E-book
6.83
drukowana A5
62.53
Wybrani

Bezpłatny fragment - Wybrani

Objętość:
449 str.
ISBN:
978-83-8155-323-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 62.53

Wtedy ponownie usłyszeli w oddali śpiew. To dziewięć chórów niebiańskich, w tym, najbliżej stojący Boga: Serafini, Cherubini, Trony i inne duchy niebieskie, oddawały cześć Najwyższemu w dniu Jego narodzin. Do chóru dołączyli Archaniołowie i Aniołowie, wychwalając śpiewem Jego Imię.

A gdy minął czas świąt Bożego Narodzenia, Aniołowie zeszli na Ziemię, aby być bliżej ludzi.

Autor

1

Lato tego roku było upalne. Laura miała zaległy urlop, dlatego lipiec i sierpień przeznaczyła na wypoczynek bez stresów z dala od pracy, której oddawała się bezgranicznie, choć czasem wyczerpywała ją emocjonalnie i fizycznie. Postanowiła go spędzić u babki ze strony ojca, Katarzyny, na pozór w nieciekawej osadzie, niedaleko jej rodzinnego miasta, która przypominała cichy, prawie że zaczarowany zakątek. Czyniła to co roku od wielu lat. Nie ciekawiły jej zamorskie kraje w przeciwieństwie do jej rodziców, którzy z natury byli zagorzałymi podróżnikami. Pracowali przez okrągły rok, by urlop spędzić tam, gdzie jeszcze nie byli. Odkąd umarł dziadek Staszek, mąż Katarzyny, nie tylko weekendy, ale i każdy wolny czas spędzała z nią, aby osłodzić jej samotność, która jej bardzo doskwierała. Mimo że w osadzie nic się nie zmieniło od lat, zawsze odnajdywała tu spokój i harmonię, która panowała między ludźmi a naturą. Dzień rozpoczynała od joggingu. Bieg przez las uwalniał ją od niechcianych emocji, które gromadziły się w niej w ciągu dnia i rozpraszały, nie pozwalając skupić na pracy, która nawet w wolnym czasie absorbowała jej myśli. Chcąc pozbyć się natrętnych myśli, doprowadzała ciało do maksymalnego zmęczenia, by mieć czysty umysł. Ale przedtem była chwila niezwykłego uniesienia i zachwytu widokiem, który nie zmieniał się pod wpływem pór roku czy jej nastroju. Zawsze oczarowywał ją tak samo. Kiedy przebiegła dwa kilometry, postanowiła odpocząć i nacieszyć się chwilą, na którą czekała od wczesnego ranka. Dzień zapowiadał się parny i gorący. Nad polaną przeleciała sroka, przerywając monotonną ciszę letniego poranka głośnym skrzeczeniem. Słońce przypiekało ją prosto w plecy. Zdjęła z ramion frotowy ręcznik, otarła z potu czoło i odkryte ramiona. Dopiero potem, z błogim uśmiechem na ustach usiadła na konarze zwalonego dębu, który uszkodziła któregoś lata burza. Przed jej oczami rozpościerała się wielka polana, pokryta kolorową łąką, po której majestatycznym krokiem i wypiętą piersią kroczył bocian. Wzięła głęboki oddech. Wokoło pachniało lasem i zielnymi roślinami. Rosa jeszcze nie odparowała z łąki, bo z daleka srebrzyła się i mieniła tęczowymi barwami. Odkąd sięgała pamięcią, polana była dla niej miejscem skupienia i rozmyślań. W osadzie czuła się jak w domu. Dobrze znała ten las, każde drzewo, wiedziała, gdzie zbierać jagody, gdzie rosły borowiki, a gdzie maślaki i kurki. Siedząc nieruchomo, straciła rachubę czasu. Nie chcąc pozwolić sobie na zbytnie lenistwo, niechętnie się podniosła z pnia i nie ubiegła metra, gdy na wprost niej wyrósł jak spod ziemi, wielki pies, owczarek niemiecki, który zastąpił jej drogę. Wydał się jej znajomy.

— A ty, skąd się tu wziąłeś! — zapytała z przekornym uśmiechem, tarmosząc go lekko za ucho.

Pies zaszczekał kilka razy, a po chwili podszedł do niej jeszcze bliżej i liznął po twarzy. To czułe powitanie zbyła śmiechem. A więc i on ją rozpoznał. W pobliżu usłyszała szelest łamanej gałązki, a po chwili zza krzaków wyłoniła się sylwetka wysokiego mężczyzny.

— Nic się pani nie stało? — zapytał tak samo zaskoczony jak ona.

Podbiegł do psa i chwycił za obrożę. Chwilę stali oboje w milczeniu i wyrównywali oddechy, obrzucając się nawzajem zaciekawionym wzrokiem. Mężczyzna był postawny, dobrze zbudowany. Muskularne ramiona i uda były chyba wynikiem częstego uczęszczania na siłowni, no i codziennego joggingu, pomyślała odruchowo. Miał smukłe i ładne dłonie, widać było, że jego ręce były przyzwyczajone raczej do pracy biurowej, a nie do fizycznego wysiłku. Był w błękitnej koszulce i krótkich białych spodenkach, podobnie jak ona, tylko koszulki różniły się kolorami. Ona miała zieloną. Kiedy zdjął przeciwsłoneczne okulary, a z czoła czarną przepaskę, zobaczyła jego oczy, które przypominały teraz zachmurzone niebo. Dopiero teraz rozpoznała w nim Szymona Orłowskiego, syna ich sąsiadki, Pauliny, który raczej rzadko bywał w rodzinnych stronach.

— Gdyby chciał mnie ugryźć, dawno by to zrobił — mówiąc to, dotknęła jego sterczących uszu. Pies zamerdał ogonem, dając jej do zrozumienia, że ją poznał.

— Naps, do nogi! Przepraszam, za mojego psa. Uważa las za swój teren. Nie lubi, gdy ktoś wchodzi mu w paradę.

— Codziennie biegam tą trasą. Widocznie wyczuł moje ślady.

— Jest pani stąd?

— Mogę tak powiedzieć. Nie jestem letniczką. — Przez cały czas rozmowy, nie spuszczała z niego zaciekawionego wzroku. — Wiem, kim jesteś, Naps też mnie rozpoznał, choć dawno się nie widzieliśmy — powiedziała z przekornym uśmiechem.

— To dobrze. W innym przypadku miałabyś kłopoty.

Miał głos o niskim brzmieniu, który przypominał głos spikera radiowego. Była nastolatką, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Pomyślała, że taki facet może mieć dziewczyn na pęczki, ale on wtedy nie miał żadnej. Dla niego liczyła się tylko praca. Właśnie skończył studia, architekturę i rozpoczął swoją pierwszą pracę w stolicy, w prestiżowym biurze projektowym.

— Naprawdę? Nie sądzę.

— Skoro on ciebie zna, to chyba i ja powinienem.

— Kiedyś brzydko mnie nazwałeś, dlatego nie chciałam mieć z tobą nic do czynienia.

— Odśwież mi pamięć.

— Nazwałeś mnie wiedźmą i powiedziałeś, że kiedyś takie jak ja, paliło się na stosie.

— Ach, to ty? — Jego zaskoczenie było prawie namacalne. — Zmieniłaś się, dlatego cię nie rozpoznałem — dodał szybko. — Wydoroślałaś.

— To chyba normalna kolej rzeczy, czas leci. Ty też się trochę zmieniłeś. — Nie chciała dodawać, że na lepsze, aby nie popadł w jeszcze większą dumę, bo buta wyzierała z niego na kilometr. Nawet nie miał tu przyjaciela, z którym by się przyjaźnił. Nie cierpiała tego typu ludzi, bo uważali się za lepszych od innych. Ale musiała przyznać, że nie był przeciętnym mężczyzną, ale kimś pośrednim, między geniuszem, a ślepcem, a do tego był znakomitym architektem budowlanym. Czytała techniczne pisma z przeprowadzonych konkursów budowlanych, gdzie oprócz jego fotografii, pojawiały się efekty jego prac budowlanych w postaci wieżowców o wymyślnej architekturze. Był ceniony nie tylko w kraju, ale i zagranicą. Pani Paulina, matka Szymona, często o nim mówiła z dumą.

Umilkli oboje, jakby jedno czekało na reakcję drugiego.

— Trochę upłynęło czasu, odkąd widziałam cię po raz ostatni — zagaiła pierwsza rozmowę.

— Ożeniłem się, a w krótkim czasie straciłem żonę, ale o tym, zapewne już wiesz.

— Nie miałam okazji, by ci powiedzieć, jak bardzo mi przykro z powodu jej śmierci.

— Dziękuję.

— Izie pewnie brakuje mamy…

— Dlatego postanowiłem ponownie się ożenić. — Po tym wyznaniu usiadł obok niej i na chwilę zamilkł, wsłuchując się w odgłosy lasu, podobnie jak jego pies, który usiadł u jego stóp.

Laura zauważyła, że mężczyzna ze zdziwieniem spoglądał na polanę, na której pojawili się stali bywalcy lasu: trzy sarny, para bocianów, kilka gatunków ptaków przysiadło na gałęzi wysokiej sosny. Pierwszy odezwał się polny skowronek, który przyleciał z pola, na którym posilił się, a teraz zaczął poranny koncert. Nikt nie śmiał mu przerywać. Gdy skończył, można było usłyszeć głośny śpiew strzyżyka i głuchy stukot dzięcioła, który na pobliskim drzewie miał swoją dziuplę.

— Czyż nie jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi? — zapytała cicho.

— Nie przypuszczałem, że jest tu tak ładnie.

— Ładnie?

— Masz rację, pięknie.

— Po każdym biegu, lubię tu usiąść i popatrzeć na te cudeńka natury.

Szymon Orłowski spojrzał na dziewczynę, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. Dopiero teraz zauważył, że jej oczy w czarnej oprawie, mają taki sam kolor jak ciemna ściana lasu, a gdy się uśmiechała, jej oczy śmiały się wraz z jej ustami, i niesamowicie błyszczały jak u elfa. W tej samej chwili uświadomił sobie, że to porównanie wziął z bajki, którą ostatnio czytał córeczce na dobranoc. A włosy w blasku słońca, przypominały mu dojrzałe kasztany ze złotymi refleksami. Widać, że o nie dbała, bo lśniły czystością i błyszczały w słońcu jak płynne złoto.

— Codziennie tędy biegasz? — zapytał z ciekawością, przypatrując się dziewczynie, która niczym nie przypominała jego dziewczyny, ale gdyby miał wybierać teraz, nie zastanawiałby się długo. Wybrałby tę nimfę leśną o zielonych oczach.

— Gdy tylko tu jestem, codziennie. Mam stałą trasę — odparła, nie przestając wpatrywać się w niego przenikliwym spojrzeniem. Właśnie uświadomiła sobie, że nigdy nie widzieli się z bliska jak w tej chwili. Zawsze się mijali jak nie w drzwiach, to na drodze albo w sklepie. I tylko przelotnie. Ostatnie zdarzenie, które miało miejsce kilka lat temu miało miejsce na podwórku, przed jego domem. Odniosła zakupy, które zrobiła dla babci i pani Paulinie. Natknęła się na niego, gdy wybiegł z domu i o mało jej nie przewrócił, ale zrobiła unik i oparła się o futrynę drzwi.

— Mógłbyś bardziej uważać — zwróciła mu wtedy uwagę.

Nawet nie przeprosił, biegł jak szalony do budynku gospodarczego, gdzie parkował swój samochód. Kiedy z niego wyjeżdżał, zauważyła, że był blady i bardzo wzburzony. Nie zauważył ani jej, ani zatroskanego spojrzenia matki, która wybiegła za nim.

— Co mu się stało, że wypadł taki wściekły?

— Powiedziałam mu, co myślę o tej jego laluni. Nie spodobało mu się, co mu nawytykałam. Ale i tak nie zmienię swojej decyzji. Moja wnuczka potrzebuje normalnej kobiety, która byłaby dobrą i czułą matką. Od niej na kilometr wieje chłodem i ciężkimi perfumami, od których się duszę. Gdybyś ją zobaczyła, sama byś do tego doszła.

— Jest dorosły. I zrobi to, co będzie chciał, choć nie wyjdzie mu to na dobre — powiedziała wówczas. I niestety obie miały rację. Ale teraz sprawa była poważniejsza.

Kiedy nadal siedział w milczeniu, postanowiła dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Nie powodowała nią wścibskość lecz chęć oceny rzeczywistej sytuacji. W końcu chciała mu pomóc, mimo że jej o to nie prosił.

— Opowiedz, co cię tak naprawdę dręczy.

— Do niedawna praca była dla mnie najważniejsza. Dopiero, gdy mama wytknęła mi, że Izie potrzebny jest ojciec, a nie karierowicz, ocknąłem się. Odtąd zacząłem poświęcać jej więcej czasu. I wtedy przyszło mi na myśl, że mógłbym poszukać sobie żony. — Po ostatnim wyznaniu umilkł na dłuższą chwilę.

— Wtedy też nie miałeś psa — próbowała wyrwać go ze złych wspomnień.

— Natknęliśmy się na siebie przypadkowo. Nie chciałem spędzać samotnie wieczoru, więc wyszedłem na spacer, choć na dworze było zimno i lało jak z cebra. Leżał zwinięty pod śmietnikiem. Zagadnąłem do niego, wstał i poszedł za mną. Wtedy obaj potrzebowaliśmy siebie i tak zostaliśmy przyjaciółmi. Jest z nami już od kilku lat. — Delikatnie gładził psa, który poddawał się tej pieszczocie z widoczną przyjemnością.

— Dobrze mieć przyjaciela, choćby jednego.

— Ty go nie masz?

— Moimi przyjaciółmi są moi najbliżsi.

— Nadal boisz się ludzi?

— Ja? To raczej oni stronią ode mnie — żachnęła się jak oparzona.

— Rzadko kiedy wracam myślą do poprzedniego życia, tamten etap wyrzuciłem z pamięci.

— Nic nie da wymazać się z naszej pamięci, choćbyśmy się bardzo o to starali, chyba że przedwcześnie dopadnie nas demencja starcza. Nasz umysł to nie komputer, który w każdej chwili możesz zresetować — zaśmiała się, ale bez złośliwości.

Usiłowała zachować humor, bo przywoływanie teraz duchów, które odeszły, było ponad jej siły. Najczęściej pomagała tym, którzy tego naprawdę chcieli, bo kochali swoich najbliższych i nie pozwalali skazywać ich na cierpienia, chcieli ostrzec ich przed złymi ludźmi. Żywi nie zawsze widzieli to, co było widać gołym okiem przynajmniej dla niej. Zazwyczaj widzieli to, co chcieli zobaczyć.

— Może masz rację. Odpowiedz mi na jedno pytanie. Skąd wiedziałaś o Klaudii i Izie?

— Od twojego ojca.

— Żarty sobie ze mnie stroisz? — zapytał z marsową miną.

— Ani jedno, ani drugie. Zbyt poważnie traktuję swój dar.

— Dar?

— Babcia nazywa go błogosławieństwem. Zawsze wiem więcej, niż sama bym tego chciała. W rodzinie nazywają nas: Wybranymi.

— Czy w waszej rodzinie to tradycja, tak z dziada, pradziada, czy odwrotnie z babki na babkę, przechodzi ta umiejętność, czy ten dar, jak go sama nazwałaś?

— Co drugie pokolenie i nie tylko u kobiet przejawiają się tego typu umiejętności — odparła poważnym tonem.

Kątem oka widziała jego konsternację. Zawsze był taki rezolutny, a teraz stał i gapił się na nią, nie wiedząc, co powiedzieć i jak się zachować.

— Co chciałbyś jeszcze wiedzieć? — zapytała go wprost.

— Przeżyłem tyle lat i nigdy nie spotkałem osoby podobnej do ciebie. Wciąż trudno mi w to uwierzyć. W końcu mamy XXI wiek!

— Ostrzegłam cię, bo… — zawahała się, czy wyznać mu do końca prawdę.

— Dlaczego to zrobiłaś?

— Bo twój ojciec nie dawał mi spokoju, przychodził do mnie prawie codziennie. Którejś nocy nie mogłam spać, wyszłam przed dom i usiadłam na huśtawce. Po chwili siedział obok mnie. Myślałam, że to tylko moje zwidy, ale po chwili usłyszałam jego głos. Nie prosił, ale wręcz nakazywał mi, abym ci o niej powiedziała, że to zła kobieta i przez nią będziesz cierpiał, a przede wszystkim, ucierpi na tym związku twoja córeczka.

— Byłem pewny, że Klaudia jest moją wymarzoną kobietą. Po śmierci żony, długo nie mogłem się pozbierać. Osłodą była myśl o małej Izie. Ona trzymała mnie przy życiu i praca, w której się zupełnie zatraciłem. Być może dlatego straciłem poczucie rzeczywistości i realnego zagrożenia ze strony Klaudii.

— Skąd mogłeś wiedzieć, że Klaudia nigdy cię nie kochała? — Oczami wyobraźni znalazła się jakby w innym wymiarze czasu. Zdawało się, że ta rozmowa odbyła się jakby wczoraj. Przed oczami zobaczyła scenę, której w życiu już nigdy nie chciałaby oglądać. Nie chciała, aby te obrazy stawały jej przed oczami, starała się, aby myśli przeszły na inne tory, w inny wymiar jej wyobraźni. Udało się. I znów migawka wspomnień jak w kalejdoskopie, tyle że z udziałem żywych ludzi. Dwa lata temu lipiec był upalny jak tego roku. Przesiedziała prawie całe wakacje nad rzeką ze znajomymi chłopcami z osady. Młodszych uczyła pływać, a starszym dawała lekcje karate. Kiedy wróciła do domu, poczuła się źle. Na jej widok, babka natychmiast zaproponowała, aby odpoczęła. Wyczuła, że wnuczkę dopadła jej przypadłość, znajoma tylko jej najbliższym. Poszła do pokoju i rzeczywiście położyła się, i wtedy ogarnęła ją panika, bo przed jej oczami wyłoniła się sylwetka kobiety, wyjętej jak z horroru. Miała rozpuszczone czarne włosy i demoniczną twarz skrzywioną w złości, jakby ogarnęła ją dzika furia. Obok niej stała kilkuletnia dziewczynka i płakała. Była śliczna. Jej długie blond włosy ocieniały jasną twarzyczkę. W chwili, gdy podniosła oczy, Laura pomyślała, że zobaczyła najcudowniejszą istotę pod słońcem. Jakby przed demonem w postaci kobiety stał anioł, który przybrał postać dziecka. Z błękitnych jak chabry oczu płynęły łzy. Wyczuła lęk małej. Był widoczny nie tylko przez łzy, ale jej ramionka i usta drżały ze strachu. W pewnej chwili dziewczynka uniosła rękę, jakby w obawie, że kobieta ją uderzy. Wtedy ona bezwiednie krzyknęła: Nie! Jakby chciała ją przestrzec, że ona wie o niej. I wtedy do pokoju wbiegła zaniepokojona babcia.

— Dziecko, co ci jest?

— Mnie nic, ale Iza jest w niebezpieczeństwie. Powiedz pani Paulinie, że musi wziąć wnuczkę do siebie. Ona nie może przebywać dłużej z tą złą kobietą. Ona znęca się nad nią! Nie pozwólmy jej na to. — Ostatnie zdanie ukończyła prawie szeptem. Po chwili zapadła w sen, ale nawet we śnie czuła niechęć i wrogość tej strasznej kobiety, jakby tamta wyczuła zagrożenie z jej strony.

— Miałaś rację. Któregoś dnia wpadłem do domu wcześniej. Zrobiłem to celowo. Nie mogłem uwierzyć w to, co potem zobaczyłem. Ta kobieta…, aż boję się pomyśleć, że miała zostać moją żoną — wyrzucił z siebie zły, że dał się nabrać na piękną twarz i zgrabne nogi. Od tej pory czuł do siebie pogardę za swą naiwność, głupotę i arogancję.

— Nie musisz o niej wspominać, jeśli sprawia ci to przykrość.

— Nie o to chodzi. Nie miałem odwagi przyznać się nawet przed własną matką, że jeszcze tego samego dnia wyrzuciłem ją z domu. Klaudia od początku jej się nie podobała. Byłem pewny, że uprzedziła się do niej, bo nie chciała mieć dzieci. A wiesz, co to znaczyło dla mojej babki. Przecież byłem jedynakiem. A tak bardzo chciała przed odejściem, nacieszyć się jeszcze wnukami.

— A co z twoją córką? Odkąd ją porwano, minął już miesiąc. — Laura spojrzała na jego posępną twarz. Bruzdy wokół prostego nosa wyostrzyły się, a cienie pod oczami świadczyły o nieprzespanych nocach. Sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego człowieka.

— Policja w dalszym ciągu jej poszukuje. Wziąłem sobie urlop bezpłatny, koledzy przejęli moje zaczęte projekty, bo nie mogłem siedzieć z założonymi rękami. Próbowałem szukać na własną rękę, ale nic to nie dało. — Wstał i zaczął chodzić po ścieżce w tę i z powrotem, zły sam na siebie, że czuł się taki bezsilny. Coraz częściej miał świadomość poczucia klęski, że przegrał swoje życie. Po śmierci Natalii, swojej żony, wszystko zaczęło się psuć. A ta bezradność zaczynała go mocno wkurzać. Stał się nerwowy, nie mógł jeść, ani spać.

— Twój ojciec powiedział, że wszystko zło, co wydarzyło się w twoim życiu, stało się nie tylko z powodu tej złej kobiety, ale przez twoje pieniądze. Jako architekt ponoć dobrze zarabiasz. Dlatego stałeś się pożądanym kawalerem do wzięcia. Zaimponowały ci pieniądze, sława dobrego architekta i powodzenie u kobiet.

Nie skomentował tej uwagi, bo to była najszczersza prawda. Nieźle zarabiał, więcej, niż kiedykolwiek o tym marzył. Teraz pieniądze, prestiż na rynku krajowym, a nawet zagranicznym, przestały mieć wartość.

— Gdybym wtedy posłuchał twojej rady i przywiózł córeczkę do matki, nic by jej się nie stało. Byłaby z nią bezpieczna. Nie uwierzyłem jednak twoim słowom i straciłem ją, być może na zawsze — wyznał przygnębiony.

— Nie jesteś w tym odosobniony. Dopiero po fakcie, gdy wydarzy się coś złego, ludzie myślą najczęściej, że był to zwykły przypadek, a raczej nieszczęśliwy wypadek. Nic nie dzieje się jednak bez powodu. Klaudia była wyrafinowaną i bezwzględną kobietą. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego nie zauważyłeś u niej wcześniej skłonności do kobiet. Przecież to niemożliwe, byś tego nie zauważył, kiedy byliście razem. No wiesz… w intymnych chwilach.

— Liczyły się dla niej tylko pieniądze. Kupiłem dom, umeblowałem go według jej gustu i nie otrzymywałem nic w zamian. Dopiero później zrozumiałem jej niechęć do seksu. Pocieszała mnie jedynie myśl, że to nie ze względu na mnie, była taka oziębła i niechętna.

— Wiem, że bardzo kochasz Izę i musisz cierpieć z powodu jej porwania, ale dziecko nie znika ot tak sobie bez powodu.

— Tym dziwniejszy jest fakt, że porywacze nie dzwonią i nie żądają okupu.

— Właśnie i to jest bardzo dziwne.

— Gdybym miał więcej wiary, nic takiego by się nie wydarzyło.

— Skąd mogłeś wiedzieć? Nigdy nie chwaliłam się przed ludźmi, że posiadam taki dar.

— W jaki sposób ostrzegałaś innych?

— Mówiłam im, że miałam taki sen i lepiej niech uwierzą w to, co mówię, bo moje sny na ogół się sprawdzają.

— I uwierzyli ci?

— Ci, co mnie znali, uwierzyli. Potem mi za to dziękowali. Ale byli i tacy, którzy nie skorzystali z mojej rady, potem tego bardzo żałowali.

— Zrobiłbym wszystko, aby Klaudia za to zapłaciła. Wiem, że maczała w tym palce. Ale, jak udowodnić jej winę? I gdzie jej szukać?

— Wiem od twojej matki, że nie sprzedałeś domu, w którym mieszkaliście. Może w pokoju Izy, znalazłyby się jakieś dowody przeciwko niej?

— Nie pomyślałem o tym. Chwilami przerasta mnie ta sytuacja, ale po chwili zdaję sobie sprawę, że tylko ja jej zostałem i muszę zrobić wszystko, aby ją odnaleźć.

— Może Klaudia nie działała sama?

Szymon spojrzał na dziewczynę stojącą przed nim, uważnym spojrzeniem. Jakby chciał wyczytać z jej twarzy coś, co nie dawało mu od dawna spokoju. Zamyślił się. Spuścił głowę i przez długi czas milczał. Nie zdarzyło mu się wcześniej, przebywać w towarzystwie kobiety, siedzieć i ot tak po prostu milczeć. Nie dziwił się nawet temu, tylko z tą dziewczyną było to możliwe. Była inna. Twarz miała jakby uduchowioną, jakby z jej wnętrza wypływała moc i emanowała na innych, dodając im siły. Uśmiech rzadko pojawiał się na jej twarzy. Był zdziwiony, że wcześniej nie zauważył, jaka była śliczna, choć widział ją z bliska tylko kilka razy i to parę lat temu. Dzisiaj stała przed nim piękna i zdecydowana, młoda kobieta. Stanowiła dla niego prawdziwą zagadkę.

— Mam na imię Laura, ale znajomi mówią na mnie po prostu: Lu — powiedziała cicho.

— Wybacz, że zapomniałem. Skąd wiedziałaś?

— Po twojej niepewnej minie.

— Byłem pewny, że przestałaś już przyjeżdżać w nasze strony?

— Zapomniałeś, że mam tu babcię?

— Jak mogłem zapomnieć, skoro przyjaźni się z moją matką. Ale może tam, gdzie mieszkasz, jest ciekawiej?

— Widać, że mało mnie znasz. Ja się czuję tutaj jak przysłowiowa ryba w wodzie.

— Przepraszam. Masz rację, słabo cię znam.

Dziewczyna podniosła się z kłody drewna, otrzepała spodenki i związała ponownie włosy frotką, a na czoło założyła przepaskę. Na odchodne pogłaskała psa, uśmiechnęła się i odwróciła w stronę osady.

— Już idziesz?

— Muszę już lecieć, bo babcia pewnie już o mnie się niepokoi.

— Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.

— Wcześniej niż myślisz.

— Dziękuję.

— Za co?

— Za rozmowę, a nawet za przypomnienie mi, jakim byłem głupcem.

— Zapewniam cię, że dla mnie rozmowa o twojej córeczce sprawiła mi przyjemność. Nawet nie wiesz, jak jest mi się bliska.

— Naprawdę? — W tonie jego głosu było niedowierzanie.

— Widziałam ją zaledwie parę razy, kiedy przywiozłeś ją do babci, ale już wtedy zauważyłam, że jak na swój wiek, jest zbyt poważna. Wtedy dowiedziałam się od twojego ojca, w jakim marazmie żyła. Bardzo cierpiała, choć nigdy do tego się nie przyznała i była bardzo samotna. Jej przyjaciółkami były jedynie porcelanowe lalki, z którymi rozmawiała. A gdy telefonowała do niej twoja matka, Klaudia zbywała ją byle czym i odkładała słuchawkę. Ona pewnie nie wyznała ci tego, aby nie siać fermentu między wami. Praca i gonienie za pieniędzmi pochłonęły cię całkowicie, że nie zauważyłeś, jak Iza ostatnio wyszczuplała i straciła apetyt. Stałeś się twardy i bezwzględny — wyrzuciła mu to prosto w twarz, co leżało od dawna jej na sercu.

Szymon słuchał jej w milczeniu mocno zaskoczony.

— Odizolowałeś ją od nas, jakbyś nie chciał mieć z nami nic do czynienia. Twoja matka często żaliła się do mojej babci, że zaniedbujesz ją i nie chcesz, aby wnuczka przebywała z nią, bo obawiałeś się, że przesiąknie tutejszą zaściankową mentalnością. A ona kochała ją ponad życie. Dla ciebie była kochaną córeczką, a dla niej słodkim Okruszkiem. Nieświadomie skrzywdziłeś je obie. — I pomyśleć, że był kiedyś jej idolem. Spojrzała na niego z jawną niechęcią.

Szymon nadal stał jak wryty. Patrzył oniemiały, jak dziewczyna sprintem pobiegła główną drogą, która prowadziła do osady. Długo siedział na konarze powalonego drzewa, na którym przed chwilą siedziała Laura.

— Córeczko, tak bardzo za tobą tęsknię — szepnął, a po chwili z gardła wydarł mu się nieludzki prawie krzyk, aż przestraszone ptactwo zerwało się z pobliskich gałęzi.

Zanim Laura wybiegła z lasu, również go usłyszała.

Nazajutrz wstała wczesnym rankiem, spakowała się i podczas śniadania opowiedziała babce o wczorajszym spotkaniu z Szymonem.

— Nie wiedziałam, że wrócił — powiedziała tylko, bacznie obserwując wnuczkę.

— Zaraz tu będzie. Matka nie nacieszyła się nim zbytnio. Babciu, zajrzyj do pani Pauliny, aby nie była sama. Wszyscy kochamy Izę. Postaram się mu pomóc i odnaleźć ją. Widzę, co przeżywa. Poproszę dziadka, aby mi pomógł, bo sama nie dam rady. To zbyt skomplikowana sprawa. Czuję, że maczała w tym palce jego była i na pewno nie działała sama.

