E-book
24.57
drukowana A5
45.53
Wskrzeszenie

Bezpłatny fragment - Wskrzeszenie


4.6
Objętość:
332 str.
ISBN:
978-83-8245-655-4
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 45.53

Dla mojej Mamy, która była wtedy,

kiedy nie było nikogo

„A gdy serce twe przytłoczy myśl, że żyć nie warto

z łez ocieraj cudze oczy, chociaż twoich nie otarto”.

Maria Konopnicka

Kilka lat wcześniej

— Mamo, co tam piszesz? — zapytał młody chłopak, patrząc z zaciekawieniem na swoją matkę, która z trudem stawała na palcach tuż przy drzwiach i wyciągając rękę, próbowała coś na nich nakreślić.

— Dziś święto, synku. Trzech Króli. Tego dnia idzie się do kościoła, przynosi się stamtąd święconą kredę i pisze na drzwiach C+M+B oraz rok. Ten, który aktualnie mamy. I tak co roku, na nowo — tłumaczyła mu kobieta ze spokojem i troską w głosie.

— A po co tak się pisze?

— Żeby ludzie, którzy wchodzą do tego domu wiedzieli, że tutaj znajdą dla siebie miejsce. Żeby każdy wiedział, że nasz dom jest też domem Boga, w którym każdy jest mile widziany i może znaleźć pomoc.

— Ale kto mógłby szukać u nas pomocy? Przecież nikt nas tutaj i tak nie odwiedza! — chłopiec nie przestawał w dążeniu do zaspokojenia swojej ciekawości i z uporem wymyślał kolejne pytania.

— Każdy, synku. Nigdy nie wiadomo co los przyniesie.

— Aha…

1

Zima w tym roku przyszła wyjątkowo wcześnie. Nikt się nie spodziewał, że już w październiku nad okolicę nadciągnie prawdziwa nawałnica. W mgnieniu oka niebo pokryło się ciężkimi, grubymi chmurami, a zaraz potem pojawił się pierwszy śnieg. Nie przyszedł jak zazwyczaj. Nie był jak delikatny puszek, spokojnie opadający na jeszcze nie obumarłą do końca ziemię. A przecież właśnie tak powinna zaczynać się zima. To tego wszyscy się spodziewali i do tego byli od lat przyzwyczajeni. Tym razem jednak postanowiła twardo pokazać swoje wrogie oblicze i zacząć się bardziej intensywnie, niż to miało miejsce zazwyczaj. Rozszalała śnieżyca, mocny wiatr i gęste chmury wyraźnie zaznaczyły swoją obecność już od samego początku.

Młody chłopak spoglądał więc bezpiecznie, zza firanki i przez zamknięte okno obserwował grube płatki pomieszanego z deszczem śniegu, dokładnie pokrywające całą okolicę. W kilkanaście minut cały ogród, jak również drewniany płot i okoliczny las zmieniły się nie do poznania. W oddali dało się słyszeć nawet silne grzmoty oraz towarzyszące im, wyczuwalne w ziemi i powietrzu wibracje, których w zimie nikt by się nawet nie spodziewał, a szalejący wiatr targał drzewami we wszystkie strony niczym szmacianymi lalkami. Widok był ponury, a nawet złowieszczy. Potęga natury dawała o sobie znać z siłą niezwykłą żadnej żywej istocie. Wszystko musiało się jej podporządkować, nie dawała miejsca na żaden kompromis i nie brała jeńców.

Niewielki domek przy lesie, do którego przeprowadzili się tego lata miał być gwarancją szczęścia, spokoju i totalnej izolacji. Gdy przyjechali tutaj pierwszy raz, wszyscy byli zachwyceni. Nie mogli oprzeć się widokowi pól rzepaku rozciągających się aż po horyzont oraz charakterystycznemu, miodowemu zapachowi, który unosił się po okolicy letnią porą. Sam dom też zrobił na nich niebywałe wrażenie. Był niewielki, drewniany, ale porządnie ocieplony tak, że można było w nim mieszkać cały rok i wcale nie było czuć chłodu wdzierającego się do wnętrza. Działka dość duża, ale nie wymagała poświęcenia jej całego wolnego czasu. W sam raz dla trzyosobowej rodziny, którą jeszcze niedawno byli. Umowa była jasna — każdy miał znaleźć coś, za co będzie odpowiedzialny, dzięki czemu uda się im zapanować nad nowym życiem. W następstwie swoich zachwytów zdecydowali się sprzedać dotychczasowe mieszkanie w mieście i przenieść się na odludzie, którym niewątpliwie było to miejsce. Spodziewali się, że cała ta operacja potrwa dłuższy czas, ale nieoczekiwanie uwinęli się z tym bardzo szybko. Okazało się, że każde wolne mieszkanie w mieście było towarem na tyle pożądanym, że nie było żadnego problemu z jego sprzedażą. Mogli nawet pozwolić sobie na zawyżenie ceny, a i tak kupiec znalazł się w niecały miesiąc. Uznali wtedy, że to niebywałe szczęście i dodatkowy znak potwierdzający, że są na dobrej drodze do szczęścia. I tak też było. Do czasu.

— Przemek! — usłyszał głos matki dobiegający z kuchni, umiejscowionej w dolnej kondygnacji. W całym domu tylko jego pokój oraz niewielka toaleta znajdowały się na piętrze.

Z początku nie zareagował. Jak zwykle. Wpatrzony w to, co dzieje się za oknem, zupełnie odciął się od świata zewnętrznego. Już wcześniej zauważył prawidłowość, że gdy matka rzeczywiście czegoś chce, to i tak zawoła ponownie, więc często z tej wiedzy sprytnie korzystał. Ta metoda zawsze się sprawdzała i nierzadko oszczędzała mu niepotrzebnego biegania. Gdy coś okazywało się niezbyt istotne, matka zazwyczaj odpuszczała radząc sobie sama, a on mógł dalej robić swoje rzeczy, zamykając się we własnych myślach.

— Przemek! — usłyszał ponownie, a w myśl zasady znaczyło to, że czas było odpowiedzieć.

— Idę! — krzyknął, niechętnie odrywając twarz od szyby.

Nie doczekał się już żadnej odpowiedzi. Wyszedł z pokoju i udał się szybkim krokiem na schody, które delikatnie zaskrzypiały pod ciężarem jego stóp. Przystanął na chwilę, gdy w tym samym momencie do jego nosa dotarł intensywny zapach smażonego mięsa. Matka z pewnością przygotowywała coś specjalnego.

— Co się stało? — zapytał wchodząc do kuchni. Jego oczom ukazał się widok drobnej kobiety ubranej w zbyt luźny, niebieskobiały, kuchenny fartuch.

Wyglądała w nim niezwykle zabawnie, gdyż generalnie cała jej postura była raczej niewielka, a dodatek w postaci dużych, okrągłych okularów dodawał jej uroku, ale jednocześnie lekko komicznego wyglądu.

— Zanieś proszę talerze na stół i przypilnuj, żeby mi się tutaj nic nie przypaliło. Ja muszę iść na górę, przebrać się — odpowiedziała, nawet na niego nie spoglądając. Już wtedy wiedział, że coś jest nie tak.

— A nie zjemy, jak zawsze, tutaj? — zapytał udając, że nie zauważył różnicy w jej zachowaniu.

— Nie tym razem, synku. Dziś jest wyjątkowy dzień.

W tym momencie spojrzał na blat. Wzrok skierował na talerze uszykowane do zaniesienia na stół. Dopiero gdy się uważniej przyjrzał, dostrzegł ich trzy sztuki.

— O nie! –jęknął od razu jakby chcąc odrzucić ciążącą mu myśl.

— Proszę, zanieś to wszystko na stół — powtórzyła stanowczo, nie chcąc pozwolić mu na podnoszenie na nią głosu.

— Czyli wraca?

— Tak, twój ojciec wraca. Mają przerwę w pracy. Coś się stało na budowie i nie mogą kontynuować, więc wysłali wszystkich do domu. Powinien niedługo być, więc…

— Ale po co? — przerwał jej w pół zdania. — Przecież nam jest dobrze we dwójkę! Nie potrzebujemy go tutaj!

— Co ty mówisz?! — odwróciła się nagle i popatrzyła na niego nie znoszącym sprzeciwu, surowym wzrokiem. Wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie zamierza kontynuować tej rozmowy na warunkach przez niego postawionych.

— Nie, nic — odparł i posłusznie wziął talerze, które następnie zaniósł do jadalni.

To pomieszczenie było duchem tego domu. Oddzielone od kuchni wielkim łukiem w ścianie tak, że powstała ogromna, otwarta przestrzeń, która dawała możliwość spoglądania na każdy zakątek domu, niezależnie od tego czy spożywało się posiłek czy przygotowywało go. Na środku stał duży, dębowy stół o ciężkim, wielkim blacie, na masywnych, prostokątnych nogach, przy którym ustawionych było osiem krzeseł. Oczywiście nie potrzebowali ich aż tyle, ale całość była w komplecie, gdy kupowali ten dom, więc postanowili, że tak po prostu zostanie. Na wypadek gości było to dobre rozwiązanie.

We wnętrzu wszystko miało do siebie pasować, więc przy ścianie stał stary, drewniany regał, za którego przeszkloną witryną ustawione były liczne alkohole oraz zastawa stołowa i szklanki. W domu nigdy nie było zwyczaju picia, więc każda butelka trafiała po prostu na swoje miejsce w barku i czekała na czas, kiedy będzie mogła zostać otwarta. Zazwyczaj zdarzało się to na święta albo podczas innych uroczystości rodzinnych, gdy zjeżdżała się dalsza rodzina i znajomi. Wtedy zwykli byli kosztować coś specjalnego, ale na co dzień nikt nie myślał tutaj o alkoholu.

Specjalnego charakteru temu pomieszczeniu dodawał sporych rozmiarów kominek, obłożony dookoła czerwoną cegłą. Rzadko z niego korzystali, choć początkowo mieli takie plany. Dopiero z czasem okazało się, że nie było ku temu odpowiednich okazji. Rozpieszczająca, letnia pogoda zachęcała raczej do spędzania życia na zewnątrz, tak że wspólne, rodzinne wieczory przy rozpalonym ogniu okazały się nie być ich mocną stroną.

Pamiętał jednak, że to tutaj wszystko się zaczęło.

— Przemek, co tam robisz?! — matka znów postanowiła wyrwać go z zadumy, gdy zauważyła jak stoi bez ruchu, wpatrzony w jakiś punkt.

— Już idę.

— Masz, przypilnuj tutaj, a ja idę się przebrać — powiedziała podając mu w dłoń łyżkę do mieszania zupy. — Kotlety są usmażone, ziemniaki dochodzą, a zupa się podgrzewa. Pilnuj, żeby się nie zagotowała.

— On na to nie zasługuje — odparł zupełnie nie zważając na słowa matki.

— Milcz! Nie ty będziesz o tym decydował! — powiedziała ostrym tonem, patrząc mu prosto w oczy, a następnie odwróciła się na pięcie i poszła szybkim krokiem do swojej sypialni.

Trzymając nerwy na wodzy, patrzył na oddalającą się kobietę i zastanawiał się, jak to jest możliwe, że ta sama osoba w obecności jego ojca jest kimś zupełnie innym, niż wtedy, gdy nie ma go w pobliżu. Tak bardzo poddawała się jego woli. Każda komórka jej ciała pragnęła jego uwagi i docenienia tak, że była w stanie zrobić dla niego wszystko. Nawet to, czego on tak naprawdę od niej nie chciał i nie oczekiwał. Upadlała się i zniżała do poziomu żebraka, żeby tylko wyłudzić choć odrobinę uwagi i złudnego poczucia bycia kochaną. Zupełnie jednak nie widziała tego, kim ten człowiek jest naprawdę. Idealizowała go, kochała marzenia, które o nim snuła.

— Przepraszam, synu… — powiedziała cichym głosem, wracając po chwili i wynurzając się zza ściany.

— Nie przejmuj się mną — odparł odważnie, choć tak naprawdę łzy cisnęły mu się do oczu.

— Chcę, żebyś był szczęśliwy.

— Ja też chcę twojego szczęścia, mamo.

Nie mówiąc nic więcej padli sobie w ramiona. Był od swojej matki sporo wyższy i znacznie lepiej zbudowany. Ona za to drobna kobieta, dobiegająca pięćdziesiątki, ale wciąż pozostająca przy dobrej figurze. Zawsze była raczej szczupła i ta tendencja wciąż się u niej utrzymywała. On natomiast dużo ćwiczył. Lubił przerzucać ciężary i w zaciszu swojego pokoju uczyć się różnych sztuk walki. Było to oderwanie się od rzeczywistości i sposób na siebie, a od niedawna, też na obronę. Choć raczej na tę przed samym sobą, bo gdy to się stało, nie mógł przecież nic zrobić i żadna wyuczona, dodatkowa sprawność by mu i tak wtedy nie pomogła. Od tamtego czasu postanowił jednak być silniejszy, a zdrowsze ciało to aktywny umysł, którego potrzebował.

— Ładnie wyglądasz — odparł, gdy się od siebie odsunęli i dopiero wtedy ujrzał swoją matkę w całej okazałości, ubraną w czarną, przylegającą do ciała sukienkę do kolan. Włosy zaczesała w kucyk sięgający do ramion, a jej twarz podkreślił delikatny makijaż.

— Dziękuję. Może ty też założysz coś wyjątkowego?

— Wybacz, ale nie dla niego.

— To może chociaż dla mnie?

— Nie mam nastroju, mamo. Przepraszam.

Zupełnie nie rozumiała swojego syna. Nie wiedziała dlaczego tak reaguje na swojego ojca. Nigdy o tym szczerze nie porozmawiali, a problem pojawił się dopiero w momencie, gdy przeprowadzili się do tego domu. Wcześniej byli oni wzorowym duetem, wręcz idealna relacja ojca z synem, a świadomość tego tylko utwierdziła ją w postanowieniu, że trzeba dać im trochę więcej czasu wierząc, że w końcu się dogadają.

— Dobrze, jak chcesz — odparła w końcu dając za wygraną. W środku jednak poczuła się mocno zniesmaczona i rozczarowana.

— Chyba przyjechał — powiedział, słysząc zza okna głośno warczący silnik samochodu.

Matka od razu się od niego odsunęła i pobiegła czym prędzej w kierunku drzwi wejściowych, żeby zdjąć niewielki łańcuch i umożliwić ich otwarcie. Zawsze dbała o bezpieczeństwo i trzymała się kurczowo każdego możliwego zabezpieczenia. Nikt tego za bardzo nie rozumiał, ale też nikomu to nie przeszkadzało.

Już po chwili rzuciła się w ramiona męża, witając go w progu. On natomiast niechętnie ją od siebie odsunął i zaczął otrzepywać płaszcz ze śniegu, a następnie zdjął kapelusz odsłaniając mocno przerzedzone włosy.

— Cześć, synu — powiedział spuszczając wzrok pod nogi, jakby szukając nieistniejącej przeszkody.

— Cześć — odpowiedział Przemek, choć jego ton był pozbawiony nawet udawanego entuzjazmu.

Bardzo dobrze widział, że ojciec unika jego wzroku, co było wygodne dla ich obu. Jedyne czego naprawdę chciał, to szybko pójść na górę i nie musieć spędzać z nim czasu.

— Ładnie pachnie — powiedział, stawiając dużą walizkę pod lustrem w przedpokoju, a następnie wszedł do jadalni. — Jestem bardzo głodny — dodał głaszcząc się po wystającym brzuchu.

— Usiądźcie do stołu, a ja przyniosę zupę — zarządziła mama.

Ojciec, jak zwykle, usiadł z frontu, by móc z każdej strony obserwować, co się dzieje w domu. To taki nawyk, który pozostał mu jeszcze z czasów, gdy często przyjmowali gości.

Przemek natomiast niechętnie zajął miejsce dwa krzesła dalej. Nie chciał mieć bezpośredniego kontaktu z ojcem, ale też nie wypadało usiąść gdzieś zupełnie po drugiej stronie.

— Co u ciebie, synu?

— Wszystko dobrze.

— Tylko tyle? Nie widzieliśmy się trzy miesiące. Nie uważasz, że to trochę mało jak na taki czas?

— Nie wiem, może.

— Jak w szkole?

— Dobrze, niedługo matura.

— Wiem, wiem, a potem co?

— Nie wiem! — nagle wstał wyraźnie rozzłoszczony dociekliwością ojca i jego marną próbą podtrzymywania rozmowy. — Nieważne co, oby jak najdalej stąd! — wykrzyknął i cały w nerwach pobiegł do swojego pokoju. Po chwili dało się słyszeć już tylko głośne trzaśnięcie drzwi i zapadła głucha cisza.

Usiadł na łóżku obejmując nogi rękami i bujał się w przód i w tył patrząc na to, co dzieje się za oknem. Pogoda była dobrym odzwierciedleniem jego uczuć. Miał w sobie rozpacz, bezsilność i paraliżujący strach, a wszędzie dookoła czaił się narastający niepokój. Nie potrafił sobie z tym poradzić już od dawna. Cały czas starał się uporać z poczuciem, że musiał poddać się potędze silniejszego, a świadomość tego bardzo go dobijała. Łzy cisnęły mu się do oczu, ale nie potrafił ich z siebie wydobyć. Wielka gula rosła mu w gardle, uniemożliwiając złapanie tchu. Miał ochotę wyjść i nigdy nie wrócić. Tylko dokąd?

