E-book
9.56
drukowana A5
35.25
Wybrana, by zginąć

Bezpłatny fragment - Wybrana, by zginąć


5
Objętość:
164 str.
ISBN:
978-83-8189-874-4
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 35.25

Tę książkę dedykuję moim najcudowniejszym rodzicom.

To Wy daliście mi skrzydła

i nauczyliście latać.

Wstęp

Rok 2049. Polska. Trójmiasto. Sopot.


Ostre światło latarki rzucało cienie w tunelu przesiąkniętym zapachem stęchlizny i martwych szczurów. Ich truchła ścieliły drogę, którą przemierzał pracownik miejscowych wodociągów wezwany do naprawienia usterki. Pewnie znów, jakieś śmieci przytkały odpływ — pomyślał. Podczas swojego dwudziestoletniego stażu pracy chodził tędy wielokrotnie, ale tego dnia czuł niepokój, jakby ktoś ukradkiem go obserwował. Zatrzymał się i ostrożnie obejrzał za siebie. Nikogo nie było. Mocniej zacisnął palce na uchwycie latarki, ruszając przed siebie. Kiedy dotarł do celu, ukucnął i wyciągnął za paska z narzędziami duże, mosiężne szczypce, których zwykł używać w takich okolicznościach. Było tak, jak przypuszczał. Odpływ ściekowy blokowało coś podłużnego. Chwycił to i uniósł w górę, kierując na znalezisko strumień światła. Długie, pomalowane czerwonym lakierem paznokcie odznaczały się na tle ludzkiej ręki, a raczej tego co z niej zostało. Przerażony mężczyzna rzucił szczypce na ziemię i zaczął uciekać, niestety z każdym krokiem słabł. Nogi nie były w stanie unieść jego ciężaru, a kolana uginały się, by w końcu przestać pełnić swoją funkcję. Mężczyzna upadł, brodząc w ściekowym mule. Krzyczał i błagał o pomoc, lecz jego głos był przytłumiony, a słowa niewyraźne, jakby dochodziły z bardzo daleka. Paraliż rozchodził się po ciele. Jedynym odgłosem, który świadczyłby, że nadal żył, było bicie w szalonym tempie jego serca. Po chwili dołączył do niego dźwięk zbliżających się kroków. Miał rację. W kanale znajdował się ktoś jeszcze. Przez zasnute łzami oczy dostrzegł postać kobiety. Patrzyła na niego beznamiętnym wzrokiem, po czym nachyliła się nad nim, szepcząc do ucha coś w obcym języku. Brzmiało to jak groźba. Długie, czerwone paznokcie wbiły się w szyję mężczyzny, tym samym kończąc jego agonię.


Kilka miesięcy później.


Chłód bijący z otwartej lodówki przynosi chwilowe ukojenie rozgrzanemu ciału. Zalewam mlekiem musli, nasypane chwilę wcześniej do miski i ocieram ręką zroszone kropelkami potu czoło.

Upały, które nawiedzają Polskę w ostatnim czasie są nie do zniesienia. Temperatura osiąga swe apogeum w południe, kiedy sięga nawet czterdziestu stopni w cieniu. Nie mogę powiedzieć, że jestem fanką deszczowej aury, ale to, co się teraz dzieje, to gruba przesada.

— Cześć, kochanie! — Mama wchodzi do kuchni i uśmiecha się do mnie ciepło.

Siadam przy stole i zaczynam chaotycznie mieszać łyżką w misce.

— Cześć — odpowiadam zrezygnowanym głosem.

— Te upały mnie wykończą. Krysia nie spała pół nocy.

Krysia to moja młodsza siostra. Ma dopiero trzy miesiące i w przeciwieństwie do moich czteroletnich braci bliźniaków, to aniołek. Bruno i Grześ właśnie wbiegają do kuchni, krzycząc jak opętani:

— Tort! Tort! — przekrzykują się wzajemnie, okupując lodówkę.

Mama opiera rękę o marmurowy blat kuchennej wyspy, marszcząc gniewnie brwi.

— Tu go nie ma. Lepiej szorujcie do łazienki, zaraz będzie śniadanie.

— Mamo…

— Natychmiast!

— Hej, urwisy. Co tu się dzieje? — Bliźniaki zaczynają piszczeć i chichotać, kiedy tata chwyta ich pod pachy i gilgocze.

— Tatusiu, przestań — proszą, zanosząc się śmiechem.

— Będziecie się słuchać mamusi? — Tata stara się wyglądać groźnie, ale ni jak mu to wychodzi.

Chłopcy zgodnie kiwają głowami i biegną do łazienki.

— Łap, to do ciebie. — Rzuca w moją stronę białą kopertę i podchodzi do mamy, która nalewa pomarańczowy sok do fikuśnych, kolorowych szklanek.

— Co ty wyprawiasz? — pyta rozbawiona ojca, gdy ten potrzepuje włosami, z których w powietrze wystrzeliwują pojedyncze krople wody pozostałe po porannym prysznicu.

Często słyszę, że swoje gęste i kasztanowe włosy odziedziczyłam właśnie po nim. Mamie zawdzięczam drobną budowę ciała i chabrowy kolor oczu. Miło się na nich patrzy.

Spoglądam na kopertę, którą cały czas trzymam w dłoni. Obracam ją, aby sprawdzić nadawcę.


Sektor 1

Siedziba wojskowa

ul. Kwiatowa 4

Pospiesznie rozrywam papier.


„Do wyłącznej wiadomości adresata.

Dzisiaj o godzinie dziewiętnastej, czasu miejscowego

proszona jest Pani o osobiste stawiennictwo pod wyżej

wymienionym adresem. Obecność obowiązkowa.

Sprawa dotyczy troski o Pani bezpieczeństwo i życie, gdyż

jest ono dla nas niezmiernie cenne.

Dalsze instrukcje otrzyma Pani po przybyciu na wyznaczone miejsce”.


— Co to do cholery jest? — burczę pod nosem.

Ostatnio w ogóle dzieją się dziwne rzeczy. Europę nawiedzają nieziemskie upały. Stany Zjednoczone borykają się z trzęsieniami ziemi i powodziami, a w Afryce spadło pół metra śniegu — paranoja.

— Pokaż — prosi tata.

Podaję mu kartkę. Po dokładnych oględzinach listu, spogląda na mnie badawczo.

— No co?! Nie patrz tak na mnie — dąsam się.

— Ciekaw jestem, który szaleńczo zakochany w mojej córce młodzieniec wymyślił coś takiego.

— Zwariowałeś?! — Tata i te jego teorie spiskowe.

— Podejdź do mnie — prosi. Nie zdążam przyjąć pozycji pionowej, kiedy ojcowski, niedźwiedzi uścisk miażdży mi żebra. — Pamiętam, jak trzymałem cię w ramionach zaraz po twoich narodzinach. Byłaś taka maleńka i krucha, a teraz?

Przewracam oczami, na co mama widząc to, uśmiecha się. Tata zawsze się rozkleja na wzmiankę o dniu moich narodzin. Nigdy się nie przyznam, że mnie także to wzrusza, ale staram się udawać twardą. Bardzo go kocham, ich wszystkich.

— Możemy już? — dopytuje Bruno, wracając do kuchni w towarzystwie brata. Na ich pyzatych buziach maluje się nieme „proszę”.

Mama wzdycha, wiedząc, że nie ma szans w starciu z tymi dwoma urwisami i ich apetytem na słodycze.

Dopiero teraz dostrzegam, że na kuchennej wyspie stoi mój ulubiony, czekoladowy tort. Musiała go wyciągnąć, kiedy ojciec dociskał mi żołądek do pleców. Teraz on odsuwa się i staje obok chłopców i mamy. Wszyscy zaczynają zgodnie śpiewać „Sto lat!”. Spoglądam na moją rodzinę, która jest najlepszym co do tej pory spotkało mnie w życiu.

„Początek”

Nie mam ochoty ruszać się z domu. Najchętniej wzięłabym trzeci dzisiejszego dnia prysznic, wsadziła w uszy słuchawki i odpłynęła w niebyt, wsłuchując się w basowe dźwięki gitary elektrycznej. To jest to, co lubię najbardziej. Spokój, odosobnienie i pełen relaks. Nie należę do towarzyskich ludzi, przez co wielu z nich udaje, że nie istnieję. Niewielka grupka znajomych, z którymi trzymam się od początku szkoły w zupełności mi wystarcza. Zaliczają się do niej: Anita, Marek i Mariola. Ta ostatnia to najwspanialsza przyjaciółka na świecie. Może jest trochę szurnięta i natrętna, ale nie wyobrażam sobie, aby kiedykolwiek zabrakło jej w moim życiu. To właśnie ona zaprasza mnie dziś na pierwsze, legalnie wypite piwo.

