E-book
20.34
Wózkiem przez świat

Bezpłatny fragment - Wózkiem przez świat

Objętość:
300 str.
ISBN:
978-83-8126-315-3

Z dedykacją

dla moich rodziców,

którzy zawsze mnie wspierali

i dzięki którym uwierzyłem

— że mogę wszystko…

Rozdział I

Wszystko zaczęło się od końca świata. Uparłem się, żeby pojechać do Norwegii za koło podbiegunowe. Gdy tylko usłyszałem, że mój dobry kolega planuje wybrać się na słynny Przylądek Północny — nie mogłem darować sobie takiej przygody.

— Jak to nie dam rady? Ja nie dam rady?!

Decyzja zapadła, termin przyklepany. Jedziemy na Nordkapp. Ekscytacja była tym większa, że kompletnie nie wiedzieliśmy, czego się tam spodziewać. Internet niby wie wszystko, ale w moim przypadku to „wszystko” jak zwykle jest zdecydowanie trudniejsze.

— Nie mamy zapewnionego noclegu, nie jest wytyczona kompletna trasa — mówili moi przyjaciele.

— Ale mamy punkt docelowy i to najważniejsze. Poprowadzą nas trolle — skwitowałem.

Moja pewność, że podołam i na własne oczy zobaczę koło polarne sprawiła, że przyjaciele w tej walce „polegli” i podjęli wyzwanie.

Podobno Nordkapp to najdalej wysunięty punkt Europy. Chociaż są tacy, co twierdzą, że to jednak Knivskjellodden wiedzie prym w tym wyścigu o metry. Tak czy siak, zjeżdżają tam tłumnie karawany turystów z całego świata, byle tylko zobaczyć urwisko i poczuć wiatr we włosach, o ile je mają…

Pojechałem i ja. Dotarliśmy na koniec świata. Ja i mój inwalidzki wózek (wrzód na dupie, ale i wybawienie). Dalej była już tylko pustka, Morze Arktyczne i jedna myśl: dokonałem tego! W głowie kłębiły się myśli, serce waliło jak oszalałe. Może to wyświechtany frazes, ale tam, za kołem polarnym — gdy adrenalina sięgała zenitu i wypierała się nawzajem ze zmęczeniem — przed oczyma przeleciało mi całe życie.

Mam teraz czterdzieści lat. Wtedy, na Nordkapp, byłem lekko po trzydziestce. Dorosły facet. Jednak w tamtej chwili w oczach zakręciły mi się łzy i pomyślałem o swojej mamie. Dopiąłem swego, a ona mogła być ze mnie dumna. Pamiętam, że zawsze walczyła o moją samodzielność i zawzięcie szukała sposobów na wyleczenie mnie z fizycznej ułomności. Ale cudowne ozdrowienie nigdy nie nastąpiło. Nie pomogli medycy ani tajemne machanie różdżką w wykonaniu wszelkiej maści znachorów. Owszem, bywało nawet zabawnie, kiedy specjaliści od niekonwencjonalnego leczenia prześcigali się w swoich ekwilibrystycznych tańcach i modłach nade mną. Ale moim rodzicom nie bardzo było do śmiechu. A za to piekło i bezgraniczną nadzieję słono płacili przez wiele długich lat.

— Pani syn ma zanik mięśni — oznajmili lekarze z Kliniki Chorób Mięśni w Warszawie, stawiając ostateczną diagnozę po dwóch miesiącach intensywnych, spersonalizowanych badań szpitalnych. Miałem wtedy kilka lat i chyba żadnej świadomości tego, co się ze mną dzieje.

Urodziłem się w Koninie. W bardzo zwyczajnej rodzinie. Na początku nic nie wskazywało na to, że będę jeździł na wózku. Przez pierwsze dwa lata życia byłem przeciętnym, zdrowym chłopcem. W wieku trzech — zaczęły się problemy. Coraz częściej przewracałem się, nie mogąc ustać na nogach. Próbowano mnie leczyć pod tym kątem, ale bez żadnych rezultatów. To zaniepokoiło moich rodziców. Historia zdawała się zataczać koło. Moja starsza o dziewięć lat siostra również chorowała na zanik mięśni. Zaczęły się wędrówki do różnych specjalistów. W latach osiemdziesiątych XX wieku medycyna w Polsce nie była jeszcze tak rozwinięta, jak obecnie. Dlatego ostateczne zdiagnozowanie jej choroby było naprawdę bardzo trudne. Była słodką pięciolatką, kiedy mama zdała sobie sprawę, że córka nie jest „łamagą”… Objawy mojej choroby zdawały się podobne do objawów u siostry. W moim przypadku było to już jedynie potwierdzenie przypuszczeń. Aczkolwiek u mnie choroba objawiła się w znacznie większym stopniu niż u niej. Być może oboje jesteśmy posiadaczami genetycznej wady. Taka nasza uroda…

Będąc na Nordkapp zdałem sobie sprawę, jak silną psychicznie kobietą musi być moja rodzicielka, skoro poradziła sobie z wychowaniem trójki dzieci, w tym dwojga poważnie chorych. Mam do niej za to ogromny szacunek i chciałbym, żeby o tym wiedziała. W tamtych czasach niewiele matek decydowało się na heroiczną walkę o zdrowie i życie swoich dzieci. To chore, słabe, „niepełnowartościowe” potomstwo zwykle skazywane było na oddanie do domu pomocy społecznej, gdzie po kilku latach przeważnie umierało. Ja żyję. Mnie nikt nie oddał. I szczęśliwie zawędrowałem w najdalszy kąt europejskiego lądu.

Przekroczenie koła polarnego miało więc dla mnie symboliczne znaczenie. Nie chodziło tylko o turystyczne stąpanie po tej szerokości geograficznej, ale głównie o pokonanie własnych granic i słabości.


***

Cała wyprawa na biegun była dość męcząca nawet dla moich sprawnych towarzyszy podróży. Zaplanowaliśmy ją na siedem dni, ponieważ tylko tyle mieliśmy urlopu.

— Jedziemy, zobaczymy i wracamy. Taki jest plan — wspólnie ustaliliśmy.

Wyruszyliśmy ze Szwecji. Raniutko. Zabraliśmy GPS, jakieś mapy, szczątkowe informacje wyszukane we wszechwiedzącym necie. Do tego mały, podręczny bagaż. Trochę prowiantu, żeby nie zemrzeć po drodze. W Norwegii, wiadomo — wszystko drogie, więc ograniczyliśmy wszelkie koszty do minimum.

— No to w samochód i rura!

Z Malmö do Oslo wiodła autostrada. Początkowo nabijaliśmy kilometry bardzo szybko. Jednak im dalej, tym było ciężej. Na wysokości Göteborga pojawiły się już skałki, krajobraz stawał się coraz bardziej surowy. Dwie noce jechaliśmy niemal bez przerwy. Poruszaliśmy się samochodem osobowym, robiąc jedynie krótkie postoje, by rozprostować kości. Ból niewygody łagodziły widoki za oknem.

W tamtym okresie nie korzystałem jeszcze z samojezdnego wózka elektrycznego, tylko z manualnego. Podczas tej szalonej podróży trzeba więc było za każdym razem wsadzać mnie i wysadzać z auta, co było niezwykle uciążliwe i dla mnie, i dla moich opiekunów. Ale radość z wycieczki wynagradzała wszelkie niedogodności.

Z perspektywy wózkowicza Szwecja, Norwegia, Finlandia to kraje — nazwijmy to — opiekuńcze. W całej Skandynawii kładzie się bowiem duży nacisk na to, by miejsca publiczne były dostępne dla niepełnosprawnych. I faktycznie, można to było odczuć podczas całej wyprawy. Tak prozaiczna sprawa, jak odpowiednio przystosowane toalety na stacjach benzynowych, podjazdy, automatyczne drzwi — to wszystko niewątpliwie ułatwia życie i może sprawić, że człowiek o niepełnej sprawności ruchowej nie czuje się balastem dla innych.

Trasa na Przylądek Północny i z powrotem liczyła ponad pięć i pół tysiąca kilometrów. Musieliśmy narzucić sobie szybkie tempo, żeby zdążyć dojechać i wrócić w wyznaczonym terminie. Na północy nie ma już autostrad, a drogi są kręte i niebezpieczne. To dodatkowo wydłużało czas jazdy. Było za to sporo czasu na przemyślenia.

Każdy z uczestników wyprawy miał swój powód, dla którego chciał stanąć na Nordkapp. Mnie się zdawało, że jeśli uda się zdobyć ten strategiczny punkt na mojej własnej mapie świata, to w życiu uda mi się już wszystko. Brakowało mi jakiejś takiej wolności, którą chciałem w ten sposób osiągnąć. Dziś wiem, że prawdziwą, niczym nieograniczoną wolność — nosi się w sobie. To nie horyzont wyznacza nam granice, ale własne myślenie. I nie cel jest najważniejszy, a dążenie do niego. Jednak do takich przekonań musiałem po prostu dorosnąć.


***

Im dalej mknęliśmy na północ, tym dzień stawał się dłuższy. Podobnie jak droga, której końca w dalszym ciągu nie było widać. Minęliśmy dwie ostatnie stacje benzynowe. Przejechaliśmy tundrę z niskopienną roślinnością, potem znowu jakieś pustkowie i teren wypasania zwierzyny.

Nagle mijające nas samochody zaczęły mrugać światłami. Jeden, drugi, trzeci…

— Co, u diabła? Policja? Tutaj?

— Jeszcze tego brakuje.

— Jeśli trafi się mandat, to pójdziemy z torbami.

— Nie, to chyba nie policja. To coś innego.

— Może wypadek?

Chwilę później okazało się, że musieliśmy zwolnić i przepuścić uczestników ruchu drogowego, mających na tym terenie pierwszeństwo. Ot, niepisane prawo północnej Norwegii. Naszym oczom ukazały się całe gromady mieszkańców tamtego regionu. Widok niesamowity.

— Renifery! — krzyknęliśmy.

Na wyciągnięcie ręki mieliśmy cudownie umaszczone, z pięknym porożem, stada reniferów, które grupkami, raz po raz stawały na drodze ku naszemu szczęściu.

— A może to łosie, a nie renifery?

— Łosie są większe i mają inne poroże — powiedziała moja dziewczyna, jedyna kobieta w tej męskiej ekipie. — A poza tym chodzą w pojedynkę, a tych jest cały zestaw.

Leniwe norweskie piękności, spacerujące całą szerokością szosy, zmuszały nas do zwolnienia tempa. Dzikie czworonogi były u siebie, więc nam, maluczkim turystom, pozostało jedynie podporządkować się ich wątpliwemu pośpiechowi. W oczekiwaniu na ustąpienie przejazdu fotografowaliśmy ich tyłki i pyski. Trzeba przyznać, że tamtejsza sceneria w istocie dawała potężną dawkę pozytywnej energii, stąd dobry humor długo nas nie opuszczał.

— Ta symbioza fauny i flory sprawia, że człowiek mimo woli zaczyna zastanawiać się nad sensem swojego istnienia. I wyjątkową małością gatunku ludzkiego w konfiguracji z przestrzenią środowiska naturalnego — powiedziałem jak natchniony, wprawiając w rozbawienie swoich współtowarzyszy podróży.

Takie oto rozważania filozoficzne towarzyszyły nam w drodze do bieguna i naprawdę nie mogliśmy doczekać się momentu, w którym dzień niezauważalnie zrówna się z nocą. Od połowy maja do końca lipca na biegunie północnym słońce wcale nie zachodzi. A ponieważ nie chowa się poniżej linii widnokręgu, można nacieszyć oko prawdziwym polarnym dniem. My byliśmy tam w czerwcu, kiedy przez dwadzieścia cztery godziny na dobę jest jasno. Trudno więc było się przestawić na spanie w takich okolicznościach, ale organizm sam regulował ten stan rzeczy i w końcu padaliśmy jak kawki. O nocleg bez wcześniejszej rezerwacji też raczej nie było trudno.

Na kole podbiegunowym podczas tej umownej nocy jest co prawda zimniej niż za dnia, ale za to niemal pusto. Jeśli więc ktoś lubi spokój i ciszę, to zdecydowanie polecam wizytę na Nordkapp na przykład sierpniową nocą. Ale niech nikogo nie zwiedzie, że to lato. Temperatury są tam nocą tak niskie, że woda w butelce potrafi zamarznąć błyskawicznie. O ile tłumy turystów nadciągają do Nordkapp o każdej porze roku, są i takie sezony, w czasie których zwiedzających jest nieco mniej. Każdy może więc wybrać okres zwiedzania według własnych upodobań.


***

Wiedzieliśmy, że okolice Nordkapp mają turystom wiele do zaoferowania. Począwszy od możliwości zwiedzenia rezerwatów morskich ptaków, poprzez wycieczki łodziami po osadach rybackich, a na pobytach wędkarskich skończywszy. Co prawda rezerwat można oglądać jedynie z łodzi i zejście na ląd jest zakazane — chroni się w ten sposób populację gnieżdżących się tam ptaków — ale i tak sporo można zobaczyć. Zresztą wszelkie informacje o tamtejszym Zoo Safari można znaleźć w necie choćby pod hasłem: atrakcje na wyspie Magerøya. Nas najbardziej interesował klif i ze względu na brak czasu to na nim chcieliśmy skupić swoją uwagę.

Im bliżej kulminacyjnego punktu, tym krajobraz stawał się bardziej surowy. Rzekłbym nawet, że w pewnych momentach nie napawał optymizmem. Wzgórza na horyzoncie zaczęły przybierać skalisto-księżycowy wygląd. Dalej było już tylko gorzej. Na niektórych odcinkach drogi wielkie głazy i kamienie wyznaczały granice stromego pobocza. Ostatni etap podróży odbywał się już przez tunel o długości 6870 metrów, prowadzący wprost na cypel z tarasem widokowym. Tuneli po drodze było w sumie bodajże dwa lub trzy, ale wydrążone w skałach. Ten ostatni był najdłuższy, podmorski i… niestety płatny.

Wreszcie stało się. Dotarliśmy na sam kraniec Europy. Na najdalej wysunięty fragment lądu. Wrażenie nie do opisania. Chociaż miało być tak pięknie, kolorowo, jak w folderach reklamujących raj. A było pusto, szaro, wietrznie. Dziwnie. A przy tym deszczowo i jakoś tak mrocznie. Surowy klimat robił swoje. Wielkie „wow!” miało tu trochę inny wymiar. Ale co tam. Ważne było tylko to, że dopiąłem swego i dostałem się tam! Jeszcze chwila, kilkadziesiąt metrów i spojrzę z gigantycznej skarpy w dół. Jakie to ma znaczenie, czy w słońcu, czy deszczu.

Na Nordkapp aura bywa różna. Właściwie zmienia się co chwilę. Są dni, że we mgle białej jak mleko nie widać niczego poza żeliwną konstrukcją słynnego globusa z 1978 roku, ustawionego na postumencie w centrum tarasu widokowego. Widoczność jest ograniczona do kilku metrów. Poniżej tylko trzystumetrowe urwisko, a dookoła bezkresne Morze Arktyczne. Bywa, że trzeba umieć to sobie wyobrazić, bo nie sposób cokolwiek dojrzeć we mgle. Niektórzy, jadąc tyle kilometrów i nie widząc tego, po co przyjechali — mogą czuć się mocno zawiedzeni. Ale przy odrobinie szczęścia i słonecznej pogodzie, rozpościerający się widok może zapierać dech w piersiach. Podobnie jak dech w piersiach zapiera wiatr, który w niczym nie przypomina łagodnego zefirka. Trzeba to powiedzieć wprost: niezależnie od pogody, na tej wysokości bez przerwy „piździ jak w Kieleckiem”. I wybierając się tam, należy mieć to na względzie. Ciepłe puchowe kurtki i uszate czapki wcale nie będą przesadą, czy to zimą, czy latem. Osobom niepełnosprawnym, poruszającym się na wózkach, unieruchomionym w jednej pozycji, chłód doskwiera często. Dlatego tym bardziej uczulam, żeby o to w tamtych warunkach zadbać.


***

To przenikliwe zimno przypomniało mi historię z młodości. A że młodość często idzie w parze z głupotą, to i o niej też trochę będzie. Byłem w pierwszej klasie ogólniaka. Miałem nauczanie indywidualne, o czym jeszcze wspomnę, w każdym razie należałem do czwartkowego klubu integracyjnego dla osób niepełnosprawnych. Spotykaliśmy się co tydzień. I chyba dobrze, że nie częściej. Istniało bowiem ryzyko, że wraz z częstotliwością spotkań młodych-niepokornych wzrosłoby niebezpieczeństwo naszych psot. To był fajny czas w moim życiu. Przychodziło po mnie dwóch kolegów, wspólnie organizowaliśmy sporo różnych imprez i wymyślaliśmy różnorakie wariacje uatrakcyjniające naszą codzienność.

W tymże szalonym klubie nie mogliśmy sobie odmówić Sylwestra. Z pełną pompą, na sali. Zabawa była szampańska, cokolwiek to dla poszczególnych czytelników znaczy. Dla nas miało to takie znaczenie, że nie bardzo pamiętaliśmy, którędy do domu. Nad ranem mróz, a my pieszo z imprezy. Ja na wózku, który tym razem posłużył także za wieszak. Powiesiliśmy na nim co popadło, szaliki, czapki — i slalomem w drogę. Rozgrzewała nas młodość i procenty. Humor dopisywał. Życie było przecież takie piękne. Wracałem ubrany tylko tak, jak wystrojony byłem na zabawę, więc bez ciepłej bluzy czy swetra. Co prawda w kurtce, ale jednak lekkiej i rozpiętej. Wcześniej planowaliśmy, że wrócimy taksówką. Nie musiałem się więc jakoś specjalnie grubo ubierać.