— Otwórz, porozmawiajmy — usłyszał nagle głos ojca dochodzący zza drzwi, ale postanowił nie reagować. Chciał być sam i liczył w końcu na zrozumienie.

Wieczór zapadł bardzo szybko, ale szalejąca nawałnica nie chciała odpuścić. Warstwa przybrudzonego, teraz już szarobiałego puchu sięgała z pewnością kilkunastu centymetrów, a wiatr miotał wszystkim w tylko sobie znanych kierunkach. Co jakiś czas, głośny podmuch uderzał o szybę z taką siłą, że nawet zawieszona w oknie firanka się poruszała. Po chwili ciemność rozświetlała już tylko przydrożna latarnia, stojąca za płotem oddzielającym ich dom od drogi. Patrząc w słabe i niewyraźne światła, widział skrzące się igiełki śniegu i lodu, które migały do niego, a następnie opadały i znikały gdzieś w wielkim oceanie. Na zawsze.

Ogarnęła go zaduma. Myślał o tym, co się wydarzyło, lecz wcale nie chodziło o sytuację przy stole. To już go nie dotykało. Nie czuł się niczemu winny. Czuł się za to bezbronny, niezrozumiany i zastraszony. Nikt przecież nie wiedział o tym, co wydarzyło się trzy miesiące temu w jadalni. Tylko on nosił w sobie tę tajemnicę. Najgorsza jednak była świadomość, że musi ją zachować dla siebie, bo i tak nikt by mu nie uwierzył. Na tę myśl znów zrobiło mu się niedobrze. Był niemal pewien, że już udało mu się zapomnieć, ale wszystko wróciło wraz z ponownym pojawieniem się ojca. W jednym momencie poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Instynktownie zasłonił dłonią usta, a następnie wypadł z pokoju zgięty w pół, biegnąc do toalety. Zdążył. Na szczęście było blisko. Wyrzucił z siebie wszystko, co udało mu się tego dnia przełknąć, lecz konwulsje nie ustępowały. W końcu żółta flegma wypłynęła z jego wnętrza i wpadła głośno do muszli, a on poczuł się odrobinę lepiej. Podniósł głowę i ujrzał swoje odbicie w lustrze nad umywalką.

— Ohyda… — powiedział sam do siebie.

Obmył twarz zimną wodą, a następnie wrócił chwiejnym krokiem do pokoju. Jednak to, co ujrzał, sprawiło, że miał ochotę zawrócić.

— Usiądź, musimy porozmawiać — jego ojciec już czekał na niego. Siedział na łóżku, dodatkowo wskazując mu ręką dokładne miejsce, które ma zająć.

— Nie usiądę obok ciebie.

— Synu, nie możesz się tak zachowywać. Jestem twoim ojcem. Musisz okazać mi choć odrobinę szacunku! — mężczyzna wyraźnie zaczynał tracić cierpliwość, a jego krzaczaste brwi wymownie się uniosły. Kiedy brakowało mu argumentów, zawsze zasłaniał się swoim wiekiem i należnym mu szacunkiem, podczas gdy tak naprawdę, w oczach syna nie zasługiwał nawet na najmniejszą uwagę.

— Szacunku?! Tobie?! Ja nic nie muszę! Po tym, co zrobiłeś, nie masz prawa nawet nazywać się moim ojcem! Nie wiem jak możesz mieć tupet wracać tutaj i udawać, że nic się nie stało!

— Pracuję na ciebie, gówniarzu! Wyjeżdżam za granicę i robię przy betonie po kilkanaście godzin na dobę, żebyś miał co włożyć do garnka, a ty tak się do mnie odzywasz?!

— Pracujesz nie na mnie, ale dlatego, że uciekłeś! Jak tchórz, po tym co zrobiłeś! Nie potrafisz spojrzeć mi w oczy! Nie potrafisz przyznać się do tego, że jesteś obleśnym zboczeńcem! Tylko matka wierzy w te bajki, że wyjechałeś po to, żeby zarabiać pieniądze, a obaj dobrze wiemy, jak było naprawdę! Tylko ty i ja o tym wiemy! Zobacz, co zrobiłeś! Do nikogo nie potrafię się już głośno odezwać. Wciąż czuję się gorszy, inny, brudny! Mam tego dość!

— Synu, nie mów tak… — głos ojca zelżał, a następnie próbował wyciągniętą ręką dotknąć chłopaka w ramię.

— Nie dotykaj mnie! Rozumiesz?! Nie masz prawa mnie dotykać! Nie chcę ciebie znać!

— Synu!

— Mam tego dość! — mówiąc te słowa, wybiegł z pokoju i w pośpiechu zszedł na dół. Mając w głowie natłok myśli, chwycił jeszcze kurtkę wiszącą przy drzwiach, a następnie kątem oka spojrzał na matkę sprzątającą po obiedzie.

— Nie rób tego, synku — powiedziała do niego, a jej oczy wyraźnie zabłysły w dobiegającym zza okna świetle latarni.

— Przepraszam, mamo — i wyszedł szybko wkładając niezawiązane buty.

2

Lubiłam leżeć w łanach kukurydzy. Odkąd przyszły wakacje, a upał dawał się we znaki do tego stopnia, że nie można było wytrzymać nawet w domu, często przechadzałam się między wielkimi, ponad dwumetrowymi łodygami. Pola, same w sobie, też były ogromne. Mogłam iść przed siebie nawet kilkanaście minut i wciąż nigdzie nie było widać ich końca. Wreszcie kładłam się po prostu na czarnej ziemi i uważając na jeszcze niedojrzałe, twarde kolby, upajałam się kojącym cieniem, szumem delikatnego wiatru i licznymi odgłosami przyrody. Cykanie świerszczy nigdy nie ustawało, ale to nie tylko to. Dało się słyszeć również śpiew ptaków oraz inne, niezliczone odgłosy przyrody. Szczególnie szpaki upodobały sobie tę okolicę. Latały w wielkich grupach w poszukiwaniu pożywienia, którego dookoła było w bród. Gospodarze przydomowych ogródków z wielkim trudem zabezpieczali swoje uprawy przed sprytnymi ptakami, które i tak, prędzej czy później, znajdywały sposób na dobranie się do świeżych wiśni czy borówek. Ach, ileż wtedy było krzyku i żalu…

Tego lata miałam trochę więcej czasu dla siebie. Odkąd postanowiłam zmienić kolor włosów na platynowy, ojciec się do mnie kompletnie nie odzywał. Kazał mi to jak najszybciej zmyć, ale że tego nie zrobiłam, to w końcu postanowił zamienić się dla mnie w słup soli i po prostu zamilkł. Zresztą nigdy nie był za bardzo uczuciowy i mną zainteresowany. Raczej rozkazujący, często wściekły i rzadko obecny w moim życiu.

Matka natomiast wydawała tylko pojedyncze polecenia, których i tak za bardzo nie słuchałam. Zresztą wiedziała, że nie mam o niej zbyt dobrego zdania. Matka…! To zdecydowanie za dużo powiedziane. Zwykła macocha. Moja prawdziwa mama umarła dawno temu. Nie pamiętam jej za bardzo. W sumie to w ogóle jej nie pamiętam. Widuję ją tylko od czasu do czasu na zdjęciach zachowanych przez ojca w starych albumach, które wciąż trzyma w szafce nocnej, gdzie zaglądam, gdy nikt nie patrzy. Spotykam się z nią czasami też w snach. Wtedy zazwyczaj ma mi coś ważnego do powiedzenia. Niestety, rzadko pamiętam te sny. Zaraz po przebudzeniu coś tam kołacze mi się jeszcze w głowie, ale szybko wszystko zapominam, przechodząc do swoich codziennych spraw. W sumie jestem nastolatką, mam dużo swoich spraw.

Zazwyczaj chodzę do szkoły. W sumie to chyba jedyny obowiązek, jaki ma szesnastolatka. Oczywiście mój ojciec próbuje mi często wmówić, że na mojej głowie powinno być jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale jakoś nie bardzo mu wierzę. Tak samo Marta — moja macocha — też uwagi mojego ojca wpuszcza jednym uchem, żeby zaraz drugim wypuścić. Ojciec po prostu ma manię rozkazywania. Jest policjantem. Cóż mu się dziwić, że lubi mieć wszystko sobie podporządkowane. Od dwudziestu lat zajmuje się ściganiem drobnych przestępców, którzy co rusz grają mu na nosie, ostatecznie i tak wyślizgując się z rąk wymiaru sprawiedliwości. Często bywa tym sfrustrowany i wtedy pije. Nie lubi przegrywać. Nie lubi, gdy ktoś udowadnia mu, że nie ma racji, podczas gdy on dałby sobie rękę uciąć, że jest inaczej. Mój ojciec jest po prostu totalnym perfekcjonistą, który wszystko wie najlepiej, a przynajmniej ja tak go postrzegam. Zdanie innych nie bardzo go obchodzi i nie bardzo się tym przejmuje. Mało tego, uważa właśnie tę cechę za kluczową w drodze do odniesienia przez niego sukcesu zawodowego. Tak! Naprawdę mój ojciec uważa, że ściganie zwykłych złodziejaszków przez dwadzieścia lat jest sukcesem zawodowym. No dobra! Może dzięki temu we wsi jest trochę bardziej poważany i szanowany, ale tak naprawdę nie przekłada się to na nic konkretnego. W praktyce wygląda to tak, że co jakiś czas przychodzą do niego liczni sąsiedzi tylko po to, aby naskarżyć na kogoś innego z nadzieją, że pozbędą się swojego problemu. Oczywiście, ojciec zawsze zapewnia, że zajmie się opisywaną przez nich sprawą, ale w praktyce wygląda to tak, że szybko o wszystkim zapomina. Robi to oczywiście celowo. Prawdą jest, że sprawy we wsi najczęściej rozwiązują się samoistnie i nikt nie musi w nie za bardzo ingerować. Gorzej jak sprawa wyjdzie na zewnątrz. Wtedy już musi zainterweniować policja, ale mój ojciec zawsze najpierw woli poczekać. Doświadczenie pokazało mu, że wiele problemów rozwiązuje sam czas.

Martę znam tak długo, jak tylko mogę sięgnąć pamięcią. Nie polubiłyśmy się jednak odkąd tylko zaczęłam rozumieć coś więcej, niż tylko potrzeby zwykłego niemowlaka. To znaczy może inaczej. To ja jej nie polubiłam. Ona starała się przełamać lody, dawała mi prezenty, opiekowała się mną i próbowała znaleźć wspólny język, ale ja postanowiłam jej nie lubić. Zawsze robiłam jej na złość i miałam wielką satysfakcję z jej gorzkiej miny. Często też dostawałam lanie od taty za głupie żarty, jakie jej robiłam. Z tym, że ja wcale je za takie nie uważałam. Sądziłam, że nie ma dla niej miejsca w naszym domu i bardzo denerwowało mnie, że nikt nie bierze pod uwagę mojego zdania. Czułam się niepotrzebnym dzieciakiem i miałam pewność, że gdyby mama żyła, na pewno byłoby mi lepiej niż z Martą.

Aż w końcu trochę dorosłam.

Marta chyba też wiele zrozumiała i przyszedł czas na prawdziwą, babską rozmowę. Wytłumaczyła mi wtedy, że z jej strony nic mi nie grozi i że wcale nie chce zastępować mi matki. Wyraźnie zaznaczyła, że jest jedynie partnerką życiową mojego ojca i chciałaby, żeby i między nami było jakoś normalnie. Obiecała, że zawsze mogę na nią liczyć i starała się dotrzymać danego słowa. Od tamtego czasu przynajmniej nie darłyśmy kotów. Było względnie spokojnie, ale też bez większych rewelacji. Nie chciałam się przed nią otwierać. Nikt też na mnie za bardzo nie naciskał. Marta przestała być głupio wylewna i na siłę szukać ze mną kontaktu. Po prostu, żyłyśmy obok siebie w zgodzie, nie wchodząc sobie w drogę.

Ojciec, odkąd pamiętam, jest pracoholikiem. Nawet jak nie pracuje to i tak to robi, bo myśli o pracy, ciągle coś analizuje i przewiduje. Można powiedzieć, że jest całodobowym służbistą, a życie rodzinne zupełnie go nie interesuje. Dzięki temu zarabia na tyle dużo pieniędzy, że Marta nie musi trudnić się żadną pracą. No może oprócz zadbania o ogródek, zrobienia obiadu, czy ogarnięcia innych, przydomowych spraw, które ojciec i tak uważa za nieistotne. Poza tym, jest rzeczywiście tylko partnerką ojca. Najczęściej to niestety słychać w sypialni. Nawet nie wiecie, jak się w takich sytuacjach czuję zażenowana. Próbuję tego nie słyszeć, nakrywam głowę poduszką, albo po prostu zakładam słuchawki, ale mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, która czuję się tymi odgłosami w jakiś sposób zawstydzona. Na szczęście, ojciec ma już swoje lata i zazwyczaj nie trwa to długo. Po kilku głośnych jękach słyszę, jak drzwi od ich sypialni otwierają się, a ojciec schodzi na dół zapalić papierosa. Zaraz potem wraca, a po domu roznosi się charakterystyczny zapach spalonego tytoniu. Czy tak właśnie pachnie seks? Potem nie ma już nic. Cisza i wszyscy grzecznie idą spać.

Następnego dnia po prostu idę do szkoły. Jak zawsze odwozi mnie ojciec. Jedzie do miasta, więc wyrzuca mnie po drodze. W samochodzie raczej nie rozmawiamy. Udajemy, że poprzedniego wieczoru nie było, a hałasy z sypialni były tylko wytworem mojej dziecięcej wyobraźni. Przecież z dziećmi się o takich sprawach nie rozmawia. Ja w końcu grzecznie wychodzę z samochodu i idę żyć swoim życiem. Życiem, w które nikt nie zagląda i nikt nie ingeruje. Jest mi w nim nawet dobrze, bo w szkole mam koleżanki. Może nie są to jakieś super przyjaźnie, bo żadna z nich nie mieszka w mojej wiosce, a ciężko jest rozwijać relacje na odległość, ale zazwyczaj dobrze się dogadujemy z dziewczynami i miło spędzamy czas na przerwach. No dobra, z chłopakami też, ale ich akurat trochę się wstydzę. Nie było jeszcze żadnego, który zwróciłby na mnie szczególną uwagę i chyba już tak zostanie. Zawsze, jak tylko któryś mi się podoba, to na sam jego widok robię się czerwona jak burak, nie mówiąc już o złożeniu jakiegokolwiek sensownego zdania. Poza tym, kto by się chciał umawiać z dziewczyną ze wsi? Być może właśnie to moje pochodzenie było powodem, dla którego chłopcy traktowali mnie nie tak, jak się traktuje kogoś atrakcyjnego. Byłam raczej dla nich niewidzialna. Żaden się do mnie nie uśmiechał, żaden nigdy sensownie nie zagadał. Byłam co najwyżej dobrym kumplem. Podczas gdy moje koleżanki powoli zawierały pierwsze związki, ja przyglądałam się im z oddali i starałam się zrozumieć jak to wszystko funkcjonuje. Trochę im nawet tego zazdrościłam, ale nigdy nie powiedziałam o tym głośno. Podpatrywałam tylko ich skrępowane uśmiechy i delikatne pocałunki, skrywane przed srogimi wzrokami nauczycieli. Zdarzały się też pierwsze rozstania. Wstyd się przyznać, ale miałam wtedy nawet trochę dzikiej satysfakcji, że nie tylko mi się nie udaje. Z tą tylko różnicą, że ja po prostu nie zaczynałam. Idealny sposób na brak niepowodzeń!

Chodziłam do szkoły, uczyłam się, odrabiałam lekcje i przykładnie przygotowywałam się do matury. Ot, taki wyznacznik dorosłości, na który ojciec uparł się jak osioł. Nie miałam innych zajęć pozaszkolnych, więc po lekcjach grzecznie wracałam do domu. Czasami podjeżdżałam kilka kilometrów autobusem, a czasami szłam do domu na piechotę. Zajmowało mi to zazwyczaj około godzinę, ale lubiłam te długie spacery. Mogłam wtedy z bliska poobserwować, jak wygląda życie trochę inne, niż to we wsi. Co prawda, miasteczko, w którym była moja szkoła, nie należało do wielkich, ale na pewno jego codzienność bardzo różniła się od tego, do czego przywykłam w swojej okolicy. Tutaj ludzie cały czas gdzieś szli, czegoś szukali i z kimś rozmawiali, podczas gdy u nas nikt bez potrzeby nie wychylał nosa z własnego domu. Lubiłam oddychać tym innym powietrzem, nawet jeśli było ono trochę bardziej śmierdzące od tego wiejskiego.

