E-book
31.5
drukowana A5
53.81
Wybór przy zachodzie słońca.

Bezpłatny fragment - Wybór przy zachodzie słońca.


Objętość:
77 str.
ISBN:
978-83-8440-649-6
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 53.81

“Są miłości, które przyspieszają serce.

I są takie, przy których wreszcie można oddychać.”

Rozdział 1 — Spotkanie

Michał zobaczył ją, gdy wychodził z piekarni przy rynku.

Stała pod kasztanem, w jasnej koszuli, z telefonem przy uchu. Wiatr poruszał jej włosami, tak jak kiedyś na szkolnym boisku. Przez chwilę patrzył, próbując upewnić się, że się nie myli. Minęło tyle lat, a jednak rozpoznał ją od razu. Nie po twarzy. Po sposobie, w jaki marszczyła brwi, gdy się skupiała. Po spojrzeniu, które przenikało duszę.


— Ania?


Odwróciła się powoli. Najpierw spojrzała na niego obojętnie, jak na przechodnia. Potem jej oczy rozszerzyły się mimowolnie. Brwi nabrały innego kształtu.


— Michał…?


W jej głosie było coś między niedowierzaniem a ostrożnością.

Rozłączyła się szybciej, niż planowała.

Przez sekundę stali naprzeciw siebie, jakby każde z nich próbowało dopasować wspomnienie do rzeczywistości. On wyższy, szersze ramiona, zmęczenie w oczach. Ona dojrzalsza, spokojniejsza, ale z tym samym nieuchwytnym ciepłem.


— Nie wiedziałam, że wróciłeś… — powiedziała w końcu.


— Wróciłem miesiąc temu. Na chwilę. Tak jakoś wyszło.


Zawiesił głos. Jakby sam nie był pewien, czy to wciąż aktualne.

Rozmawiali tylko kilka minut. O tym, że wrócił. O tym, że ona pracuje w urzędzie. O tym, że miasto właściwie się nie zmieniło.


— Nadal chodzisz do tej piekarni? — zapytała z lekkim uśmiechem.


— Nadal pieką najlepsze drożdżówki.


— Z makiem?


— Z makiem.


Uśmiechnęli się jednocześnie. To było absurdalne, jak szybko rozmowa przestała być niezręczna.


Ale pod słowami płynęło coś innego. Coś, czego żadne z nich nie nazwało.

On chciał zapytać, czy jest szczęśliwa.

Ona chciała zapytać, dlaczego nigdy nie napisał.

Nie zapytali.

— To… może kiedyś kawa? — rzucił w końcu, jakby od niechcenia.


To jedno zdanie zawisło między nimi ciężej niż wszystkie poprzednie.


Ania zawahała się ułamek sekundy… Tylko ułamek.

— Może — odpowiedziała.


Wymienili się numerami. Tak zwyczajnie. Tak niewinnie.

A jednak kiedy się rozchodzili, oboje czuli, że to spotkanie nie było przypadkiem.

Michał odwrócił się jeszcze raz. Stała w tym samym miejscu, patrząc jak odchodzi. Kiedy ich spojrzenia znowu się spotkały, szybko odwróciła wzrok.

Jak w liceum.

Wieczorem Ania siedziała przy kuchennym stole.

Zupa stygła w talerzach. W tle grały wiadomości, których nikt nie słuchał. Jej mąż, Paweł, przewijał coś w telefonie, od czasu do czasu mrucząc pod nosem komentarze do świata.


— Jutro odbierzesz młodego z treningu? — zapytał bez podnoszenia wzroku.


— Mogę — odpowiedziała automatycznie.


Automatycznie.

To słowo pasowało do większości jej dni.

Telefon zawibrował na blacie. Krótko. Jedno powiadomienie.

Spojrzała odruchowo. Nieznany numer.


Serce zrobiło jej coś dziwnego, jakby potknęło się o własny rytm. Otworzyła wiadomość.


„Nie wiem, czy wypada pisać po tylu latach, ale… miło było cię dziś zobaczyć… M.”


Tylko tyle.

Nic niewłaściwego. Żadnego przekroczenia granicy.

A jednak poczuła ciepło pod skórą.


— Coś ważnego? — zapytał Paweł.


Zawahała się sekundę.

— Nie. Z pracy.

To kłamstwo przyszło łatwiej, niż się spodziewała.

Zablokowała ekran. Odłożyła telefon. Próbowała skupić się na rozmowie o rachunkach, o treningu, o tym, że trzeba w końcu umówić przegląd samochodu.

