E-book
6.83
drukowana A5
33.75
Wysłannik

Bezpłatny fragment - Wysłannik

Powrót na Ziemię


5
Objętość:
130 str.
ISBN:
978-83-8104-844-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 33.75

Rozdział pierwszy: Niewinny początek czegoś strasznego

Maj, 1989.


„Wszystko zaczęło się w 1989. Globalne ocieplenie i nadmierne eksploatowanie Ziemskich zasobów w końcu dały o sobie znać. Naukowcy i ekolodzy ostrzegali. Informacje o nadchodzącej katastrofie były wszędzie: W radiu, telewizji, gazetach. Nikt nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Jednak rząd w porę zorientował się z powagi tych ostrzeżeń.


Styczeń, 1997.


W 1997 przepowiednie ekologów i naukowców się spełniły: Lody powoli zaczęły topnieć co spowodowały wielkie powodzie w wielu krajach. Temperatury zwiększyły się o 6 stopni Celsjusza co spowodowało wyginięcie wielu gatunków zwierząt i roślin. W wielu cieplejszych krajach poziom wody wód jezior i rzek obniżył się o kilka centymetrów.


Czerwiec, 2003.


W 2003 nastąpiły globalne zmiany pogody. Temperatury powiększyły się o kilkanaście stopni Celsjusza przez co wiele gatunków zwierząt i ryb wyginęły ponieważ poziom wód znacznie się obniżył. Na całym świecie huragany i tornada następowały coraz częściej przez co transport wodny i powietrzny stał się niebezpieczny przez co giełdy krajowe zaczęły padać. Pomimo obniżenia poziomu wód, nastąpiły wielkie globalne powodzie które zatopiły dość dużą część świata.


Grudzień, 2035


Nastąpiła globalna katastrofa ekologiczna. Z powodu ogromnych temperatur na całym globie wszystkie wody na Ziemi zaczęły wysychać. Większość gatunków zwierząt i roślin wyginęła, podobnie jak większość populacji. Okazało się że władze wysłały rakietę z kilkuosobową załogą mającą odkryć inne planety na których można by żyć. Okazało się że znaleźli oni planetę zwaną Emirra. Ta planeta miała zdatne warunki do życia — Wodę i Atmosferę. Władze zbudowały około 100 rakiet zdolne pomieścić około 100 tysięcy ludzi z całego świata. W Europie wylądowały dwie rakiety. Na początku zabierali ważne osobowości, a dopiero później zwykłych ludzi. Ja i moja rodzina weszliśmy na pokład jako jedni z ostatnich. Lot trwał kilka tygodni. Kapitanem naszego statku był Estevan Alves. Pochodził z Południowej Ameryki i został mianowany kapitanem zaledwie kilka dni przed odlotem. Zresztą nie on jedyny był niedoświadczony w pełnionej przez siebie funkcji. A ponieważ członków załogi brakowało poprzez losowanie wyznaczono sprzątaczy i sprzątaczki z zwykłych obywateli. Na szczęście kapitan był bardzo miły i rozumiał nasze potrzeby. Kiedy już wylądowaliśmy żołnierze wysłani przez rząd przygotowali małą wioskę namiotów specjalnie na nasz przylot. Miejsca brakowało więc musieliśmy gnieść się po kilkadziesiąt osób w namiotach o powierzchni kilku metrów kwadratowych ponieważ noce były bardzo zimne. Z powodu zmiany czasu spaliśmy prawie dwa dni. Rano obudził mnie głośny gwizd. W kilku językach organizatorzy zebrali w kilku miejscach wszystkich ludzi. Odkrywcy przysłani wiele lat temu tutaj opowiadali ludziom o warunkach panujących na tej planecie. Jak już zauważyłem grawitacja na tej planecie nie różniła się zbytnio od tej ziemskiej. Okazało się że oprócz nas, na tej planecie występowały tylko małe jednokomórkowe organizmy. Fauna tej planety nie była zbyt bogata, jednak odkrywcą udało się wyhodować kilka gatunków ziemskich warzyw i owoców. Zaraz po tym, w największym namiocie zaczęli rozdawać jedzenie. Niebyło specjalnie smaczne, ale w końcu znajdowaliśmy się na innej planecie, więc nie było co narzekać. Po śniadaniu odbyła się konferencja na której ustalono że prawie każdy zostanie zatrudniony jako rolnik, a reszta dostanie posady w nowo utworzonym rządzie”… — Tak według pamiętnika jednego z ocalałych przebiegła ewakuacja. — Po kilku dniach zostało utworzone pierwsze miasto o nazwie Pieod. Następnie podzielono je na kilka dzielnic aby uniknąć konfliktów na tle rasowym i religijnym. Mnie z moją rodziną przydzielono do chrześcijańskiej dzielnicy dla Europejczyków. Jak później się okazało nawet podzielenie miasta na dzielnice nie pomogło w uniknięciu sporów przez które raczkująca jeszcze cywilizacja mogła całkowicie się rozpaść. W ostatniej chwili władze postawili wielki mur pomiędzy dwoma skłóconymi stronami”… — W tym miejscu kończył się pamiętnik i dalsze strony były puste lub brudne od dawno zaschłej krwi…