Po szkole trochę zajmowałam się domem, pomagałam Marcie przy obiedzie lub po prostu snułam się bez celu, szukając jakiegoś ciekawego zajęcia. Najczęściej przechadzałam się polami kukurydzy lub pszenicy, których w okolicy było mnóstwo. Czasami zapędzałam się aż nad jezioro, na dojście do którego trzeba było poświęcić trochę więcej czasu, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Miałam czas. Siadywałam wtedy na drewnianym pomoście i wypatrywałam małych rybek pływających między deskami zanurzonymi w wodzie. Cieszył mnie czas tak spędzany, pomimo, że byłam tam kompletnie sama. No właśnie… a może nie sama? Niejednokrotnie wyczuwałam tam obecność jeszcze innej osoby, ale nigdy jej nie zobaczyłam. Miałam wrażenie, że nie była to zła osoba. Czułam się przy niej bezpiecznie i dobrze. Było to uczucie, jakiego brakowało mi na co dzień. Dlatego też lubiłam przychodzić na ten pomost. Może właśnie ze względu na to niewidzialne towarzystwo, którego obecności byłam tak bardzo świadoma i spragniona. Wracałam po tym naładowana pozytywną energią i z nieznośnym dla ojca zachwytem, walczyłam z przeciwnościami losu, które w moim domu były raczej codziennością.

Jak na nastolatkę, byłam raczej dość spokojna. Może nawet za spokojna. Nie szukałam niepotrzebnych wrażeń, nie wdawałam się w dziwne towarzystwo, nie dawałam się wciągać w niepasujące relacje i unikałam wszystkiego, do czego nie byłam w pełni przekonana. Nie robiłam tego nazbyt świadomie, zupełnie jakbym miała to wrodzone.

Poprzez uświadamianie sobie tych cech, odkrywałam jaka naprawdę była moja mama. To z samej siebie wydobywałam na światło dzienne jej cudowne wnętrze, które wychodziło ze mnie niczym małe, kolorowe motyle, siadające na polnych kwiatach. Byłam zupełnie inna niż ojciec, więc bez trudu mogłam sobie wyobrazić kim była moja mama. Odkrywałam to zawsze z zachwytem. Każdy, mały szczegół. Wyobrażałam sobie ją jako ideał, którego nikt nie doścignie. Miałam pewność, że była bardzo dobrym człowiekiem, bo nikt inny nie wytrzymałby przecież z moim ojcem. No, może Marta, ale ona jest dziwna! Mama miała zapewne w sobie dużo cierpliwości i spokoju, a swoim spojrzeniem potrafiła dać ukojenie wszystkim dookoła. Jej serce było przepełnione ciepłem i troską o dom oraz najbliższych. Nie szukała siebie w codzienności, a każdą chwilę poświęcała na sprawianie przyjemności innym. Na pewno bardzo lubiła, gdy ludzie wokół niej się uśmiechali. Była piękną kobietą i najlepszą mamą. I miała piękne, niebieskie oczy, jak ja. Dużo o niej wiedziałam, chociaż nigdy się nie zobaczyłyśmy i nikt mi o niej nie opowiadał. Zmarła przy moim porodzie.

I tak właśnie, podczas jednego z wakacyjnych dni, leżałam wśród wielkich łodyg kukurydzy i upajałam się powietrzem czystym, pachnącym przyrodą i letnim duchem natury. Zamknęłam oczy i widziałam przed sobą obrazy, w których byłam prawdziwie szczęśliwa. Biegałam po niekończących się polach i tańczyłam w promieniach gorącego słońca, podnosząc ręce wysoko do góry. Boso stąpałam po rozgrzanej ziemi, z każdym krokiem sięgając coraz większego szczęścia. Czułam jak małe kamyki wbijają mi się w stopy, a czarna ziemia brudzi mi nogi, podczas gdy drobne owady siadały mi na nosie, a ja starałam się je odganiać. Czułam prawdziwy powiew radości we włosach.

W tym odczuciu błogiego stanu ogarniającego moje ciało, zaczynałam słyszeć dźwięki inne niż zazwyczaj. Coś z oddali wydawało nieregularne rytmy. W pierwszej chwili ciężko je było przypisać czemuś konkretnemu. Nawet, gdy wstałam i mocno się wyprostowałam, wciąż nie sięgałam wzrokiem powyżej wysokiej kukurydzy. Próbowałam podskakiwać, ale sypka i śliska ziemia nie ułatwiała tego. Po chwili stanęłam w miejscu i postanowiłam wsłuchać się uważniej w biegnące ku mnie dźwięki. Słyszałam coś przypominającego jakby silnik większej maszyny rolniczej, ale może zupełnie to nie było to. Wytężyłam słuch, aż w końcu dotarł do moich uszu czyjś głos, może nawet krzyk, który z odległości wydawał się mocno stłumiony. Czym prędzej postanowiłam udać się w stronę tajemniczego dźwięku i wyjść z pola kukurydzy. Poczułam nawet lekkie zdenerwowanie, gdyż przez chwilę nie mogłam się odnaleźć w ogromnych przestrzeniach, które zazwyczaj nie stanowiły dla mnie problemu. Tym razem jednak się pogubiłam, poszłam nie tak jak zazwyczaj i dopiero po długich minutach ujrzałam światło przedzierające się przez końcówkę pola. Dawno tak bardzo się nie ucieszyłam na widok zwykłego światła. Być może dlatego, że dawno też nie słyszałam tak rozpaczliwego krzyku, na który nikt od dłuższego czasu nie reagował.

— Ej! Ty tam! — usłyszałam czyjś głos, jak tylko wydostałam się z ostatnich szeregów gęstego pola.

Rozejrzałam się dookoła i dopiero po chwili odzyskałam wzrok, który po wyjściu z cienia nie mógł przyzwyczaić się do takiej ilości światła. Po drugiej stronie drogi stał wysoki chłopak uciskający swoją prawą rękę. Podbiegłam do niego czym prędzej, widząc, że trzyma się za ramię.

— Wszystko w porządku? Co ci się stało? — zapytałam niepewnym głosem, lecz byłam raczej przekonana co do odpowiedzi.

— Moja ręka — pokazał dużą, ciętą ranę na przedramieniu, która wciąż mocno krwawiła. — Wycinałem chwasty i potknąłem się. Upadłem prosto na motykę. I tak dobrze się skończyło, że tylko w rękę wycelowałem. Mogłem upaść na głowę i dopiero by było. Nie miałbym nawet czym krzyczeć! — nie wiedziałam jednak, czy powinnam się uśmiechnąć na ten żart i czy to o w ogóle był żart. — Pomożesz mi jakoś?

Zupełnie straciłam pewność siebie i nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Co prawda, na lekcjach regularnie przypominali nam zasady udzielania pierwszej pomocy, ale żaden opisywany wtedy przypadek nie pasował mi do tego, z czym miałam akurat do czynienia.

— Może zdejmij koszulkę? Trzeba zatamować krwawienie — nie wiem, jak na to wpadłam. Może usłyszałam gdzieś w telewizji.

Chłopak z trudem ściągnął przepoconą i wypłowiałą czerwoną koszulkę, a wraz z jego ruchami moim oczom ukazywało się idealnie wyrzeźbione, męskie ciało. Miał perfekcyjnie wyrobione mięśnie brzucha, a jego ramiona były długie, smukłe, z przepięknie podkreślonymi mięśniami. Gdzieniegdzie jego ciało szpeciły małe i większe blizny po zadrapaniach czy innych urazach, ale w moim odczuciu w ogóle nie psuło to całości. Nie wiem co mi się stało, ale przez chwilę stałam jak wryta i po prostu się jemu przyglądałam, podczas gdy on bez słowa wyciągał do mnie rękę ze zdjętą koszulką.

— Pomożesz mi? — wyrwał mnie z zadumy, w której jednak było mi jakoś tak dobrze.

Nie odzywając się chwyciłam czerwoną szmatkę i zawiązałam ją w prowizoryczny zacisk tuż nad raną. Nie za bardzo wiedziałam, jak to się robi, ale nie chciałam brudnej koszulki przykładać bezpośrednio do skaleczenia. Tym sposobem udało się trochę zatamować samo krwawienie, ale wciąż nie wyglądało to zbyt dobrze. Rozcięcie było bardzo szerokie i głębokie, co moim zdaniem wymagało interwencji chirurga albo przynajmniej dobrej pielęgniarki.

— Chyba musisz pojechać do lekarza. To nie wygląda dobrze.

— E tam, przeżyję. Dzięki, że mi pomogłaś — odparł jakby nic się nie stało.

— Raczej nie możemy tego tak zostawić. Może pójdziemy do mnie? Wezmę z apteczki jakiś bandaż i zrobimy opatrunek jak należy. Trzeba to przemyć. Sam widzisz, że jeszcze mocno krwawi.

— Spokojnie, przeżyję. Ale jeśli ma ci to zrobić przyjemność i odetchniesz z ulgą, to spoko. Możemy iść.

Trochę nie zrozumiałam jego słów. Do tej pory wydawało mi się, że to on potrzebuje pomocy i to ja mam mu pomagać, ale chyba czegoś nie zauważyłam i sytuacja się odwróciła. Nie odpowiedziałam. Odeszłam krok do tyłu i popatrzyłam na niego jeszcze raz. Był wysoki, mocno opalony. Miał bardzo krótkie włosy ciemnego koloru oraz jasne, niewielkie oczy. Były one niesamowicie spokojne, zważywszy na sytuację, w której się znalazł. Na jego twarzy pojawił się nawet delikatny uśmiech, który uwydatnił jego pełne wargi.

— Ładna jesteś — wypalił nagle w moim kierunku i od razu poczułam, jak moje policzki robią się całe czerwone. Nigdy od nikogo nie usłyszałam takich słów.

Odwróciłam się i zakryłam oczy rękami. Czekałam aż minie to straszne skrępowanie. Nie wiedziałam jak się zachować i w jednej chwili zupełnie zapomniałam też o jego ranie.

— Fajna jesteś. Lubię, jak dziewczyny się wstydzą. Poza tym jesteś blondynką. Lubię blondynki — on widocznie nie wstydził się niczego.

— Ale… ja jestem ze wsi… — odpowiedziałam niechętnie.

— No i co z tego?

— Raczej nikt nie lubi dziewczyn ze wsi…

— Mi tam to bez różnicy, skąd jesteś. Podobasz mi się i już.

Nie spodziewałam się takich wyznań. Pewnie gdybym na początku wiedziała, jak ta rozmowa się potoczy, nigdy bym do niego nie podeszła i nie inicjowała krępujących zajść. Teraz jednak musiałam sobie jakoś poradzić i wybrnąć z tej niecodziennej pułapki.

— To idziemy zrobić ten opatrunek? — zapytałam zmieniając temat.

Nie doczekałam się odpowiedzi. Przynajmniej nie słownej. Po prostu podszedł do mnie i ruchem ręki zasugerował żebym prowadziła.

— Co tutaj robisz? Nie znam cię.

— Przyjechałem pomagać na polu. Szukałem jakiejś pracy dorywczej i znalazłem tutaj, o! — wskazał ręką na pole należące do Romualda Gorzkiego, na środku którego stał piękny, duży dom. — Ten facet ma sporo hektarów, więc jest co robić, a przy okazji całkiem dobrze płaci biorąc pod uwagę, że daje jeszcze miejsce do spania i jedzenie. Nie wiem, dlaczego jego córeczka mu nie pomaga, ale to dziwna dziewczyna. Cały czas siedzi w swoim pokoju i z niego nie wychodzi. Nie wtrącam się, bo to nie moja sprawa, ale nie jest to chyba normalne, co? A ja? Cóż… siedzę całymi dniami w tym kurzu i wciąż ciągnie mnie nad wodę.

— Ha! To ciekawe. Wiesz, że Gorzki jest tutaj sołtysem? Widzę że lubisz salony. Nawet nie wiedziałam, że on ma córkę! A to nowina! A co do wody, to tutaj niedaleko mamy jezioro. Jak chcesz, to możemy się kiedyś tam przejść — wypaliłam zupełnie nie wiedząc, co robię.

— Chętnie. Lubię pływać, a ty?

— Ja nie umiem. Jedyne co mi wychodzi to pluskanie łapkami. Najchętniej trzymam się blisko brzegu lub pomostu. Wtedy czuję się bezpiecznie.

— Nauczę cię. Zobaczysz, że to wcale nie takie trudne. Ewentualnie zamontujemy wokół ciebie jakiegoś dmuchanego rekina albo żyrafę — powiedział podnosząc brew i jednostronnie się uśmiechając. — Jak masz na imię?

— Jestem Alicja. A ty?

— Przemek. Możesz mi mówić Przemo albo jak tylko chcesz.

— Mi możesz mówić Ala… albo też jak chcesz — oboje się dziwnie uśmiechnęliśmy. — Nigdy tutaj nie przyjeżdżałeś. Nie widziałam cię. Co cię skłoniło żeby akurat w te strony zawitać?

— Wiesz, jak to w życiu. Czasami jest dobrze, a czasami po prostu do dupy. W końcu trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i zadbać o cztery litery.

— A twoi rodzice? Gdzie są?

— Zostali w domu, ale przecież nie będziemy o tym mówić. Powiedz mi coś o sobie.

— A co chcesz wiedzieć?

— No, jak to się stało, że taka fajna dziewczyna siedzi sama w polach kukurydzy? — jego śmiałość bardzo mnie zawstydzała i krępowała moje myśli.

— Wiesz, to chyba wygląda trochę inaczej, niż ci się wydaje. Po prostu lubię być sama, sprawia mi to nawet przyjemność.

— To znaczy, że przeszkadzam?

— E, nie… dobrze czasami z kimś pogadać, ale tutaj za bardzo nie ma z kim. Ludzie w naszym wieku mieszkają w mieście, a na wiosce zostali sami starsi. Ciężko z kimś znaleźć wspólny język. Ile masz lat?

— Ja?! — krzyknął zaskoczony, jakby był wokół nas jeszcze ktoś inny, komu mogłabym zadać takie pytanie. — Dziewiętnaście. W sumie nawet przegapiłem ostatnio swoje urodziny. No masz! Od pewnego czasu cieszę się po prostu długimi wakacjami, łapiąc się różnych zajęć. A ty?

— Ja mam szesnaście. Chodzę jeszcze do szkoły, do liceum. Nie jest jakoś super fajnie, ale da się przeżyć. Trochę ci zazdroszczę, że masz to już za sobą. Co teraz zamierzasz?

— Nie wiem. Nie idę na studia. Chyba zostanę tu przez jakiś czas. Coraz bardziej zaczyna mi się tutaj podobać — widziałam, jak wypowiadając te słowa spogląda zalotnie w moją stronę.

Znów poczułam wypieki na policzkach, które usilnie starałam się ukryć. Nie umiałam zachować się przy boku chłopaka, który bardzo mi się spodobał.

— Poczekasz tutaj? — zapytałam, gdy podeszliśmy pod mój dom. — Nie wiem, kto jest w środku, a nie chciałabym denerwować ojca. Na wszelki wypadek wyniosę tutaj wszystko, co potrzeba.

— No, ok. A to nie możesz przyjmować gości?

— W sumie to nie wiem. Nigdy nie miałam swoich gości. Raczej nikt się nie kumpluje z dziewczyną ze wsi, więc mój ojciec może być zaskoczony twoją obecnością. Wolałabym uniknąć tłumaczenia, a potem zbędnego gadania. Wiesz jak to rodzice, potrafią czasami schrzanić cały dzień.

— A nawet całe życie… — wyszeptał pod nosem, a jego twarz pokazywała, że wiedział coś o tym i miał nawet na ten temat coś więcej do powiedzenia, ale w końcu się powstrzymał.

Bez dalszej zwłoki poszłam do domu po bandaż i wodę utlenioną. Dobrze wiedziałam, gdzie co jest, bo sama ostatnio wszystko dokładnie poukładałam. Taty w domu jednak nie było, co napawało mnie tylko dodatkowym optymizmem. Mimo wszystko, nie chciałam wpuszczać Przemka do środka. W sumie nic o nim nie wiedziałam, oprócz tego, że bardzo mi się podobał.

— Ej, Laska! Idź stąd! — krzyknęłam do kota, który rozłożył się na środku stołu. — Wiesz, że nie możesz wchodzić na stół!

Laska była z nami od trzech lat. Mała, biała kotka, która z jakichś powodów nie urosła do rozmiarów dorosłego kota. Natomiast zawsze z wielką gracją i elegancją poruszała się po domu, dlatego postanowiłam nadać jej takie imię. Laska była znajdą, a może po prostu należy powiedzieć, że sama do nas przyszła. Pewnego dnia znalazłam ją pod drzwiami do piwnicy i tak już została. Nie dało się jej pozbyć. Tata nawet kilka razy próbował wynosić ją z domu, ale zawsze wracała. W końcu się ugiął i pozwolił mi ją zostawić. Bardzo się polubiłyśmy.

— Mam wszystko! Pokaż tę rękę jeszcze raz — poprosiłam, gdy znów stanęłam obok Przemka. — To nie wygląda dobrze. Wciąż uważam, że powinien to zobaczyć lekarz.

— Martwisz się?

— Jakby nie było, też maczam w tym palce, więc wolałabym nie brać odpowiedzialności za to, że coś ci się stanie.

— Spoko, nie podkabluję. Przecież nawet się nie znamy.

Najdelikatniej jak umiałam zabandażowałam Przemkowi ranę na przedramieniu, wcześniej dokładnie przemywając to miejsce wodą utlenioną. Gdy wszystko było gotowe, on subtelnie ujął moją dłoń w swoje masywne palce.

— Dziękuję. Uratowałaś mnie — powiedział lekko ironicznym głosem. — I masz piękne wypieki na twarzy — dodał po chwili.