Efekt tej niczym nieskrępowanej radości wieczoru był taki, że… wylądowałem w szpitalu z bardzo ciężkim zapaleniem płuc. Opiekowały się mną siostra i ciocia, które akurat tam pracowały. Miałem więc bardzo dobrą opiekę. Po pierwszych badaniach ciocia weszła na salę i mocno przytuliła mamę. Wiedziałem, że stało się coś poważnego. Nieprzytomnym wzrokiem wodziłem od jednej do drugiej. Nie mogłem zrozumieć, co się dzieje.

— Lekarze mówią, że będzie cud, jeśli przetrwa tę noc. Módlmy się, żeby przeżył. Szanse na to są naprawdę niewielkie… — szeptały ze sobą, płacząc.

Jak widać, przeżyłem. I mam tę historię wyrytą w pamięci. Zawsze, ilekroć jest mi zimno, zdrowy rozsądek nakazuje interweniować. Od tamtego czasu raczej nie szarżuję i nie dopuszczam nawet do lekkich przeziębień. Nie zawsze się to udaje, ale naprawdę się staram.


***

Nordkapp to miejsce dość rozległe i spacerować można do woli. Jedni turyści prosto z parkingu kierują się na pokaźnych rozmiarów taras widokowy, inni mozolnie, po kamiennych szlakach, wspinają się na okoliczne klify, byle tylko móc zatrzymać w kadrze linię horyzontu. Osoby pełnosprawne mogą tam śmigać niczym kozice. I faktycznie wielu tak robi. Niepełnosprawni poruszają się jedynie po płaskim terenie, co wcale nie oznacza, że się tam nudzą. Wszystko jest dość dobrze oznakowane i nie ma najmniejszego problemu, żeby odnaleźć to, co kogo zainteresuje.

Niedaleko miejsca przekroczenia linii koła polarnego wybudowano specjalne centrum turystyczne. Oszklony budynek z widokiem na panoramę Nordkapp. Można się tam schronić choćby przed wiatrem urywającym głowę. I tak też, niepocieszony sytuacją, zrobiłem.

Gdy wjechaliśmy na granicę koła polarnego, duma mnie rozpierała. A że biednemu zawsze wiatr w oczy, to mnie chwilę później o mało szlag nie trafił. Tam, na Nordkapp, poznałem skalę swojej euforii zmieszanej ze złością. Wietrzysko było bowiem tak silne, że moi przyjaciele mieli nie lada zagwozdkę, jak wyciągnąć mnie z samochodu i usadowić na wózku. Co próbowali otworzyć drzwi auta, to wiatr je zamykał. Kiedy się już udało, okazało się, że niesprzyjająca pogoda niestety nie pozwoli mi na dojechanie wózkiem tam, dokąd bym chciał. Wiatr przestawiał mnie z kąta w kąt niczym małą zabaweczkę i w pewnym momencie zaczęło się robić niebezpiecznie. Byłem zawiedziony, że przebyłem tyle kilometrów, a już na samym szczycie i przy końcu podróży, pięćdziesiąt metrów od celu — musiałem poniekąd skapitulować. Wózek poddał się sile wiatru i zaczął żyć własnym życiem. Nie słuchał mnie kompletnie, obracając mną w każdą stronę. Sytuacja zaczęła być dramatyczna. Nie było nawet możliwości, żeby mnie chociaż tam zaciągnąć albo dopchać. Matka natura zwyciężyła.

Tym sposobem zobaczyłem swój własny „koniec świata”. I wszystko, i nic. A że głupi nie jestem i z naturą na siłę walczyć nie chciałem, to postanowiłem w owym centrum turystycznym przeczekać czas, gdy moi przyjaciele robili sobie zdjęcia tuż nad skarpą.

Nie wiedzieć czemu przypomniało mi się, że z dzieciństwa nie mam właściwie żadnych zdjęć. Może kilka. Dawniej nie było aparatów cyfrowych, tylko analogowe. Klisze były drogie, rodzice nie za bogaci, zresztą umiejętności w zakresie fotografowania też specjalnych nie mieli. A może to ja byłem mało fotogeniczny. W każdym razie zdjęć nie posiadam.

Swoją drogą, fotografia to przecież jedyne, co nam pozostaje ze wspomnień, kiedy pamięć już uleci. A ja tak bardzo chciałem zachować w pamięci ten moment z koła polarnego, ten widok za oknem! Byłem tam! Na swoim, wymarzonym w dzieciństwie, końcu świata… choć kiedyś nawet nie wiedziałem, gdzie on dokładnie jest. Mając łzy w oczach, pomyślałem o swoich rodzicach. Jak wielkim wyzwaniem była dla nich opieka nad chorymi dzieciakami i czymże był mój ból tamtej chwili w porównaniu z ich bólem, noszonym w sercu przez całe życie. A przecież oni nigdy się nie poddali. Byłem z nich dumny, byłem też dumny z siebie.

Tam, w środku, za szybą, patrząc z zazdrością na tych, którym było w życiu łatwiej, przyrzekłem sobie, że moja noga jeszcze tam postanie. I że dokonam tego, choćby nie wiem co. No i że zdecydowanie powinienem postarać się o stabilniejszy, masywniejszy wózek. Spełnianie marzeń przecież nie ma ceny.

Tak naprawdę nie czułem się przegrany. Może zły, może smutny, ale nie przegrany. Moja choroba w tamtym czasie była już dość mocno rozwinięta, a mimo to udało mi się przebyć tak daleką drogę. Chciałem dojechać na biegun i przecież zrobiłem to!


***

Kiedy po jednej stronie okna szalał wicher, a po drugiej było ciepło — dostrzegłem kilka atrakcji. W środku budynku — który, trzeba przyznać, był nieźle dostosowany do niepełnosprawnych — kino, kawiarnia, podziemna część wystawowa i sklepiki z pamiątkami. Gdyby ktoś miał ochotę zakupić poroże renifera albo kamień z końca świata, to z pewnością tam mógłby to nabyć (ewentualnie u przydrożnych sprzedawców, u których ceny były nieporównywalnie wyższe). W kinie co pół godziny wyświetlany był panoramiczny film, pokazujący to miejsce podczas czterech pór roku. Fenomenalnie zrobiony. Warto go obejrzeć. Była też Jaskinia Światła, poczta, muzeum. A nawet kapliczka św. Jana, do której podobno niektórzy przyjeżdżają specjalnie po to, by wziąć tam ślub.

Ogólnie, miejsce jest niewątpliwie skomercjalizowane. Parking płatny, wspomniany przejazd przez tunel płatny, butelka wody droższa, niż tej święconej. Naprawdę bardzo wiele osób narzeka na podbiegunowe ceny. Ale to w końcu Norwegia, gdzie wszystko jest drogie. Przecież na samym końcu świata ceny mają prawo być niemal kosmiczne. Ciekawostką jest fakt, że podczas pobytu na przylądku można sobie wykupić dożywotnią, certyfikowaną kartę wstępu na Nordkapp. Pytanie tylko, ile razy się z niej naprawdę skorzysta?

Przy wejściu do centrum turystycznego stał posążek złośliwego trolla, którego „rodzinkę” teoretycznie można już było spotkać jadąc do Nordkapp. Zresztą ten fragment drogi specjalnie zaznaczyliśmy na swoich mapach już na samym początku podróży. Podobno trollowa kraina to jedyne takie miejsce na świecie.

— Trolla musowo zobaczyć trzeba — stwierdziliśmy. I faktycznie, od początku witały nas w Norwegii biało-czerwone znaki z ostrzeżeniem: „Uwaga, trolle!”. Patrząc potem za okno, na mgłę otulającą Nordkapp i wesoły uśmieszek trolla dyżurującego w centrum turystyki, łatwo skojarzyć, z kogo i czego mogą się te złośliwe bestie śmiać. Ale to tak na marginesie.

W każdym razie sama Droga Trolli, czyli Trollstigen, pięknie się wiła wśród skalnych ścian, to w górę, to w dół. I płynnie przechodziła serpentyną od zieleni aż po lód. Trzeba przyznać, że było to niezwykle efektowne i warte zobaczenia. Nachylenie jezdni przy zjeździe wynosi tam dziesięć procent. Stromo, ślisko, niebezpiecznie, widoki piękne. Tu wodospad, tam kamienie, tu parkingowa zatoczka, tam jeszcze coś. Co ciekawe, każdy z zakrętów na Drodze Trolli miał swoją nazwę własną. Zważywszy na fakt, że było ich jedenaście — ktoś musiał się nieźle natrudzić przy ich wymyślaniu. Był więc i Langdalsvingen, i Kjelstadsvingen, i parę innych, równie trudnych do wymówienia. Mniej więcej w połowie drogi znajdował się kamienny most, a właściwie wodospad Stigfossen, prowadzący przez ogromne urwisko.

Całość panoramy można było obejrzeć z platformy widokowej, z której jak na dłoni widać cały trollowy szlak. Szczyty gór, pokryte warstwą śniegu, perfekcyjnie łączyły się ze śnieżnobiałymi, puchatymi chmurami. Trudno było odróżnić jedno od drugiego.

„Garbata” (jak same trolle) droga — czynna od połowy maja do października — z pewnością jest jedną z największych atrakcji Norwegii, jeśli nie całej Skandynawii. Nic więc dziwnego, że ruch turystyczny zwykle jest na niej wzmożony. Budowano ją aż osiem lat i w użytku jest od 1936 roku (ze szczególnym błogosławieństwem króla Haakona VII).


***

W drodze powrotnej dotarliśmy promem do miejsca, które można pokochać od pierwszego wejrzenia. To nieposkromione Lofoty, archipelag norweski. Nie bez powodu nazywane najpiękniejszymi wyspami świata. To właśnie tam zobaczyliśmy poszarpane górskie szczyty i ich lustrzane odbicie w tafli wody. Tak wyraźne, kontrastowe, choć w oddali. A na pierwszym planie maleńkie łódeczki cumujące w portach. W powietrzu unosił się specyficzny zapach suszonych ryb.

— To zapach pieniędzy — jak mówili miejscowi.

Te rejony słyną przecież z masowego połowu ryb. I to w istocie było widać i czuć. Swoistą ciekawostkę architektoniczną stanowiły specjalne wieszaki do suszenia ryb. Na całej połaci poustawiane drewniane, trójkątne konstrukcje z palików, okryte od góry siecią rybacką. A pod nią zwisające tuszki dorszy czy łososi, w ilościach hurtowych. Rybne centrum, a nad nim inwazja mew. Widok, jak dla nas, z pewnością niecodzienny.

— Ot, początek długiej drogi ryby do marketu — śmialiśmy się.

Gdzieś w oddali widoczne były miniaturowe, ciemnoczerwone drewniane domki, niczym klocki Lego powciskane w skalne wybrzeże. W jednym z takich domków udało nam się znaleźć kolejny nocleg. Nie mieliśmy czasu, żeby odwiedzić tamtejsze Muzeum Wikingów, a podobno warto. Nie udało nam się też spotkać na swojej drodze morskich papug czyli maskonurów, chociaż mieliśmy taką nadzieję. Kto wie, może kiedyś jeszcze zajrzymy na Lofoty i w okolice wysp Runde lub Røst, gdzie podobno maskonury stacjonują w setkach, jeśli nie tysiącach osobników.

I tak, dyskutując o kolorowych dziobach, pędem wracaliśmy przez Finlandię. Droga była prosta jak strzała i wiodła przez tajgę. Byliśmy tylko my i las. Dookoła żywego ducha. Nawet radio samochodowe co chwilę traciło zasięg. Nagle dotarł do nas komunikat, że zmarł Michael Jackson. Z fińskim jesteśmy na bakier, ale to akurat nietrudno było zrozumieć. Piosenkarz zakończył żywot. Do końca dnia towarzyszyły nam w radiu jego utwory i chyba już zawsze czas tamtej podróży będzie nam się kojarzył właśnie z Jacksonem.

Pod koniec wędrówki na przełaj, przez dzicz Finlandii, powietrze było już coraz mniej rześkie, a i my coraz bardziej zmęczeni. Droga do domu była jeszcze długa.

Tam, na Nordkapp, zdałem sobie sprawę, że chcę zobaczyć nie tylko koniec świata — ale i jego początek. I że przemierzę go wzdłuż i wszerz, i wrócę w to miejsce, by jeszcze raz zmierzyć się z wiatrem północy.

Rozdział II

Na siedmiodniową wycieczkę po Europie wyjechaliśmy któregoś pięknego lata. Dość spontanicznie i akurat w tym samym składzie, co na Nordkapp. Ekipa sprawdzona, wesoła, zgodna i ciekawa życia. Czego chcieć więcej?

Prowadziłem wtedy małą agencję reklamową. Zresztą tak Bogiem a prawdą, to byłem domorosłym biznesmenem już w wieku kilkunastu lat, bo przecież w liceum postawiłem na swój rozwój zawodowy, co dobrze zaowocowało (o czym szerzej opowiem przy innej okazji). W każdym razie wspomniana firma reklamowa mieściła się w moim pokoiku i dość prężnie działała. Zlecenia były różne — od małych po całkiem duże. Głównie zajmowałem się wyklejaniem metalowych tablic z imionami dla kierowców TIR-ów oraz podobnych na wózki dziecięce, np. z datą urodzin. Z uwagi na moje ograniczenia ruchowe pomagali mi współpracownicy.

Właśnie podczas jednej z takich „robótek ręcznych” wpadliśmy na szatański pomysł, żeby ot tak, przejechać się, gdzie nas oczy poniosą. Pracy od dłuższego czasu było multum, więc każdy z nas marzył już tylko o tym, żeby gdzieś wypocząć. Moja dziewczyna oraz pracownik byli wniebowzięci. Odskocznia od spraw ważnych i ważniejszych była mile widziana.

— Skoro ma być miło… to może zobaczmy, jak wygląda wiadukt Millau? — ktoś rzucił propozycję „od czapy”, a reszta podchwyciła.

Czemu nie, może być most. Ten był zresztą chyba najwyższy na świecie. Wspaniała sprawa, zobaczyć coś takiego na własne oczy.

— Ja to bym chciał też zajrzeć do Barcelony — zaproponowałem.

— A ja w Alpy.

— I dziękuję, trasa przyklepana. A jeśli trafi się coś po drodze, to też się nie pogniewam — odpowiedziałem zadowolony, że tak sprawnie nam poszła faza obierania kierunków podróży.

Sprawdziliśmy zawartość portfeli i ustaliliśmy kilka strategicznych punktów do zwiedzenia. Niebawem ruszyliśmy w objazdówkę przez Czechy, Austrię, Włochy, Francję, aż do Hiszpanii. Był pomysł i szybka decyzja. Wszystko w stylu: ahoj, przygodo!


***

Pochodzę z niezbyt zamożnej rodziny. Zawsze żyliśmy bardzo skromnie. Mama, od kiedy wykryto moją chorobę, zwolniła się z pracy i opiekowała się mną w domu. Pracował tylko tata. Nie było nas stać na wiele. Nie kupowaliśmy niepotrzebnych rzeczy. Czasem rodzice musieli wybierać pomiędzy zapłaceniem rachunków a kupieniem leków. Bardzo długo nie mieliśmy samochodu. Nigdy nie jeździliśmy na wczasy.

Mieszkaliśmy w starym bloku, na drugim piętrze, bez windy. Gdy miałem pięć lat, byłem już tak słaby, że trzeba było mnie nosić. Rodzicom było ciężko. Ciągle się przewracałem. Potrafiłem stać jedynie oparty o coś, albo gdy ktoś mnie podtrzymywał. Samodzielne próby chodzenia źle się kończyły. Albo dla mnie, albo dla otaczających mnie przedmiotów.

Pamiętam, że dostałem kiedyś zabawkę — sterowanego dużego fiata. Kierownica połączona była z autem krótkim kablem. Tuptałem sobie z radością za tym samochodem, pchając go zdalnie przed sobą. Nagle, podczas zabawy nogi bezwiednie ugięły mi się i upadłem wprost na tę cudowną zabawkę. Samochód do kasacji. Nie było czego zbierać. Żal i płacz były ogromne. Musiało to być dla mnie wówczas wielkim przeżyciem, skoro pamiętam „tragedię” do tej pory.

W domu (a potem także w zerówce) poruszałem się tylko na czworakach. Kiedy już nie miałem siły na czworakach, to po prostu pełzałem jak gąsienica i ciągnąłem bezwiednie chudziutkie nóżki za sobą.

W tamtych czasach co tydzień leciał w telewizji program dla dzieci pt. „Piątek z Pankracym”, prowadzony przez aktora Zygmunta Kęstowicza. Tytułowy utwór znało wtedy chyba każde dziecko w Polsce. I kiedy tak szurałem małymi rączkami po podłodze, moja starsza siostra chodziła za mną krok w krok i nuciła mi nad głową, niczym mantrę, rytmiczną piosenkę o kudłatym piesku, którego trudno dogonić, gdy biegnie na czterech łapach. To jej zawodzenie tak mnie irytowało, że przestałem w końcu ten program oglądać. Wyłem przy tym jak bóbr i darłem się wniebogłosy, żeby mama przyszła mi na ratunek. Niewinne żarty rodzeństwa bardzo mnie wówczas denerwowały, jednak dziś wspominam ten czas z lekkim rozrzewnieniem…


***

Tymczasem moja mama stawała na głowie, żeby uzupełnić domowy budżet. Zaczęła szyć na maszynie. Za zaoszczędzone pieniądze rodzice mogli mi już kupić najzwyklejszy, dziecięcy rowerek. Radość z prezentu była ogromna. Wreszcie świat mogłem zobaczyć z innej perspektywy, a nie tylko z poziomu podłogi.

