E-book
10.92
drukowana A5
34.35
Wszystko jest możliwe!

Bezpłatny fragment - Wszystko jest możliwe!


Objętość:
169 str.
ISBN:
978-83-8221-137-5
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 34.35


WDZIĘCZNOŚĆ

Dziękuję Bogu za życie. Dziękuję moim rodzicom, których tak wcześnie straciłam za to, że dzięki nim mogłam się pojawić na tym świecie, w tym ściśle określonym czasie i miejscu. Dziękuję za pięknego, mądrego, syna. Dziękuję za wszelkie dotychczasowe doświadczenia. Dziękuję za wszystkie relacje łączące mnie z różnymi istotami w czasie mojej wędrówki ziemskiej. Dziękuję za wszystkie cudne miejsca na ziemi, jakie dane mi było eksplorować. Dziękuję, że los złączył mnie w tym życiu z wieloma osobami, którym jestem ogromnie wdzięczna za wiedzę i doświadczenia. Dziękuję autorom wielu książek, które trafiały do mnie jedna po drugiej, kiedy byłam na nie gotowa. Dziękuję za to, że słońce wschodzi każdego dnia. Dziękuję, że ciągle doświadczam rozwoju na drodze życia. Dziękuję sobie za wytrwałość w poszukiwaniu, dziękuję sobie za wsłuchiwanie się we własną intuicję, dziękuję Bogu za siłę, która pomagała mi przetrwać trudne chwile. Dziękuję Bogu, że po wielu latach poszukiwań odnalazłam największą miłość, siłę, wsparcie, zaufanie …odnalazłam Boga — Ojca. Dziękuję Bogu, że po wielu latach różnych doświadczeń, pewnego pięknego dnia zostałam obdarzona

„Cudem od Boga”, czyli moim obecnym, najcudowniejszym, wymodlonym, latynoskim mężem. To naprawdę jest cud, o którym warto opowiedzieć.

Mogłabym tak dziękować bez końca, bo prawdę powiedziawszy powodów do dziękowania mam bez liku. Jestem wdzięczna, bo właśnie teraz w tym momencie powstaje długo oczekiwany owoc mojego życia. Zawsze wiedziałam, że kiedyś napiszę książkę, ale długo nie wiedziałam, o czym ona będzie.

Całym sercem czuję, że to, co tutaj przekażę może mieć istotny wpływ na wiele istnień. Czuję, że znalazłam się tutaj w określonym celu. Obiecałam Bogu, że podzielę się moimi doświadczeniami z całym światem. Być może wiele osób doświadczy zmiany w obecnym życiu, czego wszystkim Wam życzę z całego serca.

ZBYT WCZEŚNIE NA ŚMIERĆ

Bóg nie pozwolił mi odejść z tej ziemi mimo kilku bardzo niebezpiecznych momentów w moim życiu.

Jedenastego marca 2011 roku po kilku godzinach niebytu tutaj wróciłam do życia. Pojechałam na zwykły zabieg kosmetyczny, zupełnie nieświadoma, że coś złego może się wydarzyć. Ponieważ był to zabieg laserowy lekarz stwierdził, że najlepiej będzie, jeśli podadzą mi narkozę. Przekonywał mnie, że nie będę czuła żadnego dyskomfortu. Kazano mi podpisać dokumenty i podać numer do kogoś bliskiego. Niczego wtedy nie podejrzewałam. Miałam jechać za kilka godzin do domu. Obudziłam się następnego dnia w wojewódzkim szpitalu na OJOM-ie, gdzie poinformowano mnie, że właśnie miałam zator płucny i nie mogli mnie wybudzić ze śpiączki. Uznali, że to cud, że wróciłam do życia.

