E-book
9.56
drukowana A5
33
Wybrana, by zginąć

Bezpłatny fragment - Wybrana, by zginąć


5
Objętość:
164 str.
ISBN:
978-83-8189-874-4
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 33

Tę książkę dedykuję moim najcudowniejszym rodzicom.

To Wy daliście mi skrzydła

i nauczyliście latać.

Wstęp

Rok 2049. Polska. Trójmiasto. Sopot.


Ostre światło latarki rzucało cienie w tunelu przesiąkniętym zapachem stęchlizny i martwych szczurów. Ich truchła ścieliły drogę, którą przemierzał pracownik miejscowych wodociągów wezwany do naprawienia usterki. Pewnie znów, jakieś śmieci przytkały odpływ — pomyślał. Podczas swojego dwudziestoletniego stażu pracy chodził tędy wielokrotnie, ale tego dnia czuł niepokój, jakby ktoś ukradkiem go obserwował. Zatrzymał się i ostrożnie obejrzał za siebie. Nikogo nie było. Mocniej zacisnął palce na uchwycie latarki, ruszając przed siebie. Kiedy dotarł do celu, ukucnął i wyciągnął za paska z narzędziami duże, mosiężne szczypce, których zwykł używać w takich okolicznościach. Było tak, jak przypuszczał. Odpływ ściekowy blokowało coś podłużnego. Chwycił to i uniósł w górę, kierując na znalezisko strumień światła. Długie, pomalowane czerwonym lakierem paznokcie odznaczały się na tle ludzkiej ręki, a raczej tego co z niej zostało. Przerażony mężczyzna rzucił szczypce na ziemię i zaczął uciekać, niestety z każdym krokiem słabł. Nogi nie były w stanie unieść jego ciężaru, a kolana uginały się, by w końcu przestać pełnić swoją funkcję. Mężczyzna upadł, brodząc w ściekowym mule. Krzyczał i błagał o pomoc, lecz jego głos był przytłumiony, a słowa niewyraźne, jakby dochodziły z bardzo daleka. Paraliż rozchodził się po ciele. Jedynym odgłosem, który świadczyłby, że nadal żył, było bicie w szalonym tempie jego serca. Po chwili dołączył do niego dźwięk zbliżających się kroków. Miał rację. W kanale znajdował się ktoś jeszcze. Przez zasnute łzami oczy dostrzegł postać kobiety. Patrzyła na niego beznamiętnym wzrokiem, po czym nachyliła się nad nim, szepcząc do ucha coś w obcym języku. Brzmiało to jak groźba. Długie, czerwone paznokcie wbiły się w szyję mężczyzny, tym samym kończąc jego agonię.


Kilka miesięcy później.


Chłód bijący z otwartej lodówki przynosi chwilowe ukojenie rozgrzanemu ciału. Zalewam mlekiem musli, nasypane chwilę wcześniej do miski i ocieram ręką zroszone kropelkami potu czoło.

Upały, które nawiedzają Polskę w ostatnim czasie są nie do zniesienia. Temperatura osiąga swe apogeum w południe, kiedy sięga nawet czterdziestu stopni w cieniu. Nie mogę powiedzieć, że jestem fanką deszczowej aury, ale to, co się teraz dzieje, to gruba przesada.

— Cześć, kochanie! — Mama wchodzi do kuchni i uśmiecha się do mnie ciepło.

Siadam przy stole i zaczynam chaotycznie mieszać łyżką w misce.

— Cześć — odpowiadam zrezygnowanym głosem.

— Te upały mnie wykończą. Krysia nie spała pół nocy.

Krysia to moja młodsza siostra. Ma dopiero trzy miesiące i w przeciwieństwie do moich czteroletnich braci bliźniaków, to aniołek. Bruno i Grześ właśnie wbiegają do kuchni, krzycząc jak opętani:

— Tort! Tort! — przekrzykują się wzajemnie, okupując lodówkę.

Mama opiera rękę o marmurowy blat kuchennej wyspy, marszcząc gniewnie brwi.

— Tu go nie ma. Lepiej szorujcie do łazienki, zaraz będzie śniadanie.

— Mamo…

— Natychmiast!

— Hej, urwisy. Co tu się dzieje? — Bliźniaki zaczynają piszczeć i chichotać, kiedy tata chwyta ich pod pachy i gilgocze.

— Tatusiu, przestań — proszą, zanosząc się śmiechem.

— Będziecie się słuchać mamusi? — Tata stara się wyglądać groźnie, ale ni jak mu to wychodzi.

Chłopcy zgodnie kiwają głowami i biegną do łazienki.

— Łap, to do ciebie. — Rzuca w moją stronę białą kopertę i podchodzi do mamy, która nalewa pomarańczowy sok do fikuśnych, kolorowych szklanek.

