E-book
2.73
drukowana A5
55.6
Wybrani

Bezpłatny fragment - Wybrani

Objętość:
449 str.
ISBN:
978-83-8155-323-0
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 55.6

Wtedy ponownie usłyszeli w oddali śpiew. To dziewięć chórów niebiańskich, w tym, najbliżej stojący Boga: Serafini, Cherubini, Trony i inne duchy niebieskie, oddawały cześć Najwyższemu, w dniu Jego narodzin. Do chóru dołączyli Archaniołowie i Aniołowie, wychwalając śpiewem Jego Imię.

A gdy minął czas świąt Bożego Narodzenia, Aniołowie zeszli na Ziemię, aby być bliżej ludzi.

Autor

1

Lato tego roku było upalne. Laura miała zaległy urlop, dlatego lipiec i sierpień przeznaczyła na wypoczynek bez stresów z dala od pracy, której oddawała się bezgranicznie, choć czasem wyczerpywała ją emocjonalnie i fizycznie. Postanowiła go spędzić u babki ze strony ojca, Katarzyny, na pozór w nieciekawej osadzie, niedaleko jej rodzinnego miasta, która przypominała cichy, prawie że zaczarowany zakątek. Czyniła to co roku od wielu lat. Nie ciekawiły jej zamorskie kraje w przeciwieństwie do jej rodziców, którzy z natury byli zagorzałymi podróżnikami. Pracowali przez okrągły rok, by urlop spędzić tam, gdzie jeszcze nie byli. Odkąd umarł dziadek Staszek, mąż Katarzyny, nie tylko weekendy, ale i każdy wolny czas spędzała z nią, aby osłodzić jej samotność, która jej bardzo doskwierała. Mimo że w osadzie nic się nie zmieniło od lat, zawsze odnajdywała tu spokój i harmonię, która panowała między ludźmi a naturą. Dzień rozpoczynała od joggingu. Bieg przez las uwalniał ją od niechcianych emocji, które gromadziły się w niej w ciągu dnia i rozpraszały, nie pozwalając skupić na pracy, która nawet w wolnym czasie absorbowała jej myśli. Chcąc pozbyć się natrętnych myśli, doprowadzała ciało do maksymalnego zmęczenia, by mieć czysty umysł. Ale przedtem była chwila niezwykłego uniesienia i zachwytu widokiem, który nie zmieniał się pod wpływem pór roku czy jej nastroju. Zawsze oczarowywał ją tak samo. Kiedy przebiegła dwa kilometry, postanowiła odpocząć i nacieszyć się chwilą, na którą czekała od wczesnego ranka. Dzień zapowiadał się parny i gorący. Nad polaną przeleciała sroka, przerywając monotonną ciszę letniego poranka głośnym skrzeczeniem. Słońce przypiekało ją prosto w plecy. Zdjęła z ramion frotowy ręcznik, otarła z potu czoło i odkryte ramiona. Dopiero potem, z błogim uśmiechem na ustach usiadła na konarze zwalonego dębu, który uszkodziła któregoś lata burza. Przed jej oczami rozpościerała się wielka polana, pokryta kolorową łąką, po której majestatycznym krokiem i wypiętą piersią kroczył bocian. Wzięła głęboki oddech. Wokoło pachniało lasem i zielnymi roślinami. Rosa jeszcze nie odparowała z łąki, bo z daleka srebrzyła się i mieniła tęczowymi barwami. Odkąd sięgała pamięcią, polana była dla niej miejscem skupienia i rozmyślań. W osadzie czuła się jak w domu. Dobrze znała ten las, każde drzewo, wiedziała, gdzie zbierać jagody, gdzie rosły borowiki, a gdzie maślaki i kurki. Siedząc nieruchomo, straciła rachubę czasu. Nie chcąc pozwolić sobie na zbytnie lenistwo, niechętnie się podniosła z pnia i nie ubiegła metra, gdy na wprost niej wyrósł jak spod ziemi, wielki pies, owczarek niemiecki, który zastąpił jej drogę. Wydał się jej znajomy.

— A ty, skąd się tu wziąłeś! — zapytała z przekornym uśmiechem, tarmosząc go lekko za ucho.

Pies zaszczekał kilka razy, a po chwili podszedł do niej jeszcze bliżej i liznął po twarzy. To czułe powitanie zbyła śmiechem. A więc i on ją rozpoznał. W pobliżu usłyszała szelest łamanej gałązki, a po chwili zza krzaków wyłoniła się sylwetka wysokiego mężczyzny.

— Nic się pani nie stało? — zapytał tak samo zaskoczony jak ona.