Kolejny raz, kiedy w 2016 roku moja przyjaciółka była świadkiem wypadku rowerowego gdzie z ogromną siłą uderzenie pędzącego rowerzysty wybiło mnie z mojego roweru do góry jak rakietę, a następnie upadłam z ogromnym impetem na głowę uderzając o twardy beton i przez długi czas nie odzyskiwałam świadomości. Pogotowie, policja, krew, utrata świadomości. Iza jak później mi opowiadała, myślała, że odeszłam z tego świata na jej oczach. Wyglądało to wszystko bardzo tragicznie. Świadomość odzyskałam w szpitalu. Leżałam w kołnierzu ortopedycznym na izbie przyjęć. Zobaczyłam lekarza zbliżającego się do mnie z igłą lekarską. Zamierzał „coś” szyć na mojej twarzy. Nie mając pojęcia jak wyglądam i jak wygląda to „coś” zapytałam, czy rana jest duża i czy blizna będzie widoczna. Lekarz na izbie przyjęć jednego z warszawskich szpitali odpowiedział:

„rana jest ogromna i głęboka, blizna też będzie duża i widoczna”. Będąc już wtedy świadoma jak działa pozytywne nastawienie, będąc również świadoma, że nasze ciało ma zdolność samo- uzdrawiania przysięgłam sobie, że rana wcale nie będzie duża, wręcz przeciwnie, będzie niewidoczna. Nie ukrywam, że zagotowało się we mnie, kiedy usłyszałam odpowiedź lekarza. Jak można odpowiedzieć w ten sposób komukolwiek po jakimkolwiek wypadku?

Miesiąc po tym przykrym zdarzeniu, kiedy wyleczyłam się ze wszystkich siniaków i ran, poszłam zobaczyć miejsce mojego upadku. Okazało się, że kiedy upadłam leżałam przed figurą Jezusa Chrystusa. Była tam jeszcze wciąż wielka plama mojej krwi. Rozpłakałam się wtedy i dziękowałam Jezusowi za uratowane życie.

Można powiedzieć, że z tak poważnie wyglądającego wypadku wyszłam bez żadnego ubytku na zdrowiu. Rana na czole jest prawie niewidoczna.

Coś trzymało mnie przy życiu. Czułam, że mam jakieś zadanie do wykonania. Nie wiedziałam jeszcze tylko wtedy, jakie to zadanie.

DZIECIŃSTWO PEŁNE RADOŚCI I SMUTKU

W życiu każdego człowieka dzieciństwo to bardzo ważny okres. Zwykle obfitujący w miłość i radość. W moim rodzinnym domu tych uczuć jednak zabrakło.

Rodzice żyli ze sobą jak przysłowiowy pies z kotem. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek była gdziekolwiek z obojgiem rodziców. Zawsze musiałam wybierać między mama, a tatą. Pamiętam, że jako dziecko marzyłam o spokojnym, cichym domu bez awantur, których przyczyny raczej nie znałam.

Emocjonalnie związana byłam z tatą. Spędzałam z nim cały wolny czas. To On zabierał mnie na sanki, na spacery, opowiadał bajki, szył sukienki, robił najlepsze jedzenie na świecie. To Tata wiedząc o tym jak bardzo kocham taniec zabrał mnie na pierwszą w życiu dyskotekę. Był to człowiek, który miał „złote ręce”, potrafił zrobić i naprawić dokładnie wszystko. Z miłością patrzyłam na jego osiągnięcia i nieświadomie uczyłam się wszystkiego od ukochanego człowieka. Pamiętam, że jako mała dziewczynka marzyłam o skórzanej torebce. Śniła mi się ona po nocach. Nigdy nikomu nie opowiadałam o moim marzeniu. Żyjąc w latach osiemdziesiątych w komunistycznej Polsce, gdzie na półkach sklepowych zobaczyć można było tylko ocet i musztardę, skórzana torebka stanowiła niezłe wyzwanie. Dlatego długo pozostawała ona tylko w sferze moich marzeń. Pewnego pięknego dnia, mój ukochany tata wręczył mi prezent. Do dzisiejszego dnia, nie wiem, jakim cudem on znalazł moją wyśnioną, wyglądającą dokładnie tak samo jak w moich marzeniach skórzaną, brązową, małą torebkę.

Był to jeden z najpiękniejszych i niezapomnianych dni.

Mój ukochany tata potrafił być również czasami nieprzewidywalnym człowiekiem.

