E-book
1.37
drukowana A5
48.49
drukowana A5
Kolorowa
80.55
Piotr zasłużył

Bezpłatny fragment - Piotr zasłużył

1983 - 1984


Objętość:
335 str.
ISBN:
978-83-8155-121-2
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 48.49
drukowana A5
Kolorowa
za 80.55

Gwiazdy czyhają

W wielkiej, błotnistej kałuży gwiazdy czyhają na ciebie,

może właśnie w tym mieście,

w jego zaułkach być może wdepniesz

w miazgę rozmokłych, gnijących gwiazd,

właśnie wtedy, gdy będziesz ze swymi medalami

znajdował się w arce samotności na grzbiecie fali,

właśnie wtedy, gdy nie będziesz się niczego spodziewał,

natkniesz się na olśnienie przybywające z kałuż.

Na ludzkiej twarzy gwiazdy czyhają na ciebie,

może spotkasz je drżące na jednej z rzęs,

zaskakiwany zbrodniami rozstań być może

zostaniesz upolowany przez jedną taką gwiazdę,

właśnie wtedy, gdy nie będziesz się niczego spodziewał,

zostanie przez nie wykonana egzekucja odkładana od lat.

Laurowa korona

Cienka, gorąca opaska nienawiści

wokół mojej głowy,

socjalny wieniec laurowy nad moim czołem,

jeden listek, drugi, trzeci, czwarty,

wszystkie przybite do mojej głowy

gwoździami tęsknoty i samotności,

przenikające moją najtwardszą kość —

to przeszłość niszczy mój mózg,

nie mogę korzystać już z teraźniejszości,

świat, który demaskowałem, osaczył mnie,

nienawiść miłości, miłość nienawiści,

och, poprawić opadający na oczy wieniec laurowy,

cierpieć znów jak człowiek bez przeszłości —

tylko z powodu nadchodzących czasów,

w chwilach obecnych

nie zapominać w utraconym raju

o nitkach żalu.

Ale wielki jesteś

Ale wielki jesteś,

zbyt wielki na ten nastrój,

chcę płakać,

muszę zabijać zło,

wąż trwa we mnie,

zegar umiera ranny w oko,

nie, nie, nie…

O cóż chodzi?

To tylko wieczór

szyb, mebli, płyt,

jakichś małych głośników,

paznokci,

ależ nie, nie

jestem z kimś,

ktoś z kopertą,

w której krwawi list,

nową wiosną odbija mi się

jak wstrętnym bigosem

z dworcowego baru,

naszych odrażających rozstań

kwiaty umierają między

moimi zębami.

Ale wielki jesteś,

zbyt wielki na tę kieszeń,

bo nie, nie,

nie chcę umierać,

bo nie, nie,

nie chcę domu

ze skrzyżowanych bali,

chcę tracić, tracić,

ale nie wszystko —

to moja jest tragedia tylko,

chcę mieć swoje zwierzęta,

niedotknięte symbolizmem,

jeśli nie mogę być planetą

ani ciepłym klimatem,

chcę myśleć, myśleć

o czymś myśleć,

a szubienica pokolenia myśli za mnie,

nóż wyklętych wykonuje gesty,

jakby kierował nim facet

z moją fizjonomią,

przedmioty, zebry, żyrafy,

zakazy zatruwać, by Zen

mógł nawet,

by wyłoniła się

Biblia zeń —

przystrojona w muślin

Kobieta-Biblia z kresów

umysłowego oddalenia,

nie, nie,

nieprawda, że jestem całkiem dobry,

modlę się do szans,

myślę, że muszę zabijać zakazy praw,

płaczę już przecież.

O co chodzi?

Te kleksy, te upomnienia, te dziewczyny,

te pasy na mgłach włosów,

podziemia wielkości marzeń,

rozumiem, że ucieczka przed śmiercią

nie ma sensu na dłuższą metę,

nie, nie,

nie ma sensu się bronić życiem

przed śmiercią.

Jesteś tak daleko

Ogień zapłonął na horyzoncie moich paznokci,

a ty zmarszczyłaś brwi i uniosłaś rękę,

ogień zapłonął na końcu świata moich palców,

a ty krzyczałaś wciąż — daj mi spokój —

ogień zapłonął na krańcach moich rzęs,

wołałaś — daj mi spokój —

ogień buchał z oczu i ust,

a potem, gdy ty całowałaś mnie na pożegnanie,

twoje usta nie mogły mnie już dosięgnąć,

bo byłem zbyt daleko,

wyszłaś z tlącą się sukienką,

pojawiały się na niej małe płomyki,

gdy odwróciłaś głowę już na ulicy,

aby popatrzeć w moje okno,

w którym zgasło światło

i zapanował spokój święty.

Przeklęta epoka

Jak to się mogło stać,

że już dziś mówię do siebie — ty,

dlaczego na mojej młodej głowie

tyle siwych włosów,

jak mogłem dopuścić do tego, by ludzie władzy

odebrali mi moje cele,

by przywłaszczyli całą moją nadzieję.

Na darmo szukam dziś żywych wokół siebie,

nie widzę życia w figurach woskowych,

aniołów strzegących moich coraz to różnych postaci.

Jak to się mogło stać,

że przeżyłem cały wiek sam?

Że nie mam do stracenia nic?

Że zachwycam się byle czym?

Społeczeństwo sukcesu wiekuistego mnie odepchnęło,

przyroda wypluła i zwierzęta opuściły,

dzieci zrezygnowały ze mnie.

Jak można, będąc nastolatkiem,

myśleć tyle o śmierci,

dlaczego stoję, dlaczego patrzę

na te potworności wieku prostych ludzi,

jak to się stało, że przestałem cenić pieniądze

i nawet nie wiem teraz,

ile jeszcze mam wzięcia,

a ile do darowania?

Nie można wędrować ciągle pod prąd,

do górskich źródeł,

trzeba płynąć rzekami do wielkich,

zaludnionych delt,

zdobywać ocean w poszukiwaniu szczęścia.

Jak to się stało,

że tonę w asfalcie głównej ulicy,

podczas gdy inni spacerują zwyczajnie alejkami,

przytuleni do siebie,

jak mogłem dopuścić do tego,

że mimo wszystko nie potrafię

dotrzeć suchą stopą na żaden drugi brzeg,

jak mogłem dopuścić do tego wszystkiego,

gdy wiem, że dziś pozostało mi tylko

to wyniszczające pisanie o przeklętej epoce

upływającego czasu?

Nadwiślański aniele

Odbierz od niego wszelkie zło,

poprowadź jego błyskawice,

zaznacz jego potencjały,

osłoń jego oczy przed oślepiającym słońcem.

Nie pozwól, by sam miotał się spocony

w wiosennym upale pod Pałacem Kultury i Nauki,

by wszystko, co należy do niego, zostało odrzucone

i wirowało nad Warszawą jak dym i gołębie w czasie powstania.

