o tym nie bez powodu. Kiedy bowiem Zarząd Produkcji programu „Szokująca szkoła przetrwania” przedstawił koncepcję pierwszego odcinka na posiedzeniu rady programowej, jeden z konsultantów historycznych — doktor Zbigniew Parowski, mediewista z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zaproszony jako ekspert do spraw „kontekstu kulturowego formatu” — podniósł rękę i zapytał z mieszaniną fascynacji i przerażenia:
— Czy państwo zdają sobie sprawę, że proponują w gruncie rzeczy rekonstrukcję rzymskiej poena cullei, tyle że bez małpy?
Na co producent wykonawczy, Marek Stępkowski, człowiek o twarzy wyrzeźbionej z granitu i sercu zrobionym z arkusza kalkulacyjnego, odpowiedział bez wahania:
— Bez małpy, ale z rybami. I bez wyroku sądu, bo mamy oświadczenia o dobrowolności uczestnictwa.
Doktor Parowski, jak sam później wspominał w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, poczuł w tym momencie, że historia zatoczyła koło, choć niekoniecznie to koło, które chciałby zobaczyć jako historyk. Niemniej podpisał opinię ekspercką, ponieważ — jak tłumaczył z rozbrajającą szczerością — „honorarium było nietypowo wysokie, a hipoteka nietypowo obciążona”.
Jezioro Głębokie — bo tak naprawdę nazywa się ten akwen, choć producenci w materiałach promocyjnych używali nazwy „Jezioro Wyzwań”, co brzmi jak nazwa ośrodka wypoczynkowego dla menedżerów średniego szczebla — leży na Pojezierzu Drawskim, w miejscu, gdzie Pomorze Zachodnie jest najbardziej pojezierskie, jakie być może. Jezioro ma powierzchnię niespełna czterdziestu hektarów, co czyni je raczej skromnym, ale jego głębokość w najgłębszym miejscu przekracza dwadzieścia cztery metry, co czyni je zdecydowanie nieskromnym. Woda jest zaskakująco przejrzysta — widzialność sięga sześciu metrów w dobrych warunkach — co miało kluczowe znaczenie dla ekipy realizatorskiej, ponieważ kamery podwodne musiały uchwycić każdy detal tego, co producenci z uporem nazywali „konkurencją”, a co sceptyczni komentatorzy nazywali „próbą utopienia ludzi na żywo w telewizji publicznej”.
Warto w tym miejscu podkreślić, że jezioro zostało wybrane nie przypadkowo. Ekipa lokalizacyjna — składająca się z dwóch geografów, jednego ichtiologia i jednej osoby, której jedyną kwalifikacją było to, że „dobrze czuła miejsca” — przejechała w ciągu trzech tygodni ponad cztery tysiące kilometrów, odwiedzając dwadzieścia siedem jezior w północnej Polsce. Kryteria selekcji były precyzyjne i, trzeba przyznać, dość osobliwe. Po pierwsze, jezioro musiało mieć głębokość minimum pięciu metrów w strefie przybrzeżnej, co eliminowało większość płytkich jezior morenowych. Po drugie, musiało być zasiedlone przez populację ryb drapieżnych o odpowiedniej liczebności i, co istotne, o odpowiednim usposobieniu — choć to ostatnie kryterium brzmi absurdalnie, ichtiolog w zespole, doktor Agata Krawczyk z Instytutu Rybactwa Śródlądowego, zapewniała z kamienną twarzą, że ryby drapieżne w różnych akwenach wykazują różny poziom „asertywności pokarmowej”. Po trzecie, okolica musiała być na tyle odludna, żeby przypadkowi turyści nie zaalarmowali służb ratunkowych na widok ludzi wyrzucanych z łodzi w parcianych workach.
To ostatnie kryterium okazało się najtrudniejsze do spełnienia, ponieważ Pojezierze Drawskie w sierpniu roi się od kajakarzy, wędkarzy i ornitologów amatorów. Ostatecznie producenci wynajęli cały ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem, ogłosili „zamknięcie sanitarne” z powodu rzekomego zakwitu sinic i postawili ochroniarzy przy wszystkich drogach dojazdowych. Sinice, dodajmy dla porządku, nie miały pojęcia, że zostały użyte jako alibi, i kwitły sobie spokojnie po drugiej stronie jeziora, nie interesując się zupełnie intrygami telewizyjnymi.
Ale wróćmy do sedna, czyli do worków.
Worki użyte w pierwszej konkurencji były wykonane z juty naturalnej, importowanej z Bangladeszu, o gramaturze trzystu gramów na metr kwadratowy. Miały wymiary sto osiemdziesiąt na osiemdziesiąt centymetrów, co oznaczało, że dorosły mężczyzna o przeciętnej posturze mieścił się w nich jak ziemniak w reklamówce — ciasno, niewygodnie i z poczuciem, że to nie jest miejsce, w którym powinien się znajdować. Każdy worek był zawiązywany u góry drutem stalowym ocynkowanym o średnicy dwóch milimetrów, skręconym trzykrotnie i zabezpieczonym dodatkowym węzłem. Drut ten — i to jest istotny szczegół techniczny, na który zwrócili uwagę krytycy programu — był na tyle cienki, że teoretycznie można było go zgiąć i złamać gołymi rękami, ale na tyle gruby, że wymagało to czasu, siły i determinacji, których osoba zamknięta w worku pod wodą mogła mieć w ograniczonej ilości.
Do każdego worka przymocowany był betonowy blok o wadze dwustu kilogramów. Bloki zostały odlane na specjalne zamówienie w betoniarni pod Szczecinkiem, przez pana Henryka Zawadzkiego, właściciela firmy „Beton-Henryk”, który — jak sam później opowiadał w lokalnej gazecie — przyjął zamówienie bez zbędnych pytań, ponieważ „klient płacił z góry i nie targował się o cenę, a w branży betoniarskiej to rzadkość godna szacunku”. Pan Henryk dodał również, że bloki miały wbudowane uchwyty transportowe ze stali zbrojeniowej, co ułatwiało ich mocowanie do worków, i że osobiście dopilnował, żeby beton był odpowiednio zagęszczony, „bo nie chciałbym, żeby się kruszyły pod wodą i ktoś miał pretensje”.
Uchwyty te — a raczej sposób, w jaki bloki były przymocowane do worków — stanowiły, jak się później okazało, jeden z kluczowych elementów konkurencji. Blok nie był bowiem przyszyty do worka ani przywiązany na stałe. Był połączony z workiem za pomocą karabińczyka wspinaczkowego, zapiętego na stalowej pętli wplecionej w dolną część worka. Oznaczało to, że zawodnik, który zdołałby znaleźć karabińczyk i go odpiąć, uwolniłby się od ciężaru dwustu kilogramów i mógłby — przynajmniej teoretycznie — zacząć unosić się ku powierzchni. Oczywiście nadal byłby zamknięty w worku, ale przynajmniej nie ciągnęłoby go na dno. To rozwiązanie było, jak wyjaśniał później główny reżyser Andrzej Walczak, „kompromisem między dramaturgią a bezpieczeństwem”. Krytyk telewizyjny Piotr Bratkowski skomentował to w „Newsweeku” jednym zdaniem: „To jak kompromis między spadaniem z dachu a spadaniem z dachu z parasolem — nadal spadasz, ale masz poczucie, że ktoś o ciebie zadbał”.
Teraz dochodzimy do najdziwniejszej części całej koncepcji — do ryb.
Pomysł wykorzystania ryb drapieżnych jako „narzędzia ucieczki” pochodził od Bartosza Sikorskiego, scenarzysty programu, człowieka o wyobraźni tak bujnej, że jego poprzedni projekt telewizyjny — reality show, w którym uczestnicy mieli przeżyć tydzień w opuszczonej kopalni uranu — został odrzucony przez wszystkie stacje, włącznie z tymi, które normalnie nie odrzucały niczego. Sikorski wpadł na pomysł podczas wakacji nad Jeziorem Niegocin, kiedy to obserwował, jak szczupak zaatakował plastikową torbę dryfującą w wodzie.
— Zobaczyłem, jak ta bestia rzuciła się na torbę z Biedronki — opowiadał Sikorski w wywiadzie, który przeprowadziłem z nim w kawiarni na warszawskim Mokotowie, między jednym espresso a trzecim. — I pomyślałem: jeśli szczupak atakuje plastikową torbę, to co zrobi z jutowym workiem, w którym jest żywy człowiek? Człowiek się rusza, drgania przenoszą się przez wodę, ryba drapieżna reaguje na drgania za pomocą linii bocznej… Widzisz, dokąd zmierzam?
Widziałem, choć wolałbym nie widzieć.
Koncepcja Sikorskiego opierała się na następującym rozumowaniu: osoba zamknięta w worku pod wodą będzie się szamotać. Szamotanie wywoła drgania i wibracje, które ryby drapieżne — szczupaki, okonie, sandacze — odbiorą jako sygnał obecności potencjalnego pokarmu lub zagrożonej zdobyczy. Ryby zbliżą się do worka i zaczną go atakować, gryzienie i szarpanie jutowej tkaniny. Juta, choć wytrzymała na rozciąganie, jest stosunkowo podatna na rozdzieranie — szczególnie kiedy jest mokra i kiedy atakuje ją jednocześnie kilka ryb o ostrych zębach. Zawodnik, czując, że worek jest nadgryzany, powinien skupić swoje wysiłki na tym miejscu, rozszerzając otwory zrobione przez ryby, aż będą wystarczająco duże, żeby się przez nie przecisnąć.
— Ale co, jeśli ryby zaatakują zawodnika, a nie worek? — zapytałem.
Sikorski machnął ręką z nonszalancją człowieka, który albo wie coś, czego ja nie wiem, albo nie wie czegoś, co powinien wiedzieć.
— Szczupak nie zaatakuje człowieka. Jest za duży. Szczupak atakuje obiekty, które może połknąć. Największy szczupak w Polsce ważył dwadzieścia siedem kilo. Taki szczupak może połknąć kaczkę, ale nie dorosłego mężczyznę. Poza tym ryby będą atakować worek, nie to, co jest w środku. Worek się rusza, worek pachnie, worek jest interesujący. Człowiek w środku jest tylko motorem napędowym.
Doktor Agata Krawczyk, ichtiolog konsultująca program, miała nieco bardziej ostrożne podejście. Kiedy rozmawialiśmy telefonicznie — odmówiła spotkania osobistego, twierdząc, że nie chce być „kojarzona twarzą” z programem — wyjaśniła, że teoria Sikorskiego ma pewne podstawy naukowe, ale również pewne luki wielkości, cóż, dorosłego mężczyzny w worku.
— Ryby drapieżne rzeczywiście reagują na drgania mechaniczne — powiedziała swoim precyzyjnym, akademickim tonem. — Linia boczna, system kanałów z neuronomastami, wykrywa zmiany ciśnienia i ruchy wody. Szczupak może zlokalizować ofiarę w zupełnej ciemności, wyłącznie na podstawie wibracji. Ale to nie znaczy, że automatycznie zaatakuje każdy obiekt, który wibruje. Szczupak jest oportunistycznym drapieżnikiem, ale nie jest głupi. Worek z człowiekiem nie przypomina niczego, co szczupak normalnie spotyka w swoim środowisku. Może się zbliżyć z ciekawości, może spróbować ugryźć, ale może też po prostu odpłynąć.
— A jeśli odpłynie?
— Wtedy zawodnik będzie miał problem.
— Większy niż ten, że jest zamknięty w worku pod wodą?
— To jest kwestia perspektywy — odparła doktor Krawczyk i dodała, że musi kończyć, bo czeka ją seminarium o wpływie eutrofizacji na populacje sandacza w jeziorach lobeliowych.
Mimo tych zastrzeżeń produkcja postanowiła wzmocnić szanse na współpracę ryb. Przez trzy tygodnie przed nagraniem ekipa „karmienia” — tak, istniała taka ekipa, składająca się z dwóch nurków i jednego wędkarza, który stracił licencję PZW za stosowanie niedozwolonych metod połowu i teraz szukał alternatywnego źródła dochodu — regularnie zrzucała do jeziora jutowe worki wypełnione rybimi wnętrznościami. Chodziło o to, żeby ryby drapieżne skojarzyły zapach i teksturę juty z jedzeniem. Był to, mówiąc delikatnie, klasyczny warunek Pawłowa, tyle że zastosowany nie na psach, lecz na szczupakach, i nie w laboratorium, lecz w jeziorze o głębokości dwudziestu czterech metrów.
Rezultaty były, trzeba przyznać, imponujące. Kamery podwodne zarejestrowały, jak po dwóch tygodniach warunkowania szczupaki zbliżały się do zrzucanych worków w ciągu kilkunastu sekund. Jeden szczególnie agresywny osobnik — ochrzczony przez ekipę imieniem Tadeusz, ponieważ miał charakterystyczną bliznę na pysku przypominającą wąsy — atakował worki z takim impetem, że rozrywał jutę w ciągu dwóch minut. Tadeusz stał się ulubieńcem ekipy i nieoficjalną maskotką programu. Ktoś wydrukował jego zdjęcie i powiesił w barze w ośrodku wypoczynkowym z podpisem „Pracownik miesiąca”.
— Tadeusz to był potwór — wspominał z nutą czułości Krzysztof Nowak, główny nurek programu, kiedy spotkaliśmy się w pubie w Koszalinie pół roku po nagraniu. — Metr dziesięć długości, może dwanaście kilo. Zęby jak szydła. Kiedy atakował worek, woda wokół się gotowała. Widziałem, jak rozerwał podwójną warstwę juty w minutę czterdzieści. Pomyślałem wtedy: jeśli on tak potraktuje worek z człowiekiem w środku, to ten człowiek albo wyjdzie z tego żywy, albo będzie miał fascynującą historię do opowiedzenia w zaświatach.
Ale Tadeusz, jak się miało okazać, był wyjątkiem. Większość szczupaków w jeziorze zachowywała się znacznie bardziej powściągliwie. Podpływały, obwąchiwały — o ile ryby mogą obwąchiwać, co jest dyskusyjne z biologicznego punktu widzenia, choć ichtiolog doktor Krawczyk zapewniła mnie, że ryby mają doskonale rozwinięty zmysł węchu i potrafią wykryć jedną cząsteczkę aminokwasu w miliardzie cząsteczek wody — a następnie albo próbowały delikatnie skubnąć jutę, albo odpływały z obojętnością godną kota domowego.
Sześcioro zawodników, którzy mieli wziąć udział w pierwszej konkurencji, przyjechało nad Jezioro Głębokie dwa dni przed nagraniem. Byli to: Magda Kasprzak, dwudziestodziewięcioletnia instruktorka freedivingu z Gdańska; Tomasz „Gruby” Brzeziński, czterdziestotrzyletni były komandos z Jednostki Wojskowej GROM, który po odejściu z wojska prowadził szkołę survivalu w Bieszczadach; Alina Wojciechowska, trzydziestojednoletnia mistrzyni Polski w pływaniu na otwartych wodach; Jakub Lis, dwudziestosześcioletni student wychowania fizycznego z Poznania, który zgłosił się do programu „dla beki”, jak sam to ujął, i który, jak się później okazało, nie potrafił pływać na głębokiej wodzie bez paniki — co nie przeszkodziło mu przejść castingu, ponieważ casting nie obejmował pływania; Robert Zawadzki, trzydziestoośmioletni strażak z Wrocławia, specjalizujący się w ratownictwie wodnym, o ściskach dłoni, które mogły kruszyć orzechy włoskie; oraz Natalia Szymańska, dwudziestosiedmioletnia influencerka z Warszawy, znana z kanału na YouTubie poświęconego „ekstremalnemu wellness”, na którym dokumentowała między innymi kąpiele w lodowatej wodzie, noclegi w jaskiniach i medytacje na krawędziach klifów.
Produkcja zakwaterowała ich w ośrodku wypoczynkowym, w pokojach o standardzie, który Gruby Brzeziński opisał jako „lepszy niż baza w Afganistanie, gorszy niż areszt w Krakowie”. Przez dwa dni przechodzili szkolenie, które obejmowało techniki wstrzymywania oddechu, podstawy orientacji pod wodą w warunkach ograniczonej widoczności oraz — co wydawało się szczególnie surrealistyczne — wykład na temat zachowań ryb drapieżnych, prowadzony przez doktor Krawczyk za pośrednictwem łącza wideo, ponieważ odmówiła osobistego przyjazdu.
— Ryby są waszymi sojusznikami — powiedziała doktor Krawczyk na ekranie laptopa, podczas gdy sześciu zawodników siedziało w stołówce ośrodka, jedząc kanapki z serem i patrząc na nią z wyrazem twarzy, który można by opisać jako „uprzejmy sceptycyzm”. — Musicie sprawić, żeby do was podpłynęły i żeby zaatakowały worek. Szamoczcie się, ale rytmicznie. Nieregularne ruchy odstraszają ryby. Regularne drgania, przerywane krótkimi pauzami, imitują zachowanie rannej ryby i przyciągają drapieżniki. Pomyślcie o sobie jak o żywej przynęcie.
— A jeśli nas ugryzą? — zapytała Natalia Szymańska, nie przerywając filmowania doktor Krawczyk telefonem komórkowym.
— Szczupak ma zęby skierowane do tyłu, które służą do chwytania i przytrzymywania zdobyczy — wyjaśniła doktor Krawczyk tonem, którym mogłaby równie dobrze opisywać cykl życiowy rozwielitki. — Ugryzienie szczupaka jest bolesne, ale rzadko powoduje poważne obrażenia u dorosłego człowieka. To nie jest rekin. To nie jest nawet pirania. To jest ryba, która normalnie je płocie i żaby.
— Czyli jesteśmy bezpieczni — stwierdził Jakub Lis z ulgą, której nie potrafił ukryć.
— Nie — odparła doktor Krawczyk. — Jesteście w worku pod wodą. Bezpieczni nie jesteście w żadnym sensie tego słowa. Ale ryby nie są waszym największym problemem.
Ta wypowiedź, jak się później okazało, była jednocześnie pocieszająca i przerażająca, co, kiedy się nad tym zastanowić, idealnie podsumowywało cały program.
Rano w dniu nagrania pogoda była idealna — bezchmurne niebo, temperatura powietrza dwadzieścia sześć stopni, woda dwadzieścia jeden, wiatr niemal zerowy. Jezioro leżało jak lustro, odbijając las na przeciwległym brzegu z dokładnością, która sprawiała wrażenie, jakby ktoś przegiął rzeczywistość na pół. Ekipa realizacyjna liczyła czterdzieści trzy osoby, wliczając siedmiu nurków bezpieczeństwa, trzech operatorów kamer podwodnych, dwóch ratowników medycznych z pełnym wyposażeniem reanimacyjnym, jednego lekarza anestezjologa — doktora Pawła Marchewkę z Poznania, który zgodził się na udział w programie pod warunkiem, że jego nazwisko nie pojawi się w napisach końcowych, co, zważywszy na nazwisko, można było zrozumieć — oraz jednego psychologa kryzysowego, Ewę Tomczak, której głównym zadaniem było „zapewnienie wsparcia emocjonalnego zawodnikom po wyjściu z wody”, ale która, jak sama mi później powiedziała, spędziła większość dnia na zapewnianiu wsparcia emocjonalnego samej sobie.
Procedura wyglądała następująco: zawodnik wchodził na pokład pontonu motorowego, był proszony o włożenie nóg do worka, następnie worek był podciągany do góry i zawiązywany drutem nad głową zawodnika. W tym momencie — i to jest fragment, który budził największe kontrowersje — zawodnik miał jeszcze około trzydziestu sekund na wykonanie trzech głębokich oddechów przed zanurzeniem. Następnie ponton podpływał nad wyznaczony punkt, betonowy blok był spychany z pokładu, ciągnąc za sobą worek z zawodnikiem, i całość tonęła z prędkością, którą główny nurek Krzysztof Nowak oszacował na „jakieś dwa metry na sekundę, co brzmi wolno, ale kiedy jesteś w worku, to wydaje ci się, że spadasz z Everestu”.
Każdy zawodnik miał osobny „tor” — punkty zrzutu były oddalone od siebie o dwadzieścia metrów, żeby zawodnicy nie przeszkadzali sobie nawzajem i żeby kamery mogły uchwycić każdego z nich indywidualnie. Głębokość w miejscach zrzutu wahała się od pięciu do siedmiu metrów. Przy każdym torze dyżurował nurek bezpieczeństwa z nożem do cięcia drutu i juty, gotowy do interwencji, jeśli zawodnik dałby sygnał rezygnacji — trzykrotne uderzenie pięścią w betonowy blok — lub jeśli upłynęłoby cztery minuty od zanurzenia bez widocznych oznak postępu. Cztery minuty — tyle wynosiła absolutna granica czasowa ustalona przez lekarza programu, doktora Marchewkę, który zaznaczył z naciskiem, że „przeciętny, nietrenowany człowiek traci przytomność po około dwóch minutach bez tlenu, ale z adrenaliną i hiperoksygenacją przedstartową można wytrzymać do czterech, choć nie jest to doświadczenie, które bym komukolwiek rekomendował”.
