E-book
1.37
drukowana A5
44.34
drukowana A5
Kolorowa
74.85
Piotr zasłużył

Bezpłatny fragment - Piotr zasłużył

1983 - 1984


Objętość:
335 str.
ISBN:
978-83-8155-121-2
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 44.34
drukowana A5
Kolorowa
za 74.85

Gwiazdy czyhają

W wielkiej, błotnistej kałuży gwiazdy czyhają na ciebie,

może właśnie w tym mieście,

w jego zaułkach być może wdepniesz

w miazgę rozmokłych, gnijących gwiazd,

właśnie wtedy, gdy będziesz ze swymi medalami

znajdował się w arce samotności na grzbiecie fali,

właśnie wtedy, gdy nie będziesz się niczego spodziewał,

natkniesz się na olśnienie przybywające z kałuż.

Na ludzkiej twarzy gwiazdy czyhają na ciebie,

może spotkasz je drżące na jednej z rzęs,

zaskakiwany zbrodniami rozstań być może

zostaniesz upolowany przez jedną taką gwiazdę,

właśnie wtedy, gdy nie będziesz się niczego spodziewał,

zostanie przez nie wykonana egzekucja odkładana od lat.

Laurowa korona

Cienka, gorąca opaska nienawiści

wokół mojej głowy,

socjalny wieniec laurowy nad moim czołem,

jeden listek, drugi, trzeci, czwarty,

wszystkie przybite do mojej głowy

gwoździami tęsknoty i samotności,

przenikające moją najtwardszą kość —

to przeszłość niszczy mój mózg,

nie mogę korzystać już z teraźniejszości,

świat, który demaskowałem, osaczył mnie,

nienawiść miłości, miłość nienawiści,

och, poprawić opadający na oczy wieniec laurowy,

cierpieć znów jak człowiek bez przeszłości —

tylko z powodu nadchodzących czasów,

w chwilach obecnych

nie zapominać w utraconym raju

o nitkach żalu.

Ale wielki jesteś

Ale wielki jesteś,

zbyt wielki na ten nastrój,

chcę płakać,

muszę zabijać zło,

wąż trwa we mnie,

zegar umiera ranny w oko,

nie, nie, nie…

O cóż chodzi?

To tylko wieczór

szyb, mebli, płyt,

jakichś małych głośników,

paznokci,

ależ nie, nie

jestem z kimś,

ktoś z kopertą,

w której krwawi list,

nową wiosną odbija mi się

jak wstrętnym bigosem

z dworcowego baru,

naszych odrażających rozstań

kwiaty umierają między

moimi zębami.

Ale wielki jesteś,

zbyt wielki na tę kieszeń,

bo nie, nie,

nie chcę umierać,

bo nie, nie,

nie chcę domu

ze skrzyżowanych bali,

chcę tracić, tracić,

ale nie wszystko —

to moja jest tragedia tylko,

chcę mieć swoje zwierzęta,

niedotknięte symbolizmem,

jeśli nie mogę być planetą

ani ciepłym klimatem,

chcę myśleć, myśleć

o czymś myśleć,

a szubienica pokolenia myśli za mnie,

nóż wyklętych wykonuje gesty,

jakby kierował nim facet

z moją fizjonomią,

przedmioty, zebry, żyrafy,

zakazy zatruwać, by Zen

mógł nawet,

by wyłoniła się

Biblia zeń —

przystrojona w muślin

Kobieta-Biblia z kresów

umysłowego oddalenia,

nie, nie,

nieprawda, że jestem całkiem dobry,

modlę się do szans,

myślę, że muszę zabijać zakazy praw,

płaczę już przecież.

O co chodzi?

Te kleksy, te upomnienia, te dziewczyny,

te pasy na mgłach włosów,

podziemia wielkości marzeń,

rozumiem, że ucieczka przed śmiercią

nie ma sensu na dłuższą metę,

nie, nie,

nie ma sensu się bronić życiem

przed śmiercią.

