E-book
15.75
drukowana A5
53.72
Wysokie

Bezpłatny fragment - Wysokie

historia oczami wyobraźni


Objętość:
224 str.
ISBN:
978-83-8440-419-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 53.72

Ach Lubelskie, …

Prolog

…Lukas powoli i z bólem otworzył oczy. Obraz, który mu się ukazał, był zamazany, jakby zasnuty dymem. Panujący w pomieszczeniu półmrok z jednej strony potęgował trudności widzenia, z drugiej jednak uspokajał. Wszystko go bolało. Każda część ciała, tak zewnętrzna, jak i wewnętrzna, przypominała o swoim istnieniu. Ból nie pozwalał mu skupić się na czymkolwiek. W głowie czuł nieład, jakby wiatr wszystko wymieszał. Gdzieś zza ściany dochodził go kobiecy głos. Kobieta mówiła po francusku. Deklamowała wiersz? Nie, ona się modliła. Tak, za ścianą, w drugim pomieszczeniu jakaś kobieta modliła się. Mimo bólu Lukas zmusił się do przynajmniej częściowego zapanowania nad własnym ciałem. Modlitwa kobiety wyraźnie pomagała mu w tym postanowieniu. W pomieszczeniu rzeczywiście był dym, gryzł go w oczy. Wciągnął głębiej powietrze do płuc, także ten zmysł zaczął słuchać swojego pana, poczuł ten dym. Powoli oczy zaczęły wyostrzać obraz. Leżał na wznak na łóżku i patrzył na drewnianą powałę. Teraz był pewien, w izbie panował półmrok. Zza ściany dobiegło go „...amen”, słowo wyraźnie głośniejsze od całej modlitwy, jakby wypowiedziane weselej, jakby z większą energią. Powoli uchyliły się drzwi i do izby weszła kobieta. Zauważyła, że Lukas odzyskał przytomność i znieruchomiała w progu. Lukas chciał coś powiedzieć, sam nie wiedział jeszcze co, ale z jego krtani wydobyło się tylko dosyć niemiłe charczenie. Kobieta, a tak naprawdę młoda dziewczyna, zbliżyła się do łóżka i mankietem białej koszuli otarła mu ślinę na ustach. Po chwili wahania otarła również pot z czoła, bo Lukas najwyraźniej mocno się zmęczył tym swoim przebudzeniem. Obraz rozmył się. Lukas zapadł się w sobie.


Gdy obudził się następnym razem, czuł się wyraźnie lepiej. W izbie znowu był sam. Z sąsiedniej izby nie dochodził żaden głos. Odchylił pled i spojrzał na rany na swoim ciele. Było ich wiele, ale musiało minąć już wiele czasu od ich powstania, bo były zabliźnione. Nie wiedział, jak długo jest w tym pomieszczeniu. Nie wiedział, jak tu trafił, ani kim jest ta dziewczyna, która miał nadzieję istnieje nie tylko w jego głowie. Szybko przykrył się pledem, bo drzwi do izby otwarły się, a w nich stanął postawny mężczyzna w średnim wieku. Lukas pomyślał, że to gospodarz i nie pomylił się.

— Jesteście Panie u nas już czwarty miesiąc. Znaleźliśmy Was po bitwie. Mieliście jedenaście ran po strzałach angielskich łuczników. Widzę, że wszystko idzie ku dobremu. Idzie Boże Narodzenie … może czas do swoich.

Nastała chwila niezręcznej ciszy. Lukas nie wiedział co ma odpowiedzieć. Głowa nie pracowała jeszcze całkiem poprawnie. Gospodarz, jak wszedł bez kurtuazji, tak i wyszedł. Zanim jednak wyszedł, dorzucił:

— Wszystko Panie kosztuje.

Zaraz po wyjściu gospodarza do izby weszła dziewczyna, której modlitwy słyszał poprzednim razem. Uśmiechnęła się i rzekła przyjaźnie:

— Nie przejmujcie się Panie moim tatką. Jest jak cebula. Taki szorstki jest tylko z wierzchu, ale dobry z niego człowiek w środku.

Wyjęła spod zapaski pokaźną, skórzaną sakiewkę, wyraźnie ciężką, i podała Lukasowi.

— Jak Pana opatrywałam, to znalazłam, teraz oddaję. Tatko nie wie — Uśmiechnęła się rozbrajająco i szybko wybiegła z izby…


Lukas wracał do zdrowia. Wychudzony jak starzec, zaczął więcej jeść i nabierać ciała. Zaczął wstawać z łóżka i ponownie uczyć się chodzić. We wszystkim pomagała mu Amelia. Najpierw pokazała dom i obejście. Potem zaczęli chodzić po wiosce. Ludzie byli mu przyjaźni i pomocni, chętnie rozmawiali. Opowiadał im o swoich podróżach po Europie, o Paryżu i o Rzymie. Najchętniej słuchali jednak o Watykanie i Papieżu.

Lubił towarzystwo Amelii i rozmowy z nią. Była tak naturalna i prawdziwa, że nie zauważał u niej braku wykształcenia i obycia. Miała taki naturalny dar wyczucia chwili, naturalną inteligencję.

W końcu jednak Lukas coraz częściej zaczął myśleć o narzeczonej. Czas było już wracać…


…Wieś, dawniej miasto we wschodniej Polsce. Położone na Wyniosłości Giełczewskiej, stanowiącej środkową część Wyżyny Lubelskiej. Leżące w międzyrzeczu trzech rzek: Bystrzycy, Wieprza i Poru. Przy skrzyżowaniu ważnych szlaków komunikacyjnych, Lublin — Biłgoraj i Kraśnik — Krasnystaw.

Stojąc na Białej Górze, u stóp mamy Dragany, kiedyś Wysokie Wieś i Wysokie, kiedyś Miasto Wysokie. Ale podnosząc wzrok na wysokość horyzontu czuć już niepowtarzalny klimat Roztocza. Ukształtowanie tego terenu nigdy nie nudzi, nigdy nie usypia, choć często uspakaja. Za zakrętem drogi, czy za szczytem wzgórza pojawia się nowy widok, często zaskakujący, ale zawsze piękny.

Stąd widać cmentarz wojenny na Górze Tarnawieckiej, przypominający bezsens i okrucieństwo wojny. Stąd widać górę Pałacze z budzącymi wyobraźnie ludowymi opisami lochów pod nieistniejącym już pałacem dziedziców.

W czasach kiedy to Wysokie powstawało, aż siedemdziesiąt procent tej ziemi porośnięte było lasami. Lasami pełnymi zwierzyny wszelkiej.

Tu swoje źródła ma Wierzbówka, które biją ze skarpy nad stawem w Wysokiem. Wierzbówka przemierza wzdłuż Wysokie i całe Dragany, by po kilku kilometrach połączyć się z Porem.

