Przedmowa
Szanowny Czytelniku,
Oddaję w Twoje ręce książkę, która wymyka się wszelkim konwencjom, gatunkowym szufladkom i literackim schematom. „Wyobraź sobie, że…” to dzieło, które, na pierwszy rzut oka, wydaje się być zbiorem pozornie zwykłych, codziennych historii — opowieści o małżeństwie, o wspólnym życiu, o drobnych, domowych czynnościach, które wypełniają nasze dni. Jednak już po kilku stronach odkryjesz, że ta książka to coś znacznie więcej. To niezwykły, przewrotny i niezwykle inteligentny portret związku dwojga ludzi, którzy w swojej codzienności odnaleźli klucz do prawdziwej, głębokiej bliskości — klucz, który otwiera drzwi do świata wyobraźni, który potrafi zamienić nawet najprostszą czynność w ekscytującą, niebezpieczną i pełną zwrotów akcji przygodę.
Już na samym wstępie pozwól, że zdradzę Ci pewien sekret. Ta książka nie jest kryminałem w klasycznym tego słowa znaczeniu — nie znajdziesz w niej śledztwa prowadzonego przez doświadczonego detektywa, nie będzie tutaj morderstwa w zamkniętym pokoju ani zagadki, którą trzeba rozwiązać, nim wybije północ. Nie jest to również romans w konwencji, do której przywykliśmy — nie ma tu scen, w których dwoje bohaterów spotyka się w niezwykłych okolicznościach, by po burzliwych perypetiach odnaleźć miłość swojego życia. Jest tu coś znacznie bardziej wartościowego, znacznie bardziej subtelnego i, jeśli wolno mi tak powiedzieć, znacznie bardziej prawdziwego. Jest tu bowiem miłość, która już trwa od dwudziestu pięciu lat — miłość dojrzała, ugruntowana, ale wciąż pełna ognia i iskry, która nie gaśnie nawet wtedy, gdy jedna z postaci rzuca się do paszczy wyimaginowanego lwa morskiego czy pozwala, by asfalt zalał jej ciało.
Główną bohaterką jest Jolanta — kobieta, która z pozoru mogłaby być każdą z nas. Wykonuje codzienne, przyziemne czynności: pierze pościel w Kanale Noteckim, czyści komin, rąbie drewno, przygotowuje mięso, brukuje podwórko. Robi to z siłą, determinacją i godnością, które każą nam podziwiać ją już od pierwszych stron. Jednak to, co czyni ją postacią niezapomnianą, to jej gotowość, by za każdym razem, gdy jej mąż Marek wypowiada magiczne słowa „Wyobraź sobie, że…", wyruszać w podróż do krainy, w której szaleją zombie, wściekłe słonie, chorobotwórcze kleszcze czy wpadająca w szał banda leśników. Jolanta nie ucieka od tych wyzwań — przeciwnie, angażuje się w nie całym sercem, z całym swoim intelektem i wyobraźnią, starając się znaleźć sposób na przetrwanie, na ucieczkę, na pokonanie kolejnego, wyimaginowanego wroga.
A jednak, w tej niezwykłej grze — bo trzeba to nazwać po imieniu, jest to gra, wspaniała i skomplikowana gra — Jolanta za każdym razem przegrywa. Nie dlatego, że brakuje jej sprytu czy siły. Przeciwnie, jej pomysły są często błyskotliwe, zaskakujące i pełne kreatywności. Przegrywa, ponieważ Marek, który z niezwykłą wprawą wciela się w rolę reżysera tej intelektualnej gry, zawsze znajduje kontrargument na to, co wymyśli. Jest w tym coś z tańca, z rytuału, który powtarza się od miesięcy, a może i lat, a który dla obojga bohaterów stał się istotą ich relacji. Bo przecież nie chodzi o to, by wygrać — chodzi o to, by być razem, by wspólnie przeżywać coś, co choć wytworzone przez wyobraźnię, jest autentyczne, pełne napięcia i emocji.
I tu tkwi największa siła tej książki. „Wyobraź sobie, że…” pokazuje, że prawdziwa miłość nie polega na tym, by zawsze być po zwycięskiej stronie. Prawdziwa miłość, w swojej najgłębszej istocie, to gotowość do porażki, do poddania się, do oddania siebie w ręce drugiej osoby — nawet jeśli ta osoba właśnie każe ci skoczyć do komina pełnego sadzy, zanurzyć się w gnojówce czy pozwolić, by horda górników zamurowała cię żywcem. W każdym z tych wyimaginowanych zakończeń, które za każdym razem wybiera Jolanta, nie ma kapitulacji — jest akt czystej, bezwarunkowej ufności. Jest zgoda na to, że los, nawet ten najokrutniejszy, jest do przyjęcia, jeśli można go przeżyć w ramionach kochającej osoby.
Kryminał i romans, jak już wspomniałem, nie są tu w swojej klasycznej postaci. A jednak, gdy czytamy o tym, jak Jolanta próbuje uciec przed krzyżakiem, jak szuka sposobu, by przetrwać spotkanie z wściekłym dobermanem czy jak stawia czoła stadzie waranów, mamy w sobie napięcie godne najlepszych powieści sensacyjnych. Gdy z kolei czytamy o tym, jak po każdej z tych potyczek małżonkowie razem piją wino, jedzą szarlotkę czy dzielą się kawałkiem sera na długim kiju, czujemy, że obcujemy z romansem najczystszej próby — romansem, który opowiada o miłości wytrwałej, cierpliwej, która nie potrzebuje sztucznych wzniosłości, by być prawdziwą.
Co więcej, „Wyobraź sobie, że…” to książka niezwykle zmysłowa. Autor z niezwykłą precyzją oddaje detale każdej z czynności, które wykonuje Jolanta — zapach świeżo skrojonych warzyw, ciężar mokrego prześcieradła, chropowatość starych, żelaznych kątowników, ciepło i słodycz pieczonych jabłek. Te zmysłowe opisy sprawiają, że czytelnik nie tylko obserwuje, ale wręcz uczestniczy w każdej z tych scen, oddycha tym samym powietrzem, czuje ten sam ciężar ziemi na łopacie. To literatura, która angażuje wszystkie zmysły, i która na długo pozostaje w pamięci, nie tylko jako opowieść, ale jako doświadczenie.
Nie sposób też nie docenić humoru, który przenika tę książkę od pierwszej do ostatniej strony. Jest to humor wyrafinowany, inteligentny, oparty na zderzeniu prozy codziennego życia z absolutnie absurdalnymi wizjami, które rodzi wyobraźnia Marka. Kiedy górnicy zamurowują Jolantę w kopalni, kiedy ksiądz egzorcysta oskarżony o kradzież dzwonu z wieży kościelnej pojawia się w celi aresztu, a kiedy z nieprawości na Jolantę napada stado wściekłych niedźwiedzi grizli — czytelnik nie może powstrzymać uśmiechu, a zarazem zachwyca się pomysłowością autora, który potrafi łączyć realizm z groteską w sposób tak płynny i naturalny.
W tej książce jest także głęboka mądrość. Jest to mądrość o tym, że życie składa się z wyborów, że każdy dzień to seria decyzji — czasem małych, niepozornych, a czasem, jak w tych wyimaginowanych historiach, decyzji o życiu i śmierci. Bohaterowie tej książki wybierają za każdym razem to samo — miłość, bliskość, wspólne przeżywanie. Nawet jeśli wyobraźnia podsuwa im najczarniejsze scenariusze, nawet jeśli w grę wchodzą zombie, wściekłe hipopotamy czy płonący las, ostatecznym celem jest być razem, dzielić to samo wino, ten sam śmiech, tę samą chwilę.
Przygotuj się, Czytelniku, na podróż, która wykroczy poza ramy zwykłej powieści. „Wyobraź sobie, że…” to książka, która bawi, wzrusza, intryguje i zmusza do myślenia. To hołd dla wyobraźni, która jest w stanie przemieniać nasze życie, nadawać mu głębię, która wykracza poza codzienność. To także, a może przede wszystkim, hołd dla miłości — tej prawdziwej, dojrzałej, która potrafi przetrwać nawet najbardziej absurdalne historie i która każdego dnia odnajduje nowy powód, by rozkwitać.
Zanurz się w tym świecie. Pozwól, że Jolanta i Marek staną się Twoimi towarzyszami na długie, jesienne wieczory, a może i na letnie, leniwe popołudnia. Przeżyj z nimi każdą z tych niezwykłych przygód, które, choć wymyślone, niosą w sobie więcej prawdy o naszym życiu niż niejedna powieść realistyczna. I pamiętaj — wyobraźnia nie zna granic, a miłość, która jest w stanie w nią wejść, poddać się jej, a potem wrócić do rzeczywistości z uśmiechem na twarzy, jest najpiękniejszym darem, jaki dwoje ludzi może sobie ofiarować.
Gorąco polecam tę książkę każdemu, kto wierzy, że literatura może być jednocześnie rozrywką i głębokim, wzruszającym doświadczeniem. Dla tych, którzy kochają kryminały, znajdzie się tu wystarczająco dużo napięcia i zwrotów akcji. Dla tych, którzy szukają romansu, znajdzie się tu wystarczająco dużo ciepła, czułości i prawdy o ludzkich sercach. A dla tych, którzy po prostu chcą się dobrze bawić przy dobrej książce — ta lektura dostarczy im mnóstwo radości i satysfakcji.
Życzę Ci, Czytelniku, równie pięknych wyobrażeń i równie wspaniałych podróży — tych, które odbywa się wspólnie z ukochaną osobą, tych, które kończą się uśmiechem i wspólnym toastem. Bo w końcu o to właśnie chodzi — by wyobrazić sobie siebie w najdziwniejszych sytuacjach, a potem, trzymając się za ręce, wychodzić z nich silniejszymi, mądrzejszymi i jeszcze bardziej zakochanymi.
Z wyrazami najgłębszego szacunku i podziwu dla bohaterów tej niezwykłej opowieści,
Kraków, 2026
Rozdział I
Deszcz uderzał w okna kuchennego okna równomiernym, monotonnym rytmem, który od wielu godzin wypełniał cały dom. Krople spływały po szybach jak łzy, zniekształcając widok na ogród, który dawno już stracił swoje letnie barwy, ustępując miejsca jesiennej szarości i wilgoci. W kuchni było ciepło, wręcz duszno od pary unoszącej się z garnków stojących na kuchence, a zapach duszonego mięsa, suszonych grzybów i przypraw mieszał się z ostrym, lekko cierpkim aromatem kiszonej kapusty, która w dużych, równych plastrach spadała z deski do wielkiego emaliowanego garnka.
Jolanta stała przy blacie kuchennym, z wprawą lat przesuwając ostrym nożem po główce kapusty. Jej ruchy były precyzyjne, wręcz mechaniczne — setki, może tysiące razy wykonywała tę samą czynność, przygotowując bigos na rodzinne spotkania, święta, czy zwykłe, niedzielne obiady. Kapusta szeleściła pod ostrzem, układając się w cienkie, niemal przezroczyste pasma, które z cichym pluskiem lądowały w garnku, mieszając się z już przygotowanym mięsem i suszonymi grzybami, które wcześniej namoczyła w letniej wodzie. Para osiadała na jej okularach, co chwilę zmuszając ją do przecierania szkieł rękawem swetra. Miała na sobie luźny, szary sweter, który kiedyś należał do jej matki, i które to jedzenie dawało jej dziwne poczucie bezpieczeństwa, jakby wciąż mogła liczyć na jej obecność i pomocną dłoń.
