E-book
7.88
drukowana A5
39.88
Wrzesień tak ma

Bezpłatny fragment - Wrzesień tak ma

Objętość:
179 str.
ISBN:
978-83-8414-249-3
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 39.88

Wraca do mnie co jaki czas. Co jakieś pięć lat. Jak w zegarku. Choć naprawdę nie liczę i nie czekam. Przychodzi systematycznie i za każdym razem napawa mnie zdumieniem. Zwykle już wtedy o niej nie pamiętam; ona o mnie zawsze.

Wyłania się posępnie z zakamarków podświadomości, krocząc dumnie i zdecydowanie ku wszystkiemu co moje, chcąc mnie bezwzględnie unicestwić.

Brzmi jak z thrilleru? To nic takiego.

Tym razem wróciła końcem lata. Zwykle bywała jesienią i końcem zimy.

Tym razem jest inaczej. Ona sama jest inna. Chyba trochę starsza i na pewno znacznie poważniejsza.

Nic, zupełnie nic tego nie zapowiadało. Czułam się tak dobrze! Dobra praca, wszystko urządzone i zapłacone, czas wolny idealnie zaplanowany według pasji, przyjaciół i erotyki. Daleko temu było do spełnionych marzeń, ale było mi naprawdę bardzo dobrze. Nigdy nie byłam zachłanna. Zawsze ciszyło mnie to co miałam. Wiem, że mogłoby być tego więcej i że inni być może mają znacznie więcej, albo nawet wszystko… mi starczało. Mi było dobrze.

Dawniej każde jej przyjście potrafiłam bardzo racjonalnie usprawiedliwić. Wszelkie komplikacje, bądź problemy natury poważnej lub bardzo poważnej, stanowiły idealny pretekst do jej pojawienia się i uprzykrzenia mi życia. Dużo o niej czytałam i śmiem twierdzić, że znacznie więcej niż inni. Ja chciałam ją poznać bliżej. Być może wtedy byłoby mi z nią łatwiej. Próbowałam nawet kilka lat ją przestudiować, ale nie udało mi się. Ona była szybsza. Wolała praktykować na mnie niż ja na niej.

Studia zamieniłam na filiologię. Skończyłam. Było mi lżej. Zaczęłam bardzo sprawnie przekształcać ją w poezję. Pomogło. Stała mi się muzą. I to było coraz piękniejsze. Kilka lat później do całej tej terapii literackiej dołożyłam malarstwo, tworząc wyjątkowo przejmującą sztukę.

Przez te wszystkie długie lata pomagało. Przez jej wszystkie wersje. Przez wszystkie etapy. Przez wszystkie twarze. Przez wszystkie postacie. Do teraz.

Teraz jest inaczej. Przyszła odmieniona. Nieznana.

Upiorna dama nie miała sobie do tej pory równych. Rozsiadła się w moim ukochanym fotelu i siedzi. Czeka, wlepiając swoje czarne ślepia w każdy mój krok.

To był koniec września. Zaraz po moich urodzinach. Przeczuwałam, że przełom wiekowy może się jakoś przyczynić, ale broniłam się już od kilku miesięcy, wmawiając sobie, że jest przecież tak dobrze. Wchłaniałam wszelkie porady pozytywnego myślenia, filozofię szczęścia według wszystkich możliwych szczęśliwych ludzi, przesortowałam otaczających mnie ludzi dla wyeliminowania wszystkich wampirów energii, podłych drani i zazdrosnych bab. Stosowałam zalecaną dietę, bogatą w czekoladę i wino. Uciekałam w spacery po plaży i niewysokie wspinaczki. Małe, roześmiane dzieci też miały pomóc; nie pomogły. Nadmiar światła, naturalnego i sztucznego, który rozniecałam zbyt wcześnie rozpalanym kominkiem i zapalonymi wszystkimi żarówkami, zagościł na dobre w mojej codzienności, a najbardziej puchate i milutkie zwierzaki na mojej kanapie.

A wszystko to dla niej. Żeby jej było trudniej przyjść. Albo chociaż łatwiej odejść. Gdyby ona przyszła w swojej dawnej wersji, to z pewnością bym sobie z nią poradziła. Znałam już doskonale sposoby udobruchania sobie mojej marnotrawnej córci. Ona jednak się postarzała. Tak jak ja.

Zdumiewa mnie z jaką nonszalancją się teraz obnosi. Jak gustownie się przechadza po całym mim życiu i z jaką łatwością zamyka mi usta.

Wracając do września.

Zawsze kojarzy mi się z deszczem. Pięknym, srebrzystym, melancholijnym deszczem. Uwielbiam deszcz. Zwłaszcza tutaj. Jest cieplejszy. Lubię dźwięk szeleszczącym gałęzi i liści wśród deszczu. Lubię odgłos odbijających się kropli o kałuże i chluśnięcia wody spod kół samochodów. Lubię zapach mokrej ziemi, szaro-brunatny kolor nieba, zmoknięte psy i czerwone parasole. Podkręcam tą atmosferę herbatą z syropem i kasztanami. Jest mi wtedy bardzo dobrze. Coraz smutniej i smutniej, ale absurdalnie dobrze i bezpiecznie. Tymczasem moja upiorna dama nie ustępuje już mi miejsca na moim ukochanym fotelu, głaszcząc mojego kota i sprawiając, że jemu też się coraz badziej podoba.

Oto cała ona! Moja własna Melancholia. Melancholia, która najpiękniejsza staje się jesienią…

1. Jesień tak ma.

Tło tej chwili wypełnia się pomału. Ma czas. Jest wczesny ranek. Za oknami gaszą latarnie. Ocieram się jeszcze o nocne zwierzenia, które nadal przysypiają w sypialni. Tak tu od nich duszno i tłoczno, że z trudem oddycham.

Pamiętam każde jego kłamstwo. Tak dobrze jakby nadal trwało. Jakby się wciąż odbywało. Jakby nie miało końca.

Mijam po drodze setki ludzkich spojrzeń. Jestem tak bardzo inna. Tam bardzo im wszyctkim obca. Im bardziej różna, tym bardziej samotna. Świat nie ma krańców, więc nie mam gdzie uciec. Błądzę tak pomiędzy tymi martwymi spojrzeniami, szukając jakiegokolwiek najmniejszego podobieństwa. Nic mnie ku nim nie zbliża. Zupełnie nic.

Coraz częściej mnie zawodzi przeczucie. Intuicja była mi niegdyś najlepszą przyjaciółką. Intuicja sprawdza się jedynie w łatwym życiu. W trudniejszym nie ma najmniejszych szans.

A tu nagle moje życie zawiło się w zaprzeczenia i paradoksy. Czy każda refleksja musi być pytaniem? Nad czymkolwiek się człowiek zastanawia, to zawsze zadaje pytania. Dlaczego nie można tak po prostu sobie rozmyślać. Bez pytań. Pytania są męczące.

Wieje mroźno około południa. Roztaczająca się nieskończenie mgła spływa po mnie znużeniem. Nic przed sobą nie widzę. Mgła pieści moje policzki. Całuje mnie wilgotnie.

Chłodne podmuchy pod kolanami i zmarznięte palce. Tak czuję ten dzień.

Gdzie zaczyna się kłamstwo?

Przystanek, gazeta i trzy zakreślone ogłoszenia. Układam sobie plan na życie. W czterech nowych kątach.

Do szczęścia czasem wystarczy jedno słowo. A czasem jedna gazeta. Może nowe cztery kąty.


Czerwienią przesycam mój nowy pokój. Pusto w tej czerwieni. A w pokoju coraz pełniej. Jest więcej książek, mimo że nie ma na czym ich układać i jest też podwójne łóżko, mimo że sypiam już sama.

Kiedy możesz czegoś po prostu nie chcieć, nie pragniesz panować nad wszystkim. Wolość wyboru rodzi pokorę. Schylam głowę i nie chcę. Nie chcę. Nie chcę. I czuję się wolna.

Kilka schodów w dół. Gubi się zasięg. Irlandzka zaparzy się wcześnie. Jak zwykle zbyt mało w niej koniaku. Może rumu. Nie wiem czego, ale z pewnością jest tego za mało.