Podbiegł do psa i chwycił za obrożę. Chwilę stali oboje w milczeniu i wyrównywali oddechy, obrzucając się nawzajem zaciekawionym wzrokiem. Mężczyzna był postawny, dobrze zbudowany. Muskularne ramiona i uda były chyba wynikiem częstego uczęszczania na siłowni, no i codziennego joggingu, pomyślała odruchowo. Miał smukłe i ładne dłonie, widać było, że jego ręce były przyzwyczajone raczej do pracy biurowej, a nie do fizycznego wysiłku. Był w błękitnej koszulce i krótkich białych spodenkach, podobnie jak ona, tylko koszulki różniły się kolorami. Ona miała zieloną. Kiedy zdjął przeciwsłoneczne okulary, a z czoła czarną przepaskę, zobaczyła jego oczy, które przypominały teraz zachmurzone niebo. Dopiero teraz rozpoznała w nim Szymona Orłowskiego, syna ich sąsiadki, Pauliny, który raczej rzadko bywał w rodzinnych stronach.

— Gdyby chciał mnie ugryźć, dawno by to zrobił — mówiąc to, dotknęła jego sterczących uszu. Pies zamerdał ogonem, dając jej do zrozumienia, że ją poznał.

— Naps, do nogi! Przepraszam, za mojego psa. Uważa las za swój teren. Nie lubi, gdy ktoś wchodzi mu w paradę.

— Codziennie biegam tą trasą. Widocznie wyczuł moje ślady.

— Jest pani stąd?

— Mogę tak powiedzieć. Nie jestem letniczką. — Przez cały czas rozmowy, nie spuszczała z niego zaciekawionego wzroku. — Wiem, kim jesteś, Naps też mnie rozpoznał, choć dawno się nie widzieliśmy — powiedziała z przekornym uśmiechem.

— To dobrze. W innym przypadku miałabyś kłopoty.

Miał głos o niskim brzmieniu, który przypominał głos spikera radiowego. Była nastolatką, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Pomyślała, że taki facet może mieć dziewczyn na pęczki, ale on wtedy nie miał żadnej. Dla niego liczyła się tylko praca. Właśnie skończył studia, architekturę i rozpoczął swoją pierwszą pracę w stolicy, w prestiżowym biurze projektowym.

— Naprawdę? Nie sądzę.

— Skoro on ciebie zna, to chyba i ja powinienem.

— Kiedyś brzydko mnie nazwałeś, dlatego nie chciałam mieć z tobą nic do czynienia.

— Odśwież mi pamięć.

— Nazwałeś mnie wiedźmą i powiedziałeś, że kiedyś takie jak ja, paliło się na stosie.

— Ach, to ty? — Jego zaskoczenie było prawie namacalne. — Zmieniłaś się, dlatego cię nie rozpoznałem — dodał szybko. — Wydoroślałaś.

— To chyba normalna kolej rzeczy, czas leci. Ty też się trochę zmieniłeś. — Nie chciała dodawać, że na lepsze, aby nie popadł w jeszcze większą dumę, bo buta wyzierała z niego na kilometr. Nawet nie miał tu przyjaciela, z którym by się przyjaźnił. Nie cierpiała tego typu ludzi, bo uważali się za lepszych od innych. Ale musiała przyznać, że nie był przeciętnym mężczyzną, ale kimś pośrednim, między geniuszem, a ślepcem, a do tego był znakomitym architektem budowlanym. Czytała techniczne pisma z przeprowadzonych konkursów budowlanych, gdzie oprócz jego fotografii, pojawiały się efekty jego prac budowlanych w postaci wieżowców o wymyślnej architekturze. Był ceniony nie tylko w kraju, ale i zagranicą. Pani Paulina, matka Szymona, często o nim mówiła z dumą.

Umilkli oboje, jakby jedno czekało na reakcję drugiego.

— Trochę upłynęło czasu, odkąd widziałam cię po raz ostatni — zagaiła pierwsza rozmowę.

— Ożeniłem się, a w krótkim czasie straciłem żonę, ale o tym, zapewne już wiesz.

— Nie miałam okazji, by ci powiedzieć, jak bardzo mi przykro z powodu jej śmierci.

— Dziękuję.

— Izie pewnie brakuje mamy…

— Dlatego postanowiłem ponownie się ożenić. — Po tym wyznaniu usiadł obok niej i na chwilę zamilkł, wsłuchując się w odgłosy lasu, podobnie jak jego pies, który usiadł u jego stóp.

Laura zauważyła, że mężczyzna ze zdziwieniem spoglądał na polanę, na której pojawili się stali bywalcy lasu: trzy sarny, para bocianów, kilka gatunków ptaków przysiadło na gałęzi wysokiej sosny. Pierwszy odezwał się polny skowronek, który przyleciał z pola, na którym posilił się, a teraz zaczął poranny koncert. Nikt nie śmiał mu przerywać. Gdy skończył, można było usłyszeć głośny śpiew strzyżyka i głuchy stukot dzięcioła, który na pobliskim drzewie miał swoją dziuplę.

