E-book
15.75
drukowana A5
55.03
Wyśniony urzędnik

Bezpłatny fragment - Wyśniony urzędnik


Objętość:
325 str.
ISBN:
978-83-8440-918-3
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 55.03

Rozdział 1

Droga Pani bibliotekarko

Piszę do pani ten list, bo pragnę podzielić się dobrymi nowinami. Znalazłam wreszcie nową pracę na stałe, z dobrym wynagrodzeniem, więc mam szczerą nadzieję ustatkować się i rozpocząć dorosłe życie, właśnie tak jak mi pani wielokrotnie doradzała. Jestem szczęśliwa, że te wszystkie nasze wspólnie układane plany okazały się możliwymi do realizacji. Zawsze miałam do pani wielkie zaufanie i byłam pewna, że za tą skromną osobą kryją się olbrzymie możliwości i fenomenalne talenty.

Jestem przekonana, chociaż własne przekonanie nie oznacza jeszcze stuprocentowej pewności, że zdołam wreszcie zrealizować swoje marzenia. Pewnym zadatkiem w tej materii jest fakt, iż udało mi się otrzymać pracę w poważnym, prawdziwym urzędzie państwowym. Już za dwa dni mam się zgłosić do pracy.

Oczywiste jest, że poszłam obejrzeć sobie ten budynek. Wygląda bardzo okazale, więc musi tam pracować sporo urzędników. Już niedługo stanę razem z nimi w jednym szeregu. Na samą myśl o tym aż mnie skręca z radości.

Widziałam wielu interesantów wchodzących do urzędu. Same poważne osoby, w garniturach i garsonkach, pod krawatami, z apaszkami, z nienagannymi fryzurami. Właśnie sobie uświadomiłam, że będę musiała, tak samo jak moja ciocia Asia, chodzić do fryzjerki co najmniej raz w tygodniu, a może nawet częściej. Trzeba będzie tak jak ona zarezerwować sobie stały termin na czesanie moich kudłów.

Jutro jadę na zakupy, żeby sobie sprawić stosowne ubrania, bo kolorowe szorty pasują raczej do własnego pokoju, a nie do pracy. Spodnie z modnymi dziurami też trzeba będzie odłożyć na półkę. Mam już gotową listę tego co powinnam kupić. Układałam ją przez cały wczorajszy wieczór, bo co chwilę coś mi się przypominało, więc musiałam dopisywać. Mam nadzieję, że wystarczy mi pieniędzy. Naturalnie, mama pojedzie ze mną, więc razem z całą pewnością podołamy temu zadaniu.

Na razie nic nie powiedziałam moim koleżankom z dzielnicy. Powiem im jak już będę wiedziała co i jak, bo gdyby te plotkary zasypały mnie pytaniami, to nie potrafiłabym nic odpowiedzieć. Patrzyłyby na mnie z politowaniem i uważały, że jestem wredna suka, bo nie chcę im zdradzić swoich tajemnic. Jak już mnie zobaczą maszerującą w garniturze do pracy, to od razu powinny zrozumieć, że zmienił się mój status.

Już nie będę więcej „dziołchą z dzielni”, jak mawiają kolesie z ławeczki przy sklepie spożywczym. Ci to już wcale nie będą mnie interesować. Nigdy już nie będę im kupowała piwa ani taniego wina. Moja dobroduszność nie będzie oznaczała zgody na pijaństwo ani szarpanie się z pijakiem, którego trzeba odstawić do domu pod opiekuńcze skrzydła anioła, czyli starej i schorowanej matki. Jak chcą pić, to niech sobie sami zarobią, a jak się który wykopyrtnie na prostym chodniku, to niech sobie tam leży. Co najwyżej będę mogła zadzwonić po karetkę pogotowia, albo straż miejską.

Już kiedyś tak zrobiłam.

— A w jakim jest stanie ten człowiek — zapytał mnie funkcjonariusz straży miejskiej.

— Leży na chodniku i się nie rusza — odparłam zgodnie z prawdą.

— Czy on oddycha? — zainteresował się strażnik.

— Nie wiem. Nie widać unoszenia się klatki piersiowej — wyjaśniłam.

— Proszę mu przyłożyć palec do szyi, żeby stwierdzić czy ma wyczuwalny puls — rozkazał pan funkcjonariusz.

— Niestety, nie mogę — odparłam.

— Dlaczego pani nie może?

— Bo się tego człowieka boję — wyjaśniłam.

— Nie ma się czego bać, skoro on leży bez ruchu — powiedział strażnik.

— Jak zacznę go dotykać, to on może oprzytomnieć — zauważyłam.

— To by było bardzo dobrze, gdyby oprzytomniał.

— A wtedy on mnie może oskarżyć o molestowanie — powiedziałam. — Naczytałam się wystarczająco wiele w Internecie o tak zwanym złym dotyku.

— Nic takiego się nie stanie, bo zawsze będzie pani mogła go poinformować, że robi to na wyraźne polecenia straży miejskiej.

— Nic z tego — odparłam. — Zanim mu cokolwiek wytłumaczę, to on w tym czasie mnie zacznie molestować.

— Nie zacznie, nie zacznie — zapewniał strażnik miejski.

— Jak pan jest taki pewny, to proszę samemu tu przyjechać i go dotykać — powiedziałam oburzona tą całą dyskusją.

— Zanim ja tam dojadę, to on może już zejść, a pani jest na miejscu i może go uratować — stwierdził.

— Właśnie po to do pana dzwonię, żeby pan go uratował — powiedziałam mu z wyraźnym wyrzutem w głosie.

— Tylko, że ja nie mam teraz wolnego samochodu — poinformował strażnik.

— W takim razie proszę poprosić kolegów. Chyba macie tam jakiś kontakt z nimi?

— Oczywiście, że mamy kontakt z innymi strażnikami miejskimi, ale oni wszyscy są teraz zajęci innymi interwencjami — wyjaśnił.

— To proszę wezwać karetkę pogotowia ratunkowego — poradziłam.

— A jak się okaże, że nie było potrzeby, to wtedy to będzie nieuzasadnione wezwanie — powiedział strażnik.

— Trudno — odparłam.

— A kto zapłaci za takie nieuzasadnione wezwanie? — zapytał funkcjonariusz.

— Na pewno nie ja — odpowiedziałam mu wzburzona.

— Proszę mu tylko sprawdzić puls — nalegał wciąż strażnik.

— Halo! Nie słyszę pana! — krzyknęłam do telefonu i się rozłączyłam.

Telefon natychmiast zadzwonił, ale nie byłam taka głupia, żeby odebrać połączenie. Wyjęłam baterię i szybkim krokiem odeszłam z tego miejsca, ale niezbyt daleko, żeby móc obserwować dalszy przebieg akcji ratunkowej.

Już po chwili było słychać sygnał karetki pogotowia. Zatrzymali się przy leżącym człowieku. Przez chwilę sanitariusz sprawdzał jego funkcje życiowe, a potem wraz z drugim sanitariuszem położyli go na noszach i wsadzili do karetki. Karetka na sygnale odjechała w stronę szpitala.

Może pani sobie wyobrazić jaka byłam szczęśliwa. Uratowałam temu człowiekowi życie. Całe szczęście, że zdecydowałam się na wyłączenie telefonu. Ten strażnik by mnie dalej nakłaniał do podjęcia interwencji, a ten biedak mógłby w tym czasie umrzeć. Tm strażnikom to powinni zorganizować dodatkowe szkolenie, żeby wiedzieli jak należy działać, zamiast prowadzenia niekończących się rozmów telefonicznych.

Jak się spotkamy następnym razem w bibliotece, to opowiem pani ze szczegółami, co to był za pijak, a także który strażnik tak długo zwlekał z rozpoczęciem akcji ratunkowej. W poczcie elektronicznej wolę o tym nie pisać, żeby w jakiś sposób te treści nie wpadły w niepowołane ręce. Nie chcę odpowiadać za zniesławienie, a do pani mam bezgraniczne zaufanie.

Zdecydowałam się na pocztę elektroniczną, bo jest szybsza od tradycyjnej, a do tego nie trzeba kupować znaczków ani kopert, chodzić na pocztę, czy czekać na odwiedziny listonosza.

Pozdrawiam bardzo serdecznie.

Rozdział 2

Dorota Nowak była nową pracownicą urzędu, którą przyjęto do pracy tylko na próbę, a to oznaczało, że musiała bardzo się starać o uzyskanie jak najlepszej opinii, jeżeli zamierzała utrzymać tę robotę na dłużej. Bardzo możliwe, że decyzja o przedłużeniu umowy o pracę będzie zależała od zdania innych pracowników, a właściwie pracownic, z którymi będzie współpracowała w okresie próbnym. Dlatego od samego początku Dorota starała się zyskać przyjaźń starszych koleżanek.

Najważniejsza mogła być opinia pani Olgi, bo była ona jakąś krewną dyrektora urzędu, więc Dorota starała się słuchać co ona mówi. Na szczęście pani Olga była prawdziwym aniołem.

— Cześć, kochana — powiedziała do niej pierwszego dnia pracy i właśnie tak najczęściej się do niej zwracała. — Pan kierownik Kurdej chce ciebie poznać.

— To nasz przełożony? — zapytała.

— Owszem, bezpośredni przełożony — wyjaśniła starsza koleżanka.

— Czyli ten pierwszy spośród innych przełożonych? — zapytała znowu.

— Zgadza się. Musisz się wiele nauczyć, żeby pracować w urzędzie — powiedziała pani Olga patrząc na Dorotę nieco z góry.

— Szybko się uczę — powiedziała Dorota.

— Pożyjemy, zobaczymy — stwierdziła koleżanka.

Z duszą na ramieniu Dorota wchodziła do gabinetu kierownika.

— No proszę, kochana Dorotka — zawołał pan kierownik na widok dziewczyny wchodzącej do jego pokoju. — Bardzo się cieszę, że mogę ciebie poznać.

Pan kierownik zerwał się ze swojego fotela, podbiegł do niej, objął ją ramionami, przytulił do siebie mocno, a potem ucałował w oba policzki niczym jakiś wujek. Dorota była bardzo zaskoczona. Nie spodziewała się takiego ciepłego przyjęcia przez zupełnie obcego człowieka.

— Bardzo potrzebowaliśmy w naszym biurze kogoś młodego, ze świeżym spojrzeniem na ten nasz stary, urzędniczy świat — powiedział pan kierownik z najprawdziwszą radością.

— Ja również się cieszę — powiedziała Dorota.

— No to bardzo dobrze — powiedział pan kierownik i znowu ja przytulił.

— Jest pan bardzo miły — stwierdziła Dorota.

— Mam nadzieję, że wprowadzisz do naszego świata wiele nowych, młodzieńczych akcentów. Bardzo tego potrzebujemy, bo inaczej śmierć nas tu dopadnie za życia — kontynuował pan kierownik.

— Mam nadzieję pomóc państwu ze wszystkich moich sił — powiedziała Dorota.

— Ja również mam taką nadzieję — potwierdził.

— Chyba będzie mi się tu pracowało lepiej niż sądziłam — powiedziała.

— To by znaczyło, że się aklimatyzujesz w pracy — stwierdził.

— Skoro jest taka miła atmosfera, to pracuje się lepiej — zauważyła.

— Jesteś bardzo rozsądną i mądrą osobą — pochwalił ją pan kierownik.

Była zachwycona panem kierownikiem i jego traktowaniem młodych pracowników. Cóż to musi być za wspaniały człowiek, rozmyślała opuszczając jego biuro.

— No i jak tam moje dziecko było u pana kierownika? — zapytała starsza pani nazywana przez wszystkich babcią Teresą.

— Pan kierownik jest wspaniałym mężczyzną, to znaczy chciałam powiedzieć, że jest wspaniałym człowiekiem — odparła na pytanie babci Teresy Dorota.

— Masz całkowitą rację — zgodziła się babcia Teresa.