Rozdział drugi: Wezwanie

Wstałem rano jak zawsze. Dzieci były już w szkole a że w poniedziałki miałem wolne mogłem pozwolić sobie na godzinę dłużej snu. Wszedłem do kuchni, otworzyłem szafkę i wyciągnąłem puszkę z kakao i ulubiony kubek. Podniosłem stojący obok palnika garnuszek, napełniłem go mlekiem i położyłem na owym tym razem zapalonym palniku. Odczekałem aż mleko się podgrzeje i wlałem je do kubka z kakao. Pomieszałem i położyłem koło okna aby trochę ostygło. Usiadłem na kanapie i zacząłem czytać gazetę. Po chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Niczego nie zamawiałem więc mogę wykluczyć kuriera. Nie wiedziałem kto to ale mimo to wziąłem kubek z kakao i otworzyłem drzwi.

— Dzień dobry. Oficer Peter Freitag, czy ma pan chwilę?

— Tak, a co?

— Mogę wejść do środka?

— No dobrze…

Powiedziałem i wskazałem ręką na kanapę. Usiadłem a on usiadł naprzeciwko mnie. Jego mina nic nie zdradzała co musiało być efektem specjalnego szkolenia. Aby przełamać milczenie zapytałem:

— Chce pan może herbaty?

— Nie mogę… — powiedział i na chwilę zapanowała cisza — Muszę panu coś przekazać… — w tym momencie wyciągnął kupkę papierów z teczki którą miał przy sobie i przekazał ją mi — Został pan przydzielony do specjalnego oddziału wojskowego. Tutaj ma pan wszystkie szczegóły. Ma pan stawić się jutro dokładnie o 12. Jeśli pan tego nie zrobi wyląduje pan w więzieniu do końca życia. — powiedział i wyszedł.

Z wrażenia upuściłem kubek. Przez parę dobrych minut stałem nieruchomo. Po jakimś czasie usiadłem na kanapie i zacząłem czytać. Okazało się że kilka miesięcy temu władze wysłali specjalnego drona aby zbadać czy Ziemia nadaje się do ponownego skolonizowania lub jeśli nie to czy można ją wykorzystać jako działkę dla fabryk i korporacji. Jak się okazało dron został zestrzelony przez nieznane siły. Po wysłaniu drugiego drona tym razem z bezpiecznej odległości udało się zrobić wyraźne zdjęcie jednego z miast w dawnej Ameryce Południowej w którym żyją ludzie lub coś na kształt ludzi. Misja będzie polegała na odkryciu co tam naprawdę się dzieje aby następnie o wiele liczniejsze wojska w celu przejęcia Ziemi. Kiedy skończyłem czytać byłem strasznie zdenerwowany. Chociaż tego nie napisali misja jest bardzo niebezpieczna i równie dobrze mogę nie wrócić więcej do domu. Postanowiłem się położyć. Zostawiłem papiery na stole i podszedłem do szafki po leki na sen gdyż wiedziałem że nie zasnę bez nich. Położyłem się na sofie i od razu zasnąłem…


— THOMAS! THOMAS! OBUDŹ SIĘ! — krzyczała żona ktoś kiedy się obudziłem.

— Ccco się dzieje? — spytałem niemrawo

— Zasnąłeś i nie dało ci się obudzić! Po co ci te tabletki! I co to za papiery!

— Przeczytaj…

Podniosła dokument i zaczęła czytać. Natychmiast się zasmuciła i powiedziała:

— Bardzo mi przykro… Nie wiedziałam…

Powiedziała i przytuliła mnie.

— Chyba pójdę jeszcze spać….