Pierwsza poszła Magda Kasprzak, instruktorka freedivingu, i nie dlatego, że wylosowała ten zaszczyt, lecz dlatego, że poprosiła o start jako pierwsza. „Chcę mieć to za sobą” — powiedziała, stojąc na pontonie w stroju kąpielowym, ze stoickim spokojem, który pozostali zawodnicy obserwowali z mieszaniną podziwu i podejrzliwości, jakby zastanawiali się, czy Magda wie coś, czego oni nie wiedzą, czy po prostu jest lepiej zbudowana emocjonalnie.
Magda weszła do worka o godzinie 8:47. Kamery zarejestrowały, jak drut jest zakręcany nad jej głową, jak robi trzy głębokie wdechy — każdy trwający około sześciu sekund — i jak worek spada za burtę, ciągnięty przez betonowy blok, który uderzył o powierzchnię wody z dźwiękiem przypominającym klaskanie olbrzymich dłoni. Przez ułamek sekundy widać było jeszcze parcianą tkaninę, a potem nic — tylko rozchodzące się kręgi na wodzie i ciszę, która wydawała się gęstsza niż powietrze.
Pod wodą — wiemy to z nagrań kamer podwodnych, które później obejrzałem na monitorze w biurze produkcji w Warszawie, pijąc kawę, która zdążyła wystygnąć, zanim skończyłem oglądać — Magda opadała na dno szybko i kontrolowanie. Nie szamotała się, nie panikowała. Na nagraniu widać, jak jej ciało w worku przyjmuje pozycję płodową — kolana podciągnięte pod brodę, ręce złożone na piersi — co jest instynktowną reakcją na ciasną przestrzeń pod wodą, ale w przypadku Magdy wyglądało to na przemyślany ruch. Worek dotknął dna — pokrytego warstwą mułu, który uniósł się w chmurze brunatnego pyłu — po mniej więcej trzech sekundach.
Przez następne dwadzieścia sekund Magda leżała nieruchomo. Na monitorze wyglądało to jak scena z filmu dokumentalnego o zatopionej archeologii — worek z człowiekiem na dnie jeziora, otoczony tańczącymi drobinami mułu, w bladozielonym świetle filtrowanym przez sześć metrów wody. Potem zaczęła się ruszać. Ruchy były rytmiczne — dokładnie tak, jak radziła doktor Krawczyk — regularne skurcze ciała, przerywane dwusekundowymi pauzami. Worek drgał, jakby oddychał.
Po czterdziestu sekundach na ekranie pojawiła się pierwsza ryba. Okoń — może trzydziestocentymetrowy — podpłynął ostrożnie z lewej strony, zatrzymał się w odległości pół metra i patrzył na worek z wyrazem, który mój antropomorfizujący mózg zinterpretował jako „co to, u licha, jest”. Po kilku sekundach okoń odpłynął. Magda kontynuowała rytmiczne ruchy.
W pierwszej minucie czterdziestu sekundach pojawił się szczupak. Nie Tadeusz — ten osobnik był mniejszy, może osiemdziesięciocentymetrowy — ale wystarczająco duży i wystarczająco zdeterminowany. Podpłynął od dołu, jak łódź podwodna wyłaniająca się z głębin, i bez ostrzeżenia chwycił worek w okolicach, które — gdyby Magda była w pozycji stojącej — odpowiadałyby jej łydce. Szarpnął raz, drugi, trzeci. Juta pękła z dźwiękiem, który kamery podwodne zarejestrowały jako cichy, mokry trzask. Szczupak odpłynął z kawałkiem tkaniny w pysku. W worku pozostał otwór wielkości pięści.
Magda musiała to poczuć, bo jej ruchy natychmiast się zmieniły — z rytmicznych drgań na ukierunkowane szarpanie. Na nagraniu widać, jak jej ręce — do tej pory złożone na piersi — przesuwają się w dół worka, w stronę otworu. Palce pojawiły się przez dziurę — blade, pokryte jutowym pyłem, rozpaczliwe i zdeterminowane jednocześnie. Zaczęła rozszerzać otwór, ciągnąc mokrą jutę w przeciwnych kierunkach.
W tym samym czasie — i to jest fragment, który sprawił, że moja kawa zrobiła się jeszcze zimniejsza — pojawiły się kolejne trzy ryby. Dwa okonie i jeden sandacz. Sandacz — ryba, o której doktor Krawczyk mówiła, że jest „mniej agresywna od szczupaka, ale bardziej wytrwała” — zaczął ogryzać jutę w górnej części worka, tuż nad węzłem z drutu. Efekt był taki, że worek był atakowany jednocześnie z dwóch stron, a Magda pracowała nad poszerzaniem dolnego otworu.
Po dwóch minutach i trzydziestu sekundach otwór dolny był wystarczająco duży, żeby Magda mogła przez niego przecisnąć głowę i ramiona. W tym samym czasie udało jej się — choć na nagraniu nie widać dokładnie jak — odpiąć karabińczyk łączący worek z betonowym blokiem. Nagle worek, uwolniony od dwustu kilogramów betonu, zaczął unosić się ku powierzchni, nadal z Magdą w środku, ale teraz Magda była już w połowie na zewnątrz, jakby wychodziła z kokonu, jak motyl, gdyby motyl wychodził z kokonu pod wodą, otoczony szczupakami.
Magda wynurzyła się po dwóch minutach i pięćdziesięciu trzech sekundach. Kamery na powierzchni uchwyciły moment, w którym jej głowa przebiła taflę wody — gwałtowny wdech, mokre włosy rozsypane po twarzy, oczy szeroko otwarte, a na ustach wyraz, który mógłby być uśmiechem, ale równie dobrze mógłby być grymasem kogoś, kto właśnie zobaczył swoją śmierć i stwierdził, że wygląda jak jutowy worek pełen rybich zębów.
— To było — powiedziała Magda do kamery, łapiąc oddech między każdym słowem — absolutnie… najgorsze… doświadczenie… mojego… życia. — Przerwa na oddech. — Kiedy mogę zrobić to jeszcze raz?
Ekipa na pontonie zaczęła klaskać. Psycholog kryzysowa Ewa Tomczak, stojąca na brzegu z kocem termicznym w rękach, powiedziała później, że w tym momencie poczuła jednocześnie ulgę, że Magda żyje, i przerażenie, że Magda chce to powtórzyć — i że to drugie uczucie było silniejsze.
Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co Magda. A raczej — nie wszyscy mieli tyle umiejętności, zimnej krwi i, powiedzmy to wprost, szczupaka na właściwym miejscu we właściwym czasie.
Jakub Lis, student z Poznania, który zgłosił się „dla beki”, zaczął panikować w chwili, gdy worek dotknął wody. Kamery podwodne zarejestrowały chaotyczne, gwałtowne szarpanie się, które — zgodnie z ostrzeżeniami doktor Krawczyk — nie przyciągnęło żadnej ryby. Ryby drapieżne, wyczuwając nieregularne, agresywne wibracje, zinterpretowały je najwyraźniej jako zagrożenie, a nie jako obiad, i odpłynęły na bezpieczną odległość. Jakub spędził na dnie minutę czterdzieści, zanim trzykrotnie uderzył pięścią w betonowy blok, dając sygnał rezygnacji. Nurek bezpieczeństwa przeciął drut i jutę w jedenaście sekund — „rekord osobisty”, jak skomentował później z zawodowym spokojem — i wyciągnął Jakuba na powierzchnię. Jakub zwymiotował na pokład pontonu, co było reakcją fizjologiczną na połknięcie wody, ale mogło być również komentarzem na temat całego przedsięwzięcia.
— Myślałem, że umrę — powiedział Jakub przed kamerą, owinięty w koc termiczny, z oczami czerwonymi od wody i emocji. — Nie, nie myślałem. Nie miałem czasu myśleć. Po prostu wiedziałem, że to jest koniec, i jedyne, o czym żałowałem, to że nie skończyłem licencjatu.
Gruby Brzeziński, były komandos, podszedł do sprawy z metodyczną precyzją, której można było oczekiwać od człowieka, który spędził piętnaście lat w jednostce specjalnej. Na nagraniu podwodnym widać, jak natychmiast po dotarciu na dno zaczyna systematycznie badać worek od wewnątrz — czubkami palców wyczuwając szwy, zamocowanie drutu, karabińczyk. W czterdzieści sekund odpina karabińczyk. Następnie zaczyna wytwarzać rytmiczne drgania — nie całym ciałem, jak Magda, ale uderzając piętą o dno jeziora, co generuje niskie wibracje rozchodzące się przez muł. Po nieco ponad minucie podpływa Tadeusz. Tak, ten Tadeusz — szczupak z blizną w kształcie wąsów, pracownik miesiąca.
Tadeusz atakuje worek z furią, która na nagraniu wygląda jak coś z programu przyrodniczego o rekinach, tyle że w słodkiej wodzie i w skali pomniejszonej, ale od tego nie mniej dramatycznej. Trzema szarpnięciami robi dziurę, przez którą Gruby wsadza obie dłonie. Rozdziera jutę jak papier, na boki, z siłą mięśni ramion wyćwiczonych przez lata dźwigania sprzętu wojskowego. Po dwóch minutach i dwunastu sekundach jest na powierzchni. Wynurza się spokojnie, niemal elegancko, jakby właśnie wyszedł z basenu, a nie z jutowego grobu na dnie jeziora.
— Gorzej było w Afganistanie — mówi do kamery, nawet się nie dysząc. — Ale tam przynajmniej nie gryzły mnie ryby.
Do końca pierwszej konkurencji Magda Kasprzak miała najlepszy czas, Gruby Brzeziński drugi, Robert Zawadzki — strażak z Wrocławia — trzeci, z czasem trzech minut i trzynastu sekund i z pomocą czterech szczupaków, które zaatakowały jego worek niemal jednocześnie, tworząc, jak to ujął operator kamery podwodnej, „scenę jak z horroru, ale z happy endem”. Alina Wojciechowska, pływaczka, wyszła z wody po trzech minutach czterdziestu, na granicy limitu czasowego, z jednym ugryzieniem szczupaka na przedramieniu, które wymagało trzech szwów i antybiotyku, i z wyrazem twarzy sugerującym, że ktoś będzie miał poważną rozmowę ze swoim agentem. Natalia Szymańska, influencerka, zrezygnowała po minucie piętnastu, ale zdążyła nagrać telefonem wodoodpornym, który ukryła w stroju kąpielowym — wbrew regulaminowi — siedemnaście sekund materiału podwodnego, który później uzyskał na jej kanale YouTube czternaście milionów wyświetleń i umowę sponsorską z producentem wodoodpornych etui na telefony. Jakub Lis został zdyskwalifikowany.
Stojąc na brzegu jeziora po zakończeniu nagrania, patrząc na wodę, która znów leżała nieruchomo, jakby nic się nie wydarzyło, psycholog Ewa Tomczak powiedziała do mnie coś, co chyba najlepiej podsumowywało to, czego byliśmy świadkami:
— Wiesz, co jest najbardziej szokujące w tej szkole przetrwania? Nie to, że ludzie zgodzili się dać się zamknąć w workach i wrzucić do jeziora. To, że ryby rzeczywiście im pomogły. Że natura, która nie ma żadnego powodu, żeby nam pomagać, która jest nam absolutnie obojętna, zrobiła dokładnie to, czego od niej oczekiwaliśmy. To jest albo dowód na to, że wszechświat ma poczucie humoru, albo na to, że my kompletnie zwariowaliśmy. A może jedno i drugie.
Potem podeszła do mnie bliżej i dodała szeptem:
— I wiesz, co jeszcze? Ja wciąż nie jestem pewna, czy Tadeusz to był ten sam szczupak. Mogły być dwa. Nigdy nie byłam dobra w rozpoznawaniu ryb.
Szczupaki, jak większość dzikich zwierząt — i jak większość ludzi pracujących w telewizji — nie komentowały. Jezioro milczało. Betonowe bloki leżały na dnie, czekając na następną konkurencję.
A Tadeusz — kimkolwiek, ilekolwiek by ich było — polował dalej, nieświadomy swojej sławy, w ciemnych, zimnych wodach Jeziora Głębokiego, szukając czegoś, co wygląda jak ofiara, ale jest tylko jutowym workiem pełnym ludzkich ambicji.
Rozdział 2: Bieg przez ogień
Istnieje pewna anegdota, którą strażacy opowiadają sobie podczas długich nocnych dyżurów, kiedy nic się nie pali i jedynym źródłem ciepła jest ekspres do kawy produkcji Zelmer z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku, który sam w sobie stanowi zagrożenie pożarowe. Anegdota brzmi tak: pewien strażak z Nebraski, zapytany przez dziennikarza, jaka jest najważniejsza zasada bezpieczeństwa pożarowego, odpowiedział bez wahania: „Nie podpalaj lasu”. Dziennikarz, najwyraźniej oczekujący bardziej rozbudowanej odpowiedzi, drążył temat: „A jeśli las już się pali?” Na co strażak, z godnością człowieka, który widział rzeczy, odparł: „To nie wchodź do lasu”.
Ta anegdota — której autentyczności nie sposób zweryfikować, choć krąży w środowisku od lat dziewięćdziesiątych i ma co najmniej sześć wariantów regionalnych, w tym jeden białoruski, w którym zamiast strażaka występuje leśniczy, a zamiast Nebraski Puszcza Białowieska — przyszła mi do głowy, kiedy stałem na skraju odcinka lasu sosnowego w okolicach Drawska Pomorskiego i obserwowałem, jak ekipa pirotechniczna programu „Szokująca szkoła przetrwania” systematycznie podpala dwieście czterdzieści hektarów drzewostanu. Był wtorek, czternasty sierpnia, godzina szósta rano, temperatura powietrza wynosiła już dwadzieścia jeden stopni Celsjusza — co, jak za chwilę wyjaśnię, miało istotne znaczenie — a ja trzymałem w ręku kubek kawy, która parzyła mi palce, i myślałem o strażaku z Nebraski, i o tym, że gdyby mnie teraz zobaczył, prawdopodobnie powiedziałby trzecią rzecz, której nie ma w anegdocie, a którą mogę sobie jedynie wyobrażać.
Ale po kolei.
Pomysł na „Bieg przez ogień” — bo tak brzmiała oficjalna nazwa drugiej konkurencji, choć w dokumentach produkcyjnych figurowała pod roboczym tytlem „Odcinek 2: Piromania” — narodził się, jak wiele rzeczy w tym programie, w głowie Bartosza Sikorskiego, scenarzysty. Sikorski, o czym wspominałem w poprzednim rozdziale, posiadał wyobraźnię, która w innych okolicznościach mogłaby mu zapewnić karierę w literaturze science fiction lub w zakładzie zamkniętym. W przypadku „Biegu przez ogień” inspiracja była, jak sam twierdził, podwójna.
Po pierwsze, Sikorski jako dziecko był głęboko poruszony filmem dokumentalnym o pożarze w Yellowstone w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku, kiedy to płonęło jednocześnie ponad trzysta tysięcy hektarów parku narodowego, a zwierzęta — jelenie, bizony, łosie — biegły przez ogień, szukając drogi ucieczki. Obraz bizonów pędzących przez ścianę płomieni, z sierścią tlącą się na grzbiecie, pozostał w pamięci Sikorskiego na trzydzieści lat i, jak sam to ujął z pełną świadomością tego, jak to zabrzmi, „czekał na odpowiedni moment, żeby zostać skomercjalizowany”.
Po drugie, Sikorski był zafascynowany tradycją chodzenia po ogniu — firewalking — praktykowaną od tysiącleci w kulturach od Indii po Polinezję, od starożytnej Grecji po współczesne seminaria motywacyjne Tony’ego Robbinsa. W dwie tysiące dwunastym roku dwadzieścia jedna osób poparzonych na seminarium Robbinsa w San Jose w Kalifornii trafiło do szpitala, co nie przeszkodziło Robbinsowi kontynuować praktyki, bo, jak wyjaśniał, „ból jest tylko informacją”, co technicznie jest prawdą, ale informacja ta brzmiała konkretnie: „twoje stopy się topią”.
— Ale my nie chcemy chodzenia po ogniu — powiedział Sikorski na spotkaniu produkcyjnym, którego stenogram udało mi się pozyskać od osoby, która prosiła o zachowanie anonimowości i która pracowała w dziale cateringu, ale miała dostęp do biura produkcji, ponieważ biuro produkcji mieściło się w tej samej przyczepie co kuchnia polowa. — Chodzenie po ogniu jest banalne. Ludzie robią to na wieczorach kawalerskich. Chcemy biegu przez ogień. Przez prawdziwy, płonący las. Pięć kilometrów.
Na spotkaniu zapadła cisza. Nie ta cisza, która towarzyszy kontemplacji genialnego pomysłu, lecz ta, która towarzyszy momentowi, w którym dwanaście osób jednocześnie uświadamia sobie, że szef jest szalony, ale nikt nie chce tego powiedzieć, bo szef kontroluje budżet.
Cisza została przerwana przez Andrzeja Walczaka, głównego reżysera, który powiedział z westchnieniem człowieka, który przeżył już rozdział z workami i jeziorem, i który pogodził się z faktem, że jego życiorys zawodowy będzie wyglądał jak akt oskarżenia:
— Bartosz, żeby podpalić las, potrzebujemy zgody Lasów Państwowych, Straży Pożarnej, władz wojewódzkich, Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, Ministerstwa Środowiska i prawdopodobnie Pana Boga. Mamy na to dwa tygodnie.
— Trzy — poprawił Sikorski.
— To zmienia wszystko — odparł Walczak bez cienia uśmiechu.
Proces uzyskiwania pozwoleń na kontrolowane podpalenie dwustu czterdziestu hektarów lasu jest, jak się dowiedziałem, fascynującą podróżą przez biurokrację, w której kartezjańska logika spotyka się z kafkowskim absurdem i rodzą im się dzieci w postaci formularzy w trzech egzemplarzach. Nie będę opisywał każdego etapu tego procesu, bo zajęłoby to osobny rozdział, a być może osobną książkę — powiem tylko, że kluczową rolę odegrały trzy czynniki.
Pierwszy: las, który miał zostać podpalony, był przeznaczony do wycinki. To znaczy — Lasy Państwowe i tak planowały usunięcie tego konkretnego fragmentu drzewostanu, ponieważ był zaatakowany przez kornika ostrozębnego w takim stopniu, że drzewa i tak by umarły w ciągu dwóch lat. Producenci programu zaoferowali, że pokryją koszty rekultywacji terenu po pożarze, zasadzą trzykrotnie więcej drzew, niż spłonie, i wpłacą darowiznę na fundusz ochrony lasów w wysokości, o której powiedzieli mi jedynie, że była „sześciocyfrowa, ale niska sześciocyfrowa”.
Drugi: lokalne nadleśnictwo, borykające się z chronicznym niedoborem środków na szkolenia strażaków, zgodziło się potraktować kontrolowany pożar jako „ćwiczenia gaśnicze na skalę operacyjną”, co pozwoliło obejść kilka regulacji środowiskowych, choć — jak zaznaczył nadleśniczy Jan Kowalewski, człowiek o twarzy czerwonej od słońca i charakterze czerwonym od biurokracji — „to, co państwo proponują, nie jest ćwiczeniem gaśniczym, to jest podpalenie, tylko w garniturze”.
Trzeci, i prawdopodobnie najważniejszy: starosta powiatowy, Ryszard Głowacki, był fanem reality show. Nie tego konkretnego — nikt jeszcze nie widział „Szokującej szkoły przetrwania”, bo program był dopiero nagrywany — ale formatów telewizyjnych w ogóle. Starosta Głowacki, jak wynikało z jego profilu na Facebooku, który przejrzałem z dziennikarską starannością graniczącą z obsesją, regularnie komentował odcinki „Survivora”, „Naked and Afraid” i „Fear Factor”, używając emotikonów ognia i flexujących bicepsów. Kiedy dowiedział się, że w jego powiecie ma być nagrywany program, w którym ludzie biegną przez płonący las, jego reakcja — cytowana przez jednego z radnych, który był na spotkaniu — brzmiała: „Nareszcie coś się będzie działo w tym powiecie oprócz dożynek”.
Zgody zostały uzyskane w jedenaście dni. Doktor habilitowana Katarzyna Zielińska z Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistka od prawa ochrony środowiska, której poprosiłem o komentarz, powiedziała, że „z formalnego punktu widzenia procedura była, delikatnie mówiąc, twórcza, a z materialnego — wątpliwa”, ale dodała, że „prawo środowiskowe w Polsce jest tak skomplikowane, że prawdopodobnie istnieje interpretacja, według której podpalenie lasu w celach rozrywkowych jest legalne, pod warunkiem że ktoś zasadzi potem brzozę”.
Las, który miał się stać areną drugiej konkurencji, rósł na pagórkowatym terenie morenowym, typowym dla Pojezierza Drawskiego — piaszczyste wzgórza porośnięte sosną zwyczajną, z domieszką brzozy, dębu i sporadycznych świerków, które kornik ostrozębny zamienił w nagie, szare szkielety sterczące z zieleni jak palce umarłego sięgające ku niebu. Runo leśne było suche — sierpień był wyjątkowo gorący i bezdeszczowy, co z punktu widzenia leśników było katastrofą, a z punktu widzenia produkcji programu — błogosławieństwem. Sucha ściółka, suche igły sosnowe, suchy mech, suche wrzosy — to wszystko było idealne paliwo, czekające na iskrę.
