E-book
13.65
drukowana A5
43.01
drukowana A5
Kolorowa
67.88
Wspomnienia, opowiadania, wiersze

Bezpłatny fragment - Wspomnienia, opowiadania, wiersze

Pisadła do szuflady

Objętość:
214 str.
ISBN:
978-83-8104-275-8
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.01
drukowana A5
Kolorowa
za 67.88

Jak wywołałbym III światową…

Wspomnienia spisane w wieku lat siedemdziesięciu wyłącznie na podstawie pamięci własnej ówcześnie ośmioletniego autora i przekazów rodzinnych zapamiętanych z lat około wojennych skorygowane jedynie w zakresie dat i faktów historycznych

Stefan Bajer Słupsk 2007

Był styczeń 1945 roku. Mróz trzymał tej zimy wyjątkowy. Już od kilku tygodni wisiało w powietrzu gęstniejące wrażenie grozy. Okupacja niemiecka trwała wprawdzie od lat z górą pięciu i prawie przyzwyczailiśmy się do jej cech generalnych ale jeszcze nigdy nie czuło się takiej nawały niepokoju. Tamte wcześniejsze lata albo nosiły w sobie mniej rozpoznawalnego dla dziecięcego umysłu tragizmu, albo ze względu na wiek ich groza nie była w ogóle dostrzeżona.

Takim momentem z tej drugiej kategorii był pierwszy września 1939 roku. Dzień wybuchu drugiej wojny światowej, który tą okupację mojej ziemi rodzinnej przyniósł. Równie straszny, naładowany przeczuciami złej przyszłości i równocześnie beznadziejnej nadziei na cud pomocy zachodnich „przyjaciół” nie był mi uświadomiony bo skończyłem wtedy zaledwie 30 miesięcy i jedyną reakcją na to co wokół się działo był instynktowny płacz wobec dostrzeganego przerażenia najbliższych. Wszystko co wtedy się stało, zapładniało moją wyobraźnię tylko za pośrednictwem zasłyszanych w późniejszych latach rozmów rodziców. Dla mojego taty ten dzień. jak poprzednie zaczął się prawie przed świtem. O godzinie piątej wsiadł na rower, by pojechać do pracy na kopalni Knurów. Trasa jego dojazdu zbliżała go do ówczesnej granicy polsko — niemieckiej, która przebiegała w odległości około siedmiu kilometrów od naszego domu w Ornontowicach, między Gierałtowicami a obecnym Bojkowem. Przejechawszy ulicami naszej wioski i wzdłuż pól Gierałtowic, po przebyciu około czterech kilometrów, kiedy zbliżył się do wiaduktu kolejowego, powietrzem targnął huk tak nagły i niespodziewany, że ojciec zawrócił bez rozeznania przyczyn i popedałował w kierunku domu. Po chwili ochłonąwszy postanowił sprawdzić przyczynę. Z daleka było widać gruzowisko w miejscu gdzie przed chwilą stał most. Nie zdając sobie sprawy z przyczyn ale uznając niemożliwość dalszej drogi, ruszył ponownie w kierunku domu. Niepewność taty nie trwała jednak długo. Nad jego głową przeleciały dość nisko samoloty z widocznymi wyraźnie czarnymi krzyżami na skrzydłach a po dłuższej chwili nastąpiły wybuchy bomb zrzuconych pewnie gdzieś na nieodległe zgrupowanie polskich wojsk. Wtedy już wiedział. To jest wojna. Most został wysadzony przez polskie wojsko ze względu na możliwość zajęcia trasy kolejowej i wykorzystania drogi przez nacierające wojska niemieckie. Bliskość granicy i brak polskiego oporu w tym miejscu spowodowały, że Niemcy już przed południem pierwszego dnia wojny zajęli naszą wieś. Mieszkańców niektórych ulic, pod pozorem zatrzymania frontu wypędzono z domów i zgromadzono w dolinie płynącego przez wieś strumyka, w okolicy jej zachodnich granic. Rodziny z dziećmi w wózkach spędziły tam całą następną noc, po czym kazano im wrócić do domów. W międzyczasie niemiecka żandarmeria wojskowa spędziła do zabudowań majątku, którego właścicielem był Niemiec Hegenscheidt zidentyfikowanych powstańców oraz innych, najaktywniejszych społecznie w międzywojniu mieszkańców miejscowości. Młodych mężczyzn internowano w pomieszczeniach klasztoru. W dolinie pozostały zdenerwowane kobiety przejęte losem mężów i synów oraz dzieci i starcy. Ja również byłem w dolinie ewakuowany w wózku dziecięcym. Na ten temat moja mama mimo ówczesnej grozy potrafiła w późniejszym czasie opowiadać anegdotyczne zdarzenie o tym, jak to tę noc spędziłem w jednym wózku z dziewczyną w moim wieku, której mama w pośpiechu nie zabrała wózka. Historia ta towarzyszyła mi jeszcze w szkole, kiedy obydwoje byliśmy uczniami jednej klasy.