Początkowo bardzo trudno było mi utrzymać równowagę, więc do tylnego koła tata przymocował dwa mniejsze. Pojazd był już stabilniejszy, jakoś dawałem radę. Był to dla mnie spory wysiłek, ale już wtedy dał się poznać mój upór i wiara w zwycięstwo. Ostatek sił, jakie miałem w nogach, przekładałem na pokonanie każdego odcinka drogi. Dla małego, chorego chłopca było to z pewnością wyzwanie. A że trening czyni mistrza, to z dnia na dzień przejeżdżałem tych metrów więcej i więcej. Tym rowerkiem po pewnym czasie przemierzyłem z mamą wiele kilometrów. To były moje pierwsze podróże. Wprawdzie tylko po mieście i w asyście dodatkowych kół, ale jednak.

W owym czasie zacząłem pasjonować się przeglądaniem map. Mój tata był zawodowym kierowcą, więc w domu zawsze jakieś były. Mogłem spędzać nad nimi wiele godzin. Atlas świata przestudiowałem chyba w pełni. A marząc o zwiedzaniu, sam nawet rysowałem różne szlaki i mapki. Kolebiąc się na rowerze, choćby na inne osiedle, wyobrażałem sobie, że pokonuję wielkie odległości, poznane wcześniej z wyznaczanych tras. Żyłem tymi eskapadami. To był cały mój świat i jedyna rozrywka.

Rowerek. Mój wielki sprzymierzeniec. Bez niego nigdzie się nie ruszałem z domu. Do każdej cioci, kuzyna, na rehabilitację do szpitala — wszędzie gdzie ja, to i on. I tak śmigałem nim, radosny, do ósmego roku życia. Wtedy wciąż mieszkaliśmy wysoko. Rodzice rozpoczęli starania o mieszkanie na niższej kondygnacji lub w bloku z windą. Po jakimś czasie udało się zamieszkać na nowoczesnym osiedlu. Parter był dla mojej mamy wybawieniem. Zwłaszcza, że przyszło nam się zmierzyć z wózkiem inwalidzkim.


***

Historia tego wehikułu jest krótka, chociaż zagościł w naszym domu jakiś rok wcześniej. Otrzymałem go ze szpitala. Był w kolorze soczystej czerwieni. I to tyle, co mogłem o nim w tamtym czasie powiedzieć. Tak bardzo się go bałem, że nawet nie chciałem spróbować na nim usiąść. Nie mogłem też na niego patrzeć. Czasem tylko zerkaliśmy na siebie spode łba. Ja i on. Wózek. Zło konieczne. Lęk przed wózkiem sprawiał, że nie śmiałem go choćby dotknąć. Stał samotnie w kącie pod oknem przez wiele długich miesięcy. A ja nie zbliżałem się w tamte okolice. Czekał więc cierpliwie na moją decyzję. Rodzice nie chcieli mnie zmuszać. Do czasu.

Byłem w pierwszej klasie, gdy zapadła decyzja o moim indywidualnym nauczaniu. Lekcje odbywały się w domu, ale uczestniczyłem we wszelkich szkolnych wycieczkach i zabawach integracyjnych. Nie czułem się więc w żaden sposób odizolowany od szkolnego życia. Miałem dużo kolegów i koleżanek. Jedna z nich, tak samo zresztą jak ja, uważała ten wózek za coś strasznego. Dużo czasu spędzaliśmy razem i cieszyłem się, że chociaż ona rozumie moje obawy. Przecież wózek inwalidzki nie może być sam w sobie fajny. Dla nikogo.

Jakiś czas później rodzice kupili mi większy rower. Musiałem ćwiczyć mięśnie, a z dziecięcego już wyrosłem. A że była zima, to trzeba było trenować w mieszkaniu. Nadal też wchodziła w grę tylko opcja z dwoma kółkami po bokach. Wiosną tata postawił sobie za punkt honoru, by nauczyć mnie jeździć na rowerze bez pomocniczych kół. Wziął mnie na dwór. Chęci do nauki miałem, motywację również. Niestety, z utrzymaniem równowagi było zdecydowanie gorzej niż w domu. Wszelkie próby okiełznania roweru nie powiodły się. On leciał w jedną stronę, ja w drugą. I tak bez końca.

Spacer skończył się małą awanturą. W domu tata wyciągnął zapomniany wózek inwalidzki. I siłą mnie na nim posadził. O dziwo, jakoś to przeżyłem. Od tego czasu jeżdżę na wózku. Oczywiście musiałem się tego nauczyć. Najpierw w mieszkaniu. Przy czym okazało się, że to wcale nie taka straszna rzecz. Ani nawet trudna. Ba, była to świetna sprawa. Staliśmy się nierozłączni. Ja i mój wzgardzony wcześniej wózek. Poza domem korzystałem z niego. Po mieszkaniu starałem się jednak nadal chodzić na czworakach. Być może z przyzwyczajenia, a może tak po prostu było wygodniej. Próbowałem jeszcze ćwiczeń na wspomnianym rowerze, ale stopniowo musiałem tego zaniechać. Nie miałem już na to sił.


***

Ponad trzydzieści lat temu niepełnosprawne dziecko na wózku, przynajmniej na moim osiedlu, było „ciekawostką przyrodniczą”. I poniekąd też się tak czasami czułem. Na przykład wtedy, gdy odwiedzała mnie nauczycielka z delegacją klasową. Był to dla mnie istny koszmar. Czułem się jak małpka w zoo. I nie ukrywam, że mnie te sztywne wizyty męczyły. Ja się chciałem bawić, a nie czuć jak na przesłuchaniu. Zdecydowanie wolałem spontaniczne spotkania z grupą dzieciaków z osiedla.

Bardzo szybko zaprzyjaźniłem się z Adamem. To on wprowadził mnie w osiedlową bandę. Świetnie się rozumieliśmy, jak na dwójkę dziewięciolatków przystało. Mieszkał w bloku naprzeciwko. Często mnie odwiedzał. Bawiliśmy się w domu. Któregoś razu uprosiliśmy mamę, żeby pozwoliła mi wyjść na dwór. To był przełomowy dzień w moim życiu. Albo mama miała bardzo dobry humor, albo Adaś rzucił na nią jakiś dziecięcy czar lub wykorzystał cały swój osobisty urok. W każdym razie zaufała mu i powierzyła pod opiekę swój największy skarb. Pierwszy raz wyjechałem wózkiem bez rodzicielskiej eskorty. Wprost na spotkanie z przygodą.

Adam poznał mnie ze wszystkimi dzieciakami na podwórku. Wtedy jeszcze, jak wspomniałem, chłopaczyna na wózku budził wielką sensację. Jak się okazało, ta dziecięca ciekawość była zdrowa i nie było w niej żadnej nienawiści. Chłopaków trzeba było przeszkolić, jak prowadzi się mój środek transportu. Rwali się do tego. I chyba mieli z tego sporo radochy. Każdy chciał pokierować wózkiem. A ja czułem się wśród nich tak dobrze, że nim się spostrzegłem, zastał nas wieczór.

Tamten dzień chyba coś zmienił we mnie. Nabrałem odwagi, nadziei, otworzyłem się na rówieśników i nie doszukiwałem się różnic między nami. Poczułem, co to znaczy tolerancja, akceptacja oraz radość z przebywania z drugim człowiekiem. Nie byłem inny. Byłem takim samym dzieciakiem jak oni. Szybko się zintegrowaliśmy. Czułem się z nimi bezpiecznie. Każdego dnia wymyślaliśmy nowe gry i zabawy. Przerabialiśmy wiele takich, w których mogłem uczestniczyć, siedząc. Pamiętam choćby rzucanie nożem, grę w państwa i miasta.

Wprowadzałem też swoje podróżnicze pomysły, a oni zgrabnie je dostosowywali do moich potrzeb. Rysowaliśmy na przykład kredą na ulicy całą sieć dróg. Były miasta i ronda przez całą długość bloku. A nawet połączenia kilku miast. Jeździłem tymi trasami albo mnie nimi prowadzono. Brały w tym udział też dzieci jeżdżące na rowerach i wrotkach. „Niezmotoryzowani” tworzyli zaś grupę pieszych. Zgrana z nas była ekipa.

Bardzo miło wspominam te czasy. Co ciekawe, rodzice większości moich kolegów uważali, że przebywanie ze mną w jakiś sposób kształtuje ich charaktery. Dla mnie najważniejsze było, że czułem się z nimi normalnie. Niestety, zabawy przed blokiem to rozrywka sezonowa i trwała tylko od wiosny do późnej jesieni, gdy było jeszcze ciepło. Po śniegu ciężko mi było jeździć wózkiem, dlatego koledzy odwiedzali mnie później tylko w domu. A ja wtedy jeszcze nawet nie marzyłem o tym, że kiedykolwiek pojadę w góry. I to niejedne.

***

Alpejska trasa widokowa, położona prawie cztery tysiące kilometrów od bieguna północnego, była pierwszym — w tej podróży po Europie — punktem zwiedzania. Wiedzieliśmy, co wybieramy, w końcu to najbardziej malownicza droga w Austrii. Historię też ma ciekawą, a jej początki sięgają lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Budowano ją pięć lat, rękoma ponad trzech tysięcy robotników. W ruch poszły wtedy kilofy, młoty i wiertła. Robotnicy ramię w ramię skuwali kamienie, uklepywali i równali górską drogę. Położono nawierzchnię, która później, w czasie wojny, znacznie ucierpiała. Dlatego tuż po upadku III Rzeszy i odzyskaniu przez Austrię niepodległości wysokogórską trasę wyremontowano, a nawet nieco poszerzono.

Dziś można nią dotrzeć do podnóża najwyższej austriackiej góry — Grossglockner (3798 m n.p.m.), a także w okolice najdłuższego we wschodniej części tego masywu lodowca Pasterze. Nazwa lodowca najprawdopodobniej nawiązuje do miejsca, w którym wypasa się owce, choć w tym przypadku nijak się to ma do zastanej rzeczywistości. Jak wieść niesie, długi na prawie dziesięć kilometrów lodowiec od 1975 roku (kiedy to robiono jedne z pierwszych pomiarów) znacznie zmniejszył swoją objętość. I jeśli nadal będzie topniał, za osiemdziesiąt lat całkowicie zniknie z powierzchni ziemi.

Przed II wojną światową otwarcie atrakcyjnej, wysokogórskiej trasy było sporym wydarzeniem. Przedsięwzięcie na tak dużą skalę znalazło się w czołówce atrakcji turystycznych Austrii. Wzięły w nim udział ówczesne władze regionu, kapelan i telewizja. Sznur samochodów z pierwszymi turystami lub — co bardziej prawdopodobne — rodzinami ówczesnych austriackich notabli wyruszył w górę, „chrzcząc” tym samym urodziwą drogę.

Ale działo się tam wiele również i później. Trasa od początku cieszyła się niesłabnącym zainteresowaniem. I wśród turystów, i wśród prasy. W okresie zimowym, a właściwie po jego zakończeniu, na taczkach wywożono zalegający śnieg i zrzucano po jednej stronie drogi tak, by umożliwić przejazd turystom przez metrowe zaspy, choćby jedną nitką jezdni. Łopaty, deski, haczki, cokolwiek mogło w tym pomóc — szło w ruch. Z kilkuset metrów sześciennych śniegu powstawała wtedy kilkunastometrowa ściana. Podobno w 1936 roku ponad trzystu mężczyzn odśnieżało tę drogę dzień w dzień przez ponad dwa miesiące. Wszystko po to, by udrożnić przejazd. Dumni robotnicy pozowali potem do kamer i aparatów fotoreporterów. Dziś nie wiadomo, czy to tylko pod publikę, czy faktycznie działali wspólnie i równie chętnie, jak to ukazują różne historyczne źródła.

Teraz odśnieżanie słynnej drogi w Wysokich Taurach zajmuje nieco ponad trzy tygodnie i jest bardziej zautomatyzowane. Pługi robią dobrą robotę. Obecnie trasa jest dostępna dla turystów od maja do października, natomiast w latach trzydziestych czynna była znacznie krócej, właśnie ze względu na brak bezpiecznego przejazdu.


***

Naszemu przejazdowi alpejską trasą towarzyszył bezustanny podziw dla ośnieżonych pasm górskich, do których wiodło trzydzieści sześć zakrętów. Kurs tym szlakiem wiązał się w niektórych miejscach z opłatami, ale w takich widokowych punktach nie jest to żadną nowością i liczyliśmy się z tym. W cenie biletu były opłaty parkingowe oraz możliwość obejrzenia po drodze wszelkich dostępnych atrakcji w postaci wystaw lub zwiedzenia muzeum natury i przyrody. Nam się spieszyło, więc te punkty programu pomijaliśmy.

Podczas gdy my byliśmy jeszcze w połowie trasy, gdzie było naprawdę upalnie, w oddali, u góry, można było dostrzec ludzi zjeżdżających na nartach z ośnieżonych stoków. Z zazdrością patrzyliśmy na iście zimowy pejzaż. Chłód musiał być naprawdę przyjemny i marzyliśmy o nim, jak o niczym innym.

Przepaść widziana z okna samochodu wzbudzała w nas lekki strach. I chyba cuda natury robiły na nas największe, by nie powiedzieć kolosalne, wrażenie. Kończący się nagle asfalt i brak jakichkolwiek barierek mógł niejednemu zmrozić krew w żyłach. Autem wjechaliśmy na wysokość ponad dwóch i pół tysiąca metrów, czyli wyżej, niż gdybyśmy weszli na polskie Rysy.

Ciekawostką jest, że czwartego sierpnia 1935 roku, dzień po oficjalnym otwarciu wspomnianej trasy, na Grossglockner rozegrano pierwszy wyścig samochodowy i motocyklowy. Organizował go tamtejszy automobilklub. Oglądając niedawno czarno-białą, niemiecką kronikę filmową z tamtego wydarzenia, łatwo mogłem sobie wyobrazić emocje, jakie temu towarzyszyły. Trasa wyścigu liczyła niemal dwadzieścia kilometrów i prowadziła do Fuscher Torl (2428 metrów w górę). Podłoże było piaszczyste, jedynie mocno ubite walcem. Zupełnie nie to, co można zobaczyć tam dzisiaj. Kurzu i pyłu było mnóstwo. A samochody biorące udział w wyścigu sprawiały wrażenie, jakby za chwilę miały się rozlecieć lub przynajmniej zatrzeć. Tłum gapiów w eleganckich prochowcach i kapeluszach zajmował każdy centymetr wszelkich pagórków. Byle tylko móc obejrzeć kolejne sekwencje widowiska.

Przejazd tą trasą po niemal osiemdziesięciu latach od tego wydarzenia nadal może zrobić wrażenie, choć jest zdecydowanie inaczej. Pomyślałem sobie wtedy, bo akurat skojarzyło mi się to z rykiem silników międzywojennego wyścigu na Grossglockner, że jest pewne miejsce, które podczas podróży chciałbym zobaczyć… Ale na to musiałem jeszcze chwilę poczekać.


***

Nawet nie wiem, kiedy udało nam się przejechać całe Włochy. Właściwie przez nie śmignęliśmy. Za to przejazd Lazurowym Wybrzeżem totalnie nas rozleniwił. Upał był niemiłosierny, samochód bez „klimy”, więc chłodu szukaliśmy parkując raz po raz przy drodze, w cieniu skał.

Wybraliśmy się do księstwa Monako — pokorzystać z życia. Czy, jak kto woli, wzrokiem omieść teren i… popatrzeć, jak wielcy tego świata trwonią majątki. Ale i sprawdzić, na co nas nigdy nie będzie stać. W okolicy kasyna nie mieliśmy śmiałości nawet stanąć, chociaż wstęp był bezpłatny. Wystarczyło odpowiednio się ubrać i mieć równie odpowiedni stan konta w banku. Ochroniarze przeprowadzali wzrokową selekcję i niczym rentgenem prześwietlali potencjalnych amatorów hazardu. Nie chcieliśmy ryzykować. Nasze kieszenie raczej świeciły pustkami. Nie ten czas, nie to miejsce i mówiąc po polsku: nie dla psa kiełbasa…

Ale za to zwiedziliśmy pobliskie przystanie jachtowe, starówkę i cudne kamieniczki na Monaco-Ville. To wszystko miało swój urok i wspólny mianownik: też było na bogato. Cały przepych Monako najbardziej uwidacznia się wieczorową porą. Ale i za dnia bardzo nam się podobało. Od mijających nas najdroższych aut tego świata dostawaliśmy oczopląsu. Wędrując po mieście wgapialiśmy się we wszystko, od czego na kilometr biła pańskość. Nie wiem, jak na innych turystach, ale na nas, prostych ludziach z jakiegoś zadupia, Monako robiło wrażenie. Od czasu do czasu żartowaliśmy niczym w filmie „Kogel-mogel”:

— Marian, tu jest jakby luksusowo…

A że i nam po pewnym czasie udzieliła się atmosfera blichtru i zbytku, postanowiliśmy z lekka zaszaleć.

— Idziemy na lody! Takie z budki na ulicy.

Móc potem powiedzieć znajomym, że się wyskoczyło, ot tak, na lody do Monako — bezcenne. I może jeszcze na filiżankę ekstrakawy. Albo obiad. Co ciekawe, nie zauważyłem tam fast foodów.

Szybko jednak zeszliśmy ze swą pomysłowością na ziemię, kiedy okazało się, że jedna gałka lodów kosztuje kilka euro. I żeby jeszcze cenie tej gałki dorównywała jej wielkość! Ale nie — zwykła lodowa kuleczka. Może nawet mniejsza niż zwykła. Taka tycia. Zadziałał w głowie kalkulator i przelicznik waluty. No i odechciało nam się konsumpcji. Nie byliśmy już ani głodni, ani spragnieni. O lodach zapomnieliśmy szybciej, niż pomyśleliśmy. Popatrzyliśmy więc tylko raz jeszcze, jak sobie nie pożyjemy i… pojechaliśmy dalej.