Trasę biegu wyznaczono w kształcie litery U, zaczynając na polanie od strony wschodniej, wiodąc przez las na zachód, potem skręcając na północ i wracając na wschód do drugiej polany, oddalonej od pierwszej o około trzysta metrów w linii prostej, ale o pięć kilometrów wzdłuż wyznaczonej trasy. Trasa była oznakowana — i to jest szczegół, który utkwił mi w pamięci — pomarańczowymi taśmami, przywiązanymi do drzew co dwadzieścia metrów. Pomarańczowe taśmy na drzewach, które za chwilę miały płonąć. Zapytałem Andrzeja Walczaka, czy nie widzi w tym pewnej ironii.
— Ironia jest dla krytyków — odpowiedział Walczak, stojąc na polanie startowej w kasku budowlanym, który nosił „dla zasady”, choć nie było jasne, przed czym kask miał go chronić. — Ja mam terminarz produkcji. Taśmy są fluorescencyjne i wytrzymują temperaturę do czterystu stopni. Drzewa przy trasie nie będą płonąć od razu. Ogień będzie szedł z boków. Zaczniemy od podpalenia flanek — pasów lasu równoległych do trasy, w odległości od dwudziestu do pięćdziesięciu metrów. Ogień będzie się zbliżał do trasy, ale zawodnicy powinni przebiec, zanim się z nią zetknie.
— Powinni — powtórzyłem.
— Powinni — potwierdził Walczak, nie mrugając. — W idealnych warunkach.
— A w nieidealnych?
— W nieidealnych mamy cztery wozy strażackie, dwa śmigłowce gaśnicze i jednego anestezjologa, który, swoją drogą, jest tym samym, co nad jeziorem, i który powiedział mi, że jeśli przeżyje ten program, to napisze książkę.
Doktor Paweł Marchewka, anestezjolog, którego ponownie spotkałem na polanie startowej — wyglądał, jakby nie spał od czasu konkurencji z workami, co mogło być prawdą — potwierdził to i dodał:
— Tytuł już mam. „Dlaczego powiedziałem tak: wspomnienia lekarza, który powinien był powiedzieć nie”. Mój wydawca mówi, że ma potencjał bestsellerowy.
Ekipa pirotechniczna, odpowiedzialna za kontrolowane podpalenie lasu, składała się z dwunastu osób pod kierownictwem Sebastiana Mroczka, inżyniera pożarnictwa z dwudziestoletnim doświadczeniem w kontrolowanych wypalaniach traw, lasów i — co było na jego CV, choć próbował to minimalizować — jednego magazynu fajerwerków pod Bydgoszczą w dwa tysiące dziewiątym roku, co nie było kontrolowane, ale dało mu, jak sam twierdził, „bezcenne doświadczenie w zarządzaniu sytuacjami, które wymykają się spod kontroli”.
Mroczek był człowiekiem niskim, łysym i niezwykle spokojnym — tym rodzajem spokoju, który emanują ludzie, którzy wiedzieli, że mogą zginąć, i pogodzili się z tym tak dawno temu, że teraz traktują śmierć jak łagodnie irytującego współpracownika. Kiedy rozmawialiśmy przy jego samochodzie — starym Land Roverze Defenderze koloru khaki, którego wnętrze pachniało benzyną, smołą i czymś, co mogło być albo rozpuszczalnikiem, albo wodą kolońską, albo jednym i drugim — wyjaśnił mi mechanikę kontrolowanego pożaru z cierpliwością nauczyciela, który tłumaczy dziecku, dlaczego nie powinno wkładać palców do kontaktu.
— Kluczem jest wiatr — powiedział, rysując na zakurzonej szybie samochodu schemat, który wyglądał jak mapa bitwy, co, biorąc pod uwagę okoliczności, było dość trafne. — Dzisiaj mamy wiatr południowo-zachodni, trzy do pięciu metrów na sekundę, stabilny. To oznacza, że ogień, jeśli podpalimy od zachodu, będzie szedł na wschód, zgodnie z kierunkiem biegu zawodników. Oni biegną na zachód, a potem na północ — ogień idzie za nimi, ale ich nie dogania, bo ogień w suchym borze sosnowym rozprzestrzenia się z prędkością od dwóch do sześciu kilometrów na godzinę, a człowiek biegnie szybciej. Przynajmniej powinien.
— Znowu to „powinien” — zauważyłem.
Mroczek uśmiechnął się — pierwszy i ostatni uśmiech, jaki u niego widziałem.
— W pirotechnice nie ma gwarancji. Są prawdopodobieństwa. Prawdopodobieństwo, że ogień zachowa się tak, jak przewidujemy, wynosi, powiedzmy, osiemdziesiąt pięć procent. Prawdopodobieństwo, że zmieni kierunek, piętnaście procent. Prawdopodobieństwo, że zrobi coś zupełnie nieoczekiwanego — zawsze istnieje, ale nie potrafimy go policzyć, bo gdybyśmy potrafili, nie byłoby ono nieoczekiwane.
To rozumowanie było, trzeba przyznać, logicznie nienaganne, choć emocjonalnie niezadowalające.
Podpalenie rozpoczęło się o godzinie siódmej piętnaście. Dwanaście osób z ekipy Mroczka, wyposażonych w ręczne podpalacze — urządzenia wyglądające jak krzyżówka lampy lutowniczej z konewką, napełnione mieszanką oleju napędowego i benzyny — ruszyło wzdłuż zachodniej flanki trasy, zostawiając za sobą pasmo ognia, które początkowo wyglądało rozczarowująco — niskie płomienie, ledwo pół metra wysokie, liżące suche igły i mech z łagodnością, która nie pasowała do dramaturgii programu telewizyjnego.
Ale ogień w suchym borze sosnowym jest jak plotka w małym miasteczku — zaczyna się powoli, niewinnie, od jednej iskry, od jednego słowa, a potem, w ciągu minut, pożera wszystko. Po kwadransie płomienie sięgały koron drzew. Po dwudziestu minutach zachodnia flanka trasy była ścianą ognia o wysokości piętnastu metrów, generującą temperaturę, którą czuło się na polanie startowej — trzysta metrów dalej — jako gorący podmuch, jakby ktoś otworzył drzwi piekarnika o rozmiarach katedry. Dym, gęsty i czarny od spalającej się żywicy sosnowej, podnosił się w niebo słupem, który musiał być widoczny z odległości trzydziestu kilometrów. Istotnie, jak się później okazało, siedem osób zadzwoniło na numer alarmowy 112 z okolic Czaplinka i Złocieńca, zgłaszając pożar lasu. Dyżurny Komendy Powiatowej Straży Pożarnej, który był poinformowany o akcji — to było częścią ustaleń z nadleśnictwem — odpowiadał każdemu dzwoniącemu tym samym zdaniem: „Dziękuję za zgłoszenie, sytuacja jest pod kontrolą, trwają ćwiczenia gaśnicze”. Jeden z dzwoniących, emerytowany leśniczy z Złocieńca, odparł ponoć: „To od kiedy ćwiczenia gaśnicze polegają na podpalaniu lasu?”, na co dyżurny nie odpowiedział, bo nie miał dobrej odpowiedzi.
Dym był jednocześnie problemem i elementem dramaturgicznym. Problemem, bo ograniczał widoczność na trasie do kilkudziesięciu metrów, a w miejscach, gdzie wiatr wciągał go między drzewa, do kilku metrów. Elementem dramaturgicznym, bo na nagraniach z dronów — a drony, trzy sztuki, krążyły nad lasem jak elektroniczne sępy — widok ludzi biegnących przez kłęby dymu, z ogniem po obu stronach, wyglądał jak scena z apokalipsy, tylko że z logo sponsora w rogu ekranu.
Pięcioro zawodników — Jakub Lis, zdyskwalifikowany w pierwszej konkurencji, nie brał udziału w drugiej, choć producenci zaproponowali mu powrót, na co Jakub odpowiedział krótko i dosadnie, używając słowa, które nie nadaje się do druku, ale które rymuje się ze słowem „nie” i zaczyna na tę samą literę co „pięknie” — stanęło na polanie startowej o godzinie siódmej trzydzieści, piętnaście minut po podpaleniu lasu.
Ubrani byli w krótkie spodenki, koszulki z krótkim rękawem i buty sportowe — producenci nie przewidzieli odzieży ochronnej, co było decyzją, która spotkała się z krytyką dosłownie każdej osoby, z którą na ten temat rozmawiałem, włącznie z panią z bufetu na planie, która powiedziała: „Ja bym przynajmniej dała im długie spodnie, bo kolana, wie pan, kolana się palą najszybciej”, co nie było naukowo ścisłe, ale wyrażało zdroworozsądkową troskę, której brakowało w biurze produkcji.
Każdy zawodnik miał na sobie uprząż z lokalizatorem GPS i czujnikiem tętna, transmitującym dane w czasie rzeczywistym do punktu medycznego na polanie końcowej, gdzie doktor Marchewka siedział przed trzema monitorami z wyrazem twarzy człowieka, który ogląda film katastroficzny i zdaje sobie sprawę, że jest jednym z bohaterów. Oprócz tego każdy zawodnik dostał maskę przeciwpyłową FFP3, która chroniła przed wdychaniem cząstek stałych, ale nie chroniła przed gorącym powietrzem — „bo nie istnieje maska, która chroni przed gorącym powietrzem, poza oddaleniem się od źródła ciepła”, jak wyjaśnił doktor Marchewka, dodając pod nosem: „a oni biegną w stronę źródła ciepła, co jest dokładnym przeciwieństwem zaleceń medycznych”.
Na polanie startowej było gorąco. Nie metaforycznie — dosłownie gorąco. Termometr w moim telefonie, którego wiarygodność jest dyskusyjna, ale który dawał przynajmniej orientacyjne pojęcie o sytuacji, pokazywał trzydzieści osiem stopni, a nie było jeszcze ósmej rano. Powietrze pachniało żywicą, dymem i czymś metalicznym — może adrenaliną, może strachem, może jednym i drugim, które w gruncie rzeczy mogą być tym samym, bo strach jest w znacznej mierze kwestią chemii, a adrenalina nie odróżnia pożaru od egzaminu z matematyki.
Magda Kasprzak stała spokojnie, rozciągając mięśnie łydek, jakby przygotowywała się do porankowego joggingu, a nie do biegu przez płonący las. Gruby Brzeziński robił pompki. Robert Zawadzki, strażak — jedyny zawodnik, który miał zawodowe doświadczenie z ogniem — stał z zamkniętymi oczami i oddychał miarowo, a kiedy go zapytałem, o czym myśli, odpowiedział:
— Myślę o tym, że przez piętnaście lat gasiłem pożary, a teraz biegnę w jeden. I myślę o tym, że moja żona będzie to oglądać i prawdopodobnie nie zrozumie różnicy między brawurą a głupotą, co jest w porządku, bo ja sam jej nie rozumiem.
Alina Wojciechowska, pływaczka, która nadal miała opatrunek na przedramieniu po ugryzieniu szczupaka, wyglądała na mniej spokojną niż nad jeziorem. „Woda to mój żywioł” — powiedziała do kamery, stojąc na tle lasu, z którego unosiły się słupy dymu. „Ogień nie jest niczyim żywiołem. Ogień jest żywiołem ognia.”
Natalia Szymańska, influencerka, sprawdzała, czy jej kamera GoPro, zamontowana na pasku na czole, nagrywa. Nagrywała. Natalia miała na sobie starannie dobrany strój sportowy, pełny makijaż — wodoodporny, „ale nie ognioodporny, co jest luką na rynku kosmetycznym, o której porozmawiam z moim sponsorem”, jak powiedziała bez cienia ironii — i wyraz absolutnej determinacji. Zdyskwalifikowanie w pierwszej konkurencji wyraźnie ją zmotywowało. „Rezygnacja nad jeziorem była strategiczna” — wyjaśniała mi przed startem, podczas gdy las za jej plecami trzaskał jak gigantyczne ognisko. „Dałam się wyciągnąć wcześnie, żeby zachować siły na ogień. Ogień to jest treścią. Ogień to jest zasięg.”
Pomyślałem, że gdyby Prometeusz miał konto na Instagramie, historia ludzkości potoczyłaby się inaczej, choć niekoniecznie lepiej.
Start nastąpił o godzinie siódmej trzydzieści cztery, kiedy Sebastian Mroczek, stojący na dachu swojego Land Rovera z lornetką i radiotelefonem, ocenił, że flanki ognia osiągnęły odpowiedni poziom zaawansowania — co w praktyce oznaczało, że ogień palił się dostatecznie blisko trasy, żeby było widowiskowo, ale dostatecznie daleko, żeby nie było śmiertelnie, choć granica między tymi dwoma stanami, jak wielokrotnie podkreślał sam Mroczek, „jest bardziej płynna, niż ludzie chcieliby słyszeć”.
Piątka zawodników ruszyła z polany jednocześnie. Przez pierwsze pięćset metrów trasa wiodła przez fragment lasu, który jeszcze nie płonął — drzewa stały zielone, ptaki śpiewały, światło słoneczne przebijało przez korony z tą samą obojętnością, z jaką przebijało przez korony nad piknikami i pogrzebami. Jedyną oznaką tego, co czekało dalej, był zapach — coraz intensywniejszy, coraz cięższy, coraz bardziej obecny, jakby powietrze gęstniało z każdym krokiem.
Potem las się skończył. Nie w tym sensie, że drzewa się skończyły — stały nadal, sosnowe pnie proste jak kolumny katedry — ale w tym sensie, że las jako ekosystem, jako miejsce, w którym rzeczy żyją, przestał istnieć. To, co było po drugiej stronie niewidzialnej granicy, było czymś innym. Było piekłem.
Piszę to słowo z pełną świadomością, że jest nadużyciem. Piekło jest koncepcją teologiczną, metaforą, literackim obrazem. Ale kiedy obejrzałem nagrania z kamer GoPro zamontowanych na zawodnikach — zwłaszcza z kamery Natalii Szymańskiej, która okazała się mieć najlepszy kąt widzenia — poczułem, że inne słowa są niewystarczające. Po obu stronach trasy drzewa płonęły od korzeni po wierzchołki. Płomienie miały kolory, których nie spodziewałem się po ogniu — pomarańczowy, tak, ale również niebieski u podstawy, gdzie temperatura była najwyższa, i biały w miejscach, gdzie żywica sosnowa eksplodowała w fontannach iskier. Huk — bo ogień w lesie nie trzaska, on huczy, z niskim, basowym pomrukiem, jak silnik odrzutowy pracujący na wolnych obrotach — był słyszalny na nagraniu mimo szumu wiatru i ciężkiego oddechu zawodników.
Temperatura na trasie, mierzona czujnikami rozmieszczonymi co sto metrów, wahała się od czterdziestu pięciu stopni na odcinkach oddalonych od ognia do osiemdziesięciu dwóch stopni w miejscach, gdzie flanki zbliżały się do trasy na odległość kilkunastu metrów. Osiemdziesiąt dwa stopnie Celsjusza — to temperatura, w której masło się topi, drożdże umierają, a skóra ludzka doznaje oparzenia pierwszego stopnia w ciągu kilku sekund. Zawodnicy biegli przez powietrze o temperaturze pieca kuchennego — nie tego, w którym piecze się ciasto, lecz tego, w którym piecze się pizzę neapolitańską, z tym zastrzeżeniem, że pizza neapolitańska nie biegnie, nie oddycha i nie ma systemu nerwowego, który informuje ją, że coś jest fundamentalnie nie tak.
Robert Zawadzki, strażak, biegł na czele, co nie powinno nikogo dziwić — biegł tak, jak uczono go biegać w warunkach pożaru: nisko, pochylony, twarzą skierowaną ku ziemi, oddychając przez maskę w krótkich, kontrolowanych wdechach. Jego doświadczenie było namacalne — poruszał się z pewnością człowieka, który wie, że ogień ma swoje reguły, i który te reguły zna.
Na nagraniu z jego kamery GPS widać, jak na kilometrze pierwszym osiemset podjął decyzję, która prawdopodobnie uratowała mu życie. Trasa w tym miejscu prowadziła przez wąską przesiekę — pas wyciętego lasu o szerokości może dziesięciu metrów — ale ogień z zachodniej flanki przeskoczył przesiekę i zaczął zajmować drzewa po wschodniej stronie. W ciągu kilku minut trasa stała się tunelem ognia — ogień po lewej, ogień po prawej, ogień nad głową, gdzie korony drzew zapaliły się i zaczęły spadać płonące gałęzie.
Zawadzki nie zwolnił. Nie zatrzymał się. Nie zawrócił. Przyspieszył. Na nagraniu słychać, jak jego oddech zmienia się z kontrolowanego na gwałtowny, jak jego stopy uderzają o ziemię z częstotliwością, która sugeruje sprint, a nie bieg długodystansowy. Przebiegł przez tunel ognia w dwadzieścia trzy sekundy. Kamery dronów, krążących nad lasem, uchwyciły moment, w którym Zawadzki wyłonił się z dymu po drugiej stronie — koszulka tlała się na plecach, włosy na rękach były osmalone, twarz czerwona jak burak, ale biegł. Biegł dalej.
Za nim, w odległości stu metrów, biegła Magda Kasprzak. Magda nie miała doświadczenia strażackiego. Miała za to doświadczenie freedivingowe, co mogło się wydawać bezużyteczne w kontekście pożaru lasu, ale okazało się zaskakująco przydatne. Freediving to sport, w którym kontrola oddechu jest wszystkim — umiejętność wstrzymywania go na długie minuty, umiejętność oddychania efektywnie i ekonomicznie, umiejętność panowania nad odruchem paniki, kiedy ciało krzyczy, że potrzebuje powietrza. W płonącym lesie, gdzie każdy oddech sprowadzał do płuc gorące, nasycone dymem powietrze, umiejętność oddychania mało i rzadko była bezcenna.
Magda przebiegła tunel ognia — ten sam, przez który przebiegł Zawadzki — wstrzymując oddech na trzydzieści sekund. Wyłoniła się po drugiej stronie z zamkniętymi oczami, z maską pełną sadzy, ale oddychającą. Na nagraniu z jej kamery GoPro — podarowanej jej przez Natalię Szymańską, co było aktem albo koleżeństwa, albo strategii marketingowej, albo jednego i drugiego — widać, jak po wyjściu z tunelu zatrzymuje się na sekundę, zdejmuje maskę, wypluwa coś czarnego i gęstego, zakłada maskę z powrotem i biegnie dalej.
Gruby Brzeziński biegł trzeci, ale nie dlatego, że był wolniejszy — był wolniejszy, ponieważ był cięższy, ponieważ mięśnie, które pozwalały mu dźwigać sprzęt wojskowy i rozrywać jutowe worki jak papier, nie były mięśniami stworzonymi do biegu na pięć kilometrów. Na kilometrze trzecim Gruby zaczął kaszleć. Na kilometrze trzecim pięćset kaszlał bez przerwy. Na kilometrze czwartym kaszlał tak intensywnie, że musiał się zatrzymać, oprzeć ręce o kolana i zwymiotować — co, jak później wyjaśnił doktor Marchewka, było reakcją organizmu na wdychanie dymu zawierającego cząstki stałe i toksyczne gazy, w tym tlenek węgla, formaldehyd i akroleinę, która jest tak drażniąca dla dróg oddechowych, że jest używana jako broń chemiczna w stężeniach, które w tym lesie mogły być przekroczone.
Ale Gruby nie zrezygnował. Wyprostował się, splunął, poprawił maskę, która zsunęła mu się na brodę, i powiedział — do siebie, do kamery, do nikogo — zdanie, które stało się później memem internetowym i które do dziś jest cytowane w środowiskach survivalowych z mieszaniną podziwu i niedowierzania:
— Gorzej było w Afganistanie. Ale nie dużo.
A potem pobiegł dalej, kaszląc z każdym krokiem, przez las, który płonął po obu stronach jak scenografia do końca świata.
Alina Wojciechowska biegła czwarta, w odległości trzystu metrów za Grubym, i na kilometrze drugim dwieście zdarzyło się coś, czego ekipa pirotechniczna nie przewidziała, a co Sebastian Mroczek, oglądając nagranie w swojej przyczepie po zakończeniu akcji, skomentował jednym słowem: „Cholera”.
Płonąca sosna — pień o średnicy czterdziestu centymetrów, nadpalony u podstawy do tego stopnia, że struktura drewna straciła nośność — przewróciła się na trasę. Nie obok trasy. Na trasę. Drzewo o długości dwunastu metrów, płonące na całej powierzchni, leżało w poprzek ścieżki, blokując przejście. Alina stanęła przed nim jak przed ścianą. Na nagraniu z drona widać, jak stoi — drobna postać w szortach i koszulce, z maską na twarzy — przed dwunastometrową, płonącą kłodą, po obu stronach którego ogień zajmuje podszyt z impetem, który wyklucza obejście.
Miała dwie opcje: zawrócić lub przeskoczyć.