— Wiedziałam, że od razu się poznasz na naszym kochanym panu Kierowniku, który przecież jest tu po to, by nam pomagać, by nas wspierać, by nas prowadzić we właściwym kierunku na drodze ku karierze zawodowej na poważnym stanowisku urzędowym — powiedziała pani Olga.

Młoda i niedoświadczona Dorota pomyślała wtedy, że obie urzędniczki, a jej starsze koleżanki z pracy, są po prostu kochanymi kobietami. Od razu nabrała wielkiej ochoty do pracy w tak miłym towarzystwie.

— Czuję się u was bardzo przyjemnie — powiedziała do babci Teresy. — Czy we wszystkich urzędach tak miło witają nowych pracowników? — zapytała.

— Czy we wszystkich to nie wiem ani nie sądzę, że wszystkich, ale niektóre osoby emanują jakimś ciepłem, sprawiają tak miłe wrażenie, że inni pragną z tym kimś przebywać jak najdłużej. Ty jesteś taką ciepłą osobą, więc nic dziwnego. Zrobisz wspaniałą karierę. Dobrze ci radzę, nie oglądaj się na innych, tylko idź do przodu. Ci wszyscy przyjaciele będą cię ściągać w dół. Tak mi się wydaje — mówiła babcia Teresa.

— Wcale nie chcę robić kariery po trupach innych — stwierdziła Dorota.

— Wcale nie mówię by iść po trupach, ale musisz być ostrożna, żeby się nie okazało, że pracujesz na kogoś innego.

— Czy wszyscy urzędnicy myślą tylko i wyłącznie o karierze? –zapytała dziewczyna.

— Możesz być pewna, że tak. Jest to naturalnie zaleta każdego urzędnika, bowiem starając się o awans zawodowy pracuje bardziej wydajnie, bardziej sumiennie i osiąga lepsze wyniki — wyjaśniła babcia Teresa.

— Nikt nie pracuje dla kasy? — dziwiła się Dorota.

— Moja kochana, jak ty jesteś naiwna, to normalnie strach ciebie słuchać — odparła babcia Teresa ze śmiechem.

— Niczego nie rozumiem. To przerasta moje zdolności pojmowania — załamała się dziewczyna.

— Przecież to jest oczywiste, moja droga. Im wyższe stanowisko, tym wyższe wynagrodzenie za pracę. To jest ze sobą powiązane. Na wyższych stanowiskach służbowych wypłaty rosną bardzo szybko, a do tego dochodzą premie, nagrody, dodatki do pensji, ekwiwalenty, deputaty oraz jeszcze wiele innych gratyfikacji.

— Czyli jednak chodzi o kasę — ucieszyła się Dorota.

— No przecież zawsze gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze — stwierdziła starsza, doświadczona kobieta.

— To dobrze, bo też chciałabym dobrze zarabiać — przyznała.

— Wiadomo, moja droga. Każdy chce dobrze zarabiać — zgodziła się starsza kobieta.

— Czy we wszystkich urzędach są takie same zarobki? — zapytała.

— Tego akurat nie wiem, ale sądzę, że nie są takie same. W rożnych urzędach zarabia się rożne pieniądze, w zależności od ważności urzędu, od skomplikowania wykonywanych zadać, od realizacji projektów, czasami nawet projektów międzynarodowych. Różne są obowiązki, więc i wynagrodzenia muszą być różne.

— Tak, to wydaje się logiczne — przyznała.

Na gałęzi rosnącej nieopodal sosny siedziała wrona i przechylając łepek raz na jedną stronę, a raz na drugą, pilnie obserwowała przez okna co dzieje się w urzędzie. Wrona była stałym mieszkańcem pobliskiego lasu, więc siłą rzeczy musiała być żywotnie zainteresowana tym co dzieje się w urzędzie. Tak duże skupisko ludzi w tak małej, ciasnej przestrzeni musiało generować mnóstwo emocji. Emocje te u ludzi wywołują bardzo różne reakcje, jednakowoż jest dowiedzione naukowo, że emocje pozytywne wpływają bardzo dobrze na samopoczucie ludzi, a to w dalszej kolejności wpływa pozytywnie na zwiększenie chęci dokarmiania zwierząt, zwłaszcza ptaków, oraz na zwiększenie samozadowolenia, a nawet satysfakcji z pomagania drobnym ptaszkom w przetrwaniu zimy.

Wrona tych badań naukowych nie znała, ale jej ptasi instynkt podpowiadał jej bardzo podobne wnioski dotyczące zachowania ludzi. Im bardziej zadowoleni ludzie, tym więcej rzucają okruszków chleba ptakom, a czasami to nawet całe kanapki. Warto wtedy było znajdować się w pobliżu.

— Całkiem miła jest ta nowa — zakrakała wrona. — Jeszcze dzisiaj nie jadła kanapek, więc może jej coś zostanie, z czym nie będzie chciała wracać do domu.

— Bardzo możliwe — zaszumiała sosna. — Matki nie lubią przynoszenia kanapek z powrotem do domu z pracy.

— Właśnie to miałam na myśli — zakrakała wrona. — Nawet jak wyrzuci kanapkę do śmietnika przy drodze, to z łatwością uda mi się ją wygrzebać spośród papierów.

— Chyba, że podaruje ją jednemu z tych żarłoków z grubymi brzuchami, których nie brakuje w tym urzędzie — zaszumiała sosna.

— Wypluj te słowa! — zakrakała wzburzona wrona.

— Przecież wiesz, że drzewa nie potrafią pluć — zaszumiała sosna.

— W takim razie nie powtarzaj ich więcej — zaproponowała wrona.

— Nie ma potrzeby się emocjonować. Poczekamy sobie spokojnie i zobaczymy co ona zrobi — zaszumiała znowu sosna.

— Łatwo ci mówić, że poczekamy — odezwała się wrona. — Ptaki nie żyją tak długo jak drzewa.

— Co prawda, to prawda — przyznała sosna.

Rozdział 3

Dorota tak się ucieszyła z nowej pracy w urzędzie, że aż dostała z tych emocji temperatury.

— Czy może mi pani dać tabletkę na gorączkę z apteczki, która wisi na ścianie za pani biurkiem? — zapytała nieśmiało babci Teresy.

— Kochaniutka, co ci się stało? — zaniepokoiła się babcia Teresa.

— Nic mi się właściwie nie stało, proszę pani, tylko temperatury dostałam z tych emocji — wyjaśniła Dorota.

— Matko moja, ty możesz być chora, a wtedy nas wszystkich pozarażasz i cały urząd będą musieli zamknąć w szpitalu — zaniepokoiła się jeszcze bardziej babcia Teresa.

— Ale ja tylko temperaturę mam, nic więcej — zapewniała Dorota. — Jedna tabletka i zaraz poczuję się lepiej.

— Mowy nie ma. W tej chwili idziesz do ośrodka zdrowia, rejestrujesz się do lekarza i bez zaświadczenia o stanie zdrowia wcale mi się tu nie pokazuj — powiedziała babcia Teresa srogim tonem.

Dorocie nie pozostało nic innego jak posłuchać i udać się do lekarza, więc tak zrobiła. W przychodni przyjęto ją bardzo ciepło. Młodziutka pielęgniarka założyła jej kartę pacjenta, a następnie poleciła usiąść w kolejce przed gabinetem lekarskim. Dorota była trzecia, więc nie zapowiadało się na zbyt długie czekanie. Wyjęła z torebki komórkę i grała w Tetrisy. Nawet nie zauważyła kiedy była jej kolej.

— Czy pani pozwoli zaprosić się do gabinetu, czy też mam nadal czekać na łaskawą księżniczkę? — zapytał pan doktor stając w otwartych drzwiach.

— Już idę — odpowiedział i natychmiast weszła.

— Co pani dolega? — zapytał pan doktor.

— Mam temperaturę — odparła Dorota.

— Czy jest pani w okresie płodności? Bo to by tłumaczyło tego rodzaju objawy — stwierdził doktor.

— Raczej nie, panie doktorze — przyznała się zgodnie z prawdą. — Po prostu się zdenerwowałam.

— A czym to pani się zdenerwowała? — zapytał lekarz.

— Nową pracą — powiedziała.

— Rozumiem — mruknął doktor. — Proszę się rozebrać.

— Cała? — zapytała Dorota zdezorientowana.

— Wystarczy bluzeczkę — odparł lekarz i uśmiechnął się do dziewczyny.

Bardzo wolnymi ruchami zdjęła bluzeczkę, potem sięgnęła do zapięcia stanika i zamarła w niepewności.

— Wystarczy — uznał pan doktor. — Niezła jesteś.

— Niezła? — zapytała.

— Potrafisz trzymać w napięciu — wyjaśnił.

— To tak tylko, z niepewności — wyjaśniła.

Pan doktor wziął słuchawki w dłoń i przystąpił do osłuchiwania płuc Doroty. Badał bardzo starannie, bez pośpiechu.

— Zobaczymy tutaj — powiedział. — Proszę głęboko oddychać.

Dorota zaczęła mocno wciągać powietrze.

— Teraz tutaj — powiedział pan doktor przesuwając stetoskop po jej ciele.

Nadal oddychała jak po długim biegu.

— Jeszcze tu zobaczymy — powiedział.

— Chyba raczej usłyszymy — poprawiła go Dorota.

— Co proszę? — zapytał doktor.

— Skoro pan doktor słucha, to chyba raczej usłyszymy — powtórzyła.

— Bardzo słuszna uwaga — stwierdził.

Potem osłuchiwał jej plecy.

— Osłuchowo jest czysto — powiedział gdy skończył.

Potem wziął ze swojego biurka bezdotykowy miernik temperatury i skierował go w czoło dziewczyny.

— Rzeczywiście, temperatura podwyższona — poinformował.

— Czyli co? — zapytała.

— To może być stan zapalny, albo zakażenie wirusowe — stwierdził. — Proszę otworzyć usta — dodał.

Dorota otworzyła szeroko usta, a pan doktor zaglądał jej do gardła, przyświecając sobie małą latarką.

— Na razie niczego jeszcze nie widać, ale stan zapalny może dopiero się rozwijać, a zakażenie wirusowe potrzebuje zazwyczaj kilku dni do pełnego rozwoju. Dam pani zwolnienie z pracy. Myślę, że siedem dni wystarczy. Nie otrzyma go pani do ręki, bo wyślę prosto do pracodawcy. Natomiast receptę otrzyma pani esemesem na komórkę. Prześle ją do pani pielęgniarka, jak już upora się ze swoimi obowiązkami w przychodni. To wszystko. Życzę powrotu do zdrowia.

— Bardzo dziękuję — powiedziała Dorota i wyszła z gabinetu lekarskiego.

Podeszła do biurka pielęgniarki.

— Kiedy mogę liczyć na otrzymanie kodu do recepty? — zapytała pielęgniarkę.

— W naszej przychodni kody do recepty otrzymuje się w czasie do pięciu dni — poinformowała pielęgniarka.

— Pięć dni? — zdziwiła się dziewczyna.

— Takie są u nas procedury — dodała pielęgniarka.

Dorota wyszła z przychodni i skierowała się wprost do apteki. Poprosiła pana farmaceutę o Paracetamol i otrzymała bez problemu. Zapłaciła i zadowolona wyszła z apteki.

— Porypało ich tam, żeby aż pięć dni czekać na receptę. Ten system jest bardziej chory niż pacjenci — powiedziała sama do siebie i poszła do domu.

— Widziałaś? — zakrakała wrona do drugiej wrony.

— Co takiego?

— Nie zjadła swojej kanapki z powodu choroby, ale jej nie wyrzuciła, tylko zabrała do domu — poinformowała drugą wronę wrona.

— Bo pewnie ma w domu gromadkę dzieci do wykarmienia — od-krakała jej druga wrona. — Wygląda na taką co może mieć sporo potomstwa.

— Masz rację, wygląda na płodną ludzką samicę — przyznała wrona.

Rozdział 4

Mama była bardzo zdziwiona wczesnym powrotem Doroty z pracy.

