Rozdział 1
Zakon twoim domem
Weles pomimo bycia bogiem podziemi czuł się niepewnie.
— Co jest braciszku? — spytała Emilia.
— Wiesz… nie mogę się przyzwyczaić do tej postaci.
Emilia spojrzała na niego uważnie.
— Pamiętasz coś z Nawi?
— Pamiętam ciebie i mamę. — powiedział. — Przybyłyście do mnie.
— A potem tu przyszedłeś na świat.
— Trochę dziwnie się czuje, wstępując do zakonu noszącego imię mojego wroga.
— Perun czy tak?
— Owszem. — odpowiedział.
— Korpus Słowiański…
— Inaczej Wojownicy Peruna. — dokończył za nią brat.
— Jak to jest być bogiem w ludzkim ciele? — spytała.
Dotknął jej.
Zimno przeszyło go na wylot.
Ale nie cofnął ręki.
— Dziwnie. — odpowiedział.
— Chodź. Niedługo inicjacja.
Wzięła bagnet.
Ostrze błysnęło w świetle księżyca.
W przeciwieństwie do Nadieżdy i Kazimierza oboje podcięli sobie żyły.
Wiedzieli, że nie umrą.
Rany natychmiast się zasklepiły nie pozostawiając śladu.
— Gratuluje. — powiedziała Nadieżda ubrana jak kapłanka z dawnych czasów. — Jesteście rodzeństwem krwi.
— Wiemy siostra. — uśmiechnęła się Emilia.
— Bolało. — powiedział do Nadii Weles.
— Nas ludzi zawsze boli. — odparła dziewczyna. — Ale prawdziwy ból… nie jest fizyczny.
— Pytam, bo się uczę.
— Wiem, braciszku. — Nadia odwróciła się. — Zobaczę co u Wandy i Kazimierza.
Odwróciła się i dodała.
— Weles.
— Tak, siostro?
— Zwracam się teraz jako kapłanka. — na jej twarzy pojawił się uśmiech. — Tu rządzi starszyzna nie bogowie, więc proszę… bądź człowiekiem.
— Jestem nim. — odpowiedział.
Przytuliła go na pożegnanie i poszła do domu z czerwoną gwiazdą.
…
W nocy nie mógł spać.
Obudził się zlany potem.
Młoda dziewczyna patrzyła na niego siedząc na krześle.
— To ty Marzanno. — powiedział instynktownie.
— Tak, braciszku. — powiedziała Śmierć. — Miodu?
— Chętnie i tak nie mogę zasnąć. — odpowiedział.
— To normalne. — uśmiechnęła się. — My nie śpimy, my czuwamy.
Po nalaniu miodu usiedli naprzeciwko siebie.
— Nadal się przyzwyczajasz. — zauważyła.
— Tak. — odpowiedział.
Spojrzała na niego czule.
— One są dla ciebie ważne. — powiedziała nagle.
— To moja rodzina, w tym świecie. — Weles spojrzał jej prosto w oczy. — Kocham ich.
— Wiem. — odpowiedziała.
Spojrzała przez okno.
— Piękny jest ten świat nieprawdaż? — spytała. — Inny całkowicie od naszego.
— Siostrzyczko… a jeśli mnie znajdą? — spytał. — Albo co gorsza Perun się dowie, że jestem pośród jego wojowników.
— Nic ci nie zrobi. — odparła dziewczyna. — Teraz jesteś człowiekiem i przez to masz spokój.
W pewnym momencie powiedziała.
— Udaj się na Litwę.
— Chyba nie sam? — uśmiechnął się krzywo.
— Nie. — zaśmiała się. — Sam nie możesz.
— Tak jak myślałem. — spojrzał przez okno.
Zamyślił się.
— Tu chronią.
— Wiem.
— Chcesz się przejść?
Na jej twarzy pojawił się smutek.
— Ktoś musi ogarniać te zaświaty. — powiedziała.
Wstała i podeszła do drzwi.
Zatrzymała się… i rzuciła się mu na szyję.
— Kocham cię tak samo jak Irinę, a nawet bardziej.
— Wiem.
Śmierć po raz pierwszy uroniła łzę.