Alina Wojciechowska, mistrzyni Polski w pływaniu na otwartych wodach, kobieta, której żywiołem — jak sama powiedziała godzinę wcześniej — jest woda, a nie ogień, przeskoczyła. Na nagraniu z kamery drona widać, jak bierze rozbieg — trzy, cztery, pięć kroków — i skacze nad płonącym pniem, z nogami podciągniętymi pod siebie, jak w skoku przez konia gimnastycznego, tyle że koń gimnastyczny jest na ogół nieruchomy, niezapalony i nie leży w środku płonącego lasu. Przeleciała nad ogniem. Wylądowała po drugiej stronie. Potknęła się, upadła na kolano, wstała i pobiegła dalej, z lewym butem, który tlił się na podeszwie, zostawiając za sobą na ścieżce czarne ślady, jakby ktoś namalował na piasku linię przerywaną z sadzy.
Ten moment — skok Aliny nad płonącym drzewem — stał się ikonicznym ujęciem programu, wielokrotnie powtarzanym w zwiastunach, analizowanym w programach sportowych (biomechanicy z AWF Poznań obliczyli, że Alina osiągnęła w skoku wysokość metra dziesięć przy prędkości biegu około osiemnastu kilometrów na godzinę, co jest wynikiem „godnym lekkoatletki, choć w okolicznościach niegodnych nikogo”), i wykorzystywanym w memach internetowych z podpisami od „Monday motivation” po „Kiedy kończysz się termin oddania projektu”.
Natalia Szymańska, influencerka, biegła ostatnia. I tu muszę oddać jej sprawiedliwość — bo łatwo jest traktować Natalię jako komiczny element programu, jako osobę, która jest tu dla zasięgów i sponsorów, a nie dla wyzwania. Łatwo, ale niesprawiedliwie. Bo Natalia Szymańska, mimo wodoodpornego makijażu i kamery GoPro na czole, mimo hashtagów i umów sponsorskich, przebiegła pięć kilometrów przez płonący las. Przebiegła je wolniej niż pozostali — jej czas wynosił dwadzieścia osiem minut i czterdzieści trzy sekundy, w porównaniu z osiemnastoma minutami Zawadzkiego, który był najszybszy — ale przebiegła je.
Na nagraniu z jej kamery GoPro — tym nagraniu, które później obejrzało czterdzieści dwa miliony ludzi na YouTubie i które platformy streamingowe próbowały kupić za kwoty, o których Natalia mówiła jedynie, że były „interesujące” — widać coś, czego nie widać na nagraniach z dronów ani na nagraniach z kamer stacjonarnych. Widać strach. Prawdziwy, nieudawany, niefiltrowany strach. Słychać, jak Natalia oddycha — szybko, płytko, z chichotem, który nie jest chichotem rozbawienia, lecz chichotem histerii. Słychać, jak mówi do siebie — „dalej, dalej, dalej, nie zatrzymuj się, nie patrz, nie patrz na ogień, patrz na drogę, dalej” — mantrę, która jest jednocześnie instrukcją przetrwania i modlitwą. Widać, jak na kilometrze trzecim pięćset jej kamera rejestruje moment, w którym gałąź — płonąca, o średnicy może pięciu centymetrów — spada z góry i trafia ją w ramię. Słychać krzyk. Krótki, ostry, natychmiast stłumiony. I widać, jak Natalia, z osmaloną koszulką i oparzeniem drugiego stopnia na ramieniu, biegnie dalej.
Nie zatrzymała się. Nie dała sygnału rezygnacji. Nie zadzwoniła po ekipę ratunkową. Biegła dalej, przez dym, przez żar, przez las, który przestawał istnieć z każdą minutą, zamieniając się w pogorzelisko, w krajobraz księżycowy, w czarno-szarą pustynię z wystającymi kikutami drzew jak zęby w szczęce olbrzyma.
Na polanie końcowej, kiedy Natalia wyłoniła się z dymu jako ostatnia z piątki zawodników — z twarzą czarną od sadzy, z oparzeniem na ramieniu, z kamerą GoPro, która nadal nagrywała, i z makijażem, który, wbrew reklamom, nie przetrwał — doktor Marchewka podbiegł do niej z torbą medyczną. Natalia spojrzała na niego, potem na kamerę, potem znowu na niego, i powiedziała zdanie, które, obok „Gorzej było w Afganistanie” Grubego, stało się drugim memem internetowym z tego odcinka:
— Czy ktoś mógłby mi podać telefon? Muszę wrzucić story.
Doktor Marchewka opowiadał mi później, że w tym momencie doświadczył czegoś, co psychologia nazywa „dysonansem poznawczym” — jednoczesnym występowaniem dwóch sprzecznych przekonań. Pierwszym przekonaniem było: „Ta kobieta ma oparzenie drugiego stopnia i potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej”. Drugim przekonaniem było: „Ta kobieta właśnie przebiegła pięć kilometrów przez płonący las i jest psychicznie silniejsza niż ja, więc może powinienem po prostu dać jej telefon”.
Dał jej telefon.
Story miało dwadzieścia trzy miliony wyświetleń w pierwszych czterdziestu ośmiu godzinach.
Kiedy ogień ugaszono — co trwało sześć godzin, wymagało czterech wozów strażackich, dwóch śmigłowców z bambibucketami o pojemności trzech tysięcy litrów każdy i udziału pięćdziesięciu sześciu strażaków, z których kilku nie było świadomych, że gasili ogień, który ktoś podpalił celowo, i którzy, kiedy się tego dowiedzieli, zareagowali z godnością i powściągliwością ludzi, którzy mają związki zawodowe i wiedzą, jak pisać skargi — krajobraz wyglądał jak po bombardowaniu. Dwieście czterdzieści hektarów lasu zamieniło się w czarną, parującą pustynię. Pnie drzew sterczały z ziemi jak kolumny zniszczonej świątyni. Ziemia była gorąca na dotyk. Powietrze cuchnęło spalenizną z intensywnością, która pozostawała w nosie przez dni. Tu i ówdzie spod popiołu wydostawał się dym, jak oddech zakopanego smoka.
Stałem na krawędzi pogorzeliska z Sebastianem Mroczkiem, który palił papierosa — a raczej, jak sam to ujął, „oddawał dymem hołd poległym drzewom” — i patrzyłem na zniszczenie z uczuciem, które było trudne do nazwania. Było w nim coś z podziwu — dla siły żywiołu, dla odwagi ludzi, którzy przez niego przebiegli. Było w nim coś z przerażenia — bo dwieście czterdzieści hektarów lasu to nie jest dekoracja filmowa, to jest ekosystem, dom dla tysięcy stworzeń, które nie podpisywały oświadczeń o dobrowolności uczestnictwa. I było w nim coś z absurdu — bo to wszystko stało się po to, żeby ludzie w domach, przed telewizorami, mogli przez czterdzieści pięć minut doświadczyć dreszczu emocji między kolacją a wiadomościami.
— Ile zwierząt zginęło? — zapytałem Mroczka.
Mroczek zaciągnął się papierosem.
— Mniej, niż myślisz — odpowiedział. — Zwierzęta są mądrzejsze od ludzi. Uciekają przed ogniem. Ptaki odlatują, sarny uciekają, dziki uciekają. Nawet mrówki potrafią przetrwać pożar — schodzą głęboko do mrowiska. Pewnie zginęło trochę owadów, trochę bezkręgowców, może kilka jeży, które nie zdążyły się obudzić. Ale las odrośnie. Za pięć lat będzie tu brzozowy zagajnik. Za dwadzieścia — las mieszany. Za pięćdziesiąt nikt nie pozna, że tu było pogorzelisko.
— A ludzie? — zapytałem. — Jak szybko odrośnie to, co ci ludzie stracili, biegnąc przez ogień?
Mroczek spojrzał na mnie z wyrazem, który mógł być zrozumieniem, a mógł być pobłażliwością.
— To pytanie do psychologa, nie do pirotechnika — powiedział i zgasił papierosa, wciskając go w czarną, spaloną ziemię, gdzie zniknął bez śladu, jak iskra w ogniu, jak człowiek w worku, jak las, który był i którego nie ma.
Wyniki drugiej konkurencji: Robert Zawadzki — pierwszy, osiemnaście minut czternaście sekund. Magda Kasprzak — druga, dwadzieścia minut jedenaście sekund. Gruby Brzeziński — trzeci, dwadzieścia trzy minuty osiemnaście sekund, z napadem kaszlu, który trwał jeszcze dwie godziny po dotarciu na metę. Alina Wojciechowska — czwarta, dwadzieścia pięć minut trzydzieści sekund, z osmaloną podeszwą buta i skokiem, który przejdzie do historii telewizji. Natalia Szymańska — piąta, dwadzieścia osiem minut czterdzieści trzy sekundy, z oparzeniem drugiego stopnia, dwudziestoma trzema milionami wyświetleń i nowym sponsorem — producentem kremów na oparzenia, co było zbiegiem okoliczności tak idealnym, że wydawał się inscenizowany, choć Natalia przysięgała, że nie był.
Psycholog kryzysowa Ewa Tomczak, którą spotkałem ponownie na polanie końcowej, gdzie rozdawała koce termiczne i butelki wody, wyglądała jeszcze gorzej niż nad jeziorem. Miała cienie pod oczami tak głębokie, że mogły służyć za rowy strzeleckie, i trzymała w ręku notatnik, w którym, jak podejrzewałem, zapisywała nie tyle notatki kliniczne, ile materiał na książkę, którą — podobnie jak doktor Marchewka — zamierzała kiedyś napisać.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? — zapytała mnie, patrząc na zawodników, którzy siedzieli na trawie, jedli kanapki i rozmawiali ze sobą z ożywieniem, które wydawało się nieproporcjonalne do tego, co właśnie przeszli. — Oni są szczęśliwi. Naprawdę szczęśliwi. To nie jest szok, nie jest dysocjacja, nie jest euforia pourazowa — chociaż jest pewnie trochę tego wszystkiego. Ale przede wszystkim są szczęśliwi, bo przeszli przez coś, co powinno ich zabić, i żyją. I to poczucie — że żyjesz, kiedy nie powinnaś żyć — jest najbardziej uzależniającym uczuciem, jakie znam. Bardziej niż narkotyki, bardziej niż seks, bardziej niż sukces. To jest czysty, nierozcieńczony sens istnienia. Problem w tym, że żeby go poczuć, musisz najpierw niemal przestać istnieć.
Zapisałem te słowa w swoim notatniku, zamknąłem go i schowałem do kieszeni. Na horyzoncie, nad pogorzeliskiem, kłębiły się jeszcze resztki dymu — blade, przezroczyste, rozpuszczające się w sierpniowym niebie jak wspomnienie czegoś, co właśnie się wydarzyło i czego nikt, kto tego nie widział, nigdy do końca nie zrozumie.
Las milczał. Ale to było inne milczenie niż to nad jeziorem — nie milczenie wody, która się zamknęła, lecz milczenie ognia, który się wypowiedział i nie miał już nic do dodania.
Rozdział 3: Kolacja z niedźwiedziem
W tysiąc osiemset dwudziestym trzecim roku lord Byron — poeta, skandalista, miłośnik zwierząt i człowiek, którego życiorys wygląda jak scenariusz odrzucony przez Netflix z adnotacją „zbyt nieprawdopodobne” — trzymał w swoim domu w Ravennii we Włoszech menażerię obejmującą dziesięć koni, osiem psów, trzy małpy, pięć kotów, orła, kruka, sokoła, pięć pawi, dwa świnki morskie, jeża egipskiego i, co jest istotne dla naszej opowieści, jednego niedźwiedzia. Niedźwiedź nie miał imienia — a raczej Byron nazywał go po prostu „Niedźwiedziem” z wielką literą, co albo świadczyło o szacunku wobec zwierzęcia, albo o lenistwie w kwestii nadawania imion. Niedźwiedź towarzyszył Byronowi podczas posiłków. Jadł przy stole. Pił wino z miski. Był, jak twierdził poeta, „lepszym kompanem przy kolacji niż większość ludzi”, co, biorąc pod uwagę ludzi, z którymi Byron zwykł jadać, mogło być zarówno komplementem dla niedźwiedzia, jak i krytyką arystokracji.
Wspominam o tym, ponieważ kiedy producent wykonawczy Marek Stępkowski prezentował koncepcję trzeciej konkurencji na zebraniu zespołu, scenarzysta Bartosz Sikorski powołał się właśnie na Byrona. „Jeśli lord Byron mógł jeść kolację z niedźwiedziem w dziewiętnastym wieku” — powiedział, stojąc przed tablicą, na której kredą narysował coś, co mogło być niedźwiedziem, a mogło być bardzo owłosionym człowiekiem z problemami posturalnymi — „to dlaczego nasi zawodnicy nie mogliby zrobić tego w dwudziestym pierwszym? Tylko że my dodamy element kulinarny. Muszą sami przygotować posiłek. Przy stole. Z niedźwiedziem.”
Andrzej Walczak, reżyser, który w tym momencie kariery wyglądał jak człowiek, który powoli przechodzi przez wszystkie pięć etapów żałoby Kübler-Ross i utknął gdzieś między targowaniem się a depresją, zapytał jedno pytanie:
— Żywym niedźwiedziem?
— Oczywiście, że żywym — odpowiedział Sikorski z wyrazem oburzenia, jakby pytanie o martwego niedźwiedzia było moralnie naganne. — Cały sens polega na tym, że niedźwiedź żyje, oddycha, waży trzysta kilogramów i może w każdej chwili postanowić, że woli zjeść zawodnika niż to, co zawodnik przygotował. To jest napięcie dramaturgiczne. To jest telewizja.
Walczak nie odpowiedział. Według świadka — ponownie osoby z działu cateringu, która stała się moim nieocenionym źródłem informacji, i której tosty z serem były równie niezawodne jak jej pamięć do detali — reżyser zamknął oczy, odchylił głowę do tyłu i przez dziesięć sekund nie ruszał się, nie oddychał i nie dawał żadnych oznak życia, po czym otworzył oczy i powiedział:
— Potrzebujemy większego budżetu ubezpieczeniowego.
Niedźwiedź brunatny, który miał wziąć udział w trzeciej konkurencji, nazywał się Borys. A raczej — pozwolę sobie na precyzję, której wymagają fakty — nazywał się formalnie „Borys z Baligrodu”, ponieważ był zarejestrowany w Europejskim Programie Hodowlanym pod tym właśnie identyfikatorem, co nadawało mu pewien arystokratyczny splendor, jakby był koniem wyścigowym albo winem z apelacją. Borys był samcem niedźwiedzia brunatnego podgatunku Ursus arctos arctos, miał dwanaście lat, ważył trzysta dwadzieścia kilogramów i od urodzenia żył w niewoli — najpierw w ogrodzie zoologicznym w Poznaniu, potem w ośrodku rehabilitacji dzikich zwierząt w Bieszczadach, skąd trafił do prywatnego azylu dla dużych drapieżników prowadzonego przez Janusza Górskiego, człowieka, o którym powinienem powiedzieć kilka słów, ponieważ bez niego nie byłoby kolacji, nie byłoby Borysa i nie byłoby tego rozdziału.
Janusz Górski miał sześćdziesiąt dwa lata, brodę jak Tołstoj, ręce jak bochny chleba i głos, który brzmiał tak, jakby samo powietrze bało się mu stawiać opór na drodze od strun głosowych do świata zewnętrznego. Prowadził azyl „Niedźwiedzia Ostoja” na pięćdziesięciu hektarach ogrodzonego lasu pod Ustrzykami Dolnymi, gdzie mieszkało siedem niedźwiedzi, trzy wilki, dwa rysie i jeden żubr, który — jak twierdził Górski — „przyszedł sam i odmówił wyjścia, więc został”. Górski był kimś w rodzaju miejscowej legendy — ludzie w Ustrzykach mówili o nim z mieszaniną respektu i niepokoju, jak o czarowniku, który rozmawia ze zwierzętami, albo jak o szaleńcu, który mieszka w lesie z niedźwiedziami, w zależności od tego, czy rozmówca skłaniał się ku romantyzmowi czy pragmatyzmowi.
Górski zgodził się udostępnić Borysa na potrzeby programu, ale postawił warunki, które, kiedy je czytałem w kopii umowy (pozyskanej — nie będę zdradzał jak, ale zaznaczę, że tosty z serem odegrały pewną rolę), wyglądały jak manifest praw niedźwiedzia napisany przez kogoś, kto uważa, że niedźwiedzie mają więcej praw niż ludzie, i kto nie jest w tym przekonaniu całkowicie odosobniony.
Warunek pierwszy: Borys w żadnym momencie nie może być krępowany, przywiązywany, zamykany w klatce ani w jakikolwiek inny sposób ograniczany w swobodzie ruchów. „Borys idzie, gdzie chce. Jeśli chce odejść od stołu, odchodzi. Jeśli chce zostać, zostaje. Jeśli chce przewrócić stół, przewraca stół” — brzmiał dosłowny zapis w umowie, i nie jestem pewien, czy kiedykolwiek czytałem kontrakt telewizyjny, w którym klauzula o przewracaniu stołu była sformułowana z tak stoickim spokojem.
Warunek drugi: przy Borysie przez cały czas musi znajdować się Górski lub wyznaczony przez niego opiekun. W praktyce oznaczało to, że Górski będzie siedział przy stole razem z zawodnikami i niedźwiedziem, co producenci początkowo traktowali jako problem logistyczny, a co ostatecznie okazało się jednym z najlepszych elementów odcinka, ponieważ Górski przed kamerą był hipnotyzujący — mówił mało, ale każde jego słowo miało ciężar właściwy człowiekowi, który widział, jak niedźwiedź rozszarpuje jelenia, i który nie uważa tego za rzecz wartą komentarza.
Warunek trzeci: jedzenie podawane przy stole musi być odpowiednie również dla niedźwiedzia. Żadnej czekolady (toksyczna), żadnych ostrych przypraw (drażniące), żadnego alkoholu (nie dlatego, że alkohol jest szkodliwy dla niedźwiedzia — niedźwiedzie w naturze jedzą sfermentowane owoce i bywają pijane — ale dlatego, że „pijany niedźwiedź o wadze trzystu kilogramów jest problemem, którego nie chcecie mieć”, jak napisał Górski w mailu do produkcji, i w tym jednym zdaniu zawarł więcej mądrości niż w całym regulaminie BHP programu).
Warunek czwarty: w przypadku agresywnego zachowania Borysa natychmiast kończymy nagrywanie, a Górski podejmuje decyzję o dalszych krokach. „Dalsze kroki” nie były sprecyzowane, co dawało Górskiemu, jak podejrzewam, zamierzoną wolność interpretacyjną.
Warunek piąty, dopisany odręcznie na marginesie umowy niebieskim długopisem, wielkimi literami: „NIKT NIE DOTYKA BORYSA BEZ MOJEJ ZGODY. NIKT.”
Borys przyjechał na plan w specjalnie zaadaptowanej przyczepie transportowej, ciągniętej przez Unimoga, który Górski prowadził osobiście, ponieważ nie ufał nikomu innemu za kierownicą, kiedy za ścianą siedział jego niedźwiedź. Transport trwał jedenaście godzin — z Ustrzyk Dolnych do okolic Drawska Pomorskiego — z trzema przystankami na „spacer Borysa”, co polegało na tym, że Górski otwierał przyczepę na leśnej drodze, Borys wychodził, obwąchiwał najbliższe dwadzieścia drzew, załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne i wracał do przyczepy, „bo Borys lubi podróżować, tylko nie lubi siedzieć w jednym miejscu zbyt długo, jak większość inteligentnych istot”, jak wyjaśniał Górski.
Widziałem Borysa po raz pierwszy, kiedy Górski otworzył przyczepę na polanie, która miała służyć jako plan zdjęciowy trzeciej konkurencji. Polana była otoczona mieszanym lasem — brzozy, dęby, graby — piękna jak ilustracja z bajki, gdyby bajka opowiadała o tym, jak piątka dorosłych ludzi je kolację z niedźwiedziem pod nadzorem ekipy telewizyjnej i anestezjologa, który rozważa zmianę zawodu.
Borys wyszedł z przyczepy schodząc po specjalnej rampie — ostrożnie, jak starszy pan wychodzący z autobusu, tyle że starszy pan nie waży trzystu dwudziestu kilogramów i nie ma pazurów długości ośmiu centymetrów. Był ogromny. Wiem, że to banalne stwierdzenie — niedźwiedzie brunatne są z definicji ogromne — ale żadne przygotowanie intelektualne nie przygotowuje cię na moment, kiedy stoisz pięć metrów od żywego niedźwiedzia i uświadamiasz sobie, z czysto somatyczną, trzewną pewnością, że ten stwór mógłby cię zabić jednym ruchem łapy, i to nie ruchem zamierzonym, nie atakiem, lecz czymś, co dla niego byłoby odpowiednikiem machnięcia ręką na muchę. Borys miał sierść koloru ciemnej czekolady, z jaśniejszymi końcówkami na grzbiecie, które nadawały mu wygląd istoty, która właśnie przeszła przez drogą koloryzację w salonie fryzjerskim. Oczy miał małe, ciemne i zaskakująco spokojne — oczy stworzenia, które nie ma naturalnych wrogów i wie o tym.