— Czyż nie jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi? — zapytała cicho.

— Nie przypuszczałem, że jest tu tak ładnie.

— Ładnie?

— Masz rację, pięknie.

— Po każdym biegu, lubię tu usiąść i popatrzeć na te cudeńka natury.

Szymon Orłowski spojrzał na dziewczynę, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. Dopiero teraz zauważył, że jej oczy w czarnej oprawie, mają taki sam kolor jak ciemna ściana lasu, a gdy się uśmiechała, jej oczy śmiały się wraz z jej ustami, i niesamowicie błyszczały jak u elfa. W tej samej chwili uświadomił sobie, że to porównanie wziął z bajki, którą ostatnio czytał córeczce na dobranoc. A włosy w blasku słońca, przypominały mu dojrzałe kasztany ze złotymi refleksami. Widać, że o nie dbała, bo lśniły czystością i błyszczały w słońcu jak płynne złoto.

— Codziennie tędy biegasz? — zapytał z ciekawością, przypatrując się dziewczynie, która niczym nie przypominała jego dziewczyny, ale gdyby miał wybierać teraz, nie zastanawiałby się długo. Wybrałby tę nimfę leśną o zielonych oczach.

— Gdy tylko tu jestem, codziennie. Mam stałą trasę — odparła, nie przestając wpatrywać się w niego przenikliwym spojrzeniem. Właśnie uświadomiła sobie, że nigdy nie widzieli się z bliska jak w tej chwili. Zawsze się mijali jak nie w drzwiach, to na drodze albo w sklepie. I tylko przelotnie. Ostatnie zdarzenie, które miało miejsce kilka lat temu miało miejsce na podwórku, przed jego domem. Odniosła zakupy, które zrobiła dla babci i pani Paulinie. Natknęła się na niego, gdy wybiegł z domu i o mało jej nie przewrócił, ale zrobiła unik i oparła się o futrynę drzwi.

— Mógłbyś bardziej uważać — zwróciła mu wtedy uwagę.

Nawet nie przeprosił, biegł jak szalony do budynku gospodarczego, gdzie parkował swój samochód. Kiedy z niego wyjeżdżał, zauważyła, że był blady i bardzo wzburzony. Nie zauważył ani jej, ani zatroskanego spojrzenia matki, która wybiegła za nim.

— Co mu się stało, że wypadł taki wściekły?

— Powiedziałam mu, co myślę o tej jego laluni. Nie spodobało mu się, co mu nawytykałam. Ale i tak nie zmienię swojej decyzji. Moja wnuczka potrzebuje normalnej kobiety, która byłaby dobrą i czułą matką. Od niej na kilometr wieje chłodem i ciężkimi perfumami, od których się duszę. Gdybyś ją zobaczyła, sama byś do tego doszła.

— Jest dorosły. I zrobi to, co będzie chciał, choć nie wyjdzie mu to na dobre — powiedziała wówczas. I niestety obie miały rację. Ale teraz sprawa była poważniejsza.

Kiedy nadal siedział w milczeniu, postanowiła dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Nie powodowała nią wścibskość lecz chęć oceny rzeczywistej sytuacji. W końcu chciała mu pomóc, mimo że jej o to nie prosił.

— Opowiedz, co cię tak naprawdę dręczy.

— Do niedawna praca była dla mnie najważniejsza. Dopiero, gdy mama wytknęła mi, że Izie potrzebny jest ojciec, a nie karierowicz, ocknąłem się. Odtąd zacząłem poświęcać jej więcej czasu. I wtedy przyszło mi na myśl, że mógłbym poszukać sobie żony. — Po ostatnim wyznaniu umilkł na dłuższą chwilę.

— Wtedy też nie miałeś psa — próbowała wyrwać go ze złych wspomnień.

— Natknęliśmy się na siebie przypadkowo. Nie chciałem spędzać samotnie wieczoru, więc wyszedłem na spacer, choć na dworze było zimno i lało jak z cebra. Leżał zwinięty pod śmietnikiem. Zagadnąłem do niego, wstał i poszedł za mną. Wtedy obaj potrzebowaliśmy siebie i tak zostaliśmy przyjaciółmi. Jest z nami już od kilku lat. — Delikatnie gładził psa, który poddawał się tej pieszczocie z widoczną przyjemnością.

— Dobrze mieć przyjaciela, choćby jednego.

— Ty go nie masz?

— Moimi przyjaciółmi są moi najbliżsi.

— Nadal boisz się ludzi?

— Ja? To raczej oni stronią ode mnie — żachnęła się jak oparzona.

— Rzadko kiedy wracam myślą do poprzedniego życia, tamten etap wyrzuciłem z pamięci.

— Nic nie da wymazać się z naszej pamięci, choćbyśmy się bardzo o to starali, chyba że przedwcześnie dopadnie nas demencja starcza. Nasz umysł to nie komputer, który w każdej chwili możesz zresetować — zaśmiała się, ale bez złośliwości.