Było jednak w Monako miejsce, które bardzo chciałem zobaczyć, a o którym pomyślałem, będąc dzień wcześniej w Alpach. I to właśnie zostawiliśmy na koniec naszej wizyty w księstwie.


***

Kiedyś bardzo interesowałem się Formułą 1. Nawet dwa wyścigi udało mi się obejrzeć na żywo. Było to około 2000 roku. Grand Prix Niemiec oraz Grand Prix Belgii na torze Circuit de Spa-Francorchamps. Pamiętam, że gnało się wtedy z kolegami samochodem tysiąc kilometrów tylko po to, żeby przez kilka godzin popatrzeć na Michaela Schumachera i jego niedoścignione ferrari. Ależ to była niesamowita frajda! Ponieważ wyścigom pokazywanym w TV towarzyszą zupełnie inne emocje i wrażenia, niż tym oglądanym bezpośrednio z trybun. Przede wszystkim telewizja bardzo spłaszcza dźwięk. A na torze dźwięk silników bolidów to prawdziwy ryk! Aż serce chciało wyrwać. O bębenkach w uszach nie wspomnę.

Będąc teraz w Monako, nie mogłem odebrać sobie przyjemności zerknięcia na ulice, na których co roku odbywa się Grand Prix Monako — wyścigi Formuły 1. Trasa w Circuit de Monaco liczy 3400 metrów i określana jest jako najbardziej wymagający tor Formuły 1. Dziewiętnaście krętych i ciasnych zakrętów, mnóstwo wzniesień i wyboistych odcinków drogi. Chciałem koniecznie zobaczyć to na własne oczy.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w Monako funkcjonują bezpłatne, miejskie windy, z których można do woli korzystać chcąc przemieścić się z niższego na wyższy poziom miasta. Zamiast schodami (których tam bez liku i stanowią dla niepełnosprawnych barierę nie do przezwyciężenia), można gdzieniegdzie dostać się windą prosto z chodnika. Dziś, mądrzejszy o tę wiedzę, pewnie i to chciałbym sprawdzić osobiście.

Tor najsłynniejszego wyścigu na co dzień wykorzystywany jest tak, jak normalnie użytkuje się w mieście ulice. Dopiero na czas zawodów stają się one trasą. A przygotowania do tego zajmują półtora miesiąca. Przemierzenie jednej pętli pieszo zajmuje ze dwie godziny. My wybrane fragmenty drogi pokonywaliśmy naokoło, samochodem. Mogłem już wyobrazić sobie siedemdziesiąt osiem okrążeń krętymi ulicami dzielnicy Monte Carlo.

Księstwo Monako, podzielone na cztery dystrykty, zajmuje naprawdę niewielką powierzchnię i można te dwa kilometry kwadratowe łatwo przejść wzdłuż i wszerz. Akurat tak się składało, że eliminacje do Grand Prix Monako zakończyły się kilkanaście dni przed naszym przyjazdem. Zwykle ruch uliczny przywracany jest w ciągu trzech tygodni od zakończenia wyścigu. Kiedy więc odbywała się nasza wizyta, wszystko już zdążyło wrócić do normy. W sumie nie żałowaliśmy, bo nawet, gdybyśmy byli wcześniej, to i tak nic byśmy tam nie zobaczyli. Po pierwsze, wystarczyła nam już cena gałki lodów. A co dopiero koszt biletu wstępu na Grand Prix Formuły 1. Nawet po sto euro za miejsca stojące…

Chociaż w sumie wyścig F1 w Monako jest jedynym, który można na żywo oglądać bezpłatnie. Wystarczy… wynająć sobie pokój w pobliskim hotelu i oglądać z okien albo balkonów. Nie da się bezpośrednio z ulicy, trasa bowiem jest odgrodzona i pozasłaniana. Sęk w tym, że na czas mistrzostw ceny za nocleg są kilkukrotnie wyższe. Trzy dni w Monako to wydatek rzędu tysiąca do czterech tysięcy euro, w tym hotel ze śniadaniem i dwudniowe wejściówki na eliminacje oraz sam finał F1 (miejsca siedzące). Plus oczywiście koszt dojazdu z Polski. Nas z pewnością nie byłoby na to stać. Pozostałe sto tysięcy widzów jakoś jednak sobie z takim obciążeniem finansowym radzi, skoro tłumnie zjeżdża na imprezę.

Właściwie jest jeszcze jedna możliwość oglądania wyścigu za free. A mianowicie przez pierwsze dwa dni wyścigu, gdy odbywają się jazdy próbne. Trybuny są wówczas otwarte dla wszystkich. À propos trybun, to jest w Monako jeszcze jedno miejsce, w którym sezonowo tłoczą się widzowie. Monte Carlo słynie przecież z międzynarodowego festiwalu cyrkowego o ponadczterdziestoletniej tradycji. Co roku zimą w dzielnicy Fontvieille o nagrodę Złotego Clowna rywalizują najlepsze cyrki świata. Przez kilkanaście wieczorów odbywają się tam wielogodzinne, odpłatne spektakle. Towarzyszy temu jarmarczna atmosfera rodem z wiejskiego festynu. Ceny też odpowiednio światowe.

Za młodu, relacje z festiwalu cyrkowego mogłem oglądać w telewizji. Na żywo byłem w zwykłym, objazdowym cyrku ze dwa, trzy razy. Ale był to zupełnie inny poziom atrakcji, niż ten światowy (chociaż z tego, co wiem, polscy cyrkowcy też kilka razy zajęli drugie miejsca w tym prestiżowym konkursie). W każdym razie, ja i tak z przedstawień cyrkowych zwykle zapamiętywałem tylko smak i kolor oranżady w woreczku. Z obowiązkową słomką. No i może jeszcze czarno-białą, pamiątkową fotografię clowna, na zakup której notorycznie naciągałem rodziców (choć facjata clowna jakoś nigdy się nie zmieniała, za to cyrkowa kopuła — owszem). Wtedy cyrk wydawał mi się ogromny, a wszystkie sztuczki zachwycały. Dziś patrzę na to trochę inaczej.

Podczas gdy mieszkańcy Monako należą do najbardziej zadowolonych w Europie, co w sumie nie dziwi, to my tego zadowolenia trochę jednak podłapaliśmy i z ogromną dawką pozytywnego nastawienia pojechaliśmy do Saint-Tropez.


***

Dlaczego akurat tam? Być na Lazurowym Wybrzeżu i odpuścić sobie przyjemność plażowania w tak słynnym miejscu to grzech. Wszystko z sentymentu do francuskiej komedii, na której wychowałem się zarówno ja, jak i cała nasza wyjazdowa grupka.

Film z lat 60. przez długi czas bardzo mi się podobał i śmieszył. Zawsze w niedzielę z niecierpliwością oczekiwałem kolejnego odcinka przygód sierżanta Ludovica Cruchota. Potem, w dobie kaset wideo, zebrałem w swoim domowym archiwum całą serię filmów z niezapomnianym Louisem de Funèsem. Na półce zagościł „Żandarm z Saint-Tropez”, później był „Żandarm w Nowym Jorku” i kilka innych. Bodajże sześć części, ale pewności nie mam. Ciekawe, czy ktoś je jeszcze pamięta.

Niestety, na plaży nie spotkałem komika ani żadnych śladów jego jakiejkolwiek bytności. Podobnie jak na odległej o kilka kilometrów plaży Pampelonne, gdzie również kręcono sceny do tego filmu. Zawiedziony byłem wyglądem plaż i okolic, które moim zdaniem już w niczym nie przypominają filmowej scenerii sprzed czterdziestu lat.

Uliczki w Saint-Tropez i portowe nabrzeże z pewnością są warte obejrzenia. Kolorowe fasady i liczne kawiarenki idealnie wpisują się w turystyczny klimat. A ceny, jak zwykle w kurortach — wyśrubowane. Ten nowoczesny wygląd nijak nie pasował mi do tego, który miałem w pamięci z filmów. Próżno było wodzić wzrokiem za Louisem ubranym w mundur policjanta. Już nawet nie chciało nam się szukać komisariatu filmowych żandarmów, bo pewnie też byłby inny niż we wspomnieniach. Co to telewizja może zrobić z człowieka…

Schłodziliśmy się w Morzu Śródziemnym i ruszyliśmy w drogę — na spotkanie z Barceloną. W okolicach Marsylii spaliśmy w hotelu sieciówki o nazwie… Formuła 1, popularnie zwanej F1. Mogę je polecić z tego względu, że są to megatanie noclegi w całej Europie i nie tylko. Funkcjonują bez tradycyjnej recepcji, wręcz bezosobowo i niemal wszystkie formalności załatwia się zdalnie lub automatycznie. Jak znaleźć taki nocleg za grosze? W Internecie. Wybiera się interesującą nas miejscowość, wpisuje hasło „hotel F1” i od razu mamy odpowiedź, gdzie znajduje się najbliższy tej sieci. Płatność reguluje się od razu albo dopiero na miejscu. Wirtualny dokument z podsumowaniem usług zarezerwowanych przez klienta otrzymuje się najczęściej zwrotnym mailem. Na maila otrzymuje się też dokładny adres, kod dostępu (drzwi do apartamentu lub budynku nie są zamykane na klucz, tylko kodowane). Jeśli nie płacimy przez Internet, to należność można uregulować za pośrednictwem terminalu zamontowanego przy drzwiach i dopiero wtedy wbija się wspomniany kod. Nie jest to skomplikowane, a wręcz bardzo wygodne. A co najważniejsze — to naprawdę niedroga forma wynajęcia pokoju w porównaniu z hotelami innej klasy. I niektóre oferują dostęp do sieci Wi-Fi (płatny lub bezpłatny), co jest dla podróżników XXI wieku bardzo ważną kwestią.

W hotelach F1 nocowałem wielokrotnie, podróżując po różnych częściach świata. Mam sygnały, że niektóre z tych placówek zmieniły już nazwę sieci, do której należały — jednak warunki pozostały prawdopodobnie takie same. I tak np. w Niemczech funkcjonują pod nazwą Motel 24h, w Anglii jako Ibis Styles, a w innych krajach pewnie jeszcze inaczej. Na pewno warto poszukać.

Ja sam, gdy tylko znajduję kolejne marki biorące udział w projekcie tanich noclegów, to skrzętnie to odnotowuję. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie się ta wiedza przyda. W wybranych hotelach sieci F1 i podobnych można się spodziewać skromnych, ale schludnych warunków i tego, że nie wydoją z nas tam ostatniego centa. My zapłaciliśmy w tamtym czasie po… dziesięć euro od osoby, więc to naprawdę niewiele.


***

Zostawiając Marsylię w tle, wciąż kierowaliśmy się wybrzeżem w okolice Barcelony. Po hiszpańskiej stronie widoki były już tak piękne, że musieliśmy zostać dłużej i obejrzeć zachód słońca. Ogarnęła nas jakaś taka niemoc, że postanowiliśmy spędzić tam cały kolejny dzień i pobyczyć się. Posiedzieliśmy trochę na plaży. Pospacerowaliśmy. Skomplementowaliśmy napotkane hiszpańskie hacjendy. Potem wróciliśmy na plażę. Znowu leżenie. Wstawanie. Wieczorkiem gromadne spotkanie przy winku. Zdecydowaliśmy, że weźmiemy nocleg w klimatycznym hoteliku tuż przy morzu. A ze względu na lokalizację, nie był to najtańszy nocleg. Chcieliśmy jednak wypocząć w przyjemnym miejscu i nabrać sił, by zmierzyć się z Barceloną.

Północno-wschodnia Hiszpania czekała na nasz podbój od wczesnych godzin rannych. Byliśmy w pełni sił po sjeście, ale za to bez żadnego pomysłu na zwiedzanie miasta. Na dodatek mieliśmy na obejrzenie wszystkich ewentualnych atrakcji tylko pół dnia. Trzeba więc było się spieszyć. Kompletnie nie wiedzieliśmy, co można tam zobaczyć. Podróż odbywała się w czasach, gdy Internet nie żył jeszcze własnym życiem i raczej trudno było o bezpłatny dostęp do niego. Wirtualny przewodnik więc odpadł na starcie, a papierowego nie posiadaliśmy. Ale od czego głowa?…

Wpadliśmy na genialny pomysł, żeby… „przykleić się” do innej wycieczki. Jeżdżą tam przecież, podobnie jak w Londynie, piętrowe autobusy w stylu cabrio (czyli z górnym pokładem bez dachu) i wożą turystów po całej Barcelonie. Oczywiście usługi przewodnika nie są darmowe. My, za sprawą autobusu Barcelona Tours, poznaliśmy ważniejsze atrakcje turystyczne. I nie wydaliśmy na tę usługę złamanego euro. Po prostu jeździliśmy za nim krok w krok i przystawaliśmy, kiedy i on przystawał lub zwalniał.

Fakt, że trzeba było później w domu odszukać w necie i sprawdzić, co widzieliśmy — ale i tak było warto. Sami, bez mapki turystycznej, na pewno byśmy tego nie odnaleźli. Siedzieliśmy więc „na ogonie” ile się dało. A co istotne, w międzyczasie robiliśmy zdjęcia z samochodu. Istne szaleństwo.

Mieszkańcy Barcelony uważani są za jednych z najgorszych kierowców świata. Podobno średnio co dwadzieścia sekund na tamtejszych ulicach dochodzi do wypadku. Trzeba więc było mieć oczy dookoła głowy nie tylko ze względu na atrakcje turystyczne, ale i te na jezdni. I za to respekt dla naszego osobistego kierowcy, że umiał się w tym wszystkim odnaleźć. Jeśli zaś chodzi o kierowcę autobusu, to prawdopodobnie zorientował się, że tak za nim zderzak w zderzak jeździmy. Ale nie dał nam odczuć, że jesteśmy denerwujący. Ba, chyba go to bawiło, ponieważ kiedy odjeżdżaliśmy, pomachał nam z uśmiechem.

I tym chytrym sposobem zaliczyliśmy w kilka godzin wszystkie ważniejsze punkty na turystycznej mapie Barcelony. Od słynnej ulicy La Rambla po największy stadion świata, będący w posiadaniu prywatnego właściciela. Nasz pomysł — godny potępienia lub powtórzenia. Jak kto woli. Resztę atrakcji zwiedziliśmy już po drodze sami.


***

Jest w Barcelonie słynna katedra, której budowa trwa i trwa, a końca nie widać. Proces powstawania zakończy się w 2026 roku, czyli dokładnie sto czterdzieści cztery lata po rozpoczęciu, a w setną rocznicę śmierci architekta Antonia Gaudíego. Budowla właściwie nie jest katedrą, jak się o niej potocznie mówi, a kościołem podniesionym przez papieża do rangi bazyliki mniejszej. To tak gwoli formalności.

Ciekawostką jest to, iż dziesięć lat po tragicznej śmierci Gaudíego plany, których realizacji podjęło się później kilku innych projektantów, zostały częściowo zniszczone. Miało to miejsce w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Ostateczny planowany wygląd katedry na długi czas pozostał zagadką. Wiadomo na pewno, że obiekt ma posiadać osiemnaście wież. Już teraz najwyższa z wybudowanych liczy sobie sto dwadzieścia metrów. A podobno w najnowszym projekcie jest jeszcze stusiedemdziesięciometrowa wieża. Charakterystyczne jest to, że wszystkie elementy tej niecodziennej konstrukcji są wykonywane z kamienia. Początkowo rozbijano je ręcznie, teraz wycinane są komputerowo z iście zegarmistrzowską precyzją. Anielska cierpliwość!

Historia utalentowanego projektanta obiektu też jest nietuzinkowa. Ponoć niczym nieograniczoną wyobraźnię rozwijał siedząc w domu, zniewolony przez chorobę. Od wczesnych lat dziecięcych atakował go reumatyzm. Gaudí spędzał więc czas samotnie, na rozmyślaniu i rysowaniu. W sumie to nawet trochę tak, jak ja.

Pojechaliśmy więc sprawdzić, na jakim etapie są prace nad katedrą Sagrada Familia. Nie ma to jak rzucić fachowym okiem turysty. Dopiero jakiś czas później dowiedziałem się, że Antonio Gaudí ma na swoim koncie jedenaście innych, równie fikuśnych i bajkowych budowli, które można obejrzeć w Barcelonie. Osiem z nich znajduje się na Liście światowego dziedzictwa UNESCO. To prawdziwe arcydzieła, w niepowtarzalnym stylu.

Trzeba przyznać, że miał facet głowę nie od parady. Projekty sprzed ponad stu lat do dziś zachwycają oryginalnością. Sama katedra — przy której zdecydowaliśmy się jednak zatrzymać na dłużej — okazała się fantastyczną, gigantyczną architektoniczną rzeźbą. Przynajmniej z zewnątrz. Odstraszające były tylko kilometrowe kolejki po bilety, żeby dostać się do środka. My nie mieliśmy tego szczęścia, czytaj: czasu. Dziś wiem, że wystarczyło przejść kilkadziesiąt metrów dalej do kafejki internetowej, kupić wejściówkę on-line i wydrukować. Człowiek uczy się przez całe życie.


***

Z Barcelony wyruszyliśmy do Polski. We Francji czekał nas ostatni etap wycieczki — przejazd najwyższym mostem świata, uznanym za dziedzictwo XX wieku.

Po drodze mijał nas wypasiony motocykl z koszem dla pasażera. Śmialiśmy się, że byłby idealny dla mnie i w następną podróż warto byłoby się wybrać tak przystosowaną maszyną. To oczywiście żart. Ale wyobraźnia zadziałała i snuliśmy przez kilka dobrych kilometrów wizję ewentualnej eskapady w koszu.

