E-book
13.65
drukowana A5
52.88
drukowana A5
kolorowa
79.44
Libijskie peregrynacje

Bezpłatny fragment - Libijskie peregrynacje

Saksy w kraju trzeciego świata


5
Objętość:
305 str.
ISBN:
978-83-8155-349-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 52.88
drukowana A5
kolorowa
za 79.44

Wstęp

Co jest treścią Libijskich Peregrynacji.

Przez wiele lat myślałem o napisaniu czegoś na temat egzotyki ciekawego, a mało znanego kraju, w którym przyszło mi przebywać przez dwa lata pracy w przedsiębiorstwie DROMEX przy obsłudze geodezyjnej budowanych tam dróg. W latach 1979 do 1981

Zawiera zarówno opis obserwacji diametralnie odmiennych od naszych, obyczajów mieszkańców tej ziemi, jej egzotycznej przyrody i wspaniałych zabytków starożytności jak również spostrzeżenia dotyczące warunków pracy oraz bytowania poza krajem i rodziną. Stosunki międzyludzkie panujące w takiej specyficznej społeczności. Stan organizacji robót i fachowości zatrudnionych „specjalistów”.

To wszystko starałem się pomieścić na kartach książki o rozsądnej ilości stron, przy wykorzystaniu setek zrobionych wtedy zdjęć ilustrujących opisywane sprawy.

Do tego nieliczne dygresje do sytuacji politycznej kraju rządzonego przez satrapę zachowującego pozory „demokracji bezpośredniej” wyłożonej w tak zwanej Zielonej Książeczce, faktycznie nie mającej przełożenia na stosowane w praktyce metody rządzenia.

Jest też trochę porównań Polski, dziesiątej rzekomo potęgi gospodarczej, do sytuacji w Libii oficjalnie kraju trzeciego świata.

Tematyka obszerna wymagająca skrótowości w opisie i dokonywania wyboru, być może nie zawsze trafnego.

Ta rozległość spraw omawianych wpływa też niewątpliwie na brak porządku treści, chronologii zdarzeń i spłycenie opisanych problemów.

Ze względu na różnice fonetyki nazw arabskich, używanych ich odpowiedników angielskich i wymowy potocznie stosowanej przez Polaków stosowane są w książce różnie brzmiące nazwy geograficzne, zamiennie. Czasami w sposób zamierzony, czasami przypadkowy ale sądzę zrozumiały dla czytelnika.

Za te opisane usterki, przyszłych czytelników przepraszam.

Namawiam jednak do przeczytania tej książki. Skłania mnie do tego egzotyka i bogactwo treści. Kolorowe, bogato ilustrujące ją zdjęcia. Oraz opisywany mało znany kraj i ludzie, Arabowie, wyznawcy islamu sprzed okresu stosowanego, uciążliwego terroryzmu.

Życzę miłej i pożytecznej lektury.


.


.


.


.


.


.


.


.


.


.


.

1.Lotnisko w Trypolisie 22 czerwiec 1979

Jesteśmy w Libii a właściwie Arabskiej Libijskiej Dżamachirii Ludowo-Socjalistycznej, kraju dziwnym, pełnym sprzeczności. Dla Polaka egzotycznym. Z przyrodą nieprzyjazną życiu flory, fauny oraz króla wszelkiego stworzenia homo sapiens.

Wylądowaliśmy na nowoczesnym lotnisku w Trypolisie. Lot archaiczną „beczką”, po uprzednim międzylądowaniu w Budapeszcie, sprawił że byliśmy niemiłosiernie zmordowani, fizycznie i psychicznie, trwającym kilka godzin przelotem. Wytrzęsieni, brudni, głodni i źle ubrani.

Przede wszystkim zaś w kraju o zupełnie odmiennej kulturze i poziomie cywilizacyjnym. W kraju islamu, swoistej demo dyktatury, nomadów osiedlanych w nowoczesnym budownictwie, zatrudnianych w przemyśle zbudowanym przez Europejczyków, z tryskającym strumieniem petrodolarów i colonelem Mu’ammarem al-Kaddafim na czele.