Muszę tu wspomnieć, że pewnego świątecznego dnia doświadczyłam czegoś, co ma wpływ na całe moje życie. Spędzaliśmy Święta Bożego Narodzenia w rodzinnym gronie, w domu mojej babci. Było bardzo miło. My dzieci bawiliśmy się i cieszyliśmy świątecznymi prezentami. Dorośli siedząc przy stole zajadali domowe potrawy i upajali się alkoholem, co mojej rodzinie nie zdarzało się często. Jako kilkuletnie wtedy dziecko zapytałam czy mogę zostać u babci kilka dni i spędzić czas z moim kuzynostwem. Będąc jedynaczką bardzo tęskniłam za zabawą z rówieśnikami. Tymczasem odpowiedź brzmiała: „Jedziemy do domu. Nie możesz zostać”. Poprosiłam raz jeszcze zupełnie nie wiedząc, jakie mogą być tego konsekwencje. Mój tata pod wpływem alkoholu uderzył mnie w głowę. Stałam wtedy blisko drzwi. Moje prawe ucho było na wysokości klamki. Siła uderzenia spowodowała, że moja głowa zatrzymała się na klamce. Wylądowałam w szpitalu na obserwacji. Przez kilka tygodni miałam pół głowy koloru fioletowego.

Wszyscy w szkole pytali, co mi się stało. Było mi wstyd przyznać się, że przyczyną był mój najukochańszy tatuś, który pod wpływem alkoholu stracił panowanie nad swoim zachowaniem.

Tata ze łzami w oczach przepraszał mnie za ten incydent wielokrotnie. Wiem, że gdyby nie alkohol ta sytuacja nigdy nie miałaby miejsca.

Moja miłość do ojca nigdy nie uległa zmianie. Nadal kochałam go najbardziej na świecie. Wydarzenie to jednak zostawiło ogromny ślad w mojej podświadomości.

Nauczyłam się, że nie mogę ufać ludziom pod wpływem alkoholu.

Całe życie uciekam i bronię się jak tylko mogę przed ludźmi pod wpływem alkoholu. Alkohol nawet w niewielkich ilościach potrafi spowodować nieprzewidywalne i nieodwracalne zachowania.

Moje dzieciństwo toczyło się między szkołą, zabawą w podchody z dziećmi z podwórka oraz wystawaniem w kolejkach za artykułami pierwszej potrzeby. Miałam ogromną satysfakcję, kiedy wracałam do domu z wystaną w kolejce śmietaną, pomarańczami czy z zawieszonym na szyi papierem toaletowym. To były trudne czasy, ale za to wszystko doceniało się bardziej. Dwa razy w roku, czyli na Święta Bożego Narodzenia oraz na Święta Wielkanocne mieliśmy niezliczoną ilość potraw, o których następnie marzyliśmy przez kolejnych kilka miesięcy. Na zawsze w mojej pamięci zostanie tzw. „chłodny pokój” w domu mojej babci, który w czasie świąt był wypełniony rarytasami: szynkami domowej roboty, różnymi mięsami, sałatkami, ciastami, pomarańczami i bananami. Na samo wspomnienie tego babcinego jedzenia jestem natychmiast głodna, a moje ślinianki pracują dwa razy szybciej.

Kiedy miałam dwanaście lat przyszedł najtrudniejszy dzień. Po miesięcznej chorobie na raka wątroby mój ukochany tata odszedł z tego świata. Uczuć, jakich wtedy doświadczyłam opisać się raczej nie da. Na tamten moment straciłam wszystko, co miałam najcenniejszego. Miłość, bezpieczeństwo, radość, oparcie, przyjaźń. Pamiętam jak w chwili śmierci taty zalana łzami stałam schowana między oknem szóstego piętra, a zasłoną. Patrzyłam w dal i chciałam zniknąć z tego świata. Pustka, jaką zostawił po sobie Tata towarzyszyła mi całą wieczność. Pamiętam, że miałam wtedy ogromny żal do Boga. Całe moje wnętrze krzyczało: „Dlaczego zabrałeś mi najbliższą i najukochańszą osobę. Przecież ja nie mam nikogo innego. Jak mogłeś Boże?”.