Faktem jest, że na wiadukcie, do którego podążaliśmy, odbywała się któregoś roku (bodajże na dziesięciolecie mostu) parada motocykli, na którą zjechali miłośnicy dwóch kółek z całego świata. Widok musiał być zacny, kiedy przejeżdżali parami, trzymając się za ręce.

Wiadukt Millau otwarto pod koniec 2004 roku. Od chwili powstania przejechało nim ponad pięć milionów pojazdów. To most łączący region paryski z południową Francją. Średnia prędkość, z jaką można poruszać się na wiadukcie, to 30 km/h. Przejazd jest — co zrozumiałe — płatny.

Tego wszystkiego można dowiedzieć się już na miejscu, bowiem wiadukt Millau to nie tylko konstrukcja, ale całe centrum turystyczne. Jest tam nowoczesne muzeum, prezentujące tę innowacyjną konstrukcję od strony technicznej i wizualnej oraz tłumaczące koncepcję powstania obiektu. Znajdzie się więc odpowiedzi na wiele nurtujących pytań: choćby jak powstał most, jak funkcjonuje i jak jest zabezpieczony. Zwiedzający mają możliwość przeżycia unikalnego doznania wizualnego, dzięki zastosowaniu najnowszych technik. Na 220 metrach kwadratowych rozmieszczono trójwymiarowe obrazy wysokiej rozdzielczości. Dla wzmocnienia efektu zapewniającego przejrzystość i czystość obrazu wykorzystuje się tam projektory 4K, zapewniające odbiór wyjątkowych szczegółów prezentowanych obrazów. Można też obejrzeć wideo w jakości HD, w specjalnych trójwymiarowych okularach. Jak twierdzą organizatorzy tego show, to niesamowita podróż do serca wiaduktu. I faktycznie tak jest.

Most jest bardzo dobrze przygotowany na wszelkie sytuacje, jak choćby wypadek, korek, awaria. W ciągu kwadransa jest zapewnione wsparcie od strony technicznej i tamtejszy patrol zabezpiecza miejsce oraz pomaga w kłopocie. Wiadomo, że holowanie itp. jest płatne (każdy problem ma swoją cenę rozwiązania), ale dość sprawnie można wszystko zorganizować. Co pięćset metrów na autostradzie znajduje się awaryjny terminal z telefonem. Nie ma więc obaw, że w razie „W” czyli niebezpieczeństwa — zostaniemy z problemem pozostawieni sami sobie.

Trzeba przyznać, że ten most to olbrzym. Technologiczny ewenement. Konstrukcja potężna, a jakże delikatnie wygląda na tle rozległego krajobrazu. Niczym pajęczyna utkana gdzieś w przestrzeni. Trudno tu o literackie opisy takiego kolosa, ale jest to połączenie szczytu techniki z delikatnością człowieka. To wyjątkowe miejsce. Zwłaszcza w świetle reflektorów. Jest niekończącym się źródłem emocji, jak długi i szeroki. Wspaniale prezentuje się o każdej porze roku. Można go podziwiać niezależnie od tego, z której strony nadjedziemy. Przyjemność w oglądaniu znajdą zarówno miłośnicy fotografii, jak i pasjonaci światowej architektury.

Aby zobaczyć wiadukt, zjeżdżają tłumy turystów. Specjalnie dla nich wybudowano platformę widokową. Pomyślano też o osobach niepełnosprawnych, dla których przygotowano architektoniczne udogodnienia. Niedawno zmodernizowano pewne fragmenty okolicznej infrastruktury i złagodzono strome części ścieżek czy podjazdów. U podnóża wiaduktu można zwiedzić specjalny ogród, gdzie na otwartej przestrzeni, w okresie od kwietnia do września, odkrywane są tajemnice związane z powstawaniem fragmentów tego niezwykłego projektu.

Co ciekawe, nie tylko sam most jest interesujący, ale i otaczająca go przestrzeń. Jak choćby niezwykłe miejsce, wykute w klifie we wsi Peyre, znajdującej się siedem kilometrów na zachód od Millau (kierunek Comprégnac przez D41). Zainteresowani mogą poszukać wiadomości w necie o takich miejscach, jak Cap Coste-Brunas, Belvédère de Luzençon czy Pont Lerouge. Ciekawostką jest też to, że most można oglądać również… z góry. Wszelkie dostępne informacje na ten temat można uzyskać na miejscu, w Biurze Turystyki Millau.

Wiadukt Millau co roku obchodzi swoje urodziny. Z tej okazji na podniebnej autostradzie od dziesięciu lat odbywa się cykliczna impreza biegowa — wyścig pod nazwą Course Eiffage. Widok biegaczy różnych ras i narodowości musi być niesamowity. Trzysta czterdzieści jeden metrów nad rzeką Tarn, na zawieszonym między niebem a ziemią moście, tysiące tupoczących nóg pokonują ponad dwadzieścia siedem kilometrów przestrzeni. Każdy, kto ma duszę zdobywcy, powinien tego spróbować. Jak zachęcają sami organizatorzy: „Zrób to, czego jeszcze nie zrobiłeś na autostradzie: biegaj, spaceruj, oglądaj i świętuj”. Ileż można w tym odnaleźć szczęścia!

Patrząc z tej perspektywy na świat, zapomina się o problemach. Liczy się tylko tu i teraz. Nie znam człowieka, który będąc tam, zastanawiał się nad swoim ciężkim losem, chorobą albo brakiem pieniędzy. Przestrzeń, różne odcienie zieleni, niebo tuż nad głową — powodowały, że nie liczyło się nic innego. Góry, doliny, pola, drogi i rzeka. Wszystko było niemal na wyciagnięcie ręki, a mimo to tak odległe. I gdzieś tam, w tej przestrzeni, ja — mały człowieczek na wózku inwalidzkim.

Nie jestem fizycznie samodzielny, trzeba to jasno powiedzieć. Straciłem władzę w nogach, w rękach. Sam nigdy bym nie mógł przemierzyć tylu kilometrów. Ale mam przyjaciół, znajomych, bliskich i zaufanych ludzi, z którymi daję radę pokonywać wszelkie problemy. I jestem im za to bardzo wdzięczny, bo dzięki temu… spełniam się. Jestem ograniczony fizycznie, ale mam w pełni sprawną głowę i dzięki temu — ile tylko mogę, każdego dnia uczę się czegoś nowego, pracuję i wspinam na wyżyny swoich możliwości intelektualnych. A z każdej z tych małych i dużych podróży wracam mądrzejszy i bogatszy. I chyba też piękniejszy wewnętrznie.

A tym, co zdobyłem dla siebie, dzielę się z innymi… I o tym jest ta książka.

Rozdział III

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie niepełnosprawni mają swoją przystań, oazę, eden. Tym miejscem jest… Teneryfa. Jedna z kilku wysp położonych w archipelagu Wysp Kanaryjskich. Pierwszy raz pojechałem tam na dwa tygodnie — siedem lat temu, za pośrednictwem biura podróży specjalizującego się w… wyjazdach przeznaczonych dla niepełnosprawnych. Takie zorganizowane wczasy. Nie znam zbyt wielu tego rodzaju biur, dlatego z pewną rezerwą podszedłem do zaproponowanej mi oferty spędzenia w ten sposób urlopu.

Na wybór miejsca miało wpływ kilka czynników. Mieszkałem już w tym czasie ze swoją dziewczyną w Szwecji. Nadciągał sezon wakacyjny. Chcieliśmy spędzić go tylko we dwoje, gdzieś w przyjemnych warunkach, tam, gdzie słonecznie i kolorowo. Wyspy Kanaryjskie zawsze kojarzyły mi się z egzotyką i dlatego tam szukaliśmy wypoczynku. Teneryfa jest bardzo popularnym kierunkiem podróży i cieszy się dużym zainteresowaniem wśród Szwedów, zwłaszcza niepełnosprawnych. Nie powiem, mnie też kusiło, żeby sprawdzić, dlaczego tak jest.

Problem polegał na tym, że z uwagi na swoją chorobę, zawsze potrzebuję kilku asystentów-opiekunów. Siłą rzeczy, jednym zwykle jest moja partnerka. Opiekunka, przyjaciółka, bratnia dusza. Natomiast inne osoby zatrudniane są do pomocy przy konkretnych czynnościach. Tak funkcjonuję na co dzień. Z pomocą osobistych opiekunów. Asystenci przychodzą do mnie w różnych godzinach i w zależności od potrzeb służą określoną pomocą.

Teraz mieliśmy zostać z tym wszystkim sami. Była już taka sytuacja przy przeprowadzce do Szwecji, że byliśmy zdani wyłącznie na siebie. Wiedzieliśmy więc, z czym to się wiąże.

— Proszę państwa, naprawdę nie będzie żadnego problemu. Tak państwa pokierujemy, że poradzicie sobie ze wszystkim. Proszę nam zaufać i niczym się nie przejmować. Jesteśmy od tego, żeby zorganizować wam przelot, transport, hotel i wszystko, czego będzie pan potrzebował. Warunki są tam idealne — piała z zachwytu przemiła pani z biura podróży i w sumie udało jej się nas przekonać… ale… i tak pojechaliśmy z duszą na ramieniu.

Łatwo jej było mówić. To był mój pierwszy lot samolotem (do tej pory wszystkie wyprawy odbywały się autem). I pierwszy wyjazd, którego zorganizowanie scedowałem na biuro podróży. Nie bardzo więc miałem na cokolwiek wpływ. Przyznaję, że mieliśmy w związku z zaistniałą sytuacją lekki stres.


***

Okazało się jednak, że nerwy były całkiem niepotrzebnie. Lot trwał nieco ponad pięć godzin. Zniosłem go dobrze. Co prawda, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w różnych liniach lotniczych mogę spodziewać się rozmaitych problemów technicznych (o czym wspomnę przy innej okazji). Ale ogólnie wszystko się udało. Wyruszyłem z zimnej Kopenhagi, a wysiadłem po kilku godzinach w zupełnie innym klimacie. Po opuszczeniu samolotu buchnęło ciepło, oczy poraziło ostre słońce. Inne powietrze i palmy, palmy, palmy. Powoli docierało do mnie, że naprawdę jestem u północno-zachodnich wybrzeży Afryki.

Transfer do hotelu był załatwiony w pakiecie przez biuro podróży. Przyjechał bus z windą, dostosowany do elektrycznych wózków i zabrał mnie do hotelu bez żadnych dopłat. Jeszcze poinformowano nas, że tego typu taksówki dostępne są na terenie całej wyspy. Wystarczy zgłosić się na postój lub zadzwonić. Miło było usłyszeć, że w razie czego taksówkarz sam przez radio wezwie auto, które będzie technicznie odpowiednie, jeśli jego własne okaże się za mało przystosowane do wózków.

Zakwaterowanie mieliśmy w hotelu Mar y Sol, prywatnym kurorcie położonym w Los Cristianos (w prowincji Santa Cruz), w południowo-zachodniej części wyspy. W hotelu tym od lat działa 24-godzinna służba ratownicza. W całym budynku wszystko przystosowane jest dla niepełnosprawnych. Słyszałem o problemach, z jakimi można się spotkać w różnych hotelach, np. drzwi w łazienkach mają po sześćdziesiąt cm, podczas gdy wózek inwalidzki liczy siedemdziesiąt i nie można nim wjechać. Mnie udało się uniknąć przykrych niespodzianek. Przy hotelu działała również wypożyczalnia specjalistycznych łóżek, podnośników, materacy i wszystkiego, o czym tylko niepełnosprawny mógłby zamarzyć. A nawet wózków, rowerów i skuterów.

Goście mogli za dopłatą skorzystać także z usług profesjonalnego zespołu pielęgniarek i asystentów, którzy świadczyli szeroko rozumianą pomoc w zakresie indywidualnej opieki — od higieny po wyżywienie. Można było poprosić o ofertę dostosowaną do swoich potrzeb. Żyć, nie umierać!

Dzięki temu, że hotel był nastawiony na bardzo wymagających turystów — czyli z ograniczeniami psychiczno-ruchowymi — każdy mógł się tam czuć i bezpiecznie, i komfortowo. Do tego stopnia, że nawet przy dwóch hotelowych basenach były specjalistyczne wciągarki, z których niepełnosprawni mogli do woli korzystać podczas wejścia do wody. Oczywiście obsługa w tym pomagała. Hotel tudzież współpracująca z nim firma ułatwiali zorganizowanie wycieczek po Wyspach Kanaryjskich. Kompleksowa obsługa. Mogliśmy więc odetchnąć z ulgą, że w razie potrzeby wiemy, do kogo się zwrócić. Pozostało nam jedynie w spokoju ducha kontemplować urlopowy czas. Choć z tym spokojnym duchem, to tak u mnie nie do końca…

Zwykle nasze wakacje były szalone i wielokrotnie powtarzałem, że żadne kurorty mnie nie satysfakcjonują. Nieustannie dążyłem do zwiedzania miejsc trudno dostępnych, niemal nieosiągalnych dla wózkowicza. A teraz miałem w spokoju czekać, co dzień przyniesie? Rzecz dla mnie niewyobrażalna!


***

Zacząłem się z lekka asymilować. Na Teneryfie faktycznie życie płynęło jakby wolniej. I nie musieliśmy się o nic martwić. Ale nie zamierzałem bezczynnie spędzać pozostałych dni. Uroki Kanarów znane mi były dotychczas głównie z kolorowych folderów, reklam i filmów. Miejsce przedstawiane jako stricte plażowe. Nic się nie robi, tylko opala i pije drinki. Ale nie, nie. Teneryfa naprawdę potrafi zaskoczyć.

Na dzień dobry zdziwiłem się, że ma dokładnie taką samą flagę, jak… Szkocja. I nawet tego samego patrona — św. Andrzeja. Potem się dowiedziałem, że flaga różni się jednak… odcieniami niebieskiego. Oczywiście wyłapało to kobiece oko, dla mnie niebieski to niebieski i nie odróżniam bławatkowego od lazuru. Mała ciekawostka dla bogatszych — z łatwością można tam kupić mieszkanie przystosowane dla niepełnosprawnych. W agencjach nieruchomości roi się od takich ofert. Witryny powyklejane są zdjęciami apartamentów wszelkiego rodzaju. Nic, tylko wprowadzać się i mieszkać.

Hiszpania należy do światowych potentatów w dziedzinie produkcji win gronowych. Bez dwóch zdań. Będąc na Teneryfie, trzeba zatem było skosztować choćby lokalnych trunków. Jest tam stara posiadłość, zwana Dom Wina La Baranda, która ma za zadanie promować wina pochodzące z wyspy. Przybytek Casa del Vino jest własnością władz Teneryfy i można go zwiedzać, łącząc to z degustacją certyfikowanych win. Co też któregoś razu uczyniliśmy, zwiedzając północną część wyspy.

Zauważyłem, że wiele drinków robionych jest na Teneryfie na bazie wina z dodatkiem napojów gazowanych. Zasadniczo jestem bardziej smakoszem czerwonych win, niż najlepszych wódek. Za piwem nie przepadam wcale. Siedząc w „raju”, pod parasolem na plaży, nie mogłem sobie jednak odmówić spróbowania kilku kolorowych napojów wyskokowych. Już sam wygląd pełnej gamy barw drinków przyprawiał o zawrót głowy. Połączenie błękitu z czymś fioletowym, do tego skruszony lód, polany kolejnym czerwonym czymś o konsystencji syropu. Wyglądało tak, jak gdyby ktoś przez pomyłkę zamknął całą galaktykę w szklaneczce zmrożonej wody. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że niektóre z napitków prezentowały się jak małe dzieła sztuki.

Moje serce na zawsze skradła jednak… sangria. Mała zawartość alkoholu nie groziła upiciem się w upalny dzień, za to znakomicie gasiła pragnienie. Podobno pijali to kiedyś chłopi na polu podczas żniw, więc zbyt powalający napój to z pewnością nigdy nie mógł być. Kiedy więc trafiła się okazja, by podpytać barmana o przepis na najlepszą, świeżo przygotowaną sangrię — skorzystałem z tego. Delektując się orzeźwiającym napojem oraz tym, z jaką celebrą został przygotowany, próbowałem zapamiętać, co do czego i w jakich ilościach dodawał mistrz-barman.

Był na tyle miły, że podał mi dwa przepisy. Czasem na ich bazie przygotowujemy sangrię w domu, żeby choć trochę wspomnieć lato i połechtać swoje kubki smakowe. Jednak przyznaję bez bicia — nie jest to smak iście kanaryjski, wiadomo — nie ten klimat ani urok i miejsce. Od tamtej pory na Teneryfie zawsze piję sangrię. Bogatą w owoce, lekką, pyszną. Co ciekawe, za każdym razem smakuje inaczej. Gdybym miał teraz we wspomnieniach rozłożyć smak oryginału na czynniki pierwsze, to byłoby czerwone wino, lekko wyczuwalne brandy, likier Cointreau, słodycz syropów smakowych i niezliczone owoce cytrusowe. Tak to pamiętam.

Receptury sangrii są bardzo zróżnicowane w zależności od rejonu, w którym jest przygotowywana. Z tego, co zauważyłem, sangrię bardzo chętnie pija się również w Meksyku. Ale to już temat na inną opowieść. Kończąc wątek alkoholi, taka mała dygresja — w małych kanaryjskich restauracyjkach i barach na promenadzie, turystom serwuje się sangrię gorszej jakości niż w dobrych restauracjach. Tam jest ona zdecydowanie bogatsza w smaki i raczej nie zawiera w sobie napojów gazowanych. I warto to porównać.


***

Ten pierwszy wyjazd na Teneryfę potraktowałem bardzo ostrożnie. Przyznaję, trochę podszedłem do tego jak pies do jeża. Kolejne były już bardziej na luzie i planowałem je wówczas tak, jak chciałem.