Za jej plecami, przy stole wciśniętym w wąski kąt kuchenny, siedział Marek, jej mąż od dwudziestu pięciu lat. Miał przed sobą otwartą butelkę czerwonego wina, z którego nalał sobie już trzeci kieliszek, i gazetę, którą czytał z pozornym zainteresowaniem, choć jego wzrok co jakiś czas wędrował od drukowanych liter w stronę żony, obserwując jej zgrabną sylwetkę, pochylona nad deską do krojenia. Marek był mężczyzną o szerokich ramionach, siwiejących skroniach i twarzy, na której wiek wyrył już kilka głębokich zmarszczek, szczególnie wokół oczu, które wciąż błyszczały życiem i niegasnącym rozbawieniem. Jego dłonie, duże i ciepłe, spoczywały na stole, a palec lewej ręki bezwiednie bębnił o drewnianą powierzchnię, wybijając rytm, który tylko on sam słyszał w swojej głowie.
— Jolu — odezwał się nagle, odkładając gazetę na bok i sięgając po kieliszek. Jego głos był niski, spokojny, lecz w jego tonie kryło się coś intrygującego, coś, co sprawiało, że Jolanta mimowolnie zwolniła ruchy noża. — Wyobraź sobie, że…
Jolanta westchnęła cicho, nie przerywając krojenia. Znała to zaczepienie. Marek uwielbiał gry umysłowe, teoretyczne rozważania nad niemożliwymi i często absurdalnymi sytuacjami. Przez lata ich małżeństwa, słowa „Wyobraź sobie, że…” stały się swoistym sygnałem do rozpoczęcia intelektualnej przeprawy, która zawsze kończyła się albo śmiechem, albo kłótnią, albo — w najlepszym przypadku — fascynującą rozmową, która mogła ciągnąć się całymi godzinami.
— Co tym razem, Marku? — zapytała, nie odwracając się. Ostrze noża znowu przecięło kapustę, wydając z siebie satysfakcjonujące chrup. — Czy znowu zamierzasz kazać mi wyobrażać sobie, że jesteśmy w średniowieczu i musimy bronić zamku przed armią wikingów? Czy może tym razem jesteśmy na bezludnej wyspie, a ty chcesz, żebym wymyśliła, jak rozpalić ogień za pomocą dwóch patyków i soczewek?
Marek uśmiechnął się pod nosem, rozkoszując się jej lekkim zniecierpliwieniem. To było muzyka dla jego uszu. Wypił łyk wina, rozkoszując się cierpką nutą taniny, która rozgrzała mu gardło.
— Tym razem nic prostszego, kochanie. Wyobraź sobie, że… jesteś tutaj, w tej właśnie kuchni. Kroisz kapustę na bigos, tak jak teraz. Jest deszczowo, ciepło, pachnie przyprawami. Nagle, z szafki pod zlewem, w której trzymamy środki czystości i stare, nigdy nieużywane ścierki… wypada wściekły pies.
Jolanta uniosła brew i na moment przerwała krojenie. Odwróciła głowę przez ramię i spojrzała na męża z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania.
— Pies? Z szafki pod zlewem? Marek, ty chyba wypiłeś o jedno wino za dużo — odparła, wracając do kapusty. — Pod zlewem jest pusta butelka płynu do naczyń, dwie gąbki i szczotka, której nie używamy od pięciu lat. Żaden pies, nawet najmniejszy, nie zmieściłby się tam, a co dopiero wściekły doberman.
— Ale właśnie o to chodzi, skarbie — ciągnął Marek, jego głos nabrał ekscytującego tonu. — Wyobraź sobie, że to się dzieje. Fizyka, logika, rzeczywistość — to wszystko jest zawieszone. Nagle, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, z szafki pod zlewem wyskakuje na ciebie ogromny, wściekły doberman. Ma obnażone zęby, ślinę cieknącą z pyska, oczy przekrwione wściekłością. On nie chce się bawić, Jolu. On cię zaatakuje.
Jolanta westchnęła, odkładając nóż na deskę i odwracając się w stronę męża. Oparła dłonie na biodrach, przyjmując typową dla siebie postawę, która oznaczała, że zaraz podejmie intelektualne wyzwanie, choć z pozorną niechęcią.
— Dobrze, Marku. Niech będzie. Wyobrażam sobie — powiedziała, wzdychając ciężko. — Wyobrażam sobie, że pod zlewem jest wściekły doberman. Co dalej? Zakładam, że nie stoję bezczynnie i nie czekam, aż wbije mi kły w nogę.
— Oczywiście, że nie — przytaknął Marek, wygodnie rozsiadając się na krześle. — Co robisz? Pytam cię, Jolu, co jest twoją pierwszą myślą, twoim pierwszym odruchem w tej sytuacji?
Jolanta spojrzała w sufit, marszcząc czoło. Jej wzrok prześlizgnął się po kuchni, jakby w poszukiwaniu rozwiązań. Po chwili jej twarz rozjaśniła się.
— Biorę nóż — powiedziała stanowczo, chwytając za długi, ostry nóż, który przed chwilą służył jej do krojenia kapusty. Uniosła go, prezentując małżonkowi. — Jestem w kuchni. Mam w ręku ostre narzędzie. Pies jest duży, ale jeśli wymierzę dobrze, mogę go odstraszyć, zranić, a w ostateczności — obronić się. Nóż to dobra broń w walce wręcz z dzikim zwierzęciem.
Marek zaśmiał się cicho, ale nie było w tym śmiechu kpiny. Był to śmiech intelektualnej satysfakcji, który zawsze pojawiał się, gdy miał zamiar rozłożyć jej argumenty na czynniki pierwsze.
— Doskonała myśl, Jolu. Godna podziwu. Ale… — podniósł palec, jak nauczyciel wyjaśniający trudne zagadnienie — …wyobraź sobie, że nóż wypada ci z ręki. Zaskoczenie, strach, wilgotne dłonie od krojenia kapusty — puszczasz nóż. Spada na podłogę i odsuwa się poślizgiem pod lodówkę. W ułamku sekundy twój jedyny oręż staje się bezużyteczny, ukryty gdzieś, gdzie nie sięgniesz, bo doberman już skoczył. Co wtedy?
Jolanta zmrużyła oczy. Przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę, analizując tę nową, wprowadzoną przez męża okoliczność.
— W takim razie — powiedziała, po chwili namysłu, — rzucam się w stronę kuchenki. Jest tam garnek z wrzątkiem, ten, do którego miałam wrzucić ziemniaki. Woda jest prawie gotowa, są na niej bąbelki. Chwytam garnek za uchwyt, obracam się i wylewam wrzątek na psa. Wrzątek boli, parzy, pies rzuci się do ucieczki. To proste.
Tym razem Marek pokiwał głową, jakby faktycznie rozważając jej plan. Wyciągnął rękę po butelkę wina i dolał sobie do kieliszka, powoli, z namysłem, jakby to miało nadać wagi jego odpowiedzi.
— Bardzo pomysłowe, przyznaję. Wykorzystujesz otoczenie, improwizujesz. Wrzątek to świetny sposób na odstraszenie zwierzęcia. Ale… — przerwał, sącząc wino, po czym odstawił kieliszek z głośnym puknięciem o stół. — Wyobraź sobie, Jolu, że w tym samym momencie, gdy sięgasz po garnek, potykasz się o róg szafki. To przez ten pośpiech, przez adrenalinę. Tracisz równowagę, garnek wyślizguje ci się z rąk, wrzątek rozlewa się na podłogę — pomiędzy tobą a psem. Teraz masz nie tylko wściekłego dobermana, ale wrzącą, śliską kałużę, która stanowi dla ciebie zagrożenie. Musisz cofać się, a pies, widząc twoje zamieszanie, dostaje jeszcze większego bodźca do ataku. Co robisz, stojąc na mokrej, gorącej podłodze, ze śliskimi podeszwami?
Jolanta westchnęła ciężko i z impetem położyła dłonie na blacie, jakby chciała zebrać myśli. Jej wzrok błądził po kuchennych sprzętach — mikserze, tosterze, ekspresie do kawy — każdy z nich potencjalna broń, każde potencjalne rozwiązanie.
— Dobrze — rzekła, a w jej głosie dało się wyczuć narastającą determinację. — Idę w stronę spiżarni. Tam są półki z konserwami, słoikami, ciężkimi rzeczami. Otwieram drzwi, chwytam pierwszy z brzegu ciężki słój z ogórkami i rzucam w psa. To go zaskoczy, a może i ogłuszy, jeśli trafię w głowę. Gdyby nawet nie uciekł, zyskam czas, żeby zatrzasnąć drzwi spiżarni i zamknąć się w środku. Schowam się. To jest mój plan.
Marek wydał z siebie dźwięk, który był mieszanką uznania i rozbawienia. Wstał z krzesła, podszedł do kuchennego okna i oparł się o parapet. Deszcz wciąż bębnił o szyby, a krople tworzyły na nich wzory, które Marek śledził wzrokiem, udając, że rozważa jej słowa.
— Spiżarnia, mówisz? — powtórzył, odwracając się w jej stronę. — Świetny wybór, gdyby nie to, że… w tym właśnie momencie, gdy wyciągasz rękę po słój z ogórkami, okazuje się, że jest on przykręcony zbyt mocno. Próbujesz go otworzyć, ale ręce ci się trzęsą ze strachu, a wilgoć sprawia, że palce ślizgają się po wieczku. Pies tymczasem nie czeka. On widzi, że masz problem, i w tym momencie nie ma już dystansu między wami. On jest tuż przy tobie, w spiżarni. Nie masz czasu na rzucanie. Co wtedy, Jolu? Pies jest w spiżarni z tobą.
Jolanta opuściła wzrok, wpatrując się w deski, które oddzielały jej stopy od podłogi. Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie bulgotaniem bigosu na kuchence i szumem deszczu. Jej umysł pracował szybko, przeskakiwał z jednej myśli do drugiej, próbując znaleźć wyjście z pułapki, którą zastawił jej mąż.
— W takim razie — powiedziała powoli, jakby każdy wyraz ważył na wagę złota. — Opuszczam kuchnię. Zostawiam psa w spiżarni, zatrzaskuję drzwi. Zamknę go w środku. Jestem w przedpokoju. Mam klucze, wychodzę z domu, zamykam drzwi wejściowe. Pies zostaje w środku, ja dzwonię po odpowiednie służby. Nie muszę walczyć. Mogę uciec. To najrozsądniejsze, co mogę zrobić w takiej sytuacji.
Marek uśmiechnął się szeroko. W jego oczach błysnęło coś, co można by nazwać triumfem. Przeczesał dłonią swoje siwiejące włosy i wrócił do stołu, gdzie napił się wina, robiąc to z teatralnym namaszczeniem.
