E-book
13.65
drukowana A5
52.38
Wpisani w pejzaż

Bezpłatny fragment - Wpisani w pejzaż


Objętość:
299 str.
ISBN:
978-83-8126-880-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 52.38

Januskas z Kamiennej

Od głównej drogi szybkiego ruchu prowadziła do wioski szeroka asfaltowo, szutrowa droga przepoławiając ją na nierówne części, lewą z odnowionymi jednorodzinnymi domkami otoczonymi zadbanymi ogródkami, ocienionymi starymi lipami zasłaniającymi wysokie wieże nieczynnej suszarni, opustoszałe budynki biur kombinatu i rząd kilkudziesięciu pustych silosów. Prawą oddzielone gęstwą krzewów śnieguliczki, rzędem topoli sypiących kłębu-szkami ‘cukrowej waty’, jednopiętrowe, opustoszałe domy byłych pracowników administra-cyjnych z przytuloną przybudówką spożywczo — przemysłowego sklepiku, oraz kasetonowy blok 10KV trafo poznaczony śladami pamiętnego pożaru, po którym dwa tygodnie bez prądu. Wzdłuż drogi, kilka pomalowanych na beżowy kolor piętrowych domów z czterema wejściami zwanymi czworakami i wszystkie podobne do siebie, jak tysiące pegeerowskich domów rozsianych po kraju. Wioska z szeroko rozlaną bagnistą rzeką — utrapieniem zarośniętą tatarakiem, zdrewniałymi szuwarami będącymi gniazdowiskiem nie tylko rzecznego ptactwa. Kiedyś na okres jednego lęgu zadomowił się tutaj będący pod ochroną, płowobiały orzeł błotniak, pogoniony z wygodnego legowiska przez wiejskich łobuzów. Od tego czasu nikt nie widział tych pięknych majestatycznych ptaków. Odleciały w stronę dalekich mokradeł i rozlewisk Biebrzy, albo Narwi, gdzie mogły spokojnie wychowywać potomstowo. W opuszczonym gnieździe znalazła legowisko para kwaczących kolorowych krzyżówek. Nikt ich nie przeganiał… do jesieni, gdy nad brzegami pojawili się członkowie koła łowieckiego „Cieciorka” rozstrzeliwując bezbronne kaczory, bataliony, cyranki i wszystko co podeszło pod lufę fuzji niedowartościowanych psychicznie myśliwych.

Na uboczu połączony przekopem z rzeką, staw — zbiornik na wypadek pożaru, zarośnięty po brzegach trzciną, olbrzymimi liśćmi łopianu i wszechobecnego chrzanu, wokoło walają się skorodowane puszki, dziecinny rower bez kierownicy, pogięta beczka po oleju i dziurawe wiadra. Do stawu wrzucano niepotrzebny nikomu złom i rupiecie, nikt nie myślał o ochronie środowiska — przyroda sama da sobie z tym radę — tłumaczyli ‘zielonym’ wtrącającym nie tam gdzie ich nie proszono. Porządek i czystość były tutaj (jeszcze) tematami tabu, fetor odpadów i dochodzący z chlewików smród zwierzęcych odchodów zwiewał wiatr na pola za rzekę. Słychać krzyki kąpiących dzieci zmieszany z trzepotem skrzydeł spłoszonych kaczek.

Za ostatnimi domami wioski niewielki plac z wyremontowaną remizą ochotniczej straży pożarnej zwieńczoną słupem przekaźnika radiostacji. Tuż obok prywatny spożywczo-chemiczny sklepik należący do głównej księgowej byłego kombinatu. Za drzwiami beczki kiszonych ogórków i kapusty, na regałach ocet i musztarda pomieszane z proszkami do prania i spożywcze artykuły. Na zapleczu skrzynki piwa, ekstra mocne, popularne EB, Łomżyńskie i wódka, której nie brakowało w żadnym pegeerowskim sklepiku. Licencje na sprzedaż alkoholu wydawano wszystkim — oprócz małolatów — wychodząc z niezapomnianego z czasów ‘komuny’ założenia; — pijanym narodem można swobodnie powodować. Tutaj nikt nie zamawiał Żywca albo Tyskiego, ale chleb trzeba było zamawiać dzień wcześniej. Bywało, szczególnie zimą, że nie dowieźli z miasta leżącego prawie za miedzą. Przy umownej granicy wioski umajona kapliczka Matki Bożej Pszenicznej, tuż obok dwie zabytkowe chałupy z ociosanych sosnowych stwołów z narożnym podcieniem pokryte poczerniałymi od starości strzechami z sitowia i trzciny — czego tutaj mnogość — oznaczone urządową tabliczką z orłem w koronie, oraz nieodłączne gniazdo bociana.