Północna Teneryfa obfituje w imprezy kulturalne, muzyczne i różne święta okolicznościowe. Południe jest pod tym względem nieco ospałe, aczkolwiek można tam szukać rozrywek zwiedzając wszystko, co oferuje przyroda i pomysłowość miejscowych. Jak wspomniałem, Teneryfa może zaskoczyć. Po pierwsze, zaskoczony byłem tym, że nie wzbudzałem żadnego niezdrowego zainteresowania. Zresztą inni niepełnosprawni też nie byli dla nikogo atrakcją samą w sobie. I to był duży plus tego wyjazdu.

W kraju zwykle wywołuję sensację. Pewnie dlatego, że mam poważne skrzywienie kręgosłupa i powykręcane ciało. Siedzę na wózku wygięty w nienaturalny sposób. Bywało (bo od czasu emigracji do Skandynawii kompletnie tego nie odczuwam), że ludzie gapili się na mnie jak na UFO. Zwłaszcza w Polsce, która wciąż pozostaje w tyle Europy, jeśli chodzi o tolerancję. Przykre to, że w innych zakątkach świata mogę liczyć na większe zrozumienie, niż wśród rodaków. Kiedy jednak zaczynam mówić kim jestem, czym się zajmuję, jakie mam zainteresowania, pasje — ludzie dostrzegają we mnie normalnego człowieka, partnera do rozmowy.

Moja choroba polega na tym, że mózg już nie przekazuje konkretnych impulsów do miejsc, do których powinien. Jednym słowem, nie wydaje poleceń mięśniom. Wobec tego mięśnie najpierw słabną, a potem całkowicie zanikają. W myśl zasady, że organ nieużywany obumiera. Jeszcze piętnaście lat temu byłem w stanie sam jeść. Teraz trzeba mnie już karmić, bo sam do paszczy za diabła nie trafię. Wymagam opieki niemal we wszystkim. Od ubrania po codzienną toaletę. I jedna osoba temu nie sprosta, jest to bowiem duży wysiłek fizyczny. Bywają momenty, że czuję się jak mebel, który trzeba przestawiać, popychać, poprawiać coś na mnie.

Zwykle człowiek stawia średnio sześć tysięcy kroków dziennie. Ja — żadnego. A przecież też muszę się przemieszczać. Też chcę pracować, podróżować, żyć pełnią życia. Mam już całkiem bezwładne nogi, ręce. Poruszam tylko dwoma palcami jednej dłoni. Mogę operować komputerową myszką lub telefonem, który jednak trzeba mi podać. Ułatwiam sobie życie i na przykład wysyłam e-mail czy SMS, dyktując do telefonu wiadomość, a ten w okamgnieniu przetwarza ją na plik tekstowy. Samodzielnie zdołam sterować wyłącznie elektrycznym wózkiem, na który trzeba mnie zresztą posadzić.

Mam też specjalnie przystosowany samochód, do którego wjeżdżam wózkiem, ale sam nie prowadzę. W związku z tym, kiedy chcę coś załatwić w mieście lub gdziekolwiek pojechać, to potrzebny jest mi również kierowca. Za każdym razem, w każdej czynności, jestem uzależniony od innych osób. Przyzwyczaiłem się do tego. Pewnie, że czasem chciałbym łapczywie zjeść zupę chochlą. Sam. Bez niczyjej pomocy i łaski. A nie sączyć colę na przykład przez rureczkę podawaną mi przez opiekuna. Nie mam jednak na to żadnego wpływu. Ani tym bardziej żalu do Stwórcy.

Mam świadomość, że nigdy nie będę taki sam, jak osoby sprawne fizycznie. Ale w pełni to akceptuję. I nigdy nie miałem z tym problemu. Być może dlatego, że przychodzi to bardzo naturalnie, wraz z postępem choroby. Nie znam innego życia. Tak, jak człowiekowi przybywa lat, tak u mnie nasila się choroba. Jestem z nią zżyty. I w ogóle się w tej chwili nad tym nie zastanawiam.

Kiedy byłem mały, wyobrażałem sobie dorosłość i siebie w niej, jako człowieka chodzącego. Z czasem ta wizja się zatarła. I teraz w jakichś marzeniach i wyobrażeniach pojawiam się jako Zbigniew na wózku. Zawsze na czterech kółkach. Co nie oznacza, że jestem w tym wszystkim bierny i poddaję się losowi bezwiednie. Toczę walkę z samym sobą każdego dnia, pokonując wewnętrzne bariery. I chyba jestem w tej swojej waleczności mocno zahartowany. A im trudniejszą pokonuję drogę, tym osiągam większą satysfakcję.


***

Na Teneryfie miejscowi byli przyzwyczajeni do widoku takich ludzi, jak ja. Niepełnosprawni turyści to dla nich źródło dochodu, o które dobrze dbają — starali się więc, żeby każdy czuł się tam odpowiednio swobodnie. Nawet, jeśli pojawił się ktoś popodłączany kabelkami, albo w „siedmiomilowych butach”, czy w naprawdę ciężkim stanie — nikogo specjalnie to nie ciekawiło. Każdy ma przecież prawo do relaksu, czy to chory osobnik czy zdrowy. I pod tym względem to miejsce było fantastyczne.

Zaskoczyło mnie również to, że dla takich osób jak ja specjalnie przygotowano pewne odcinki plaży, wprowadzając różne udogodnienia. Na przykład drewniane podesty, po których chorzy mogli wjechać na swoich wózkach i w ten sposób poruszać się po plaży. Na samym końcu pomostu czekały do dyspozycji inwalidzkie wózki z szerokimi, masywnymi, gumowymi kołami. Idealne do jazdy po piasku. Można się było przesiąść na nie i potem bez problemu wjechać nimi do wody lub wprost pod słomiane parasole.

Akurat ja nie korzystam z basenów i morza. Wystarczy mi siedzenie w cieniu rozłożystych parasolek, podczas gdy moja kobitka kąpie się lub opala. Prawdę powiedziawszy — woda mnie przeraża. Pewnie ma na to wpływ moja znikoma sprawność fizyczna. Wielokrotnie zabierałem ze sobą kąpielówki, ale nigdy nie miałem w sobie dość odwagi, by dać się namówić na kąpiel w akwenie. I nie pomagało nawet to, że zawsze któryś z zawodowych wybawców czekał w pogotowiu, by udzielić pomocy. Nie przekonały mnie nawet piękne budki ratowników na plaży, podobne do tych z kalifornijskich filmów. Niechby sobie stacjonował w nich cały pułk „Słonecznego Patrolu” — ja wejściu do wody mówię stanowcze: raczej nie. I póki co, chyba się to nie zmieni…

Wedle tablic usytuowanych na plaży, ekipa ratowników czuwała nad bezpieczeństwem kapiących się niepełnosprawnych w godzinach 10.00—21.00. Miałem więc sporo czasu na zastanawianie się nad kąpielą. Każdego dnia. Nic z tego.

Trzeba przyznać, że wszystkie tamtejsze udogodnienia dla niepełnosprawnych były całkiem dobrze przemyślane i spełniały swoją powinność. Spotkałem się z czymś takim po raz pierwszy. Zaskoczyła mnie też… co tu dużo mówić, wielkość toalet na plaży. Były tak przestronne, że można w nich było jeździć skuterem.

Ze skuterami na Teneryfie jest tak, że jeżdżą nimi nie tylko osoby starsze, chore lub niepełnosprawne. Po prostu to tani i wygodny środek transportu dla każdego. I można je wypożyczyć na dzień czy tydzień, za kilkanaście euro. Dlatego nie trzeba owych pojazdów taszczyć ze sobą na Kanary, by móc bez trudu poruszać się po wyspie.


***

Mówi się, że Teneryfa jest rajem dla emerytów i wspomnianych wyżej osób niepełnosprawnych. I faktycznie tak jest. Głównie z powodu wysokiego poziomu akceptacji inności drugiego człowieka, a także stopnia dostosowania wszystkiego do jego potrzeb. Nie spotkałem się z aż taką tolerancją i udogodnieniami w żadnym innym kraju. Od tego czasu bywałem tam wielokrotnie, o różnych porach roku. Były to już jednak wyjazdy organizowane samodzielnie, podczas których zwiedzałem wszystko, co tylko było dla mnie dostępne. Polubiłem wyspę do tego stopnia, że chętnie spędziłbym tam kilka miesięcy w roku i na przykład przezimował. Podczas kolejnych wizyt dowiadywałem się o tej wyspie więcej i więcej. Dziś mogę powiedzieć, że znam ją jak własną kieszeń.

Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, które z atrakcji są dostępne dla mojego wózka. I tu się mocno zdziwiłem już podczas pierwszego pobytu na wyspie. Otóż — bardzo wiele. I to takich, co do których mogłem mieć wcześniej wątpliwości. Zapamiętałem na przykład przeprawę wodolotem, którym udało mi się przepłynąć na drugą wyspę, nieco mniejszą od Teneryfy. Szybka łódź była przystosowana nawet do wózków elektrycznych. Niestety, sama wysepka okazała się mała, skalista, nie za bardzo miałem tam co zwiedzać. Pokręciłem się w kółko i wróciłem na pokład.

Przejazd w jedną stronę zajmował około pół godziny. Przy okazji dopadła mnie choroba morska i z trudem dotarłem na brzeg. Fale intensywnie biły o burty, wodolot płynął szybko, wręcz ślizgał się po powierzchni wody. Prędkość była dla mnie trudna do zniesienia. Nawet mój ciężki wózek przesuwał się lekko w każdą stronę. No, ale byłem, zobaczyłem i wystarczy. To była zdecydowanie atrakcja z serii „nie dla mnie”.

Chcąc popłynąć z Teneryfy na Gran Canarię lub La Gomerę, można skorzystać z dużych promów cumujących w porcie. Mogą na nie wjechać nawet samochody ciężarowe, a co dopiero mój mały wózek. Natomiast na mniejsze wyspy pływają odpowiednio lilipucie łodzie i inne prywatne jednostki — o ich dostosowanie dla niepełnosprawnych trzeba pytać indywidualnie.

Północna część wyspy zdecydowanie różni się od południowej. U góry mapy Teneryfa zadziwia różnorodną roślinnością, od kaktusów po drobne pomarańczowe maki. U dołu prym wiodą skaliste tereny spalone słońcem. Ciekawostka — na tej suchej, skamieniałej pustyni, można było napotkać co chwilę… margerytki (znane też pod nazwą jastrun albo złocień, choć w tamtym momencie nie mogłem skojarzyć żadnej z nazw). Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, bo i botanik ze mnie żaden, ale faktycznie owe kwiatki wydawały mi się dziwnie znajome. I teraz wiem, że przecież swego czasu często widywałem je w Polsce. Na wyspie wyrastały kępkami wprost spod kamieni.


***

W okolicach Teneryfy, a także w przybrzeżnych wodach Afryki, można złowić rybę, której spożycie skutkuje wywołaniem halucynacji. I to tak silnych, że „odlot” może trwać nawet… kilka dni. Mowa o rybie dźwięcznie zwanej Sarpa salpa. O ile tuszka podawana w hiszpańskiej restauracji niekoniecznie zaszkodzi, to już wywar z jej głowy — jak najbardziej. Na tę swoistą „dream fish” nie ma niestety antidotum i fazę zmiany stanu świadomości, porównywalną do działania sporej dawki LSD, trzeba po prostu przeczekać.

Rybki wywołującej różowe sny co prawda nie jadłem, ale przyznaję, miałem kiedyś w życiu epizody próbowania substancji zmieniających świadomość. Chciałem wiedzieć, czy coś tracę, kiedy mówię: dziękuję, nie. Dziś przyrównuję to bardziej do młodzieńczej głupoty i fascynacji nadciągającą dorosłością. A w tych moich krótkotrwałych stanach ekstazy było sporo śmiechu i nie wyrządziłem tym szkody ani sobie, ani nikomu innemu. Co być może nietypowe, wszystko było pod kontrolą osób trzecich. Zawsze miałem przy sobie zaufanego opiekuna (akurat w tamtym czasie był to mój współpracownik), który stał z boku, nie brał w eksperymentach udziału, ale kontrolował sytuację, żeby nikomu nie wydarzyła się żadna krzywda. Mieć świadomość, że zawsze jest koło ciebie ktoś, kto czuwa, do kogo masz zaufanie, kto zadba o twoje bezpieczeństwo w sytuacji awaryjnej — wspaniała rzecz i luksus, naprawdę.

I tak, któregoś razu, w celach badawczo-poznawczych sprawdzaliśmy organoleptycznie działanie pewnego specyfiku wywołującego dezorientację w czasie i przestrzeni.

— Człowiek chory, to czasem trzeba sprawdzić, jakie ziółka albo inne substancje są na wszelkie dolegliwości dobre — tak to sobie wtedy tłumaczyłem.

Jakie wrażenia? No cóż… wiatr był bardziej porywisty, soczysta zieleń trawy przechodziła w tęczę, a jej faktura z wolna zmieniała konsystencję i przechodziła falowo ze stanu stałego w ciekły. To tak najogólniej mówiąc. I w sumie na tym moje eksperymenty z używkami raczej się skończyły. Ale wspomnienia niektórych faz odlotu pozostały do dziś.

A było tak. Jeździliśmy po fakcie przez kilka godzin samochodem w kółko po lesie. Kiedy w którymś momencie wysiedliśmy, zaczęło mi się wydawać, że stoję wózkiem na… torach kolejowych. Wmówiłem współtowarzyszom zabawy, że zaraz nadjedzie pociąg. Byłem o tym święcie przekonany. Oni chyba też, skoro nagle usłyszeli najprawdziwszy gwizd lokomotywy i na horyzoncie ukazał się ogromny, pędzący wprost na nas starodawny parowóz. Sytuacja zdawała się dramatyczna. I co zrobili? Nie czmychnęli gdzie pieprz rośnie, tylko spokojnie przenieśli mnie pół metra dalej na trawę, w bezpieczne miejsce, żebym uniknął czołowego zderzenia. To się nazywa przyjaźń…

Swoją drogą, zastanawiałem się potem, dlaczego nie przepchnęli wózka. Przecież podnieść mnie było zdecydowanie ciężej.

— No co ty, po torach miałem pchać?! — odpowiedział oburzony kumpel.


***

Teneryfa cenowo nie jest zbyt wygórowana i chyba porównywalna z innymi turystycznymi miejscami, a nawet tańsza (niż na przykład Grecja, również stawiająca na turystów niepełnosprawnych). Naturalnie, że hotele przystosowane do potrzeb niepełnosprawnych muszą mieć odpowiedni standard, a to niestety podnosi koszty. I to nigdy nie będzie najtańsze. Ale akurat na południu Teneryfy są hotele, w których noclegi i obsługa są w przystępnych cenach.

Ja sam znalazłem jakiś czas temu doskonały hotelik Parque La Paz. Przystosowany idealnie, w samym centrum miasta, blisko oceanu — za naprawdę dobre pieniądze. I korzystam z niego od kilku lat. Nie jest tajemnicą, że wyszukuję, kiedy mają promocje na noclegi i wtedy bukuję. Wychodzi naprawdę korzystnie. Właściwie czuję się tam jak w domu. Do tego stopnia, że samodzielnie mogę wyjechać na spacer po okolicy. Wiem, że nie ma tam żadnych barier architektonicznych, wszystkie drzwi otwierane są automatycznie, nie ma progów, schodów, a jeśli już — to zaraz obok są podjazdy. Nawet tam, gdzie się nie można dostać, miejscowi — na przykład drobni sklepikarze — sami dbają o to, żeby turyści mogli do nich zajrzeć. Na każdym kroku udowadniają, że zależy im na takim kliencie, jak my.

I tak, przy wysokich krawężnikach wystarczy rzucić choćby kawałek szerokiej deski, po której można wjechać wózkiem. Najprostsze rozwiązanie. Można? Można. Wszystko jest więc tam tak przystosowane, że bez ruszania ręką — mogę się dostać niemal do każdego sklepu, restauracji, wnętrza. Jako nie w pełni samodzielny turysta — naprawdę doceniam ten komfort.

Jeśli się jedzie gdzieś i siedzi w jednym hotelu przez tydzień lub dwa, zwiedzając jedynie basen i okolice, to gdziekolwiek by to było, ceny są porównywalne. Natomiast w przypadku przejazdów w różne miejsca, dodatkowych noclegów, wejściówek etc. wiadomo, że koszty wzrosną. W punktach najbardziej atrakcyjnych płaci się więcej. Jednakże prawdą jest, że niepełnosprawni w wielu miejscach na świecie mają zniżki na bilety, ich opiekunowie zaś wchodzą za darmo.

Na Teneryfie wszelkie bilety wstępu do obiektów turystycznych są dość drogie. Ale za to niedrogie jest paliwo i bezpłatne są autostrady. Dzięki temu tanio można podróżować. I warto w tym celu wynająć samochód.


***

Na Wyspach Kanaryjskich nie występują typowe cztery pory roku, ani ta znana jako deszczowa. Niemniej w okresie zimowym jest na pewno chłodniej. Ja akurat wybierałem miesiące cieplejsze. Byłem tam naszą wiosną, i latem, i jesienią. Trafiłem również na okres, w którym była inwazja kanaryjskich karaluchów, zwanych tam cucaracha. To akurat było bardzo nieprzyjemne przeżycie. Wypełzały z każdej możliwej szczeliny. I tak potrafiły tuptać po podłodze w tę i we w tę aż do sierpnia. Potem — było już tylko gorzej. Zaczynały latać. Jeśli jedna mucha lub komar może człowieka zirytować, to łatwo sobie wyobrazić, co się dzieje w przypadku nadlatujących skarabeuszy o wielkości do sześciu centymetrów. Tak obrazowo — były długości zapalniczki. Ja osobiście miałem ich serdecznie dość. Podobno można się przed nimi ustrzec, na przykład nie trzymając w pokoju hotelowym jedzenia. Ani tym bardziej otwartego piwa (widać są smakoszami, skoro je to skutecznie zwabia). U nas nie działało na te bestie nic. Po prostu sobie były. Musieliśmy więc ten fakt współdzielenia pokoju z insektami (w bardzo czystym hotelu!) niestety zaakceptować.