— Ucieczka. Klasyczne rozwiązanie dla rozsądnego człowieka. I bardzo słuszne, gdyby nie… — Marek postawił kieliszek z hukiem, który odbił się echem w małej kuchni. — Gdyby nie fakt, że w twojej wyobraźni, w tym właśnie momencie, gdy sięgasz po klamkę drzwi frontowych, okazuje się, że zamek zacina się. Wymaga specjalnego manewru, pociągnięcia do góry, przekręcenia w prawo, a potem jeszcze szarpnięcia. Nie masz na to czasu. Pies już wydostał się ze spiżarni, bo ta stara klamka od wewnątrz nigdy nie domykała się prawidłowo. Słyszysz jego pazury na podłodze przedpokoju. On już wiedzie trop, on już zmierza w twoją stronę. Jesteś w przedpokoju, uwięziona między zacinającym się zamkiem a wściekłym psem. Co robisz, Jolu? Nie masz dokąd uciec.
Jolanta opuściła głowę, a jej dłonie zacisnęły się na blacie, aż zrobiły się białe na kostkach. Czuła, że Marek wygrywa, że sytuacja, którą kreował, staje się coraz bardziej beznadziejna. Ale wciąż wierciła w głowie, szukając rozwiązania.
— Podnoszę dywanik w przedpokoju — rzekła, jej głos był już mniej pewny, ale wciąż uparty. — Owijam go sobie wokół przedramienia, jak tarczę. Jeśli pies skoczy, włoże mu w paszczę ten dywanik. Może uda mi się w ten sposób zablokować jego szczęki, przycisnąć go do ściany. Jest ciężki, ale to duży dywanik z przedpokoju, wystarczy, żeby stworzyć barierę między mną a nim.
Marek zaśmiał się cicho, kręcąc głową. W jego śmiechu było coś dobrotliwego, ale jednocześnie nieubłaganego.
— Dywanik z przedpokoju… interesujące. Ale, moja droga, wyobraź sobie, że w twoim pośpiechu, gdy biegniesz do wyjścia, nadepniesz na róg tego dywanika, wywracasz go, przewracasz się i upadasz. Teraz leżysz na podłodze, doberman jest nad tobą, a jedyna bariera, jaką miałaś, jest pod tobą, bezużyteczna. Leżysz na plecach, pies jest gotów do skoku. Co robisz w ułamku sekundy, gdy masz nad sobą dwadzieścia kilo mięśni, zębów i wściekłości?
Jolanta milczała. Jej wzrok, wcześniej pełen determinacji, powoli przygasał. Zaczynała rozumieć, że każda jej odpowiedź, każde rozwiązanie, znajdzie u Marka lukę, słaby punkt, który obróci jej plan w niwecz. Czuła narastającą frustrację, ale też dziwną ciekawość — jak daleko zaprowadzi ją ten absurdalny taniec myśli.
— W takim razie… — zawahała się. — Krzyczę. Krzyczę tak głośno, jak tylko mogę. Może wystraszę psa, może ktoś usłyszy. Może Zosia z góry, która zawsze narzeka na hałasy, wezwie policję. Może sąsiedzi z dołu usłyszą przez wentylację. Krzyk to broń.
Marek uniósł brwi, wciąż z tym rozbrajającym, delikatnym uśmiechem na twarzy.
— Krzyk? A co, jeśli w twojej wyobraźni, w tym momencie, bigos zaczyna bulgotać tak głośno, że twoje krzyki giną w szumie pary? Garnek wybucha. Nie, nie dosłownie — powstrzymał się, widząc jej zaniepokojony wzrok. — Ale para i syk zagłuszają wszystko. Nikt cię nie słyszy. Poza tym wściekły pies nie boi się krzyku. Jeśli jest wściekły, atakuje, bo ma zaburzone instynkty. Wręcz przeciwnie — krzyk go pobudza.
Jolanta poczuła, jak coś w niej pęka. Zrezygnowana, opuściła ręce wzdłuż ciała. Kapusta, którą kroiła, zaczęła już lekko brązowieć na desce, ale nie zwracała na to uwagi. Oddychała głęboko, zamykając oczy.
— Chcesz powiedzieć — zaczęła cicho, a w jej głosie słychać było echem nutę całkowitej kapitulacji — że nie ma wyjścia. Że cokolwiek wymyślę, ty znajdziesz sposób, żeby to podważyć. Że ten pies jest nieunikniony.
Marek zatarł dłonie z widoczną satysfakcją. Podszedł do niej bliżej, stanął tuż za jej plecami, kładąc dłonie na jej ramionach. Czuła jego ciepło i znajomy zapach wody po goleniu, który od lat mieszał się z aromatem kuchennych przypraw.
— Właśnie o to chodzi, Jolu. Czasem, bez względu na to, jak bardzo jesteśmy zaradni, pomysłowi, jak bardzo chcemy walczyć, przychodzi taki moment, że jedyne, co możemy zrobić, to zaakceptować sytuację. Że czasem trzeba się poddać. Nie z powodu słabości, ale dlatego, że to jedyne rozsądne wyjście.
Jolanta otworzyła oczy. Wpatrywała się w garnek z bigosem, w bulgoczącą, ciemną ciecz, która zdawała się kpić z jej intelektualnych zapasów. Westchnęła ciężko, a w tym westchnieniu zawarta była cała rezygnacja, wszystkie niezliczone godziny spędzone na rozważaniu możliwych scenariuszy, które teraz legły w gruzach.
— Dobrze — rzekła, a jej głos był płaski, pozbawiony wcześniejszej walki. — Poddaję się. Niech ten pies mnie zje. Zjada mnie. Jestem w kuchni, pod zlewem wyskakuje doberman, a ja nie mam wyjścia. Daję się zjeść. Kończymy tę dyskusję.
Marek zaśmiał się głośno, tym swoim głębokim, czystym śmiechem, który zawsze rozbrzmiewał, gdy czuł, że wygrał. Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie, całując w czubek głowy, tuż przy rozstaniu włosów.
— I właśnie o to mi chodziło! — powiedział z entuzjazmem, który kontrastował z absurdalnością całej sytuacji. — Zrozumiałaś. Czasem największym aktem odwagi jest pozwolić, żeby cię zjedzono. To totalne wyzwolenie. Nic już nie musi mieć sensu, żadne rozwiązanie nie musi istnieć.
Jolanta odwróciła się w jego ramionach i popatrzyła mu w oczy. Choć w jej oczach wciąż tliło się nikłe światło irytacji, to jednak na jej ustach pojawił się blady uśmiech. To był jeden z tych momentów, kiedy pokonanie w intelektualnej potyczce z Markiem przynosiło jej dziwną ulgę. Przestała myśleć, przestała analizować, przestała szukać wyjść. Była wolna od odpowiedzialności za wymyślanie ratunku.
— Jesteś niemożliwy — wyszeptała, chwytając go za klapy swetra. — Wiesz o tym, prawda? Sprawiłeś, że w ciągu dziesięciu minut dałam się zjeść wściekłemu psu, który wyskoczył z szafki pod zlewem. To jest jakiś rekord małżeńskiego absurdu.
— Kocham cię — odparł, całując ją w czoło. — Kocham cię za to, że wciąż w to wchodzisz, że dajesz mi tę frajdę. Nie ma drugiej takiej kobiety na świecie, która by tak pięknie dawała się zjadać wściekłym dobermanom.
Jolanta zaśmiała się cicho, kręcąc głową. Jej dłoń powędrowała w stronę kuchennego blatu, gdzie stała butelka wina, którą Marek otworzył godzinę wcześniej.
— Skoro już mnie zjadł ten wymyślony pies — powiedziała, sięgając po butelkę — to chyba mamy powód, żeby to uczcić. Nalej mi kieliszek, zanim kapusta całkiem zwiędnie na desce, a bigos wykipi.
Marek z ochotą podał jej kieliszek, który nalał do pełna, nie oszczędzając wina. Stuknęli się szkłami w ciszy kuchni, w której jedynymi dźwiękami były szum deszczu, bulgotanie bigosu i ich własne, ciche śmiechy, które wirowały w powietrzu, łącząc się z aromatem przypraw i wilgoci.
— Za wściekłe dobermany — podniósł toast Marek, a w jego oczach błysnęły psotne iskierki.
— Za to, żeby nigdy nie wyskakiwały z szafek — dodała Jolanta, przechylając kieliszek i pociągając długi, powolny łyk.
Wino było ciepłe, cierpkie i trochę za słodkie, ale w tym momencie smakowało jej jak najwyborniejszy nektar. Ciepło rozlało się po jej ciele, rozgrzewając ją od środka i przynosząc ukojenie po niełatwej, choć absurdalnej, mentalnej batalii. Oparła się ciężko o blat, pozwalając sobie na chwilę bezwładu. Marek stał obok, jego dłoń spoczywała na jej biodrze, a drugą ręką sięgnął po butelkę, by dolać jej jeszcze, zanim kieliszek zdążył opaść do połowy.
— Musisz przyznać — powiedział po chwili, sącząc swoje wino, — że to było całkiem przekonujące. Wyobraźnia potrafi być bardziej przerażająca niż rzeczywistość. Gdybyś naprawdę zobaczyła dobermana w kuchni, pewnie nie zdążyłabyś wymyślić nawet połowy tych planów.
— Na szczęście nigdy nie będę musiała — odparła, opierając głowę na jego ramieniu. — W naszej kuchni pod zlewem jest tylko płyn do naczyń i szczotka. I, mam nadzieję, żaden wściekły pies.
— Może w przyszłym tygodniu wyobrazimy sobie, że w piekarniku pojawia się lew — zaproponował z błyskiem w oku. — Albo że z okapu spada na ciebie ośmiornica.
— Marek, błagam — jęknęła, uderzając go lekko w pierś. — Daj mi przynajmniej dokończyć kroić kapustę, zanim następnym razem każesz mi uciekać przed dzikimi zwierzętami.
— Kapusta może poczekać — stwierdził, odbierając jej pusty kieliszek i stawiając go obok swojego na blacie. — Wino jeszcze nie skończone, a ja mam przeczucie, że ta butelka nie wytrzyma do jutra.
Jolanta spojrzała na garnki, na deski, na porozrzucane po kuchni składniki, z których miała zrobić obiad, i westchnęła z rezygnacją, która była teraz znacznie przyjemniejsza niż ta sprzed kilku minut. Nagle cały wysiłek przygotowywania bigosu wydał jej się zbędny. Wszystkie te mięsa, grzyby, przyprawy, godziny duszenia — wydawały się teraz nieistotne w porównaniu z ciepłem wina, które rozlewało się w jej żyłach, i obecnością męża, który wciąż miał w oczach ten sam psotny błysk.
— Masz rację — przyznała, przechylając głowę w bok i patrząc na niego z półuśmiechem. — Butelka nie przetrwa nocy. Ale nie zamierzam pozwolić ci pić samemu.
