E-book
1.37
drukowana A5
20.17
Wstążka czasu

Bezpłatny fragment - Wstążka czasu


Objętość:
75 str.
ISBN:
978-83-8126-857-8
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 20.17

Mojemu Mężowi

Zapiski wędrowca

* * *

Jest taki pejzaż

polodowcowy

ze statkiem pośród traw

a owoce niemal na

wyciągnięcie ręki


wedle bardzo starej receptury

koła niebieskie koła czerwone

koła żółte niby boże młyny powoli

obrotami odmierzają powinność


czynią możliwym niemożliwe

ku zdumieniu

ku uciesze

Kałuże

Niespiesznie przemierzam krajobraz teraźniejszości

Przepływają obok niespełnienia dobre chęci

niepotrzebne doświadczenia

zmienne w czasie prawdy

wszystko na co nie mam wpływu


Niekiedy piach i kurz maskują nierówności

Zdradliwe dziury czyhają na nieuważnych

Często deszcz wspomnień wyrównuje powierzchnię

łagodzi linię horyzontu


Duże i małe rozlewiska wabią złotym odbiciem dnia

metalicznie połyskują w mroku


Chyba nieprzypadkowo wpadam w najgłębsze kałuże

przelewam przez palce wodę

rozpryskuję błoto szczęśliwa że wytropiłam

niepowtarzalność

wolna od niepokoju że muszę tam pozostać

„Owoce”

(obraz Alfonsa Muchy)

Wyrafinowanie

zamknięte w barwach

w liniach

w kształtach

owoców

i ciała dziewczyny

o dziwnym spojrzeniu

skrywającym

tajemnicę

czy strach

przed żądłem

pszczoły


Dziewczyna

z jesiennymi liśćmi

wplecionymi we włosy

misternie

na kształt wianka

niesie soczystą

dojrzałość owoców

w paterze krągłych ramion


wraz z obietnicą wieczornego nasycenia

i być może — radości poranka

Róża

Taka na przykład róża

z kropelką krwi na liściu

ze łzami rosy na płatkach

rytuał swój odprawia od stuleci

współgra z każdym obrazem

żongluje symbolami

wabi kaleczy zachwyca,

wstrzymuje oddech

przyspiesza puls


To kicz — powiedzą

Dobremu dziełu

wystarczą kolce


Ścigałam kicz z różą w zębach

(z różą ja a nie kicz)

Z uśmiechem sardonicznym

szukałam go w rzeczach

w poezji sztuce

w sobie i w innych


zanim pojęłam że wszystko (prawie)

co nie jest niczym

można ośmieszyć, nazwać kiczem

Czasem słońce,
czasem deszcz

Radość biegała po domu

goniąc słoneczne zajączki

kaskadami śmiechu napełniła wannę

bulgotała we wrzącej zupie

przeglądała się w wypolerowanych posadzkach


Ukłoniwszy się martwym naturom

szufladom i pokrywkom

pobiegła rozweselać deszcz

Tupaniem rozpryskiwała kałuże

trelami potrącała uszkodzone dachówki


A potem rozpostarła ramiona


i… tyleśmy ją widzieli

Sekrety

Powyciągane z kątów życiorysu

trafią na szorstkie przeważnie dna szuflad

I tylko musisz pamiętać po której

(prawej czy lewej) stronie są schowane


Kiedyś podejmiesz trud wydobywania

spod całej masy zbytecznych szpargałów

na światło dzienne najskrytszych tajemnic

co własnym życiem żyły w innym świetle


Zobacz — są spójne i się nie podzielą

na jakieś mniejsze kawałki ochłapy

już ich nie zeżrą, nie rozszarpią sępy


No… a że z czasem pospłycały pointy

których wymowę dobrze znasz — nie szkodzi

W drwinach szyderców wciąż tonie sen głębszy

Pod urokiem bezokoliczników

Wyprzedzić przyszłość Zawczasu ją poukładać

Rozpisać role Realizować

W scenariuszu na czerwono podkreślić ważne

Obserwować bieg zdarzeń

Czuwać ulepszać korygować


Pracować jeść pić być

Przewidywać że kiedyś

przyjdzie czas i na miłość


Kiedyś

Po co

Pamięć

Gudze

Czy pamiętasz moja mała siostro

nasze wędrówki przez surowy krajobraz Woli

z podtrzymującą niebo wieżą świętego Wojciecha

z pobliską apteką i wieżyczkami

kościołów przy Bema i Karolkowej

Okolice Zakładów Radiowych, Lampowych i Polfy

nasz skrót do Pałacu Kultury

i to że wszędzie było daleko


Czy pamiętasz jak się rozrastał

nasz najbliższy domu światek

między Dworcem Zachodnim i kinem W-Z

(bo już dalej — przy Lesznie czy Żytniej

gabinet dentysty mnie straszył)