Tymczasem Niemcy przystąpili do przesłuchań zgromadzonych w majątku obywateli Ornontowic. Po przesłuchaniu większość z nich wywieziono do Niemiec, skąd wielu nie wróciło już nigdy.

Internowani mężczyźni zostali w następnym dniu zmuszeni do rozebrania zbudowanego w centrum wsi, na skrzyżowaniu dróg, kopca ku czci powstańców śląskich, po czym prawie wszyscy bezpiecznie wrócili do domów. Zanim Niemcy ruszyli dalej w swój „Drang nach Osten” zdążyli jeszcze rozstrzelać kilku kolejarzy, prawdopodobnie w zemście za wywiezienie przez nich taboru kolejowego poza zasięg aktualnego frontu. Pozostała zastraszona ludność, która nie tak dawno wystąpiła przeciw Niemcom i wybrała Polskę. Teraz przyszło jej żyć w krainie wcielonej do Rzeszy niemieckiej. Społeczność podzielono na kategorie obywateli oznaczone liczbami od 1 do 4, a właściwie od 2 do 4, bo jedynka była zarezerwowana dla rdzennych, wiernych Rzeszy Aryjczyków, pochodzenia niemieckiego, nie splamionych obcą krwią. Przywileje towarzyszące kategoriom były odwrotnie proporcjonalne do oznaczającej je liczby. Do czwartej kategorii zaliczono byłych powstańców i działaczy społecznych czy politycznych z okresu wolnej Polski. Tym obywatelom Rzeszy odebrano majątki, na których osadzono tak zwanych „treuhandlerów” i pozbawiono kartek, które gwarantowały przydział wszelkich dóbr z żywnością włącznie. Byli mimo to jej obywatelami, bo dawało to Niemcom prawo do wcielania do Wehrmachtu ich dzieci, skoro tylko osiągały stosowny wiek. Większość ludności zaliczono do kategorii trzeciej.

Rozpoczęły się ponure dni okupacji, z której początków niewiele informacji do mnie dotarło, a której kres teraz właśnie nadchodził.

Z późniejszych hitlerowskich akcji okupacyjnych w mojej dziecięcej pamięci pozostał jedynie widziany z okien mieszkania, z odległości kilkuset metrów, propagandowy przemarsz członków SA w paradnych mundurach, śpiewających swój hymn „SA maschiert…” i defilada „Hitler Hitlerjugend” — faszystowskiej organizacji młodzieżowej, do której wcielano pod przymusem starszą młodzież szkolną. Pozostało też kilka niemieckich, również faszystowskich pieśni i piosenek, których uczono w szkole, jak właśnie wymieniona „SA maschiert..”, Horstwessel lid”, marsz wojskowy „Ich habe ein kamerade”, czy kolędy „O Tanenbaum, o Tanenbaum goldene deine bletter…” Z bardziej ponurych wspomnień, które poruszały całą społeczność pamiętam nagłe zniknięcie starszej kobiety nazywanej Francka, która wędrowała od domu do domu w charakterystycznym ubraniu zwanym Chłopskim składającym się z ciemnej bluzy, długiej do kostek fałdowanej spódnicy i narzuconego na ramiona lub głowę pledu. Tym się wyróżniała i jeszcze sposobem bycia, który powodował, że trochę się z niej naśmiewano. Była ograniczona umysłowo. Traktowano ją jednak życzliwie, karmiono i rozmawiano na różne tematy. Przynosiła plotki i wiadomości zastępując gazety, które w powszechnie używanym języku polskim nie były dostępne.

Nagle przestała przychodzić, zniknęła z dnia na dzień. Gruchnęła we wsi plotka, że Niemcy korzystając z nowego prawa o eksterminacji ludzi umysłowo chorych umieścili ją w jakimś obozie. Później ktoś przyniósł wiadomość, że Francka nie żyje. Dokonano na tej biednej nie wadzącej nikomu kobiecie eutanazji.

Było jeszcze drugie mniej dramatyczne ale bezpośrednio przeżyte zdarzenie dotyczące edukacji w szkole niemieckiej, związane z pojawieniem się nowego ucznia i tragiczno — komicznymi zdarzeniami z tym faktem związanymi. Perypetie te opisałem na dalszych stronach zaś tu jedynie wspominam dla zobrazowania wpływu na wyobraźnię wynikłą z dziecięcych doznań. W dziecięcej wtedy świadomości treść tych pieśni, które wymieniłem była bez znaczenia.