Odbierz od niego cenną, białą chusteczkę

i nie pozwól zginąć jego wielorybowi,

usiądź z nim w barze „Wanda” u stóp Wawelu,

każdym okiem oddzielnie wtedy mu się przyglądaj,

gdy siedząc na koniu z brązu, w cierniowej koronie na głowie,

bierze wielki zamach zza głowy,

trzymając w ręku wałek do ciasta.

Pozwól pachnąć jego bzom i jaśminom rosnącym na kraterze wojny,

bądź nim, gdy lekki wietrzyk wieje przez Wisłę,

przynosząc tajemnice Sandomierza i Grudziądza,

gdy nad lotniskiem w Balicach krążą mewy, jego mewy.

Pobłogosław jego łzy i daj pragnienie życia do końca

w krainie czerwono i czarnosinego zła.

Przewrażliwione kolory

Gdy głoduję samotnie w klatce,

przewrażliwione kolory układają się w plamy,

przybywają moje listy w skrzynkach pocztowych ciekawych oczu,

spójrz jeszcze na ten kolor podróży,

pędzi lokomotywa wąwozem wiosennym,

zielone gałęzie drzew smagają wagony,

marzenia zgwałcone przez niepewność i ból

nie mogą przestać być gałęziami choć na chwilę,

bym mógł dotknąć ich jako

długich, jasnych loków dziewczyny,

urodzić się w szkle lub w glinie, by

z kryształu kształty pozwoliły docenić miłość,

cierpienie pomaga lawinom listów,

kolory nie mogą być na początku podróży,

kolory później wpadają na stację —

zdyszane, wysmagane zielenią.

Ból oczu

Widzę w Muzeum Narodowym niebieską plażę,

na którą pod wieczór wypełzają z wody

stalowe żółwie na gąsienicach,

kryję się w dziale antycznym,

gdzie spotykam się z Bereniką z lazurowego marmuru,

przekazuję jej pocałunki i ulotki,

ale potem strażniczka wielka jak posąg,

czarna w niszy i tęczowa w świetle witraży,

unosi moje ciało za jedną nogę,

ponad drewniany, dziękczynny stół prezydialny,

rozcina wprawnym ruchem moją pierś

nożem szklistej wrażliwości,

kibitka z moim ociekającym krwią sercem

jedzie niebieską plażą na spotkanie żółwi,

Berenika zastyga jak Anna z Faras.

Wchodzić do wnętrza kobiet

Takim smutnym chłopcom powinno się zakazać

wchodzić do wnętrza kobiet,

ich powinno się popchnąć tylko w kierunku

przestrzeni, gdzie miecz, tarcza, wódka,

Golgota, pies, struna, gwiazda, trumna, rzeka,

kamień, chłodny poranek, rosa, nóż, zamek, szkoła,

piłka, mięso, hotel, grad, potworna walka,

wyścig, rumieniec, schody, ból zęba,

ogon, oko, warga, ból żołądka, krew,

pomnik, widowisko, samolot, słoń, obraz,

giermek, sen, ogień, bohater, podniecenie, wstyd,

gałąź drzewa, cios, szybkość króla, czerń,

świat, może kosmos, wszystko, wszystko,

kości, wielkość, bełkot bruku, bum, bum, bum…

Takim smutnym chłopcom powinno się zabronić

wchodzić do wnętrza kobiet,

pijących kawę nonszalancko

i plotkujących o nagich facetach,

mających je za nic.

W planie 3-letnim

Czemu dziś ujęto mnie w planie 3-letnim —

tak chciałem się jeszcze zmienić —

dlaczego tak uzbroili Polskę,

szykuje się wojna czy co?

Gazety jakoś nie przynoszą

pełnego życiorysu Jaruzelskiego,

byłem w Warszawie ostatnio,

wszystko się zgadza

w Pałacu Kultury nadal pędzą bimber,

siedzę na ulicy — nie,

siedzę na lotnisku — tak,

lotnisko w Królewie całkiem duże,

ulice warszawskie teraz całkiem malutkie,

zmniejszają się, odkąd zniknęło z nich życie.

Dziś postanowiłem, że się zmienię

(to złudzenie, które pozostało),

że od jutra przestanę wydobywać węgiel,

że skończę z siarką, z rudą i statkami,

z przędzą i ze stalą

i zacznę pisać nową Biblię — a tu masz,

ujęto mnie w planie 3-letnim

i muszę zakładać znów mundur —

tak, Polska zbroi się nieprawdopodobnie,

nie będę ginął na wojnie

za jakieś tam mętne, spaczone, czerwone racje,

chcę zmieniać świat wojenny na inny,

jutro miałem umyć okna w mieszkaniu —

a tu masz,

kosmici łażą mi między zębami,

Sowieci kąpią się w moim martenie,

stojącym w kwitnącym sadzie,

Chrystus już zmartwychwstał,

a ja, zamiast umierać z nim,

zaklinowałem się we włazie czołgowym,

w nowych produktach cywilizacji,

będę więc musiał wspinać się na drzewa

raz jeszcze,

tak chciałem się zmienić,

umrzeć dla umarłych we mnie,

wyjść czysty z tej czerwonej kipieli,

osuszyć się wiatrem w białym sadzie,

planowo zmartwychwstać z ptakami.

Jak łatwo można zwariować

W przedziale pociągu on opowiadał o tym,

jak łatwo można zwariować,

trzymał na kolanach lalkę, którą powoli rozbierał,

czerwone krople potu spływały z jego czoła,

kapały z czubka nosa na gładkie, plastykowe ramiona,

wżerając się w tworzywo,

policzki lalki zaczerwieniły się, a z jej piersi

poczęło sączyć się mleko,

twarz lalki stawała się twarzą staruszki, by po chwili

zmienić się w twarz dziecka.

Opowiadał o tym, że jego żona jest w szpitalu dla wariatów,

a jego syn pije i przychodzi do niego w nocy po forsę,

w samych kalesonach i koszuli,

on sam zaliczył wiele pobytów w szpitalach

z uwagi na chorą wątrobę i nerki.

Młoda dziewczyna, siedząca obok, doceniając jego Golgotę,

przestała się śmiać,

urzędnik też, a żona urzędnika przerwała kasłanie.

Gdy dziewczyna wyjęła z podróżnej torby sprośną

książkę dla licealistek,

on odłożył lalkę, która była już całkiem naga

i w tym momencie znowu bardzo stara,

przerywając swoje żale, wziął na kolana żołnierza

i przylgnął do niego,

gdy dotykał żołnierza, pociąg dojeżdżał do końca trasy,

dziewczyna, nie mogąc wygasić oczu i skupić się nad lekturą,

przysunęła się do niego i ścisnęła go za kolano,

lalka umierała powoli, kołysząc się na siedzeniu.

Po chwili wokół pozostali już tylko robotnicy

w czarnych beretach na łysych głowach,

dziewczyna witała się z matką na peronie,

banalny wodospad cierpienia żłobił już w jego śnie

zgłębienie dla jej piersi.