Marek sięgnął po butelkę i nalał im obojgu. Tym razem dolał tak obficie, że wino niemal sięgało brzegów kieliszków. Podniósł swój kieliszek w geście triumfu, który był jednocześnie pełen czułości i komicznej powagi.
— Za nas — rzekł, patrząc jej prosto w oczy. — Za dwadzieścia pięć lat małżeństwa, za kapustę, która nie została pokrojona, za dobermany, które nie istnieją, i za wino, które zaraz zniknie.
— Za nas — powtórzyła cicho, stykając swój kieliszek z jego.
Wypili do dna w jednym, długim łyku, jakby chcieli zatrzeć w ten sposób całą absurdalną rozmowę, która przed chwilą się odbyła. Ciepło wina, połączone z ciepłem ciała Marka, które czuła przez cienką tkaninę jego koszuli, sprawiało, że wszystkie napięcia opuszczały jej mięśnie jedno po drugim.
Marek odstawił pusty kieliszek na blat i spojrzał na żonę z wyczuwalnym oczekiwaniem. Jego ręka zsunęła się z jej biodra, chwyciła jej dłoń i splotła ich palce.
— Chodźmy stąd — powiedział cicho, jego głos był teraz głębszy, bardziej intymny. — Zostaw kapustę, grzyby, mięso. Bigos wykipi, ale nic się nie stanie. Jutro zrobisz nowy, lepszy. Teraz chcę cię mieć tylko dla siebie.
Jolanta nie potrzebowała dłuższego namysłu. W jednej chwili wszystkie te obowiązki, które przed chwilą wydawały się tak ważne — pokrojenie kapusty, sprawdzenie bigosu, posprzątanie blatu — straciły na znaczeniu. Byli sami w ciepłej, pachnącej kuchni, z butelką wina, która nieuchronnie zmierzała ku końcowi, i z nocą przed sobą, która obiecywała coś więcej niż tylko sen.
Kiwnęła głową, nie odrywając wzroku od jego oczu. Pozwoliła, żeby poprowadził ją w stronę wyjścia z kuchni. Zatrzymali się na moment w drzwiach, a Jolanta rzuciła ostatnie, tęskne spojrzenie na niedokończoną kapustę, która powoli brązowiała na desce, i na garnek z bigosem, który wciąż bulgotał na kuchence. Jednak ciepło dłoni Marka, które ścisnęło jej palce, było silniejsze niż woń przypraw i dźwięk gotującego się jedzenia.
Skierowali się w stronę schodów, które prowadziły na piętro, do sypialni. Światła w korytarzu były przyćmione, a w domu panowała cisza przerywana jedynie odgłosami ich kroków na drewnianych schodach. Marek szedł pierwszy, wciąż trzymając ją za rękę, prowadząc jak w tańcu, którego kroki znali od lat. Na pierwszym piętrze, w sypialni, panował półmrok. Zapadła cisza, w której nie było już miejsca na słowa, na filozoficzne rozważania o wściekłych psach i ucieczkach. Była tylko obecność drugiego człowieka, oddech, ciepło, i wzajemne zrozumienie, które wykraczało poza słowa.
Marek zamknął drzwi za nimi, a Jolanta stanęła przy oknie, przez które widać było deszczowe krople spływające po szybie. Zatrzymała wzrok na ciemnych, rozmazanych światłach ogrodu, a jej myśli, wcześniej tak zapracowane szukaniem rozwiązań, teraz ucichły zupełnie. Była pusta, spokojna, całkowicie wyciszona. W tej pustce nie było miejsca na kapustę, na bigos, ani na dobermany. Był tylko on.
Marek podszedł do niej od tyłu, objął ją w talii i oparł brodę o jej ramię. Razem patrzyli w ciemność za oknem. Deszcz nadal padał, ale już nie wydawał się taki ponury jak wcześniej.
— Wyobraź sobie — szepnął jej do ucha, a jego głos był tak cichy, że prawie rozpływał się w szumie kropel. — Że jesteśmy tutaj, w tym momencie, i nic więcej się nie liczy. Żadne psy, żadne pytania, żadne odpowiedzi. Jesteśmy tylko my.
Jolanta uśmiechnęła się w ciemności, zamykając oczy i opierając się całym ciężarem ciała o jego klatkę piersiową.
— Nie muszę sobie wyobrażać — odpowiedziała cicho. — To właśnie jest.
I w tej właśnie chwili, w tym deszczowym wieczorze, w sypialni pachnącej starym drewnem i winem, oboje wiedzieli, że to jest najważniejsze ze wszystkich możliwych wyobrażeń. Że rzeczywistość, ta prawdziwa, namacalna, z drugim człowiekiem u boku, z ciepłem jego dłoni na swojej skórze, z tym wspólnym oddechem w półmroku, jest warta więcej niż wszystkie intelektualne gierki, które mogli sobie wymyślić.
A w kuchni, na dole, wśród porozrzucanych składników i bulgoczącego bigosu, stała butelka wina — pusta, jak ich umysły po tej dziwnej, filozoficznej przeprawie. Kapusta na desce zwiędła, mięso w garnku zaczęło przywierać do dna, a para z kuchenki osiadała na szybach, tworząc na nich wilgotne, mleczne wzory, które zdawały się opowiadać historię o tym wieczorze — o miłości, która przetrwała wściekłe psy, o małżeństwie, które znalazło ukojenie w winie i o dwóch ludziach, którzy wciąż, po tylu latach, potrafili sobie wyobrażać, że nic innego się nie liczy, tylko to, co jest tu i teraz.
W sypialni zapadła cisza, ale nie była to cisza pusta. Była to cisza wypełniona po brzegi wszystkim, co było między nimi — wspomnieniami, obietnicami, śmiechem z przed chwili i tą cichą, niezniszczalną pewnością, że bez względu na to, ile wściekłych psów wyskoczy z szafek w ich wyobraźni, zawsze znajdą sposób, żeby się w tym zagubić i odnaleźć na nowo. I właśnie to, w całym swoim absurdzie, było ich największym zwycięstwem.
Noc powoli wchłaniała dom, wchłaniała deszcz i zapach bigosu, pozostawiając jedynie ciche, miarowe oddechy dwojga ludzi, którzy, wyczerpani własną wyobraźnią, zasypiali w swoich objęciach, z uśmiechami na twarzach, które jeszcze długo miały się pojawiać w ich snach, przekształcając dobermany w urocze szczenięta, a kuchenne potyczki w ciepłe, poranne wspomnienia, które jak dobre wino, z wiekiem nabierały tylko głębi.
Rozdział II
Słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie, wylewając na ogród potoki złocistego światła, które sprawiało, że każdy liść, każde źdźbło trawy i każda grudka wilgotnej ziemi lśniły własnym, odrębnym blaskiem. Był to jeden z tych rzadkich, październikowych dni, które natura podarowuje ludziom na pożegnanie przed nadejściem szarej, deszczowej jesieni. Ciepło było niemal letnie, a powietrze, choć już nieco chłodniejsze, wciąż pachniało ziemią, ziołami i dojrzewającymi owocami, które w sadzie za domem wisiały na gałęziach, ciężkie i słodkie.
Jolanta stała w samym środku ogrodu, w miejscu, gdzie trawa dawno już ustąpiła miejsca gołej, ciemnobrunatnej ziemi, która tworzyła teren przyszłego rowu melioracyjnego. Od dwóch dni ciężko pracowała, przekopując glebę, która po letnich upałach stwardniała niemal do konsystencji kamienia, a teraz, po pierwszych jesiennych deszczach, zmieniła się w ciężką, lepką glinę, która z uporem przyczepiała się do szpadla. Jej twarz była spocona, a na czole miała zawiązaną starą, wypłowiałą chustę, która chroniła włosy przed przypadkowymi bryłami ziemi. Na dłoniach, w miejscach, gdzie drewniana rękojeść szpadla ocierała skórę, tworzyły się już pierwsze, bolesne odciski, ale Jolanta nie zwracała na nie uwagi. Była zdeterminowana, by jeszcze przed zimą skończyć ten rów, który miał odprowadzić nadmiar wody z ogrodu i uchronić korzenie jej ukochanych drzewek owocowych przed gniciem.
Każde wbicie szpadla w ziemię było jak rytuał, jak powtarzalny, medytacyjny gest, który pozwalał jej myśli swobodnie wędrować. Wbijała ostrze głęboko, stawała na nim całym ciężarem ciała, by przeciąć twardą skorupę, po czym z wyraźnym chlupotem wyciągała bryłę ziemi, odwracała ją i zrzucała na bok, tworząc wąski, ale coraz głębszy kanał. Z każdym kolejnym ruchem rów stawał się bardziej wyraźny, a ziemia wokół niego tworzyła dwa regularne wały, które wyglądały jak miniaturowe fortyfikacje.
W pewnej odległości, na rozłożystym kocu, który Jolanta położyła wcześniej na trawie, siedział Marek. Miał na sobie luźną lnianą koszulę, którą rozpiął przy szyi, korzystając z ciepła, i stare, wygodne spodnie. W dłoniach trzymał gitarę, która leżała na jego kolanach, jak wierny towarzysz. Od czasu do czasu przesuwał palcami po strunach, wydobywając z nich ciche, delikatne dźwięki, które mieszały się z szelestem liści i odległym śpiewem ptaków. Nie grał jeszcze pełnej melodii, tylko próbował akordów, szukał brzmienia, które niosłoby ze sobą odpowiedni nastrój.
Jego wzrok co chwilę wędrował od gitary w stronę żony, która z wysiłkiem, ale i determinacją, wbijała szpadel w ziemię. Uwielbiał patrzeć, jak pracuje, jak jej mięśnie napinają się pod swetrem, jak krople potu spływają po jej skroni, a ona, nie zważając na zmęczenie, kontynuuje swoje zadanie. Była w tym jakaś pierwotna siła, która zawsze go pociągała, nawet po tylu latach.
— Jolu! — zawołał nagle, przerywając ciche brzdąkanie na gitarze. Jego głos był ciepły, ale w jego tonie kryło się coś, co Jolanta znała aż za dobrze. To było to samo brzmienie, które słyszała setki razy — zapowiedź intelektualnej gry, która miała zaraz się rozpocząć.
Jolanta oparła szpadel o ziemię i wyprostowała zbolałe plecy. Odetchnęła głęboko, wciągając w płuca świeże, pachnące trawą powietrze, po czym odwróciła się w stronę męża, opierając dłonie na biodrach w charakterystycznym dla siebie geście.
— O nie — powiedziała, kręcąc głową. — Słyszałam ten ton, Marku. Wiem, co zaraz nastąpi. Znowu będziesz kazał mi wyobrażać sobie jakieś niemożliwe rzeczy, a ja, głupia, znowu dam się w to wciągnąć. Mam rów do wykopania, a ty chcesz mi zająć umysł głupotami.
Marek uśmiechnął się szeroko, przesuwając dłonią po strunach gitary, wydobywając z nich delikatny, przeciągły dźwięk. Jego oczy błyszczały jak u dziecka, które właśnie znalazło nową zabawkę.