Jednak opisane zdarzenia nie były obojętne dla małych sześcio, siedmioletnich główek, jak nieobojętne były okupacyjne pełne dysput rodzinnych wieczory.

Teraz rodzice szeptali po kątach, że coś się kończy i czuło się w tych szeptach i radość i niepokój. Z jednej strony to, co wisiało w powietrzu pachniało prochem i spełnieniem najgorszych przepowiedni okupanta o nadchodzącej ze wschodu apokalipsie bolszewizmu, z drugiej wyczuwało się nieśmiałą, skrywaną jeszcze przed samym sobą radość z możliwości, jaką te propagandowe strachy mogą stanowić, jaką zmianę mogą przynieść. Strach było nie tylko wymieniać głośno to, co kryły nieuchronnie te przepowiednie, sterowane zza biurek himmlerowskiej machiny. Strach było o nich myśleć.

To skrywane, to było słowo Polska. Polska, która na tej ziemi jak Feniks z popiołów powstała dopiero przed ćwierć wiekiem, a już po latach dwudziestu zapadła się w wojennej zawierusze, by teraz z wiadomościami o klęskach Niemców na wschodzie zakiełkować nową świadomością możliwości powrotu.

Jeszcze nie tak dawno te dyskusje wyglądały zgoła inaczej.

Szczególnie zapamiętałem spotkania rodzinne u dziadków. Były to zwykle spotkania z okazji czyichś urodzin lub przyjazdu dalszych członków rodziny z szerokiego świata, Rzeszy lub okupowanej Europy. Kuzynki mamy, która po wyjściu za mąż za Niemca zamieszkała we Wrocławiu i jej brata mieszkającego tam od lat dwudziestych. Im front był bliżej, tym spotkania były częstsze a dyskusje gorętsze. Nie pamiętam udziału w tych dyskusjach ani moich rodziców ani ich rodzeństwa, czy współmałżonków. Za to majaczą mi w pamięci zaciekłe nieraz dyskusje dziadka z zamieszkałym we Wrocławiu bratankiem, obcym mi właściwie panem, którego nie zapamiętałem z imienia ale zapamiętałem poglądy. Dziadek zwykle obchodził dom dokoła, uszczelniał zasłony w oknach co zwiastowało gorący wieczór.

Temperatura dysput politycznych miała swoje podłoże w różnorodności losów rodzinnych.

Syn dziadka a mój wujek Paweł zmobilizowany do Wehrmachtu na początku wojny od jakiegoś czasu nie dawał znaku życia. Ostatnie wieści nadeszły z terenu Białorusi po czym Niemcy zawiadomili o jego zaginięciu. Wnuk dziadka a syn wujka Pawła powstańca śląskiego od roku służył w Wehrmachcie na froncie zachodnim. Siostrzeniec dziadka, przed wojną student seminarium duchownego zginął w randze lejtnanta na froncie wschodnim. Brat mojego taty, wujek August, syn działaczki śląskiej organizacji Matek Polek, Marii Bajer, wywodzącej swój rodowód jeszcze z czasów, gdy Śląsk należał do Prus, która przez czas okupacji z narażeniem życia przechowała sztandar tej organizacji, służył w Wehrmachcie na terenie Austrii. Mój ojciec, który dzięki pracy w górnictwie uniknął Wehrmachtu był w Essen, wywieziony na roboty w celu zastąpienia wojujących na frontach wschodu i zachodu zdobywców” lebensraumu”.

Nikt z nich nie wybierał swojego losu.

Mieszkający we Wrocławiu bratanek dziadka i jego siostra Fani, od jakiegoś czasu wdowa po niemieckim oficerze wybrali sami. Chociaż i w tym przypadku los ich determinowała przynajmniej w części wojna i konieczne wybory społeczności pogranicza. Do czasu, kiedy Śląsk po plebiscycie podzieliła granica, Wrocław był zresztą jego kulturalnym zapleczem. Nobilitował.

Jak różne były losy tych ludzi, tak różne poglądy prezentowali, choć łączyło ich miejsce pochodzenia i rodzinne więzy.

Mój dziadek czujący się Polakiem, przeciwnik Hitlera i jego działań nie tylko na frontach Europy i świata oraz jego bratanek „łagodny „zwolennik Hitlera.