Górski szedł obok Borysa bez smyczy, bez łańcucha, bez żadnego widocznego sposobu kontrolowania trzystu dwudziestu kilogramów mięsa, kości, pazurów i zębów. Szedł tak, jak chodzi się obok starego przyjaciela — w tym samym tempie, w tym samym rytmie, z tym samym cichym porozumieniem, które nie wymaga słów. Borys co kilka kroków odwracał łeb w stronę Górskiego, jakby się upewniał, że ten nadal jest, i Górski za każdym razem mruczał coś pod nosem — nie słowa, raczej dźwięki, niskie i gardłowe, jak odległy grzmot — na co Borys reagował lekkim ruchem uszu i szedł dalej.
— Borys jest łagodny — powiedział mi Górski, kiedy podszedłem do niego na tyle blisko, na ile pozwalał mi mój instynkt samozachowawczy, czyli na około osiem metrów. — Nigdy nie zaatakował człowieka. Ale „łagodny” to nie znaczy „bezpieczny”. Łagodny to znaczy, że nie szuka konfliktu. Ale jeśli konflikt przyjdzie do niego — jeśli ktoś go dotknie, zaskoczy, sprowokuje, jeśli poczuje zapach strachu, bo czuje zapach strachu jak pies, tylko lepiej — to zareaguje. I jego reakcja nie będzie proporcjonalna. Niedźwiedź nie wie, co to proporcjonalność. Niedźwiedź zna dwa stany: spokój i atak. Między nimi nie ma nic. Żadnego ostrzeżenia, żadnego warczenia, żadnego „proszę się odsunąć”. Jest spokój i jest eksplozja. Trzysta dwadzieścia kilo eksplozji.
Zanotowałem te słowa w notatniku z taką siłą nacisku ołówka, że złamałem grafit. Wymieniłem ołówek na długopis. Ręka mi się trzęsła, ale powiedziałem sobie, że to od kawy.
Plan zdjęciowy trzeciej konkurencji wyglądał następująco: na środku polany stał drewniany stół — solidny, dębowy, zrobiony na zamówienie przez stolarza z Czaplinka, pana Tadeusza Wrońskiego, który, kiedy dowiedział się, do czego stół będzie służył, podwoił grubość blatu „na wszelki wypadek, bo jak niedźwiedź trzaśnie łapą, to ze zwykłego stołu zostają zapałki”. Stół miał wymiary dwa na trzy metry i sześć miejsc: pięć dla zawodników i jedno — na szczycie — dla Borysa. Przy stole stały krzesła — drewniane, solidne, ale krzesło Borysa było specjalną konstrukcją: wzmocnione stalową ramą, z szerokim siedziskiem, wyglądające jak tron dla wikińskiego jarla, gdyby wiking jarle mieli futro i ważyli trzy cetnary. W praktyce, jak się później okazało, Borys nie korzystał z krzesła — wolał siedzieć na ziemi, podpierając się przednimi łapami o krawędź stołu, co nadawało mu wygląd gościa w barze, który pochyla się nad kontuarem, żeby lepiej widzieć menu.
Wokół polany — w odległości mniej więcej dwudziestu metrów od stołu — stały trzy kamery stacjonarne na statywach, obsługiwane przez operatorów, którzy zostali poinstruowani, żeby „nie robić gwałtownych ruchów, nie krzyczeć i nie używać lampy błyskowej pod żadnym pozorem”. Nad polaną krążył dron, ale na wysokości minimum trzydziestu metrów, ponieważ Górski stwierdził, że „Borys nie lubi dronów, bo brzmią jak osy, a osy go gryzły w nos, kiedy był młody, i od tamtej pory jest drażliwy na bzyczenie”. Ta informacja — o osach, nosie i traumie z dzieciństwa — była jednocześnie urocza i przerażająca, bo sugerowała, że Borys ma wspomnienia, preferencje i urazy, co czyniło go bardziej ludzkim, a jednocześnie bardziej nieprzewidywalnym niż jakakolwiek istota o wadze trzystu kilogramów powinna być.
Po drugiej stronie polany, za drzewami, stał ambulans z pełnym wyposażeniem reanimacyjnym, obsadzony przez doktora Marchewkę i dwóch ratowników medycznych. Doktor Marchewka, którego widziałem teraz trzeci raz w ciągu dwóch tygodni i który wyglądał, jakby przeszedł przez wszystkie konkurencje osobiście, choć tego nie zrobił, siedział na schodkach ambulansu i czytał książkę. Zerknąłem na tytuł. Była to „Pierwsza pomoc przy urazach zadanych przez duże drapieżniki” autorstwa dr. Stephena Herrery, kanadyjskiego lekarza specjalizującego się w atakach niedźwiedzi. Zapytałem doktora Marchewkę, czy książka jest pomocna.
— Bardzo — odpowiedział, nie podnosząc wzroku. — Dowiedziałem się na przykład, że niedźwiedź grizzly może jednym uderzeniem łapy złamać kręgosłup bizona. Bizon bizon, dorosły samiec, pięćset kilogramów. Jeden cios. Kręgosłup na pół. — Przewrócił stronę. — To jest bardzo informatywna książka. Nie wiem, czy się z tego cieszę.
Zawodnicy — nadal w składzie pięcioosobowym, ponieważ Jakub Lis nadal odmawiał udziału, a jego odmowa, choć formalnie dotyczyła całego programu, była, jak podejrzewam, szczególnie stanowcza w kwestii kolacji z niedźwiedziem — zostali poinformowani o zasadach trzeciej konkurencji dwie godziny przed nagraniem. Zasady były następujące:
Każdy zawodnik musi przygotować jedno danie — z surowców dostarczonych przez produkcję — na przenośnej kuchence turystycznej, ustawionej na stole. Danie musi być jadalne zarówno dla ludzi, jak i dla niedźwiedzia, co, biorąc pod uwagę wszechżerność niedźwiedzi brunatnych, nie było tak ograniczające, jak mogłoby się wydawać — niedźwiedzie jedzą praktycznie wszystko, od jagód po łososie, od mrówek po padlinę, od korzeni po szyszki. Surowce dostarczone przez produkcję obejmowały: łososia atlantyckiego (dwa kilogramy), miód lipowy (słoik pół litra), jagody leśne (dwa kilogramy), ziemniaki (trzy kilogramy), marchew (kilogram), jajka (tuzin), mąkę, masło, cebulę, czosnek i zioła — tymianek, rozmaryn i szałwię. Był też ryż, ale jak się później okazało, nikt nie użył ryżu, co mówi coś o ludzkich preferencjach kulinarnych w warunkach ekstremalnego stresu.
Zawodnicy mieli gotować przy stole, przy którym Borys będzie siedział — a raczej stał, opierając się łapami o blat — i jeść razem z nim. Ocenie podlegały dwa kryteria: po pierwsze, czy zawodnik ukończy przygotowanie i zjedzenie posiłku bez opuszczenia stołu (wstanie od stołu oznaczało dyskwalifikację); po drugie, czy Borys zje danie przygotowane przez zawodnika. To drugie kryterium — ocena kulinarna wydana przez niedźwiedzia — było, rzecz jasna, najbardziej nieprzewidywalnym elementem całej konkurencji. Nikt — włącznie z Górskim, który znał Borysa od dwunastu lat — nie mógł zagwarantować, co Borys zje, a czego nie zje, co mu zasmakuje, a co go zniechęci.
— Borys jest wybredny — powiedział Górski podczas odprawy z zawodnikami, stojąc na polanie z rękami splecionymi na piersi, z Borysem stojącym za nim jak cień o wadze trzystu kilogramów. — Nie je wszystkiego, co mu dasz. Ma preferencje. Lubi łosoś, lubi miód, lubi jagody. Nie lubi cebuli. Nie wiem dlaczego. Może zapach. Może tekstura. Nie pytałem go, bo nie odpowiada na pytania. Ale jeśli wyczuje cebulę w waszym daniu, nie tknie go. I jeszcze jedno — nie patrzcie mu w oczy. Kontakt wzrokowy u niedźwiedzia to wyzwanie. Nie wyzywajcie mojego niedźwiedzia.
— A jeśli on patrzy na nas? — zapytała Magda Kasprzak, która stała najbliżej Borysa — w odległości czterech metrów — i wyglądała na spokojną, choć jej dłonie, zauważyłem, były zaciśnięte w pięści tak mocno, że kłykcie zbielały.
— Jeśli on patrzy na was, to jest ciekaw — odpowiedział Górski. — Odwróćcie wzrok, pochylcie głowę, róbcie swoje. Nie uciekajcie. Nie krzyczcie. Nie biegajcie. To najgorsze, co można zrobić w obecności niedźwiedzia. Bieganie wyzwala instynkt łowiecki. Borys nie jest łowcą — nie poluje, nigdy nie polował, jest karmiony przeze mnie od urodzenia — ale instynkt jest instynktem. Trzydzieści tysięcy lat ewolucji nie zniknie, bo niedźwiedź mieszka w azylu.
To zdanie — o trzydziestu tysiącach lat ewolucji — zawisło nad polaną jak zapowiedź czegoś, co jeszcze nie nastąpiło, ale co było nieuchronne jak zachód słońca, jak przypływ, jak moment, w którym niedźwiedź o wadze trzystu dwudziestu kilogramów postanowi zrobić coś, czego nikt nie przewidział.
Nagrywanie rozpoczęło się o godzinie siedemnastej — produkcja celowo wybrała porę kolacji, częściowo dla dramaturgii (zachodzące słońce, długie cienie, ciepłe światło), częściowo dlatego, że „Borys jest najbardziej towarzyski wieczorem, po drzemce”, jak wyjaśnił Górski, i to słowo — „towarzyski” — w odniesieniu do niedźwiedzia brunatnego, zaczynało nabierać w mojej głowie nowego, niepokojącego znaczenia.
Borys został zaprowadzony do stołu przez Górskiego. „Zaprowadzony” jest tu słowem umownym — Górski szedł w stronę stołu, Borys szedł za nim, ponieważ na stole leżała miska z miodem, a Borys wyczuł miód z odległości trzydziestu metrów, co, jak wyjaśniła mi później doktor Krawczyk — ichtiolog z pierwszego odcinka, która, jak się okazało, interesowała się również dużymi ssakami, „z powodów czysto akademickich” — jest w pełni zgodne z badaniami nad zmysłem węchu niedźwiedzia brunatnego, który jest siedem razy czulszy niż psa gończego i który pozwala niedźwiedziowi wyczuć padlinę z odległości trzydziestu kilometrów. Trzydziestu kilometrów. Wyobraźmy sobie zmysł węchu, który pozwala wyczuć martwego jelenia z odległości Warszawy do Piaseczna. Wyobraźmy sobie, a potem przestańmy, bo to wyobrażenie jest niepokojące.
Borys podszedł do stołu i stanął na tylnych łapach, opierając przednie o blat. Stół — dzięki podwojonej grubości blatu pana Wrońskiego — wytrzymał. Borys pochylił łeb nad miską z miodem i zaczął jeść, zanurzając pysk w miodzie po same oczy, z mlaskaniem, które kamery zarejestrowały z taką wiernością, że przy odtwarzaniu nagrania w biurze produkcji dźwiękowiec powiedział: „to jest najlepszy dźwięk, jaki nagrałem w karierze, i mówię to jako człowiek, który nagrywał koncerty Filharmonii Narodowej”.
W tym momencie zawodnicy mieli usiąść przy stole. I tu zaczęły się problemy. Nie problemy z niedźwiedziem — Borys jadł miód z pogodną koncentracją i nie interesował się ludźmi. Problemy z ludźmi.
Pierwszym problemem był Gruby Brzeziński, który odmówił siadania.
Nie dlatego, że się bał — a przynajmniej tak twierdził. Gruby stał przy swoim krześle, patrząc na Borysa z wyrazem twarzy, który widziałem wcześniej na zdjęciach żołnierzy oceniających pole minowe — nie strach, lecz kalkulacja.
— Nie siądę tyłem do niego — powiedział cicho, ale wyraźnie, do reżysera Walczaka, który stał za kamerą i gestykulował z desperacją człowieka, którego plan zdjęciowy właśnie się rozsypywał. — W GROM-ie uczyli nas: nigdy tyłem do zagrożenia. A to jest zagrożenie. Trzysta dwadzieścia kilo zagrożenia.
— Borys nie jest zagrożeniem — odparł Górski ze swojego miejsca przy stole, gdzie siedział spokojnie, jakby to była zwykła kolacja, a nie event telewizyjny z udziałem drapieżnika wagi ciężkiej.
— Z całym szacunkiem — powiedział Gruby, a sposób, w jaki powiedział „z całym szacunkiem”, sugerował, że szacunek jest ograniczony — pan jest z nim dwanaście lat i wierzy, że go zna. Ja byłem piętnaście lat w jednostce specjalnej i wiem jedno: każde stworzenie, które waży więcej ode mnie i ma zęby większe od moich, jest zagrożeniem. Nie zamierzam siedzieć tyłem do niego.
Kompromis — zaproponowany przez Walczaka, zaakceptowany przez Górskiego, przyjęty przez Grubego z niechętnym skinięciem głowy — polegał na tym, że Gruby usiądzie bokiem, z krzesłem odsuniętym od stołu o pół metra, tak żeby mieć Borysa w polu widzenia przez cały czas. Na nagraniu wyglądało to nieco niezgrabnie — Gruby siedział przy stole jak gość na weselu, który pokłócił się z sąsiadem i demonstracyjnie się odsunął — ale produkcja zdecydowała, że to jest „autentyczne” i „buduje napięcie”, co było eufemizmem dla „nie mamy na to wpływu, więc udajemy, że tak miało być”.
Gotowanie rozpoczęło się pięć minut po tym, jak wszyscy usiedli. I tu muszę przyznać — bo jestem dziennikarzem i moim obowiązkiem jest relacjonować fakty, nawet jeśli fakty są bardziej absurdalne niż fikcja — że kolacja z niedźwiedziem okazała się jedną z najbardziej fascynujących scen, jakie kiedykolwiek widziałem. Nie z powodu dramatyzmu. Nie z powodu niebezpieczeństwa. Ale z powodu surrealizmu.
Wyobraźcie sobie scenę: polana w lesie, zachodzące słońce, drewniany stół, pięcioro ludzi w fartuchach kuchennych — produkcja w ostatniej chwili dostarczyła fartuchy, co było jedynym sprzętem ochronnym, jaki uznano za stosowny, i co Gruby skomentował słowami: „Fartuch. Przed niedźwiedziem. Czuję się bezpieczny jak kurczak przed rożnem” — gotujących na przenośnych kuchenkach gazowych, a na szczycie stołu niedźwiedź brunatny, który skończył miód i teraz obserwuje całe towarzystwo z wyrazem twarzy — o ile niedźwiedzie mają wyraz twarzy, co jest dyskusyjne, ale patrzenie na Borysa dawało nieprzeparte wrażenie, że tak — zdezorientowanego gościa, który przyszedł na imprezę i nie wie, czy to impreza, na którą był zaproszony.
Magda Kasprzak gotowała łososia. Filetowała go na desce do krojenia z precyzją chirurga — co, jak sama zauważyła, było łatwiejsze niż wydostawanie się z worka pod wodą, „bo łosoś się nie broni, a przynajmniej nie powinien, bo jest martwy”. Filety obtaczała w mące z tymiankiem i smażyła na maśle. Zapach rozszedł się po polanie w ciągu sekund i Borys — dotychczas spokojnie obserwujący scenę — podniósł łeb i zaczął wąchać powietrze z intensywnością odkurzacza przemysłowego. Jego nozdrza — każde wielkości pięciozłotówki — pulsowały, wciągając powietrze z łosiem i masłem i tymiankiem, i na jego pysku pojawił się wyraz, który mogę opisać jedynie jako pożądanie. Głębokie, pierwotne, trzystukilogramowe pożądanie.
— Będzie chciał łososia — powiedział Górski tonem, który nie był ostrzeżeniem, ale stwierdzeniem faktu, jak meteorolog mówiący „będzie padać”.
— Jeszcze nie jest gotowy — odpowiedziała Magda, przewracając filety na patelni z nonszalancją, która w danych okolicznościach graniczyła z heroizmem.
— Borys nie wie, co to „gotowy” — odparł Górski. — Borys je surowe łososie w naturze. Wyciąga je z rzeki i je w całości, z głową, z ościami, z oczami. Smażenie to jest ludzki koncept. Niedźwiedź nie smaży. Niedźwiedź je.
I rzeczywiście — Borys zaczął się przesuwać wzdłuż stołu w kierunku Magdy. Nie szybko. Nie agresywnie. Z powolnością lodowca albo przeznaczenia — dwóch rzeczy, które mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Przesuwał się, opierając się łapami o blat, zostawiając na drewnie głębokie rysy od pazurów, które pan Wroński ze stolarni w Czaplinku prawdopodobnie potraktowałby jako osobistą zniewagę. Magda gotowała. Borys się zbliżał. Kamery nagrywały. Dwadzieścia osób za kamerami wstrzymywało oddech.
Kiedy Borys był od Magdy w odległości wyciągniętej łapy — co w przypadku niedźwiedzia brunatnego oznacza mniej więcej metr dwadzieścia — Magda zrobiła coś, co Górski później nazwał „najrozsądniejszą rzeczą, jaką ktokolwiek zrobił w obecności Borysa od dwunastu lat”. Wzięła surowy, nieobsmażony filet łososia z deski do krojenia i położyła go na stole przed Borysem. Nie rzuciła. Nie podsunęła. Położyła — spokojnie, z opuszczonymi oczami, z ręką, która nie drżała, choć miała wszelkie powody, żeby drżeć.
Borys zatrzymał się. Spojrzał na łososia. Spojrzał na Magdę — ale Magda nie patrzyła na niego, patrzyła na patelnię, na swoje filety, na cokolwiek, co nie było niedźwiedziem. Borys pochylił łeb, wąchał łososia przez trzy sekundy, a potem zjadł go jednym ruchem — łosoś zniknął w niedźwiedziej paszczy jak list w skrzynce, jak kamień w stawie, jak wszelka nadzieja w obliczu biurokracji.
Magda kontynuowała gotowanie. Borys wrócił na swoje miejsce u szczytu stołu. Na polanie ktoś — później okazało się, że to był dźwiękowiec — wydał z siebie długi, powolny wydech, który na nagraniu brzmi jak syk przebitej opony.
Natalia Szymańska gotowała naleśniki z jagodami i miodem. Wybór nie był przypadkowy — jagody i miód to, jak wyjaśniała do kamery GoPro, jednocześnie nagrywając story i mieszając ciasto, „superfoods, które niedźwiedzie jedzą od milionów lat, co czyni je pierwotną dietą, co czyni je trendy, co czyni je idealnym contentem”. Jej kuchnia GoPro — z niedźwiedziem w tle — stała się później osobnym formatem na jej kanale YouTube, pod tytlem „Cooking with Predators”, który w ciągu miesiąca zdobył dwa miliony subskrybentów i ofertę książki kucharskiej od wydawnictwa, o której Natalia powiedziała jedynie: „negocjujemy”.
Alina Wojciechowska przyrządzała sałatkę z gotowanych ziemniaków, marchewki i jajek, polanych miodem i posypaną jagodami, co brzmi jak kulinarna katastrofa, ale co Borys zjadł z entuzjazmem, wylizując talerz — drewniany, bo produkcja słusznie założyła, że porcelanowe talerze i niedźwiedź to połączenie o ograniczonej trwałości — do czysta.
Robert Zawadzki, strażak, gotował jajecznicę z ziołami. Prostą, skromną, solidną jajecznicę — „bo nie jestem kucharzem, jestem strażakiem, i jedyne, co umiem gotować, to jajecznica i zupa instant, a zupy instant tu nie widzę”. Borys jajecznicy nie tknął. Obwąchał ją, cofnął łeb i spojrzał na Zawadzkiego z wyrazem, który Górski zinterpretował jako „rozczarowanie, ale nie gniew”, a który ja zinterpretowałem jako „pytanie, dlaczego dorosły mężczyzna nie potrafi gotować niczego poza jajecznicą”, co, biorąc pod uwagę, że interpretowałem wyraz pyska niedźwiedzia, mówi więcej o mnie niż o niedźwiedziu.
Gruby Brzeziński — siedzący bokiem, z jednym okiem na kuchence, a drugim na Borysie, w postawie, która sugerowała gotowość do odskoku w każdej chwili — przygotował grillowanego łososia z miodem i rozmarynem. Gotował kompetentnie, ale nerwowo — każdy ruch był o sekundę za szybki, każde cięcie noża o milimetr za głębokie. Kiedy Borys przesuwał się wzdłuż stołu — co robił co kilka minut, obchodząc biesiadników jak kelner sprawdzający, czy goście są zadowoleni — Gruby zamierał z nożem w ręku i czekał, aż niedźwiedź się oddali. Na nagraniu wygląda to jak film w zwolnionym tempie — Borys idzie, Gruby zamiera, Borys odchodzi, Gruby wraca do krojenia. Powtórzenie. Powtórzenie. Powtórzenie.