— Brakuje mi ciebie.
— Przyzwyczaisz się. — uspokoił ją.
Otworzyła drzwi.
— Do zobaczenia… kochany.
I znikła w mroku.
…
Starszyzna zebrała się o świcie.
— Nic nie mów. — powiedział Kazimierz. — Słuchaj się Nadii.
— Jasna sprawa.
— Szybko się uczysz jak na boga. — szepnął.
— Trochę was znam… ale tylko was, Słowian. — powiedział po starosłowiańsku.
Najstarszy przemówił.
— Zbliża się coś, czego nie pojmujemy. — zaczął. — Jeśli odpowiednio tego nie rozegramy, to może oznaczać, że świat żywych i martwych się połączą, a wtedy nastanie chaos.
Milczał przez chwilę.
— Czarnobóg znów może w tym maczać palce. — podjął po chwili. — Sami nie damy mu rady. Potrzebujemy pomocy innych sześciu zakonów.
Tu spojrzał na Welesa.
— Ty udasz się na Litwę, do Wybrańców Perkuna.
Wzrok starszego padł na Emilię.
— Ty idziesz do Niemiec, do Jomswikingów.
Kazimierz.
— Ty, Węgry.
Nadieżda.
— Ty, Finlandia.
Po chwili dodał już weselej.
— A potem zobaczymy,
…
— Wyruszasz na Litwę. — powiedziała Emilia.
— Mam tam mówić coś w stylu,,Litwo ojczyzno moja”? — zażartował.
— Uważaj tam na siebie. — odparła przytulając go.
— To wasi bracia, sojusznicy.
— Z tego co się dowiedziałam… nie przepadamy za sobą.
— Szczególnie my i Germanie.
— Pamiętaj kim jesteś tutaj. — powiedziała siostra.
— Jestem jednym z was i twoim rodzonym bratem.
Spojrzał na siebie w lustrze.
Mundur był dla niego nienaturalny.
— Szkoda. — powiedział patrząc na AK-12. — Mam sentyment do broni białej.
— Pamiętaj законъ твои домъ.
Rozdział 2
Kraj Bałtów
Spojrzał za siebie.
Przed nim Litwa.
Za nim, Rosja.
Powiało chłodem.
— Uważaj na siebie synku. — usłyszał Annę.
— Wiem mamo.
Przekroczył granice.
Nie uszedł kilku metrów i usłyszał odbezpieczanie broni.
— Nie jesteś jednym z nich.
Odwrócił się.
Młoda dziewczyna, może pełnoletnia patrzyła na niego badawczo.
— Lietuva? — rzekł niepewnie.
— Taip, Lenkija?
— Owszem. — odpowiedział.
Opuściła broń.
Podeszła do niego i wyciągnęła rękę.
— Milda. — przedstawiła się.
Zawahał się na ułamek sekundy.
— Weles.
— Też po bogu ciekawe.
— A ty po jakiej bogini?
Oblała się rumieńcem.
— Miłości.
Poczuł coś bardzo znajomego.
— Ty…
— Jestem taka jak ty Welesie. — uśmiechnęła się.
— No ładnie…
— Tak, niebrzydko. — powiedziała Milda patrząc w niebo. — Choć może trochę popadać.
— Tylko się we mnie nie…
— Nie zakochaj? — spytała dziewczyna. — Zobaczymy.
— Przybywam w pokoju. — powiedział.
Spoważniała.
— Każdy tak mówi.
Po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Twoja matka nie może być człowiekiem. — rzekła.
— Jest…
Zawahał się.
— Demonem. — wydusił.
— Wiedziałam… a twój ojciec?
— Za dużo chcesz wiedzieć.
Uniosła broń.
— Nie zmuszaj mnie. — powiedziała czule po czym dodała rozkazująco. — Powiedz.
— Jest Radziecki. — odpowiedział.
— A jednak, nie nosisz sierpa i młota. — spojrzała na orzełka.
— Jestem Polakiem. — odpowiedział.
— Wiem, kochany.
W tym momencie oboje poczuli czyjąś obecność.
— One tu są. — powiedział.