— Powiedziałaś mu o wszystkim?

— Tak. Minął miesiąc od porwania jego córki, a on dopiero wczoraj dowiedział się, jak bardzo cierpiała Iza z powodu tej zołzy.

— Czy to było konieczne?

— Uświadomiłam mu, w jakim koszmarze żyła jego córka. Nie mówiłam mu o Klaudii, bo sam zobaczył ją taką, jaka była w rzeczywistości: podła i wyrafinowana.

Kobiety siedziały w milczeniu. Kiedy Laura, dokończyła pić herbatę, usłyszały dzwonek do wejściowych drzwi.

— Otwórz, babciu — poprosiła. — To on.

Za drzwiami stał Szymon. Widać było po nim, że nie spał tej nocy. Miał podkrążone oczy i bruzdy wokół nosa, a włosy sterczały na wszystkie strony, jakby przed chwilą przyczesał je tylko palcami.

— Czy mogę porozmawiać z pani wnuczką? — zapytał ochrypłym głosem.

— Czeka na pana. Już się spakowała.

— Skąd wiedziała, że przyjdę? — zapytał, ale prawie natychmiast wymamrotał niewyraźnie — Przepraszam, nie powinienem nawet pytać.

— Nie szkodzi. Wejdź. Może napijesz się kawy? — zaproponowała, wpuszczając go do domu.

Laura wyszła z pokoju z niezbyt dużą torbą podróżną, przewieszoną przez jedno ramię. Ubrana była w lniane, beżowe spodnie i w jedwabną bez rękawków bluzkę w błękitnym kolorze, która ładnie harmonizowała z jej brzoskwiniową opalenizną. Na gołych nogach miała tylko skórzane sandały. Włosy upięła w kucyk czarną frotką. Dziewczyna wyglądała jak marzenie.

— Dzień dobry — przywitała go w drzwiach kuchni.

Szymon w ostatniej chwili się zreflektował, przypominając sobie, po co do niej przyszedł. Przełknął głośno ślinę, spuścił głowę i dopiero po chwili spojrzał jej prosto w oczy.

— Dzień dobry. Zawsze będziesz mnie zaskakiwała — wyznał szczerze.

— Czujesz się zażenowany? Niepotrzebnie, szybko przywykniesz, gdy zobaczysz efekty moich działań. Nawet mnie czasem zaskakują.

— Daj mi czas, na oswojenie się z myślą, że wiesz więcej ode mnie i widzisz to, czego ja nie widzę.

— Ok. Nie bądź taki sztywny, usiądź i napij się z nami kawy. Babcia upiekła bułeczki z jagodami. Są jeszcze ciepłe. Przed nami długa droga.

— Bardzo chętnie. Gdy wstałem rano, przyświecała mi tylko jedna myśl, aby jechać i jej szukać, nawet nie pomyślałem o jedzeniu. Mama nawet nie wie, że wyjechałem, bo z samego rana poszła do kościoła. Myślałem przez całą noc o tym, co mi powiedziałaś, Lu.

— Nie jestem pewna, ale nie wykluczam takiej opcji. Musimy dokładnie sprawdzić twój dom.

— Nie pomyślałem, że w domu mógłbym znaleźć jakąś wskazówkę. Ostatnio w ogóle nie potrafię się na niczym skupić i racjonalnie myśleć. Kompletnie wysiadł mi mózg.

— Nie przesadzaj.

— Wcale nie przesadzam. Nawet moja matka ledwie toleruje moje zachowanie. I zamiast wziąć się za pielenie w ogródku, leci z samego rana do kościoła, aby mnie nie widzieć.

— Odwracasz kota ogonem. Ona tak samo źle się czuje, bo nie może ci pomóc. To w końcu jej wnuczkę porwano. A do kościoła idzie, aby się pomodlić w intencji jej odnalezienia.

— Masz rację. W głowie mi się już miesza i wygaduję kompletne bzdury.

— Nie unoś się. Musimy zachować spokój.

— Masz rację. To co, jedziemy? — Jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu, kiedy odstawił pusty kubek i talerz po jagodziankach. Ta dziewczyna dała mu nadzieję. Poczuł się zdecydowanie lepiej.

— Teraz jest najlepsza pora, na drogach nie ma tyle ruchu. Jedźcie i przywieźcie ją całą i zdrową. — Katarzyna objęła ich zatroskanym spojrzeniem.

Szymon szarmanckim gestem otworzył przed nią drzwi samochodu, a po chwili odwrócił się w stronę domu i uniósł rękę w geście pożegnania. Katarzyna stała na ganku i patrzyła, póki samochód nie zniknął jej z oczu. Dopiero potem weszła do domu. Zamierzała odwiedzić swoją przyjaciółkę. Miała jej dużo do powiedzenia.

W czasie drogi mało ze sobą rozmawiali. Laura podziwiała widoki zza szyby samochodu, a Szymon był skoncentrowany na prowadzeniu auta. Do stolicy dojechali w godzinę. Jego dom był oddalony od stołecznego miasta zaledwie kilka kilometrów, więc na miejscu zjawili się w niecały kwadrans. Była to typowa małomiasteczkowa miejscowość, nieco większa od tej, gdzie obecnie mieszkali. Dom był obszerny, piętrowy z basenem, z którego dawno spuszczono wodę. Na płytkach glazury leżały uschnięte liście pewnie jeszcze z zeszłego lata, a niewielki ogród zarósł chwastami. Widać było, że domem nikt się nie zajmował.

Nie czekała, aż Szymon podejdzie i otworzy jej drzwi. Nawet nie zauważył, kiedy stanęła obok, trzymając w ręku ich torby podróżne. On tymczasem zajął się wyłączeniem alarmu.

— Drzwi lekko się spaczyły. Drewno szybko chwyta wilgoć. Nie zamierzałem ich wymieniać, bo nie byłem pewny, czy kiedyś tu jeszcze wrócę, mimo że do firmy miałem blisko. Nosiłem się z zamiarem kupna nowego domu i zmiany dotychczasowej pracy — mówiąc to, gestem ręki zaprosił ją do środka. — Otworzę okna, aby przewietrzyć wnętrze. — Wszedł do salonu i podszedł do okna.

— Nie otwieraj, przynajmniej jeszcze przez chwilę. Zaprowadź mnie najpierw do pokoju Izy.

Szymon podszedł do niej, ujął jej dłoń i wolnym krokiem po schodach zaprowadził na piętro. Zatrzymał się przed pierwszymi drzwiami. Laura omiotła spojrzeniem wnętrze domu. Drzwi do pomieszczeń były pomalowane na biało, ściany holu w kolorze ecru, a drewniana balustrada w naturalnym kolorze pociągnięta była bezbarwnym lakierem. Szymon odetchnął pełną piersią i nacisnął klamkę. Weszli oboje. Na środku pokoju stało łóżko z baldachimem. Zaskoczona poczuła zapach świeżych róż, choć nie zauważyła na białych komódkach żadnego bukietu.

— Jej ulubionymi kwiatami były róże? — zapytała, wdychając bezwiednie zapach, który kojarzył się z pudrem jej babki.

— Tak. Iza uwielbia róże, dlatego nasza gosposia jej pościel i bieliznę, płukała w różanym płynie — odparł zaskoczony, patrząc na dziewczynę, która podeszła do okna i lekko odsunęła tiulową firankę, skąd widać było basen i część zarośniętego ogrodu.

— Usiądź, rozpraszasz mnie — powiedziała bezwiednie, nie patrząc nawet w jego stronę.

Szymon posłusznie usiadł w fotelu, w którym najczęściej siadał z córką i czytał jej bajki. Machinalnie potarł rękoma boki pluszowego fotela.

— Tak bardzo mi ciebie brakuje, maleńka — pomyślał odruchowo.

— Czy mogę skorzystać z toalety? Chciałabym umyć ręce.

— Proszę. To łazienka, z której korzystała tylko Iza.

Laura zauważyła, że ulubionym kolorem jego córeczki był błękit.

— Ładna. — Wytarła umyte ręce frotowym ręcznikiem, który był w takim samym odcieniu jak kafelki na ścianie. Dominowała tu biel i błękit. Wszystkie sanitarne urządzenia były dostosowane dla potrzeb pięcioletniego dziecka. Zajrzała do szafek z bielizną i ręcznikami. Wszystkie były białe albo w niebieskie wzorki, a mydełka w tych samych kolorach, tylko o różnych kształtach.

— Chciałabym zobaczyć pozostałe pokoje.

Szedł przed nią i otwierał po kolei drzwi następnych pokoi. W pomieszczeniu obok był pokój dla gości, a za nim sypialnia małżeńska. Na wprost okna stało olbrzymie łoże, a obok niskie stoliki, na których stały nocne lampy. Na drugiej stronie stała komoda i fotel z epoki Ludwika XIV, a na przeciwległej ścianie toaletka z olbrzymim lustrem w podobnym stylu. Spostrzegła, że w oknie nie było ani jednej doniczki z kwiatkiem. Pomimo ładnych mebli pokój nie miał duszy, jakby tu nikt nigdy nie mieszkał.

— Co znajduje się w tym pokoju? — zapytała, wchodząc do następnego, który znajdował się w głębi korytarza.

— To moja pracownia. Najbardziej lubiłem to pomieszczenie, bo przez ostatnie dwa lata było moim azylem. Tu najczęściej chowałem się przed Klaudią, kiedy nie miałem ochoty przebywać w jej towarzystwie. Do późnej nocy często siedziałem nad deską kreślarską i rozmyślałem, jak jej się pozbyć, bo zauważyłem, że zbyt dużo wydawała pieniędzy na nieuzasadnione zakupy. A do tego nie była ani dobrą kochanką, ani opiekunką dla mojego dziecka. Po niewczasie zauważyłem niechęć Izy do niej. Nie domyślałem się, że Klaudia była zdolna do znęcania się nad małą, bezbronną istotą. Masz rację, że byłem pochłonięty pracą, że nawet nie zauważyłem, jak bardzo różniła się od nas i nie pasowała do naszego domu.

— Nie spałeś tej nocy. Napijmy się teraz herbaty, a potem zdrzemnij, sen dobrze ci zrobi. Ja tymczasem wytężę wszystkie swoje możliwości i poproszę o pomoc twego ojca. Musimy obydwoje zregenerować nasze siły. Będą nam potrzebne.

— Tymczasem zapraszam cię do kuchni — mówiąc to, wstawił czajnik i przygotował filiżanki, wsypując do nich odrobinę liściastej herbaty.

— Chyba kawa lepiej by mi zrobiła?

— Nie sądzę. Do kanapek bardziej pasuje herbata.

Kilka minut później siedzieli przy niewielkim stole, pili herbatę i jedli kanapki, które matka ukradkiem włożyła mu do podręcznej torby.

— Smaczna — zauważyła po kilku łykach.

— Przywiozłem ją z Anglii.

Delektowali się w milczeniu herbatą i smacznymi kanapkami z szynką, własnej produkcji, każdy zatopiony w swoich myślach.

— Idź się połóż, ja jeszcze trochę tu posiedzę — zaproponowała, kiedy zebrał filiżanki i odstawił je do umywalki, a potem umył, wytarł, i włożył do szafki na swoje miejsce.

— Jesteś pedantem, to rzadka cecha u mężczyzn — zauważyła, idąc za nim.

— Zawsze przykładałem wagę do higieny i porządku. Dbałem o to ze względu na siebie i moje dziecko. Przynajmniej niczego się nie szuka, gdy wszystko jest na swoim miejscu.

— Zawsze byłeś taki poukładany?

— Poczucie czystości wpoiła mi mama, a charakter mojej pracy wymaga dokładności. Nie ma w niej miejsca na pomyłkę. Wszystko musi grać.

— Jej pokój na pewno nie dekorowała Klaudia. Znać tu twoją rękę i zamiłowanie do estetyki i prostoty, a nie do przepychu i ekstrawagancji.

— Rzeczywiście, zrobiłem to z pomocą Izy. Choć jest mała, ma wyczucie smaku w dobieraniu kolorów. Jej ulubionym kolorem jest niebieski.

— Zauważyłam.

Szymon poszedł do swojego pokoju, a ona usiadła na fotelu w pokoju Izy, na którym przed chwilą siedział. Zawinęła nogi pod siebie i oparła się wygodnie, odchylając głowę do tyłu. Zamknęła oczy i postanowiła się skupić, powoli oddychając. Powietrze przesycone zapachem róż gdzieś się ulotniło. Atmosfera w pokoju raptownie zgęstniała, wszystko zawirowało wokół niej. Usłyszała szepty i migające światło, choć był środek dnia. Dopiero po chwili poczuła się, jakby była w środku trąby powietrznej. Cisza, jaka ją przed chwilą ogarnęła, była niczym mgła, wypełzająca ze wszystkich kątów pokoju, i owijała się wokoło niej niczym kokon larwę. Zignorowała strach, zaczerpnęła kilka głębszych oddechów nosem, by po chwili wypuścić je ustami. Kiedy jej oddech się wyrównał, ponownie zamknęła oczy i poddała się nowym doznaniom. Najpierw zobaczyła Szczepana, ojca Szymona, który usiadł na wprost niej ze smutną twarzą.

— Wiedziałem, że pewnego dnia cię tu przywiezie — powiedział.

— Przecież wiesz, jak droga mi jest nasza Iza — odparła.

— Ta zła kobieta musiała zostawić po sobie jakiś ślad.

— Wiem, że Klaudia maczała w tym palce z zemsty, przeciwko Szymonowi, bo odkrył jej sekret. Tylko nie mam pojęcia od czego zacząć. Pomóż nam.

— Masz rację, że Klaudia porwała moją wnuczkę, ale nie działała sama. Ktoś obcy jej w tym pomógł. Często przed oczami widziałem pokoik mojej wnuczki. Może w nim znajdziesz coś, co naprowadzi cię na jakiś ślad. Nie spiesz się. Wiem, że cierpliwość jest twoją dobrą stroną i nie zniechęcasz się szybko. Pomóż też mojemu synowi. Nie zostawiaj go samego. On także cię potrzebuje. Jest taki bezradny i zagubiony.

— Powiedz, czy Iza jest przynajmniej bezpieczna?

— Zewsząd otaczają mnie ciemności. I nie potrafię powiedzieć, gdzie jesteśmy. Jednak każdą chwilę spędzam z moją wnuczką. Jest naprawdę bardzo dzielna. Nie martw się o nią teraz, tylko działaj.

— Łatwo ci mówić. Pocieszyłeś mnie, że Iza żyje i ma się dobrze. Ta informacja podniesie na duchu Szymona.

— Gdy tylko będziesz mnie potrzebowała, przywołaj mnie, a wtedy przyjdę — obiecał.

Po każdym takim widzeniu czuła się jak bezwolna lalka. Musiała odpocząć i zregenerować na nowo siły. Zsunęła się z fotela i ostatkiem sił dotarła do łóżka, ale nie była wstanie, by się na nie wspiąć, więc oparła głowę i ramiona na jego brzegu, i zapadła w niespokojny sen.

Szymona obudził dziwny odgłos z sąsiedniego pokoju. Przez chwilę leżał zdezorientowany, myśląc, że to był sen. Spojrzał na zegarek. Ze zdziwieniem stwierdził, że udało mu się zdrzemnąć godzinkę. Po chwili powtórzył się ten sam odgłos. Zerwał się z łóżka i pobiegł do sąsiedniego pokoju mocno zaniepokojony.

Laura siedziała na podłodze oparta o wysokie łóżko.

— Lu! — zawołał na jej widok, ale ona nie zareagowała.

Podbiegł do niej i ułożył delikatnie na posłaniu. Wydawać się mogło, że dziewczyna spała. Miała spokojną twarz, ale gdy dotknął jej ręki, była zimna jak lód. Targały nią dreszcze, więc okrył ją kocem, który leżał w nogach łóżka, choć za oknem było dwadzieścia stopni ciepła. Usiadł w fotelu i patrzył na śpiącą dziewczynę z niepokojem.

2

Kiedy Szymon obudził się wczesnym rankiem, w pokoju nie było już dziewczyny. Zastał ją w sypialni. Wyjęła z szuflad komody całą ich zawartość. Sterta kolorowych ubrań leżała przy drzwiach, jakby już ją przewertowała.

— Co robisz? — zapytał, opierając się o framugę drzwi.

— Szukam.

— Czego?

— Jeszcze nie wiem. Gdy coś znajdę, to ci powiem. Tymczasem mógłbyś zrobić śniadanie, bo jestem bardzo głodna.

— Wczoraj zjedliśmy wszystkie kanapki, co do jednego okruszka. Mam pustą lodówkę. Wezmę prysznic i pójdę do najbliższego sklepu po zakupy.

— Tylko zaznaczam, że nie jadam wędliny.

— Jesteś wegetarianką?

— Ależ skąd! Same z babcią pieczemy. Nie muszę cię zapewniać, że wyroby mojej i twojej babci są o wiele smaczniejsze od tych ze sklepu.

— Mówisz, jakbym nie jadł wypieków mojej mamy. Rzeczywiście nie ma porównania.

Gdy chciała coś dodać, już go nie było. Po kilku minutach usłyszała jednak kroki na schodach.

— Zapomniałeś o czymś? — zapytała, wychodząc na hol.

Na półpiętrze zobaczyła obcego mężczyznę, który na jej widok znieruchomiał. W tej samej chwili przypomniała sobie, że Szymon miał sandały na gumowych spodach, a mężczyzna miał na nogach półbuty na twardej podeszwie, dlatego usłyszała odgłos jego kroków.

— Co pan tu robi? — zapytała zdumiona, nadal stojąc przy barierce.

Mężczyzna zmieszał się na jej widok. Był tak samo zaskoczony jak ona.

— Zauważyłem samochód przed domem, zaniepokoiłem się. Pomyślałem, że to jakiś włamywacz albo złodziej — próbował się wytłumaczyć, wchodząc na górę.

— Skoro już pan się upewnił, że to nie złodziej, proszę wyjść — powiedziała na pozór spokojnie.

— Skąd mam wiedzieć, czy to pani nie jest włamywaczką — usiłował ją zagadać.

— Nie powtórzę tego dwa razy — powiedziała podnosząc głos, próbując odzyskać pewność siebie.

Mężczyzna zignorował jej wojowniczą postawę i próbował wejść na pierwszy schodek drugiego podestu. Laura nie zastanawiała się dłużej, aż nieznajomy wejdzie na górę. Szybkim ruchem zwinęła się w śrubę i zeskoczyła na parter. Czarny pas karate przydawał się, szczególnie w takich sytuacjach.

— Ostrzegłam cię. Nie jestem zbyt miła dla takich gagatków jak ty! — zawołała buntowniczym głosem, otwierając wejściowe drzwi na oścież. — Czy mam ci pomóc kopniakiem, czy sam wyjdziesz? — zapytała spokojnie.

Zszokowany mężczyzna widząc wojowniczą postawę młodej kobiety, dłużej się nie opierał.

— Ja tylko działałem w dobrej wierze — próbował się usprawiedliwić.

— Spadaj i abym cię tu więcej nie widziała! — krzyknęła mocno wkurzona.

— Nie bądź taka drażliwa, kobieto! — wykrzyknął, zanim wyszedł.

— Nie wracaj, bo wtedy nie ręczę za siebie — powiedziała groźnie i zamierzała wejść do domu, gdy w tej samej chwili zobaczyła nadchodzącego Szymona.

— Co tu się dzieje? — Szymon minął się z nieznajomym w furtce ogrodzenia. — Kim on jest? Niepokoił cię? — zapytał podenerwowany, patrząc na nieznajomego mężczyznę, który na jego widok zaczął uciekać.

— Tak myślałam. Nie znasz go, prawda?

— Pierwszy raz go widzę. Czyżby cię niepokoił? — odparł, kładąc zakupy na stół.

Laura pomogła mu opróżnić je z kilku reklamówek: bułki, masło, kilka rodzajów topionego serka, pomidory, ogórki i kilka owocowych jogurtów, nawet kilka czekoladowych batonów.

— Skoro ty zrobiłeś zakupy, ja przygotuję śniadanie.

— Ok. A teraz powiedz mi coś o tym niespodziewanym gościu.

— Musiał cię widzieć, kiedy wyszedłeś z domu, bo zjawił się zaraz po tobie. W pierwszej chwili myślałam, że zapomniałeś portfela i wróciłeś po niego. Słychać go było w całym domu, bo miał buty na skórzanych spodach. Kiedy wyszłam na hol, stał już na półpiętrze.

— I co zrobiłaś?

— Przegoniłam go. Poradziłam mu, aby cię nie nachodził, bo wtedy nie ręczę za siebie. Mam nadzieję, że wziął sobie moje słowa do serca. Wyobraź sobie, podejrzewał, że to złodziej wdarł się do twojego domu. Co za niedorzeczność!

— Ciekawy jestem na jakiej podstawie zdobył tę pewność?

— Zauważył twój samochód.

— Od kiedy to złodzieje jeżdżą porsche?

— I do tego w czerwonym kolorze!

— Być może, był to chłoptaś Klaudii? I chciał wybadać, co się dzieje? Albo zostawiła tu coś, co chciała za jego pośrednictwem zabrać?

— Dlatego nie możemy go lekceważyć. Zwróciłam uwagę na jego markowe, skórzane buty i słownictwo. Mimo pospolitej twarzy, nie był to zwykły facet z ulicy, tym bardziej że mówił z francuskim akcentem.

Szymon wziął pierwszą kanapkę, którą przygotowała i zjadł ją z apetytem. Dopiero teraz poczuł głód. Po chwili talerz był pusty.

— Po raz pierwszy od dawna zjadłem normalne śniadanie — wyznał, wstawiając wodę na herbatę.

— Ja po prostu byłam głodna. Raczej dużo jadam, bo szybko spalam kalorie.

— Widzę, że masz apetyt, to dobrze. To, co robimy? Pragnę ci pomóc. Nie chciałbym, tracić czasu na rozmyślaniu i gdybaniu.

— Twój ojciec zasugerował mi, że w pokoju Izy jest coś, co mogłoby nas naprowadzić na ich trop. Może to być zwyczajny drobiazg: paczka zapałek, pocztówka, korespondencja. Jednym słowem, należy wszystko dokładnie przejrzeć. Zapomniałam ci powiedzieć o najważniejszym, Iza żyje i dzielnie się trzyma, tak powiedział.

— Wiedziałem, wiedziałem, że moja córeczka żyje. Ulżyło mi. Dobrze że przypomniałaś mi o korespondencji, zajrzę do skrzynki — mówił ogromnie wzruszony, w kącikach oczu zabłysły mu łzy radości. Wybiegł z domu w pośpiechu, aby Laura nie zauważyła, jak się rozkleił.

Szymon długo jednak nie wracał. Laura podniosła się z podłogi i podeszła do okna. Przez tiulową firankę zobaczyła go, rozmawiającego ze starszą kobietą, zapewne swoją sąsiadką. Dopiero teraz poczuła zduszone powietrze, długo niewietrzonego domu. Otworzyła okno i ponownie usiadła na dywanie, przeglądając rozsypane drobiazgi. Po kwadransie dołączył do niej.

— O czym z nią rozmawiałeś? — zapytała.

— Poprosiłem sąsiadkę, aby zerkała na mój dom. Potwierdziła tylko moje domysły, że ten osobnik, którego przed chwilą widzieliśmy, koniecznie chciał dostać się do środka, ale mam załączony alarm, i pewnie się wystraszył. Często widziała go na naszej ulicy, dzisiaj także. Z tego wynika, że jest zdeterminowany i skłonny wynieść coś wartościowego z mojego domu. Ale co to może być?

— Zapewne chciał zabrać coś, co miało dla niego lub dla nich większą wartość.

— Poczekaj jeszcze chwileczkę, przejrzę tylko korespondencję. Usiadł przy stole i nożem kuchennym otworzył pierwszą kopertę.

— To tylko kilka reklamówek, nic znaczącego. A to co? — Spojrzał uważniej na białą kartkę, złożoną tak, aby zmieściła się do skrzynki. Kartka była wyrwana z bloku rysunkowego A-4, a na niej pomalowane kredką postacie. Widać było ewidentnie, że był to rysunek dziecka. Kobieta z czarnymi włosami to była zapewne Klaudia, druga miała jasne włosy, obok kobiet stali dwaj mężczyźni i mała dziewczynka.

Laura spojrzała mu przez ramię.

— Ta brunetka, to zapewne Klaudia, a ta blondynka, kim ona jest? Znasz ją?

— Nie jestem pewny, ale myślę, że to jej nowa przyjaciółka, Roksana. Poznała ją w zeszłym roku na jakimś raucie. Iza jest wśród nich, ale kim są ci mężczyźni? Nie wyglądają zbyt sympatycznie.

Laura przyjrzała się uważniej rysunkowi. Mężczyźni mieli pokolorowane włosy na czarno i oczy w takim samym kolorze i ściągnięte w podkówkę usta, nie w górę, tylko w dół. Dziecko w prosty sposób podkreśliło, że ci dwaj osobnicy nie byli nastawieni zbyt przyjaźnie.

— Niestety, żaden z nich nie jest tobą. Dzieci umiejętnie dobierają kolory szczególnie włosów i oczu. — Spojrzała w oczy Szymona, chcąc się upewnić, jakiego koloru naprawdę są jego oczy, szare czy niebieskie. Były szare w ciemnej oprawie, które w tej chwili błyszczały jak damasceńska stal.

— Masz rację. Tylko dlaczego włożyła rysunek do skrzynki?

— Chciała go schować. I trzeba przyznać, że zrobiła to dobrze. Zauważyłeś coś jeszcze?

Szymon patrzył na rysunek, wytężając wzrok.

— Spójrz na rękę mężczyzny.

Dopiero teraz rzucił mu się w oczy sygnet, obrysowany czarną a potem białą kredką.

— Rzeczywiście. Jest chyba ze srebra albo z białego złota.

— Odłóż go na stół. To jedna ze wskazówek Izy. Mądra dziewczynka. Jest ich więc czworo. Szukajmy dalej.

Szymon wysunął ostatnią szufladę i wyrzucił z niej różne drobiazgi. Przeważały zdjęcia, które wyśliznęły mu się z rąk. Robił je osobiście. Starał się je posortować od jej poczęcia, a potem w różnych fazach jej rozwoju. Nie odnalazł żadnej fotografii Natalii, jego zmarłej żony. A miał ich raczej dużo. Zostawił wszystkie fotografie na pamiątkę dla córki. Teraz nie było żadnej.

— To dziwne, że nie ma żadnej fotografii Natalii, ani mojej. Na wszystkich jest tylko Iza. Co z nimi się stało? — zapytał zdziwiony.

— Pewnie Klaudię zżerała zazdrość, dlatego usunęła wasze zdjęcia.

— Być może…

— Wiesz, co mi przyszło w tej chwili na myśl?

— Co takiego?

— Słyszałeś o nielegalnej adopcji?

— Chyba nie sądzisz, że wywiozła Izę za granicę?

— Musimy wziąć pod uwagę wszystkie warianty. Nie biorę pod uwagę tego najgorszego.

— Co masz na myśli?

— Tylko takie małe, niewinne istoty, sataniści biorą na swoje ofiary.

Szymon zbladł. Pochylił głowę i w niemej rozpaczy zacisnął pięści.

— Nawet nie śmiem o tym myśleć. Nie mamy chwili do stracenia. Musimy jej szukać. — Z jego oczu wyczytała determinację. — Weź którąś z ostatnich fotografii Izy, nawet kilka, jej rysunek też. Mamy punkt zaczepienia. Pojedziemy na lotnisko. Iza jest śliczną dziewczynką i rzuca się w oczy. Na pewno ktoś z obsługi ją zapamiętał.

— Jestem już praktycznie spakowany. Masz przy sobie paszport?

— Przewidziałam i taką opcję. Nalej do termosu herbatę, ja dorobię trochę kanapek. Nie wiem, kiedy będziemy mieli okazji, aby się posilić.

— Przecież po drodze możemy się zaopatrzyć w jedzenie albo pójść do restauracji.

— Najlepiej być przewidującym. W plecaku mam tylko kilka opakowań ciasteczek, bo kanapki w tym upale mogłyby nam zaszkodzić. Po drodze kupimy tylko wodę niegazowaną.

— W takim razie wezmę lodówkę turystyczną.

— Weź także ze sobą ciepły koc, dwie poduszki i dwa śpiwory. Mogą nam się przydać.

— Skoro tak mówisz, to zaraz wyjmę je z pawlacza, aparat fotograficzny także wezmę. Zapomniałem jeszcze o czymś?

Laura spojrzała na Szymona, lustrując go od stóp po czubek głowy.

— Od dzisiaj jesteśmy parą — powiedziała zdecydowanym głosem.

— Masz rację, tak będzie wygodniej — przytaknął bezwiednie.

— Dla bezpieczeństwa będziemy zamawiać tylko jeden pokój. Spać będziemy naturalnie osobno. Stąd te śpiwory.

— Skoro chcesz.

— Coś nie tak?

— Nie. Oczywiście, masz rację.

— Jesteś bardzo drażliwy.

— Nie zawsze taki byłem. Ta sytuacja mnie przerasta. Nie dziw się, że jestem rozdrażniony. Nie wiem, co mówić, co robić, jak mam się zachować — wyrzucił z siebie poirytowany.

— Masz rację. Jestem tego świadoma, że narzucam swoją wolę innym, ale to konieczne. Nie tylko dla mojego bezpieczeństwa, ale dla nas wszystkich — powiedziała, opanowując irytację.