…A musiało Wysokie być miastem większym, bo rządziło się na prawie Magdeburskim…


…Lukas wjechał na szczyt wzgórza, zatrzymał konia, a przed nim rozpościerało się wieczne miasto, panorama Rzymu. To do tego miejsca śpiesznie podążał od miesięcy. Do domu z winnicą, przy Via Aurelia… Był to 26 dzień sierpnia 1347 roku. Mijał już siódmy rok odkąd wyjechał na wojnę. Mijał też okrągły rok od bitwy pod Crécy, jednej z największych bitew wojny stuletniej, w której został ciężko ranny. Miejscowi chłopi znaleźli go na polu bitwy, ledwo żywego, trzy dni później. Mogli przyjść jeszcze później, mogli nie zauważyć, że żyje. Mogli go wreszcie dobić dla łupu jakim był jego trzos, jego ubranie, jego broń. Ale mogli go też uratować i tak zrobili. Jak później opowiadali, a blizny na to dowodem, z jego ciała wyciągnęli jedenaście strzał angielskich łuczników. Cud, że przeżył. Powrócił do życia i zdrowia dzięki modlitwom i opiece Amelii, córki młynarza. Pewnie zostałby tam, może nawet dla Amelii, gdyby w domu nie czekała na niego narzeczona, Julia. Pamiętał, że Julia była piękną, wesołą, młodą dziewczyną, ale minęło już siedem lat, i pamięć zamazywała już rysy twarzy i kształty ciała. Chęć jak najszybszego zobaczenia jej ponaglała konia ostrogami, bo miał nadzieję, że czeka na niego. Obawa, że nie czeka, ściągała uzdę. Przemierzył w drodze powrotnej, z wieloma przygodami, całą Francję i połowę Italii, i oto stoi u bram Rzymu. Patrzy, a serce kołacze mu w piersiach, jakby chciało wyskoczyć i pobiec przodem. Myśli nerwowo analizują sytuację, w jakiej się znajduje. Serce krzyczy — Biegnij! — myśli syczą do ucha — Co ty sobie myślisz nędzniku? Myślisz, że pół życia czeka na ciebie włóczącego się po całej Europie. Jak wyjeżdżałeś miała siedemnaście lat. Dzisiaj ma dwadzieścia cztery i jest dojrzałą kobietą. Może przy mężu. Może ma już dzieci…


Lukas zauważył jakiś ruch na drodze prowadzącej go do domu. W jego kierunku, pod górę, zbliżali się jacyś konni. Było ich około dwóch tuzinów, a za nimi wozy ciągnione również przez konie. Jeźdźcy ubrani byli nie z europejska, ale jakby orientalnie. Kolorowe żupany, czapki z piórami i wygięte szable. Na twarzach długie zakręcone wąsy. Wyglądali tu w środku Italii dość egzotycznie, wręcz teatralnie. Lukas jednak spotkał już wcześniej takich wojowników na wojnie, z której właśnie wracał. Mówili szeleszczącym, niezrozumiałym językiem. Pochodzili ze wschodu, na swój kraj mówili Rzeczypospolita, a siebie nazywali Sarmatami. Byli to Polacy. Lukas lubił Polaków za ich waleczność, choć ich skłonności do gorzałki i dzikie po niej zachowania przerażały go trochę. Nie zauważył nawet, że Polacy, samym swoim pojawieniem się na jego drodze, uspokoili serce i wyciszyli myśli. Na czele jechał rosły rycerz na karym koniu, z szerokim uśmiechem na twarzy, który zdziwił i trochę zaniepokoił Lukasa. Podjechał z impetem, wznosząc tumany kurzu i zatrzymał konia tak gwałtownie, że konie stanęły łeb w łeb. Lukas ujrzał herb na piersi rycerza, trzy włócznie na czerwonym tle. Lukas jeszcze nie rozumiał z kim ma do czynienia. Przybysz ściągnął szerokim łukiem futrzaną czapkę z pawim piórem i krzyknął rubasznie.

— Witam imć pana Lukasa, druha mojego i zbawcę.

I wszystko stało się jasne. Miał przed sobą Jana z Jelitowa, syna Floriana. To z nim włóczyli się przez dwa lata po całej Europie, a najszczególniej po Francji i jej gospodach. Stracili się z oczu tuż przed tą bitwą, w której Lukas o mało nie stracił życia. Teraz los ponownie skrzyżował ich drogi. Zeskoczyli obaj z koni i rzucili się sobie w objęcia, jak bracia z jednej matki po długim rozstaniu. Uścisk Jana był jak zawsze trochę za mocny na przyjacielskie powitanie, ale Lukas wybaczał mu wszystko. Miał do niego słabość, ale i szacunek, bo zaprawdę honorowym mężczyzną on był.


Jan nie bez kozery, witając się, nazwał Lukasa zbawcą, gdyż razu pewnego w Paryżu uratował go właśnie z opresji, gdy ten zbyt wiele wina wypił i do sadzawki wpadł. Innym razem w szynku na drodze do Reims, wina zabrakło i Jan rozróbę wszczął. Lukas szynkarza udobruchać musiał groszem, bo chciał straże wołać. Bywało też, że i na odwrót to Jan ratował Lukasa…


…Region ten charakteryzuje się falistą rzeźbą terenu, zbudowaną głównie z piaskowców. Jest to region rolniczy, z dominującymi glebami brunatnymi i rędzinami rozwiniętymi na podłożu lessowym. A że ziemie urodzajne, to czy to dzika roślinność, czy szlachetne uprawy rolne, widoczna gołym okiem jest intensywność wegetacji i hojność plonowania.

To piękny region o bogatej historii i prehistorii odzwierciedlającej przemiany osadnicze i środowiskowe. W początkach państwa polskiego Ziemia Lubelska leżała na pograniczu, przez co była narażona na najazdy. Najeźdźcy palili miasta i wsie. Porywali ludzi, żeby później sprzedać ich w niewolę. I grabili ich mienie, to, które dało się wywieść, a palili i niszczyli zabudowania. Bez względu na to, czy byli to Rusini, czy Tatarzy, były to czasy okrutne. Było tu znacznie mniej bezpiecznie niż w głębi kraju, a więc ziemie te były mniej ludne i zapóźnione w rozwoju cywilizacyjnym. Co trzeba było w późniejszych wiekach nadrabiać.

To wreszcie miejsce życia ludzi, tak kiedyś, jak i dzisiaj, najwartościowszego elementu, a właściwie prawdziwego podmiotu tej ziemi. Region z wyrytą grobami historią i ludźmi z historią wpisaną w krwioobieg. Z zapisanymi traumami poprzednich pokoleń, nie tylko na kartach historii, ale także, a może przede wszystkim, w ludzkim kodzie DNA…


…Lukas powoli, z bólem otworzył oczy. Ból głowy był nie do zniesienia, tym bardziej, że wóz co chwilę podskakiwał na nierównościach drogi. Lukas leżał na zapasach wiktuałów na wozie. Wokół było ciemno, noc. Podniósł się i w tym momencie przypomniał sobie co się stało. Przypomniał sobie Rzym u stóp wzgórza, na którym się zatrzymał. Przypomniał sobie drogę do domu, drogę do Julii. Przypomniał sobie Jana herbu Jelita. I co najważniejsze, przypomniał sobie powitanie, nie, nie uścisk Jana, a polską gorzałkę. Na samą myśl znowu zakręciło mu się w głowie. Usłyszał odgłos kopyt końskich. Wóz zatrzymał się. Dobiegł do niego wesoły głos Jana.

 Żyjesz, to dobrze. Tu zaraz nad rzeką rozbiliśmy obóz, przenocujemy.

Lukas nie szukał swojego konia, dojechał do obozowiska na wozie, jak baba. Tak przynajmniej naśmiewał się z niego Jan. Ogień płonął, kolacja była gotowa, a i gorzałki nie brakło. Lukas niezbyt przekonująco odmawiał, aż w końcu ustąpił i znowu poczuł rozgrzewającą trzewia polską gorzałkę…

Obudził się o świcie. Jan stał oparty o drzewo i patrzył na jezioro, którego wczoraj Lukas nie odnotował w pamięci. Świt był przepiękny, powietrze rześkie. Lukas nie miał nawet kaca, co go zastanowiło. Tafla wody na jeziorze gładka i nieruchoma uspokajała i pozwalała myśleć bardziej przejrzyście. Lukas podszedł do Jana. Uśmiechnęli się powściągliwie. Lukas zapytał.