— Emilia, nie daj się prosić — słyszę jej dźwięczny głos, kiedy kończę jeść swój kawałek tortu.

Szlag by trafił komórki! — myślę. Przed wakacjami, na lekcji historii wspominaliśmy czasy, kiedy ludzie nawet nie myśleli o tych diabelskich urządzeniach. Zazdroszczę im.

Wzdycham zrezygnowana, bo wiem, że i tak nie wygram.

— Ok — odpowiadam krótko.

Jej piskliwy okrzyk radości przyprawia mnie o ból głowy. Odsuwam na chwilę telefon od ucha i czekam, aż się uspokoi.

— Będę po ciebie o osiemnastej trzydzieści — mówi w końcu.

— W porządku. Do zobaczenia, wariatko. — Rozłączam się i opieram czoło o chłodny blat stołu.

***

Nie wierzę, że się zgodziłam. Wiem, że może z perspektywy moich rówieśników wypadam słabo, ale ja po prostu nienawidzę imprez! Zawsze jest za głośno, za tłoczno, i w ogóle za… Mimo, że to moja osiemnastka, wolałabym uniknąć przeglądania sterty ubrań, która piętrzy się na łóżku. Wyciągam z szafy wszystko, jak leci. W końcu daję za wygraną i bez zbędnych ceregieli zakładam na siebie biały top i krótkie, czarne spodenki. Nogi wsuwam w złote sandały, a włosy upinam wysoko na czubku głowy.

Słyszę dzwonek do drzwi. Spoglądam na zegarek. Punktualna jak zawsze — myślę. Przeglądam się ostatni raz w lustrze wiszącym na drzwiach szafy, i wychodzę. W przedpokoju w towarzystwie Marioli stoi mój tata. Rozmawiają, ale nie słyszę o czym, bo w salonie ryczy telewizor. Bruno z Grzesiem oglądają swoją ulubioną bajkę. Podchodzę do przyjaciółki, która wzdryga się na mój widok.

— Aż tak źle wyglądam? — pytam rozbawiona.

— Nie. Wystraszyłaś mnie tylko.

Tata odsuwa mnie na bok i kładzie dłonie na moich ramionach. Jego spojrzenie jest zatroskane, a jednocześnie pełne miłości.

— Córeczko, pamiętaj, że bardzo cię kocham, bez względu na wszystko.

— Wiem. Ja ciebie też. Nie martw się, wrócę szybko. — Uśmiecham się do niego.

Tata patrzy na mnie dłuższą chwilę, po czym mówi:

— Uważaj na siebie, skarbie.

— Obiecuję — zapewniam go.

Ta manifestacja ojcowskiej troski jest trochę krępująca, zważywszy na fakt, że obok nas stoi Mariola i zaczyna się niecierpliwić.

— Bawcie się dobrze, dziewczynki! — z kuchni dochodzi głos mamy.

— Dziękujemy! — odkrzykuje Mariola.


Żar lejący się z nieba sprawia, że czuję się jak dobrze wysmażony stek. Idziemy chodnikiem, mijając stare, odrestaurowane budynki. Nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej. Kocham ten klimat, a jeszcze bardziej fakt, że mieszkając nad morzem mam do niego dostęp cały rok. Najbardziej lubię przychodzić nad jego brzeg wieczorem, kiedy pustoszeją zatłoczone za dnia plaże.

Naszym celem jest mała knajpka nieopodal molo. Oprócz zimnego piwa, sprzedają tam przepyszne lody czekoladowe.

— Uśmiechnij się, dziewczyno — zagaduje Mariola, widząc moje mało entuzjastyczne podejście.

— Przepraszam, ale wiesz, że imprezowicz ze mnie żaden.

— Nie sposób się z tym nie zgodzić — żartuje i zatrzymuje się przy okrągłym klombie żółtych tulipanów, które mimo upałów wyglądają całkiem świeżo. — Poczekaj, mam coś dla ciebie.

— Dla mnie? Prosiłam, żebyś niczego nie kupowała. — Przewracam oczami.

Mariola wyciąga z torebki małe, czarne pudełeczko i wręcza mi je z szerokim uśmiechem. Biorę w ręce pakunek. Otwieram go, aby sprawdzić jego zawartość. W środku znajduje się srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie serca. Mieniąc się w słońcu na jego powierzchni tworzy się iluzja tysiąca maleńkich diamencików.

— Dziękuję. — Podchodzę do Marioli i ściskam ją mocno.

Kiedy tak stoimy, coś zwraca moją uwagę. W ułamku sekundy niebo zaczynają spowijać ciemne chmury, które przysłaniają słońce. Pomimo jego braku, temperatura zdaje się wciąż rosnąć. Robi mi się słabo. Rozglądam się dookoła. To niesamowite, nawet samochody, które jeszcze przed chwilą przemierzały ulicę jeden za drugim, zniknęły. Ptaki milkną, a gwar dochodzący z promenady cichnie. Odnoszę wrażenie, jakby ktoś włączył przycisk „stop” na autopilocie. W jednej chwili świat się zatrzymuje. Spoglądamy na siebie z Mariolą. Widok jej przerażonej twarzy jest ostatnim co zapamiętuję przed potwornym hukiem, rozdzierającym uszy. Potem nastaje już tylko ciemność.

***

Świst spadającej, płonącej belki, która z impetem uderza o betonową płytę, sprowadza mnie do rzeczywistości. Leżę na ziemi, a wokół otacza mnie sterta kamieni. To cud, że żaden mnie nie przygniata. Rozglądam się dookoła. Widok jest przerażający, porównywalny do wojennego pogorzeliska. Nie ma już domów, ulic, drzew… niczego. W powietrzu unoszą się kłęby duszącego pyłu. Na litość Boską! Co się dzieje?! — zastanawiam się przerażona. Próbuję wstać, ale uniemożliwia mi to tępy ból z tyłu głowy. Drżącą ręką dotykam pulsującego miejsca, a kiedy z powrotem ją opuszczam, dostrzegam, że jest umazana krwią. W lewej dłoni wciąż ściskam prezent od Marioli.

— Mariola! — zaczynam krzyczeć, choć mój głos przypomina teraz niewyraźny skrzek. — Mariola, odezwij się.

Podciągam się na rękach do przodu, raniąc nogi o pokruszone odłamki szkła i cegieł. Raptownie zasysam powietrze. W tym momencie kolejna, płonąca belka spada zaledwie dwa metry przede mną. Krzyczę przerażona. Z każdą sekundą czuję się coraz słabsza. Zawroty głowy wzmagają się wraz z próbami poruszania się, jednak nie mogę się poddać, nie wolno mi. Ona musi gdzieś tu być — myślę. Stała obok mnie.

— Mariola! Błagam odezwij się…

Nie zaprzestaję nawoływania, dopóki nie nie dostrzegam kosmyka blond włosów wystającego spod rumowiska. Podsuwam się jeszcze kawałek i desperacko zaczynam odrzucać przykrywające ją kamienie. Mdleją mi ręce, ale teraz nie ma to znaczenia. Po chwili moim oczom ukazuje się poraniona i blada twarz przyjaciółki.

— Znalazłam cię — mówię, gładząc ją po zimnym policzku. — No już, otwórz oczy… proszę. Nie możesz mnie tak zostawić. Obudź się!

Przez chwilę łudzę się, że to tylko zły sen, że za moment się obudzę i wszystko wróci do normy. Niestety to tylko czcze życzenie. Ból rozrywa mnie od środka, a rozpacz dławi, pozbawiając tchu. Poddaję się. To koniec. Kładę się i opieram głowę obok głowi Marioli. Ponownie nastaje ciemność.

***

— Znalazłem ją, kapitanie!

Dociera do mnie stłumiony, męski głos.

— Zabierz ją stąd natychmiast i przekaż doktor Zalewskiej. Poinformuję pozostałych, że poszukiwania zakończone.

— Tak jest!

Coraz wyraźniej słyszę zbliżające się kroki, ale jestem zbyt słaba, aby się ruszyć.

— Emilia Edelman?