— Jasne. Obudzę cię rano…

Wstałem i poczłapałem do sypialni. Z powodu leków nasennych byłem śpiący. Położyłem się na łóżku i zasnąłem. Około 5.30 obudził mnie budzik. Wstałem, ubrałem się w wcześniej przygotowane ubrania i zszedłem na śniadanie. Na stole w kuchni czekały gotowe grzanki, dżem i kakao. Oprócz tego była tam mała karteczka na której pisało:


„Nic mi nie jest. Nie musisz się martwić. Nie chciałam cię denerwować… Mam ze sobą dzieci…


Twoja żona…”


Zmartwiłem się. Rozumiem ją… Zresztą nie miałem czasu na przemyślenia bo miałem niecałą godzinę na śniadanie i dotarcie do budynku rządu. Tak więc zjadłem i wsadziłem brudne naczynia do zmywarki. Wyszedłem z domu i zamknąłem za sobą drzwi. Upewniłem się że wziąłem wszystkie dokumenty i wsiadłem do samochodu. Zeskanowałem do nawigacji znajdującą się na odwrocie dokumentu mapę i ruszyłem według jej wskazówek. Po pół godzinie dojechałem na miejsce. Wysiadłem z auta i podszedłem do drzwi pomimo tego że była dopiero 6.49 Drzwi rozsuwane automatycznie się rozsunęły. Poszedłem do recepcjonistki i pokazałem jej dokument.

— Proszę udać się do gabinetu pana Toby-iego Locka. — powiedziała i pokazała palcem na drzwi. Podszedłem do nich i zapukałem. Natychmiast otworzył je pan wyglądający na około 30 lat i uśmiechał się.

— Witam pana. — przywitał się.

— Dzień dobry. — odpowiedziałem

— Niech pan usiądzie — powiedział i pokazał na krzesło stojące przy biurku. Usiadłem na co on też usiadł. — Na początek musimy omówić sobie parę ważnych kwestii. Po obserwacji oraz zapoznaniu się z pańskimi dokumentami stwierdziliśmy że nadaje się pan do tej misji. Ale i tak będę musiał zadać panu kilka pytań. Przede wszystkim czy brał pan wczoraj lub dzisiaj jakieś leki?

— Tak, brałem leki nasenne żony. Nie mogłem zasnąć z powodu emocji.

— Dobrze. A czy jadł pan dziś coś dziwnego?

— Jak zwykle grzanki z dżemem i kakao.

— Ok. Ostatnie pytanie: Czy pamięta pan może ile pan spał?

— Z dwanaście może trzynaście godzin jeśli się nie mylę…

— No dobrze. Zaraz przyjdzie do pana lekarz który sprawdzi czy nadaje się pan do treningu. Jeśli nie, zostanie pan u nas a my przypilnujemy by był pan w dobrej formie.

Pan Toby chyba chciał by zabrzmiało to jak groźba ale jego lekko żartobliwy ton głosu sprawił że było to raczej niegroźne ostrzeżenie. Kiedy pan Toby wstał i wyszedł z pomieszczenia do środka wszedł lekarz.

— Dzień dobry. Jak pan pewnie wie muszę sprawdzić czy jest pan sprany. — kiedy już się przedstawił postawił na biurku walizkę i otworzył ją. W środku znajdował się aparat do pomiarów ciśnienia i słuchawka. Na początek wyciągnął słuchawkę, założył ją i przyłożył mi ją do mojego serca. Kazał mi oddychać przez kilka sekund a potem zapisał coś na kartce. Odłożył słuchawki i wyciągnął aparat do pomiaru ciśnienia. Włączył go i założył opaskę od niego mi na rękę. Znowu coś zapisał i powiedział:

— Wszystko z panem porządku. — powiedział, spakował wszystko i wyszedł.

Po chwili do pomieszczenia wszedł pan Toby.

— Wyniki badań nie wykazują nic niepokojącego więc już dzisiaj możemy zacząć trening. Tak więc pojedzie pan ze mną do ośrodka treningowego. — kiedy skończył mówić zabrał dokumenty z biurka i wyszedł z biura. Następnie wyszedł z budynku rządu i wsiadł do wyglądającego na wojskowy pojazd. Ja sam usiadłem z tyłu. Po chwili wyruszyliśmy. Jechaliśmy przez około 3 godziny. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Wysiedliśmy i podeszliśmy do dużego budynku. Toby zapukał do drzwi które zaraz się otworzył około 40 letni mężczyzna w wojskowej kamizelce.

— Dzień dobry. Tak jak obiecałem przywiozłem pana Thomasa Huntera. — powiedział i przekazał temu panu dokumenty które przywiózł, wsiadł do auta i odjechał.

— Niech pan wejdzie, panie Hunter. A. Właśnie. Nazywam się Felix Emmet. Będę zarządzał misją w której bierze pan udział. Teraz będę musiał przekazać pana w ręce trenera, Henrik-a Hals-a. — poinformował. Ręką pokazał mi gdzie mam się udać a sam odszedł korytarzem w lewo. Poszedłem tam gdzie kazał mi Felix. Stały tam drzwi więc zapukałem. Zaraz otworzył mi wysoki pan.