Dziadek, prosty, niewykształcony górnik, inwalida skaczący do oczu lepiej wykształconemu bratankowi chwalącemu Hitlera za budowę autostrad, likwidację bezrobocia i niedostrzegającemu nieludzkich cech faszyzmu, nieszczęść, prowadzonych wojen, ludobójstwa, donosów, obozów koncentracyjnych.

Dziadek cieszący się z cięgów, jakie Niemcy zaczęli dostawać na wschodzie i bratanek ubolewający nad tym, że zachodni alianci wspomagają sowietów.

Bratanek wieszczący rychłe zdobycie Londynu przez hitlerowców i dziadek przepowiadający klęskę zachłannej polityce niemieckiej.

Wrzeszczeli do siebie w gwarze śląskiej przeplatanej przez dziadka spolszczonymi germanizmami i wymawianymi przez bratanka z twardym niemieckim akcentem naleciałościami fon Breslau.

Tak wrzeszczeli, że zapominali na chwilę o zagrożeniach podsłuchem. Uspokajała ich dopiero babcia razem z ciocią Fani.

Emocje mijały i przy następnej okazji spotykali się znowu usposobieni przyjacielsko lecz gotowi do boju.

Wyglądało to tak mało wiarygodnie, że z dzisiejszej perspektywy gotów jestem sądzić, iż pochwały Hitlera wygłaszane przez bratanka dziadka były bardziej wynikiem kompleksów fałszywego wyboru niż emanacją jego poglądów.

Dziecinne wyobrażenie o nadchodzącym kształtowały nie tylko ściszone rozmowy dorosłych za zaciemnionymi szybami okien lub głośne kłótnie po sprawdzeniu ewentualnych podsłuchów, ale również nasze sztubackie doświadczenia.

Od kilku miesięcy raz po raz, coraz częściej, zdarzało się, że nauczyciele gonili nas do domów przed zakończeniem lekcji, nakazując powrót wzdłuż zakrzaczonego brzegu strumyka, po alarmach zwiastujących naloty aliantów na niedaleki Kędzierzyn, wtedy znany jako Heydebreck — niemieckie eldorado produkcji syntetycznej benzyny.

Zrazu przestraszeni biegliśmy nie zatrzymując się, do domów. Ponieważ jednak poza wyciem syren i bzyczeniem srebrzystych punkcików na bezchmurnym niebie nic się złego nie działo, zwietrzyliśmy okazję do pysznej zabawy w chowanego lub zgoła gry wojenne. Pomruki silników samolotów wielkości gołębi, ciągnących za sobą białawe smugi, przypominające brzęczenie trzmieli na kwiecistej łące podniecały dziecięcą wyobraźnię. Do tego dochodziły zdobycze wojenne w postaci wiązanek folii aluminiowej zrzucanej przez lotników alianckich dla zmylenia niemieckich radarów, kolorowych ulotek w języku niemieckim i polskim oraz gadżetów w postaci ołówków automatycznych, wiecznych piór i innych świecidełek. Obowiązywał nas surowy zakaz podnoszenia czegokolwiek co spadło z nieba. Co jednak mogło uśpić ciekawość sześcio, siedmiolatków? Biegaliśmy za każdym zauważonym skarbem z nieba, zbierali folię i wszystko co do niej było przytroczone i chowali te skarby przed dorosłymi.

Znaleziska nie były zbyt częste. Nikt z nas nie odniósł żadnego szwanku. Do tej pory nie wiem, czy zakaz zbierania tych gadżetów wynikał z pobudek propagandowych czy też zagrożenie było realne a nasze skarby mogły stanowić groźne pułapki stosowane do siania niepokoju wśród ludności atakowanego wroga.

Realność niebezpieczeństwa z nieba stawała się bliższa gdy zdarzać się zaczęło, że te brzęczące srebrzyste punkciki w czasie nasilających się nalotów alianckich stawały nagle w ogniu i po wielkim bum spadały w okoliczne lasy w girlandach kolorowych rozbłysków pozostawiając na niebie białe parasole.

Najczęściej zdarzało się to po zmierzchu i wtedy był to szczególny, tragiczny przy tym zwykle, pokaz fajerwerków.

Czasami uwalniali się z tych parasoli alianccy piloci, by wpaść w ręce Niemców i odnaleźć się w pobliskim obozie jenieckim.

Częściej ciała pilotów w zbrataniu ze szczątkami samolotów znajdowano w lejach po wybuchu niesionych przez nie bomb.

Ostatniego lata zmieniło się też coś w szkole.

Obowiązywał tu język niemiecki a złamanie zakazu rozmów w języku polskim było karane. Do tej pory jednak nie zdarzyło się, by ktoś donosił. Wszyscy byliśmy mieszkańcami wioski od urodzenia. Większość z nas znała język niemiecki tylko ze szkoły, w domu prowadząc rozmowy wyłącznie po polsku w gwarze śląskiej.

