E-book
15.75
drukowana A5
39.89
WSPÓLNOTA — Anatomia odpowiedzialności

Bezpłatny fragment - WSPÓLNOTA — Anatomia odpowiedzialności


Objętość:
110 str.
ISBN:
978-83-8431-967-3
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 39.89

Dedykacja


Książkę dedykuję wszystkim tym,

którzy zainspirowali mnie do jej napisania —

ludziom oraz sytuacjom,

które pokazały, jak cienka potrafi być granica

między odpowiedzialnością a obojętnością.


Dedykuję ją także tym,

którzy są częścią mojego codziennego świata —

mojej najbliższej rodzinie

i tym kilku osobom, które znam na tyle dobrze,

by wiedzieć, że niczego nie muszę przed nimi udawać.

Za ciszę, w której mogę odetchnąć,

za obecność, która nie pyta, a rozumie,

za spokój, do którego mogę wracać,

i za to, że przy Was mogę odłożyć siłę na później.

Brzozówka, 2025 r.


WPROWADZENIE

Wspólnota mieszkaniowa jest konstrukcją prostą w teorii, lecz wyjątkowo złożoną w praktyce. Zgodnie z przepisami prawa stanowi formę współwłasności, w której każdy właściciel ma zarówno prawo głosu, jak i obowiązek współdziałania. W rzeczywistości jednak te założenia często zawodzą. Między literą prawa a codziennym funkcjonowaniem wspólnoty, pojawia się luka, w której gubi się sens odpowiedzialności.


Ta książka powstała z obserwacji tej właśnie luki. Z doświadczenia pracy w zarządzie, z rozmów z mieszkańcami, oraz z sytuacji, w których dobre intencje często zderzały się z brakiem zaangażowania lub wiedzy.

Jej celem nie jest krytyka, lecz próba zrozumienia mechanizmu — co sprawia, że niektóre wspólnoty potrafią działać skutecznie, a inne pogrążają się w chaosie mimo podobnych warunków i przepisów.


Odpowiedzialność w kontekście wspólnoty, nie jest pojęciem abstrakcyjnym. To codzienna praktyka: decyzje podejmowane w ciszy, rozmowy prowadzone w niełatwych okolicznościach, odwaga by nie odkładać spraw na później. To również umiejętność współpracy mimo różnic i emocji.


Książka nie ma charakteru instruktażu. To analiza i refleksja nad systemem, w którym prawo i człowiek muszą nauczyć się współistnieć. Wspólnota działa tylko wtedy, gdy mechanizmy formalne spotykają się z odpowiedzialnością jednostek. Bez tego żaden statut, regulamin ani uchwała nie wystarczą…

ROZDZIAŁ I
SYSTEM, KTÓRY NIE DZIAŁA SAM

Na początku jest entuzjazm. Nowy budynek, nowi ludzie, świeże poczucie wspólnoty. Każdy ma nadzieję, że razem będzie: spokojnie, porządnie, i z kulturą.

Deklaracje padają szybko:

— „wszyscy chcemy tego samego”, „dogadamy się”, „będziemy działać razem”.

Nikt jeszcze nie wie, że to właśnie te zdania staną się w przyszłości najtrudniejsze do udźwignięcia…


Wspólnota mieszkaniowa rodzi się zwykle w momencie, gdy kończy się budowa. Deweloper przekazuje klucze, a z nimi obowiązki, których nikt nie był świadomy.

Ustawa jest krótka, ale jej skutki są długie. W jednej chwili grupa ludzi, którzy wcześniej nie znali się nawet z imienia, staje się odpowiedzialna, za majątek wart dziesiątki tysięcy złotych. Nie łączy ich historia, przyjaźń ani wspólne cele. Łączy ich adres.


Pierwsze zebranie, przypomina premierę nowego spektaklu: liczne uczestnictwo mieszkańców, notatki, emocje, oraz przekonanie że właśnie tworzy się coś ważnego.

W powietrzu czuć entuzjazm, ale i niepewność. Wszyscy patrzą po sobie z lekkim napięciem.

Czy ktoś chciałby kandydować do zarządu? — pyta prowadzący spotkanie.

Zapada cisza. Cisza, którą zna każdy, kto kiedykolwiek uczestniczył w życiu wspólnoty. To moment, w którym entuzjazm spotyka się z realnością.

Zgłosić się, to znaczy wziąć odpowiedzialność — a przecież odpowiedzialność brzmi groźnie.

Po kilku minutach ciszy znajdzie się ktoś, kto powie:

„Dobrze. Mogę pomóc, ale tylko na próbę”.

I od tego zdania zaczyna się historia większości wspólnot w Polsce. Pomoc zamienia się w obowiązek, obowiązek w frustrację, a frustracja w strukturę, która zamiast działać — wegetuje.


Na początku wydaje się, że zarząd to funkcja organizacyjna. Kilka decyzji rocznie, podpisanie umów, pilnowanie terminów, od czasu do czasu zorganizowanie zebrania dla mieszkańców. Dopiero później okazuje się, że to rola, która wymaga wiedzy prawniczej, księgowej, i technicznej jednocześnie. Każdy dokument, każda faktura, każdy przegląd ma swoje konsekwencje. Nie ma miejsca na „nie wiedziałem”. Ustawa nie rozróżnia dobrej i złej woli.