— Ależ Jolu, to nie będą głupoty. To będzie ćwiczenie umysłu. Uwierz mi, właśnie w trakcie takiej fizycznej pracy najłatwiej jest myśleć kreatywnie. Mięśnie pracują, a umysł odpoczywa, tworząc najdziwniejsze skojarzenia. Więc… wyobraź sobie, że…
Jolanta westchnęła z rezygnacją, która zdawała się być już stałym elementem ich codziennych rozmów. Odwróciła się ponownie w stronę rowu, chwyciła szpadel i wbiła go w ziemię, ale wyraźnie zwolniła tempo, dając mu do zrozumienia, że słucha.
— Niech będzie — mruknęła. — Ale ostrzegam, mam dzisiaj mało cierpliwości. Ziemia jest twarda, plecy bolą, a ty zamiast pomóc, siedzisz na kocu i brzdąkasz. Mów, co tam znowu wymyśliłeś.
Marek odłożył gitarę na bok, wstał z koca i podszedł kilka kroków w stronę żony. Stanął w bezpiecznej odległości, bo wiedział, że szpadel w jej rękach w połączeniu z irytacją może być niebezpiecznym narzędziem.
— Wyobraź sobie, że kopiesz ten rów, tak jak teraz. Słońce grzeje, jest ciepło, jesteś zmęczona, ale szczęśliwa, bo widzisz efekty swojej pracy. Nagle, przy kolejnym wbiciu szpadla w ziemię, czujesz, że ostrze trafia na coś miękkiego, ale opornego. Myślisz, że to korzeń, więc naciskasz mocniej. A wtedy, z tej dziury, którą właśnie zrobiłeś, wysuwa się coś ogromnego. Coś długiego, członkowatego, z tysiącem odnóży, które poruszają się w przerażającym, falistym ruchu. To scolopendra. Nie taka mała, domowa, którą widujesz czasem w doniczkach. To gigantyczna scolopendra, długa na metr, gruba na twoje ramię, o ciemnobrązowym, lśniącym pancerzu. I ona nie chce się przywitać, Jolu. Ona skacze ci prosto do gardła.
Jolanta wstrzymała oddech na ułamek sekundy, wbijając szpadel w ziemię z większym niż zwykle rozmachem. Oderwała bryłę, odwróciła się i spojrzała na męża z mieszaniną niedowierzania i obrzydzenia.
— Scolopendra? — powtórzyła, krzywiąc się. — Marek, ty masz obsesję na punkcie zwierząt atakujących mnie w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Najpierw doberman z szafki, teraz stonoga z rowu. Co następnym razem? Rekin w wannie? Tygrys w szafie z butami?
— Nie wykluczam żadnej opcji — odparł wesoło Marek, zacierając ręce. — Ale skupmy się na tym, co tu i teraz. Jesteś w rowie, masz szpadel w ręku, a ogromna jadowita scolopendra skacze ci do gardła. Co robisz, Jolu? Jak się ratujesz?
Jolanta odłożyła szpadel i oparła się na nim obiema dłońmi. Przez chwilę patrzyła w niebo, jakby szukając tam natchnienia. Słońce oświetlało jej twarz, a na jej czole pojawiły się zmarszczki głębokiego namysłu.
— Po pierwsze — zaczęła powoli, — nie dopuszczam jej do gardła. Mam szpadel. To długie narzędzie, które trzymam w rękach. Gdy scolopendra skacze, po prostu odbijam ją szpadlem. To jak krykiet, tylko zamiast piłki mam stonogę. Odbijam ją w bok, z dala od siebie. A potem, gdy jest zdezorientowana i leży na ziemi, wbijam w nią szpadel, rozcinam ją na pół. Koniec problemu.
Marek pokiwał głową, udając głębokie zamyślenie. Podszedł bliżej, ale wciąż zachowując bezpieczną odległość, i skrzyżował ręce na piersi, przybierając pozę nauczyciela.
— Odbicie szpadlem… bardzo sportowe podejście, podoba mi się. Ale, Jolu, wyobraź sobie, że w momencie, gdy zamachujesz się szpadlem, aby odbić stonogę, twoje dłonie są spocone od pracy. Drewniana rękojeść wyślizguje ci się z rąk. Szpadel leci w powietrzu, robi dwa piruety i wbija się ostrzem w ziemię, kilka metrów od ciebie. Jesteś bez broni, a scolopendra jest w powietrzu, zmierza w twoją stronę z otwartymi szczękami. Co robisz w tym ułamku sekundy?
Jolanta zacisnęła usta. Przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę, a jej wzrok padł na narzędzia leżące w pobliżu rowu — grabie, motykę, sekator.
— W takim razie rzucam się na ziemię — powiedziała szybko, jakby chciała ubiec kolejne jego zastrzeżenia. — Turlam się w bok, w przeciwną stronę. Przetaczam się przez rów, korzystając z tego, że ziemia jest miękka i wilgotna. Scolopendra, nawet jeśli jest szybka, potrzebuje chwili na zmianę kierunku. W tym czasie ja wstaję, chwytam grabie, które leżą obok, i używam ich jako broni. Grabie mają długi trzonek i metalowe zęby. Mogę przycisnąć nią stonogę do ziemi, a potem…
— A potem, moja droga — przerwał jej Marek z szerokim uśmiechem, — wyobraź sobie, że w momencie, gdy turlasz się w bok, uderzasz głową o wystający korzeń drzewa. Traci przytomność na kilka sekund. Kiedy się budzisz, scolopendra już jest na tobie. Czujesz jej ciężar, czujesz, jak jej odnóża owijają się wokół twojej szyi, a jej szczęki są cal od twojej tętnicy. Nie masz grabi, nie masz siły, żeby ją zrzucić, bo po uderzeniu w korzeń jesteś oszołomiona. Co wtedy, Jolu?
Jolanta przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Jej palce zacisnęły się na rękojeści szpadla tak mocno, że kostki zbielały. Czuła, jak frustracja narasta w niej warstwami, podobnie jak ziemia, którą właśnie wykopywała.
— W takim razie… — zaczęła, otwierając oczy. — Nie próbuję walczyć z nią bezpośrednio. Jeśli już jest na mnie, to muszę użyć podstępu. Leżę nieruchomo, udaję martwą. Scolopendry są drapieżnikami, ale często atakują tylko ruchome ofiary. Jeśli przestanę się ruszać, może myśli, że nie żyję, i straci zainteresowanie. Puści moją szyję, odczołga się, a wtedy…
— A wtedy — Marek podchwycił jej słowa, nie pozwalając jej dokończyć, — wyobraź sobie, że ta scolopendra jest głodna od tygodni. Widziała, jak kopiesz, widziała twój ruch, twoją krew pulsującą w żyłach na szyi. Nie jest głupia. Wie, że udajesz. Zamiast puścić, zaciska swoje szczęki mocniej, a jej jad zaczyna działać. Czujesz, jak twoje ciało drętwieje, jak tracisz czucie w rękach i nogach. Nie możesz się ruszyć, nawet gdybyś chciała. Scolopendra nie odczołguje się. Ona przygotowuje się do pożarcia ciebie w całości. Co robisz, Jolu, w ostatnim momencie świadomości?
Jolanta milczała. Patrzyła w dal, na drzewa w sadzie, na ich konary uginały się pod ciężarem jabłek. Świat wokół niej był piękny, spokojny, a jednak jej umysł wirował, szukając wyjścia z pułapki, którą znowu zastawił jej mąż. Czuła, jak jej determinacja, tak silna jeszcze kilka minut temu, zaczyna się kruszyć.
— Krzyczę — wyszeptała w końcu, a jej głos był cichy, pozbawiony dawnej pewności siebie. — Krzyczę tak głośno, jak potrafię. Wołam cię. Ty jesteś niedaleko, masz gitarę, jesteś silny. Może przybiegniesz, może zobaczysz, co się dzieje, i uratujesz mnie.
Marek uśmiechnął się jeszcze szerzej. Jego oczy błyszczały w słońcu, a na twarzy pojawił się wyraz czystej, nieskrywanej radości. Podszedł do niej bliżej, aż stanął tuż przy krawędzi rowu.
— Krzyk? — powtórzył, kręcąc głową z udawanym ubolewaniem. — Jolu, Jolu… wyobraź sobie, że w tej samej chwili, gdy otwierasz usta, by krzyczeć, z sadu dobiega ryk motoru. Sąsiedzi koszą trawnik. Ten warkot zagłusza twój krzyk tak skutecznie, że nawet ja, stojąc zaledwie kilka metrów dalej, nie słyszę ani jednego twojego słowa. A nawet gdybym usłyszał, zanim dotarłbym do ciebie, zanim zdążyłbym cokolwiek zrobić… ta scolopendra byłaby już w tobie. Jej odnóża owinęłyby się wokół twojej tchawicy, a jad sparaliżowałby cię całkowicie. Nie ma ratunku, Jolu.
Jolanta opuściła głowę. Wpatrywała się w ziemię u swoich stóp, w ciemną, wilgotną glebę, która przed chwilą była jej sprzymierzeńcem, a teraz stała się sceną dla jej intelektualnej porażki. W jej głowie kłębiły się myśli, wszystkie prowadzące donikąd. Każdy pomysł, każda iskierka nadziei, gasła natychmiast pod naporem argumentów Marka.
— Więc… — zaczęła bardzo cicho, unosząc wzrok na męża. Jej oczy były zmęczone, rezygnacja malowała się w każdym rysie jej twarzy. — Nie ma wyjścia. Cokolwiek zrobię, cokolwiek wymyślę, ta stonoga i tak mnie dopadnie. Znowu wygrałeś, Marku. Poddaję się. Niech mnie zje. Niech ta scolopendra wpełznie mi do gardła, niech zje mnie całą. Nie mam siły walczyć z twoją wyobraźnią.
Marek zaśmiał się głośno, a jego śmiech rozniósł się po całym ogrodzie, mieszając się z szelestem liści i odległym śpiewem ptaków. Podszedł do niej i objął ją w pasie, przyciskając do siebie mimo tego, że była spocona, ubłocona i wyraźnie zniechęcona.
— I właśnie o to chodzi, kochanie! — powiedział, całując ją w skroń, tuż przy skraju chusty, która wymknęła się spod jej włosów. — Zrozumiałaś najważniejszą lekcję: czasem walka jest daremna. Czasem najlepiej po prostu dać się zjeść gigantycznej scolopendrze, która wyskoczyła z rowu melioracyjnego. To oczyszcza umysł, uwalnia od presji. Teraz możesz wrócić do kopania ze spokojną głową, bez tych wszystkich lęków, które sama sobie wykreowałaś.
Jolanta stała w jego objęciach przez chwilę, czując ciepło jego ciała, mimo że sama była cała zgrzana i lepka od potu. Jej złość powoli ustępowała, zastępowana dziwnym poczuciem ulgi — tak jak poprzednim razem, gdy poddała się w kuchni.
— Jesteś nie do zniesienia — mruknęła w jego koszulę. — Wiesz o tym? Każesz mi pracować fizycznie, a potem każesz mi myśleć o stonogach, które pożerają mi gardło. Nie ma w tobie ani krzty litości.