Zostałam z mamą, której wtedy nie rozumiałam. Nasze relacje nigdy nie były takie, o jakich marzy córka. Nigdy nie poszłyśmy razem do kina, czy na lody. Słowa mojej mamy, które najbardziej utkwiły mi w pamięci: „Córko pamiętaj, co się trudniej zdobywa to się bardziej ceni”. I zapewne miała rację. Życie pokazało, że w wielu aspektach ta regułka nie mijała się z prawdą.

LATA MŁODZIEŃCZE

Pamiętam, że kiedy byłam nastolatką jednym z moich ulubionych zajęć było oglądanie świata z okna szóstego piętra i rozmyślanie o tym, jaki jest Świat za granicami zamkniętej wtedy Polski. W tamtym czasie wyjazd za granicę graniczył z cudem. Jako dziecko marzyłam jednak o tym, że pewnego dnia będę podróżować, marzyłam o słońcu i palmach, które wtedy widziałam tylko na plakatach. Marzyłam o turkusowej, ciepłej wodzie i białym piasku. Nie wiadomo skąd i jak, ale miałam odwagę marzyć o tych podróżach. Mogłam godzinami leżeć na kanapie w swoim małym pokoiku i myśleć jak to będzie, kiedy będę podróżować. Wyobrażałam sobie najróżniejsze sceny, pluskałam się w turkusowej wodzie, opalałam się i tańczyłam. Ktoś mógłby pomyśleć, że jestem szalona. Dlatego nigdy nikomu nie powiedziałam, że „wizualizacja”, czyli wymyślanie przeróżnych scenariuszy w mojej głowie, oglądanie na ekranie wyobraźni moich własnych czasami szalonych pomysłów i marzeń to moje ulubione zajęcie. Nie wiedziałam też jeszcze wtedy, jakie to będzie miało wpływ na moje życie. Nic jednak w owym czasie nie wskazywało na to, że kiedykolwiek tego doświadczę. Jako nastolatka marzyłam również oczywiście o wielkiej miłości, cudownym mężu i szczęśliwym domu rodzinnym. Najbliższą mi osobą w tamtym czasie była moja przyjaciółka z liceum Ewunia. Spędzałyśmy ze sobą wiele czasu, uciekłyśmy razem z obozu narciarskiego, wracając z obozu do domu jeździłyśmy po Polsce pociągami bez biletów, byłyśmy na wielu imprezach, uskuteczniłyśmy razem pierwszy wyjazd pod namiot, ulepiłyśmy wspólnie wiele leniwych pierogów urywając się czasami ze szkoły. To były niezapomniane chwile.

W wieku osiemnastu lat zostałam na świecie sama. Mama zmarła bardzo niespodziewanie, bez pożegnania w letni dzień na wylew krwi do mózgu.

Prawdopodobnie nigdy nie zapomnę tego okropnego dnia. Rano z powodu bólu głowy zaprowadziłam mamę do lekarza ogólnego. Tam stwierdzono, że wszystko jest w porządku i przepisano tabletki przeciwbólowe. Wyszłyśmy z przychodni lekarskiej przeświadczone o tym, że nic złego się nie dzieje. Mama postanowiła odwiedzić swoją przyjaciółkę. Ja również postanowiłam się spotkać ze znajomymi. Rozstałyśmy się w okolicach godziny 13.00. Moje spotkanie z przyjaciółmi minęło szybko. Wróciłam do domu gdzie zastałam kartkę w drzwiach z informacją o tym, że mama została zabrana do szpitala. Z przerażeniem spakowałam mamie trochę rzeczy i natychmiast udałam się do toruńskiego szpitala. Kiedy weszłam na oddział zapytałam gdzie znajdę mamę. Odpowiedź była szokująca!

„Zmarła! Nie wiesz?”. Zemdlałam! Ocucono mnie w gabinecie lekarskim. Podano mi jakieś środki uspokajające i odesłano do pustego domu. Pierwszy raz w życiu miałam wątpliwą przyjemność doświadczyć znieczulicy, jaka panowała w szpitalu. Nie miałam już teraz nikogo. Mama odeszła w letni dzień bez pożegnania.