Usiłowała zachować humor, bo przywoływanie teraz duchów, które odeszły, było ponad jej siły. Najczęściej pomagała tym, którzy tego naprawdę chcieli, bo kochali swoich najbliższych i nie pozwalali skazywać ich na cierpienia, chcieli ostrzec ich przed złymi ludźmi. Żywi nie zawsze widzieli to, co było widać gołym okiem przynajmniej dla niej. Zazwyczaj widzieli to, co chcieli zobaczyć.

— Może masz rację. Odpowiedz mi na jedno pytanie. Skąd wiedziałaś o Klaudii i Izie?

— Od twojego ojca.

— Żarty sobie ze mnie stroisz? — zapytał z marsową miną.

— Ani jedno, ani drugie. Zbyt poważnie traktuję swój dar.

— Dar?

— Babcia nazywa go błogosławieństwem. Zawsze wiem więcej, niż sama bym tego chciała. W rodzinie nazywają nas: Wybranymi.

— Czy w waszej rodzinie to tradycja, tak z dziada, pradziada, czy odwrotnie z babki na babkę, przechodzi ta umiejętność, czy ten dar, jak go sama nazwałaś?

— Co drugie pokolenie i nie tylko u kobiet przejawiają się tego typu umiejętności — odparła poważnym tonem.

Kątem oka widziała jego konsternację. Zawsze był taki rezolutny, a teraz stał i gapił się na nią, nie wiedząc, co powiedzieć i jak się zachować.

— Co chciałbyś jeszcze wiedzieć? — zapytała go wprost.

— Przeżyłem tyle lat i nigdy nie spotkałem osoby podobnej do ciebie. Wciąż trudno mi w to uwierzyć. W końcu mamy XXI wiek!

— Ostrzegłam cię, bo… — zawahała się, czy wyznać mu do końca prawdę.

— Dlaczego to zrobiłaś?

— Bo twój ojciec nie dawał mi spokoju, przychodził do mnie prawie codziennie. Którejś nocy nie mogłam spać, wyszłam przed dom i usiadłam na huśtawce. Po chwili siedział obok mnie. Myślałam, że to tylko moje zwidy, ale po chwili usłyszałam jego głos. Nie prosił, ale wręcz nakazywał mi, abym ci o niej powiedziała, że to zła kobieta i przez nią będziesz cierpiał, a przede wszystkim, ucierpi na tym związku twoja córeczka.

— Byłem pewny, że Klaudia jest moją wymarzoną kobietą. Po śmierci żony, długo nie mogłem się pozbierać. Osłodą była myśl o małej Izie. Ona trzymała mnie przy życiu i praca, w której się zupełnie zatraciłem. Być może dlatego straciłem poczucie rzeczywistości i realnego zagrożenia ze strony Klaudii.

— Skąd mogłeś wiedzieć, że Klaudia nigdy cię nie kochała? — Oczami wyobraźni znalazła się jakby w innym wymiarze czasu. Zdawało się, że ta rozmowa odbyła się jakby wczoraj. Przed oczami zobaczyła scenę, której w życiu już nigdy nie chciałaby oglądać. Nie chciała, aby te obrazy stawały jej przed oczami, starała się, aby myśli przeszły na inne tory, w inny wymiar jej wyobraźni. Udało się. I znów migawka wspomnień jak w kalejdoskopie, tyle że z udziałem żywych ludzi. Dwa lata temu lipiec był upalny jak tego roku. Przesiedziała prawie całe wakacje nad rzeką ze znajomymi chłopcami z osady. Młodszych uczyła pływać, a starszym dawała lekcje karate. Kiedy wróciła do domu, poczuła się źle. Na jej widok, babka natychmiast zaproponowała, aby odpoczęła. Wyczuła, że wnuczkę dopadła jej przypadłość, znajoma tylko jej najbliższym. Poszła do pokoju i rzeczywiście położyła się, i wtedy ogarnęła ją panika, bo przed jej oczami wyłoniła się sylwetka kobiety, wyjętej jak z horroru. Miała rozpuszczone czarne włosy i demoniczną twarz skrzywioną w złości, jakby ogarnęła ją dzika furia. Obok niej stała kilkuletnia dziewczynka i płakała. Była śliczna. Jej długie blond włosy ocieniały jasną twarzyczkę. W chwili, gdy podniosła oczy, Laura pomyślała, że zobaczyła najcudowniejszą istotę pod słońcem. Jakby przed demonem w postaci kobiety stał anioł, który przybrał postać dziecka. Z błękitnych jak chabry oczu płynęły łzy. Wyczuła lęk małej. Był widoczny nie tylko przez łzy, ale jej ramionka i usta drżały ze strachu. W pewnej chwili dziewczynka uniosła rękę, jakby w obawie, że kobieta ją uderzy. Wtedy ona bezwiednie krzyknęła: Nie! Jakby chciała ją przestrzec, że ona wie o niej. I wtedy do pokoju wbiegła zaniepokojona babcia.

