E-book
13.65
drukowana A5
51.71
drukowana A5
kolorowa
77.92
Wyznania rezydenta wywiadu PRL w Watykanie

Bezpłatny fragment - Wyznania rezydenta wywiadu PRL w Watykanie

Objętość:
293 str.
ISBN:
978-83-65543-63-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 51.71
drukowana A5
kolorowa
za 77.92

Wstęp

Pana Dr. Płk. Edwarda Kotowskiego poznałem, co chciałbym szczególnie mocno podkreślić, zupełnie przypadkowo. Jeden z autentycznie wierzących księży, co nie jest bynajmniej powszechną normą wśród duchownych, ksiądz Bronisław Bozowski, wypowiedział kiedyś cudownie piękną sentencję iż: „nie ma przypadków — są tylko znaki”. Myślę że w nawiązaniu do tej myśli, niekonwencjonalnego, warszawskiego kapłana — znajomość z Panem Edwardem nosi wszelkie cechy „nieprzypadkowej przypadkowości”. „Przypadek” ów w ostatecznej formie doprowadził do powstania dzieła które Szanowni Czytelnicy mogą w tej chwili przeczytać. Oczywiście początkowym elementem rozmów była wynikająca z osobistej autopsji fascynacja, dla kultury, sztuki, historii „słonecznej Italii”.

Pomiędzy kucharzeniem prostych potraw włoskiej kuchni, mała dygresja — subiektywnie uważam że: zwyczajna, wiejska, domowa kuchnia jest najlepsza i najsmaczniejsza. A nie jakieś wydumane na potrzeby telewizyjnego spektaklu specjały. Albowiem owa prostota jest swego rodzaju kulinarnym pięknem del Bel Paese. Zaś nasz Autor w pewien sposób doskonale wpasował się na kolejnym, ważnym etapie swego życia we włoski krajobraz. Zresztą nie mogło być inaczej w przypadku oficera polskiego wywiadu. Pitrasiło się więc spaghetti alla carbonara, ragú alla bolognese czy też proste i szybkie aglio olio e peperoncino. Nie mogło zabraknąć Brunello di Montepulciano. Ponieważ szlachetne wino jest światłem słońca uwięzionym w wodzie — to słowa Galileusza — włoskiego fizyka, filozofa i astronoma…

W międzyczasie okazało się że życie, praca, działania i dokonania Pana Pułkownika są niezwykle ciekawe, zaskakujące oraz co tu dużo mówić wielce intrygujące. Nie mogłem nie wykorzystać nadarzającej się okazji, aby szeroko rozwinąć, te aspekty życia głównego bohatera, jego historii co ostatecznie przybrało formę wywiadu — rzeki…

Pan Edward Kotowski posiada to coś co Włosi określają jako stoffa: jest to idiom, termin wręcz nieprzetłumaczalny na język polski — ale który możemy, przypisując cechom danej osoby, określić jako mocny, inteligentny charakter oraz wrodzona kultura.

Każdy z nas ma swoją historię. Lecz w tym przypadku, nie można było zaprzepaścić okazji aby historia naszego autora nie mogła być opowiedziana. Była niezwykle odkrywcza dla mnie i jestem głęboko przekonany że będzie pomocna — tak wielce pomocna w żegludze po burzliwych meandrach życia dla Ciebie! Myślę iż będzie to książka ważna w zrozumieniu pewnych mechanizmów rozgrywających się w światłocieniach Historii.

Nie jest to bynajmniej grzeczna książka: uczesana, wygładzona, sympatyczna i fajna, która dla wszystkich się spodoba. Jeżeli wszystkim się podoba, to tak naprawdę nie podoba się nikomu. Przeczyta się ją i… nic nie zostaje w pamięci…

Słowa fascynującej opowieści płynęły niczym szmer spienionego Lambrusco, z rzadka tylko przerywane moimi spontanicznymi zapytaniami. Osobiście chłonąłem ją całym sobą. Kończąc. Mam nadzieję że wybaczycie mi pewne mankamenty, za które Was serdecznie przepraszam i jednocześnie gorąco zachęcam do lektury.


Adalbert Toscani

Dzieciństwo I młodość

Ponieważ spotkaliśmy się już jakiś czas temu i wiele rozmawialiśmy na temat Pana życia, to dla mnie ten problem jest dość znany ale czytelnicy chcieliby zapewne poznać także tę historię Pana życia, zwłaszcza że sięga ona do lat wojennych i powojennych, o których młode pokolenie ma niewielkie pojęcie.