— Czy tyś przypadkiem nie uciekła z pracy? — zapytała córkę, przyglądając się jej.

— Oczywiście, że nie uciekłam — odpowiedziała Dorota. — Za krótko przecież pracuję, żeby sobie pozwalać na tego rodzaju ekstrawagancje jak wagary pierwszego tygodnia.

— No to co się stało, bo nie rozumiem — powiedziała mama poważnie zatroskana.

Dorota zdjęła kurtkę i powiesiła ja w szafie stojącej na korytarzu. Spojrzała w lustro aby sprawdzić czy nic po niej nie widać, ale nie zauważyła żadnych objawów choroby.

— Dostałam zwolnienie lekarskie na siedem dni, więc przyszłam do domu chorować.

— A więc jesteś chora, no to rozbieraj się i do łóżka, a ja zrobię ci gorącej herbaty. Masz jakieś lekarstwa? — zapytała. — To może ja od razu pójdę do apteki.

— Nie trzeba, mamusiu — uspokoiła ja córka.

— No jak leczyć się bez lekarstw? — wpadła w panikę mama.

— Nie denerwuj się. Byłam już w aptece i kupiłam sobie paracetamol — wyjaśniła.

— Paracetamol jest tylko na gorączkę i przeciwbólowy.

— No bo ja właśnie mam gorączkę — wyjaśniła córka.

— Ale gorączka jest zawsze czymś spowodowana. Jakiś antybiotyk jest potrzebny, bo inaczej choroba sama się nie wyleczy. Podwyższona temperatura to tylko objawy.

— Pan doktor niczego innego u mnie nie wykrył. Powiedział, że jeżeli to jest zakażenie wirusowe, to może się rozwijać przez kilka dni. Dlatego dał mi zwolnienie — wyjaśniła Dorota.

— To nie lepiej by było od razu zacząć brać leki, żeby zakażenie się nie rozwinęło?

— Być może zastosowanie innych leków jest uzależnione od rodzaju zakażenia. Gdyby zapisał złe leki to mógłby mi tylko tym zaszkodzić — powiedziała Dorota.

— No to co my teraz zrobimy? — niepokoiła się nadal mama.

— Wezmę Paracetamol na gorączkę. Mogę nawet położyć się do łóżka, bo wtedy szybciej się rozgrzeję. Chętnie też napiję się gorącej herbaty z cytryną. Mamy cytrynę?

— Oczywiście, że mamy cytrynę — odparła mama. — Już ci robię, a ty się szybko rozbieraj i wskakuj prędziutko pod kołdrę. To jest najlepszy sposób na gorączkę.

Mama natychmiast udała się do kuchni, a Dorota zaczęła zdejmować ubranie. Za oknem jej pokoju jaśniał piękny, słoneczny dzień, więc pomimo stycznia do pokoju wlewało się ciepło, a wraz z nim miły nastrój, odrobina radości i całe mnóstwo nadziei na szybkie wyzdrowienie.

Dorota była od dziecka bardzo wrażliwa na wszelkie drobnoustroje chorobowe. Wystarczyło spotkanie innego chorego dziecka w szkole albo na podwórku i od razu chorowała. Czasami wystarczały też niezbyt silne podmuchy wiatru, by natychmiast zapadała na przeziębienie, anginę, lub grypę. Dlatego w młodszych latach szkoły podstawowej leżała w domu w łóżku częściej niż chodziła do szkoły. Naturalnie musiała potem odpisywać lekcje od koleżanek, żeby nie mieć zaległości.

Gdy Dorota była już w piżamie, to od razu wskoczyła, ze sprawnością gazeli, pod kołdrę. Jej prężne ciało leciutko zadrżało pod wpływem dotyku chłodnego prześcieradła, ale zaraz zaczęła się rozgrzewać. Już po chwili do pokoju weszła mama z parującą, gorącą herbatą z cytrynką i miodem lipowym.

— Dodałam do herbaty miodu lipowego — powiedziała do córki stawiając szklankę z herbatą na nocnym stoliku przy łóżku. — Lipowy jest bardzo dobry na przeziębienia, gorączkę i grypę. Pij od razu, póki jest gorąca.

— Dobrze, mamusiu, bardzo chętnie się tej herbatki napiję — powiedziała Dorota.

Dziewczyna usiadła w łóżku, wzięła szklankę z herbatą i poczęła małymi łyczkami popijać. Przed każdym łykiem chwileczkę dmuchała na wrzątek. Nie była pewna, czy to dmuchanie rzeczywiście chłodziło herbatę, ale swój psychologiczny skutek odnosiło znakomicie, bo herbata zdawała się jej nie parzyć w wargi. Mama stała obok i cały czas jej się przyglądała z czułością.

— No dobra — powiedziała mama w końcu. — Ty tu sobie odpoczywaj i się kuruj, a ja idę do kuchni zająć się obiadem, żebyśmy nie musiały być dzisiaj obie głodne.

Dorota ułożyła się na boku, przykryła kołdrą aż po szyję i w takiej pozycji popijała gorącą wciąż herbatę. Gdy już wypiła wszystko, to odstawiła szklankę na stolik, położyła się i przykryła po same uszy. Uwielbiała takie leniuchowanie, no bo każdy je uwielbia.

Za oknem słoneczko przyjemnie świeciło. Drzewa stały nieruchomo i z zachwytem patrzyły na piękne dziewczęcie wylegujące się w łóżku w środku dnia. Policzki jej się zaróżowiły, więc wyglądała jak śpiąca królewna.

Małe wróble przelatywały obok okna i chowały się wśród gałęzi rosnącej nieopodal magnolii. Rudy kocur, który wskoczył na parapet i wygrzewał się w promieniach słońca miał przymknięte oczy, więc nie było wiadomo, czy on zasypia, czy może spod tych powiek bacznie obserwuje latające w pobliżu wróble. Być może miał wielką ochotę na upolowanie sobie obiadu, ale małe ptaszki na szczęście wykazywały sporo ostrożności i rozwagi trzymając się od niego w bezpiecznej odległości.

Drzewa owocowe były pozbawione liści, więc wyglądały goło i odrobinę wstydziły się swojej nagości, zwłaszcza, iż ostre promienie słońca wyciągały na światło dnia wszystkie ich niedoskonałości, odpadająca korę, złamane gałązki i pojawiające się gdzieniegdzie plamy mchu.

Ponad drzewami, wysoko na niebie krążyły mewy, które dolatywały tu aż znad portu w poszukiwaniu czegoś do pożarcia. Wszystkie zwierzęta zachowywały się tak jakby wciąż były głodne i za chwilę miały paść gdzieś w zapomnianym miejscu. Drzewa w swojej mądrości patrzyły na to z wielką wyrozumiałością, bo tylko one wiedziały, że po chwilowym obumarciu można powrócić do pełni życia.

Rozdział 5

Droga Pani bibliotekarko

Muszę panią poinformować, że moja praca okazała się niezwykle interesująca, inspirująca, a nawet podniecająca. Jest po prostu wspaniale. Nigdy nie sądziłam, że przełożeni mogą być tak mili. Przyjęli mnie tak, jakbym była członkiem rodziny. Poczułam prawdziwą wspólnotę urzędników państwowych. Nie tylko ja jedna się tak czułam, bo do jednej z moich koleżanek w pracy wszyscy mówią babcia, a więc rodzinna atmosfera udziela się wszystkim pracownikom.

Pierwszy raz w życiu znalazłam się w tak bardzo zintegrowanym środowisku. Gdy idę korytarzem, to wszyscy mnie pozdrawiają, kiwają głowami, niektórzy nawet mrugają okiem, co jest czymś dokładnie takim samym jak przybijanie piątki lub żółwika w środowisku młodzieżowym.

Z tych wszystkich emocji aż dostałam temperatury i w związku z tym dostałam zwolnienie lekarskie. Mogę więc się wylegiwać w łóżku, pić gorące herbatki z miodem i cytryną, które robi mi kochana mama, a przy okazji wciąż rozmyślać i analizować ową zmianę w moim życiu.

Mam nadzieję, że po pracy będę mogła znowu poświęcać mnóstwo czasu na czytanie książek, a wtedy znowu będziemy się mogły często spotykać w bibliotece. Pani najlepiej wie o mojej fascynacji literaturą, o mojej miłości do książek i pisarzy. Gdyby się udało w bibliotece organizować wieczorki autorskie, to byłabym bardzo szczęśliwa. Jestem pewna, że pani również.

Kiedyś często jeździłam na takie spotkania do Gdańska, ale gdyby mogły się one odbywać w naszym mieście, to nie trzeba by było tracić tak wiele czasu na dojazdy.

Pomarzyć zawsze można, a na razie muszę wyzdrowieć.

Pozdrawiam bardzo serdecznie.

Rozdział 6

Dorota usłyszała pukanie do drzwi.

— Proszę — powiedziała spodziewając się mamy.

Do jej pokoju wszedł jednak zupełnie jej nieznany mężczyzna w marynarce. Pod marynarką miał koszulę w kratkę, bez krawata, a na nogach niebieskie wranglery.

— Dzień dobry — powiedział nieznajomy kłaniając się lekko.

— Dzień dobry — odpowiedziała podciągając nieco wyżej kołdrę.

— Nazywam się Wojciech Logan, jestem pracownikiem urzędu i otrzymałem polecenie służbowe od pana kierownika Kurdeja, żeby sprawdzić prawdziwość informacji o pani chorobie, oraz to czy pani podczas choroby przebywa w domu.

Dorota patrzyła na niego z przestraszoną miną, nie rozumiejąc czego ten obcy człowiek od niej chce i co robi w jej pokoju. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że może to być faktycznie pracownik urzędu przysłany do niej na kontrolę.

— No cóż — odpowiedziała Dorota. — Jak sam pan widzi, przebywam w domu i do tego jeszcze leżę w łóżku.

— Właśnie to przekażę panu kierownikowi, może być pani spokojna.

— Cały czas jestem spokojna, na tyle na ile pozwala mi na to mój obecny stan zdrowia — powiedziała Dorota.

— Bardzo panią przepraszam za to najście bez uprzedzenia, ale podobno wielu pracowników bierze zwolnienie lekarskie po to by dorabiać sobie w innych przedsiębiorstwach. Sama pani rozumie, że moi przełożeni nie są zadowoleni z takiego obrotu sprawy.

— Naturalnie, wybaczam panu to nieoczekiwane najście — powiedziała Dorota lekko się uśmiechając do gościa. — Jakie to było pana imię?

— Wojciech, proszę pani — odparł.

Dorota stwierdziła, że on jest nawet całkiem przystojny, a nawet bardzo przystojny, no i stosunkowo młody, bo być może tylko o kilka lat starszy od niej.

— Bardzo mi przyjemnie, że mogłam pana poznać, panie Wojtku — powiedziała do przystojnego młodzieńca, który natychmiast się zarumienił.

— Dziękuję uprzejmie — odparł. — Mi również jest bardzo miło. A teraz, żeby nie nadużywać pani gościnności, jeszcze raz przepraszam i dziękuję za tak miłe przyjęcie. Na mnie już czas i muszę wracać do urzędu.

— Bardzo proszę ich tam pozdrowić ode mnie. Zwłaszcza panią Olgę i babcię Teresę. No i pana kierownika też proszę pozdrowić. Był dla mnie bardzo miły.

— Wszystkie pozdrowienia z całą pewnością przekażę — powiedział Wojtek.

— A co tam się teraz dzieje w urzędzie? — zapytała Dorota.

— Nic szczególnego, czyli to co zwykle. Urzędniczki przepisują jakieś papiery, kierownik je prosi, żeby się bardziej pośpieszyły, a pana naczelnika wcale nie widać od kilku dni. Być może on też jest chory. Może to jakiś wirus? — zapytał.