— Dzień dobry panu. Proszę wejść — powiedział. Kiedy znalazłem się już w środku pokazał mi ręką abym usiadł na krześle naprzeciwko biurka. Kiedy już usiedliśmy zaczął mówić:

— Nazywam się Finley John. Od dzisiaj przez kilka miesięcy będę pańskim trenerem. Musi się pan dobrze przygotować do misji.

— Rozumiem…

Wyszliśmy z pokoju. Cały trening trwał kilka miesięcy. Przez pierwsze pięć miesięcy ćwiczyliśmy używanie broni, chowanie się za osłonami itp. Oprócz tego uczyliśmy się też bardziej teoretycznych rzeczy jak np. strategia lub podstawowa geografia terenu ziemi na podstawie zdjęć dostarczonych przez rakiety wysłane przez rząd. Następnie ćwiczyliśmy w specjalnej sali symulującej warunki panujące na ziemi, zarówno w miejscu gdzie mieliśmy wylądować jak i w miejscach które według pułkownika możemy odwiedzić. Po trzech miesiącach treningów pułkownik zebrał nas wszystkich na apelu w którym przedstawił najważniejsze informacje:

— Jak pewnie wiecie z ćwiczeń na symulatorze wylądujemy na terenie dość gęstej dżungli o dość ciepłym klimacie. Żyją tam nieliczne i niegroźne zwierzęta których nie doświadczyliście w symulacji. Naszym celem i obowiązkiem jest dokładniejsze zbadanie klimatu, tamtejszych roślin i zwierząt. Oprócz tego musimy zbadać glebę oraz sprawdzić czy przygotowane tutaj rośliny przystosują się do tamtejszych warunków a jeśli nie to wyhodowanie dostosowanych. Oczywiście wy nie będziecie się tym bezpośrednio zajmować gdyż zabieramy ze sobą odpowiednich naukowców i badaczy. — oznajmił. Oprócz tego omówiliśmy rzeczy takie jak np. jak będzie wyglądać start statku. Po omówieniu tych rzeczy wróciliśmy do pokojów przydzielonych nam na początku szkolenia. Położyliśmy się aby się zdrzemnąć. Po paru godzinach do pokoju wszedł ktoś w mundurze oficera. Podszedł do mojego biurka i położył na nim kartkę papieru oraz pióro wieczne. Następnie wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zrozumiałem że musimy napisać list pożegnalny do rodziny. Zdziwiłem się trochę że musimy używać atramentu i kartki ale można było się domyśleć że dawanie nam sprzętu elektronicznego mogło być niebezpieczne gdyż dowiedzieliśmy się wiele tajny rzeczy… Oprócz kartki i pióra na biurku leżał też kawałek papieru na którym pisało:


„WSZYSCY BIORĄCY UDZIAŁ W AKCJI EOPNZ ZOBOWIĄZANI SĄ DO NAPISANIA LISTU POŻEGNALNEGO MAJĄCEGO OD 4 DO 120 LINIJEK TEKSTU. WSZELKIE UJAWNIANIE TAJEMNIC LUB NIEODPOWIEDNIE TREŚCI ZOSTANĄ WYKRYTE I USUNIĘTE”


Wziąłem pióro do ręki i zacząłem pisać:


„A więc przyszedł ten dzień… Przez całe szkolenie starałem się o tym nie myśleć, przekonywałem sam siebie że to tylko straszny sen… Nie pożegnaliśmy się czego bardzo żałuje. Jeśli dzieci są w domu przekaż im to teraz, a jeśli nie przekaż im to jutro… Kocham was…”


Nie mogłem już zmusić się aby napisać więcej. Odłożyłem pióro i kartkę i położyłem się spać pomimo tego że nie byłem zmęczony… Kiedy wstałem rano następnego dnia byłem strasznie głodny. Nie zauważyłem tego wczoraj ale zjedliśmy wtedy tylko małe śniadanie. Doszedłem do wniosku że to ze względu na małe ale wciąż istniejące przeciążenia podczas startu statku mogące wywołać mdłości. Po chwili pod drzwiami pojawiła się kartka:


„To ostatni dzień przed startem. Jutro dokładnie o 6.00 przyjdziemy do pana aby zaprowadzić Cię do pomieszczenia ze statkiem. Ten dzień jest dniem wolnym ale polecamy odpoczynek przed trochę męczącym lotem”


Po przeczytaniu postanowiłem się trochę przejść. Tak więc otworzyłem drzwi i wyszedłem z pokoju. Korytarz był w pusty ale mimo to usłyszałem coś co przypominało rozmowę kilkunastu ludzi. Skierowałem się w tamtą stronę i zacząłem tam iść. Okazało się że dźwięki pochodzą z sali konferencyjnej w której zgromadzili się prawie wszyscy biorący udział w misji.

— Ooooo! — mruknął ktoś. Nie znałem nikogo gdyż nie było na to czasu podczas szkolenia.