Po wakacjach w naszej, drugiej klasie doszedł nowy uczeń. Był o kilka lat od nas starszy, nie znał gwary śląskiej i ani słowa w języku niemieckim. W domach szeptano różne domysły na temat jego rodziny, która zamieszkała w zabudowaniach dworskich właściciela ziemskiego, Niemca Hegenscheidta.

Nazwisko Pollack w zestawieniu z momentem pojawienia się i brakiem znajomości języka niemieckiego stało się dla miejscowych powodem do przypuszczeń o celowym osiedleniu ich przez okupanta. Potwierdzenia podejrzeń rychło się ziściły na terenie szkoły właśnie. Coraz częściej zdarzały się bowiem, szczególnie w odniesieniu do dzieci starszych klas, kary za rozmowy w języku polskim, czego do tej pory prawie w tej szkole nie stosowano. Były to tabliczki z napisem „der polnische schwein” lub innymi epitetami, które niesforni uczniowie musieli nosić na piersiach przez kilka dni. Nauczyciele, czescy Niemcy, do tej pory pewnie przymykali uszy na te występki szkolnej dzieciarni. Od momentu pojawienia się Paula — jak nazywano nowego ucznia — stali się jednak bardzo gorliwi. Widać donosy „nowego” tak ich z jakiegoś powodu zdopingowały. W ten sposób i my dzieci zaznaliśmy przykrości zniewalania, tak jak dorośli Ślązacy a oni, ci nauczyciele, konieczności działania pod przymusem władzy. Przymusem pochodzącym od swoich lecz sprowokowanym przez obcego. Obcego choć działającego z nie wiadomo jakich pobudek, to jednak z tej władzy inspiracji.

Paul Pollack na szczęście jak szybko i tajemniczo się w naszej klasie pojawił, tak niespodziewanie zniknął. Po świętach Bożego Narodzenia już się w szkole nie pojawił.

Nie sprawiło to jednak powrotu do prawie otwartych, podwórkowych, prowadzonych „po śląsku” słownych utarczek uczniowskich.

Jakiś strach pozostał. Stawał się powszechny, tak wśród dorosłych jak i najmłodszej społeczności. Nieuchronność nawały zbliżającego się frontu niezależnie od niemieckiej propagandy wieszczyła najgorsze.

Śląsk był łakomym kąskiem dla obu stron. Nacierającej armii radzieckiej jak i w coraz większym popłochu ustępującej, niemieckiej. Można się więc było spodziewać długich walk i dużych strat.

W początkach stycznia Niemcy przystąpili do zacierania śladów swoich potworności. Jęli likwidować Auschwitz — Birkenau. Pędzili na zachód zgłodniałe i przemarznięte kolumny zdolnych jeszcze do marszu więźniów obozu oświęcimskiego. Również drogi mojej wioski stały się ich golgotą a jej mieszkańcy świadkami tejże.

Równocześnie pociągami transportowano resztki ocalałych więźniów, których kondycja nie gwarantowała sprawnej ewakuacji.

Kilka dni przed wyzwoleniem byłem świadkiem budzącego prawdziwą grozę wydarzenia.

Nasz dom stał około 500 m od torów kolejowych. Od strony północnej dały się słyszeć około południa głuche dźwięki parowozu usiłującego wprowadzić w ruch przeładowany transport wagonów towarowych. Zmienny rytm dźwięków parowozu spowodowany to poślizgiem kół, to krótkimi ruchami do przodu zamarł w końcu w zaspie śnieżnej. Pociąg wydawało się znieruchomiał.

Prychanie parowozu i stukot kół pociągu zagłuszały do tej pory inne odgłosy. Gdy pociąg znieruchomiał powietrzem szarpnął dźwięk inny. To było wzmagające się, falujące wycie, którego charakteru zrazu nie mogliśmy rozpoznać.

Razem z ojcem weszliśmy na dach domu i ukrywając się za kominem przypłaszczeni do jego powierzchni jęliśmy nasłuchiwać. W zaspach śniegu, zasypany do wysokości kół stał pociąg złożony z wagonów towarowych, z których wnętrza wydobywał się skowyt głodnych, marznących, umierających ludzi. Był to jeden z ewakuacyjnych transportów, którym Niemcy przewozili resztki żyjących więźniów Oświęcimia na zachód, byle dalej od frontu.