— Nie sądzę — odparła Dorota. — Ja nie miałam żadnych objawów wskazujących na wirusy. Chociaż, naturalnie, wykluczyć nie można, bo pan naczelnik może chorować na coś innego niż ja. Starsi ludzie z natury są mniej odporni na choroby zakaźne niż my.

— Tu ma pani całkowita rację. Ludzie wraz z wiekiem zamiast nabywać odporności, to ją tracą, a potem na starość byle drobny wirus, albo nawet tylko bakteria, i robi się całkiem niebezpiecznie. Przecież w czasie ostatniej pandemii najwięcej umarło osób starszych.

— Nic na to nie poradzimy — stwierdziła smętnie Dorota.

— No właśnie, ma pani całkowita rację, że nic na to nie poradzimy — potwierdził.

— Proszę mi ciągle nie mówić pani. Mam na imię Dorota — stwierdziła Dorota.

— Bardzo mi miło — powiedział Wojtek i wyciągnął do niej dłoń.

Uścisnęli swoje dłonie uśmiechając się do siebie.

— No to teraz jesteśmy kolegami z pracy — powiedziała Dorota.

— Tak i mam nadzieję, że szybko wyzdrowiejesz.

— Naprawdę masz taką nadzieję? — zapytała Dorota.

— Oczywiście — odparł, a zaraz potem się zmieszał. — Powiedziałem coś złego?

— Nie, tak tylko sobie żartuję dla zabicia czasu, bo jak się domyślasz, trochę mi się nudzi samej w łóżku całymi dniami.

— Rozumiem — odparł Wojtek. — Nie śmiem proponować odwiedzin w łóżku, więc tylko powtórzę życzenia szybkiego powrotu do zdrowia — powiedział ze śmiechem.

— Chyba wypada mi się z tobą zgodzić — powiedziała Dorota też się uśmiechając.

— W takim razie wszystkiego dobrego — powiedział Wojtek. — Jak już wyzdrowiejesz, to musimy się umówić na kawę do jakiejś przytulnej kawiarni.

— Nie ma sprawy, tylko nie zapomnij o tym zaproszeniu — odparła Dorota.

— Na pewno nie zapomnę. Do zobaczenia — powiedział cofając się ku drzwiom.

— Do zobaczenia — odpowiedziała mu Dorota.

Rozdział 7

Dorota usłyszała pukanie do drzwi.

— Proszę — odpowiedziała spodziewając się, że to Wojtek o czymś zapomniał.

Do pokoju weszła jednak mama z talerzem zupy w dłoniach.

— Ugotowałam ci rosołek na kurzych skrzydełkach. Zjesz trochę? — zapytała.

— Bardzo chętnie zjem rosołu, mamusiu — odpowiedziała.

Wstaniesz do stołu, czy mam ci podać do łóżka? — zapytała mama.

— Wstanę do stołu — zdecydowała Dorota. — Musze się chociaż odrobinę ruszać.

Mama postawiła talerz z rosołem na stole.

— Jak się czujesz, moje dziecko? — zapytała.

— Zupełnie dobrze. Chyba już jestem zdrowa, mamo — odparła Dorota.

— Dzisiaj jest dopiero czwarty dzień twojej choroby — stwierdziła mama.

— Tak, ale czuję się całkowicie dobrze, zdrowo, nawet lepiej jak zdrowo, bo wyspałam się i wypoczęłam za wszystkie czasy — powiedziała dziewczyna siadając do stołu.

— No i bardzo dobrze — stwierdziła mama.

— Jak ci się, mamo, spodobał mój gość? — zapytała dziewczyna.

— Jaki gość? — zainteresowała się mama.

— No ten, który mnie odwiedził — odparła Dorota.

— A kto ciebie tutaj odwiedził? — zapytała podniesionym głosem zaniepokojona matka.

— No jak to? Nie widziałaś mojego gościa?

— Nikt tu nie przychodził — odparła mama.

— Ależ mamo. On przed chwilą wyszedł. Musiałaś go zobaczyć.

— Nikogo nie widziałam — upierała się mama.

— Przecież musiał przechodzić przez kuchnię — powiedziała Dorota.

— Nikogo tu nie było — stwierdziła matka kategorycznie.

— Był u mnie długą chwilę i rozmawialiśmy o pracy — stwierdziła córka.

— To nie jest możliwe –odparła mama. — Zakluczyłam wejściowe drzwi. Gdyby ktoś przyszedł, to musiałby dzwonić, a ja bym musiała mu otworzyć drzwi i go wpuścić do środka.

— Widziałam go na własne oczy i z nim rozmawiałam. Uścisnęliśmy sobie ręce.

— Gdzieś jeszcze ciebie ściskał? — zainteresowała się mama.

— Nie, tylko podaliśmy sobie dłonie na dzień dobry i nic więcej. On tu na pewno był.

— Chyba ci się przyśniło, bo ja nikogo do domu nie wpuszczałam — odparła mama.

Dorota nie wiedziała co na to wszystko powiedzieć. Mama stała przez chwilę patrząc na córkę, po czym wyszła z pokoju do kuchni.

— Przecież do tego pokoju wchodzi się tylko z kuchni — powiedziała Dorota do siebie.

Dokończyła jeść rosół, potem wróciła do łóżka. Nie mogła uwierzyć w swoje przywidzenia. To było takie realne. To musiało być prawdziwe. Wzięła do ręki telefon komórkowy z nocnego stolika i wyszukała numer do babci Teresy. Zadzwoniła.

— Słucham — odezwał się z komórki głos babci Teresy.

— Tu Dorota — powiedziała do telefonu.

— Witaj kochana Dorotko — powiedziała starsza koleżanka z pracy.

— Chciałam tylko zapytać co tam u was słychać — powiedziała.

— Kochana jesteś, że o nas pamiętasz. Tu wszystko po staremu — odparła Babcia Teresa. — A jak tam twoje zdrowie?

— Dziękuję, już znacznie lepiej się czuję.

— Uważaj na przeciągi i kuruj się, bo zdrowie to coś co masz najcenniejszego.

— Leżę w łóżku, więc nic mi nie grozi — powiedziała Dorota.

— No i bardzo dobrze, chorobę trzeba wyleżeć, żeby nie było żadnych komplikacji.

— Chciałam zapytać, czy wysyłaliście do mnie jakiegoś pracownika urzędu, żeby sprawdził, czy ja faktycznie jestem chora? — zapytała Dorota.

— No coś ty, kochana. My nie robimy takich rzeczy. Jak ktoś jest chory, to znaczy, że jest chory. Lekarz wie najlepiej. To lekarz decyduje o tym, czy dany pracownik może przychodzić do pracy, czy też nie może przychodzić. Za to tylko lekarz odpowiada. Leż w łóżku i zdrowiej, a my wszyscy tutaj na ciebie czekamy — powiedziała babcia Teresa.

Dorota odłożyła telefon na nocny stolik. Była bardzo zbulwersowana. Czyżby ta wizyta jej się tylko przyśniła. Wydawało jej się, że to niemożliwe. Tak jej się wydawało. Może faktycznie to jej się tylko wydawało, albo raczej przyśniło, bo zwidów na jawie do tej pory nie miała.

— Przecież on mi podał rękę — powiedziała głośno do samej siebie.

— Ale sny wydają się bardzo realne — odparła samej sobie.

— Nie zaczyna się zdania od ale — przypomniała sobie.

— No więc sny wydaja się bardzo realne — powiedziała znowu głośno.

— Mówiłaś coś? — zapytała mama wkładając głowę przez drzwi do pokoju.

— Nie, nie, nic takiego — odparła.

Rozdział 8

Po zakończeniu chorobowego znowu poszła do pracy w urzędzie. Wtedy się okazało, że jako nowa pracownica musi zorganizować poczęstunek dla koleżeństwa z pracy. Taka jest tradycja i nic się na to nie poradzi, uważali koledzy. Zorganizowała więc im poczęstunek, ale dopiero po pracy, żeby nie mogli mieć do niej żadnych pretensji o to, że nie pracuje.

Następnego dnia spotkała na korytarzu urzędu Wojtka. Bardzo się z tego spotkania ucieszyła i od razu podeszła do niego z wyciągniętą ręką.

— Cześć — powiedziała do niego.

Wojtek speszył się, po czym ukłonił się jej grzecznie.

— Dzień dobry — powiedział.

— Nie poznajesz mnie? — zapytała.

— Nie bardzo — odpowiedział.

— Jestem Dorota — starała się mu przypomnieć.

— Bardzo mi miło, że panią poznałem — powiedział Wojciech i wreszcie odwzajemnił jej uścisk dłoni.

— Przecież my się już znamy — powiedziała Dorota.

— Nie rozumiem — odparł.

— Poznaliśmy się kiedy byłam chora — wyjaśniła.

— Jeżeli była pani chora, to… tego… chciałem powiedzieć, że to raczej nie jest możliwe — powiedział Wojtek wyraźnie skonsternowany.

— Niby dlaczego nie jest możliwe? — zapytała.

— Bo przecież skoro była pani chora, to nie mogła mnie spotkać, ponieważ ja już od bardzo dawna nie chorowałem — odparł.

— A co ma piernik do wiatraka? — zapytała ze złością.

— Nie rozumiem — stwierdził Wojtek.

— Przecież to nie ma żadnego znaczenia czy byłeś chory, czy też nie — stwierdziła kategorycznie.

— Nie rozumiem — powtórzył Wojtek.

— Ty byłeś zdrowy, a to ja byłam chora — wyjaśniła.

— Acha — odparł.

— No więc? — zapytała.

— Co? — nie wiedział o co jej chodzi.

— Ja byłam chora, a ty przyszedłeś mnie odwiedzić — wyjaśniła mu znowu.

— Do szpitala? — zapytał.

— Nie, do mojego domu — sprostowała jego wątpliwości.

— Nie przypominam sobie — odparł. — Ale, naturalnie, bardzo chętnie odwiedzę panią w domu. Na przykład dzisiaj mogę odprowadzić po pracy — dodał.

— Cholera jasna! — zaklęła Dorota.

— Powiedziałem coś nie tak? — zaniepokoił się.

— Ależ nie, w żadnym razie. To tylko ja popełniłam błąd — przyznała się.

— Bardzo mi przykro.

— Mnie również — stwierdziła Dorota patrząc na przystojnego młodzieńca i zastanawiając się pośpiesznie jak wybrnąć z tej sytuacji.

— Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy — zaczął mówić Wojtek.

— Zapraszam ciebie dzisiaj po pracy na kawę do kawiarni naprzeciwko urzędu — przerwała mu. — Wiesz gdzie to jest?

— Naturalnie — odparł.

— No więc szesnasta pięć. Może być? — upewniła się.

— Jak najbardziej. Będzie mi bardzo miło spotkać się z panią — powiedział.

— Przestań mi w końcu mówić per pani — poprosiła.

— Tego wymagają zasady dobrego wychowania — stwierdził.

— Możesz zrobić wyjątek od tej zasady — zaproponowała.

— W żadnym razie nie mogę — stwierdził.

— To kiedy będziesz mógł się do mnie inaczej zwracać?

— Jak się już lepiej poznamy i zaprzyjaźnimy — powiedział.

— Czyli podczas spotkania w kawiarni możemy się lepiej poznać, tak?

— Z całą pewnością, proszę szanownej pani — odparł.

— Jasny gwint! — zaklęła znowu Dorota.

— Widzę, że ma pani bardzo porywcze usposobienie — zauważył Wojtek.

— Do zobaczenia w kawiarni — powiedziała, odwróciła się w drugą stronę i odeszła zostawiając go na korytarzu z szeroko otwartymi ustami ze zdziwienia.

— Słyszałaś jaka nerwowa? — zapytała wrona sosny.

— Słyszałam — zaszumiała sosna.

— Prawdziwy nerwus z tej baby — zakrakała wrona. — Dzisiaj pewnie znowu nie odda swojej kanapki. Te nerwy ją w końcu zeżrą.