— Co ty wyprawiasz? — pyta rozbawiona ojca, gdy ten potrzepuje włosami, z których w powietrze wystrzeliwują pojedyncze krople wody pozostałe po porannym prysznicu.

Często słyszę, że swoje gęste i kasztanowe włosy odziedziczyłam właśnie po nim. Mamie zawdzięczam drobną budowę ciała i chabrowy kolor oczu. Miło się na nich patrzy.

Spoglądam na kopertę, którą cały czas trzymam w dłoni. Obracam ją, aby sprawdzić nadawcę.


Sektor 1

Siedziba wojskowa

ul. Kwiatowa 4

Pospiesznie rozrywam papier.


„Do wyłącznej wiadomości adresata.

Dzisiaj o godzinie dziewiętnastej, czasu miejscowego

proszona jest Pani o osobiste stawiennictwo pod wyżej

wymienionym adresem. Obecność obowiązkowa.

Sprawa dotyczy troski o Pani bezpieczeństwo i życie, gdyż

jest ono dla nas niezmiernie cenne.

Dalsze instrukcje otrzyma Pani po przybyciu na wyznaczone miejsce”.


— Co to do cholery jest? — burczę pod nosem.

Ostatnio w ogóle dzieją się dziwne rzeczy. Europę nawiedzają nieziemskie upały. Stany Zjednoczone borykają się z trzęsieniami ziemi i powodziami, a w Afryce spadło pół metra śniegu — paranoja.

— Pokaż — prosi tata.

Podaję mu kartkę. Po dokładnych oględzinach listu, spogląda na mnie badawczo.

— No co?! Nie patrz tak na mnie — dąsam się.

— Ciekaw jestem, który szaleńczo zakochany w mojej córce młodzieniec wymyślił coś takiego.

— Zwariowałeś?! — Tata i te jego teorie spiskowe.

— Podejdź do mnie — prosi. Nie zdążam przyjąć pozycji pionowej, kiedy ojcowski, niedźwiedzi uścisk miażdży mi żebra. — Pamiętam, jak trzymałem cię w ramionach zaraz po twoich narodzinach. Byłaś taka maleńka i krucha, a teraz?

Przewracam oczami, na co mama widząc to, uśmiecha się. Tata zawsze się rozkleja na wzmiankę o dniu moich narodzin. Nigdy się nie przyznam, że mnie także to wzrusza, ale staram się udawać twardą. Bardzo go kocham, ich wszystkich.

— Możemy już? — dopytuje Bruno, wracając do kuchni w towarzystwie brata. Na ich pyzatych buziach maluje się nieme „proszę”.

Mama wzdycha, wiedząc, że nie ma szans w starciu z tymi dwoma urwisami i ich apetytem na słodycze.

Dopiero teraz dostrzegam, że na kuchennej wyspie stoi mój ulubiony, czekoladowy tort. Musiała go wyciągnąć, kiedy ojciec dociskał mi żołądek do pleców. Teraz on odsuwa się i staje obok chłopców i mamy. Wszyscy zaczynają zgodnie śpiewać „Sto lat!”. Spoglądam na moją rodzinę, która jest najlepszym co do tej pory spotkało mnie w życiu.

„Początek”

Nie mam ochoty ruszać się z domu. Najchętniej wzięłabym trzeci dzisiejszego dnia prysznic, wsadziła w uszy słuchawki i odpłynęła w niebyt, wsłuchując się w basowe dźwięki gitary elektrycznej. To jest to, co lubię najbardziej. Spokój, odosobnienie i pełen relaks. Nie należę do towarzyskich ludzi, przez co wielu z nich udaje, że nie istnieję. Niewielka grupka znajomych, z którymi trzymam się od początku szkoły w zupełności mi wystarcza. Zaliczają się do niej: Anita, Marek i Mariola. Ta ostatnia to najwspanialsza przyjaciółka na świecie. Może jest trochę szurnięta i natrętna, ale nie wyobrażam sobie, aby kiedykolwiek zabrakło jej w moim życiu. To właśnie ona zaprasza mnie dziś na pierwsze, legalnie wypite piwo.

— Emilia, nie daj się prosić — słyszę jej dźwięczny głos, kiedy kończę jeść swój kawałek tortu.

Szlag by trafił komórki! — myślę. Przed wakacjami, na lekcji historii wspominaliśmy czasy, kiedy ludzie nawet nie myśleli o tych diabelskich urządzeniach. Zazdroszczę im.

Wzdycham zrezygnowana, bo wiem, że i tak nie wygram.

— Ok — odpowiadam krótko.

Jej piskliwy okrzyk radości przyprawia mnie o ból głowy. Odsuwam na chwilę telefon od ucha i czekam, aż się uspokoi.

— Będę po ciebie o osiemnastej trzydzieści — mówi w końcu.

— W porządku. Do zobaczenia, wariatko. — Rozłączam się i opieram czoło o chłodny blat stołu.