Wioska nie doczekała się, oprócz kombinatu i suszarni, ani knajpy ani kościoła znajdującego się w niedalekim Lipsku, Mońkach czy dalekim Goniądzu. Wioską rządziła zasiedziała od pokoleń rodzina, której ostatnim z żyjących przedstawicieli był urzędujący od trzech kadencji sołtys Wąsowicz mieszkający w starej drewnianej chałupie z przybitą dwoma hufnalami czerwoną tablicą z napisem: Sołtys. Za chałupą mizerny ogród ze „sławojką” i dwa, kopiaste sągi suszących się szczap drewna. Z dojazdem czy z dojściem z wioski do pobliskiej knajpy w Stawiskach także problemy, bo to rowerem daleko, wracało się często o zmroku, rower bez światła, bo dynamo dawno zepsute na nowe brak pieniędzy, więc musiały wystarczyć ślepia, które i tak w nocy niewiele widziały, zalane wysokoprocentowym roztworem wódki i piwa. W tej sytuacji dla spragnionych mocnych wrażeń pozostawał tylko mały spożywczy sklepik. Do wioski nie dochodziły odgłosy ciężarowych samochodów pędzących krajową w dobrej kondycji utrzymaną drogą E-65, ani sygnały dieslowskiej kolejki z dwoma sprzężonymi osobowymi wagonami pędzącej równolegle do szosy. Nie dochodził także smród, pamiętającej czasy króla Ćwieczka pracującej na ostatnim wydechu oczyszczalni ścieków wylewanych w biologiczne odstojniki, które spychane przyjaznym wiatrem kilka kilometrów przez dorodne lasy, wpleciony w zapachy żywicy macierzanki i polnych kwiatów, przefiltrowywał i rozmieniał na drobne traciąc na intensywności na tyle, że do wioski dochodził jak waniliowy aromacik.


Mieszkańcy Knyszyna i Trzechrzeczek, Jagłowa i siedlisk bez nazwy, wiosek rozsiadłych na rozlewiskach i wśród lasów, żyli od lat swoim zatęchłym i monotonnym życiem, pozbawio-nym widoków na świetlaną przyszłość malowaną kolorowymi słowami przez tych, co na górze, pragnących zbudować w kraju drugą Japonię, której wizja oddalała się coraz dalej w nieokreśloną przyszłość. Oni musieli tutaj żyć w realiach stąpając mocno po ziemi borykając z szarą codziennością. Tętniące kiedyś świńskim czy krowim życiem obory i chlewy nie rozbrzmiewały chrząkaniem, ani głębokim porykiwaniem niewydojonych na czas mlecznych krów, warkotem niezawodnych „Ursusów” czy wesołym klekotem pracujących w stodołach młockarni i miękkim jak jedwab szelestem przesypywanego przez sita ziarna. Paliwo osiągnęło poziom nieopłacalności wyjazdu na leżące odłogiem pola, wysiany kwintal pszenicy przynosił, zamiast zysku, same straty. Kartofle, marchew i cebula nie spełniały nowych europejskich norm tracąc na wartości, tym samym na opłacalności uprawy i hodowli. Mleczne krowy dające dotychczas tłuste, słodkie i pieniące przy udoju mleko, z którego w maselnicach wyrabiano piękne, żółte, twarde masło, zaczęły, o dziwo dawać od zaraz, coraz gorsze mleko, którego cena skupu spadała na łeb i szyję. Żyjący kiedyś zasobnie gospodarze spadli do poziomu chłoporobotników i dziadów wyciągających łapy po zasiłki z gminnej kasy, imając się wszelkich prac nie wymagających kwalifikacji i główkowania. Jak Bóg przykazał żyli biednie, ale żyli, lecz co to było za życie?

Chłopy, jedyni żywiciele rodzin, mieli wszystkiego nie tylko po dziurki w nosie zbierając przed sklepikiem, gdzie mydło, powidło i popularne piwo „Łomżyńskie” i trafiający tutaj, od czasu „Lech“, wino marki „Wino”, czyli popularne patykiem pisane i czysty, iluś procentowy, wypróbowany od lat dopalacz* do piwa, żeby łeb się kręcił i żeby było wesoło.

Nie było wesoło, nawet łeb nie miał ochoty się kołysać, pyskowali, pijąc na trzeźwo co było zjawiskiem nader ciekawym i zarazem bardzo niebezpiecznym z punktu widzenia porządku i ładu społecznego.