— Tu akurat masz rację — przyznała sosna. — Widziałam wielu ludzi, którzy sami siebie zmarnowali poprzez nadmierną nerwowość i pośpiech. Zwłaszcza pośpiech jest bardzo szkodliwy dla zdrowia. Bardzo dobrze natomiast robi na nerwy wywar z szyszek.

— Jak ty już coś zaszumisz, to nic tylko padać z wrażenia — zakrakała wrona.

— Uważaj, uważaj, bo jak się zerwie wiatr, to pierwsza się chowasz przed tym zbereźnikiem wśród moich gałązek.

— Za każdym razem ci bardzo dziękuję za możliwość schronienia się w twojej koronie — zakrakała wrona.

Rozdział 9

Po pracy Dorota poszła do kawiarni nieopodal urzędu. Wojtek już czekał na nią w środku, siedząc przy małym, dwuosobowym stoliku. Gdy weszła do kawiarni on wstał z krzesła i grzecznie się jej ukłonił.

— Na wszelki wypadek zająłem już dla nas stolik, ale widzę, że nie było takiej potrzeby, bo oprócz nas dwojga nikogo więcej tu nie ma — powiedział gdy podeszła do stolika.

— Widzę, że jest jeszcze kelnerka — zauważyła Dorota.

— Tak, naturalnie, miałem na myśli klientów kawiarni — wyjaśnił.

— Czyli mogę się dosiąść do ciebie? — zapytała przekornie.

— Bardzo proszę, zapraszam, chyba, że inny stolik byłby lepszy.

— Pod jakim względem lepszy? — zainteresowała się Dorota.

— Może inny stolik bardziej odpowiada upodobaniom.

— Nie — odparła. — Ten jest doskonały.

Wojtek szybko obszedł stolik i odsunął Dorocie krzesło, aby mogła wygodnie usiąść.

— Dziękuję — ucieszyła się Dorota.

— Bardzo proszę — odpowiedział i usiadł na swoim krześle po drugiej stronie stolika.

— Bardzo przyjemna ta kawiarnia — powiedziała Dorota.

— Owszem, nawet miła — przyznał Wojtek. — Czy mogę już poprosić do nas kelnerkę? — zapytał zerkając w stronę kelnerki, by sprawdzić czy ona nadal stoi w gotowości.

— Tak, bardzo proszę — zgodziła się dziewczyna.

Wojtek skinął ręką w stronę kelnerki, a ta natychmiast podeszła do ich stolika.

— Dzień dobry państwu — przywitała ich kelnerka.

— Dzień dobry — odpowiedzieli oboje.

— Czy mogę przyjąć zamówienie? — zapytała kelnerka.

— Poproszę kawę cappuccino — zamówiła Dorota.

— Dla mnie to samo — poprosił Wojtek.

— Może coś słodkiego do kawy? — zaproponowała kelnerka.

— A co macie świeżego? — zapytała Dorota.

— Proponuję Sernik Wiedeński — podpowiedziała kelnerka. — Dzisiejszy wypiek.

— W takim razie poproszę sernik — zdecydowała Dorota.

— Ja również — przystał Wojtek.

Kelnerka odeszła zrealizować ich zamówienie.

— Lubi pani takie klimatyczne kawiarnie? — zapytał.

— Mam do ciebie gorącą prośbę — powiedziała dziewczyna.

— Tak, słucham — powiedział młodzieniec.

— Jeżeli nie chcesz mnie denerwować, psuć mi nastroju, być może nawet zepsuć mi dnia, doprowadzić mnie do nerwicy, choroby wrzodowej żołądka, a także do niestrawności po kawie i serniku, to bardzo ciebie proszę, żebyś przestał mi mówić pani, a zaczął wreszcie zwracać się do mnie po imieniu, bo jesteśmy przecież kolegami z pracy — powiedziała poważnym, nieco nawet nerwowym głosem.

— Bardzo przepraszam, nie wiedziałem, nie sądziłem, to znaczy bardzo chętnie, naturalnie. Jeszcze raz przepraszam — zamilkł na chwileczkę, po czym dokończył — ciebie.

— Od razu lepiej — roześmiała się Dorota. — Znacznie lepiej i milej.

— Tak, faktycznie — przyznał Wojtek.

Kelnerka podała im kawy i ciastka, po czym dyskretnie wycofała się na swoje miejsce za bufetem.

— Wyśmienity sernik — pochwaliła Dorota spróbowawszy ciasta.

Wojtek również spróbował sernika.

— Owszem, bardzo dobry — przyznał.

Malutkimi widelczykami, jakby od kompletu zabawkowego dla lalek, jedli w milczeniu swoje kawałki ciasta. Wojtek po każdym kawałeczku sernika brał mały łyczek kawy. Dorota jadła bez popijania. Dopiero gdy zjadła już sernika, to napiła się kawy.

— Fajnie tak się zrelaksować po całym dniu pracy — stwierdziła Dorota.

— Zwłaszcza w takim przytulnym miejscu — potwierdził Wojtek.

— My, urzędnicy, powinniśmy doceniać takie drobne przyjemności — powiedziała Dorota z delikatnym uśmiechem.

— Tylko, że ja jestem zwykłym kierowcą, a nie urzędnikiem — stwierdził Wojtek.

— Jesteś pracownikiem urzędu państwowego zupełnie tak samo jak ja — powiedziała Dorota.

— Tak, ale ja jestem tylko pracownikiem fizycznym — sprostował Wojtek.

— A myślisz, że ja nie muszę pracować fizycznie? — zapytała.

— No, nie wiem — odparł.

— No to się dowiedz, że ja też muszę pracować fizycznie. Czasami muszę przenosić tyle kartonów z ubraniami roboczymi z magazynu ubraniowego, że już potem nie mam ochoty ani na odrobinę myślenia, taka jestem zmęczona fizycznie.

— To zrozumiałe, bo pracownicy umysłowi nie są nawykli do pracy fizycznej.

— A ty nie musiałeś się uczyć przepisów drogowych, żeby zdać egzamin na prawo jazdy?

— Owszem, musiałem — przyznał.

— A znaków drogowych nie musiałeś się uczyć na pamięć?

— Musiałem.

— A budowy silnika spalinowego nie musiałeś się uczyć?

— Musiałem — przyznał ponownie.

— A jak jedziesz w trasę, to nie musisz rozmyślać, która droga będzie lepsza?

— Owszem, muszę.

— A podczas jazdy samochodem służbowym to nie musisz uważać na inne samochody, na ruch na drodze, wykazywać się refleksem i przezornością?

— Oczywiście, że tak — zgodził się Wojtek.

— No to ty więcej pracujesz głową, umysłowo, niż fizycznie. Jak jedziesz z dyrektorem limuzyną, to tylko siedzisz wygodnie w fotelu, a nie pracujesz fizycznie.

— Zgadza się, ale takie siedzenie za kółkiem też potrafi być wyczerpujące — stwierdził Wojtek.

— Naturalnie, że tak. Myślisz, że siedzenie przy biurku przed ekranem komputera przez cały dzień nie jest wyczerpujące?

— Ależ nie, wcale tak nie myślę.

— Czyli, że twoja praca absolutnie niczym się nie różni od mojej pracy. Każde z nas musi pracować, czasami fizycznie, a czasami umysłowo. Jesteśmy zupełnie takimi samymi pracownikami.

— W takiej sytuacji wychodzi na to, że tak.

— No właśnie. Więc skoro ja jestem urzędnikiem państwowym, to ty także jesteś urzędnikiem państwowym — stwierdziła Dorota kategorycznie. — Masz może inne zdanie na ten temat? — zapytała.

— Wychodzi na to, że jednak nie — przyznał.

— No więc nareszcie doszliśmy do porozumienia — powiedziała Dorota z zadowoleniem.

— Wydaje mi się, że masz talent negocjacyjny i niezwykłe zdolności do przekonywania rozmówcy — stwierdził Wojtek.

— Bardzo się z tego cieszę — przyznała Dorota.

— Ja też nie mogę powiedzieć, żeby mi było przykro. Chyba raczej wręcz przeciwnie — przyznał kierowca.

— Czyli możemy zamówić po jeszcze jednym ciastku dla uczczenia naszego kompromisu — zaproponowała dziewczyna z najzupełniej niewinnym uśmiechem.

— Skoro masz ochotę, to czemu nie — zgodził się Wojtek.

Tym razem Dorota pomachała do kelnerki.

— Poprosimy jeszcze po jednym serniczku — zawołała.

— Ciszej, jesteśmy w miejscu publicznym — zgromił ja Wojtek.

— No to co?

— No nic, ale, tego… — nie dokończył, nie wiedząc co powiedzieć.

— Sam widzisz. Zresztą w miejscu publicznym nie takie rzeczy się robi — powiedziała ze śmiechem.

— Matko! Jeszcze ktoś usłyszy! — zdenerwował się młodzieniec.

— Nie bądź aż taki wrażliwy — znowu zaśmiała się dziewczyna.

— No wiesz, chodzi mi o twoją reputację.

— Moja reputacja w żaden sposób tu nie ucierpi — stwierdziła kategorycznie.

Kelnerka podała im serniczki i wróciła na swoje miejsce.

— Czy to jest nasza randka? — zapytał Wojtek cicho.

— Nie, oczywiście, że nie. To tylko koleżeńskie spotkanie przy kawie. Mamy okazję swobodnie porozmawiać, a nawet wymienić się doświadczeniem zawodowym, tak więc jest to tylko zwykłe spotkanie, miłe, ale koleżeńskie. Mam nadzieję, że nie czujesz się oszukany.

— Oczywiście, że nie. Tak tylko zapytałem, żeby mieć całkowitą jasność sytuacji. To tylko tak dla formalności, żeby nie było żadnych niedomówień.

— Ja mam najzupełniej jasną sytuację — stwierdziła Dorota.

— Tak, tak, naturalnie, ja również — potwierdził Wojtek.

— No to bardzo mnie to cieszy.

— Naturalnie.

Zjedli w milczeniu ciasto i dopili swoje kawy.

— Chyba czas już iść do domu — powiedziała Dorota.

— Oczywiście — zgodził się Wojtek. — Jeszcze tylko zapłacę.

— Płacimy po połowie — powiedziała dziewczyna.

— Mowy nie ma. Nie pozwala na to moja męska godność — stwierdził.

— Skora tak chcesz, to zgoda.

Wojtek poszedł zapłacić, a potem oboje wyszli z kawiarni.

— Już sobie przygruchała samca gotowego do rozmnażania gatunku — zakrakała wrona przyglądając im się z gałęzi sosny.

— Czyli zaraz będą jajka — zakrakała druga wrona z sąsiedniej gałęzi.

— Nie tak prędko, moje drogie — zaszumiała sosna. — U ludzi to trwa trochę dłużej — stwierdziła.

— Jednakowoż prędzej czy później będą jajka — upierała się wrona.

Rozdział 10

Szanowny Panie Dyrektorze

Bardzo przepraszam szanownego pana dyrektora, że pozwoliłam sobie zabierać panu cenny czas, ale musiałam do szanownego pana napisać ten list.

Jestem młodą pracownicą w zarządzanym przez szanownego pana urzędzie. Przyszłam tu do pracy z całym bagażem obaw i lęków, a tymczasem spotkałam się z bardzo życzliwym przyjęciem, prawdziwie braterskim potraktowaniem, niemal z prawdziwie rodzinną atmosferą. Z całą pewnością tak wzorowe stosunki pomiędzy urzędnikami, pomiędzy przełożonymi a podwładnymi, mają potencjał do nadwyrężania ich, a jednak nic takiego nie ma miejsca. Jestem pewna, iż dzieje się tak w wyniku wzorowego zarządzania tym skomplikowanym organizmem, jakim jest urząd państwowy.

Jestem bardzo szczęśliwa, że mam to szczęście dołączyć do tego wspaniałego środowiska pracowników. Mam wielką nadzieję na długoletnią pracę i wydajną służbę pod pana dyrektora wspaniałym kierownictwem.

Pozdrawiam bardzo serdecznie.