Czasami wydaje się, że wszystko zostało już wymyślone. Systemy, procedury, regulaminy, aplikacje. Każdy obszar życia da się dziś opisać, i ułożyć w tabeli obowiązków. Ale to tylko pozór, bo żaden schemat nie działa sam. Nie działa, dopóki ludzie nie zrozumieją, że nie istnieje struktura, która zastąpi odpowiedzialność.

To widać wszędzie — w biurach, w instytucjach, w spółdzielniach czy we wspólnotach mieszkaniowych.

Każdy system ma swoje granice. Nie chodzi w nim o doskonałość, tylko o równowagę. A równowaga to nic innego, jak ludzie którzy wiedzą, że ich rola ma znaczenie.

Społeczeństwo lubi mówić: „system nie działa”. A przecież to nie system wypełnia deklaracje, odbiera telefony, czy składa podpisy. To nie system podejmuje decyzje.

To zawsze robi ktoś — jakaś konkretna osoba.

Struktura nie zawodzi. Zawodzi człowiek, który przestaje okazywać troskę i uważność. Wspólnota mieszkaniowa to tylko mikroskop. Pod szkłem widać dokładnie to, co dzieje się w całym społeczeństwie. Dominuje brak czasu, brak zaufania, nadmiar wymagań wobec innych, oraz minimalne wymagania wobec siebie.

Kiedyś potrafiliśmy zatrzymać się na rozmowę z sąsiadem, wypić wspólnie kawę. Serdeczność czuło się w powietrzu. Dziś to milczenie na klatce, „suche cześć”, i wiadomości w komunikatorze na które zazwyczaj nie ma odpowiedzi.

Ludzie coraz rzadziej współpracują, a coraz częściej tylko „funkcjonują obok siebie”. Spotykają się w tych samych miejscach, mijają codziennie, ale nie rozmawiają. Wspólne sprawy przestają być naprawdę wspólne, bo każdy skupia się na swoim fragmencie świata.

W większych wspólnotach mieszkaniowych, zdarza się nawet i tak, że ludzie mieszkają ze sobą drzwi w drzwi, wiele lat, nie znając nawet imienia sąsiada. Powszechne stało się również przyzwyczajenie, połączone z wygodą. Ludziom łatwiej funkcjonuje się z myślą, że ktoś inny się tym zajmie, ktoś coś załatwi, albo że ktoś na pewno już to zrobił.

To trzy najczęściej powtarzane zdania w każdej strukturze, tam gdzie główną rolę, powinna odgrywać współpraca. Ale ten mityczny „ktoś” nie istnieje. Zawsze jest to jeden konkretny człowiek, który w końcu nie wytrzymuje i bierze wszystko na siebie.

Brak zaangażowania mieszkańców, to nie tylko problem zarządu — to ryzyko dla całej wspólnoty. Gdy większość obserwuje, a tylko garstka decyduje, odpowiedzialność staje się ciężarem kilku osób.

Tymczasem ustawa o własności lokali mówi o tym, że każdy właściciel odpowiada za życie wspólnoty, nawet jeśli unika decyzji. Bierność nie zwalnia z konsekwencji. Tylko społeczność, której członkowie rzeczywiście się angażują, ma szansę na trwałość i sprawność działania.


Systemy są tak silne, jak silna jest wola ludzi którzy je tworzą. Nie chodzi o wiedzę prawną czy znajomość procedur. Chodzi o uczciwość, komunikację i minimalny wysiłek, który z czasem buduje zaufanie. A zaufanie jest dziś rzadkie, nie dlatego że ludzie są źli czy niedobrzy. To świat przyspieszył tak bardzo, że nie mamy już cierpliwości, i chęci do współpracy.

Każdy zmaga się ze swoimi sprawami: praca, dom, zobowiązania, poczucie ciągłego zmęczenia. Nie ma osoby, która nie uważałaby, że jej czas jest bardziej ograniczony niż czas innych. Ale wspólnota, w każdym znaczeniu tego słowa, to nie matematyka tylko relacja. Bycie razem wymaga czegoś więcej, niż tylko obecności w sprzyjających momentach. Przechodziłam przez to nie raz i nie dwa.

— Zarząd, który próbuje coś uporządkować,

gdy reszta milczy.

— Właściciele, którzy nie czytają uchwał,

ale wiecznie komentują efekty.

— Ludzie, którzy chcą porządku, ale nie chcą uczestnictwa.

Z perspektywy czasu myślę, że to może nie do końca jest zła wola ludzi, tylko brak świadomości. Świadomość odpowiedzialności niestety nie jest dana. Trzeba ją w sobie wypracować. To dlatego wspólnota mieszkaniowa, tak bardzo przypomina całe społeczeństwo:

— Każdy chce bezpieczeństwa, ale nie każdy chce się w nie zaangażować.

— Każdy chce, żeby „działało”, ale najlepiej bez jego udziału.

— Każdy oczekuje, że ktoś inny „weźmie to na siebie”, żeby sam nie musiał za nic odpowiadać.