— Dziecko, co ci jest?

— Mnie nic, ale Iza jest w niebezpieczeństwie. Powiedz pani Paulinie, że musi wziąć wnuczkę do siebie. Ona nie może przebywać dłużej z tą złą kobietą. Ona znęca się nad nią! Nie pozwólmy jej na to. — Ostatnie zdanie ukończyła prawie szeptem. Po chwili zapadła w sen, ale nawet we śnie czuła niechęć i wrogość tej strasznej kobiety, jakby tamta wyczuła zagrożenie z jej strony.

— Miałaś rację. Któregoś dnia wpadłem do domu wcześniej. Zrobiłem to celowo. Nie mogłem uwierzyć w to, co potem zobaczyłem. Ta kobieta…, aż boję się pomyśleć, że miała zostać moją żoną — wyrzucił z siebie zły, że dał się nabrać na piękną twarz i zgrabne nogi. Od tej pory czuł do siebie pogardę za swą naiwność, głupotę i arogancję.

— Nie musisz o niej wspominać, jeśli sprawia ci to przykrość.

— Nie o to chodzi. Nie miałem odwagi przyznać się nawet przed własną matką, że jeszcze tego samego dnia wyrzuciłem ją z domu. Klaudia od początku jej się nie podobała. Byłem pewny, że uprzedziła się do niej, bo nie chciała mieć dzieci. A wiesz, co to znaczyło dla mojej babki. Przecież byłem jedynakiem. A tak bardzo chciała przed odejściem, nacieszyć się jeszcze wnukami.

— A co z twoją córką? Odkąd ją porwano, minął już miesiąc. — Laura spojrzała na jego posępną twarz. Bruzdy wokół prostego nosa wyostrzyły się, a cienie pod oczami świadczyły o nieprzespanych nocach. Sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego człowieka.

— Policja w dalszym ciągu jej poszukuje. Wziąłem sobie urlop bezpłatny, koledzy przejęli moje zaczęte projekty, bo nie mogłem siedzieć z założonymi rękami. Próbowałem szukać na własną rękę, ale nic to nie dało. — Wstał i zaczął chodzić po ścieżce w tę i z powrotem, zły sam na siebie, że czuł się taki bezsilny. Coraz częściej miał świadomość poczucia klęski, że przegrał swoje życie. Po śmierci Natalii, swojej żony, wszystko zaczęło się psuć. A ta bezradność zaczynała go mocno wkurzać. Stał się nerwowy, nie mógł jeść, ani spać.

— Twój ojciec powiedział, że wszystko zło, co wydarzyło się w twoim życiu, stało się nie tylko z powodu tej złej kobiety, ale przez twoje pieniądze. Jako architekt ponoć dobrze zarabiasz. Dlatego stałeś się pożądanym kawalerem do wzięcia. Zaimponowały ci pieniądze, sława dobrego architekta i powodzenie u kobiet.

Nie skomentował tej uwagi, bo to była najszczersza prawda. Nieźle zarabiał, więcej, niż kiedykolwiek o tym marzył. Teraz pieniądze, prestiż na rynku krajowym, a nawet zagranicznym, przestały mieć wartość.

— Gdybym wtedy posłuchał twojej rady i przywiózł córeczkę do matki, nic by jej się nie stało. Byłaby z nią bezpieczna. Nie uwierzyłem jednak twoim słowom i straciłem ją, być może na zawsze — wyznał przygnębiony.

— Nie jesteś w tym odosobniony. Dopiero po fakcie, gdy wydarzy się coś złego, ludzie myślą najczęściej, że był to zwykły przypadek, a raczej nieszczęśliwy wypadek. Nic nie dzieje się jednak bez powodu. Klaudia była wyrafinowaną i bezwzględną kobietą. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego nie zauważyłeś u niej wcześniej skłonności do kobiet. Przecież to niemożliwe, byś tego nie zauważył, kiedy byliście razem. No wiesz… w intymnych chwilach.

— Liczyły się dla niej tylko pieniądze. Kupiłem dom, umeblowałem go według jej gustu i nie otrzymywałem nic w zamian. Dopiero później zrozumiałem jej niechęć do seksu. Pocieszała mnie jedynie myśl, że to nie ze względu na mnie, była taka oziębła i niechętna.

— Wiem, że bardzo kochasz Izę i musisz cierpieć z powodu jej porwania, ale dziecko nie znika ot tak sobie bez powodu.

— Tym dziwniejszy jest fakt, że porywacze nie dzwonią i nie żądają okupu.

— Właśnie i to jest bardzo dziwne.