Rozdział 11

Już wkrótce Dorota znowu spotkała się z kierowcą Wojtkiem. Mieli razem rozwozić ubrania robocze dla pracowników terenowych urzędu. Do noszenia kartonów z ubraniami roboczymi i butami przydzielono im jeszcze panów, Waldemara i Wiesława, którzy już z samego rana załadowali wszystko do starej, wysłużonej Nyski.

— Pani Dorotko — powiedział pan kierownik. — Proszę dopilnować właściwego rozdysponowania ubrań roboczych i obuwia.

— Tak jest, panie kierowniku — odparła Dorota uderzając dłonią w czoło na sposób wojskowy i poszła do magazynu.

Magazynier poinformował ją, że samochód już czeka, gotowy do jazdy. Dorota bardzo się ucieszyła widząc Wojtka siedzącego za kierownicą. Ten przystojniak coraz bardziej się jej podobał. Wsiadła do szoferki, zapięła pasy i spojrzała na niego.

— Prowadź nas w ten szeroki świat — powiedziała uśmiechając się do niego.

— No to jedziemy — odparł kierowca i ruszył.

Dorota udawała, że przygląda się drodze, ale zerkała na kierowcę, obserwując jego ruchy za kierownicą. Jechał bardzo swobodnie, taki jakiś wyluzowany, jakby przez całe życie nie robił nic innego poza kierowaniem samochodem. Wystarczało mu jedno spojrzenie na jadący przed nim pojazd, by ocenić czy zdąży go wyprzedzić zanim z przeciwka coś pojedzie.

Pogoda była słoneczna, więc w szybach mijanych aut odbijało się błękitne niebo, a czasami rozbłyskiwało też słoneczko. Te błyski były jakby alfabetem Morsa, za pomocą którego wszechświat informował Dorotę o swoich planach na najbliższą przyszłość. Te plany były nierozerwalnie związane z pięknym życiem pośród pięknej przyrody i oddychaniem świeżym, rześkim powietrzem.

Dopiero z szoferki samochodu zobaczyła ile w tym świeżym powietrzu jest muszek, komarów, pszczół, os, bąków i innych owadów, które co chwilę uderzały o przednią szybę, rozmazując się często na niej, więc trzeba było spryskiwać szyby płynem do mycia i przecierać je wycieraczkami.

Kierowca wcale nie zwracał uwagi na ten aspekt ich podróży. Dla niego to była zwyczajna, szara, by nie powiedzieć brudna rzeczywistość. Dla dziewczyny to stało się wręcz krwawą rzeczywistością. Raz nawet krzyknęła — Ała! — gdy jakiś bąk uderzył w szybę z głośnym stuknięciem.

Wojtek roześmiał się na jej reakcję.

— Nic mu się nie stało — powiedział. — Poleciał sobie dalej nad łąkę.

— Skąd wiesz? Zmyślasz.

— Wcale nie. Widziałem go jak po odbiciu się od naszej szyby poleciał w bok w kierunku łąki.

— Po takim uderzeniu musiał być ranny.

Kierowca znowu głośno się roześmiał.

— Dla niego to była normalność — powiedział. — Małe muszki albo komary uderzając w przednią szybę, albo w maskę samochodu, faktycznie giną. Wtedy trzeba co kilka dni zmywać przód auta i szybę, czasami nawet mocno trzeba zdrapywać te ich zwłoki.

— Jesteś wulgarny i okrutny — powiedziała dziewczyna z oburzeniem w głosie.

— Wcale nie. Po prostu już się do tego przyzwyczaiłem.

— Przyzwyczaiłeś się do mordowanie tych małych istot żyjących.

— Przyzwyczaiłem się do ciężkiej pracy, zapewniającej czystość powierzonego mi pojazdu. Można powiedzieć, metaforycznie, że wyprawiam im pogrzeb, bo inaczej ich zbłąkane dusze nigdy by nie uzyskały spokoju.

— Coś podobnego! — oburzyła się dziewczyna. — Wymyśliłeś sobie usprawiedliwienie.

— Wcale nie. To nie jest moja wina, że one zderzają się akurat z tym samochodem. Gdyby latały sobie nad łąką, to z żadnym samochodem by się nie zderzyły. Zresztą ten duży bąk właśnie tak zrobił.

— Widziałeś jak odlatywał?

— Tak, widziałem jak odlatywał — potwierdził.

— Ale mniejsze owady nie mają szans podczas zderzenia — powiedziała Dorota z wyrzutem.

— Bardzo mi przykro z tego powodu, że podczas jazdy nie mogę ich omijać, bo doprowadziłbym do zderzenia z innym samochodem, a wtedy ucierpieliby ludzie, a nie tylko owady.

— To nie jest żadne wytłumaczenie.

— Owszem, to jest bardzo istotne wytłumaczenie. Każdy człowiek oddychając zabiera tlen innym ssakom, a zwłaszcza wielu roślinom, które tlenu potrzebują do życia tak samo jak ludzie, chociaż one tlen pobierają tylko w nocy, a w dzień oddychają dwutlenkiem węgla, a wydalają tlen, którym my możemy się cieszyć — powiedział Wojtek.

— Mówisz jak prawdziwy naukowiec — zauważyła Dorota.

— Bardzo interesowałem się biologią — odparł Wojtek.

— Nie chciałeś studiować?

— Chciałem, ale wzięli mnie do wojska, a potem trzeba było iść do roboty.

— Czyli jesteś niedoszłym biologiem — podsumowała dziewczyna.

— Można tak powiedzieć — zgodził się Wojtek.

— A czy te owady nie powinny o tej porze roku być pogrążone w zimowym śnie? — zapytała nagle Dorota.

— Owady chyba nie zapadają w sen zimowy — powiedział Wojtek.

— Przecież muchy i komary pojawiają się dopiero wiosną, wraz z pierwszymi ciepłymi dniami. Pszczoły na pewno cała zimę śpią w ulu — dziewczyna była pewna swego.

— Być może tak, ale od kilku dni jest piękna pogoda, świeci słońce, nie ma mrozów, śnieg nie pada, więc może owady myślą, że to już wiosna — rozważał Wojtek.

— Być może — przyznała Dorota.

— Widziałaś jak ona klepie tą swoją jadaczką? — zapytała wrona drugiej wrony.

— Widziałam, ale niczego nie mogłam usłyszeć, bo oni zaraz odjechali — odparła druga wrona.

— Gdyby ludzie mieli dzioby, to by się nauczyli bardziej ergonomicznego zachowania — zakrakała wrona.

— To znaczy jakiego? — zapytała druga wrona.

— Mniej by kłapali dziobami — odparła wrona.

— No i nie musieliby zamykać się w tych kabinach — zakrakała druga wrona.

— Otóż to — zgodziła się wrona.

— Wtedy by wystarczyło otworzyć dzioby, a muchy i komary by same wpadały do gardełka — wykrakała druga wrona z rozmarzeniem.

— Musieli by latać jak wściekłe jaskółki — stwierdziła wrona.

— A jaskółki są wściekłe? — zdziwiła się druga wrona.

— Nigdy nie widziałaś jak latają w tą i w tamtą przez cały dzień?

— Widziałam — odparła druga wrona.

— No to co się dziwisz jak głupia.

— Tylko nie głupia — oburzyła się druga wrona.

Rozdział 12

Wysłużona Nyska jechała przed siebie, a Dorota coraz lepiej czuła się w towarzystwie kierowcy Wojtka. Słońce nadal przypiekało, więc w szoferce zrobiło się gorąco.

— Mogę otworzyć okno? — zapytała.

— Naturalnie, otwórz — odparł. — Ja nie będę otwierał z mojej strony, żeby nam głów nie pourywało od przeciągu.

— No chyba żartujesz.

— Oczywiście, że żartuję, ale przeciąg jest bardzo niebezpieczny dla uszu, oczu, głowy, ramion, a nawet dla płuc. Dlatego okno może być otwarte tylko z jednej strony.

— Dobrze, panie naukowcu, zapamiętam — powiedziała.

Jechali dalej w milczeniu. Drzewa rosnące obok drogi nadpływały długim szeregiem i odpływały do tyłu.

— Moglibyśmy tak płynąć motorówką wśród tych drzew — powiedziała rozmarzona.

— Motorówki zazwyczaj nie płyną wśród drzew — zauważył sceptycznie Wojtek.

— Mógłbyś mi pozwolić na odrobinę marzeń — zapytała przekornie, ale zaraz się roześmiała.

— Naturalnie, marzenia to piękna rzecz — odparł.

— No właśnie. Mogę sobie marzyć i wyobrażać co tylko zechcę — powiedziała.

— Jak najbardziej, możesz, tylko chociaż od czasu do czasu umieść w tych marzeniach również mnie, żebyś mi zbyt daleko nie odpłynęła i żebym potem nie musiał ciebie szukać.

— Spokojna głowa — odparła.

Jechali więc dalej, kierowca pilnował drogi, a Dorota pilnowała, by przydrożne drzewa nie pozmieniały się w potwory wymachujące pięściami, to znaczy gałęźmi.

— Czytałeś Don Kichota? — zapytała.

— Czytałem — odparł Wojtek.

— I co?

— Bardzo ciekawa książka — powiedział.

— A co według ciebie było najciekawsze?

— To jak wyobrażał sobie świat, jak rzeczywistość stawała się w jego umyśle rzeczywistością literacką. Mógłby napisać piękne powieści.

— No przecież napisał — stwierdziła dziewczyna.

— Autor powieści i jego bohater to dwie różne osoby — stwierdził.

— No tak, ale można przecież powiedzieć, że jeden powstał dzięki wyobraźni drugiego.

— Jak najbardziej masz rację i mówisz bardzo mądre i niezwykle interesujące rzeczy.

— Przestań.

— No co? Ja tylko stwierdzam niepodważalny fakt.

— Przecież ten bohater wziął swoją osobowość z osobowości autora, więc chociaż to nie jest ta sama osoba, to jednak jedna z drugiej się wzięła, jedna z drugiej powstała, jedna bez drugiej by nie istniała, a więc można je utożsamiać ze sobą, nawet jeśli nie faktycznie, to w wielkim przybliżeniu, metaforycznie, literacko, jak dwa kwiatki, które wyrastają z jednej łodygi.

— Teraz, po takiej przemowie, to już muszę się z tobą zgodzić, bo nie mam innego wyboru — powiedział Wojtek.

— Zawsze mamy jakiś wybór — powiedziała Dorota. — Tylko nie zawsze widzimy wszystkie możliwe drogi, no i nie zawsze rozumiemy wszystkie konsekwencje wyboru.

Kierowca milczał skupiając się na prowadzeniu samochodu.

— Dlaczego nic nie mówisz?

— Bo mnie normalnie zatkało. Jak na mnie jesteś zbyt inteligentna, zbyt mądra, zbyt oczytana — przyznał.

— Przecież dopiero co rozmawialiśmy o książce, która oboje czytaliśmy. Skoro przeczytałeś Don Kichota, to znaczy, że jesteś tak samo inteligentny i mądry, a może nawet bardziej niż ja, bo jeszcze nie uzgodniliśmy pozostałych wspólnych naszych lektur.

— Zaczynam się ciebie bać, dziewczyno — zawołał Wojtek.

Dorota się roześmiała.

— Nie jestem wcale groźna, więc nie musisz się mnie bać.

— Z każdą minuta robisz się coraz groźniejsza.

— Nie przesadzaj, dobrze? Przecież możemy ze sobą rozmawiać na wszystkie tematy.

— Naturalnie, że tak — zgodził się Wojtek.

— No to mi powiedz, czy masz dziewczynę? — zapytała Dorota.

— Nie mam — odpowiedział.

— Dlaczego? — zapytała ona.

— Dlaczego? Nie wiem. Jakoś się nie złożyło — odparł.