Otóż, ku ogólniejszej refleksji, niezależnie od obecnych okoliczności, niesprzyjających tym ludziom, którzy ukształtowali swoją osobowość, w tym i w aspekcie społeczno-politycznym oraz zawodowym w minionym ustroju, mimo wszystko przysługuje im nie tylko prawo, ale i obowiązek złożenia relacji ze swego życia, jeśli tego pragną. Nawet wtedy, gdy czytelnik ukształtowany już w innych realiach i warunkach może nie zgadzać się z ogólniejszym wydźwiękiem tej relacji lub z różnych względów jej nie przyjmować. Ja z kolei nie roszczę prawa do tego, aby ewentualna relacja tych osób z ich własnego życia, w jakikolwiek sposób musiała podlegać mojemu kategorycznemu wartościowaniu. Po prostu każdy ma prawo do relacji z własnego życia według własnych kryteriów i przeżyć. Najważniejsze, aby te relacje były prawdziwe w swej szczerości.

Moje świadome lata wczesnego dzieciństwa i młodości przypadły na trudny okres wojenny i powojenny Polski, a jednocześnie później, na ten okres historyczny, w którym dzięki zmianom ustrojowym — co podkreślam z całą świadomością — ja osobiście, a także wielka część mojego pokolenia, wywodzącego się z warstw społecznych, które w II RP nie doznały dowartościowania i żyły w trudnych warunkach, bez najmniejszych możliwości na zmianę swojego położenia społecznego, otrzymały szansę na uzyskanie wykształcenia, co było trampoliną do niebywałego skoku cywilizacyjnego nie tylko dla mnie, ale i dla moich dzieci, a pośrednio i dla moich wnuków. Jak wynika z tego, co za moment powiem, wczesne moje życie i mieszkańców mojej wsi, a także bliskiej i dalszej okolicy, znajdowało się co najwyżej na poziomie XIX-wiecznym, i jako takie pośrednio jest znakomitą ilustracją tego, co tutaj było w Polsce przedwojennej, gdzie edukacja społeczeństwa ograniczona była do podstawowej umiejętności nie zawsze dobrego czytania, czy pisania, zdobytego w formie samoedukacji lub ukończenia, co nie zawsze było możliwe, kilku klas szkoły powszechnej. Dodać trzeba, że analfabetyzm nie był tu zjawiskiem rzadkim, a osoby starsze podpisywały się krzyżykami. Nie są mi znane jakiekolwiek nazwiska mieszkańców mojej wsi i wsi sąsiednich, którzy w okresie międzywojennym, tak obecnie idealizowanym, ukończyli pełne wykształcenie podstawowe, nie wspominając o średnim i nie myśląc o wyższym lub zrobili jakąkolwiek karierę w mieście. Jedynie kilka osób, w poszukiwaniu środków utrzymania wyjechało do Ameryki i słuch po nich zaginął.

Ponieważ mieszkańcy mojej wsi i wsi okolicznych nie doznali strat i zniszczeń w czasie II wojny światowej ani też specjalnych prześladowań od Niemców, ani też od wojsk radzieckich, więc mogłem naocznie, jako dziecko, mieć namacalną wizję tego, jak wyglądało życie w mojej wsi kilka lat wcześniej, czyli przed wojną, bo nic nie zmieniło się w międzyczasie. Sądzę, że gdyby II RP trwała po wojnie, to również życie w mojej wsi toczyłoby się takim samym torem i rytmem dalej i nie byłoby mowy o jakimś postępie cywilizacyjnym i o moim awansie w hierarchii społecznej. Znając siebie, najprawdopodobniej opanowałbym sztukę pisania i czytania i na tym, z przyczyn zrozumiałych zakończyłaby się moja edukacja i o żadnym awansie cywilizacyjnym nie byłoby mowy. Później, dziedzicząc po moich rodzicach należną mi część gospodarstwa, tj. około 9 ha mało urodzajnej ziemi (grunt rolny, łąka i pastwisko) żyłbym w biedzie wraz z założoną rodziną. Być może ożeniłbym się z córką jakiegoś innego ubogiego rolnika, a moje dzieci byłyby skazane na podobny los, w podobnych okolicznościach i w tej samej przestrzeni geograficznej. Mówiąc drastycznie a uwzględniając to czego dowodzi współczesna nauka o jednostce jako całości psychofizycznej, ukształtowanej na konstrukcji przekazu genetycznego i modelowanej wychowaniem i procesem kształcenia, moich obecnych dzieci nie byłoby w ogóle. Byłyby to bowiem inne dzieci, w połowie z innym przekazem genetycznym. Warto też o tym pamiętać.

