E-book
Bezpłatnie
Wreszcie

Bezpłatny fragment - Wreszcie


Objętość:
49 str.
ISBN:
978-83-8245-014-9

Pobierz bezpłatnie

Wreszcie

Wracam wczorajszą nocą

Na skrzydłach północy

Która wciąż świeci ślepo

Na pousypiane serca

Nie porywa ich dźwięk

Który lekkim deszczem

W bezchmurny półksiężyc

Opada na balkonowe kafelki

I drażni szybę w oknie


Sam na stałe

Z ciemnością, która wciąż

Wyciąga po mnie ręce

Kalecze własny umysł

Niedopracowanym tchnieniem

Pozbawiam się uroku

I ładu, bo tak przecież

Łatwiej żyje się wśród śpiących


Osamotniony

Daleko od morskich

i oceanicznych łowisk

Wędkuję nad marną rzeczką

Która teraz

W środku zimy

Tylko straszy zmarzliną


Nie poddawaj się

Krzyczą do mnie Ci

Którzy jeszcze wierzą w marzenia

Którzy jeszcze je mają


Wreszcie stanę

Przed obliczem

W które patrzeć nie można

Zaleje się łzami

I spadnę w przepaść

Tam gdzie moje

Nieuniknione miejsce


Wśród tych

Którzy przegrali swe życie


Myślę sobie:

“Jeszcze oddychaj

Póki czas

Nie nakazał Ci kończyć”


Dlatego piszę te słowa

By wypełnić mój świat życiem

Milczenie

Między Bogiem a prawdą

Pozostaje nazbyt dużo

Tę przestrzeń trzeba przecież

Jakoś zagospodarować


Nie ma czynów ostatecznych

Rzetelnych i właściwych rozwiązań

Są tylko chwilowe

Tymczasowe wahania


Słowem budujemy

Dajemy nim życie

Depczemy nadzieję

Niszczymy światy


Nim tworzymy ideały

Niemal prawdziwe

Regionalne bóstwa


Gdzie podziała się Wieża Babel

Gdy trzeba znów

Zalepić usta człowiecze


Gdy znów

Tłumaczymy się

Na wszystkie sposoby


Jeśli pragniesz wreszcie

Naprawdę poznać Boga

Zacznij milczeć


Bo On powiedział już

Wszystko co trzeba

Słowa w zdania

Tak przerzucam słowa między zdania

Wrzucam je pod kontrast rozpoznania

Słowa, które budzą się po czasie

W gwarze ludzkich uczuć i hałasie


Te na skrzydłach i te pod pazuchą

Przedzierają się przez morza nogą suchą

Te podwodne i piekielne razem

Skryte w przepaść pod ruchomym włazem


Słowa, których chciałabyś codziennie słuchać

I te które szepczesz czasem mi do ucha

Słowa, których czasem żałujemy

Choć tak bardzo mówić ich nie chcemy


Wszystkie naraz i każde z osobna

Chowam w kieszeń zamiast sztabek złota

Kiedyś może, któreś z nich się przyda

Gdyby tak coś mogło się na dłużej przydać

Przyczyna

Zimą szukam szybko

Ostatecznych rozwiązań

Święta przyjdą zanim

Dobrze zdążę tu posprzątać

W mojej głowie pełno

Zakamarków poskrywanych

Nim rozwiążesz pęta

Lepiej przytknąć je do rany


Po zimie przyjdzie wiosna

Która czasem chłodem bije

Chyba kupię szalik

I podwiążę sobie szyję

Czapka też się przyda

Już po wiośnie tego lata

Chciałem mieć młodszego

Ale mam starszego brata


Bo zimową wiosną

Lepiej myśleć już o lecie

Już przestaje myśleć

Zanim znowu przyjdzie jesień

W końcu nie powabny

No i bezkompromisowy

Kupię sobie grzejnik

By podgrzewać tymi słowy


Gorąc też bić może

Nawet po zimowym lecie

Czapka nie pomoże

W mej podróży po tym świecie

Szalik podwiązałem

Już niestety na supełek

Zanim go rozwiąże

Znowu będzie ze mnie berek


Tak więc zimą tego lata

Znowu śpiewam tę piosenkę

Święta znów za pasem

Dzieci cieszą się prezentem

No i znów Mikołaj

Pracuje w nadgodzinach

Czemu tu znów śpiewam

Jaka tego jest przyczyna

W czarna wodę

Szczęście barwną grozą

Do mnie szczerze się uśmiecha

Pod skorupą morze

Zgarbionego dniem człowieka

Wśród wszystkich rozwiązań

Nie znajduje dobrych skutków

Co mi życie rozda

Gdy nie wpuszczam tutaj ludków


W swojej samotności

Czarno widzę we mnie strzygę

W dzień obgryzam kości

Nocą poszukuję przybłęd

Sam w żółtym pokoju

Wypisuję te głupoty

I nie zasnę znowu

Póki nie zarobię złotych


Dziecię patrzy na mnie

Jakby patrzeć już nie mogło

Może w końcu zaśnie

Jeśli w zamku zmienię godło

Zmiana ta życiowa

Dopomoże w urodzaju

Nim opadnie głowa

Pozłocona skutkiem żalu


Sam na sam z odbiciem w lustrze

Barykuję właz

W tym pokoju pełnym luster

Powykrzywiana twarz

Analiza wykazała

Żem tu ciągle sam

Człowiek w lustrze nie ma ciała

Nawet gdyby chciał


W moim świecie ciągle widzę

Tę szczęśliwą grozę

Życia już nie nazwę życiem

Nawet życie nie pomoże

Brak już śliny w czarna wodę

Diabeł nie chcę tutaj zajść

Ktoś wychylił w oknie głowę

Pewno już ostatni raz

Nigdy nie było takiego jak teraz

Teraźniejszość bierze nas

Wyzuwa, wyciska, wytłacza

Robi w nas dziury

Jak w kieszeniach bogacza

A my na jej skraju

Pilnujemy skrzętnie

By nas zechciała

Kochać namiętnie


Chamstwem i biedą

Pluje nam w twarz

Knuje co rusz

By zabrać, co masz

A my ostatecznie

Przebrani w przybłędę

Pragniemy kochać

Ją tak namiętnie


Istota odkrywa

W nas wszystko co złe

Dążyć do nikąd

Tak byle gdzie

Zmusza nas wreszcie

By przystanąć błędnie

By móc ją kochać

Znów tak namiętnie


Zmusza nas wreszcie

By wszystko jej dać

Nie daj się kochać

By nie chciała brać

Przeszła wiosna

Wiosna już mnie ominęła

Gradem bijąc szyby w autach

Czas przybliżyć co spoczęło

Wyrzucone poza Kaukaz


Świat się boi mej inności

Jak zupełnie ja przyszłości

Gościć można zacnych gości

Gdyby jednak przyszli w gości


Wciąż rozdrabniam się na drobne

Tunelując ku powierzchni

Kawę trzecią teraz siorbię

By nie przespać mej przyszłości


Odruchowo przypominam

Jak to było w innych czasach

Dawno już mi zbrzydła mina

Na pogrzebach nie chce klaskać


Ostatecznie zmięty w pół

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.

Pobierz bezpłatnie