— Przepraszam, ale z reguły, to ja wiodę prym. Jestem przyzwyczajony do wydawania poleceń, a nie do ich słuchania. Dlatego tak trudno zmierzyć mi się z kimś, od kogo jestem uzależniony. Tym bardziej że jesteś młodziutką dziewczyną.

— Z tą młodziutką dziewczyną, to trochę przesadziłeś — uśmiechnęła się z przekorą. — Pomogę ci odnaleźć córkę, dlatego musimy stworzyć zgrany zespół. Nie możemy wytykać swoich błędów, ani narzucać swojego widzi mi się. Rozumiesz?

— Rozumiem. Poczekaj chwilę, spakuję parę rzeczy. Pomóż mi, przenieś je do samochodu. — Szymon wyjął z pawlacza dwa śpiwory, koce, namiot i dwa jaśki.

— No co? Poduszki też mogą się przydać.

Laura na ich widok uśmiechnęła się z pobłażaniem. Myjąc ręce w umywalce, mimo woli, zerknęła na apteczkę. Była dobrze zaopatrzona, nie tylko w środki opatrunkowe, ale i w leki przeciwbólowe. Spakowała je do torby wszystkie. Zamknęła okno w pokoju Izy i dopiero potem podeszła do Szymona, biorąc od niego namiot i koce.

— Mogą się nam przydać. Kto to wie? — pomyślała wkładając je do bagażnika.

— Zaczekaj jeszcze chwilę. Pożegnam się z sąsiadką i zostawię jej swój numer telefonu.

Kobieta czekała już na niego przy furtce.

— To moja wizytówka. Proszę dzwonić, gdy tylko cokolwiek panią zaniepokoi. O każdej porze dnia i nocy. Nie mogę siedzieć tak bezczynnie. Policja ma swoje wtyki, ale my pragniemy poszukać jej własnymi sposobami. Ja i moja przyjaciółka.

— Wszyscy mieszkańcy z naszej ulicy ogromnie panu współczują. Iza jest jeszcze taka mała i wrażliwa. Nie wiem, jak ona sobie tam radzi, bidulka. Mam nadzieję, że przywieziecie ją całą! Uważajcie na siebie! — przestrzegła współczującym głosem.

— Zapewniam panią, że odnajdziemy moją córkę — odparł z determinacją w głosie.

W najbliższym sklepie kupili kilka zgrzewek wody niegazowanej. Jedną z nich włożyli do turystycznej lodówki. I kiedy uporali się ze wszystkim, Szymon siadł za kierownicą, a Laura usiadła obok niego.

— Teraz możemy ruszać w drogę — powiedział ożywiony, ruszając przed siebie.

Zaledwie ujechali kilkadziesiąt metrów, Laura odwróciła się w stronę domu Szymona mocno zaniepokojona.

— Czuję, że jesteśmy obserwowani. A moje przeczucie nigdy mnie nie zawiodło.

— To pewnie tylko ciekawscy sąsiedzi.

— Z tyłu twojego domu jest furtka, z której można skorzystać?

— Mam awaryjne wyjście, podobnie jak sąsiedzi w każdym domu obok.

— Przy najbliższym zakręcie, wjedź w tę uliczkę i zatrzymaj się dwa domy wcześniej. — To nie była prośba, jej głos zabrzmiał jak rozkaz.

— Pójdziesz ze mną, czy mam iść tam sama? — zapytała, kiedy Szymon zatrzymał samochód.

— Pójdę z tobą. Jestem ciekawy czy miałaś rację?

Widać, że ta strona ulicy rzadko była uczęszczana przez mieszkańców. Trawa rozpościerała się niczym zielony kobierzec po jednej i drugiej stronie drogi, a rośliny pod ogrodzeniem rosły tu prawie dziko, i pięły się po parkanie, szturmując najbliższe drzewa. Podeszli do furtki, Szymon otworzył zamek za pomocą pilota, który wyjął ze schowka samochodu. Była rzadko używana, bo zawiasy przy suwnicy lekko zaskrzypiały.

— Musisz ją naoliwić. — Szli lekko pochyleni, aby nie włączył się sygnał alarmu. — Schowaj się za tym drzewem, ja podejdę pod dom. — Palcem wskazała na wysoki dąb. — I patrz pod nogi, abyś nie narobił hałasu — dodała szeptem.

Sama zwinnie przebiegła pod tarasem, który okalał tył i częściowo przód domu. W pewnej chwili zatrzymała się i zaczęła nasłuchiwać, a kiedy wyjrzała zza rogu, zobaczyła tego samego mężczyznę, którego widziała w domu. Klęczał przy piwnicznym okienku i próbował wyciąć dziurę w szybie. Nie przeszkodziła mu, gdy wgramolił się nieporadnie do środka. Laura kiwnęła na Szymona, aby do niej podszedł.

— To ten sam mężczyzna. Wyciął dziurę w szybie piwnicy, otworzył sobie okienko i wszedł do środka — powiedziała cicho.

— Tak po prostu? To po co załączyłem alarm, kiedy każdy może wejść do mojego domu? — zapytał poirytowany.

— Poczekajmy tu na niego. Niech nam przyniesie to, po co tu przyszedł. Wtedy się z nim policzymy.

— Masz rację. W przeciwnym razie ponownie go spłoszymy.

— Podejdźmy bliżej piwnicy. Ty z jednej strony, ja z drugiej. Niekoniecznie wyjdzie przez piwnicę, może przeciąć kable alarmu i tym sposobem wyjdzie drzwiami albo wyskoczy przez któreś okno. Chyba poproszę twojego ojca o pomoc.

— Ale nie zasłabniesz mi tu? — zapytał zaniepokojony.

— Słabnę, kiedy staram się przenieść w inne miejsce albo w trakcie wizualizacji napotykam na nieprzyjazne mi osoby, które usiłują mi w tym przeszkodzić.

— Ok. Rób, co musisz.

Laura pochyliła głowę i starała się maksymalnie skupić. Nie minęła nawet minuta, kiedy uniosła głowę, jakby kogoś nasłuchiwała, a potem opowiedziała o swoich obawach.

— Wybacz, że znowu zawracam ci głowę. Mieliśmy już odjechać, ale mój instynkt i tym razem mnie nie zawiódł. Do domu wdarł się ten sam mężczyzna, na którego natknęliśmy się dzisiaj rano. Siedzi tam już przeszło pół godziny. Nie chcielibyśmy go wystraszyć. Zastanawiamy się, czego w nim szuka.

— Powiedz ojcu, że… — Szymon raptownie umilkł zawstydzony.

— On mówi, że też za wami tęskni — odparła cicho.

Szymon spojrzał na najpierw na nią, a potem na drzewo, obok którego stali.

— Powiedz mu, że bardzo mi go brakuje — wyznał Szymon, a po chwili ze zdziwieniem podniósł głowę, dotykając prawego policzka. — To takie niezwykłe doznanie — szepnął nadal z ręką na policzku.

— Wiem. Tylko że ja ich widzę i słyszę — wyznała z prostotą w głosie bez żadnego wywyższania się. — Proszę, Szczepanie, zobacz, co tak bardzo absorbuje naszego włamywacza.

Nie czekali zbyt długo. Po chwili Laura ponownie spojrzała w stronę drzewa.

— Siedzi na podłodze w pokoju mojej wnuczki i rozkręca domek dla lalek. Śmieszny facet. Czy mam go zachęcić do wyjścia? — zapytał ją z rozbawieniem.

— Nie odchodź jeszcze. Zapytam o to Szymona. — Zwróciła się do mężczyzny, który stanął blisko niej. Nadal z jego twarzy nie schodził melancholijny uśmiech. — Naszego włamywacza interesuje domek dla lalek. Mówi ci to coś?

Szymon przez chwilę stał osłupiały, spoglądając na dom.

— Owszem jest wartościowy. Podarowałem go Izie na trzecie urodziny. Wszystkie lalki są wykonane z porcelany. Jest ich siedem i mają, co najmniej po sto lat — oświadczył zdziwiony. — Obiecałem córeczce, że będę dokupował co roku, aż uzbieramy całą kolekcję. Wiem, że jest ich dwanaście. To słynna kolekcja Georga II, króla francuskich lalkarzy. Aby je kupić, musiałem sporo się wysilić i pobuszować po internecie. I nie ukrywam, że kosztował nie mało.

— I pozwolisz teraz, aby zwyczajny złodziejaszek ukradł twojej córce domek z lalkami? — zapytała ze stoickim spokojem.

— Oczywiście, że nie pozwolę na to — dodał zdeterminowany. Jak tylko mógł najciszej, otworzył drzwi i razem wspięli się na piętro.

Złodziej był tak zaabsorbowany wykręcaniem śrubek z drewnianego pudełka, że nie wyczuł ich obecności, kiedy stanęli tuż za nim. Laura nachyliła się ku niemu i wykręciła mu ręce do tyłu. Nawet nie próbował się wyrywać.

— Wezwij policję, Szymonie! — powiedziała ostrym tonem, przyciskając nogą unieruchomionego mężczyznę, który leżał potulnie na podłodze.

— Zanim przyjedzie po ciebie policja, powiedz nam złodzieju, z czyjego polecenia wdarłeś się do naszego domu? — zapytała na pozór spokojnym głosem Laura.

Mężczyzna z początku milczał, ale kiedy wykręciła mu ramię, stęknął żałośnie i podkurczył nogi, starając się znieść ból w milczeniu.

— Złamać ci jedną z nich? — Wyprostowała się i silnym ciosem nogi uderzyła go w goleń.

Mężczyzna po tym ciosie zwinął się w kłębek, wyjąc z bólu.

— Powiesz nam teraz, kim jest twój zleceniodawca? — Pochyliła się nad nim, ale prawie natychmiast odskoczyła, marszcząc nos, kiedy poczuła jego odstręczający zapach, przesiąknięty nie tylko strachem i bólem, ale z powodu braku higieny osobistej. Cuchnęło od niego jak od lumpa.

Szymon ułożył deski domku i lalki w bezpiecznym miejscu. Z pewnej odległości patrzył na Laurę podekscytowany jej siłą i determinacją, z jaką wzięła się za przesłuchanie złodzieja.

— Jeśli chcesz mieć całą nogę, lepiej jej posłuchaj — poradził roztropnie.

— Gdy on się dowie, że ich wsypałem, zabije mnie! — stęknął żałośnie włamywacz.

— Kogo masz na myśli?

— Nie wiem, kto to jest, ale z pewnością to ktoś bardzo ważny. Ma tabun ludzi, którzy go chronią. I nie jest stąd — wyznał charczącym głosem, chcąc się wywinąć spod jej stopy.

Laura była nieustępliwa, naciskała jeszcze mocniej.

— Kto to jest? Z jakiego kraju pochodzi? — pytała.

Mężczyzna już nie próbował się wyrywać. Był całkowicie na jej łasce.

— No słucham…

— Nie widziałem mojego zleceniodawcy. Wysłał swojego człowieka. Mówił po angielsku, ale z dziwnym akcentem. Z wyglądu przypominał człowieka ze wschodu, miał ciemną skórę, czarny zarost i czarne oczy.

— Gdzie go widziałeś po raz pierwszy?

— Na lotnisku, w stolicy. Czekałem tam, aby odebrać pewną kobietę.

— Jak ma na imię?

— Kto?

— Jak ma na imię ta kobieta?

— Klaudia.

Spojrzenie Szymona spotkało się z ostrym jak brzytwa spojrzeniem Laury. Nie przypominała teraz łagodnej dziewczyny, wpatrzonej zachwyconym spojrzeniem na kolorową polanę. Teraz przypominała wojowniczą księżniczkę Ksenę. Teraz byli pewni, że Klaudia była główną inicjatorką porwania jego córki. Musieli tylko się dowiedzieć, gdzie ją przetrzymywali.

— Po co ci domek dla lalek mojej córki?

— Niechcący podsłuchałem ich rozmowę przez telefon.

— Niby czyją? Mów jaśniej.

— Klaudii i Roksany. Ubzdurały sobie, że za ten domek dostaną masę szmalu. Wasza mała miała być dla nich tylko przynętą. Ona za domek. W końcu wróciłby w prawowite ręce jego właścicielki, czyli do Sary, córki Roksany.

— Dlaczego nikt nie zwrócił się z tym bezpośrednio do mnie? — przerwał mu Szymon.

— Ojcem Roksany jest bogaty przedsiębiorca meblowy: Barron pochodzi ze starej, francuskiej rodziny kupieckiej. Jego córka poślubiła mężczyznę, który podawał się za angielskiego arystokratę, a który okazał się zwyczajnym oszustem. I to on wystawił na Allegro ulubioną zabawkę jej córki. Gdy Barron o tym się dowiedział, zrobił córce wielką awanturę.

— Co było dalej?

— Swego czasu, Klaudii ponoć dobrze się wiodło, bo była kochanką francuskiego dyplomaty. Kiedy ją rzucił, jakby diabeł w nią wstąpił. Robiła wszystko, aby usidlić każdego mężczyznę i maksymalnie go wykorzystać.

— Stałem się jednym z nich? — mruknął wściekle Szymon.

— Można tak powiedzieć.

— Kiedy Roksana zachorowała, zadzwoniła do ojca, żeby zabrał Sarę, jej córkę do siebie, i zaopiekował się nią. W ten sposób, Barron dowiedział się, że ma wnuczkę.

— Kiedy to było?

— Trzy lata temu. A całkiem niedawno dowiedział się od swojej wnuczki, że odebrano jej ulubioną zabawkę.

— Pytam cię po raz drugi, dlaczego nikt nie poprosił mnie o jego zwrot? Dla mnie, moja córka jest najważniejsza, a nie jakiś pieprzony domek dla lalek! — zawołał wzburzony Szymon. — Pozwól mu usiąść — zwrócił się do dziewczyny. — A teraz powiedz nam, gdzie jest teraz moja córka?

— Tylko mów prawdę i nie próbuj ucieczki! — ostrzegła ostrym tonem.

— Nawet gdybym chciał, nie mógłbym, jak sama widzisz, bo chyba złamałaś mi nogę!

— Jeśli nie będziesz mówił, chętnie ci to zrobię, złodzieju!

— Nie jestem złodziejem — odezwał się po chwili z pretensją w głosie.

— Jeśli nie jesteś złodziejem, to co robisz w moim domu? — zapytał Szymon, siadając na wprost niego.

— Zostałem do tego zmuszony. Klaudia mnie szantażuje.

— A więc nie jesteś jej mężczyzną?

— Musiałbym upaść na głowę, żeby zostać jej kochankiem!

— Wolałeś zostać jej chłopcem na posyłki?

— To o wiele prostsze.

— A teraz do rzeczy. Gdzie jest moja córka?

— Obecnie przebywa we Francji, w rezydencji, która kiedyś była w posiadaniu rodziny Roksany.

— A więc to jest zemsta, że ją odtrąciłem i zostawiłem z niczym — mruknął Szymon bardziej do siebie.

— Powiedz mi, dlaczego do tej pory policja nie wpadła na ich ślad? — zapytała Laura.

— Siedzi w niej ktoś, z kim Klaudia była bardzo blisko. Na wszystkich ma jakiegoś haka. Pewnie go szantażuje, jak wielu innych ważniaków.

— No tak, to by się trzymało kupy i miało sens. Zaprowadzisz nas do niej.

— Przecież nie mogę się poruszać — zaprotestował mężczyzna.

— Owszem, możesz. Nie użalaj się tak zbytnio nad sobą, bo naprawdę mogę potraktować cię niezbyt grzecznie. Jeśli nie będziesz z nami współpracował, naprawdę złamię ci nogę, i to nie jedną, ale dwie.

— Mógłbyś się przynajmniej przedstawić, choćby z grzeczności — zaproponował Szymon.

— Im mniej wiecie, tym lepiej. Moja ksywka to: Elegancik.

— Też coś! Elegancik! Śmiechu warte! — parsknęła śmiechem dziewczyna. — Tyle w tobie elegancji, jak ze mnie Coco Chanel! I częściej mógłbyś zażywać kąpieli — dodała kąśliwie.

— Jak ci nie odpowiada, to możesz mówić mi: Longin. Pasuje? — zapytał opryskliwie.

— Mam rozumieć, że na własną rękę będziemy szukali twojej córki? — zwróciła się cicho do Szymona, który patrzył na złodzieja łaskawszym okiem, niż do tej pory.

— Nie mamy innego wyjścia. On jest naszą przepustką.

— Masz przy sobie paszport i pieniądze? — Laura nawet nie pokwapiła się, by nazwać go po imieniu.

— Gdzie ty w ogóle mieszkasz, urwipołciu? Może dowiemy się wreszcie prawdy? Powiedz coś więcej o sobie, w końcu mamy spędzić ze sobą trochę czasu — zapytał Szymon.

W kilku zdaniach wyznał, że jego matka była Francuską, a ojciec Polakiem. Umarli, zostawiając go bez grosza i z chorym wujkiem na głowie, którym miał się opiekować. Wujka oddał do domu spokojnej starości, a on sam zszedł na złą drogą, z której żadna siła nie mogła go nawrócić. I został tym, kim był, zwykłym kloszardem, wykorzystywanym przez gorszych nicponi, którym nie umiał się postawić.

— To twoja dziewczyna? — zapytał po dłuższym milczeniu Longin, kiedy Laura wyszła do kuchni, aby przygotować im coś do jedzenia na drogę.

— Dlaczego pytasz?

— Jest jakaś dziwna.

— Dziwna. Dlaczego?

— Niby sama słodycz, a kopie jak mało kto.

— Nie dziw się, ma czarny pas karate i… — mało brakowało, aby się wygadał. — Lepiej żebyś uważał, co do niej mówisz. I odtąd masz być dla niej grzeczny i posłuszny we wszystkim, co powie. Dobrze ci radzę.

— Jakbym nie wiedział! — odburknął mężczyzna.

— Aha. Ona miała rację mówiąc, że śmierdzisz. W piwnicy jest łazienka. Tam się umyjesz i przebierzesz. Nie możesz jechać z nami w tym stanie — zaproponował Szymon, kręcąc nosem.

Kiedy mężczyzna spojrzał na niego podejrzliwie, mało brakowało, aby zdzielił go ręką po głowie.

— Jeśli masz z nami jechać, to chyba nie sądzisz, że pozwolę ci wejść do mojego samochodu w tych śmierdzących łachach. I jeszcze jedno, wstawisz mi szybę, którą sam stłukłeś.

— Ale ja nie mam o tym zielonego pojęcia — głośno zaprotestował.

— No, dobrze, daruję ci szybę, sam się nią zajmę, ale prysznica ci nie odpuszczę.

Mężczyzna zamruczał coś pod nosem.

— Mówiłeś coś? — zapytał Szymon, popychając go schodami w dół.

— Ja? Skądże? — Mężczyzna potulnie poszedł za Szymonem, który zostawił mu ręcznik, mydło i parę ciuchów do przebrania. Stare spakował mu do toby foliowej i wrzucił do bagażnika swojego samochodu, który przypominał żałosny tobołek. Zamierzał mu zwrócić po skończonej akcji poszukiwawczej.

Kiedy mężczyzna brał prysznic, Szymon zabukował bilety do Nantes. Za dwie godziny mieli odlot. Byli już spakowani. Szymon odebrał Longinowi paszport, chcąc mieć pewność, że im nie ucieknie. Siedzieli w piwnicy blisko kabiny i czekali tylko na Longina, który zażywał kąpieli. Widocznie ciepły prysznic dobrze mu robił, bo nucił pod nosem jakąś francuską piosenkę.

— Czy nie przyszło ci na myśl, że sam Bóg zesłał go nam do mojego domu?

— Nie mieszaj w to Boga. Przecież wiesz, kto za tym stoi — ucięła rozmowę Laura.

3

„Dolina Loary — kraina historyczna Francji, na obszarze której znajduje się ponad 300 średniowiecznych i renesansowych zamków oraz pałaców doby oświecenia, usytuowanych nad Loarą i jej dopływami. Większość zamków pochodzi z okresu renesansu i została zaprojektowana dla królów i arystokratów francuskich przez włoskich artystów. Istnieje także kilka zamków pochodzących z okresu wczesnego średniowiecza” — wyczytała Laura w internecie na Wikipedii, na swoim laptopie, który wzięła ze sobą, jako niezbędny sprzęt w poszukiwaniu, bo miała możliwość połączenia się z całym światem.

— Żałuję, że nie możemy zobaczyć wszystkich tych cudeńków — westchnęła z żalem.

Po kilku godzinach lotu dotarli na miejsce. W najbliższym miasteczku wynajęli dżipa i dopiero późnym wieczorem dotarli do niewielkiej miejscowości, która miała być ostatecznym celem ich podróży. Po prawej stronie, na wysokim wzgórzu, stał zamek. Sprawiał wrażenie ogromnego, w końcu niegdyś był siedzibą wielu królów Francji. Zjechali z trasy i wjechali w boczną drogę, skąd mogli zobaczyć okazały budynek, w którym Longin miał spotkać się z Klaudią i jej przyjaciółką. Z najbliższej budki telefonicznej zatelefonował do swojej szefowej, informując ją, że wkrótce dostarczy im towar, na który czekały.

— Mam nadzieję, że nie uszkodziłeś go w czasie drogi — warknęła Klaudia.

Nie znosił jej. Było w jej głosie tyle jadu, co w grzechotniku.

— Skądże. Wiem, co robię i na co bym się naraził… — odpowiedział z pokorą w głosie.

— To dobrze, że o tym pamiętasz — przypomniała mu. — Czekamy w pałacu letnim. Nie możesz się spóźnić, bo dzisiaj ma przyjechać wysłaniec szejka, nasz potencjalny kupiec.

Longin zbladł. Odłożył słuchawkę. Szymon i Laura spostrzegli zmianę na jego twarzy, wyglądał na przerażonego.

— Co się stało? — zapytał Szymon, kiedy Longin przykuśtykał do samochodu, w którym siedzieli.

— Dzisiaj przyjadą ludzie szejka — odparł szczerze ze skruszoną miną.

— W jakim celu? — zapytała Laura zdziwiona.

— One… — umilkł, unikając ich wzroku.

— No, co one? — zapytał Szymon, tracąc opanowanie.

— Zmieniły miejsce pobytu. Przeniosły się z domu stróża do pałacu letniego.

Longin nie zamierzał być z nimi szczery. Wyjął z kieszeni marynarki mapę, którą rozłożył na samochodzie i wodził po niej palcem. Kiwnął w stronę Szymona, aby się do niego zbliżył, unikając jego wzroku.

Gdy mężczyźni ze sobą rozmawiali, ona przełożyła zakupy z tylnego siedzenia do bagażnika.

— Powiedz Longinie, co ukrywasz przed nami? Czego się tak panicznie przestraszyłeś, że strach wyłazi ci niemal uszami? — zwróciła się Laura do mężczyzny, nazywając go po raz pierwszy po imieniu.

— Właściwie, Klaudia i Roksana, nie mieszkają tam, tylko w pawilonie, w którym dawniej mieszkał stróż ze swoją rodziną. Pewnie chciały zrobić na kimś wrażenie, więc zatrzymały się tymczasowo w letnim pałacu — mówił, patrząc przed siebie.

— Czy ty widziałeś kiedyś córkę pana Szymona? — zapytała go Laura.

— Prawdę mówiąc, nie widziałem.

— Czyżby Klaudia z Roksaną nie miały do ciebie zaufania? — Dziewczyna spojrzała na niego przenikliwym wzrokiem.

— Powiedz, gdzie konkretnie ją teraz przetrzymują? — Szymon spojrzał na niego tak, że Longin skulił się pod jego spojrzeniem.

— W domu stróża jest niewielka piwniczka, w której przechowują stare graty. Tam zanosiły dziewczynce jedzenie.

— Powiedz prawdę, tylko nie kłam. Dlaczego Klaudia porwała moją córkę, skoro zależało jej jedynie na domku i lalkach? — Teraz i Szymon zauważył, że Longin ewidentnie coś przed nimi ukrywał, bo rzucał oczami wokoło, niczym zwierzę schwytane w pułapkę.

— Tak było na początku, ale gdy Roksana zobaczyła małą, ponoć zachwyciła się jej urodą i chciała ją… — zawahał się w obawie, że zanim dokończy zdanie, oberwie.

— Chciała ją sprzedać. To chciałeś nam powiedzieć? — dokończyła za niego Laura.

— Ja jestem tylko na ich posługi. Roksana jest ponoć bardzo chora i niewiele jej pozostało życia, przynajmniej ona tak twierdzi. Może chciała zaimponować Klaudii, nie mam pojęcia, co jej chodzi po chorej głowie.

Laura postanowiła zmienić temat, widząc wściekłość na twarzy Szymona.

— A co ty zrobiłeś, że mają cię w garści? — zapytała.

— Potrzebny był mi szmal, więc zająłem się dilerką i rozprowadzałem kokę po dyskotekach.

— A czy kiedykolwiek zhańbiłeś się jakąkolwiek pracą?

— Nie łatwo dostać pracę, kiedy siedziało się wcześniej w kiciu.

Jechali przez dłuższą chwilę w milczeniu. Według mapy, do domu stróża było już niedaleko. Wystarczyło spojrzeć na Longina i jego spoconą twarz, by być pewnym, że mężczyzna boi się tego spotkania jak diabeł święconej wody.

Zapadł już zmrok i na tle nieba widzieli już tylko kontury domów i drzew. Przed nimi wiła się niczym wstęga, asfaltowa droga. Wieże zamku były stąd ledwo widoczne w gęstniejącym mroku. Nieopodal szosy stał niewielki parterowy budynek, o którym wcześniej mówił Longin.

— Zatrzymaj się! To tutaj! — zawołał Longin. Był spocony jak mysz uciekająca przed kotem.

Szymon posłusznie zatrzymał samochód, zjeżdżając z pobocza na wąską ścieżkę.

— Pomóżcie mi wysiąść, nogę mam jak balon — stęknął Longin.

— Kilka zimnych kompresów i będzie po bólu — odparła, nie zrażona jego niemocą Laura.

— Szymonie, oddaj mi kluczyk od pudła. U mnie będzie bezpieczniejszy — poprosiła, wyskakując z samochodu. Złapała go w locie i ukryła w kieszeni spodni.

— Zajmij się nim. — Ominęła mężczyznę obojętnie i spojrzała na fasadę budowli, która stała kilkadziesiąt metrów od szosy pośród wysokich drzew.

Poprzez niewielki zagajnik, zobaczyła włączone w jednym pomieszczeniu światło. W szybach niewielkich okien przeglądał się księżyc. Srebrzystą poświatą rozświetlał drogę, która wiła się wśród dzikich, wonnych zarośli.

— Poczekajcie tu chwilę, póki was nie zawołam — zadecydowała.

Szymon dopiero teraz zauważył, że Laura włożyła na siebie czarne spodnie i czarną koszulkę, a na głowę naciągnęła kominiarkę. Gdy podbiegła pod budynek, przestała być dla nich widoczną, jakby rozmyła się w ciemnościach, która z szarości przeszła w chłodną czerń nocy.

— Zwariowana dziewczyna — mruknął do siebie Szymon, starając się przezwyciężyć strach. — Mam nadzieję, że mojej córce nic się nie stało, bo wtedy to ja nie ręczę za siebie — powiedział Szymon tak cicho, że mężczyzna stojący obok niego, wzdrygnął się na widok jego zaciętej twarzy. Ze wszystkich sił starał się panować nad swoim wybuchowym charakterem i choć strach wdzierał mu się do gardła, zachował kamienną twarz, nie pokazując po sobie, ile go to kosztowało.

— Mam nadzieję, że te wiedźmy nic jej nie zrobiły — mruknął Longin.

— Módl się, aby tak się stało — dodał Szymon jeszcze ciszej.

Kiedy Laura podbiegła pod okna budynku, zaskoczyła ją obezwładniająca cisza. Zbliżyła się do drzwi i lekko je popchnęła do środka. Otworzyły się na oścież, lekko skrzypiąc.

Zajrzała do wszystkich pomieszczeń na górze i w piwnicy, nikogo tam nie było. Po chwili zauważyła obok siebie cień, a po chwili usłyszała głos Szczepana.

— Tu nikogo nie ma. Oni pewnie są tam — wskazał w stronę stromego wzgórza, na którym stał warowny zamek, a u jego podnóża mniejsza budowla, której oni nie mogli widzieć, bo przysłaniały go wysokie drzewa.

— Byłam pewna, że przynajmniej ty wiesz, gdzie ją przetrzymują?

— Tu mam ograniczone możliwości — mówił urywanym głosem.

— Byłam pewna, że duchy nie odczuwają żadnych emocji? — zapytała, wyczuwając niepokój na jego twarzy i w głosie, choć mówił prawie szeptem.

— Mówiłeś, że przez cały ten czas byłeś z wnuczką. Coś umknęło twojej uwadze? — Laura z niepokojem spojrzała na wysokie wzniesienie.

Mężczyzna przez chwilę stał nieruchomo i patrzył przed siebie, gdzie w oddali, na niewielkim wzgórzu po przeciwnej stronie zamku, w świetle księżyca mogli zobaczyć zarysy niewielkiego pałacyku, który był letnią rezydencją tamtejszej szlachty, król rezydował w zamku.

— Kiedyś Klaudia wspomniała, że kiedy przyjedzie szejk, chciałaby przyjąć go właśnie tam. Myśli, że on uwierzy w jej kłamstwa. Ona wciąż udaje kogoś, kim nie jest.