Nowy ustrój, niezależnie od wad, jakie posiadał, dał mnie i podobnym, szansę uzyskania wykształcenia. To pozwoliło na geograficzną zmianę obszaru mojego funkcjonowania, a więc na poznanie mojej żony, osoby, jak na owe czasy z odmiennego obszaru kulturowego i założenia z nią rodziny. To w ramach tej rodziny urodziły się nasze dzieci, uzyskując stosowne wyposażenie genetyczne, co zapewne legło u podstaw ich szans życiowych. Nie wolno o tym zapominać, chociaż to brzmi zbyt biologicznie. To właśnie nowy ustrój dał szansę na ogromne migracje wewnątrz kraju i związane z tym korzystne mieszanie się genów. Nieustanne moje kształcenie się, nawet po założeniu rodziny, przy wszystkich uciążliwościach tego procesu, dawało ciągle szansę na postępujący rozwój zawodowy poprzez podnoszenie kwalifikacji i uzyskiwanie kolejnych coraz bardziej interesujących miejsc pracy. To z kolei wpływało pozytywnie na sytuację materialną całej mojej rodziny, a w tym i dzieci, które uzyskiwały jednocześnie większe możliwości dla własnego kształcenia się, w tym i językowego i co dzisiaj przydaje się w ich własnej aktywności zawodowej. Fakt zamieszkania mojego w Warszawie i całej mojej rodziny, który wiązał się z rozwojem mojej kariery zawodowej, stworzył też podstawę do tego, że moje dzieci zawarły swoje związki małżeńskie z partnerami z Warszawy, wywodzącymi się z rodzin, które przeszły zbliżoną, ale nie taką samą, drogę rozwoju cywilizacyjnego w Polsce powojennej. Z tych małżeństw urodziły się ich dzieci a moje wnuki, które mają większe szanse rozwoju cywilizacyjnego aniżeli ich dzisiejsi rówieśnicy zamieszkujący peryferie kraju. Ich dzisiejszy los ma jednak trudne początki w trudnej historii ich przodków i warto pamiętać o tym, że to ich „dzisiaj” nie wzięło się znikąd.

Dlatego, przynajmniej w tych rodzinach powinno się pamiętać o tej podstawowej prawdzie, o swoich korzeniach. Po to, aby nie ulec fałszowaniu prawdy historycznej poprzez kreatorów czarnego image” naszej powojennej rzeczywistości, która miała nie tylko same złe strony. Trzeba widzieć całą paletę jej barw. Dzisiaj jest tak, że wahadło ocen historycznych wychyliło się skrajnie na prawo, a głosiciele „nowej prawdy” przypisują sobie immunitet na to, że mogą bezkarnie nie tylko w dużej mierze ją wykrzywiać ale i nadają sobie prawo do pozbawiania osób o innych poglądach ich prawdy i własnej oceny swojego życia, nie wspominając już o konsekwencjach praktycznych marginalizacji społeczno-politycznej całych środowisk, które urodziły się za wcześnie lub ich zdaniem wybrały nieodpowiednią opcję polityczną, bez uprzedniego przedstawienia im dowodu winy na sali sądowej. Takiej praktyce należy stanowczo sprzeciwić się i to, między innymi, stawiam za jeden z celów naszej rozmowy. Moja wypowiedź, jak każda jednostkowa, może mieć swoje wady i co najważniejsze, przedstawia indywidualny punkt widzenia, bo tak ułożyło się życie moje i moich przodków.


Dlaczego Pan umieścił w zacienionym miejscu tak ważną pamiątkę, jaką jest dyplom podoficerski Pańskiego Ojca?


Otóż, jak Pan widzi to są strzępy tego dyplomu, poskładane i z uwagi na potrzebę dalszej ochrony przed światłem, które niszczy tego typu dokumenty, umieściłem go za zasłoną. Wspomnę też, że z opowiadań matki wynikało, że w czasie wojny ojciec go bardzo ukrywał w rozmaitych zakamarkach, aby nie wpadł w ręce Niemców czy Rosjan. Może przesadnie uważał, że sprowadzi to nieszczęście na rodzinę i Jego samego? Dlatego, po wielu latach po prostu się rozpadł. Jakoś go posklejałem i umieściłem w ramie za szkłem.