— Daleko ujechaliśmy od Rzymu?

Na co Jan patrząc przyjacielowi głęboko w oczy odrzekł.

— Przecież postanowiłeś jechać z nami.

Lukas zapatrzył się przed siebie. Przez głowę przebiegły mu wszystkie wcześniej wyciszone myśli. Już wiedział. Jedzie z Janem do Polski.

Tak jak ten dzień i tę noc, tak wiele jeszcze dni i nocy w podróży spędzili razem, Lukas i Jan. Przejeżdżali przez bogatą północną Italię. Przedzierali się przez Alpy, z ośnieżonymi szczytami nawet o tej porze roku. Dotarli do Wiednia w końcu, gdzie zatrzymali się dłużej, bo Jan chciał odwiedzić ciotkę Matyldę. Ciotka, chrzestna matka Jana, przez trzy niedziele nie chciała ich wypuścić. W końcu ruszyli dalej, bo zima się już zbliżała i nie chcieli ryzykować, zimą przez Karpaty się przedzierać.

Kiedy w końcu dotarli na polską ziemię, Lukas zachwycił się jej kolorami jesieni. Drzewa całe w złotych i purpurowych liściach. Widok ten spowodował, że Lukas oniemiał z zachwytu i kolejny raz w swoim życiu żałował, że malarzem nie został.

Na koniec, w Krakowie stanęli na dłużej. Lukas, który całą drogę mowy Jana uczył się, teraz już coraz więcej rozumiał i sam mówić próbował. Śmiał się z jego nieudolności Jan i kpił okrutnie, ale tymi żartami tylko mobilizował Lukasa do nauki…


…Okolice Wysokiego zamieszkałe były już dziesięć tysięcy lat temu, czego dowodem są znaleziska archeologiczne, jak chociażby krzemienne narzędzia, czy fragmenty ceramiki, osady czy cmentarzyska. Znane są znaleziska monet czy elementów uzbrojenia z czasów rzymskich. W tamtych czasach okolice Wysokiego leżały na pograniczu wpływów rzymskich i germańskich, co mogło sprzyjać wymianie kulturowej i handlowej. Już między drugim a piątym wiekiem przez dzisiejszą Lubelszczyznę wiódł szlak bursztynowy, wzdłuż Bugu i Dniestru, do Morza Czarnego. Historycy mówią o istnieniu na tych terenach tak zwanego państwa Dulebów, kulturowo wyraźnie powiązanego z plemionami polskimi. Związki dzisiejszej Lubelszczyzny z innymi dzielnicami państwa polskiego są niejednoznaczne i zmienne w różnych momentach historii. Niewątpliwie korzystny wpływ na dzieje osadniczo-gospodarcze Lubelszczyzny zachodniej wywarła unia polsko-litewska. Lubelszczyzna stała się centralną dzielnicą Rzeczypospolitej, a dotychczasowe zagrożenia zniknęły. Wieki XV i XVI to rozkwit dzięki szlakowi handlowemu znad Morza Czarnego na zachód Europy. Powstawały nowe wsie i nowe miasta. Nastał czas nadrabiania zapóźnień cywilizacyjnych. Wioski i miasta prężnie rozwijały się. Karczowano lasy i zakładano pola uprawne. Wreszcie zaczęto budować kościoły i szkoły. Przybywało ludzi.


…Jan i Lukas wracali właśnie po zwycięskiej wyprawie przeciwko Litwinom, których w bitwie pod Żukowem okrutnie pokarali za ich najazdy na polskie pogranicze. Król Kazimierz Wielki sowicie ich wynagrodził za męstwo i oddanie. Zwalniając ze służby dał parol, że jakby kiedyś w biedę popadli to mają do swojego Pana iść po pomoc, nie po obcych stronach szukać szczęścia. Ciągnęli ze sobą wozy z łupami i nagrodami. Tak długo już byli we własnym towarzystwie, że ostatnimi dniami mało ze sobą rozmawiali. Myślami byli już gdzie indziej. Zresztą rozumieli się bez słów. Cieszyli się na powrót do rodzin, a i pora była przed żniwami, więc chcieli trochę pogospodarzyć. Poczuć, jak wdzięczna potrafi być ta ziemia, gdy się ją dobrze traktuje.

Towarzysze zatrzymali się na nocleg o jakieś pięć mil polskich na południe od Lublina nad niewielkim stawem, z którego wypływała struga. Okolica była już nieco pagórkowata, co dawało przyjemną zmianę po równinach Mazowsza. Wokół stawu rosły stare wierzby. Lukas przyklęknął, nabrał w dłoń źródlanej wody, ze skarpy nad stawem wypływającej i podniósł ją do ust. Woda smakowała wybornie. Poczuł kojący chłód spływający do żołądka. Usiadł na głazie pod jedną z wierzb. Pomyślał, że tak dobrej wody dawno nie pił. Poczuł się jak w domu. Poczuł, jakby tu nie przyjechał, tylko wrócił. Jakby w końcu znalazł się na właściwym miejscu. Uniósł głowę i spojrzał w gwiazdy, które migotały jakoś przyjaźniej niż zwykle. Cykady hałasowały tak głośno, że pohukiwanie sowy ledwo się przebijało. Brzmiało jak solista na tle zbyt głośnego chóru. Może dwadzieścia kroków od niego stał Jan oparty o pień wierzby. Patrzył nieruchomym wzrokiem w te same gwiazdy co Lukas. W ustach trzymał źdźbło trawy.

Lukas krzyknął:

— Czyja to ziemia?

Jan wzruszył ramionami.

 Może być twoja bracie, może być twoja.


Lukas, lub jak mówiła do niego Janka, jego żona, Łukasz, czuł się w Polsce dobrze, jak u siebie. Nauczył się całkiem zgrabnie posługiwać językiem polskim. Lekki akcent dodawał mu tylko światowego nimbu, tak cenionego wśród Polaków. Sny miał jasne i spokojne. Dawne wojny i przygody przypominały mu już tylko blizny. Ze wszystkich miłości pozostała tylko ta jedna, miłość do Janki. Z Janką miał już troje dzieci: Tomasza, Jana i Jagnę. Tomasza po ojcu, Jana po szwagrze, a Jagnę, bo tak chciała Janka. Cieszył się teraz, że już za niedługo wszystkich ich zobaczy. Oby w dobrym zdrowiu, myślał. Jankę poznał i pokochał zaraz po przyjeździe do Polski, z Janem z Jelitowa, kiedy to ich drogi powtórnie skrzyżowały się pod Rzymem. Nie bez znaczenia w tej decyzji, przyjazdu do Polski, była polska gorzałka, może zbyt krzepka dla głowy przywykłej do wina, jak to na południu mają w zwyczaju. Jednak Lukas decyzji tej nigdy nie żałował. Janka była najmłodszą siostrą Jana. Spodobała mu się od razu. Ślub wzięli w Kaszowie pod Krakowem, na Wielkanoc, rok później. Za Janką w posagu, Łukasz dostał dzielnicę Kaszowa, Górką zwaną. I stąd jego przydomek, Łukasz z Górki.


W niepamięć odeszły wojny i podróże. W niepamięć odeszły też dawne miłości. Nie myślał już ani o Amelii, ani o Julii, choć życzył im wszystkiego co dobre. Lukas kochał już tylko rodzinę i tę ziemię, którą wybrał sobie na nową Ojczyznę.

Powstanie Wysokiego

Łukasz Górka

1360

Wysokie założył Łukasz Górka, zwany też Łukaszem z Górki. Według tradycji miało to miejsce w 1360 roku. Łukasz własnym sumptem wystawił zamek obronny, ufundował miasto, i za przywilejem króla Kazimierza Wielkiego w roku 1368, w prawa Magdeburskie uposażył. Warto dodać, że rodzina Górków z małopolski pieczętowała się herbem Janina, pole w polu.

