E-book
4.1
drukowana A5
15
Wreszcie

Bezpłatny fragment - Wreszcie


Objętość:
76 str.
ISBN:
978-83-8245-014-9
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 15

[Słowem chciałbym Cię przywitać]

Słowem chciałbym Cię przywitać

Na mą postać wiernie padłą

Nie odpowiem na 100 pytań

Odpowiedź tu znajdziesz żadną


Każdy może tędy przejść

Każdy kto zgubiony w świecie

Tu okropna wiedzie wieść

Przez nią w drogę ruszać będziesz


Tutaj jedno poznasz braktu

Czas nikomu nie da spadku

Czas nie skończy się nie w porę

Potwór zawsze jest potworem


Tym potworem żem ja sam

Z takiej strony siebie znam

Nie ma w świecie i poczwary

Co by gorsze gotowała czary


Nie ma w świecie większej zgrozy

Nikt takowej nie ułożył

Wiersze pluć

Nie znajdziesz mnie tam

Gdzie bywałem

Już od dawna nie wędruję

W tamte strony


Niepozornie marne życie

Zmarnowałem

Mimo starań ten tonący

Utopiony


Grzechem byłoby nad sobą

Płakać

Kiedy brak ochoty znowu do

Przeżycia


Kiedyś młody Janek

Życie łapał

Kiedyś było inne, dziś jest

Dzisiaj


Nie zmówię dziś pacierza

Bo i po co

Lecz nie będę też zamawiał

Dla się miejsca


Choć tak spieszno się zakopać

Każdą nocą

Nie usłyszę w cudzych ustach

Swego wiersza


Bursztynowe plaże

Też nie dla mnie

Ani pokój w hoteliku

W Wiśle


Z taką gębą Cię wołają

Chamie!

Urząd też dodatku

Tu nie przyśle


W konsekwencji bycia

Samym sobą

I w następstwie bycia

Sobą samym


Znów nie mogę być

Inną osobą

Tak za życia w cztery ściany

Pogrzebanym


W konsekwencji życia

Dzień po dniu

Ugięty pod każdą stroną

Świata


Mogę w ten monitor

Wiersze pluć

W urzędach już zabrakło dla mnie

Kata


Tararararara

Parararararapa

Tarararararara

Paraparaparapa

Wreszcie

Wracam wczorajszą nocą

Na skrzydłach północy

Która wciąż świeci ślepo

Na pousypiane serca

Nie porywa ich dźwięk

Który lekkim deszczem

W bezchmurny półksiężyc

Opada na balkonowe kafelki

I drażni szybę w oknie


Sam na stałe

Z ciemnością, która wciąż

Wyciąga po mnie ręce

Kalecze własny umysł

Niedopracowanym tchnieniem

Pozbawiam się uroku

I ładu, bo tak przecież

Łatwiej żyje się wśród śpiących


Osamotniony

Daleko od morskich

i oceanicznych łowisk

Wędkuję nad marną rzeczką

Która teraz

W środku zimy

Tylko straszy zmarzliną


Nie poddawaj się

Krzyczą do mnie Ci

Którzy jeszcze wierzą w marzenia

Którzy jeszcze je mają


Wreszcie stanę

Przed obliczem

W które patrzeć nie można

Zaleje się łzami

I spadnę w przepaść

Tam gdzie moje

Nieuniknione miejsce


Wśród tych

Którzy przegrali swe życie


Myślę sobie:

“Jeszcze oddychaj

Póki czas

Nie nakazał Ci kończyć”