— Co tu się

dzieje? — spytałem.

— Postanowiliśmy spotkać się tu i poznać się bo przecież spędzimy ze sobą dość dużo czasu… — powiedziała jakaś młoda kobieta — A przy okazji nazywam się Kathryn Landavare. A ty?

— Thomas Hunter. — powiedziałem i podszedłem do grupki trzech rozmawiających mężczyzn.

— O! Dzień dobry…. Jak się pan nazywa? — spytał się mnie jeden z nich.

— Thomas Hunter. A pan?

— Mark R. Rivera. To jest Zane Black — powiedział i pokazał na drugiego z nich. — A to Samuel Pratt. — Przedstawił trzeciego z nich. Następnie przeszedłem się po całym pomieszczeniu aby poznać wszystkich. Okazało się że przyszli wszyscy. Łącznie było nas dwunastu. Po dwóch godzinach rozmawiania wróciliśmy do swoich pokoi aby się przespać. Następnego dnia zgodnie z obietnicą zostałem obudzony o 6 przez dwóch strażników. Na biurku obok mojego łóżka leżał specjalny kombinezon. Założyłem go i poszedłem za strażnikami. Wyszliśmy z pokoju i przeszliśmy przez korytarz. Tam stały dość duże, metalowe drzwi które jeden z strażników otworzył. Za drzwiami znajdowały się schody prowadzące głęboko w dół. Zeszliśmy na dół gdzie czekali już prawie wszyscy. Po paru minutach kiedy pojawili się już wszyscy ustawili nas w kolejce do kolejnych drzwi. Nie widziałem co tam się znajduje gdyż zaraz po wejściu drzwi się zamykały. Po kolejnych paru minutach padła moja kolej. Wszedłem do środka gdzie stał rząd dziwnych kapsuł. Jedna z nich, ta stojąca naprzeciwko wejścia była otwarta. Stojący obok strażnik pokazał mi ręką że mam wejść do środka i położyć się. Widocznie zostaniemy zamrożeni na czas lotu aby uniknąć przykrych wypadków. Tak więc wszedłem do środka i położyłem się. Wieko zamknęło się i w środku zaświeciło się światło. Poczułem dziwny zapach i zrobiłem się senny…

Rozdział trzeci: Witamy w domu

Nagle obudziło mnie światło świecące i dziwny zapach nad moją głową. Poczułem miły zapach i od razu się rozbudziłem. Otworzyłem oczy i zobaczyłem że jestem w dziwnej kapsule w dziwnym metalowym pomieszczeniu. Wszędzie wokoło mnie stały takie same kapsuły. Po kolei otwierały się klapy kapsuły nad głowami i wyłaniały się z nich głowy innych ludzi.

— Gdzie ja jestem!? CO się dzieje!? — krzyknął ktoś w kapsule obok mnie.

— Jesteście na statku kosmicznym, lecicie z specjalną misją na ziemię — powiedział ktoś kto wszedł do pomieszczenia. — Zbliżamy się do lądowania, za chwilę będziecie mogli wyjść.

Jeszcze przez chwilę nie wiedziałem o co chodzi aż wreszcie wszystko sobie przypomniałem. I widocznie nie tylko ja bo zaczęły nagle wszyscy zaczęli ze sobą rozmawiać jak ze starymi znajomymi. Jakiś czas potem przez parę sekund statek zaczął lekko trząść co na szczęście szybko się skończyło bo zaczynałem mieć mdłości. Po tym kapsuły otworzyły się i mogliśmy wejść.

— Dobrze. Teraz przejdziecie do drugiego pokoju. Pewnie jesteście głodni…

Zrobiliśmy tak jak kazał. Pokój był dość mały ale jakimś cudem zmieściło się w nim kilkadziesiąt stołów z sześcioma krzesłami. Usiadłem przy jednym z nich razem z kilkoma innymi. Zaraz po tym przynieśli nam talerze z jedzeniem i sztućce. Szybko zjedliśmy bo byliśmy strasznie głodni. Następnie zostaliśmy przeniesieni do kolejnego pomieszczenia. Po chwili poprzez losowanie został wybrany jeden człowiek który musiał przebrać się w specjalny kombinezon i ze specjalnym urządzeniem wyjść na zewnątrz aby zbadać jakość powietrza. Wrócił po kilku minutach. Badacze zbadali dane z urządzenia i stwierdzili że powietrze nadaje się do oddychania tylko przez około trzy godziny na dobę. Oprócz tego z braku czasu w powietrzu stwierdzono obecność nieznanych mikroorganizmów przez co zdecydowano o potrzebie noszenia butli z tlenem aby wyeliminować jakiekolwiek wypadki. Tak więc uzbroiliśmy się w mundury i butle tlenowe. Następnie wyszliśmy na zewnątrz.