Uśmiechnęłam się tylko i po raz pierwszy udało mi się opanować skrępowanie. Patrzyłam w jego jasne oczy i widziałam w nich dobrego człowieka. Nie byłam jednak gotowa na rzucenie się w miotające mną emocje, które próbowały znaleźć drogę wyjścia, niczym para w gorącym czajniku.

— O, mój tata wraca — powiedziałam widząc, jak z oddali nadjeżdża stary, zielony mercedes, którym ojciec jeździ od nowości. Podobno ten samochód jest dużo starszy ode mnie. — Chyba musimy kończyć nasze spotkanie.

— Tak, ja chyba już pójdę — powiedział Przemek, również spoglądając na zmierzający w naszym kierunku wóz mojego ojca. — Zobaczymy się jeszcze?

— Skoro będziesz tutaj przez dłuższy czas, to pewnie nie będzie innego wyjścia — odpowiedziałam lekko przekornie.

— Jutro?

— Może jutro, kto wie — odpowiedziałam, podczas gdy on mrugnął do mnie okiem, a następnie szybkim krokiem poszedł w swoją stronę. Ja natomiast po raz pierwszy w życiu poczułam w sobie coś, co można nazwać zauroczeniem, choć jeszcze nie do końca to rozumiałam.

Byłam taka lekka i uśmiechnięta, że nie potrafiłam nad tym zapanować. To było zupełnie inne uczucie niż to, które czułam na polu kukurydzy. Teraz moje serce było wolne.

Gdy wpadłam do domu, zaczęłam nucić byle jaką piosenkę, aby tylko wyrzucić z siebie nadmiar emocji. Usiadłam w kuchni i pijąc mleko z lodówki, czekałam na otwarcie się drzwi, w których za chwilę miał stanąć ojciec. Laska usiadła przy moich nogach i patrzyła na mnie wielkimi, niebieskimi oczami, oczekując, że się z nią podzielę.

— Kto to był?! — zapytał groźnym tonem zaraz po przekroczeniu progu domu.

— Ale kto? — odpowiedziałam zaskoczona jego gniewną reakcją.

— Dobrze wiesz kto! Pytam, kto to był?! — mówiąc to podszedł do mnie i patrząc na mnie z góry, wydawał się nie dawać mi większych szans na nawet najdrobniejsze kłamstwo.

— Nie wiem, nie znam go. Pomogłam mu tylko, bo się skaleczył. Opatrzyłam mu ranę i sobie poszedł — odpowiadałam zgodnie z prawdą, lecz jak zwykle, zamykając przed nim moją sferę emocjonalną, która w przypadku tego chłopaka, była akurat kluczowa.

— Nie wolno ci się z nim więcej spotykać! Rozumiesz?!

— Ale tato…

— Żadne ale! Nie chcę widzieć cię w obecności tego chłopaka! Jesteś za mała na takie zabawy! Poza tym to nie chłopak dla ciebie!

— A jaki chłopak według ciebie jest dla mnie?! Mam już szesnaście lat! — zaczęłam krzyczeć. — Nie możesz wciąż mnie traktować jak dziecko! Chcę mieć swoje życie i mam dość tego ciągłego rozkazywania! Nie da się tak żyć! — a w oczach mimowolnie pojawiły mi się łzy.

— Już do pokoju! Marsz! — rozkazał swoim władczym tonem. — Za karę masz zakaz wychodzenia z domu do końca wakacji! Mam dosyć twoich humorów! Bezwstydna dziewucha! I zabierz ze sobą tego śmierdzącego kota! — mówiąc to kopnął Laskę tak, że ta aż podskoczyła i uciekła.

— Jesteś okropnym ojcem! Nie wiem, jak mama z tobą wytrzymywała! Nie wiem nawet, jak Marta to robi! — krzyknęłam patrząc mu w oczy i zgodnie z rozkazem, udałam się do swojego pokoju. Zaraz po tym, gdy drzwi trzasnęły z hukiem, padłam całym ciałem na łóżko i się rozpłakałam. Już nie hamowałam tego, co czułam w środku. Chciałam pozbyć się ciężkiego uczucia nadmiaru sprzecznych emocji. Nie rozumiałam tego, jak delikatność i szczęście, które jeszcze niedawno ogarniały moje wnętrze, stały się teraz tak bardzo zamazane przez smutek i rozpacz.

— To niemożliwe! Tak nie może wyglądać moje życie… — powtarzałam pod nosem, a Laska trzęsła się ze strachu, wtulając swoje ciepłe futerko w moje rozdygotane ciało.

3

Udał się czym prędzej w stronę lasu, a śnieg dokładnie pokrył jego odzież, zanim jeszcze zdążył dojść do płotu i otworzyć furtkę. Podniósł kołnierz kurtki, by zakryć się przed wiejącym, zimnym wiatrem oraz wpadającym pod spód chłodnym i mokrym puchem, ale ten i tak znajdował sobie sposób na przedarcie się do gołej skóry.

Nie czuł w sobie gniewu. Może tylko przez chwilę miał nadzieję, że ktoś jeszcze za nim wyjdzie i poprosi o spokój, przemyślenie wszystkiego i normalną rozmowę, ale nic takiego się nie wydarzyło. Będąc już na skraju lasu, odwrócił jeszcze głowę w stronę domu, lecz ten wyglądał zupełnie zwyczajnie, jak gdyby nic się przed chwilą w nim nie wydarzyło. Na dole wciąż paliło się delikatne, przyciemnione światło, a drzwi wejściowe cały czas pozostawały zamknięte. Nikt się nie pojawił w ich prześwicie.

Wiedział o tym, że jego sytuacja jest beznadziejna, ale nie było już odwrotu. Odważnie wszedł w gęstwinę wysokich sosen, które przynajmniej ochraniały przed uciążliwym śniegiem. W mgnieniu oka zrobiło się jednak zupełnie ciemno. Nie chciał znów patrzeć wstecz. Nie pozwolił sobie na ponowny widok domu, który postanowił zostawić za sobą raz na zawsze. Nie mógł zgodzić się na to, by ktokolwiek uznał go za kapryśnego gówniarza, który w ataku młodzieńczego szału wychodzi, trzaskając drzwiami tylko po to, aby za chwilę wrócić i prosić o wybaczenie. Miał silne przeczucie, że ojciec tego właśnie się po nim spodziewał i tylko na to czekał. Był przekonany, że tylko patrzył na drzwi, które ponownie się otworzą, a on znów będzie mógł spojrzeć na syna triumfalnym wzrokiem, poniżając go tym samym po raz kolejny.

Nic z tego!

Tym bardziej nie chciał mu dawać tej satysfakcji. Postanowił iść dalej, za wszelką cenę. Odważnie wszedł w gęstwinę wysokich sosen, które przynajmniej ochraniały przed uciążliwym śniegiem. W mgnieniu oka zrobiło się jednak zupełnie ciemno.

Jak długo można wytrzymać zimą samotnie w lesie, przy temperaturze, która obniżała się z minuty na minutę? Jak długo można wytrzymać bez jedzenia, którego zapewne w normalnych okolicznościach w lesie jest w bród? Jednak zimą sprawa nie wyglądała na taką oczywistą, a i on z jakiegoś powodu nigdy specjalnie się takimi rzeczami nie interesował. Myślał jedynie o tym dokąd pójść. Nie znał tej okolicy. Odkąd wyprowadzili się z miasta, nie czuł potrzeby zapędzania się zbyt daleko od domu. Znał drogę do szkoły, do sklepu i na przystanek, skąd można było dojechać do miasta. Tyle! Nigdy nie zaglądał głęboko w przestrzeń, która przecież tak pięknie go otaczała. Było mu w domu dobrze, ciepło i bezpiecznie. Tyle wystarczyło.

Z każdym krokiem robiło się jednak coraz ciemniej i bardziej złowieszczo. Drzewa u dołu były spokojne, ale ich korony chwiały się na wszystkie strony, strząsając na niego połacie śniegu i drobinki lodu. Na szczęście osłonięty bujną roślinnością, miał schronienie przed przeszywającym wiatrem. Musiał natomiast szczelnie kryć twarz i głowę, które były bezpośrednio narażone na odmrożenie oraz spadające odłamki połamanych gałęzi czy ostrych, sosnowych igieł.

Myśli kotłowały mu się w głowie. Miał do siebie pretensje, że nigdy się na ten dzień nie przygotował. Winił też matkę za to, że nie uprzedziła go o przyjeździe ojca. Na pewno miałby czas, żeby coś wymyślić. Z drugiej strony, powinien przecież zdawać sobie sprawę z tego, że kiedyś ten moment nastąpi. Od trzech miesięcy trwał w przekonaniu, że nie będzie w stanie pogodzić się z ojcem i mieszkać z nim pod jednym dachem. Mógł wcześniej coś zaplanować, przygotować się… Teraz było już za późno, trzeba było improwizować.

Przykucnął pod drzewem i zaczął przypominać sobie, co w trudnych sytuacjach robiła jego matka. Była jedynym wzorem, który miał w głowie i tylko do jej zachowania mógł się odnieść, szukając jakiejś rady. Przypomniał sobie właśnie to, z jaką pokorą podchodziła do wszelkich przeciwności losu. Z cierpliwością i miłością znosiła kolejne pomysły swojego męża, które i tak bezpośrednio kończyły się niepowodzeniem.

„Jak to dobrze, że nie zna prawdy…” — pomyślał w duchu.

Stało się już poniekąd rytuałem, gdy codziennie wieczorem wchodziła do swojego pokoju i prosiła go, żeby jej nie przeszkadzał. Chciała mieć czas tylko dla siebie i bardzo tego pilnowała. Zagadkowość tej sytuacji tylko wzbudziła jego ciekawość, więc któregoś dnia podkradł się pod uchylone drzwi i zobaczył wtedy, jak matka klęczy pod zawieszonym na ścianie krzyżem i z białą książeczką w rękach szepcze coś pod nosem. On nigdy specjalnie nie nauczył się modlić. Po tym, co się wydarzyło trzy miesiące temu nie wierzył już w Boga. Nie rozumiał, jak ktoś wszechmocny może dopuścić do czegoś tak obrzydliwego! Jednak z jakiegoś powodu mama ufała temu wyższemu bytowi.

— Pieprzyć to!

Nie wiedział, co myśleć i co robić. Ukrył twarz w przemarzniętych dłoniach, schowanych w rękawach kurtki. Dookoła słychać było jedynie szum kołyszących się koron drzew, zagłuszający nawet myśli młodego chłopaka. Jeszcze raz przypomniał sobie klęczącą pokornie matkę, usilnie starając się ją zwizualizować, po czym wstał i postanowił po prostu iść przed siebie. Właśnie to podpowiadał mu instynkt.

W końcu przecież ta droga musi dokądś prowadzić… jeśli w ogóle można nazwać to drogą.

Mrużąc oczy, w które cały czas wpadały ostre igiełki zmrożonego śniegu, zauważył w gęstwinie malutki, ale obiecujący przesmyk, z którego dobiegało jasne światło. Od razu poczuł buzującą w żyłach krew i z determinacją zaczął biec do tego miejsca. Jaśniejszy punkt na horyzoncie rósł w oczach wraz ze zbliżaniem się do niego, aż w końcu rozpostarła się przed nim niewielka polana otoczona gęstym, mrocznym lasem. Ot, pusty punkt na mapie złowieszczej roślinności i wszelkiego zła, które się jeszcze w niej kryło. Jakby oaza spokoju na pustyni lub samo oko cyklonu, które jako jedyne pozostaje spokojne podczas szalejącej burzy. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś dawno temu, zapomniał nasadzić tu drzew, a natura po prostu tego nie zauważyła.

Gdy tylko wyłonił się zza ostatnich pni, uderzył go nagły powiew zimna, a do oczu i za kołnierz wpadł gęsty śnieg. Otrząsnął się od razu z nieskrywaną złością, a następnie przetarł zmoczone powieki.

Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Ku jego zbawieniu i nieskrywanej uciesze, w odległości kilkudziesięciu metrów stała mała, drewniana chatka. Przynajmniej tak to wyglądało, gdyż wszystko było dokładnie pokryte białym puchem. W normalnych okolicznościach uznałby to za jakieś miejsce dla myśliwych, albo po prostu za zapomnianą altanę, w której ktoś magazynował niepotrzebne rzeczy, ale w tym wypadku była dla niego zbawiennym pałacem, o którym nawet nie ośmielał się marzyć.

— W samą porę — wypowiedział te słowa w myślach, nie zdając sobie sprawy z tego, że wydostały się one również z jego ust.

W pośpiechu i bez chwili namysłu podbiegł do małego domku. Przez drewniane, cienkie okna, znajdujące się po dwóch stronach drzwi, nie było nic widać ani też niewiele słychać. W środku panowała ciemność, więc przekonany, że nikogo wewnątrz nie spotka, złapał za klamkę. Drzwi, o dziwo, nie były zamknięte na klucz, ale zablokowały się na łańcuchu. Zastanowiło go, jak to możliwe, że łańcuch był założony skoro wewnątrz nikogo nie było. To raczej trudno wykonalne, ale przejmujący chłód sprawił, że postanowił czym prędzej działać i nad niczym się już więcej nie zastanawiać. Stary łańcuch puścił pod naporem ciężkiego buta, a jego oczom ukazało się ciasne, drewniane wnętrze.

Po lewej stronie, pod ścianą, stały dwa wąskie łóżka, dokładnie przykryte sztywną, jasną pościelą. Po prawej natomiast znajdowała się prowizoryczna kuchnia, zrobiona z butli gazowej i blachy, na której ustawione były dwa garnki pokryte z każdej strony sadzą. Nie był to jakiś cud techniki, ale z pewnością dawało się na tym coś podgrzać, a to prawdopodobnie wystarczało tym, którzy tutaj czasami przebywali.

Z początku ujrzał tylko podnoszące się tumany brudu i kurzu, ale gdy oczy przyzwyczaiły się do delikatnego światła księżyca, wpadającego przez niewielkie okno, na wprost zobaczył jeszcze jedne drzwi, za którymi było dodatkowe pomieszczenie. Wszelkie przemyślenia zostały brutalnie przerwane w momencie, gdy do jego nozdrzy dotarł duszący zapach zgnilizny. Zamurowało go. Nie zaryzykował już ani jednego kroku dalej. Wyszedł natychmiast na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza, a następnie, wstrzymując oddech wszedł ponownie do środka. Otworzył drzwi zza których dochodził przejmujący smród. W środku znajdowała się prowizoryczna toaleta, lecz nie tylko…

— O kurwa! — zaklął pod nosem na widok, którego się nie spodziewał.

W dużej, plastikowej misce, stojącej pod umywalką, leżała ociekająca krwią głowa łosia. Zwierzę pozbawione było już poroża, a jego błędnie patrzące, zamglone oczy budziły grozę i przerażenie. Przemek aż odskoczył na ten widok, a żołądek podszedł mu momentalnie do gardła. Mięso już się wyraźnie rozkładało, stąd ostry odór, który roznosił się po całym wnętrzu, a zakrzepła już krew zdążyła wypełnić dużą część miski. Nie namyślając się długo, chwycił za nią, a następnie wyniósł całość za domek. Żeby uniknąć przykrego zapachu wszystko dokładnie zakopał w śniegu, pod pobliskimi drzewami.

Gdy tylko wrócił do chaty, otworzył szeroko wszystkie okna, chcąc pozbyć się zaduchu panującego w środku. Z każdą sekundą robiło się jednak coraz zimniej i wnętrze wychładzało się na tyle szybko, że nie mógł sobie pozwolić na zbyt długie wietrzenie. Dopiero gdy lodowate powietrze jeszcze bardziej oziębiło i tak już niedocieplone pomieszczenie, odczuł, że wszystko co miał na sobie, było całkowicie przemoczone. Dopiero wtedy to do niego tak naprawdę dotarło. Szybko zatrzasnął okno i w pośpiechu zaczął zdejmować odzież. Woda dostała się dosłownie wszędzie, tak że po chwili kapała nawet ze skarpetek i majtek zawieszonych pospiesznie na prowizorycznym sznurku, poprowadzonym po przekątnej całego pomieszczenia.

Część ubrań zawiesił, a część wyniósł do mniejszej izby, z nadzieją, że po jakimś czasie jednak wyschną, nie wchłaniając w siebie tyle zimnego i wilgotnego powietrza, co w głównym pomieszczeniu.

Usiadł nago na jednym z łóżek. Na niewielkim stoliku stała świeca, którą gospodarz zapewne zapalał po zapadnięciu zmroku, lecz Przemek nie miał przy sobie zapałek i nie mógł tego zrobić. Pozostała mu zatem jedynie ciemność. Na szczęście śnieg padający za oknem sprawiał wrażenie, jakby na zewnątrz wciąż było jasno, choć tak naprawdę zmrok zapadł już dawno.

Jak dawno?

Miał poczucie jakby jeszcze przed chwilą znajdował się w ciepłym domu, bezpieczny i całkiem zadowolony z życia. Jeszcze miał na swoim ciele ciężar ciepłej kołdry, a w nosie zapach wspaniałej zupy i kotletów zrobionych przez mamę. Przypomniał sobie to błogie uczucie zapominania o trudnych chwilach ze swojej przeszłości, które już nawet traciły dla niego na znaczeniu. Ten dom miał być początkiem nowego życia. Nie wolnego od zmartwień, ale od oczekiwań na najgorsze.