Wieczory są coraz chłodniejsze. A te irlandzkie coraz słabsze. Za to znacznie więcej w tej piwniczce jazzu, takiego rozkosznego, pachnącego dymem i słodkim winem.

Zatrzymało mi się życie. Kieliszek za kieliszkiem. Kieliszki nie zatrzymują się tak łatwo jak życie.

Pobędę teraz sama z sobą w sekrecie. W sekrecie cichego wieczoru. W sekrecie całego roku. Może trochę dłużej. Może trochę bardziej w sekrecie.

Zeszłego roku jesień przyszła z weselem, do którego przystrojona byłam w białą koronkową i niebieskie podwiązki. Przeszła mieszkaniem w antykach i zieleniach. Odeszła z Innym. Odeszła z inna parą oczu. Lekko zmrużoną parą oczu. Zbyt kokietującą…

Z tysiącem irlandzkich myśli wracam do domu. Przez rybnicki ratusz, który zawsze najpiękniej będę wspominać w deszczu. Przez park o którym zawsze źle mówiono. Przez drogę, którą chadzałam do szkoły. Wracam. Jeszcze nie rozumiem co to znaczy naprawdę dokądś wracać.

Przypominam sobie, że zapomniałam butów z hotelu. Liczyłam, że odeślą. Nie odesłali.

2. Zima tak ma.

Zima przyszła łzami w święta. Nie jestem rozczarowana kilkuletnim kłamstwem. Wyłam z bólu. I ze strachu. Ale nie z szoku.

Ja przestaję sypiać. On przestaje być moim. Już nawet na papierze.

Mój pan były mąż i jego pani eksnowa witają mnie w moim jeszcze domu. Zostawiam klucze na pożegnanie. Zabieram chińskie filiżanki, książki i zdjęcia. Schnę. Ciało moje wysycha po raz pierwszy. Martwię się o niego. Choć wiem, że nie jest tego wart.

Każdy jego atak to była każda moja śmierć. Każdy jego pijacki weekend to było wyzwanie.

I każde jego uderzenie było po prostu uderzeniem w twarz. Nie ma metafory podniesiona ręka nad głową i jej trzask w policzek. Żadnego synonimu. Żadej liryki.

Każda jest taka sama. Identyczna do obłędu. Bolesna po śmierć. Niezapomniana po wsze czasy.

Już na zawsze wszelkie drgnięcie, choćby tylko dłonią lub powiekami przez sen, będzie kojarzyć mi się z jego atakami a każdy nawet najmniejszy krzyk, z jego szalonymi porywami a każdy chwiejący się na drodze pijak, będzie przywoływał mi na myśl jego zepsutych do szpiku kości kolegów. Z dosłowną dokładnością. Do szpiku kości.


Taki pan R (ten od jesiennego odchodzenia i od wielu innych rzeczy) przerobił mnie w zupełną ruchomość i siebie również uruchomił zapraszając na wieczorną kawę. Jeszcze chyba mi wstyd i jeszcze chyba nie mogę. A tymczasem on zupełnie bezwstydnie próbuje posiąść cześć moich majątków cielesnych. Choć nic innego nam nie pozostaje. Na nic innego nie możemy sobie powolić. Nie chce nawet nam się rozmawiać. Jest mi obcy. Kuszący, ale obcy.

Pachnie jednak tak dotkliwie, że aż mnie boli. Tak. Wdziera się we mnie jego zapach. Wystarczy, że przymknę odrobinkę oczy. Jest. Pachnie. Lekko cedrowo.

Nie chcę rozmawiać o tym co było i co mogłoby być, bo jest mi wstyd, że mi się nie udało. I że mam zaledwie dwadzieścia lat. Choć mam już siwy włos na grzywce, to gubi się pośród loków. Jedna wada zawsze się schowa pomiędzy inne piękności. Z czasem wszystko się odwróci. I tych wad będzie więcej. Albo po prostu będą lepiej widoczne… albo to już nie będą wady, a zalety. A mi już nie będzie tak bardzo wstyd.


Jadę w krótką podróż. Miała być na rocznicę.

Poczułam coś egzotycznego na swojej skórze. Niestety nie spodobało mi się. Wystraszyło mnie.

Odległość jednego kontynentu, zamiast oddalić mnie od smutków, to mnie do nich zbliżyła.

Może gdybym wierzyła w różne objawienia, zmartwychwstania i przepowiednie byłoby mi łatwiej przez to wszystko przejść. A mi się nie chce wierzyć. Mam kilka swoich teorii i się ich trzymam jak kulawy laski. Tylko tyle mam.

Złote piaski przedstawiane w prospektach, wydają się zbyt szare i ohydnie mokre. Przyklejają się do mnie z każdym podmuchem wiatru, jak do miodu, nadając mojej skórze martwego koloru. Staję się szara. Szorstka jak piach. Zimna.

Powietrze jest w barwie morza i wraz ze mną tworzy sine, niewyraźne kształty na widnokręgu. Nikt się tym nie przejmuje. Najpewniej tak już tutaj jest. Gubimy się wszyscy w odcieniach przygnębiająco taniego świata. W szarościach traci się dzień, a noc nabiera głębszych cieni.

Czuję się jak jakieś sine widmo.

Kiedy desperacko wkładam strój kąpielowy i kiedy rozszalały wiatr targa moimi włosami prawie tak mocno jak palmami przy drodze, uginając je raz w asfalt a raz w dachy, wiem że nie tak sobie wyobrażałam pobyt w tzw. ciepłym kraju.

Ulice pełne są nękających tubylców a ich zapach unosi się za mną jak tren do samego hotelu, mieszając się z aromatem kardamonu i papryki. Ich ciężkie oddechy wraz z nieprzerwaną falą gromkich okrzyków, odrażających szeptów, które dalekie były uwodzeniu, wbrew ich przekonaniu, przybrały mnie o dreszcze. Nigdy już nie zapomnę tych czarnych spojrzeń spode łba, które jarzyły się w żółtych odcieniach zachodzącego słońca, sprawiając wrażenie stęchłych. Szydziły, albo próbowały zaczarować. Trudno określić te hipnotyczne spojrzenia.

Jednak to właśnie tutaj poczułam smak prawdziwego tytoniu, gorących przypraw i złota.

Okradziona ze złudzeń, wracam wcześniej. Z ulgą i tęsknotą.

Wracam wcześniej, bo jest mi mnie szkoda. Powieki mam cięższe. Skórę też. Z żalu i tej tęsknoty.

Tęsknota potrafi być piękna. Jeśli ją rozumiesz. Jeśli ją udomowisz. Jeśli ją udobruchasz. Jeśli pozwolisz jej być swobodnie i spokojnie.

Tęskno mi za nim.

Szczególnie za tą chwilą kiedy przypala papierosa. Potrząsając wdzięcznie zegarkiem.

Tęsknota za nim jest tak boleśnie piękna. Jak dzieło sztuki.

Pięknieje sobie coraz bardziej i bardziej, aż nie do wytrzymania.

Albo jak ostre przyprawy w ciepłej zupie.


Powstaję z popiołów i już się mniej boję ognia. Spełniam marzenie jeszcze z Paryża. Sprzed paru lat. Kiedy stałam pomiędzy galeriami i cukierniami, wdychając ich każdy najmniejszy zapach, upijając się klimatem francuskich kruasantów, czekoladek, wina i sztuki. Schodząc malowinczymi schodami Montmartre, trzaskając obcasami i odsceniwując obraz z romantycznych filmów zamarzyłam sobie.

Zainspirowana otwieram sobie po powrocie pierwszą w mieście galerię sztuki.

Ma na imię Montmartre i będzie mi pierwszą z córek.

Niewdzięczną. Staję się w niej sobą.

Mam wszystko. Kilka obrazów. Mnóstwo starych książek. Kufer ze starociami i z przedmiotami tak zardzewiałymi, że aż w oczy kole.

Szyld metalowy, który bije w stare cegły jak odstraszający młot.

Stara biżuteria przechowana od pokoleń w drewnianej toaletce jakiejś przeuroczej babci, dotrzymuje mi towarzystwa. W kolorze zadymionego szafiru.

Nie trzeba mi do szczęścia nic więcej.