Ile dni?

Ile dni trzeba połknąć,

dni gorących, dni ginących,

by przetrawić uczucie

jak intensywną przyprawę —

a ja tak ją kochałem,

tak kochałem…

Ile rozżarzonych podków

trzeba przyłożyć do zmarzniętej skóry —

na szczęście,

w chwilach ekstazy, w chwilach snu,

by zrozumieć, że szczęście odeszło…

Chciałem ją kochać nawet kosztem szaleństwa,

ale skąd mam dziś wziąć dla niej czas,

gdy czekam na inną, tak samo kochaną,

czekanie stało się znowu moim obowiązkiem

w dniach wiary.

Ile dni trzeba czekać, żeby ktoś odszedł?

Dwa okna

Dwa okna naprzeciw siebie —

jeszcze wtedy, gdy one wszystkie za mną biegły,

jeszcze wtedy, gdy ubierałem się w biały fartuch,

jeszcze wtedy, gdy uzdrawiałem na ulicach,

jeszcze wtedy, gdy przemawiałem w parkach,

jeszcze wtedy, gdy studiowałem znaczenie cyfry 8.

Dwóch łuczników mierzących z okien do siebie —

jeszcze wtedy, gdy mały kotek unosił mnie

nad puszyste jeziora i morza delikatności,

jeszcze wtedy, gdy mogłem patrzeć spokojnie za siebie.

W obu oknach zatrzymywał się księżyc —

wtedy dystans znaczył coś,

wtedy dystans znaczył wszystko,

wtedy ty, będąc dziewczynką z tłustymi problemami,

niespodziewanie przewrócona na ziemię,

wyglądałaś wśród traw jak smoczek dla dziecka,

wtedy ty stałaś się moją tarczą.

Stojąc w oknie, pisałem palcem w powietrzu —

„Nie ruszaj się z miejsca” —

odczytałaś te wyrazy i zrozumiałaś, że

darem dla Stalina może być dar przekleństw

i nie podeszłaś do mnie nigdy w kobiecym przebraniu,

nauczyłaś mnie rozpoznawać kotki po kolorach,

nauczyłaś mnie patrzeć,

okna powoli zmieniły się w oczy.

Dezercja

Mówię do ciebie w sumieniu:

— Przebacz, przebacz, przebacz —

dezerteruję,

od wczoraj myślę o tym,

od dziś nie myślę nic,

najpiękniejsze moje dzieci krajobrazu

pozostały w Dwikozach.

Cierpienie znaczy dziś w 1983 maju…

Dziwny, piskliwy ton dzwonu znaczy —

urny przodków też są moje,

nie mówię do ciebie „przepraszam”,

mówię — kocham ją, całuję ją, ona, ona

i wynurza się wieloryb biały jak ślina,

która na jej wodzie pozostała,

widzę brzeg Wisły — spichlerze widzę puste,

pociąg wspinający się pod górę

w kierunku orlego gniazda,

widzę krasnoludki na rzeźbionej

lewą nogą przez głuchoniemego,

drewnianej części łóżka w wojskowym skansenie,

i to nieprawda i tamto też,

tak ja to słyszę,

on to wie, on to wie,

mówię, że słyszę — przykro mi,

tak mi przykro — czy coś w tym rodzaju,

idę — nieprawda — wiszę — gwóźdź,

łódź w Sandomierzu i oczy tej słodkiej,

czterdziestoletniej blondynki

w pociągu do Warny,

pociąg zatrzymał się w polu, gdzieś

pomiędzy Bugiem, Odrą i Dunajem,

zrzucam mundur,

dezerteruję z nią z obozu na chwilę.

Stać

Kto wie, co stanie się na tej ziemi,

gdy braknie manifestu,

dziś walczą wszyscy i głupieją,

choćby tak jak wczoraj i ja

Warszawy o mały włos nie pokochałem,

gdyż objawił mi się w hotelu Goj-Samarytanin,

fabryki pracują na pół gwizdka,

kominy dymią na pół gwizdka,

traktory zdobywają połowę wiosny,

a „Polityka” się rozpisuje o upadku kultury

w domach i pałacach kultury,

ośmiesza, ośmiesza roboli,

wie wszystko bez manifestu,

tylko minister i agent nie wiedzą nic

pod transparentami, pod transporterami,

chociaż poeci piszą samą prawdę na murach,

kto wie, co stanie się na tej ziemi

jutro, gdy braknie manifestu,

szatan rozpocznie rzeź w ich imieniu,

tylko na to przecież ich

STAĆ!


Służba bezpieczeństwa stajen

Służba bezpieczeństwa stajen,

wszelka dwuznaczność — dżem,

poprzez południe Polski

odbieram prawdy północy,

nie dziw się — jem ze słoika,

kluczę w lasach wojny harcerzy,

kluczę w lasach wojny książek,

biała mucha jest teraz wytrychem

do polskich drzwi,

mógłbym je dziś otworzyć, ale czy warto,

gdy wolność wciąż kryje się przede mną,

trzeźwość kroczy z gradem bomb

wężykiem, orzełkiem, wężem,

ta dwuznaczność mnie dopadła w Dwikozach,

nie jestem tak delikatny jak WAM,

nie jestem tak bogaty jak WAT,

nie jestem tak wygadany jak WAP,

nie jestem tak jednoznaczny jak WAR,

w borach wyrastających z klatki piersiowej

odnalazło się serce wciąż żywe,

Polsko, pokazujesz im wszystko, co masz,

nawet to tajemnicze „sza”,

to mnie ustawia w pozycji gwizdka

na sowieckiego psa,

tylko on to słyszy.

W hałasie myśli

W hałasie myśli staję się optymalny,

w blasku złudnych słońc

służę narodzinom, służę pogrzebom

w kompletnym przebraniu akuszera,

na całość poszły moje ręce i nogi,

widzę tyle słońc, ile podminowanych lub zatopionych

dźwięków z gitary wydobyć można, wbijając wzrok w struny,

w natężeniu złości staję się optymalny,

z ziaren piasku nikim,

zabawa lub bijatyka z paczką papierosów,

musisz prosić zwariowane postaci ze swych wizji,

ale na nic to się zdaje,

nikt nie jest zbyt mały, by móc uwierzyć,

noc staje się o wiele mniejsza, gdy nazywasz siebie „nikt”,

składają się w jedną całość meteor i rzeka,

chociaż są po przeciwnych stronach, widzę je razem,

biegam tu i tam, zataczam koła,

wyszydza mnie niewola kracząca aleją, z rana

przestaje być wszystkim,

także antymaterialnym śmiechem i łzą,

niewiedza samotorturuje się —

niech poczuje samą siebie,

wtedy pozwoli ciasnym ciemnościom powiększyć się

do takich rozmiarów, że ja i ty będziemy mogli bez lęku rzec:

— Jeszcze, jeszcze raz…

balon głupoty nadął się do maksymalnych rozmiarów,

zaraz pęknie, a wtedy wielkość rozsądku

będzie emanować z dna wspaniałej, złotej szklanki

dla ciebie, dla brata, dla swata,

hałas słów będzie wymową jedynego słońca.

ppppppp

Ppppppppppppppppppp…

Ppppppppppppppppppp…

panując nad sobą w nadodrzańskich lasach,

trzymam straż na przesiece,

panując nad sobą w nurtach Wisły,

pilnuję wypchanego siarką smoka,

panując nad sobą wśród traw Połoniny,

opiekuję się porzuconymi dziećmi słońca,

panując nad sobą w wielkich kombinatach,

spisuję sukcesy i osiągnięcia władz,

panując nad sobą w ośnieżonych lasach Tajgi,

nie cierpię dla samego cierpienia,

panuję nad jego wymową w dziejach.