Nowy zaciąg uzupełniający kadry DROMEXu na budowie dróg w zaprzyjaźnionej z ówczesnymi władzami Polski, Libii.

Wysiadamy z rozklekotanego samolotu na płytę lotniska. W sam ukrop afrykańskiego słońca. Nasz samolot nie może bowiem być podłączony do tak zwanego worka, umożliwiającego pasażerom przejście bezpośrednie do budynku dworca lotniczego . Zderzenie socjalistycznej techniki z realiami, rzekomo trzeciego świata.

Nowoczesny budynek. Niebo niebieskie po widnokrąg. Słońce praży niemiłosiernie. Temperatura powietrza oceniana na oko, około 40°C w cieniu. Przechodzimy do budynku lotniska.

Brak jakiegokolwiek napisu w języku innym niż arabski. To samo dotyczy informacji głosowej. Jesteśmy zagubieni. Gdyby nie stan oczywisty nie wiedzielibyśmy w jakim kraju i na jakim lotnisku właśnie wylądowaliśmy.

Po jakimś czasie, nierychło, zjawia się ktoś z kierownictwa DROMEXu z najbliższego campu, oddelegowany do odbioru przybyłego transportu „nowych”.

Totalny bałagan i dezinformacja. Bezimienny „odbiorca”, tak go nazywajmy, zwraca się do najbliżej stojących podając informacje co robić dalej. Grupa poinformowanych idzie za odbiorcą. Reszta tłumu, przygnębiona, za nimi. Zatrzymujemy się, chyba dla łatwiejszej komunikacji, na schodach. Gęsty tłum. Wrzawa ludzi zmęczonych i niezadowolonych z przyjęcia.

Do „odbiorcy” podchodzi Libijczyk ze służby kontroli granicznej i celnej. Przekazuje mu kartki papieru formatu zeszytowego, które okazują się być ankietami do wypełnienia. Ankiety zawierają tekst w języku arabskim, na który musimy odpowiedzieć przed kontrolą celną i paszportową. Odbiorca rozdaje ankiety i informuje, że każdy musi ją wypełnić i zwrócić. Wzmaga się wrzawa niezadowolenia gdy okazuje się, że pytania ankiet napisane są nie tylko w nieznanym języku, ale na dodatek nieznanym alfabetem pisanym w dziwny sposób.

„Odbiorca” ucisza tłum i z wydobytego notatnika — bryka — zaczyna czytać poszczególne pytania, pod kolejnymi numerami, które również w tekście ankiety nikomu nic nie mówią bo są napisane liczbami arabskimi, które ze znanymi nam liczbami ( również zresztą arabskimi) nie mają nic wspólnego. Okazuje się tymczasem, że tłum nie tylko niczego nie rozumie, ale na dodatek prawie nic nie słyszy i w większości nie posiada niczego do pisania.

Kilka znalezionych długopisów wędruje w pobliże „odbiorcy”. Grupa najbliżej stojących gastarbajterów przystępuje do wypełniania ankiet. Trwa to nieskończenie długo. Postępując wg wskazówek „odbiorcy” nasi rodacy wypełniają puste miejsca w ankiecie, na ślepo, myląc się w coraz to większym zdenerwowaniu. Odbierając od grupy wypełnione ankiety „odbiorca” zabiera również paszporty. Grupa po grupie. Na szczęście coraz sprawniej wypełniamy ankiety. Wreszcie koniec akcji.

Ankiety wraz z paszportami zabiera libijski pogranicznik. Po kolei, wg przypadkowo wybranego paszportu, jesteśmy wzywani, oglądani, oceniani i o coś pytani oczywiście po arabsku. Odpowiedzi brak, bo nawet nasz opiekun nie zna arabskiego, a bryk służący mu do objaśniania ankiet w niczym tu nie pomaga.

Ta akcja przebiega więc rutynowo i kończy dość szybko.