Kiwam twierdząco głową. Z pod przymrużonych powiek dostrzegam stojącego nade mną wysokiego mężczyznę, którego głowa ogolona jest na łyso. Ma na sobie uniform przypominający strój płetwonurka, ale nie on jest najdziwniejszy, a wyszyty na nim trójkątny emblemat z napisem „Sektor 1”

— Hej, dziewczyno, zostań ze mną — prosi i klepie mnie w policzki, kiedy czuję, że ponownie opadam w nicość.

Czuję nagłe szarpnięcie, a następnie delikatne kołysanie. Barczysty mężczyzna niesie mnie na rękach. Zbieram wszystkie siły, by choć na moment otworzyć oczy. Z oddali widzę wykrzywioną w grymasie strachu i bólu martwą twarz Marioli. Niezdarnie wyciągam rękę, ściskając w niej łańcuszek, na końcu którego bezwiednie kołysze się srebrne serce.

„Nieoczekiwani sojusznicy”

Przepełnia mnie czarna otchłań, otępienie i brak reakcji na bodźce dochodzące z otoczenia. Jedynym co udaje mi się wychwycić, to niezrozumiałe szepty, z których staram się rozpoznać pojedyncze sylaby, a potem złożyć je w słowa — na darmo. Im bardziej się staram, tym zwiększa się bariera oddzielająca mnie od rzeczywistości. Nie pokoi mnie pieczenie w prawej ręce, rozchodzące się po krwiobiegu, jakby w żyłach zamiast krwi płynął rżący kwas. Boję się.

Słyszę śmiech mamy. Widzę, jak tata gilgocze moich braci. Wszyscy śpiewają „Sto lat”. Po chwili obraz w mojej głowie się zmienia. Swędzi mnie skóra od palącego słońca. Idę z Mariolą chodnikiem, śmiejemy się. Dzierżę w dłoni czarne pudełko, gdy je otwieram, otaczają mnie wyłącznie sterty gruzu, a w nich widok twarzy martwej przyjaciółki.

— A…! — krzyczę tak głośno, że drgania strun głosowych sprawiają mi ból, ale to właśnie on sprowadza mnie to teraźniejszości.

Powoli otwieram oczy. Przez moment walczę z powiekami, które wydają się być z ołowiu. Łapczywie chwytane powietrze wypełnia mi płuca. Mam wrażenie, że wszystko wokół wiruje. Duża, okrągła lampa przymocowana do półokrągłego sufitu spowija wnętrze przytłumionym światłem. Rozglądam się po pomieszczeniu wyłożonym jasnymi kaflami. Znajduję mniejszą lampę, tym razem podłużną zawieszoną nad szklaną szafką zapełnioną różnymi fiolkami, strzykawkami i bandażami. Spoglądam na swoją prawą rękę i dostrzegam ślady po ukuciu. Więc pieczenie, które czułam nie było kolejnym wytworem wyobraźni. Próbuję przebić się przez zamazane wspomnienia. Wydobyć z pamięci te najbardziej istotne. Niestety natłok buzujących emocji rozsadza mnie od środka. Siadam na szpitalnym łóżku i chowam głowę między podkulone nogi. Mimowolnie zaczynam się kołysać w oczekiwaniu na atak paniki, którego nadejście czuję każdym nerwem. Jednak zamiast niego, moją uwagę zwracają rozsuwające się duże, metalowe drzwi, za którymi stoi ubrany na czarno wysoki i łysy mężczyzna. Jak przez mgłę kojarzę jego postać, ale kiedy wchodzi do środka i zaczyna mówić, jego głos utwierdza mnie w przekonaniu, że to ten sam człowiek, który mnie uratował.

— Witaj. Nazywam się Sebastian Morawski — mówi, podchodząc do mnie.

W jego postawie jest coś, co mnie uspokaja, a może to efekt tonu, jakim się do mnie zwraca, jakby mówił do wystraszonego dziecka. Poniekąd tak się teraz czuję.

— Pamiętam pana — odpowiadam.

— To dobrze. Lubię zapadać ludziom w pamięć. — Mężczyzna uśmiecha się subtelnie. — Cieszę się, że czujesz się lepiej.

Nie nazwałabym tego lepiej, ale nic nie mówię. Natomiast nurtują mnie pewne pytania. Co działo się przez czas, kiedy byłam nieprzytomna? Co w ogóle się stało? Gdzie jestem? Nie czekam długo na odpowiedź. Morawski udziela mi jej zanim zdążam zapytać o to na głos.

— Znajdujemy się w skrzydle szpitalnym sektora pierwszego. Straciłaś przytomność chwilę po tym, jak wziąłem cię na ręce. Doktor Zalewska zajęła się tobą, podając leki wzmacniające i uśmierzające ból.

— Długo spałam?

— Nie. Zaledwie dobę.

— Czym jest sektor pierwszy?

— Pomału, dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. Dostałem rozkaz doprowadzenia cię do pułkownika Tękalskiego.

Jeżeli choć przez moment miałam nadzieję, że odzyskuję kontrolę nad sobą, pęka ona jak bańka mydlana.

— Czy jestem więźniem? — pytam przerażona.

Morawski patrzy na mnie rozbawiony.

— Emilio, wprost przeciwnie. Proszę, abyś się ubrała. — Wskazuje na leżący na krześle szary kombinezon. — Gdy będziesz gotowa, wciśnij zielony przycisk przy drzwiach. Poczekam na zewnątrz.

***

Nie wiem czego się spodziewać, więc niepewnie przekraczam próg. Cieszę się tylko z tego, że buty, które mam na sobie są wystarczająco ciężkie, aby stabilnie utrzymać mnie w pozycji pionowej. Wyglądem przypominają staromodne glany. Rozpościerający się przede mną widok sprawia, że staję jak zahipnotyzowana, wbijając wzrok w morską toń. Podchodzę bliżej dużego, okrągłego okna i przeciągam palcem po jego zimnej i szklanej tafli.

— Czy my…

— Tak — odpowiada Morawski na moje niewypowiedziane do końca pytanie. — Znajdujemy się sto dwadzieścia metrów pod poziomem morza Bałtyckiego.

Oplatam spojrzeniem resztę dziwnej, metalowej konstrukcji. Korytarz ciągnie się w obie strony od skrzydła szpitalnego. Co dwa metry ściany łączą potężne, naszpikowane śrutami stalowe podpory. Czuję się jak bohaterka książki o kapitanie Nemo. Pamiętam, jak tata czytał mi ją, kiedy byłam dzieckiem. Na to wspomnienie opuszczam głowę w poczuciu smutku i bezradności. Czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę swoją rodzinę? Nie potrafię zapanować nad wzbierającymi w oczach łzami, które są teraz niemym krzykiem rozpaczy.

— Ruszamy — nakazuje mój przewodnik, nie widząc albo ignorując dwie stróżki wilgoci płynących mi po policzkach. Może to i lepiej — myślę.


Korytarze oznaczone numerami jeden i dwa nie posiadają widoku na morze. Srebrna stal otacza wszystko od sufitu po podłogę, sprawiając, że czuję się jak sardynka zapakowana do ciasnej puszki.

— Tędy. — Morawski wydaje kolejne polecenie i skręcamy w lewo.

Wędrując z miejsca na miejsce, nie zauważam żadnej żywej duszy. Mam wrażenie, że na czas mojego pobytu tutaj, inni muszą schować się w najciemniejszych zakamarkach. Pytanie tylko czy ci „inni” tutaj są? Już zaczynam układać w głowie przerażające wizje, kiedy wielkie, metalowe drzwi, identyczne jak w skrzydle szpitalnym, otwierają się przed nami. Z wrażenia ląduję na plecach pana Sebastiana.

— Radzę zachować większą ostrożność, Edelman.

— Przepraszam. — Czerwienię się. — Skąd pan wie, jak się nazywam? — to pytanie przychodzi mi nagle na myśl.

— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Zapraszam do środka.

Nie drążę tematu, bo i tak pewnie niczego się nie dowiem. Ogrom pomieszczenia, do którego wchodzę zapiera dech. Spokojnie pomieściłyby się tu dwa albo nawet trzy szkolne boiska. Z ulgą dostrzegam dwa imponujących rozmiarów okna, przez które migoczą odcienie błękitu. Wnętrze wypełnia najróżniejszy sprzęt do ćwiczeń, jaki można spotkać w każdej szanującej się siłowni. Pod jednym z okien stoi długi stół, a nad nim zawieszono liny, kusze, miecze i Bóg jeden wie co jeszcze. Moją uwagę przyciąga mały przedmiot leżący na stole, pośród innych, dziwnych gadżetów. Podchodzę bliżej i biorę go w dłonie. Wyglądem przypomina owoc malin. Obracam go w palcach.