I tak układ, który miał działać wspólnie, zaczyna się rozchodzić po szwach…


Nie ma nic trudniejszego niż zarządzać grupą ludzi, którzy chcą spokoju, ale nie chcą współpracy. To doświadczenie bardzo uczy pokory. Bo zarząd, administrator, lider, to nie funkcje — to prawdziwy test cierpliwości. Każda decyzja, każde pismo, każda rozmowa to zderzenie z ludzką naturą, oraz z obawą, że jak ktoś się zaangażuje, to potem zostanie sam z odpowiedzialnością.


To samo dzieje się w pracy, w szkołach, czy w organizacjach społecznych. Wszędzie tam, gdzie wymagana jest współpraca, uwidacznia się ten sam schemat: ci, którzy próbują coś zmienić, muszą się mierzyć z obojętnością, i/lub oceną większości.

Krótko mówiąc, panuje podział na: aktywną mniejszość, i bierną większość. Tylko nieliczni rozumieją, że za każdym porządkiem stoi czyjś czas, czyjaś cierpliwość, czyjeś nerwy, oraz czyjeś poczucie obowiązku, już nie tylko za siebie — ale za wszystkich. Mimo wszystko to robią. Bo ktoś musi. Bo wiedzą, że struktura nie utrzyma się sama, jeśli każdy będzie wiecznie na coś czekał.


Technologia dała nam złudzenie, że można działać bez kontaktu. Mail, komunikator, głosowanie online — to miało ułatwić współpracę, a sprawiło, że zaczęliśmy ze sobą mniej rozmawiać. Kiedyś trzeba było spojrzeć człowiekowi w oczy. Dziś wystarczy kliknięcie. Ale kliknięcie nie buduje relacji, nie zastępuje rozmowy, zrozumienia i emocji. Człowiek szuka przynależności, ale jednocześnie obawia się nadmiernego zbliżenia do innych. Bo bliskość oznacza zobowiązanie. A zobowiązanie to ciężar.

Łatwiej więc udawać, że „system” się tym zajmie. Tylko że system to też ludzie — tacy sami jak my, z tym samym brakiem czasu, oraz tymi samymi słabościami.

„System nie zawodzi. Zawodzi człowiek, który przestaje się przejmować.”

W każdej grupie, prędzej czy później pojawia się ten sam moment. Ktoś, kto do tej pory wszystko załatwiał, mówi: „mam dość”. To nie rezygnacja z funkcji. To rezygnacja z iluzji, że można samemu ciągnąć coś, co powinno być wspólne.


Zmęczenie ludzi zaangażowanych, to zjawisko, które trudno dostrzec z zewnątrz — bo wszystko wygląda dobrze. Dokumenty są, decyzje zapadają, sprawy idą naprzód. Wewnątrz jednak, zaczyna się wypalanie. Nie dlatego, że ktoś nie daje rady, ale dlatego, że daje radę zbyt długo — bez wsparcia, bez uznania, bez zwykłego „dziękuję”.

Ktoś, kto bierze na siebie ciężar grupy, z czasem przestaje czuć, że to ma sens. Bo odpowiedzialność bez współpracy, staje się karą. Zadaniem, które zamiast łączyć — izoluje.

Wspólnota wtedy nie działa, tylko trwa. A trwanie bez celu to powolne rozkładanie się struktury od środka.


Współczesny świat stworzył nową formę bierności tzw.

„bierność usprawiedliwioną”. Wszyscy powtarzają te same frazesy, o obowiązkach i braku czasu. W rzeczywistości jednak, chodzi o jedno: ludzie nie chcą się w nic angażować, bo to niewygodne i wymaga wysiłku. A zaangażowanie oznacza, że trzeba będzie się tłumaczyć, reagować, czy odpowiadać. Najprościej zatem pozostać obserwatorem. Nie udzielać się, za to komentować, i oceniać z bezpiecznego dystansu. Być w grupie, ale nie dla grupy.

Mechanizmy są wszędzie te same, tylko scenografia się zmienia. To, co dzieje się tu, powtarza się w każdym środowisku: w pracy, w domu, czy w relacjach.

— W pracy, gdy ktoś widzi błąd ale milczy, bo przecież „to nie jego projekt”.

— W domu, gdy każdy zamyka się w swoim świecie, tłumacząc, że „potrzebuje spokoju”.

— W społeczeństwie, kiedy obojętność staje się formą ochrony, przed rozczarowaniem.

Tak właśnie powstaje kultura pozornego działania: dużo słów, mało czynów.

System przestaje działać, a ludzie udają, że wszystko jest w porządku.

„Wspólnota umiera nie od konfliktów, tylko od obojętności.”

W takiej rzeczywistości łatwo o winnych. Trudniej o tych, którzy mają odwagę powiedzieć: „to także moja sprawa”.

To nie błędy są zabójcze dla wspólnot, lecz brak ludzi, którzy mają odwagę naprawiać to, co zostało zepsute. Każdy jednak myślał, że to jest zadanie, kogoś innego…

Odpowiedzialność nie jest zaszczytem. To świadome wzięcie ciężaru, który inni często omijają. I nawet jeśli formalnie spoczywa na kilku osobach, moralnie dotyczy wszystkich.