Miniaturowy człowiek

Ulepiłem z gliny swojego miniaturowego człowieka,

tchnąłem w niego swoją duszę bez cienia, bez blasku,

nie licząc na bunt.

Gdy mój stworek zbudził się zaskoczony w moim pokoju,

nie mógł długo uwierzyć, że żyje naprawdę,

że tak się boi,

wymyśliłem też nazwę dla niego: „Pointa”.

Miecz Damoklesa nad nami — tak odezwał się,

gdy on popatrzył w górę na mnie

i wejrzeliśmy sobie głęboko w oczy.

— Pointa — pomyślałem, fakt,

po chwili już myszkował po kątach,

szukając swojego miniaturowego komputera.

Stworzyłem takie coś, by móc wyzwolić się z okowów lęku,

które przypadną jemu,

życie moje składało się dotąd z przebaczeń,

za każdym razem coraz bardziej szokujących —

jak paniczne, permanentne ucieczki.

Jest taki nastrój pełen grozy, gdy otwierasz oczy

i jesteś pewien, że tym razem to już koniec,

każde przebudzenie tak straszne

pośród oddalających się od siebie ciężkich kropel nocy,

rozpraszających się w ciemnościach

planet czarnych ognia, chłodu, cienia, blasku, spopielenia,

gdy budzisz się w ramionach dziewczyny i stwierdzasz,

że to neurotyczne Nieznane zamknęło się kopułą

kamienną bazyliki lub stalową czołgu

nad twoją biedną, bezbronną głową, wypaloną.

Zrywasz się, chcesz pytać — co, jak, gdzie, dlaczego?

Chcesz uciekać — wiesz, że giniesz ostatecznie,

to przebudzenie jest ciągle w tobie jak przegrana,

twoja wielka jak oczy, które przestały ci służyć.

Stworzyłem małego człowieczka tylko po to,

by pozbierał części mojej osoby — pogubione

lub oddane w zastaw nicponiom,

przechlapane pod mostami z motylami świata cnymi.

Nie liczę na bunt, ale chcę, by był on przypomnieniem,

by był dla mnie kwiatem, który pozwoli się zerwać,

jeśli zjawi się ta jedyna dziewczyna,

pająkiem tkającym szczęście w pulsującym wnętrzu

mojej dokuczliwej wyobraźni, nabrzmiałej ideami.

Czekam na stworzenie

Czekam na stworzenie nowego świata,

jego matka wzbiera wielkim atomowym bólem,

wszyscy ludzie są rozgrzeszeni

moimi przyszłymi i obecnymi klęskami,

oto ja w apatii oskarżam siebie o popieranie śmierci

przez to, że nie wierzę w takie męsko-damskie porody,

oto wszyscy ludzie oskarżają mnie o to,

że nie zbliżam się do śmierci syty,

że jestem biedny i głupi,

że nie widzę propagandowych słońc nad sztucznymi górami,

sześć razy stanąłem w narożniku jak bokser,

wypchnięty tam siłą przez ideę walki,

ona, ta sama, malująca się przed lustrem,

stała zawsze naprzeciw,

idea dopingowała mnie —

tak, musisz walczyć o swoją wybrankę,

ona marzy o tobie,

ale ona widzi ciebie nie pod mostami, ale na szczytach,

cóż, idea taka wiecznie żywa,

a cóż, jeżeli umrę bez walki —

to tylko dla niej.

Wystarczy spojrzeć w telewizor

Wystarczy spojrzeć w telewizor,

by dojrzeć samego siebie,

ona przeszła dziś taka szara,

zdradzona, by usiąść przed kamerami,

ja dopadłem ją, gdy była u drzwi studia,

wyznałem jej miłość,

która poraziła ją i obezwładniła mnie,

gdy była już na wizji,

patrzyła przed siebie jak dama,

gdy pojawiła się na ekranie,

była taka, jaką chciałem widzieć,

miała coś z mojego spojrzenia,

przeczytała coś o papieżu i załkała.

Nie poprowadzę świata do zguby

Jak twoje krople potu, tak są moje łzy,

ktoś chciałby je zliczyć jak słone gwiazdy,

nie mówię o tobie nic,

bo jestem jednym z wielu,

którzy, cierpiąc, prowadzą ten świat,

co prawda nie do zguby,

ale nie wiem jeszcze tak naprawdę gdzie,

nie mogę mówić o tobie, bo ciebie tu nie ma —

dlatego są łzy jak deszcz?

Moje szczęście, moje piastowskie szczęście,

że ciebie tu nie ma i myszy Popiela,

są i osioł, i ptak, i korona dwupłciowa,

ty jak wszystkie ukochane rzeczy,

choć niezbyt czeskie,

one z nóżkami jak łanie, z piersiami

jak gołąbki, z delikatną skórą opalonych ramion

jak pieczone gołąbki w garści

dojeżdżają co wieczór małymi fiatami,

robiąc rundkę na moim podwórku,

tak, tak odjeżdżają, gdy mnie

robi się niedobrze i jakoś mdło,

by prowadzić świat do zguby dalej,

nie mogę przez nie pracować,

pozostawiają mnie samego

i nie mogę zbyt długo pisać,

bo pocę się, płaczę i palę nad miarę

swych dwudziestu paru lat,

a ponadto piję, co wpadnie mi w ręce,

miłość i wodę na początek,

chcę powiedzieć tylko jeszcze,

że bardzo lubię kozie mleko

i piję je na koniec jak Grek,

dobrze, że ciebie tu nie ma,

łzy wygrywają ze mną zawsze wtedy

i mam pewność, że nie poprowadzę świata do zguby.