Niewiele trzeba było, żeby życie się całkowicie zmieniło.

Konsekwencje niektórych decyzji są nieodwracalne. Wiedział, że nie będzie dla niego powrotu. Nie zrobi tego nawet, gdyby miał zamieszkać w tej chacie na stałe! Przecież sobie jakoś poradzi. Ludzie żyli i żyją w lasach do dziś, więc na pewno jakoś można. Przeklął się jedynie w myślach za to, że nigdy nie był bardziej dociekliwy i nie szukał informacji na tematy, które powinien znać każdy młody człowiek. Mógł przecież być harcerzem i interesować się czymś więcej, niż tylko sztukami walki, które na niewiele się mogą przydać w środku lasu. Może wtedy byłoby mu trochę łatwiej.

A co jeśli ktoś z tej chaty wciąż korzysta?

Przecież nie stoi tutaj sama dla siebie. Pozostawiona głowa łosia nie była w bardzo zaawansowanym stopniu rozkładu, co by sugerowało, że ktoś tutaj niedawno był. Czy to oznacza, że zaraz wróci? Może tak naprawdę nie jest tutaj sam, a jedynie podkradł się do czyjegoś domu, z którego za moment może zostać wyproszony? Co, jeśli ten ktoś wróci? Bardzo możliwe, że nie będzie to przyjemne spotkanie. Ta myśl przeraziła go dogłębnie, więc wstał i zaczął nerwowo rozglądać się dookoła podążając wzrokiem za ruszającymi się cieniami. Szalejące korony drzew jeszcze bardziej pobudzały wyobraźnię młodego człowieka. Jego wyostrzone zmysły przyprawiały go o szaleństwo, którego nagle stał się bardzo bliski. Stracił przez kilka chwil panowanie nad swoim ciałem, a jego wzrok stał się rozbiegany i nieobecny. Czy da się tu żyć?

Przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Nie do wszystkiego… nie do bycia brudnym…

Zapragnął wejść pod prysznic i zmyć wszystko z siebie. Od kilku miesięcy próbował to zrobić, ale już zrozumiał, że są plamy, których nie da się wybielić. Dając sobie kolejną szansę, z nadzieją wszedł jednak do czegoś przypominającego łazienkę. W takim miejscu nie mógł liczyć na żadne luksusy. Odkręcił zardzewiały kurek nad umywalką i w jednej chwili chlusnęła na niego brudna, mętna, lecz o dziwo, nie bardzo zimna ciecz. Ochlapał się prowizorycznie po całym ciele, próbując pozbyć się natarczywego brudu, który wdarł się szczególnie we włosy. Gdy po wszystkim usiadł skulony na podłodze, po raz pierwszy poczuł się w tym miejscu bezpiecznie. Wiedział, że już nigdy nie wróci tam, gdzie stał się brudny.

Mama zawsze powtarzała, że tak naprawdę to słowami można ludzi pozbawić godności i wiary w siebie oraz sprawić, że przestaną normalnie żyć i widzieć świat takim, jakim jest naprawdę. Nie wiedziała, że są rzeczy dużo gorsze niż słowa. Są gorsze miejsca i gorsi ludzie.

Tutaj, wbrew pozorom, czuł, jakby to on sam przejął kontrolę. Musiał jedynie zacząć o siebie walczyć, a determinacji mu nie brakowało.

Gdy spróbował się podnieść, z początku jego ciało zawirowało. Starał się delikatnie stawiać pierwsze kroki tak, żeby jeszcze nie do końca władne mięśnie, nie sprawiły mu psikusa i żeby się nie przewrócił. Długa przebieżka przez las dała mu do wiwatu, a szkoda by było wszystko przypłacić jakimś zwichnięciem czy, co gorsze, złamaniem.

Wycierając stopy w już i tak przemoczone ubranie, zaczął cicho pogwizdywać. Poczuł się już nawet trochę pewniej, gdy nagle za drzwiami, gdzieś w oddali rozległ się dziwny, wydłużony dźwięk, którego na początku nie potrafił scharakteryzować. Jakby przerażająca ilość psów zaczęła nagle wołać o jedzenie. Zastygł w bezruchu słysząc te dźwięki, a włosy na całym ciele stanęły mu dęba.

— To wilki…

Powolnym i niepewnym krokiem podszedł do okna i delikatnie odsunął krótką firankę, żeby móc spojrzeć na zewnątrz.

Aaauuuu…

Ponowny skowyt sprawił, że jego ciało przeszył dreszcz. Były coraz bliżej, a prowizoryczna drewniana chatka, w której się znajdował, wcale nie dawała gwarancji schronienia. Teraz nie miał już wątpliwości. Wataha była tuż, tuż.

— Gdy większość leśnych zwierząt zapada w sen zimowy, te zostają bez pożywienia… — powiedział do siebie wciąż usilnie wpatrując się w panującą wokół ciemność i próbując sobie głośno wytłumaczyć całą sytuację, jakby miało mu to nagle dodać tak potrzebnej odwagi.

Nie spodziewał się tego, że wilki będą aż tak aktywne zimą. Do tej pory w ogóle o nich nie myślał. Widocznie krótka jesień sprawiła, że nawet zwierzyna nie zdążyła się dobrze przygotować na pierwsze śniegi. Zresztą jakie to miało teraz znaczenie? Zapach zakopanej nieopodal głowy łosia na pewno nie poprawiał jego sytuacji. Drapieżnik w końcu nadejdzie, złapie trop i znajdzie swój łup, którego z pewnością nie odpuści.

— Powinienem był zakopać ten łeb trochę głębiej albo wynieść to gówno gdzieś dalej… — wciąż rozmawiał sam ze sobą, szukając rozwiązania, na które już i tak było za późno.

Przeszło mu nawet przez myśl, żeby ubrać się, wyjść i zakopać głębiej głowę łosia, ale bał się, że nie zdąży, a rozwścieczone wilki dopadną go na gorącym uczynku. Nawet nie miał odwagi myśleć o tym, co by się wtedy stało.

W pośpiechu założył przemoczone majtki, które od razu przywarły do jego ciała, a następnie znów odsunął firankę. Z okna miał dobry widok na miejsce, w którym zakopał śmierdzącą głowę. Wpatrywał się teraz w ten fragment lasu, próbując przebić uporczywe ciemności.

Cienie zaczęły poruszać się coraz szybciej, a on sam nieświadomie przestał oddychać. Może oczy go oszukiwały, a być może po prostu wyobraźnia płatała mu figla, ale był przekonany, że wielkie, czarne potwory zbliżają się do niego. Wycie całej watahy tylko potęgowało jego strach. Stał jak sparaliżowany, a jego ciało pokryła gęsia skórka. Nie mógł odwrócić wzroku od miejsca, w którym wydawało mu się, że zakopana była głowa łosia. Tak naprawdę niewiele już było widać, a obrazy podpowiadała mu jedynie wyobraźnia, potęgowana przez dobiegające z okolicy dźwięki. Silny wiatr dmuchał w różne strony sprawiając, że cała konstrukcja domku zaczęła trzeszczeć i delikatnie się kołysać.

— Tylko wytrzymaj… proszę… — powtarzał na głos.

Deski zaczęły głośno skrzypieć, a drewniane, zamknięte drzwi kołatały się na przestarzałych zawiasach. Spojrzał na nie, jakby chcąc je zaczarować. Wszystko jednak już teraz pozostawało tylko w rękach losu i bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę.

Po chwili odwrócił się z powrotem w stronę okna, za którym ujrzał dwa wielkie cienie zbliżające się do jego kryjówki. Ciężko było rozpoznać, co to za stworzenia, ale gdy po chwili usłyszał głośne warczenie, wątpliwości się rozwiały. Wilki nadeszły. Wyobrażał sobie, jak odkopują padlinę, a następnie rozszarpują wszystko to, co jeszcze z niej zostało, ostatecznie zostawiając tylko idealnie wyczyszczoną czaszkę. Co będzie potem? Czy przyjdą po niego? Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bał. Nie mógł opanować drżenia rąk, a jego oddech stał się krótki, szybki i urywany. Wciąż spoglądał nerwowo to na okno, szukając przemieszczających się cieni, to na drzwi, które w każdej chwili mogły nie wytrzymać naporu wiatru i wpuścić do środka zimno, śnieg, wiatr i zwierzynę.

Z tego wszystkiego nawet zapomniał do końca się ubrać. Stał zdrętwiały i prawie nagi, nie mogąc zrobić żadnego kroku. Gdy odwrócił się w stronę drzwi do mniejszego pomieszczenia, chcąc pójść po ubranie, usłyszał nagle jak wielkie, masywne cielsko uderzyło w drewnianą konstrukcję domku z hukiem, który zagłuszył nawet jego myśli. Drewno na szczęście wytrzymało, ale gdy po chwili zza cienkiej ścianki usłyszał głośne warczenie rozwścieczonego wilka, skulił się i obejmując rękami kolana, przykucnął obok łóżka. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Warczenie nie ustępowało, a wilki nie chciały odpuścić. Złapały trop. Cel był tak blisko, a zakopana głowa okazała się być jedynie przystawką do dania głównego.

Nakrył głowę rękami i wszystko wokół ucichło. Nie było już szumu wiatru hulającego pomiędzy wysokimi drzewami. Nie widział też nic przez okno, które teraz było poza zasięgiem jego wzroku. Poczuł jedynie, że jego ciało stało się wilgotne i nieprzyjemnie lepkie od potu. Tym samym zaczął też wydzielać specyficzny zapach, o czym nie zdawał sobie sprawy. Wilki za to aż za dobrze.

Marzył tylko o tym, żeby to wszystko okazało się jedynie snem, z którego za chwilę się wybudzi w swoim ciepłym, przytulnym łóżku. W nadziei na przebudzenie nawet się uszczypnął i momentalnie aż podskoczył, lecz nie dlatego, że go zabolało. Właśnie w tym momencie zawiasy nie wytrzymały, a do środka z całym impetem wpadły drewniane drzwi, które wylądowały zaledwie kilkanaście centymetrów od jego nóg. Nagle poczuł na swoim ciele przeraźliwy mróz, a panująca na zewnątrz wilgoć w mgnieniu oka zaczęła wypełniać wnętrze. Brakowało tylko jednego — wilków.

Patrzył z przerażeniem w prześwit nieistniejącej już przeszkody i z każdą chwilą tracił najmniejsze pokłady nadziei, które jeszcze gdzieś w nim tkwiły. Znów usłyszał szum kołyszących się koron drzew, przesypujące się zwały sypkiego śniegu i uderzające w okna podmuchy wiatru, niosące ze sobą drobinki wszelkiej roślinności i wszystkiego, co uległo silnemu naporowi ciężkich mas powietrza. W ustach poczuł znajomy metaliczny smak. To krew. Nawet nie zauważył, jak przygryzł dolną wargę, a z ust pociekła ciemna ciecz. To ironia losu, bo nic tak nie przyciąga wilków, jak zapach świeżej krwi. Tę wyczują nawet z dużej odległości, a przecież teraz były całkiem blisko. Za blisko.

— Aaaaaaa…! — wstał i krzyknął, wyrzucając z siebie całą złość, która tak bardzo go przed chwilą paraliżowała. Przypływ adrenaliny obudził w nim bestię, której istnienia w sobie nie podejrzewał.

Był dobrze zbudowany, umięśniony i wysoki, ale jego postura była niczym wobec wielkiego zwierzęcia, które nagle pojawiło się w pustej futrynie. Jego łeb był duży i szeroki, a całe ciało pełne idealnie wyrzeźbionych mięśni, które nie dawały nikomu najmniejszych szans na ucieczkę. Już nawet nie był pewny czy to wszystko widzi naprawdę, czy tylko jego umysł podpowiada mu te straszne obrazy.

— Spierdalaj stąd! Słyszysz?! — krzyczał, patrząc potworowi prosto w oczy.

Nie wiedział, skąd u niego ta odwaga. Nie zastanawiał się nad tym. Nie myślał, nie kalkulował. Po prostu wrzeszczał.

Wydawało mu się, jakby w pierwszym momencie wilk odwrócił łeb w geście zaskoczenia, ale po chwili zza ściany wyłonił się kolejny. Ten był nieco mniejszy. Tylko czy to miało jakieś znaczenie? Ich oczy patrzyły krwiożerczo, przypominając lśniące pociski, które za moment zostaną wystrzelone w jego kierunku.

— Nie boję się was! Wynocha! — krzyczał, lecz wydawało mu się, że jego głos był bardziej wołaniem małego dziecka, niż przerażającym rykiem mającym odstraszyć wygłodniałą zwierzynę.

Przez chwilę dwa wielkie wilki stały w prześwicie drzwi i wpatrywały się w niego, szczerząc olbrzymie kły, po czym ten większy spojrzał na swoją zdobycz, jednocześnie uginając nogi i obejmując wzrokiem cel. Napiął masywne łapy i zniżył pysk przygotowując się do ostatecznego ataku.

Wtem z oddali padły strzały. Bach! Bach! Jeden po drugim, coś huknęło tak, że wystraszony chłopak zamknął mocno oczy i zasłonił uszy rękami. Skulił się, a do jego nozdrzy dotarł zapach uryny. Nie wytrzymał. Strach opanował wszystko.

Gdy dźwięk przebrzmiał, ostrożnie otworzył oczy i spojrzał z niedowierzaniem. Ujrzał dwa wielkie cielska leżące teraz nieruchomo w odległości około dwóch metrów od niego. Z ich wnętrza toczyła się czarna ciecz, tworząca coraz większą kałużę, która wsiąkała w drewniane deski.

4

W nocy nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok szukając odpowiedniej pozycji, ale upał dawał się we znaki do tego stopnia, że całe ciało kleiło mi się do kołdry i poduszki. Próbowałam się odkrywać, ale to też na niewiele się zdawało. Było bardzo duszno, a wlatujące do środka komary nie zachęcały do szerokiego otwarcia okna. Laska też plątała się po moim łóżku i nie potrafiła znaleźć swojego miejsca.

Nie mogąc wytrzymać w jednej pozycji, podniosłam w końcu ostrożnie głowę z poduszki i zobaczyłam jak przez okno wpada do pokoju światło rozgwieżdżonego nieba. Na chwilę zatrzymałam się myślami się nad tym widokiem, który miał w sobie coś przyciągającego. Nigdy jeszcze nie widziałam tak wielu gwiazd na niebie, które sprawiały wrażenie, jakby otulały mnie swoją mocą i odwieczną tajemnicą.

Zdjęłam przepoconą koszulkę, następnie podeszłam do okna żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i zbliżyć się choć trochę do tego cudu, który był nade mną. Nie bałam się, że ktoś mnie zobaczy. Na wsi nikt o tej porze nie chodzi wokół domów. Mogłam swobodnie stać naga przy oknie, dając się otulać delikatnemu wiatrowi i światłu księżyca, który w swojej pełni dawał blask mocny i wyraźny. Podniosłam do góry ręce i napawałam się tą spokojną chwilą. Znów poczułam się wolna. Zupełnie zapomniałam o całej sytuacji z ojcem. Patrzyłam przed siebie na niekończące się pola kukurydzy, które w ciemności zlewały się z niebem i sprawiały wrażenie bezkresu oceanu. W oddali dało się ujrzeć łunę światła nad miastem, które teraz było podobnie wymarłe jak i najbliższa mi okolica. Wdychałam więc głęboko powietrze do płuc i rozluźniałam swoje ciało, chcąc zapamiętać tę chwilę na długo. Czułam się przytulona.

— Pssst! — nagle usłyszałam dziwny, niezidentyfikowany dźwięk tuż przy płocie, pod moim oknem.

Wzdrygnęłam się i szybko schowałam. Odruchowo zasłoniłam piersi, ale nie byłam pewna, czy udało mi się uniknąć bycia podejrzaną. Poczułam jak się czerwienię na twarzy, a serce gwałtownie przyspieszyło swój rytm. Trwałam przykucnięta pod parapetem i starałam się opanować myśli. W końcu zebrałam się na odwagę i najpierw w pozycji klęczącej doczłapałam się do łóżka, na którym leżała moja koszulka, którą następnie założyłam, a potem odważnie znów podeszłam, już wyprostowana, do okna. Nic nie mogło wygrać z ciekawością tego, co tam zastanę.

— Pssst! — znów usłyszałam ten sam dźwięk, ale tym razem nie spanikowałam. Spojrzałam w dół wyszukując źródła i wytężając wzrok ujrzałam przy ogrodzeniu czarną postać. Od razu poznałam, że to Przemek, chociaż jego twarzy w ciemności nie było widać, a o takiej porze każdy człowiek wygląda mniej więcej tak samo.

— Co ty tu robisz? — powiedziałam na tyle cicho, że nie miałam pewności czy mnie usłyszy, ale bałam się obudzenia ojca, którego reakcji na to, co się dzieje, nawet nie chciałam sobie wyobrażać. Sama byłam mocno poddenerwowana.

— Chodź do mnie! — powiedział na tyle głośno, że echo rozeszło się po okolicy.

— Csii… — pokazałam zasłaniając usta palcem.

— No, chodź! Nie gadaj! — wiedziałam, że jeśli nic nie zrobię, to zaraz ojciec się obudzi i nie wiadomo czym to się jeszcze skończy.