Tak naprawdę nie zdążyłam jej dobrze poznać. Ona była zawsze zajęta pracą, studiami zaocznymi i właściwie nigdy nie było jej w domu, kiedy byłam dzieckiem. Zazdrościłam moim koleżankom w szkole, że one mają przygotowane śniadanie do szkoły, że wracają na obiad przygotowany przez mamy. Ja wracałam do pustego mieszkania i wszystkie obowiązki takie jak posprzątanie mieszkania, zakupy czy wstępne przygotowania do obiadu były na mojej głowie.

Nie wiedziałam też wówczas jak bardzo będzie mi mamy brakowało w późniejszym życiu, kiedy niemożliwe będzie stworzenie jakichkolwiek relacji.

PRZYSPIESZONA DOROSŁOŚĆ

Po śmierci mamy, jako zupełnie już samotna osiemnastolatka zaczęłam swoje przyspieszone dorosłe życie. Ku mojemu zdziwieniu miałam odwagę na wiele rzeczy. Nie miałam żadnego wsparcia. Nie było przysłowiowego wujka ani ciotki, ale zawsze miałam wrażenie, że ktoś jednak nade mną czuwał. Nie zmienia to faktu, że chwile szczęścia przeplatały się często z chwilami samotności, zwątpienia, rozczarowania, smutku i łez.

Pamiętam moment, kiedy po rozstaniu z moim pierwszym chłopakiem zostałam sama, zupełnie bez pieniędzy na życie, rachunki, zobowiązania. Nie było w moim życiu nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc. Smutna to sytuacja, kiedy osoba, której ufasz bezgranicznie zabiera wszystkie wspólne oszczędności, łącznie z biznesem wspólnie prowadzonym, w który zainwestowane zostały pieniądze pochodzące z ubezpieczenia po śmierci mamy. Prowadziliśmy przez prawie dwa lata jedną z pierwszych w mieście wypożyczalni kaset video. Moja pierwsza miłość okazała się człowiekiem bez honoru. Ból i rozpacz towarzyszyły mi przez jakiś czas. Nie miałam pojęcia, co będzie dalej. Siedziałam i płakałam. Rozmyślałam i tęskniłam. Po czasie wszystkie piękne chwile i wspomnienia tzw. „życiowej pierwszej miłości” przyćmione zostały przez poczucie, że zostałam oszukana.

Kiedy otrząsnęłam się psychicznie z pierwszego szoku, po kilku dniach spędzonych z nosem w poduszce wyszłam na spacer. Spotkałam znajomą kobietę Hanię, która widząc moją twarz i podpuchnięte oczy zapytała oczywiście co się stało. Opowiedziałam o tym, co przeżyłam. Hanka skontaktowała mnie ze swoim kuzynem, właścicielem jednej z największych Agencji Reklamowych w tamtym czasie. Jurek bardzo konkretny mężczyzna, przedstawił mi produkt oraz cennik i dodał: " od Ciebie zależy ile zarobisz i ile czasu poświęcisz na pracę”. W latach 90- tych był to najlepszy produkt do sprzedaży. Polski biznes rozwijał się bardzo szybko, a reklama była jak wiadomo była dźwignią handlu. Jako dwudziestoletnia dziewczyna zaczęłam pracę dla Agencji Reklamowej. Sprzedawałam czas antenowy odbiorcom biznesowym. W bardzo krótkim czasie osiągnęłam niezależność finansową, pozycję, wiele kontaktów biznesowych oraz bardzo komfortowy tryb życia, co w tamtym czasie dla większości mojego otoczenia było raczej nieosiągalne. Zaczęły nawet krążyć różnego rodzaju plotki na mój temat, które bardzo mnie dotykały. Jeden Pan Bóg tylko wie ile łez spłynęło po mojej twarzy z powodu tych plotek. Nikt z tych ludzi nigdy nie zapytał po śmierci mojej mamy, czy potrzebuję pomocy, ale wszyscy bardzo chętnie plotkowali i wymyślali „sposoby”, które pozwalały mi na ten komfortowy tryb życia.