***

Nie wierzę, że się zgodziłam. Wiem, że może z perspektywy moich rówieśników wypadam słabo, ale ja po prostu nienawidzę imprez! Zawsze jest za głośno, za tłoczno, i w ogóle za… Mimo, że to moja osiemnastka, wolałabym uniknąć przeglądania sterty ubrań, która piętrzy się na łóżku. Wyciągam z szafy wszystko, jak leci. W końcu daję za wygraną i bez zbędnych ceregieli zakładam na siebie biały top i krótkie, czarne spodenki. Nogi wsuwam w złote sandały, a włosy upinam wysoko na czubku głowy.

Słyszę dzwonek do drzwi. Spoglądam na zegarek. Punktualna jak zawsze — myślę. Przeglądam się ostatni raz w lustrze wiszącym na drzwiach szafy, i wychodzę. W przedpokoju w towarzystwie Marioli stoi mój tata. Rozmawiają, ale nie słyszę o czym, bo w salonie ryczy telewizor. Bruno z Grzesiem oglądają swoją ulubioną bajkę. Podchodzę do przyjaciółki, która wzdryga się na mój widok.

— Aż tak źle wyglądam? — pytam rozbawiona.

— Nie. Wystraszyłaś mnie tylko.

Tata odsuwa mnie na bok i kładzie dłonie na moich ramionach. Jego spojrzenie jest zatroskane, a jednocześnie pełne miłości.

— Córeczko, pamiętaj, że bardzo cię kocham, bez względu na wszystko.

— Wiem. Ja ciebie też. Nie martw się, wrócę szybko. — Uśmiecham się do niego.

Tata patrzy na mnie dłuższą chwilę, po czym mówi:

— Uważaj na siebie, skarbie.

— Obiecuję — zapewniam go.

Ta manifestacja ojcowskiej troski jest trochę krępująca, zważywszy na fakt, że obok nas stoi Mariola i zaczyna się niecierpliwić.

— Bawcie się dobrze, dziewczynki! — z kuchni dochodzi głos mamy.

— Dziękujemy! — odkrzykuje Mariola.


Żar lejący się z nieba sprawia, że czuję się jak dobrze wysmażony stek. Idziemy chodnikiem, mijając stare, odrestaurowane budynki. Nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej. Kocham ten klimat, a jeszcze bardziej fakt, że mieszkając nad morzem mam do niego dostęp cały rok. Najbardziej lubię przychodzić nad jego brzeg wieczorem, kiedy pustoszeją zatłoczone za dnia plaże.

Naszym celem jest mała knajpka nieopodal molo. Oprócz zimnego piwa, sprzedają tam przepyszne lody czekoladowe.

— Uśmiechnij się, dziewczyno — zagaduje Mariola, widząc moje mało entuzjastyczne podejście.

— Przepraszam, ale wiesz, że imprezowicz ze mnie żaden.

— Nie sposób się z tym nie zgodzić — żartuje i zatrzymuje się przy okrągłym klombie żółtych tulipanów, które mimo upałów wyglądają całkiem świeżo. — Poczekaj, mam coś dla ciebie.

— Dla mnie? Prosiłam, żebyś niczego nie kupowała. — Przewracam oczami.

Mariola wyciąga z torebki małe, czarne pudełeczko i wręcza mi je z szerokim uśmiechem. Biorę w ręce pakunek. Otwieram go, aby sprawdzić jego zawartość. W środku znajduje się srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie serca. Mieniąc się w słońcu na jego powierzchni tworzy się iluzja tysiąca maleńkich diamencików.

— Dziękuję. — Podchodzę do Marioli i ściskam ją mocno.

Kiedy tak stoimy, coś zwraca moją uwagę. W ułamku sekundy niebo zaczynają spowijać ciemne chmury, które przysłaniają słońce. Pomimo jego braku, temperatura zdaje się wciąż rosnąć. Robi mi się słabo. Rozglądam się dookoła. To niesamowite, nawet samochody, które jeszcze przed chwilą przemierzały ulicę jeden za drugim, zniknęły. Ptaki milkną, a gwar dochodzący z promenady cichnie. Odnoszę wrażenie, jakby ktoś włączył przycisk „stop” na autopilocie. W jednej chwili świat się zatrzymuje. Spoglądamy na siebie z Mariolą. Widok jej przerażonej twarzy jest ostatnim co zapamiętuję przed potwornym hukiem, rozdzierającym uszy. Potem nastaje już tylko ciemność.

***

Świst spadającej, płonącej belki, która z impetem uderza o betonową płytę, sprowadza mnie do rzeczywistości. Leżę na ziemi, a wokół otacza mnie sterta kamieni. To cud, że żaden mnie nie przygniata. Rozglądam się dookoła. Widok jest przerażający, porównywalny do wojennego pogorzeliska. Nie ma już domów, ulic, drzew… niczego. W powietrzu unoszą się kłęby duszącego pyłu. Na litość Boską! Co się dzieje?! — zastanawiam się przerażona. Próbuję wstać, ale uniemożliwia mi to tępy ból z tyłu głowy. Drżącą ręką dotykam pulsującego miejsca, a kiedy z powrotem ją opuszczam, dostrzegam, że jest umazana krwią. W lewej dłoni wciąż ściskam prezent od Marioli.