Idziemy odebrać bagaże. Piętrzy się stos przywiezionych przez tragarzy walizek, rzuconych bez ładu i składu. Niektóre rozbebeszone, inne pozbawione kart z nazwiskami.

Poszukiwanie właściwych bagaży trwa więc równie długo jak wypełnianie ankiet.

Potem, w kolejności wezwania „odbiorcy”, zgłaszamy się do stanowiska kontroli celnej.

Rozpoczyna się apokalipsa. Mimo dostarczonych nam wcześniej informacji co do Libii wwozić wolno, a czego nie wolno, wielu przybyłych liczy na fuksa i przywozi, swoje lub zlecone przez znajomych, niedozwolone wiktuały.

Celnik nas nie rozpieszcza. Na duży stół wędrują po kolei walizki rozbebeszane bezpardonowo przez jego pomocników. Lecą na podłogę, poza naszym zasięgiem, butelki wódki wydobywane z „oryginalnych” puszek kawy i innych wymyślnych skrytek, kiełbaski, boczki, słoiki ze smalcem. Lecą również produkty dozwolone jak sery, masło czy miód. Nie wiadomo czy to premedytacja, czy bezmyślne działanie.

Jakiś krewki rodak nie wytrzymuje i wyrywa z rąk celnika puszkę masła. Nerwowo wymachuje rękami i żąda zwrotu. Dwóch Libijczyków na polecenie celnika zwala go z nóg. Obywatela „zaprzyjaźnionego” kraju, który przyjechał budować im drogi, walą w twarz pięściami. Nasz opiekun usiłuje łagodzić sytuację. Wydaje się, że kolega zostanie albo deportowany z Libii albo posiedzi w więzieniu. Kończy się tym, że zostaje odstawiony do jakiegoś pomieszczenia, gdzie poczeka na tłumacza, który wyjaśni sytuację. Po interwencji arabistki i stosownym bakszyszu, następnego dnia poszkodowany, z prawie pustą walizką, ląduje na campie. Nasz stan psychiczny nie pozostawia złudzeń co do zadowolenia z przyjazdu.

2.Camp DROMEXu w Sog Al-Khmies Emsihel

Po tej procedurze pozostało nam załadować się do autobusów i przebyć ostatni etap podróży. Jazdę na camp DROMEX-u w Sog Al-Khmies Emsihel. Ok. 20 km dobrej drogi, wybudowanej przez Polaków, którą przebyliśmy w 20 minut. Droga choć krótka, też dostarczyła nam wrażeń. Jak w porcie lotniczym tak i tutaj brak jakichkolwiek informacji w języku innym niż arabski i w tymże alfabecie. Ponadto niespotykane w kraju ozdobne bramy zawierające jakieś napisy o nieznanej obcokrajowcom treści.

Pierwsze wrażenie. Duży plac otoczony barakami z odrobiną zieleni i kilka ławek. Żar leje się z nieba nadal, tyle że działa skuteczniej, bo nasza wytrzymałość zbliża się do zera. Szarość i prymityw zalane światłem słońca. Tumany kurzu i pustka poobiedniej sjesty.

Wysiadamy. Przyjeżdżają bagaże. Nikt nie ma już siły by się spieszyć po ich odbiór. Każdy siada gdzie jest to możliwe. Na nielicznych ławkach i na ziemi jak najbliżej tego tłumku stu kilkudziesięciu osób. Nasz opiekun znika. Zostajemy chwilowo sami ze swoimi niezbyt pozytywnymi myślami i ukropem lejącym się nam na nieokryte niczym głowy.

Mija czas. Nasze zmęczenie sięga zenitu.

Na dodatek na campie powstaje jakiś nienaturalny ruch. Ludzie biegają, pokazują coś w kierunku platformy na wysokości kilkunastu metrów. Okazuje się, że stoi tam nagi mężczyzna, grożący skokiem z wysokości.

Fragment campu DROMEXU w Sog Al-Khmies Emsihel.
Fragment campu z wieżą, na której stał mężczyzna grożący skokiem.