— Nie ruszaj tego! — krzyczy Morawski. — To mikroprocesor o sile rażenia dwukrotnie większej od miny przeciwpiechotnej — dodaje tytułem wyjaśnień.

Ostrożnie odkładam przedmiot na swoje miejsce.

— Skoro to takie niebezpieczne, to dlaczego trzymacie to na wierzchu? — pytam, ale nie otrzymuję odpowiedzi, za to słyszę co innego.

— Zamknij się, Adamczyk!

Natychmiast odwracam głowę w stronę znajomego głosu. Do środka wchodzą pochłonięci żywym dialogiem, i ubrani identycznie jak ja Anita Karolczyk i Marek Dąbrowski. Jedyni ludzie z mojej szkoły, zaraz po Marioli, z którymi utrzymuję przyjacielskie stosunki. Właśnie kłócą się z Jonatanem Adamczykiem. No właśnie — Jonatan. Typowy okaz zapatrzonego w siebie szkolnego sportowca i kochasia. Od zawsze lubił uprzykrzać mi życie. Powiedzieć, że go nie lubię to duże niedopowiedzenie. Pamiętam, jak kiedyś Mariola wspomniała, że się jej podoba. Fakt urody nie można mu odmówić. Kiedyś na lekcji wychowania fizycznego siedząc na ławce, pozwoliłam sobie dokładniej mu się przyjrzeć. Modnie ostrzyżone, ciemne włosy spadały mu delikatnie na twarz, przysłaniając szary kolor oczu. Wzrostem także górował nad wieloma rówieśnikami, a pełnych ust mogła mu pozazdrościć niejedna dziewczyna. Niestety szybko minęła mi ochota cichego podglądactwa, kiedy dostałam od niego, niby nie chcący, piłką w twarz. Jego sarkastyczny śmiech wypełniający salę gimnastyczną do tej pory dźwięczy mi w uszach. „Orient, Edelman”.

— Emilia! — woła Anita i podbiega do mnie.

— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że was widzę — odpowiadam i rzucam się jej w ramiona. — Co tu robicie?

Rude włosy Anity podkreślają jej jasny kolor skóry. Maleńkie piegi na nosie i pod oczami współgrają z zielonkawym odcieniem dużych oczu. Marek natomiast widocznie czuje się nieswojo w obcisłym kombinezonie, podkreślającym jego obfitsze kształty.

— Wczoraj dostaliśmy dziwne listy — zaczyna Anita. — Pomyślałam, że to kolejny, szalony pomysł Marioli. Zadzwoniłam do Marka i udaliśmy się tutaj. Szybko się zorientowaliśmy, że to nie impreza urodzinowa, ale kiedy chcieliśmy wrócić do domów — patrzy na Morawskiego — nie pozwolili nam. A, gdzie jest Mariola?

Patrzę im w oczy. Moje puste spojrzenie wystarcza za jakąkolwiek odpowiedź. Z całych sił wzbraniam się przed wybuchnięciem płaczem. Oczy pieką mnie niemiłosiernie. Nie mam sił wracać do tego, do jej bladej twarzy wykrzywionej przerażeniem. Może kiedyś, ale na pewno nie teraz. Jestem im wdzięczna, że nie napierają na mnie.

— No proszę. Panna niedojda tutaj. — Jonatan dumny jak zawsze stoi na środku sali z założonymi na piersi rękami i skwaszonym wyrazem twarzy.

— Daj jej spokój, głąbie! — odpowiada Marek, zdmuchując z twarzy jasny kosmyk włosów.

— Kogo nazywasz głąbem, ty imitacjo faceta trzymająca z sierotami?!

Atmosfera robi się napięta. Odkąd pamiętam Marek i Jonatan drą ze sobą koty. Podobno kiedyś byli przyjaciółmi, ale wszystko posypało się, kiedy ojciec Adamczyka zbił majątek na giełdzie nieruchomości. Jonatan odwrócił się od każdego, kogo uważał za niższą klasę społeczną od siebie. Gdy ma dojść do bójki, pan Sebastian wkracza między chłopaków, a do pomieszczenia wchodzi dobrze zbudowany, starszy mężczyzna, który omiata nas pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Jego szpakowaty wygląd dodaje surowości. Zatrzymuję się naprzeciw nas i mówi:

— Witam w sektorze pierwszym. Nazywam się Tękalski i rządzę w tym podwodnym cyrku, a co za tym idzie, także i wami. Jak zapewne zdążyliście zauważyć, znajdujemy się pod powierzchnią morza Bałtyckiego. Jesteście tutaj nie bez powodu. Jaśniej mówiąc, zostaliście wybrani. To nie czas na docinki i szczeniackie zachowania. To czas na walkę długą i brutalną. — Pułkownik akcentuje ostatnie słowo. — Przez ostatni rok byliście obserwowani. Wiemy, o której wstajecie i kładziecie się spać. Co jecie na śniadanie, i z kim się przyjaźnicie. — Kieruje wzrok w moją stronę. — Przykro mi, Edelman — mówi beznamiętnym głosem, a we mnie narasta złość. — Od dziś dołączycie do naszego zespołu. Waszym opiekunem będzie major Morawski. Przez najbliższe dwa tygodnie przechodzić będziecie przez serię ćwiczeń wysiłkowych, sprawdzających kondycję i zręcznościowych, dopracowujących ukryte talenty.

— To zdrowo popieprzone! — Jonatan wyrywa się przed szereg.

— Czyżby? — Pułkownik jest wyraźnie zniesmaczony.

— Albo powiecie mi co tu robię w towarzystwie tych… — zaciska zęby patrząc na naszą trójkę — albo spadam stąd.

— Chłopcze czy ty nadal myślisz, że masz do czego wracać? — Tękalski podchodzi do Adamczyka tak, że ma go teraz na wyciągnięcie ręki. — Wszystko to, co znałeś, zniknęło. Obróciło się w pył, a setki krwiożerczych bestii tylko czeka, by rozerwać cię na kawałki. Nasycić się twoim strachem, wybebeszyć, jak szmacianą lalkę. Wybrańcy — zwraca się do nas wszystkich, unosząc wzrok znad twarzy Jonatana. — Nastała apokalipsa, a wy jesteście zmuszeni walczyć o każdy dzień, i każdy oddech, nawet, gdyby miałby się okazać waszym ostatnim.

***

Biegnę przez gęsty las, co chwilę potykając się o wystające korzenie drzew. Brudna i zakrwawiona desperacko przeszukuję zarośla w poszukiwaniu rodziny. Podłużne macki gęstej mgły obejmują mnie z każdej strony, tworząc unoszący się w powietrzu chmurny dywan. Ciężko dyszę, a każdy wdech sprawia ból. Nie rozumiem, dlaczego znajduję się w lesie. Nigdy przedtem nie byłam w tym miejscu. Nie znam go, ale wewnętrzne przeczucie instynktownie ciągnie mnie tutaj. Szum drzew woła głosami najbliższych.

— Mamo! Tato! Gdzie jesteście?! — krzyczę najgłośniej jak potrafię, dławiąc się wyciekającą z ust szkarłatną posoką.

— Emilia, ratuj nas! — rozpacz w głosie Bruna i Grzesia odbija się echem, atakując mnie ze wszystkich stron.

Nasłuchuję jeszcze chwilę, ale niczego nie słyszę. Znów panuje ta okropna cisza, której tak bardzo się boję. Obieram kierunek na wprost siebie, modląc się, abym miała rację. Odczuwam coraz większy dyskomfort. Zawodzi mnie wzrok, a noki z każdym kolejnym krokiem odmawiają współpracy. Upadam, tracąc całkowicie nadzieję. Chłodny mech daje ukojenie poranionej twarzy. Z pod przymrużonych powiek dostrzegam nienaturalną łunę światła, która pobłyskuję między drzewami. Ostatkiem sił podpieram się na łokciach i doczołguję bliżej jasnego zjawiska. Nagle blask słabnie, by po chwili zniknąć całkowicie. Wytężam wzrok, lecz to, co dostrzegam sprawia, że nieruchomieję. Spazmatyczne próby zaczerpnięcia powietrza sprawiają, że przypominam teraz rybę pozbawioną wody. Na środku leśnej polany leży moja matka i rodzeństwo. Wszyscy skąpani w kałuży krwi. Tata klęczy przy ich zwłokach. Walczę z moim ciałem, które zdaje się przygwożdżać mnie do ziemi. Pragnę przytulić tatę, wołam go, ale mój głos przypomina niewyraźny skrzek. Nagle ojciec mnie zauważa. W jego wzroku jest coś obcego. Wstręt i nienawiść, jakby mówił: „Zawiodłaś nas”.