Pręgierz języka

Pręgnier, pręgier, pręgielar, PRĘGIERZ,

Sakwojaż, sekwoja, Krakównolepiej,

Ty i dziesz, Ja Ja dę,

Powtarzam, powtarzam się gam odą

po Radiokomitet, w wakacje wizje,

brzegi, lasy, biczowania wodą,

sięgam po taśmę mierniczą ową,

natenczas Nowa Anglia jest moją Ojczyzną,

Polska jest ojczyzną Rosjan,

Mierzę, obliczam ich oblicza,

Rosja nie jest moją szansą starożytną,

Grecja jest moją kołyską,

Japonia korektą Rzymian,

pręgierz na rynkach psów korektą,

posługują się greką, a ja łaciną,

„Błogosławieństwa bolszewików” to rodzaj miłości,

której szukam pod kamieniami książek o kosmitach,

kolejny szyfr „Ooch” — tytoń lub chmielak, eksplozja szyszek.

Nie pytaj mnie, historio, o to, czego nie wiem

ja i nie wiesz ty — więc?

Przyszłości żono bądź kochanką dzisiaj,

kochaj mnie jak przelotny ptak,

poruszając skrzydłem jak ojczyzną,

rozbujaj horyzont moich oczu rzęsą,

słoneczne promienie liceum rozpraszają się

w moim ciemnym gabinecie tęsknoty za zachwytami,

wywracam pylony komitetów,

rozbijam szpalty dobrochcącej prawdy,

wysychającej w marsjańskim krajobrazie,

jądra zguboołowiu w bezpiecznikach,

opijam towarzyszki myszy i wpuszczam w maliny,

la la Remp tera ra rwa pter

tu ja rie te te te tjn aat

at at at,

wyjdź z zegara, śpiewaj ze mną,

jeśli jesteś chochlikiem, nazwę cię Alfred,

jeśli jesteś mały jak skrzat, nazwę cię Club Cavern,

jeśli gnomem nazwą ciebie i twoje jaskinie, jak chcesz,

tu zmienisz nazwę na Pink Floyd lub Yes.

Karuzela lat współcześnie współczesno-współczesnych,

karuzela, nie obraź się, Cenzuro, to niechcąco-chcąco

dławiąco rozwiązywalnie,

cóż, doszedłem do drzwi, nie boję się najśmielszych głupców,

doszedłem do samobójczych wzruszeń Jimiego Ha

i popatrzyłem nareszcie w przyszłości spokojnie

poprzez jego oczy przyszłości, glissanda i sprzężenia

pręgierz przygotowany i Rosja obnażona.

Na niedzielny poranek

Komentarz polityczny

nie jest dobry na niedzielny poranek,

wstałem jeszcze jak w każdą

trupionieczułą sobotę

i szukam w pokoju wsi,

i szukam w łazience bojowych lotnisk,

i szukam w kuchni karceru,

no cóż, niedziela będzie faktem,

postanowieniem,

sobota już jest żalem i pokutą.

Polityka radiowo-telewizyjno-gazetowa

swoje echa przysyła mi już od rana,

a ja, zbudowany z nich, dzwonię

jak w każdy dzień tygodnia,

jestem zbyt świadom tego,

że nie mam pracy,

że nie mam umiejętności,

że brak mi chęci,

że sobotnia noc była upadkiem,

tak chciałbym śnić jeszcze

o poranku bez polityki,

o niedzieli bez polityki,

o zimie bez polityki,

chociaż to niemożliwe.

Gobi koło Łodzi

Pot leje się po murach odkrytych spod tynku,

krew leje się po półkolach, półliniach, półpłaszczyznach,

wnętrzności przykrywają półpunkty,

wszystkie pingwiny wychodzą nagle z olbrzymiego mózgu

i tworzą krąg,

śpiewają jak ludzie na małym podium lub scenie,

prawda to ich piosenka…

Sznur Dunajca to owacje płaskorzeźb,

pingwiny to zamachowcy

lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,

woda chluszcze wokół, nie mogąc wedrzeć się do wewnątrz.


Podwodne echa to coś jak horror, terror, konfrrontacja,

pedały służą do rozpędzania pojazdów, lewary do podważania,

dywany latające, kwadrygi, sny wzmacniaczy tysiącwatowych,

sny o uszach na wszystko przygotowanych,

wyrywać zgrzebne fakty upodlenia,

przedstawić je na forum ONZ, choćby tak —

on ją katował miłością, ona zadręczała go miłością,

zakochali się na śmierć w Świętochłowicach,

wyjdźcie wszyscy przed dom, który płonie,

popatrzcie na tę zapałeczkę, popatrzcie na tę pochodnię,

na dzieło cywilizacji,

zapraszam na pieczenie Barana przy okazji zagrzeje się Lew

i Szwajcar, który w ostatniej chwili wyrwał drzwi i uratował je z pożogi,

podejdźcie do ognia, struchlali ludzie,

popatrzcie z zewnątrz na swoje społeczeństwo.

Yo — wielka rana to wielka zasłona,

nie chcę presji, nie chcę ucisku, nie chcę pieszczoty,

nie chcę być łaskotany, nie chcę być dotykany nigdzie —

w oczy, serce, język i nawet w piętę —

niech oczy przyszłości wypalą swym spojrzeniem

ranę w moim sercu

jak niezatarte wrażenie lub piętno,

ruch, zgrzyt, cudowne cielsko rakiety w swej erekcji

porusza się jedną setną sekundy, zamiera, znów

jestem poza mną i pożywiam się rakietą w musztardzie,

kolebko indiańskich cnót, łowco, myśliwy,

powiedz do aniołów wśród ludzi, to dopiero jest porządek,

nie taki jak w waszym półświatku,

strażak ratuje wszystko,

mój skorpion cofa się, ale do wejścia,

zresztą do wyjścia wyjść nie wyjdziesz,

tylko się nie bój mojego skorpiona, drogi czytelniku,

spójrz, oto cmentarz Lema, Buddy, Lenina,

spektakl Nowaka, Prousta, Boruty,

spadają latawce atomowe i nikt nie wierzy,

że jeszcze można się porozumieć,

wszyscy się boją.

Manifest płynie przez Atlantyk…

Manifest przemierza Syberię…

kocham mój stolik, wyjmuję rękę spod niego,

kładę na jego blacie,

patrzę, jak drżą mi palce dłoni,

pod moim spojrzeniem uspokajają się,

mój głód stygnie,

moje dzieciństwo się kończy definitywnie,

rampy świecą — pośród rakiet i krów —

prowadzę siebie i małe kotki, biegnące za mną,

słodki mój dom wieczoru

pracą nazywa moje wzruszenie,

idę, idę z ręką podniesioną w górę,

szczęśliwy, zdobywczy ignorant, mały ssak poprzez

GOBI KOŁO ŁODZI.

Ułuda bezpieczeństwa

Twoje usta są tylko dla dorosłych,

twój anioł się nudzi od lat —

przesiadujesz wciąż na ławce

obok jakiejś żeńskiej zawodówki,

zamykasz oczy, a w głowie twojej

mały, kulawy psiak zdycha pod płotem,

nurkujesz w puch, znikasz tam nagi

i nie byłbyś sobą, gdybyś tuż przed DTV

nie wystawił na świat wskazującego palca

ponad powierzchnią tej miękkości,

tej ułudy bezpieczeństwa.