— Mariola! — zaczynam krzyczeć, choć mój głos przypomina teraz niewyraźny skrzek. — Mariola, odezwij się.

Podciągam się na rękach do przodu, raniąc nogi o pokruszone odłamki szkła i cegieł. Raptownie zasysam powietrze. W tym momencie kolejna, płonąca belka spada zaledwie dwa metry przede mną. Krzyczę przerażona. Z każdą sekundą czuję się coraz słabsza. Zawroty głowy wzmagają się wraz z próbami poruszania się, jednak nie mogę się poddać, nie wolno mi. Ona musi gdzieś tu być — myślę. Stała obok mnie.

— Mariola! Błagam odezwij się…

Nie zaprzestaję nawoływania, dopóki nie nie dostrzegam kosmyka blond włosów wystającego spod rumowiska. Podsuwam się jeszcze kawałek i desperacko zaczynam odrzucać przykrywające ją kamienie. Mdleją mi ręce, ale teraz nie ma to znaczenia. Po chwili moim oczom ukazuje się poraniona i blada twarz przyjaciółki.

— Znalazłam cię — mówię, gładząc ją po zimnym policzku. — No już, otwórz oczy… proszę. Nie możesz mnie tak zostawić. Obudź się!

Przez chwilę łudzę się, że to tylko zły sen, że za moment się obudzę i wszystko wróci do normy. Niestety to tylko czcze życzenie. Ból rozrywa mnie od środka, a rozpacz dławi, pozbawiając tchu. Poddaję się. To koniec. Kładę się i opieram głowę obok głowi Marioli. Ponownie nastaje ciemność.

***

— Znalazłem ją, kapitanie!

Dociera do mnie stłumiony, męski głos.

— Zabierz ją stąd natychmiast i przekaż doktor Zalewskiej. Poinformuję pozostałych, że poszukiwania zakończone.

— Tak jest!

Coraz wyraźniej słyszę zbliżające się kroki, ale jestem zbyt słaba, aby się ruszyć.

— Emilia Edelman?

Kiwam twierdząco głową. Z pod przymrużonych powiek dostrzegam stojącego nade mną wysokiego mężczyznę, którego głowa ogolona jest na łyso. Ma na sobie uniform przypominający strój płetwonurka, ale nie on jest najdziwniejszy, a wyszyty na nim trójkątny emblemat z napisem „Sektor 1”

— Hej, dziewczyno, zostań ze mną — prosi i klepie mnie w policzki, kiedy czuję, że ponownie opadam w nicość.

Czuję nagłe szarpnięcie, a następnie delikatne kołysanie. Barczysty mężczyzna niesie mnie na rękach. Zbieram wszystkie siły, by choć na moment otworzyć oczy. Z oddali widzę wykrzywioną w grymasie strachu i bólu martwą twarz Marioli. Niezdarnie wyciągam rękę, ściskając w niej łańcuszek, na końcu którego bezwiednie kołysze się srebrne serce.

„Nieoczekiwani sojusznicy”

Przepełnia mnie czarna otchłań, otępienie i brak reakcji na bodźce dochodzące z otoczenia. Jedynym co udaje mi się wychwycić, to niezrozumiałe szepty, z których staram się rozpoznać pojedyncze sylaby, a potem złożyć je w słowa — na darmo. Im bardziej się staram, tym zwiększa się bariera oddzielająca mnie od rzeczywistości. Nie pokoi mnie pieczenie w prawej ręce, rozchodzące się po krwiobiegu, jakby w żyłach zamiast krwi płynął rżący kwas. Boję się.

Słyszę śmiech mamy. Widzę, jak tata gilgocze moich braci. Wszyscy śpiewają „Sto lat”. Po chwili obraz w mojej głowie się zmienia. Swędzi mnie skóra od palącego słońca. Idę z Mariolą chodnikiem, śmiejemy się. Dzierżę w dłoni czarne pudełko, gdy je otwieram, otaczają mnie wyłącznie sterty gruzu, a w nich widok twarzy martwej przyjaciółki.

— A…! — krzyczę tak głośno, że drgania strun głosowych sprawiają mi ból, ale to właśnie on sprowadza mnie to teraźniejszości.