Tańczę i piję szampana z szalonym podnieceniem. Jestem w sobie. Słyszę swój głos. Każda głoska odbija się od tutejszych ścian z natężeniem tak głębokiego echa niczym z krawędzi wielkiego kanionu.

Czuję siebie. Jestem sobą.

Montmartre daje mi życie. Życie ze starej Francji ze sztuką młodych. Mam siebie dla siebie i z aukcji też trochę grosza mam. Nie na długo. Nie szkodzi. Pierwsze w życiu marzenie należy zapamiętać. Zapamiętać po wszelkie krańce. Zapamiętać każdy szczegół. Mój zielony fotel, okno na dachu o którym pisałam wiersze, metalowy regał na kilka pierszych wydań, różowy autoprotret, ręcznie malowane kolumny, kufry, stare, skórzane walizki, złote ramy, gipsowe rzeżby i ukochana sofka odkupiona z antyków na ulicy Powstańców.

Popijałam ze szczęścia. A ze szczęścia wbrew złudzeniom najczęściej pije się najwięcej.

Upijam się z melancholią, delikatnym, niewinnym uśmiechem. Wszystko wydaje się proste i możliwe. Naiwne, tak bardzo naiwne! Trzeba będzie za to gorzko zapłacić. Za głupotę moich dwudziestu lat.

Pan R pod pretekstem kupna obrazu powoli rozkochuje mnie w sobie coraz bardziej i bardziej. I czyni mnie kobietą jaką już dawno przestałam być.

A może nigdy jeszcze nie byłam. Może prawdziwą kobietą stajesz się dopiero u boku prawdziwego mężczyzny. Tak. On jest prawdziwszy. I kupuje coraz więcej obrazów.

Być może to także kolejne złudzenie, naiwność wieku, głupota i niedorzeczność. Ślepy błąd. Ślepa namiętność jest zawsze, po wsze czasy silniejsza od wszystkich mądrości. Zwłaszcza u ludzi tak żądnych pasji. Jak ja. Rozkoszy! Rozkoszy serca! Rokoszy duszy! Rozkoszy oczu i uszu!


I wzgórza zielone były. I jeziora spokojne. I gorące noce. I łódki. I hotele złocone. I pensjonaty. I góry i lasy. I przygody szalone. I trochę krwi. I seks na jego płaszczu. I kłamstwa. I grzech. I byłam tak młoda. I on też mimo wszystko był wciąż młody.

Chciałam się nim chwalić. Wykrzyczeć na cały świat. Wszędzie go opowiedzieć. Nie mogłam.

Wstydziłam się.


Odrobina mniej obecności wobec niego. To odrobina mniej mnie. Trzeba nam się rozstawać. Tam i z powrotem.

Trzeba i już. On mi tego nie wyjaśnia i to boli najbardziej.

Nie wiem czy wolałabym kłamstwa, byle tylko istniały jakieś słowa.

On milczy. Wychodzi. I znów milczy.

Dopiero następnego dnia zasypia z telefonem przy uchu, nasłuchując mojego szeptu.

Ja pozwalam sobie na sen dopiero, gdy z słuchawki dociera jego głęboki oddech, przeplatany pochrapywaniem. Śpi. To było prawdziwe. To mi wystarczało i uspokajało.


Kości zostały rzucone. Rzucone wprost pod nogi. Rozumiem, że tak musi być. Muszę po tych kościach przejść.

Dziękuję za tych kilka doświadczeń. Przydadzą się później.


Rozpakowuje wspomnienia. Tam i z powrotem. Smutno mi coraz częściej. Wprawdzie potrafię wyjaśnić ten smutek, ale czegoś mi w nim brakuje do całkowitego, bezsprzecznego zroumienia.

4.Wiosna tak ma

Przyspieszam.

Rozbawiło mnie to teatralne spotkanie. Wychodzę z teatru dumna i rozkoszna. Sama. Parasol trzepoce na wietrze. Łamie się. Nadal jestem sama. Zmoknięta.

Machnęłam ręką. Nie mam siły by klnąć.

Szykowne rybnickie teatralne schody wydają się nieskończone. Znów obraz jak z czarno-białego filmu.

Czerwona słodycz na rynku w mojej jazzowej pustelni smakuje wytrawnie. Czy to teatr? Czy to jazz? Czy może tylko wiatr?

Jestem sama. W głowie brzęczą monologi z teatru.

Tak mi tutaj pięknie! Pasuję tu.


Za oknem dwie wierzby. Wkrótce rozłożą ramiona i nieproszone wtargną do pokoju.

Motyle. Motyle. Motyle.

Ile jest miejsc w sercu?

Zegary też przyśpieszyły gubiąc po drodze chwile. Podobno w życiu piękne są tylko chwile…

Kieliszek za kieliszkiem żeby zwolnić.

Może żeby się przyzwyczaić. Może żeby tylko się wydawało. Czuję się inaczej.

Dedal i Ikar. Wszystkie inne abstrakcje, które widuję w lustrze są mi coraz bliższe a ja sama staję się daleka. Prawie mitologiczna.

Ciężka niczym ta wierzba. I ramiona też mam coraz cięższe.


Przywitał mnie kolejny dom. Ja też witam mój nowy dom z radością, bo ostrożności jeszcze nie poznałam. Rozglądam się. To parter z widokiem na beton.

Proszę o zieloną herbatę. W porcelanowej filiżance.

Obiecuję sobie, że to będzie prawdziwy dom. Wreszcie. Tym razem w bieli. Bez bólu poproszę.

Jest puchowy biały dywan i sofka w stylu vintage. Jest tez kilka tych chińskich filiżanek.

Podłoga jest czysta. Lśni.

Moje oczy też.

Domu tu nigdy nie będzie.

5. Lato tak ma

Zazdrość ma różne oblicza.

Czas nie leczy ran, tylko zastępuje je innymi. Większymi. Tym samym pomniejszając poprzednie.

Dni przybrały piękno słoneczników. Rozpływam się w namiętności i niepokoju. Wiem, że znów zaboli. Nie boję się. Chcę żeby bolało. Musi boleć. Inaczej nic nie czujesz, od bólu się wszystko odbija. Z bólem przychodzi zrozumienie.

Ból jest dobry. Wmawiam sobie.

Ból rodzi mądrość. Z bólu rodzi się ukojenie.

Wszelkie moje twarze przesyciły się żalem niewysłuchanych modlitw. Starzeję się z tego bólu.

Do twarzy mi.

Całował mnie w deszczu. Przeklęty. Nie deszcz! Pocałunek.

Wkładam tę niebieską sukienkę i ruszam w świat. On śmiał się z mojego kapelusza. Uroczo. Chcę być wielkim płomieniem nim zmienię się w proch!

Żagle zatrzepotały. Moje piersi też.

I wtedy po raz pierwszy pokochałam żaglówki. Fale. Fale. Fale.

Palę się. Na wodzie.


Pewnego dnia pojechałam na spotkanie z refleksją…

6. Jesień tak ma

Wrześniowe gorycze i październikowe wzgórza. Tak dobrze mi płakać na jego piersi. Bursztyn błyska. Uwielbiam jesienie. Za te właśnie bursztynowe cienie. Za aromat palonych gałęzi. Za wilgotną, miękką ziemię. Za ciepło każdego drzewa. Za kasztany i za jabłka.

Jakoś sobie jestem. Tak od do.

Jesienią możesz być,,tak jakoś’’ i ma to sens. Jesienią wszystko jest,, ot tak i już’’ i to jest piękne.

Jesienią czas liczy się innaczej. Do świąt.

Kasztanowy szelest jest nutą tych wszystkich nocy. Schnę i opadam. Jak liść. Złoty. A może wyschnięty.

Z nowego okna piękniejszy jest widok. Na północ. Cudnie jest o wschodzie słońca.

Samotnie zbyt. Lubię tą moją samotność zamykać w książkach.

Jaśminowy aromat zaprasza na chwilkę zapomnienia. Chwilę wytchnienia. Jedna filiżanka i jedna książka. Jedna ja pomiędzy nimi. Najmniej ważna.

Jeden on pomiędzy dwoma.

Jedna ja najmniej ważna.