Dyplom Stanisława Kotowskiego ze Szkoły Podoficerskiej 3-go Pułku Szwoleżerów w Suwałkach

Mój Ojciec Stanisław był uczestnikiem kampanii wrześniowej 1939 roku na froncie wschodnim i dostał się do niewoli pod Zambrowem, gdzie walczył. Był wywieziony na Wschód i przebywał w obozie jenieckim Kozielsk II.


Jestem ciekawy jak wyglądało Pana życie w dzieciństwie. Uprzedzam że ten temat będę drążył, bo szalenie on mnie interesuje i zachęcam Pana do nieskrępowanej wypowiedzi mimo że w myśleniu wielu współczesnych ludzi przyznawanie się do biedy i do ciężkiego życia może teraz nie uchodzić za chwalebne.


Skoro Pan nalega, to nie ma żadnego problemu. W moim życiorysie nie ma żadnych białych plam i jest on przejrzysty. Urodziłem się 8 marca 1941 r., we wsi Pięciowłóki, gmina Suchowola, powiat sokólski, województwo białostockie, w rodzinie Stanisława Kotowskiego (ur. 9 maja 1915 r.) i Walerii z domu Horacza (ur. 4 lutego 1910 r.).

Według opowiadań mojej matki, niedługo po urodzeniu, bardzo ciężko chorowałem, tak, że cały byłem pokryty wrzodami. Trzeba dodać, że na świat przyszedłem w wiejskim domu, który nie posiadał ani elektryczności, ani kanalizacji, ani żadnych, innych wygód cywilizacyjnych. Poród odebrała sąsiadka, Marianna Marchel i najprawdopodobniej, doszło do jakiejś uogólnionej infekcji, bo wg opowieści rodziców, stan mój pogarszał się szybko, z dnia na dzień. Miałem, poza tym, bardzo wysoką gorączkę i były realne obawy, że wkrótce mogę umrzeć. W tej sytuacji zdecydowano się na ochrzczenie mnie, w Wielki Piątek, a więc na dwa dni przed Świętami Wielkanocnymi. W tym celu brat mojej matki, Edward Horaczy i owa sąsiadka, Marianna Marchel, jako rodzice chrzestni, w wielkim pośpiechu i bez zbędnych przygotowań, zawieźli mnie saniami do kościoła parafialnego, do oddalonej o 10 km Suchowoli, niewielkiego miasteczka, położonego w środku Europy, którego większość mieszkańców stanowili Żydzi, zgodnie współżyjący z okoliczną ludnością.

Niestety, cała ludność żydowska, jakiś czas potem, w brutalny sposób, została wytępiona przez okupanta niemieckiego i jedynym śladem po niej jest zaniedbane miejsce po jej cmentarzu wyznaniowym. Na chrzcie nadano mi dwa imiona: Edward (na cześć ojca chrzestnego) i Eugeniusz.

Dla porządku dodam, że te tereny były w tym czasie zajęte, w wyniku inwazji, po 17 września 1939 r., przez wojska radzieckie. Umacniały one swoją pozycję na linii rzeki Biebrzy, która miała stanowić granicę z terenami przypadłymi Niemcom. W tym celu budowano różnorodne umocnienia fortyfikacyjne, na ogół betonowe bunkry i miejscowa ludność, a w tym i mój ojciec, była przymusowo zatrudniana do zwożenia kamieni polnych i żwiru. Te umocnienia nazywane są linią Mołotowa. Linia ta to pas radzieckich umocnień ciągnących się wzdłuż granicy z III Rzeszą, wytyczonej po podziale Polski, dokonanym przez okupantów w 1939 roku na mocy traktatu o granicach i przyjaźni.

Był to więc czas trudny i nie było mowy o tym, aby marzyć o jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. Jeśli dziecko miało silny organizm, to przeżywało, a jeśli nie, to umierało. Mnie udało się przeżyć i być może, ta przebyta, ciężka choroba spowodowała nabycie przeze mnie większej odporności, bowiem osiem lat później, w wyniku epidemii dyfterytu, zmarł mój, o dwa lata młodszy, brat Czesław, a ja uniknąłem zachorowania na tę groźną chorobę.


