E-book
15.75
drukowana A5
38.92
Wybrańcy Perkuna

Bezpłatny fragment - Wybrańcy Perkuna


Objętość:
74 str.
ISBN:
978-83-8455-104-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 38.92

Rozdział 1

Zakon twoim domem

Weles pomimo bycia bogiem podziemi czuł się niepewnie.

— Co jest braciszku? — spytała Emilia.

— Wiesz… nie mogę się przyzwyczaić do tej postaci.

Emilia spojrzała na niego uważnie.

— Pamiętasz coś z Nawi?

— Pamiętam ciebie i mamę. — powiedział. — Przybyłyście do mnie.

— A potem tu przyszedłeś na świat.

— Trochę dziwnie się czuje, wstępując do zakonu noszącego imię mojego wroga.

— Perun czy tak?

— Owszem. — odpowiedział.

— Korpus Słowiański…

— Inaczej Wojownicy Peruna. — dokończył za nią brat.

— Jak to jest być bogiem w ludzkim ciele? — spytała.

Dotknął jej.

Zimno przeszyło go na wylot.

Ale nie cofnął ręki.

— Dziwnie. — odpowiedział.

— Chodź. Niedługo inicjacja.

Wzięła bagnet.

Ostrze błysnęło w świetle księżyca.

W przeciwieństwie do Nadieżdy i Kazimierza oboje podcięli sobie żyły.

Wiedzieli, że nie umrą.

Rany natychmiast się zasklepiły nie pozostawiając śladu.

— Gratuluje. — powiedziała Nadieżda ubrana jak kapłanka z dawnych czasów. — Jesteście rodzeństwem krwi.

— Wiemy siostra. — uśmiechnęła się Emilia.

— Bolało. — powiedział do Nadii Weles.

— Nas ludzi zawsze boli. — odparła dziewczyna. — Ale prawdziwy ból… nie jest fizyczny.

— Pytam, bo się uczę.

— Wiem, braciszku. — Nadia odwróciła się. — Zobaczę co u Wandy i Kazimierza.

Odwróciła się i dodała.

— Weles.

— Tak, siostro?

— Zwracam się teraz jako kapłanka. — na jej twarzy pojawił się uśmiech. — Tu rządzi starszyzna nie bogowie, więc proszę… bądź człowiekiem.

— Jestem nim. — odpowiedział.

Przytuliła go na pożegnanie i poszła do domu z czerwoną gwiazdą.

W nocy nie mógł spać.

Obudził się zlany potem.

Młoda dziewczyna patrzyła na niego siedząc na krześle.

— To ty Marzanno. — powiedział instynktownie.

— Tak, braciszku. — powiedziała Śmierć. — Miodu?

— Chętnie i tak nie mogę zasnąć. — odpowiedział.

— To normalne. — uśmiechnęła się. — My nie śpimy, my czuwamy.

Po nalaniu miodu usiedli naprzeciwko siebie.

— Nadal się przyzwyczajasz. — zauważyła.

— Tak. — odpowiedział.

Spojrzała na niego czule.

— One są dla ciebie ważne. — powiedziała nagle.

— To moja rodzina, w tym świecie. — Weles spojrzał jej prosto w oczy. — Kocham ich.

— Wiem. — odpowiedziała.

Spojrzała przez okno.

— Piękny jest ten świat nieprawdaż? — spytała. — Inny całkowicie od naszego.

— Siostrzyczko… a jeśli mnie znajdą? — spytał. — Albo co gorsza Perun się dowie, że jestem pośród jego wojowników.

— Nic ci nie zrobi. — odparła dziewczyna. — Teraz jesteś człowiekiem i przez to masz spokój.

W pewnym momencie powiedziała.

— Udaj się na Litwę.

— Chyba nie sam? — uśmiechnął się krzywo.

— Nie. — zaśmiała się. — Sam nie możesz.

— Tak jak myślałem. — spojrzał przez okno.

Zamyślił się.

— Tu chronią.

— Wiem.

— Chcesz się przejść?

Na jej twarzy pojawił się smutek.

— Ktoś musi ogarniać te zaświaty. — powiedziała.

Wstała i podeszła do drzwi.