Czytam prozaiczne reportaże z emocji. Nie lubię gazet. Rzadko pisuje się w nich o czymś dobrym. Jestem już zmęczona złymi wiadomościami. Zewsząd. Czuję się wtedy tak jakbym stała w pełnym polu, oblana od stóp do głów prawdziwym, aromatycznym miodem i nagle ze wszystkich stron, nawet tych najdalszych, pędzą oszalałe, wygłodniałe pszczoły.

Tak się czuję czytając gazety.

Te cholerne pszczozety.


Nieprzewidywalności niech się święci! Niech się dzieje. Niech się stanie.

Kręcimy się wokół siebie jak koła. Chaotycznie. Nieprzerwanie.

Koła fortuny.

Będzie co ma być. Niech sobie jest.

Kręć się, kręć wrzeciono… wić się tobie wić

Wstydż się dziewczę. Wstydż!


Odkryty dekolt. Nic więcej dla niego. Krótka rozmowa. Trochę wina.

Mijam. Mijasz. Mijamy się jesiennie. Wieczorową porą.

Wodzi palcem po moim ciele. Szuka podniecenia. Potem ja robię to samo. Szybciej.

Bliskość ma właśnie takie oblicze. Taką ją znam. U innych ludzi ta bliskość ma inny wyraz. Jakże zazdroszczę! Może się nigdy nie przekonam jaka jest naprawdę.

Rozpędzone kalendarze dobijają już do zimy. Jutro ma spaść śnieg. I też minie.


Prognozy nie sprawdziły się. Nadal pięknie czerwienieją liście i znikają gdzieś w powietrzu.

To zadziwiające, że im szybciej mu uciekam tym szybciej za mną goni.

Kolejny zakręt i zdławione łzy. Dlaczego on nie dogania mnie na tych zakrętach właśnie?

W nieznajomych twarzach wypatruję szczęścia. Coraz częściej wydaje się, że gdzieś je przegapiłam. Po drodze. W pośpiechu. Zostało gdzieś w poczekali, na przystkanu, na schodach?

Gotowa rzucić wszystko. Stoję w miejscu. Wciąż na niego czekam. Stoję i czekam. A on pojawia się kiedy chce.

I już wiem, że już dawno mnie dogonił i stoi o duży krok przede mną. Plecami.

Otulam się w kosmos, bo ku niemu jest mi najbliżej. Łączę się z moim wszechświatem. Jest mi lżej. Oddycham od końuszków palców. Tak głęboko. Wydycham wprost do ziemi.

Pakuję do torebki portfel z groszem, szminkę i siłę przetrwania. Wyruszę na kolejne spotkanie z refleksją, lecz tym razem już nie do teatru ani na wieczór poezji. Wyruszę do siebie.

Bo we mnie jest myśl. Bo w każdym z nas jest myśl.

Wracam jednak do domu. Do książki. Niepotrzebnie się pakowałam. W książkach najlepiej się myśli.

Nie wszystkie myśli są tak mądre, by się po nie fatygować. Niektóre są zwykła plamą. I stoi taka plama szydząco na półce i się głupio śmieje. Żal wyrzucić i wstyd przeczytać.

Torebka przyda się na jutro.

7. Zima tak ma

Wszelkie nadzieje i nic więcej. Jakby nic więcej nie istniało. Ponura i szara wiara we wszystko. Jestem rozstaniem i powrotem. Kompatybilna z rozterkami.

Zależności szczęścia. Zbyt wiele. Przetaczam serce po ruletce. Trafiło na 0. Nieobstawione.

Wszystko ma swoje miejsce w byciu. Po prostu na tak i na nie. Na czas i na przestrzeń. Na przyczynę i skutek. Na filozofię.

Czekam na sygnał telefonu. Bezustannie. Nawet we śnie.

Odpowiedzialna jestem ze te uczucia, które w nim obudziłam. Jestem winna.

Łóżko pode mną skrzypi. Zasypiam w jego rytm. Budzi mnie dzwonek. Spóźniam się na wykład z psychologii. To już chyba setny raz tej zimy. Trudny semestr.

Dobrze, że literatura jest później i że jest niedaleko herbaciarnia. Herbaciarnia o zapachu raju.

Pierwszy śnieg.

On delikatnie całuje moje czoło w rozkosznym uścisku a ja myślę o pewnej rozmowie, która wije się smętnie po pokoju, nie wiedząc gdzie przysiąść.

Pewnie miną lata zanim się zdobędę na tą rozmowę.

Jeszcze trochę nam poprzeszkadza jej cień.

Przemoknięte stopy. Drżę. Nie można żyć wbrew wszystkiemu. Poddaję się tej zimie. I znów się spóźniam. Tym razem na łacinę.

Jestem historią wyssaną z palca. Boskiego palca. Historią wszystkiego co moje.

Modlę się za niego. Proszę o szczęście. Zbyt zuchwale i bezwstydnie.

Kawa w tej cukierni za rogiem ma inny smak. Czekoladowy. Głupio tak się modlić przy kawie.

Chciałabym zakwitnąć w irysy. Albo chociaż w bratki.

Zimno mi. Zimno mi wszędzie. W środku najbardziej. Zimno mi. Tak bardzo zimno.


Proszę niech skończy się ten sen. I cała noc niech skończy się na zawsze. Niech będzie normalnie. Takie zamówienia na nic się zdają.

Zimno, choć palę się. Z pasji. Z żądzy. Z żalu. Z bezsilości. Zimno mi.

Mglisto. Szybko. Stolica za parę godzin schowa przede mną twarz. Usiądę na kamieniu. Tym kruchym, co zniknie za tysiące lat. Usiądę i się podenerwuję. Kieliszek na sen dziś nie pomoże.


Klucz do mnie. Lubię otwierać się w poezji. Między słowami jest wszystko.

Ludzie mówią. Istotnie lub nieistotnie. Nie rozumiem większości. Podnosimy głos coraz częściej. Tak teatralnie. Odpoczywamy milcząc. Tak lirycznie. Jesteśmy takimi anonimowymi poezjami i czytamy się między naszymi wierszami. Niektórzy tylko słuchają. Niektórzy tylko siedzą. Nikt nie czyta tego co właściwie jest napisane. Nikt nawet nie mówi wprost.

Mam wartość. Taką na wyłączność. Własna historia gdzie czas nie ma takiego znaczenia jak w innych historiach. To krótki moment wszechświata. Metafizyka przetrwania.

Przecieram ślady. Często konającym już ciałem. Ostatkiem sił. Jak w starych romansach.


Zima mrozi nam policzki. Cieszymy się jak dzieci. Za rok będziemy wspominać.

Kieliszek za kieliszkiem żeby nie przestać się śmiać.

Uśpił na chwilę żale. Uśmiecham się do niego. Uśmiech to pierwszy krok intymności.

Mówią do mnie po imieniu. Niesamowite doznanie. Rzadko słyszę wykrzyczane gdzieś moje imię i za każdym razem robi to na mnie wrażenie.

Powstajemy każdego ranka z grobu codzienności, w który składa nas wieczór. Cud. Nowi i silni. Takie współczesne zmartwychwstanie. Pocieszające, lecz krótkie jak mrugniecie powiek przed otwarciem oczu.

8. Wiosna tak ma

Gałęzie trzęsą się zrzucając resztki śniegu. Niebo się zbliża. Wyobraźnia, która może zmienić świat na razie zmienia tylko podwórze. Zielona jabłoń niebawem zakwitnie. Nie wiem kiedy kwitną jabłonie. Niespełnienia są tak żywe i bolesne, bo mogłam być kimkolwiek innym niż jestem. Kimś lepszym. Nie chciałam. Przegrałam.

Deszczowe alejki pośród drzew i kapliczek. Pięknie zamglone zielone ławeczki zapraszają na moment. Nie korzystam. Idę dalej. Zachwycona. Samotna. Tak się przechadzam po rybnickich dróżkach. Raz w poszukiwaniu pracy lub inspiracji do pracy. Raz idę na wykład a raz z wykładu. Raz idę po buty a raz do biura. Raz na kawę a raz po kredyt. Taki jest mój Rybnik właśnie. Raz idę po kremówki a raz po krakowską. Choć wolałabym żeby to był Paryż. Rybnicki ratusz byłby mi tak wielki jak wieża eiffla a bazylika byłaby mi jak sacre coeur. Jak sprzed paru laty, kiedy stałam się na kilka dni częścią Paryża.