Jesteś tak daleko

Ogień zapłonął na horyzoncie moich paznokci,

a ty zmarszczyłaś brwi i uniosłaś rękę,

ogień zapłonął na końcu świata moich palców,

a ty krzyczałaś wciąż — daj mi spokój —

ogień zapłonął na krańcach moich rzęs,

wołałaś — daj mi spokój —

ogień buchał z oczu i ust,

a potem, gdy ty całowałaś mnie na pożegnanie,

twoje usta nie mogły mnie już dosięgnąć,

bo byłem zbyt daleko,

wyszłaś z tlącą się sukienką,

pojawiały się na niej małe płomyki,

gdy odwróciłaś głowę już na ulicy,

aby popatrzeć w moje okno,

w którym zgasło światło

i zapanował spokój święty.

Przeklęta epoka

Jak to się mogło stać,

że już dziś mówię do siebie — ty,

dlaczego na mojej młodej głowie

tyle siwych włosów,

jak mogłem dopuścić do tego, by ludzie władzy

odebrali mi moje cele,

by przywłaszczyli całą moją nadzieję.

Na darmo szukam dziś żywych wokół siebie,

nie widzę życia w figurach woskowych,

aniołów strzegących moich coraz to różnych postaci.

Jak to się mogło stać,

że przeżyłem cały wiek sam?

Że nie mam do stracenia nic?

Że zachwycam się byle czym?

Społeczeństwo sukcesu wiekuistego mnie odepchnęło,

przyroda wypluła i zwierzęta opuściły,

dzieci zrezygnowały ze mnie.

Jak można, będąc nastolatkiem,

myśleć tyle o śmierci,

dlaczego stoję, dlaczego patrzę

na te potworności wieku prostych ludzi,

jak to się stało, że przestałem cenić pieniądze

i nawet nie wiem teraz,

ile jeszcze mam wzięcia,

a ile do darowania?

Nie można wędrować ciągle pod prąd,

do górskich źródeł,

trzeba płynąć rzekami do wielkich,

zaludnionych delt,

zdobywać ocean w poszukiwaniu szczęścia.

Jak to się stało,

że tonę w asfalcie głównej ulicy,

podczas gdy inni spacerują zwyczajnie alejkami,

przytuleni do siebie,

jak mogłem dopuścić do tego,

że mimo wszystko nie potrafię

dotrzeć suchą stopą na żaden drugi brzeg,

jak mogłem dopuścić do tego wszystkiego,

gdy wiem, że dziś pozostało mi tylko

to wyniszczające pisanie o przeklętej epoce

upływającego czasu?

Nadwiślański aniele

Odbierz od niego wszelkie zło,

poprowadź jego błyskawice,

zaznacz jego potencjały,

osłoń jego oczy przed oślepiającym słońcem.

Nie pozwól, by sam miotał się spocony

w wiosennym upale pod Pałacem Kultury i Nauki,

by wszystko, co należy do niego, zostało odrzucone

i wirowało nad Warszawą jak dym i gołębie w czasie powstania.

Odbierz od niego cenną, białą chusteczkę

i nie pozwól zginąć jego wielorybowi,

usiądź z nim w barze „Wanda” u stóp Wawelu,

każdym okiem oddzielnie wtedy mu się przyglądaj,

gdy siedząc na koniu z brązu, w cierniowej koronie na głowie,

bierze wielki zamach zza głowy,

trzymając w ręku wałek do ciasta.

Pozwól pachnąć jego bzom i jaśminom rosnącym na kraterze wojny,

bądź nim, gdy lekki wietrzyk wieje przez Wisłę,

przynosząc tajemnice Sandomierza i Grudziądza,

gdy nad lotniskiem w Balicach krążą mewy, jego mewy.

Pobłogosław jego łzy i daj pragnienie życia do końca

w krainie czerwono i czarnosinego zła.