Dla mnie siedmiolatka było to najgorsze z przeżyć tej wojny. Utkwiło w mojej pamięci jak zadra, jak liszaj świadomości sprowokowany czymś dla dziecka głęboko niezrozumiałym, odbieranym jak absurdalne czynienie zła dla samego zła.

Wracając z dachu tato zatrzymał mnie na poddaszu. Tam w kucającej pozycji, w promieniach przeświecającego przez szpary w klapie dachu słońca pokazał mi skarb skrywany pod glinianą powałą. Były to przechowane przez pięć lat okupacji teksty w języku polskim, książki szkolne, opowiadania i czasopisma dziecięce. Takie jak Historia Polski, „Łysek z pokładu Idy” Morcinka, egzemplarze tygodnika dla dzieci „Kogutek” i inne,,których tytułów nie zapamiętałem, a które służyły nam za pierwsze już w polskiej szkole podręczniki.

Ciekawe było też ich pochodzenie. Okazało się, że mój tato wyciągnął te skarby w 1939 roku ze stosu płonących z rozkazu okupantów, przed budynkiem ówczesnej gminy, książek i schował na poddaszu.

To zdarzenie dowodziło również, że ludzie czuli zbliżającą się zmianę.

Były i inne, bardziej przyziemne działania świadczące o tym, że spodziewano się niełatwych dni. Działanie te miały zabezpieczyć dobytek. Ojciec wymurował w jednym z pomieszczeń piwnicy — pod schodami — dodatkową ścianę, która utworzyła dość obszerną skrytkę. Przez pozostawiony w niej kwadratowy otwór rodzice umieścili tam, prawie w przeddzień frontowych działań, wszystko co było w domu cenniejsze a nie stanowiło przedmiotów niezbędnych do przetrwania w ciągu kilku dni. Po tym tato otwór zamurował i otynkował tak by zatrzeć wszelkie ślady.

Nazajutrz przed południem od strony północnej na ulicę ówcześnie nazywaną Horstwessel Straβe ( od nazistowskiego bohatera ), przy której mieszkaliśmy, wjechała kolumna niemieckich, wojskowych samochodów terenowych typu dżip, pomalowanych na biały, ochrony kolor. Z samochodów wysypali się, ubrani także na biało, żołnierze Wehrmachtu i zaczęli zajmować kwatery w okolicznych domach. Również i w naszym domu stanęło na kwaterze kilku, bodajże czterech, żołnierzy w bojowym rynsztunku. Weszli w hełmach na głowach zapiętych pod szyją, co w zestawieniu z niesioną w rekach bronią stwarzało nastrój grozy. Zdjęli hełmy, karabiny ustawili pod ścianą kuchni i zażądali jedzenia oraz ciepłych napojów. Rozsiedli się jakby zamierzali spędzić w tym miejscu dłuższy czas. Nie byli to jednak ci butni zdobywcy z 1 września 1939 roku. Na twarzach naszych „gości” malował się raczej mało skrywany strach i zdenerwowanie. Z północy dochodziły głośne odgłosy walk. Na widnokręgu było widać łuny pożarów i wybuchające słupy dymu. To Armia Czerwona rozwijała swoje natarcie oskrzydlające Niemców w celu odbicia Śląska z zachowaniem bez strat jego przemysłu. Po zajęciu Gliwic, 24 stycznia wojska radzieckie przesuwały się w kierunku Mikołowa wyzwalając po drodze Knurów, Paniówki, coraz bliżej Ornontowic.

Niezrozumiały dla mnie szwargot niewątpliwie dotyczył tej sytuacji. Po chwili żołnierze rozklejeni ciepłem podanej przez mamę kawy zbożowej, wskazując na mnie i młodszą trzyletnią siostrę jęli opowiadać o pozostawionych w Bawarii rodzinach i prawie z płaczem wyrażać swoje obawy czy uda im się jeszcze kiedykolwiek swych bliskich zobaczyć.

Jak bliskie prawdy były te obawy zobaczyliśmy za dni kilka, po przejściu frontu.

Rodzice byli pełni obaw o nasze losy w przypadku rozwinięcia niemieckiej obrony w pobliżu naszego domu.

Postój Niemców nie trwał jednak zbyt długo. Teatr wojny rozwijał się widać szybciej niż przewidywali Niemcy. Po południu jak błyskawica przebiegła po kwaterach wieść, która poderwała zmęczonych, podsypiających żołnierzy. Po kilkunastu minutach nie było ich już w domach ani ich samochodów na drodze zwanej Horstwessel Straβe. Czy zdążyli uciec przed naporem Rosjan?

Niewiele na to wskazywało.