— Czy wszyscy są? — spytał pułkownik. — Dobrze. Wszyscy wyciągnijcie swoje pistolety. Musimy poruszać się bardzo powoli i ostrożnie. Nie znamy tutejszej fauny i flory. — powiedział niewyraźnie gdyż maska tlenowa zniekształcała głos. — Dostaliśmy zadanie zbadanie najbliższego terenu. W waszych hełmach są umieszczone specjalne kamery rejestrujące wszystkie wasze kamery. Gdybyście potrzebowali pomocy po prostu krzyczcie. A teraz rozejść się. A. I spotykamy się tutaj za dwie godziny… — powiedział i odszedł na północ. Ja postanowiłem pójść na lewo. Tak więc zacząłem biec aby przemierzyć jak największe połacie terenu. Po kilkunastu minutach postanowiłem przysiąść na ziemi aby odpocząć. Po kilku minutach zacząłem dalej biec. W końcu doszedłem do stromego urwiska. Pomyślałem że trzeba wracać. Ale w końcu postanowiłem znowu chwilę odpocząć. Kiedy już miałem wstać, podeszło do mnie dziwne zwierzątko. Wyglądało trochę jak pies ale z większymi uszami i bez ogona. Dodatkowo zamiast futra było pokryte skórą podobną do aligatora. Ostrożnie odszedłem od tego dziwnego stworzenia i zacząłem uciekać. Nie wiedziałem czy jest groźne ale wolałem nie ryzykować. Po godzinie byłem już na miejscu zebrania.

— Czy wszyscy są? — spytał pułkownik.

Na szczęście wszyscy byli. Po chwili wróciliśmy do statku gdzie ściągnęliśmy nasze mundury i zanieśliśmy je do badaczy którzy na podstawie filmów z kamer w naszych hełmach sporządzą mapy okolicy. My tym czasem poszliśmy się przespać. Nagle obudził mnie głośny huk. Obróciłem głowę i zobaczyłem że inni członkowie EOPNZ też już nie spali. Nagle obudziłem się w środku nocy. Sam nie wiem dlaczego ale miałem dziwne uczucie że coś mnie obserwuje. Nie chcąc niepotrzebnie budzić innych ostrożnie wstałem z łóżka i podszedłem do okna. To co zobaczyłem mroziło krew w żyłach — Tajemnicza wysoka na około metr postać stała i patrzyła się przez okno prosto na mnie. Przetarłem oczy aby upewnić się że to nie sen. Niestety to nie był sen… W duchu dziękowałem sobie że nie zapaliłem światła — Byłbym bardziej widoczny. Nie wiedząc co robić obudziłem mojego dawnego sąsiada — wysokiego blondyna. Kiedy się obudził chciał coś powiedzieć ale kiedy zobaczył te tajemniczą postacie zamarł i przez kilka minut się nie ruszał. Próba obudzenia blondyna spowodowała obudzenie całej reszty. Niektórzy myśleli że to tylko niewinny żart reszty EOPNZ, a inni myśleli że to kosmici opanowali opuszczoną ziemię. Pewnie udało by się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie jednak nikt specjalnie nie kwapił się do zapalenie latarki a co dopiero do wyjścia z statku. Jedyna co im przyszło do głowy to siedzieć cicho i obserwować dalszy przebieg wydarzeń. Pół godziny później usłyszeli coś co totalnie ich zmroziło: Dziwna istota zaczęła wyć i zawodzić. Kiedy to usłyszeliśmy zaczęliśmy panikować. Mogą to być niegroźni żartownisie ale co jeśli to groźne zwierzę które chce nas zabić? Wtedy ktoś wpadł na pomysł który pomógł nam w opanowaniu strachu: „Zaatakujemy go z zaskoczenia — na mój sygnał wszyscy skoczą na niego — powinien przewrócić się a potem go zabijemy.”. Pomysł okazał się genialny. Kiedy już go powaliliśmy spętaliśmy go lianą zerwaną z pobliskiego drzewa i zabiliśmy. Miał wielkie, długie pazury oraz wielką paszczę wypełnioną ogromnymi ostrymi zębami. Dopiero w tedy uświadomiliśmy sobie że zaraz może tu być ich pełno. Spanikowani schowaliśmy się za drzewami, co okazało się nie potrzebne bo nic nie przyszło. Następnie wróciliśmy do statku i położyliśmy się.