— Gdybym miał więcej wiary, nic takiego by się nie wydarzyło.

— Skąd mogłeś wiedzieć? Nigdy nie chwaliłam się przed ludźmi, że posiadam taki dar.

— W jaki sposób ostrzegałaś innych?

— Mówiłam im, że miałam taki sen i lepiej niech uwierzą w to, co mówię, bo moje sny na ogół się sprawdzają.

— I uwierzyli ci?

— Ci, co mnie znali, uwierzyli. Potem mi za to dziękowali. Ale byli i tacy, którzy nie skorzystali z mojej rady, potem tego bardzo żałowali.

— Zrobiłbym wszystko, aby Klaudia za to zapłaciła. Wiem, że maczała w tym palce. Ale, jak udowodnić jej winę? I gdzie jej szukać?

— Wiem od twojej matki, że nie sprzedałeś domu, w którym mieszkaliście. Może w pokoju Izy, znalazłyby się jakieś dowody przeciwko niej?

— Nie pomyślałem o tym. Chwilami przerasta mnie ta sytuacja, ale po chwili zdaję sobie sprawę, że tylko ja jej zostałem i muszę zrobić wszystko, aby ją odnaleźć.

— Może Klaudia nie działała sama?

Szymon spojrzał na dziewczynę stojącą przed nim, uważnym spojrzeniem. Jakby chciał wyczytać z jej twarzy coś, co nie dawało mu od dawna spokoju. Zamyślił się. Spuścił głowę i przez długi czas milczał. Nie zdarzyło mu się wcześniej, przebywać w towarzystwie kobiety, siedzieć i ot tak po prostu milczeć. Nie dziwił się nawet temu, tylko z tą dziewczyną było to możliwe. Była inna. Twarz miała jakby uduchowioną, jakby z jej wnętrza wypływała moc i emanowała na innych, dodając im siły. Uśmiech rzadko pojawiał się na jej twarzy. Był zdziwiony, że wcześniej nie zauważył, jaka była śliczna, choć widział ją z bliska tylko kilka razy i to parę lat temu. Dzisiaj stała przed nim piękna i zdecydowana, młoda kobieta. Stanowiła dla niego prawdziwą zagadkę.

— Mam na imię Laura, ale znajomi mówią na mnie po prostu: Lu — powiedziała cicho.

— Wybacz, że zapomniałem. Skąd wiedziałaś?

— Po twojej niepewnej minie.

— Byłem pewny, że przestałaś już przyjeżdżać w nasze strony?

— Zapomniałeś, że mam tu babcię?

— Jak mogłem zapomnieć, skoro przyjaźni się z moją matką. Ale może tam, gdzie mieszkasz, jest ciekawiej?

— Widać, że mało mnie znasz. Ja się czuję tutaj jak przysłowiowa ryba w wodzie.

— Przepraszam. Masz rację, słabo cię znam.

Dziewczyna podniosła się z kłody drewna, otrzepała spodenki i związała ponownie włosy frotką, a na czoło założyła przepaskę. Na odchodne pogłaskała psa, uśmiechnęła się i odwróciła w stronę osady.

— Już idziesz?

— Muszę już lecieć, bo babcia pewnie już o mnie się niepokoi.

— Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.

— Wcześniej niż myślisz.

— Dziękuję.

— Za co?

— Za rozmowę, a nawet za przypomnienie mi, jakim byłem głupcem.

— Zapewniam cię, że dla mnie rozmowa o twojej córeczce sprawiła mi przyjemność. Nawet nie wiesz, jak jest mi się bliska.

— Naprawdę? — W tonie jego głosu było niedowierzanie.

— Widziałam ją zaledwie parę razy, kiedy przywiozłeś ją do babci, ale już wtedy zauważyłam, że jak na swój wiek, jest zbyt poważna. Wtedy dowiedziałam się od twojego ojca, w jakim marazmie żyła. Bardzo cierpiała, choć nigdy do tego się nie przyznała i była bardzo samotna. Jej przyjaciółkami były jedynie porcelanowe lalki, z którymi rozmawiała. A gdy telefonowała do niej twoja matka, Klaudia zbywała ją byle czym i odkładała słuchawkę. Ona pewnie nie wyznała ci tego, aby nie siać fermentu między wami. Praca i gonienie za pieniędzmi pochłonęły cię całkowicie, że nie zauważyłeś, jak Iza ostatnio wyszczuplała i straciła apetyt. Stałeś się twardy i bezwzględny — wyrzuciła mu to prosto w twarz, co leżało od dawna jej na sercu.

Szymon słuchał jej w milczeniu mocno zaskoczony.