Powoli otwieram oczy. Przez moment walczę z powiekami, które wydają się być z ołowiu. Łapczywie chwytane powietrze wypełnia mi płuca. Mam wrażenie, że wszystko wokół wiruje. Duża, okrągła lampa przymocowana do półokrągłego sufitu spowija wnętrze przytłumionym światłem. Rozglądam się po pomieszczeniu wyłożonym jasnymi kaflami. Znajduję mniejszą lampę, tym razem podłużną zawieszoną nad szklaną szafką zapełnioną różnymi fiolkami, strzykawkami i bandażami. Spoglądam na swoją prawą rękę i dostrzegam ślady po ukuciu. Więc pieczenie, które czułam nie było kolejnym wytworem wyobraźni. Próbuję przebić się przez zamazane wspomnienia. Wydobyć z pamięci te najbardziej istotne. Niestety natłok buzujących emocji rozsadza mnie od środka. Siadam na szpitalnym łóżku i chowam głowę między podkulone nogi. Mimowolnie zaczynam się kołysać w oczekiwaniu na atak paniki, którego nadejście czuję każdym nerwem. Jednak zamiast niego, moją uwagę zwracają rozsuwające się duże, metalowe drzwi, za którymi stoi ubrany na czarno wysoki i łysy mężczyzna. Jak przez mgłę kojarzę jego postać, ale kiedy wchodzi do środka i zaczyna mówić, jego głos utwierdza mnie w przekonaniu, że to ten sam człowiek, który mnie uratował.

— Witaj. Nazywam się Sebastian Morawski — mówi, podchodząc do mnie.

W jego postawie jest coś, co mnie uspokaja, a może to efekt tonu, jakim się do mnie zwraca, jakby mówił do wystraszonego dziecka. Poniekąd tak się teraz czuję.

— Pamiętam pana — odpowiadam.

— To dobrze. Lubię zapadać ludziom w pamięć. — Mężczyzna uśmiecha się subtelnie. — Cieszę się, że czujesz się lepiej.

Nie nazwałabym tego lepiej, ale nic nie mówię. Natomiast nurtują mnie pewne pytania. Co działo się przez czas, kiedy byłam nieprzytomna? Co w ogóle się stało? Gdzie jestem? Nie czekam długo na odpowiedź. Morawski udziela mi jej zanim zdążam zapytać o to na głos.

— Znajdujemy się w skrzydle szpitalnym sektora pierwszego. Straciłaś przytomność chwilę po tym, jak wziąłem cię na ręce. Doktor Zalewska zajęła się tobą, podając leki wzmacniające i uśmierzające ból.

— Długo spałam?

— Nie. Zaledwie dobę.

— Czym jest sektor pierwszy?

— Pomału, dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. Dostałem rozkaz doprowadzenia cię do pułkownika Tękalskiego.

Jeżeli choć przez moment miałam nadzieję, że odzyskuję kontrolę nad sobą, pęka ona jak bańka mydlana.

— Czy jestem więźniem? — pytam przerażona.

Morawski patrzy na mnie rozbawiony.

— Emilio, wprost przeciwnie. Proszę, abyś się ubrała. — Wskazuje na leżący na krześle szary kombinezon. — Gdy będziesz gotowa, wciśnij zielony przycisk przy drzwiach. Poczekam na zewnątrz.

***

Nie wiem czego się spodziewać, więc niepewnie przekraczam próg. Cieszę się tylko z tego, że buty, które mam na sobie są wystarczająco ciężkie, aby stabilnie utrzymać mnie w pozycji pionowej. Wyglądem przypominają staromodne glany. Rozpościerający się przede mną widok sprawia, że staję jak zahipnotyzowana, wbijając wzrok w morską toń. Podchodzę bliżej dużego, okrągłego okna i przeciągam palcem po jego zimnej i szklanej tafli.

— Czy my…

— Tak — odpowiada Morawski na moje niewypowiedziane do końca pytanie. — Znajdujemy się sto dwadzieścia metrów pod poziomem morza Bałtyckiego.

Oplatam spojrzeniem resztę dziwnej, metalowej konstrukcji. Korytarz ciągnie się w obie strony od skrzydła szpitalnego. Co dwa metry ściany łączą potężne, naszpikowane śrutami stalowe podpory. Czuję się jak bohaterka książki o kapitanie Nemo. Pamiętam, jak tata czytał mi ją, kiedy byłam dzieckiem. Na to wspomnienie opuszczam głowę w poczuciu smutku i bezradności. Czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę swoją rodzinę? Nie potrafię zapanować nad wzbierającymi w oczach łzami, które są teraz niemym krzykiem rozpaczy.

— Ruszamy — nakazuje mój przewodnik, nie widząc albo ignorując dwie stróżki wilgoci płynących mi po policzkach. Może to i lepiej — myślę.


Korytarze oznaczone numerami jeden i dwa nie posiadają widoku na morze. Srebrna stal otacza wszystko od sufitu po podłogę, sprawiając, że czuję się jak sardynka zapakowana do ciasnej puszki.

— Tędy. — Morawski wydaje kolejne polecenie i skręcamy w lewo.