— Wiesz, co jest w tym najgorsze? — powiedział mi Gruby później, w barze w Koszalinie, przy tym samym stoliku, przy którym rozmawialiśmy o workach i jeziorze. — Nie bałem się, że mnie zaatakuje. Bałem się, że będę musiał go zaatakować. Że zrobi coś — nie wiem co, coś głupiego, coś niespodziewanego — i ja zareaguję. Odruchowo. Piętnaście lat treningu. Wiesz, co ci wbijają do głowy w GROM-ie? Że na zagrożenie reagujesz natychmiast, bez myślenia, bez wahania. Neutralizujesz zagrożenie. I ja siedziałem przy tym stole i cały czas walczyłem z własnym szkoleniem. Cały czas powtarzałem sobie: nie reaguj, nie reaguj, nie reaguj. To był najtrudniejszy bój, jaki stoczyłem. Trudniejszy niż Afganistan. Trudniejszy niż worek. Trudniejszy niż ogień. Bo walczyłem sam ze sobą.
Zamówił kolejne piwo. Wypił je w ciszy. Nie powiedział „gorzej było w Afganistanie”. Myślę, że pierwszy raz nie powiedział.
Kolacja trwała godzinę i czterdzieści minut. W tym czasie Borys zjadł — według skrupulatnych notatek Górskiego, który prowadził dziennik żywieniowy niedźwiedzia z dokładnością, jakiej pozazdrościłby niejeden dietetyk — cztery filety łososia (dwa surowe, dwa smażone), porcję sałatki ziemniaczano-marchewkowo-jajeczno-miodowo-jagodowej Aliny, sześć naleśników z jagodami i miodem Natalii, porcję grillowanego łososia z miodem i rozmarynem Grubego, dodatkowy słoik miodu, który Górski wyciągnął z plecaka „na wypadek, gdyby Borys się niecierpliwił”, oraz jedną deskę do krojenia, drewnianą, którą ogryzł w rogu, prawdopodobnie dlatego, że była nasączona tłuszczem z łososia.
Jajecznicy Zawadzkiego nie tknął. Zawadzki zjadł ją sam, z miną człowieka, który przegrał konkurs kulinarny z niedźwiedziem i który nie jest pewien, czy to mówi coś o jego umiejętnościach kulinarnych, czy o gustach niedźwiedzia.
W osiemdziesiątej trzeciej minucie kolacji wydarzyła się rzecz, która na nagraniu trwa czternaście sekund, ale która uczestnikom wydawała się trwać czternaście godzin. Borys, stojący u szczytu stołu, nagle odwrócił się od stołu — ruchem, który był tak szybki, że kamery zarejestrowały go jako rozmazaną plamę brązowego futra — i ruszył w stronę lasu. Nie biegł. Szedł, szybko, zdecydowanie, z łbem opuszczonym nisko i uszami przyciśniętymi do głowy, co — jak natychmiast powiedział Górski, wstając od stołu z szybkością, która zaprzeczała jego sześćdziesięciu dwóm latom i stu dwudziestu kilogramom — oznaczało, że coś go zaniepokoiło.
— Nikt się nie rusza — powiedział Górski głosem, który nie był głośny, ale który miał tę samą bezwzględność, co mur z cegły. — Nikt. Nie. Rusza. Się.
Zawodnicy zamarzli. Ekipa za kamerami zamarzła. Dron nad polaną zawisł nieruchomo. Doktor Marchewka, w ambulansie za drzewami, wstał tak gwałtownie, że przewrócił krzesło i upuścił książkę o atakach niedźwiedzi, co było ironią, na którą nikt nie zwrócił uwagi.
Borys szedł w stronę lasu. Górski szedł za nim, w odległości trzech metrów, mówiąc coś niskim, gardłowym głosem — te same dźwięki, co podczas spaceru z przyczepy, ale szybsze, bardziej natarczywe. Borys zatrzymał się na skraju polany. Stanął na tylnych łapach — i w tym momencie, widziany z profilu, w świetle zachodzącego słońca, był po prostu przerażający. Dwa metry wzrostu na tylnych łapach. Łapy uniesione. Pazury wyciągnięte. Pysk otwarty. Zęby. Każdy ząb długości mojego kciuka.
A potem warknął.
To nie było warczenie psa. To nie było warczenie silnika. To nie było warczenie niczego, co kiedykolwiek słyszałem lub co kiedykolwiek chcę usłyszeć ponownie. To był dźwięk, który nie tyle docierał do uszu, ile wchodził do ciała przez podeszwy stóp, przez kości, przez kręgosłup, aż do tej części mózgu, która pamięta czasy jaskiń i ognisk i nocy pełnych dźwięków, których lepiej było nie słyszeć. To był dźwięk, który mówił — nie słowami, bo niedźwiedzie nie mówią słowami, ale językiem starszym od słów — „jestem tu i jestem większy od ciebie i od wszystkiego, co znasz”.
Trwało to trzy sekundy. Potem Borys opadł na cztery łapy, obwąchał krzak jeżyn na skraju polany, zjadł garść jeżyn i wrócił do stołu. Spokojnie. Powoli. Jakby nic się nie stało.
Górski wrócił razem z nim. Usiadł na swoim miejscu. Spojrzał na zawodników — każdy z nich siedział nieruchomo, z twarzą koloru kredy, z oczami wielkości spodków i z jedzeniem, które stygło na talerzach — i powiedział:
— Jeżyny. Wyczuł jeżyny. Lubi jeżyny.
Cisza, która nastąpiła po tym zdaniu, miała jakość, której nie potrafię oddać słowami. Była to cisza ludzi, którzy właśnie zobaczyli wieczność w oczach niedźwiedzia i którym ktoś mówi, że chodziło o jeżyny. Była to cisza, w której mieściło się wszystko — ulga i strach, absurd i powaga, śmieszność i wielkość ludzkiej kondycji, która polega na tym, że siedzimy przy stole z czymś, co może nas zabić, i udajemy, że to normalne, bo co innego możemy zrobić.
Natalia Szymańska pierwsza się odezwała. Oczywiście że Natalia.
— Czy to było na kamerze? — zapytała.
Było.
Po zakończeniu kolacji — Borys zjadł jeszcze jedną porcję naleśników, obwąchał każdego zawodnika po kolei (co wymagało, żeby każdy z nich siedział nieruchomo, oddychał płytko i modlił się do bóstwa, w które wierzył lub nie wierzył), a następnie odprowadzony został przez Górskiego z powrotem do przyczepy, do której wszedł z ochotą, ponieważ w przyczepie czekała na niego dodatkowa miska miodu — rozmawiałem z Górskim po raz ostatni.
Staliśmy przy jego Unimogu, w ciemnościach, z dźwiękiem świerszczy w tle i odległym szumem generatora prądotwórczego, który zasilał reflektory ekipy demontującej plan zdjęciowy. Z przyczepy dochodziło miarowe chrapanie Borysa, które brzmiało jak mały silnik spalinowy na wolnych obrotach.
— Borys dobrze się bawił — powiedział Górski, opierając się o maskę samochodu z rękami założonymi na piersi.
— Skąd pan wie? — zapytałem.
— Bo wrócił do stołu. Gdyby się nie bawił, odszedłby i nie wrócił. Borys nie robi niczego, czego nie chce. To jest przywilej bycia niedźwiedziem.
— A ci ludzie? — zapytałem. — Czy oni się bawili?
Górski milczał przez chwilę, patrząc w ciemność lasu, w której — wiedziałem to, bo Górski mi powiedział — żyły prawdziwe, dzikie niedźwiedzie, które nigdy nie jadły przy stole z ludźmi i które, gdyby mogły, prawdopodobnie nie zrozumiałyby, dlaczego ktokolwiek miałby chcieć.
— Bawili się? — powtórzył Górski. — Nie. Przeżyli coś. To jest różnica. Zabawa jest wtedy, gdy wiesz, że nic ci nie grozi. Przeżycie jest wtedy, gdy nie wiesz, i przetrwasz mimo to. Twoi zawodnicy przeżyli kolację z niedźwiedziem. I będą ją pamiętać do końca życia. Nie dlatego, że jedzenie było dobre — jedzenie było kiepskie, szczególnie ta jajecznica. Ale dlatego, że przez godzinę siedzieli obok czegoś, co jest większe, silniejsze i starsze niż oni. Czegoś, co nie podlega ich regułom. I to jest lekcja, której ludzie potrzebują.
— Jaka lekcja?
Górski odwrócił się do mnie i spojrzał mi prosto w oczy — i w tym spojrzeniu było coś z niedźwiedzia, coś z dwunastu lat spędzonych w towarzystwie stworzeń, które nie kłamią, nie udają i nie negocjują.
— Że nie jesteśmy najważniejsi — powiedział. — Że świat nie jest nasz. Że istnieją rzeczy, których nie kontrolujemy. I że najlepsza kolacja to taka, po której wszyscy wstają od stołu żywi. Łącznie z niedźwiedziem.
Pożegnaliśmy się uściskiem dłoni, który bolał mnie przez dwa dni. Unimog odjechał w ciemność, z chrapiącym Borysem w przyczepie. Na polanie zostały jedynie resztki kolacji — okruchy naleśników, plamy miodu na blacie stołu, rysy od pazurów na drewnie i zapach — mieszanina smażonego łososia, jagód, miodu i czegoś dzikiego, zwierzęcego, nieludzkiego, co wisiało w powietrzu jeszcze długo po tym, jak wszystko inne zniknęło.
Stół — ten piękny, dębowy stół pana Wrońskiego — produkcja zostawiła na polanie. Nie wiem, czy nadal tam stoi. Może ktoś go zabrał. Może gnije w deszczu i śniegu. A może siada przy nim czasem niedźwiedź — nie Borys, lecz inny, dziki, wolny, nienazwany — i je jeżyny, i zastanawia się, skąd tu ten stół, i dlaczego pachnie miodem i ludźmi, i dlaczego ludzie zostawiają stoły w lesie, i czy wrócą, i czy to będzie problem, i czy warto zjeść stół na wypadek, gdyby był w nim jeszcze trochę łososia.
Ale to są pytania niedźwiedzia. A my mamy następny rozdział.
Rozdział 4: Lot na ślepo
Dwudziestego czwartego października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku jugosłowiańska stewardessa Vesna Vulović znajdowała się na pokładzie lotu JAT 367 z Kopenhagi do Belgradu, kiedy bomba podłożona przez chorwackich nacjonalistów rozerwała kadłub McDonnella Douglasa DC-9 na wysokości dziesięciu tysięcy sześciuset sześćdziesięciu metrów. Samolot rozpadł się na kawałki. Wszyscy zginęli. Wszyscy oprócz Vesny Vulović, która spadła z wysokości ponad dziesięciu kilometrów — dziesięciu kilometrów — w części kadłuba, która pełniła rolę improwizowanego, nieplanowanego, absurdalnie nieskutecznego, a jednak wystarczającego spadochronu. Vesna przeżyła. Złamała czaszkę, trzy kręgi, obie nogi i miednicę. Była w śpiączce przez dwadzieścia siedem dni. Po wybudzeniu zapytała o papierosa. Trafiła do Księgi Rekordów Guinnessa jako osoba, która przeżyła upadek z największej wysokości bez spadochronu. Rekord ten nie został pobity do dziś, co, biorąc pod uwagę warunki, jakie trzeba spełnić, żeby go pobić, jest zrozumiałe i pożądane.
Wspominam o Vesnie Vulović nie dlatego, że czwarty odcinek „Szokującej szkoły przetrwania” miał cokolwiek wspólnego z zamachami bombowymi, jugosłowiańskim lotnictwem czy stewardesami. Wspominam o niej dlatego, że kiedy scenarzysta Bartosz Sikorski prezentował koncepcję „Lotu na ślepo”, a konkretnie moment, w którym powiedział słowa „bez spadochronu, z wysokości ośmiu tysięcy metrów”, jedyną myślą, która przeszła mi przez głowę — a byłem obecny na tym spotkaniu, ponieważ do tego czasu produkcja zaakceptowała moją obecność jako rodzaj nieuniknionego zła, jak komarów na biwaku albo podatek dochodowy — jedyną myślą była: „Vesna Vulović miała przynajmniej kawałek samolotu. Ci ludzie nie będą mieli nic.”
Myliłem się, oczywiście. Mieli mieć coś. Ale żeby wyjaśnić co, muszę najpierw opowiedzieć o spotkaniu, które odbyło się trzy tygodnie przed nagraniem, w biurze produkcji w Warszawie, w przyczepie, która — po przeniesieniu z Drawska Pomorskiego — stała teraz na parkingu za centrum handlowym na Woli, ponieważ biuro produkcji zostało eksmitowane z poprzedniej lokalizacji za „prowadzenie działalności niezgodnej z przeznaczeniem lokalu”, co w praktyce oznaczało, że sąsiedzi skarżyli się na hałas i na zapach, który przyczepa zachowała z czasu, gdy mieściła się obok kuchni polowej.
— Bez spadochronu — powtórzył Andrzej Walczak, reżyser, siedząc na plastikowym krześle, które pod nim skrzypiało z częstotliwością sugerującą ostateczne ostrzeżenie przed katastrofą konstrukcyjną. — Bartosz. Bez. Spadochronu.
— Bez spadochronu — potwierdził Sikorski z radosną pewnością człowieka, który albo jest geniuszem, albo powinien być pod opieką specjalisty, albo — co wydawało się coraz bardziej prawdopodobne z każdym kolejnym odcinkiem — jest jednym i drugim.
— Z ośmiu tysięcy metrów.
— Z ośmiu tysięcy metrów.
— Bez spadochronu.
— Andrzej, powtarzanie tego nie zmieni faktu. Bez spadochronu. Ale — i tu Sikorski uniósł palec w geście, który miał być dramatyczny, a który wyglądał raczej jak ostrzeżenie nauczyciela przed klasówką — nie bez ratunku. Spadochron będzie. Tylko nie na zawodniku. Na instruktorze, który leci obok. Zawodnik musi go znaleźć w powietrzu. Po omacku. Z opaską na oczach. W spadku swobodnym z prędkością dwustu kilometrów na godzinę.
Cisza, która nastąpiła, miała inną jakość niż cisza po ogłoszeniu konkurencji z workami czy konkurencji z ogniem. Tamte cisze były ciszami zdumienia — szoku, który powoli ustępował miejsca kalkulacji. Ta cisza była ciszą ludzi, którzy rozumieją, że właśnie przekroczyli granicę, za którą normalne kategorie oceny — „ryzykowne”, „niebezpieczne”, „nieodpowiedzialne” — przestają mieć zastosowanie, ponieważ to, co proponuje Sikorski, nie mieści się w żadnej z tych kategorii. To mieści się w kategorii, która nie ma nazwy, bo nikt wcześniej nie musiał jej nazwać, bo nikt wcześniej nie proponował, żeby zawiązać ludziom oczy i wyrzucić ich z samolotu na wysokości ośmiu tysięcy metrów bez spadochronu w nadziei, że znajdą innego człowieka w powietrzu i uchwycą się go wystarczająco mocno, żeby nie zginąć.
Doktor Marchewka, anestezjolog, który — nie wiem, kiedy i jak — stał się stałym członkiem zespołu produkcyjnego, co samo w sobie było świadectwem tego, jak bardzo program oddalił się od wszelkich norm, siedział w rogu przyczepy i nie odezwał się ani słowem. Później, kiedy spotkaliśmy się na korytarzu — a raczej na parkingu, bo przyczepa nie miała korytarza — zapytałem go, dlaczego milczał.
— Bo kalkulowałem — powiedział. — Spadek swobodny z ośmiu tysięcy metrów trwa około sześćdziesięciu pięciu sekund, zanim otworzysz spadochron na tysiącu pięciuset metrach. W tym czasie osiągasz prędkość terminalną — dwieście kilometrów na godzinę, pięćdziesiąt sześć metrów na sekundę. Ciało w spadku swobodnym jest niestabilne — obraca się, kołysze, zmienia pozycję. Osoba z opaską na oczach nie widzi horyzontu, nie może się zorientować przestrzennie, nie wie, gdzie jest góra, gdzie dół, nie wie, czy się obraca, nie wie, czy leci na plecach, czy na brzuchu, nie wie niczego. Dodajmy do tego szok termiczny — na ośmiu tysiącach metrów temperatura wynosi minus dwadzieścia do minus trzydziestu stopni Celsjusza — szum wiatru o natężeniu stu trzydziestu decybeli, co odpowiada silnikowi odrzutowemu z odległości jednego metra, i dezorientację błędnikową wynikającą z braku informacji wzrokowej. I teraz ta osoba ma znaleźć drugą osobę w powietrzu. Po omacku. W ciemności. W hałasie. W mrozie. Przy prędkości dwustu kilometrów na godzinę. — Przerwał, wziął oddech. — Kalkulowałem prawdopodobieństwo powodzenia. Wyszło mi siedem procent. Plus minus trzy.
— Siedem procent?
— W optymistycznym wariancie. W pesymistycznym — dwa.
— A prawdopodobieństwo śmierci?
Doktor Marchewka spojrzał na mnie z wyrazem, który widziałem u niego coraz częściej — wyrazem człowieka, który stoi na krawędzi mostu między etyką zawodową a ciekawością naukową i nie wie, na którą stronę spaść.
— Teoretycznie zerowe. Instruktor ma spadochron i jest wyszkolony do ratowania ludzi w powietrzu. W praktyce… w praktyce ludzie giną podczas skoków spadochronowych z pełnym wyposażeniem, z otwartymi oczami, w idealnych warunkach. Statystyki mówią o jednym wypadku śmiertelnym na sto pięćdziesiąt tysięcy skoków. Ale to są statystyki dla normalnych skoków. To, co proponuje Sikorski, nie jest normalnym skokiem. To jest coś, co nie ma statystyk, bo nikt tego wcześniej nie robił.
— Bo nikt tego wcześniej nie robił, czy bo nikt, kto to robił, nie przeżył?
Doktor Marchewka nie odpowiedział. Wrócił do przyczepy. Słyszałem, jak zamawia kawę z ekspresu, który — sądząc po dźwięku — miał nie mniej problemów technicznych niż cały program.
Pozyskanie samolotu okazało się, paradoksalnie, najłatwiejszą częścią przygotowań. Produkcja wynajęła Antonova An-28 — dwusilnikowy turbośmigłowiec krótkiego startu i lądowania, produkowany w PZL Mielec w latach osiemdziesiątych, samolot, który w polskim lotnictwie pełnił rolę konia roboczego, woził desantowców, skoczków, towary i — w jednym pamiętnym przypadku w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku — trzydzieści sześć owiec z Nowego Targu do Warszawy, co nie było oficjalnym zastosowaniem maszyny, ale co An-28 zniósł z godnością, choć piloci narzekali na zapach przez trzy tygodnie.
Samolot należał do Aeroklubu Gdańskiego i był latany przez kapitana Tomasza Zielińskiego, pięćdziesięcioletniego pilota o nalocie siedmiu tysięcy godzin, wąsach jak Lech Wałęsa i filozofii życiowej, którą streścił mi w jednym zdaniu, kiedy spotkaliśmy się na lotnisku sportowym pod Gdańskiem, gdzie An-28 stał na płycie jak stary, zmęczony ptak czekający na ostatni lot:
— Każdy lot, po którym lądują wszyscy, którzy wystartowali, jest dobrym lotem. Każdy lot, po którym nie lądują wszyscy, jest złym lotem. Moja praca polega na tym, żeby nie było złych lotów. Państwa program bardzo utrudnia moją pracę.
Kapitan Zieliński nie był entuzjastą „Szokującej szkoły przetrwania”. Nie był też jej krytykiem — był raczej pragmatykiem, człowiekiem, który traktował wyrzucanie ludzi z samolotu jako czynność techniczną, jak wymianę oleju czy kalibrację przyrządów, i który nie widział powodu, żeby angażować w nią emocje. „Ludzie chcą wyskakiwać z mojego samolotu — proszę bardzo. To jest ich konstytucyjne prawo, o ile mają podpisane dokumenty. Moja odpowiedzialność kończy się w drzwiach ładowni. Po przekroczeniu progu — to jest sprawa grawitacji i ich ubezpieczyciela.”
Zapytałem kapitana, czy kiedykolwiek wyrzucał z samolotu kogoś z zawiązanymi oczami i bez spadochronu.
— Nie — odpowiedział, a potem dodał, po chwili namysłu, która trwała dokładnie tyle, ile potrzeba, żeby dotknąć wąsa kciukiem i palcem wskazującym: — Ale wyrzucałem kiedyś owce, a one też nie miały spadochronów ani dobrego wzroku, więc sytuacja nie jest całkowicie bezprecedensowa.
Instruktorzy spadochronowi — osoby, które miały lecieć razem z zawodnikami, nosić na sobie spadochrony i być „znajdowani” w powietrzu przez zaślepionych uczestników — byli zawodowymi skoczkami z doświadczeniem w skokach formacyjnych i tandemowych. Było ich pięcioro, po jednym na każdego zawodnika, i każdy z nich miał za sobą minimum trzy tysiące skoków. Szef grupy instruktorskiej, Paweł Dąbrowski, był byłym mistrzem Polski w skokach na celność i aktualnym rekordzistą kraju w formacji sześćdziesięcioosobowej, co oznaczało, że potrafił znaleźć i złapać innego człowieka w powietrzu z precyzją, której chirurg pozazdrościłby. Dąbrowski miał trzydzieści dziewięć lat, sylwetkę, która wyglądała jak wyrzeźbiona z twardego drewna przez rzeźbiarza z obsesją na punkcie symetrii, i oczy koloru, który najlepiej opisać jako „niebo widziane z dziesięciu tysięcy metrów” — jasne, zimne, nieskończone.