Trzymam głowę w dole. Spoglądając na świat z dołu. Światło odbija się od błękitnych ścian, przechodzi przez parę szyb wpadając wprost do oka. Nie rozświetla myśli.

Kieliszek za kieliszkiem żeby zasnąć.

I obudzić się z poczuciem życia. Potrzebuję jakiegoś człowieka by znaczyć więcej. Sama nie potrafię sobie tego zrobić. By na śniadanie starczało sił. By zdążyć być w pełni kobietą. Jednego człowieka! Tak mało!

Pamiętam dzieciństwo.

Pamiętam palone drzewo w piecu i wysypywany węgiel pod piwnicą. Nie chcę pamiętać zapachu wódki i moczu.

Pamiętam smak waty cukrowej i klusek śląskich. Nie chcę pamiętać słodkiego smaku krwi i suchego czerstwego chleba.

Wiem, że pamięć niczego mnie nie pozbawi. Zostanie na zawsze. Dopóki się nie zestarzeję. Choć wolałabym żeby pozbawiła mnie wszystkiego. Pewnie nie byłabym dziś sobą, ale przynajmniej byłby mi lżej. Pamięć ma smak. Słodko-gorzki.

Wracam do dzieciństwa; do lekkich myśli, do podróży boso na podwórze; do koleżanki o włosach czarnych jak noc; do dobranocki kiedy był prąd; do jednej, jedynej wycieczki do zoo, kiedy był ojciec; do białych szpilek matki, kiedy była przed lub po; do tortu na dziesiąte urodziny, choć zupełnie nie pamiętam żadnych urodzin.

Zapach z mojego kieliszka też tak dużo przypomina. Łykam łapczywie każde wspomnienie. Smak wytrawny.


Krwawię. Mdleję. Nikt mnie nie podnosi.

Odejdę sobie na chwilkę. Odpocznę. Niech mnie wszyscy zapomną. Niech nikt mnie nie odwiedza.


Wytrwałość. Siła. Cierpliwość. Czy to duże oczekiwania?

Przywiązania, zależności i wspomnienia to przekleństwo niekochania.

Z miliona twarzy, które przybieram co dzień, nie znam ani jednej. Ciało staje się wyrocznią czasu. A ja mdleję coraz częściej.

Rozmawiam ze sobą. Monologiczne wyznania. Bezgłośne. Niedostępne. Prawda mi smakuje. Inni byliby innego zdania. Jesteśmy prawdą rzeczy żywych i kłamstwem rzeczy martwych.

Powietrze subtelnie kreśli moje zmęczone ciało na tle nocy. Nie śpieszy się. Przymykam powieki a ono z nonszalancją szkicuje delikatny uśmiech na dobranoc.

Boję się o jutro. Przyszłość zaczyna się w tej chwili. Przyszłość chce być idealna, choć świat się z niej śmieje. Śmiejmy się też! Może strach będzie wtedy mniejszy.

Rozlewam kawę jak każdego ranka. Tylko to zostało takie samo. Pościel pachnie inaczej. Woda jest chłodniejsza. Spojrzenie zbladło. Krew kiedyś też zastygnie. A wszystko to z pustki. Głębokiej wszechobecnej pustki.


Podle skazana wiem, że nigdy już nie dojdę do siebie. Składam te obolałe jeszcze ręce w modlitwę i proszę. Proszę. Proszę. Winny jest kredyt nie ja!

Kreśli mi się na sumieniu wyrok. W dokumentach też.

Nigdy już nie zaufam. Nikomu.

Obłoki światła spowite pierwszym wiosennym deszczem docierają do mojego domu. Oddycham pełną piersią. Jak dawniej. Jak jeszcze zeszłego roku. Próbuję zapomnieć.

Zaczekam przed zakrętem na dreszcz, który pchnie mnie w drogę. Dalszą długą nieznaną drogę.

Zostawiam otwarte okno. Oszalałam.

Prześladuje nas konieczność ciągłych wyborów. Formuła zachowania. Schemat ruchu. Instrukcja życia niektórym nadana przy chrzcie a niektórym wcale. Tak waleczni uciekamy we współczesne odrodzenie. W nowości. W psychologię. W sztukę. W grę. W alkohol.

Jak zabierać głos, kiedy nie ma w nim krzty zaufania? Nie chcę się więcej odzywać. Oddaję wszystko i wiem, że nie otrzymam nic w zamian.

Smutek może być tak lirycznie piękny. Tak kojąco prawdziwy i czysty. Radość może być tak prozaicznie zwykła. Tak prosta, zuchwała i wstydliwa.

Jestem. Raczej bywam. Będę dla chwili tylko, bo we wieczność nie wierzę.

Zaczekam na taxi lub na cud.

Wychodzę. Wrócę pojutrze.

Przechadzam się wąskimi uliczkami. Mówią, że na przedmieściach jest dusza. Poszukam jej.


Idę czytać moje wiersze. Ludziom. To ma być wieczór mojego życia!

Wieczór na kilka wierszy. Odmienił mnie.

Czytając tym kilku obcym osobom tych kilka wersów siebie, zatrzymałam sobie czas. Spojrzałam na siebie tak jakbym chciała by mnie widziano. Jak nigdy mnie nie nauczono.

Najtrudniej jest patrzeć na siebie z miłością. Nawet tego mnie nie nauczono. Nie wiem jak patrzeć z miłością. Nie wiem jak patrzeć na siebie.

Smutno mi, że wśród tych obcych twarzy i obcych uszu nie było nikogo mojego. Nikogo.

Nie mogę uwierzyć w tych kilkanaście wpatrzonych we mnie oczu. Wprost we mnie. Oczarowani. Zachwyceni. Spragnieni spijali słowa z moich ust. Z ust tak drżących ze strachu, że gubiły gdzieś po drodze słowa.

Rumieniłam się od oklasków. Płakałam z samotności.

Pragnęłam ujrzeć w tym tłumie jakąś znaną mi twarz. Nie było nikogo. Nie miałam nikogo więcej. Tak jak nie lubiłam ludzi, tak dziś stali mi tymi, których tutaj zabrakło.

Uśmiechali się do mnie i gratulowali a ja czułam się jakby były idealne święta, prawie takie jak w amerykańskich filmach.

Zapłakana stoję w deszczu naprzeciw światu. Chciałam świętować mój wielki wieczór. Zostało mi czekać na autobus. Nie miałam kogo uściskać. Nie miałam. Nie będę mieć.

Wracam sama. Świętuję sama. W deszczu. Na przystanku.

Całe życie będę pamiętac tę liryczną chwilę.

Popijam tę kolejną kłótnię między nami winem. Znów byłam sama.

Wstaję z niej jak mgiełka. Wyłącznie dla siebie. Uczę się wstawać dla siebie.

Piszę wiersz. Niech sobie jest.

Kiedyś się przyda. Może się komuś przeczyta.


Czuję się niewidzialna. Pozwalam sobie na więcej. Pewnie jestem tylko idiotką.

Kolejny raz powtarzam kwestie, by wieczorem płynie wyrecytować wszystkie żale, by powiedzieć, że mam wybór, by pokazać jak dobrze siebie znam i kiedy tylko zechcę wyjadę gdzieś daleko, by zacząć wszystko od nowa…

Kieliszek za kieliszkiem żeby wyobrazić sobie jutrzejsze przebudzenie. Jak niepewnie otworzę oczy, odsłonię zasłonki i już po godzinie znów będę w łóżku.

Nie interesuje mnie już czy będzie słonecznie, czy zapomniałam o czymś, czy wydarzy się coś nowego. Interesuje mnie wyłącznie to, że ta niepewność to jedyna możliwość. Takie to szczęście!

Mimo to planuję wakacje. Nazywam to moją osobistą abstrakcją. To jest tak skrajnie zdumiewające. Skrajnie piękne. Ja też jestem skrajna.