Bez słowa odeszłam od okna i założyłam buty. Spróbowałam delikatnie otworzyć drzwi od pokoju, które momentalnie ostro zaskrzypiały. Aż podskoczyłam na ten dźwięk.

— Co się tam dzieje?! — nagle usłyszałam groźny głos mojego ojca.

— Idę do łazienki — odpowiedziałam tonem, który w tej chwili wydawał mi się najpewniejszy, szybko wymyślając logiczną wymówkę.

Stałam potem jeszcze przez kilka minut bez ruchu, aż w końcu znów usłyszałam głośne i równomierne chrapanie. Nie wiedziałam dlaczego, ale chciałam iść dalej. Chciałam zejść do niego i dać porwać się w nieznane. Chciałam czuć i przekonać się, co los ma mi do zaoferowania. Chciałam przeżywać życie w całości, pragnęłam tego!

Ostrożnie i powoli stawiałam kroki, aż dotarłam do drzwi wejściowych, które niestety, okazały się zamknięte. Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie nie było widać klucza. Ojciec zapewne schował go przede mną i zabrał do siebie do pokoju. Poczułam się tym mocno zażenowana, ale jednocześnie jeszcze bardziej zmotywowana do tego, żeby wyjść. Poszłam do kuchni, w której okno otwierało się na schody wejściowe. Niewiele się zastanawiając pociągnęłam za klamkę i otworzyłam je szeroko. Powiało dużo chłodniejszym powietrzem, niż od strony mojego pokoju. Aż zrobiłam krok wstecz i potrząsnęłam głową. Popatrzyłam na dół. Do schodów było jeszcze jakieś półtora metra. Nie było jednak innego wyjścia, trzeba było skakać. Nie myśląc za długo i nie tracąc czasu na to aż ktoś mnie zauważy, weszłam na parapet, a następnie zamykając oczy skoczyłam w dół.

Nie spodziewałam się, że tak łatwo mi pójdzie i wyląduję prawie bezszelestnie. Spojrzałam w górę i zobaczyłam otwarte okno. Wiedziałam, że już go nie zamknę i że muszę jak najszybciej uciekać.

— Co ty tu robisz o tej porze? — powiedziałam do Przemka, gdy tylko go zauważyłam. Stał przygarbiony po drugiej stronie furtki prowadzącej na posesję. Po przejściu na drugą stronę zostawiłam ją otwartą. Nie chciałam zaryzykować tego, że jeszcze ona złowieszczo zaskrzypi.

— O, jednak przyszłaś — odpowiedział prostując ciało i posyłając do mnie ten swój szelmowski uśmiech. — Fajnie, myślałem, że się nie doczekam.

— Odpowiesz mi? Co ty tu robisz? — powtórzyłam pytanie. Byłam mocno podekscytowana, ale jednocześnie wściekła na niego. Jednak po chwili zrozumiałam, że mój gniew jest spowodowany tylko i wyłącznie strachem przed tym, że ktoś mógłby nas zobaczyć czy usłyszeć, a nie samą obecnością tego chłopaka. Tak naprawdę chciałam dać porwać się tym emocjom i chciałam je przeżyć razem z nim.

Nigdy w życiu nie zrobiłam niczego szalonego, a to właśnie tak się zapowiadało. Na co dzień ciągle tylko nauka, dom, ogród, pola kukurydzy i nic więcej. Ile można było tkwić w takiej stagnacji? W końcu miałam okazję na przeżycie czegoś wyjątkowego i postanowiłam cała w to pójść.

— Uspokój się — podszedł do mnie i w tym momencie dokładnie ujrzałam jego twarz.

— Boże! Co ci się stało?! — zapytałam patrząc na wielki siniak pod jego okiem oraz rozcięte usta. Wyglądał fatalnie. Tak, jakby przed chwilą potrącił go samochód albo miał przykre spotkanie z kimś dużo większym i silniejszym.

— Nie tutaj! Chodź, odejdziemy trochę. Myślę, że twój ojciec nie byłby zadowolony, gdyby nas tutaj przyłapał.

Nie mówiąc nic więcej złapałam go za rękę i poprowadziłam z dala od domu.

— Idziemy nad jezioro? — zapytał.

— O tej porze?!

— A co to za różnica? Przynajmniej teraz nie ma tam ludzi. Można iść nawet na plażę, a na pewno będziemy tam sami. Chcesz?

— No nie wiem… — odparłam niezdecydowanie. — No dobra. W końcu tutaj i tak nie ma co robić. Szkoda tracić czas na szukanie jakichś ciekawych miejsc.

Gdy oddaliliśmy się od domu na tyle, że nikt nie mógł nas już zauważyć i usłyszeć, zatrzymałam się i zwróciłam się w jego stronę, by móc ponownie spojrzeć na jego twarz.

— Powiesz mi co ci się stało? — zapytałam, gdy staliśmy naprzeciw siebie, a on nie mógł wyswobodzić się z tej pozycji.

— Przewróciłem się.

— Kłamiesz!

— No co ty, laska? Naprawdę!

— Nie kłam, jeśli chcesz żebym się z tobą zadawała. I nie mów do mnie laska! Tak nazywa się mój kot!

— Nazwałaś kota laska? Nie było lepszych pomysłów?

— Masz coś jeszcze dodania, czy kończymy ten dziwny spacer?

— Pani porządna…

— Denerwujesz mnie!

— I taka mi się podobasz. Ładna jesteś. I lubię jak się tak zawstydzasz — znów poczułam te wstrętne wypieki na polikach, a następnie jego męska dłoń powędrowała wzdłuż mojego ramienia. W tym samym momencie na mojej skórze pojawiły się dreszcze, które delikatnie skuliły całe ciało. Nie uchroniłam się przed odwróceniem głowy na bok. — No, popatrz na mnie — złapał mnie delikatnie za podbródek, a następnie skierował głowę w swoją stronę.

— Co ty robisz? — zapytałam nie wiedząc, co powiedzieć. Jednocześnie chciałam tego, do czego dążył, ale też czułam paraliżujący lęk.

— Nie bój się, nic ci nie zrobię — powiedział patrząc mi w oczy. — Pobiłem się. Po prostu. Teraz mówię prawdę.

— Z kim? Co się stało?

— A musisz wszystko wiedzieć?

— Jeśli przychodzisz do mnie w środku nocy i wyciągasz mnie z łóżka, a następnie idziemy razem nad jezioro, wbrew temu co myśli sobie teraz mój tata, za co grozi mi nawet nie wiem co, to chyba mam prawo wiedzieć kim jesteś i o co w tym wszystkim chodzi. Poza tym….

— Martwisz się? — przerwał mi w pół zdania.

Nie odpowiedziałam. Bez słowa odwróciłam się i poszłam dalej prosto w kierunku jeziora. Po chwili usłyszałam za mną też jego kroki, które z każdą chwilą przybliżały się. Następnie poczułam jak jego dłoń oplata moje palce. Poczułam ciepło jego ciała i bliskość, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. To było dziwne uczucie, ale jednocześnie bardzo przyjemne. Byłam obok niego taka mała, a zarazem bardzo bezpieczna.

Trzymając się za ręce, przechodziliśmy obok ciemnych domów. Tylko gdzieniegdzie paliły się lampki nocne, których ktoś zapomniał wyłączyć przed snem. Wokół dało się słyszeć delikatny szum drzew i pól, które kołysały się w rytm spokojnego wiatru. Dochodziło też do naszych uszu rytmiczne uderzanie mojego serca, które odczuwając emocje dotąd nieodkryte, zalewało mnie na przemian falami zimna i gorąca tak, że nie potrafiłam wypowiedzieć ani jednego słowa. Szliśmy więc w milczeniu. Widocznie, Przemek też nie czuł potrzeby rozmowy. Patrzył tylko przed siebie prowadząc mnie w stronę drzew, w których gdzieś w głębi, kryło się jezioro.

— Ale tu pięknie — odezwałam się patrząc na odbijające się w tafli wody gwiazdy.

— Rzeczywiście. Jest to coś…

Podeszłam bliżej i wyciągnęłam ręce przed siebie, jakby chcąc chwycić białe iskierki, które pozostawały tak bardzo niedostępne.

— Dziękuję…

— Za co?

— Że mnie tu przyprowadziłeś. Teraz czuję, że musiałam to zobaczyć. To taki widok, który zmienia życie.

— Kto cię tak nauczył mówić?

— Moja mama.

Tak naprawdę nie panowałam do końca nad tym, co mówię. Wszystko wydawało się jakby za mgłą. Patrzyłam tylko na mieniące się gwiazdy, przelewające się w delikatnych ruchach tafli wody. Była w tym tajemnica, której nie dosięgałam, lecz hipnotyzował mnie ten widok dogłębnie.

— Chodź, położymy się. Lubisz patrzeć w gwiazdy?

Wyrwana z zadumy odwróciłam się i zobaczyłam jak wysoki i dobrze zbudowany chłopak leży na piasku, spoglądając prosto w niebo. Dopiero wtedy zorientowałam się, że obok niego leży jakiś przedmiot, jakby teczka.

— Co to jest? — zapytałam.

— E, takie tam pierdoły, chodź.

Już nie miałam w sobie takiej bariery obronnej, jak jeszcze przed paroma minutami. Podeszłam spokojnie do niego i położyłam się obok. Czułam zapach jego ciała. Pachniał czymś przyjemnym, fascynującym i pociągającym. Czymś, czego dotąd nie znałam.

— Powiesz mi z kim się pobiłeś? — zapytałam.

— Widzisz tam? — pokazał palcem w niebo. — To Wielki Wóz, ale to pewnie wiesz. Tam wyżej trochę zobaczysz Mały Wóz i Gwiazdę Polarną. O tam jest jeszcze Kasjopeja, gwiazdozbiór położony w obrębie Drogi Mlecznej. Wiesz, że wiele z tych obiektów, na które tutaj patrzymy tak naprawdę już nawet nie istnieje? Te gwiazdy są bardzo często na skraju swojej śmierci, a że są od nas bardzo oddalone to to, co widzimy tutaj na Ziemi jest już tylko ich przeszłością. Być może tych gwiazd już tak naprawdę nie ma, a my teraz tylko czekamy, żeby zobaczyć ich spektakularny koniec.

— Skąd to wszystko wiesz?

— Lubię patrzeć w niebo. Lubię się tym interesować. Droga Mleczna, którą widzisz to zaledwie ułamek tego, co moglibyśmy dojrzeć, gdybyśmy mieli tutaj całkowicie ciemne niebo. Wtedy dopiero są widoki. Teraz, jak się przyjrzysz to też zobaczysz jasną smugę, ale nieuzbrojone oko dostrzeże tylko mały ułamek tego, co dojrzą teleskopy. Kiedyś ci pokażę.

Z przyjemnością patrzyłam w górę i wędrując wzrokiem za jego palcem oraz głosem, obserwowałam to, co mi pokazuje i o czym opowiada.

— Myślisz, że tam są nasi bliscy, którzy już nie żyją? — zapytałam.

— Co?

— No czy może patrzą gdzieś tam na nas z góry? Z tych gwiazd…

— Co ty gadasz, laska? — odwrócił się do mnie.

— Nie, nic — odpowiedziałam, nie przerywając obserwacji bezkresu tego, co było przed moimi oczami. — To się gdzieś kończy?

— Podobno nie i podobno tak. Trudno powiedzieć, ale nawet jeśli ma gdzieś swój koniec to i tak cały czas się rozszerza, a co za tym idzie ten koniec jest od nas z każdą chwilą coraz dalej.

— Dziwne…

— Trochę tak. Trudno zrozumieć coś, co wykracza poza naszą wyobraźnię. W kosmosie dzieją się rzeczy na ziemi niemożliwe.

— To tak jak w niebie…

— Ehh…

— Chyba nie lubisz tych tematów?

— Bo w to nie wierzę. Cały ten Bóg, niebo i to wszystko jest mocno podejrzane.

— Trochę tak jak ten twój kosmos.

— Ale kosmos przynajmniej możemy zobaczyć.

— A widziałeś?

— No nie z bliska, ale…

— No właśnie. Ja też nie, ale…

Dłuższą chwilę leżeliśmy w bezruchu i patrzyliśmy przed siebie. Wdychaliśmy ciepłe, letnie powietrze, mieszające się z wilgotnymi powiewami znad wody. Gdy odwróciłam głowę w bok, zobaczyłam jak Przemek usilnie mi się przygląda.

— Co robisz?

— Zamknij oczy.

— Ale po co?

— No zamknij, przekonasz się. Obiecuję, że nic złego ci nie zrobię.

Zamknęłam oczy. Czułam się bardzo niezręcznie. Nie wiedziałam na co mam czekać. Nagle poczułam na swojej lewej dłoni jego palce. Silnie oplotły moją dłoń, a następnie płynnym ruchem podążyły wzdłuż mojego przedramienia. Włoski na moich rękach samoistnie się uniosły, podczas gdy jego palce wędrowały coraz śmielej, docierając aż do barku. Potem to samo z prawej strony. Musiał znaleźć się bezpośrednio nade mną, co wyraźnie potwierdzało uczucie delikatnego powietrza omiatającego moją twarz. Nagle tuż przed zamkniętymi oczami zapanowała kompletna ciemność, a ja poczułam jak Przemek zbliża się do mnie nieuchronnie. Wiedziałam, co się zaraz wydarzy, ale nie potrafiłam zareagować. Nawet chyba nie chciałam. Czekałam na to, co nieuniknione i umierając z przerażenia, ale jednocześnie z podniecenia, oddawałam się jego woli. Gdy jego pełne, męskie wargi zbliżyły się do moich ust poczułam na nich dziwną, lecz przyjemną wilgoć. Wciąż dotykał czule moich ramion, jednocześnie coraz śmielej oplatając wargami moje usta. Nie wiedziałam, czy powinnam przejąć inicjatywę i też coś robić, czy wystarczy po prostu czekać, lecz moje wątpliwości rozwiały się w momencie, gdy z oddali usłyszeliśmy donośny dźwięk syren.

— To policja! — poderwałam się gwałtownie, zupełnie nie zwracając uwagi na Przemka, którego niechcący uderzyłam w twarz.

— Ej no, wyluzuj — odparł swoim charakterystycznym, spokojnym tonem, opatrując dłonią zranione usta.

— To na pewno mój ojciec! Jestem o tym przekonana! Zobaczył, że nie ma mnie domu! Zorientował się i teraz mnie szukają!

— Daj spokój, nikt nas nie znajdzie. Jesteśmy tutaj sami i tak już zostanie. Nie wierzę, że twój ojciec byłby w stanie tak szybko postawić całą policję na nogi, tylko dlatego, że jego córka wyszła w nocy z domu.

— Nie znasz mojego ojca…

— Czyżby…?

— Słucham?

— Nie, nic… Chcę się wykąpać.

Mówiąc to wstał i zupełnie nieskrępowanymi ruchami zdjął podkoszulkę, a następnie spodnie, buty i skarpetki. Został w samych slipach, a ja nie mogłam oprzeć się pragnieniu patrzenia i napawania się tymi idealnymi kształtami. Jego ciało było w każdym aspekcie perfekcyjne. Uwydatnione mięśnie, delikatne owłosienie i niemałych rozmiarów przyrodzenie, które kiepsko zasłaniały białe majtki. Jednak nie na to chciałam patrzeć. Każdy jego ruch miał w sobie coś wyjątkowego, męskiego i pociągającego. Chciałam upajać się tym widokiem, więc z podziwem patrzyłam jak idzie w kierunku tafli jeziora, a następnie niespiesznie do niej wchodzi, by po chwili zanurzyć się prawie do ramion.

— Idziesz do mnie?! — krzyknął machając w moją stronę.

— Nie mam kostiumu!

— No i?! Jesteśmy tutaj sami! Jest noc! I tak niewiele widzę! Nie wstydź się!

— No coś ty?! To jest chore! Nie zrobię tego! — broniłam się wszelkimi, możliwymi sposobami.

— No nie daj się prosić! Zobaczysz, fajnie będzie.

W oddali znów słychać było wycie syren oraz nadjeżdżające z kilku stron ciężkie pojazdy, które w oczach mojej wyobraźni były złowieszczymi radiowozami, które za chwilę wyskoczą spomiędzy krzaków i skończą naszą piękną przygodę. Miałam ostatnią szansę na to, by ulec emocjom, których tak bardzo pragnęłam.

— Ale odwróć się! — krzyknęłam do niego, a potem odważnie wstałam.

Dla pewności spojrzałam jeszcze, czy chłopak na pewno stoi do mnie tyłem, a następnie zdjęłam z siebie prawie całe ubranie, pozostając jedynie w samych majtkach. Zrobiło mi się trochę chłodno, więc zakryłam piersi rękami i długo się nie zastanawiając pobiegłam w kierunku Przemka. Wskoczyłam do wody z większym impetem niż on. Okazała się dużo przyjemniejsza, niż wcześniej sądziłam. Była ciepła.

— No widzisz, nie jest wcale tak źle — powiedział podchodząc w moją stronę, z trudem przebierając nogami w grząskim mule.

— Jest cudowna — odparłam.

— Jesteś ładna… — powiedział, po czym delikatnie złapał w palce kosmyk moich zamoczonych włosów i założył go za ucho.