Budzę się z krzykiem, rzucając na łóżku jak schwytane w sidła zwierzę. Mija dobre kilka minut nim udaje mi się uspokoić rozdygotane nerwy i galopujące serce. Rozglądam się po pokoju, który dzielę z Anitą, dobrze, że jej nie obudziłam, nie mam ochoty tłumaczyć się z tego koszmaru. Nasze jednoosobowe łóżka stoją po obu stronach dużego, okrągłego okna. Przy nich znajdują się wąskie szafeczki, z których u góry wystają półokrągłe lampki. Wystarczy przeciągnąć nad nimi dłoń, aby zaczęły świecić. Nie dają dużo światła, ale są wystarczające, żeby rozeznać się w otoczeniu. To podobno jeden z wielu środków ostrożności panujących w sektorze pierwszym. Przy drzwiach, podobnych do tych, jakie są w nowoczesnych windach, stoi szafa. Jedna na nas dwie. Na przeciwko niej znajduje się wejście do maleńkiej łazienki, w której wszystko jest metalowe, poczynając od sedesu, kończąc na wykończeniu ścian.

Wstaję, starając się nie narobić hałasu i podchodzę do szklanej tafli. Morze wydaje się tak bardzo spokojne, jakby nieświadome piekła rozgrywającego się na lądzie, beztrosko falując. Przywołuję ostatnią wyprawę nad jego brzeg. Ja, tata i bliźniaki. Mama została w domu z Gosią, ze względu na panujący ukrop. Tamtego popołudnia postawiłam sobie za cel zbudowanie zamku z piasku, ale nie byle jakiego, to miała być prawdziwa forteca, i byłaby, gdyby nie moi rozbrykani bracia, którzy wbiegli w nią z impetem. Ależ byłam na nich zła. Miałam ochotę sprać im tyłki. Uśmiecham się pod nosem na to wspomnienie. Teraz oddałabym wszystko, by móc ich przytulić. Opieram głowę o zimną szybę, nie wstrzymując wzbierających w oczach łez.

— Emilia, co się dzieje? — pyta zaspanym głosem Anita.

— Nic. Śpij dalej.

— Wiesz, jakoś nie mogę. Przekręcam się tylko z boku na bok. — Podpiera się na łokciu, a jej rude włosy opadają na twarz.

Wiem, że kłamie. Siadam na łóżku i zastanawiam się, jak ubrać w słowa mój koszmar.

— Miałam dziwny sen. Jeden z tych, po których jeszcze długo wybrzmiewa w człowieku ich obraz. — Zerkam na współlokatorkę. — Byłam w lesie. Wszystko mnie bolało i przerażało. Szukałam mojej rodziny i… znalazłam ją.. Byli martwi, Anita, tylko tata wciąż żył, lecz patrzył na mnie z nienawiścią. To nie był ten sam człowiek, którego znam. — Cała się trzęsę.

Anita widząc to, od razu wstaje i bierze mnie w ramiona. Siedzimy tak dłuższą chwilę, delikatnie się kołysząc.

— Nic nie mogłaś zrobić. Nikt z nas nie mógł, to nie twoja wina. Emilia nie wiem co stało się na powierzchni, i nie wiem dlaczego, ale musimy to przetrwać. Ja nawet nie pożegnałam się z babcią.

Odsuwam się od koleżanki i dostrzegam, że płacze. Nawet przez ułamek sekundy nie pomyślałam o niej. Co ona i inni teraz czują. Nie tylko ja straciłam najbliższych. Nagle czuję wstyd. Jak mogę być taką egoistką. Nie mam pojęcia co mogę jej powiedzieć, jak ukoić ból. Czy jakiekolwiek słowa sprawią, że poczuje się lepiej? Jedyne co przychodzi mi na myśl, to słowa taty, które często powtarzał w kryzysowych sytuacjach.

— Mój tata zawsze mówił, że brak złych wiadomości, to dobra wiadomość.

Dostrzegam cień uśmiechu miotający się na twarzy Anity.

— Twój ojciec zawsze potrafił pocieszyć.

Ma racje. Pozostaje nam żyć nadzieją, nic innego nie mamy. Muszę być silna, dla nich. Chwytam się mocno jasnego punktu w głowie i przywieram do niego.

***

Punktualnie o piątej trzydzieści rano wchodzę z Anitą do stołówki, którą znajdujemy bez większych problemów. Wystarczyło podążać za ubranymi na czarno żołnierzami i powierzchownie zapoznać się z mapką i regulaminem sektora. Od chwili mojego koszmarnego snu do śniadania miałyśmy na to wystarczająco czasu.

Marek i Jonatan siedzą przy podłużnym stole, okupując oba jego końce.

— Hej! Chodźcie tu, to nasz stolik — woła Marek, wskazując wolne miejsca obok siebie.

Siadam po jego lewej stronie, a Jonatan choć daleko ode mnie przesuwa się jeszcze kilka centymetrów dalej, aby jak najbardziej zwiększyć dzielący nas dystans. Całę wnętrze, podobnie jak sala w skrzydle szpitalnym wyłożone jest białymi kaflami. Stoły i krzesła ze stali nierdzewnej dodają temu miejscu „niewątpliwego” uroku rzeźni. Zastanawiam się, gdzie może być kuchnia, kiedy Anita z Markiem rozmawiają o trudach dzielenia przez niego kwatery z Jonatanem.

Obserwuję coraz to nowe osoby wchodzące do stołówki. Pułkownik, major i atrakcyjna blondynka siadają przy niedużym stole na środku pomieszczenia. Pojawiają się następni. Niewysoki brunet z kręconymi włosami i okularami spuszczonymi na czubek nosa, a za nim drugi, łudząco do niego podobny.

— Wiecie kto to? — pytam towarzyszy, wskazując na bliźniaków.

— Ciszej — odpowiada Marek. — Blondynka przy stole dowodzących to doktor Zalewska, a tych dwóch. — Wskazuje głową na klony. — Nie mam pojęcia, ale wydają się w porządku. — Uśmiecha się.

— Pewnie wkrótce się dowiemy — dodaje Anita.

— W to nie wątpię — podsumowuję.

Wracam spojrzeniem do stolika, przy którym siedzi lekarka. Więc to jej zawdzięczam po części życie. Ma łagodne rysy twarzy, dodające jej sympatycznego wyglądu. Adamczyk wciąż milczy, chyba zacięcie coś analizując. Nagle w pomieszczeniu rozbrzmiewa dźwięk przypominający odgłos budzika, a spod stołów wysuwają się tace z jedzeniem. Tego się nie spodziewałam. Zapach parującej jajecznicy, świeżych bułek i soku pomarańczowego pobudza mój żołądek, który głośno zaczyna domagać się śniadania.

***

W sali treningowej panuje napięta atmosfera. Żadne z nas nie wie czego się spodziewać, poza Jonatanem, który wyluzowany testuje kolejno przyrządy do ćwiczeń.

— Witam was na pierwszych zajęciach, mających na celu podniesienie waszych umiejętności — głos zabiera pułkownik, wchodząc do środka w towarzystwie majora i lekarki. — Przedstawiam wam doktor Zalewską, która przez czas trwania szkolenia będzie dbała o wasze zdrowie i leczyła ewentualne kontuzje. Jednak za nim zaczniemy, zostaniecie połączeni w pary. Partner stanowić będzie osłonę na polu walki. Musicie nauczyć się współpracować i bezwarunkowo sobie ufać, to podstawa, bez której zginiecie.

Czuję, jak wali mi serce. Jest nas czworo, co oznacza, że któreś z nas stworzy duet z Adamczykiem. Obym to nie była ja. Skoro nas obserwowali, na pewno wiedzą, że to nie jest najlepszy pomysł…

— Edelman i Adamczyk — oświadcza pułkownik, mierząc mnie zaciekawionym spojrzeniem.

Głośno przełykam ślinę.

— Nie zgadzam się! — Jonatan buntuje się, wychodząc przed szereg.

— Rekrucie, nie obchodzi mnie twoje zdanie. Wydaję rozkaz i oczekuję pełnego zaangażowania. Czy to jasne?

Jonatan nie wzruszony słowami Tękalskiego, patrzy mu prosto w oczy. Nie wiem, w jaki sposób wytrzymuje piorunujący wzrok pułkownika, ale ja dawno spuściłabym głowę.