Zaskakuje mnie moja intuicja, która przegryza się przez mój umysł i dzieli świat na blaski i cienie.

Tym razem nic nie przewidzę. To chyba lepiej, choć strach już odbiera oddech, ale jeszcze zatrzymuje łzy.

Pęka słoik z miodem.

Wymyślam najwyższe wartości dla poprawy życia, tylko te wartości nie chcą się go trzymać

Odwracam się. Spoglądam na kogoś. Obcy zachwyca się. To wystarczy na dziś dla próżnej własnej wartości.

W tym życiu nie chodzi już o mnie. Skończyłam się. Nie wszyscy będą traktować mnie istotnie. Nadszedł czas, aby zrozumieć, iż meritum bycia istotą społeczną nie leży w szalonej pogoni za odciśnięciem się w pamięci zwykłych ludzi. Bycie kimś nie zależy od nikogo innego i dla nikogo to nie jest ważne czy mam coś do powiedzenia.

Stara szafa przywołuje dalekie wspomnienia. Zawieszam ubrania. Byle tylko całą ją zapełnić. Kocham tę szafę.

Na skali czasu zapisuje się nieuniknione. Siłuje się, aby przestać myśleć, chociaż na chwilę. Chcę odpocząć od myśli. Cokolwiek znaczy czas, ja go pokonam- wmawiam sobie. Głupia.

Ból rozdziera wszystko co mam w głowie.

Kilkanaście schodów w górę. Echo obcasów rozchodzi się po ścianach i wylatuje przez okno. Zostanę tu na kilka dni. Byle do poniedziałku. Poniedziałek to zawsze sądny dzień. Gra zawsze toczy się od poniedziałku. Przegrywasz w poniedziałek.

Pustoszeję i zasypiam.

Nieustannie trzeba wspinać się po jakiś schodach, szczeblach i bóg wie czym, taranując siebie nawzajem. Pole bitwy zaczyna się pod wzgórzem. Wieża Babel to już niestety nie wieża Boga. Widzę jak świat wokół się wspina. Ja stoję wciąż na dole i się przyglądam z obrzydzeniem.

Czy żeby być szczęśliwą powinnam stać się głupią i nieświadomą?

— proszę zamknąć oczy

— teraz proszę otworzyć

— teraz poczuje Pani oślepiające światło

Maszyna do badań struktur mózgowych. Dlatego że upadłam. Pod jedną ze stacji. Nikogo to nie obchodzi, że to przedostatnia stacja przed zwycięstwem. Tak chciałabym wierzyć.

Jestem słaba. Chciałabym unieść się krzykiem tak jak inne histeryczki. Nie zrobię tego, bo wiem, że w głębi duszy samo to, że się do tego przyznaję stanowi ze mnie panującą nad sobą i świadomą swoich wad kobietą. Kobietą.

Fascynujące jest to, że każdy człowiek mógłby mieć tyle do powiedzenia, przecież tak wiele przeżywa, tymczasem właśnie te przeżycia robią z niego niemego.

Kobiety z sali szpitalnej mają naprawdę dużo do opowiadania, ale zamyka się im usta. Lekami.

Pan R przysyła mi do szpitala czekoladki z obietnicą, że wkrótce mnie odwiedzi. Jest jeszcze na mazurach. Na wakacjach z rodziną.

9. Lato tak ma

Dzikie nadbrzeże jeziora wciska mi w stopę ostry kamień. Bosa biegnę wzdłuż brzegu.

W końcu kładę się na słońcu. Promienieję.

Dzwoni telefon. Denerwuję się. Mogłam zapomnieć ładowarki. Popijam coś mocniejszego i zapominam się na krótką chwilę. Z lekkim uśmieszkiem odbijam się od brudnego dna jeziora i pozbywam się lęku przed głęboką wodą. Zastanawiam się czy to alkohol czy po prostu wakacje.

Wieczór błyszczy podgrzewany jeszcze blaskiem ognisk a ja popijam go kolejnym kieliszkiem czerwonego wina, od dawna po prostu z zachwytu a nie z bezradności.

Taka, jaka jestem dziś to już nie będę jutro. Zapamiętać chcę jak najwięcej mnie takiej dzisiejszej.

Jestem nowa czy powtórzona, skrywana czy odkryta, kochana czy nie?

Jaka będę przy kimś innym, oddana czy nadal sama?

Skwar przedziera się przez moją nienawilżoną skórę. Rozwrzeszczane dzieci budzą mnie ze słonecznego letargu i odchodzę. Spoglądam jeszcze za siebie i melodramatycznie wzdycham, że, to ostatnie urlopowe popołudnie.


Życie jest na wyciągnięciem dłoni. Tak bliskie i dostępne. Wszystko potrafi być łatwe i możliwe. Żyć trzeba chcieć a nie rutynowo patrzeć w garnki, spacerować co niedziele tą samą alejka czy wciąż powtarzać te same idee. Żyć należy kochać.

Należy co jakiś czas złapać taxi do wielkiego miasta, wpaść w wodzę romansu i z kobiety tradycyjnej stać się szaloną pełną życia damą. Trzeba zatańczyć dla kogoś i nie żałować. Negliżując wszystko. Należy nigdy nie dopuścić by po kilkudzesięciu latach mieć wątpliwości, że tak niewiele się przeżyło i żeby w tym wieku mieć w ogóle jakiekolwiek wątpliwości, choć wygląda na to, że to niemożliwe a po tych kilkudziesięciu latach juz prawie pewne.

Życie to prezent, który powinieneś otworzyć od razu a nie dopiero po przyjęciu jak wyjdą goście. Ach, jak to się łatwo mówi!

Wichura, trochę deszczu i dwa grzmoty.

Wiadomości. Kobieta trafiona piorunem. Przeżyła.


Znów jestem w szpitalu. Nie od pioruna lecz od kolejnego omdlenia.

Chodzę po omacku i wreszcie docieram przez lekko uchylone drzwi do pokoju, oddychającego dwiema starszymi kobietami. Już śpią. Silny wiatr uderza z nieposkromioną siłą w stare okno, trzepocąc nim i sprawiając, że wyobrażam sobie jak okno roztrzaskuje się i jego mała cząstka grzęźnie w moim oku.

Mam wrażenie, że dzwoni telefon. Wczuwam się w to rozjuszone podwórze za oknem i próbuje sobie przypomnieć jego twarz. Nie potrafię, choć minęło zaledwie kilka dni.

Któraś z Pań wzdycha przez sen. Czuję się bezpiecznie.


— jeśli będzie dobrze to wyjdzie Pani w poniedziałek- mówi z uśmiechem

Podobno jak mówią piosenki, męska rzecz to być daleko a kobieca wiernie czekać. Zrozumiałam, jakie to trafne ujęcie różnic miedzy nami, choć niektórym mogłoby się wydawać, że trochę niespreawiedliwe a ona daje tak wielkie szanse kobiecie by rozwinąć skrzydła i przede wszystkim nieograniczoną wolność. A wszystko to przypieczętowane wiernością i cierpliwością. To połączenie uczciwości i oddania z niezależnością i pasją tworzy harmonijną całość prawdziwości kobiety. Mogłoby się wydawać. Gdyby tylko spojrzeć inczej.

Mężczyźni po prostu są daleko. I niech robią co chcą.

My jesteśmy dla nich a oni dla nas. Wszyscy chcemy być dla siebie byciem idealny. Czym ono jest?

Synchronizacją, harmonią i dopełnieniem?

Pięknem, seksapilem i feromonem?

Mądrością, rozsądkiem i etyką?

Wiarą, nadzieją i miłością?

Dla mnie już samo bycie dla kogoś jest czymś najzupełniej idealnym.

To szczyt wszelkiego dobra. To ofiarowanie siebie.

To najczystrza z miłości.

Prowdopodobnie wystepuje tylko na płaszczyznie macierzyńskiej.


Gdzie tak naprawdę jest szczęście? Ludzie mawiają, że za szczęściem trzeba gonić po całym świecie, inni zaś powiadają, że trzeba mu dopomóc, inni z kolei twierdzą, że prawdziwe szczęście jest najbliżej.

Kiedyś też słyszałam, że szczęścia nie ma. Jest po prostu akceptacja tego, co jest. Szczęście to akceptacja.