Wędrując z miejsca na miejsce, nie zauważam żadnej żywej duszy. Mam wrażenie, że na czas mojego pobytu tutaj, inni muszą schować się w najciemniejszych zakamarkach. Pytanie tylko czy ci „inni” tutaj są? Już zaczynam układać w głowie przerażające wizje, kiedy wielkie, metalowe drzwi, identyczne jak w skrzydle szpitalnym, otwierają się przed nami. Z wrażenia ląduję na plecach pana Sebastiana.

— Radzę zachować większą ostrożność, Edelman.

— Przepraszam. — Czerwienię się. — Skąd pan wie, jak się nazywam? — to pytanie przychodzi mi nagle na myśl.

— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Zapraszam do środka.

Nie drążę tematu, bo i tak pewnie niczego się nie dowiem. Ogrom pomieszczenia, do którego wchodzę zapiera dech. Spokojnie pomieściłyby się tu dwa albo nawet trzy szkolne boiska. Z ulgą dostrzegam dwa imponujących rozmiarów okna, przez które migoczą odcienie błękitu. Wnętrze wypełnia najróżniejszy sprzęt do ćwiczeń, jaki można spotkać w każdej szanującej się siłowni. Pod jednym z okien stoi długi stół, a nad nim zawieszono liny, kusze, miecze i Bóg jeden wie co jeszcze. Moją uwagę przyciąga mały przedmiot leżący na stole, pośród innych, dziwnych gadżetów. Podchodzę bliżej i biorę go w dłonie. Wyglądem przypomina owoc malin. Obracam go w palcach.

— Nie ruszaj tego! — krzyczy Morawski. — To mikroprocesor o sile rażenia dwukrotnie większej od miny przeciwpiechotnej — dodaje tytułem wyjaśnień.

Ostrożnie odkładam przedmiot na swoje miejsce.

— Skoro to takie niebezpieczne, to dlaczego trzymacie to na wierzchu? — pytam, ale nie otrzymuję odpowiedzi, za to słyszę co innego.

— Zamknij się, Adamczyk!

Natychmiast odwracam głowę w stronę znajomego głosu. Do środka wchodzą pochłonięci żywym dialogiem, i ubrani identycznie jak ja Anita Karolczyk i Marek Dąbrowski. Jedyni ludzie z mojej szkoły, zaraz po Marioli, z którymi utrzymuję przyjacielskie stosunki. Właśnie kłócą się z Jonatanem Adamczykiem. No właśnie — Jonatan. Typowy okaz zapatrzonego w siebie szkolnego sportowca i kochasia. Od zawsze lubił uprzykrzać mi życie. Powiedzieć, że go nie lubię to duże niedopowiedzenie. Pamiętam, jak kiedyś Mariola wspomniała, że się jej podoba. Fakt urody nie można mu odmówić. Kiedyś na lekcji wychowania fizycznego siedząc na ławce, pozwoliłam sobie dokładniej mu się przyjrzeć. Modnie ostrzyżone, ciemne włosy spadały mu delikatnie na twarz, przysłaniając szary kolor oczu. Wzrostem także górował nad wieloma rówieśnikami, a pełnych ust mogła mu pozazdrościć niejedna dziewczyna. Niestety szybko minęła mi ochota cichego podglądactwa, kiedy dostałam od niego, niby nie chcący, piłką w twarz. Jego sarkastyczny śmiech wypełniający salę gimnastyczną do tej pory dźwięczy mi w uszach. „Orient, Edelman”.

— Emilia! — woła Anita i podbiega do mnie.

— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że was widzę — odpowiadam i rzucam się jej w ramiona. — Co tu robicie?

Rude włosy Anity podkreślają jej jasny kolor skóry. Maleńkie piegi na nosie i pod oczami współgrają z zielonkawym odcieniem dużych oczu. Marek natomiast widocznie czuje się nieswojo w obcisłym kombinezonie, podkreślającym jego obfitsze kształty.

— Wczoraj dostaliśmy dziwne listy — zaczyna Anita. — Pomyślałam, że to kolejny, szalony pomysł Marioli. Zadzwoniłam do Marka i udaliśmy się tutaj. Szybko się zorientowaliśmy, że to nie impreza urodzinowa, ale kiedy chcieliśmy wrócić do domów — patrzy na Morawskiego — nie pozwolili nam. A, gdzie jest Mariola?

Patrzę im w oczy. Moje puste spojrzenie wystarcza za jakąkolwiek odpowiedź. Z całych sił wzbraniam się przed wybuchnięciem płaczem. Oczy pieką mnie niemiłosiernie. Nie mam sił wracać do tego, do jej bladej twarzy wykrzywionej przerażeniem. Może kiedyś, ale na pewno nie teraz. Jestem im wdzięczna, że nie napierają na mnie.