Zatrzymała się… i rzuciła się mu na szyję.

— Kocham cię tak samo jak Irinę, a nawet bardziej.

— Wiem.

Śmierć po raz pierwszy uroniła łzę.

— Brakuje mi ciebie.

— Przyzwyczaisz się. — uspokoił ją.

Otworzyła drzwi.

— Do zobaczenia… kochany.

I znikła w mroku.

Starszyzna zebrała się o świcie.

— Nic nie mów. — powiedział Kazimierz. — Słuchaj się Nadii.

— Jasna sprawa.

— Szybko się uczysz jak na boga. — szepnął.

— Trochę was znam… ale tylko was, Słowian. — powiedział po starosłowiańsku.

Najstarszy przemówił.

— Zbliża się coś, czego nie pojmujemy. — zaczął. — Jeśli odpowiednio tego nie rozegramy, to może oznaczać, że świat żywych i martwych się połączą, a wtedy nastanie chaos.

Milczał przez chwilę.

— Czarnobóg znów może w tym maczać palce. — podjął po chwili. — Sami nie damy mu rady. Potrzebujemy pomocy innych sześciu zakonów.

Tu spojrzał na Welesa.

— Ty udasz się na Litwę, do Wybrańców Perkuna.

Wzrok starszego padł na Emilię.

— Ty idziesz do Niemiec, do Jomswikingów.

Kazimierz.

— Ty, Węgry.

Nadieżda.

— Ty, Finlandia.

Po chwili dodał już weselej.

— A potem zobaczymy,

— Wyruszasz na Litwę. — powiedziała Emilia.

— Mam tam mówić coś w stylu,,Litwo ojczyzno moja”? — zażartował.

— Uważaj tam na siebie. — odparła przytulając go.

— To wasi bracia, sojusznicy.

— Z tego co się dowiedziałam… nie przepadamy za sobą.

— Szczególnie my i Germanie.

— Pamiętaj kim jesteś tutaj. — powiedziała siostra.

— Jestem jednym z was i twoim rodzonym bratem.

Spojrzał na siebie w lustrze.

Mundur był dla niego nienaturalny.

— Szkoda. — powiedział patrząc na AK-12. — Mam sentyment do broni białej.

— Pamiętaj законъ твои домъ.

Rozdział 2

Kraj Bałtów

Spojrzał za siebie.

Przed nim Litwa.

Za nim, Rosja.

Powiało chłodem.

— Uważaj na siebie synku. — usłyszał Annę.

— Wiem mamo.

Przekroczył granice.

Nie uszedł kilku metrów i usłyszał odbezpieczanie broni.

— Nie jesteś jednym z nich.

Odwrócił się.

Młoda dziewczyna, może pełnoletnia patrzyła na niego badawczo.

— Lietuva? — rzekł niepewnie.

— Taip, Lenkija?

— Owszem. — odpowiedział.

Opuściła broń.

Podeszła do niego i wyciągnęła rękę.

— Milda. — przedstawiła się.

Zawahał się na ułamek sekundy.

— Weles.

— Też po bogu ciekawe.

— A ty po jakiej bogini?

Oblała się rumieńcem.

— Miłości.

Poczuł coś bardzo znajomego.

— Ty…

— Jestem taka jak ty Welesie. — uśmiechnęła się.

— No ładnie…

— Tak, niebrzydko. — powiedziała Milda patrząc w niebo. — Choć może trochę popadać.

— Tylko się we mnie nie…

— Nie zakochaj? — spytała dziewczyna. — Zobaczymy.

— Przybywam w pokoju. — powiedział.

Spoważniała.

— Każdy tak mówi.

Po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co odpowiedzieć.

— Twoja matka nie może być człowiekiem. — rzekła.

— Jest…

Zawahał się.

— Demonem. — wydusił.

— Wiedziałam… a twój ojciec?

— Za dużo chcesz wiedzieć.

Uniosła broń.

— Nie zmuszaj mnie. — powiedziała czule po czym dodała rozkazująco. — Powiedz.

— Jest Radziecki. — odpowiedział.

— A jednak, nie nosisz sierpa i młota. — spojrzała na orzełka.

— Jestem Polakiem. — odpowiedział.