Czy pamiętasz jak nowe pochłaniało stare

domy, szyny tramwaju, rzeźby trawnikowe

Stawiając na dostępne narzędzia postępu

naszą młodość w dojrzałość zmieniało powoli


Zacierało obraz rachitycznych drzew

zmurszałych płotów, popękanych betonowych płyt

Chociaż dawno mnie przerosłaś moja siostro

ciągle jestem starsza od ciebie

i teraz — jak kiedyś — wezmę cię za rękę

poszukamy śladów tamtych miejsc

Pójdziemy „w nogę” w rytm starej piosenki

Wędrowali szewcy przez zielony las…

Pałac Kultury

Starzy — ci ze świecznika — jego iglicą

potrafią rozdrapywać narodowe rany

Młodszym ubarwia wspomnienia dzieciństwa

jeszcze młodszych prowokuje do zabawy

najmłodszych wciąż chce uszczęśliwiać


Ambitnym budowniczym pozwala by go zasłaniali

od wiatru czy dlatego że taki nieśmiały

wstydzi się swego kształtu albo pochodzenia

choć wielkością jest równy tym bardzo lubianym


Pomimo że doświadczył jak to być non grata

przyjmuje polityków mędrców i krzykaczy

W potrzebie chętnie służy za punkt odniesienia


Skupia światła świąteczne, świeci światłem własnym

Bardzo długa noc

W ruinach znanych sobie praw i prawd

odbrązowione odarte z godności

skulone widma wyrzuconych z raju akceptacji

czekają na przywrócenie do łask

odpuszczenie win

na zapomnienie


Tu nawet księżyc zagląda niechętnie

Boi się wydobyć z cienia jakiś blask

Obrazek ze starego Śląska

Kiedy Maks o świcie zjeżdżał pod ziemię

Freda myślała — co poda na obiad

czy zdąży ze wszystkim na drugą trzydzieści


Codzienne czynności blask garnków i szkła

sprzątanie mieszkania rachunki zakupy

Nie wybiegać w przyszłość a złe skojarzenia

wyrzucać natychmiast z pamięci

W myślach przywoływać sprawy oczywiste


Zupa powinna być esencjonalna

musi gotować się na małym ogniu

okna zakurzone trzeba będzie umyć

Wielkanoc już blisko duszę czas oczyścić

dzieci wkrótce powrócą ze szkoły…


Zmęczona krzątaniną — przysiądzie na chwilę

w czyściutkim fartuszku z lokami pod chustką

obrane kartofle promień słońca liczy

mięso w brytfance skwierczy apetycznie


Jeszcze zmieni bluzkę poprawi firankę,

pomyśli o pierwszych spotkaniach swych z Maksem


o zielonej sukni która potrafiła

wzmocnić kolor jej oczu

jemu oczy zamglić…


Nie ma już domu z ciemnoczerwonej cegły

Maks dawno powrócił ostatni raz z kopalni

Przestała się martwić o niego dopiero

kiedy umarł na płuca zwyczajnie

Pamięć i deszcz

nasz smutek ściągnął ciężkie chmury

nagle zrobiło się prawie ciemno


wiatr deszcz i chłód wydzierały dusze

świeżym kwiatom a sztucznym

nadawały pozory życia


wtulaliśmy brody w kołnierze płaszczy

słowa nabierały przyspieszenia

wizja gorącej herbaty odrealniała żal


sprawy żywych przed sprawami zmarłych

— powiedziałby ojciec


nienawidziłam siebie

Zegary Agathy Ch.

Zegary Agathy Christie

wskazują czas bez porozumienia z sobą

tykają z chrypką

we własnym rytmie

wybijają wybrane godziny

jakby się bały rezonansu


Stare mierniki chorego czasu wierzą

że nasycają przestrzeń

terapeutycznymi dźwiękami

i tej nocy nikt nie umrze

Dwa szkice

niegdysiejszość


młódź ostatnie rzędy zajmowała w teatrach

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 20.17