— Dopóki piją dla samego picia i ochoty, mamy spokój — tłumaczył burmistrzowi Gorczycy, szef Komendy Policji w Knyszynie — gorzej jak zaczynają pić na trzeźwo. Wtedy?

— To, co wtedy? — spytał wchodząc komendantowi w słowo zaniepokojony burmistrz.

— Wtedy zawsze coś się wydarzy — prorokował komendant znający życie i realia.

W chłopach, jak ciasto na drożdżach, rosło poczucie wyrządzonej im krzywdy podsycanej słowami chłopskich i pseudochłopskich działaczy, przelewało jak chlebowy zakwas w garnku rozgoryczenie z nowych panujących warunków zmuszających do wielu niestosownych ich zdaniem zmian, którym nie byli w stanie podołać, ponadto bali jak ognia w wypełnionej słomą stodole, więc pewnego dnia, krótko przed Zielonymi Świątkami, chłopy z okolicznych wsi postanowili zrobić rewolucję, czyli popularną zadymę. Na krajowej E-65 na skrzyżo-waniu z leśnym duchtem prowadzącym do leśniczówki schowanej w leśnej głuszy, na prostym jak strzelił odcinku drogi, pomiędzy Knyszynem, a Magnuszewem wyrosły żywe barykady wrzeszczących rolników, chłoporobotników i wiejskiej biedoty, której było wszystko jedno. Chłopska pikieta, dziesiątki chłopów ubranych w długie białe nogawice zapinane na drewniane kołeczki, czarne sukmany przepasane wełnianym pasem i kapelusze ozdobione krajką zablokowało drogę. Nad demonstrantami i zbiorowiskiem ciekawskich powiewają sztandary, chłopskie PSL-owskie chorągwie, nieliczne kościelne chorągwie i dziesiątki czarnobiałych transparentów. Na skrzyżowaniu radiowozy policji sprawnie i nie bez kłopotów kierującej ruchem na szosie zablokowanej pojazdami, ciągnikami, starym, wysłużonym czerwonym kombajnem „Bizon” i prawie nowym, niemieckim „Classem” sprowadzonym z Niemiec po cenie złomu, lecz jeszcze na chodzie. Nad tłumem unosiły się słowa nowej, chłopskiej pieśni brzmiącej początkowo niemrawo i koślawo. Nie można było zsynchronizować ciągnących się bez życia, rytmu, bez ładu i składu, wesołych słów z taktem strażackiej orkiestry.

— Każdy ch.. na swój strój — zdenerwował się nie na żarty dyrygent strażackiej orkiestry przykazazując zwiększyć obroty podczas wykonywania refrenu i wyszło zgodnie z oczekiwaniem tamburmajora, jak na defiladzie, skocznie pod takt bębna, marszowo z jajami.

nim zagłębisz w ziemi pług,

którą świętym krzyżem znaczysz

by poświęcił Twój trud Bóg

do którego co dzień płaczesz

pomyśl o Tych, co przed Tobą

przez stulecia tak czynili

chłopski znojny nieśli trud

by dostatnio wszyscy żyli


lecz, gdy zagra krzywy róg

ten szczęśliwy, szczerozłoty

porzuć walkę, chwyć za pług

tak Wam dopomóż Bóg


nie zgnębili nas Prusacy,

wielu więzień lochy znamy

Manifesty i Uchwały nasze życie wytyczały

kołchoz ziemię zabierał

zła komuna nas gnębiła

dla nas jedna rola była,

by dostatnio reszta żyła

dzisiaj zamiast orać, siać,

plony zbierać, życiem cieszyć,

znów w pikietach trzeba stać

i do walki… z bratem spieszyć


lecz, gdy zagra złoty róg

ten szczęśliwy, szczerozłoty

porzuć walkę chwyć za pług

tak Wam dopomóż Bóg

Później była „Rota”, „Boże coś Polskę”, przemowy działaczy, hasła i parole, znowu pieśń chłopów i zapadła cisza, tylko przez skrzyżowanie z leśnym duchtem, wzdłuż sześćdziesiątki-piątki, płytkiego rowu, obok chaty stojącej przy samej krawędzi drogi, przystanku PKS-u i kępy pachnących krzewów dzikiej róży, przetaczał się wolno żywy walec chłopskiego gniewu i frustracji. Na szosie w obydwie strony od rozjazdu z leśnym duchtem, zablokowanego przez rozkrzyczany i demonstrujący tłum, utworzył się kilkunastokilometrowy zator samochodów osobowych, dostawczych furgonetek z szalejącymi akwizytorami i goniących uciekający czas po drogach całego kraju, ciężkich TIRów z przyczepami z Białorusi i Polski, Ukrainy i nawet Litwy, chociaż nie po drodze im było. Zator ruszał wolno, zatrzymywał po kilku metrach, aby znowu w ślimaczym tempie w długiej rozgrzanej słońcem lawinie blachy, wśród warkotu pracujących na wolnych obrotach silników, pośród wyziewów gorących, śmierdzących spalin ruszać do przodu i ponownie stawać.