— Patrz Litwo co za niespodzianka. — Polska wyłoniła się z lasu.
— Tak Kochana. — Litwa spojrzała na nią czule. — Nasze dzieci się kochają. — wyszeptała.
Oboje zesztywnieli.
— Skąd wy…
Litwa położyła palec na jej usta.
— Córciu, my po prostu wiemy.
Znikły.
— Ani słowa o tym jak dojdziemy na miejsce, rozumiesz? — spytała.
— Rozumiem. — odpowiedział chłopak.
— Nie rozumiesz… — wyczuła kłamstwo. — Nie wolno nam.
— Rozumiem… kurwa czystość krwi. — zaklął.
— To nie jest zabawne.
— Takie decyzje…
— Proszę nie kończ.
— Doprowadziły do masowego mordowania ludzi. — dokończył.
Podeszła do niego i sprzedała mu liścia.
— Boli.
— Nie masz prawa sądzić naszych praw! — syknęła. — Zostało to ustalone jeszcze w Średniowieczu.
— A co z szlachtą, która ma mieszaną krew? — spytał.
— Nie mówię jako śmiertelniczka. — Milda po raz pierwszy się zdenerwowała. — Tylko jako bogini.
— Nie chcesz ze mną walczyć. — powiedział powoli. — Więc waż słowa.
— Twoje czary tu nic nie dadzą. — w jej oczach pojawił się płomień. — Tu rządzę ja i moje rodzeństwo.
Milczeli.
— To ty powinieneś uważać co mówisz.
Weles zrozumiał.
— Przepraszam.
Pocałował ją w rękę.
— Oj Polacy, wy tak zawsze. — znowu wydawała się zwykłą dziewczyną.
…
— Nadal nie mogę tego pojąć. — Aleksiej patrzył na Mirę zaciekawiony. — Uczono nas, że bóstwa to wymysł.
— Wiem. — Irina ujęła jego dłoń. — Ale tak najwidoczniej było od zawsze.
— Jesteśmy Radzieccy i jesteśmy świadkami czegoś niewytłumaczalnego dla teorii Marksa.
Spojrzeli sobie w oczy, jak dawniej.
— Jeśli Mira pójdzie do Korpusu…
— Wiem. — odparł. — Ale Emilia też jest…
Urwał.
Nie chciał kończyć.
— Jest martwa Ali. — pogładziła jego policzek.
— Ania zresztą też. — dodał.
Nalali sobie wódki.
— Nie zrezygnujesz co? — spytał.
— Ali… Związek to było nasze życie, Nadii także.
— Muszę powiedzieć Swietłanie.
— Zawsze byliście, jak papużki nierozłączki. — zaśmiała się.
— To moja siostra, kochanie.
— Mamo. — Mira spojrzała na nich badawczo. — Nigdy się nie spytałam co to znaczy być Radziecka?
— Masz za rodziców obywateli Związku Radzieckiego. — odparła.
Odwróciła się.
— Chcę tam pójść.
— Do Korpusu? — Aleksiej po raz pierwszy w życiu uczynił znak krzyża.
— Nie chcę być ciągle tylko w domu, chcę… trochę pozwiedzać.
— Może i my wstąpimy?
— Aleksiej… my nie wierzymy w bogów.
— To ty rozmawiasz z Śmiercią a ja z duchem i mówisz, że ty nadal nie wierzysz.
— A ty?
— Ira… ja już sam nie wiem, czy to sen czy jawa.
…
— Już noc. — Weles rozejrzał się.
— Wiem. — odparła Milda. — Odpocznijmy, bycie w ludzkim ciele jest zbyt męczące.
Powiał wiatr.
— Mama idzie. — powiedział.
— Ty rozróżniasz?
— Wiesz… gdyby twój rodzic był upiorem to byś zrozumiała.
Słychać było kroki.
Ale nie było widać nikogo.
Tylko cień.
— Pokaż się mamo. — powiedział Weles. — Nie musisz się chować.
Usłuchała.
— Chciałam tylko upewnić się, że nic ci nie jest. — powiedziała Anna patrząc na syna martwymi oczami.
— Co z siostrą?
— Emilka jest już w Niemczech.