Pierwsza udokumentowana wzmianka o Wysokiem pochodzi z 1376 roku. Jest to umowa sprzedaży części miasta.

Miasto Wysokie zostało lokowane prawdopodobnie na „surowym korzeniu” (łac. in cruda radice) przy wsi o tej samej nazwie. To proces zakładania nowej wsi lub nowego miasta na terenie dotąd niezagospodarowanym, niezamieszkanym i naturalnym, najczęściej wymagający karczunku lasu lub osuszenia terenu. Było to przedsięwzięcie osadnicze, które miało na celu kolonizację nowych obszarów, a jego podstawą było zazwyczaj prawo niemieckie, wprowadzające nowy, ustalony wzorzec organizacji przestrzennej i prawnej dla nowo powstałej osady, a także przyciągało osadników. Dla przykładu. w Polsce lokowane na „surowym korzeniu” były Zamość czy Łódź, na świecie Waszyngton albo Dubaj. Można rzec, że Wysokie w dobrym towarzystwie się znajduje.


Wydaje się prawdopodobne, że było to tak, iż na początku Łukasz Górka założył wieś o nazwie Wysokie, położoną wzdłuż strumienia u stóp góry, na której zaczął budować swoją siedzibę, zamek. Być może osadnicy uczestniczyli w budowie zamku, który niekoniecznie miał już ostateczny kształt. Jednocześnie starał się o prawa lokacji miasta. Gdy je od króla Kazimierza Wielkiego uzyskał, zaprosił do budowy miasta zainteresowanych, którym rozdysponował część ziemi wzdłuż pierzei rynku. Niekoniecznie za darmo. Uzyskane w ten sposób środki pomogły dokończyć budowę zamku i wznieść miasto. Na taki scenariusz wskazywałaby wielość współwłaścicieli Wysokiego, sprzedających swoje udziały zaledwie osiem lat później. Pierwsi współwłaściciele Wysokiego mogli być skoligaceni z założycielem, Łukaszem Górką.


Najpierw wytyczono rynek, który miał kształt prostokąta, z dłuższym bokiem na osi północ-południe, z ratuszem pośrodku. Na południe od rynku zlokalizowano kościół, a przy nim cmentarz. Od rynku odchodziły prostopadłe ulice, zamykając między sobą w miarę regularne obszary pod zabudowę, będące początkiem dzielnic. Na południowy wschód od niego, na wzgórzu znajdowała się siedziba właściciela dóbr Wysokie, w pamięci mieszkańców — Pałacze. W różnych okresach był to zamek obronny, pałac albo dwór. Miasto posiadało też dzielnice, jak Gutanów, Budzyń czy Górszczyzna. W piętnastym wieku Wysokie było jednym z dziewięciu prywatnych miast na Lubelszczyźnie, należącym do różnych rodów szlacheckich. W zależności od potencjału oraz intencji właścicieli czasy dla Wysokiego bywały lepsze lub gorsze.


Miasto posiadało przywileje królewskie do dni targowych. W Wysokiem dniem targowym była środa. W ten dzień odbywał się jarmark oraz targ konny. Prawo do organizowania targów konnych władze miasta odsprzedały w dwudziestym wieku pobliskiemu Turobinowi. Do szesnastego wieku Wysokie posiadało jeszcze prawo do pobierania myta, czyli opłat mostowych. Podróżni mieli obowiązek przejazdu mostem i za ten przejazd płacili. Zgodnie z prawem omijanie mostu i przeprawianie się brodem było zagrożone karą. W szesnastym wieku obowiązek ten został zniesiony.


Nie ma żadnych udokumentowanych źródeł etymologicznych nazwy Wysokie. Można chyba jednak przyjąć, że nazwa ta pochodzi od ukształtowania terenu. Jadąc od północy, czyli od Lublina, teren zaczyna się podnosić i fałdować. Zresztą obszar ten nazywa się Wyniosłością, a więc związek wydaje się, jeśli nie oczywisty, to przynajmniej możliwy. Znane są etymologiczne wyjaśnienia innych miejscowości o takim lub podobnym brzmieniu i wywodzą się one od ukształtowania terenu. Przez analogię możemy więc chyba przyjąć to również jako źródła nazwy naszego Wysokiego.


Od założenia, przez ponad czterysta lat, wieś przylegająca do Wysokiego nosiła nazwę Wysokie Wieś. Od początku dziewiętnastego wieku w księgach parafialnych zaczynają pojawiać się naprzemiennie Wysokie Wieś i Dragany. W końcu zostają już tylko Dragany.

Z przekazów ustnych słyszymy, że nazwa Dragany wzięła się od stacjonującego tu oddziału dragonów. Być może część żołnierzy nawet się osiedliła. W kronice parafialnej trafiamy na dwa zapisy dotyczące pochodzenia nazwy Dragany. Jeden z nich jest bardzo lakoniczny, wspominający o stacjonowaniu oddziału dragonów, i tu podaje się nawet, że byli to dragoni węgiersko-tureccy. W innym miejscu tej samej kroniki jest wspomnienie o usytuowaniu na łąkach przy wsi Wysokie Wieś stajni dla koni stacjonującego oddziału dragonów.

Dragoni to oddziały wojska walczące jako piechota, ale przemieszczające się konno, powstałe na przełomie szesnastego i siedemnastego wieku we Francji. Swą nazwę najprawdopodobniej wzięli od smoka (fr. dragon) umieszczanego na sztandarach pierwszych oddziałów. W Polsce pierwsze oddziały dragonów zaczęły się pojawiać ponad sto lat później, na początku osiemnastego wieku.

Kiedyś przejeżdżałem we francuskiej Prowansji przez miasteczko Draguignan. W zapisach średniowiecznych pojawia się zapis nazwy tego miasta jako Draguiniano. Nazwa ta pochodzi co prawda nie od późniejszych oddziałów dragonów, ale także od smoka, co może potwierdzać symbolika miejska. Jednak jeśli chodzi o brzmienie to robi się swojsko.


Pierwszym znanym wójtem Wysokiego był Jan Lubek (Łubek) pochodzący ze wsi Łubki, której był właścicielem. Urząd ten sprawował od 1409 do 1417 roku.

Warto dodać, że Wysokie jest rówieśnikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, który został założony przez Kazimierza Wielkiego w roku 1364.

W roku założenia Wysokiego, 1360, Anglia i Francja podpisują traktat w Brétigny, kończący pierwszą fazę Wojny Stuletniej. Francja wprowadza do obiegu nową walutę, franka.

W roku uzyskania przez Wysokie praw miejskich, 1368, w Chinach rozpoczyna się budowa obecnej wersji Wielkiego Muru Chińskiego.

W Polsce król Kazimierz Wielki wydał w tym samym roku Statut Żupny, który przekształcił kopalnie soli w przedsiębiorstwa królewskie.

W tym okresie Kazimierz Wielki znacząco umacnia granice państwa i powiększa jego terytorium. Na mocy układu z margrabią Ottonem V do Polski przyłączono część ziem Marchii Brandenburskiej. Na wschodzie zaś, walcząc z Tatarami, Kazimierz Wielki przyłączył do Polski Ruś Halicką, stabilizując w ten sposób kraj.