Myślę.

Rodzimy się szczęśliwi a potem tylko akceptujemy zmiany.

Znów dzwoni. Serce wali mi jak oszalałe, więc jak tylko podnoszę słuchawkę tak drugą ręką szukam paczki papierosów w dużej czerwonej torbie. Odpalam. Przytakuję.

Głos w telefonie na chwile zamilkł i pyta.

Myślę do czego jestem podobna a właściwie to, czym metaforycznie mogłabym być?

Dużą czerwoną torbą podróżną.

W szpitalu nie wolno palić. Wychodzę więc kilkanaście razy dziennie i nocnie na podwórze.


Pielgrzymujemy. Od serc do serc. Strudzeni wciąż szukamy właściwej drogi. Czasem lepszej a czasem po prostu tej jedynej.

Dążmy drogą do odkrycia tajemnic poprzez dobro i zło a nie drogą do wyimaginowanego szczęścia, bo na końcu zawsze jest rozczarowanie, chyba że droga będzie na tyle łaskawa, że wskaże prawdę a my na tyle mądrzy, by ją dostrzec i wtedy należy zawrócić, lecz jeśli nie jesteśmy gotowi do poświęceń to nie podejmujmy kroków ku spełnieniu, bo wrócimy przegrani.

Jednakże czy warto błądzić i podawać się próbą tylko dlatego, że nie wierzymy, że osiągnęliśmy szczęście już przy narodzinach? Wrodzone szczęscie, tak po poprostu. Ot tak!


Za dużo tego lata jest deszczu. Żółkną liście i wylewają rzeki.

Trzy stany skupienia. Potrafię myśleć płynnie. Zdarza się, że jestem stała w koncepcji a czasem ulotna bez większego zastanowienia.

Podobno żeby odepchnąć złe myśli należy szybko zadać sobie ból. Wystarczy nawet tylko się uszczypnąć i uwaga skoncentruje się wyłącznie na fizycznym bólu. Czyżby tak proste rozwiązanie mogłoby leczyć mój smutek? Jestem zdumiona tym, że o czymś takim można przeczytać w książkach, które okrzyknięte zostały bestsellerami.

Kiwa mi się głowa. Oj kiwa się coraz częściej. Z niewdowierzania najcześciej. I od wina.

Na mój gromki chichot Pani w niebieskim żakiecie odpowiada- masz racje. Ciesz się póki jesteś młoda.

Przeraziłam się. Jak to możliwe, że na starość posmutnieje? Może nawet zgorzknieje i przegnije jak stara gruszka. Jeszcze bardziej.

Taka niemiła perspektywa pozostawia na twarzy już jedynie delikatny uśmiech.

To właśnie efekt, kiedy ludzie szukają szczęścia zbyt wysoko i próbują naprawiać świat nie zaczynając od siebie. Nie wiedząc, co jest naprawdę ważne wytworzyli obraz szczęścia zupełnie im odległy i niedostępny.

Siadam na brzegu łóżka i uczę się przyjmować i zdobywać świat takim jakim jest. Lubię go właśnie takim. Lubię się do niego śmiać. Albo z niego.

Dojrzewam. Krystalizuję się. Spocznę dopiero kiedy uznam, że doznałam skrajnie złego i dobrego. Niestety może być już za późno.

Słyszę dochodzące za okna rytmiczne okrzyki. Wpatruje się przez szybę a oni jakby ze skrępowaniem wskazują na mnie palcem.

Chowam się za firanką.

Cóż za absurd. Cóż za sen.


Przyjęłam bezpieczną postawę. Postawę obserwatora. Kogoś trzeciego. Korzystam z życia nieskalana zależnością i niewdzięczną odpowiedzialnością.

Jestem wierna, ale nikomu niepodległa. Bezpiecznie. Chcę żeby było bezpiecznie. Wiernie.

Staję się sobą. Już nie uciekam od własnego ja.

Na mnie już czas. Sa takie moje chwile, czasem nawet moje lata, że czuję wyrażnie, że to mój czas. Mój. Dla mnie. Na mnie. O mnie.

Wkładam zegarek na zatrzask, jednym ruchem podkreślam oczy i wychodzę na spotkanie z życiem poza szpitalem. Wracam do domu.

Na spotkanie z iluminacją. Na spotkanie ze spektaklem psychodelicznej codzienności. Z marnością i grzechem.

Opieram się plecami do drzewa, bo przeczytałam, że w któreś z kultur starożytnego wschodu w takiej pozycji przyjmuje się największą siłę i odprężenie z natury.

Pomaga. Wychodzę mu na spotkanie.

Tuląc się do drzewa. Dotykając ziemi. Matki.

Pomaga. Oddycham. Oddycham siłą natury. Oddycham całym wszechświatem.


Chodzę na rozmowy o prace. Na jednej z nich, Pan szef nachalnie wpatrywał mi się w dekolt. Na drugiej okazało się, że wynagrodzenie starczyłoby mi na zakup zaledwie kilki par skarpetek na zimę. Na trzeciej kazano mi wciskać beznadziejne oferty. Na czwartej od młodej studentki żądali doświadczenia przynajmniej kilkuletniego. Na piątej należało wydzwaniać po domach z ankietami o duperelach. Na szóstej miałam robić zdjęcia odkurzaczom.

Po każdej musiałam leczyć nogi z obrzęków po wysokich obcasach. Taki zysk.

Pan R w niczym nie pomaga.

Wydaje mu się chyba, że ja do życia potrzebuję tylko perfum. I czerwonego wina.

Oczywiście w tym jednym ma trochę racji.


Świat jest tak wspaniale podzielony na męski i żeński. To taka erotyczna fizyka, gdzie sprawdza się, iż przeciwieństwa się przyciągają. Im bardziej jestem zróżnicowana to większe prawdopodobieństwo, że przyciągnę bardziej prostego osobnika, co pociąga mnie ku temu by stawać się coraz ciekawszą i pożądliwą.

Wygodniej jest mi myśleć, że męski instynkt mnie podnieca. To niezwykła umiejętność kochać pomimo czyjegoś nieopanowania swej natury, lecz upokorzeniem jest kochać wbrew moralności. Związek nie powinien kojarzyć się z wyrzeczeniami i z podejmowaniem poświęceń. Mi się jednak tak kojarzy. Co zrobić? Zresztą mi się niewiele rzeczy dobrze kojarzy. Takie urazy z dzieciństwa.

Leżę naga w ukochanych ramionach i dochodzę do wniosku, że wbrew opinii o zmienności kobiety, pewne wartości pozostają niezmienne.

On całuje moją dłoń a ja czuję jak wszechświat składa się z nas. Przytulam się i zasypiam.

Wiem, że jutro wszystko może być inaczej. Być może nie tak jak bym chciała, więc zapamiętuję jego ciało na pamięć jak szkolny wiersz, by kiedyś z drżącym sercem wyrecytować go z pamięci.

Podobno jest taka myśl, że kochając wracamy do raju…

Jednakże raj znany jest nie tyle z piękna, co z pokusy. Kochając, wracamy do pierwotnych wyborów i konsekwencji.

Boję się nieskończoności. Zupełnie odwrotnie niż wszyscy. Ja chcę żeby istniała skończoność. Nieskończoność jest nieznana. Wolę kochać w raju, który kiedyś się skończy.

W raju z Panem R te końce są bardzo wyraźne.

Na początku był wybór.

Wybieram więc zdrową miłość. Kilka ostrych słów. Spakowane rzeczy i do zobaczenie gdzieś przypadkiem. Od tej pory czuję tylko pocieszające poklepywania po ramieniu. Nic więcej. Żadnych tęsknot ani żalu. Nawet złości. Jak za pstryknięciem palca skasowałam człowieka? Miłość nie powinna być tak skomplikowana i trudna. Jestem obolała z tego uczucia. Choć niczego tak nie pragnę jak tego, by znów zadrżało mi serce.

Wszystko mija. Rzeczywistość potrafi oczyścić mnie ze wszelkiego entuzjazmu.

Bezustannie zastanawiam się gdzie on teraz jest. Czy podaje kawę, czy może śpi? Czy podaje kawę jej czy komuś innemu? Czy śpi z nią, czy sam?