— Mam, mam — zaśmiał się, odsuwając się od niej na długość ramienia i patrząc jej w oczy. — I właśnie dlatego przyniosłem ci nagrodę za twoją ciężką pracę.
Odszedł w stronę koca, na którym wcześniej siedział, i sięgnął do koszyka, który Jolanta wcześniej przygotowała z myślą o przerwie na drugie śniadanie. Wyjął z niego misę, w której znajdowały się pieczone jabłka — ciepłe, miękkie, posypane cynamonem i polane odrobiną miodu. Ich zapach natychmiast wypełnił powietrze wokół, zagłuszając woń wilgotnej ziemi.
— Jabłka z naszego sadu — powiedział z dumą, stawiając misę na kocu. — Upiekłem je w piekarniku, zanim wyszłaś do ogrodu. Czekały na odpowiedni moment. Myślę, że po takiej emocjonalnej i fizycznej przeprawie, zasługujesz na coś słodkiego.
Jolanta podeszła do koca, niezdarnie opadając na niego, czując, jak mięśnie jej nóg drżą po wielogodzinnej pracy. Usiadła po turecku i sięgnęła po jedno z jabłek, ostrożnie, bo było jeszcze gorące. Ugryzła mały kęs i przymknęła oczy, rozkoszując się słodyczą, która rozlała się po jej podniebieniu, zmieszana z korzennym aromatem cynamonu i miodu.
— Dobre — przyznała niechętnie, połykając. — Bardzo dobre. Chyba ci wybaczam tę stonogę.
Marek uśmiechnął się i sięgnął po drugie jabłko, usiadł obok niej, opierając się plecami o pień starego jabłoni, które od lat rosło w rogu ogrodu. Przez chwilę jedli w milczeniu, ciesząc się ciepłem słońca i słodyczą owoców. Nawet deser był elementem tej dziwnej gry — nagrodą za jej poddanie się, za uznanie wyższości jego absurdalnej logiki.
— Wiesz — powiedział, przeżuwając jabłko. — Doceniam to, że wchodzisz w te moje gry. Wiele kobiet by się obraziło, albo machnęło ręką. Ty jednak zawsze znajdujesz w sobie tyle cierpliwości, żeby ze mną dyskutować. To jeden z powodów, dla których cię kocham.
— Jeden z powodów? — zaśmiała się cicho, odgryzając kolejny kęs. — Myślałam, że to jedyny.
— Nie, nie — odparł, udając powagę. — Masz też wiele innych zalet. Na przykład pięknie kopiesz rowy. Twoja technika jest godna podziwu — rów jest prosty, regularny, o idealnej głębokości. Gdybyś nie została moją żoną, mogłabyś zostać profesjonalną kopaczką rowów melioracyjnych. Albo strażniczką w zoo, ale po tym, co sobie wyobraziłaś o stonogach, chyba wolałabyś pracować z czymś mniejszym.
Jolanta rzuciła w niego ogryzkiem jabłka, który trafił go w ramię i odbił się od lnianej koszuli. Marek zaśmiał się głośno, łapiąc ogryzek w locie i odrzucając go w stronę kompostownika.
— Jak skończę ten rów — powiedziała, wstając z koca i otrzepując spodnie z trawy. — Zrobię ci taki bigos, że zapomnisz o wszystkich swoich stonogach i dobermanach. Będzie taki dobry, że sam zapragniesz, żeby wyskoczyła z niego jakaś bestia.
— Obiecujesz? — zapytał z błyskiem w oku. — Bo jeśli tak, to resztę życia spędzę na wymyślaniu coraz dziwniejszych zwierząt, które mogłyby wyskoczyć z twojego jedzenia. Może następnym razem, gdy będziesz mieszać zupę…
— Marku, błagam — przerwała mu, podnosząc rękę w geście kapitulacji. — Daj mi dzisiaj spokój. Ta stonoga wystarczyła mi na cały tydzień. Daj mi pracować w spokoju.
Marek skinął głową, przygryzając dolną wargę, by powstrzymać kolejny dowcip. Ponownie wziął gitarę w dłonie, usiadł wygodniej pod jabłonią i zaczął przesuwać palcami po strunach. Tym razem nie były to już przypadkowe dźwięki ani próby akordów. To była melodia — płynna, delikatna, pełna czułości, która niosła się po ogrodzie, łącząc się z szumem liści i ciepłem słońca.
Jolanta zatrzymała się na chwilę, słuchając. Marek grał serenadę, starą melodię, której nauczył się od swojego ojca, gdy był jeszcze chłopcem. Te dźwięki były dla niej jak podróż w czasie — przypominały im wspólne wieczory przy kominku, tańce w kuchni, gdy byli młodsi i mieli mniej zmartwień. Przypominały jej, dlaczego, mimo wszystkich jego dziwacznych pytań i intelektualnych gier, wciąż była przy nim.
— Graj dalej — powiedziała cicho, chwytając szpadel. — To mi pomaga.
Marek skinął głową, nie przerywając melodii. Jego palce sunęły po strunach z wprawą, która przychodziła po latach praktyki. Serenada miała w sobie coś kojącego, coś, co sprawiało, że nawet ciężka praca stawała się lżejsza, bardziej rytmiczna.
Jolanta ponownie wbiła szpadel w ziemię, ale tym razem jej ruchy były inne — bardziej płynne, bardziej zsynchronizowane z muzyką, która wypełniała ogród. Każde wbicie ostrza, każda odrzucona bryła ziemi, każdy głęboki oddech — wszystko to układało się w taniec, w którym ona była główną bohaterką, a Marek nadawał rytm.
Przez godzinę tak pracowała, a on grał. Słońce powoli przesuwało się po niebie, a cienie jabłoni wydłużały się, tworząc na trawie misterne wzory. Rów stawał się coraz głębszy, a Jolanta, choć zmęczona, czuła wewnętrzne zadowolenie, które przychodziło, gdy widziało się efekty własnej pracy.
W pewnym momencie Marek zagrał dłuższy akord, który wybrzmiał, a potem zatrzymał się, kładąc dłonie na strunach, by je uciszyć.
— Zrobiłaś dużo postępów — powiedział, wstając z koca. Podszedł do rowu, zajrzał do środka, a następnie spojrzał na żonę z uznaniem. — Jutro będzie gotowy. Może nawet dziś, jeśli dodasz trochę tempa.
— Dzięki tobie — odparła, opierając się na szpadlu. — Twoja gra sprawiła, że zapomniałam o bólu pleców. To była piękna serenada, Marku. Dziękuję.
Marek uśmiechnął się i pocałował ją w czoło, ostrożnie omijając zakurzoną chustę. Mimo tego, że cała była umorusana ziemią, dla niego wyglądała pięknie — silna, zmęczona, ale wciąż pełna życia. To właśnie ją kochał, tę wersję Jolanty, która potrafiła dać się zjeść wyimaginowanej stonodze, a potem z uśmiechem wrócić do kopania rowu, podczas gdy on grał dla niej na gitarze.
— Zrobię ci herbatę — zaproponował. — Z miodem i cytryną. Potem pomogę ci skończyć ten rów. W końcu, jeśli scolopendra ma z niego wyskakiwać, to chyba powinienem być bliżej, żeby zobaczyć to na własne oczy.
— Nie waż się — odparła z udawaną groźbą, machając w jego stronę szpadlem. — Ani jednej stonogi więcej. Mam dość bestii na dzisiaj.
Marek zaśmiał się, odchodząc w stronę domu. Przez chwilę słychać było jeszcze jego cichy śmiech, a potem zniknął za drzwiami kuchennymi, pozostawiając Jolantę samą w ogrodzie, z szpadlem w dłoni i melodyjnym echem serenady, które wciąż dźwięczało w jej uszach.
Jolanta westchnęła głęboko, wciągając w płuca zapach trawy, ziemi i dojrzewających jabłek. Jej umysł, choć zmęczony, był dziwnie spokojny. Marek miał rację — czasem trzeba było pozwolić się zjeść, żeby znaleźć w sobie siłę do dalszej pracy. Nie chodziło o rzeczywistą stonogę, ani o prawdziwe niebezpieczeństwo. Chodziło o to, żeby przestać myśleć, przestać analizować, przestać szukać wyjścia. I po prostu być.
Rzeka ziemi wciąż czekała, a ona, z nowymi siłami, wbiła szpadel w glebę. W oddali, z otwartego okna kuchennego, dobiegał ją cichy dźwięk czajnika i znajomy zapach parzonej herbaty. Uśmiechnęła się do siebie, myśląc o tym, że mimo wszystko, to właśnie takie chwile — pełne absurdu, muzyki i ciężkiej pracy — składały się na ich małżeńskie szczęście.
A kiedy po chwili Marek wrócił z kubkami parującej herbaty w dłoniach, usiadł na kocu i patrzył, jak kończy ostatnie metry rowu, wiedział, że to był dobry dzień. Że te wszystkie wyimaginowane bestie, które wrzucał w ich codzienność, były tylko pretekstem, żeby być bliżej, żeby rozmawiać, żeby śmiać się i dzielić ze sobą nawet najdziwniejsze chwile.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, malując niebo na pomarańczowo i różowo, a w ogrodzie, wśród jabłoni i świeżo wykopanego rowu, dwoje ludzi piło herbatę, ciesząc się swoją obecnością. Jolanta, choć zmęczona i ubłocona, czuła, że to był jeden z tych dni, które zapamiętuje się na długo. A wszystko przez to, że dała się zjeść gigantycznej stonodze, która nigdy nie istniała — ale która sprawiła, że poczuła się wolna.
Rozdział III
Powietrze było rześkie i przejrzyste jak szkło, a każdy oddech napełniał płuca chłodem, który jednocześnie orzeźwiał i przypominał o nadchodzącej zimie. Poranek rozpostarł się nad ogrodem w odcieniach złota i miedzi, a słońce, wciąż dość nisko na niebie, przedzierało się przez korony drzew, rzucając długie, smukłe cienie na trawę pokrytą pierwszą, delikatną warstwą szronu. W powietrzu unosił się zapach spalonego drewna z sąsiednich kominów, który mieszał się z wilgotną wonią ściółki i opadłych liści, tworząc esencję późnej jesieni, która zapadała w pamięć jak dobrze skomponowana melodia.
Jolanta stała na środku podwórka, tuż przy wielkim pniu, który od lat służył jej za solidną podstawę do rąbania drewna. Wokół niej, w równych stosach, piętrzyły się grube kawałki dębu i brzozy, które Marek przywiózł tydzień wcześniej z pobliskiego lasu. Były to ciężkie, nieporęczne pniaki, niektóre tak szerokie, że Jolanta ledwo mogła objąć je ramionami, a wszystkie wymagały precyzyjnej, siłowej obróbki, zanim trafią do kominka, który od lat stanowił serce ich domu w chłodne zimowe wieczory. W dłoniach trzymała topór o długim, giętkim stylisku, którego ostrze, starannie naostrzone poprzedniego wieczora, lśniło w porannym świetle złowrogim, stalowym blaskiem. Jej ruchy były płynne, niemal rytualne — unosiła topór wysoko nad głowę, zaciskała dłonie na rękojeści, a potem z pełną siłą opuszczała go na drewno, które z głośnym, satysfakcjonującym trzaskiem pękało na dwie równe połowy.