Sam założyciel Wysokiego, Łukasz Górka, mężczyzną był postawnym, wysoko głowę noszącym. Szczupły i wyprostowany, szybkim krokiem się poruszał. Impulsywny i skłonny do zwady, jak na polskiego szlachcica przystało. Sprawiedliwym jednak był i potrafiący zdanie przemyśleć. Musiał on widzieć potencjał w miejscu, na którym założył miasto. Musiał też być zamożnym, skoro stać go było na wzniesienie zamku. Był też człowiekiem skutecznym, bo do samego króla dotarł i przywileje miejskie uzyskał. Człowiek z wizją i kapitałem. Człowiek konsekwentny w działaniu, plany swoje realizujący. Taki w każdych czasach i w każdym miejscu jest mile widziany, a wręcz potrzebny. I taki może wiele dobrego zdziałać dla siebie i dla ludzi…

Takim właśnie człowiekiem z wizją był Łukasz Górka.

Bidzińscy i Kaszowscy

początki

Przez pierwsze lata istnienia Wysokie miało kilku współwłaścicieli, a byli to, Wrocław, Dobiesław i Nieczuja. Oni to wraz z synami w roku 1376 sprzedają swoje udziały Sięgniewowi z Konar.

Od roku 1378 właścicielem Wysokiego był już Jaśko z Bidzin, czyli Jan Bidziński, chorąży sandomierski. W tym czasie współwłaścicielem był Tomisław, który pochodził z Wysokiego i był kasztelanem lubelskim. Podpis Tomisława figuruje na dokumencie z 1382 roku. Bidzińscy sygnowali się, tak jak Górkowie, herbem Janina. Na początku piętnastego wieku jako współwłaściciele Wysokiego występują Bidzińscy i Kaszowscy. Nie ma twardych dowodów, ale pośrednie wskazują, że Bidzińscy władali Wysokiem do końca pierwszej połowy szesnastego wieku. Potem Wysokie wraz z okolicznymi dobrami w całości dostało się, najprawdopodobniej w wyniku dziedziczeń i rozliczeń rodzinnych, Kaszowskim, również herbu Janina. Tak więc Górkowie, Bidzińscy i Kaszowscy, rody związane przez pierwsze dwa wieki z Wysokiem, to rody jednego herbu, Janina. A były to polskie domy (rody) starodawne i zacne.

Po śmierci Jana Wysokie odziedziczył syn jego Dziersław, chorąży lubelski (1435), a po nim jego spadkobiercy, Mikołaj, Jan i Łukasz Kaszowscy.

Syn Dziersława, Mikołaj, w latach 1473-1481 walczył z Turkami jako kanclerz jerozolimski w obronie wyspy Rodos. Otrzymał on podobno nawet różne przywileje i odpusty dla siebie i swoich potomków.

Około 1530 roku Wysokie zostało zniszczone przez Tatarów. Spaliły się również przywileje miejskie nadane przez króla Kazimierza Wielkiego. Łukasz Kaszowski wznowił przywileje miejskie dla Wysokiego u króla Zygmunta I, co świadczy o znaczącej pozycji rodu Kaszowskich. Uzyskanie łaskawości królewskiej w tamtych czasach nie było łatwe.


W czasie gdy Tatarzy plądrują i palą Wysokie, Rzeczypospolita ponosi klęskę pod Chocimiem w wojnie z Mołdawią. W Krakowie ma miejsce koronacja Zygmunta Augusta na króla Polski, jeszcze za życia ojca (vivente rege).

Za panowania Zygmunta Augusta, około roku 1570, znajdujemy dziedzicem Wysokiego Piotra Kaszowskiego, sędziego ziemskiego lubelskiego. Sławnego kanclerza Rzeczypospolitej Babińskiej, którą ze szwagrem swoim Stanisławem Pszonką, też herbu Janina, założyli.


Piotr Kaszowski i Anna z Pszonków mają trzech synów, Piotra, Łukasz i Jana. Po śmierci ojca, Piotr i Łukasz, w 1597 roku dzielą sie majątkiem ojca. Jan nie uczestniczy w tym podziale. Granica podziału przebiega po drodze na zachód i wschód od młyna wodnego we Wsi Wysokie, obecnie Dragany. Północną część otrzymał Łukasz, wraz ze dworem w Wysokiem, starą siedziba Kaszowskich. Południową część otrzymał Piotr, który zbudował Nowy Dwór. W tym podziale były enklawy, w południowej części były łąki Łukasza, a Piotr posiadał część miasta. Piotr otrzymał w mieście pierzeję wschodnią, południową i pół zachodniej, a Łukasz północną i pół zachodniej. Browar i gorzelnia na Budzyniu pozostają wspólne, tak samo jak lasy.

Akt podziału z roku 1597, spisany w obecności wspólnych przyjaciół: Ich Mościów Jana Stoińskiego, sędziego grodzkiego lubelskiego; Jana Kaszowskiego, brata stających do działu; Stanisława Pszonki, wója tychże; Stanisława Piczkowskiego, komornika ziemskiego lubelskiego, jest najstarszym zachowanym pełnym spisem mieszkańców Wysokiego. Podział ten zasadniczo utrzymał się do 1748 roku. W akcie tym nie tylko dokonano podziału ziemi, ale również zostały omówione i przypisane do dzielnic kompetencje władz miejskich.

Jan Kaszowski, syn Piotra i Anny, ożenił się z Elżbietą Gorajską, a po jej śmierci z Zofią Firlej. Był rotmistrzem Jego Królewskiej Mości, starostą sokalskim i beresteckim. Przeniósł się na Wołyń, gdzie był posiadaczem około stu wsi oraz ośmiu miasteczek.


Dnia 12 stycznia 1598 roku Wysokie płonie. Spaliło się 120 domów. Ratusz i kościół ocalały.


W tym czasie nastaje dla Rzeczypospolitej złoty wiek. Po rozejmie zawartym z Moskwą w Diwilinie w roku 1619, Polska osiąga największy w swojej historii obszar, blisko 1 mln km². Pogranicze jak zawsze narażone jest na najazdy i wojny, ale wewnętrzne dzielnice państwa rozwijają się i bogacą. Dopiero potop szwedzki przerwie ten dobry dla Polski czas.


Jaśko z Bidzin był mężczyzną potężnej postury o wolnych ruchach, jakby się zastanawiał, czy na pewno idzie tam, gdzie zamierzył. Niektórzy Kosmą go zwali. Nie wiadomo, czy określenie to z litewskiego języka pochodziło, czy też lokalnym, jemu tylko przypisanym przezwiskiem było. Kosma z litewskiego to niedźwiedź i to słowo jako opis postaci pasowało do niego znakomicie. Długo decyzje swoje trawił, ale raz podjęte starał się utrzymywać. Słowo raz dane, za prawo uważał. Tak szanował słowo swoje i tego oczekiwał od innych.


Jaśko wybierał się na wojnę z Krzyżakami w 1409 roku. Poczynił już nawet zaawansowane przygotowania. Wszedł jednak w zatarg ze spadkobiercami swojego dawnego przyjaciela Dymitra z Goraja i w wyniku obrażeń odebranych w czasie potyczki, ledwo z życiem uszedł i długo do siebie dochodził. Nie mógł więc uczestniczyć w bitwie pod Grunwaldem. Król Władysław Jagiełło musiał dać sobie radę z Krzyżakami sam.

W czasie tym Jaśko poczynił zobowiązania, że kościół ufunduje, i tak, po powrocie do zdrowia zrobił, bo słowa zawsze dotrzymywał.


W połowie piętnastego wieku kronikarz Jan Długosz pisze, że miasto Wysokie to ważny punkt handlowy. Dziedzicem Wysokiego wspomina Jana z Kaszowa, herbu Janina — Jana Kaszowskiego. Opisuje też położony na wzgórzu zamek warowny Górków.