Ale gdzieś pod stołem, na jej udzie, leżał ciężar nie wysłanej odpowiedzi.


Michał patrzył teraz na swój telefon w małym mieszkaniu nad apteką.

Wiedział, że czyta. Czuł to.

Minęła minuta. Dwie.

W końcu ekran rozświetlił się.


„Mnie też. To było… niespodziewane.”


Uśmiechnął się.


W kuchni Paweł wstał po dokładkę zupy.


— Anka, podasz sól?


Spojrzała na męża. Na jego plecy, na znajomy gest poprawiania rękawa koszuli.

A potem znowu na telefon.

Trzy kropki na ekranie.

Michał pisał.

I nagle zwyczajny wieczór przestał być zwyczajny….

Rozdział 2 — Po pracy

Następnego dnia Michał czekał przed urzędem, sam nie wiedząc dlaczego. Coś wewnętrznie mu podpowiadało, by poszedł…

Stał po drugiej stronie ulicy, oparty o latarnię, z rękami w kieszeniach. Mógł przecież napisać. Mógł zaproponować kawę jak dorosły człowiek. Zamiast tego stał jak chłopak z liceum, który liczy, że „przypadkiem” na siebie wpadną.


Drzwi urzędu otworzyły się z charakterystycznym trzaskiem.


Ania wyszła wśród kilku innych osób. Związywała włosy gumką, marszcząc brwi z koncentracją. Zobaczyła go dopiero po chwili.


Zatrzymała się.


— Ty tu… pracujesz? — zapytała z udawanym zdziwieniem.


— Rozważałem. Ale podobno trzeba mieć kwalifikacje.


Parsknęła śmiechem. I to było pierwsze, naprawdę swobodne brzmienie jej śmiechu od wczoraj.


— Czekałeś? — zapytała ciszej.


Wzruszył ramionami.

— Przechodziłem.


Spojrzała na niego tak, jakby oboje wiedzieli, że to kłamstwo ale żadne nie zamierzało go demaskować.


Szli powoli w stronę rynku, rozmawiając o prostych rzeczach o pracy, o pogodzie, o tym kto wyprowadził się z miasta.


— Pamiętasz Magdę z naszej klasy? — zapytała.


— Tę, która zawsze wszystko wiedziała pierwsza?


— Wyprowadziła się do Hiszpanii.


— Oczywiście, że wyprowadziła — uśmiechnął się. — Zawsze mówiła, że tu się dusi.


Ania spojrzała przed siebie.

— Czasem ludzie nie wyjeżdżają, a i tak się duszą.

Powiedziała to lekko. Jakby to był żart. Ale nie był.

Michał zwolnił kroku.

— Dusisz się?


To było pierwsze pytanie, które nie było bezpieczne.


Zawahała się. Uśmiechnęła.

— Nie. Po prostu… dorosłość jest mniej romantyczna, niż myślałam.


— No tak. Nikt nie mówił, że rachunki są częścią wielkiej miłości.


Znów się roześmiała.

Zatrzymali się przy kawiarni na rogu. Tej samej, do której kiedyś bali się wejść, bo była „za droga”.


— Wchodzimy? — zapytał.


Spojrzała na zegarek.

Powinna wracać. O tej porze zwykle zaczynała myśleć o obiedzie, o zakupach, o tym, czy Paweł zdąży wrócić przed treningiem syna.


Powinna.


— Na chwilę — powiedziała.


Usiedli przy oknie. Miasto powoli przechodziło w popołudniowy półmrok.


— Wiesz, co jest dziwne? — odezwał się Michał. — Że z tobą zawsze było łatwo rozmawiać. Nawet kiedy nie rozmawialiśmy.


Spojrzała na niego uważnie.


— Wtedy też czekałeś pod szkołą?


Uśmiechnął się.

— Czasem.


Serce zabiło jej szybciej. Tylko trochę. Wystarczająco, żeby to zauważyć.

Kelnerka postawiła przed nimi kawę. Ich dłonie prawie się dotknęły przy sięganiu po cukier.

Prawie. I właśnie to „prawie” było gorsze niż dotyk.

Kiedy wychodzili, jej telefon zawibrował.


Paweł: „Będziesz dziś później? Młody pyta.”

Zatrzymała się na sekundę.


— Muszę już iść — powiedziała.


— Jasne — odparł spokojnie.


Za spokojnie.

Rozeszli się przy tym samym kasztanie.

Tym razem nie odwróciła się od razu. On też nie. I oboje wiedzieli, że to już nie jest przypadek.