— Na wszelki wypadek upewnij się, zanim ruszymy w drogę. Ta góra jest dość wysoka i mamy rannego.

— Zauważyłem.

— Czy dla ciebie to zbyt trudne zadanie? — zapytała zaskoczona jego niepewnym zachowaniem.

Szczepan umilkł zawstydzony jej przenikliwością.

— Tam jest zatrzęsienie duchów i nie wszystkie mają pozytywną energię. Są bardzo zaborcze. Mają po kilkaset lat i są cwane na swój sposób. Strzegą tych murów jak swojej własności.

— Przecież nie mogą ci już nic zrobić.

— Stanę się bezsilny. I nie będę mógł wam pomóc. Po prostu nie chcą nas tam!

— W takim razie zwrócę się o pomoc do kogoś innego. Już wiem! Moja prababka Rita była silną osobowością. Znała się na ludziach, jak mało kto.

— O, tak, Rita ma siłę perswazji i nie da się zbyć byle czym — przytaknął skwapliwie.

— Pomyślałam, że obydwoje dacie sobie radę z tymi dwoma wiedźmami.

— Ale przecież one nie są…

— Są podłe, wyrafinowane i do tego czyhają na życie twojego syna i wnuczki! Więc są!

— Rozumiem. I muszę przyznać ci rację, co dwie głowy, to nie jedna.

Laura oparła głowę o chropowatą korę drzewa i wytężyła swoje zmysły i wewnętrzną siłę, starała się przywołać ducha babki, która słynęła ze swoich czarodziejskich możliwości, choć nie była wiedźmą, tylko znachorką, i leczyła ludzi. Ona pomagała wychodzić im z różnych opresji, dlatego nauczyła się wschodnich walk, aby nie tylko używać siły woli, ale siły fizycznej, sprytu i zwinności.

— Pomóż mi babciu. Wiesz, że każde przywołanie was, odejmuje mi siłę. Nie chcę być bezbronna. Musimy połączyć nasze moce i uniemożliwić tym złym kobietom realizację ich nikczemnego planu. Nie tylko porwali córeczkę naszego sąsiada, która ma zaledwie pięć lat, ale chcą ją sprzedać i wywieźć za granicę kraju. Szejk przysłał tu pewnie niejednego człowieka, z którym musiałabym się zmierzyć. Muszę więc zachować siłę, aby ratować dziewczynkę. Jest ze mną jej ojciec, Szymon. Szczepan jest jego ojcem. Ale nawet on i mój dziadek Stach, nie są w stanie mi pomóc. On nie ma takich możliwości jak ja. Jest zupełnie bezbronny. Pomóż nam! — szeptała gorliwie, wznosząc oczy w niebo, na którym zaczęły pokazywać się pierwsze gwiazdy.

— Ukryjcie wóz w krzakach. Przywołaj tego swojego panicza. A tego kalekiego marudę zostawcie w tamtym domu, tylko by wam zawadzał — usłyszała Laura, a gdy obejrzała się za siebie, zobaczyła białą zjawę, która z każdą chwilą przybierała ludzką postać.

— Babciu, ależ ty jesteś piękna! — Laura z podziwem patrzyła na prababkę, która stała się młodą dziewczyną, ubraną w długą, białą suknię i kolorowy serdaczek. Złocisty warkocz sięgał jej do pasa, a w jasnej twarzy błyszczały niebieskie oczy.

— Zanim zostałam babką, byłam młodą i piękną dziewczyną — wyznała z prostotą i dumą w głosie, świadoma własnego uroku.

— Nic dziwnego, że dziadek za tobą szalał i był o ciebie zazdrosny.

— Nawet po latach zachowywał się jak zakochany młokos — mówiąc to, babka zabawnie zmarszczyła nos.

Laura zachichotała na ten widok. Musiała przyznać, że babka Rita miała poczucie humoru. Wróciła do samochodu. Mężczyźni czekali na nią z widoczną niecierpliwością i zapytaniem w oczach, w których czaił się strach. Za jej radą ukryli samochód w gęstych zaroślach, skąd nie był widoczny od strony szosy.

— Szymonie, pójdziesz ze mną, a ty Longinie, zaczekasz na nas tam, skąd przed chwilą przyszłam. Możesz być spokojny, nikogo tam nie ma. Radzę ci nie uciekać, bo i tak cię znajdę — powiedziała mu na odchodne, mierząc go ostrym jak brzytwa spojrzeniem.

Longin posłusznie podążył do domu stróża, a oni przebiegli asfaltową szosę i ruszyli kamienistą drogą w górę, która prowadziła do zamku i letniego pałacyku.

— Myślisz, że oni tam są? — zapytał z niepokojem Szymon.

— Nie myślę, ja to wiem.

— Jesteś bardzo pewna swojej racji — odezwał się po chwili, lekko sapiąc.

— Nic nie mów, w ten sposób szybciej się męczysz, a przed nami jeszcze długa droga.

— Masz rację.

Brnęli pod górę miarowym, równym krokiem. Po plecach czuli chłód nocy, który wyzierał z nisko rosnących drzew, które z ich perspektywy, wydały się niczym karłowate krzewinki.

— Jak to się dzieje, że jestem od ciebie większy i z pewnością silniejszy, a męczę się szybciej od ciebie? — zapytał w pewnej chwili, zginając się w pół.

— Nie zapominaj, że mam czarny pas.

— Jestem pełen uznania. — Złożył jej ukłon z ręką na piersi.

— Lepiej się pospiesz. Niewiele zostało nam czasu.

— Jesteś nieustępliwa jak poganiacz wielbłądów.

— Szymonie, nie zapominaj, po co tam idziemy!

— Jakżebym śmiał.

Okrągły, blady księżyc ukazał przed nimi całe piękno letniej nocy. U podnóża wzniesienia rosły wysokie drzewa i krzewy o upajających woniach. Tylko mury zamczyska ze szczytu góry rzucały wysokie i złowrogie cienie na zbocze kamienistej drogi. W połowie drogi skręcili na wąską ścieżkę, która wiodła do letniego pałacu. Na jego widok przyspieszyli kroku. Wśród niewielkiego zagajnika wreszcie zatrzymali się przed jego frontem. Okrążyli jednak budowlę, szukając dawnego wejścia dla służby. W końcu znaleźli wąską furtkę pośród gęstych zarośli, przez które ledwo się przedarli. Drzwi były otwarte. Wśliznęli się do pomieszczenia, które przypominało obszerną kuchnię, a potem po wąskich schodach dotarli na niewielki dziedziniec, w którym było wiele par drzwi, które prowadziły kiedyś do prywatnych komnat dworzan. Laura niepewnie zatrzymała się przed wysokimi drzwiami. Ale w końcu zdecydowała się otworzyć następne. Kiedy ruszyła naprzód, Szymon pobiegł za nią. Minęli jeszcze jeden hol i następne schody, zatrzymali się dopiero na długim tarasie, który przypominał teatralny balkon, skąd mieli pod sobą widok na olbrzymią salę jadalną. Jedynymi tu meblami były długi stół i krzesła. W wysokich oknach wisiały ciężkie kotary, a na ścianach w pozłacanych ramach portrety przodków obecnych właścicieli. Przy stole siedziała niewielka grupa ludzi. Wśród nich była również Klaudia, a obok niej siedziała Roksana. Na wprost nich siedziało dwóch mężczyzn. Obydwaj byli czarnowłosi i eleganccy. O czymś cicho rozmawiali, ale nie można było wyłowić żadnego słowa.

— Znajdź ją babciu. Nie zamierzamy z nimi negocjować. Nie sprawiają dobrego wrażenia. A jeden z nich ma minę, jakby za chwilę miał kogoś zjeść. Wycofajmy się stąd czym prędzej — szepnęła Laura, wycofując się z balkonu.

— Jest w pokoju dla służby, ostatnie drzwi na prawo — usłyszała po chwili.

— Możemy teraz wejść do niej? — zapytała cicho.

— Pod drzwiami stoi wartownik.

— Nie możesz mu zrobić jakiegoś psikusa? Nie chciałabym, aby tamci z dołu nas usłyszeli. Może uda nam się wynieść ją po cichu, bez żadnej walki? Oni z pewnością mają broń, a my tylko pięści i determinację. — Laura sprawiała wrażenie, jakby mówiła sama do siebie.

— Spróbuję. — Babka okręciła się na pięcie i już jej nie było.

Stali wciąż za filarem w cieniu długiego krużganku, nie odzywając się do siebie. Szymon patrzył na nią zafascynowany, domyślając się, że dziewczyna prowadzi dialog z duchem prababki i jego ojcem.

— Bądźcie ostrożni i pospieszcie się — poradziła im Rita.

— Nie zapominajcie o włączonych kamerach. — Szczepan spojrzał znacząco na wysokie stropy.

— Jakich kamerach? — zdziwiła się Rita.

Laura podniosła oczy w niebo. Gestem ręki dała znak Szczepanowi, by jej wytłumaczył o czym mówili, bo nie zamierzała zdradzić porywaczom, że są nie tylko na ich tropie, ale właśnie znajdują się w tym samym pomieszczeniu, tyle że kilkanaście metrów nad nimi.

Rita przypominała teraz fluorescencyjną lampkę, która skutecznie oświecała im drogę. Pomieszczenia zwężały się coraz bardziej i były coraz niższe. Nie było wątpliwości, że mieszkała tu niegdyś tylko służba dworska. Zatrzymali się przed drzwiami, przed którymi siedział wartownik na krześle i spał. Minęli go i wślizgnęli się do pokoju najciszej, jak tylko mogli. Na łóżku pod ścianą leżała skulona mała postać otulona wełnianym kocem.

— Sprawdź, czy to twoja córka.

Szymon delikatnym ruchem ręki odkrył koc. Na poduszce leżała głowa dziewczynki o jasnych włosach. Spała spokojnym snem, cichutko posapując.

Szymon odgarnął jej włosy i spojrzał prosto w znajome rysy dziewczynki.

— Tak. To ona, ale jaka wymizerowana — szepnął z czułością i wziął ją w ramiona.

— Zawiń ją w koc. Musimy się pospieszyć. Za chwilę wartownik może się ocknąć.

— Prowadź, byle szybciej — szepnęła Laura do zwiewnej postaci i pierwsza wybiegła na dziedziniec, a za nią Szymon z dzieckiem na ręku. Nie musiała mu mówić, aby się pospieszył. Strach dodawał im obojgu skrzydeł.

— Dziwne, przedtem nie było tej mgły — szepnął, odwracając głowę mocno zdziwiony, na widok gęstej jak śmietana mgły, która rozpościerała się nad nimi i wokoło nich.

— Patrz pod nogi i nie oglądaj się za siebie — poradziła mu roztropnie Laura.

Po jakimś czasie, gdy Szymon zaczął ciężko oddychać, zatrzymała się przed nim.

— Odpocznij. Pomóż mi tylko ułożyć ją na plecach, okryj kocem i obwiąż mnie nim w pasie. Ty weź mój plecak, tylko uważaj, bo w środku, w moich ciuchach leżą lalki.

W niecałe pół godziny potem byli już w samochodzie. Choć byli zmęczeni i spoceni, uśmiechy nie schodziły im z twarzy.

— Sprawdzę tylko, czy nic nam nie zginęło? — Laura zajrzała pod swoje siedzenie, a potem wyjęła drugie dno siedliska. Domek dla lalek leżał na swoim miejscu. — W porządku, teraz możemy jechać. — Usiadła na tylnym siedzeniu, sadzając sobie dziewczynkę na kolana, którą okryła kocem. Z westchnieniem ulgi oparła głowę o siedzenie. Wszystko w niej drżało ze zmęczenia, każde najmniejsze zwieńczenie jej nerwów, nawet głos, dlatego wolała milczeć.

— Nie myślałem, że będzie to takie proste — mruknął Szymon z zadowoleniem, siadając za kierownicą, choć miał wrażenie, że ktoś przypiął mu do nadgarstków obu rąk dwukilowe hantle.

— Nie byłoby to łatwe, gdyby nie moja prababka i twój ojciec. Zjednoczyli swoje moce. Musieli byś silniejsi od tamtych wartowników, co strzegą zamku od stuleci, bo działali w dobrej wierze. A babcia użyła pewnie swojego czaru. Gdybyś ją tylko mógł zobaczyć, sam byłbyś pod jej wrażeniem. Była zjawiskowo piękna, jak mówił dziadek.

— To dlatego strażnik spał, a po naszym wyjściu z pałacu, dziwna mgła nas osłaniała.

— Trudno było ją przeoczyć.

— W pewnej chwili myślałem, że wstaje świt i rozprasza ciemności nocy, ale, gdy spojrzałem w dół zbocza, zobaczyłem ciemną otchłań. Postanowiłem już nie oglądać się za siebie. Biegłem, patrząc pod nogi, by tylko się nie pośliznąć na tych wyślizganych kamieniach.

— To też była ich sprawka.

— Podziękuj im. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym ją stracił.

— Zapomniałeś o kimś — zaprotestowała Laura.

— Wiem, że mam kochaną mamę, a teraz zyskałem jeszcze przyjaciółkę.

— To dobrze, że wreszcie to sobie uświadomiłeś — powiedziała z przekąsem.

— Dziękuję, Lauro. Do końca życia będę ci wdzięczny za to, co dla nas zrobiłaś. Narażałaś się, ale dopięłaś swego. Podziwiam twój hart ducha.

— Nie ma za co. — Uśmiechnęła się do małej, która wciąż spała. — Gdy przekroczymy granicę, zgłosisz policji, że ją odnaleźliśmy?

— Zrobię to wtedy, gdy będziemy już bezpieczni na miejscu. A teraz jedźmy już o domu! — powiedział z entuzjazmem i wcisnął pedał gazu.

— Ale się zdziwią, gdy się zorientują, że jej tam nie ma, i że wcale nie zamierzaliśmy się z nimi spotkać — powiedziała Laura z przekornym uśmiechem.

— Wcale nie jestem tego ciekawy. Chcę, jak najprędzej opuścić Francję.

Oboje jednak odwrócili się jeszcze w stronę zamku, który stał na samym szczycie i na las, nad którym wciąż unosiła się mgła, tworząc dziwaczne kształty. Pałac także był niewidoczny. W tych warunkach, żaden ze śmiałków nie chciałby pokonać góry w tej gęstej i białej mgle.

Gdy wjechali na trasę, która prowadziła do portu lotniczego Nantes, granatowe niebo pojaśniało, gwiazdy powoli znikały, a na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze różowe promienie wschodzącego słońca. Widać było, że Szymonowi poprawił się humor, ona wolała być do końca bardziej przezorna i nie okazywała entuzjazmu. Jednak, gdy tylko spojrzała w lusterko i napotykała jego śmiejące spojrzenie, nie umiała powstrzymać uśmiechu. Odpowiadała uśmiechem, tylko bardziej powściągliwym.

— Jeszcze w tym tygodniu dam ogłoszenie o sprzedaży domu. Zmienię też miejsce pracy. Nie mogę narażać córki na podobne ekscesy. To doświadczenie nauczyło mnie, że najważniejsza jest rodzina, a nie wysokość konta w banku — wyznał szczerze, przerywając milczenie.

— Działka nie jest zbyt duża, dom stoi przy niezbyt ruchliwej ulicy, a do tego, wokoło troskliwi sąsiedzi, do stolicy też jest niedaleko, pewnie nie będziesz miał kłopotu z jego sprzedażą. W dobie internetu, nie powinieneś mieć problemów ze znalezieniem pracy, a twoja mama będzie miała wreszcie wnuczkę bliżej siebie — powiedziała Laura sennym głosem. Po chwili już spała, tuląc do siebie dziewczynkę.

Szymon uśmiechnął się z pobłażaniem, co jakiś czas zerkał w lusterko i spoglądał na dwie istoty, które były drogie jego sercu. Jak mógł wcześniej pomyśleć o Laurze, że była dziwna i stroniła od ludzi. Właśnie się przekonał, że kochała wszystkich i robiła wszystko, aby im pomóc. Dzisiaj, nie, to było wczoraj, jej uroda go poraziła. Gdy ujrzał ją w lesie, pomyślał, że do ich osady przyjeżdżają nawet gwiazdy filmowe, bo nie rozpoznał w niej dziewczyny o smutnym uśmiechu.

— Tylko bądź czujny. Będą próbowali nas ścigać — przerwała jego myśli.

Szymon ponownie spojrzał w lusterko.

— Byłem pewny, że usnęłaś. To był ciężki dla nas dzień — powiedział z westchnieniem.

— Nie chwal dnia przed zachodem słońca, jakby powiedziała moja babcia — upomniała go.

— Masz rację. Dopóki nie znajdziemy się w domu, nie jesteśmy bezpieczni. A do domu jeszcze bardzo daleko — westchnął przygnębiony.

— Chcę, abyś miał oczy otwarte. Nie ufaj nikomu i nie mów za wiele. Powiedz, gdy zechcesz się przespać. Mogę cię zastąpić za kierownicą — zaproponowała.

— Nie wiedziałem, że masz prawo jazdy.

— Dużo rzeczy o mnie jeszcze nie wiesz.

— Dopóki moja maleńka śpi, opowiedz mi coś o sobie, gdzie pracujesz, jakie ukończyłaś studia. Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko temu.

— Zanim zacznę ci się zwierzać, chciałam powiedzieć, że niepokoi mnie, że Iza wciąż śpi. Nie sądzisz, że za długo?

Szymon spojrzał na zarumienioną od snu twarzyczkę córki. Mogło się wydawać, że dziecko normalnie śpi, ale zaniepokoiły go słowa dziewczyny.

— Weź moją komórkę i wejdź w kontakty: Barbara Tomczyk. Jest lekarzem pediatrą.

Laura znalazła numer. Po kilku dzwonkach odebrała automatyczna sekretarka.

— Tu, gabinet doktor Barbary Tomczyk. W tej chwili nie mogę odebrać telefonu, spróbuj zadzwonić ponownie — odezwał się melodyjny głos.

— Weź na głośne mówienie. — Barbaro, tu Szymon Orłowski. Oddzwoń, to ważna sprawa, bo dotyczy mojej córki. Niepokoi mnie stan zdrowia Izy. Mam wrażenie, że została nafaszerowana narkotykiem, a ma zaledwie pięć lat. I proszę nie mów nikomu, że ją odnalazłem, nawet mojej matce. To sprawa życia i śmierci — dodał poważnym tonem.

Po kilku minutach odezwała się mocno podenerwowana.

— Cześć, przystojniaku! Cieszę się, że odnalazłeś córeczkę. Co cię niepokoi? — zapytała wdzięcznym głosem.

— Minęło już kilka godzin, odkąd ją odnaleźliśmy, a ona wciąż śpi. To nie jest chyba normalne?

— Rzeczywiście. Sprawdzałeś jej puls i ciśnienie?

— Jesteśmy poza granicami kraju. Nie mogę zawieź jej do żadnego szpitala, bo mamy przecieki w policji i zbyt szerokie plecy nieprzyjaciela. Rozumiesz więc, że muszę liczyć na siebie.

— Gdzie jesteś?

— W drodze na lotnisko. Co mam robić? — powtórzył pytanie.

— Poczekaj jeszcze dwie godziny. To pewnie nie jest narkotyk, tylko środek nasenny. Czasem długo trzyma. Niestety, byłoby lepiej, gdybyś skontaktował się z najbliższym szpitalem. W końcu chodzi tu o zdrowie twojej córeczki.

— Wiem, dzięki.

Po zakończonej rozmowie, Szymon zacisnął ręce na kierownicy.

— Łatwo powiedzieć — mruknął.

— Wszystko będzie dobrze, Szymonie. Gdyby coś się działo, pewnie dostałabym jakiś cynk. Wiesz kogo mam na myśli — pocieszyła go Laura.

— Aż boję się pomyśleć, co może jeszcze nas spotkać.

— Ja też odnoszę wrażenie, że zbyt łatwo przebrnęliśmy przez to. Mimo wszystko, miejmy nadzieję, że jeszcze dzisiaj cało dojedziemy do domu — pocieszyła go i poprosiła, aby włączył jakąś cichą muzykę.

Nie upłynęła godzina, gdy dziewczynka się przebudziła. Z przestrachem spojrzała najpierw na nią, a potem raptownie odwróciła głowę, gdy usłyszała głos ojca.

— Obudziła się? — zapytał oszołomiony Szymon.

— Tatusiu! — szepnęła tak cicho, że Szymon o mało nie rozpłakał się ze wzruszenia.

— Jesteś już bezpieczna, malutka — powiedział cicho w obawie, aby głos mu się nie załamał.

— To Laura, nasza przyjaciółka. To ona pomogła mi ciebie odnaleźć.

— Dziękuję — szepnęła i ponownie zamknęła oczy.

— Córeczko, tylko nie zamykaj oczu, nie zasypiaj! — krzyknął z paniką w oczach.

— Nie chcę już spać, ale chciałam się przekonać, czy naprawdę nie śnię — odparła z uśmiechem, w którym wyczuło się radość.

— Dobrze się czujesz? — odezwała się do niej po raz pierwszy Laura, wygładzając jej zmierzwione od snu włosy.

Duże, niebieskie oczy spojrzały na dziewczynę z uśmiechem.

— Często widziałam cię w moich snach — szepnęła Iza, wpatrując się w twarz dziewczyny.

— Czy w swoich snach widziałaś również dziadka Szczepana? — zapytała ją Laura.

— Skąd o tym wiesz? — zapytała zdziwiona dziewczynka.

— Bo ja i twój dziadek jesteśmy, jakby ci tu powiedzieć…

— Są przyjaciółmi — uzupełnił jej wypowiedź Szymon, nie tracąc refleksu.

— Ale babcia mówiła, że dziadek odszedł i teraz mieszka z aniołkami w niebie.

— Powiedziała ci prawdę, bo teraz jego duch pomaga nam, bo kiedyś w przeszłości był dobrym człowiekiem.

— Czy ja będę mogła go kiedyś zobaczyć? — zapytała dziewczynka z nadzieją w głosie.

— Kto wie? — Szymon spojrzał pytająco na Laurę.

— Zanim od nas odejdzie, na pewno się z tobą pożegna, kochanie — mówiąc to, Laura pogłaskała ją czule po zarumienionym policzku. — Mogłabyś usiąść bliżej mnie? Chciałabym rozczesać twoje włoski, bo za bardzo ci się zmierzwiły — dodała, wyjmując z podręcznej torby szczotkę do włosów.

Dziewczynka posłusznie odwróciła się do niej tyłem.

— Warkocz czy kucyk? — Laura dotknęła długich kosmyków, które w dotyku były miękkie i jedwabiste.

— W warkocza. Nigdy nie chciałam, aby czesała mnie Klaudia, bo ona szarpała mnie za włosy. Często złościła się na mnie i krzyczała. One były złe i ci panowie też byli źli.

— Nie musisz się już martwić. Nic ci już nie zrobią. Potraktuj to, jako zły sen, z którego się właśnie obudziłaś.

— Dziadek mi mówił, że pewnego dnia przyjedziesz po mnie tatusiu z piękną i dobrą panią, i wrócimy razem do domu.

— Dziadek miał rację. Prawda, córeczko? — Szymon spojrzał w lusterko na Laurę i puścił do niej oko. — Nie musisz się rumienić, bo to prawda Lauro.

Iza pomimo cierpienia przez które musiała przejść, zachowała pogodę ducha. Szymon z czułością i dumą patrzył na swoją córeczkę. W tym momencie, przyrzekł sobie, że nikomu już nie pozwoli jej skrzywdzić i będzie o nią należycie dbał, jak na kochającego ojca przystało.

4

Ku obopólnej radości, nie napotkali na żadne trudności, ani na francuskim lotnisku, ani krajowym. Szymon gratulował sobie przezorności, którą nauczyło go niejedno doświadczenie, że paszport córki nosił ze swoimi dokumentami. Gdyby nie miał tego dokumentu, dzisiaj miałby kłopot z przekroczeniem granicy z dzieckiem. Był pewny, że Klaudia posłużyła się fałszywym paszportem. Wyrzucał sobie, że za późno się opamiętał i nie zerwał z tym babsztylem, która chciała go zrujnować.

— O czym myślisz? — zapytała Laura.

— Klaudia musiała posłużyć się fałszywym paszportem, skoro przekroczyła granicę z dzieckiem bez problemu.

— Niekoniecznie. Skoro miała wtykę w policji, ktoś pomógł jej wyrobić oryginalny, wystarczyło zrobić tylko zdjęcie Izie.

— Cieszę się, że mamy już to za sobą — westchnął z ulgą.

W trakcie lotu zjedli kanapki, które Laura przygotowała dla nich wcześniej i napili się świeżej herbaty, którą zaserwowała im stewardesa. Lu grzecznie poprosiła ją, aby nalała jej herbaty do termosu. Młoda kobieta chętnie i bez zbędnych komentarzy zrobiła to, o co ją poprosiła, za co została wynagrodzona przez Szymona szerokim uśmiechem.

— Czy życzą sobie jeszcze państwo coś do herbaty? — zapytała po dwóch godzinach.

— Dziękujemy. Jest pani bardzo miła, ale to wszystko, co nam teraz potrzeba — ponownie posłał jej ujmujący uśmiech, a po chwili objął córeczkę ramieniem, jakby tym gestem chciał, dać do zrozumienia, że dziecko jest dla niego teraz najważniejsze.

Stewardesa posłała im uprzejmy uśmiech i zostawiła ich w spokoju. Laura, co jakiś czas oglądała się za siebie z lekkim niepokojem.

— Lu, co się dzieje? — zapytał Szymon, odwracając się w tamtą stronę.

— Odwróć się w lewo. Mamy chyba ogonek.

— Po czym tak sądzisz?

— Spójrz na tego mężczyznę, który czyta gazetę. Zwróciłam uwagę na jego srebrny sygnet z onyksem.

— Przesiądź się na moje miejsce i przypilnuj Izy. Skorzystam z toalety.

— Tylko nie rób żadnych głupstw.

Szymon wstał i skierował się do wyjścia, zaraz po nim wyszedł nieznajomy mężczyzna. Choć na głowie nie miał turbana, swoją urodą przypominał człowieka wschodu. Laura zaniepokoiła się i już miała się podnieść ze swojego miejsca, kiedy drugim wejściem, wszedł Szymon uśmiechnięty i rozluźniony, jakby udało mu się zrobić komuś psikusa.

— Nie zamierzałeś korzystać z WC? — zapytała z uśmiechem, nie przestając patrzeć na tylne siedzenia.

— Nie mam jeszcze kłopotu z pęcherzem — odparł poważnym tonem, który sprawił, że roześmiała się z rozbawieniem.

— A może mi się tylko wydaje. Nie chcę pytać Izy czy go zna, aby jej nie stresować. Na razie zostawmy tak, jak jest.

— Teraz każdy obcokrajowiec będzie dla nas podejrzany.

— Masz rację. Lepiej nie wpadać w panikę, bo traci się wtedy orientację i poczucie rzeczywistości.

Zauważyli kątem oka, że mężczyzna usiadł ponownie na swoim miejscu. Udali, że nie zauważyli jego przyjścia. Odetchnęli więc z ulgą, zapadając się ponownie w wygodnych fotelach. Stewardesa oznajmiła, że za kwadrans wylądują na warszawskim Okęciu. Wszyscy pasażerowie zapięli pasy. Odprawa odbyła się szybko i sprawnie. Ponieważ mieli tylko podręczne bagaże, kontrola paszportowa trwała krótko. Gdy tylko wyszli z terminalu, Szymon skierował się na parking, gdzie zaparkował swój samochód.

— Zaczekaj, sprawdzę coś — mówiąc to, zajrzała pod podwozie z obydwóch stron i dokładnie przyjrzała się całej karoserii, obchodząc samochód wokoło. No cóż, zawodowe skrzywienie. Chciała się upewnić, że zrobiła wszystko dla ich bezpieczeństwa.

— Aż się boję się zapytać, czy wszystko w porządku? — Szymon zerknął na nią w lusterku, gdy tylko weszli do wozu.

— Dopóki nie dotrzemy na miejsce, nie mogę ci nic obiecać — odparła na pozór spokojnie.

— Czy ciocia Klaudia przyjedzie po mnie? — Iza spojrzała najpierw na ojca, a potem na dziewczynę z przestrachem w oczach.

— Nie, kochanie. A gdyby przyszła, ciocia Lu i ja, przepędzimy ją na cztery wiatry. Powiedz lepiej, czy jesteś głodna, chce ci się pić? — odparł roześmiany ojciec, obejmując córkę ciepłym spojrzeniem.

— Napiłabym się tylko zimnej wody.

Kiedy Laura podała jej butelkę niegazowanej wody, dziewczynka spojrzała na nią, a potem na ojca i szeroko się uśmiechnęła.

— Wiedziałam, że po mnie przyjedziecie, dlatego byłam grzeczna i nie płakałam — wyznała.

— Powiedz mi Izuniu, kim był pan z wielkim pierścieniem na palcu? — Laura patrzyła na dziewczynkę z ciekawością.

— To był zły pan. Miał takie straszne duże i czarne oczy. I tak dziwnie na mnie patrzył. Bałam się go. Przypominał złego smoka z bajki, który zjadał księżniczki.

— Rozmawiał najczęściej z panią Klaudią czy z jej przyjaciółką Roksaną?

— Ciocia rozmawiała z panem w takim dziwnym języku, że ja nic z tego nie rozumiałam. Ale, gdy rozmawiali, często spoglądali w moją stronę, a wtedy bardzo się bałam. Mieli takie dziwne oczy.

— Dziwne? To znaczy jakie? — zapytał zdziwiony Szymon.