NIEODWRACALNA DECYZJA

Życie jednak toczyło się dalej. Finansowo radziłam sobie dobrze, ale było coś, co nadal mi towarzyszyło. Pustka i samotność prześladowała mnie na każdym kroku. Większość mojego ówczesnego życia starałam się spędzać poza domem w otoczeniu przyjaciół. Pewnego dnia poznałam mężczyznę. Dojrzałego, przystojnego, opiekuńczego, lecz niestety żonatego. Przez jakiś czas spotykaliśmy się, jako przyjaciele. Tak przynajmniej wtedy myślałam. Po pewnym czasie bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Zaczęliśmy spędzać coraz więcej chwil razem, aż w końcu przekroczyliśmy pewną niebezpieczną barierę. Stało się coś, czego nie planowałam. Mając 22 lata zaszłam w ciążę. Ojciec nienarodzonego jeszcze dziecka oznajmił, że się rozwiedzie i zaopiekuje się mną i dzieckiem. Moja rozpacz nie miała granic. Czułam się obrzydliwie winna. Płakałam dniami i nocami prosząc Boga o pomoc. Błagałam, o wyczekiwaną miesiączkę. Dni mijały, a ja czułam się coraz bardziej podle. Nie chciałam, aby żona wspomnianego mężczyzny została sama z dwójką małych dzieci. Bałam się też, że ja samotnie nie podołam tej sytuacji. Nie radziłam sobie ze swoją pustką i strachem przed życiem. Nie mając nikogo bliskiego, nie mogłam sobie wyobrazić w tamtym czasie dodatkowej odpowiedzialności za dziecko. Podjęłam jedną z najgorszych decyzji w moim życiu nie wiedząc o tym, jakie to będzie miało konsekwencje na przyszłość. Zdecydowałam się na usunięcie ciąży. W tamtym czasie był to zakazany proceder w Polsce. Nie było jednak problemu ze znalezieniem lekarza, wykonującego takie zabiegi, na co dzień w prywatnym gabinecie za spore pieniądze. Jadąc na zabieg myślałam, że za chwilę będzie po wszystkim, za chwilę mój problem zniknie na zawsze. Nie wiedziałam, jak bardzo się mylę. U lekarza dostałam zastrzyk ogłupiający. Zabieg trwał bardzo krótko. Przez krótką chwilę po zabiegu rzeczywiście czułam jakby spadł mi ciężar z serca. Nie jestem jednak w stanie opisać słowami, co czułam przez większość mojego życia. Poczucie winy wracało przy każdej możliwej sytuacji. Przez wiele lat myślałam, że Bóg nigdy mi nie wybaczy mojego czynu. Zawsze miałam wrażenie, że wszystkie złe rzeczy, które mnie w życiu spotykają są konsekwencją tego zdarzenia. Przez wiele lat nie potrafiłam się nikomu przyznać do tego, co zrobiłam. Każdego roku wyobrażałam sobie jak wyglądałoby teraz moje dziecko. Kiedy urodziłam syna dziękowałam Bogu, że dał mi drugą szansę, ale jednocześnie myślałam o tym, że mógłby mieć starsze rodzeństwo. Z tym ogromnym ciężarem żyłam długie lata, aż do pewnego momentu w moim bardzo dojrzałym życiu. Do chwili, kiedy tak naprawdę przyjęłam Jezusa, jako mojego zbawiciela, ale tą wiadomością podzielę się z Tobą niebawem. Tymczasem chciałabym ostrzec Cię przed podjęciem tak drastycznej decyzji. O konsekwencjach jej podjęcia dowiadujemy się z reguły po fakcie.

Gdybym wiedziała, że poczucie winy będzie mi towarzyszyć przez te wszystkie lata, że będę się czuła tak podle wiedząc o tym, co zrobiłam, nigdy nie podjęłabym tej nieodwracalnej decyzji.