— Miło panią poznać. — powiedziała Litwinka. — Milda.
— Miło mi. — Anna tylko się uśmiechnęła.
Jakby wiedziała.
— Nie mogę zbytnio tu zostać.
— Wiem.
Matka spojrzała na dziewczynę.
— Dbaj o niego.
— Ma pani moje słowo.
Anna odwróciła się i zaczęła iść.
Zatrzymała się.
— Wel.
— Tak?
— Pamiętaj, przede wszystkim jestem twoją mamą.
Rozpłynęła się.
…
Dawna siedziba Jomswikingów zamajaczyła na horyzoncie.
Jomsborg.
Miejsce wyglądało jak potężny gród skandynawski.
— Halt! — jeden z wartowników zatrzymał ją. — Papieren.
Emilia podała dokumenty.
— Slawische Korps?
— Ja. — odpowiedziała.
— W porządku. — powiedział Niemiec. — Zaprowadzę cię.
— Emilia.
— Zygfryd von Schmugler.
— Syn pana Hermanna prawda? — spytała.
— Tak, tata jest sceptycznie nastawiony do naszego bractwa.
— Dlaczego?
Zawahał się.
Pokazał odznakę
— Hakenkreuz. — szepnęła z przerażeniem.
— Tak… jestem nazistą, a przynajmniej tak nas nazywają, to był symbol Słońca. — powiedział.
— Czemu…
— Niemiecki Ruch Wiary. — uciął krótko. — Lokalna odmiana Asatru.
Spojrzała na mundur.
Wyglądał jak z czasów II Wojny Światowej.
Stahlhelm błyszczał w słońcu
— Imię… nadała mi matka. — powiedział Zygfryd. — Po bohaterze z Pieśni Nibelungów.
— Zwolenniczka Hitlera?
— Pangermanizmu. — poprawił.
Zygfryd poczuł chłód.
— Ty jesteś upiorem. — rzekł po chwili.
— Tak Niemcu, jestem martwa.
— Nie nazywaj mnie tak. — skrzywił się. — Jestem Germaninem.
— Uznajesz się za… no wiesz?
— Członka Herrenvolk? Tak.
Odwróciła się.
— Czyli nami gardzicie.
— Nasz ruch się zmienił. — powiedział kładąc rękę na jej ramieniu.
Zimno przeszyło go jak strzała.
— Wotanie drogi… zimna niczym z Helheimu.
— Boisz się? — spytała.
— Nein Wendisch. — odparł.
Zaskoczyło to ją.
— Jak mnie nazwałeś?
— Tak was nazywamy. — wyjaśnił.
Otworzył bramę zamku.
Oficer spojrzał na niego przez ułamek sekundy.
— Heil Germania. — powiedział Zygfryd oddając przypisowe honory.
— Heil Germania, Siegfried.
— Nigdy się nie zmienicie. — powiedziała cicho Emilia.
— Blut und Boden, moja droga.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
— Czemu wy tacy jesteście…
— My jesteśmy po prostu wierni starym zasadom.
— To czemu wy…
— Używamy tego? — spytał pokazując swastykę. — To rasiści go wypaczyli, nie my.
— Ale…
— Wytłumaczę ci coś Wendzie. — Zygfryd spojrzał na nią groźnie. — Każdego w Germanii, kto jest patriotą nazywa się naziolem.
— Tak samo w Polsce kto ma odmienne zdanie ten jest,,ruską onucą”. — uśmiechnęła się Emilia.
Rozdział 3
Spotkanie
— Czego żądacie? — spytał wieszcz.
— Pomocy.
— Pomocy w niedoprowadzeniu do tego, by świat zwariował?
— Dokładnie.
Po chwili przyprowadzili księdza.
— Szpieg Watykanu. — wyjaśnił jeden ze strażników.
— Litości!
Wieszcz spojrzał na niego.
— Siegfried.
— Ja?
— Wytnij mu krwawego orła na plecach.
— Jawohl!
— Teraz? — spytała Emilia.
— Nie. — szepnął Zygfryd. — Ordnung muss sein.
— Rozumiem… typowi Niemcy.