— Błyszczały im jak kotu? — podpowiedziała Laura.

— Właśnie takie — potwierdziła jej przypuszczenie, że porywacze byli pod wpływem narkotyku.

— Teraz jesteś już bezpieczna, kochanie — udobruchała małą. — Już ci nic złego nie zagraża.

Resztę podróży przejechali w milczeniu. W momencie, gdy wjechali na drogę, która prowadziła do ich osady, Laura rozbudziła się na dobre i poprosiła Szymona, by natychmiast się zatrzymał.

— Co się stało? — zapytał zdziwiony i zjechał na pobocze.

— W twoim domu czekają na nas niespodziewani goście. Co robimy? — zapytała z ociąganiem, patrząc na śpiącą dziewczynkę.

— Wiesz, kim oni są?

— To ktoś bardzo ważny, szczególnie jeden z nich, ale ktoś mi mówi, że będziemy musieli się z nim zmierzyć dla dobra nas wszystkich — dodała przygnębiona.

— No to jedźmy w imię Boże! — powiedział cicho, ruszając z piskiem opon.

Zatrzymali się pod domem Orłowskich. W oknie pokoju paliło się światło, bo był już późny wieczór. Szymon wyjął torbę podróżną i podał ją dziewczynie, a sam wziął na ręce śpiącą córeczkę. Zanim weszli do domu, wyszła im naprzeciw jego matka.

— Synu, mamy gości — powiedziała cicho, otwierając drzwi na oścież, aby syn mógł przejść swobodnie obok niej. — O, mój Boże, odnaleźliście mojego Okruszka — westchnęła z ulgą na widok śpiącej wnuczki, którą Szymon trzymał kurczowo w objęciach.

— Zaraz do nich pójdziemy, tylko się odświeżymy po podróży. Zostań z nią mamo i nie opuszczaj pod żadnym pretekstem, żeby się waliło i paliło — powiedział surowym tonem, kładąc córkę do łóżka.

Matka kiwnęła potakująco głową i gdy usiadła na brzegu posłaniu, na którym leżała wnuczka, długo się przyglądała jej w milczeniu. Ukradkiem wytarła łzy, które popłynęły jej ze wzruszenia, którego nie zamierzała ukrywać przed synem. Szymon uśmiechnął się z czułością.

— Teraz już nic nas nie rozłączy. Możesz być spokojna, mamo — powiedział ściszonym głosem, stojąc w drzwiach pokoju, po czym zdecydowanym krokiem poszedł do łazienki, gdzie zastał Laurę, która obmywała sobie twarz i ręce.

— Wchodzimy razem czy sam mam wejść? — zapytał, podając jej ręcznik.

— I tak się dowiedzą, że byłam z tobą. Jak sam widzisz, moja misja nie jest jeszcze skończona.

— Poczekaj chwilę, ja również muszę się umyć, bo ręce lepią mi się od potu. Zdaje się na ciebie, Lu. Ty tu rządzisz.

Weszli do pokoju w bojowym nastroju. Po wczorajszym dniu, nic już nie mogło ich bardziej zaskoczyć, nawet ta niespodziewana wizyta trzech mężczyzn. Najstarszy z mężczyzn był po sześćdziesiątce, miał szpakowate, krótko przycięte włosy, a czarne oczy lśniły matowym blaskiem. Biła od niego buta i pewność siebie, dwaj pozostali byli pewnie jego ochroniarzami, bo stali tuż za nim i mieli służalcze miny. Gość na ich widok natychmiast podniósł się z krzesła.

— Witam, panów. Szymon Orłowski. Co was do mnie sprowadza? — zapytał na pozór spokojnie, choć serce mocno kołatało mu w piersi.

— Nazywam się: Roger Barron, a to moi ludzie. Przykro mi, że poznajemy się w takich okolicznościach — odezwał się mężczyzna łamaną polszczyzną. Przez długi czas przyglądał się im obojgu, a potem gardłowym głosem powiedział coś niezrozumiałego do swoich ludzi. Szymon spojrzał na najpierw na nich, a potem pytającym wzrokiem na stojącą obok niego Laurę.

— Myślę, że nie będzie z tym żadnego kłopotu i chętnie przetłumaczę pana prośbę — powiedziała po francusku, co bardzo zdumiało nie tylko gości, ale i Szymona. — Dowiemy się wreszcie, panowie, po co do nas przyjechaliście? — Laura nie była zbyt grzeczna, co dała wyraz swojej zdecydowanej postawie, stojąc przed nimi wyprostowana z założonymi rękami na piersiach.

— Kim pani jest? — zapytał twardo mężczyzna, nie spuszczając z niej piwnych oczu.

— Jestem kobietą tego mężczyzny i przybraną matką dla jego córeczki — skłamała.

— Rozumiem — przytaknął tylko i usiadł na krześle, wzdychając ciężko.

Laura i Szymon również usiedli, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia ze strony gościa, który sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego.

— Szymonie, przynieś wodę z lodówki. Panowie są spragnieni.

Po chwili Laura wyjęła szklanki z kredensu i postawiła je na stole dla nich wszystkich.

— Dziękuję — powiedział, kiedy wypił prawie jednym haustem całą zawartość szklanki.

— Proszę się nie krępować. Pijcie, panowie — zachęciła ochroniarzy.

— Przyjechałem, aby porozmawiać, a właściwie prosić pana, aby odsprzedał mi pan domek dla lalek, który był własnością naszej rodziny przez trzy pokolenia. Kupił go mój dziadek dla mojej matki — wyznał.

— To dlaczego został wystawiony na Allegro? — zapytał Szymon, który domyślił się, o czym rozmawiali.

— Roksana, moja córka, poślubiła mężczyznę, który w perfidny sposób ją oszukał i okradł. Nie tylko ze czci, ale z klejnotów i pieniędzy. Moja córka jest poważnie chora. Obecnie Sara jest dla mnie darem niebios i to od niej właśnie dowiedziałem się, że jej własna matka odebrała jej ulubioną zabawkę, twierdząc, że z niej wyrosła. Postąpiła niegodnie. Pod wpływem męża stała się bardzo interesowna, we wszystkim widzi korzyść. Z internetu dowiedziałem się, że pan go kupił — wyznał szczerze mężczyzna, który sprawiał wrażenie coraz bardziej słabego.

— I co pan proponuje w zamian? — zapytał Szymon po angielsku.

Laura przetłumaczyła jego słowa.

— Dam więcej, niż za niego zapłaciliście — odparł gość zmęczonym głosem.

— To znaczy, ile? — zapytał Szymon bardziej z ciekawości, niż z uzyskania zysku.

Mężczyzna zaproponował zawrotną sumę, która przewyższała kilkakrotną wartość domku.

— To stanowczo za dużo — zaprotestował Szymon. — Zapytaj się, czy wiedział, że porwano moją córkę? — zapytał Szymon, tracąc nad sobą panowanie.

Laura przetłumaczyła jego słowa.

— Ja nie miałem z tym nic wspólnego. To zapewne mąż Roksany, ten plugawy wąż i jego kamraci, posunęli się do porwania pana córeczki — powiedział słabnącym głosem, a po chwili osunął się głową na stół.

Jego ludzie podbiegli do niego i zaczęli wykrzykiwać w panice chaotyczne słowa, które za wiele nic im nie mówiły.

Laura wzięła sytuacją w swoje ręce.

— Uciszcie się, panowie! On jest chory! Za chwilę poczuje się lepiej! — powiedziała uspokajająco.

Mężczyźni umilkli zaskoczeni. Laura włączyła bezprzewodowy czajnik i przygotowała saszetkę herbaty, mocno ją słodząc. Potem lekko ją wystudziła i przytknęła kubek do ust mężczyzny. Dała mu spokój, gdy wypił prawie całą jego zawartość.

— Być może, cukrzyca jest u nich chorobą dziedziczną — powiedziała cicho do Szymona.

Gdy gość poczuł się znacznie lepiej, wtedy usiadła obok niego z uśmiechem.

— Nie może pan doprowadzać się do takiego stanu. Musi pan bardziej kontrolować poziom cukru — powiedziała karcącym tonem.

— Skąd pani wiedziała o mojej chorobie? — zapytał już nieco pewniejszym głosem.

— To typowe objawy diabetyka — szepnęła, nachylając się w jego stronę.

Mężczyzna spojrzał na nią z jeszcze większym zdumieniem, niż przed chwilą, zanim usłyszał w jej ustach swój ojczysty język.

— Czy to możliwe? — zapytał zdziwiony.

— Co takiego? — zapytała Laura z niepokojem.

Mężczyzna milczał i długo spoglądał na młodą kobietę, która siedziała obok niego i nie pozwoliła mu umrzeć, choć prawie go nie znała.

— Pani narzeczony jest prawdziwym szczęściarzem — odezwał się, kiedy przyszedł już do siebie.

— Naprawdę?

— Dotąd nie spotkałem tak pięknej, inteligentnej kobiety i do tego całkowicie bezinteresownej.

— Nie musi mi pan pochlebiać, monsieur Barron. Z trudem odnaleźliśmy córeczkę Szymona, pokonując wiele niebezpieczeństw. Mamy za sobą ogromny stres, kilkugodzinną podróż samolotem i jazdę samochodem. Jesteśmy potwornie zmęczeni, podobnie jak i pan, więc nie przedłużajmy tej wizyty.

— Rozumiem, dlatego nie chciałbym, nadużywać państwa gościnności i ostatecznie się rozmówić.

— Szymonie, wyrażasz zgodę na pana propozycję?

— Domek jest własnością mojej córki. Ją trzeba o to zapytać.

Mężczyzna zdziwił się, robiąc przy tym zabawną minę.

— Pieniądze to nie wszystko, monsieur — stwierdziła Laura, widząc jego konsternację.

— Długo żyję na tym świecie, widziałem różne niegodziwości, ale należę do ludzi, którzy cenią sobie rodzinną tradycję i szlachetność serca.

— Proszę zaczekać. Pójdę do niej i zapytam, czy chce odsprzedać panu swoją ulubioną zabawkę? — Szymon wyszedł z pokoju i długo nie wracał.

Zastał córkę w objęciach babci, która z wielką cierpliwością słuchała jej opowieści.

— Jesteś bardzo dzielną dziewczynką, mój kochany, Okruszku — powiedziała do niej czule, na co dziewczynka rzuciła się w jej ramiona.

Szymon przez chwilę przysłuchiwał się wyznaniom córeczki i nie mógł uwierzyć, że Klaudia jest taką wyrafinowaną szmatą. Gdyby nie jego ojciec i jego miłość do wnuczki, Iza dałaby za wygraną i kompletnie by się załamała, ale dzięki Lu i jej darowi, odnaleźli ją, za co był jej niezmiernie wdzięczny.

— Widzę, że już odpoczęłaś, córeczko? — Szymon przysiadł na krawędzi łóżka i patrzył na swoją pociechę z dumą w oczach. — Sam nie mogę w to uwierzyć, że jesteś już w domu, maleńka — powiedział wzruszony i wziął dziecko w ramiona i mocno uścisnął. — Nie miałem okazji cię należycie przywitać, objąć i pocałować — mówił wzruszonym głosem, tuląc ją do siebie.

— Ta zła pani powiedziała, że jestem dla niej cenna. Co to znaczy, tatusiu? — zapytała, kiedy wywinęła się z mocnego uścisku ojca.

Szymon spojrzał na córkę skonsternowany, nie wiedząc, co jej odpowiedzieć, a już z całą z pewnością nie prawdę, która dla pięcioletniego dziecka byłaby zbyt szokująca.

— Nie wszyscy mają takie piękne i rezolutne córeczki. Dlatego cię porwali i żądają w zamian za ciebie okup.

— Okup? — zdziwiła się dziewczynka.

— Wyobraź sobie, że chcą twój domek dla lalek, który wcześniej należał do pewnej dziewczynki, której podstępnie go odebrano. Przyjechał po niego jej dziadek i chce go od nas odkupić, za więcej pieniążków, niż za niego zapłaciłem.

Dziewczynka zrobiła smutną minkę, ale po chwili spojrzała na ojca swoimi mądrymi i błękitnymi jak bławatki oczkami, w których było ogromne zdziwienie.

— Mój domek dla lalek?

— To długa historia. Pamiętasz, jak tata długo siedział w internecie i szukał dla ciebie coś oryginalnego na twój prezent urodzinowy?

— Pamiętam. Sama go wybrałam, choć był bardzo drogi — odparła rezolutnie dziewczynka.

— Dla mojej córeczki, nic nie było warte, nawet taki domek, który mnie kosztował wiele pieniążków. Bo to ty jesteś moim największym skarbem, kochanie.

Matka patrzyła na syna z niedowierzaniem w oczach.

— Dla tego domku porwali moją wnuczkę? — zapytała zaskoczona.

— Mamo, za ten domek mogłem kupić kawałek ziemi.

— W głowie mi się nie chce zmieścić, że on był taki drogi — westchnęła żałośnie.

— Ten pan, który do nas przyjechał, jest ojcem pani Roksany, która ma córeczkę, Sarę, mniej więcej w twoim wieku. I to właśnie jej odebrano ulubioną zabawkę.

— Tej złej pani, która tak dziwnie na mnie patrzyła, że ciarki po mnie przechodziły? Współczuję Sarze, że ma taką mamę. Ona jest złą kobietą. Dlatego wolałam, aby z jedzeniem przychodziła do mojego pokoju Klaudia, choć jej też nie lubię.

— Najpierw domek był własnością pani Roksany, a jeszcze wcześniej jej mamy, dopiero później, jej córeczki Sary. Jej mąż jest niedobrym człowiekiem, bo ukradł jej nie tylko domek, ale i klejnoty jej mamy, które były w ich rodzinie od wielu pokoleń.

— To ten pan ze srebrnym sygnetem na palcu. Brrr… — Dziewczynka obruszyła się na samo wspomnienie o nim.

— Zostawiłaś dla mnie list w skrzynce i muszę przyznać, że była to cenna dla nas wskazówka.

— Przyznaję, że nie było to łatwe. Kiedy oni byli zajęci rozmową, ja malowałam, a potem powiedziałam, że chce pozdrowić mojego tatę i narysowałam dla niego specjalną laurkę. Na szczęście Klaudia nie była zainteresowana, co narysowałam.

— Mądra dziewczynka. — Szymon ponownie uścisnął mocno córkę, aż ta pisnęła ze śmiechem.

— Tatusiu, ciocia Lu powiedziała, że będzie mnie uczyła, jak mam się bronić, gdy ktoś mnie zaatakuje, bo nikt nie jest niczyją własnością.

— Tak powiedziała? — zdziwił się Szymon, przyglądając córce z uwagą.

— Tak, powiedziała. I ja jej wierzę, tatusiu.

— Miałem okazję się przekonać, że z nią lepiej nie zaczynać. Ma czarny pas w karate. To taka dyscyplina sportowa.

— Tatusiu, oddaj im domek. Nie chcę być porywana przez jakieś głupie pudełko z lalkami. Przecież możesz mi kupić inne i jeszcze ładniejsze od tego — dodała po chwili zastanowienia.

— Czy chcesz porozmawiać z tymi panami? — zapytał ojciec.

— Chciałabym porozmawiać, ale tylko w twojej obecności i tylko z ojcem pani Roksany.

Szymona zdziwiła prośba córki, ale po chwili poprosił Francuza do pokoju. Był tak samo zdziwiony jak przed chwilą on sam, ale posłusznie poszedł za nim do pokoju.

— Bonjour, monsieur — Iza przywitała go grzecznie, siedząc nadal na łóżku z podwiniętymi nogami.

— Bonjour. Słyszałem od twojego taty, że chciałaś ze mną rozmawiać. — Mężczyzna usiadł na pobliskim krześle i ze zdumieniem spoglądał na dziewczynkę o urodzie cherubinka. — Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawy, co masz mi do powiedzenia. — Tym bardziej był zdziwiony, że dziecko mówiło w jego ojczystym języku i to całkiem poprawnie.

— Pani Roksana, pana córka, wcale nie jest chora na raka, jak wszystkim wmówiła. Słyszałam rozmowę cioci Klaudii z panią Roksaną, że użyła tego kłamstwa, bo w ten sposób chciała pozbyć się Sary, która coraz bardziej zaczęła jej ciążyć. Tak to określiła. Ona jest… — Iza na chwilę przerwała, zastanawiając się nad drugą wypowiedzią. — Tatusiu, jak się nazywa człowiek, który musi ciągle jeść coś, bo inaczej by umarł?

— Jest uzależniona? — podpowiedziała jej Laura.

— Właśnie, tak. Pewien niemiły pan przywozi jej to lekarstwo, a ona mu za nie płaci.

— Domyśliłem się, że jej mąż maczał w tym palce. Teraz wiem, dlaczego pieniądze, które otrzymała po matce, tak szybko się jej rozeszły — mówił jakby sam do siebie. — Dobrze się stało, że przyjechałem do was. Moja córka okazała się zwykłą… — chrząknął znacząco, ze względu na obecność dziecka nie chciał kończyć zdania niecenzurowanym epitetem. — Przyjechałem w sprawie domku, a dowiedziałem się, że moja córka jest narkomanką.

— Powiedziałbym, że też i lesbijką — dodał uszczypliwie Szymon.

— Co to znaczy? — zapytał zdziwiony Barron.

— Ja i Klaudia, byliśmy przez jakiś czas w związku. Dopiero Laura, moja przyjaciółka, otworzyła mi oczy na niejedno — spojrzał na dziewczynę, siedzącą obok jego córki. — Przyłapałem pańską córkę z Klaudią w jednoznacznej sytuacji w łóżku, w moim domu. Nie muszę, panu wyjaśniać chyba w jakiej, pewnie się pan już domyślił. Stąd wiedziała o domku. Nie rozumiem tylko, dlaczego robiła wszystko, aby być ze mną. — Szymon umilkł mocno zagniewany.

— Aby cię maksymalnie wykorzystać — podpowiedziała mu Laura.

— Okazało się, że pan również stał się jej ofiarą, a potem pańska córka. — Francuz spojrzał na Szymona pobłażliwie. — Gdy chodzi o kobiety, mężczyźni nie zauważają ich wad, lecz same zalety: piękne włosy, ładny biust i zgrabne nogi. — Starszy mężczyzna dał się ponieść fantazji. — Ja też przez to przeszedłem — dodał, unikając ich wzroku. — Romans z matką Roksany kosztował mnie fortunę. Nie grzeszyła intelektem, ale była urodziwa, a do tego świetnie odgrywała swoją rolę. Skończyła tak, jak żyła. Któregoś dnia po pijanemu wjechała na drzewo. Moją osłodą na stare lata została mi wnuczka Sara. Nie jest tak piękna jak ty dziecko, ale ma za to dobre serduszko.

— Proszę nie zapominać, że cukrzyca może być u was chorobą dziedziczną. Sara również może ją mieć. Byłoby dobrze już teraz zrobić jej badania — poradziła Laura.

— Wezmę to pod uwagę. Merci — powiedział, po czym podniósł się ociężale z krzesła.

— Gdy zwrócimy domek i pożegnamy panów, dołączymy do ciebie, kochanie. A wtedy wszystko nam opowiesz. A teraz pocałuj tatę.

— Kocham cię maleńka — powiedział i oddał mocnego causa.

— Ja ciebie też, tatusiu — szepnęła, przytulając do siebie pluszowego misia, który miał naderwane jedno ucho. Widać było że od dawna podzielał losy swojej pani. Laura pomyślała, że dziecko zatrzymało swoją przytulankę tylko dlatego, że była jedynym ogniwem, łączącym wspomnienie o domu i mamie, od której ją dostała.

Gdy usnęła, wtulona w swoją przytulankę, zostawili ją, nie wyłączając światła nocnej lampki. Gospodyni zaproponowała obiadokolację. Nie protestowali, bo widać było, że wszyscy byli bardzo głodni. A przed nimi była przecież długa, uciążliwa droga.

— Cieszę się, że spełnił pan swoją wolę i pana wnuczka, znowu będzie mogła bawić się swoimi lalkami. A ja, dzięki Bogu i moim dzieciom, odzyskałam wnuczkę całą i zdrową. Cała ta historia przeraziła nas i prawdę mówiąc, chwilami traciłam już nadzieję i gdyby nie Laura… — spojrzała na dziewczynę porozumiewawczym wzrokiem. — Może nigdy byśmy jej nie odnaleźli.

— Bardzo państwa przepraszam, że moja córka brała udział w jej porwaniu. Zostanie przykładnie za to ukarana, podobnie, jak i jej przyjaciółka, która zapewne je zaaranżowała. Mój zięć pewnie był również w to zamieszany. Odkąd go pamiętam, był manipulantem i liczył na łatwy zarobek. Domek był tylko pretekstem i przykrywką, do zdobycia większych pieniędzy. Tylko niepotrzebnie ucierpiało przy tym niewinne dziecko — wyznał mężczyzna pokornym głosem.

— Ale na szczęście, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Zapraszam panów na obiadokolację — zaproponowała gospodyni szerokim gestem, wskazując krzesła, a sama pobiegła do kuchni.

— Czym chata bogata, tym rada — powiedziała zadowolona, kładąc na stół wazę z gorącym rosołem, i półmisek z gołąbkami w sosie pomidorowym.

— Muszę przyznać, że dobrze pani gotuje. — Gość uśmiechnął się do pani domu, zjadając z apetytem zupę.

Laura przetłumaczyła ostatnie zdanie z pogodnym uśmiechem.

— Skoro mnie pan tak zachwala, to poczęstuję panów moją szarlotką — odparła na to uśmiechnięta.

Podczas posiłku żadne z nich prawie nie odezwało się, dopiero po obiedzie Francuz wydał polecenie jednemu ze swoich ludzi, a ten po chwili wrócił z czarną walizeczką.

— To, jak robimy? — zapytał, kładąc ją na stół.

— Moja córka wyraziła zgodę. Proszę zaczekać. — Szymon zostawił ich na chwilę samych.

Zanim Laura wręczyła pudło Francuzowi, w którym były osobno zapakowane domek i lalki, zauważyła uśmiechniętą twarz mężczyzny. Szymon również zauważył jego pogodną twarz.

— Czy warto było poświęcać życie mojej córeczki dla tej zabawki? — zapytał go Szymon.

— Nic nie dzieje się bez powodu, młody człowieku — odparł na to mężczyzna zmienionym głosem. — Wierzę, że w tym wszystkim maczały palce same niebiosa. — Jednego dnia pan odnalazł swoją córkę, a ja być może odzyskałem na nowo swoją rodzinę. Może dla Roksany nie jest jeszcze za późno? Dzięki pana córeczce, otworzyły mi się oczy na pewne sprawy. Roksana pójdzie na terapię. Medycyna dzisiaj czyni cuda. I zrobię wszystko, aby zostawiła tego utracjusza, swojego męża, który przyczynił się do porwania pana córeczki — westchnął z żalem w głosie.

Negocjacje z odsprzedażą domku odbyły się szybko. Francuz otworzył walizeczkę i pokazał zdumionemu Szymonowi jej zawartość, w której leżały nowiutkie stosiki euro.

— To stanowczo za dużo. Dałem za niego o wiele mniej — zaprotestował Szymon, odsuwając ją od siebie z prawdziwym oburzeniem.

— Wiem, ile pan zapłacił, ale pana rozterki, nerwy, wydatki związane z poszukiwaniem i nieprzespane noce pana matki, kosztowały o wiele więcej. Proszę przyjąć je w ramach rekompensaty. A swojej dziewczynie proszę kupić ładną biżuterię, zasługuje na to — mówiąc to, ujął dłoń Laury i złożył na niej szarmancki pocałunek.

Dziewczyna wyjęła dłoń z rąk mężczyzny i ze znaną już Szymonowi powściągliwością pożegnała gości. Mężczyźni poszli w jej ślady. Szymon wyprowadził ich aż za bramę, a gdy ci tylko odjechali czarną limuzyną, wrócił do domu.

— Dobrze, że już sobie pojechali, wreszcie jesteście wszyscy w domu. Dzisiaj będę mogła normalnie zasnąć — powiedziała matka do Szymona, który usiadł obok niej.

— Wszystko dobre, co się dobrze kończy, mamo — odparł syn, obejmując ją ramieniem. — Pójdę do nich. Pewnie Laura i Iza są bardzo głodne. Po drodze zjedliśmy tylko kilka kanapek i trochę krakersów. A przy stole nic nie tknęła, bo była zajęta tłumaczeniem naszej rozmowy.

— Nie obawiaj się o Izę, już ją nakarmiłam. — Z czułością spojrzała w stronę sypialni. — Patrzę na was i jeszcze nie mogę uwierzyć, że to prawda, a nie sen — westchnęła matka, wychodząc do kuchni, by syn nie zauważył jej łez.

— Nie płacz, mamo. Wreszcie mamy już to za sobą — westchnął zmęczonym głosem, całując matkę w policzek. — Ale powiem ci coś, co powinno cię bardzo ucieszyć. Nie wracamy do tamtego domu. Jutro wystawię go na sprzedaż. Chcę zamieszkać blisko ciebie, abyś miała Izę przy sobie.

Paulina spojrzała na syna z czułością i pogłaskała go po policzku.

— Wreszcie zrozumiałeś, synku, że pieniądze to nie wszystko. To dobrze, bardzo dobrze dla nas wszystkich.

— Masz rację. Wreszcie zrozumiałem, jakim byłem głupcem. Teraz to się zmieni, mamo. — Objął matkę i mocno wyściskał. — Wybacz, ale zajrzę do nich. Laura nie spała prawie dwie doby. Pewnie chciałaby wrócić czym prędzej do domu. Odwiozę ją.

Gdy wszedł do pokoju, spostrzegł, że dziewczyna leży na łóżku, a obok przytulona do jej piersi jego córka. Na białej poduszce zmieszały się ich włosy, ciemne z jasnymi. Stał przez chwilę przy łóżku i patrzył na nie z czułością. Laura odwróciła się w jego stronę.

— Nie mogłam usnąć, za dużo emocji — szepnęła, usiłując wstać z łóżka, Szymon podał jej dłoń.

— Jesteś pewnie głodna?

— Jestem głodna jak wilk — roześmiała się cicho.

— W takim razie, mama zaprasza nas na obiadokolację.

— Teraz wcale się nie dziwię, że Ezaw oddał swoje pierworództwo Jakubowi za miskę soczewicy. Był pewnie taki głodny, jak ja teraz — powiedziała z rozbawieniem, siadając za stołem. Zjadła z apetytem rosół, a potem drugie danie, szarlotki również nie odmówiła.

— Masz szczęście, że twoja przemiana materii dobrze działa, bo w przeciwnym razie wyglądałabyś jak baryłeczka — odparł z rozbawieniem, patrząc na Laurę, jak pochłaniała z apetytem smaczny posiłek.

— Myślę, że mój apetyt, to oddziaływanie na miniony stres. Dużo się działo, ale na szczęście, mamy już to za sobą. — Nie mogła jednak powstrzymać ziewania. — Przepraszam, nieprzespane noce dają o sobie znać.

— Mieliście wiele szczęścia, że odnaleźliście moją wnuczkę w tak krótkim czasie. Myślałam, że już nigdy jej nie zobaczę. Jestem ci wdzięczna Lu, za okazaną pomoc. A przecież wiem, jaka jesteś zajęta. Twoja babcia mówiła, że już za tobą telefonowali.

— Nic dziwnego, bo nie zabrałam ze sobą służbowej komórki. Nie chciałam, aby mnie rozpraszali, a poza tym, mam jeszcze kilka dni urlopu — odparła z ociąganiem, nie chcąc wyznać Szymonowi, czym tak naprawdę się zajmuje.

— Zostaniesz u nas na noc, czy mam cię podwieźć do domu? — zapytał Szymon, coraz bardziej zaintrygowany nową przyjaciółką.

— Babcia już wie, że wróciliśmy, bo przed chwilą pozwoliłam sobie skorzystać z waszego telefonu. Dziękuję za pyszny obiad, pani Paulino — pocałowała starszą panią w policzek. — Muszę już iść, bo za chwilę usnę na stojąco. Dopiero teraz poczułam zmęczenie.

— Dziecko, nie wiem, jak mam ci podziękować za to, co dla nas zrobiłaś — w oczach kobiety zabłysły łzy wzruszenia.

— Mam nadzieję, że to ze szczęścia, pani Paulino. Tak naprawdę, to pomogli nam Szczepan i dziadek Stanisław, i moja prababka Rita.

— Codziennie dziękuję Bogu, że ma nas w swojej opiece przez nasze Anioły. — Wzięła ją jeszcze raz w ramiona i mocno uścisnęła. — Dziękuję.

— Pani wie, że chętnie pomagam innym, gdy tylko mnie o to proszą.

Zanim weszła do samochodu, dla orzeźwienia zaczerpnęła kilka głębszych oddechów wieczornego powietrza.

— Za chwilę i ty znajdziesz się w swoim łóżeczku — odezwał się po chwili Szymon, widząc jej starania, które najwidoczniej były ponad jej siły, bo weszła do samochodu i zamknęła oczy.

— Mam wrażenie, że za chwilę odpłynę. Jestem bardzo zmęczona. Dopiero teraz odczułam brak snu — mówiła cicho, patrząc na mijane domy.

— Powiedz, co powiedział ci Francuz, zanim pocałował cię w rękę?

— Wziął mnie za twoją narzeczoną i zasugerował, abyś kupił mi biżuterię, bo w pełni na nią zasłużyłam — wyszeptała.

— Ach, tak. I co jeszcze mówił?