Nagle w mig zwinięto kościelne sztandary, chłopskie zielone chorągwie, niemo wołające „Chleba i pracy” kolorowe transparenty, kombajny i ciągniki blokujące skrzyżowanie zjechały w leśną drogę, rozkrzyczany tłum rozmył pomiędzy chatami niedalekiej wioski, strażacka orkiestra zapakowała do bojowych wozów odjeżdżając do remizy. Odjechały także czarne „Lancie” ludowych działaczy. Skrzyżowanie zalegały; sterta wysypanego ziarna do którego zleciało się nie wiadomo skąd, wszędobylskie ptactwo, wysypana z wywrotki kopa zeszłorocznych na wpół zgniłych kartofli, kolorowe ulotki, podarte gazety i rozdeptane niedopałki papierosów. Policjanci włączyli „koguty dając znak, że droga wolna, można jechać. Z obydwu stron wolno ruszyła zablokowana przez ponad dwie godziny kolumna pojazdów. Kierowcy TIR-ów przeklinali, „na czym świat stoi” panujące na drodze nieporządki, chłopską manifestację i niewinną w całej sprawie policję. Musieli nadgonić stracony czas znikający za wzniesieniami szosy.

*

Piaszczystą, nieuprawianą od lat wyjałowioną ziemię, gdzie oprócz metrowego zielska, kolczastych chwastów, piołunu, pachnącej miodem macierzanki i leczniczych ziół nic nie rosło, starzy rolnicy oddawali gminie w zamian za rentę, gmina dzieliła na wymiarowe działki sprzedając w ramach ogłoszonych (albo nie) przetargów pod budowę dacz i domków, nabywcom z dalekiego zakopconego Śląska, czy niedalekiej Warszawy. Januszko przekroczył zaledwie połowę lat wymaganych do otrzymania renty, miał na utrzymaniu rodzinę, ani grosza zasiłku, sprawne pozbawione już zrogowaceń dłonie i końskie zdrowie, więc w gminie nikt nie był zainteresowany propozycją oddania leżących odłogiem soczystych kiedyś czarnoziemów za państwową rentę. Podreptał w stronę plebani spodziewając słów pocieszenia oraz porady na temat kredytu pod zastaw gospodarstwa, lecz ksiądz prałat powiedział mu kilka gorzkich słów, zaprawionych dodatkowo bylicą, które wysłuchał w milczeniu stojąc przed wielkim stylowym biurkiem i ogromnym skórzanym fotelem z wysokim oparciem rzeźbionym w gdańskie herby. Ksiądz prałat zrugał go za lenistwo i nieprzestrzeganie przykazań — byś dzień święty święcił — ostrzegł przed życiem w grzechu i rozpuście, kazał przyjść w niedzielę po sumie i pożegnał zamaszystym znakiem krzyża nie podając mu ręki, co Januszko odczytał jak zły omen i zapowiedź kolejnych nieszczęść.

— Idź z Bogiem, synu. Tylko pamiętaj, że Pan Bóg przykazał uprawiać ziemię, aby przynosiła plony — tego Januszko z lekcji religii nie pamiętał — ziemie można zawsze sprzedać, ale bez ziemi będziesz niczym. Będziesz ostatni żebrak i śmieć z którym nikt nie będzie się liczył. Nikt! — grzmiał jak z ambony — Dzisiaj jesteś jeszcze bamber, chociaż bez zasiłku, ale zawsze bamber siedzący na kilku hektarach wyjałowionej, lecz dobrej ziemi. Jutro, jak sprzedasz ojcowiznę, możesz być żebrak — powtórzył wymownie ksiądz prałat wypychając Juraszka delikatnie za drzwi gabinetu

— Zapamiętaj to sobie chłopie i idź z Panem Bogiem.