Jest to inżynier mechanik, który miał w tym dniu wracać do kraju. Jednak zmuszony pozostać z powodu braku zastępstwa wpadł w stan tak ostrej depresji, że grożąc samobójstwem wszedł, w porę nie zauważony, na wysoko położoną platformę z zamiarem oddania samobójczego skoku. Obietnicami udało się go, przy pomocy strażaków, sprowadzić na ziemię i doprowadzić do lekarza. Przy okazji dotarły do nas informacje, że jest to nie pierwszy, na tym campie, przypadek stanu nerwowego załamania, spowodowanego rozłąką z rodziną, brakiem kontaktów i warunkami pobytu.

Nasz nastrój i tak podły, doznał oczywistego, negatywnego impulsu.

Wreszcie pojawiają się jakieś osoby z kartkami. Wyczytują przyjezdnych, udzielają informacji, kierują do kwater. Dotyczy to jednak tylko osób, które mają być zatrudnione na konkretnych budowach jako majstrowie, operatorzy maszyn, czy robotnicy drogowi, lub osób, przewidzianych do pracy w administracji, czy zakładowym biurze projektów.

Ja do nich nie należę. Mimo że mój przyjazd został nagle przyspieszony z powodu rzekomych braków kadrowych w mojej branży, nikt tu na mnie nie czekał. Wynikało to głównie ze stanu organizacyjnego. Roboty na budowie drogi, gdzie zatrudniony był geodeta, który nagle wyjechał do kraju, zostały przerwane a sprzęt i ludzie skoncentrowani na innej „priorytetowej” budowie, z powodu np. konieczności pozyskania od Libijczyków zaliczki.

Problem braku geodety uległ tymczasowo samorozwiązaniu. Dyrekcja zapomniała o pilnym zapotrzebowaniu i absolutnie nie spodziewała się przyjazdu takiego fachowca. Nie było więc kierownika budowy zainteresowanego moją osobą. Kwatera została przyznana innej osobie.

Tak więc na żadnej kartce nie figurowałem. Ogólnym spisem osób, które przyleciały właśnie z Polski nikt sobie nie zawracał głowy.

Na placu pozostałem więc z nieliczną grupą osób, którymi również nikt się nie zainteresował. Nasze nerwowe zaczepki powodowały wręcz zdziwienie faktem naszej tam obecności. Wreszcie po mojej gwałtownej reakcji na temat niezwykłego burdelu, ktoś zaprowadził mnie do biurowca a stwierdziwszy, że wszystkie drzwi są zamknięte wezwał przez głośnik szefa kadr.

Po kilku powtórkach wezwań, pojawił się wreszcie zaspany delikwent, który okazał się poszukiwanym kadrowcem. Był równie zdziwiony jak inni, ale wreszcie postarał się o listę przyjezdnych, poprosił nas o nazwiska i odnotował naszą obecność.

Zapisał też specjalności zawodowe, wyrażając przy tym wątpliwości co do potrzeby naszego przyjazdu.

Następnie wezwał kwatermistrza. Ten nadszedł dość szybko by stwierdzić z ubolewaniem, że kwatery dla pracowników technicznych i urzędników zostały rozdysponowane a naszych nazwisk i specjalności w zapotrzebowaniu nie było. W tej sytuacji jedyne co może zrobić to zakwaterować nas w pokojach wieloosobowych. Do wyjaśnienia dodał uprzejmie.

I tak, do wyjaśnienia, wylądowałem w baraku robotniczym, w pokoju chyba ośmioosobowym, zamieszkałym aktualnie przez jedną tylko osobę, Roberta, kierowcę wywrotki. Okazał się zresztą bardzo sympatyczny, pomógł mi się rozpakować i udzielił kilku ostrzeżeń, z których jedno ziściło się już następnego dnia o poranku.

Należy tu jeszcze wtrącić, że kwatermistrz rozdał nam po 10 dinarów zaliczki, do przyszłej wypłaty, która miała nam posłużyć w tym czasie jako źródło zaopatrzenia w żywność. W naszej wyobraźni była to suma, jak na zaliczkę, karkołomna. 10 dinarów libijskich x 3,60 $ x 100 zł na czarnym krajowym rynku to było wtedy ok. 3600 zł, których wartość w przeliczeniu na towary w Libii nie była nam znana.