Przewrażliwione kolory

Gdy głoduję samotnie w klatce,

przewrażliwione kolory układają się w plamy,

przybywają moje listy w skrzynkach pocztowych ciekawych oczu,

spójrz jeszcze na ten kolor podróży,

pędzi lokomotywa wąwozem wiosennym,

zielone gałęzie drzew smagają wagony,

marzenia zgwałcone przez niepewność i ból

nie mogą przestać być gałęziami choć na chwilę,

bym mógł dotknąć ich jako

długich, jasnych loków dziewczyny,

urodzić się w szkle lub w glinie, by

z kryształu kształty pozwoliły docenić miłość,

cierpienie pomaga lawinom listów,

kolory nie mogą być na początku podróży,

kolory później wpadają na stację —

zdyszane, wysmagane zielenią.

Ból oczu

Widzę w Muzeum Narodowym niebieską plażę,

na którą pod wieczór wypełzają z wody

stalowe żółwie na gąsienicach,

kryję się w dziale antycznym,

gdzie spotykam się z Bereniką z lazurowego marmuru,

przekazuję jej pocałunki i ulotki,

ale potem strażniczka wielka jak posąg,

czarna w niszy i tęczowa w świetle witraży,

unosi moje ciało za jedną nogę,

ponad drewniany, dziękczynny stół prezydialny,

rozcina wprawnym ruchem moją pierś

nożem szklistej wrażliwości,

kibitka z moim ociekającym krwią sercem

jedzie niebieską plażą na spotkanie żółwi,

Berenika zastyga jak Anna z Faras.

Wchodzić do wnętrza kobiet

Takim smutnym chłopcom powinno się zakazać

wchodzić do wnętrza kobiet,

ich powinno się popchnąć tylko w kierunku

przestrzeni, gdzie miecz, tarcza, wódka,

Golgota, pies, struna, gwiazda, trumna, rzeka,

kamień, chłodny poranek, rosa, nóż, zamek, szkoła,

piłka, mięso, hotel, grad, potworna walka,

wyścig, rumieniec, schody, ból zęba,

ogon, oko, warga, ból żołądka, krew,

pomnik, widowisko, samolot, słoń, obraz,

giermek, sen, ogień, bohater, podniecenie, wstyd,

gałąź drzewa, cios, szybkość króla, czerń,

świat, może kosmos, wszystko, wszystko,

kości, wielkość, bełkot bruku, bum, bum, bum…

Takim smutnym chłopcom powinno się zabronić

wchodzić do wnętrza kobiet,

pijących kawę nonszalancko

i plotkujących o nagich facetach,

mających je za nic.

W planie 3-letnim

Czemu dziś ujęto mnie w planie 3-letnim —

tak chciałem się jeszcze zmienić —

dlaczego tak uzbroili Polskę,

szykuje się wojna czy co?

Gazety jakoś nie przynoszą

pełnego życiorysu Jaruzelskiego,

byłem w Warszawie ostatnio,

wszystko się zgadza

w Pałacu Kultury nadal pędzą bimber,

siedzę na ulicy — nie,

siedzę na lotnisku — tak,

lotnisko w Królewie całkiem duże,

ulice warszawskie teraz całkiem malutkie,

zmniejszają się, odkąd zniknęło z nich życie.

Dziś postanowiłem, że się zmienię

(to złudzenie, które pozostało),

że od jutra przestanę wydobywać węgiel,

że skończę z siarką, z rudą i statkami,

z przędzą i ze stalą

i zacznę pisać nową Biblię — a tu masz,

ujęto mnie w planie 3-letnim

i muszę zakładać znów mundur —

tak, Polska zbroi się nieprawdopodobnie,

nie będę ginął na wojnie

za jakieś tam mętne, spaczone, czerwone racje,

chcę zmieniać świat wojenny na inny,

jutro miałem umyć okna w mieszkaniu —

a tu masz,

kosmici łażą mi między zębami,

Sowieci kąpią się w moim martenie,

stojącym w kwitnącym sadzie,

Chrystus już zmartwychwstał,

a ja, zamiast umierać z nim,

zaklinowałem się we włazie czołgowym,

w nowych produktach cywilizacji,

będę więc musiał wspinać się na drzewa

raz jeszcze,

tak chciałem się zmienić,

umrzeć dla umarłych we mnie,

wyjść czysty z tej czerwonej kipieli,

osuszyć się wiatrem w białym sadzie,

planowo zmartwychwstać z ptakami.