Chyba o wiele mniejsze wrażenie robiły na mnie wszędobylskie perenque, czyli malutkie gekony. Płochliwe jaszczurki, spotykane z dala od pokoi hotelowych, na oko mieszczące się w ludzkiej dłoni. Na szczęście przynajmniej one trzymały się ode mnie z daleka. Ze zwierzątek, na Teneryfie najbardziej przypadły mi do gustu te oglądane w Loro Parque w miejscowości Puerto de la Cruz, atrakcyjnym miejscu zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci, uważanym za najciekawszy i największy park zoologiczno-botaniczny w Europie oraz drugi na świecie.

Po hiszpańsku loro to papuga i w parku jest ich imponująca populacja, bodajże największa na świecie. Park założony został w latach 70. przez niemieckiego hodowcę, niejakiego Wolfganga Kiesslinga, oraz jego ojca. Działa tam również fundacja, zbierająca fundusze na ratowanie papug. Ptactwa różnych gatunków jest tam zresztą pod dostatkiem. Można więc na żywo podziwiać zwłaszcza te, których na co dzień się nie spotyka. A jest ich tam ze trzysta gatunków. Jak choćby pelikany i flamingi. Papugi mają tam jednak swoje przywileje i na przykład… jeżdżą na wrotkach, miniaturowym rowerku albo dokonują matematycznych obliczeń. Wszystko w ramach specjalnego show dla publiki. Wrażenie robi również tamtejsze pingwinarium. Ciekawostką jest to, że poza Arktyką to właśnie w Loro Parque jest największa populacja pingwinów na świecie.

Bywa, że ludzie zastanawiają się, czy pingwin to ssak, ryba czy ptak. Niby ptak… ale zaraz nadchodzą wątpliwości, czy aby na pewno. Skoro potrafią nurkować, a nie latają… A ich upierzenie w pierwszej fazie dorastania z meszku staje się niemal sierścią, a nie piórami. Dziwne okazy. W Loro Parque można je poobserwować, by nabyć pewności, że jednak są ptakami. Z pingwinami jest tak, że są one od lat materiałem do badań naukowców i pewnie jeszcze nieraz ich zaskoczą. Odkryto na przykład, że pingwiny mogą przebywać pod wodą prawie pół godziny i podczas nurkowania schodzą na głębokość pół kilometra. To ewenement wśród dziesięciu tysięcy gatunków ptaków na ziemi. Żaden inny ptak tego nie potrafi. Pingwinową ciekawostką jest również to, że gdy schodzą pod wodę, spada u nich puls i liczba uderzeń serca zmniejsza się z siedemdziesięciu do… dziesięciu na minutę. W ten sposób pingwiny samodzielnie gospodarują tlenem. I stąd to ich podobieństwo do ssaków morskich.

W trakcie sześciogodzinnego pobytu w Loro Parque trzeba koniecznie obejrzeć efektowne spektakle z udziałem tresowanych delfinów i orek. Olbrzymy tańczące nad powierzchnią basenu i wykonujące przedziwne piruety, plaskając raz po raz ogromnymi ogonami po tafli wody, wprawiają w osłupienie publiczność. Siedzący najbliżej barierek powinni jednak skorzystać z foliowych płaszczy ochronnych, jeśli nie chcą, by rozpryskująca się woda zalała im ubranie. Ci, którzy siedzą dalej, niczego nie tracą, bowiem wszystkie szczegóły występu widać na dwustronnym telebimie umieszczonym w samym centrum ogromnego basenu. Swoje umiejętności prezentują tam również morskie lwy oraz foki. Samo delfinarium mieści aż dwanaście milionów litrów wody morskiej i robi imponujące wrażenie. Jak zresztą cały obiekt.

Wśród tropikalnej roślinności można zaobserwować naprawdę wiele gatunków zwierząt z różnych zakątków ziemi. Miejsce jest niewątpliwie atrakcyjne zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Jedyną zaporą może być cena wstępu, oscylująca wokół czterdziestu euro. Spędzenie kilku godzin w namiastce dżungli jest jednak tego warte.

Przy temacie dzikich zwierząt zawsze pojawia się pytanie o wypadki. W historii parku, na przestrzeni ponad czterdziestu lat, doszło do kilku. Ostatnio w 2007 i 2009 roku, kiedy to w pierwszym przypadku zwierzę zaatakowało trenerkę, w drugim zaś trener stracił życie w czasie pokazu orek. Od tej pory trenerzy nie wchodzą z orkami do wody.

Jeśli chodzi o atrakcje Teneryfy, to zwiedziłem chyba wszystkie największe (do których mogłem się dostać). Podczas drugiego wyjazdu (tego organizowanego już samodzielnie) wypożyczyliśmy busa z windą i objechaliśmy całą wyspę wzdłuż i wszerz. Kolejne wycieczki na Wyspy Kanaryjskie odkrywały przed nami coraz to inne oblicza tego regionu.


***

W 1954 roku na wyspie utworzono Park Narodowy Teide. Od tego czasu zachwyca on pasjonatów turystyki. Nie dziwi więc fakt, że wpisany został na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nie mogłem oprzeć się pokusie, by na własne oczy przekonać się — czy na pewno jest wart takiego zachwytu. Sercem parku jest aktywny stratowulkan Pico del Teide, którego kolejne erupcje utworzyły masyw o wysokości 3718 m n.p.m. Zobaczyć takie arcydzieło natury to nie lada gratka.

Przez ów park prowadzą liczne, różnej długości trasy. Mapki i przewodniki dostępne są w centrach turystycznych znajdujących się na jego terenie. Niestety, wiele osób narzeka na złe oznakowanie szlaków i niezbyt dogodne do pieszego wędrowania podłoże, np. pola zastygłej lawy. Ja, z racji swej przypadłości, musiałem zadowolić się jazdą autem. Po drodze można zerknąć na wystawy i ekspozycje, dokumentujące zarówno działalność wulkanu, jak i żyjących w tych okolicach ludzi oraz zwierząt. Wszystkie trakty kierują turystów do tarasu widokowego La Rambleta. Niektóre prowadziły również do schroniska. Można w nim przenocować, a rano wyruszyć na Teide, by przywitać się ze słońcem.

Przejechałem teren parku samochodem, głównie zwykłą szosą, obserwując po drodze, jak wraz z pokonywanymi kilometrami zmienia się roślinność. Wzrokiem podążałem za suchą, spękaną od tropikalnego słońca, biegnącą gdzieś w oddali, brunatną drogą. Wszędzie zastygnięta, skamieniała lawa. Krajobraz jak po pożarze. Na mnie to zrobiło ogromne wrażenie. Lubię takie nieoczywiste pejzaże. A im bliżej było do Teide, tym więcej zakrętasów napotykaliśmy na drodze. Serpentyny wiły się na wysokość dwóch tysięcy metrów. Teneryfa ma kilka stref klimatycznych, które oddziela wspomniany wulkan. Notabene to w tamtych okolicach kręcono sceny do filmu „Gwiezdne wojny”.

Powietrze w okolicach Teide jest rzadkie i naprawdę można dostać duszności. Ale dla wspaniałych widoków warto się trochę pomęczyć. Co też zamierzałem zrobić. Niestety, najważniejsza rzecz podczas zwiedzania tego obszaru nie udała mi się. Skądś to już znałem. Chyba z Nordkapp — że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Niestety. I trzeba umieć zaakceptować słowo: stop.

A było tak. Ostatni etap wspinaczki na szczyt wulkanu przechodzi przez Szlak Telesforo Bravo. Nazwany tak na cześć wybitnego geologa z Teneryfy, którego praca pozwoliła zrozumieć pochodzenie tego mitycznego miejsca. Całkowita długość trasy wynosi prawie 650 metrów, a wspinaczka niemal 163 m. Początek tej trasy znajduje się na tarasie widokowym. I tam chciałem się dostać. Do tarasu prowadziła kolejka linowa (można się tam dostać także „z buta”). Wsiadało się do niej u podnóża wulkanu i w ciągu ośmiu minut pokonywało dwuipółkilometrowy odcinek. Wagoniki miały nas zawieźć na wysokość 3555 m wprost na taras widokowy La Rambleta. I na tym moja podróż jako osoby niepełnosprawnej pewnie by się zakończyła, bowiem na sam szczyt wulkanu można było dalej pójść stamtąd już tylko pieszo. I to po bardzo trudnym terenie. Ale mogliby tam pójść moi sprawni towarzysze podróży. Niestety, skończyło się jeszcze szybciej, niż na dobre zaczęło.


***

Pojawiły się naraz dwa problemy. Pierwszy był taki, że gdyśmy już wjechali na taras, to po wyjściu z tejże kolejki, aby wejść na szczyt wulkanu, potrzebny był glejt na wejście. Tak, tak, to nie żart. Trzeba było okazać się czymś w rodzaju zezwolenia. Ów dokument otrzymywało się wprost z Internetu, bezpłatnie. Wystarczyło się zarejestrować na stosownej stronie. Bez tego ani rusz. Ale — należało to załatwić wcześniej, o czym nie wiedzieliśmy. Po prostu każdy, jak gdyby oficjalnie, musiał zgłosić swoją chęć obejrzenia krateru. Dostawało się wówczas ni to kolejny numerek, ni to pozwolenie, by o konkretnej godzinie móc się przemieścić na sam szczyt szczytu. No i nie mieliśmy tego. Nawet nie wiedzieliśmy, że coś takiego jest potrzebne.

Ale to chyba lepiej, bo okazało się, że kolejka, która miała nas zabrać choćby na ów taras, co prawda jest dostosowana do przewozu wózków inwalidzkich, ale z pewnością nie elektrycznych. Z tej przyczyny i tak nie mógłbym skorzystać z owego ustrojstwa. Po jakimś czasie jeszcze się dowiedziałem, że jednak innych wózków też raczej nie zabierają, ponieważ zachodzi prawdopodobieństwo, że przy zjeździe z tarasu kolejka może nie zadziałać i trzeba będzie schodzić pieszo. No więc dla bezpieczeństwa, i tak dalej — jednak nie.

Dobre w tym wszystkim było to, że byłem już tą wycieczką tak zmęczony, że szczerze mówiąc, nawet mi się nie chciało wjeżdżać czy zjeżdżać. Marzył mi się przede wszystkim zasłużony po całodziennej wyprawie odpoczynek. Zaciekawiony jednak tym, niecodziennym dla mnie, rejestrowaniem turystów, zapytałem pana z obsługi, czemu to ma służyć. Okazało się, że w ten sposób sprawdzają, czy czasem na szczycie nie pozostał jakiś zbłąkany turysta. No i że każdy idzie oglądać na własne ryzyko i odpowiada sam za siebie. Podobno ostatni zjazd jest o godzinie 16.30. Ale pan z obsługi zdradził, że to zjazd dla turystów. Po nich tak naprawdę ostatnim wagonikiem zjeżdża personel, więc jest szansa, że jakiejś turystycznej, zawieruszonej marudzie uda się z nim bezpiecznie opuścić teren. Turyści z kolei powiadali (czerpiąc tę jakże tajemną wiedzę o glejcie z bardzo dobrze poinformowanych źródeł), że idzie o to, by zbyt duży tłum naraz nie zadeptał całego terenu. Park Narodowy Teide musi kontrolować wizyty w tym delikatnym obszarze. Dlatego na szczyt można dziennie wpuścić tylko kilkadziesiąt osób. Serio???

Tak czy siak, podczas jazdy w stronę wulkanu byłem na niesamowitej wysokości, z której mogłem spoglądać na chmury… z góry. Tak, tak. Na całej połaci widniały pierzaste, skłębione chmury i wystawał z nich tylko wierzchołek góry. Było więc fajnie nawet bez tego wjazdu na sam szczyt Pico del Teide.

A na koniec coś, o czym dowiedziałem się niedawno. Otóż jest możliwość zwiedzania parku narodowego… nocą. Teide by Night kosztuje około siedemdziesięciu euro (w tym przejazd i polskojęzyczny przewodnik), trwa do pięciu godzin i połączone jest z obserwacją konstelacji gwiezdnych przy pomocy specjalnych teleskopów (nie znam fachowych nazw tych urządzeń). W każdym razie można ponoć liczyć na profesjonalne objaśnienie tego, co tam kto przez wspomnianą lunetę zobaczy. A także na… pożegnalną lampkę szampana na zakończenie terenowej lekcji astronomii.

Jako że nocne wycieczki odbywają się codziennie, stąd pewnie zainteresowanie jest duże.


***

Na Teneryfie, jak w każdym miejscu, na turystów czyhają… pułapki, czyli przereklamowane miejsca i obiekty, do których tłumy ciągną nie wiadomo po co. W rzeczy samej jest to rzecz gustu, co się komu spodoba. Ale naprawdę niektóre wypadałoby umieścić na jakiejś czarnej liście. Nie chciałbym tu uprawiać malkontenctwa, ale bywa, że jest się mocno zawiedzionym.

Jednym z takich punktów, których osobiście bym na Teneryfie nie polecił, mogłoby być Drago Milenario — Tysiącletnie Smocze Drzewo, znane też pod inną nazwą — Drzewo Smoków (El Drago). Tak naprawdę, te drzewa można spotkać również w Azji, Ameryce Środkowej, na Wyspach Zielonego Przylądka — a to, co wyróżnia je na Teneryfie, to chyba jedynie wielkość i wiek. Jest to podobno najstarsze drzewo na świecie. Smocze Drzewo swoją nazwę wzięło od krwi smoka, a właściwie czerwonej żywicy, jaka wydziela się po ścięciu jego kory lub liści. W pobliskim sklepiko-barze można zakupić ponoć „oryginalny, prosto z drzewa likier” ze smoczej krwi. Ile w tym prawdy, a ile marketingu — Bóg raczy wiedzieć. Pod owo drzewo nie da się bezpośrednio podjechać samochodem, dlatego trzeba kawałek dojść. A zanim się dojdzie, trzeba tam wcześniej jeszcze większy kawał drogi dojechać. Pojęcia nie mam, czemu to aż tak reklamują. Pomijam już fakt, że niepełnosprawny na wózku w ogóle się tam nie dostanie. Kocie łby, bardzo strome podjazdy, schody.

W gminie Buenavista del Norte jest osławiona wieś Masca. I też zdania są podzielone co do atrakcyjności tego miejsca. Choć mnie osobiście to miejsce urzekło. Podobno kiedyś stacjonowali tam piraci. I w sumie nie ma się co dziwić, bo dotarcie tam wymagało kiedyś trochę wysiłku. Na schronienie miejscówka nadawała się idealnie. Teraz to jedno z najpopularniejszych, najbardziej uczęszczanych miejsc na Teneryfie. Jeszcze w latach 60. czy 70. XX wieku wystarczyło wynająć osła i na oklep dojechać na nim do wioski. Potem, kiedy wybudowano drogę od strony Santiago del Teide, ruch turystyczny nasilił się na tyle, że osły poszły w odstawkę.

Samochodów i autobusów jest tam dzień w dzień bez liku. Dojazd odbywa się bardzo stromymi serpentynami i jeśli ktoś cierpi na lęk wysokości lub chorobę lokomocyjną, może tę wycieczkę znosić z trudem. Doznania, zwłaszcza dla kierowców — ekstremalne. Pięć kilometrów maksymalnej koncentracji. Ale można przejechać. Obowiązuje jeden pas jezdni w obydwu kierunkach, więc co jakiś czas są przymusowe mijanki. Tuż za szybą samochodu — urwiska, urwiska, urwiska. Jest to więc zdecydowanie wyprawa dla tych, którzy lubią wysokości. Śmiało można tam podjechać taksówką, a wrócić na przykład statkiem. Koszt taxi z Los Gigantes do Masca wynosił średnio dwadzieścia euro. Gdyby ktoś wolał przejazd autokarem, to zapłaciłby dwa euro za trasę Masca — Santiago del Teide i dwa euro z Santiago del Teide do Los Gigantes.

Widoki zapierają dech w piersiach przez całą drogę prowadzącą do Masca Valley. I to rzeczywiście można polecić. Miejscowość leży na wysokości 600 m n.p.m. w masywie górskim Teno. Tam bierze swój początek atrakcyjny wąwóz o tej samej nazwie. Jego trasa biegnie przez plażę pośród klifów Los Gigantes. Plaża jest kamienista, od strony południowej zacieniona. Piechurzy z pewnością powinni zaopatrzyć się w odpowiednie obuwie, bowiem szlak na oko wygląda na dość trudny. Z tego, co słyszałem, można go przejść w trzy, cztery godziny.

Za to sama wioska, no cóż… Za wiele w niej nie ma. Jest maleńka, ukryta głęboko i wysoko w górach. Niemal niedostępna. Fakt, położenie i otoczenie ma niewątpliwie interesujące. Na pewno na uwagę zasługuje kanaryjska architektura, niestety zabudowań jest niewiele. Poza tym kilka zostało zniszczonych parę lat temu przez ogromny pożar. Do dziś można zobaczyć tam osmalone pnie palm. Wioseczka ma kilka domków na krzyż, rozsianych po dwóch wzgórzach z widokiem na fragment oceanu. Są tam sklepiki z pamiątkami, małe restauracje. Dookoła zielone pagórki, usiane palmami. Zbyt wielu atrakcji dodatkowych tam się nie znajdzie. Trochę pozwiedzaliśmy, napiliśmy się świeżego soku z kaktusa za dwa euro i odjechaliśmy. Nie wiem, czy tak jest zawsze, ale był spory problem ze znalezieniem miejsca do parkowania.