Jakoś zagadkowo brzmi nazwa miejsca Pana urodzenia. Z czego wywodzi się ta nazwa?


Otóż nazwa P i ę c i o w ł ó k i wywodzi się od nazwy miary powierzchni ziemi, tj. od „włóki”. Po raz pierwszy pojawia się ona w 1744 r. jako Pięciowłók. Później, w XIX w., przemiennie używa się nazwy Pięciowłóki i Pięciowłoki. Od 1921 r. używa się tylko nazwy Pięciowłóki aż do zakończenia II wojny światowej. Potem znowu w użyciu jest nazwa Pięciowłoki. W 2006 r., decyzją MSWiA, przywrócono pierwotną nazwę P i ę c i o w ł ó k i.


Czy Pana rodzice urodzili się tutaj?


Pięciowłóki nie były miejscem urodzenia ani mojego ojca, ani mojej matki. Ojciec urodził się we wsi Kiersnówka, położonej, w odległości około 4 km, w kierunku zachodnim. Z kolei jego ojciec — Józef, urodził się we wsi Suchodolina, a więc w odległości około 12 km od Kiersnówki. Później osiadł w Kiersnówce, bowiem wżenił się w rodzinę Skibickich (tzw. przystępy). Jeden z jego braci wyemigrował do Anglii i tam dorobił się restauracji. Nie utrzymywał jednak kontaktów z rodziną w Polsce i stąd brak o nim i o jego rodzinie, konkretnych wiadomości.

Mój ojciec miał trzech braci: Wacława (najstarszy), Władysława i Michała (najmłodszy). Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w 1921 r. zmarł ich ojciec, a w rok później matka. Najstarszy — Wacław, mający niespełna 12 lat, pod opieką dalszej rodziny, wspólnie z Władysławem i Michałem próbowali żyć samodzielnie i prowadzić kilkunastohektarowe gospodarstwo, cierpiąc niedostatek. Nie powodziło im się dobrze, ale z trudem przeżyli. Mój ojciec — Stanisław, został oddany, przez rodzinę, na tzw. wychowanie do Pięciowłók, do obcej rodziny, o nazwisku Horaczy. Miał wtedy jedynie siedem lat i jak opowiadała mi matka, sięgał głową jednie tylko blatu stołu.

W tak wczesnym wieku musiał przystosować się do życia w obcej rodzinie i w wyjątkowo trudnych warunkach. Trzeba dodać, że ta opieka nie była bezinteresowna. Sprawa polegała bowiem na tym, że rodzina Horaczych składała się jedynie z trzech samotnych osób, tj. ze starego kawalera — Kazimierza i z dwóch starych panien: Anny i Marianny. Osoby te były już w starszym wieku i były zainteresowane tym, aby wychować sobie na starość opiekuna. Z różnych powodów nie założyły własnych rodzin. Kazimierz został wcielony do armii carskiej i służył w niej przez 25 lat. Gdy wrócił z wojska był już na ożenek za stary a podobno i zbyt wybredny w wyborze ewentualnej żony i nie chciał się żenić z jakąś panną biedniejszą od siebie. Również jego siostry nie chciały pospolitować się, bowiem rodzina Horaczych należała do najbogatszych w okolicy i zachowywała dość duży dystans wobec otoczenia.