Wychodząc z plebani, trafił na znajomka z Czechowizny idącego niepewnie całą szerokością chodnika, chociaż do południa jeszcze daleko, z którym poszli do znanej z najlepszej reputacji zadymionej, śmierdzącej zapachem piwa i gotowanej kapusty, knajpy o regionalnej nazwie „U Łemka” na Łomżyńskie z pianką. Znajomek, tak jak i Januszko bez pracy, bez zasiłku, bez perspektyw na lepsze życie, imał się wszelkich prac na czarno, żył z dnia na dzień, wystawał z kolesiami na skrzyżowaniu ulicy oparty o barierki odgradzające od ruchliwej ulicy, czekając na okazję lekkiej, najlepiej niebrudzącej rąk pracy albo wypicia wzmocnionego piwa aby odgonić smutki i czarne myśli. Przeliczył drobniaki stwierdzając, że wystarczy na PeKaS nie zastanawiając, co przyniesie jutro, zaprosił znajomka na wzmocnione z pianką. Nie wystarczyło na PKS, więc wrócił do chałupy złapaną okazją, pokłócił z kobitą niezadowoloną, że znowu śmierdzi monopolem a sprawy renty nie załatwił.

— Toć jade. Wróce na wieczerz — zakończył prowadzoną donikąd kłótnię, wyprowadził z chlewa wyczyszczony do połysku rower i popedałował trzy kilometry przez wyjątkowo dzisiaj cuchnący las — Znowy spuszczaju… — stwierdził i wyraźnie przyśpieszył. Było trochę z górki.

Dojeżdżając do krzyżówki nie skręcił — jak obiecał Halinie, swojej ślubnej — w lewo w stronę Goniądza, ale w prawo do Moniek, dokąd mógł także dotrzeć na skróty leśnym duchtem, zredlonym leśnymi ciągnikami, karczownikami i zrywarkami po pokonaniu której czekał go jeszcze odcinek wąskiej, piaszczystej i wyboistej polnej drogi. Prowadząc rower mógłby dojść w godzinę wprost na siedlisko Januskasa z Kamiennej, ale dzisiaj chciał wypróbować nowe siodełko, sprawdzić czy nie będzie gniotło i uwierało? Nie miał także zamiaru pchać roweru w tumanach piaskowego pyłu, szczególnie dzisiaj, gdy żona wyprasowała mu białą koszulę z nonajronu* do której założył czarne wyjściowe spodnie i wyglansowane do połysku trzewiki. W gminie należało się pokazać, że mają do czynienia z bogatym gospodarzem na włościach a nie dziadem i byle kim. Deptał w ślimaczym tempie pedały swego starego „Rometa” pamiętającego czasy rozkwitu fabryki w Fordonie, uśmiechał do swoich, jako tako poskładanych myśli, ciepły wiatr czesał mu czarną czuprynę, ciągnął za sobą wstęgę zapachu dobrego tytoniu, piwa i czystej pospolitej zmieszanego z kolońską wodą przeklinając wyprzedzających go zbyt blisko wielkich ciężarowych samochodów, których podmuch powietrza odrzucał w stronę rowu albo wciągał pod przyczepę. Albo jedno i drugie. W samo południe wjechał do wioski od strony siedliska zawsze pełnego gwaru, krzyku i śmiechu wnuków bawiących się przy stodole zamienionej przez Januskasa na wozownię i graciarnię. Siedlisko wyglądało jak wymarłe niczym po przejściu morowego powietrza albo innego paskudztwa dziesiątkującego ludzi i zwierzęta. Nie było słychać psa szkolonego na lisy, wyczuwającego obcego na kilometry i jazgoczącego jakby go obdzierano ze skóry.

Z wszystkich trzech kominów rodzinnego domu nie unosił się nawet strzęp dymu, na wielkim majdanie porozrzucane, dziecięce zabawki, korodujący trzykołowy rowerek bez jednego koła, duży pluszowy miso po przeprowadzonej trepanacji czaszki, damski rower bez kierownicy, jeden dziurawy gumiak i niezgrabiane od tygodni śmieci.

— Kaj wszyskie? — zdziwił nie widząc żywej duszy.