Wspólnota, w której tylko garstka ludzi ma poczucie obowiązku, jest jak organizm, w którym działa tylko jedno serce. Może przez chwilę pompować krew, ale w końcu się zmęczy i straci wydolność. Dlatego najzdrowsze wspólnoty, te prawdziwe — nie tylko mieszkaniowe, to te które opierają się na prostych zasadach: na rozmowie, na wzajemnym zaufaniu, chęci zrozumienia drugiego człowieka, oraz wspólnym zaangażowaniu w sprawy dotyczące wszystkich.

Nie ma w nich doskonałości. Jest codzienna uważność. Jest odwaga — by przyznać się, że coś nie działa, ale również gotowość, by wspólnie to naprawić. Niektórym wydaje się, że wspólnota to pojęcie zbyt idealistyczne, bo w dzisiejszym świecie, każdy dba o siebie. To nie do końca jest prawda. Człowiek z natury potrzebuje przynależności. Nawet ci, którzy mówią, że są samowystarczalni, z czasem szukają relacji, w której ktoś ich dostrzega, słucha i liczy się z ich głosem.

Problem jednak polega na tym, że chcemy czuć się częścią wspólnoty, ale bez żadnych zobowiązań. Tylko że to taka fikcja — bo to przecież tak nie działa.

„Nie ma wspólnoty tam, gdzie każdy jest tylko biernym obserwatorem.”


Z czasem przychodzi moment refleksji. Bo nawet jeśli system nie funkcjonuje, to wciąż można go odbudować, o ile ludzie przestaną się chować za wymówkami.

Każdy może zrobić coś, nawet najmniejszego — co zmieni więcej, niż się wydaje. Czasem tylko wystarczy rozmowa, pomoc, a czasem samo zainteresowanie. To detale, które budują mosty tam, gdzie wcześniej były tylko mury.

Zapamiętaj:

— Nie musisz być przewodniczącym zarządu, żeby coś zmienić. Nie musisz również znać wszystkich przepisów, by postępować fair. Nie trzeba także mieć tytułu ani stanowiska, żeby mieć głos, który naprawdę ma znaczenie. Często wystarczy chęć działania, by pchnąć sprawy do przodu.

Społeczeństwo to nie suma przepisów, ale suma postaw. I choć nie da się zmienić wszystkich, można zacząć zmianę od siebie. To banalne zdanie, ale właśnie ono odróżnia wspólnoty, które funkcjonują, od tych które się rozpadają. Bo jeśli choć kilka osób zdecyduje, że chce coś zrobić lepiej — to już zaczyna się zmiana.

„Odpowiedzialność to cichy początek każdego porządku.”

Przepisy same nie stworzą dobrze funkcjonującej struktury. Da się ją zbudować tylko z udziałem ludzi, którzy rozumieją, po co w niej są. To brzmi zwyczajnie, ale każdy kto pracował w grupie wie, jak rzadko spotyka się prawdziwe zrozumienie tego „po co”.

Perfekcja niczego nie zmienia. Intencja — wszystko. Liczy się działanie, nie pusta gadka i wygłaszanie opinii. Chodzi o świadomość, że nikt nie wygra sam w strukturze, która wymaga współpracy.

Wspólnota to nie podział obowiązków, to podział sensu. Każdy dokłada do niej coś, co pozwala innym funkcjonować. Jedni dają czas, inni wiedzę, jeszcze inni spokój i rozsądek, w chwilach napięcia. Dopiero wtedy wszystko zaczyna mieć jakiś swój sens…


Społeczeństwo często myli współpracę z jednością, ale to nie jest to samo. Jedność to iluzja, że wszyscy mają identyczny tok myślenia. Współpraca natomiast, to zdolność działania mimo różnic i odmienności. To sztuka rozmowy bez wrogości, nieustanne uczenie się siebie nawzajem, oraz zrozumienie i wzajemny szacunek. Naprawdę nie trzeba się lubić, żeby umieć ze sobą współpracować. Wystarczy się szanować, i okazywać choć minimum życzliwości.

Znam takie wspólnoty, które nie miały pieniędzy, ale miały relacje — i one działały. Znam też te bardziej majętne, które tonęły w konfliktach, i wzajemnych pretensjach.

Wnioski są zawsze te same.

— To nie budżet decyduje o sukcesie, tylko sposób, w jaki ludzie ze sobą rozmawiają. Zaufanie nie rodzi się z podpisu na umowie, tylko z konsekwencji małych rzeczy: dotrzymanej umowy, oddanego przedmiotu na czas, jasnego rozliczenia, czy udzielenia prostej odpowiedzi wtedy, kiedy jest wymagana. Każda z nich to cegiełka, podtrzymująca cały system. Gdy ich brakuje, wszystko się kruszy, niezależnie od liczby pieczątek i paragrafów.

Najprostsze gesty budują najsolidniejsze struktury.”

Z czasem zrozumiałam też, że brak zaangażowania nie zawsze oznacza brak zainteresowania. Często — choć nie zawsze, to po prostu konsekwencja tego, że nikt nie zachęcił kogoś do wspólnego działania, nie wysłuchał, oraz nie dał poczucia, że głos jednostki się liczy. Prawda jest taka, że każdy człowiek potrzebuje poczucia wpływu, choćby minimalnego. Wspólnota, która tego nie daje, zamienia się w strukturę, w której większość tylko „mieszka”, ale tak naprawdę nikt do niej „nie należy”. W wielu przypadkach, to nie nowy regulamin czy nowy zarząd przynoszą prawdziwą zmianę, lecz zmiana stylu rozmowy.