Nie odpowiedziała na jego pytanie, bo zasnęła. Szymon zatrzymał się pod domem pani Wysockiej. Wyszedł z samochodu, otworzył sobie bramę i podjechał pod drzwi. W oknie natychmiast zapaliło się światło, a po chwili w drzwiach ukazała się uśmiechnięta Katarzyna. Była w szlafroku, ale najwidoczniej na nich czekała.

— Przywiozłeś je obie, prawda? Lu nie była zbyt wylewna, dowiedziałam się tylko, że jesteście już na miejscu.

— Tak, pani Kasiu. Odnaleźliśmy ją. Dzięki pani wnuczce i… wiadomo dzięki komu jeszcze. Usnęła w drodze z mojego domu. Jest bardzo zmęczona. Zaniosę ją do jej pokoju. — Nie czekając na jej pozwolenie, uniósł dziewczynę z siedzenia i wszedł prosto do domu.

Pani Katarzyna otworzyła przed nim szerzej drzwi.

— Na tylnym siedzeniu leży jej plecak. Gdyby pani mogła…

— Oczywiście. Przyniosę go.

Szymon zaniósł Laurę do jej pokoju i ułożył wygodnie na łóżku. Zdjął jej z nóg sandałki i okrył kocem. A potem, jakaś niewidzialna siła, kazała mu przy niej usiąść, więc usiadł i patrzył na śpiącą dziewczynę. Leżała nieruchomo, miarowo oddychając, nieświadoma, że obok niej siedzi mężczyzna, który kiedyś od niej uciekał, gdzie pieprz rośnie, a dzisiaj wpadł z kretesem w jej sidła, które nie ona na niego zarzuciła, ale nieziemskie moce, z którymi nie ośmielał się nawet walczyć. W tym przeświadczeniu pochylił się nad nią i pocałował w lekko rozchylone usta. Westchnęła tylko i wtuliła policzek w miękką poduszkę.

— Dziękuję. Nie tylko odnalazłaś Izę, ale dałaś mi siłę i nadzieję na nowe życie — powiedział ze wzruszeniem w głosie. Zanim wyszedł, zatrzymał się w drzwiach i spojrzał jeszcze raz na śpiącą dziewczynę. Był pewny, że pozostawia ją pod opieką Wybranych z jej rodziny i Aniołów, którzy sprzyjali dobrym ludziom, takimi jak ona.

5

Pojechała do prokuratury następnego dnia. W gabinecie szefa już na nią czekali współpracownicy, bo zza drzwi słyszała ich rozmowę. Gdy tylko weszła do obszernego pomieszczenia, trzej mężczyźni natychmiast powstali z wygodnych, skórzanych foteli z szerokimi uśmiechami na ustach. Nie mogła zaprzeczyć, że byli przystojni, eleganccy i elokwentni oraz pedantyczni we wszystkim, cokolwiek robili. W jasnych garniturach i markowych koszulach, wyglądali jak profesjonaliści w swoim fachu do walki z przestępczością każdego rodzaju, tyle że na sali sądowej.

— Cieszę się, że przyjechałaś, Lauro, choć wcale nie musiałaś. Zostało ci jeszcze kilka dni urlopu — pierwszy odezwał się do niej prokurator: Ambroży Narsaj, jej szef.

Choć był najstarszy z nich, był tak samo przystojny i ujmujący jak oni. Miał czarne włosy, przyprószone na bokach siwizną, co dodawało mu osobistego uroku i przenikliwe ciemno-zielone oczy. Rzadko się uśmiechał, ale gdy to robił, ukazując przy tym piękne zdrowe zęby, jego twarz młodniała. Szanowała go za ogromną wiedzę, lotność umysłu, a przede wszystkim dlatego, że był wspaniałym i dobrym człowiekiem. Cenił swoich pracowników za ich zaangażowanie, pracowitość i znakomite efekty. Był postrachem wszystkich złoczyńców, których karał bez cienia najmniejszego zrozumienia dla ich słabości. Podniósł się z wygodnego fotela i na przywitanie podał jej rękę, którą mocno uścisnął.

— Doskonale pan wie, że nie śmiałabym odmówić — zaprotestowała z lekkim uśmiechem, potrząsając głową, aż długie włosy zatańczyły wokoło niej, roznosząc zapach jej eleganckich perfum, które kupiła sobie na francuskim lotnisku.

Mężczyźni odruchowo wciągnęli kwiatowy zapach, który ich owionął. Odnieśli wrażenie, jakby do szarego pokoju wpadł promień słońca, lub wkroczyła kolorowa wiosna. Zazdrościli szefowi jego relacji z ich koleżanką, które były bardziej spontaniczne i serdeczne.

— Zapewniam cię, że mogłaś — odparł serdecznym tonem, szczerze ciesząc się na jej widok.

— Witam, panów. — Uśmiechnęła się i przywitała z pozostałymi mężczyznami, którzy byli także prawnikami i pracowali w tej samej kancelarii prawniczej.

Byli dużo młodsi od swego szefa, ale za to bardzo ambitni i pracowici.

— Miło cię znowu widzieć, Lauro — powiedział dość powściągliwie, najprzystojniejszy z nich, czarnowłosy Nikolas Klaus, zwany krótko Niko.

— Jesteś jak zawsze piękna. — Artur Kotwica był w tym samym wieku co Niko i nigdy nie pominął żadnej okazji, by przypodobać się pięknej pani mecenas, co Laurę zamiast wprawiać w samouwielbienie, wprawiało w zakłopotanie.

— Nie starajcie się prawić mi czczych komplementów, bo znam swoją wartość — odparła pewnym głosem i usiadła tyłem do okna, naprzeciw nich. — No, na co czekacie, zamieniam się w słuch — odezwała się, zdejmując bawełniany biały żakiet, który przerzuciła niedbale przez poręcz fotela, na którym usiadła z nogą na nodze. Jej czarna sukienka bez rękawów obnażyła opalone i szczupłe ramiona, a piękne i długie włosy, które były rozjaśnione słońcem tego lata, bo nigdy nie farbowała włosów, ani nie robiła żadnego balejażu, lśniły w słońcu niesamowitymi refleksami, począwszy od rdzawego brązu po dojrzały kasztan.

Mężczyźni spojrzeli po sobie niepewnym okiem, bo widok koleżanki zawsze absorbował ich uwagę i nieco ich rozkojarzał. Dlatego szybko przenieśli wzrok z atrakcyjnej kobiety na szefa. To on pierwszy rozpoczynał rozmowę i przedstawiał konspekt zaczętej sprawy. Miał decydujący głos, kiedy należy przerwać cichą adorację pięknej pani mecenas, która stanowiła prawdziwą zagadką i dla niego.

— Myślałem, że chcesz nieco ochłonąć. Może najpierw napijesz się czegoś? — zaproponował grzecznie.

— Dzięki, ale po drodze wypiłam prawie całą butelkę wody niegazowanej.

— Koledzy mają rację, Lauro. Patrząc na ciebie, przyłączam się do ich opinii, że urlop ci posłużył, bo wyglądasz rewelacyjnie!

— Dziękuję, choć nie sądzę, abym przez te dwa miesiące aż tak bardzo się zmieniła.

— Lauro, jesteś pierwszą kobietą, która reaguje na komplementy w ten sposób. — Prokurator Narsaj obrzucił uważnym spojrzeniem Laurę, która dla niego była wielką zagadką.

— Powiem krótko, wprawiają mnie w zakłopotanie — ucięła rozmowę. — No, więc słucham…

— Zazwyczaj piękne kobiety wykorzystałyby swoje wdzięki, do wiadomo jakich celów — wtrącił Kotwica.

Laura zmierzyła go ostrym spojrzeniem, pod którym Artur zmieszał się i spuścił głowę.

— Nie chciałem być niegrzeczny, źle mnie zrozumiałaś…

— Nie pochlebiaj sobie zanadto, nie obraziłeś mnie — mówiąc to Laura, przeniosła wzrok na skupioną i poważną twarz szefa.

— Trzy dni temu zamordowano dyrektora jednego z największych hoteli w naszym mieście. Znasz hotel „Pod Złotym Pawiem”? — gdy przytaknęła, ciągnął dalej. — Koniecznie ktoś chce nas przekonać, abyśmy myśleli, że Tadeusz Bukowski, właściciel hotelu, był powiązany z mafią narkotykową, która rozprowadza narkotyki w naszym mieście.

— I?

— Na miejscu zbrodni, w jego gabinecie policja nic nie znalazła.

— O ile mi wiadomo był żonaty.

— Żona przyjechała dopiero na interwencję policji tego samego dnia, w którym zamordowano jej męża.

— A co z jego dwoma synami?

— Jeden przebywa na kontrakcie w USA, drugi jeszcze studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. Jeden i drugi są geniuszami informatyki. Sprawdzono ich alibi. Tego dnia, w którym zginął ich ojciec, obydwaj byli poza granicami kraju. Dla nich wakacje jeszcze trwają.

— A co wykazała sekcja?

— Denat umarł przez uduszenie, ale ktoś zrobił to w rękawiczkach. Morderca nie zostawił po sobie żadnych śladów.

— Żadnego podejrzanego, żadnego winnego. Przesłuchaliście wszystkich pracowników?

— Policja już to zrobiła i spisała zeznania z każdym, kto miał dyżur tego dnia.

— Wypiszcie mi nazwiska wszystkich zatrudnionych i ich stanowiska, a ja odwiedzę w prosektorium naszego denata. — Podniosła się z wdziękiem z fotela, narzuciła żakiet na ramiona i wyszła, pozostawiając po sobie kwiatową nutkę ekskluzywnych perfum.

— No cóż panowie, macie zadanie do wykonania — powiedział prokurator i wyszedł za panią mecenas z budynku sądu.

— Chyba nie myślisz, że poślę cię tam samą? — zapytał, otwierając przed nią drzwi swojego auta.

— Już myślałam, że każesz mi przejść kilka przecznic na tych niebotycznie wysokich i cholernie niewygodnych szpilkach — roześmiała się odprężona.

— Jeśli chcesz być piękną, musisz trochę pocierpieć — zawtórował jej. — Cieszę się, że wróciłaś — dodał poważnym tonem. — Brakowało nam ciebie. No i muszę przyznać, że wejście miałaś znakomite! Przyznaj się, gdzie spędziłaś ten urlop? Na Karaibach czy w Grecji? Jesteś pięknie opalona i twoje oczy błyszczą jak u kota. — Teraz jego oczy śmiały się wraz z jego ustami.

— Spędziłam weekend w zamku nad Loarą. Pogoda dopisała, stąd ta opalenizna — skłamała.

— Z nim czy bez niego?

— Z nim.

— A więc stąd te błyszczące oczy. Uchylisz rąbka tajemnicy? I powiesz mi wreszcie, kim on jest?

— Przyjacielem.

— Myślisz, że uwierzę?

— Twoja sprawa.

— Przecież widzę, że coś przede mną ukrywasz.

— Miałam ważną misję do spełnienia. Szkoda tylko, że tak krótko trwała, nawet nie nacieszyłam się widokiem zamków nad Loarą. Byłam tylko w jednym.

— I co? Udała się?

— A jak myślisz? — zaśmiała się promiennie.

— Przedtem nie byłaś taka radosna.

— Naprawdę? W takim razie muszę jeszcze popracować nad swoim wizerunkiem.

— Nie musisz. Jesteś nie tylko piękną kobietą, ale przede wszystkim, znasz swoją wartość, jak sama powiedziałaś. I z tym tajemniczym uśmiechem jest ci naprawdę do twarzy.

Laura nie skomentowała komplementu szefa, choć nie ukrywała, że sprawił jej przyjemność. Na miejsce przyjechali w chwilę potem. Zanim wyszła z samochodu, szpilki zamieniła na wygodne tenisówki, które wyjęła wcześniej z bagażnika. Zdjęła też żakiet, który zawiesiła na wieszaku obok drzwi samochodu. W prosektorium zastali znajomego lekarza: Fabiana Kręglickiego, który robił sekcję nieznajomemu denatowi.

— Cześć, Fabian! — Przywitali go jednocześnie skinieniem ręki.

— Witam serdecznie. Wy zapewne w sprawie Bukowskiego? — Przywitał ich szerokim uśmiechem, odkładając urządzenie, którym rozciął denatowi klatkę piersiową. — Nawet w czasie urlopu nie dają ci spokoju? — próbował zagaić rozmowę pierwszy.

Laura się uśmiechnęła.

— Znasz to powiedzenie: służba, nie drużba. Pogadajcie sobie, ja tu z nim chwilkę posiedzę. — Włożyła na siebie ochronny fartuch i rękawiczki i podeszła do stołu, na którym leżał ich denat.

Odwinęła białe prześcieradło. Na szyi ofiary widoczne były przebarwienia. Wynik sekcji był jednoznaczny: śmierć przez uduszenie. Nie było żadnych wątpliwości. Ale kto to zrobił? I dlaczego? Pomożesz mi Ted czy mamy bawić się w zgaduj zgadulę? Poznała kiedyś tego mężczyznę na jakimś szkoleniu. Był przystojny, bogaty i ujmujący. Był bezpośredni w kontaktach, ale nienachlany. Tego samego dnia poprosił ją, aby nazywała go po imieniu, na co chętnie przystała, bo był czarującym i poprawnym mężczyzną. Szybko zostali przyjaciółmi. Ceniła go za wielkoduszność, którą okazywał w dotacjach na Schroniska Młodzieżowe i Domy Dziecka. Były to niemałe sumy, choć nie każdy o tym wiedział. Ona wiedziała.

— Czy rzeczywiście hotel przynosił ci krocie? — zapytała cicho. — A może to prawda, że zadawałeś się z tymi od narkotyków?

Obeszła stół i stanęła tyłem do przeszklonej ściany, za którą znajdowali się dwaj mężczyźni. Kątem oka widziała ich zainteresowanie swoją osobą.

— Chcesz w końcu, abym ci pomogła czy nie? — zapytała, nachylając się nad jego twarzą.

— Wiedziałem, że tylko ty możesz wyciągnąć mnie z tego bagna i oczyścić moje imię — odparł, stojąc tuż za nią, ubrany w ten sam garnitur, w którym widziała go ostatnio.

— Kto to był? — zapytała z widoczną ulgą.

Mężczyzna stanął teraz przed nią i uśmiechnął się krzywo.

— Przyszedł porozmawiać w sprawie wynajmu sali konferencyjnej, tak powiedział w recepcji. Gdy wszedł do gabinetu, byłem pochylony nad biurkiem i nie zdążyłem mu się dobrze przyjrzeć. Zaszedł mnie od tyłu i zaczął mnie dusić. Zaciskał dotąd, dopóki nie wyzionąłem ducha. Zrobił to tak szybko, że nie zdążyłem nawet jęknąć.

— Myślisz, że ma to związek z mężczyzną, który proponował ci handel kokainą?

— Sam nie wiem. Pieniądze nie były mi potrzebne. Miałem ich dosyć. Hotel dobrze prosperował. Dlatego kategorycznie odmówiłem. Nie chciałem szargać sobie opinii. Długo na to pracowałem, aby mój hotel uzyskał miano najlepszego w mieście.

— A może to był odwet, za to, że odmówiłeś współpracy?

— Sam nie wiem.

— Komu przypadłyby udziały po twojej śmierci?

— Mojej żonie.

— Chcesz powiedzieć, że twoja żona mogła kogoś wynająć, aby cię zamordował?

— Być może. Umarł król! Niech żyje królowa! Najbardziej logiczne potwierdzenie mojej śmierci. — Wzruszył niedbale ramionami.

— Masz na to dokumenty?

— Są w sejfie, za obrazem.

— Podasz mi szyfr, czy sami mamy go otworzyć?

— Musielibyście rozwalić mi pół ściany, a wystarczy wpisać tylko jedno hasło: Morgana13

— I tylko tyle?

— Nie wystarczy? Nie zapominaj, że mam dwóch znakomitych informatyków. To był ich pomysł z założeniem kamer i monitorowanie całego hotelu.

— W swoim gabinecie też go założyłeś?

— A jak myślisz? Pewnie, że tak. Mam każdą jedną z posiedzenia i ważniejszych obrad, szczególnie przydawała się, kiedy zabrakło protokólantki. I kiedy wychodziłem z gabinetu, miałem pełną kontrolę nad tym, kto wchodził i z niego wychodził.

— Mam rozumieć, że morderca byłby na ostatnim nagraniu?

— Prawdę mówiąc, zapomniałem ją wyłączyć, więc wszystko jest na nagraniu.

— To znaczy, że musimy natychmiast pojechać do twojego hotelu i zabezpieczyć ostatnie płyty CD, szczególnie tę z dnia twojej śmierci.

— Przedtem lepiej zadzwoń, bo Alicja, moja sekretarka jest dobrą dziewczyną, ale ciut naiwną — poradził jej.

Laura wyjęła telefon komórkowy i wystukała numer kontaktowy hotelu, który jej podał.

— Tu, Laura Wysocka, za chwilę przyjedziemy z prokuratorem po dokumenty, które zostawiliśmy w gabinecie pani szefa. Pod żadnym pozorem proszę, nikogo tam nie wpuszczać. Nawet pani Bukowskiej, nikogo z członków tej rodziny — powiedziała dobitnie, akcentując szczególnie ostatnie zdanie.

Zdjęła fartuch i kiwnęła głową w stronę rozmawiających mężczyzn.

— Czas na nas, panie prokuratorze — powiedziała nieco głośniej i nie czekając na niego, wyszła przed budynek.

— Domyślam się, że już coś masz. — Spojrzał na nią znacząco, a po chwili usiadł za kierownicą, a ona obok niego.

— Jedziemy prosto do hotelu, musimy obejrzeć ostatnie nagrania z kamer wizyjnych — mówiła, na powrót wkładając na nogi niewygodne szpilki.

Prokurator Narsaj często był zaskakiwany przez Laurę Wysocką. Nie dociekał bliżej, skąd wiedziała, gdzie czego szukać, ale zawsze to coś lub tego kogoś odnajdywała. Ich zadaniem było winowajcy udowodnić i wygrzebać przeciwko niemu niezbite dowody, które były często wykopywane niemal spod ziemi. Ale zawsze dzięki niej, odnajdywali je i sprawiali, że winnych kary nie omijały. Zyskała sobie szacunek i jego poważanie, ale niestety i wrogów, ale tym przejmowała się najmniej, bo jej Aniołowie zawsze ją przed nimi przestrzegali.

Kiedy weszli do gabinetu dyrektora, zastali w sekretariacie tylko wystraszoną sekretarkę, która miała zaczerwienione oczy, jakby przed chwilą płakała.

— Czy ktoś ci sprawił przykrość? — zapytała ją Laura spokojnym głosem.

Dziewczyna mocno zmieszana spojrzała na nią, w pośpiechu wrzucając chusteczkę do kosza.

— Była tu żona szefa. Kiedy nie pozwoliłam jej wejść do gabinetu męża, strasznie na mnie nakrzyczała — wyznała.

— Rozumiem. Dobrze pani zrobiła i proszę się tym akurat nie martwić. Proszę, otworzyć nam gabinet, musimy coś jeszcze sprawdzić. Czy kamery są zamontowane w holach, na każdym piętrze?

— Szef szczególnie dbał o bezpieczeństwo gości i pracowników. Dlatego kamery są na każdym piętrze hotelu. To był jego konik.

— Powinny nam ułatwić pracę. Kto zajmował się monitoringiem?

— Nasz portier odszedł na emeryturę, ale na jego miejsce szef zatrudnił nowego. Właśnie jego zobowiązał do codziennego zdawania płyt. Szef osobiście sprawdzał, czy w jego hotelu jest wszystko w należytym porządku.

— Proszę sprawić, aby przez najbliższe pół godziny nikt nam nie przeszkadzał — poprosił prokurator.

— Oczywiście. Rozumiem — odparła pewniejszym głosem i otworzyła gabinet szefa kluczem.

Kiedy sekretarka zostawiła ich samych, Laura zdjęła ze ściany olejny obraz i położyła go ostrożnie przy kanapie.

— Nie muszę pytać, skąd znasz do niego szyfr — roześmiał się cicho.

— Lepiej nie pytaj. Chyba nie chcesz, abym skłamała — odparła.

Otworzyli sejf i wyjęli z niego płyty CD. Byli zainteresowani tą z najpóźniejszą datą. Na niższej półce leżały kasetki z biżuterią i masę pieniędzy: równe stosiki dolarów, euro i polskiej waluty. A więc Ted mówił prawdę. Hotel dobrze prosperował. Włożyli płytę do laptopa stojącego na biurku. Ted miał rację, mówiąc, że nie zdążył mu się przyjrzeć, bo mężczyzna doskonale wiedział, jak stanąć, aby nie być widocznym w kamerze, i zachowywał się nie jak obcy interesant, ale jak pracownik hotelu, jakby w gabinecie nie był po raz pierwszy.

— Cofnij kilka klatek wcześniej. Zauważyłam srebrne spinki przy mankiecie koszuli. — Laura wytężyła wzrok.

— Rzeczywiście. Rzadko się teraz zdarza, żeby mężczyzna chodził na co dzień w koszuli ze spinkami. Dawno temu wyszły z mody — przytaknął Ambroży.

— U kogoś takie podobne już widziałam, a ty nie? — zapytała z pogodą w roześmianych oczach.

Wykonali kopię i włożyli ją do koperty, opisując ją jak na oryginale z numerem kolejnym i datą. Oryginalną płytę odłożyli na swoje miejsce. Kilka schowała do swojej torebki. Zamknęli sejf i zakodowali go nowym hasłem, aby nikt się do niego nie mógł dostać.

— O której rozpoczyna pracę wasz ochroniarz? Chcemy zadać mu parę pytań — zapytał prokurator, zatrzymując się przed biurkiem sekretarki.

— Kiedy ja kończę, on rozpoczyna swoją zmianę, dosłownie za godzinę — odparła sekretarka.

— Mogłaby pani zadzwonić do niego, aby przyszedł nieco wcześniej? — zapytała Laura, mając nadzieję, że mężczyzna nie spanikuje i zjawi się przed czasem.

— Czy byłby to wielki kłopot dla pani, gdyby została tu z nami? — Laura usiadła na niewielkiej kanapce przy ławie, spoglądając na zmieszaną dziewczynę.

— Prawdę mówiąc, jestem z kimś umówiona, ale mogę zadzwonić i odwołać spotkanie.

— Dziękujemy. Będziemy pani zobowiązani. — Laura usiadła na pobliskim krześle i patrzyła na dziewczynę, która rozmawiała ze swoim chłopakiem. Sprawiała wrażenie zakochanej.

Prokurator Narsaj usiadł obok pani mecenas.

— No co? To chyba normalne w jej wieku, że umawia się na randki — zagadnęła Laura, gdy dziewczyna wyszła z tacą pełną filiżanek do mycia.

— Czy ja coś mówię?

— Więc, co miało znaczyć to znaczące spojrzenie?

— Zrobiłaś taką minę, jakbyś jej zazdrościła.

— Ja? — Obruszyła się nieco zgorszona.

— Zniknęłaś prawie na dwa miesiące, nigdy nic o sobie nie mówisz, nikt do ciebie nie dzwoni, nie rości żadnych pretensji, że pracujesz po godzinach, nikt cię nie odprowadza. Czy to nie dziwne w twoim wieku?

— Zabawne, że ty to mówisz, szefie. Sam wiesz najlepiej, że nasza praca z miłością jakoś nie idą w parze. A poza tym mam swój samochód, więc odwożę się do domu sama.

— Fakt niezaprzeczalny. Ale ja od czasu do czasu umawiam się na randki, a ty nie.

— Nie sądzisz Ambroży, że jesteś jeszcze za młody, abyś mi ojcował? — Po raz pierwszy ośmieliła się powiedzieć mu po imieniu.

— A za stary, abyś się ze mną umówiła. Wiem, wiem, tylko wrodzona grzeczność nie pozwala ci odmówić.

— Tego nie powiedziałam. Ale wiesz co, to nawet nie jest zły pomysł, abyśmy poszli potem na drinka. Co ty na to?

— Niezły pomysł — mówiąc to, spojrzał na nią niedowierzającym wzrokiem. — Nie wierzę, że sama to zaproponowałaś. Po trzech latach współpracy, to o czymś świadczy. Czyżbym miał szansę?

— Doskonale wiem, że jestem ci winna wyjaśnienia. Jestem ci wdzięczna, że nie nalegasz. Czekasz, kiedy będę na to gotowa. I tego się trzymaj. A na tą szansę, na twoim miejscu nie liczyłabym.

— Może kiedyś się doczekam, Lauro — odparł z przekornym uśmiechem.

W korytarzu ktoś trzepnął mocno drzwiami, a po chwili z sekretariatu usłyszeli dość głośną rozmowę mężczyzny i kobiety.

— Pójdę zobaczyć, co tam się dzieje.

Laura otworzyła drzwi gabinetu. Przed dość wysoką ladą stała żona denata, mocno wstawiona i portier, który stał obok niej, chcąc jej wyperswadować, że to nie najlepszy pomysł w takim stanie chodzić po hotelu na oczach gości.

— Co ty tam wiesz! — obruszyła się pijana kobieta. — Muszę z nimi porozmawiać — umilkła na widok Laury, która stała oparta o framugę drzwi i patrzyła na nią z zainteresowaniem.

— Nie mamy nic przeciwko temu. Zapraszamy — zaproponowała, przepuszczając ją pierwszą.

Kobieta, choć już po pięćdziesiątce, była ładna i zadbana. Gdy tylko usiadła na wolnym fotelu, zjawił się jej mąż-nieboszczyk, siadając obok niej. Widok ten sprawił, że Laura nie mogła powstrzymać lekkiego uśmiechu.

— Co chciała nam pani powiedzieć? — zapytała ją Laura, ignorując obecność Teda.

— To, co się stało, to wszystko przez niego, przez mojego męża. Gdyby wyraził zgodę, mielibyśmy spokój, a teraz będą nas nachodzić i gnębić komisjami i Bóg wie, czym jeszcze — mówiła chaotycznie, rozkładając ręce.

Laura poprosiła sekretarkę o kawę, a gdy już ją przyniosła, poprosiła, aby zamknęła drzwi i nikogo nie wpuszczała.

— Pani Bukowska, wiemy już, że mąż nie wyraził zgody na rozprowadzanie narkotyków — odezwał się ze stoickim spokojem prokurator, kiedy wszyscy usiedli przy stole. — Był ogólnie szanowanym i porządnym człowiekiem i nie chciał wchodzić w żadne układy z przestępczym światkiem.

— Proszę nam powiedzieć, czy nie domyśla się pani, kto mógł zamordować męża? — zapytała Laura.

Kobieta uparcie milczała.

— Wiemy już, że w dniu śmierci męża, pani nie było pani w mieście. A może celowo pani wyjechała z miasta, aby mieć alibi? Miała pani przecież motyw, aby zabić męża, bo po jego śmierci, to pani zarządzałaby hotelem — mówiła oskarżycielskim tonem Laura.

— No więc, jak było naprawdę? — zapytał prokurator bardziej opanowany.

— Zapytaj ją, dlaczego jeszcze miesiąc temu chciała sprzedać hotel? — usłyszała obok siebie głos Teda.

— Proszę nam powiedzieć, dlaczego jeszcze nie tak dawno, naciskała pani na męża, aby sprzedał hotel? — zapytała Laura.

— Skąd pani to wie? — Kobieta spojrzała na nią zdziwiona, podobnie jak i prokurator.

— Proszę odpowiedzieć na moje pytanie. — Laura wbiła w nią wzrok.

— Ja, ja… — jąkała się kobieta, nie wiedząc co powiedzieć.

— Teraz wiem do czego były potrzebne jej pieniądze. Ona nadal jest nałogową hazardzistką, a na dodatek, nadużywa alkoholu i bierze narkotyki. Postraszyłem ją rozwodem, więc mi przysięgła, że rzuci jedno i drugie, ale widocznie, to było silniejsze od niej — podpowiedział mocno zbulwersowany Ted. — Dla niej rodzina nie istniała. To zimna i wyrachowana kobieta.

— Często pani wyjeżdża poza miasto. Tę informację otrzymaliśmy od pani pracownika. Mogę wiedzieć w jakim celu? — zapytała Laura.

Kobieta nadal uparcie milczała. Rzucała dzikim spojrzeniem na boki, starając się unikać ich taksujących spojrzeń.

— Chcę adwokata. Nic już wam nie powiem — odezwała się po długim milczeniu.

— No cóż, ma pani do tego całkowite prawo. Proszę zostać na miejscu i nigdzie nie wyjeżdżać, dopóki nie wyjaśnimy morderstwa pani męża! — zdecydował prokurator.

— Nie ma wątpliwości, że to ona maczała w tym palce — powiedział Narsaj, siadając ponownie za kierownicą.

— Nasi chłopcy będą mieli dużo roboty. Niech zlokalizują lokal, w którym działa nielegalne kasyno, do którego najczęściej jeździła Bukowska, i niech znajdą dostawcę kokainy. Musiała mieć długi, skoro nalegała na sprzedaż hotelu.

— Hazardzistka i narkomanka? — zdziwił się prokurator. — Kto by pomyślał. A wyglądała na taką porządną.

— Teraz wiesz, dlaczego zabrałam płyty z nagrań? Mamy na niej niezbite dowody.

— Mam rozumieć, że zamiast do baru, mamy jechać do ciebie i obejrzeć kasety?

— Miejmy już to za sobą — westchnęła ostentacyjnie. — A poza tym, skąd wiesz, że nie mam w lodówce dobrego piwa?