Po wstępnym rozpakowaniu, prawie nieprzytomny ze zmęczenia fizycznego i psychicznego, padłem na wybrane łóżko i prawie natychmiast zasnąłem, poprosiwszy uprzednio Roberta o zbudzenie wieczorem.

Zbudził mnie z trudem około dwudziestej drugiej. Na stole stały szklanki napełnione do połowy bezbarwnym płynem rozsiewającym znany mi zapach bimbru.

To było pierwsze, poza bałaganem organizacyjnym, autentyczne doznanie czekającego mnie pobytu w kraju obowiązującej prohibicji. Wypiliśmy tym śmierdzącym płynem bruderszaft, potem za szczęśliwy pobyt i z głową fruwającą w niebycie, nieco uspokojony zasnąłem powtórnie tego dnia. Nie spełniwszy wcześniejszego zamiaru, nieumyty i w ubraniu, w którym przyleciałem z Warszawy.

3.Adaptacja

Przebudzenie następnego dnia nie było zbyt wczesne. Słońce stało już wysoko. Byłem sam. Robert pewnie był już od kilku godzin w pracy.

Nieco zbulwersowany sytuacją, (przecież jestem w pracy) poszedłem szybko do łazienki. Zabrałem przybory do mycia i do golenia ale w pośpiechu zostawiłem w pokoju ręcznik.

Stwierdziwszy ten fakt, zostawiłem przybory w łazience i wróciłem do pokoju. Niestety w łazience okazało się, że mam tylko ręcznik. Pozostawione mydło w mydelniczce, maszynka do golenia i kosmetyki wyparowały mimo krótkiej chwili nieobecności.

Łazienka była dużym wieloosobowym pomieszczeniem z WC. Widać ktoś, w chwili mojej nieobecności, wyszedł z kabiny i skwapliwie moją nieobecność wykorzystał.

Nie wróżyło to miłego pobytu.

Umyłem się znalezionym kawałkiem mydła podłej jakości, wytarłem ciało i zestresowany wróciłem do pokoju. Tym razem bez ręcznika. Zorientowawszy się szybko wróciłem i mimo negatywnych oczekiwań, ręcznik znalazłem na miejscu gdzie go zawiesiłem.

Odetchnąłem. Okazało się później, że ręczniki dostaje się wraz z ubraniami roboczymi i dlatego nie cieszą się powodzeniem drobnych ciułaczy dinarów, amatorów cudzej własności. Oraz, że nie wszystko jest tutaj niemiłe.

Na stole zastałem śniadanie pozostawione przez Roberta z kartką wyjaśniającą sytuację i informacją że po powrocie z pracy pójdzie ze mną zrobić niezbędne zakupy.

Pozostawało mi więc wyjaśnić sprawę mojego dalszego funkcjonowania, w niespodzianie, dość skomplikowanej sytuacji.

Tymczasem odezwał się głos w głośniku wyczytujący, w kolejności alfabetycznej, nazwiska osób wzywanych do działu kadr z podaniem godziny zgłoszenia. Wśród wyczytanych byłem i ja.

Kamień spadł mi z serca. Oto byłem na jakiejś liście. Istniała szansa, że nie zostanę jako zbędny, przysłany przez pomyłkę, odesłany do kraju.

W kadrach przeproszono mnie za dezinformację i kwaterę. Zamieszaniem obciążono centralę w Warszawie. Po chwili okazało się, że głównym celem wezwania było odebranie paszportu. Polecono mi jego dostarczenie i poinformowano, że na czas pracy w Libii otrzymam tymczasowy libijski dowód tożsamości. Paszport oddałem i automatycznie stałem się niewolnikiem DROMEXU na czas pracy w Libii. Gorzej, bo paszporty były zdeponowane w Libijskim ministerstwie. Pewnie jakichś spraw wewnętrznych. Bez zgody firmy i wydania paszportu przez Libijczyków nie mogłem więc Libii opuścić. Wręczono mi też tymczasową umowę o pracę, obiecano szybkie załatwienie należnego zakwaterowania i przekazano w ręce magazyniera.