Jeszcze przed zmierzchem ulicą prostopadłą do naszej, w odległości ok 200 m od naszego domu przejechał nie niepokojony przez uciekające wojska niemieckie czołg radziecki. Dojechał do przejazdu kolejowego, zawrócił, oddał strzał w kierunku zabudowań naszej ulicy, wybił dużą wyrwę w poddaszu sąsiedniego budynku i odjechał w ciemność.

Jak pokazały dni następne oddziały radzieckie pod wieczór zajęły już przyczółki w lasach po zachodniej stronie wsi, a w jednym z domów w sąsiedztwie, w mieszkaniu byłego powstańca śląskiego, znanego przed wojną z sympatii do komunistów zainstalował się wywiadowca z radiostacją. Ruchy Niemców próbujących ucieczki w kierunku południowym były więc Rosjanom doskonale znane. Wręcz należy przypuszczać, iż były wymuszone strategią oddziałów radzieckich, zmierzającą do zajęcia Górnego Śląska przy najmniejszych stratach w jego przemyśle.

To były resztki dnia 25 stycznia 1945 roku, ostatniego dnia okupacji niemieckiej.

Noc zapowiadała się głośno i niebezpiecznie. Z dwóch stron Niemcy, przemieszczający się przez wieś, byli więc otoczeni. Na zachodniej granicy wsi Rosjanie koncentrowali cały wieczór siły na wypadek, gdyby Niemcy zwietrzywszy podstęp, ruszyli w tym kierunku.

Od północy szła szeroką ławą nawała głównych sił radzieckiego frontu.

Żołnierze Wehrmachtu wciśnięci w korytarz między lasem na zachodzie i dość głęboką doliną strumienia od wschodu mieli trudności ze sprawnym wyprowadzeniem wojsk w kierunku planowanej ucieczki. Oś ich manewrów stanowiła szosa z Gliwic w kierunku Orzesza i dalej Żor lub Rybnika, gdzie przygotowywali linię obrony. Tymczasem siły radzieckie, zajmujące przyczółki w lasach położonych równolegle do drogi niemieckiej ucieczki, były doskonale wstrzelane w ich przymusową trasę transportu.

Z nastaniem nocy działania bojowe stawały się coraz intensywniejsze, wybuchy bomb i pocisków, terkot broni ręcznej, wybuchające łuny coraz częstsze i bliższe.

Rodzice w panice przenieśli całe zapasy do przygotowanej wcześniej na tą chwilę piwnicy. Poza zapasami jedzenia była tam pościel, karbidówki — lampy górnicze, w których źródłem światła był płomień palącego się acetylenu powstałego z reakcji wody i karbidu, naczynia z wodą. Było nas drżących ze strachu siedem osób w małym zagraconym pomieszczeniu.

Oprócz rodziców, mojej trzyletnie siostry i mnie była jeszcze lokatorka z pięcioletnią córką i czteroletnim synem.

Troje spanikowanych dorosłych i czworo przerażonych dzieci.

Atmosfera w ciasnym, dusznym, brudnawym pomieszczeniu piwnicznym z zapachem kiszonej kapusty i nieprzyjemnym zapachem starzejącego się zapasu kartofli nie nastrajała optymizmem.

W miarę narastających odgłosów wojny, mimo tłumienia grubymi ścianami piwnicy i workami piasku okrywającymi okienka, rosły nasze obawy.

Zgasło po krótkim migotaniu światło elektryczne.

Zastąpiło go wprawdzie światło karbidówek, posiadanych dzięki pracy ojca w górnictwie, ale jego migotliwe płomyki rzucające długie chybotliwe cienie ludzi i sprzętów na ściany piwnicy, wzmagały nastrój strachu.

Prawdziwy spektakl „światło i dźwięk” w posmaku horroru.

Do tego płacz przestraszonych dzieci i wzrastający pomruk pojazdów wojskowych.

To od północy pasem ziemi, o szerokości ok 500 m, między zabudowaniami Horstwessel Straβe a torami kolejowymi zbliżała się nawała czołgów radzieckich.

Niemcy zamknięci w wąskim kanale utracili łączność z dowództwem i w panice zaczęli uciekać we wszystkie dostępne kierunki. Zaczopowana trasa na południe, zmasowane ataki z zachodu, spowodowały samobójcze ruchy na wschód przez dolinę strumienia przecinającą wieś z południa na północ. Wschodnia skarpa doliny w warunkach panującej zimy uniemożliwiła Niemcom manewr wydostania się z pułapki na wschód przed głównymi siłami wojsk radzieckich nacierających z północy od strony Gliwic niezabudowanymi polami wzdłuż linii kolejowej.