Jadąc wokoło prowizorycznego ogrodzenia z okorowanych pni sosny, dziwił panującej wokoło ciszy, rozglądał na wszystkie strony i, chociaż nie należał do strachliwych, było mu niezbyt przyjemnie w gaciach. Nie zatrzymał przy chacie, nie zszedł z roweru przy leśnym domku dla letników, skręcił w stronę leżących na piaszczystej górce jednorodzinnych domów i dacz. Osiedle nie wyglądało na wymarłe z kominów unosił się jasny sosnowy dym świadczący, że żadnego morowego powietrza, a ponadto, że pora obiadu. Uspokojony przejechał do końca piaszczystej drogi, skręcił skrajem lasu na leśny ducht i już w szybszym tempie wjechał na polną drogę prowadzącą do centrum miasteczka. Spod szerokich opon zakurzyło pyłem osiadającym nie tylko na wykrochmalonej białej koszuli, wyglansowanych na połysk, czarnych trzewikach i odprasowanych na kant spodniach i nie pomogło zejście na pobocze porośnięte mizerną trawą. Per pedes, pchając ciężki rower przez piachy, było jeszcze gorzej, minął pustą zagrodę Januszewiczów zatrzymał na chwilę przy małym domu z czerwonej, zmurszałej cegły w którym mieszkał Mateusz, stwierdzając, że także żywej duszy. Minął ruderę jednorodzinnego domu w budowie, nowy dom Michaiła, który przed kilkoma miesiącami opuścił ten padół łez i niczego sobie kobitę, i znalazł prawie przy końcu pierwszej, tej gorszej części miasteczka niedaleko remizy i doczepionej do niej, placówki poczty, gdzie za okienkiem pani Olga. Przejechał obok dobrze zaopatrzonego, szczególnie w okresie wakacji i świąt, spożywczego sklepiku GS-u.

Druga część, ta bogatsza, oddzieliła się od biedoty umowną miedzą, pasmem asfaltowej szosy, wchodziła pomiędzy drzewa brzozowego lasku schodząc w stronę wielkie rozlewiska oraz spiętej kolejowym mostem rzeki ciągnącej pomiędzy równymi rzędami opłotków przy których wysokie, ogrodzona drewnianymi palikami, pomalowana na niebieskobiały kolor kapliczka Męki Pańskiej oraz zawsze otwarty zajazd „U Boluka”. Przed wejściem tłum mieszkańców obydwu części wioski.

*

Kiedyś — dawno, dawno temu i była to najprawdziwsza z prawd — rzekę w tym miejscu przepływano płaskodenką, czasami przechodzono lub przejeżdżało szerokim ale płytkim — w okresach suszy tylko po kolana — piaszczystym brodem. Rzeka ograniczona z jednej strony niewysokim brzegiem rozlewała szeroko w stronę piaszczystych, rzadko porośniętych sosnowym lasem i suchym jałowcem, połaci ciągnących w stronę dalekiej puszczy i dalej po północno — wschodnie krańce Podlasia. Płytkim brodem schodziły do wodopoju dzikie zwierzęta, skracali sobie drogę jadący do dalekiego Białegostoku kupcy z towarem, tędy uciekali także grasujący na trakcie zbóje gonieni po śladzie przez miejską straż z Goniądza i Kolna. Przez dziesiątki lat rozjechano i rozdeptano brzeg w szeroką, schodzącą do samej rzeki piaszczystą drogę. Dzisiaj obydwa brzegi, niezbyt szerokiej w tym miejscu, lecz głębokiej i bagnistej rzeki, odpycha od siebie wąski, dwupasmowy, betonowy wiadukt. Wtedy przy brodzie szeroko rozjechanymi kołami wozów, bryczek, kolasek, rozdeptanym nogami ludzi, zwierząt i domowego bydła pasącego po przeciwnej stronie, gdzie rozciągały się resztki soczystej podmokłej łąki, stała żydowska karczma zbudowana na prymitywnym fundamencie z polnych kamieni. Karczma „U Lejka” była solidną węzłówką z okorowanych sosnowych pni zbijanych drewnianymi tabelami, uszczelniona mchem zmieszanym z gliną, która przetrwała kilka wojennych zawieruch, lecz nie oparła się czasowi i przechodzącym tędy wschodnim wichurom. Pewnego dnia, straszna burza z towarzyszącym jej huraganem wyniosła karczmę pomiędzy wysokie sosny, porozrzucała po rzece, rozlewiskach i pobliskich bagnach. Dzisiejsza karczma z gipsowych bloczków, pełna przybudówek, schowków, drewutni, tancbudy przykrytej falistą płytą z pleksi o zapożyczonej z wielkiego miasta nazwie „Hades”, pozbijana z byle desek pomalowanych przerobionym silnikowym olejem, przykryta płaskim stropodachem, zwana z europejska Zajazdem, rozsiadła się daleko od rzeki i rogatek wioski oznaczonej białą tablicą z tłustym, czarnym napisem: Makolągwy. Gdyby nie ostry zakręt wąskiej, asfaltowej i pełnej dziur drogi porozbijanej przez pędzące przez wioskę TIR-y, możnaby zobaczyć drugą z tablic oznajmiającą, że tutaj właśnie przy leśniczówce, kończy się urzędowa, czyli administracyjna granica wioski zwanej w kolorowych folderach turystyczną atrakcją regionu. Nieurzędowa nie posiadała granic, nikt nie wiedział, gdzie się zaczyna i gdzie kończy. W lewo od szosy jak ości w rybie, rozchodziły się wydeptane ścieżki i piaszczyste duchty wchodzące pomiędzy stare i nowe zabudowania dochodzące do brzegu rozlewiska. Droga wchodziła w sosnowy las, pędziła z gwizdem lokomotyw wzdłuż pokrętnego kolejowego traktu Ełk — Białystok dudniła po kolejowym wiadukcie nad Biebrzą przepadała w parowach nad jeziorem i lasach idących w stronę Knyszyna.