— Odizolowałeś ją od nas, jakbyś nie chciał mieć z nami nic do czynienia. Twoja matka często żaliła się do mojej babci, że zaniedbujesz ją i nie chcesz, aby wnuczka przebywała z nią, bo obawiałeś się, że przesiąknie tutejszą zaściankową mentalnością. A ona kochała ją ponad życie. Dla ciebie była kochaną córeczką, a dla niej słodkim Okruszkiem. Nieświadomie skrzywdziłeś je obie. — I pomyśleć, że był kiedyś jej idolem. Spojrzała na niego z jawną niechęcią.

Szymon nadal stał jak wryty. Patrzył oniemiały, jak dziewczyna sprintem pobiegła główną drogą, która prowadziła do osady. Długo siedział na konarze powalonego drzewa, na którym przed chwilą siedziała Laura.

— Córeczko, tak bardzo za tobą tęsknię — szepnął, a po chwili z gardła wydarł mu się nieludzki prawie krzyk, aż przestraszone ptactwo zerwało się z pobliskich gałęzi.

Zanim Laura wybiegła z lasu, również go usłyszała.

Nazajutrz wstała wczesnym rankiem, spakowała się i podczas śniadania opowiedziała babce o wczorajszym spotkaniu z Szymonem.

— Nie wiedziałam, że wrócił — powiedziała tylko, bacznie obserwując wnuczkę.

— Zaraz tu będzie. Matka nie nacieszyła się nim zbytnio. Babciu, zajrzyj do pani Pauliny, aby nie była sama. Wszyscy kochamy Izę. Postaram się mu pomóc i odnaleźć ją. Widzę, co przeżywa. Poproszę dziadka, aby mi pomógł, bo sama nie dam rady. To zbyt skomplikowana sprawa. Czuję, że maczała w tym palce jego była i na pewno nie działała sama.

— Powiedziałaś mu o wszystkim?

— Tak. Minął miesiąc od porwania jego córki, a on dopiero wczoraj dowiedział się, jak bardzo cierpiała Iza z powodu tej zołzy.

— Czy to było konieczne?

— Uświadomiłam mu, w jakim koszmarze żyła jego córka. Nie mówiłam mu o Klaudii, bo sam zobaczył ją taką, jaka była w rzeczywistości: podła i wyrafinowana.

Kobiety siedziały w milczeniu. Kiedy Laura, dokończyła pić herbatę, usłyszały dzwonek do wejściowych drzwi.

— Otwórz, babciu — poprosiła. — To on.

Za drzwiami stał Szymon. Widać było po nim, że nie spał tej nocy. Miał podkrążone oczy i bruzdy wokół nosa, a włosy sterczały na wszystkie strony, jakby przed chwilą przyczesał je tylko palcami.

— Czy mogę porozmawiać z pani wnuczką? — zapytał ochrypłym głosem.

— Czeka na pana. Już się spakowała.

— Skąd wiedziała, że przyjdę? — zapytał, ale prawie natychmiast wymamrotał niewyraźnie — Przepraszam, nie powinienem nawet pytać.

— Nie szkodzi. Wejdź. Może napijesz się kawy? — zaproponowała, wpuszczając go do domu.

Laura wyszła z pokoju z niezbyt dużą torbą podróżną, przewieszoną przez jedno ramię. Ubrana była w lniane, beżowe spodnie i w jedwabną bez rękawków bluzkę w błękitnym kolorze, która ładnie harmonizowała z jej brzoskwiniową opalenizną. Na gołych nogach miała tylko skórzane sandały. Włosy upięła w kucyk czarną frotką. Dziewczyna wyglądała jak marzenie.

— Dzień dobry — przywitała go w drzwiach kuchni.

Szymon w ostatniej chwili się zreflektował, przypominając sobie, po co do niej przyszedł. Przełknął głośno ślinę, spuścił głowę i dopiero po chwili spojrzał jej prosto w oczy.

— Dzień dobry. Zawsze będziesz mnie zaskakiwała — wyznał szczerze.

— Czujesz się zażenowany? Niepotrzebnie, szybko przywykniesz, gdy zobaczysz efekty moich działań. Nawet mnie czasem zaskakują.

— Daj mi czas, na oswojenie się z myślą, że wiesz więcej ode mnie i widzisz to, czego ja nie widzę.

— Ok. Nie bądź taki sztywny, usiądź i napij się z nami kawy. Babcia upiekła bułeczki z jagodami. Są jeszcze ciepłe. Przed nami długa droga.

— Bardzo chętnie. Gdy wstałem rano, przyświecała mi tylko jedna myśl, aby jechać i jej szukać, nawet nie pomyślałem o jedzeniu. Mama nawet nie wie, że wyjechałem, bo z samego rana poszła do kościoła. Myślałem przez całą noc o tym, co mi powiedziałaś, Lu.

— Nie jestem pewna, ale nie wykluczam takiej opcji. Musimy dokładnie sprawdzić twój dom.

— Nie pomyślałem, że w domu mógłbym znaleźć jakąś wskazówkę. Ostatnio w ogóle nie potrafię się na niczym skupić i racjonalnie myśleć. Kompletnie wysiadł mi mózg.