— Ściągnęliście mnie tutaj i chcecie zrobić ze mnie kogoś kim nie jestem, zamykając w pieprzonej matni! — odpyskowuje, kontynuując z góry przegraną, a może tylko on ma na tyle odwagi, aby powiedzieć głośno to, o czym wszyscy myślimy?

Nastaje chwila ciszy. Wisielcza atmosfera jest tak gęsta, że można by było ją kroić na kawałki.

— Jeżeli to wszystko co ma mi pan do powiedzenia, to spadam stąd. — Odwraca się do pułkownika plecami i rusza w kierunku wyjścia. — Na razie, niedojdy. — Posyła w naszą stronę sarkastyczny uśmiech, i jak gdyby nigdy nic, wychodzi.

— Adamczyk, zatrzymaj się! — krzyczy Morawski, kiedy Jonatan znika z pola widzenia.

Stoimy osłupiali, patrząc, jak Tękalski ze spokojem wymalowanym na twarzy, wciska mały przycisk na urządzeniu przypominającym zegarek, które nosi na prawej ręce. Rozlega się głośny alarm. Mija kilka minut, gdy do sali treningowej wbiega zdyszany żołnierz.

— Pułkowniku, wyszedł na powierzchnię.

— Jak to możliwe?! Musiałby znaleźć skrót dla ekip natychmiastowego działania. — Tękalski krzyczy tak głośno, że jego głos przebija się przez syrenę alarmu.

Mężczyzna potwierdza przypuszczenia pułkownika skinieniem głowy.

— Gdzie teraz jest?

— Prowadzą go do skrzydła szpitalnego.

Słysząc to, doktor Zalewska wybiega z sali. Nareszcie cichnie alarm, choć jego dźwięk jeszcze chwilę szumi mi w uszach.

— Na dzisiaj koniec. Proszę się rozejść — nakazuje Morawski.

„Nowa nadzieja”

Całe popołudnie spędzam na włóczeniu się korytarzami tej metalowej puszki, która chwilowo zastępuje mi dom, choć to za dużo powiedziane. Stwierdzenie, że utrzymuje mnie przy życiu jest bardziej trafne. Tutaj wszystko wygląda podobnie, więc przed wejściem w kolejny korytarz, szukam najpierw tabliczki z jego numerem, a potem odszukuję go na mapce. Oznaczenie numerem zero trochę mnie dziwi, ponieważ nie ma go w przewodniku. Moment analizuję za i przeciw podążenia jego kierunkiem. W końcu ciekawość bierze górę i po cichu zaczynam stawiać stopy na metalowej kracie. Kiedy dochodzę do zakrętu, moim oczom ukazuje się napis zawieszony nad drzwiami. „NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY”. Nie powinno mnie tu być — myślę. Dlaczego zawsze pakuję się w kłopoty, bo takowe zapewne będę miała, jeżeli ktoś mnie nakryje. Już chcę się wycofać, ale dochodzą mnie dźwięki prowadzonej rozmowy. Rozpoznaję głos pułkownika. Jest z nim inny mężczyzna. Przylegam ściślej do ściany i wytężam słuch.

— Pułkowniku nadal ani śladu po zaginionych ekipach. Wszystkie pozostałe dotarły bezpiecznie z ewakuowanymi na miejsce. Przeszukaliśmy chyba każdy centymetr Sopotu. Ludzie są zmęczeni, ale czekamy na dalsze rozkazy.

Staram się wyciągnąć wnioski z usłyszanych strzępków informacji. Czy to mogłoby oznaczać, że moi i innych bliscy żyją i są bezpieczni?

— Odpocznijcie. Wznowimy poszukiwania o świcie.

— Tak jest!

Ekscytacja narasta we mnie z prędkością światła. Zatykam dłonią usta, by nie eksplodować jak wulkan. Muszę wrócić do swojej kwatery. Jeśli dobrze pamiętam od wyjścia stąd dzieli mnie może piętnaście metrów, powinnam poradzić sobie z pokonaniem tej odległości niezauważona. Niestety szybko dociera do mnie, jak bardzo się mylę, gdy cofając się, uderzam plecami w coś twardego. Niepewnie odwracam głowę. Postawny żołnierz patrzy na mnie z pode łba. Głośno przełykam ślinę.

— Ja… przepraszam. To znaczy… — staram się tłumaczyć, ale z moich ust nie wydobywa się nic, poza bełkotem.

— Ciszej — upomina mnie mężczyzna.

Nagle w korytarzu pojawia się Tękalski. Żołnierz, na którego wpadłam staje na baczność, natychmiast robię to samo, chowając za plecami mapkę.

— Rekrucie Edelman, co tu robisz?

Po zdezorientowanej minie pułkownika wnioskuję, że nie jest zły, jedynie zaskoczony moim widokiem.

— Chciałam, to znaczy szukałam…

— Pułkowniku, dziewczyna się zgubiła — kończy za mnie stojący obok mężczyzna. — Właśnie odprowadzałem ją do kwatery.

— W porządku, idźcie.


Przez większą część drogi powrotnej nie mam śmiałości się odezwać. Dziurę w brzuchu wywiercają mi pytania: Dlaczego mi pomógł? Jaki ma w tym interes? A może zwyczajnie jest w porządku. Czy powinnam to wykorzystać?

— Mogę o coś zapytać?

Zdziwiony żołnierz zerka na mnie kątem oka.

— Słucham.

— Gdzie znajdują się pozostali mieszkańcy Sopotu?

— To poufna informacja.

Tą odpowiedzią utwierdza mnie w przekonaniu, że to, co usłyszałam jest prawdą.

— A czy udało się ewakuować wszystkich? — Brnę w zaparte, bo jeśli teraz się poddam, to być może nigdy więcej nie będę miała sposobności wrócić do tej rozmowy.

— Uparta jesteś. — Żołnierz uśmiecha się pod nosem. — Chodź. — Łapie mnie za w łokciu i wprowadza do małego pomieszczenia ukrytego w załamaniu korytarza. — Posłuchaj uważnie. Jeżeli myślisz, że wszystko jest czarne albo biało, to jesteś w błędzie. Jak piśniesz choć słówko komukolwiek o naszej rozmowie, to będę miał poważne problemy.

— Przysięgam, że…

— Nie przerywaj mi. Prawie wszystkich mieszkańców Sopotu udało się nam doprowadzić w bezpieczne miejsce.

— Co ma pan na myśli mówiąc prawie wszystkich?

Mężczyzna piorunuje mnie wzrokiem, gdyż ponownie nie potrafię utrzymać buzi na kłódkę.

— Trzy z pięćdziesięciu ekip nie dotarły do bunkru.

Patrzę w niebieskie oczy rozmówcy i doszukuję się niemego potwierdzenia, że rodzice i rodzeństwo nie należą do zaginionych, ale nie otrzymuję go.

— Nie wiem czy ludzie, na których ci zależy są w schronie. — Kładzie mi dłonie na ramionach. — Musisz być dobrej myśli. Trafisz stąd do pokoju?

Przytakuję, a żołnierz odchodzi, zostawiając mnie sam na sam z nadzieją i obawami przeplatającymi się niczym wstążki.

***

Wchodzę do kwartery i aż mnie skręca, żeby powiedzieć o wszystkim Anicie, która uparcie walczy przed lustrem w łazience z niesfornym kosmykiem włosów, starając się wcisnąć go do ciasno upiętej końskiej kity. Jednak nie mogę tego zrobić. Dałam słowo. Łamiąc je, odebrałabym sobie szansę na dowiedzenie się jeszcze czegokolwiek.

Siadam na łóżku i próbuję stłamsić narastającą chęć zwierzenia. Po raz pierwszy, odkąd tu jestem, czuję się naprawdę lepiej, nie licząc kolejnych wyrzutów sumienia wobec Anity i reszty.

***

Przy kolacji wszyscy milczymy. Markowi wydaje się to nie przeszkadzać, bo objada się tostami bez opamiętania. To nawet zabawne. Jonatana nie było na obiedzie, za to teraz siedzi nienaturalnie blisko mnie. Jest blady i pogrążony w innej rzeczywistości. Mogę się domyśleć co zobaczył. Ani on, ani Anita z Markiem nie widzieli co stało się na powierzchni. Patrzę na jego pełen talerz i jest mi go żal, ale tylko przez chwile, bo zaraz przypominam sobie te wszystkie lata, kiedy mnie gnębił. Zasłużył sobie na to — przechodzi mi przez myśl, lecz szybko wyrzucam ją z głowy, zachowując obojętność.