Rozdział 13

Wysłużona Nyska jechała przed siebie. Pomimo trwającego stycznia pogoda była słoneczna. Wojtek pilnował drogi, dzięki czemu Dorota mogła się spokojnie rozglądać na boki. Jednocześnie jednak wciąż zerkała na kierowcę, starając się zaobserwować jakie robi miny, z jakim zapałem kręci kierownicą na zakrętach, jak zmienia biegi podczas przyśpieszania, albo jak zagryza wargę podczas hamowania.

— Czy mógłbyś jechać tak szybko, żeby drzewa rosnące przy drodze tylko nam migały z boku? — zapytała.

— Niestety nie, ponieważ to nie jest samochód wyścigowy, tylko stara Nyska, która w każdej chwili może się rozkraczyć, a wtedy będziemy potrzebowali pomocy drogowej.

— Szkoda.

— Lubisz szybką jazdę?

— Nie — odparła.

— Nie?

— Nie. Czy to takie dziwne? — zapytała Dorota.

— Przed chwilą pytałaś, czy mógłbym jechać szybciej.

— Tylko pytałam z czystej ciekawości. Bardzo często mi się zdarza, że odczuwam wielkie zainteresowanie światem.

— Przepraszam, nie chciałem cię urazić.

— Wcale nie jestem urażona.

— To dobrze, bo czuję się odpowiedzialny za twój nastrój — powiedział Wojtek.

— Tak?

— Troszeczkę, ale jednak — odparł. — Nie potrafię zabawiać dziewczyn, prowadzić interesujących konwersacji lub dysput. Zwłaszcza z tak inteligentną osobą.

Dorota lekko się uśmiechnęła i nieco zarumieniła, ale kierowca tego nie zauważył, bo wciąż patrzył na drogę.

— Tylko ci się to wydaje, że nie potrafisz. Jesteś zbyt skromny — powiedziała Dorota.

— Wcale nie — odparł.

— Wcale tak, gamoniu — powiedziała.

— Jak ty się wyrażasz?

— Wyrażam się tak, jak mam na to ochotę — stwierdziła.

— A więc uważasz mnie za gamonia.

— Wcale nie — odparła.

— Wcale tak.

— Zapomniałeś dodać: gamoniu.

— Nie uważam, żebyś była gamoniem. Wręcz przeciwnie — zapewnił.

— Wręcz przeciwnie, czyli kim? — zapytała dziewczyna.

— To jest moja tajemnica — powiedział.

— Ale sobie wymyśliłeś tajemnicę.

— Nie zaczyna się zdania od ale — powiedział Wojtek.

— Nie czepiaj się mnie — odparła Dorota.

— Wcale się nie czepiam. Tak tylko przypominam.

— Lepiej pilnuj drogi.

— Tak jest — powiedział i zasalutował.

Przez chwilę jechali w milczeniu. Dorota przyglądała się małym, białym chmurom płynącym po niebie. Były takie czyste i niewinne. Były zbyt małe nawet jak na owieczki. Mogły być białymi myszkami poszukującymi na niebieskich pastwiskach zagubionych ziaren zboża z okresu lata. Szanse na to były minimalne, bo jeżeli nawet rozsypały się gdzieś tam jakieś ziarna, to wyzbierały je już wrony i wróble.

Przydrożne rowy były pełne wody.

— Ciekawe dlaczego woda w tych rowach nie wsiąka w grunt, bo przecież od jakiegoś czasu nie padało — zauważyła.

— Ziemia jest pewnie gliniasta, to woda nie wsiąka — odparł kierowca.

— Znasz się na glebach? — zapytała.

— Nie — odparł.

— Czyli akurat ta dziedzina wiedzy nie jest twoją specjalnością — powiedziała.

— Masz rację — odparł krótko.

— A coś więcej na ten temat — poprosiła żartobliwie.

— Jestem zachwycony twoimi umiejętnościami wyciągania słusznych wniosków z niedostatecznych informacji — powiedział.

— Serdecznie dziękuję za uznanie — kontynuowała.

— Bardzo proszę. Jest mi niezmiernie miło, że mogłem się na coś przydać.

— Cały czas jesteś nadzwyczaj przydatny — stwierdziła.

— Ciekawe w jaki sposób? — zapytał.

— Bez ciebie nasza interesująca podróż nie mogłaby się odbyć. Twoja tu obecność jest pierwszym i najważniejszym warunkiem powodzenia naszej wyprawy naukowej. Zwłaszcza twoja obecność w tym konkretnym miejscu, znajdującym się pomiędzy kierownicą

pojazdu a siedzeniem kierowcy.

Wojtek zaśmiał się wesoło.

— Wreszcie ktoś docenił moje miejsce w samochodzie — stwierdził.

— Miejsce owszem, ale przede wszystkim rolę jaką w tym samochodzie pełnisz.

— Dziękuję.

— Bardzo proszę.

Rozdział 14

Wysłużona Nyska zatrzymała się przy placówce terenowej urzędu. Wojtek wysiadł z szoferki i poszedł dopilnować wyładunku ubrań roboczych i obuwia, żeby panowie Waldek i Wiesio nie wydali zbyt dużo sztuk, bo potem byłby kłopot z rozliczeniem.

Dorota została w szoferce. Nie widziała powodu do wysiadania. W środku było jej wystarczająco przyjemnie. Słońce grzało przez szybę i zapraszało do romantycznych marzeń. Uśmiechnęła się i zmrużyła oczy. Pod jej powiekami zaczęły płynąć kolorowe baloniki, jak na festynie dla dzieci.

Gdzieś w pobliżu grała muzyka, być może w radiu, a być może na małej karuzeli z siedzeniami w kształcie łabędzi, które kręcąc się w kółko, równocześnie podnoszą się i opuszczają, co sprawia wrażenie, że naprawdę lecą, albo że płyną po wzburzonym morzu, raz pod falę, a raz z falą ku dołowi, ale łabędzie raczej nie pływają po wzburzonym morzu, więc może raczej jednak fruwają sobie, raz wyżej, raz niżej, ale zawsze w koło, zawsze w pobliżu gniazda, opiekując się małym kaczątkiem czy też łabędziątkiem.

Dorota pamiętała takie karuzele ze swojego dzieciństwa. Dzieciaki zawsze ustawiały się w kolejce, bo więcej było chętnych niż miejsc na karuzeli. Z tymi wielkimi karuzelami bywał problem, bo Dorotka zawsze czuła mdłości i wymiotowała, bardzo często opryskując osoby stojące w pobliżu. No i dla niej to się zawsze kończyło na pierwszym razie, bo potem mama już jej nie pozwalała nawet zbliżać się do karuzeli.

Natomiast takie małe karuzele z siedzeniami w kształcie samolotu czy łabędzia nie stanowiły zagrożenia, bo obracały się znacznie wolniej. Naturalnie trzeba było mieć złotówki i zapłacić za przejazd, przelot łabędziem lub samolotem, ale od czasu do czasu litościwy operator urządzenia pozwalał dzieciom na darmowy kurs. Dorotka zawsze była w pobliżu i wyczekiwała na takie okazje.

Kiedyś dzieci było tak wiele, że Dorotka nie załapała się na darmowy kurs, bo zabrakło miejsc na karuzeli. Gdy więc rozbawione dzieciaki kręciły się w koło, to ona stała obok, patrzyła na te dzieci i płakała. Wielkie łzy ciekły jej z oczu, spływały po policzkach niczym bursztyny, kapały jej z nosa, a nawet wpływały do jej ust i wywoływały okropny grymas z powodu ich słonego smaku.

Okazało się jednak, że pan operator nie był bez serca. Gdy inne dzieci skończyły jazdę, to zaprosił zapłakaną Dorotkę na karuzelę i puszczał ja w koło wiele razy dłużej. Obiecał jej też, że każdego dnia może przyjść do niego, a wtedy on pozwoli jej wsiąść na karuzelę bez płacenia. Od tamtego dnia Dorotka przychodziła na karuzelę codziennie, a wśród innych dzieci rozeszła się nawet plotka, że pan operator karuzeli jest Dorotki wujkiem.

Naturalnie innym dzieciom to się nie podobało, a te najbardziej wredne bachory, te najbardziej fałszywe, najbardziej zawzięte, pyskate, rude i niewychowane, nie były w stanie znieść szczęścia innego dziecka, więc usiłowały w nią trafić kamieniem. Naturalnie bały się podejść zbyt blisko, bały się pana operatora, więc rzucały kamieniami z daleka, a Dorotka tylko śmiała się głośno z tych nieudolnych prób i rozkładała ręce szeroko i machała nimi jakby sama była łabędziem, a czasami to nawet pokazywała im figę, a tamci grozili jej pobiciem pokazując jej gest bicia pięścią w zęby.

Najbardziej jednak Dorotka lubiła gdy do ich miasteczka przyjeżdżał cyrk. Kolorowe wozy rozkładały się obozem na łące nieopodal szkoły, a wszystkie dzieciaki wtedy zapominały o wojnach, bójkach i rzucaniu kamieniami, bo były bardzo zainteresowane tym co działo się w obozie cyrkowców, zwłaszcza w pobliżu dzikich zwierząt, a także w miejscu w którym przed występem trenował swoje sztuczki połykacz ognia.

Jego pokazy były tak straszne, że gdy poszła raz z rodzicami do cyrku, to przez cały występ połykacza ognia zaciskała mocno oczy, żeby ten straszny ogień nie spalił jej duszy. Sama wcześniej słyszała jak pewna pani, jedna z tancerek, powiedziała połykaczowi ognia przed występem, że ten jego ogień wypalił mu resztkę duszy, i że teraz nie ma ani sumienia, ani żony, ani dzieci, i nigdy już mieć nie będzie, bo trafi prosto do piekła, a tam przez całą wieczność będzie się piekł na tym swoim ogniu.

To było tak straszne, że Dorotka wybiegała z namiotu cyrkowego jeszcze przed zakończeniem pokazów, gdy wszyscy cyrkowcy wychodzili na arenę i się kłaniali. Wolała nie mieć już więcej z tym okropnym człowiekiem do czynienia. Za cyrkiem grzecznie czekała na rodziców, a oni, oczywiście, narzekali, że im się zgubiła.

Wojtek szarpaniem za ramię obudził ją gdy wrócił do szoferki.

— Jesteś zmęczona? — zapytał. — Może źle się czujesz?

— Nie, nie, nic mi nie jest — odparła. — Tak tylko się zdrzemnęłam.

— Na pewno?

— Oczywiście — odpowiedziała Dorota.

— No to jedziemy dalej — powiedział Wojtek i uruchomił samochód.

Rozdział 15

Wysłużona Nyska ruszyła w dalszą drogę. Pan Waldek poprosił o krótki postój przy sklepie spożywczym, więc kierowca spełnił jego prośbę. Nie musieli czekać długo, bo pan Walduś zaraz wrócił, więc pojechali dalej.

— Tak mi się przyjemnie drzemało — powiedziała Dorota.

— Przepraszam, że ciebie obudziłem — odparł Wojtek.

— Nie ma sprawy. Przecież musimy jechać dalej.

— Otóż to. Inaczej noc by nas zastała w połowie trasy — stwierdził kierowca.

— Rozumiem — przyznała dziewczyna.

Kierowca obejrzał się do tyłu, gdzie robotnicy siedzieli na ubraniach roboczych i pili wódkę. Miał nadzieję, że nie będzie z nimi kłopotu.

— Może pani ma ochotę na łyczka? — zapytał jeden z nich.

— Nie, dziękuję — odpowiedziała mu Dorota.

— Prosimy nie jechać zbyt szybko, bo wtedy mocno trzęsie — poprosił drugi z mężczyzn.

— Nie ma sprawy — odpowiedział mu Wojtek.

— Ta szoferka powinna być bardziej oddzielona od części tylnej auta — powiedziała dziewczyna ściszonym głosem.

— Te Nyski już takie są — odparł Wojtek.