Z każdym kolejnym uderzeniem czuła, jak ciepło rozlewa się po jej ramionach i plecach, jak mięśnie napinają się i rozluźniają w znajomym, kojącym rytmie. To była praca, która nie wymagała myślenia, tylko fizycznego wysiłku i skupienia na samym akcie — podnieść, zamachnąć, uderzyć, powtórzyć. Była w tym jakaś pierwotna prostota, która pozwalała jej umysłowi błądzić po bezkresnych ścieżkach wspomnień i marzeń. Pot spływał jej po skroniach, mimo chłodnego powietrza, a na jej policzkach pojawił się zdrowy, różowy rumieniec.
Marek, ubrany w gruby, wełniany sweter i stare, wygodne dżinsy, siedział na przewróconym pniu nieopodal, z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Na jego uszach widniały duże, wygodne słuchawki, z których dobiegała muzyka — cicha, ale wyraźna w jego własnym świecie. Jego palce wystukiwały rytm na kolanie, a na twarzy błąkał się wyraz błogiego zadowolenia. Co jakiś czas jego wzrok wędrował w stronę żony, która z wprawą i siłą rąbała drewno, a wtedy na jego ustach pojawiał się ciepły, czuły uśmiech.
Nagle, w przerwie między jednym utworem a drugim, Marek zdjął słuchawki i opuścił je na szyję. Jego głos, choć spokojny, był w nim ten sam znajomy ton, który Jolanta znała już aż za dobrze.
— Jolu! — zawołał, podnosząc się z pnia i podchodząc kilka kroków w jej stronę. — Wyobraź sobie, że…
Jolanta zamarła w pół ruchu, z toporem uniesionym wysoko nad głową. Westchnęła ciężko, po czym opuściła narzędzie i wbiła ostrze w pień, tak aby stało stabilnie. Odwróciła się do męża, ocierając pot z czoła rękawem swetra, w którym wystawały jej przedarte nitki.
— Marku — powiedziała ostrzegawczo, z uśmiechem, który był jednak zmieszany z rezygnacją. — Widzę, że znowu zdjąłeś słuchawki. I wiem, co to znaczy. Jeszcze nie ochłonęłam po tej stonodze w rowie. Czy nie możesz pozwolić mi po prostu porąbać drewna w spokoju?
— Ależ to będzie coś zupełnie innego — odparł z szerokim uśmiechem Marek, siadając wygodnie na pniu, który przed chwilą opuścił. — Tym razem nie chodzi o zwierzęta. To będzie bardziej… historyczne. Bardziej epickie. Jestem pewien, że ci się spodoba.
Jolanta przewróciła oczami, ale nie mogła powstrzymać drgnięcia kącików ust, które zdradzało jej rosnącą ciekawość. Podniosła topór, oparła go na ramieniu, jak żołnierz prezentujący broń, i przyjęła postawę pełną teatralnej gotowości.
— Dobrze — mruknęła. — Mów. Ale ostrzegam, jeśli to znowu będzie coś z tysiącem odnóży, to użyję tego topora w sposób, którego nie przewidziałeś.
Marek zaśmiał się cicho, wyraźnie rozbawiony jej groźbą. Podniósł ręce w geście kapitulacji.
— Żadnych stonóg, obiecuję. Tym razem coś znacznie bardziej… średniowiecznego. Wyobraź sobie, że rąbiesz to drewno, tak jak teraz. Słońce grzeje, ale w powietrzu czuć już mróz. Nagle słyszysz za sobą ciężkie, metaliczne kroki. Myślisz, że to ja, ale odwracasz się i widzisz, że to nie ja. To rycerz w pełnej zbroi. Nie byle jaki rycerz, Jolu. To Krzyżak. Członek Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Ma na sobie biały płaszcz z czarnym krzyżem, hełm z zamkniętym przyłbicą, a w rękach ogromny, dwuręczny miecz, który lśni w słońcu. Ten Krzyżak nie przyszedł się przywitać, Jolu. On podnosi ten miecz i celuje prosto w twoją szyję, chcąc ściąć ci głowę jednym, czystym cięciem.
Jolanta opuściła topór z ramienia i oparła go o ziemię, patrząc na męża z mieszaniną niedowierzania i rozbawienia. Jej brew uniosła się wysoko, a na twarzy pojawił się wyraz, który mówił: naprawdę? Znowu?
— Krzyżak? — powtórzyła, kręcąc głową. — Marek, skoro już musisz wymyślać te swoje niemożliwe scenariusze, to dlaczego zawsze wybierasz jakieś potwory? Dobermany, stonogi, teraz Krzyżacy. Co następnym razem? Dinozaur w salonie? Marsjanie w spiżarni?
— Możliwe, możliwe — odparł wesoło, z błyskiem w oku. — Ale to już temat na inne rozważania. Teraz skupmy się na tym biednym, zagubionym Krzyżaku, który chce ściąć ci głowę. Masz w ręku topór, jesteś silna, zwinna. Co robisz, Jolu?
Jolanta westchnęła, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Spojrzała na topór, a potem w dal, jakby na horyzoncie rzeczywiście majaczyła postać zakutego w stal wojownika.
— Po pierwsze — zaczęła z determinacją w głosie. — Topór to ciężka i długa broń. Mam przewagę zasięgu nad jego mieczem, jeśli odpowiednio wymierzę. Gdy Krzyżak zamachuje się swoim dwuręcznym mieczem, on będzie potrzebował czasu na wykonanie tego cięcia. Ja jestem szybsza i lżejsza. Odskakuję w bok, unikam cięcia, a potem, wykorzystując jego moment braku równowagi, uderzam go toporem w bok hełmu. To go ogłuszy, może nawet powali. W zbroi ciężko mu będzie wstać, zwłaszcza jeśli trafię w staw kolanowy.
Marek pokiwał głową, udając, że rozważa jej plan. Sięgnął po kubek herbaty, który postawił wcześniej na pniu, i pociągnął długi łyk, po czym odstawił go z namysłem.
— Znakomicie — powiedział, — znakomicie, Jolu. Wykorzystujesz przewagę szybkości i zasięgu. Ale wyobraź sobie, że w momencie, gdy odskakujesz w bok, twój but wpada w kałużę błota, która utworzyła się po ostatnim deszczu. Ślizgasz się, tracisz równowagę. Topór, zamiast uderzyć w hełm Krzyżaka, uderza w ziemię, ostrze wbija się w wilgotną glebę, a ty upadasz na kolana, obok krzyżaka. On ma teraz idealną okazję. Machnięcie mieczem z góry na dół, prosto w twoją szyję. Nie masz czasu, żeby wyciągnąć topór z ziemi. Co robisz, Jolu?
Jolanta zacisnęła usta, czując, jak frustracja zaczyna narastać. Przesunęła dłonią po włosach, które wymknęły się spod opaski, i wzięła głęboki oddech.
— W takim razie — powiedziała, podnosząc głowę — zamiast walczyć bronią, używam podstępu. Padam na ziemię, tuż przed nim, i krzyczę coś po niemiecku. Coś, co go zaskoczy. Może „Heil dir im Siegerkranz” albo jakieś inne hasło, które sprawi, że zawaha się na chwilę. Wykorzystam to zamieszanie, żeby chwycić garść piasku lub ziemi i rzucić mu w oczy. Przez przyłbicę, piasek dostanie się do środka, oślepi go. Gdy będzie przecierał oczy, ja wstanę, podniosę topór i…
— I — przerwał jej Marek, wstając z pnia i zbliżając się do niej o krok — wyobraź sobie, że w twojej wyobraźni, w tym momencie, gdy wyciągasz rękę po garść ziemi, okazuje się, że ziemia jest zamarznięta na kamień. Nie ma piasku, nie ma luźnej gleby. Są tylko twarde, zbite grudki, które nic nie dają, a twój pośpiech sprawia, że naciągasz mięsień w ramieniu. Krzyżak nie zawahał się ani na chwilę, bo nie rozumie twojego niemieckiego. On widzi tylko kobietę, która czołga się po ziemi i bełkocze coś niezrozumiałego. Jego miecz już jest w powietrzu, zmierza w twoją stronę. Co wtedy, Jolu?
Jolanta poczuła, jak coś ściska jej żołądek. Jej umysł pracował jak szalony, przeskakując z jednej myśli do drugiej, szukając wyjścia z tej średniowiecznej pułapki. Przeniosła wzrok na stertę drewna, na topór, na ogrodzenie, za którym ciągnął się las.
— W takim razie… — powiedziała, a jej głos był coraz cichszy, — rzucam się w stronę stosu drewna. Chowam się za nim. To jest moja barykada. Krzyżak ma miecz, ale nie może przeciąć stosu drewna jednym ciosem. Zyskuję czas, żeby wezwać pomoc, żeby wymyślić coś innego.
Marek uśmiechnął się, a jego oczy zabłysły satysfakcją. Podszedł do stosu drewna, o który właśnie wspomniała, i oparł się o niego ramieniem.
— Barykada z drewna — powtórzył, jakby smakował to słowo. — Bardzo kreatywnie, Jolu, bardzo. Ale… wyobraź sobie, że ten Krzyżak to nie jest zwykły żołnierz. To jest mistrz szermierki, który szkolił się przez całe życie. On nie musi przecinać stosu drewna. On po prostu wbija swój miecz przez szparę między kłodami, prosto w twoją nogę. Nie zabija cię od razu, ale unieruchamia. Czujesz przeszywający ból, upadasz, a Krzyżak obchodzi barykadę i staje nad tobą. Masz przed sobą jego zbroję, słyszysz jego ciężki oddech przez przyłbicę, widzisz ostrze miecza unoszące się nad twoją szyją. Co robisz, Jolu, w ostatnim momencie?
Jolanta opuściła głowę. Patrzyła na swoje buty, ubłocone i zniszczone od ciężkiej pracy. Wokół niej leżały porąbane kawałki drewna, które jeszcze przed chwilą były powodem jej dumy, a teraz zdawały się kpić z niej, przypominając jej, że nawet najprostsza czynność może przerodzić się w koszmar w umyśle jej męża.
— Błagam — wyszeptała, a w jej głosie było coś więcej niż tylko rezygnacja. Była w nim prośba o litość, chociaż wiedziała, że jej nie dostanie. — Błagam go o litość. Krzyżacy byli przecież zakonem, który w swoim regule miał miłosierdzie. Może jeśli padnę na kolana i pokażę mu, że się poddaję, że nie stanowię dla niego zagrożenia, to on mnie oszczędzi. Może spojrzy na mój topór leżący na ziemi, na moją bezbronność, i uzna, że nie warto zabijać bezbronnej kobiety.
Marek zaśmiał się cicho, ale w jego śmiechu nie było kpiny, tylko dobrotliwa czułość. Podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu, ściskając je lekko.