Nie zaproponował kawy następnego dnia.

Napisał dopiero rano.


„Pamiętasz wycieczkę do Krakowa w trzeciej klasie?”


Ania czytała tę wiadomość w pracy, przy biurku zawalonym dokumentami. Przez chwilę patrzyła w ekran, jakby to było coś zakazanego.

Oczywiście, że pamiętała.

Deszcz. Dworzec. I moment, kiedy prawie złapał ją za rękę.


„Tę, na której zgubiłeś klasę?” — odpisała.


Odpowiedź przyszła natychmiast.


„Nie zgubiłem.”


Uśmiechnęła się do monitora.

Od tamtego dnia pisali codziennie. Krótko. Niewinnie.

O kawie z mlekiem bez laktozy. O tym, że kasztan przy rynku jest starszy niż połowa miasta.

O piosence, którą puścili na szkolnej dyskotece i której wtedy nie zatańczyli razem.

Nie było flirtu.

Nie było przekraczania granic.

Było coś gorszego.

Bliskość.


Wieczorem Paweł zasnął przed telewizorem. Ania siedziała na kanapie, pod kocem. Telefon trzymała nisko, jak nastolatka ukrywająca rozmowę przed rodzicami.


„Zastanawiałem się kiedyś, co by było, gdybyśmy wtedy jednak…” — napisał Michał.


Zatrzymała oddech. Trzy kropki zniknęły. Wiadomość nie została dokończona.

Po chwili przyszła kolejna.


„Nieważne.”


I to było gorsze niż gdyby dokończył.

Ania spojrzała na śpiącego męża. Na jego otwarte usta. Na pilot leżący na podłodze.

A potem znów na telefon.

Pisała długo. Kasowała. Pisała.

W końcu wysłała tylko:


„Czasem też się nad tym zastanawiałam.”


I dokładnie w tej chwili Paweł poruszył się na kanapie.


— Z kim piszesz? — mruknął półprzytomnie.


Serce podeszło jej do gardła.


— Z nikim. — odpowiedziała z głosem, który ledwo wybrzmiał z jej ust.


Paweł spojrzał na nią uważniej.

Pierwszy raz od dawna naprawdę uważnie.

Rozdział 3 — Spacer

Kilka dni później spotkali się znowu.

Tym razem poszli do parku nad rzeką. Wieczór był cichy, pachniało trawą i deszczem. Światło było miękkie, takie które wygładza twarze i przywraca wspomnienia.

Szli powoli, nie dotykając się. Między nimi zostawało kilka centymetrów powietrza, które miało temperaturę wyższą niż powinno.


— Myślałem, że zostanę w Warszawie na stałe — powiedział Michał. — Praca, tempo, ciągle coś. A potem któregoś dnia obudziłem się i nie pamiętałem kiedy ostatnio robiłem coś dla siebie.


— I wróciłeś tutaj? — spojrzała na niego z niedowierzaniem.


— Chyba wróciłem do siebie. W sumie nie wiem jak długo tu zostanę. Rozumiesz...Praca.


To zdanie zostało z nią na dłużej.

Przeszli obok ławki, na której kiedyś siedzieli z klasą po ognisku. Ktoś wyciął w drewnie serce. Inne inicjały. Inna historia.


— Żałujesz czegoś? — zapytała nagle.


Spojrzał na nią uważnie.

— Tak.


Nie rozwinął.

Nie musiał.

Zatrzymali się przy barierce nad rzeką. Woda płynęła spokojnie, jakby nie interesowały ją ludzkie historie.


— Czasem myślę — odezwała się cicho — że wszystko potoczyło się tak, jak powinno. Praca. Dom. Stabilność.


— A potem? — zapytał.


— A potem nic.


To „nic” zawisło między nimi ciężko.


Michał oparł się łokciami o barierkę.

— Zawsze byłaś odważniejsza, niż myślałaś.

Uśmiechnęła się smutno.

— Nie jestem odważna. Jestem odpowiedzialna.

— To nie to samo.


Zrobiło się ciszej. Gdzieś dalej ktoś śmiał się głośno, przejechał rower.


— Paweł jest dobrym człowiekiem — powiedziała nagle, jakby się tłumaczyła.


— Nie wątpię.


I właśnie to było w nim trudne. Nie oceniał. Nie podważał. Nie próbował go umniejszać.


— Tylko czasem mam wrażenie, że żyjemy obok siebie — dodała.


Spojrzał na nią tak, jakby to zdanie było najważniejsze ze wszystkich.