Panie starszy

Panie starszy…

Panie, dlaczego odpowiadasz pan po węgiersku,

gdy moje komplementy i zapytania

dają się słyszeć po polsku?

Dają się słyszeć, dają, dają —

czy na pewno aby?

Panie, deszcz, Panie, wiatr,

robić wszystko trzeba dobrze i poetycko,

tak, to jest prawdziwa miłość,

a ja nawet nie wiem, jaką formę obecnie prezentuję

w waszych konkurencjach —

mniej wietrzną czy bardziej mokrą?

Wiem tylko, że rozkręcam się zbytnio

pod sam koniec akcji,

co poczytywane jest za przejaw niesubordynacji

różnych kosmicznych sił,

gwiazda spadła, pikując w dół,

a ja śnię, bo śpię,

ja śnię, bo nie pracuję jak teleskop,

to się udziela…

Panie starszy,

obserwuj pan za mnie węgierskie niebo,

ja zapadam po polsku w sen

równie niezrozumiały.

Mewa i kot

Mewy znajdują sobie miejsce w twoich oczach,

tam wiją gniazda i szybko wydają potomstwo na świat,

gdyż jesteś taki niecierpliwy.

Oracz całe twoje plecy zjeździł już swoim Ursusem,

a ty upierasz się, że twój mózg jest świeżo uprawionym ugorem,

Oracz upiera się, że z tym to on nie ma nic wspólnego,

seans telepatyczny to w stylu Mickiewicza,

seans filmowy to w stylu Ziemowita, Siemomysła, Mieszka, Lestka,

Piasta i całej Ameryki z jej indiańskim jazzem,

zależnie od rodzaju podniety.

Bocian jako uogólnienie jest symbolem,

nie możesz jednego słowa powiedzieć o sobie

jako o świecie osobniczym,

by nie podpierać się przedmiotami z duszy

lub przedmiotami z natury,

zbierasz okruchy niedojedzonego chleba,

jesteś tym, którego wiecznie swędzi skóra w różnych miejscach,

nawet od wewnątrz,

jako nędzarz i włóczęga, napawasz ludzi strachem,

nosząc pełne chlebaki odpadków dla bogaczy,

przyuczony byłeś do zawodu piekarza, ale twój chleb

ze sproszkowanej stali był ponoć niejadalny,

w każdym razie nie był kupowany,

sól sypałeś wprost do oczu kupujących — może dlatego

Twoje myśli pociągowo-helikopterowe

trącą już starożytną doskonałością,

życie w ogniu ma sens jak coś, co daje się poznać

przez ból i skutki.

Filozofia i tak w końcu jest kotem,

który bez pracy staje się pupilem —

dzięki małym, mechanicznym lizusom, z których się składa,

kot jest trudny do zabicia przez dziecko,

taki to podły, wolny okruch,

ale jak kot może porwać gołębia pokoju,

tak mewa wojny może porwać kota, by go oswoić.

Obezwładnia ogrom uczuć

Obezwładnia ogrom uczuć

i pracy nad ich przemianą,

dziewczyna to nie orzeł,

grzyb jak stek,

sen to wielki pochód,

chodźcie za mną śnić,

już niedługo spadną okowy z serc,

gdyż wszyscy razem to wolność sama —

i kobieta, i dziewczyna, i uczennica,

samopoznanie przez samomocowanie z telewizją,

trzeba kochać pod osłoną nocy,

głosy z horyzontu, głosy ze ścian,

tablica i pociąg,

niezżęte zboża lub kopy kłosów

w niewoli kosmosu jak śmierć,

wieczny spoczynek wojny,

ona cię kocha,

tu szkoli się na Cerbera przemian,

wątpi w świat, wątpi w samomocowanie,

boli wielkość kagańca, a nie jego ucisk,

świat w Noc Świętojańską jest filmem

o korupcjach polityków,

czynach lubieżnych sędziów,

piersi chudych wiedźm,

nóżki dziewczynek chudziutkich jak przebiśniegi

to słodycz gorąca,

pal, który kojarzy się z wężem,

ogień trzeba nieść czasem przez krainę lodu

i patrzeć na małe życie

wielkich miast z wysokiego marginesu,

wypalonych, oczyszczonych,

trząść się nocą, słuchać nocą Luxemburga,

i któż z państwa zaprzeczy,

że świat przeżyje bez religii miłości

w uczuć katakumbach

i cóż — jest w każdym to cmentarzysko całopalne starszyzny Wolinian,

to fascynuje jak Noc Kupały,

korona Kazimierza Wielkiego odnaleziona w Palmirach,

rodzina, która walczy z komunizmem w Wietnamie,

potwory, choćby takich codziennych, dziennych dzienników

o demokracjach proletariatów,

nieobecnych fabryk kombinatów,

azotowych stalowni, stoczni znów pogańskich,

zbliżają się wybory, a tu krzyż zobowiązałeś się nieść,

wejdź, chodź, bądź,

mój czysty, świetlisty bursztynie,

wybieraj światło w ciemno, jak tu wszedłeś,

kto tu wszedł — bezgrzeszny do KC,

ten zobaczy czasu — koniec.

Na Podlasiu

Na Podlasiu bieda i przepiękny, poranny krajobraz,

nad polskim morzem po wielkich burzach ruiny kościołów,

poeci myszkujący wśród wydm,

szukający na plażach legend współczesności zamkniętych w muszlach,

na Świętym Krzyżu sama rozkosz dla oczu,

aż do Kielc widać historię i gołoborza socjalizmu — oby tak dalej,

w Warszawie same skażenia i nastrój rodzącej się kultury

małych, bezsensownych elementów w brzuchu i przestrzeni,

nad Soliną romantyczni drwale, walczący ze sobą

w stylu kung-fu pod budką z piwem,

na Żuławach śniadanie plus deser ciekawostek atmosferycznych,

na Rynku w Krakowie coraz mniej wolności, za to

w słońcu przybywa prawdziwego piękna,

w zielonogórskim kombatanci świadczący o krzywdzie,

jaka dzieje się starym i biednym kościuszkowcom,

ale także o tym, że Polska była tu i będzie biedna,

w Częstochowie raport służący profilaktyce,

zabezpieczający każdego przed niepokojącymi myślami

o emigracji do Związku Sowieckiego —

ten raport świadczy o tym, że wszędzie tam czyha

wspaniałość, której nie widać,

której nikt nie dostrzega,

która, jeżeli nie może być duchowa,

to pewnie jej nie ma.