— No proszę. Panna niedojda tutaj. — Jonatan dumny jak zawsze stoi na środku sali z założonymi na piersi rękami i skwaszonym wyrazem twarzy.

— Daj jej spokój, głąbie! — odpowiada Marek, zdmuchując z twarzy jasny kosmyk włosów.

— Kogo nazywasz głąbem, ty imitacjo faceta trzymająca z sierotami?!

Atmosfera robi się napięta. Odkąd pamiętam Marek i Jonatan drą ze sobą koty. Podobno kiedyś byli przyjaciółmi, ale wszystko posypało się, kiedy ojciec Adamczyka zbił majątek na giełdzie nieruchomości. Jonatan odwrócił się od każdego, kogo uważał za niższą klasę społeczną od siebie. Gdy ma dojść do bójki, pan Sebastian wkracza między chłopaków, a do pomieszczenia wchodzi dobrze zbudowany, starszy mężczyzna, który omiata nas pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Jego szpakowaty wygląd dodaje surowości. Zatrzymuję się naprzeciw nas i mówi:

— Witam w sektorze pierwszym. Nazywam się Tękalski i rządzę w tym podwodnym cyrku, a co za tym idzie, także i wami. Jak zapewne zdążyliście zauważyć, znajdujemy się pod powierzchnią morza Bałtyckiego. Jesteście tutaj nie bez powodu. Jaśniej mówiąc, zostaliście wybrani. To nie czas na docinki i szczeniackie zachowania. To czas na walkę długą i brutalną. — Pułkownik akcentuje ostatnie słowo. — Przez ostatni rok byliście obserwowani. Wiemy, o której wstajecie i kładziecie się spać. Co jecie na śniadanie, i z kim się przyjaźnicie. — Kieruje wzrok w moją stronę. — Przykro mi, Edelman — mówi beznamiętnym głosem, a we mnie narasta złość. — Od dziś dołączycie do naszego zespołu. Waszym opiekunem będzie major Morawski. Przez najbliższe dwa tygodnie przechodzić będziecie przez serię ćwiczeń wysiłkowych, sprawdzających kondycję i zręcznościowych, dopracowujących ukryte talenty.

— To zdrowo popieprzone! — Jonatan wyrywa się przed szereg.

— Czyżby? — Pułkownik jest wyraźnie zniesmaczony.

— Albo powiecie mi co tu robię w towarzystwie tych… — zaciska zęby patrząc na naszą trójkę — albo spadam stąd.

— Chłopcze czy ty nadal myślisz, że masz do czego wracać? — Tękalski podchodzi do Adamczyka tak, że ma go teraz na wyciągnięcie ręki. — Wszystko to, co znałeś, zniknęło. Obróciło się w pył, a setki krwiożerczych bestii tylko czeka, by rozerwać cię na kawałki. Nasycić się twoim strachem, wybebeszyć, jak szmacianą lalkę. Wybrańcy — zwraca się do nas wszystkich, unosząc wzrok znad twarzy Jonatana. — Nastała apokalipsa, a wy jesteście zmuszeni walczyć o każdy dzień, i każdy oddech, nawet, gdyby miałby się okazać waszym ostatnim.

***

Biegnę przez gęsty las, co chwilę potykając się o wystające korzenie drzew. Brudna i zakrwawiona desperacko przeszukuję zarośla w poszukiwaniu rodziny. Podłużne macki gęstej mgły obejmują mnie z każdej strony, tworząc unoszący się w powietrzu chmurny dywan. Ciężko dyszę, a każdy wdech sprawia ból. Nie rozumiem, dlaczego znajduję się w lesie. Nigdy przedtem nie byłam w tym miejscu. Nie znam go, ale wewnętrzne przeczucie instynktownie ciągnie mnie tutaj. Szum drzew woła głosami najbliższych.

— Mamo! Tato! Gdzie jesteście?! — krzyczę najgłośniej jak potrafię, dławiąc się wyciekającą z ust szkarłatną posoką.

— Emilia, ratuj nas! — rozpacz w głosie Bruna i Grzesia odbija się echem, atakując mnie ze wszystkich stron.

Nasłuchuję jeszcze chwilę, ale niczego nie słyszę. Znów panuje ta okropna cisza, której tak bardzo się boję. Obieram kierunek na wprost siebie, modląc się, abym miała rację. Odczuwam coraz większy dyskomfort. Zawodzi mnie wzrok, a noki z każdym kolejnym krokiem odmawiają współpracy. Upadam, tracąc całkowicie nadzieję. Chłodny mech daje ukojenie poranionej twarzy. Z pod przymrużonych powiek dostrzegam nienaturalną łunę światła, która pobłyskuję między drzewami. Ostatkiem sił podpieram się na łokciach i doczołguję bliżej jasnego zjawiska. Nagle blask słabnie, by po chwili zniknąć całkowicie. Wytężam wzrok, lecz to, co dostrzegam sprawia, że nieruchomieję. Spazmatyczne próby zaczerpnięcia powietrza sprawiają, że przypominam teraz rybę pozbawioną wody. Na środku leśnej polany leży moja matka i rodzeństwo. Wszyscy skąpani w kałuży krwi. Tata klęczy przy ich zwłokach. Walczę z moim ciałem, które zdaje się przygwożdżać mnie do ziemi. Pragnę przytulić tatę, wołam go, ale mój głos przypomina niewyraźny skrzek. Nagle ojciec mnie zauważa. W jego wzroku jest coś obcego. Wstręt i nienawiść, jakby mówił: „Zawiodłaś nas”.