Lubienieccy, Pszonka i inni

wiek XVII

Około roku 1600 Łukasz Kaszowski, syn Piotra i Anny, odsprzedaje swoją część Wysokiego Pawłowi Lubienieckiemu, herbu Rola. Po nim dziedziczy jego syn Mikołaj, rotmistrz królewski, członek wspólnoty braci polskich, poseł województwa lubelskiego na sejm.


Piotr Kaszowski, syn Piotra i Anny, przeniósł się do Bełza, gdzie jego syn Wacław był sędzią ziemi Bełzkiej. Piotr swoją część odsprzedał Adamowi Pszonce, który po wydaniu córki Anny za Mikołaja Serbinowicza herbu Leliwa dał im w wianie tę część Wysokiego.


Zarówno Lubienieccy, jak i Serbinowicz byli arianami, dlatego też Wysokie na dłuższy czas stało się ich ośrodkiem. Gdy w 1656 roku król szwedzki zdobył Lublin, to Lubienieccy stanęli po jego stronie. W tym czasie w Wysokiem u Lubienieckich i Serbinowicza stacjonowała załoga szwedzka. Zdrada polskiego króla skończyła się dla obu rodzin źle. Aleksander i Krzysztof Lubienieccy zginęli jako zdrajcy po zdobyciu Tykocina, a Mikołaj Lubieniecki został pozbawiony majątku i wypędzony z kraju.


W czasie potopu szwedzkiego Wysokie zostaje w znacznym stopniu zniszczone. Wokół Wysokiego mają miejsce liczne, mniejsze lub większe potyczki zbrojne, wspominane przez miejscowych jako bitwy. Dziadkowie jeszcze długo opowiadali o nich wnukom przy trzaskającym ogniu w kominie i trzaskającym mrozie na dworze, ku przestrodze i ku pokrzepieniu.

Jedna z takich potyczek ma miejsce pomiędzy Wysokiem i Giełczwią, przy drodze na Kajetanów. Miejscowi nazywali to miejsce „Mogiłkami Szwedzkimi” ze względu na pochowanych tam poległych Szwedów.

Drugim takim miejscem była „Zabita Góra”, miejsce potyczki i mogił, w lesie za Łosieniem i Giełczwią.

Najpierw kopce mogił zrównały się z ziemią, potem ludzie zapomnieli od czego wzięły się nazwy tych miejsc, a dzisiaj nawet te nazwy zniknęły z języka potocznego. Tak znika historia i pamięć o niej.


Część Wysokiego po Lubienieckich, za zasługi dla króla, otrzymał w 1659 roku Stanisław Miłowski herbu Sulima, który odstąpił ją za dług Andrzejowi Jełowieckiemu, herbu własnego. W 1676 roku część ta należała już do Ludwika Jezierskiego (Jeziorkowskiego), dopiero co nobilitowanego w 1650 roku do herbu Kościeszna.

Po wypędzeniu arian z Polski w 1663 roku Wysokie pospiesznie opuścił też Serbinowicz. Wtedy spaleniu uległy wszystkie jego zabudowania. Rok później tę część Wysokiego nabywa Wawrzyniec Domaszewski, herbu Jastrzębiec, ożeniony z Zofią Kochanowską. Po nim dziedziczy jego syn Kazimierz.

W 1689 roku tę część Wysokiego nabywa Krzysztof Dłużewski, herbu Pobóg.

Jak widać w tym okresie Wysokie miało wielu współwłaścicieli, którzy dość często zmieniali się. Nazwiska jednych zapisują się lepiej, innych gorzej w historii Wysokiego. Wszyscy jednak należeli do elity społecznej tamtych czasów. Nazwiska wszystkich właścicieli Wysokiego znajdujemy w herbarzach.

Jabłonowscy

schyłek i upadek Pierwszej Rzeczypospolitej

Z początkiem wieku osiemnastego, a dokładnie w roku 1700, właścicielem części Wysokiego staje się Stanisław Jabłonowski, herbu Prus III, kasztelan krakowski i hetman wielki koronny. Wielki wojownik. Jeden z największych hetmanów Rzeczypospolitej. Uczestnik wojny ze Szwedami, kampanii chocimskiej i odsieczy wiedeńskiej, podczas której dowodził prawym skrzydłem husarii. Po śmierci króla Jana III Sobieskiego kandydował do ręki królowej i korony. Po jego śmierci w 1702 roku Wysokie przejął syn, książę Jan Stanisław. W 1755 roku wnuk Jana, Kajetan Jabłonowski, podnosi Wysokie do godności hrabstwa, jak i siedem innych jego majętności. Siemiatycze i Maryampol podniósł do godności księstwa. Książę Kajetan znany był z ponadprzeciętnej pychy i zarozumiałości. W swojej rezydencji posiadał obraz, na którym jest namalowany on sam uchylający czapki przed Matką Boską, która zwraca się do niego po francusku „Couvres-vous, mon cousin”, co po polsku brzmi, „Niech pan założy nakrycie głowy, kuzynie”.

W międzyczasie Jabłonowscy stają się jedynymi właścicielami Wysokiego, odkupując w 1748 od Franciszka Dłużewskiego ostatnią część Wysokiego i posiadają je niepodzielnie do 1839 roku.

W przytoczonym wyżej roku 1755 Szwedzi zajmują Warszawę i Kraków.  W 1702 roku ma miejsce przegrana przez Polaków bitwa pod Kiszowem. Był to ostatni wielki bój słynnej polskiej husarii, która tym razem nie sprostała szwedzkim kirasjerom. W tym dniu zakończyła się wielka epoka polskiego oręża.

Książę Jan Kajetan i Anna Jabłonowscy byli bezdzietni, dlatego majątek Wysokie wraz z Zakrzewem, mocą działu spadkowego z dnia 15 grudnia 1801 roku, przypadł bratankowi księcia, Maciejowi Jabłonowskiemu. Wartość tego spadku określono na sumę 566 582 złotych. Po objęciu dóbr książę Maciej podarował chłopom 3000 dni zaległej pańszczyzny. Wykończył też wnętrze kościoła zbudowanego przez Annę Jabłonowską. Wykończenie to było dość osobliwe, bo ołtarz ustawiono po środku kościoła. Przed ołtarzem było miejsce dla prostych wiernych, za ołtarzem zaś swoje miejsce miała szlachta.

W dniu 25 czerwca 1822 roku książę Maciej przekazał Wysokie swojemu synowi Ludwikowi, samemu osiadając w Krakowie na emeryturze płaconej przez Ludwika.

Dwaj synowie Ludwika, Feliks i Maurycy, pełnili służbę wojskową i zostali generałami austriackimi. Natomiast trzeci syn Ludwika, Karol, gdy dorósł, pomagał ojcu w zarządzaniu majątkiem. Po ślubie z Eleonorą Skarbek Karol przeniósł się do dziadka, księcia Macieja, i zamieszkał w Krakowie. Zasiadał w zarządzie dróg żelaznych. Był tez prezesem Banku Kredytowego we Lwowie.


W latach 1800-1826 zarządcą majątku Jabłonowskich był Grzegorz Gordaszewski, a następnie, aż do roku 1840, był wójtem Wysokiego. Był to człowiek ze wszech miar uczciwy i sprawiedliwy jako prawdziwy chrześcijanin. Ufundował on w 1845 roku statuę Matki Boskiej dla Wysokiego. Miał on bardzo wyidealizowaną, wręcz osobliwą filozofię życia. Przyjmował wszystko jako wolę boską tak w teorii jak i w praktyce. Powszechnie znana była opowieść jak to złodzieje okradli go w Starym Dworze i uciekali droga na Żółkiewkę. Wszyscy szykowali się do pościgu, a Gordaszewski zakazał go. Stwierdził, że widocznie tak miało być z woli Boga, że być może skradzione przedmioty lepiej posłużą tym ludziom niż jemu samemu, prawowitemu właścicielowi. Gordaszweski zmarł w wysockim szpitalu w wieku 85 lat wśród ubogich i żebraków.