Zamiast wydawać polecenia — zachęć do udziału.

Zamiast oceniać — zapytaj.

Zamiast narzekać — zaproponuj rozwiązania.

Wbrew pozorom ludzie potrafią się zaangażować, tylko muszą wiedzieć że to ma sens, oraz że ich głos coś znaczy.

„System, który nie działa sam”, to nie metafora. To rzeczywistość każdego dnia. Każdy dokument, decyzja, plan, lub nawet drobne ustalenie — za każdym z nich stoi człowiek, który mógłby się nie przejmować, a jednak to zrobił bo mu zależy. To dzięki takim ludziom cokolwiek jeszcze działa.

„Świat trzymają na barkach ci, którym wciąż się chce.”

Ale nawet oni potrzebują wsparcia. Nikt nie jest niezniszczalny. Każdy lider jakiejś grupy, przewodniczący, koordynator, nauczyciel czy kierownik — każdy. Każdy z nich miał moment, w którym chciałby, żeby ktoś po prostu zapytał: „jak się trzymasz?”, „dajesz radę?”. Nie po to, by tłumaczyć się z wyników, ale by poczuć, że nie jest sam. Taki szczegół, potrafi przywrócić sens większy, niż niejedna uchwała.

Nie ma wspólnoty bez człowieka. I nie ma człowieka w pełni spełnionego bez wspólnoty — obojętnie jakiej, nie tylko mieszkaniowej. To połączenie, które działa tylko wtedy, gdy ludzie przestają liczyć, ile dali, a zaczynają widzieć, ile wspólnie stworzyli.


„Wspólnota to nie suma ludzi. To suma ich wzajemnego wysiłku.”

Dojrzała wspólnota nie jest tą, która unika błędów, lecz taką, która potrafi z nich wyciągać wnioski. W której można się różnić, nie stając się przeciwnikami, oraz w której można się spierać, ale wciąż mieć wspólny cel. Również taką, w której ktoś może się mylić, a mimo to dalej być częścią całości.

Tego powinniśmy uczyć dzieci — nie tylko jak być samodzielnym, ale jak być współodpowiedzialnym. Bo dorosłość zaczyna się tam, gdzie kończy się egoizm.

A dojrzałość społeczeństwa w chwili, gdzie ludzie rozumieją, że „my”, jest silniejsze niż „ja”.

„System nie działa sam. Ale działa, gdy jeszcze komuś zależy.”

ROZDZIAŁ II
DWIE STRONY TEJ SAMEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI

W teorii wszystko działa idealnie. W praktyce? — Ludzie nie czytają teorii, bo ona nie zaczyna się w paragrafie, lecz w człowieku.

Nie piszę tego z dystansu. Byłam częścią tego układu, w którym prawo, dobre intencje i emocje, codziennie się ze sobą zderzają. Dzięki temu wiem, że „system” nie psuje się sam, lecz psuje się wtedy, gdy ludzie przestają czuć, że są jego częścią.

Prawo, regulaminy i procedury mają sens tylko wtedy, gdy ktoś chce, by ten sens naprawdę istniał. Schemat można zapisać, ale odpowiedzialności nie da się narzucić. Każda struktura, w której są ludzie, zbudowana jest z tej samej materii — z ludzkiej natury. A natura ma to do siebie, że bywa zmienna, emocjonalna, czasem nawet nieobliczalna.


Prawo lubi porządek, ludzie lubią własne interpretacje. To tu właśnie zaczyna się przepaść, między systemem a rzeczywistością. Często wystarczy jedno zebranie, żeby zobaczyć, jak teoria zderza się z życiem.

„Na stole leżą dokumenty, sprawozdania, paragrafy”.

— Ktoś mówi: „tak wynika z ustawy”. Z końca gdzieś cicho pada pytanie: a co to właściwie oznacza, „w praktyce?”.

Wtedy zapada cisza. Atmosfera gęstnieje. Nikt nie chce odpowiedzieć pierwszy, bo każdy wie, że od słów może zacząć się spór. Ustawa jest jedna, ale interpretacji tyle, ilu uczestników. I choć wszyscy czytają ten sam przepis, każdy widzi w nim coś innego, i rozumie go inaczej.

Prawo zakłada, że każdy działa z należytą starannością,

— że przeczyta, zrozumie i zastosuje to, co zapisane. Ale staranność, podobnie jak poczucie odpowiedzialności, nie jest cechą wrodzoną. Nie wynika z samego przepisu, lecz z wewnętrznego poczucia obowiązku. Trzeba ją w sobie zbudować, a do tego potrzebna jest cierpliwość, której dzisiaj po prostu mamy coraz mniej.

Żyjemy w czasach pośpiechu, w których szybciej się kliknie niż zrozumie. Dlatego na papierze wszystko ma sens — dopóki ktoś nie spróbuje zrobić tego naprawdę.