Karczma stała obok słupa wysokiego napięcia w bezpośrednim sąsiedztwie poczerniałego ze starości krzyża otoczonego rachitycznymi krzewami bzu stojącego na rozdrożu żużlowej drogi. Po jakimś czasie, Karczmę wziął w pacht, Boluk, miejscowy autochton o duszy rozdartej pazernością, po części podlasiuk, po części białorusin jak zawieje albo, z kim się ma wątpliwą przyjemność? W odróżnieniu od strażackiej remizy, karczma, której nazwę zmienił na bardziej swojsko brzmiące „U Boluka” ma to do siebie, że jest otwarta od — do lub przez całą noc, szczególnie w tę najkrótszą w roku, związaną z rozpalaniem kupalnych ognisk, szukaniem kwiatu paproci i puszczaniem wianków. Z tymi wiankami to trochę przesada i tak, jak z tym kwiatem paproci, szukasz i nie znajdujesz, chociaż niektórzy mówili, że mieli szczęście.

Zimą w karczmie panował zupełny marazm, pod stropem wisiał zapach sfermentowanego piwa i smród palonej machorki czy innego świństwa dla którego nie było nazwy. Ruch w interesie był żaden, rosły jedynie zapisywane na borg kolumny cyfr i tajemniczych znaków: Pjoter 30 złote, Jusef odda trzy złote, albo narąbi drzewa, Natka 3xLeh+3/100 utfalacze, Jan 4xEB / skreślone czerwonym długopisem / na borgu 5xPPME, H+20xEB dla wsiech.

I tak dalej, linijka po linijce, kartka po kartce, rok po roku, w grubym, poplamionym i zmiętoszonym brulionie A-4 z zapisami z ostatnich czterech lat, poznaczonym niewpra-wnym, kulfoniastym pismem. Tajemniczy szyfr lub, jak kto woli, hieroglify wioskowego karczmarza oznaczały, że: Januskas oddał swój dług za cztery elbląskie, lecz nie wystarczyło na oddanie długu za 5 paczek „Ekstra mocnych”, których do czasu pierwszego zawału palił niezliczoną ilość. Z tym zawałem to także do końca nie było wiadomo, zawał czy tylko dychawica? Po kilku godzinach doszedł do siebie, a rano — dla Januskasa rano rozpoczynało długo przed wschodem słońca — przepedałował w dobrym tempie trzy kilometry przez las na wyrębisko. Trzeba przyznać, że miał wysublimowany smak na wszystko, co dobre, mocne i tanie, a do tego posiadał mazurskie podniebienie smarował często i obficie wszystkim, co miało chociażby posmak C2H5 OH, czyli prościej, popularnej i ogólnie dostępnej czyściochy.

W tym interesie obowiązywała jeszcze zasada wzajemnej uczciwości, oczywiście stosowana tylko i bez wyjątku w odniesieniu do stałych bywalców i okolicznych autochtonów, chociaż z tą uczciwością to także bywało rożnie i nie zawsze wszystko odbywało się fair i bezboleśnie, czego dowiodła historia Kaziuka, który do dzisiaj nie wstawił sobie górnych dwójek i trójek, i to nie ze strachu przed dentystą czy lenistwa, lecz z prozaicznego zdawałoby się powodu, jakim był brak pieniędzy na prywatnego zębologa. Prywatnego, bo Kaziuk już od dawna nie miał „kasy chorej”, przecież był bezrobotnym, bezdomnym dziadem i dawno powinien się był znaleźć w przytułku u św. Marcina czy św. Łazarza i nie powinien był zawracać głowy ZUS-owi, mającemu wiele innych, poważniejszych zajęć, niż zajmowanie się, jakimś tam Kaziukiem i jego uzębieniem. Mieszkał kątem u brata w piwnicy niewykończonego domu, gdzie miał swoje łóżko, które można by nazwać innym, bardziej swojskim i zrozumiałym dla większości określeniem barłóg i to było wszystko, co posiadał, nie licząc stojącej w kącie szafy z wiszącymi letnimi i zimowymi klamotami. W starej szafie mieściły się jeszcze, wyjściowe i robocze buty, deszczówka, czyli kurtka mająca chronić przed zmiennościami aury, dwa kartonowe pudelka po obuwiu. W jednym czarne, prawie nowe półbuty, te na wypadek niespodziewanego zejścia i pogrzebu: coś chyba musze na giry założyć, no, nie?