Kilka słów odegnało złudzenia.

Gdzie jest ten czas, kiedy wszystko było zaplanowane?


Powoli wszystko się pode mną pali. Zgubiłam się. Już nie odnajdę właściwej drogi. Pozostanie tylko ciągła ucieczka. Nie potrafię zasnąć. Jak na wielkim okręcie kołyszą się we mnie myśli. Tak dalece od brzegu.

Już nigdy nie będzie tak samo jak dawniej. Stracona niewinność naszych nocy być może kiedyś stanie przede mną nad ranem i z powątpiewaniem zapyta- co dalej.


Dwa kryształowe kolczyki, które przywiózł z wakacji. Z wakacji z rodziną. Jak talizmany szczęścia są dziś jak kamienie uwiązane do nóg.

Tak wiele zdobyłam i tak wiele przegrałam. Losem loteryjnym kręci się dziś świat.


W kilku dokumentach spisany ciąg dalszy. Prawny i ostateczny. Za ten niespłacony kredyt.

Uciekam. Biorę ten mój świeży dyplom i nowy płaszcz. Zostawiam wszystko inne. Łącznie z rybkami, szafą pełną wspomnień, kilkuletnim dorobkiem, drewnianą szafkę, jaskółkę w metalowej ramie, stary żyrandol ukochany, serię zbieranych przez te wszystkie lata filiżanek.

W przestrzeni przeistoczenia. Przy płomyku zapachowej świeczki i przy herbacie z czerwonych róż. Rozżalona. Tak bardzo mi przykro. Tak bardzo mi żal.

To nie będą tylko zwykłe wakacje. To będzie naprawdę dużo więcej…


Pakuję i rozpamiętuję. Te wszystkie chwile. Od pierwszej gorzkiej krwi. Od szkolnych ławek. Od welonu i pogrzebów. Od marzeń spełnionych i niespełnionych. Od egzaminów. Od wyników. Od kredytów. Od domów. Tych dużych i tych małych przytulnych. Tych moich wynajętych i już prawie kupionych. Od Paryża. Od Tatr wspaniałych. Od grzybów. Od matki. Od złotówek. Od białej zimy. Od kilku sukcesów i kilkunastu porażek. Od przyjaciół, którzy nigdy nimi nie byli i od koleżanek, które zasługiwały na więcej. Od stosu ukochanych książek i od 250 moich wierszy. Od śląska.

Zostawiwszy wszystko. Jak na ostrzu noża. W słoneczną dal.

Uciekam.

Pan R ucieka ze mną. Ale szybko wraca.

10. Kilka granic dalej tak ma

Nie ma już przystanków, co w zamyśleniach stały, ani drzwi na dwa razy zamykanych.

Tutaj nie trzeba. Tutaj już się nie boję.

Nie potrafię się nawet przywitać w tutejszym języku, ale czuję jakbym wróciła do domu.

Mamy malutki pokoik i nową babcie, która na przywitanie serwuje zapiekankę ze szpinakiem.

Zbieram pierwsze muszle.

To nie sen. To dzieje się naprawdę. Czuję, że jest to najprawdziwasza prawdą jakąkolwiek poznałam. Czuję realność bez bólu — i to jest niezywkłe.

Poznaję z bliska najstarsza historie świata. Spaceruję. Podziwiam. Zapamiętuję i wiem, że zostanę. Nie ze strachu czy z wygody. Tylko z miłości. I z tej nieznanej mi dotąd realności.

Nie sądziłam, że greckie plaże są aż tak szczerozłote. Jak drobne ziarenka przemykają przez palce, mam wrażenie jakby uciekał mi wszelki skarb świata.

Nie rozumiem wiele wokół, ale dopiero teraz zaczynam rozumieć jaka byłam delikatna i łagodna. Jaka lękliwa. Jaka płochliwa. Jaka przerażona. Jaka młoda. Jaka mała wobec tego wszystkiego co było. Jaka malutka wobec tego co jest i jaka niewidzialna wobec tego co dopiero będzie.

Pierwsza najważniejsza lekcja to piętnastonastogodzinny dzień pracy.

Chcę sobie troszkę pocierpieć. Będzie mi przyjemniej odpoczywać.

Poznaję smak czarnej whisky. Poznaje jak obcy jest mi tutaj pan R. Kolejny raz otwieram oczy po kilku straconych latach. On nie pasuje do mojej tutejszej realności. On swoją, jedyną zostawił w Polsce.

Mijają miesiące. Uczę się. Doznaję piękniejszego świata.

Pierwsze czarne pręgi na plecach i ostatnie pożegnanie. Pan R wraca do domu. Do swojego.

W mojej nowej prawdziwości nie akceptuję krzywdy.

Jakże mi pięknie!


Noce są tutaj długie jak światło latarni i hałaśliwe jakby każdej nocy był sylwester.

Uwierzyłam w marzenia.

Cofnęłam się w czasie. O trzy tysiące lat.

Jest mi tak spokojnie. Przytulam się do akropolskich skał. Są gorące. To chyba najcudowniejsze przytulenie jakie zaznałam. Czuję, jakby przytuło mnie kilakdziesiąt matek równie mocno mnie kochających.

11. O kilka marzeń dalej. O kilka spokojnych myśli dalej. Jest mi cudownie

Porwana na wielki statek. Na pierwszy raz.

Odpływam sobie po świat. Wiem, że im dłużej będę sobie płynąć i tak zatoczę koło. Dobrze mi z tym. Kołyszę się na coraz większych falach. Z dnia na dzień. Z fali na falę. Płynę. Płynę. Płynę.

Zapatrzyłam się w czerń. Tajemniczą, mądrą i szlachetną czerń. Czerń tych oczu. Marynarskich.

Tych, które mam przed sobą, które z niedowierzaniem patrzą, które lazurem okrywają się co noc, które skrywają tyle prawd. Które chronić chcą i pieścić.

Nie liczę już godzin ani pór roku. Liczą się tylko chwile. Te skradzione potajemnie.

Wydaje mi się, że to już chyba rok. Może trochę więcej. Płynę wciąż.

Pan M.

Na dłoniach podaję mu tort. Calusieńki czekoladowy. Takie też będą najbliższe late. Calusieńkie czekoladowe. Nie ma na nim świeczek.

Czuję tak jakbym przez anioła i diabła dotknięta jednocześnie. Okryta złotem i węglem.

Mieć w sobie tę siłę. Tą wieczność. Tę potęgę wszechświata.

Mieć w sobie nadzieję.

Widzę w nim wszystkie swoje myśli, całe poprzednie życie, tajemnice, kłamstwa, śmiech. Widzę w nim siebie. Dokładnie taką jaką jestem. Ni lepszą, ni gorszą.


Ponieważ pewność mnie gubi, daję się ponieść niepewności, niczego nie oczekując. Uwielbiam niepewność.

Nieprzewidywalność jest mi najlepszą siostrą. Czuję się z nią bezpieczniej. Absurdalnie bezpiecznie.

U stóp wielkich wysp wraz z Panem M karmimy mewy. Jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd. Pewnie dlatego, że nie wiem co przyniesie jutro.

Ani za chwilkę. Ani nigdy.

Robimy nasze pierwsze zdjęcia. Moje czarne loki rozwiewa wiatr a moje delikatne ciało rozwiewa podniecenie.

Na plażach najpiękniejszych wysp, tak złotych niczym bajkowe eldorado, zapominam się.

Gdyby to był sen, byłby to sen, który warto by opisać w powieści.

Powieści zaa wichrowych wzgórz.

Na ryneczkach, gdzie mieszają się oddechy turystów z aromatem balkonowych kwiatów, wiszącymi nad głowami tak nisko, że ich płatki pieszczą nam policzki, zamykam oczy pośród tych baśniowych uliczek, bo moje oczy nie potrafią znieść takiego zachwytu i łzawią.

W okolicznych pamiątkowniach dopatruję cudownych filiżanek, które pięknie będą się początek mojej nowej kolekcji. Z odległości słyszę już grającą pod oddechem porcelanę i widzę jak tańczy pomiędzy moimi palcami. Balet mojej filiżanki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 39.88