Spotkaliśmy się na lotnisku dzień przed nagraniem, w hangarze, gdzie instruktorzy pakowali spadochrony. Pakowanie spadochronu, o czym nie wiedziałem do tego momentu, jest czynnością trwającą około dwudziestu pięciu minut i wymagającą takiej precyzji, że jedna źle złożona linka może oznaczać różnicę między życiem a śmiercią, co czyni ją jedyną czynnością na świecie, w której składanie prania ma egzystencjalny wymiar.
— Koncept jest prosty — powiedział Dąbrowski, składając jedwab spadochronowy z czujnością neurochirurga. — Wyskakujemy razem. Zawodnik nie widzi, ja widzę. Zawodnik spada, ja spadam obok niego. Oddalamy się od siebie na kilka metrów — pięć, może dziesięć. Zawodnik musi mnie znaleźć. Ma na to sześćdziesiąt sekund — potem ja go znajduję, niezależnie od tego, czy on mnie znalazł, czy nie. Łapię go, przypinam do mojej uprzęży, otwieram spadochron, lądujemy. Prosto.
— Prosto — powtórzyłem, próbując zignorować fakt, że „prosto” było ostatnim słowem, jakim opisałbym sytuację, w której zaślepiony człowiek szuka innego człowieka w swobodnym spadku z prędkością dwustu kilometrów na godzinę w temperaturze minus dwadzieścia pięć stopni Celsjusza.
— Prosto, ale nie łatwo — poprawił się Dąbrowski z precyzją, która, podejrzewam, cechowała każdy aspekt jego życia. — Problemem nie jest znalezienie. Problemem jest to, co dzieje się z ludzkim mózgiem, kiedy lecisz w dół z zawiązanymi oczami. Mózg potrzebuje orientacji przestrzennej. Bez wzroku orientację daje błędnik i propriocepcja — czucie ciała w przestrzeni. Ale w spadku swobodnym błędnik jest bezużyteczny, bo nie ma grawitacji — jest zerowa g, cały czas spadasz, twoje narządy wewnętrzne spadają razem z tobą, błędnik nie odróżnia spadania od leżenia. Propriocepcja? Bezużyteczna, bo nie masz kontaktu z żadną powierzchnią — nie stoisz, nie siedzisz, nie leżysz, lecisz, a twoje ciało nie wie, jak to interpretować. W efekcie mózg dostaje komunikat: „Nie mam pojęcia, gdzie jestem, nie mam pojęcia, w jakiej pozycji jestem, nie mam pojęcia, co się dzieje”. I wtedy albo panikujesz, albo się poddajesz, albo — jeśli masz stalowe nerwy — zachowujesz spokój i systematycznie przeszukujesz przestrzeń wokół siebie. Rękami. W ciemności. W mrozie. W hałasie.
— A jeśli panikujesz?
— Jeśli panikujesz, wirujesz. Miotasz się. Tracisz pozycję. Nabierasz prędkości obrotowej. W skrajnych przypadkach tracisz przytomność od przeciążenia — wirowanie generuje siłę odśrodkową, krew odpływa od mózgu, szarzejesz, a potem czerniejesz. I wtedy ja cię łapię, co jest trudniejsze, bo nieprzytomne ciało w wirze jest jak chwytanie mokrego mydła w pralce.
To porównanie — mokre mydło w pralce — było tak trafne, tak plastyczne i tak niepokojące, że zapisałem je dużymi literami w notatniku i podkreśliłem trzykrotnie.
Szkolenie zawodników odbyło się dzień przed skokiem i trwało sześć godzin. Sześć godzin w hangarze, w którym ustawiono dwa wentylatory przemysłowe — imitujące wiatr w spadku swobodnym — i w którym zawodnicy, z opaską na oczach, ćwiczyli „pływanie w powietrzu”: ruchy rąk i nóg, które pozwalają kontrolować pozycję ciała w spadku swobodnym. Ćwiczyli również „szukanie” — zawieszone na linkach manekiny, które trzeba było znaleźć po omacku, dotknąć, chwycić i nie puścić.
Obserwowałem te ćwiczenia z rogu hangaru, siedząc na skrzynce z częściami zamiennymi do An-28 i pijąc kawę, która w tym momencie programu stała się nie tyle napojem, ile mechanizmem obronnym. Zawodnicy wyglądali jak mimy na scenie — wykonywali powolne, dziwaczne ruchy rąk w ciemności, szukając czegoś, czego nie widzieli, a co mogło być gdziekolwiek. Było w tym coś komicznego i jednocześnie coś głęboko ludzkiego — ślepota, poszukiwanie, nadzieja na kontakt z czymś namacalnym w pustce.
Magda Kasprzak radziła sobie najlepiej. Jej doświadczenie w freedivingu — nurkowanie na głęboką wodę, często w warunkach ograniczonej widoczności, w ciemności, w ciszy — dało jej przewagę, której inni nie mieli. „Pod wodą też nie widzisz” — powiedziała mi podczas przerwy, zdejmując opaskę z oczu i mrugając w świetle lampy, jakby właśnie wróciła z innego świata. — „Uczysz się czuć ciałem. Pozycję, ruch, ciśnienie. Powietrze jest rzadsze niż woda, ale zasada jest ta sama — rozciągasz zmysły poza wzrok. Stajesz się anteną.”
Gruby Brzeziński, ku zaskoczeniu wszystkich — włącznie z nim samym — radził sobie najgorzej. Jego ciało, wytrenowane do walki, do reakcji, do natychmiastowego działania, nie potrafiło się uspokoić w ciemności. Każdy ruch był za szybki, za gwałtowny, za agresywny. Kiedy jego ręka trafiała na manekina, nie chwytał — uderzał. Dąbrowski, obserwujący ćwiczenia z założonymi rękami, skomentował to jednym zdaniem: „Ten facet traktuje powietrze jak wroga. Powietrze nie jest wrogiem. Powietrze jest medium. Trzeba z nim współpracować, nie walczyć.”
Gruby usłyszał to i po raz pierwszy, od kiedy go znałem, wyglądał na bezbronnego. Stał w hangarze z opaską zsuniętą na czoło, z rękami wiszącymi wzdłuż ciała, i powiedział cicho, tak cicho, że ledwo go usłyszałem:
— Całe moje życie to walka. Nie umiem inaczej.
Dąbrowski podszedł do niego, położył mu rękę na ramieniu — co, biorąc pod uwagę, że Gruby reagował na dotyk jak granat na szarpnięcie zawleczki, było aktem albo odwagi, albo nieświadomości — i powiedział:
— Nauczysz się. Masz dwadzieścia godzin.
Dzień skoku. Dwudziesty trzeci sierpnia. Lotnisko sportowe pod Gdańskiem. Szósta rano.
Niebo było czyste — tak czyste, że wyglądało jak reklama nieba, jak idealizowany obraz tego, czym niebo powinno być, ale rzadko jest. Wiatr — cztery metry na sekundę, z zachodu, stabilny. Temperatura na ziemi — osiemnaście stopni. Na ośmiu tysiącach metrów — minus dwadzieścia cztery stopnie, zmierzone balonem meteorologicznym wypuszczonym o piątej rano, który — jak poinformował mnie meteorolog Aeroklubu, starszy pan o nazwisku Klimczak i imieniu, które pasowało do jego zawodu z ironią graniczącą z predestynacją — „wróci na ziemię za jakieś trzy godziny, ale wyniki mamy teraz, co jest wystarczające, choć nie doskonałe, ale w meteorologii nic nie jest doskonałe, co jest źródłem zarówno pokory, jak i zatrudnienia”.
An-28 stał na płycie, z otwartymi drzwiami ładowni, z silnikami jeszcze wyłączonymi, ale z pilotem — kapitanem Zielińskim — już w kokpicie, przechodzącym listę kontrolną przedstartową z pedanterią, która w innych okolicznościach mogłaby być irytująca, ale w tych okolicznościach była profundialnie uspokajająca. Każdy przyrząd sprawdzony. Każdy system przetestowany. Każdy zawór otwarty lub zamknięty, w zależności od tego, w jakim stanie powinien być. Kapitan Zieliński traktował swoją listę kontrolną jak liturgię — z szacunkiem, z powtarzalnością, z wiarą, że jeśli wykona wszystkie czynności we właściwej kolejności, to dobry wynik jest zapewniony. To była, pomyślałem, ta sama wiara, która prowadzi chirurgów przez operacje i kapłanów przez msze — wiara w procedurę jako tarczę przeciwko chaosowi.
Zawodnicy stali na płycie w kombinezonach spadochronowych — grubych, termicznych, koloru pomarańczowego, co nadawało im wygląd astronautów z taniego filmu science fiction, ale co miało praktyczne uzasadnienie: na ośmiu tysiącach metrów, w temperaturze minus dwudziestu czterech stopni i przy wietrze dwustu kilometrów na godzinę, skóra zamarza w ciągu sekund. Każdy zawodnik miał na szyi uprząż — pustą, bez spadochronu — z karabińczykiem, który miał zostać wpięty w uprząż instruktora po „znalezieniu” go w powietrzu. Na głowie — kask z wbudowaną opaską na oczy, szczelną, nieprzepuszczającą światła, z poduszkami z pianki memory, które przylegały do twarzy jak druga skóra.
Stałem obok Natalii Szymańskiej, która po raz pierwszy od początku programu nie nagrywała. Jej kamera GoPro leżała w torbie. Telefon był wyłączony. Opaski na oczach jeszcze nie miała — nakładano ją dopiero w samolocie, na wysokości czterech tysięcy metrów — ale już teraz wyglądała inaczej. Nie jak influencerka. Nie jak osoba, która dokumentuje swoje życie dla widowni. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie uświadomił sobie, że są doświadczenia, których nie można zamienić w content, bo content wymaga dystansu, a dystans wymaga poczucia bezpieczeństwa, a poczucie bezpieczeństwa wymaga czegoś, czego nie będzie — ziemi pod nogami.
— Boję się — powiedziała do mnie, i to było pierwsze szczere zdanie, jakie od niej usłyszałem, pozbawione ironii, strategii, kalkulacji zasięgu. — Naprawdę się boję. Nie tak jak nad jeziorem, kiedy było głupio. Nie tak jak w lesie, kiedy było gorąco. Boję się tak, jak boi się człowiek, który wie, że za godzinę będzie spadał z nieba z zawiązanymi oczami i bez niczego, co go zatrzyma, oprócz obcego faceta w kombinezonie, którego musi znaleźć po omacku, lecąc z prędkością dwustu kilometrów na godzinę. Boję się tak, jak nie bałam się nigdy w życiu. — Przerwała, przełknęła ślinę, a jej oczy — duże, brązowe, bez makijażu — błyszczały czymś, co mogło być łzami albo adrenaliną. — I wiesz, co jest najgorsze? Że nie mogę tego nagrać. Bo opaskę mi zakryje kamerę. Po raz pierwszy w życiu przeżyję coś, czego nie będę mogła pokazać. I to mnie przeraża bardziej niż spadanie.
To wyznanie — o strachu przed niedokumentowalnością, o lęku przed doświadczeniem, które nie stanie się treścią — było, jak myślę, jednym z najgłębszych rzeczy, jakie ktokolwiek powiedział w tym programie. Głębszym niż sentencje Górskiego o niedźwiedziach. Głębszym niż filozofia Grubego o walce. Było wyznaniem pokolenia, które istnieje o tyle, o ile jest widziane, i które teraz stanęło przed perspektywą doświadczenia, w którym widzenie — dosłownie i metaforycznie — zostanie im odebrane.
An-28 wystartował o godzinie szóstej trzydzieści pięć. W ładowni siedziało dziesięcioro ludzi — pięcioro zawodników i pięcioro instruktorów — plus Janusz Kowalski, operator kamery, który miał skoczyć razem z nimi i filmować z powietrza. Kowalski był weteranem — trzy tysiące pięćset skoków, z czego tysiąc z kamerą, w tym dokumentacja skoków wojskowych, sportowych, reklamowych i jednego skoku weselnego, w którym pan młody zrobił oświadczyny w spadku swobodnym, a panna młoda powiedziała „tak” dopiero po wylądowaniu, bo w spadku swobodnym nie słyszała pytania.
Wznoszenie trwało dwadzieścia dwie minuty. Przez okna ładowni — małe, prostokątne, brudne — widać było, jak ziemia się oddala, jak domy stają się pudełkami, jak drogi stają się nitkami, jak jeziora stają się lustrami, a lasy — ciemnymi plamami na coraz bledszej, coraz bardziej abstrakcyjnej mapie. Na wysokości czterech tysięcy metrów kapitan Zieliński włączył interkom i powiedział:
— Cztery tysiące. Opaski.
Instruktorzy nałożyli zawodnikom opaski. Na nagraniu z kamery Kowalskiego — jedynym nagraniu z wnętrza samolotu — widać, jak każdy zawodnik reaguje inaczej na moment utraty wzroku. Magda zamknęła oczy jeszcze przed nałożeniem opaski, jakby chciała oswoić ciemność na własnych warunkach. Gruby zacisnął szczękę tak mocno, że na jego skroniach pojawiły się żyły grube jak ołówki. Zawadzki pochylił głowę i zaczął oddychać miarowo — wdech przez nos, wydech przez usta, wdech, wydech, jak metrnonom, jak modlitwa. Alina objęła się ramionami, jakby próbowała się zmieścić w sobie, zmniejszyć, zniknąć. A Natalia — Natalia siedziała nieruchomo, z opaską na oczach, z rękami na kolanach, z twarzą, na której nie było nic — żadnego wyrazu, żadnej emocji, żadnego śladu osoby, którą znałem — i wyglądała jak posąg z kości słoniowej, piękny i pusty i czekający.
Samolot wzbijał się dalej. Pięć tysięcy metrów. Sześć tysięcy. Temperatura w ładowni spadała mimo ogrzewania — oddech zawodników zaczął się skraplać w białe obłoczki. Siedem tysięcy. Ciśnienie zaczęło się zmieniać — uszy bolały, głowa ciążyła, powietrze stało się rzadkie jak wymówka. Osiem tysięcy.
— Osiem tysięcy — powiedział kapitan Zieliński przez interkom. — Pozycja nad strefą. Wiatr zachodni, pięć metrów na sekundę. Warunki dobre. Drzwi.
Dąbrowski, szef instruktorów, otworzył drzwi ładowni.
Na nagraniu Kowalskiego ten moment wygląda jak rozdarcie w rzeczywistości. Ciemne, ciasne wnętrze samolotu — a potem nagle, w prostokącie drzwi, niebo. Niebo tak niebieskie, że wyglądało jak odpowiedź na pytanie, którego nikt nie zadał. Niebo tak głębokie, że patrząc w nie, miało się wrażenie, że można wpaść do niego jak do studni. A pod niebem — ziemia, oddalona o osiem kilometrów, niewyraźna, mglistą, nierealna, jakby ktoś namalował ją akwarelą i zapomniał dosuszyć.
Wiatr wdarł się do ładowni z siłą, która wyrwała luźne papiery i rzuciła nimi o ściany. Temperatura spadła o kolejne dziesięć stopni w ciągu sekund. Hałas — silniki plus wiatr plus rozrzedzone powietrze — był ogłuszający. Zawodnicy z opaską na oczach nie widzieli nic z tego. Czuli tylko: zimno, hałas, wiatr i tę specyficzną, bezsłowną wiedzę, że drzwi są otwarte i że za progiem nie ma nic.
— Pierwszy skok! — krzyknął Dąbrowski. — Magda i Wiktor!
Wiktor był instruktorem Magdy — trzydziestotrzyletni skoczek z Krakowa, o dwóch tysiącach ośmiuset skokach na koncie i tatuażu na przedramieniu przedstawiającym spadochron z napisem „Plan B”. Wiktor wstał, pomógł Magdzie wstać — co nie było łatwe, ponieważ Magda nie widziała, gdzie stawia nogi, a ładownia An-28 nie jest zaprojektowana z myślą o wygodzie — i poprowadził ją do drzwi.
Na nagraniu widać, jak Magda stoi w otwartych drzwiach samolotu na wysokości ośmiu tysięcy metrów, z opaską na oczach, z pustą uprzężą na klatce piersiowej, z wiatrem szarpiącym kombinezon, i jak jej wargi poruszają się — mówi coś, ale hałas jest tak wielki, że kamery nie rejestrują dźwięku. Później Magda powiedziała mi, co mówiła: „Foka. Jestem foką. Nurkuję w niebo.”
To nie miało sensu. Ale w tamtym momencie, na krawędzi nieba i nicości, sens nie miał sensu. Liczyło się tylko jedno — skoczyć albo nie skoczyć. I Magda skoczyła.
Spadek swobodny z ośmiu tysięcy metrów wygląda — z perspektywy kamery Kowalskiego, który wyskoczył sekundę po Magdzie i Wiktorze — jak coś, co nie powinno istnieć. Trzy ciała — Magda, Wiktor i Kowalski — spadają w pustce, w niebieskiej, zimnej, huczącej pustce, która nie ma dna, a raczej ma dno, ale dno jest oddalane o osiem kilometrów i zbliża się z prędkością pięćdziesięciu sześciu metrów na sekundę, co brzmi dużo w liczbach, ale na filmie wygląda jak zawieszenie w próżni, jak wieczne trwanie w bezruchu, który jest iluzją, bo w rzeczywistości pędzisz ku ziemi z prędkością, przy której twoje ciało, gdybyś uderzył w cokolwiek solidnego, zamieniłoby się w informację statystyczną.
Wiktor — zgodnie z planem — oddala się od Magdy. Pięć metrów. Siedem. Dziesięć. Magda zostaje sama. Na nagraniu widać, jak jej ciało początkowo przyjmuje pozycję niestabilną — nogi są za wysoko, tułów się obraca, ręce miotają się w powietrzu jak skrzydła ptaka, który zapomniał, jak latać. To jest panika, myślę, patrząc na nagranie w ciepłym, bezpiecznym biurze produkcji. To jest ten moment, o którym mówił Dąbrowski — mózg krzyczy: „nie wiem, gdzie jestem”.
Ale potem — po czterech sekundach, które na nagraniu wyglądają jak cztery godziny — Magda się stabilizuje. Rozkłada ręce i nogi w pozycji „X” — brzuch do ziemi, głowa do przodu — i zaczyna się uspokajać. Jej ruchy stają się wolniejsze, bardziej kontrolowane. Zaczyna szukać.
Na nagraniu widać, jak Magda wykonuje powolne, systematyczne ruchy rąk — wyciąga prawą rękę do przodu i na bok, zakreśla łuk, cofa, wyciąga lewą rękę, zakreśla łuk, cofa. Wygląda to jak pływanie — jak crawl w powietrzu, jak freediving w niebie. I nagle rozumiem — Magda nie szuka rękami. Magda pływa. Jej ciało robi to, co umie — pływa — i przekłada ten ruch na środowisko, które jest inne, ale nie aż tak inne, jak mogłoby się wydawać. Woda i powietrze to fluidy. Opór jest inny, gęstość jest inna, ale zasada jest ta sama — poruszasz się w medium, które otacza cię ze wszystkich stron, i szukasz czegoś, czego nie widzisz.
Wiktor jest siedem metrów od niej, na jej lewą stronę i nieco niżej. Magda go nie widzi. Nie wie, gdzie jest. Ale „pływa” w jego kierunku — nie dlatego, że go wyczuła (choć w wywiadzie po skoku twierdziła, że „czuła obecność”, co doktor Marchewka skomentował jako „efekt potwierdzenia wstecznego”, a Górski, gdyby tu był, prawdopodobnie skomentowałby jako „instynkt”), lecz dlatego, że systematycznie przeszukuje przestrzeń i statystycznie musi w końcu na niego trafić.
Trzydziesta siódma sekunda spadku swobodnego. Magda wyciąga lewą rękę w łuku, który jest nieco szerszy niż poprzednie. Jej palce — na nagraniu widać je wyraźnie, w rękawiczkach, rozpostarte jak gwiazda morska — przesuwają się przez powietrze, przez nic, przez pustkę, i nagle natrafiają na coś. Na stopę. Na stopę Wiktora, który jest pół metra niżej i dwa metry w lewo.
Magda chwyta.
Na nagraniu widać, jak jej dłoń zamyka się na kostce Wiktora z siłą, która musi być bolesna, ale Wiktor się nie wzdryga — czekał na to, jest na to przygotowany, to jest ten moment, dla którego skoczył. Magda ciągnie się wzdłuż ciała Wiktora — od stopy, przez łydkę, udo, biodro, tułów, do uprzęży na klatce piersiowej, gdzie jest karabińczyk. Wpina się. Klik. Metal o metal. Dźwięk, którego nie słychać w hałasie dwustu kilometrów na godzinę, ale który jest najważniejszym dźwiękiem na świecie — dźwiękiem połączenia, dźwiękiem „nie jestem sama”, dźwiękiem „będę żyła”.