— Wiem, kochany.

W tym momencie oboje poczuli czyjąś obecność.

— One tu są. — powiedział.

— Patrz Litwo co za niespodzianka. — Polska wyłoniła się z lasu.

— Tak Kochana. — Litwa spojrzała na nią czule. — Nasze dzieci się kochają. — wyszeptała.

Oboje zesztywnieli.

— Skąd wy…

Litwa położyła palec na jej usta.

— Córciu, my po prostu wiemy.

Znikły.

— Ani słowa o tym jak dojdziemy na miejsce, rozumiesz? — spytała.

— Rozumiem. — odpowiedział chłopak.

— Nie rozumiesz… — wyczuła kłamstwo. — Nie wolno nam.

— Rozumiem… kurwa czystość krwi. — zaklął.

— To nie jest zabawne.

— Takie decyzje…

— Proszę nie kończ.

— Doprowadziły do masowego mordowania ludzi. — dokończył.

Podeszła do niego i sprzedała mu liścia.

— Boli.

— Nie masz prawa sądzić naszych praw! — syknęła. — Zostało to ustalone jeszcze w Średniowieczu.

— A co z szlachtą, która ma mieszaną krew? — spytał.

— Nie mówię jako śmiertelniczka. — Milda po raz pierwszy się zdenerwowała. — Tylko jako bogini.

— Nie chcesz ze mną walczyć. — powiedział powoli. — Więc waż słowa.

— Twoje czary tu nic nie dadzą. — w jej oczach pojawił się płomień. — Tu rządzę ja i moje rodzeństwo.

Milczeli.

— To ty powinieneś uważać co mówisz.

Weles zrozumiał.

— Przepraszam.

Pocałował ją w rękę.

— Oj Polacy, wy tak zawsze. — znowu wydawała się zwykłą dziewczyną.

— Nadal nie mogę tego pojąć. — Aleksiej patrzył na Mirę zaciekawiony. — Uczono nas, że bóstwa to wymysł.

— Wiem. — Irina ujęła jego dłoń. — Ale tak najwidoczniej było od zawsze.

— Jesteśmy Radzieccy i jesteśmy świadkami czegoś niewytłumaczalnego dla teorii Marksa.

Spojrzeli sobie w oczy, jak dawniej.

— Jeśli Mira pójdzie do Korpusu…

— Wiem. — odparł. — Ale Emilia też jest…

Urwał.

Nie chciał kończyć.

— Jest martwa Ali. — pogładziła jego policzek.

— Ania zresztą też. — dodał.

Nalali sobie wódki.

— Nie zrezygnujesz co? — spytał.

— Ali… Związek to było nasze życie, Nadii także.

— Muszę powiedzieć Swietłanie.

— Zawsze byliście, jak papużki nierozłączki. — zaśmiała się.

— To moja siostra, kochanie.

— Mamo. — Mira spojrzała na nich badawczo. — Nigdy się nie spytałam co to znaczy być Radziecka?

— Masz za rodziców obywateli Związku Radzieckiego. — odparła.

Odwróciła się.

— Chcę tam pójść.

— Do Korpusu? — Aleksiej po raz pierwszy w życiu uczynił znak krzyża.

— Nie chcę być ciągle tylko w domu, chcę… trochę pozwiedzać.

— Może i my wstąpimy?

— Aleksiej… my nie wierzymy w bogów.

— To ty rozmawiasz z Śmiercią a ja z duchem i mówisz, że ty nadal nie wierzysz.

— A ty?

— Ira… ja już sam nie wiem, czy to sen czy jawa.

— Już noc. — Weles rozejrzał się.

— Wiem. — odparła Milda. — Odpocznijmy, bycie w ludzkim ciele jest zbyt męczące.

Powiał wiatr.

— Mama idzie. — powiedział.

— Ty rozróżniasz?

— Wiesz… gdyby twój rodzic był upiorem to byś zrozumiała.

Słychać było kroki.

Ale nie było widać nikogo.

Tylko cień.

— Pokaż się mamo. — powiedział Weles. — Nie musisz się chować.

Usłuchała.

— Chciałam tylko upewnić się, że nic ci nie jest. — powiedziała Anna patrząc na syna martwymi oczami.