— A przy mnie?


Nie odpowiedziała od razu.

Bo odpowiedź była niebezpieczna.


— Przy tobie czułam się inna..ale to było kiedyś… teraz jest teraz.


To było więcej niż wyznanie miłości. To było wyznanie o braku rozmowy.

Michał zrobił krok bliżej. Tylko trochę.


— Aniu…


Jej imię w jego ustach zabrzmiało inaczej niż „Anka” w ustach Pawła. Delikatniej. Uważniej.

Ich dłonie znalazły się obok siebie na barierce. Mały palec dotknął jej palca.

Nie cofnęła ręki.

Serce waliło jej w piersi tak głośno, że była pewna że on to słyszy.

Wystarczyło się odwrócić. Wystarczyło pół kroku. Wtedy jej telefon zawibrował.

Spojrzała na ekran.


Paweł: „Kupisz chleb po drodze?”


Zamknęła oczy na sekundę.

Zwyczajność przyszła po nią jak zawsze.


— Muszę iść — powiedziała cicho.


Michał cofnął rękę pierwszy.


— Jasne.

Nie było pretensji. I to bolało najbardziej. Kiedy wróciła do domu, Paweł stał w kuchni.


— Jest chleb? — zapytał.


— Tak.


— Dzięki.


Podszedł, pocałował ją w czoło. Krótko. Mechanicznie.

Dobry mąż. Bez emocji.


— Jak dzień? — zapytała.


— Normalnie. A twój?


Spojrzała na niego.

Jak odpowiedzieć na to pytanie, gdy w środku wszystko przestaje być normalne?


— Też.


Odwróciła się do zlewu, żeby nie widział jej twarzy.

I pierwszy raz od dawna poczuła, że coś w niej drży. A pobudzonych myśli nie da się uśpić na zawołanie.


Wieczorem Ania długo patrzyła w sufit.


Paweł spał odwrócony plecami. Oddychał równo, ciężko, jak ktoś zmęczony dniem, który niczym się nie wyróżniał.

A jednak jej dzień się wyróżnił.

Kawa. Śmiech.

To było inne. Sięgnęła po telefon.

Otworzyła rozmowę z Michałem. Przeczytała ostatnie wiadomości. Przesunęła kciukiem po ekranie, jakby chciała cofnąć czas do wczoraj, do momentu pod kasztanem.


Napisała:

„To nie jest dobry pomysł.”


Długo patrzyła na zdanie. Wysłała.

Odpowiedź przyszła dopiero po kilku minutach.


„Co dokładnie?”


Zacisnęła usta.


„To wszystko. Spotkania. Pisanie. To komplikuje.”


Tym razem odpowiedź nie przyszła szybko. Minęło pięć minut. Dziesięć.

Poczuła ukłucie zawodu, którego nie miała prawa czuć. W końcu telefon zawibrował.


„Nie chcę komplikować. Chcę tylko z tobą rozmawiać.”


Proste. Bez presji.

To było gorsze niż gdyby ją przekonywał.


„Michał…”


Nie wiedziała, co dalej. Trzy kropki pojawiły się na ekranie.

Zniknęły.

Znów się pojawiły.


„Jeśli powiesz, że mam zniknąć, zniknę.”


Serce ścisnęło się boleśnie. Bo wcale tego nie chciała. Ale powinna. Wstała z łóżka.

Podeszła do okna. Ulica była cicha, latarnie rozmywały się w lekkiej mgle.


— Co ty robisz… — szepnęła do siebie.


Telefon znów zawibrował.


„Tylko nie udawajmy, że to nic nie znaczy.”


I to było pierwsze zdanie, które nazwało rzecz po imieniu.

Ania zamknęła oczy.

Nie odpowiedziała. Następnego dnia w pracy była bardziej skupiona niż zwykle. Zbyt skupiona. Jakby próbowała udowodnić samej sobie, że wszystko jest pod kontrolą.

O siedemnastej wyszła tylnym wyjściem. Na wszelki wypadek. Przeszła pół ulicy.


— Ania.


Zatrzymała się.

Michał stał kilka kroków dalej. Nie podszedł bliżej.


— Mówiłem, że zniknę, jeśli chcesz — powiedział spokojnie. — Ale nie powiedziałaś.


To nie był wyrzut. To było stwierdzenie faktu.


— Nie powinieneś tu być — odpowiedziała cicho.


— Wiem.


— To nie jest fair.


— Wiem.


Zrobił krok w jej stronę. Tylko jeden.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 53.81