Stał naprzeciwko mnie, a ja na siłę zamykałam oczy. Krępowała mnie cała ta sytuacja, a wiedza, że pod wodą jestem prawie całkowicie naga tylko potęgowała to uczucie. Z drugiej strony wiedziałam, że on też, a to z kolei wzmagało ciekawość. Chciałam chwycić jego ciało, przybliżyć je do siebie, a następnie szybkimi ruchami dłoni wędrować po jego mięśniach i odkrywać kolejne, dotąd niezbadane przeze mnie rejony. Jednak wciąż stałam sparaliżowana. Dźwięki syren stały się bardzo wyraźne, a kierując wzrok w stronę wioski można było dostrzec zmieniające się kolejno niebiesko-czerwone poświaty.

— Co tam się dzieje? — zapytałam niepewnie.

— Nie wiem, ale nie interesuje mnie to. Ty jesteś tutaj. Tu i teraz. To jest dla mnie najważniejsze. Tam niech się dzieje, co chce, niech wali się świat, ale my jesteśmy tutaj. Tylko dla siebie. Tutaj dzieje się moje życie.

— Nie wiem co mam myśleć…

Po chwili znów poczułam na ustach tę przyjemną wilgoć, a zaraz potem nasze języki się spotkały, a jego ręce zaczęły wędrować po moim ciele. Staliśmy w wodzie i całowaliśmy się jak dwoje zakochanych na romantycznym filmie. Czułam pod wodą jak dotyka najpierw moich pleców, powoli przechodząc do przodu. Odsuwając się nieznacznie, pogładził moją pierś, jednocześnie patrząc mi głęboko w oczy. To sprawiło, że nie czułam już takiego skrępowania. Widziałam w jego oczach fascynację i wielki spokój. Nie pragnął jednak tylko mojego ciała. Byłam pewna, że cieszyła go nasza wspólna bliskość.

W końcu i ja objęłam go rękami za szyję, a nasze ciała złączyły się w jedno. Czułam na brzuchu jego twardawe włoski, a silne dłonie coraz intensywniej gładziły moją głowę. Już nie myślałam o tym, co się dzieje dookoła. Przestały mnie interesować odgłosy syren i niepokojące światła. Stałam się z nim jednym ciałem i bardzo mi to odpowiadało. Pragnęłam, czułam i przeżywałam. Robiłam to, co do tej pory nawet nie było w sferze moich marzeń. Chciałam się w tym zupełnie zatracić.

— Poskaczemy? — w końcu Przemek wyrwał mnie z letargu pokazując na niewielką górkę, wchodzącą swoją konstrukcją w taflę jeziora.

— Co ty mówisz? To niebezpieczne!

— No coś ty? Pokażę ci!

— Nie rób tego!

— Znów się o mnie martwisz — stwierdził odwracając się.

Miał rację, ale nie przyznałam się do tego. Chyba jednak nie musiałam. On i tak wiedział swoje.

Żeby móc wziąć rozbieg, a następnie naskoczyć na prowizoryczną skocznię musiał wyjść znów na plażę. Gdy to robił slipy delikatnie mu się zsunęły, a ja nie mogłam oprzeć się widokowi umięśnionych, lecz niewielkich, męskich pośladków. „Co za wstyd!” — zganiłam się w myślach, ale właśnie tak wyobrażałam sobie mężczyznę idealnego. Czułam, że mam sporo szczęścia, mogąc go podziwiać w rzeczywistości. Chciałam żeby ta chwila trwała wiecznie.

— Lecęęęę! — krzyknął, biegnąc w kierunku prowizorycznej skoczni, a następnie wybił się wysoko w powietrze.

Po chwili wpadł w wodę, a wokół miejsca, w którym się zanurzył ta z impetem wyleciała do góry, tworząc urokliwą fontannę. Z początku lekko się wystraszyłam, ale już po chwili zobaczyłam jego uśmiechniętą twarz, skierowaną w moją stronę.

— Ale super! Mówię ci! — mówił z nieskrywaną radością i ekscytacją. — Musisz też spróbować!

— Nie chcę! Boję się! — odparłam nie chcąc nawet podejmować tego tematu.

— Zobacz — zaczął mówić, dogłębnie wpatrując się w moje niepewne oczy. — Jeszcze przed chwilą bałaś się wyjść z domu, zdjąć ubranie, wykąpać się w jeziorze, a teraz sama widzisz jak jest fajnie. Zobaczysz, że jak pofruniesz i poczujesz jak twoje ciało zanurza się w wodzie, to ogarną cię emocje, o których nigdy nawet nie myślałaś. Nawet nie podejrzewałaś, że takie istnieją.

— Już tak jest…

— Co?

— Nie, nic.

— To co, skoczymy może razem? Będę cię cały czas trzymał za rękę!

— Obiecujesz? — zapytałam, lecz wciąż nie wierzyłam w to, co mówię. Dałam się przekonać!

— No jasne! Będę się tobą opiekował.

Oboje wyszliśmy na grząski piasek. Ustawiliśmy się dobre kilkanaście metrów od celu. W zasięgu wzroku mieliśmy górkę, do której zamierzaliśmy się kierować.

— Jak będziemy u progu, to musisz wyskoczyć ile sił w nogach, ok? — powiedział ostrzegawczo.

— Postaram się, ale nie puszczaj mojej ręki!

— Nie puszczę, nie martw się. To co, biegniemy?

— Musisz wiedzieć, że jest to najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłam w moim życiu.

— A to dopiero początek! — odparł.

Nie mówiąc już nic więcej, złapał mnie za rękę i mocno się trzymając ruszyliśmy przed siebie. Czułam jak całe moje ciało się napina i z wielkim trudem stara się nadążyć za wielkimi krokami Przemka. Tego nie zdążyliśmy omówić, więc starałam się po prostu dotrzymać mu kroku. Gdy byliśmy już na progu skoczni, naprężyłam nogi i wyskoczyłam w powietrze. Niestety, nasze ręce się puściły, a ja potknęłam się i wpadłam niekontrolowanym ruchem w zupełnie inne miejsce niż Przemek. Poleciałam nieoczekiwanie głową w dół i już po chwili ciemna woda oblała ponownie moje ciało. Tym razem jednak była mniej przyjemna. Zrobiła się agresywna, dławiąca i mroczna. W całym przerażeniu poczułam też ogromny ból w głowie i szyi. Głośny trzask zabrzmiał w moich uszach, a potem była już tylko ciemność, a do moich płuc z każdą sekundą dostawały się niezliczone ilości wody.

Prawdopodobnie z oddali wciąż było słychać wycie syren, a mieniące się na niebie kolorowe światła podkreślały tylko uczucie niepokoju i grozy. Ja jednak nie mogłam już tego ani usłyszeć, ani zobaczyć.

5

Unosiłam się. Byłam lekka jak piórko. Fruwałam. Nie miałam jednak nad tym kontroli. Jakaś zewnętrzna, a może wewnętrzna siła prowadziła mnie w górę, pośród kolorowych obłoków. Nie czułam ciężaru ani smutku. Byłam niebywale lekka i wolna. Nie przeszkadzało mi to, że to ktoś inny mną kierował. Było mi dobrze z tym, co czułam i co widziałam dookoła. Widoki były przepiękne. Obłoki mieniły się kolorami tęczy, delikatnie obejmując moje ciało, które posuwało się coraz wyżej i wyżej. Patrzyłam w dół, lecz nic nie mogłam dostrzec. Wszędzie dookoła były chmury, które w swej istocie i tak były najpiękniejszymi, jakie kiedykolwiek widziałam.

Gdy tylko wydostałam się ponad ten nieprzeciętny dym, ujrzałam łąkę. Niekończącą się dolinę, usłaną idealną trawą i kwiatami. Mogłam wdychać ich piękne zapachy jednocześnie rozkoszując się pięknym śpiewem ptaków. Nie widziałam ich, ale bardzo dobrze słyszałam. Dodawały mi pewności w świecie, którego nie znałam. To było coś, czego nigdy bym sobie nawet nie wyobraziła. Bezkresna łąka, delikatny powiew wiatru i wspaniały śpiew przyrody. Piękne, wielobarwne rośliny przyozdabiały każdy skrawek zieleni. Ja natomiast latałam jak ptak, lecz miałam silne przeczucie, że nawet te najwyżej latające ptaki nie mają możliwości oglądać tego, co ujrzały moje oczy. Krajobrazy i pejzaże, które roztaczały się w zasięgu mojego wzroku, były wręcz nie do opisania, a spokój, który roznosił się w powietrzu i temu wszystkiemu towarzyszył, wręcz niebywały.

Spokój. Tak właśnie najlepiej można określić to miejsce, w którym się znalazłam. Spokój i idealna harmonia. Czułam to zarówno na zewnątrz, jak i w sobie. Siła, która mną poruszała i dawała rozglądać się po tych cudownościach, dodatkowo napełniała mnie relaksem i miłością. Czułam się tam kochana. Niebywale zatroszczona, zaopiekowana, chciana i kochana. Czułam, że jest to moje miejsce i wcale nie było mi tam źle. Było nawet bardzo dobrze. Czułam prawdziwe szczęście. Takie, którego nie daje nic na świecie. Nic realnego nie jest w stanie tak zaspokoić duszy.

Miałam świadomość swojego bycia, ale fizyczność jakby całkowicie zniknęła. Może po prostu przestała ona mieć znane mi dotychczas znaczenie i dlatego przestałam zwracać na nią uwagę. Nie widziałam ani siebie ani nikogo innego. Dookoła roznosiły się tylko zapachy i dźwięki oraz mieniące się kolory obłoków, traw i licznej roślinności. Wtem usłyszałam odgłosy dzieci. To były małe dzieci, które uśmiechały się do siebie, wykrzykując radosne piosenki i wierszyki. Słyszałam je bardzo wyraźnie, lecz wciąż nigdzie nie było ich widać. Chciałam się gdzieś przesunąć, poszukać, popatrzeć za rogiem, ale nie byłam w stanie. Magiczna siła sprawiała, że tym razem stałam w miejscu i tylko z wysokości mogłam obserwować, słuchać i czuć życie, które niewątpliwie działo się pode mną. Nie widziałam ludzi, których jednak coraz lepiej słyszałam. Pojawiały się głosy starsze, młodsze, męskie i bardzo dziewczęce. Głosy starców i ludzi bardzo młodych, a nawet radosne, niezrozumiałe gaworzenie niemowlaków. Wszystkie je jednak łączyła jedna cecha — były bardzo szczęśliwe, wesołe i niosące ze sobą niespotykaną wolność istnienia. Czuło się w nich brak skrępowania, lęku i poczucia słabości. Wszystkie były bardzo proste, a jednocześnie tak niespotykanie lekkie i spokojne. Niosły ze sobą miłość. Każde słowo było nacechowane czymś, czego dotąd nie spotkałam. Czułam miłość. Do każdego. Do niewidzialnego.

W końcu znów mogłam się poruszać. Magiczna siła ponownie tchnęła na mnie, a ja zaczęłam obracać się wokół własnej osi pędząc w kolejną część tego pięknego miejsca. Kręciłam się wkoło i rozkładając szeroko ręce napawałam się lekkością i pięknem świata. Gdy już się zatrzymałam, poczułam jak twardo stoję na ziemi, która okazała się tylko delikatną trawą, którą czułam na gołych stopach, niczym miękki, wełniany dywan.

W jednej chwili wyrosło przede mną ogromne drzewo. Było tak duże, że czułam się obok niego jak malutka mrówka, dla której majestat tego, co przed nią, wydawał się być niedoścignionym bóstwem. Stałam jak wryta i zadzierając głowę do góry patrzyłam na piękną koronę, przyozdobioną żywo zielonymi liśćmi, które aż tętniły pięknem i życiem.

Nagle stało się coś dziwnego. Jakbym wyszła z siebie. Moje ciało już nie było miejscem, z którego postrzegałam tą rzeczywistość. Mogłam spojrzeć na samą siebie jakby z zewnątrz. Widziałam jak niewielka istota stoi w obliczu ogromnego drzewa i wciąż spogląda w górę, ale tym razem już nie mogłam tego kontrolować. Widziałam natomiast wszystko bardzo dokładnie. Obserwowałam siebie i mogłam to robić z każdej perspektywy podchodząc, podlatując i zmieniając kierunek zgodnie z własną wolą. Sterowałam się myślami. Chciałam być z prawej, to byłam. Chciałam z lewej, za chwilę tak się działo. Nie czułam czasu. To działo się jakby natychmiast, a jednocześnie jednak po krótkiej chwili. Teraźniejszość i przyszłość zlewały się ze sobą. Nie musiałam czekać. W momencie, gdy tylko o czymś myślałam, od razu się to wydarzało. Czułam się wolna, aż znów wstąpiłam we własne ciało. Tym razem poczułam w sobie dużo ciepła, które ewidentnie płynęło od stojącego przede mną drzewa. Nie wiedziałam, co mam robić, ale nie czułam strachu. Bardzo mnie do niego ciągnęło. Chciałam je dotknąć, wtulić się w nie, ale było tak ogromne, że samą swą wielkością wywoływało we mnie respekt, którego nie potrafiłam opanować. Wciąż jednak czułam miłość w sercu i w każdej rzeczy, którą mogłam dostrzec.

Podeszłam jeszcze bliżej do wielkiego pnia. Wyciągnęłam do niego rękę, która w moich oczach wydawała się niezwykle drobna. Gdy wyprostowane palce w końcu sięgnęły do twardej kory, przed moimi oczami ukazały się liczne iskierki. W moich źrenicach mieniły się światła, które zapalały się w różnych kolorach i z różną częstotliwością, a następnie na chwilę gasły, aby znów mogły pojawić się kolejne. Wciąż czułam pod palcami twarde, majestatyczne drzewo, które teraz wydawało się mnie całą do siebie przyciągać. W oczach cały czas mieniły się iskry, niczym sztuczne ognie, pięknie wybuchające na balu sylwestrowym. Pomimo tego, że nigdy z czymś podobnym się nie spotkałam, wciąż nie czułam w sobie żadnych negatywnych emocji. Był we mnie spokój, opanowanie i radość. Czułam się bardzo wesoła i czule dotknięta. Jakby delikatny obłok oplatał moje ciało, dbając o każdą jego cząstkę.

— Córeczko… — usłyszałam kobiecy głos, a następnie niefizyczna smuga dotknęła mojego ramienia.

Chciałam coś odpowiedzieć, ale nie umiałam mówić. Nie wydobywałam z siebie dźwięków. Być może nawet moja buzia poruszała się w dotychczas znany mi sposób porozumiewania się, ale w obecnych okolicznościach, był on zupełnie bezużyteczny.

Tutaj ludzie mówili do siebie jakoś inaczej. Nie wydobywało się dźwięków w sposób, którego ja byłam nauczona.

— Córeczko… — znów powtórzył się ten przepiękny, tajemniczy głos. — To ja, twoja mama.

Gdy to usłyszałam, wcześniejsze iskry miłości, eksplodowały w całe ognisko emocji, które ulatywały w formie kolorowych świateł. Nie mogłam się opanować. Chciałam latać, być tam i zostać na zawsze. Chciałam móc odpowiedzieć, chciałam ją zobaczyć. Tak bardzo…

— Nie bój się. Nie możesz mnie zobaczyć, ale ja widzę ciebie bardzo dobrze. Jesteś piękną dziewczynką. Mama jest z ciebie taka dumna.

Poczułam jak w moich oczach pojawiają się łzy, które następnie delikatnie spływają po policzku. Nie były to jednak łzy smutku, to nie ten rodzaj emocji. Byłam po prostu dotknięta prawdziwym i najbardziej realnym szczęściem, którego nie mogłam pojąć i zmieścić w swoim małym ciele.

— Nie martw się o mnie. Jest mi tu dobrze. Czuję się potrzebna i bardzo szczęśliwa. Patrzę na ciebie każdego dnia. Jestem bardzo dumna z tego, że mam taką córkę. Przyjdzie czas, w którym się zobaczymy i będziemy razem już na zawsze, ale póki co, to jeszcze nie teraz. Musisz być silna, pamiętaj.

— Obiecuję, mamo… — to jedyne słowa, które udało mi się z siebie wydusić. Nie wiem jak mi się to udało, ale byłam przekonana, że i moje uszy odebrały te dźwięki. Były one jednak dla mnie tak samo mało realne, jak cała ta sytuacja, która jednocześnie była największą prawdą, jaka mi się kiedykolwiek przytrafiła. Po ludzku było to nieosiągalne żadnym umysłem.

Nagle iskierki zniknęły, a ja zaczęłam spadać. Szybko i bezwiednie. Usłyszałam jeszcze z oddali dobiegający płacz dziecka i w tym samym momencie poczułam lęk.

Bałam się tego gdzie lecę i jak to się zakończy. Piękne kolory zamieniły się w gęste, ciemne chmury, które wydawały się pochłaniać mnie całą. Zrobiły się ciężkie i złowieszcze. Chciałam z nimi walczyć, nie poddawać się narzuconemu kierunkowi. Chciałam wracać tam, gdzie jeszcze przed chwilą byłam. Tym razem jednak tajemnicza siła spychała mnie w dół. W otchłań niepewności, strachu i emocji, których nie chciałam doświadczać. Wciąż jednak w uszach brzmiały mi ostatnie i jedyne słowa, które udało mi się wypowiedzieć do matki. „Obiecuję, mamo…”. Wiedziałam, że cokolwiek się stanie, to właśnie te słowa będą przyświecać moim następnym chwilom. Tak miało już pozostać, na zawsze.