— Co z siostrą?

— Emilka jest już w Niemczech.

— Miło panią poznać. — powiedziała Litwinka. — Milda.

— Miło mi. — Anna tylko się uśmiechnęła.

Jakby wiedziała.

— Nie mogę zbytnio tu zostać.

— Wiem.

Matka spojrzała na dziewczynę.

— Dbaj o niego.

— Ma pani moje słowo.

Anna odwróciła się i zaczęła iść.

Zatrzymała się.

— Wel.

— Tak?

— Pamiętaj, przede wszystkim jestem twoją mamą.

Rozpłynęła się.

Dawna siedziba Jomswikingów zamajaczyła na horyzoncie.

Jomsborg.

Miejsce wyglądało jak potężny gród skandynawski.

— Halt! — jeden z wartowników zatrzymał ją. — Papieren.

Emilia podała dokumenty.

— Slawische Korps?

— Ja. — odpowiedziała.

— W porządku. — powiedział Niemiec. — Zaprowadzę cię.

— Emilia.

— Zygfryd von Schmugler.

— Syn pana Hermanna prawda? — spytała.

— Tak, tata jest sceptycznie nastawiony do naszego bractwa.

— Dlaczego?

Zawahał się.

Pokazał odznakę

— Hakenkreuz. — szepnęła z przerażeniem.

— Tak… jestem nazistą, a przynajmniej tak nas nazywają, to był symbol Słońca. — powiedział.

— Czemu…

— Niemiecki Ruch Wiary. — uciął krótko. — Lokalna odmiana Asatru.

Spojrzała na mundur.

Wyglądał jak z czasów II Wojny Światowej.

Stahlhelm błyszczał w słońcu

— Imię… nadała mi matka. — powiedział Zygfryd. — Po bohaterze z Pieśni Nibelungów.

— Zwolenniczka Hitlera?

— Pangermanizmu. — poprawił.

Zygfryd poczuł chłód.

— Ty jesteś upiorem. — rzekł po chwili.

— Tak Niemcu, jestem martwa.

— Nie nazywaj mnie tak. — skrzywił się. — Jestem Germaninem.

— Uznajesz się za… no wiesz?

— Członka Herrenvolk? Tak.

Odwróciła się.

— Czyli nami gardzicie.

— Nasz ruch się zmienił. — powiedział kładąc rękę na jej ramieniu.

Zimno przeszyło go jak strzała.

— Wotanie drogi… zimna niczym z Helheimu.

— Boisz się? — spytała.

— Nein Wendisch. — odparł.

Zaskoczyło to ją.

— Jak mnie nazwałeś?

— Tak was nazywamy. — wyjaśnił.

Otworzył bramę zamku.

Oficer spojrzał na niego przez ułamek sekundy.

— Heil Germania. — powiedział Zygfryd oddając przypisowe honory.

— Heil Germania, Siegfried.

— Nigdy się nie zmienicie. — powiedziała cicho Emilia.

— Blut und Boden, moja droga.

Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

— Czemu wy tacy jesteście…

— My jesteśmy po prostu wierni starym zasadom.

— To czemu wy…

— Używamy tego? — spytał pokazując swastykę. — To rasiści go wypaczyli, nie my.

— Ale…

— Wytłumaczę ci coś Wendzie. — Zygfryd spojrzał na nią groźnie. — Każdego w Germanii, kto jest patriotą nazywa się naziolem.

— Tak samo w Polsce kto ma odmienne zdanie ten jest,,ruską onucą”. — uśmiechnęła się Emilia.

Rozdział 3

Spotkanie

— Czego żądacie? — spytał wieszcz.

— Pomocy.

— Pomocy w niedoprowadzeniu do tego, by świat zwariował?

— Dokładnie.

Po chwili przyprowadzili księdza.

— Szpieg Watykanu. — wyjaśnił jeden ze strażników.

— Litości!

Wieszcz spojrzał na niego.

— Siegfried.

— Ja?

— Wytnij mu krwawego orła na plecach.

— Jawohl!

— Teraz? — spytała Emilia.

— Nie. — szepnął Zygfryd. — Ordnung muss sein.