Ten według listy przeprowadził mnie przez stanowiska w magazynie gdzie otrzymałem należne wyposażenie: ubranie robocze, nowe koce, należną na tydzień wodę mineralną, torbę, okulary słoneczne, sprzęt geodezyjny i kalkulator elektroniczny. Przy tym sprzęt geodezyjny okazał się starym typem niwelatora z oprzyrządowaniem. Teodolitów było brak. Przyjąłem co dali bez dyskusji.

Trudno omawiać problem profesjonalnego wyposażenia z magazynierem od mydła i powidła.

Była jeszcze tego dnia rozmowa z dyrektorem technicznym. Bardzo dobre wrażenie, ale rozmowa ogólnikowa.

Dyrektor oświadczył, że dziś mam wypoczywać po podróży, zapoznać się z biurami i otoczeniem, żeby się rozeznać w funkcjonowaniu campu i firmy. Innymi słowy „nie zawracaj głowy”.

W następnym dniu przewidział dla mnie wyjazd w teren z kierowcą beczkowozu jako jego pasażer. Dla rekonesansu, na budowy dróg, które ten odwiedzi wykonując swoje zadania.

Po powrocie miałem się zgłosić po dalsze polecenia i przydział budowy, na której będę pracował. Ponieważ nie miałem ani paszportu ani dokumentu, który stanowiłby dowód tożsamości ważny na terytorium Libii, poradził mi założenie ubrania roboczego z oznakami DROMEXU i nieoddalanie się od beczkowozu.

Kierowcą okazał się mój współmieszkaniec Robert.

O tym później. Na razie wizytowałem biura dyrekcji zgodnie z sugestią dyrektora i z powołaniem się na jego autorytet. Przedstawiałem się, a szef działu zwykle prezentował mi siebie i to czym się zajmuje. Tak poznałem kilka miłych osób, z którymi później nawiązałem kontakty towarzyskie.

Było południe kiedy po „wizytacji” biur dyrekcji i odpoczynku zabrałem się za obchód campu.

Obejrzałem zabudowę mieszkalną, położoną częściowo w alejkach z ogródkami, budynek socjalny z salą telewizyjną, kinową i biblioteką oraz otoczony nimi plac z basenem, kortem tenisowym i boiskiem do siatkówki. Zamknięcie placu od drogi stanowił częściowo barak dyrekcji.

Na opisanym placu włóczyły się wychudzone psy i porykujący osioł. Wszystko z gruntem włącznie, w kolorze żółto beżowym i prawie pozbawione zieleni. Zmęczony żarem ok. 45º C w słońcu, poszedłem odpocząć w pokoju.

Był to czas powrotów z pracy i mój współtowarzysz Robert zdążył wrócić przede mną. Brał już kąpiel racząc się równocześnie zimną wodą mineralną z lodówki, co później stało się i moją rutyną, by następnie udać się na obiad do stołówki. Przekazał mi jeszcze, że już wie o wspólnej jeździe w dniu jutrzejszym, oraz że po obiedzie śpi do siedemnastej po czym wybierzemy się na zakupy. Radził żeby się przyzwyczajać do tego rytmu życia i również pospać. Bez problemu, zmęczony upałem i spacerami, zasnąłem.

Po siedemnastej zbudziłem się na dźwięk jakiegoś sygnału, oznaczającego dla starych mieszkańców, że przywieziono pieczywo. Należało je w określonym czasie odebrać pod rygorem głodowania do następnego obiadu. Chleb kupowało się na cały miesiąc i odbierało codziennie zapłaconą w „abonamencie” porcję. Robert był już na nogach a nawet zagotował wodę na, również, rytualną kawę.

Po odebraniu pieczywa, podobnego do znanego u nas francuza, Robert przygotował po filiżance mocnej, rozpuszczalnej kawy neska, dostępnej w Polsce tylko w PEWEXIE i jakieś nieznane mi słodycze.