Budzę się z krzykiem, rzucając na łóżku jak schwytane w sidła zwierzę. Mija dobre kilka minut nim udaje mi się uspokoić rozdygotane nerwy i galopujące serce. Rozglądam się po pokoju, który dzielę z Anitą, dobrze, że jej nie obudziłam, nie mam ochoty tłumaczyć się z tego koszmaru. Nasze jednoosobowe łóżka stoją po obu stronach dużego, okrągłego okna. Przy nich znajdują się wąskie szafeczki, z których u góry wystają półokrągłe lampki. Wystarczy przeciągnąć nad nimi dłoń, aby zaczęły świecić. Nie dają dużo światła, ale są wystarczające, żeby rozeznać się w otoczeniu. To podobno jeden z wielu środków ostrożności panujących w sektorze pierwszym. Przy drzwiach, podobnych do tych, jakie są w nowoczesnych windach, stoi szafa. Jedna na nas dwie. Na przeciwko niej znajduje się wejście do maleńkiej łazienki, w której wszystko jest metalowe, poczynając od sedesu, kończąc na wykończeniu ścian.

Wstaję, starając się nie narobić hałasu i podchodzę do szklanej tafli. Morze wydaje się tak bardzo spokojne, jakby nieświadome piekła rozgrywającego się na lądzie, beztrosko falując. Przywołuję ostatnią wyprawę nad jego brzeg. Ja, tata i bliźniaki. Mama została w domu z Gosią, ze względu na panujący ukrop. Tamtego popołudnia postawiłam sobie za cel zbudowanie zamku z piasku, ale nie byle jakiego, to miała być prawdziwa forteca, i byłaby, gdyby nie moi rozbrykani bracia, którzy wbiegli w nią z impetem. Ależ byłam na nich zła. Miałam ochotę sprać im tyłki. Uśmiecham się pod nosem na to wspomnienie. Teraz oddałabym wszystko, by móc ich przytulić. Opieram głowę o zimną szybę, nie wstrzymując wzbierających w oczach łez.

— Emilia, co się dzieje? — pyta zaspanym głosem Anita.

— Nic. Śpij dalej.

— Wiesz, jakoś nie mogę. Przekręcam się tylko z boku na bok. — Podpiera się na łokciu, a jej rude włosy opadają na twarz.

Wiem, że kłamie. Siadam na łóżku i zastanawiam się, jak ubrać w słowa mój koszmar.

— Miałam dziwny sen. Jeden z tych, po których jeszcze długo wybrzmiewa w człowieku ich obraz. — Zerkam na współlokatorkę. — Byłam w lesie. Wszystko mnie bolało i przerażało. Szukałam mojej rodziny i… znalazłam ją.. Byli martwi, Anita, tylko tata wciąż żył, lecz patrzył na mnie z nienawiścią. To nie był ten sam człowiek, którego znam. — Cała się trzęsę.

Anita widząc to, od razu wstaje i bierze mnie w ramiona. Siedzimy tak dłuższą chwilę, delikatnie się kołysząc.

— Nic nie mogłaś zrobić. Nikt z nas nie mógł, to nie twoja wina. Emilia nie wiem co stało się na powierzchni, i nie wiem dlaczego, ale musimy to przetrwać. Ja nawet nie pożegnałam się z babcią.

Odsuwam się od koleżanki i dostrzegam, że płacze. Nawet przez ułamek sekundy nie pomyślałam o niej. Co ona i inni teraz czują. Nie tylko ja straciłam najbliższych. Nagle czuję wstyd. Jak mogę być taką egoistką. Nie mam pojęcia co mogę jej powiedzieć, jak ukoić ból. Czy jakiekolwiek słowa sprawią, że poczuje się lepiej? Jedyne co przychodzi mi na myśl, to słowa taty, które często powtarzał w kryzysowych sytuacjach.

— Mój tata zawsze mówił, że brak złych wiadomości, to dobra wiadomość.

Dostrzegam cień uśmiechu miotający się na twarzy Anity.

— Twój ojciec zawsze potrafił pocieszyć.

Ma racje. Pozostaje nam żyć nadzieją, nic innego nie mamy. Muszę być silna, dla nich. Chwytam się mocno jasnego punktu w głowie i przywieram do niego.

***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 33