O, szybkostrzelna

O szybkostrzelna Pani w czerni,

czyżbyś była tą wyśnioną za dnia,

zręby cywilizacji to są ramy,

w których mogę cię widzieć i poznać,

wstępujesz w moje serce od kilku dni,

zbliżasz się do moich ramion

i cała w czerni stajesz się coraz jaśniejsza,

a wokół linie i krawędzie ciemnieją,

prowadzą twoją miłość coraz bliżej, bliżej,

same znikając,

widziałem cię kilka razy,

o wszechpędząca Greczynko,

tak blisko jest nasz wspólny kołczan,

dobra, śliczna, narkotyczna, mityczna, utajona,

boję się, gdyż za chwilę dowiesz się,

jak wielki będzie ten nasz lot,

o najcudniejsza, zaraz zobaczysz,

jakim jestem cierpiącym celem,

od wielu, wielu godzin zbliżasz się

po uwolnieniu cięciwy,

zechciej tylko rodzić się, gdy ja będę umierał,

a to tysiąc razy na sekundę,

bądź w swej czerni,

przytul się wreszcie do mojego serca,

o strzało drżąca w sercu,

tęczą spadająca z zenitu.

Kończy się miasto

Godzina strachu, po której kończy się miasto —

z równoległymi ulicami, widzianymi z okien,

z parkami prostych, zielonych drzew,

ze sznurem zorganizowanych w wielkomiejskim ruchu

samochodów.

Kończy się schemat, a zaczyna życie,

gdy nagle nie musisz mówić,

nie musisz ruszać rękami

ani zastanawiać się,

możesz tylko wówczas, leżąc nieprzytomny,

patrzeć w niebo, mając mocno zaciśnięte powieki,

gdy miasto czeka na pociski atomowe,

gdy wieś czeka na stalowe gąsienice czołgów,

sen to jest prawdziwe czuwanie…

Gdy kończy się ta godzina strachu,

noc staje się niskim planetarium

przyszłości i szczęścia

seansem, co dwie godziny

za pięć złotych.

Psychodelia socjalizmu

Mały, dwuletni szkrab

przychodzi do mnie co dzień

z prośbą, by założyć mu słuchawki na uszy

i dać chwilę psychodelicznej muzyki.

Gdy idę mu na rękę,

jest wyraźnie ukontentowany,

rytmicznie porusza małym kolanem,

uśmiecha się i słucha,

ma kłopoty z mówieniem

ale wydaje mi się, że chyba rozumie

tamtą muzykę i tamte czasy.

Dziś siedzę sam z bólem głowy

po nocy pełnej koszmarów

psychodelii socjalizmu powszedniego,

czekam na to dziecko,

kiedyż wreszcie bez pukania

uchyli drzwi mojego pokoju

i pojawi się znów w progu —

jak zwiastun elektrycznej wolności,

niezniekształconej materią.


Stan ducha Polski

Mam obowiązek opowiadania w prostych słowach

o swym życiu w ucieczce,

jestem zmuszony zrozumiale wyrazić stan ducha Polski,

kluczącej w miejskich labiryntach i lasach pogardy.

Och, jakże ja płonę, a ona jest taka zimna,

muszę mówić o troskach i kłopotach codzienności,

idealizm za mnie nie chce tego robić,

policja jest na moim tropie,

płoną mi skronie, co może mnie zdradzić,

płoną mi włosy, chowam się za komin na dachu,

uciekam ulicami polskich miast,

krzyczę na cały głos — wolność!

Uciekam z niewoli myślenia o codzienności,

biegnę drogą ciała wielkiej przemowy.

Oni są już na moim tropie,

tak często się boję, że z czymś nie zdążę,

wtedy nie mogę wypowiedzieć jednego słowa,

wtedy, w takich sekundach ciszy,

wielka trwoga ulega idealizmowi asfaltowych nawierzchni,

zostawiam wytopione ślady, zastygające na wieki,

układające na ulicach słowo — wolność.

Cienka nić cierpienia

Tak trudno jest zrozumieć,

że ta cienka nić cierpienia jest koniecznością,

chociaż się rwie

jak zwykłe życie,

twoje słowa są o wiele mniej potrzebne,

by zrozumieć dziś bardziej niż jutro,

nie zmieściłeś się w jej kryształowej formie

pojęcia, ukochany,

nie mogła być ideałem, na który patrzy się

w pozycji wertykalnej.

Starsza mężatka, choćby zdziwiona,

gotowa dać ci cały swój świat, choćby w kinie,

biorąc jej dłonie w swoje, kładziesz na kolanie,

wtedy panika ogarnia tłum jej mężów,

na myśl o tym teraz dostajesz epilepsji śmiechu,

ale wywiodłeś ich w pole.

Jedna kobieta oddała wszystko

i odeszła, nie zaspokoiwszy cierpliwości,

taka wspaniała w swej wierności,

inna kobieta stanęła na placu boju,

by sprawdzić, że czujesz się jak embrion,

że tysiące razy w myślach wślizgujesz się

do jej matczynego łona,

by tam skulić się jak płód królika i zasnąć,

czekając na prawdę o wiecznej miłości,

bojąc się krematorium mózgu,

i tak pragnąc samej siebie w ogniu,

odwzajemniała pożądanie, doprowadzając do zgodnego:

— To nie ma sensu w tej chwili, poczekajmy —

Patrzyła, zdradzając swe życie, przyzywając ciebie

Odchodzącego,

tak zbędna już jak wstyd.

Paliwo bólu jest potrzebne, by rakiety i głowice mogły powstać,

by miłości imperium mogło obronić się przed modami zła

bez grzechu i cierpienia.

Koń przeskoczył Wołgę

Nie wypuszczę cię, tak jak Liv Ullmann,

będziesz moim pawianem, kukurydzo amerykańska,

ty pijaku — bijatyki urządzasz w wagonach,

bezpieczeństwo państwa narażasz,

nie będę tolerował twojego lekceważenia

miesiąca filmu radzieckiego,

jestem wiatrem wiejącym od Huty Warszawa,

koń ma rogi, które wyprostowały mu się —

naprawdę —

mrużył wtedy oczy i kupował bilet do kina,

na film Bergmana,

cieszył się, gdy czytał w gazecie o Ernście,

że świat czeka na jego kukurydziane pokłosie,

listonosz zanotował: bije dzwon, mąż bije żonę,

pantoflarz bije pianę, ZOMO bije szyby w kinach,

a wojsko się biczuje na trybunach,

papież jest autentycznym facetem —

powiedzieli tak w „Monitorze Rządowym” —

ale był przecież aktorem,

świat zaznacza swą obecność piosenkami,

nie w ciszy, nie w ciemnościach,

ja lubię kolory i młode zespoły punkowe,

dlatego nie rozumiem, dlaczego mogę się

porozumieć w sprawach światowych

tylko z podstarzałymi generałami,

nie, to nie była muza,

nie, to nie był aktor,

pozostały pytania z pierwszych rzędów —

dlaczego nie daje ci to spokoju?

Koń przeskoczył razem z jeźdźcem

Wołgę i Don ruszył na zachód,

a za nim na taczance naga Liv z Ernstem,

jak Breżniew przykazał.

Odpowiedzi

Papież na tle Domu Partii w Warszawie,

otoczony tygrysami wyglądał wspaniale,

zachwycił mnie, gdy wjeżdżał

razem z nami w Nowy Świat.