— Nie przesadzaj.

— Wcale nie przesadzam. Nawet moja matka ledwie toleruje moje zachowanie. I zamiast wziąć się za pielenie w ogródku, leci z samego rana do kościoła, aby mnie nie widzieć.

— Odwracasz kota ogonem. Ona tak samo źle się czuje, bo nie może ci pomóc. To w końcu jej wnuczkę porwano. A do kościoła idzie, aby się pomodlić w intencji jej odnalezienia.

— Masz rację. W głowie mi się już miesza i wygaduję kompletne bzdury.

— Nie unoś się. Musimy zachować spokój.

— Masz rację. To co, jedziemy? — Jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu, kiedy odstawił pusty kubek i talerz po jagodziankach. Ta dziewczyna dała mu nadzieję. Poczuł się zdecydowanie lepiej.

— Teraz jest najlepsza pora, na drogach nie ma tyle ruchu. Jedźcie i przywieźcie ją całą i zdrową. — Katarzyna objęła ich zatroskanym spojrzeniem.

Szymon szarmanckim gestem otworzył przed nią drzwi samochodu, a po chwili odwrócił się w stronę domu i uniósł rękę w geście pożegnania. Katarzyna stała na ganku i patrzyła, póki samochód nie zniknął jej z oczu. Dopiero potem weszła do domu. Zamierzała odwiedzić swoją przyjaciółkę. Miała jej dużo do powiedzenia.

W czasie drogi mało ze sobą rozmawiali. Laura podziwiała widoki zza szyby samochodu, a Szymon był skoncentrowany na prowadzeniu auta. Do stolicy dojechali w godzinę. Jego dom był oddalony od stołecznego miasta zaledwie kilka kilometrów, więc na miejscu zjawili się w niecały kwadrans. Była to typowa małomiasteczkowa miejscowość, nieco większa od tej, gdzie obecnie mieszkali. Dom był obszerny, piętrowy z basenem, z którego dawno spuszczono wodę. Na płytkach glazury leżały uschnięte liście pewnie jeszcze z zeszłego lata, a niewielki ogród zarósł chwastami. Widać było, że domem nikt się nie zajmował.

Nie czekała, aż Szymon podejdzie i otworzy jej drzwi. Nawet nie zauważył, kiedy stanęła obok, trzymając w ręku ich torby podróżne. On tymczasem zajął się wyłączeniem alarmu.

— Drzwi lekko się spaczyły. Drewno szybko chwyta wilgoć. Nie zamierzałem ich wymieniać, bo nie byłem pewny, czy kiedyś tu jeszcze wrócę, mimo że do firmy miałem blisko. Nosiłem się z zamiarem kupna nowego domu i zmiany dotychczasowej pracy — mówiąc to, gestem ręki zaprosił ją do środka. — Otworzę okna, aby przewietrzyć wnętrze. — Wszedł do salonu i podszedł do okna.

— Nie otwieraj, przynajmniej jeszcze przez chwilę. Zaprowadź mnie najpierw do pokoju Izy.

Szymon podszedł do niej, ujął jej dłoń i wolnym krokiem po schodach zaprowadził na piętro. Zatrzymał się przed pierwszymi drzwiami. Laura omiotła spojrzeniem wnętrze domu. Drzwi do pomieszczeń były pomalowane na biało, ściany holu w kolorze ecru, a drewniana balustrada w naturalnym kolorze pociągnięta była bezbarwnym lakierem. Szymon odetchnął pełną piersią i nacisnął klamkę. Weszli oboje. Na środku pokoju stało łóżko z baldachimem. Zaskoczona poczuła zapach świeżych róż, choć nie zauważyła na białych komódkach żadnego bukietu.

— Jej ulubionymi kwiatami były róże? — zapytała, wdychając bezwiednie zapach, który kojarzył się z pudrem jej babki.

— Tak. Iza uwielbia róże, dlatego nasza gosposia jej pościel i bieliznę, płukała w różanym płynie — odparł zaskoczony, patrząc na dziewczynę, która podeszła do okna i lekko odsunęła tiulową firankę, skąd widać było basen i część zarośniętego ogrodu.

— Usiądź, rozpraszasz mnie — powiedziała bezwiednie, nie patrząc nawet w jego stronę.

Szymon posłusznie usiadł w fotelu, w którym najczęściej siadał z córką i czytał jej bajki. Machinalnie potarł rękoma boki pluszowego fotela.

— Tak bardzo mi ciebie brakuje, maleńka — pomyślał odruchowo.

— Czy mogę skorzystać z toalety? Chciałabym umyć ręce.

— Proszę. To łazienka, z której korzystała tylko Iza.

Laura zauważyła, że ulubionym kolorem jego córeczki był błękit.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 55.6