Z tego, co opowiadała moja matka, to Kazimierz, zresztą spokrewniony z jej rodziną, służąc w wojsku carskim został podoficerem i brał udział w wojnach prowadzonych przez carat na Kaukazie. Był typowym żołnierzem, zachowującym prawdziwie wojskową dyscyplinę w stosunku do siebie jak i domowników, co na własnej skórze odczuł mój ojciec nie tylko, gdy był dzieckiem i młodzieńcem ale i później, gdy już miał własną rodzinę. Ponieważ wytrwał w tym, to jako dorastający mężczyzna otrzymał od Kazimierza obietnicę, że w zamian za dochowanie do śmierci gospodarzy, otrzyma od nich w spadku, gospodarstwo. Miało ono powierzchnię ponad 36 ha nienajlepszej ziemi, z przewagą ziem IV i V klasy i wymagało ogromnej pracy, biorąc pod uwagę to, że prymitywne usprzętowienie, jakie wówczas było w rolnictwie, nie pozwalało na jakikolwiek dłuższy odpoczynek. Ojciec mój więc, od wczesnego dzieciństwa, ciężko pracował na swoje utrzymanie, najpierw przy pasieniu bydła i koni a potem, w miarę rozwoju fizycznego, przejmował do wykonywania coraz bardziej skomplikowane i coraz cięższe prace gospodarskie. Nic nie wiadomo czy chodził do szkoły. Jeśli tak, to na pewno krótko i naukę czytania oraz pisania, w dużej mierze, opanował samodzielnie. Dokształcił się później, również z bardzo dobrym rezultatem, gdyż podczas odbywania zasadniczej służby wojskowej w 3. Pułku Szwoleżerów w Suwałkach, ukończył szkołę podoficerską sanitariuszy weterynaryjnych i otrzymał stopień wojskowy kaprala. Według świadectwa wystawionego 13 lipca 1938 r. w Suwałkach, a podpisanego przez dowódcę pułku — Edwarda Milewskiego i dowódcę 1. Szwadronu — Łaskiego Michała, rotmistrza, ojciec mój, od 1 lutego do 13 lipca odbył naukę w Szkole Podoficerskiej 3. Pułku Szwoleżerów i ukończył ją w klasie specjalistów weterynarii, z wynikiem dobrym. Trzeba tu wspomnieć, że przed pójściem do wojska ożenił się z Walerią Horaczą z Lewek. Jak już wspomniałem, była ona spokrewniona z Horaczymi z Pięciowłók, i to zapewne, w dużej mierze, zadecydowało o tym mariażu. Lewki to wieś bezpośrednio sąsiadująca, leżąca 50 m, na wschód, od wsi Pięciowłóki. Po pójściu ojca do wojska, moja matka, wzięła na swoje barki ciężką pracę i wspólnie ze starszymi ludźmi, przez dwa lata prowadziła gospodarstwo w zastępstwie ojca. W 1936 r., Kazimierz i Anna Horaczowie, przepisali na moich rodziców 16 ha ziemi, skrupulatnie zastrzegając obowiązki na swoją rzecz. Rok później tj. 4 kwietnia 1937 r., urodził się mój starszy brat, Władysław, który, wiele lat później, objął po ojcu gospodarstwo.


Czy Pana Ojciec wspominał o swojej służbie wojskowej, czy było to dla niego ważne doświadczenie życiowe? Czy może Pan zapamiętał wrażenia Ojca jakimi się dzielił na temat swojej służby wojskowej w 3. Pułku Szwoleżerów w Suwałkach?


Gdy chodzi o wspomnienia ze służby wojskowej, to ojciec często opowiadał, że był z niej bardzo zadowolony. Był często wyróżniany i lekarz pułkowy (weterynarz) w stopniu wachmistrza, z którym pełnił służbę na co dzień, wielokrotnie proponował mu przejście do zawodowej służby wojskowej. Ojciec podkreślał, że nie przyjął tej propozycji tylko dlatego, że już wówczas był żonaty i musiał wrócić na wieś, aby dotrzymać zobowiązań wobec swoich opiekunów. Opowiadał też, że podczas manewrów, które odbywały się w okolicach Augustowa odwiedził konno, w pełnym ekwipunku szwoleżerskim Pięciowłóki, co wywołało dużą sensację. Często opowiadał o swoich sukcesach w ścinaniu szablą podczas galopu tzw. łóz.


A skąd pochodziła Pana Matka?


Jak wspomniałem poprzednio, moja matka pochodziła z Lewek. Była to wielodzietna rodzina chłopska. Jej rodzice, Kamila i Wincenty, gospodarzyli na kilkunastu hektarach ziemi i mimo, że nie była ona zbyt urodzajna, uchodzili za najbogatszych w tej wsi. Matka miała czterech braci: Jana (zmarł w wieku 19 lat), Sabina (zmarł w czasie okupacji niemieckiej, po postrzale w nogę, przez swojego kolegę, na skutek nieostrożności przy obchodzeniu się z bronią), Edwarda — (wskutek tzw. wżenienia się później gospodarzył we wsi Dryga, położonej za Suchowolą w kierunku Białegostoku) i Wacława (odziedziczył gospodarstwo po rodzicach, we wsi Lewki) oraz cztery siostry: Serafinę, Felicję, Władysławę i Mariannę. Serafina i Felicja wstąpiły do zakonu. Ta pierwsza, niemal całe swoje życie zakonne spędziła w Zakopanem, a Felicja w Wielkopolsce. Z kolei Władysława wyszła za mąż za Piotra Pieszkę, rolnika z Pięciowłók. Marianna wyszła za mąż za rolnika z Bagien o nazwisku Kozłowski. Nikt z rodzeństwa matki już od wielu lat nie żyje.