Za Jabłonowskich, bo w 1820 roku, doszło do upadku Wysokiego. Car Aleksander I z dniem 31 stycznia 1820 roku pozbawia Wysokie praw miejskich. Wysokie staje się bezpańszczyźnianą osadą.

W tym samym roku zniesiono hiszpańską inkwizycję i rozpoczyna się rozpad Hiszpańskiego Imperium w Ameryce łacińskiej.

W 1863 roku, w powstaniu styczniowym, udział wzięli mieszkańcy Wysokiego i okolic, w tym Stanisław Fiut z Wysokiego i Jan Jabłoński z Dragan.

Prawda, że niektóre nazwiska brzmią znajomo do dzisiaj? Jeszcze bardziej swojsko robi się, gdy wymienimy niektórych wójtów dziewiętnastowiecznych, jak Żyśko, Sadło, Bratos czy Błotniak…


Znaczny wpływ na rozwój Wysokiego miała Księżna Anna Paulina z Sapiehów Jabłonowska (1728-1800). Córka Karoliny Teresy z Radziwiłłów i Kazimierza Leona Sapiehy. Doskonale wykształcona. Mecenas kultury i sztuki. Obyta, podróżująca dużo po Europie. Postępowa i nowoczesna w myśleniu, wyprzedzała swoją epokę. Patriotka, popierała konfederację barską.

Na swoich dworach gościła najznamienitsze postaci tamtego czasu, nie tylko Polski, ale i Europy. Jej siemiatycki pałac odwiedzili między innymi król Stanisław August, cesarz Józef II, następca tronu rosyjskiego wielki książę Paweł z żoną Dorotą Wirtemberską. Ale także Stanisław Staszic, Ignacy Krasicki, Hugo Kołłątaj, Adam Naruszewicz, Stanisław Trembecki i wiele, wiele innych sław tamtego wieku.

Co prawda nie rezydowała tu w Wysokiem na stałe, ale dbała zarówno o zlokalizowany tu pałac jak i o samo miasto. Dzięki jej zarządzaniu i dbałości Wysokie posiadało szpital zlokalizowany przy zabudowaniach plebańskich oraz szkołę elementarną, utrzymywaną przez dziedzica. Dla unormowania obowiązków poddanych i urzędników opracowała „Ustawy powszechne dla dóbr moich zarządców”. Był to dokument ze wszech miar nowoczesny, ujednolicający i ułatwiający sposób zarządzania dobrami. Dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, procedury i normy oraz dobre praktyki w jednym.

Za jej życia Wysokie było typowym miastem szlacheckim, z rozwiniętym rolnictwem i rzemiosłem.

Na terenie dóbr Wysockich znajdowały się, zorganizowane przez księżnę Annę Jabłonowską, dwie gorzelnie, browar na Gutanowie, wiatrak, cegielnia, wapniarnia i smolarnia. Poszczególne wsie liczyły: Dragany — 70 osadników, 1228 mórg; Słupeczno — 19 osadników, 406 mórg; Maciejów Nowy — 34 osadników, 402 morgi; Maciejów Stary — 21 osadników, 446 mórg; Zabłocie — 6 osadników, 162 morgi; Giełczew — 162 osadników, 3147 mórg; Radomirka — 4 osadników, 114 mórg; osada Wysokie — 48 osadników, 778 mórg…


Księżna Anna ufundowała w Wysokiem pierwszy kościół murowany z kamienia polnego, oraz austerię, czyli w dzisiejszym rozumieniu zajazd z wyszynkiem i pokojami na wynajem, usytuowaną w pierzei południowej rynku.

Do dzisiaj główna ulica Wysokiego nosi imię Rynek Jabłonowskich. Nie zapisały się więc rządy Jabłonowskich w Wysokiem jakimś bólem albo niechęcią mieszkańców, skoro nazwa została po zmianie właścicieli.


Księżna Anna Jabłonowska oprócz starannego wykształcenia i obycia cechowała się dumną i godna postawą. Mawiała powoli i z namysłem. Używała słów koniecznych i ważkich, dobrze temat opisujących. Nosiła się elegancko, ale zawsze odpowiednio do okoliczności, z wyraźnym upodobaniem wygody i swobody ruchu. Tak jak w mowie, tak i w ubiorze, nie przesadzała z ozdobnikami i dodatkami. Gdy potrzeba była, potrafiła chodzić szybko i sprawnie, na podwodę nie zawsze czekając. Uśmiech na twarzy gościł z rzadka, ale oblicze miała pogodne, tak jak i całe usposobienie.


W roku śmierci księżnej Anny Jabłonowskiej, Alessandro Volta skonstruował pierwsze ogniwo galwaniczne (baterię elektryczną) i powstaje Bank Francji.

W tym samym czasie we Włoszech formowane są Legiony Polskie.


W latach trzydziestych dziewiętnastego wieku Jabłonowscy wydzierżawiają Wysokie Żydowi, Majerowi Wolfowi Fenersteinowi. W 1839 roku sprzedają Wysokie baronowi Kajetanowi Cyriak Karnickiemu. Karnicki na stałe przebywał w Galicji. W jego imieniu majątkiem Wysokie zarządzał Stanisław Wieniarski, ojciec późniejszego literata Antoniego Wieniarskiego.

Zamoyscy

ordynacja

„Takie będą Rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie”.

Jan Zamoyski

Zamoyscy to polski ród szlachecki o przydomku — Saryusz i zawołaniu — To mniej boli. Pieczętowali się herbem Jelita. Ród wielki w uczynkach i zasługach, a także zamożny i utytułowany. Za protoplastę rodu uznaje się Floriana Szarego.

Najważniejszym przedstawicielem rodu jest bez wątpienia Jan Zamoyski (1542-1605), Kanclerz wielki koronny i Hetman wielki koronny, jeden z najbardziej wpływowych polityków Rzeczypospolitej. Założył Ordynację Zamojską w 1589 roku. Założyciel Zamościa (1580) i Akademii Zamojskiej (1600). Budowniczy twierdzy Zamość, jednej z najlepiej zaprojektowanych renesansowych twierdz Europy. Zamojski rynek wraz z ratuszem daje Zamościowi prawo do tytułu „perły renesansu” i jest dowodem potęgi rodu Zamoyskich. Zamość nazywany jest czasem „Padwą północy”.


W dniu 2 stycznia 1865 roku hrabia Franciszek Salezy Sołtyk, herbu własnego, sprzedaje, nabyty dwa lata wcześniej od barona Karnickiego, majątek Wysokie wraz z Giełczwią Józefowi Zamoyskiemu, bratu XIV ordynata Tomasza Zamoyskiego. Józef zmarł bezdzietnie, więc jego majątek, a w tym Wysokie, dziedziczy po nim brat Tomasz Zamoyski. Hrabia Sołtyk, polski skrzypek i kompozytor w tym samym roku umiera.

Od roku 1868, za zgodą cara Aleksandra II, dobra Wysokie wchodzą w skład ordynacji Zamoyskich i pozostają w niej do końca drugiej wojny światowej, a dokładnie do reformy rolnej z 1944 roku.

Jan Tomasz Zamoyski był szesnastym i ostatnim ordynatem Ordynacji Zamojskiej. Po nacjonalizacji majątku ordynacji dostał formalny zakaz zbliżania się do Zamościa na odległość mniejszą niż sto kilometrów. Jego syn, Marcin Zamoyski, w czasach współczesnych pełnił urząd wojewody zamojskiego, prezydenta Zamościa i nadal działa na rzecz miasta Zamościa.