Dlatego piszę te słowa

By wypełnić mój świat życiem

Milczenie

Między Bogiem a prawdą

Pozostaje nazbyt dużo

Tę przestrzeń trzeba przecież

Jakoś zagospodarować


Nie ma czynów ostatecznych

Rzetelnych i właściwych rozwiązań

Są tylko chwilowe

Tymczasowe wahania


Słowem budujemy

Dajemy nim życie

Depczemy nadzieję

Niszczymy światy


Nim tworzymy ideały

Niemal prawdziwe

Regionalne bóstwa


Gdzie podziała się Wieża Babel

Gdy trzeba znów

Zalepić usta człowiecze


Gdy znów

Tłumaczymy się

Na wszystkie sposoby


Jeśli pragniesz wreszcie

Naprawdę poznać Boga

Zacznij milczeć


Bo On powiedział już

Wszystko co trzeba

Tymczasem

Chce być silny i uparty

Jak czas

Ten, który nigdy

Nie poprzestaje na wysiłku


Który z sobie wyznaczonym rytmem

Wciąż dąży do spełnienia

Który pędzi do celu niespiesznie

I nie poprzestanie na ostateczności


Czas niepokorny, bezkompromisowy

Pewny swego i nieugięty w działaniu

Taki który przyspiesza

Wiedziony jedynie ciężarem swej woli


Nieograniczony i bezbrzeżny

Któremu nie można nic zarzucić


Pragnę być niepokorny jak małe dziecko

Marzyć jak młodzieniec

Być zdrowy i silny, jak wchodzący w dorosłość


Nie chcę znów być zgorzkniałym staruchem

Który nie kocha niczego

Poza swoimi przyzwyczajeniami


Być taki jak czas, który niczego się nie boi

Dokoła

Nie unikniesz czasów rozterki

Które względnie przygasłe

Wreszcie

Oblepią Cię dokoła


Otoczą zmarzliną

Zawiodą do dobrych czasów

Dobrych, ale i takich

Których już nie będzie


Strzegąc ich nienaturalnego

Wyolbrzymionego piękna

Będziesz znów i znów

Wpadać w nieczułą zadumę


Tak to było

Ale już nie będzie


Tylko tak, stąpając

Po tym mizernie kruchym lodzie

Możesz albo wejść na brzeg

Albo wpaść w nieznane


Niby znasz te strony

Te wody

Te drzewa nad jeziorem


Teraz brzeg stał się

Bardziej stromy

A lód przyciąga

Jak podwodny wir

Wprost w dół

Nie szukam już spopielenia

Te pisajdła popisane kiedyś w końcu zeżrą mnie

Wciąż zaprzeczam w mych przeczeniach

Ta zaleta wątpliwości tworzy z mojej jawy sen

Nie mówię już: “do widzenia”

I staram się, by każdy problem nie przemieniać w wielkie G.

Wymieniam znaczki od niechcenia

Patrzę wokół siebie, by na pierwsze miejsce nie wszedł cel


A potem lecę w dół jak kopalniany koń

I ślepo wierzę w to. że jeszcze kiedyś wyjdę na powierzchnię

Pod zimną wodą przechodzą mnie dreszcze

Lecz wciąż pamiętam, jak gorąco może być w mieście

I wreszcie, nareszcie czuję się jak Palma w cieście

A ciepłe miasta tło tworzy pomarańczową tęczę

Tylko czemu już nie widzę jego piękna tak, jak kiedyś

Czemu po mej głowie wciąż łażą kilometry podziemi

Czemu jednym słowem nie można ludzi zmienić


A potem poprzewracany sen, z boku na bok

Szybko zmienia mi pozycję

Znów poplątany gdzieś

Nie potrafię ciągle jasno myśleć

I taki porzucony teść

Już nie czeka kiedy znów do niego przyjdę

Za złą wieścia idzie wieść

Że już trzeźwo nie potrafię myśleć


Choć skarlały w swoim duchu

Choć poddany pod rozsądek

Już nie umiem stary druhu

Znaleźć w tym tekście jakiś wątek

Więc zakończe go bez kropki

By ciągnęły za nim plotki

By przeskoczyć raz przez płotki

Na końcu każdej zwrotki

Słowa w zdania

Tak przerzucam słowa między zdania

Wrzucam je pod kontrast rozpoznania

Słowa, które budzą się po czasie

W gwarze ludzkich uczuć i hałasie


Te na skrzydłach i te pod pazuchą

Przedzierają się przez morza nogą suchą

Te podwodne i piekielne razem

Skryte w przepaść pod ruchomym włazem


Słowa, których chciałabyś codziennie słuchać

I te które szepczesz czasem mi do ucha

Słowa, których czasem żałujemy

Choć tak bardzo mówić ich nie chcemy


Wszystkie naraz i każde z osobna

Chowam w kieszeń zamiast sztabek złota

Kiedyś może, któreś z nich się przyda

Gdyby tak coś mogło się na dłużej przydać

Przyczyna

Zimą szukam szybko

Ostatecznych rozwiązań

Święta przyjdą zanim

Dobrze zdążę tu posprzątać

W mojej głowie pełno

Zakamarków poskrywanych

Nim rozwiążesz pęta

Lepiej przytknąć je do rany


Po zimie przyjdzie wiosna

Która czasem chłodem bije

Chyba kupię szalik

I podwiążę sobie szyję

Czapka też się przyda

Już po wiośnie tego lata

Chciałem mieć młodszego

Ale mam starszego brata


Bo zimową wiosną

Lepiej myśleć już o lecie

Już przestaje myśleć

Zanim znowu przyjdzie jesień

W końcu nie powabny

No i bezkompromisowy

Kupię sobie grzejnik

By podgrzewać tymi słowy


Gorąc też bić może

Nawet po zimowym lecie

Czapka nie pomoże

W mej podróży po tym świecie

Szalik podwiązałem

Już niestety na supełek

Zanim go rozwiąże

Znowu będzie ze mnie berek


Tak więc zimą tego lata

Znowu śpiewam tę piosenkę

Święta znów za pasem

Dzieci cieszą się prezentem

No i znów Mikołaj

Pracuje w nadgodzinach

Czemu tu znów śpiewam

Jaka tego jest przyczyna

W czarna wodę

Szczęście barwną grozą

Do mnie szczerze się uśmiecha

Pod skorupą morze

Zgarbionego dniem człowieka

Wśród wszystkich rozwiązań

Nie znajduje dobrych skutków

Co mi życie rozda

Gdy nie wpuszczam tutaj ludków


W swojej samotności

Czarno widzę we mnie strzygę

W dzień obgryzam kości

Nocą poszukuję przybłęd

Sam w żółtym pokoju

Wypisuję te głupoty

I nie zasnę znowu

Póki nie zarobię złotych


Dziecię patrzy na mnie

Jakby patrzeć już nie mogło

Może w końcu zaśnie

Jeśli w zamku zmienię godło

Zmiana ta życiowa

Dopomoże w urodzaju

Nim opadnie głowa

Pozłocona skutkiem żalu


Sam na sam z odbiciem w lustrze

Barykuję właz

W tym pokoju pełnym luster

Powykrzywiana twarz

Analiza wykazała

Żem tu ciągle sam

Człowiek w lustrze nie ma ciała

Nawet gdyby chciał


W moim świecie ciągle widzę

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 15