Podwieczorek był smakowo i towarzysko doskonałym zwieńczeniem drugiego dnia, niefortunnie zaczętego, pobytu w Libii.

Moje samopoczucie uległo wyraźnej poprawie.

Teraz w towarzystwie swojego Cicerone miałem po raz pierwszy opuścić camp i robiąc w jego towarzystwie zakupy zetknąć się Libijczykami, ich muzułmańską kulturą i zupełnie obcymi nam obyczajami.

Wychodząc za bramę wkroczyliśmy na dwujezdniową arterię wybudowanej przez DROMEX drogi. Jej poboczem doszliśmy do zabudowań wioski Sog Al-Khmies Emsihel, znanej nam w uproszczonej formie jako Souk el Khamis, co znaczyło w języku arabskim targ w czwartek. W handlowym „centrum” tejże, mieliśmy dokonać zakupów. Moich pierwszych w tym nieznanym mi zupełnie kraju, u nieznanych ludzi i w nieznanym języku.

Robię pierwsze spostrzeżenia z życia tubylców.

Idziemy lewym poboczem drogi, pod prąd obowiązującego na tym pasie ruchu. W tym samym kierunku pędzi samochód osobowy mijając nas na sygnale. Za kilkaset metrów prawie że wpada na jadący prawidłowo beczkowóz Dromexu. Ostre sygnały, machanie rękami przez Libijczyka. Na szczęście kierowca beczkowozu ma refleks. O centymetry unika zderzenia. Libijczyk skręca w lewo na podwórko swojego domu, położonego po tej stronie drogi. Na skróty pod prąd było bliżej.

Robert wyjaśnia, że to codzienna praktyka na tej dwujezdniówce. Ponadto Libijczycy jeżdżący bez okularów, w ostrym słońcu, często słabo widzą a to razem stwarza niezłe problemy polskim kierowcom, pracującym na budowach dróg.

Idąc dalej doznaję jeszcze bardziej niezwykłego wrażenia. Narasta smród rozkładającej się padliny. W rowie przydrożnym leży truchło barana. To sposób na pozbywanie się zwłok padłych lub nieprawidłowo ubitych zwierząt. Takie obrazki z doznaniami węchowymi można spotkać, przy każdej nieco oddalonej od Trypolisu drodze, co kilka kilometrów. Zapewnia to nieustanny fetor w czasie jazdy libijskimi drogami.

Już jesteśmy prawie u celu naszej drogi, gdy mija nas typowy na tych drogach samochód japońskiej produkcji, osobowo towarowy. Siedzące na pace kobiety nagle wyrzucają duży, foliowy worek śmieci. To prywatna gospodarka odpadami, źródło dodatkowych zapachów, pożywienia dla bezpańskich psów i rozwiewanych wiatrem śmieci. Jednak skutecznie zastępuje brak jakiejkolwiek gospodarki odpadami w Dżamaharii, w owym czasie.

Mijani piesi są za to niezwykle dla nas mili. Każdy pozdrawia nas słowami „salam” lub pełnym „salam alejkum” Mój towarzysz robi to samo. Czasami udaje mu się w tych wzajemnych grzecznościach nawet wyprzedzić Libijczyka.

Jest to kolejne spostrzeżenie niezbędne w codziennym bytowaniu.

Wreszcie docieramy na miejsce. Ja, jak na nowicjusza, pełen egzotycznych wrażeń.

Jesteśmy w pierwszym napotkanym, sklepie spożywczym. Sklep w garażu. Ale produkty jak w polskich delikatesach. Robi to wrażenie. Nie dość, że półki zapchane po brzegi to wybór towarów pochodzących z całej Europy. Masło duńskie, sery szwajcarskie, sardynki portugalskie, kawa rozpuszczalna różnych firm i słodycze, które u nas tylko, za dolary, w PEWEKSIE uświadczysz.

Brak tylko alkoholu, wędlin i wieprzowiny.