— Rozumiem… typowi Niemcy.

— Jak widzisz moja droga. — wieszcz spojrzał w jej martwe oczy. — Nie możemy wam pomóc jako tako, ALE możemy jednego z nas wysłać.

— Jeśli można… — Zygfryd spojrzał na wieszcza. — Po wyroku i karze zgłaszam się na ochotnika.

Wieszcz milczał czas jakiś po czym powiedział tylko.

— Gut.

— Czy wy musicie być tak brutalni? — spytała Emilia.

— Polen, tak nas wychowano. — odpowiedział Niemiec.

Wziął nóż.

Podszedł do przywiązanego księdza.

— Niech Wotan cię osądzi. — szepnął.

Wszystko odbywało się powoli.

Najpierw wyciął na plecach rysunek orła potem… gwałtownie ściągnął skórę.

Kapłan zawył z bólu.

Zygfryd wziął topór.

Odrąbał powoli wszystkie żebra.

Ułożył je następnie tak aby wyglądały jak skrzydła.

A potem wyjął płuca i położył na,,skrzydłach”

Emilia nie wymiotowała, ale poczuła gniew.

— Po wszystkim. — powiedział Zygfryd.

— Brutal. — syknęła.

— A wy niby czym się różnicie? — spytał. — Przysięga krwi to jest humanitarne?

— Nie.

— Więc nie pieprz upiorze o moralności.

To ją zabolało.

— Przeklęty Krzyżak… — rzuciła.

— Dokąd płyniemy? — spytał.

— Litwa, Niemcu.

— Emilia. — jego mięśnie się napięły. — Nie nazywaj mnie Krzyżakiem.

— Oni nas nienawidzą. — powiedział, gdy wyszli na ląd.

— Kto?

— Wybrańcy Perkuna. — odparł.

W tym samym czasie Milda to wyczuła.

— Welesie wstawaj.

— Co jest?

Oczy dziewczyny płonęły.

— Germanin na naszej ziemi. — rzekła wściekle.

— Czekaj. — Weles zamknął oczy.

— Braciszku. — usłyszał głos. — To ja.

— Emilka. — otworzył oczy.

— Twoja siostra? — spytała.

— Tak.

— Są niedaleko. — powiedziała Bogini.

Spotkali się po 2 godzinach marszu.

Emilia przytuliła brata.

— Siostrzyczko.

— Bracie.

Milda spojrzała na Zygfryda i syknęła.

— Precz.

— Nie rządzisz mną. — odparł Niemiec.

— Rozkazuje ci. — powiedziała czule.

Nie ruszył się.

— Kogo kochasz? — spytała cicho.

Spojrzał tylko na Emilię.

— Zepsujesz własną krew?

— Nie dbam o to.

— To coś nowego. — mruknęła. — Wy macie na tym punkcie fioła.

— Nie ja, nie jestem nacjonalistą germańskim. Tylko europejskim.

— Ale jesteś Niemcem.

— Moją ojczyzną jest Germania fakt.

Milczał przez chwilę.

— Mein liebes Reich. — mruknął do siebie. — Ale przecież są wyjątki od reguły.

Emilia odwróciła się.

Wiedziała.

— Chcesz się związać z martwym? — spytała.

Weles spojrzał badawczo.

— Nasza matka związała się z żywym i narodziłem się ja. — powiedział.

— Prawda. — Emilia uśmiechnęła się. — Zastanów się więc Zyguś.

Zygfryd zawstydził się.

— Ja tylko sugeruję.

— A ty Weles?

Spojrzał na siostrę zdziwiony.

— O co ci chodzi?

— Ty ją kochasz. — szepnęła.

— Tak. — usłyszała w głowie. — Ale mi nie wolno.

— Wolno ci. — odparła.

— Wy tak serio się porozumujecie? — spytała Milda.

— Czasami.

— Emilio. — bogini spojrzała na nią. — Nie wolno nam.

— Wiele rzeczy nie wolno. — powiedziała. — A i tak się je łamie.

— Jeśli to zrobię…

— Złamiesz zasady?

— Przekroczę granice.

— Jak nasza mama. — uśmiechnęła się.