ODKRYWAM ŚWIAT

Mając dwadzieścia trzy lata zaczęłam podróżować po wcześniej niedostępnym tak zwanym „zachodnim” świecie. Pierwszym krajem, który odwiedziłam była Szwajcaria. Przepiękny, czysty, kolorowy od kwiatów kraj. Jakże inny od Polski z tamtego czasu. Postanowiłam zostać dłużej. Jako opiekunka do dziecka w szwajcarskiej rodzinie zostałam w tym pięknym kraju kilka miesięcy. To było bardzo ciekawe doświadczenie, jeśli chodzi o język i komunikację. Ja posługiwałam się wtedy łamanym angielskim, natomiast szwajcarska rodzina językiem niemieckim. Pierwsze dwa tygodnie były dość trudne komunikacyjnie. W trzecim tygodniu pękła jakaś zaczarowana bariera i okazało się, że zaczęłam rozumieć, co słyszę. Po dwóch miesiącach wszyscy pytali jak długo jestem w Szwajcarii, że mój niemiecki jest tak dobry. Byłam dumna, dałam radę. Tam pojawił się również pierwszy w moim życiu obcojęzyczny partner. Wiele nowych doświadczeń kulturowych, językowych, środowiskowych. Pierwszy raz doświadczyłam zjawiska gdzie ludzie nazywają coś tym samym słowem, a mówią o czymś zupełnie innym. I tak na przykład słowo „wieś” w tamtym czasie kojarzyła mi się z gospodarstwem rolnym, świnkami, krówkami, błotkiem, czasem brudem i ludźmi w gumowych kaloszach po kolana. Tak przynajmniej wyglądała wieś zamieszkała przez moje wujostwo gdzie spędziłam trochę czasu we wczesnym dzieciństwie. Tymczasem zostałam zaproszona w Szwajcarii przez mojego ówczesnego partnera na wycieczkę do szwajcarskiej wsi. Byłam lekko przerażona. Nie przepadałam raczej za wiejską atmosferą, którą znałam ze swojego ojczystego kraju. Cóż oczywiście jak zwykle żądna przygód zgodziłam się na ten wyjazd. Trudno opisać moje zdziwienie, kiedy okazało się, że szwajcarska wieś nijak ma się do polskiej. Tu było zielono od trawy, kolorowo od kwiatów, każdy dom miał inny pastelowy kolor, wszystko było bardzo dokładnie rozplanowane, a czysto było do tego stopnia, że nie wychodziło się z pieskiem na spacer po uliczkach „wsi” tylko zabierało się pieska na specjalny wybieg, żeby czworonóg przypadkiem nie zanieczyścił otoczenia. W latach 80 — 90 na polskiej wsi panowały zdecydowanie inne warunki.

Wracając do komunikacji międzyludzkiej można powiedzieć, że często doświadczamy nieporozumień właśnie ze względu na różnice w pojmowaniu konkretnych słów i tak na przykład nawet zwykły „kot” może być nie do końca zrozumiany. Dla jednych będzie on w wyobraźni małym białym kotkiem, dla innych czarnym dużym kotem. Jak widać na tym przykładzie w obrębie jednego języka możemy mieć wiele nieporozumień, jeśli nie będziemy się dobrze komunikować. Połączenie zaś dwóch różnych kultur i języków to dopiero jest wyzwanie. Jak to zwykło się mawiać człowiek się uczy do końca życia.

NIEPLANOWANE WYDARZENIA

Po sześciu miesiącach pobytu w Szwajcarii postanowiłam odwiedzić rodzinne miasto Toruń.

Chciałam sprzedać samochód, postanowić coś w sprawie mojego mieszkania i wrócić do słonecznej, zielonej Szwajcarii na kolejnych kilka miesięcy. Stało się jednak inaczej. Świat miał dla mnie inny scenariusz. Sprzedając samochód pewnej bizneswoman zostałam przedstawiona mężczyźnie, który jak się wkrótce okazało został moim mężem. Urodziłam pięknego syna. Byliśmy rodziną czternaście lat. Na początku małżeństwa zajmowałam się domem, dzieckiem, zakupami, gotowaniem, praniem, sprzątaniem, czyli wszystkim tym, czym ktoś zająć się musi. Każda kobieta wie, o czym mówię. Niestety mój były mąż od samego początku nigdy tych czynności nie doceniał. Wielokrotnie słyszałam „Kobieto ty nic nie robisz!!!”