Rano obudziły mnie rozmowy i szepty tuż nad moją głową. Z początku nie wiedziałem o co chodzi ale w końcu zrozumiałem — W nocy zostaliśmy zaatakowani przez tajemniczą bestie. Obudziłem resztę. Kiedy wstaliśmy z naszych łóżek podszedł do nas pułkownik. Ponieważ wstałem pierwszy to na mnie spadł obowiązek wytłumaczenia sytuacji. Opowiedziałem wszystko krok po kroku. Kiedy skończyłem pułkownik tylko spuścił głowę i głośno westchnął. Kazał wszystkim usiąść a kiedy się to stało zaczął opowiadać:

— Ten stwór prawdopodobnie powstał w wyniku ewolucji. Nasi historycy oszacowali że od kilkunastu wieków nikt spoza Ziemi nikt tu nie zaglądał. Zabijając ten gatunek przyczyniliśmy się do nienaturalnej ewolucji. — kiedy skończył powiedział — możecie się jeszcze trochę zdrzemnąć. Kiedy to powiedział wszyscy położyliśmy się i zasnęliśmy.

Wstałem koło dziesiątej rano. Zjedliśmy skromny posiłek i pułkownik zawołał naszą grupę. Powiedział że dzisiaj odbędzie się nasza druga misja polegająca na odwiedzeniu prawdopodobnie zniszczonego ośrodka badań nad rozwojem genetycznym roślin. Nasza grupa wsiadła do jednego busa i pojechaliśmy do tego ośrodka. Kiedy jechaliśmy podziwialiśmy bardzo ładne krajobrazy — Czuliśmy się jakbyśmy jechali po dzikiej nie odkrytej do tond dżungli. Po pół godziny wreszcie dojechaliśmy. Kiedy wysiedliśmy zobaczyliśmy dość duży, dwu piętrowy budynek. W oczy rzucała się skala zniszczeń. Z całej elewacji tynk i farba odpadały wielkimi płatami. Ziemia wokół budynku była brudna od gruzu i innych zanieczyszczeń. Jednak najbardziej spektakularną rzeczą w tym budynku było wielkie drzewo które jakimś cudem wyrosło na dachu. Litery nad wejściem zaczęły odpadać, przez co teraz można było przeczytać tylko „OROEK BAIAŃ GENTCZNYH NA ROŚINAH”. Drzwi wyglądały na solidne, ale zamki w przeciągu tylu lat zdążyły już zardzewieć i pewnie wystarczyłoby tylko kopnąć w drzwi aby je otworzyć. Pułkownik ustawił nas w szeregu i podzielił na dwa mini oddziały — Jeden dwuosobowy i drugi trzyosobowy. Ja trafiłem z Adrianem do grupy dwuosobowej. Reszta stała się grupą drugą…

Pułkownik ustawił nas ponownie w szeregu i przedstawił plan działania: Grupa pierwsza czyli ja i Kathryn mieliśmy pójść na górne piętro budynku. Grupa pierwsza miała sprawdzić parter. Z powodów bezpieczeństwa wyposażono nas w załadowane pistolety, latarki, kaski i specjalne maski chroniące przed gazami. Celem misji było znalezienie dowolnych nasion roślin które można będzie zasadzić na Emirrze. Na sygnał pułkownika wywarzyliśmy drzwi. Poszło prosto. W środku było w miarę czysto ale i tu widać było ślady czasu. Odpadająca farba i tynk, ale też śmieci zostawione przy szybkiej ucieczce. Skierowaliśmy się ku schodom kiedy zobaczyliśmy coś okropnego…

To co zobaczyliśmy było okropne. Sufit się zawalił i gruz uniemożliwił przejście dalej. Na gruzie jednak leżał szkielet człowieka. Był obrośnięty jakimiś roślinami. Delikatnie przesunęliśmy go i zabraliśmy się do przekopywania gruzu. Zajęło nam to dobrych kilka chwil. Kiedy skończyliśmy dalej poszliśmy we dwoje. Dalej trochę wstrząśnięci weszliśmy na piętro. Staliśmy w długim prostym korytarzem prowadzącym do końca budynku. Ewidentnie ściany nie przetrwały próby czasu. Ze ścian odpadał tynk i farba, a czasami nawet rosnął po nich bluszcz. Skupiliśmy się na misji i zaczęliśmy sprawdzać pomieszczenia. Nad drzwiami do któregoś z kolei pokoju wisiała tabliczka „SKŁAD NASION ROŚLIN MODYFIKOWANYCH GENETYCZNIE” weszliśmy tam i usłyszeliśmy coś co nas zmroziło…