— Jak widzisz moja droga. — wieszcz spojrzał w jej martwe oczy. — Nie możemy wam pomóc jako tako, ALE możemy jednego z nas wysłać.
— Jeśli można… — Zygfryd spojrzał na wieszcza. — Po wyroku i karze zgłaszam się na ochotnika.
Wieszcz milczał czas jakiś po czym powiedział tylko.
— Gut.
…
— Czy wy musicie być tak brutalni? — spytała Emilia.
— Polen, tak nas wychowano. — odpowiedział Niemiec.
Wziął nóż.
Podszedł do przywiązanego księdza.
— Niech Wotan cię osądzi. — szepnął.
Wszystko odbywało się powoli.
Najpierw wyciął na plecach rysunek orła potem… gwałtownie ściągnął skórę.
Kapłan zawył z bólu.
Zygfryd wziął topór.
Odrąbał powoli wszystkie żebra.
Ułożył je następnie tak aby wyglądały jak skrzydła.
A potem wyjął płuca i położył na,,skrzydłach”
Emilia nie wymiotowała, ale poczuła gniew.
— Po wszystkim. — powiedział Zygfryd.
— Brutal. — syknęła.
— A wy niby czym się różnicie? — spytał. — Przysięga krwi to jest humanitarne?
— Nie.
— Więc nie pieprz upiorze o moralności.
To ją zabolało.
— Przeklęty Krzyżak… — rzuciła.
— Dokąd płyniemy? — spytał.
— Litwa, Niemcu.
— Emilia. — jego mięśnie się napięły. — Nie nazywaj mnie Krzyżakiem.
…
— Oni nas nienawidzą. — powiedział, gdy wyszli na ląd.
— Kto?
— Wybrańcy Perkuna. — odparł.
W tym samym czasie Milda to wyczuła.
— Welesie wstawaj.
— Co jest?
Oczy dziewczyny płonęły.
— Germanin na naszej ziemi. — rzekła wściekle.
— Czekaj. — Weles zamknął oczy.
— Braciszku. — usłyszał głos. — To ja.
— Emilka. — otworzył oczy.
— Twoja siostra? — spytała.
— Tak.
— Są niedaleko. — powiedziała Bogini.
Spotkali się po 2 godzinach marszu.
Emilia przytuliła brata.
— Siostrzyczko.
— Bracie.
Milda spojrzała na Zygfryda i syknęła.
— Precz.
— Nie rządzisz mną. — odparł Niemiec.
— Rozkazuje ci. — powiedziała czule.
Nie ruszył się.
— Kogo kochasz? — spytała cicho.
Spojrzał tylko na Emilię.
— Zepsujesz własną krew?
— Nie dbam o to.
— To coś nowego. — mruknęła. — Wy macie na tym punkcie fioła.
— Nie ja, nie jestem nacjonalistą germańskim. Tylko europejskim.
— Ale jesteś Niemcem.
— Moją ojczyzną jest Germania fakt.
Milczał przez chwilę.
— Mein liebes Reich. — mruknął do siebie. — Ale przecież są wyjątki od reguły.
Emilia odwróciła się.
Wiedziała.
— Chcesz się związać z martwym? — spytała.
Weles spojrzał badawczo.
— Nasza matka związała się z żywym i narodziłem się ja. — powiedział.
— Prawda. — Emilia uśmiechnęła się. — Zastanów się więc Zyguś.
Zygfryd zawstydził się.
— Ja tylko sugeruję.
— A ty Weles?
Spojrzał na siostrę zdziwiony.
— O co ci chodzi?
— Ty ją kochasz. — szepnęła.
— Tak. — usłyszała w głowie. — Ale mi nie wolno.
— Wolno ci. — odparła.
— Wy tak serio się porozumujecie? — spytała Milda.
— Czasami.
— Emilio. — bogini spojrzała na nią. — Nie wolno nam.
— Wiele rzeczy nie wolno. — powiedziała. — A i tak się je łamie.
— Jeśli to zrobię…
— Złamiesz zasady?
— Przekroczę granice.
— Jak nasza mama. — uśmiechnęła się.