„Na papierze wszystko ma sens. Dopóki ktoś nie spróbuje tego zrobić naprawdę.”

Społeczeństwo coraz częściej traktuje prawo jak obcy język. Nie dlatego, że jest zbyt skomplikowane, ale dlatego, że nie czują w nim siebie. Nie widzą w nim własnych decyzji, emocji ani konsekwencji. Dla wielu to coś, co istnieje „gdzieś obok”, jak instrukcja obsługi, którą czyta się dopiero wtedy, gdy coś przestaje działać.

Słowo „odpowiedzialność” brzmi dziś obco. Zbyt formalnie, jakby należało do języka instytucji, nie ludzi. A przecież dotyczy nas wszystkich — codziennie, w najprostszych wyborach.

W swojej istocie nie oznacza obowiązku, lecz świadomość skutków własnych decyzji. To jedna z najbardziej ludzkich umiejętności, i jednocześnie ta, której najłatwiej dziś unikać.


Każdy system opiera się na prostym założeniu — że ludzie potrafią współdziałać. Ale żaden przepis nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego, co dzieje się między ludźmi. Nie uwzględnia emocji, ambicji, lęku ani urażonej dumy. A to właśnie one — nie paragrafy, decydują o tym czy wspólnota działa, czy się rozpada.

Człowiek może znać wszystkie artykuły ustawy o własności lokali, a mimo to nie potrafić porozumieć się z drugim człowiekiem. Prawo reguluje zachowania, ale nie uczy nas empatii. A współpraca bez empatii, jest jak mechanizm pozbawiony dźwięku — działa, ale niczego nie tworzy. Nie buduje relacji, nie rodzi zaufania, nie daje sensu wspólnocie.

„Prawo nie jest po to, żeby działało samo. Jest po to, żeby przypominało ludziom, jak mają działać razem.”

Większość ludzi lubi porządek, dopóki nie wymaga on wysiłku. Wszyscy chcą stabilności, ale niewielu gotowych jest ją współtworzyć.

W każdej społeczności są tacy którzy naprawiają, gdy coś się psuje, oraz ci którzy komentują — z bezpiecznego dystansu. Często z bezradności albo z przekonania, że „to i tak nic nie da.” Tak właśnie wygląda nasza codzienność. Nie z braku dobrej woli, lecz z braku wiary, że wspólne działanie wciąż ma jakikolwiek sens. To również strach przed oceną. Ludzie boją się być oceniani, bo ocena rzadko dziś dotyczy czynu — częściej osoby. W dzisiejszym świecie nie ocenia się decyzji, tylko charakter. Nie mówi się: „to się nie udało”, ale raczej: „on się nie nadaje”. Właśnie dlatego wielu ludzi woli nie podejmować żadnych działań. Uważam, że nie chodzi tu o brak zaangażowania, tylko o to, że nikt nie chce być tematem cudzych rozmów.

W świecie, w którym każdy patrzy i komentuje, najbezpieczniej jest zatem nic nie robić.

Milczenie stało się nową formą ochrony reputacji, a przecież odpowiedzialność zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się strach przed oceną. Nie w pewności, że się nie pomylimy, ale w gotowości, by być widocznym mimo ryzyka.

„Odpowiedzialność zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda.”

Wspólnoty mieszkaniowe są pełne cichych dramatów. Nie tych wielkich, tylko codziennych.

— Ktoś nie zapłacił, czegoś nie przeczytał, ktoś się nie zgłosił, zapomniał, lub ktoś ma totalną olewkę na wszystko…

Każdy taki „drobiazg” tworzy efekt domina. I nagle okazuje się, że wina jednej osoby rozlewa się na wszystkich. Bo w strukturze zależności, nie ma „mojego”, i nie ma „twojego”. Jest — „nasze.”

Tylko niestety, tak się fatalnie składa, że mieszkańcy coraz częściej nie czują „nas”. Czują „ja”. I w tym właśnie leży źródło problemu.

Kiedyś wspólnota oznaczała relację. Dziś coraz częściej oznacza strukturę. Formalną, ale pustą. Struktura bez relacji nie działa.

„Wspólnota to najprostszy test człowieczeństwa.

Widać w niej wszystko, co ukrywamy w życiu publicznym.”

Odpowiedzialność ma dwie strony.

Pierwsza — formalna. Podpis, obowiązek, uchwała.

Druga — ludzka. Zaufanie, konsekwencja, empatia.

Prawo opisuje pierwszą, a życie weryfikuje tę drugą.

Jednak jedna bez drugiej nie istnieje.

Normy prawne nie wystarczą, by stworzyć prawdziwą wspólnotę. Emocje bez zasad również prowadzą donikąd.

Największym wyzwaniem jest połączenie logiki z człowieczeństwem. To sztuka, której niestety coraz mniej w nas.

„Prawo jest jak mapa. Ale to ludzie muszą chcieć z nią iść.”

Człowiek odpowiedzialny nie potrzebuje przepisu, żeby wiedzieć, co jest właściwe. Ale system potrzebuje takich ludzi, żeby przepis ten miał sens. To równowaga, której nie da się zapisać, można ją tylko utrzymać przez wzajemny szacunek. Współczesność, niestety gubi tę równowagę.