***

Następnego dnia stoimy w równym szeregu w sali treningowej. Mogę się założyć, że gdyby ktoś przystawiłby linijkę do czubków naszych butów, idealnie stykałby się z jej krawędzią.

Doktor Zalewska objaśnia nam zasady bezpiecznego wysiłku. Momentami brzmią irracjonalnie, ale mimo tego przyswajam je. Następnie major każe nam usiąść i wciska guzik na małym urządzeniu, które trzyma w dłoni. Przed nami pojawia się coś w rodzaju białego płótna, na którym projektor wyświetla film.

— Zanim zaczniemy prawdziwy trening, chcę, abyście poznali i zobaczyli z czym będziecie mieli do czynienia.

Na ekranie pojawia się postać posturą przypominająca człowieka, ale jest zupełnie biała, pozbawiona oczu, z nienaturalnie długimi paznokciami i ostrymi jak brzytwa zębami. Uczucie obrzydzenia potęgują krwisto czerwone dziąsła. Po ciele przechodzi mnie zimny dreszcz.

— Albastor — mówi major. — Szczególnie niebezpieczny zważywszy na fakt, że posiada zdolność unoszenia się w powietrzu, co utrudnia jego zabicie.

— Mamy uwierzyć, że to coś istnieje i chodzi teraz po Sopocie? — pyta drwiąco Marek.

— Dokładnie tak. Nie będzie ci do śmiechu, kiedy staniesz z nim twarzą w twarz. Na początku pozbawi cię wzroku, następnie języka, pozostawiając wyłącznie zmysł słuchu. Wbije się kłami w ciało i wolno zacznie odrywać je kawałek po kawałku.

Marek milknie, przybierając na twarzy niezdrowy, zielonkawy kolor.

— Kamy. — Morawski zmienia slajd, wskazując na włochate zwierzę przypominające trochę owczarka niemieckiego, ale dwa razy większe od niego. — Jego cechą dominującą jest możliwość mnożenia się po śmierci, dlatego istnieją tylko dwa sposoby zabicia go, a mianowicie, strzał w podbrzusze lub rozerwanie przez ładunek wybuchowy. Mają doskonały węch i wzrok. Został nam jeszcze jeden.

Chyba nic nie jest w stanie mnie bardziej przestraszyć, no może z wyjątkiem wciąż milczącego Jonatana, który teraz niespokojnie pociera o siebie knykcie.

— Zapewne pamiętacie sprawę tragicznej śmierci pani Jarzębińskiej?

Oczywiście, że pamiętam — odpowiadam w myśli. Uczyła mnie fizyki. Nie lubiłam, kiedy długimi i czerwonymi paznokciami bębniła o kant biurka, a miała w zwyczaju tak robić podczas klasówek. Strasznie to rozpraszało.

Któregoś dnia w szkole pojawiła się policja, a potem dyrektor powiadomił wszystkich obecnych w szkole o śmierci pani profesor. Podobno zabił ją wieloletni pracownik wodociągów. Nikt nie chciał w to uwierzyć, lecz wszelkie dowody wskazywały na niego. Zadrapania na ciele, szczypce zaciśnięte na resztkach jej ręki. Facet nie mógł się bronić przed zarzutami, bo sam zmarł na atak serca, przynajmniej tak mówili w wiadomościach. Jego ciało znaleziono kilka metrów od ciała Jarzębińskiej.

— Poroniec. Jest najokrutniejszy. Potrafi przyjąć każdą postać i jako jedyny, co jest niezmiernie ważne, nie boi się wody, w przeciwieństwie dwóch poprzednich. Żeruje na ludzkiej słabości, jaką jest sumienie. Paraliż nerwów będzie konsekwencją chwili wahania. Poroniec wtopi się w wasze ciało niczym zjawa. Spójrzcie — prosi, zmieniając slajd.

Jest na nim mała dziewczynka w błękitnej sukience.

— Zabijecie ją? — pyta, omiatając nas wyczekującym spojrzeniem. — Pozwolicie, że odpowiem za was. Oczywiście, że nie.

Ma rację. Uświadomienie sobie tego przerasta mnie. Jedyne czego pragnę to obudzić się z tego koszmaru, na który mnie skazano.

— Czy istnieją inne sektory? — niespodziewanie głos zabiera Jonatan.

— Nie.

Odpowiedzi udziela mu pułkownik, który właśnie wchodzi do sali w towarzystwie czterech postawnych żołnierzy.

— Jesteśmy jedyni. Tylko my ocaleliśmy i kawałek ziemi, jakim jest Sopot, dlatego tak ważne jest wasze wyszkolenie.

— A co zresztą świata? — docieka dalej Adamczyk.

— Znalazł się pod wodą. No dobrze, straciliśmy za dużo czasu, aby wdawać się w tego dypu dyskusje. Skoro macie już ogólny pogląd wroga, to czas na prawdziwy trening.

Nie wiem czemu, ale czuję do tego człowieka nienawiść. Może dlatego, że nie mówi całej prawdy?

— Przedstawiam wam starszego kaprala Zielińskiego, Piotrowskiego, Króla i Szydłowskiego. Będą pomagać w szkoleniu, jak i ich obowiązkiem będzie asekurowanie was na polu walki.

— Tylko czterech?! — pyta rozhisteryzowana Anita.

— Dokładnie tak. Po jednym na każdego z was. Nie możemy ryzykować utraty wielu ludzi, wszak jesteśmy ostatnimi żyjącymi, poza tym to świetnie wyszkoleni zwiadowcy. Czy ma pani z tym, jakiś problem?

— Nie, żadnego.

Patrzę na stojących przed nami mężczyzn. Z ulgą dostrzegam człowieka, który wczorajszego dnia dał mi nową nadzieję. Rozweselam się jeszcze bardziej, kiedy to właśnie on zostaje mi przydzielony.

***

Czuję palący ból wzdłuż kręgosłupa. Leżę na materacu, łapczywie chwytając powietrze. Silne uderzenia plecami o twarde podłoże dalekie są od relaksujących doznań. Ilekroć próbuję odeprzeć atak, Zieliński powala mnie jednym, zwinnym i szybkim podcięciem nóg. Doktor Zalewska co jakiś czas przerywa trening i sprawdza nasz puls i ciśnienie, po czym mówi: „Proszę kontynuować”, i mordęga zaczyna się na nowo. Jesteśmy zmęczeni i zlani potem, tylko Marek stawia jeszcze opór. Przypominam sobie, że w szkole należał do grupy zapaśniczej, mimo tego nie daje mu to większej przewagi, może jedynie, dłużej od nas utrzymuje się w pozycji pionowej.

— Wstawaj! — krzyczy Zieliński i wyciąga dłoń, abym się jej chwyciła. Robię to nie bez problemu.

— Po co mi pomagasz, skoro za chwilę i tak mnie znokautujesz? — mówię z ironią.

— Ponieważ moim zadaniem jest wyszkolić cię najlepiej jak potrafię. Jeżeli będę się z tobą cackał, nie przeżyjesz nawet godziny na powierzchni. — Trener uśmiecha się przez zaciśnięte zęby.

— Ironia za ironię, co? Po takim treningu wątpię, że będę w stanie chodzić, a jeśli już, to o kulach. Niezbyt optymistyczna wizja.

— Uparta i pyskata — wzdycha. — Zaatakuj mnie.

Przewracam oczami.

— No już!

Biorę zamach i celuję ręką w jego głowę, a on w odpowiedzi szybkim ruchem zakleszcza mnie mój tułów ramionami i przyciąga plecami do swojego torsu.

— Udawaj, że chcesz się uwolnić — szepcze mi konspiracyjnie do ucha.

Zaciskam palce na jego przedramieniu.

— Dzisiaj wieczorem nasza czwórka wyruszy na obchód w pobliże molo. Mam się tam spotkać ze znajomym, który sprawdza dla mnie czy twoi bliscy dotarli do schronu.

— Naprawdę?! — mówię o ton za wysoko. Na szczęście nikt nie zwraca na nas uwagi, i oddycham z ulgą.

— Ciszej. Ruszaj się, nie stój tak sztywno — upomina mnie. — Nie mogę niczego obiecać, ale spróbuję.

— Dziękuję — mówię szeptem, mając nadzieję, że to słyszy, i za nim się orientuję, ląduję tyłkiem na materacu.

— Na dziś wystarczy — oznajmia i opuszcza salę treningową, pozostawiając mnie z przyklejonym do twarzy szerokim uśmiechem.