Jaki on jest spokojny i opanowany, rozmyślała Dorota zerkając na kierowcę Wojtka, a do tego jeszcze taki przystojny, męski, umięśniony, o sylwetce sportowca. Porusza się też jak sportowiec, tak sprężyście, jakby miał mocno amortyzujące buty. Normalnie przyjemnie się na niego patrzy. Profil ma taki męski, chyba można powiedzieć, że klasyczny, no bo jak to nie jest profil klasyczny, to już sama nie wiem jaki mógłby być.

Czasami tak przyjemnie mruży oczy, tak po dziecinnemu, że normalnie aż chce się go przytulić, pogłaskać po głowie i po policzku, dać mu cukierka miętowego, albo krówkę. Niechby sobie nieco osłodził to swoje samotne życie. Odrobina słodyczy w życiu nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

Na słońcu zaróżawiają mu się policzki i czoło. Wtedy wygląda jak aktor grający w filmie o mafii na południowo-francuskiej prowincji, który staje w obronie biednych miejscowych rolników przed uciskiem i wykorzystywaniem przez ludzi z miasta. Pewnie musiałam kiedyś oglądać taki film z bardzo podobnym aktorem w roli głównej, skoro mi się tak to skojarzyło.

— Lubisz oglądać filmy o mafii? — zapytała Dorota kierowcę Wojtka.

— Owszem, lubię — odparł Wojtek. — Chociaż wolę kryminały detektywistyczne, w których ktoś rozwiązuję zagadkę morderstwa. W typowo mafijnych filmach nie ma żadnej tajemnicy, a jest natomiast pełno przemocy, same strzelaniny.

— Ja też wolę kryminały o detektywach — ucieszyła się dziewczyna.

— No to mamy podobne upodobania — spostrzegł kierowca.

— Cały czas miałam wrażenie, że tak właśnie jest — przyznała Dorota.

— Tak? — zdziwił się.

— Tak jakoś mi się wydawało — powiedziała.

— A jakiego detektywa lubisz najbardziej? — zapytał.

— Detektyw Marple — odpowiedziała patrząc z zainteresowaniem na niego. — A ty jakiego lubisz?

— Ja najbardziej lubię Poirota, Munka, Colombo i Mateusza — wymienił listę ulubionych detektywów Wojtek.

— Ja też ich wszystkich lubię i bardzo chętnie oglądam — powiedziała z zadowoleniem.

— W takim razie musimy koniecznie umówić się na wspólne oglądanie kryminału do kina — zaproponował.

— W kinach te kryminały już od dawna nie chodzą — zauważyła sceptycznie Dorota.

— W takim razie możemy się umówić na oglądanie w domu, bo ja mam całą kolekcję na płytach DVD — powiedział Wojtek.

— Może się kiedyś umówimy — powiedziała Dorota.

— To który serial wolałabyś na początek?

— Na początek to chyba wybrałabym tego Munka, bo jego nie znam.

— Munka mam tyle płyt, że wystarczyłoby na kilkanaście wieczorów po dwa filmy.

— Aż tyle tego jest? — zdziwiła się Dorota.

— Naturalnie. Zresztą tych innych detektywów też jest sporo — zauważył Wojtek.

— Czyli mielibyśmy zapewnioną wieczorną rozrywkę na być może cały rok — stwierdziła dziewczyna.

— Nie ma sprawy, możemy oglądać codziennie, z wyjątkiem niedziel, żeby rodziców nie drażnić — zadeklarował. — Ja zapewniam zimne napoje i ewentualnie popcorn.

— A ja od czasu do czasu mogę przynieść lody — zaoferowała Dorota.

— To od kiedy zaczynamy? — zapytał kierowca.

— Nie wiem. Musze porozmawiać z mamą. Nie wiem czy mnie puści samą do mieszkania chłopaka.

— To możemy oglądać u ciebie — zaproponował Wojtek w myśl zasady: kuj żelazo póki gorące.

— Najpierw muszę porozmawiać z mamą — stwierdziła Dorota kategorycznie.

Rozdział 16

W kolejnej placówce urzędu miejscowy brygadzista nadzwyczaj skrupulatnie sprawdzał rozmiary ubrań roboczych i butów. Panowie Waldek i Wiesio wyrzucali ubrania i kartony z butami z samochodu, a Dorota z Wojtkiem nosili je do budynku. Zanim jednak brygadzista zgodził się na wszystkie rozmiary, to minęła cała godzina. Wyruszyli więc w dalszą drogę ze sporym opóźnieniem.

Niestety owo opóźnienie musiało się jeszcze bardziej zwiększyć, bowiem pan Wiesio nagle zwymiotował na wiezione ubrania. Zjechali na pobocze drogi tuż za małym mostkiem. Naturalnie żaden z robotników nie miał ochoty na obmywanie ubrań, bo obaj zasnęli na tylnym siedzeniu jak susły.

Wojtek chodził do rzeczki z małym wiaderkiem po wodę, a Dorota zajmowała się obmywaniem zabrudzonych ubrań. Od obrzydliwego smrodu omal sama nie zwymiotowała. Na całe szczęście tych ubrań nie pozostało już w samochodzie zbyt dużo, więc dość szybko się z tą niewdzięczną robotą uporali.

W placówce nie zastali nikogo, więc trzeba było poczekać. Obaj robotnicy obudzili się i stwierdziwszy, iż są głodni, poszli szukać sklepu spożywczego. Wojtek natomiast zaproponował Dorocie kawę w kawiarni. Zgodziła się od razu.

Potem, po kawie, wrócili do placówki urzędu, a tam się okazało, że obaj piani pracownicy dokonali już dostawy ubrań razem z również pianym miejscowym brygadzistą, więc nie pozostało nic innego do roboty jak jechanie w dalszą trasę.

Niestety, w ostatniej placówce okazało się, że ubrania robocze zostały zdekompletowane, oraz że buty są nie do pary, więcej lewych niż prawych i w dodatku o zupełnie innych rozmiarach. Miejscowi pracownicy zrobili im awanturę. Musieli obiecać powtórny przyjazd.

— Jedziemy — zdecydowała Dorota.

Waldek i Wiesio już spali w samochodzie, więc oboje wsiedli i natychmiast odjechali.

— Już myślałem, że nas wcale nie wypuszczą — powiedział zdenerwowany Wojtek.

— Awanturowali się jakby od tego życie ich zależało — przyznała Dorota.

— Trzeba to będzie jakoś załatwić. Na szczęście nie musimy się z tym śpieszyć — stwierdził kierowca.

— Skąd wiesz, że nie musimy się śpieszyć — zapytała dziewczyna.

— Bo oni sami nie zadzwonią do przełożonych ze skargą, bo się będą obawiali, iż przełożeni też sobie o czymś przypomną — odparł.

— O czym by mogli sobie przypomnieć?

— O powtarzających się nieobecnościach w pracy, o wielokrotnych niedyspozycjach z powodu nadużywania alkoholu, o nieuzasadnionych nadgodzinach, o fikcyjnych dyżurach świątecznych — wyliczał Wojtek.

— Skąd ty o tym wszystkim wiesz?

— Wiem, bo kilka razy wiozłem kierownika w teren z powodu skarg kierowanych do urzędu na różnych pracowników. Oni myślą, że jak są daleko od przełożonych, to mogą robić wszystko co im się tylko podoba, ale to wcale tak nie jest od czasu jak wynaleziono telefon. Ludzie bardzo lubią dzwonić ze skargami i donosami na innych, bo dzięki temu zabezpieczają się przed skargami na samych siebie.

— Coś podobnego! — oburzyła się Dorota.

— Niestety, tak to już jest — stwierdził Wojtek.

— I to zawsze tak?

— Zawsze i wszędzie — odparł Wojtek. — Taka już jest wredna natura człowieka.

— Nie chce mi się wierzyć. Przecież nie wszyscy są tacy — powiedziała.

— Masz rację. Nie wszyscy są tacy — przyznał.

— Jak tu z takimi ludźmi żyć w zgodzie i przyjaźni?

— Jakoś trzeba sobie radzić. Trzeba stwarzać pozory, że się niektórych rzeczy nie widzi, i niektórych wypowiedzi nie słyszy. Wtedy łatwiej zachować neutralność. Poparcie okazane jednej osobie w urzędzie oznacza automatycznie brak poparcia dla innej osoby, a to w pewnych sytuacjach może być nawet niebezpieczne.

— Jak to niebezpieczne? — zdziwiła się Dorota.

— Na przykład może oznaczać brak premii, brak podwyżki wynagrodzenia, zgodę na urlop w niekorzystnym terminie, można by długo wymieniać sposoby temperowania sobie podwładnych przez przełożonych, a urząd jest strukturą hierarchiczną — wyjaśniał Wojtek.

Dorota zdała sobie sprawę z tego, że bardzo mało wie o pracy w urzędzie.

Rozdział 17

Dorota pracowała w biurze razem z trzema innymi kobietami. Oprócz pani Olgi i babci Teresy była jeszcze cicha i skromna pani Helena, która prawie wcale się nie odzywała, zajmując się przez cały dzień jakimiś sprawozdaniami, tabelkami, podsumowaniami i tego rodzaju rzeczami. Nigdy nie brała udziału w dyskusjach, które koleżanki urządzały niemal bez przerwy.

Dorota postanowiła zwracać baczniejszą uwagę na to co kto mówi w pracy, a przede wszystkim postanowiła zostać cichą myszką, o której inni nie będą mogli zbyt dużo powiedzieć na temat jej poglądów i jej zdania na różne służbowe sprawy, no i zwłaszcza na temat jej prywatnych spraw. Samej sobie złożyła solenne zapewnienie, że będzie niczym Zorro, o którym wszyscy słyszeli, ale żadna go nie rozpoznała, bo nie widziała jego twarzy. Albo nie. Będzie jak cichociemny komandos, o którym wszyscy wiedzą, że gdzieś może być, ale nikt nie wie gdzie jest, co robi ani nawet czy faktycznie jest. Otóż to.

Kierownik wezwał ją do siebie, więc czym prędzej pobiegła do łazienki, przejrzała się w lustrze, poprawiła włosy, podciągnęła spódniczkę, wygładziła bluzeczkę, no i wtedy w pełni przygotowana i gotowa na sprostanie wyzwaniu poszła do pokoju kierownika.

— Witaj moja droga gołąbeczko — przywitał ja pan inżynier gdy tylko otworzyła drzwi do jego biura.

— Dzień dobry, panie kierowniku — dygnęła skromnie.

— Wejdź, wejdź i zamknij drzwi — zaprosił ją pan Kurdej.

Uczyniła więc co jej polecono. Stanęła przed biurkiem kierownika. Szef spojrzał na nią uważnie, taksując ją z góry do dołu, czego nie dało się w żaden sposób ukryć. Potem wskazał jej stojące pod ściana krzesło.

— Przystaw sobie to krzesło i usiądź, bo przecież nie będziesz tu stała jak na przesłuchaniu, prawda? — powiedział do niej z szerokim uśmiechem.

Przystawiła więc sobie krzesło i usiadła, starając się by spódniczka się nie zagięła ani nie podwinęła odsłaniając zbyt dużo. Widok łydek i kolan powinien przełożonemu w zupełności wystarczyć.

— Słucham pana, panie kierowniku — powiedziała.

— Nie musisz mi mówić za każdym razem kierowniku — zaczął pan kierownik. — Mam na imię Zenon, czyli Zenek. Znasz taką piosenkę? „Chodzi Zenek wkoło płotka. Cicho, bo tu śpi Dorotka” — zaśpiewał pan kierownik na melodię, która wydała jej się znajoma.

Oboje się roześmieli.

— Naturalnie, panie kierowniku, to znaczy panie Zenku — odparła Dorota.

— No i bardzo dobrze — ucieszył się pan Zenek.

Oboje przez chwilę patrzyli na siebie z delikatnymi uśmiechami na twarzy. Potem Dorota poczuła wyraźne drętwienie policzka, ale nadal się uśmiechała, nie chcąc okazać lekceważenia przełożonemu, a już w żadnym wypadku niechęci do niego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 55.03