Za dużo analizujemy — za mało okazujemy zrozumienia.

Za dużo kontrolujemy — za mało ufamy.

Za dużo mówimy — za mało dajemy od siebie.


Dla niektórych „szacunek” to już w ogóle obce słowo. Każdy chce mieć rację, lecz nikt nie chce wziąć odpowiedzialności. A przecież nie można mieć jednego bez drugiego.

Racja bez odpowiedzialności, to arogancja. Odpowiedzialność bez racji, to udręka. Dopiero ich spotkanie tworzy jakąś spójną logikę i nadaje temu jakiś głębszy sens. Być może właśnie dlatego najtrudniej dziś o proste gesty: o przyznanie się do błędu, o gotowość do pomocy, czy o chęć wysłuchania — zanim się kogoś oceni…

To niepozorne elementy, ale to one podtrzymują każdą wspólnotę przy życiu, nie tylko tą mieszkaniową. Prawo nie nauczy nas empatii. Ale empatia może nauczyć nas sprawiedliwości. Bo kiedy naprawdę zrozumiesz drugiego człowieka, wiesz co jest słuszne — i nie potrzebujesz do tego kodeksu.

„Prawo może coś nakazać. Ale tylko ludzie mogą to urzeczywistnić.”

Społeczność, która to rozumie, potrzebuje świadomych ludzi — nie silnego zarządu. Ludzi takich, którzy nie szukają winnych, lecz rozwiązań. Osób, które nie tłumaczą, dlaczego się nie da, tylko pytają, jak zrobić to lepiej.

System to konstrukcja. Odpowiedzialność to dusza. Z czasem jedno traci sens bez drugiego.

Zbyt często traktujemy odpowiedzialność jak ciężar, który można zrzucić na zarząd, administratora czy przewodniczącego. A przecież nie dzieli się ona na role, tylko na codzienne wybory, często niedostrzegalne decyzje każdego właściciela.

Zarząd często traktowany jest jak bufor. Oczekuje się, że ma załatwiać, podejmować decyzje, zbierać pretensje i gasić konflikty. Z pozoru to wygodne, bo można komentować, narzekać, unikać głosowania oraz odpowiedzialności. Ale to tylko pozorna ulga. Bo każda decyzja, której nie podejmiesz jako właściciel, wróci do Ciebie — w postaci problemu, który trzeba będzie rozwiązać wspólnie.

Kto naprawdę odpowiada za wspólnotę? Jeśli myślisz, że cała odpowiedzialność spoczywa na zarządzie lub firmie administrującej — to wiedz, że to tylko połowa prawdy.

Decyzje, których nie podejmiesz na zebraniu, wrócą po latach — w postaci błędów w gospodarce finansowej, opóźnionych napraw czy rosnących kosztów utrzymania.

Troska „o całość” to suma indywidualnych, małych decyzji każdego właściciela. W praktyce niewielu chce decydować. Zdecydowanie więcej osób woli komentować „po fakcie”, czasem z pozycji „kibica”, a czasem z pozycji „sędziego”. Ale każda społeczność to żywy organizm: — jeśli nie zasilasz jej swoją aktywnością, szybko uschnie.


Paradoksalnie — im mniej ludzi angażuje się w sprawy wspólnoty, tym więcej problemów ląduje na barkach tych, którzy jeszcze chcą, i mają siłę działać.

Odpowiedzialność we wspólnocie nie polega na deklaracjach, lecz na realnej obecności. Nie na podpisach, ale na gotowości bycia częścią decyzji. Nie każdy musi znać przepisy, ale każdy powinien rozumieć, że jego głos ma znaczenie. Bo gdy ludzie przestają uczestniczyć, wspólnota traci puls. Zostaje forma, ale znika treść. Decyzje zapadają przypadkiem, z przyzwyczajenia albo w czyimś imieniu. A to, co miało być przestrzenią współpracy, staje się miejscem obojętności.

Warto pamiętać, że udział w zebraniu czy głosowaniu, to nie tylko prawo, ale także obowiązek. Każda pominięta decyzja zwiększa ryzyko, że później trzeba będzie naprawiać cudze błędy — już bez realnego wpływu na ich kierunek.

Czasem zdarza się, że zarząd działa samodzielnie — z braku aktywności, presji czasu, lub po prostu bierności większości mieszkańców.

To jednak prowadzi do niezdrowej równowagi. Zarząd staje się wtedy „odpowiedzialny za wszystko”, a mieszkańcy tracą poczucie sprawczości. Z czasem pojawia się dystans, pretensje i nieufność.


Mechanizm jest prosty — jeśli nie uczestniczysz w podejmowaniu decyzji, łatwiej potem krytykować ich skutki. Zaangażowanie wspólnoty jest jak równanie, którego wynik zależy od sumy indywidualnych działań. Społeczność jest silna tylko wtedy, gdy większość czuje się współodpowiedzialna — nie formalnie, lecz praktycznie.

Prawda jest taka, że wspólnota, w której tylko zarząd pozostaje aktywny, nigdy nie będzie stabilna. Z czasem przestaje być miejscem do życia, a zaczyna przypominać firmę usługową. Odpowiedzialność nie dzieli się na „moją”, i „zarządu.” To wspólna troska za całość. Bo wspólnota nie tworzy się na papierze. Rodzi się w decyzjach, w gestach, i w codziennej obecności. To, czy działa, zależy nie od przepisów, lecz od ludzi, którzy wciąż wierzą, że „razem” ma sens.