— Nie rozumiesz Emilia. — Milda pokręciła głową. — Gdyby Weles chciałby śmiertelniczki… to to jest możliwe, z inną boginią z waszego panteonu tak samo, ale ja nie należę do waszego świata. To by oznaczało potrzebę stworzenia nowego, być może ogólnoświatowego panteonu bóstw.

— A chrześcijaństwo? — spytał nagle Germanin. — Ono wchłonęło wiele z innych religii.

— Chrystus… chciał tylko by Żydzi powrócili do pierwotnej wersji wiary, innymi słowy mamy do czynienia z Judaizmem bez obrzezania i z uwzględnieniem innych nacji. — powiedziała Milda.

Ale w jej głosie czuć było strach.

— Boisz się. — stwierdził Weles.

Osłupiała.

— Bo… mi nie wolno…

— Ale czego?

— Nie wolno wypowiadać jego imienia.

— Jaśniej można?

— Weles… on ma szpicli, wszędzie czyhają, chcą wytępić.

— Co wytępić?

— Nas.

Nagle powiało chłodem, ostrym zadającym ból.

Marzanna pojawiła się jak zwykle, ale nie jako piękna młoda dziewczyna.

Miała zniszczoną twarz, bok przebity raną po mieczu bez kosy.

— Bra… ci… szku…

— SIOSTRA!!! — Weles podbiegł do niej.

— Pani… — Emilia spojrzała przerażona. — Co się stało?

— On… to…

Wypluła krew.

— Kto?

— Teutonie stań na czatach. — powiedziała Milda.

— Rozumiem. — odparł Zygfryd.

Śmierć zapłakała i wskazała pobliski kościół.

— Pieprzony… uzurpator…

— Kto?

— Mówiłam Weles, on chce nas zniszczyć.

— Moreno wyliżesz się z tego…

— Nie…

Zamknęła oczy.

Irina odbierała raport.

Dotyczył Watykanu.

,,Papież ogłasza krucjatę przeciwko bałwochwalcom i apostatom”.

— A ile on ma dywizji? Prawda towarzyszu Stalin? — rzekła drwiąco.

— Irina… — usłyszała w głowie.

— Marzanna? To ty?

— Nie mam za wiele czasu…

— Co ty mówisz, Śmierci nie zabijesz.

— Nikt nie może mnie… zabić… poza… nim…

— Jezus? — spytała. — On był tylko człowiekiem.

— Raz… mnie… oszukał…

— Ukrzyżowanie?

— Tak…

Kaszel.

Irina poczuła smak krwi.

— Ty… umierasz…

— Tak…

— Nie mogę cię stracić. — enkawudzistka uroniła łzę.

— Posłuchaj… uważnie… teraz… ty… jesteś… boginią… śmierci…

Spojrzała na mundur.

Czarny zamiast przypisowego, w jej ręku pojawiła się kosa.

— Nie umieraj! — krzyknęła.

— Zawsze… cię… uwielbiałam… siostrzyczko… żegnaj… na…

Cisza.

— Wieki. — wyszeptała Śmierć.

— Co mam zrobić? — spytała.

Brak odpowiedzi.

— Ten skurwysyn mi zapłaci. — powiedziała.

Odłożyła kosę i napisała rozkaz.

Był krótki.

,,Rozwiązać patriarchat moskiewski”.

— MARZANNA! — krzyknął Weles.

I po raz pierwszy zapłakał.

— Braciszku…

— On mi zapłaci. — rzekł wściekle. — Znów go przybiję do krzyża.

— Nie pozwól by gniew zmącił…

— Milda. — Weles spojrzał na nią wściekle. — Straciłem nie tylko pomoc, straciłem członka rodziny.

Bogini miłości cofnęła się.

— Ty… nie wiesz co mówisz. — powiedziała.

— WIEM!

— No świetnie. — mruknął Zygfryd. — Teraz tylko Garm strzeże Helheimu.

Aleksiej i Anna spojrzeli na stare zdjęcia z lat osiemdziesiątych.

— Minęło zbyt dużo czasu. — mruknął.

Anna ujęła jego dłoń.

— Martwię się o nasze dzieci.

Mira wyjęła nóż.

— Pani Anno.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 38.92