Po obejrzeniu wszystkich płyt, sprawa okazała się nader łatwa. Po konfrontacji z panią Bukowską wyszły na jaw wszystkie jej szwindle: hazard, narkotyki i kochanek. Miała długi, które były tak wysokie, że ledwie pokryła je polisa ubezpieczeniowa po zmarłym mężu. Synowie Bukowskiego przejęli interes po ojcu. Na szczęście dla nich, matka w śmierć męża nie była zamieszana. Zrobił to ochroniarz, zatrudniony w firmie od niedawna, na zlecenie mafii, która postanowiła, mieć wtyczkę w centrum dochodowej inwestycji. Miał za zadanie zjednać sobie nie tylko dyrektora, ale i jego żonę. I prawie mu się to udało, gdyby nie podejrzliwa młoda sekretarka, która lubiła swojego szefa i robiła wszystko, aby zapracować na jego szacunek. Wyznała wiele ciekawych rzeczy, które ostatecznie pogrążyły nieuczciwego pracownika, który okazał się prawdziwym mordercą.

6

Po zakończonej sprawie poszli do ekskluzywnej restauracji, gdzie podawali homary, żabie udka i francuski szampan. Przychodzili tu znakomici goście, dziennikarze, aktorzy i biznesmeni różnego kalibru i różnej narodowości. Na odległość czuć było władzę i duże pieniądze.

— Czasem lubię swoją pracę, szczególnie po zakończonej sprawie. A wy, panowie? — Laura usiadła na wprost drzwi, gdzie miała widok na wchodzących i wychodzących klientów. Był to nawyk od wielu lat, którego wolała nie zmieniać.

— To samo, co zawsze? — zapytał Ambroży, zwracając się do wszystkich.

— Jestem głodny. Zjadłbym coś konkretnego. Może sznycel z młodą kapustką i ziemniakami? — zaproponował Artur, odkładając menu.

— Jestem za tym samym. Jestem głodna jak wilk — poparła go Laura.

— Muszę przyznać, że i ja zgłodniałem, poproszę o to samo — odezwał się Niko, który ostatnio zachowywał się jeszcze bardziej powściągliwie niż zwykle.

Nie czekali zbyt długo na realizację swojego zamówienia. Kelnerzy w biało-czarnych uniformach uwijali się, jakby im zależało, aby dogodzić wszystkim gościom.

— Patrzę na ciebie i podziwiam, z jakim apetytem połykasz te śmiercionośne kalorie — powiedział Niko z bladym uśmiechem.

— Szybko je spalam. Zapomniałeś, że rano uprawiam jogging?

— No tak, zapomniałem — uśmiechnął się krzywo.

— Ma więcej mięśni od ciebie, chłopie! — zaśmiał się Artur.

— Od ciebie na pewno — odparł kąśliwie Niko.

— Zachowujecie się niczym mali chłopcy, panowie — złajał ich Ambroży.

Laura patrzyła na nich z rozbawieniem. Nie przypominali tych sztywniaków siedzących przy tomach rozprawek naukowych, wczytując się w paragrafy Kodeksu Karnego. Mieli jedną zasadę, aby po pracy nie rozmawiać o służbowych sprawach. Prawie zawsze im to się udawało. Od tego popołudnia miało to się zmienić. Najpierw intuicyjnie wyczuła, że nadchodzi niebezpieczeństwo, a potem je zobaczyła. Do restauracji wszedł młody mężczyzna, trzymając w ręku czarną dyplomatkę, jaką na tej sali miała większość mężczyzn. Zdjął z siebie szary płaszcz, przewiesił go przez rękę, a czarną dyplomatkę postawił pod wieszakiem. Przez chwilę manewrował między stolikami, a po chwili ulotnił się bez podręcznego bagażu, z którym wszedł do restauracji.

— O, nie, a było tak miło… — westchnęła Laura, patrząc w stronę wejściowych drzwi.

Wokoło niej powietrze jakby zgęstniało i nabrało specyficznego zapachu, choć wcześniej pachniało smażonymi potrawami.

— Co się dzieje, Lauro? — zapytał Ambroży, widząc, jak dziewczynie ciemnieją oczy.

Laura spojrzała najpierw na wszystkich siedzących przy stolikach gości, a potem na stolik, przy którym siedzieli obcokrajowcy, najbliżej których stała czarna walizeczka.

— Widzieliście tego faceta w szarym prochowcu, który przed chwilą wyszedł z restauracji? — zwróciła się do kolegów.

— Gdzie, kiedy? — zapytali równocześnie zaskoczeni, odwracając głowy w stronę wyjścia.

— Dowiem się wreszcie, o co chodzi? — nalegał na nią Ambroży.

— Mamy niewiele czasu. Co byście panowie zrobili, wiedząc, że pod tamtym wieszakiem, tuż przy drzwiach leży bomba? — zapytała, nie spuszczając wzroku ze starszego mężczyzny, który wyglądał na obcokrajowca.

— Mówisz poważnie? — Artur patrzył na nią, nie wierząc w jej słowa.

— Co mamy robić? — Ambroży zachował trzeźwość umysłu. Nigdy nie kwestionował jej uwag.

— Tu jest za wielu gości. Musimy ją stąd wynieść. Niko poinformuj szefa restauracji, że ktoś zostawił mu prezent. Tylko zrób to dyskretnie, żeby nie wpadł w panikę. Ja ostrzegę tamtych dżentelmenów. — Spojrzała na czterech mężczyzn, siedzących przy stoliku, spożywających jak oni ciepły posiłek. W końcu był środek dnia, a obiady tu były smaczne i w gustach wszystkich klientów.

— A co ja mam robić? — zapytał Artur.

— Zamach terrorystyczny, to nie lada dla ciebie wyzwanie. Zabaw się w supermena, stary! — rzuciła mu przez ramię, tak, aby tylko on usłyszał tę uwagę.

Laura podeszła do stolika, przy którym siedzieli obcokrajowcy.

— Proszę wstać i spokojnie wyjść — powiedziała po angielsku, zdumiona, że pod wieszakiem zamiast jednej, stoją dwie prawie takie same czarne dyplomatki.

Mężczyźni prawie nie zareagowali na jej przyciszone słowa. — Która z nich jest pańska? — zapytała głośniej najstarszego z mężczyzn, ignorując ich wrogie spojrzenia.

— Powiedz mu: że ma pozdrowienia od swojej wnuczki Basziry. — Usłyszała w tej samej chwili głos, który musiał być głosem dziecka.

Powtórzyła słowa, które usłyszała od dziewczynki w języku angielskim, kierując je przede wszystkim do najstarszego mężczyzny, który z wyglądu przypominał przystojnego amanta filmowego, Omara Sharifa.

Mężczyzna natychmiast wstał i rzucił kilka słów do mężczyzn, którzy natychmiast się podnieśli, rzucając na stolik garść papierkowych pieniędzy. Laura zauważyła jego chwilową konsternację, gdy pochylał się nad swoją dyplomatką. Nie zastanawiał się jednak długo, gdy sięgnął po jedną z nich. Mężczyźni wybiegli, wsiadając szybko do białego sedana najnowszej generacji, który stał na parkingu w pobliżu budynku.

Dziewczyna nie zastanawiając się, ujęła lekko rączkę drugiej dyplomatki i wyszła przed budynek. Ambroży szedł tuż za nią. Szybkim ruchem otworzył przed nią drzwi swojego samochodu.

— Pozbędziemy się jej, wyjeżdżając za miasto, tylko się pospiesz. Nie wiem, ile mamy czasu! — powiedziała tak samo wystraszona jak on.

Ambroży spojrzał na nią karcącym spojrzeniem.

— Czy zawsze muszą przytrafiać ci się właśnie tego typu historie? — zapytał, wyjeżdżając na ruchliwą o tej porze drogę.

Po chwili na sygnale jechało za nimi trzy samochody: wóz strażacki, policyjny i karetka pogotowia. Zdumieni przechodnie patrzyli na podejrzany konwój, który eskortował ich samochód.

— Możemy się pocieszyć, że pomogą nam wyjść z tej opresji cało, a nie w kawałkach.

— Też mi pocieszenie. Teraz wiem, dlaczego lubisz siadać na wprost drzwi i dlaczego za każdym razem zmieniasz stoliki — odezwał się po chwili Ambroży.

— Wolę mieć pod kontrolą pomieszczenie, w którym się znajduję, a poza tym, lubię z natury obserwować ludzi.

— Powinnaś zmienić charakter swojej pracy. Czemu nie poszłaś na psychologię?

— I pozwolić takiemu skurwielowi, aby mu uszło na sucho. Nigdy na to nie pozwolę, aby zginęli niewinni ludzie.

— Nawet za cenę życia? Ja nie mam rodziny, ale ty masz dziewczyno przed sobą całe życie!

W tyle za nimi klaksony jadących samochodów, niczym echo niosły za nimi złowrogi dźwięk. Gdy wyjechali na peryferie miasta, policjanci zajechali im drogę, dając znak, aby się zatrzymali. Kiedy Laurze odebrano z rąk niebezpieczny ładunek, pot z niej spływał, jakby wyszła spod prysznica.

— Proszę się uspokoić — poradził jeden z policjantów, który odebrał od niej walizkę. — Za chwilę będzie po wszystkim. Po drodze zabrał się z nami taki jeden, który zna się na rozbrajaniu różnego rodzaju bomb — mówiąc to, uśmiechał się od ucha do ucha, jakby rozmawiali o ładnej pogodzie.

Długi czas stali na poboczu i spoglądali ze znacznej odległości na człowieka, który rozbrajał bombę, bo nie mieli czasu, aby przewieźć ją w bezpieczniejsze miejsce. Na szczęście tą drogą samochody nie jeździły.

— W takich momentach chciałoby się zapalić — westchnęła, oparta o bok samochodu.

— Ja wolę się napić — mruknął, wyjmując piersiówkę ze schowka.

— Dzięki, chętnie skorzystam. — Uśmiechnęła się, odgarniając włosy, które rozwiał jej wiatr.

Ambroży ze zdziwieniem patrzył, jak dziewczyna wypiła kilka łyków, nawet przy tym się nie krzywiąc. Zauważył już wcześniej, że cokolwiek robiła, robiła to z klasą.

— Pomogło? — zapytał Ambroży, chowając w pośpiechu butelkę na widok policjanta.

— Muszę spisać państwa zeznania, dlatego proszę jechać za mną na komisariat.

— Dzisiaj koleżanka nie jest chyba w formie, może wpadniemy jutro? — zaproponował Ambroży, widząc niepewną minę pani mecenas.

— Daj spokój Ambroży. Przed chwilą wypiłam tylko kilka łyków — wzbraniała się słabo.

Policjant widząc jej harde spojrzenie i czując jej oddech, machnął ręką.

— Widzę, że jeszcze emocje z pani nie opadły. W takim razie, zapraszam państwa do nas jutro — zgodził się z nim policjant, podając dokładny adres komendy.

— Przede wszystkim, prosimy o dyskrecję. Nie chcemy, aby nas łączono z tą sprawą — mówiąc to, Ambroży pokazał mu swoją legitymację służbową.

— Nie możemy gwarantować na sto procent, czy nam się uda, ale zrobię wszystko, aby wasze nazwiska nie pojawiły się w prasie — odparł policjant.

— To dla naszego bezpieczeństwa, a szczególnie pani mecenas. Nawet tym obcokrajowcom, których ostrzegła, proszę nie podawać jej danych, bo tym wybiegiem może posłużyć się przestępca.

Policjant spojrzał przez szybę na ładną twarz młodej kobiety w szarym kostiumie i białej bluzce, i natychmiast zrozumiał intencję mężczyzny, który chciał ją chronić.

— Po tym, co zrobiła, sprawię, aby nikt się o niej nie dowiedział, ale musicie zmienić restaurację. W przeciwnym razie, ona znajdzie się w niebezpieczeństwie. To fanatycy i nie dadzą tak łatwo za wygraną — powiedział ostrzegawczym tonem.

Nazajutrz wszyscy czworo pojechali na policję, w celu złożenia zeznań. Policjant, który prowadził śledztwo w tej sprawie, dotrzymał słowa i sprawił, że w prasie nie pojawiła się wzmianka o żadnym z nich. Akcja przebiegła tak szybko, że nie wszyscy klienci zorientowali się, że w tym samym czasie jakiś fanatyk szykował zamach na ważnych dostojników państwowych, a do tego jeszcze obcego mocarstwa.

Koledzy po złożeniu zeznania, czekali na nich w holu. W końcu to oni byli głównymi bohaterami. Obaj byli pod wrażeniem zachowania koleżanki i szefa. Oboje ryzykowali życiem, a jednak nie dopuścili, aby bomba wybuchła w restauracji, gdzie przebywało przynajmniej pół setki ludzi. Właściciel restauracji był im bardzo wdzięczny i w dowód podziękowania, dostarczył im kilka butelek znakomitego francuskiego wina.

Artur z Nikiem ostatnio więcej przesiadywali w samolocie, kursując na trasie Londyn — Paryż — Warszawa, zbierając potrzebne materiały do następnej sprawy. Ambroży z Laurą zostali w biurze sami. Październikowe deszcze i wiatry nie służyły jej zdrowiu i choć zabezpieczała się na wszystkie sposoby, w końcu i ją dopadła grypa, i musiała położyć się do łóżka, zostawiając Ambrożego ze stosem niezałatwionych spraw. Nawet nie musiała go o to prosić, bo gdy próbowała zaprotestować, krzyczał oburzony, że jeszcze jego zainfekuje. Nie pozostało jej nic innego, jak położyć się do łóżka. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniła do niej babcia. Słysząc jej zachrypnięty głos, mocno się zaniepokoiła.

— Dziecko, powinnaś wziąć jakieś lekarstwo. Przeziębienia nie wolno lekceważyć. Masz syrop od kaszlu z czarnego bzu albo sosny? — pytała zmartwiona.

— Właśnie mi się skończył, ale poproszę któregoś z sąsiadów, to mi je… — Musiała położyć słuchawkę na widełki, bo złapał ją ponownie atak kaszlu, który rozszarpywał jej klatkę piersiową. Po południu, gdy już zasypiała zadzwonił Ambroży. Był tak samo zaniepokojony jej kaszlem jak jej babcia. Mówił coś jeszcze, ale ona już tego nie słyszała. Ciążące powieki same jej się zamykały. Nie walczyła już ze snem, dała za wygraną. Usnęła, okrywając się kocem pod samą brodę, bo trzęsła się z zimna jak galareta. Zaledwie usnęła, miała sen. Ostatnio rzadko je miewała, ale ten był bardzo realny. We mgle widziała ponownie zamki z wysokimi basztami i wysokie drzewa, których czubki sięgały samego nieba. Miejsce było pełne tajemnic, ale nie sprawiało wrażenia złego. Było w nim coś magicznego, co ją przyciągało i wołało, ale ona była daleko, bardzo daleko, a gdy chciała krzyknąć, z gardła nie mogła wydobyć głosu, bo ją paliło, jakby ktoś dotknął ją rozpalonym żelazem. Potem nie słyszała już nic, oprócz tykania bomby zegarowej. Bezradnie patrzyła na nią, dopóki nie wybuchła. Potem była tylko obezwładniająca cisza wokół niej.

Pani Wysocka zadzwoniła do Szymona wczesnym rankiem, informując go o chorobie Laury. Nie namyślał się długo, najpierw udał się do znajomej pani doktor i wziął od niej receptę na antybiotyk i inne leki, które wykupił po drodze. Izę zostawił pod opieką matki. Wziął ze sobą także porządną wałówkę dla chorej i klucze od mieszkania Laury. Szymon bez najmniejszego trudu trafił na jej osiedle. Domofon otworzył sam. Biegł po schodach na piętro, chcąc jak najszybciej znaleźć się w jej domu. Jej choroba była dobrym pretekstem, aby się do niej zbliżyć, poczuć na sobie jej pełne mądrości spojrzenie i poczuć ciepło, które emanowało od niej i powodowało, że przy niej stawał się innym człowiekiem. Najpierw zadzwonił, ale, gdy nikt nie odpowiadał, otworzył mieszkanie dwoma kluczami, do którego był przyczepiony i ten od domofonu. W domu panowała kompletna cisza. Na wprost korytarza była kuchnia, wyłożył na stół prowiant i leki, i ruszył na poszukiwanie właścicielki domu. Znalazł ją śpiącą w sypialni, spod kołdry wystawała jej tylko głowa. Jej oddech był ciężki. Wycofał się dyskretnie i wrócił ponownie do kuchni. Zajrzał do lodówki. Była prawie pusta, na jednej z półek w szklanym naczyniu leżała czerwona papryka i zielona sałata, na plastikowej tacy, kawałek pieczeni. Wstawił wodę, a kiedy się zagotowała, nalał do kubka i kiedy trochę ostygła, zaparzył w niej Febrisan. Prawie ją zmusił, aby wypiła całą zawartość zawiesiny. Potem dał jej łyżeczkę syropu, który z trudnością połknęła. Przez cały ten czas, nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Wrócił znowu do kuchni. Schował do lodówki pieczony schab i pieczeń z indyka, jaja, biały ser, śmietanę i kilka słoików dżemu, a pierożki podsmażył na oleju. Ciasto z truskawkami, pokroił i położył na talerzu. Chleb schował do szafki. Gorącą herbatę wlał do termosu, by nie ostygła. Sam zrobił sobie czarną kawę. Gdy Laura nadal spała, on postanowił zwiedzić jej mieszkanie. Było nieduże, dwa pokoje z maleńką kuchnią. Jej mieszkanie było takie, jak ona, piękna i skromna. W sypialni na wprost ogromnego łoża, wisiał na ścianie zamiast obrazu, telewizor najnowszej generacji, a poniżej na półce leżało DVD. Na komodzie stało kilka fotografii, jej rodzice, ona z babcią i ku swojemu zdziwieniu, zobaczył swoją fotografię, na której był z Izą. Było to zdjęcie z tego lata. A więc tak do końca nie wyrzuciła go ze swojego życia i ze swojej pamięci. Było miejsce i dla niego. Zrobiło mu się cieplej na sercu. Nie chciał jej się narzucać, ale jej milczenie doskwierało mu i zaczynał tracić powoli cierpliwość. Choć pewna pani doktor ciągle dawała mu do zrozumienia, że jest wciąż wolna, on jednak czekał choćby na jeden telefon od Laury, która dziwnym zrządzeniem losu głęboko zapadła mu w serce. Usiadł w fotelu i przysunął go sobie blisko jej posłania. W czasie snu sprawiała wrażenie niewinnej istoty, ale wiedział, że za tą śliczną buzią, czai się nieujarzmiona lwica. Przy drzwiach wejściowych odezwał się dzwonek. Szymon podniósł się szybko z fotela i otworzył drzwi, w których stał nieznany, starszy mężczyzna. Był elegancki i tajemniczy, oszacował go w myśli. Ubrany był w długi czarny płaszcz, zakupiony pewnie w eleganckim i drogim sklepie, spod którego widać było garnitur i nieskazitelną biel koszuli. Z dyplomatką w ręce wyglądał jak biznesmen, któremu w życiu dobrze się wiodło. W tej samej chwili poczuł zazdrość na widok tajemniczego przystojniaka, choć już nie pierwszej młodości.

— Słucham, pana? — Przybrał lekki ton głosu, choć nieznajomy wywarł na nim ogromne wrażenie.

— Przyszedłem do Laury — odezwał się mężczyzna głębokim barytonem, taksując go uważnym spojrzeniem.

— Laura jest chora, właśnie przed chwilą usnęła — odparł, stojąc nadal w drzwiach, pilnując z zawziętą miną terytorium, które chciał zaanektować wyłącznie dla siebie.

— Wiem, dlatego przywiozłem dla niej leki. Przepraszam, nie przedstawiłem się. Nazywam się Ambroży Narsaj. Jestem jej przełożonym. Bardzo mnie zmartwiła choroba Laury.

Panowie podali sobie ręce, nie tyle w geście powitania co w niemej akceptacji.

— Szymon Orłowski, przyjaciel rodziny — odparł, zapraszając go do środka. — To ładnie z pana strony, że troszczy się o swojego pracownika. — Wziął od niego płaszcz i powiesił na wieszaku.

— Laura nie jest zwykłym pracownikiem, jest najlepsza.

— Laura wie, że ma pan o niej takie dobre zdanie? Proszę usiąść.

— Oczywiście. Dziękuję.

— Kawy, herbaty? — Szymon wstawił wodę i wskazał na kubek i filiżankę.

— Chętnie napiję się kawy bez cukru i mleka, w filiżance jeśli mogę prosić. — Ambroży usadowił się wygodnie po przeciwnej stronie stołu i bez cienia skrępowania, obserwował przyjaciela Laury z takim samym zainteresowaniem podobnie jak on jego.

Ambroży wyczuł w nim niechęć i coś jeszcze. Czyżby to była zazdrość? Postanowił iść na całość i wybadać sytuację. Wścibstwo nie leżało w jego naturze, ale przez sympatię dla pani mecenas, którą szczerze polubił i traktował jak córkę, której nigdy nie miał, chciał się upewnić, czy ten przystojny mężczyzna ma wobec niej dobre zamiary.

Szymon zajął się parzeniem kawy i herbaty, a potem usiadł obok gościa z kubkiem herbaty dla siebie, filiżanką kawy dla gościa.

— Od dawna się znacie? — zapytał Ambroży, chcąc przerwać przedłużające się milczenie.

— Od dzieciństwa. Potem na okres studiów zerwaliśmy kontakty.

— A później? — drążył Ambroży, widząc, że z mężczyzny nie wyciągnie informacji, która przybliżyłaby mu stopień ich zażyłości.

— A konkretnie, co chciałby pan wiedzieć?

— Co konkretnie pana łączy z Laurą? — zapytał wprost.

— Wszyscy kochamy Lu. Jest opiekuńcza, nie znosi fałszu i obłudy. Za prawdę jest gotowa zginąć. Mimo że jest kobietą, jest też wojownikiem. Lepiej z nią nie zadzierać.

— Co chce pan przez to powiedzieć?

— Ma czarny pas karate. Umie bronić swojej racji, jak także bronić innych.

— Nie wiedziałem. Pewnie jest wiele rzeczy, o których jeszcze o niej nie wiem. Jest zagadkową kobietą.

— Laura się tym nie chwali. I niech to zostanie między nami.

Mężczyźni siedzieli w ciszy, popijając małymi łykami gorący napój, od czasu do czasu spoglądając bacznie na siebie, lecz nie jak sprzymierzeńcy, ale jak potencjalni rywale.

— Proszę poczęstować się ciastem, które upiekła pani Kasia, babcia Laury. Jest znakomitą kucharką.

— Dziękuję, chętnie spróbuję. — Ambrożego to trochę bawiło, ale chcąc się dowiedzieć czegoś więcej o Laurze, musiał zadać mu trochę pytań, ale przedtem musiał opowiedzieć o aferze z bombą, żeby zjednać sobie jego zaufanie.

— Wiem tylko, że Laura jest świetnym prawnikiem. Od trzech lat pracuje ze mną i dzięki niej wygrywamy wszystkie sprawy. Ma świetną intuicję.

— Tak, wiem — odparł lekko zaskoczony informacją, że Laura ukończyła studia prawnicze.

— Kilka tygodni temu w restauracji, do której chodzimy zawsze po zakończonej sprawie, nieznany sprawca podłożył bombę. Nikt tego nie zauważył prócz niej — wyznał Ambroży.

— I co zrobiliście? — Szymonowi na tę myśl aż ścierpła skóra.

— Laura, jak gdyby nic wzięła dyplomatkę i kazała mi iść za sobą. Wsiedliśmy do mojego samochodu i wywieźliśmy ją za miasto. W międzyczasie koledzy, których zostawiliśmy na miejscu, zawiadomili policję. Bombę przejął od nas oddział specjalny. Na szczęście wyszliśmy z tego cało, podobnie jak wielu ludzi, którzy przebywali wówczas w restauracji.

— No cóż wcale mnie to nie dziwi. Lu jest niesamowita. Wiem coś o tym. Kilka miesięcy temu porwano moją pięcioletnią córeczkę, Izę. Gdyby nie pomoc Laury, nigdy pewnie bym już jej nie zobaczył. Odnaleźliśmy ją we Francji.

— Wspomniała tylko, że była we Francji z pewną misją. — Ambroży spojrzał nieco cieplejszym wzrokiem na pogrążonego w myślach Szymona. Laura mówiła więc prawdę, że była we Francji.

— I do tego jest bardzo niezależna — odezwał się Szymon po jakimś czasie, chcąc rozładować napięcie. Nie wiedział, co ma powiedzieć, dlatego ważył każde jedno słowo. Chciał ją chronić, a jednocześnie nie chciał dzielić się wiedzą o niej, z kimś kogo zaledwie poznał.

— Dała się panu we znaki, co? — zapytał z kpiącym uśmiechem Ambroży.

— Dlatego wolę z nią żyć w zgodzie — odparł oględnie Szymon.

Ambroży nie chciał zbyt głęboko ingerować w życie Laury. Dowiedział się o niej aż nadto, aby darzyć ją jeszcze większym szacunkiem. Podziękował za kawę i się pożegnał.

— Proszę ją ode mnie, pozdrowić. Byłbym zapomniał. Proszę, to dla niej. — Z czarnej skórzanej dyplomatki wyjął reklamówkę z lekarstwami.

— Dziękuję w jej imieniu, co prawda już przywiozłem dla niej leki, ale te z pewnością także się przydadzą.

Ściskając sobie ręce, zmierzyli się już nieco cieplejszymi spojrzeniami. Po jego wyjściu, Szymon długo siedział przy stole i rozmyślał. Umył naczynia, wytarł i postawił na swoim miejscu. Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, jak schematycznie postępował w swoim życiu. Te same powtarzające się czynności i chwilowa bezczynność, doprowadzały go do szewskiej pasji. Dopiero, gdy pojawia się w jego życiu Laura, jego życie odzyskało barwę smaku. To tak, jakby przez całe swoje trzydziestoparoletnie życie jadł codziennie ten sam posiłek. Wrócił do sypialni i usiadł w fotelu. Przyglądał się śpiącej dziewczynie, rozmyślając nad tym, co usłyszał od Ambrożego.

— Zwariowana dziewczyno, czy warto było narażać swoje życie? Czy naprawdę ono nic dla ciebie nie znaczy?

Obudziła się nad ranem. Pod ręką poczuła coś miękkiego, co było miłe w dotyku. Próbowała się podnieść, ale przeszył ją ból głowy, a gdy chciała wydobyć z siebie głos, język jakby przylgnął jej do podniebienia. Chrząknęła znacząco. Ręką wymacała, że były to włosy na czyjejś głowie, która poruszyła się, a po chwili uniosła.

— Szymon? Co ty tu robisz? — zapytała bezgłośnie, ogromnie zdziwiona.

— Właśnie dlatego — wskazał na gardło. — Jesteś chora — odparł, nadal siedząc na podłodze z rękami opartymi na swojej brodzie, lekko zaspany. — Zaczekaj, zaraz ci przyniosę coś do picia. — Zerwał się na równe nogi i pobiegł do kuchni.

— Przedtem chciałabym skorzystać z łazienki, jeśli pozwolisz. — Podniosła się z łóżka i zachwiała, gdyby nie szybka reakcja Szymona, leżałaby u jego stóp jak długa.

— Pozwól sobie pomóc, dziewczyno — mówiąc to, zaprowadził ją najpierw do toalety a potem do łazienki, gdzie spływała już do wanny ciepła woda z bąbelkami o przyjemnym zapachu. Zdjęła koszulkę, mając na sobie tylko maleńkie, kolorowe figi, które ledwie zakrywały jej krągłe pośladki.

— Jestem słaba jak dziecko — szepnęła, pochylając głowę, aby mógł ją namydlić a potem spłukać gęste i długie włosy. — Wszystkie kości i mięśnie mnie bolą.

Szymon, jak tylko mógł najdelikatniej spłukał prysznicem jej ciało letnią wodą.

— Proszę, wyjmij mnie już z wody, bo za chwilę w niej zasnę — wychrypiała.

Gdy wycierał jej ciało do sucha, drżała, jakby było jej zimno, więc zawinął ją całą w ręcznik i zaniósł na rękach do łóżka. Opieka nad Laurą zaczynała mu sprawiać przyjemność.

— Gdzie trzymasz bieliznę? — Nie czekając na jej odpowiedź, otworzył pierwszą szufladę komody. Dopiero w trzeciej znalazł piżamę, spodenki i koszulkę wkładaną przez głowę.

— Odwróć się — poprosiła cicho.

— Pomijam już to, że znam anatomię kobiety, to więcej niż trochę już widziałem — mruknął przez zaciśnięte zęby, ale posłusznie się odwrócił.

— Teraz ty usiądź do mnie tyłem, to pomogę ci rozczesać i wysuszyć włosy — zaproponował. — W jeden czy dwa warkocze?

— W jeden. Zapomniałam, że jesteś w tym prawdziwym mistrzem — próbowała się uśmiechnąć, ale kaszel dał znać o sobie, aż zaczęła się dusić.