Po skończonych zajęciach biorę szybki prysznic. Potem nie czekając na Anitę, biegnę na obiad. Chyba coś krzyczała, jak wychodziłam, ale jestem zbyt zaaferowana tym, co powiedział mi trener, żebym zwróciła na to większą uwagę.

Z prędkością światła wcinam marchewkę z groszkiem i coś przypominającego kotlet z kurczaka, po czym wstaję od stołu i macham towarzyszom na odchodne.

W kwaterze wykorzystuję chwilę samotności, na której mi zależało, by w spokoju zastanowić się nad postępowaniem Zielińskiego. Mimo, że cieszę się jak małe dziecko, dziurę w brzuchu wywiercają mi pytania: Dlaczego chce pomóc? Czy nie jest to jakiś podstęp? Może ma w tym ukryty interes? Równie dobrze mógłby oddać się w łapska tych paskustw biegających po lądzie, bo jak pułkownik dowie się o naszym sojuszu, to z pewnością udusi go gołymi rękoma. Tak czy owak nie dowiem się prawdy, dopóki o to nie zapytam. Powinnam to zrobić? Kolejne pytanie bez odpowiedzi.

Zmęczenie i pełen żołądek dają szybko o sobie znać, a powieki robią się ciężkie, aby po kilku minutach opadły i zabrały mnie daleko stąd.


Budzę się tuż przed kolacją. Anita siedzi na łóżku, pogrążona w zadumie. To miejsce posiada dwa plusy, a mianowicie piękny widok na morską toń i brak dylematów w doborze garderoby. Do dyspozycji mam trzy kombinezony, dwie pary butów, dwie pidżamy i kilka kompletów bawełnianej bielizny.

***

Przed wieczornym posiłkiem jestem spięta. Mimo prób uczestnictwa w konwersacji ze znajomymi, udaje mi się jedynie wtrącić „Tak” bądź „Nie”. Nawet Jonatan lepiej sobie radzi. Odkąd wyszedł na powierzchnie stał się bardziej komunikatywny i może odrobinę milszy.

Przy stole nie dostrzegam naszych trenerów, co znaczy, że już wyruszyli, a mnie od poznania upragnionej odpowiedzi dzieli zaledwie kilka godzin.

***

Sen także nie daje ukojenia. Niespokojnie wiercę się na łóżku, besztając się w myśli za popołudniową drzemkę. Za to Anita śpi jak zabita. Przez chwilę zastanawiam się czy jej nie obudzić, ale szybko z tego rezygnuję, bo co mogłabym jej powiedzieć. Daję za wygraną i wbijam wzrok w sufit, wyobrażając sobie, jak cudownie będzie znów być z rodziną. Usypiam dopiero nad ranem, lecz zmęczenie przegrywa z ekscytacją w postaci stada rozjuszonych motyli buszujących w moim brzuchu. Anita szybko zauważa mój dobry nastrój, który się jej udziela. Naprawdę bardzo chciałabym podzielić się z nią powodem tej radości.

***

Podczas śniadania nie umiem wysiedzieć spokojnie na miejscu. Marek nabija się ze mnie, że wczoraj dostałam za mały wycisk na treningu. Widzę, jak Jonatan uśmiecha się pod nosem, a w policzkach tworzą mu się małe zagłębienia. Muszę przyznać, że do twarzy mu z uśmiechem. Kiedy tace z jedzeniem wysuwają się spod stołów, nadal w stołówce nie ma naszych trenerów. Staram się usprawiedliwić tę nieobecność. Może jeszcze nie wrócili albo zwyczajnie odsypiają nocny patrol. Za niedługo zaczynają się zajęcia. Na nich na pewno się pojawi.


Czekamy na trenerów. Materace leżą rozłożone na podłodze, co oznacza że nie zaczniemy niczego nowego, a będziemy kontynuować wczorajsze ćwiczenia. To dobrze — myślę.

Do sali wchodzą kolejno: Piotrowski, Król, Szydłowski i ktoś nowy. Teraz jestem pewna, że coś musiało się stać.

Przez całe zajęcia nie potrafię na niczym skupić uwagi. Nowy trener, Karpiński, jest wściekły i drze się na mnie, żebym wzięła się w garść, ale mam to gdzieś, niech sobie krzyczy.

***

Znów posiłek i ponownie wodzę widelcem po pełnym talerzu, rozgrzebując na boki potrawkę z kurczaka. Nie czuję głodu, a żołądek mam skurczony do rozmiaru ziarna fasoli.

Układam w głowie plan. Skoro Zielińskiego nie było na śniadaniu i treningu, a jego towarzysze się pojawili, to znam tylko jedno miejsce, w którym może być — jeżeli żyje.

Ze zniecierpliwieniem oczekuję końca posiłku, niespokojnie przebierając pod stołem nogami. Kiedy nadchodzi ta chwila, natychmiast wstaję od stołu.

— Emilia, idziesz z nami? — pyta Marek.

Najgorsze, że nie wiem o co pyta.

— Nie. Jestem zmęczona. Bawcie się dobrze. — „Bawcie się dobrze”? Co za głupota! Mam nadzieję, że niczego się nie domyślą.


Znajduję korytarz numer trzy bez większych problemów. Nawet, jeżeli jest tu Zieliński, to jak mam go odszukać? Drzwi od zewnątrz mogą otworzyć tylko dowodzący i doktor Zalewska, która jak na zawołanie pojawia się metr przede mną, wychodząc ze swojego gabinetu.

— Co tutaj robisz? Źle się czujesz?

Moja obecność wyraźnie ją dziwi. W sumie mnie jej także. Jeszcze chwilę temu widziałam ją w stołówce. Ciekawe czy wyżej postawieni mieszkańcy sektora mają ukryte przejścia.

— Nie. To znaczy niezupełnie — bąkam niezrozumiale.

— W takim razie, o co chodzi? — Patrzy na mnie podejrzliwie.

— Czy jest tutaj starszy kapral Zieliński?

— Nie wolno mi udzielać ci takich informacji.

— Czyli jest. — Idę w zaparte. Jeśli poddam się teraz, to mój plan spali na panewce, a już dłużej nie dam rady czekać.

— Naprawdę nie wolno mi. Nie zrozum mnie źle.

— Dorota, pozwól jej.

Obracam się za siebie. Korytarzem idzie pozostała trójka trenerów.

— Błagam! To dla mnie bardzo ważne.

Lekarka głośno wzdycha, po czym informuje mnie, że to, co zobaczę nie będzie przyjemne dla oka. Podchodzi do drzwi i przykłada do nich magnetyczną kartę.


Nie wiem czego się spodziewać. Gdy podchodzę do łóżka, kapral obraca minimalnie głowę w moim kierunku i patrzy na mnie przepełnionymi bólem oczami, wokół których rozchodzi się nić czerwonych wybroczyn. Jego całą klatkę piersiową oplata bandaż, przez który przezierają szkarłatne plamy. Ten widok sprawia, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Próbuję głęboko oddychać, lecz z każdym wdechem nozdrza wypełnia mi metaliczny zapach krwi. Przez moment chcę uciec, ale nie mogę tego zrobić. Czuję się w obowiązku bycia przy tym mężczyźnie, którego nie znam nawet imienia.

— Edelman — szepcze kapral.

— Jestem tu, proszę pana.

Ściska mi się serce na myśl, że jeszcze wczoraj ten człowiek był zdrowy i silny. Stara się coś powiedzieć, ale krztusi się wyciekającą z ust krwią. Chcę zawołać Zalewską, lecz Zieliński, gestem ręki prosi, abym tego nie robiła. Nachylam się nad jego twarzą.

— Przykro mi. Nie ma ich tam — mówi.

Oszołomiona prostuję się i patrzę na kaprala, jakby jego widok mógł zaprzeczyć słowom, które przed chwilą wypowiedział. Niestety jedyne co dostrzegam, to uchodzące z niego życie.

— Nie! — krzyczę i podbiegam do zielonego przycisku otwierającego drzwi. — Ratujcie go!

To, co dzieje się potem, to plątanina nóg wbiegających do sali żołnierzy i pani doktor. Dźwięk maszyny monitorującej parametry życiowe, nieznośnie piszczy. „Przykro mi. Nie ma ich tam”, te słowa wracają do mnie jak bumerang. Sprawiają, że rozpadam się na tysiące maleńkich, ostrych kawałków, które tną mnie od środka.

Z sali wychodzą kamraci kaprala. Po wyrazach ich twarzy wnioskuję, że to koniec. Zatrzymują się nieopodal mnie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 35.25