— Nie rozumiesz Emilia. — Milda pokręciła głową. — Gdyby Weles chciałby śmiertelniczki… to to jest możliwe, z inną boginią z waszego panteonu tak samo, ale ja nie należę do waszego świata. To by oznaczało potrzebę stworzenia nowego, być może ogólnoświatowego panteonu bóstw.
— A chrześcijaństwo? — spytał nagle Germanin. — Ono wchłonęło wiele z innych religii.
— Chrystus… chciał tylko by Żydzi powrócili do pierwotnej wersji wiary, innymi słowy mamy do czynienia z Judaizmem bez obrzezania i z uwzględnieniem innych nacji. — powiedziała Milda.
Ale w jej głosie czuć było strach.
— Boisz się. — stwierdził Weles.
Osłupiała.
— Bo… mi nie wolno…
— Ale czego?
— Nie wolno wypowiadać jego imienia.
— Jaśniej można?
— Weles… on ma szpicli, wszędzie czyhają, chcą wytępić.
— Co wytępić?
— Nas.
Nagle powiało chłodem, ostrym zadającym ból.
Marzanna pojawiła się jak zwykle, ale nie jako piękna młoda dziewczyna.
Miała zniszczoną twarz, bok przebity raną po mieczu bez kosy.
— Bra… ci… szku…
— SIOSTRA!!! — Weles podbiegł do niej.
— Pani… — Emilia spojrzała przerażona. — Co się stało?
— On… to…
Wypluła krew.
— Kto?
— Teutonie stań na czatach. — powiedziała Milda.
— Rozumiem. — odparł Zygfryd.
Śmierć zapłakała i wskazała pobliski kościół.
— Pieprzony… uzurpator…
— Kto?
— Mówiłam Weles, on chce nas zniszczyć.
— Moreno wyliżesz się z tego…
— Nie…
Zamknęła oczy.
…
Irina odbierała raport.
Dotyczył Watykanu.
,,Papież ogłasza krucjatę przeciwko bałwochwalcom i apostatom”.
— A ile on ma dywizji? Prawda towarzyszu Stalin? — rzekła drwiąco.
— Irina… — usłyszała w głowie.
— Marzanna? To ty?
— Nie mam za wiele czasu…
— Co ty mówisz, Śmierci nie zabijesz.
— Nikt nie może mnie… zabić… poza… nim…
— Jezus? — spytała. — On był tylko człowiekiem.
— Raz… mnie… oszukał…
— Ukrzyżowanie?
— Tak…
Kaszel.
Irina poczuła smak krwi.
— Ty… umierasz…
— Tak…
— Nie mogę cię stracić. — enkawudzistka uroniła łzę.
— Posłuchaj… uważnie… teraz… ty… jesteś… boginią… śmierci…
Spojrzała na mundur.
Czarny zamiast przypisowego, w jej ręku pojawiła się kosa.
— Nie umieraj! — krzyknęła.
— Zawsze… cię… uwielbiałam… siostrzyczko… żegnaj… na…
Cisza.
— Wieki. — wyszeptała Śmierć.
— Co mam zrobić? — spytała.
Brak odpowiedzi.
— Ten skurwysyn mi zapłaci. — powiedziała.
Odłożyła kosę i napisała rozkaz.
Był krótki.
,,Rozwiązać patriarchat moskiewski”.
…
— MARZANNA! — krzyknął Weles.
I po raz pierwszy zapłakał.
— Braciszku…
— On mi zapłaci. — rzekł wściekle. — Znów go przybiję do krzyża.
— Nie pozwól by gniew zmącił…
— Milda. — Weles spojrzał na nią wściekle. — Straciłem nie tylko pomoc, straciłem członka rodziny.
Bogini miłości cofnęła się.
— Ty… nie wiesz co mówisz. — powiedziała.
— WIEM!
— No świetnie. — mruknął Zygfryd. — Teraz tylko Garm strzeże Helheimu.
…
Aleksiej i Anna spojrzeli na stare zdjęcia z lat osiemdziesiątych.
— Minęło zbyt dużo czasu. — mruknął.
Anna ujęła jego dłoń.
— Martwię się o nasze dzieci.
Mira wyjęła nóż.
— Pani Anno.