Szymon przyniósł jej leki, które zażyła i popiła ciepłą wodą. Na śniadanie zrobił jej jajko na miękko, zjadła nawet dwa i dopiero potem usnęła. Gdy ona spała, on wziął prysznic, zamierzając potem wyjść po zakupy. Na klatce schodowej, dwa piętra niżej zauważył dwóch wysokich i postawnych mężczyzn. Natychmiast załączył mu się alarm. Szymon natychmiast zawrócił, przeskakując po dwa schodki. Kiedy otwierał drzwi kluczem, trzęsły mu się ręce. Stał po drugiej stronie drzwi, dygocząc z przejęcia, że za chwilę mogą tu bezkarnie wtargnąć. Różne myśli przychodziły mu do głowy, ale jedna szczególnie mu się nie spodobała. Wyobraził sobie, że za chwilę jednym kopnięciem wyważą drzwi i użyją karabinu maszynowego, robiąc z nich jedną krwawą miazgę. Oddech powoli mu się uspakajał. Gdzieś w oddali na którymś piętrze trzasnęły drzwi i nastąpiła kompletna cisza. Szymon usiadł ponownie na fotelu przy łóżku i zerknął na wizytówkę, którą Ambroży położył na stole w kuchni. Nie zastanawiał się zbyt długo i wystukał kilka cyfr.

— Tu Szymon. Nie chcę zostawiać Laury w domu samej. W związku z tym, mam do ciebie serdeczną prośbę… — zaczął wyliczać listę zakupów. — Czy mógłbyś zrobić to dla niej?

— Dobrze, że zapytałeś. Zaraz wyślę któregoś z moich pracowników.

— Dwaj sąsiedzi z góry wyglądają mi na podejrzanych, więc nie rób rabanu przy drzwiach, dwa puknięcia wystarczą.

— Oczywiście, musimy zachować ostrożność. A jak się czuje Laura?

— Do całkowitego wyzdrowienia jeszcze jej daleko. Ale z naszą pomocą dojdzie do siebie o wiele szybciej.

— Jestem tego pewny — odparł z lekkim uśmiechem. I natychmiast poprosił Nika, aby go w tym wyręczył.

— Musisz dla nich wiele znaczyć, skoro tak bardzo troszczą się o ciebie — powiedział do Lu, która z pewnością nie mogła go usłyszeć.

W niecały kwadrans zapukano do drzwi, dwa razy, więc nie musiał pytać, kto to. Ku swojemu zdziwieniu zamiast Ambrożego, zobaczył wysokiego, przystojnego, krótko przystrzyżonego bruneta, którzy trzymał siatki z zakupami w obydwóch rękach. W ciemnym, długim płaszczu i białej koszuli, wyglądał na jednego z tych sztywniaków, których zatrudniał Ambroży.

— Kim jesteś? — zapytał, niezbyt zachęcającym tonem do wejścia.

— Myślałem, że najpierw zażądasz hasła — odparł mężczyzna z lekką ironią, wkraczając pewnym krokiem do kuchni.

— Nie zapraszałem cię do środka.

— Cześć, Nikolas Klaus. Nie jesteś zbyt uprzejmy. Nie obawiaj się, pracujemy z Laurą. Zachowujesz się, jak prawdziwy Cerber — mówił, wyjmując zakupy na stół.

— Dziwi cię to? Zostańmy przy Cerberze.

— Pozwolisz, że usiądę?

— Skoro już przyszedłeś, usiądź! — rzucił niezbyt przyjaznym tonem Szymon. Część produktów schował do lodówki, pozostałe do szafki i dopiero potem usiadł na wprost gościa.

— Ile jestem ci winien? — zapytał, wyjmując z tylnej kieszeni spodni portfel.

— Nic. Robię to z sympatii dla Laury, więc zabierz te pieniądze. Kim jest ta dziewczynka na fotografii? — zapytał, kiedy ponownie usiedli na wprost siebie, kiedy Szymon chował portfel z powrotem do kieszeni.

— To moja córeczka, Izabela.

— Śliczna.

— Jak na swój wiek jest bardzo mądra. Ostatnio wiele się w naszym życiu wydarzyło. Wspomniał ci Ambroży coś na nasz temat?

— Nie. Nic nie mówił.

— Myślałem, że pracujecie w tej samej kancelarii i gracie w tej samej drużynie?

— Ambroży jest naszym szefem, ale to Laura jest jego pupilką i matkuje jej niczym kwoka swoje kurczęta. My z Arturem, jesteśmy do czarnej roboty.

— Rozumiem. Czemu więc Ambroży sam się nie pofatygował?

— Odkąd nie ma Laury, nasz prokurator ma ręce pełne roboty. My wyręczamy go za to w terenie, jeżdżąc z miasta do miasta, a czasem i za granicę. Zbieramy materiały do następnej sprawy.

— Nie wiedziałem, że Ambroży jest prokuratorem. To nad czym teraz pracujecie?

Grymas na twarzy i chrząkniecie Nika, dały mu więcej do zrozumienia niż jego słowa.

— Przepraszam, nie chciałem być wścibski, tak jakoś wyszło. Zapomniałem, że gdybyś cokolwiek mi zdradził, musiałbyś mnie potem zabić — zaśmiał się cicho.

Niko mu zawtórował, potem chrząknął, wstał i szybko się pożegnał. Nie był zbyt rozmowny w przeciwieństwie do swojego kolegi Artura, którego znał jedynie ze słyszenia od Laury.

— Przekaż jej życzenia szybkiego powrotu do zdrowia — powiedział już w drzwiach.

— Nie omieszkam. Dzięki za zakupy — odparł z uśmiechem.

Kilka minut rozmowy wystarczyło, aby Szymon wywnioskował, że współpracownicy Lu, to nawet niczego sobie partnerzy. Nawet pogadać można było z nimi na każdy temat. No, może niezupełnie na każdy, ale tak ogólnie rzecz biorąc, byli całkiem fajni, jakby powiedziała jego córeczka.

7

Kiedy Szymon wrócił do sypialni, Laura wciąż spała. Postanowił więc przygotować lekki i ciepły posiłek. Dlatego zadzwonił do Ambrożego i poprosił go o zakup mąki i mleka. Postanowił usmażyć naleśniki. To potrafił nawet dobrze robić, bo był to przysmak jego córki.

Laura obudziła się po południu. Po krótkiej toalecie, ubrała się w dres i weszła do kuchni.

— Jak się czujesz? — zapytał, podstawiając jej talerzyk i sztućce.

— Całkiem znośnie. Czy mi się śniło, czy rzeczywiście słyszałam głos Nika?

— Owszem był. Najpierw wpadł z lekami Ambroży, trochę sobie pogadaliśmy, ale gdy wyszedł, musiałem do niego zadzwonić, aby zrobił mi zakupy. Wysłał Nikolasa.

— Ambrożego? No, wiesz… w końcu to mój szef.

— Nie bądź taka zdziwiona. On cię po prostu lubi i z tego, co już wiem, bardzo ceni.

— Nie mogłeś sam ich zrobić podczas, gdy ja spałam?

— Tak zamierzałem zrobić, ale gdy byłem już na półpiętrze, natknąłem się na dwóch osiłków, którzy szli na górę. Wiesz, jaki jestem ostatnio przewrażliwiony, więc popędziłem z powrotem na górę.

— Ci dwaj, mieszkają dwa piętra wyżej i pracują w nocnym klubie, dlatego wracają do domu dopiero nad ranem. To całkiem sympatyczni faceci — wyjaśniła, chichocząc.

— Widziałem ich pierwszy raz na oczy. Skąd mogłem wiedzieć, czy to nie jacyś przestępcy?

— A wyglądali na takich?

— Sądząc po ich minach i cichym chodzie…

Laura nie wytrzymała i wybuchnęła głośnym śmiechem, aż napadł ją atak kaszlu. Przez dłuższy czas nie mogła wydobyć z siebie głosu, bo z oczu płynęły jej łzy, a po chwili dostała czkawki.

— To za karę, że mnie wyśmiałaś, zamiast mi podziękować za przezorność.

— Dzięki, mój bohaterze — odparła rozbawiona do łez, głośno składając całusa na jego policzku.

— Proszę, napij się herbaty. — Po kilku łykach minęła. — A teraz jedz, bo ci naleśniki wystygną — poradził. — A tak swoją drogą, muszę ci powiedzieć, że masz sympatycznych współpracowników, choć Ambroży zachowywał się najpierw bardzo powściągliwie, jakbym miał złe zamiary wobec ciebie, ale potem, gdy sobie szczerze porozmawialiśmy, okazał się całkiem przystępnym facetem — powiedział, gdy odstawił już pusty talerzyk.

— Nie poznałeś jeszcze Artura.

— Może kiedyś i jego przy okazji poznam. A tak nawiasem mówiąc, nie przeszkadza ci, że pracujesz z samymi facetami? Nie wiem jak Artur, ale Ambroży i Niko, to niczego sobie faceci, sympatyczni, rozmowni, przystojni, zapewne i bogaci…

— Traktuję ich jak kolegów z pracy. Wcale nie czuję się zażenowana, gdy otwierają mi drzwi albo wyręczają mnie przy robieniu kawy. Raz ja, następnym razem oni. To, że jestem kobietą, nie dyskryminuje mnie w ich oczach, bo wiedzą na co mnie stać. Pracujemy w zespole, traf chciał, że jestem w nim jedyną kobietą.

— Lu, powiedz mi, czy ty lubisz swoją pracę?

— Mam wrażenie, że urodziłam się po to, aby pomagać innym. Gdy widzę wokoło siebie tyle zła, jak postępują ci niegodziwcy, jeszcze bardziej czuję potrzebę niesienia pomocy słabszym. Nie mam litości dla wykolejeńców.

— Owszem widziałem, wtedy nie chciałbym być w ich skórze. Przynajmniej dostają to, na co zasłużyli.

— A ty, jak się teraz czujesz?

— Staram się nie rozpamiętywać, co nas spotkało. Na samo wspomnienie, że mogłem stracić moją córeczkę, robi mi się słabo. A propos naszej sprawy, nie wspomniałem ci, że wpadłem na trop tego policjanta, który siedział po uszy w różnych machlojkach. Został już zatrzymany. Postawiono mu kilka zarzutów: współwinny porwania, utrudnianie śledztwa i mataczenie dowodami.

— W jaki sposób dotarliście do niego?

— Zanim wyjechaliśmy z Francji, spisałem dane Longina, skopiowałem jego kontakty i powiedziałem, że nie zgłoszę go na policję, jako współwinnego porwania, ale w zamian za to, pomoże mi odnaleźć policjanta, który próbował zatuszować sprawę porwania. Dotrzymał słowa. Przysłał mi faksem bilingi rozmów z ostatniego kwartału tego roku. Więc dzwoniłem pod każdy jeden, aż trafiłem na ten właściwy. Między innymi były do pani sędziny S., urzędu emigracyjnego i do mnie. Zapisałem ten numer w swojej komórce. Po rozmowie z komendantem policji, postanowiliśmy zadzwonić z jego gabinetu. Wiesz, kto okazał się jego właścicielem?

— Nie mam pojęcia.

— Tą szują okazał się długoletni policjant. Wiedział dobrze, kto stoi za tym porwaniem, a nie ruszył nawet palcem, by temu przeszkodzić. Ukrył dowody i zmylił wszystkie tropy. Siedzieliśmy za przeszkloną ścianą i widzieliśmy jego stanowisko pracy, które było zaledwie dwa metry od nas. Podniósł się szybko i chciał prowadzić rozmowę na korytarzu, ale komendant stanął mu na drodze. Jeden z jego kolegów zakuł go w kajdanki. Gdybyś zobaczyła jego minę i jego współpracowników, wszyscy byli zaskoczeni, z początku nie wierzyli w jego winę, dopóki nie wysunąłem się naprzód. Kiedy zobaczył, kto przed nim stoi, nawet nie zaprotestował, spuścił głowę i dał się skuć. Jest skończony w szeregach policji.

— Nie rąbnąłeś go w twarz? Ja chyba bym nie wytrzymała.

— Nawet nie wiesz, jaką miałem na to ochotę, ale przynajmniej mam tę satysfakcję, że będzie przykładnie ukarany. Nie wiadomo jeszcze ile, ale będzie musiał odsiedzieć ładnych parę lat. A wiesz, jak więźniowie nie lubią w mamrze policjantów. Doigrał się i zapłaci za zło, które nam wyrządził.

Laura pokręciła głową.

— Nie mogę zrozumieć, że nie przejrzałeś Klaudii już na początku waszej znajomości. Przecież musiała być już wtedy straszną zołzą.

— Za długo byłem sam, koniecznie chciałem mieć kobietę, która troszczyłaby się nie tylko o mnie, ale i o Izę — próbował się tłumaczyć.

— Dwa w jednym. Nigdy nie ma tak lekko. Znam to z autopsji. Jeśli ktoś ma wiele zalet, to znaczy, że ma wadę, której nigdy nie mogłabym zaakceptować. Znam swoją wartość i chcę, aby mój mężczyzna również znał swoją, wtedy mielibyśmy wobec siebie równe szanse.

— Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poznałem bliżej ciebie. Nie wiem jak ty, ale ja pragnę, aby nasze relacje zaowocowały czymś więcej niż przyjaźnią.

Laura patrzyła na niego zdziwiona.

— Speszyłaś się, widzę w twoich oczach zaskoczenie. To znaczy, że nie jesteś tym zainteresowana?

W komórce Szymona odezwał się znajomy dzwonek.

— Przepraszam, to moja mama i Iza. Miałem do nich zadzwonić z samego rana, ale przez wizytę Ambrożego i Nika, wyleciało mi to kompletnie z głowy.

— Wezmę lekarstwo i pójdę się położyć. Nie przeszkadzaj sobie. Pozdrów je ode mnie.

— Zaczekaj, one chcą rozmawiać również z tobą. — Zatrzymał ją w biegu, chwytając w pół.

— Dzień dobry. Dziękuję, czuję się troszeczkę lepiej — odpowiadała na pytania, nadal mając za sobą Szymona. — Wreszcie mogę mówić. Tak, będę brała codziennie leki i leżała w łóżku, przyrzekam. Do zobaczenia wkrótce. Czy podać wam Szymona? — zapytała i oddała mu telefon.

— Przyjadę do domu za parę dni. Muszę dopilnować, aby Laura całkowicie wyzdrowiała. — Usłyszała za sobą głos Szymona, zanim weszła do sypialni.

Ponownie położyła się do łóżka, nakryła kołdrą i starała się zasnąć. Gdy po kilkunastu minutach Szymon wszedł do sypialni, Laura spała już kamiennym snem.

— Wiesz co, ja też chyba się położę w pokoju gościnnym. Prawie nie spałem tej nocy — mruknął, ściągając z siebie spodnie i koszulę. Przed położeniem się, nastawił budzik, aby podać jej w nocy lekarstwo.

Choć do wieczora było jeszcze daleko, rozłożył wersalkę i wyjął z niej pościel. Nieprzespana noc i jemu dała się porządnie we znaki. Zasnął, gdy tylko przyłożył głowę do poduszki. Budzik zadzwonił przed północą. Zza ścian sąsiedniego mieszkania dochodziła muzyka, jakby ktoś nie mógł zasnąć albo siedział przy kompie. Październikowe powietrze wdarło się przez lekko uchylone okno, więc je zamknął i wszedł do kuchni. Z termosu ulał do szklanki trochę ciepłej wody i wrócił do sypialni Laury. Usiadł na brzegu łóżka i dotknął jej ciepłej ręki. Lu nadal spała. Próbował ją obudzić, pocierając palcem czubek jej noska, aż w końcu nachylił się nad nią i próbował otworzyć swoimi wargami jej usta. Poczuł słodkawy smak po syropie od kaszlu. Językiem obrysował jej usta, a potem wcisnął się między jej zaciśnięte zęby, które pod naporem jego języka, rozchyliły się powoli, dopóki nie poczuła go w sobie, i wtedy ku jego uciesze, oddała mu pocałunek, najpierw próbując go, prawie się nim delektując, a potem poszła z nim na całość. Objął ją za szyję i lekko uniósł, wtedy otworzyła oczy. W samą porę, bo mogło być źle, pomyślał mocno pobudzony.

— Witaj, księżniczko — starał się zapanować nad głosem.

— Witaj. — Ręką otarła z powiek resztki snu.

— Nie wyzdrowiejesz, póki tego nie połkniesz. No dalej, nie jest złe w smaku. W nagrodę czeka cię miła niespodzianka — kusił cichym, aksamitnym głosem.

— Dajesz słowo? — udała, że pocałunek nie wywarł na niej wrażenia.

— Sama zobaczysz. — Podniósł się, trzymając wciąż jej rękę w swojej dłoni.

— Nie widziałam, że jesteś taki pociągający — szepnęła, wpatrując się w jego półnagą postać.

— Koniecznie chcesz, żebym się zaczerwienił? — zaśmiał się i wyszedł.

Laura połknęła lekarstwo i popiła je wodą. Na języku został jeszcze posmak goryczki antybiotyku, więc piła dotąd, póki nie pokazało się dno szklanki. Szymon wrócił po chwili, ubrany w dżinsy i błękitny sweterek, w którym było mu do twarzy, bo uwidaczniał jego ciemną opaleniznę.

— Naprawdę cię zawstydziłam?

— Nie jestem z natury pruderyjny, ale nie chciałbym cię wprawić w zakłopotanie.

— Sam fakt, że przyjechałeś, aby się mną opiekować, wprawia mnie w dziwny nastrój.

— Zapomniałaś, że zawarliśmy układ? Jesteśmy przyjaciółmi i gdy tylko się dowiedziałem od twojej babci, że jesteś chora, szybko przyjechałem, aby zaopiekować się tobą.

— Nie jesteś, mi nic winien.

— Tylko tak ci się wydaje.

— Powtarzam ci, nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań! — zaprotestowała, może zbyt pospiesznie, bo Szymon zmarkotniał.

— Czy chcesz dać mi do zrozumienia, że nie jesteś zadowolona z mojego przyjazdu?

Laura długo milczała, nie chcąc go obrazić. Była nie tylko zadowolona, była zachwycona jego widokiem. Czuła się jak mysz w pułapce.

— Przyrzekam ci, że gdy tylko wyzdrowiejesz, wyjadę — powiedział, nie patrząc na nią.

— Szymonie, to nie tak, jak myślisz. Po prostu nie chcę, abyś czuł, że masz wobec mnie jakikolwiek dług wdzięczności.

— Teraz już to wiem. Postaraj się zasnąć.

Laura miała wyrzuty sumienia. Nie wiedziała, jak ma się zachować i co mu powiedzieć, by go do siebie nie zniechęcić. Długo tłukła się z myślami, aż w końcu zmorzył ją sen.

Następne dni upłynęły Szymonowi na robieniu zakupów, gotowaniu i podawaniu Laurze leków. Raz zrobił jej nawet pranie i zmienił pościel. Wieczorami czytał jej Stephena Kinga i tygodnik o wydarzeniach z życia gwiazd albo oglądali filmy na DVD, których nie obejrzała do końca, bo po godzinie już spała u jego boku. Raz przytrafiło mu się, że i on zasnął w ubraniu, trzymając ją w objęciach, spali tak do rana. W dzień udali, że nic takiego się nie wydarzyło i zbyli to milczeniem. Pod koniec następnego tygodnia, Laura dała mu jasno do zrozumienia, że poradzi sobie już sama. Tylko w dzień ucinała sobie godzinną drzemkę, po której lepiej się czuła. Zamiast piżamy, wkładała welurowy, zielony dres, w którym chodziła po domu. Któregoś wieczoru, gdy nakrywała stół do kolacji z pedantyczną dokładnością, oznajmiła Szymonowi, że czuje się już zupełnie zdrowa i jest gotowa wrócić do pracy.

— Dziękuję Szymonie, że roztoczyłeś nade mną opiekę. Ale jak sam wiesz, czeka na mnie odpowiedzialna praca. Powiedziałam szefowi, że zjawię się w kancelarii w najbliższy poniedziałek.

Szymon stał przy kuchni i robił dla nich kolację. Kupił wino, zrobił sałatkę z krewetek, a na deser ugotował budyń czekoladowo — waniliowy, jakby wyczuł, że to ich przedostatnia kolacja.

— To świetnie, bo Iza stęskniła się już troszeczkę za mną. Choć dzwoniłem do domu codziennie, ale to nie to samo. Też mi jej brakuje.

— Twoja matka jest wspaniałą kobietą, ale tata, to zawsze tata. Dlatego chciałabym, abyś w moim imieniu, wynagrodził jej cierpliwość, że tak długo się mną opiekowałeś i kupił jej w moim imieniu ciekawą grę albo klocki lego.

— Wieczorem wyjdę do miasta i kupię jej coś. — Szymon otworzył wino i nalał go do szklanych kieliszków.

— Twoje zdrowie — powiedział, wznosząc toast.

— I twoje. — Stuknęła swoją lampką jego kieliszek.

— Pewnie Ambroży i twoi koledzy, przywitają cię z otwartymi ramionami.

— Pewnie tak. — Małymi kęsami nabierała sobie sałatkę, popijając ją winem. — Jest znakomita. A mówiłeś, że umiesz tylko robić naleśniki — pochwaliła, udając, że nie zauważyła jego zmieszania.

— To sałatka z przepisu mojej mamy. Czasem lubię zrobić coś innego — odparł z nikłym uśmiechem.

— Zapomniałeś o czymś. Miałeś dla mnie ponoć jakąś niespodziankę — zagadnęła, chcąc wyrwać go z zamyślenia.

— Zachowam ją na inny dzień. Może kiedyś taki nadejdzie.

W Laurze coś pękło. W swoim życiu tak mało zaznała przyjemności i czułości, najpierw ze strony rodziców, a potem… Nie było żadnego potem. Na jej usta rwały się słowa, a zapach jego wody toaletowej po goleniu, wprawiał w lekkie oszołomienie. Uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

— A gdybym nalegała, abyś właśnie teraz mi ją sprawił, byłoby to dla ciebie zbyt trudne? — zapytała ze ściśniętym gardłem.

— O czym ty mówisz? — zapytał zdezorientowany, nadal patrząc na smutek, który pojawił się w jej pociemniałych oczach.

— Obiecałeś wcześniej, że sprawisz mi miłą niespodziankę. — Odetchnęła pełną piersią i ponownie zajrzała w jego oczy.

Był poważny. Jego oczy też. Wyjął z kieszeni spodni maleńkie pudełko i położył przed nią.

— Chciałem ci to dać później, może kiedyś zmienisz zdanie i… — umilkł zmieszany.

— Co to jest?

— Otwórz i zobacz.

Laurę zaskoczyła wielkość i piękno brylantowego cacka.

— Pierścionek?

— Jak sama widzisz. Nie podoba ci się?

— Ależ skąd, jest piękny!

— Jest twój.

— Niby z jakiej okazji?

— Zapomniałaś już, co mi zasugerował Barron?

— Wcale nie musiałeś kierować się jego opinią, ale przyznaję, jest śliczny i pewnie kosztował cię majątek.

— To forma podziękowania, więc przyjmij go bez obrazy.

— Nie mogę go przyjąć. Pierścionek kojarzy mi się… — zająknęła się, mocno przy tym czerwieniąc.

— Rozumiem. Lauro, czy wobec tego, zechcesz zostać moją księżniczką? — zapytał, nakładając na jej serdeczny palec pierścionek.

— Jaką rolę przyznasz mi w związku ze statusem księżniczki? — zapytała lekko oszołomiona.

— Będziesz niepodzielnie królowała w moim sercu.

— A ponadto?

— Znasz status żony w naszym społeczeństwie. Iza byłaby również bardzo szczęśliwa. Nie wspomnę już o swojej matce i twojej babce.

— Czy wiesz, czego ode mnie żądasz?

— Nie musiałabyś rezygnować z pracy w kancelarii.

— Czy wiesz, na co się narażasz biedaku?

— Twoja choroba dopiero spowodowała, że mogłem do ciebie przyjechać i zaopiekować się tobą, jak niedawno ty nami. Mogłem zrobić zaledwie tylko tyle, choć ty zrobiłaś dla nas o wiele więcej, narażając przy tym swoje życie.

— Już ci mówiłam, że nie musisz czuć się zobowiązany za okazaną pomoc.

— Musiałem, bo strasznie za tobą tęskniłem. Znamy się od lat, ale dopiero tych kilka dni spowodowało, że poznałem cię naprawdę, taką, jaka jesteś i bardzo polubiłem. Posiadasz dar, którego nie możesz odrzucić, bo z nim się urodziłaś. Wiem, że będę musiał każdego dnia uczyć się tolerancji, ale także dzielić się tobą wiedzą i akceptować twoje wybory, które będą mnie niekiedy przerażały. Z tego też zdaję sobie sprawę.

— To byłoby cudowne, budzić się co rano w twoich ramionach, odczuwać twoją bliskość, zapach i mieć poczucie bezpieczeństwa, szczególnie nocą, kiedy nachodzą mnie koszmary.

— Ale…?

— Nie mogę narażać was na stresy i niebezpieczeństwo. Nawet moi rodzice nie mogli poradzić sobie z tym zagrożeniem i odcięli się ode mnie. Wolą żyć z dala ode mnie i nie patrzeć, gdy każdego dnia czuję i widzę to, o czym oni nie mają zielonego pojęcia. Boją się tak bardzo, że prawie już zapomnieli, jak wyglądam. Nauczyłam się żyć z dziadkami, którzy mnie zawsze kochali i akceptowali taką, jaką naprawdę jestem i oczywiście z moimi duchami, i aniołami, które nie tylko nade mną czuwają, ale nad nami wszystkimi.

— Lauro, ja nie jestem duchem. Jestem mężczyzną z krwi kości, pragnę obdarzyć cię miłością i czułością, na jaką zasługujesz. Życie jest takie krótkie, Lu. Mieliśmy okazję, aby się poznać i choć nasza znajomość jest dość krótka, ale poznaliśmy się, powiedziałbym nawet w ekstremalnych warunkach i być może to zagrożenie, spowodowało, że zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej. Wiem, że nie jestem ci obojętny, ale, czy na tyle, aby zbliżyć się do mnie jeszcze bliżej? Nie wiemy, co nas w życiu spotka. Każdego dnia czymś ryzykujemy. Wyjdźmy temu naprzeciw. — Jego oczy pociemniały z pożądania.

— Nigdy nie byłam w nikim zakochana. I nie wiem, jak mam się zachować i co ci powiedzieć. Nie zaczynajmy czegoś, co może się nie spełnić. Nawet w najśmielszych marzeniach nie śniłam, aby ktoś taki jak ty, mnie pokochał.

— Nie musisz o niej śnić. Trzymam cię teraz w swoich objęciach. Z przyjemnością wdycham twój zapach i dotykam twojego rozgrzanego ciała, które również odczuwa pożądanie jak w tej chwili moje. Tak niewiele potrzeba, abyśmy poczuli niebiańską rozkosz, abyśmy wznieśli się na sam szczyt słodkiego spełnienia — kusił.

Laura odprężyła się, wygięła w łuk, pragnąc poczuć jego ręce na swoim ciele. Płonęła, choć bała się tego ognia, bo przez niego mogła stracić swoją czystość, a wtedy straciłaby też swoją moc, o której mówiła jej prababka.

— Nie możesz mnie nawet dotykać, jak dotyka mężczyzna kobietę — szeptała, tuląc się do niego, i poddając jego łagodnym ruchom rąk, które koiły i uspakajały jej oddech.

Szymon płonął, ale powstrzymywał się resztkami sił, by nie wybuchnąć z pożądania. Była namiętna, oddawała pocałunki z taką pasją, jakby robiła to od lat, ale instynktownie czuł, że nigdy nie była z mężczyzną.

— Powiedz, kiedy będziesz gotowa?

— Na co?

— Na bycie ze mną.

— To nie jest takie łatwe, jak ci się wydaje, Szymonie. Moje serce jest rozdarte i zawieszone pomiędzy niebem a piekłem, tęsknotą a pragnieniem zaspokojenia. To tak bardzo boli… — westchnęła z żalem w głosie.

Szymon nadal trzymał ją w ramionach, a ona miała wciąż zamknięte oczy i drżała z emocji, których doznawała po raz pierwszy w życiu. W końcu opamiętał się pierwszy.

— Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, księżniczko? — pochylił się nad nią i wpatrywał w jej zamglone spojrzenie.

— Zanim powiem tak, chciałabym ci coś wyjaśnić. Wiem od nich, a konkretnie od mojej prababki, że muszę zachować czystość, abym mogła zachować moc, dzięki której pomagam innym — odezwała się po długim milczeniu.

Szymon analizował słowa i zastanawiał się nad ich konsekwencją.

— Chcesz wiedzieć jak długo? — zapytała niepewnym głosem.

— Nie o tym myślałem. Chodzi mi o twoje bezpieczeństwo. A poza tym, chcę mieć wyłączne prawo do całowania cię, pieszczenia każdego centymetra twojego pięknego ciała i umawiania z tobą na randki. Pragnę, abyś wolny czas poświęcała mnie i mojej córeczce. Nie musimy się spieszyć. Narzeczeństwo, to czas do lepszego poznania się i wzajemnej akceptacji, ale… — zawahał się, nie chcąc palnąć jakiegoś głupstwa.

— Powiedz, o czym naprawdę pomyślałeś w tej chwili?

— O dziecku. Wyobrażałem sobie wiele razy, jak pod twoim sercem rośnie nasze dziecko. Z każdym rokiem nasza szansa maleje, bo, czy chcemy czy nie, starzejemy się, Lauro.

— W gruncie rzeczy masz rację. Babcia nie może się już doczekać, by mi trochę poniańczyć dzidziusia, a czas ucieka. Musiałabym zostawić za sobą wiele spraw, a być może i pracę w prokuraturze.

— Byłaby to dla ciebie wielka strata?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 62.53