To największe kłamstwo i najboleśniejsze słowa, jakie może usłyszeć od męża kobieta mająca na głowie wszystkie domowe obowiązki. Po przepłakanych godzinach, tygodniach, kiedy mój syn miał pięć miesięcy mój ból sięgnął zenitu. Miałam wybór: opiekować się domem i dzieckiem w dalszym ciągu oraz wysłuchiwać impertynencji mojego męża, albo wrócić do spraw zawodowych. Miałam serdecznie dość wysłuchiwania wiecznego „Ty nic nie robisz!!!”. Podjęłam decyzję o prowadzeniu własnej Agencji Reklamowej. Najbardziej ucierpiał na tym syn, który u swego boku zamiast mamy miał teraz opiekunkę. W krótkim czasie okazało się, że zarabiałam więcej od mojego byłego męża piastującego wysokie stanowisko. Niestety w tym samym czasie straciłam do niego szacunek i uczucia z powodu wszelkich bolesnych słów oraz zachowań, które nigdy nie powinny mieć miejsca w rodzinie.

Prowadziłam Agencję Reklamową, kawiarnię, studiowałam wymarzony dla mnie na tamte czasy kierunek” Zarządzanie w Turystyce i Hotelarstwie”, oczywiście nadal zajmowałam się dzieckiem i domem, choć już w nieco mniejszym stopniu oraz podróżowałam. Jak ja to wszystko wtedy zdołałam pogodzić i skąd na to wzięłam energię?

Pięć lat weekendowych wyrzeczeń. Wszyscy się bawili w piątkowe i sobotnie wieczory, odpoczywając w niedziele. Ja wybrałam inaczej. Choć do niczego tak naprawdę stopień magistra nie był mi potrzebny to jednak postanowiłam w ten właśnie sposób zainwestować mój własny czas i pieniądze. Zaspokoiłam tym samym moją ambicję i spełniłam marzenie mojej nieżyjącej już mamy dla, której wykształcenie miało ogromne znaczenie. Własny biznes, cudowny syn, wykształcony mąż na dyrektorskim stanowisku, dom, samochody, przyjęcia, podróże. Wydawałoby się, że jestem szczęśliwa. Niestety nasze małżeństwo z różnych powodów nie było udane. Miałam za sobą wiele przepłakanych, samotnych z własnego wyboru nocy. Wielokrotnie obrażana i niedoceniana nie miałam najmniejszej ochoty na bliskość fizyczną z człowiekiem, który już tylko z nazwy był moim mężem. Niewiele osób wiedziało wtedy, że mój ówczesny mąż był hazardzistą. Po czternastu latach złożyłam pozew o rozwód. Wszyscy znajomi myśleli, że postradałam zmysły. Tym czasem tylko ja znałam prawdę i wiedziałam, że dłużej tak żyć nie chcę. Często tak jest, że na zewnątrz wszystko wygląda idealnie, a w środku pustka i ból. Dzisiaj wiem, że bez Boga, jego mądrych biblijnych wskazówek oraz określonych wartości życie małżeńskie jest jedną z trudniejszych dróg o ile nie najtrudniejszą. Wymaga wielokrotnych kompromisów oraz rezygnacji ze swoich przyzwyczajeń, nawyków, pragnień.

Z całego serca pragnęłam ciszy i spokoju dla siebie i syna. Często wizualizowałam sobie moje i tylko moje mieszkanie, nowiutkie, cichutkie bez krzyków i awantur na nowym, pięknym osiedlu. Byłam w stanie zrezygnować z naszego domu z ogrodem na rzecz spokojnego miejsca. Pamiętam moją odważną decyzję. Mając tylko dziesięć procent wartości nowego mieszkania poszłam do toruńskiego developera w celu podpisania umowy o zakupie mieszkania. Wierzyłam głęboko, że dam radę i w ciągu dwóch lat od podpisania umowy zarobię pełną kwotę na zakup nieruchomości. Tak się też stało. Agencja Reklamowa oraz Kawiarnia Veneziana prowadzona przeze mnie dały mi odpowiedni dochód. Biblia mówi o tym w taki sposób:

„Według Waszej wiary niech Wam się stanie” Mateusza 9:29

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 34.35