Pojazdy bojowe, sterty amunicji, działa i samochody transportowe pozostały na dnie doliny, gdzie w większości zostały zniszczone.

Żołnierze opuściwszy w panice unieruchomione w dolinie pojazdy, pod osłoną nocy i skarp doliny, pieszo próbowali ucieczki na południe lub ryzykując ostrzał wracali na szosę, by skorzystać z torujących sobie — ze słabymi skutkami — drogę ucieczki resztek ocalałych samochodów. Te przepełnione, jeszcze trudniej radziły sobie z ucieczką.

Tymczasem powoli odgłosy walki cichły. Po wschodniej stronie domu zanikał powoli terkot radzieckich czołgów, których miejsce zajmowały oddziały piechoty. W pojedynczych wybuchach wyróżnił się jeden, którego bliskość i pogłos zrobił wrażenie jakby nastąpił w naszym domu. Najmłodsze dzieci posnęły a ojciec zaniepokojony postanowił sprawdzić, co się dzieje w budynku i popatrzyć przez okna piętra na to, co dzieje się wokół domu. Mimo protestów mamy poczołgał się na czworakach najpierw po schodach piwnicy a potem prowadzących na piętro bardzo ostrożnie, nasłuchując odgłosów z dworu. Ja korzystając z zamieszania mimo strachu poczołgałem się za tatą.

Oględziny piętra nie doszły jednak do skutku. Nagły, szczególnie bliski grzmot spowodował paniczny odwrót taty i mój. Drogę do piwnicy przebyliśmy biegiem, już na wyprostowanych nogach, tratując się niemal nawzajem. Jedno, co zauważyliśmy to to, że na dworze wstawał już dzień. Po ustąpieniu paniki ojciec jeszcze raz zbliżył się do parteru, sprawdził węchem, czy na piętrze nie wybuchł pożar i uspokojony wrócił do piwnicy. Okazało się później, że odgłos wybuchu spowodował duży odłamek pocisku, który wpadłszy przez okno komórki na piętrze utkwił we framudze drzwi.

Budził się dzień 26 stycznia 1945 roku.

Dzieci znużone nocnymi dramatycznymi zdarzeniami, po przeżytym stresie zasnęły kamiennym snem. Dorośli zapadli w drzemkę przerywaną najdrobniejszym hałasem. Zbudził nas łomot do drzwi wejściowych. Przestraszeni jęliśmy nadsłuchiwać. Wtedy dotarło do nas wołanie. Nierozpoznawalne słowa i głosy. Nikt z nas nie miał pewności czy to Niemcy czy Rosjanie. Obawy były niezależne od spodziewanej nacji.

Do drzwi podszedł tato a ja ciekawski siedmiolatek, mimo strachu, tuż za nim. Gdy ojciec otworzył drzwi okazało się, że stoi w nich na chybotliwych nogach nasz sąsiad wujek Paweł. Paweł Grzywok, powstaniec śląski w towarzystwie trzech czerwonoarmistów i uśmiechnięty bełkocze wskazując na stojącą za nim trójkę sołdatów o egzotycznym zmęczonym wyglądzie z pepechami gotowymi do strzału „wy jeszcze w piwnicy siedzicie a tu naszych wyzwolicieli trzeba witać…”. Wyzwoliciele zaś kierując lufy na nas, w stronę otwartych drzwi, nie zważając na bełkot wujka wykrzykiwali pytanie w dość dziwnie znajomym języku. „Wy giermancy?…, giermancow zdjes niet?” Niet! Przerywał wujek. To Polacy!

Niet, niet wtórował zdezorientowany tata. Wujek odciągając ruskich od drzwi jął ciągnąć mojego tatę jedną ręką, sołdatów zagarniając drugą w kierunku swojego domu, gdzie pewnie powitanie z bimbrem skutecznie zostało rozpoczęte. Rosjanie odpuścili, nie weszli do naszej piwnicy i z pepeszami nadal wyciągniętymi przed siebie biegli za wujkiem, za nimi tata a za tatą ja, tworząc pierwszą w Ornontowicach sztafetę przyjaźni — polsko radzieckiej.

Ponieważ strzały w okolicy nie umilkły jeszcze całkowicie, wszyscy biegliśmy chyłkiem bezwiednie skuleni. Kiedy wbiegliśmy na ulicę nagle po płocie zaterkotały pociski karabinu maszynowego wystrzelone z zagubionego samolotu niemieckiego. Nikomu na szczęście nic się nie stało, ale dalszy bieg był jeszcze szybszy a nasze sylwetki jeszcze niżej pochylone do ziemi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 43.01
drukowana A5
Kolorowa
za 67.88