Gdy się ocknęłam wokół mnie panował wielki chaos. Słyszałam niespokojne dźwięki, piski, krzyki i wołania, zupełnie dla mnie niezrozumiałe i niemożliwe do scharakteryzowania. Sama w sobie też poczułam niepokój, a moje ręce zaczęły mocno drżeć. Pragnęłam się uwolnić, próbowałam się wiercić i szarpać, ale to wszystko na nic. Moje ciało było czymś skrępowane, a ja nie mogłam nad nim zapanować. Otwierałam buzię, lecz każdy dźwięk umierał w niemym krzyku. Było to jednak zupełnie inne ograniczenie niż to, które czułam jeszcze przed chwilą. Teraz nie było piękna traw i krzewów. Nie było zapachu świeżości i kwiatów. Nie było latania wśród wszechobecnych łąk. Nie było też drzewa i nie było mojej mamy.

Nagle poczułam delikatne ukłucie w ramię, a moje oczy na nowo się otworzyły.

6

— Borys idioto, co ty robisz?

— A co mam robić? Słodzę ci herbatę.

— Przecież wiesz, głupku, że lubię gorzką! Ile razy mam ci powtarzać?

— Ehh… zrobię ci drugą.

— Zostaw już, wypiję taką. Nie mieszaj tylko.

— Już to…

— Ehh… no tak. Głupi jesteś! Trzeba iść narąbać drewna. Zimno i mokro jest, a zanim wyschnie trochę czasu minie.

Gdy z trudem udało mu się otworzyć lewe oko, poczuł jak wszystko dookoła wiruje i jest pozbawione jakiegokolwiek kształtu. Każda komórka jego ciała pulsowała, a ból z tyłu głowy utrudniał skupienie. Leżał na podłodze ze skulonymi nogami oraz rękami związanymi z tyłu. Był prawie nagi. Jeszcze nie wiedział co się do końca dzieje, kiedy z nieregularnych mroczków zaczęły wyłaniać się dwie postaci. Jedna to pokaźnych rozmiarów chłop. Wysoki i gruby z czarną, rozwichrzoną czupryną. Natomiast drugi zdecydowanie mniejszy i chudszy. Miał na sobie śmieszne, niepasujące do siebie ubranie, jakby nie do końca wiedział co powinien włożyć. Dziwnie wyglądali obok siebie. Można było odnieść wrażenie, że jeden drugiego mógłby z łatwością zjeść. Tym bardziej, że obydwaj siedzieli na podłodze przy kuchence gazowej i wyciągając ręce po kubki, rozkoszowali się gorącą herbatą. Nie da się ukryć, że był to obraz, który mógł wzbudzić apetyt.

Dopiero po chwili zawieszenia zrozumiał, że to ci dwaj byli autorami słów, które jeszcze przed chwilą do niego docierały. Ich brzmienia już nie pamiętał, nie wiedział o czym była dyskusja, a jedynie ich pozbawione wyrazu głosy wciąż dźwięczały mu w uszach, odbijając się w nich niczym górskie echo. Jeden bardzo niski, donośny, drugi jakby piskliwy, trochę dziecięcy. Nie do końca jednak mógł powiedzieć, który jest który.

Przez okno wpadało delikatne światło, lecz nie dawało ono na tyle jasności, żeby móc poznać szczegóły wyglądu tych dwóch mężczyzn. Chłopak nie wiedział za bardzo jak się zachować. Spróbował delikatnie się poruszyć, ale skrępowane ręce i nogi nie słuchały jego poleceń. Sznurek nie był jakoś mocno zaciśnięty, ale jego ciało też nie miało już swoich sił, po wszystkich przejściach, których ostatnio doświadczył. Był wyraźnie wykończony, a strach dodał jeszcze od siebie swoje trzy grosze. Gdy tak leżał w niewygodnej pozycji, każdy wysiłek wydawał mu się wręcz niewyobrażalny, dlatego postanowił zamknąć jeszcze na chwilę oczy. Chciał spać. A może po prostu udawać, że to wszystko się nie dzieje, a jego tu tak naprawdę nie ma, wbrew temu co widział i słyszał? Tak bardzo chciał się obudzić gdzieś indziej. Najlepiej w domu. Już chciał być w domu.

— Ooo, co my tu mamy…? — nagle usłyszał ten niski, bardzo donośny ton głosu. Postanowił jednak nie spoglądać w ich stronę i trwał z przymkniętymi powiekami. — Borys, zobacz co my tutaj mamy. Twój chłopak się obudził.

— Nie za mocno mu przyjebałem? — odezwał się tym razem ten piskliwy.

— Eee, będzie żył. Ma siniaka na pół głowy, ale nic mu się nie stało. Tylko jakiś taki… marny. Nawet wilki by się nim nie najadły — zaśmiali się obaj.

— Zrobić mu herbaty?

— Eee… Borys, Borys. Ty to jednak masz orzeszek zamiast mózgu. Trzeba się go pozbyć, a nie ugościć jak na wigilię. Znalazł naszą kryjówkę! Przecież to jasne, że za chwilę nas podpieprzy na psy. Musimy dać mu popalić, żeby zapamiętał co znaczy zadzieranie z Chudym.

— Co masz na myśli, Kar…

— Borys, kurwa! Żadnych imion! Co mam na myśli? A zobaczysz!

— Nic wam nie zrobię. Nikomu nic nie powiem — w końcu chłopak wydobył z siebie charczący, ciężki do zrozumienia dźwięk.

— Co tam mówisz?

Otworzył szeroko oczy, a tuż nad głową zobaczył postać niskiego, chudego mężczyzny z przerzedzonymi, siwymi włosami i długim, spiczastym nosem. Co dziwne, miał on też duże, niebieskie oczy, zupełnie do niczego nie pasujące, a gdy postanowił uśmiechnąć się do leżącego chłopaka, ten zauważył, że na dodatek, brakuje mu kilku zębów. Całości dopełniała kropelka lepkiej śliny, która zebrała mu się w kącikach ust.

— Nic wam nie zrobię — powtórzył nieśmiało patrząc Chudemu prosto w oczy.

— Nie wierzę ci! Co tutaj robisz?! Skąd wiesz o tym miejscu? Śledziłeś nas? Pewnie wiesz coś więcej, tak?! — zaczął strzelać pytaniami jak z karabinu maszynowego, lecz chłopak zupełnie nie mógł zrozumieć choćby nawet jednego z nich.

— Ja o niczym nie wiem… — zaczął niepewnie. — Szedłem po prostu lasem, podczas gdy pogoda się popsuła i znalazłem tutaj schronienie. Nic więcej.

— Może mi jeszcze powiesz, że grzyby zbierałeś?! Kłamiesz, chłopcze i dobrze o tym oboje wiemy! A za kłamstwo u Chudego wiesz co jest? — mówiąc to znów paskudnie się uśmiechnął, a następnie oblizał spierzchnięte usta wykonując palcem gest podrzynania gardła.

— Naprawdę nie kłamię! — teraz już odparł to z głębszym tchem w płucach. — Chcę stąd po prostu wyjść i nigdy już nie wrócić. Przyrzekam, że nic nikomu nie powiem. Zresztą nawet nie wiem co miałbym powiedzieć.

— Nie wierzę ci! I Borys też ci nie wierzy! Prawda, gruby?

— Ja tam nie wiem, szefie. Jak dla mnie chłopak jakiś taki nie w kij dmuchał. Może by go jednak po prostu wypuścić? Widać, że zielony i może nawet trochę przygłupi.

— Czy ciebie Borys już do końca pojebało? Wypuścisz go, a za chwilę będziesz mieć tutaj piękne stado niebieskich piesków. I kto wtedy będzie mądry?

— Chłopak wygląda niegroźnie… — wielki człowiek wciąż obstawiał przy swoim, lecz robił to bez przekonania.

— No właśnie, gruby. Wygląda niegroźnie, więc zrób coś z nim, a ja idę urąbać drewno.

I natychmiast drobny mężczyzna odwrócił się na pięcie i udał się w kierunku drzwi. Zabrał ze sobą siekierę, która stała pod ścianą. Obok niej młody człowiek zobaczył ustawione dwie długie strzelby.

— Kto naprawił drzwi? — zapytał chłopak, gdy znalazł się sam na sam z otyłym mężczyzną, którego z jakiegoś powodu traktował jako bardziej przyjaznego. Nie rozumiał też skąd przyszło mu do głowy akurat to pytanie.

— No kto, kto?! Ja! Ktoś musi tutaj pracować, bo inaczej już dawno byśmy pozdychali. Słuchaj młody, miałeś cholerne szczęście, że przyszliśmy tutaj w tamtym momencie. Te wilki by cię zjadły i nic by z ciebie nie zostało. Nawet kości! Już ja widziałem takich zjedzonych przez wilki i mówię ci, nic po nich nie zostawało, także… — mówił jak nakręcony nie przestając nawet na chwilę.

— Ach tak… wilki. Już pamiętam…

— Wpieprzyły by cię na kolację i nikt by ciebie tutaj nie usłyszał. Miałeś szczęście, młody.

— Tylko… co teraz?

— Nie wiem. Musisz coś wymyślić. Chudy nie odpuści, da ci popalić, ale w ostateczności dostaniesz kilka razy po pysku, a potem i tak pozwoli ci iść w pizdu. Przecież nie będziemy cię tutaj trzymać przez całą zimę — i roześmiał się głośno, jakby opowiedział najlepszy dowcip.

— Heh… faktycznie. A może dałoby się jakoś bez tego bicia?

— Ja nie wiem, młody. Gadaj z Chudym. On tutaj rządzi. Widzisz, że ja od myślenia to raczej nie jestem.

— E, nie mów tak! Widzę przecież, że chcesz dać mi szansę, prawda?

— Nie ma takiej możliwości. Chudy by mnie zajebał, a ja wcale nie chcę być zajebany. A ty chcesz, młody?

— E… nie…

W tym momencie stracił trochę nadzieję na pomyślne rozwiązanie swojej sytuacji. Poczuł jednak, że nie jest tak do końca beznadziejnie. Miał w swoim gronie sprzymierzeńca nawet, gdy ten wcale nie zdawał sobie z tego sprawy.

— Lać mi się chce. Rozwiążesz mnie?

— Nie mogę. Chudy nie kazał.

— Oj, już daj spokój z tym Chudym. Przecież widzisz, że nic wam nie zrobię. Zresztą czym? Jesteś ode mnie dwa razy większy — na te słowa ponownie usłyszał dziwny chichot.

— No racja! — odparł wreszcie opanowując śmiech. — Pewnie bym cię zgniótł.

— No właśnie, kolego! Sam widzisz! Jestem niegroźny. Rozwiąż mnie, pójdę się odlać.

— Muszę spytać Chudego. Ja cię rozwiążę, a ty mi czmychniesz w cholerę. Ja już znam takich spryciarzy.

— Kolego, jak? Przecież przygnieciesz mnie jedną ręką, jeśli tylko będziesz tego chciał. Co ja mogę zrobić? A przecież lepiej żebym nie zsikał się tutaj na podłogę. Dopiero Chudy będzie zły jak poczuje smród w chacie, prawda?

— No w sumie. Już coś jebało jak tutaj przyszliśmy — olbrzym podrapał się po głowie usilnie zastanawiając się nad tym, co powinien zrobić.

W końcu wstał, wkładając w to dużo wysiłku i podszedł do chłopaka leżącego na podłodze.

— Ale jak coś odwalisz to masz przesrane, pamiętaj — powiedział, po czym rozwiązał sznur ściskający chłopakowi ręce i nogi.

Gdy tylko Przemek poczuł ulgę w miejscach, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się więzy, rozruszał zastałe mięśnie i udał się spokojnym krokiem za zamknięte drzwi prowizorycznej łazienki. Czuł jak stawy odmawiają mu posłuszeństwa. Cała ta potyczka dużo go kosztowała i nie był pewny czy da radę wdrożyć swój plan, który kształtował się w jego głowie od momentu otwarcia oczu. Musiał działać szybko i zdecydowanie, a obolałe ciało nie dawało gwarancji wygranej. Póki co, starał się jednak zachowywać jak najbardziej normalnie, żeby nie wzbudzić nawet najmniejszych wątpliwości co do swoich zamiarów. Wiedział o tym, że otyły facet może nie jest demonem inteligencji, ale na pewno miał jakiś instynkt, który może okazać się nawet dla niego zaskakujący.

Gdy otworzył drzwi do drugiego pomieszczenia ponownie uderzył w niego odór padliny, której się w nocy samodzielnie pozbył. Zapach jednak trudno było tak szybko wypędzić. Kilka dni w zamkniętym pomieszczeniu zrobiło swoje. Zakrył nos dłonią, a następnie rozejrzał się po małym wnętrzu. Podłoga wciąż lepiła się od krwi i zaschniętych tkanek. Tuż pod nogami ujrzał swoje ubranie. Wciąż było wilgotne, ale nie miał innej możliwości jak je założyć. Ucieczka nago była niemożliwa, a to, co leżało na podłodze, dawało choć odrobinę ochrony przed panującą na zewnątrz aurą. Nie miał tutaj kurtki i musiał pogodzić się z jej brakiem. Zdawał sobie sprawę z tego, że później będzie musiał coś wymyślić, bo bez ciepłego okrycia wieczór może okazać się niemożliwy do przeżycia, ale póki co, górowało w nim przekonanie o tym, że nie może zostać w tym miejscu ani chwili dłużej i właśnie to liczyło się najbardziej. Resztą zajmie się w odpowiednim czasie.

Rzeczywiście chciało mu się mocno sikać, więc postanowił opróżnić pęcherz. Trwało to tak długo, że sam był zdziwiony, że tyle jest w stanie pomieścić.

— Co tam robisz tyle czasu?! — usłyszał zza drzwi głos Borysa, który najwyraźniej też zauważył, że wszystko trwa nie tyle, ile zazwyczaj powinno.

Przemek opłukał dłonie wodą, a następnie pospiesznie założył wilgotne ubranie. Skarpetki były jeszcze na tyle mokre, że momentalnie przywarły mu do ciała, zlepiając się ze skórą. Na szczęście pod spodniami odnalazł też swoje buty, na widok których odetchnął z ulgą. Bez kurtki mógł sobie jakoś poradzić przez jakiś czas, ale bez butów nie dałby rady biegać po śniegu.

Gdy dopiął już ostatni guzik i poprawił spodnie spojrzał jeszcze przymrużonymi oczami na klamkę. Wiedział, że tylko jej pociągnięcie dzieli go od całej akcji, która może uratować jego życie, ale która również może okazać się klęską. Nie chciał jednak długo rozgrywać tej walki tylko w swojej głowie, gdyż to tylko powodowało dodatkowy strach. Postanowił działać i nie zważać na podszepty, które go blokowały. Zapomniał też o ograniczeniach swojego ciała i z hukiem oraz pędem błyskawicy otworzył drzwi, które walnęły mocno o boczną ścianę budynku, wywołując szokujący hałas. Nie rozglądał się dookoła. Miał namierzony cel na drzwi wyjściowe i to do nich chciał jak najszybciej się dostać.

— Co jest, kurwa?! — usłyszał gdzieś ze swojej prawej strony, ale nie marnował czasu na odwracanie się.

Szybkimi, dwoma krokami dotarł do drzwi, które następnie mocno szarpnął. Te ani drgnęły. Obejrzał się nerwowo do tyłu i zobaczył jak nieporadny, gruby facet gramoli się z łóżka i próbuje wstać, żeby do niego doskoczyć. Ponownie złapał mocno za klamkę. Tym razem chwycił ją w dwie ręce i jeszcze raz szarpnął z całej siły do siebie. Drzwi w końcu puściły i przed jego oczami ukazała się biała polana. Tuż po prawej stronie zobaczył dwa duże truchła wilków ułożone jedno na drugim, pod którymi zrobiła się sporych rozmiarów, ciemna kałuża wsiąkająca w mokry śnieg. Serce podeszło mu do gardła, ale wiedział, że nie ma czasu na zastanawianie się i wahanie. Gdy tylko chciał ruszyć przed siebie, poczuł jak wielka dłoń łapie go za spodnie, a następnie całe jego ciało leci do przodu, żeby w konsekwencji upaść. Wylądował twarzą prosto w śniegu. Nie mógł się odwrócić, ale dobrze wiedział co się wydarzyło. Tajemnicza dłoń wciąż tam była i czuł ją aż za dobrze.

— Chudy, kurwa! Chudy, chodź tutaj! — usłyszał tuż za sobą piskliwy, wołający głos.

— Co jest?! — odpowiedź padła gdzieś z głębi lasu.

— Ej, puść mnie! — zaczął chłopak. — Daj mi stąd uciec. Przecież on mnie zabije! — Przemek łapał się ostatniej deski ratunku i próbował jakoś wpłynąć na swojego oprawcę.

— Oszukałeś mnie… — ten odparł tonem, niczym dziecko.

— Muszę stąd uciec. Musisz mi uwierzyć, że nic wam nie zrobię. Pójdę i już nigdy mnie nie zobaczycie. Będziecie sobie żyć jak dotychczas i nie będzie żadnego problemu. Pozwól mi tylko pójść. Puść mnie, proszę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 45.53