„Odpowiedzialność to nie ciężar. To miara dorosłości w życiu publicznym.”

ROZDZIAŁ III
GRANICE ZAUFANIA. MIĘDZY WSPÓŁPRACĄ A KONTROLĄ

Zaufanie nie robi hałasu. Nie ma pieczątki. Nie wisi na tablicy ogłoszeń. A jednak decyduje o wszystkim.

Gdy jest — praca idzie prosto. Gdy znika — każdy krok kosztuje dwa razy więcej wysiłku.

Zaczyna się od drobiazgów:

— od spojrzeń, których nikt nie komentuje,

— od pytań, których nikt nie zadaje na forum, bo lepiej szeptać po cichu…

Wtedy praca robi się ciężka, jak mokry cement. Niby ten sam materiał, ale nagle niczego nie da się dźwignąć.


Nie trzeba wielkiego skandalu, żeby zaufanie pękło. Wystarczy ciąg drobnych zaniedbań.

— ktoś nie zweryfikował rozliczeń, ktoś zbagatelizował sprawdzenie faktur, ktoś nie przeczytał ważnej korespondencji — bo uznał, że to „na jutro”.

Potem przychodzi nowy zarząd, i wszystkie zaniedbania odkrywają swoje karty: rachunki bez pokrycia, wezwania do zapłaty, puste konto bankowe, połowiczne dokumenty „rozsypane” po mieszkaniach, przeglądy robione „na sztukę”, tylko po to, żeby były, wieloletnie zaległości czynszowe i tak dalej. A na koniec wszystko sprowadza się do jednego: brak jakiegokolwiek nadzoru nawet w najprostszych sprawach.


Wniosek?

Jest tylko jeden. Nikt nie zrobił jednej podstawowej rzeczy.

Tak naprawdę każdy czegoś nie dopilnował. Zabrakło zainteresowania i wsparcia dla osób, które próbowały coś zrobić dobrze — nieodpłatnie i kosztem swojego wolnego czasu. Tylko po to, żeby innym żyło się wygodniej.


Najpierw bierzesz dwa głębokie wdechy, i próbujesz ogarnąć nową, przykrą rzeczywistość. Układasz sobie wszystko w głowie, żeby w ogóle móc zacząć działać. Wydaje ci się, że wystarczy to poukładać: opracować plan naprawczy, zachować konsekwencje oraz komunikację, a reszta załatwi się już sama. I faktycznie, dużo z tego naprawdę działa. Ale nawet najlepsze działania naprawcze, nie cofają utraty zaufania. Ono nie podlega naprawie, tylko odbudowie, a to są dwie różne rzeczy.

Ludzie długo pamiętają, jak coś upadło. Trzeba czasu, zanim zobaczą, że teraz idzie inaczej. Zaufanie jest wolniejsze od faktów. Potrzebuje wielu spokojnych miesięcy, żeby ruszyć z miejsca.


Kiedy została podpisana umowa z zewnętrznym administratorem, a on zawodzi, zaufanie kruszy się szybciej.

Na papierze miało być lżej, prościej a przede wszystkim rzetelnie. W praktyce, to zarząd poprawia cudze błędy, pilnuje terminów, tłumaczy oczywistości. Zamiast partnerstwa pojawia się kontrola, zamiast wsparcia — nadzór.

Dodatkowo dochodzą rozmowy, które bardziej przypominają przepychanki niż współpracę.

Wysyłasz dokładne wytyczne, a wraca coś zrobionego połowicznie, lub niepoprawnie. Zamiast odciążyć, współpraca przeradza się w stały dozór.

To kosztuje najwięcej.

Nie pieniądze, lecz energię.

Prywatny czas który w dzisiejszym świecie jest dobrem deficytowym.


Są sytuacje, które potrafią pokazać wszystko w kilka chwil.

„Na biurku leży umowa, którą trzeba zawrzeć z wykonawcą. Ktoś zapytał spokojnie:

— a kto to sprawdził?

Zarząd. Punkt po punkcie.

— A firma administrująca?

Oni sporządzili. My skorygowaliśmy, bo pierwotna wersja nie zabezpieczała interesów wspólnoty.”

Zapada cisza… W ciszy słychać dobrze znany wszystkim ciężar. Nikt nie powie wprost, że przestaje ufać.

Ludzie nie lubią takich słów.

Zamiast nich wybierają dystans. A dystans to pierwszy znak, że współpraca zamienia się w kontrolę.

Im mniej zaufania — tym więcej papierów.

Im więcej papierów — tym mniej rozmowy.

A im mniej rozmowy — tym trudniej znów zaufać. Takie oto błędne koło.

„Zaufanie nie jest nagrodą. Jest warunkiem, żeby w ogóle było o co się starać.”

Najczęstszy błąd wygląda niewinnie. Ktoś mówi:

— Że nie chce robić problemu.

— Że nie ma czasu na dyskusję.

— Że przecież „ktoś” już to na pewno sprawdził.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 39.89