Jak łatwo można zwariować

W przedziale pociągu on opowiadał o tym,

jak łatwo można zwariować,

trzymał na kolanach lalkę, którą powoli rozbierał,

czerwone krople potu spływały z jego czoła,

kapały z czubka nosa na gładkie, plastykowe ramiona,

wżerając się w tworzywo,

policzki lalki zaczerwieniły się, a z jej piersi

poczęło sączyć się mleko,

twarz lalki stawała się twarzą staruszki, by po chwili

zmienić się w twarz dziecka.

Opowiadał o tym, że jego żona jest w szpitalu dla wariatów,

a jego syn pije i przychodzi do niego w nocy po forsę,

w samych kalesonach i koszuli,

on sam zaliczył wiele pobytów w szpitalach

z uwagi na chorą wątrobę i nerki.

Młoda dziewczyna, siedząca obok, doceniając jego Golgotę,

przestała się śmiać,

urzędnik też, a żona urzędnika przerwała kasłanie.

Gdy dziewczyna wyjęła z podróżnej torby sprośną

książkę dla licealistek,

on odłożył lalkę, która była już całkiem naga

i w tym momencie znowu bardzo stara,

przerywając swoje żale, wziął na kolana żołnierza

i przylgnął do niego,

gdy dotykał żołnierza, pociąg dojeżdżał do końca trasy,

dziewczyna, nie mogąc wygasić oczu i skupić się nad lekturą,

przysunęła się do niego i ścisnęła go za kolano,

lalka umierała powoli, kołysząc się na siedzeniu.

Po chwili wokół pozostali już tylko robotnicy

w czarnych beretach na łysych głowach,

dziewczyna witała się z matką na peronie,

banalny wodospad cierpienia żłobił już w jego śnie

zgłębienie dla jej piersi.


Ile dni?

Ile dni trzeba połknąć,

dni gorących, dni ginących,

by przetrawić uczucie

jak intensywną przyprawę —

a ja tak ją kochałem,

tak kochałem…

Ile rozżarzonych podków

trzeba przyłożyć do zmarzniętej skóry —

na szczęście,

w chwilach ekstazy, w chwilach snu,

by zrozumieć, że szczęście odeszło…

Chciałem ją kochać nawet kosztem szaleństwa,

ale skąd mam dziś wziąć dla niej czas,

gdy czekam na inną, tak samo kochaną,

czekanie stało się znowu moim obowiązkiem

w dniach wiary.

Ile dni trzeba czekać, żeby ktoś odszedł?

Dwa okna

Dwa okna naprzeciw siebie —

jeszcze wtedy, gdy one wszystkie za mną biegły,

jeszcze wtedy, gdy ubierałem się w biały fartuch,

jeszcze wtedy, gdy uzdrawiałem na ulicach,

jeszcze wtedy, gdy przemawiałem w parkach,

jeszcze wtedy, gdy studiowałem znaczenie cyfry 8.

Dwóch łuczników mierzących z okien do siebie —

jeszcze wtedy, gdy mały kotek unosił mnie

nad puszyste jeziora i morza delikatności,

jeszcze wtedy, gdy mogłem patrzeć spokojnie za siebie.

W obu oknach zatrzymywał się księżyc —

wtedy dystans znaczył coś,

wtedy dystans znaczył wszystko,

wtedy ty, będąc dziewczynką z tłustymi problemami,

niespodziewanie przewrócona na ziemię,

wyglądałaś wśród traw jak smoczek dla dziecka,

wtedy ty stałaś się moją tarczą.