Kiedy przyłożyłem ucho do ściany aby upewnić się że to na pewno kroki… Kathryn widocznie też to usłyszała bo przyległ do ściany i tak jak ja przyłożył ucho do ściany. Kto to?! — spytał i przeładował broń. W duchu miałem nadzieje że to tylko członkowie EOPNZ i zaszła jakaś mała pomyłka. Niestety, myliłem się. Przez małą dziurkę w ścianie zobaczyłem kto to — Wielkie zwierzę wyglądające jak połączenie goryla z wilkiem. Znaleźliśmy się w poważnym niebezpieczeństwie — Akurat przeszukiwało pokój na przeciwko nas. Zaraz tu będzie — szepnąłem do Kathryn i jeszcze bardziej przylgnąłem do ściany. Nie wiedziałem co robić i zacząłem panikować — Słuchaj… — powiedziała — Weź tą cegłę a jak wejdą to walnij go mocno — to go ogłuszy a potem go zwiążemy i gdzieś schowamy. Plan był świetny a właściwie jedyny więc od razu wziąłem cegły i zacząłem nasłuchiwać — wyszli już z tamtego pokoju i usłyszałem skrzypienie podłogi przed drzwiami. 3… 2… 1… BUM! Drzwi nagle się otworzyły a mnie ogarnęła nagła furia — Z całą swoją siłą uderzyłem jednego z nich cegłą aż owa cegła rozpadła się na kawałki. Spojrzeliśmy po sobie i związaliśmy go sznurkiem wyciągniętym z jakiegoś kąta. Musimy powiedzieć o tym reszcie — powiedziała Kathryn — Zaraz mogą zjawić się tu ich więcej — powiedział wyraźnie przestraszony. Najpierw musimy sprawdzić ten pokój bo później nie będzie czasu — odpowiedziałem. No dobra — odparł…

Zabraliśmy się szybko do przeszukania pomieszczenia — Było duże, z pokaźnym nowoczesnym biurkiem pośrodku. Na ścianach były korkowe i magnesowe tablice na których były różne skomplikowane wzory i rysunki. Pokój był — w porównaniu do innych czysty — tylko w niektórych miejscach odpadał tynk z ścian a w jednym miejscu była mała dziurka. Oprócz tego w pokoju było trochę kurzu. Po kilku minutach znaleźliśmy pokaźną komodę z różnymi napisami np. ERPLODYSTOS TOMASTOS i inne dziwne łacińskie nazwy. Chyba o to chodziło pułkownikowi — Powiedział Adrian z wyraźną satysfakcją — Hmm… ciekawe komu chciało się wsypywać tyle nasionek do tylu torebek — myślała na głos Kathryn — Odruchowo wziąłem wszystkie torebki jakie znaleźliśmy i wrzuciliśmy je do torby. Miaaał!… Co to!? — Oboje odruchowo odwróciliśmy się w kierunku z którego pochodził dźwięk. Patrz jaki on słodki! — Zachwyciła się Kathryn — Ech… Koty — westchnąłem z odrazą. Zaraz, zaraz… — zastanowiłem się — Skąd niby wziął się ten kot!? Wcześniej go nie było! — krzyknąłem — Kici kici! Kto jest słodkim kotkiem no kto? Ano ti! — Kathryn głośno bawiła się z kotkiem. Kiedy ona się bawiła ja zacząłem szukać miejsca z którego owy kot miał przyjść. Hej! Tu jest dziura! — krzyknąłem i natychmiast tego pożałowałem…

Auuua… — jęknąłem gdy wpadłem do dziury. Kathryn! — krzyknąłem — Chodź tu! Nic ci nie jest? — spytała gdy wreszcie zostawiła kota w spokoju — Umiesz chodzić? Spoko. Tylko trochę się potłukłem… — odpowiedziałem. Dopiero w tedy dotarło do mnie co się stało — Wpadłem do jakiegoś dusznego małego pomieszczenia. W pokoju panował półmrok. Jedynym źródłem światła była mała, zakratowana dziura w ścianie. No to się porobiło… — powiedziała Adriana patrząc na dziurę w ścianie którą zrobiłem wpadając tutaj. Ty też to czujesz? — spytałem — Jakby… Kalafiory? — Ale cuchnie — odpowiedziała i złapała się za nos ale zaraz spoważniała. Podszedł do skrzynki która stała najbliżej, wyciągnął jednego kalafiora i powąchał z wyraźną odrazą. Jeszcze świeże — powiedział — Co znaczy że ktoś tu niedawno był! Hej! Popatrz! — powiedziałem i wskazałem palce na coś co wyglądało jak drzwi. Tu jeszcze coś jest! — krzyknąłem gdy otworzyłem tajemnicze drzwi i wszedłem do kolejnego pomieszczenia. Ten pokój był podobny do poprzedniego ale był jaśniejszy i nie było tam żadnych kalafiorów tylko duży stół, pokaźna biblioteczka i kilka krzeseł Co to? — spytała Kathryn i pokazała palcem na papiery leżące na stole..

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 33.75