— Jolu, Jolu… — powiedział, kręcąc głową. — Wyobraź sobie, że ten Krzyżak nie jest zwykłym rycerzem. To jest człowiek, który stracił swoją rodzinę podczas jednej z krucjat, którego żona i dzieci zostali zamordowani. On nie ma litości dla nikogo, zwłaszcza dla kobiet w twoim wieku, które przypominają mu o tym, co stracił. Twoje błagania są dla niego jak sól na ranę, która tylko wzmaga jego wściekłość. On nie chce cię oszczędzić. On chce, żebyś cierpiała. A jego miecz jest już w powietrzu, gotowy do wykonania śmiertelnego cięcia.
Jolanta podniosła wzrok na Marka. Jej oczy, jeszcze przed chwilą pełne ognia walki, teraz przygasły. Wiedziała, że to już koniec. Każda próba, każde wyjście, każdy plan, który wymyśliła, znalazł swoją śmiertelną lukę w jego nieubłaganej logice.
— Więc… — zaczęła bardzo cicho. — Więc nie ma ratunku. Niech mnie zabije. Niech ten Krzyżak, który nie ma imienia, który nosi czarny krzyż na białym płaszczu, niech machnie swoim mieczem i obejdzie mnie w pas. Niech porąbie mnie na kawałki, tak jak ja rąbię to drewno. Poddaję się, Marku. Znowu wygrałeś. Niech mnie posieka na drobne kawałki.
Marek uśmiechnął się szeroko, jego twarz rozjaśniła się promiennym, dziecięcym wręcz zadowoleniem. Otworzył ramiona i przytulił ją mocno, mimo że była cała zgrzana i ubłocona.
— I właśnie o to chodzi, kochanie! — wykrzyknął radośnie. — Najważniejsze to zaakceptować swoją porażkę, zdać się na los, dać się porąbać na kawałki wyimaginowanemu Krzyżakowi. To jest prawdziwa wolność. Teraz, gdy już to zrobiłaś, możesz wrócić do rąbania drewna z czystą głową, bez obaw o średniowiecznych wojowników czających się za każdym pniem.
Jolanta stała w jego objęciach, wciąż czując w kościach ciężar tej dziwnej, intelektualnej porażki. Ale w jej wnętrzu rodziło się coś, co przypominało ulgę — uczucie, które towarzyszyło jej już wcześniej, gdy poddawała się dobermanowi, a potem stonodze. Było w tym coś oczyszczającego, coś, co sprawiało, że wszystkie ciężary, które nosiła, nawet te najmniejsze, zdawały się rozpływać w powietrzu.
— Jesteś niemożliwy — wymruczała w jego sweter, wdychając znajomy zapach wody po goleniu i drzewnego dymu, który wsiąkł w jego ubranie. — Ale chyba za to cię kocham.
— Chyba? — zaśmiał się, odsuwając się na długość ramienia, by spojrzeć jej w oczy. — Tylko chyba?
— Dobrze, kocham — poprawiła się, uśmiechając mimo woli. — Ale teraz daj mi spokój, bo muszę dokończyć rąbanie, zanim całkiem zmarznę.
Marek puścił ją i wrócił na swoje miejsce na pniu. Założył słuchawki na uszy, a z nich natychmiast popłynęła delikatna melodia — jedna z piosenek Krzysztofa Krawczyka, których słuchanie sprawiało mu ogromną przyjemność. Jego palce znowu zaczęły wystukiwać rytm na kolanie, a na jego twarzy pojawił się wyraz błogości, który świadczył o tym, że muzyka przeniosła go w swoje własne, bezpieczne miejsce.
Jolanta wzięła głęboki oddech, chwyciła topór, który wciąż tkwił wbity w pień, i wyciągnęła go z wysiłkiem. Drewno było ciężkie, ale nie czuła już zmęczenia. Wiedziała, że w środku, gdzieś w jej umyśle, Krzyżak właśnie złożył swój miecz i odszedł w stronę lasu, zadowolony ze swojego zwycięstwa. A ona mogła wrócić do pracy.
— Za każdym razem, gdy podnosisz ten topór — odezwał się Marek, przerywając na chwilę słuchanie, ale nie zdejmując słuchawek — pamiętaj, że każda kłoda, którą rozłupujesz, to ten Krzyżak, którego pokonałaś, poddając się mu. To paradoks, ale działa.
Jolanta nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się pod nosem i uniosła topór wysoko nad głowę. Ostrze przecięło powietrze z sykiem i z ogłuszającym trzaskiem wbiło się w kolejny pniak, który rozpadł się na dwie równe połowy. Drewno rozprysnęło się na boki, odsłaniając jasne, świeże wnętrze, które pachniało żywicą i wilgocią. Pot spływał jej po skroniach, a każdy kolejny ruch, każde uderzenie, było bardziej precyzyjne, bardziej pewne, jakby ta dziwna rozmowa z mężem dodała jej sił, których wcześniej nie miała.
— Pamiętasz, jak w zeszłym roku jeździliśmy do Malborka? — zapytał nagle Marek, unosząc jedną słuchawkę z ucha. — Widzieliśmy te wszystkie zbroje, te miecze, te krzyże. I ty wtedy powiedziałaś, że Krzyżacy to byli tacy źli, tacy okrutni. A teraz, gdy sami mamy swojego Krzyżaka na podwórku, chyba rozumiesz, że nie zawsze chodzi o to, żeby go pokonać. Czasem wystarczy uznać jego wyższość i iść dalej.
Jolanta przerwała na chwilę, opierając się na toporze i patrząc na męża. Jego oczy błyszczały tym samym psotnym blaskiem, który znała od dwudziestu pięciu lat. Przez chwilę żałowała, że nie ma w ręku aparatu, żeby uwiecznić tę chwilę — Marka w słuchawkach, z uśmiechem na twarzy, grającego palcami na kolanie w rytm muzyki, która dla niej była zupełnie niesłyszalna.
— Wiesz, że ty i ten Krzyżak to byście się świetnie dogadywali? — odparła, przechylając głowę. — Obaj macie tę samą taktykę — zmęczyć przeciwnika, doprowadzić go do rezygnacji, a potem ogłosić zwycięstwo. Tylko on używał miecza, a ty używasz słów.
Marek zaśmiał się głośno i zdjął słuchawki całkowicie, zawieszając je na szyi. Dźwięk muzyki, choć stłumiony, wciąż dobiegał z ich małych głośników, tworząc cichą, przyjemną atmosferę wokół nich.
— Ale słowa są potężniejsze od miecza — powiedział z powagą, która jednak nie maskowała uśmiechu. — Mieczem można zabić tylko ciało, ale słowami można zabić duszę. Albo, tak jak w twoim przypadku, sprawić, że dusza odzyska spokój. I tyle.
Jolanta pokręciła głową, ale w jej sercu zagościło ciepło, które było większe niż zmęczenie. Wbiła topór w kolejny kawałek drewna, a tym razem, gdy drewno pękało z hukiem, wyobraziła sobie, że to przyłbica Krzyżaka rozpada się na kawałki, odsłaniając twarz człowieka, który nigdy nie istniał, a który dzięki Markowi stał się częścią ich wspólnego, małżeńskiego folkloru.
Po godzinie ciężkiej pracy, gdy stos porąbanego drewna urósł do pokaźnych rozmiarów, Jolanta odłożyła topór i wyprostowała zbolałe plecy. Słońce wspięło się już wyżej na niebo, a pierwszy szron, który pokrywał trawę o poranku, dawno ustąpił miejsca kroplom wilgoci, które lśniły jak diamenty na każdej źdźble trawy.
Marek zdjął słuchawki, wyłączył muzykę i wstał z pnia. W jego dłoniach pojawił się niewielki, wiklinowy koszyk, który przed chwilą przyniósł z kuchni, gdy Jolanta była pogrążona w swojej pracy.
— Zrobiłem nam coś specjalnego — powiedział, siadając z powrotem na pniu i otwierając koszyk. — Pamiętasz, jak wczoraj rozmawialiśmy o tym, że w dawnych czasach na dworach królewskich jadano wróble? Myślałem, że to może być miły akcent do naszej średniowiecznej przygody.
Jolanta podeszła bliżej i zajrzała do koszyka. W środku, na liściu sałaty, leżały trzy pieczone wróble — małe, chrupiące, polane miodem i posypane ziołami, które unosiły w powietrzu apetyczny, korzenny zapach.
— To nie są prawdziwe wróble, prawda? — zapytała z rozbawieniem. — Nie zabiłeś żadnego z tych, które codziennie dziobią okruchy pod karmnikiem.
— Oczywiście, że nie — odparł, uśmiechając się. — To przepiórki. Leżały martwe pod płotem, to je wziąłem. Ale w naszej wyobraźni są wróblami. Królewskimi wróblami z czasów średniowiecza, podawanymi na uczcie po bitwie. A ty, jako pokonana przez Krzyżaka, masz prawo zjeść tego jednego, najbardziej złocistego.
Jolanta usiadła obok niego na pniu, biorąc do ręki jednego z pieczonych ptaków. Był ciepły, chrupiący, a jego zapach przyprawił ją o nagły głód, którego wcześniej, pochłonięta pracą, nie zauważyła. Ugryzła mały kęs, a smak miodu i tymianku rozlał się po jej języku, mieszając się z delikatnym, soczystym mięsem, które niemal rozpływało się na podniebieniu.
— Pyszne — przyznała, połykając. — Nawet jeśli nie są prawdziwymi wróblami, smakują jak uczta dla zwycięzców. Albo dla przegranych, którzy się poddali.
— Dla przegranych, którzy zrozumieli, że prawdziwym zwycięstwem jest akceptacja — poprawił ją Marek, sięgając po drugiego ptaka i odgryzając kawałek. Jego oczy błyszczały zadowoleniem, a na twarzy pojawił się wyraz błogości, który nie wynikał tylko z dobrego jedzenia.
Jedli w milczeniu, ciesząc się ciepłem słońca, które ogrzewało ich ramiona i twarze. Wokół nich wiatr szeleścił opadłymi liśćmi, tworząc szum, który przypominał odległy, cichy szmer fal. W tym momencie, choć jeszcze przed chwilą Jolanta czuła się pokonana, wiedziała, że w rzeczywistości to ona wygrała — bo miała Marka, miała ten dzień, miała to słońce, miała to dziwne, średniowieczne przygody, które tworzyły barwną mozaikę ich wspólnego życia.
— Wiesz — powiedziała, kończąc ostatniego ptaka i oblizując palce. — To było dobre. I ten Krzyżak, i te wróble. Nawet nie wiem, kiedy minął mi czas.
— To dlatego, że twojego umysłu pilnował dzielny, choć nieco bezwzględny Krzyżak — odparł Marek, wstając i wycierając ręce w spodnie. — A teraz, jeśli pozwolisz, wrócę do moich słuchawek i mojego Krawczyka. Mam wrażenie, że dziś jeszcze będzie śpiewał o miłości i o tym, co w życiu najważniejsze.
Jolanta skinęła głową, wstała z pnia i sięgnęła po topór, który wciąż czekał na nią oparty o pień. Czuła, że ma w sobie nową energię, która pozwoli jej skończyć rąbanie całego stosu, nim słońce schowa się za horyzontem.