Stojąc w oknie, pisałem palcem w powietrzu —

„Nie ruszaj się z miejsca” —

odczytałaś te wyrazy i zrozumiałaś, że

darem dla Stalina może być dar przekleństw

i nie podeszłaś do mnie nigdy w kobiecym przebraniu,

nauczyłaś mnie rozpoznawać kotki po kolorach,

nauczyłaś mnie patrzeć,

okna powoli zmieniły się w oczy.

Dezercja

Mówię do ciebie w sumieniu:

— Przebacz, przebacz, przebacz —

dezerteruję,

od wczoraj myślę o tym,

od dziś nie myślę nic,

najpiękniejsze moje dzieci krajobrazu

pozostały w Dwikozach.

Cierpienie znaczy dziś w 1983 maju…

Dziwny, piskliwy ton dzwonu znaczy —

urny przodków też są moje,

nie mówię do ciebie „przepraszam”,

mówię — kocham ją, całuję ją, ona, ona

i wynurza się wieloryb biały jak ślina,

która na jej wodzie pozostała,

widzę brzeg Wisły — spichlerze widzę puste,

pociąg wspinający się pod górę

w kierunku orlego gniazda,

widzę krasnoludki na rzeźbionej

lewą nogą przez głuchoniemego,

drewnianej części łóżka w wojskowym skansenie,

i to nieprawda i tamto też,

tak ja to słyszę,

on to wie, on to wie,

mówię, że słyszę — przykro mi,

tak mi przykro — czy coś w tym rodzaju,

idę — nieprawda — wiszę — gwóźdź,

łódź w Sandomierzu i oczy tej słodkiej,

czterdziestoletniej blondynki

w pociągu do Warny,

pociąg zatrzymał się w polu, gdzieś

pomiędzy Bugiem, Odrą i Dunajem,

zrzucam mundur,

dezerteruję z nią z obozu na chwilę.

Stać

Kto wie, co stanie się na tej ziemi,

gdy braknie manifestu,

dziś walczą wszyscy i głupieją,

choćby tak jak wczoraj i ja

Warszawy o mały włos nie pokochałem,

gdyż objawił mi się w hotelu Goj-Samarytanin,

fabryki pracują na pół gwizdka,

kominy dymią na pół gwizdka,

traktory zdobywają połowę wiosny,

a „Polityka” się rozpisuje o upadku kultury

w domach i pałacach kultury,

ośmiesza, ośmiesza roboli,

wie wszystko bez manifestu,

tylko minister i agent nie wiedzą nic

pod transparentami, pod transporterami,

chociaż poeci piszą samą prawdę na murach,

kto wie, co stanie się na tej ziemi

jutro, gdy braknie manifestu,

szatan rozpocznie rzeź w ich imieniu,

tylko na to przecież ich

STAĆ!


Służba bezpieczeństwa stajen

Służba bezpieczeństwa stajen,

wszelka dwuznaczność — dżem,

poprzez południe Polski

odbieram prawdy północy,

nie dziw się — jem ze słoika,

kluczę w lasach wojny harcerzy,

kluczę w lasach wojny książek,

biała mucha jest teraz wytrychem

do polskich drzwi,

mógłbym je dziś otworzyć, ale czy warto,

gdy wolność wciąż kryje się przede mną,

trzeźwość kroczy z gradem bomb

wężykiem, orzełkiem, wężem,

ta dwuznaczność mnie dopadła w Dwikozach,

nie jestem tak delikatny jak WAM,

nie jestem tak bogaty jak WAT,

nie jestem tak wygadany jak WAP,

nie jestem tak jednoznaczny jak WAR,

w borach wyrastających z klatki piersiowej

odnalazło się serce wciąż żywe,

Polsko, pokazujesz im wszystko, co masz,

nawet to tajemnicze „sza”,

to mnie ustawia w pozycji gwizdka

na sowieckiego psa,

tylko on to słyszy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 44.34
drukowana A5
Kolorowa
za 74.85