Matka, mimo, że nie uzyskała żadnego formalnego wykształcenia (przed I wojną światową, jak i przed II, w zasadzie nie było w okolicznych wsiach jakichkolwiek szkół, a najbliższa znajdowała się w Suchowoli lub w Dąbrowie) cechowała się wysoką wrażliwością, kulturą i inteligencją. Czytać nauczyła się z modlitewnika. Była niezmiernie pobożna i do czasu, gdy nie wybudowano kościoła w pobliskim Grodzisku, pieszo chodziła na nabożeństwa do kościoła w Suchowoli, tj. 10 km w jedną stronę. Nie zważała przy tym na pogodę. Pamiętam, że często wspominała, że w porze jesienno-zimowej zdarzało się jej mocno zmoknąć i wtedy, aby się rozgrzać zachodziła do jednej z rodzin żydowskich w Suchowoli, gdzie na ogół częstowano ją gorącą herbatą. Zawsze podkreślała, że licznie zamieszkujący Suchowolę Żydzi utrzymywali bardzo przyjazne kontakty z katolikami i mocno cierpiała, gdy tych ludzi dotknęła niemiecka eksterminacja. Mówiła, że najpierw Niemcy spędzili tę ludność do getta, nad rzeczką Brzozówką a potem wywieźli do różnych obozów koncentracyjnych. Część tych ludzi zamordowali na miejscu i tylko nielicznym udało się zbiec i znaleźć schronienie w okolicznych wsiach. W jej opowiadaniach motyw ten przewijał się bardzo często i był zawsze wyrazem żalu z powodu utraconej części jej świata. Nie pogodziła się nigdy z tym, że do tego doszło.

Podobnie, często wspominała swoje piesze wyprawy do stacji w Kamiennej Nowej, gdzie znajdował się posterunek niemieckich żołnierzy, ochraniających linię kolejową. Aby zdobyć pieniądze na niezbędne zakupy, nosiła tam, na plecach, 10-litrową konewkę bimbru i sprzedawała go Niemcom. Pokonywała więc odległość około 8 km, w jedną stronę. Z najdalszych jej wędrówek, na pierwsze miejsce wysuwała się jednak pielgrzymka (przed wojną) do Studzienicznej koło Augustowa, znanej obecnie miejscowości odpustowej. Udawała się tam na odpust z koleżankami i siostrami, pokonując pieszo, w ciągu takiej pielgrzymki, około 80 km w obie strony. Mimo to, twierdziła, że nie była to dla niej wyprawa nadmiernie wyczerpująca. Trzeba też dodać, że w tym czasie chodzono boso, a buty wkładano dopiero przed wejściem do kościoła. Chodziło o to, że obuwie było zbyt drogie i dlatego je tak bardzo oszczędzano. Również ja, w dzieciństwie, doświadczyłem wielu wędrówek pieszych boso.


Czy okolice, w których się Pan wychował, zostały w jakiś szczególny sposób dotknięte działaniami wojennymi? Czy Pan coś wie, na temat zdarzeń z czasów II wojny światowej, które znalazły jakiś wyraz we wspomnieniach miejscowej ludności?


22 czerwca 1941 r. wojska niemieckie, po ataku na ZSRR, zajęły teren, który poprzednio okupowały wojska radzieckie i moja wieś, w wyniku tegoż, aż do końca 1944 r. znajdowała się pod okupacją niemiecką. Według tego, co opowiadali starsi ludzie, Niemcy nie naprzykrzali się zbytnio miejscowej ludności, jeśli nie liczyć konsekwentnego egzekwowania obowiązkowych dostaw płodów rolnych. Ich fizyczna obecność ograniczała się, w zasadzie, do rzadkich patroli policyjnych, egzekwujących porządek, a także na bezprawnym samozaopatrywaniu się w produkty żywnościowe. Matka dość często opowiadała, jak jeden z policjantów niemieckich groził jej zastrzeleniem, gdy nie chciała dać mu jajek, o które prosił. Gdy powiedziała, że ich nie ma, to zaczął przeszukiwać dom i powiedział, że jeśli je znajdzie, to spełni swoją groźbę. Na szczęście mu się to nie udało, chociaż przypadek tylko sprawił, że nie znalazł tego, czego szukał, mimo, że to było w zasięgu jego ręki. Wydarzenie to matka ciężko przeżyła i dlatego do niego często wracała w swoich wspomnieniach.