W foliowym pokrowcu po azofosce czy innym sztucznym nawozie — czarny, miejscami poplamiony, lecz także prawie nowy garnitur, bez westki — także na wszelki wypadek.

Zdarzyło się, że Kaziuk zaczął się stawiać, zgrywać ważniaka, nadął, zrobił szerszy od koszuli, a dobrze wiedział, że nie wódka jest zależna od niego, lecz on od wódki i karczmarza i vice versa, a że w zasięgu ręki była tylko ciężka butelka po winie marki „Wino”, więc tą butelką w regalik z monopolem. Boluk odwzajemnił się nogą od dębowego krzesła, którą także na wszelki słuczaj pod ręką, więc użył jej skutecznie w obronie własnej i własnego, ciężko zapracowanego dobra. Od tego czasu poprawiły się stosunki na płaszczyźnie wzajemnego zrozumienia na linii karczmarz, zalegający z kasą, Kaziuk nadal chodzi szczerbaty, popija na kredyt, płacze i spłaca.

Zima była także okresem próby dla karczmarza z powodu uszczuplonego dochodu, a potrzebami karczmy z przyległościami, czyli tancbudą rozkręcaną w każdy piątkowy i sobotni wieczór na pełny decybel, przyniosła dochód w postaci zaledwie kilku pijanych złotówek. Nie mógł także pojechać oblodzoną drogą do hurtowni, bo Ford transporter rocznik 74 miał łyse opony ( o erbekach należało zapomnieć), niesprawne hamulce i wiele innych mankamentów, od których bolała nie tylko głowa. Karnawał był tańcujący, pijany i niezależny od aury, samopoczucia i zasobności tańcujących par poruszających się na twardych pilśniowych płytach tancbudy pośrodku której bezpłatny czynnik grzewczy w postaci tandemu złożonych do siebie żeberkami olejaków firmy „deLongho” dający więcej hajcu od wysłużonej kozy na brzozowe drewno i węgiel. Wiązka ogumowanych kabli omijała wariujący na wstecznym biegu licznik w olejakach wesoło bulgotał wrzący olej i grzał budę za friko. Podłączenie było fachowe i bezpieczne, oraz najważniejsze czyste. Nie śmierdziało dymem, Boluk nie musiał zatrudnić dodatkowej siły fachowej do dorzucania brzozowych drewienek. Oszczędność była pierwszą z dewiz karczmarza o rozdartej duszy i sumieniu, o którym wielu twierdziło, że takowego nawet sam Pan Bóg u niego nie znajdzie. Wszyscy byli zadowoleni, chociaż zawsze znajdzie się jakiś malkontent, który spaskudzi radość miłego, tańcującego wieczoru. W karna-wale, znana wszystkim daleko i szeroko, tancbuda, była wypełniona do granic możliwości spragnionymi rozrywki hałaśliwie zachowującymi się dziewczynami z okolicznych pegeero-wskich wiosek, przylatujących jak pszczoły do miodu nawet z Cierz, czy dalekiego Bagna, pachnących nie zawsze mydłem i wodą od Coty`ego, czy Chanel`a, lecz swojską, mocną w zapachu wodą kwiatową „Być może” i innymi hiacyntami. Do karczmy przychodzili, a jakże, wyglansowani na wysoki połysk miejscowe osiłki, prawdziwy towarzyski hajlajf*. Do dyspozycji towarzystwa pozostawała nieograniczona wprost paleta możliwości spędzenia miłego wieczoru, począwszy od czarnej lurowatej kawy ( karczmarz oszczędzał na wszystkim) z cukrem w kostkach, a skończywszy na solidnym mordobiciu, modnie zwanym pojedynkiem na pięści skończywszy, co nie zawsze kończyło się podmalowanym okiem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 52.38