Wiktor otwiera spadochron na tysiącu pięciuset metrach. Szarpnięcie — brutalne, ale zbawienne — zwalnia ich z dwustu do dwudziestu kilometrów na godzinę w ciągu trzech sekund. Na nagraniu widać, jak Magda, wisząca na uprzęży Wiktora, odrzuca głowę do tyłu, i choć ma opaskę na oczach, choć nie widzi nieba ani ziemi ani spadochronu nad sobą, jej usta otwierają się i wydają dźwięk, który Kowalski — filmujący obok, pod własnym spadochronem — później opisał jako „krzyk, ale nie z przerażenia — krzyk, jakby ktoś odczepił ją od śmierci i ona o tym wiedziała, zanim wylądowała”.
Czas znalezienia instruktora: trzydzieści siedem sekund. Czas spadku swobodnego: sześćdziesiąt trzy sekundy. Czas lotu pod spadochronem: pięć minut. Czas od lądowania do zdjęcia opaski: cztery sekundy. Czas od zdjęcia opaski do pierwszych łez: zero.
Nie wszyscy znaleźli swojego instruktora.
Robert Zawadzki, strażak, szukał czterdzieści osiem sekund i nie znalazł. Jego instruktor, Marek, musiał podlecieć do niego sam — co w spadku swobodnym oznacza zmianę pozycji ciała tak, żeby zmniejszyć opór i przyspieszyć, a potem znowu zwiększyć, żeby wyrównać prędkości, co jest mniej więcej tak samo intuicyjne, jak sterowanie łodzią podwodną za pomocą gestów — i wpięcie Zawadzkiego w uprząż nastąpiło na wysokości dwóch tysięcy metrów, co oznaczało, że mieli trzy sekundy marginesu przed automatycznym otwarciem spadochronu zapasowego. Trzy sekundy. Tysiąc dwieście metrów. W raporcie Dąbrowskiego, który czytałem w biurze produkcji z kubkiem kawy, która w moich dłoniach drżała tak bardzo, że kawa wylewała się na raport, te trzy sekundy były podkreślone na czerwono z adnotacją: „Nieakceptowalnie mały margines. Do dyskusji.”
Alina Wojciechowska znalazła instruktorkę — Kasię — po dwudziestu dwóch sekundach, co było najlepszym wynikiem dnia i co Dąbrowski skomentował słowami: „Albo ma szósty zmysł, albo miała szczęście. Prawdopodobnie jedno i drugie.” Alina, zapytana po lądowaniu, jak to zrobiła, odpowiedziała: „Woda nauczyła mnie słuchać ciałem. Powietrze mówi inaczej niż woda, ale mówi. Poczułam turbulencję od jej ciała. Zaburzenie w strumieniu. Jak ryba czuje inną rybę.”
Doktor Krawczyk, ichtiolog, do której zadzwoniłem z tym cytatem, powiedziała: „To jest naukowo wątpliwe, ale poetycko piękne, i czasem to drugie jest ważniejsze.”
Natalia Szymańska szukała pięćdziesiąt cztery sekundy — niemal pełen limit — i znalazła instruktora w ostatnim momencie, dosłownie w ostatniej sekundzie przed interwencją. Na nagraniu widać, jak jej ręce miotają się w powietrzu z desperacją, która jest trudna do oglądania — nie dlatego, że jest dramatyczna, lecz dlatego, że jest prawdziwa. To nie jest content. To nie jest story. To jest kobieta, która spada z nieba i szuka czegoś — kogoś — w ciemności, i która wie, że jeśli nie znajdzie, to albo znajdą ją, albo… Natalia nie dopowiedziała tego zdania, kiedy z nią rozmawiałem. Nie musiała.
Po lądowaniu Natalia nie poprosiła o telefon. Nie nagrała story. Siedziała na trawie lotniska z opaską zsuniętą na szyję, z oczami otwartymi, patrząc w niebo — to samo niebo, z którego właśnie spadła — i milczała przez dwadzieścia minut, nie ruszając się, nie odzywając się, nie dokumentując niczego. Psycholog Ewa Tomczak siedziała obok niej, również milcząc, bo czasem najlepsze wsparcie emocjonalne polega na tym, żeby po prostu być i nic nie mówić, co jest umiejętnością, którą psycholodzy uczą się latami, a która psom udaje się instynktownie.
A Gruby?
Gruby Brzeziński wyskoczył z samolotu jako ostatni. Na nagraniu widać, jak stoi w drzwiach ładowni, z opaską na oczach, ze szczęką zaciśniętą, z żyłami na skroniach, z ciałem napiętym jak sprężyna — i nie skacze. Sekundę. Dwie. Trzy. Jego instruktor, Adam, stoi obok, czeka. Dąbrowski, przy drzwiach, patrzy. Pięć sekund. Sześć. Gruby nie skacze.
Kapitan Zieliński, przez interkom: — Mamy okno sześćdziesięciu sekund nad strefą. Potem odlatujemy.
Dziesięć sekund. Piętnaście. Gruby nie skacze. Na nagraniu widać, jak jego usta się poruszają — mówi coś, cicho, do siebie, jak mantrę, jak modlitwę, jak przekleństwo. Później powiedział mi, co mówił. Mówił: „Nie walcz. Nie walcz. Nie walcz.”
Dwudziesta sekunda. Gruby Brzeziński, były komandos, weteran Afganistanu, człowiek, który rozrywał jutowe worki pod wodą i biegł przez płonący las nie zwalniając, i który jadł kolację z niedźwiedziem, trzymając nóż pod stołem na wypadek, gdyby trzeba było „neutralizować zagrożenie” — ten człowiek stał na krawędzi nieba i nie mógł skoczyć. Nie dlatego, że się bał. Dlatego, że skok oznaczał oddanie kontroli — pełne, bezwarunkowe, absolutne oddanie kontroli nad własnym ciałem, własnym życiem, własnym losem czemuś, co nie jest nim samym. Powietrzu. Grawitacji. Ciemności. Obcemu człowiekowi, którego trzeba znaleźć po omacku. Cały trening Grubego — piętnaście lat w jednostce specjalnej — polegał na kontroli. Na przejmowaniu kontroli. Na niekończeniu kontroli. A teraz ktoś mówił mu: puść. Oddaj. Spadaj.
Dwudziesta piąta sekunda. Gruby skoczył.
Na nagraniu Kowalskiego — który skoczył za nim natychmiast — widać, jak Gruby wypada z samolotu nie jak skoczek, lecz jak ktoś, kto rzuca się z mostu — głową w dół, z ciałem w pozycji, która jest przeciwieństwem stabilnej, z rękami przyciśniętymi do boków jak żołnierz na baczność. Zaczyna wirować. Obrót, drugi, trzeci. Adam, jego instruktor, nurkuje za nim, próbuje go złapać, ale Gruby wiruje zbyt szybko — siła odśrodkowa odrzuca Adama na bok.
Czterdziesta sekunda. Gruby wiruje. Na nagraniu widać, jak jego ciało obraca się wokół własnej osi z częstotliwością mniej więcej jednego obrotu na sekundę, co generuje przeciążenie około trzech g — wystarczające, żeby ograniczyć przepływ krwi do mózgu, żeby zaburzyć widzenie (nie że Gruby widzi — ma opaskę — ale jego mózg i tak próbuje przetwarzać informację wzrokową, której nie ma, co generuje halucynacje — „widziałem kolory”, powiedział mi później, „kolory, które nie istnieją, nie mają nazwy, nigdy ich wcześniej nie widziałem i mam nadzieję, że nigdy więcej nie zobaczę”).
Pięćdziesiąta sekunda. Adam podlatuje od dołu — ryzykowny manewr, który polega na złożeniu ciała w pozycję „strzałki” i nurkowaniu pod wirujące ciało, a potem gwałtownym rozłożeniu się, żeby wyrównać prędkość — i chwyta Grubego za uprząż. Gruby, poczuwszy kontakt, robi coś, co Dąbrowski, oglądając nagranie, nazwał „najniebezpieczniejszą i jednocześnie najwspanialszą rzeczą, jaką widziałem w powietrzu od dwudziestu lat skoków”: przestaje walczyć. Nie stopniowo. Nie powoli. Natychmiast. Kompletnie. Jego ciało, które sekundę wcześniej było naprężone jak łuk, rozluźnia się całkowicie — ręce opadają, nogi opadają, głowa opada, jakby ktoś wyciągnął z niego kości. Gruby staje się ciężarem martwym — ale ciężarem martwym, który pozwala Adamowi go wpięć, ustabilizować i otworzyć spadochron.
Otwarcie spadochronu następuje na tysiącu ośmiuset metrach. Margines — trzysta metrów więcej niż u Zawadzkiego. W raporcie Dąbrowskiego to trzysta metrów jest oznaczone na żółto, nie na czerwono. „Akceptowalnie, ale ledwie.”
Po lądowaniu Gruby leżał na trawie przez pięć minut, nie zdejmując opaski. Leżał na plecach, z rękami rozłożonymi na boki, w pozycji, która wyglądała jak ukrzyżowanie albo jak odpoczynek, albo jak jedno i drugie, bo może ukrzyżowanie i odpoczynek nie są tak daleko od siebie, jak myślimy. Kiedy w końcu zdjął opaskę, jego oczy były mokre — nie od łez, bo Gruby, jestem tego pewien, nie płakał — lecz od potu, który spływał mu z czoła i gromadził się pod opaską, tworząc małe jeziorko na materiale, małe jezioro, w którym odbijało się niebo.
— Gorzej było w Afganistanie — powiedział.
Ale powiedział to inaczej niż zwykle. Ciszej. Wolniej. Jakby ważył każde słowo na wadze, która mierzy nie gramy, lecz prawdę. I dodał:
— Ale w Afganistanie wiedziałem, z kim walczę. Dzisiaj walczyłem z powietrzem. I przegrałem. I po raz pierwszy w życiu — przegrana była zwycięstwem.
Wyniki czwartej konkurencji, jeśli można to nazwać wynikami — bo co tak naprawdę mierzono? sekundy? odwagę? głębokość ludzkiej zdolności do poddania się czemuś większemu od siebie? — wyglądały następująco: Alina Wojciechowska — najszybsze znalezienie instruktora, dwadzieścia dwie sekundy. Magda Kasprzak — trzydzieści siedem sekund. Natalia Szymańska — pięćdziesiąt cztery sekundy, na granicy limitu, ale samodzielnie. Robert Zawadzki — nie znalazł, uratowany przez instruktora. Gruby Brzeziński — nie szukał, wirował, uratowany przez instruktora, ale na własnych warunkach, które nie były niczyimi warunkami, bo w powietrzu nie ma warunków, jest tylko spadanie i nadzieja, że ktoś cię złapie.
Doktor Marchewka, którego zobaczyłem po raz ostatni tego dnia przy ambulansie, gdzie badał zawodników — sprawdzał ciśnienie, tętno, saturację, odruchy, i zadawał pytania typu „Czy wie pan/pani, jaki jest dzień tygodnia?”, na co Gruby odpowiedział: „Dzień, w którym spadałem z nieba”, co nie było prawidłową odpowiedzią, ale doktor Marchewka zaznaczył ją w formularzu jako „orientacja w czasie: zachowana, choć poetycka” — powiedział mi coś, co, myślę, stanowi odpowiednie zakończenie tego rozdziału.
— Wiesz, dlaczego zgodziłem się na ten program? Na worki, ogień, niedźwiedzia, skoki bez spadochronu? Nie dla pieniędzy. Nie z ciekawości. Zgodziłem się, bo chciałem zobaczyć, co ludzie robią, kiedy zabierze im się wszystko — ziemię, wzrok, kontrolę, bezpieczeństwo. Chciałem zobaczyć, co zostaje, kiedy nie zostaje nic. I wiesz, co zostaje?
— Co?
— Ręka. Ręka wyciągnięta w ciemność, szukająca innej ręki. To jest to, co zostaje. To jest to, co jest w nas najstarsze i najsilniejsze. Nie mięśnie. Nie trening. Nie sprzęt. Ręka szukająca drugiej ręki.
Zapisałem te słowa. Zamknąłem notatnik. Spojrzałem w niebo, które było czyste i niebieskie i obojętne, jak zawsze, na wszystko, co pod nim spadało.
Rozdział 5: Gołymi rękami
W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku pewien mechanik samochodowy z Osaki, Takeshi Yamamoto, rozebrał i złożył z powrotem silnik Hondy Civic w trzy godziny, czterdzieści siedem minut i dwanaście sekund, ustanawiając nieoficjalny rekord Japonii w kategorii, która oficjalnie nie istniała, ale która w środowisku japońskich mechaników cieszyła się szacunkiem porównywalnym z mistrzostwami sumo — tyle że zamiast wyrzucać przeciwnika z ringu, wyrzucało się tłoki z bloku silnikowego, co wymagało podobnej kombinacji siły, precyzji i absolutnego braku litości wobec materii. Yamamoto wykonał ten wyczyn w warsztacie, na podnośniku hydraulicznym, przy dobrym oświetleniu, w temperaturze dwudziestu dwóch stopni Celsjusza, z pełnym zestawem narzędzi klasy profesjonalnej, z kubkiem zielonej herbaty na stole i z żoną, która przynosiła mu onigiri co godzinę.
Wspominam o Yamamoto, ponieważ warunki, w jakich piątka zawodników „Szokującej szkoły przetrwania” miała rozebrać i złożyć motocykl, różniły się od warunków w warsztacie w Osace w sposób, który najlepiej opisać przy pomocy analogii: to tak, jakby poprosić chirurga o przeprowadzenie operacji na otwartym sercu, ale nie w sali operacyjnej, lecz na karuzeli, podczas trzęsienia ziemi, z zawiązaną jedną ręką, w ulewie, i z zastrzeżeniem, że pacjent jedzie z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. I że nie ma znieczulenia. I że karuzela jest na ogień. I że chirurg nie jest chirurgiem, tylko byłym komandosem, instruktorką freedivingu, strażakiem, pływaczką i influencerką, z których żadne nigdy nie rozkręcało motocykla, nie mówiąc już o rozkręcaniu go w ruchu na autostradzie podczas burzy.
Ale po kolei.
Pomysł na piątą konkurencję, jak wszystkie pomysły Bartosza Sikorskiego, miał swoją genezę w zdarzeniu pozornie banalnym, które w umyśle scenarzysty uległo mutacji tak radykalnej, że produkt końcowy przypominał materiał wyjściowy mniej więcej tak, jak Godzilla przypomina jaszczurkę, z której — według pewnej interpretacji filmu — powstała. Otóż Sikorski, jadąc pewnego wiosennego poranka motocyklem — Yamaha MT-07, rocznik dwa tysiące dziewiętnasty, kolor ciemnoszary, dwa cylindry, siedemdziesiąt pięć koni mechanicznych — autostradą A2 z Warszawy do Poznania, doświadczył usterki. Na wysokości Łowicza, przy prędkości stu trzydziestu kilometrów na godzinę, od motocykla odpadła osłona boczna — plastikowy panel mocowany trzema śrubami, który poluzował się od wibracji i oderwał z trzaskiem, który Sikorski opisał jako „dźwięk mojego serca pękającego, bo ten panel kosztował czterysta złotych”.
Panel odleciał, uderzył w szybę jadącego za nim Opla Astry — nie powodując szkód, ale powodując atak paniki u kierowcy Opla, który zahamował tak gwałtownie, że za nim zahamowało dwanaście samochodów, a za dwunastym samochodem zahamowała ciężarówka z kurczakami, która nie zdążyła i wjechała w dwunasty samochód, co spowodowało karambol, który na szczęście nie miał ofiar śmiertelnych, ale miał cztery tysiące kurczaków, które wydostały się z uszkodzonej naczepy i przez trzy godziny blokowały autostradę A2 w obu kierunkach, co było — jak napisał jeden z komentatorów internetowych — „najdziwniejszym korkiem w historii polskiej motoryzacji, i mówię to jako człowiek, który pamiętał blokadę rolników w dwa tysiące dwudziestym czwartym”.
Sikorski, który nie wiedział o kurczakach — bo odjechał, zanim doszło do karambolu, i dowiedział się o całym zdarzeniu dopiero z wiadomości, siedząc w restauracji pod Poznaniem — zapamiętał z tego incydentu jedno: jak łatwo motocykl traci części. I jak trudno byłoby te części przyłożyć z powrotem. W ruchu. Na autostradzie.
— I wtedy pomyślałem — opowiadał mi Sikorski, tym razem nie w kawiarni na Mokotowie, lecz w przyczepie produkcyjnej na parkingu za centrum handlowym, ponieważ kawiarnia odmówiła mu wstępu po tym, jak ostatnim razem rozlał espresso na laptop sąsiedniego gościa, gestykulując zbyt entuzjastycznie przy opisywaniu koncepcji „Biegu przez ogień” — pomyślałem: a gdyby tak odwrócić sytuację? Nie motocykl, któremu odpada część, ale człowiek, który rozbiera motocykl. Celowo. Systematycznie. Śruba po śrubie. W ruchu. Na autostradzie. A potem składa go z powrotem. Wszystko gołymi rękami. Bez narzędzi.
— Bez narzędzi — powtórzył Walczak, który w tym momencie kariery wyglądał nie tyle na zmęczonego, ile na kogoś, kto przeszedł przez wszystkie fazy zmęczenia i wyszedł po drugiej stronie, osiągając stan transcendentalnej rezygnacji, w której nic nie jest zaskoczeniem, bo wszystko jest szaleństwem, a szaleństwo, jeśli jest wystarczająco konsekwentne, staje się normą.
— Bez narzędzi. Gołymi rękami. Dlatego tytuł — „Gołymi rękami”. I jeszcze jedno — dodał Sikorski, z uśmiechem, który wyglądał jak uśmiech dziecka pokazującego dorosłemu pająka znalezionego w ogrodzie, nie rozumiejąc, dlaczego dorosły krzyczy. — Burza. Chcę burzę.
— Chcesz burzę — powtórzył Walczak.
— Chcę burzę. Prawdziwą burzę. Deszcz, wiatr, pioruny. Na autostradzie, na motocyklu, w stu dwudziestu na godzinę, ręce mokre, śruby mokre, metal mokry, wszystko mokre i śliskie i niemożliwe. To jest telewizja. To jest —
— To jest czysty obłęd, Bartosz.
— To jest to samo, Andrzej. To jest dokładnie to samo.
I miał rację. Obłęd i telewizja — w kontekście „Szokującej szkoły przetrwania” — były synonimami tak ścisłymi, że słownik mógłby je zamienić miejscami i nikt by nie zauważył.
Kwestia prawna piątej konkurencji była, delikatnie mówiąc, labiryntowa. Rozebranie motocykla na autostradzie w ruchu nie mieściło się w żadnej kategorii polskiego prawa drogowego — nie dlatego, że było zakazane, lecz dlatego, że ustawodawca, projektując kodeks drogowy, nie przewidział sytuacji, w której ktokolwiek chciałby to zrobić. Prawo jest, z natury rzeczy, reaktywne — zakazuje rzeczy, które ludzie już robili, a nie rzeczy, które mogliby zrobić, gdyby byli wystarczająco kreatywni i wystarczająco niepoczytalnie finansowani. W kodeksie drogowym nie ma artykułu zakazującego rozkręcania pojazdu w ruchu, tak jak nie ma artykułu zakazującego jazdy na jednorożcu po pasie awaryjnym — nie dlatego, że jest to dozwolone, lecz dlatego, że nikt nie uznał za konieczne tego zakazywać.
Zespół prawny produkcji — troje prawników, z których jeden specjalizował się w prawie drogowym, drugi w prawie ubezpieczeniowym, a trzeci w prawie karnym, „na wszelki wypadek”, jak powiedział Stępkowski, producent wykonawczy, z nonszalancją, która byłaby alarmująca, gdyby nie była w tym momencie już normalna — opracował strategię polegającą na zamknięciu odcinka autostrady A6 pod Szczecinem. Tak, zamknięciu autostrady. Całej autostrady. Obu pasów ruchu plus pasa awaryjnego, na odcinku dwudziestu kilometrów, na czas czterech godzin.
Jak zamyka się autostradę? Otóż, jak się okazało, łatwiej, niż można by sądzić, ale drożej, niż ktokolwiek chciałby zapłacić. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) posiada procedurę zamykania odcinków autostrad na potrzeby — cytuję z regulaminu — „wydarzeń o charakterze specjalnym, w tym testów pojazdów, nagrań filmowych i ćwiczeń służb ratunkowych”. Klucz leżał w słowach „nagrań filmowych” — producenci „Szokującej szkoły przetrwania” złożyli wniosek o zamknięcie odcinka autostrady na potrzeby „produkcji audiowizualnej o tematyce motoryzacyjnej”, co technicznie było prawdą, w tym samym sensie, w jakim Titanic był „podróżą morską o tematyce nawigacyjnej”.
Wniosek został rozpatrzony pozytywnie. Opłata za zamknięcie dwudziestu kilometrów autostrady na cztery godziny wyniosła — według dokumentu, który widziałem, ale którego nie mogę cytować wprost, bo jest objęty tajemnicą handlową — kwotę, za którą można by kupić niewielkie mieszkanie w Szczecinie, co Stępkowski skomentował słowami: „Taniej niż niedźwiedź, drożej niż worki, mniej więcej tyle co samolot”. Te proporcje — worki, niedźwiedź, samolot, autostrada — stały się w biurze produkcji nieformalną jednostką miary, jak w średniowieczu odmierzano odległości w dniach drogi, tylko że tu odmierzano szaleństwo w kategoriach kosztów poszczególnych konkurencji.