Ordynacja Zamojska była jednym z największych prywatnych majątków w Europie. Istniała od 1589 do 1944 roku. Było to sprawnie zarządzane przedsiębiorstwo, nastawione na optymalizację zysku. Ordynat zarządzał majątkami poprzez plenipotentów, urzędników i pracowników. Ordynacja Zamojska miała ogromny wpływ na rozwój gospodarczy i kulturalny Lubelszczyzny, a więc i na Wysokie, i jego mieszkańców.

W połowie dziewiętnastego wieku obszar ordynacji wynosił 373 723 hektary i był zamieszkały przez 107 764 osoby. Na terenie jej znajdowało się dziewięć miast: Goraj, Janów, Józefów, Kraśnik, Krzeszów, Szczebrzeszyn, Tarnogród, Tomaszów i Turobin, 291 wsi, 116 folwarków, 41 młynów, 8 browarów, 7 gorzelni, olejarnia, maglarnia, likiernia, tartaki, cegielnie i wapienniki.


W 1876 roku, na skutek reformy sądownictwa w Królestwie Polskim, przeniesiono do Wysokiego z pobliskiego Turobina Sąd Gminny.

W latach 1887-1890 przez Wysokie przeszła epidemia cholery, w wyniku której zmarła ponad połowa mieszkańców miasta i okolic.

W okresie II Rzeczypospolitej do majątku Wysokie dochodziła kolejka wąskotorowa zbudowana przez Ordynację Zamojską. Kolejką tą można było dojechać do Klemensowa, nowej siedziby rodu Zamoyskich, a dokładnie do należącej do nich cukrowni Klemensów.


Zamoyscy nabyli dobra wysockie tuż po zniesieniu pańszczyzny, ukazem cara Aleksandra II z 19 lutego, ogłoszonym 2 marca 1864 roku. Ukaz nadał na własność chłopom użytkowaną przez nich ziemię, wprowadzając jednocześnie obowiązkowy podatek gruntowy. Motywacją cara nie tyle była poprawa sytuacji pańszczyźnianych chłopów, ile zniechęcenie ich do powstania styczniowego. Faktem jest jednak, że to zaborcy ostatecznie znieśli pańszczyznę na ziemiach polskich. Przez dziesięciolecia trwały jeszcze spory o serwituty, prawa dworów do lasów i pastwisk.

Bartłomiej Sadło, mój prapradziadek, ukazem cara został uwłaszczony na 28 morgach i 83 prętach ziemi rolnej w Draganach. Dodatkowo otrzymał morgę lasu w Lesie Wysockim oraz morgę łąki pod wsią, dzisiaj zwaną Zabłociem. Jeszcze w pierwszej połowie dwudziestego wieku będącej częścią Dragan.

Wielcy, znani, pamiętani

Mieszkańcy

wspaniali ludzie

…Ludzie tu spokojni, pracowici i pobożni, a ich mowa bliższa polszczyźnie literackiej niż tej z okolic Warszawy czy Krakowa. Nie wspominając już odleglejszych dzielnic jak Śląsk czy Kaszuby. Jeśli ktoś wyszedł z domu to mówi, że jest na dworze, czyli po polsku, a nie jak na Mazowszu, że jest na dworzu, czy w Małopolsce, że jest na polu.

Mieszkańcy tutejsi mają oczywiście swoje regionalizmy z dawnych czasów i to właśnie one dodają uroku i wyjątkowości mowie miejscowej. Dodają tej mowie akcentu, smaku i klimatu. Bo tylko tutaj można mieć brejdaka i ten brejdak może podfanażyć oko absztyfikantowi co się pyrgał do brejdaczki jego i on teraz kuca przed nim. Można też pójść do lassu na jagody, a czapka może wiśsieć na kołku.

Jak gospodarz szedł w pole, a spotykał sąsiadów już przy pracy będących, to zdejmował nakrycie głowy i donośnie z szacunkiem mówił — Szczęść Boże — na co tamci odpowiadali — Daj Boże, Bóg zapłać…

Pamiętam taką przypowieść jak ojciec syna uczył. Mówił mu, żeby zawsze w nowych butach chodził, co znaczyło w czystych, wypastowanych, a nie w nowo kupionych. Zalecał też, żeby nikomu „dzień dobry” nie mówił, co oznaczało, że powinien wcześnie do pracy na pole wychodzić. Wtedy wszyscy później idący będą mu się kłaniać i pierwsi pozdrawiać. Nie żeby gburem był i chamem.


Z Lubelszczyzną związanych jest wielu wybitnych pisarzy epoki Renesansu, w tym Mikołaj Rej, który w Rejowcu, a więc na Lubelszczyźnie wychwalał miejscowe krajobrazy i zwyczaje pisząc:


"...niechaj się każdy swej ziemi trzyma,

bo tam pożytków niemała gmina…”


Najbardziej chyba znanym zdaniem Mikołaja Reja jest jego słynne:


„A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”.


Także Jan Kochanowski będący dworzaninem Jana Firleja wychwalał tutejszą ziemię i jej przyrodę :

„…Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie,

Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie…

…Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,

Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają”.

Pisał te słowa być może z myślą o Czarnolesie, ale leżał on blisko i w tym samym krajobrazie,

albo pochwała życia prostego:

"...wsi spokojna, wsi wesoła,

który głos twej chwale zdoła…”

Toż to wypisz wymaluj wieś lubelska jaką pamiętamy z dzieciństwa, tak przecież jeszcze nieodległego, tylko kilkadziesiąt lat temu.


Ignacy Krasicki, przejeżdżając przez Wysokie w roku 1782, zatrzymał się w nim dwukrotnie, a wychwalał je wierszem i takie dał świadectwo rządom Księżnej Anny Jabłonowskiej, ówczesnej właścicielki i patronki miasta:

„… I stanęliśmy w Wysokiem.

Gdzie wdowa, a niemodna, z zgorszeniem Warszawy,

Zamiast gotowalnianej, istotnej zabawy:

Podłą się pracą bawi, śmie myśleć o roli,

I w pośród kmieci swoich bardziej mieszkać woli

Niż błyszczeć w wielkim świecie…

...

...Wszystkim chłopom, mieszczanom tego losu życzę,

Jakie mają Wysokie, Kock i Siemiatycze."

Wysokie, Kock i Siemiatycze to majątki Jabłonowskich, a w czasie gdy Ignacy Krasicki rymował, to księżna Anna Jabłonowska sprawnie zarządzała nimi na pożytek swój i mieszkańców.

Jestem pewien, że gdyby Reymont urodził się na Lubelszczyźnie to też dostałby Nobla, tyle że za Chłopów Lubelskich.

Piotr Kaszowski

1520-1592

Wokół zamku sędziego Piotra Kaszowskiego w Wysokiem rosną stare, wielkie dęby pamiętające jeszcze wyprawy Bolesława Chrobrego na Grody Czerwieńskie, a może i pogańskie zwyczaje. Rozłożyste korony dają cień w letnie, upalne południa, ale osłaniają też przed nagłymi ulewami, gdy pod dach nie zdążyło się dobiec. Pod największym drzewem, z widokiem na dachy zabudowań Wysokiego, ale też z panoramą na niwy i Górę Tarnawiecką, Pan Piotr polecił urządzić ławę z oparciem. Siadywał tam gdy tylko czas i okoliczności pozwalały. Często, z piórem w ręku, przerywając zamyślenie, zapisywał coś, co wydało mu się warte pamięci. Tak było przez całe lata.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 53.72