Opowiadając o sytuacji sprzed 22 czerwca 1941 r. rodzice często podkreślali, że wojska radzieckie budując bunkry wzdłuż Biebrzy, na jej lewym brzegu, sięgali do przymusowego zatrudniania miejscowej ludności przy transporcie kamienia polnego i żwiru oraz drewna, przy użyciu chłopskich furmanek i koni. Była to ciężka praca, która trwała niemal dwa lata. Potem się okazało, że te umocnienia do niczego nie przydały się, z uwagi na błyskawiczną ofensywę wojsk niemieckich, od strony Prus Wschodnich. W jej wyniku, wojska radzieckie uciekały w popłochu.

Trzeba jeszcze wspomnieć i o tym, że żołnierze radzieccy, na naszych polach, w odległości około 300 metrów na południe, od zabudowań, prowadzili intensywne prace ziemne (wykopy i nasypy), w związku z zaplanowaną linią kolejową, która miała połączyć Grodno z twierdzą w Osowcu. Mimo, że prace ziemne były daleko zaawansowane, to jednak nie zdążono ułożyć szyn kolejowych, z uwagi właśnie na atak Niemców. Ślady tych wykopów i nasypów są widoczne do dzisiaj. Jakiś czas temu znalazłem tam miedzianą menażkę żołnierską, a z napisów widniejących na niej wynika, że pochodziła jeszcze z czasów carskich, z 1914 r. Dowodzi to tego, że jeszcze w 1941 r., jeden z żołnierzy radzieckich, pracujących przy budowie kolei jej używał. Świadczyłoby to nie najlepiej o ekwipunku tego wojska. Mówiąc na temat tej „kolejki” matka często wspominała o tym, że przy jej budowie pracowało bardzo dużo młodych żołnierzy, często nieletnich. Byli źle odżywiani i zaopatrzeni, gdy chodzi o umundurowanie. Litowała się nad nimi i często dawała im żywność. Jeden z nich o imieniu Kola, jak mówiła, często przychodził do naszego domu i bawił się z dziećmi. Posiadał harmonijkę ustną i bardzo pięknie na niej grał. Tak się złożyło, że bardzo zżył się z naszą rodziną i na pamiątkę zostawił nam ten instrument, gdy musiał uciekać przed atakiem niemieckim. Matka twierdziła, że był on bardzo młody, nie miał więcej niż 15—16 lat i bardzo mu było żal rozstawać się z naszą rodziną. Mówił, że czuł się tutaj tak, jakby odnalazł swoją rodzinę.

Wyraziście pamiętam wydarzenia, które miały miejsce w 1945 r., m.in. walkę powietrzną dwóch samolotów nad naszym gospodarstwem. Jeden z samolotów spadał koszącym lotem, ciągnąc za sobą ogromną chmurę czarnego dymu. Wpadłem wtedy w panikę i krzyczałem na innych członków rodziny, aby jak najszybciej chronić się do piwnicy.

Pamiętam też, że w 1944 r., na pastwisku, za stodołą, stacjonowały czołgi radzieckie, do których chodziliśmy wraz z innymi dziećmi, aby je obejrzeć. Czołgiści pozwalali nam wchodzić do wnętrza tych maszyn a nawet je na krótko uruchamiali. Była to dla nas wielka atrakcja, którą pamiętam do dzisiaj, w szczegółach. Innych wydarzeń, z czasów wojny, tak dokładnie nie pamiętam. Wiem jedynie od rodziców, że w momentach przechodzenia frontów przez nasze tereny, z całą rodziną przenosiliśmy się do piwnicy i tam mieszkaliśmy. Tu muszę wyjaśnić, że piwnica, w tutejszym pojęciu to, po prostu, oddzielny budynek murowany, posadowiony głęboko w ziemi, sklepiony i doskonale nadający się do przechowywania nie tylko ziemniaków i warzyw ale także i innych produktów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 51.71
drukowana A5
kolorowa
za 77.92