Zakupy oczywiście robi Robert. Ja bowiem nie znam ani jednego słowa potrzebnego przy tej czynności. Ani nazw towarów, ani liczb, ani cen, ani miejscowego rytuału obowiązującego w handlu. Robert proponuje więc towar i ilość ze względu na ceny oraz smak i z moją aprobatą dokonuje niezbędnych zakupów. Kupujemy jeszcze na targu — „suku” pomidory i owoce i wracamy z torbami naładowanymi po brzegi. Okazuje się, że wydałem na swoje zakupy raptem 3 dinary libijskie z 10, które dostałem poprzedniego dnia.

To był szok.

Wróciliśmy na camp bez kolejnych przygód. Tutaj Roman pokazał mi jeszcze polski sklep spożywczy, traktowany przez mieszkańców jako awaryjny ze względu na wyższe ceny.

Zrobił się wieczór. Tutaj szybko zapada zmierzch. Jeszcze tylko kolacja i spać.

4 Rekonesans

Wstajemy wcześnie i zgodnie z planem jedziemy beczkowozem Romana poznawać Libię.

Teren wokół drogi piaszczysty, równy jak stół, w kolorze pomarańczowo żółtym. Prawie bez śladów zieleni.

Gdzieniegdzie sady oliwkowe i cytrusowe a wśród nich parterowe domki, jak pudełka, w kształcie prostopadłościanów. Nie widać okien i drzwi tylko mur ogrodzenia z bramą od strony drogi. Większość terenu to nieużytki z rzadka porosłe kulami kolczastych krzewów, które już w czerwcu są prawie pozbawione liści. Niektóre, w podmuchach wiatru, toczą się po okolicy podskakując na nierównościach. Tą rozległą krainę na południe od naszego obozu Polacy nazywają „buszem”.

Jedziemy na razie na południe drogą dwujezdniową Trypolis — Tarhouna, budowaną przez Dromex

Na horyzoncie, w migoczącym od upału powietrzu, widać zarys płaskiego skalnego wyniesienia. Skręcamy na wschód. Jedziemy drogą lokalną, również asfaltową, wybudowaną ongiś przez Włochów. Krajobraz się nieco zmienia. Wokół drogi jakieś sklecone z falistej blachy budy i wzgórki piaszczyste z elementami blachy chroniącymi wejścia przed zasypaniem. To domy upartych nomadów. Tymczasowe, ale z samochodem obok i anteną satelitarną wystającą ponad poziom pseudo dachu. A wzgórki to ziemianki również służące jako domy. Ich zaletą jest chłodne wnętrze, praktyczne w libijskiej spiekocie. To w naszym polskim znaczeniu domy letniskowe niedawnych nomadów, przymuszonych do zamieszkania w miejskich blokach Trypolisu.

Tutaj uciekają w weekendy z baranami, które pieką na ogniskach i konsumują. Jedziemy dalej. W oddali widać most nad jakąś wąską doliną ze stromymi, nieregularnymi zboczami. Robert wyjaśnia, że jest to suche, przez większą część roku, koryto rzeki, nazywane po arabsku, w angielskiej pisowni wadi a wymawiane uadi, wadi lub ładi.

Na przeciwległym zboczu koryta wyłania się coś co nazwać by można kapliczką.

Niewysoka kopułka z kamieni spojonych wypaloną słońcem gliną z prostokątnym otworem. W tym otworze jakaś miska z jedzeniem, patyki i zeschnięte rośliny. To grób, „kapliczka” dla uczczenia marabuta, świętego, wędrownego mędrca muzułmańskiego.

W islamie nie buduje się takich grobowców. To absolutny wyjątek. Przez dwa lata pobytu spotkam jeszcze tylko ze dwa takie przypadki.

Tymczasem zerwał się wiatr. Tumany pyłu, podnoszone z ziemi, utrudniały jazdę w stopniu większym niż polska mgła. Jechaliśmy więc wolno, co dawało mi więcej możliwości obserwacji.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 52.88
drukowana A5
kolorowa
za 79.44