Papież wystartował z Balic samolotem

i oddalił się ponad górami do Rzymu,

setki komandosów deptały

ten sam pas startowy wcześniej i później,

bezskutecznie szukając odpowiedzi

na pozostawione przez niego pytania,

tyle razy zachwycali generałów,

wkraczając w dwóch rzędach

na ciemne rampy, spuszczone z tyłu samolotów,

gdy znikali w otchłaniach wojen

pod ogonami samolotów desantowych

i nie znaleźli odpowiedzi na pytania

pozostawione przez jednego zgarbionego staruszka w bieli.

Czy teraz, tak jak kiedyś,

chcemy zachować pokój,

gdy obce łapy szukają naszych rąk,

by pogratulować poddaństwa,

gdy Partia szuka naszych rąk

do odrąbywania,

gdy bezpieka wciąż otwiera

nowe rany w umyśle społeczeństwa,

gdy u nas coraz mniej ludzi mających nadzieję.

— Szaleńcy, szaleńcy — wołał papież,

nie wolno wam w zachwycie nad materią

wywoływać wietrznych gonitw grożących

śmiercią narodom,

nie wolno prowokować wiatru

w oczach, w sercach,

które staczają się w rozpacz,

jeżeli nie potraficie odnaleźć odpowiedzi,

którą on niesie.

Natchniony

Gdy byłem natchniony,

napisałem do ciebie list,

śmiałaś się z niego długo,

jeszcze teraz słyszę twoje spazmy radości,

gdy byłem natchniony,

oryginalne piękno odkryłem w miłości

i opisałem ci dokładnie

cień za twym lewym uchem,

który pokochałem i który pożądam,

pamiętam jeszcze twoje krótkie słowa

i dziwne spojrzenie,

uwierz, byłem natchniony,

musiałem o tym napisać do ciebie,

i cóż z tego, że miałaś inne wyobrażenie

o mnie i moim uczuciu,

teraz, gdy już tyle godzin jestem sam,

gdy wracam do domu w apatii,

gwiazdy sypią się na moją głowę,

na wielkim nocnym niebie,

znacząc ogniste smugi od horyzontu po horyzont,

wszystko, co żywe, wstawia się za mną,

wszystko, co natchnione,

a ty tak kochałaś mnie,

lecz ja napisałem ten list,

w którym prosiłem ciebie o to, byś choć przez minutę

stała na ruchliwym skrzyżowaniu,

trzymając w ręku małą gąskę

lub oddała mi jeden swój sen w zamian za jabłko.

Byłem natchniony, gdy żądałem słońca, wody i wielkiej ryby,

w której mógłbym się skryć,

a ty tak bardzo przestraszyłaś się mnie,

taki wstręt wywołał w tobie mężczyzna,

któremu drżą ręce z natchnienia.

Śmiałaś się ze mnie, związanego powrozem

jak jagnię gotowe na rytualną śmierć.

Oczekiwałaś krwi, a nie obrazu,

ty boisz się ryzyka nieskończoności,

a jestem tylko krzyżem łotra dla świętości,

dziś, gdy natchnienie rozwiało się jak mgła,

a gwiazdy wszystkie już spadły,

podobałbym ci się znów —

taki spokojny i głupi.

Po latach odkrywamy siebie na obrazach

I tak w ciągu wielu lat

nasze noce zmieniają się w dni,

komentarze przestają dokumentować cokolwiek,

kolaż z serca i faktów trwa wiecznie,

i tak w ciągu wielu lat

nasze domy maleją,

wyrastamy z nich,

chodzimy wśród nich jak wśród zapałczanych pudełek,

ale za to patrzymy jaśniej, pewniej,

zimniejsi, starsi o historyczne lata,

których nie poczuliśmy dziecięco,

i dlatego dziś nie rozumiemy,

tak w ciągu wielu lat

tworzymy swoje kolaże,

po latach odkrywamy siebie na obrazach

przyrody, wojny, miast, rządów

odklejających się powoli

od prawdy.

Miłość poza nawiasem

To tylko miłość.

Znak —

to miasto nad jakąś rzeką,

to pochylony nad stołem człowiek,

słońce czerwone do połowy,

skryte za zielonym, lesistym wzgórzem,

zachodzące nad lotniskiem i portem,

znak —

to tylko znak,

miłość poza nawiasem życia

i miłość jak zwiastun nowego życia,

możesz tylko patrzeć, obserwować, oceniać

ekscesy światła słonecznego,

gdy zamykasz oczy, wiesz tylko jedno,

gdy naprawdę kochasz,

w twojej duszy nie ma nic innego,

wtedy wiesz — to tylko miłość i ona —

symbol słońca,

cały ty wówczas jesteś znakiem,

tylko patrzysz, klasyfikujesz sytuacje,

szufladkujesz ludzi, ogrody, dworce kolejowe,

to tylko miłość i ona —

akadyjska alfa i grecka omega,

to żebrak w przejściu podziemnym,

to rozpacz w domu samobójcy,

to rozpruty spadochron,

to pierwszy wystrzał na Westerplatte,

widzisz tak dużo rzeczy ukrzyżowanych

i czujesz, że cały jesteś wielkim zwiastowaniem,

a to tylko ona i miłość,

z którą nie wiesz, co począć,

którą zwrócono ci przed chwilą

lub już w dzieciństwie,

ziarenka piasku drażnią cię jak małżę,

zaszczepione w twej głowie,

pył złoty gryzie w oczy,

patrzysz na świat rewolucyjny, obcy

i porzucony nad Wisłą trzymasz w dłoniach

coś, co będzie jak symbol, jak znak,

cokolwiek by to było,

a na razie jest palącą jak samotność miłością,

to tylko miłość i ona,

oni kłamią, mówiąc — to zaślepienie

i uwielbianie samego siebie,

a ty wiesz, to ona i miłość,

to zapomnienie o cierpieniu i śmierci,

to znak nieznośnego,

ale jednak życia.


Małpy w oknach pałacu

Człowiek przed białą bramą oczekiwania,

krew w jego żyłach,

koń koloru fioletowego na zielonym, królewskim tronie,

małpy w oknach pałacu,

korony na ich głowach,

błyskawice zmienione w słowa wiszą na niebie,

dziecko śpi na tapczanie —

w jego śnie żywe istoty ludzkie,

człowiek przed białą bramą z pękiem kluczy,

klucze są zardzewiałe,

oceany kołyszą się,

na falach kwiaty czerwone,

cała powierzchnia pokryta czerwonym kwieciem,

czerwone płatki, miotane przez wiatr,

spadają bezustannie,

aluminiowe wieżowce i dzwonnice cerkwi

za kratownicą ogrodzenia,

łańcuch zardzewiały oplata bramę,

człowiek patrzy na małpy w oknach,

bezradnie trzymając w ręku lilię.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 48.49
drukowana A5
Kolorowa
za 80.55