***

Bywałem na Teneryfie wielokrotnie, a jeszcze nie widziałem wszystkiego. Jak choćby barwnych, widowiskowych karnawałów w Puerto de la Cruz czy w Santa Cruz (dwóch największych na wyspie). Odbywają się one na początku roku i porywają do zabawy rozentuzjazmowany tłum.

Egzotyczna hiszpańska wyspa szanuje każdego klienta i gościa. Również takiego, któremu hasło „Tenerife gay scene” z pewnością nie jest obce. Tym samym powoli dogania Gran Canarię w atrakcjach skierowanych do specyficznych grup turystów, jakimi są… homoseksualiści i naturyści. Na Kanarach homoseksualizm jest legalny i dozwolony od szesnastego roku życia. Ta mniejszość seksualna ma tam swoje puby, bary, liczne święta, jak choćby Rainbow Festival, a nawet plaże i rejsy statkami, które albo dowożą towarzystwo w dane miejsce, albo organizują imprezy już w trakcie jazdy. Niektóre przybytki adresowane do tej grupy turystów są trudne do odnalezienia i wiedzą o nich tylko sami zainteresowani. Ponoć ostatnimi czasy wiele obiektów popadło w ruinę i zostało zamkniętych. Na ich miejscu za chwilę pewnie jednak powstaną nowe. Gdyby ktoś był zainteresowany, to może sobie taki urlop w kolorze „pink” wyszukać i spędzić na Teneryfie. Jak wielokrotnie podkreślałem — tam nie wzbudza to niepotrzebnego zainteresowania.

Wyspy Kanaryjskie zdecydowanie nie są miejscem na leniwe wakacje. Naprawdę, trzeba się bardzo postarać, żeby się tam nudzić. I stwierdzenie, że każdy może znaleźć coś dla siebie, nie jest na wyrost. Ja na przykład upodobałem sobie patrzenie na poczynania surferów, zasuwających po Oceanie Atlantyckim. I to tych zarówno ze szkółek surferskich, jak i prawdziwych pasjonatów, niemal zawodowców. A trzeba przyznać, że do uprawiania tego sportu są tam warunki idealne. Mam nawet ulubione miejsce do podglądania ich w Los Cristianos. Na jednej z plaż niedaleko mojego hotelu. Surferzy to kompletnie nie mój świat, tak odległy, ale jednocześnie tak bardzo mnie fascynujący. Być może dlatego, że znam go jedynie z obserwacji.

Mam taką przypadłość, że gdziekolwiek jestem — obserwuję ludzi. Zwykłych przechodniów, za którymi ciągnie się zawsze jakaś historia. Mogę sobie usiąść gdzieś z boczku, przystanąć i patrzeć na ludzi godzinami. Zastanawiam się przy tym, kim są, jak żyją, dokąd pędzą. Jakie mają hobby, jak mieszkają i co robią dla samych siebie. Czasem z mowy ciała, gestów, spojrzeń — można wiele wyczytać. Zwłaszcza, jeśli chodzi o wzajemne, międzyludzkie relacje. Niektórym ludziom cały świat przesłania telefon, innym gazeta, jeszcze inni siedząc razem w kafejce nie patrzą sobie w oczy, tylko gdzieś ponad głowami.

Buduję sobie ich obraz tylko na podstawie tego, co widzę. Naprawdę niesamowite, jak wiele można wyczytać z ludzkich zachowań. Czasem je analizuję, zastanawiam się, jakie mogą być skutki tych czy innych działań. Często niestety trafiam w sedno i moje przypuszczenia sprawdzają się.

Spacer wzdłuż plaży nadmorskim bulwarem sprawia, że odpoczywam i wyciszam się. Lubię posiedzieć na promenadzie, popatrzeć na fale, posłuchać oceanu. I najzwyczajniej w świecie pobyć trochę sam. Kiedy człowiek siedzi o własnych siłach, patrzy na szklankę i w dowolnej chwili może ją podnieść — czy myśli o tym, że jest szczęśliwy? Nie. Kiedy samodzielnie może napić się z niej, może poczuć smak, jakiś zapach, dostrzec kolor — czy zdaje sobie sprawę, że jest szczęściarzem? Nie.

Są takie rzeczy czy umiejętności, których przeciętny człowiek nie docenia, bo je po prostu MA. Nie zdaje sobie sprawy, jakie ma szczęście. Patrzy, ale nie widzi. Jest mnóstwo takich malutkich, nieistotnych rzeczy, których się nie dostrzega na co dzień. Jak choćby to, że można dotknąć stopą morza. Może gdybym był całkowicie sprawny, też bym tego nie doceniał? Tego nie wiem. Ale z drugiej strony, wydaje mi się, że na innych płaszczyznach życia doceniam wiele jego aspektów. Choćby to, że mam gdzie mieszkać, że mam partnerkę, że mogę podróżować.

Każdy chce więcej i więcej, ale tak się nie da. Ciągłe oczekiwanie na przyszłość ogranicza doznania z teraźniejszości. Trzeba więc umieć być szczęśliwym tu i teraz. Z tym, co się ma. Nie za rok, nie za miesiąc, z lepszą wypłatą, w ciekawszej scenerii, z ładniejszą kobietą. Ciesz się, człowieku, z tego, co masz! Od dzisiaj.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. To nie moje. Konfucjusza. Ale jakże adekwatne do tego, o czym piszę.

Rozdział IV

Czy da się dotrzeć do Nowego Jorku na wózku inwalidzkim, ze średnią znajomością angielskiego, do tego nie korzystając z pomocy zamerykanizowanych znajomych ani mieszkającej tam rodziny? Tak, da się! Wyjazd do USA był moim marzeniem właściwie od dzieciństwa. Być może wpływ na to miały filmy, z których czerpałem wiedzę o Ameryce. Faktem jest, że owo marzenie po wielu miesiącach intensywnych przygotowań udało się spełnić.

Jako obywatel Polski potrzebowałem jednak wizy. Postanowiłem o nią powalczyć w Ambasadzie Amerykańskiej w Sztokholmie. Szwedzi wizy mieć nie muszą. Natomiast ja, chociaż mieszkałem w Szwecji od dobrych kilku lat, wciąż miałem jedynie obywatelstwo polskie. Jako miejsce potyczki o wizę wybrałem więc właśnie to miejsce. Ryzyk-fizyk.

Jeszcze mieszkając w kraju nasłuchałem się, że zdobycie wizy w Polsce graniczy prawie z cudem. Przecież rząd amerykański wciąż uważa, że każdy Polak chcący wyjechać do USA planuje tam zostać i pracować. W tych czasach to już chyba absurd. Coś się przecież zmieniło przez ostatnie dekady i Stany nie są aż tak atrakcyjną miejscówką do życia, jak by się mogło wydawać. W każdym razie wiza przed wyjazdem — rzecz niezbędna. Musiałem wypełnić przez Internet długi formularz i dołączyć zdjęcie. Formularz oczywiście po angielsku. Zapłacić trzeba było od razu. I tu pojawił się mały problem, gdyż system nie przyjmował karty Visa, a numer konta był podany w jakimś dziwnym formacie. Po dłuższym szperaniu udało się zdobyć normalny numer i przelać należność za wniosek.

Na wizytę w ambasadzie umawia się on-line, na konkretną godzinę. W praktyce wyglądało to tak, że po przyjeździe w ustalonym czasie i tak trzeba było czekać w kolejce. Do ambasady wchodziło się jak do twierdzy. W bramie, a właściwie niewielkim budynku, kontrola — gorsza, niż na lotniskach. Przegląd bagażu i ciuchów. Skaner prześwietlał wszystko. Musiałem napić się wody, którą miałem ze sobą, ponieważ prawdopodobne było, że mogło w niej być coś niebezpiecznego. Nie było.

Rozmowa przebiegła błyskawicznie. Właściwie nie było żadnych pytań, o których naczytałem się wcześniej. Tylko gdzie pracujemy, od kiedy mieszkamy w Szwecji i na jak długo i dokąd chcemy się udać w USA. Parę minut i do widzenia. Zostawiłem paszport w ambasadzie, a trzy dni później w skrzynce pocztowej czekał na mnie z wbitą wizą. Jeden problem z głowy.

Przygotowania do wyprawy za ocean przeprowadzałem za pośrednictwem Internetu. Nie będę się więc na ten temat rozwodził. Zapewniam, że przy pomocy komputera da się spokojnie zaplanować całą podróż.


***

Jako podróżnik odbierany jestem dość pozytywnie. Zwłaszcza za granicą. W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że niepełnosprawni to gorsza kategoria ludzi, którym należy się mniej niż pozostałym (bo i potrzeby mamy przecież mniejsze). Mniej szacunku, mniej uwagi, mniej zrozumienia.

Wydaje mi się, że wiele zależy od chęci poznania i zrozumienia tego tematu. Ludzie zwykle boją się tego, co nieznane. A przecież niepełnosprawni są takimi samymi ludźmi jak ci, którzy są w pełni zdrowi. Może mamy trudniej, ale wielu z nas chce żyć bez barier. I to zarówno tych architektonicznych, jak i zwykłych, międzyludzkich. Staram się przełamywać wszelkie stereotypy. Podróżuję po świecie, włażę tam, gdzie teoretycznie się nie da, udowadniam sobie i innym, że można — jeśli się chce.

Od zawsze ciągnęło mnie do ludzi, do świata. Udało mi się przezwyciężyć strach, brak swobody działania oraz barierę finansową. Dzięki swojemu uporowi, ale też zaangażowaniu i fizycznej pomocy kilku osób, zwiedziłem wiele ciekawych miejsc. Wydawać by się mogło — nieosiągalnych dla niepełnosprawnych. I dziś chętnie się tą wiedzą dzielę z innymi.

Z roku na rok mój stan zdrowia pogarsza się, a ja, jakby na przekór losowi, stawiam sobie coraz więcej wyzwań. W moim przypadku każda podróż jest niebezpieczna i ryzykowna. A jednak podejmuję ryzyko. Jestem zwykłym chłopakiem z sąsiedztwa, który zawsze miał pod górkę, a mimo to ciągle jest na samym szczycie. Szczycie swoich możliwości. I tę poprzeczkę ciągle sam sobie podnoszę. A skoro mnie się powiodło, to i inni mogą spróbować.

Zadałem sobie kiedyś pytanie: co bym zrobił, gdybym się nie bał…? Odpowiedź była prosta: podróżowałbym! A przecież słyszałem dookoła głosy, że niemożliwe, nierealne, nie uda się. Jednak podjąłem wyzwanie. I wielokrotnie udawało się. Gdzieś czytałem, że odważny jest nie ten, który się nie boi, ale ten, który pomimo strachu podejmuje wyzwanie. Chyba coś w tym jest. Niejednokrotnie udowadniałem, że ograniczenia mamy tylko w głowie. Powtarzam to z uporem maniaka. Siła każdego z nas tkwi w umyśle, a nie w muskulaturze. I to staram się przekazywać innym, choćby poprzez moje filmy i artykuły z podroży.

Od jakiegoś czasu prowadzę na YouTube swój kanał, gdzie publikuję relacje z dalekich i bliskich wypraw. Mam też vlog i stronę internetową. Ostatnio nawiązałem współpracę z polonijnym, internetowym radiem z Manchesteru w Wielkiej Brytanii, w którym mam audycję zatytułowaną „Wózkiem przez świat”. Sporo się więc dzieje. Oprócz tego udało mi się opublikować artykuły w znanych czasopismach podróżniczych. Wydawnictwo samo się do mnie zgłosiło, więc tym większa satysfakcja, że ktoś docenił moją robotę.

To niewątpliwie znaczne sukcesy, do których dochodzę ciężką pracą. I jestem z tego po prostu dumny, że mnie, osobie z tak ogromnymi ograniczeniami — to wszystko jednak się udało. Ale najbardziej jestem dumny z tego, że wielu innych niepełnosprawnych rzeczywiście korzysta z moich doświadczeń. A i osoby zdrowe niejednokrotnie bazują na mojej wiedzy, co dodatkowo daje mi ogrom satysfakcji. Czyż nie jest to bodziec do dalszych działań?…


***

Przyznaję. Bałem się trochę lotu do Stanów, ze względu na jego długość. Wiele godzin w samolocie, w jednej pozycji, bez możliwości rozprostowania kości — perspektywa niekoniecznie była optymistyczna. Do Nowego Jorku lecieliśmy ze stolicy Danii, Kopenhagi. Byłem podekscytowany, podobnie jak moja czteroosobowa grupa współtowarzyszy. Dla wszystkich było to przeżycie. Obawy związane z lotem okazały się zupełnie na wyrost. Fotele były bardzo wygodne i zupełnie inne niż w samolotach latających na krótszych dystansach, choćby po Europie. Mam za sobą kilkadziesiąt lotów, stąd porównanie. Sam lot trwał osiem godzin plus zmiana czasu. Pamiętam, że gdy schodziliśmy do lądowania, to pierwszym, co zobaczyłem na horyzoncie, były wielkie, amerykańskie, kolorowe ciężarówki. Cały ich sznur sunął autostradą, tuż pod nami. Widok iście filmowy. Poczułem, że to jest to!

— Boże, błogosław Amerykę! — zażartowałem do swojej ekipy.

W Nowym Jorku byłem mile zaskoczony obsługą lotniskową. Asystenci przedstawili się, poprosili o wszelkie wskazówki co do pomocy, jakiej potrzebuję. Mój wózek błyskawiczne trafił tam, gdzie powinien. Poszło bardzo sprawnie, a z doświadczenia wiem, że bywa z tym różnie. Na różnych lotniskach niejednokrotnie musiałem spędzić w samolocie po wylądowaniu nawet… godzinę, żeby wreszcie móc wysiąść. To jednak temat na osobną opowieść i pewnie jeszcze do tego nawiążę.

Kilka słów o toaletach (znowu, ale przecież to takie ważne), bo to okazało się niespodzianką. Pierwsze zaskoczenie było jeszcze na lotnisku, gdy zapytałem o toaletę dla niepełnosprawnych.

— Hmmm, dobre pytanie… — usłyszałem w odpowiedzi.

Tamtejsze toalety dla niepełnosprawnych to zazwyczaj po prostu większe kabiny w normalnych toaletach. Nie ma, jak u nas, osobnych, przystosowanych, a co najwyżej toalety tzw. rodzinne; one są większe i z nich polecam korzystać.

Wylądowaliśmy na lotnisku Newark Liberty, które jest położone poza granicami miasta. Jednak dotarcie na Manhattan, gdzie mieliśmy hotel, nie stanowiło najmniejszego problemu. Skorzystaliśmy z metra, które w Nowym Jorku jest szalenie rozbudowane (posiada 468 stacji). Subway w Warszawie, ze swoimi dwiema nitkami i dwudziestoma siedmioma przystankami, wypada przy tym bardzo blado.

Mapy z zaznaczonymi przystosowanymi stacjami umieszczone są na ścianach każdej z linii metra oraz na jego stronie internetowej. Wszystko czytelne, zrozumiałe. Na samych peronach miejsca wsiadania do pojazdów zostały specjalnie oznakowane i nie sposób ich nie zauważyć. Są lekko podwyższone, co czyni wjeżdżanie do wagonu bezpiecznym i łatwym. Ciekawą rzeczą jest to, że w Nowym Jorku praktycznie wszystkie autobusy miejskie są wyposażone w windy. Nie miałem co prawda okazji ich użyć, ale dobrze wiedzieć, że są.

Korzystałem natomiast z nowojorskich osławionych yellow taxi (ale w wersji dla niepełnosprawnych). Jest ich tam podobno dużo. Jednak zamawiając przejazd późnym wieczorem na Manhattanie, miałem wrażenie, jakby wszyscy taryfiarze mieli akurat w tym momencie wolne. Wyczekiwałem kursu ponad godzinę. Ktoś z miejscowych powiedział, że w tym mieście to zupełnie normalne. I faktycznie, miałem jeszcze okazję się o tym przekonać.


***

Czekały nas więc dwa pełne euforii tygodnie w Ameryce. Zafundowaliśmy sobie noclegi na Manhattanie. Przyznam, że tym razem wzięliśmy trochę droższy hotel niż zwykle. Wszystko z obawy przed Nowym Jorkiem. Przyszło nam się zmierzyć z jego legendą. A opowieści o tym mieście krążą najróżniejsze. Kompletnie nie wiedzieliśmy, co tak naprawdę zastaniemy. I czy to, czego się nasłuchaliśmy, może być prawdą. Ani jak się tam bezpiecznie poruszać, żeby nie napytać sobie biedy.

Głównie ja miałem obawy. W TV się człowiek naoglądał, że Nowy Jork jest niebezpieczny, wszyscy biegają z pistoletami i mordują. Nie wiadomo więc było, jakie się trafi lokum na jakimś zadupiu. Lepiej zapłacić za odrobinę luksusu, ale i bezpieczeństwa. Trochę nas ta moja wybujała wyobraźnia musiała kosztować. Dorzuciliśmy kasy i zamieszkaliśmy przy Wall Street, na Dolnym Manhattanie. Kto bogatemu zabroni! To nic, że później jedzonko z marketów…

Krajobraz tej części Nowego Jorku powalił nas na kolana już po wyjściu z pociągu, którym dotarliśmy z lotniska. Pojawił się szok. „Szarpnęło” nami ostro, jakby ktoś wszystkich naraz walnął obuchem w głowę. Jakże tam było niesamowicie! Drapacze chmur, ogromne reklamy świetlne na budynkach, amerykańskie samochody, policyjne radiowozy, niewyobrażalne tłumy ludzi. I w tym krajobrazie my, ze swoimi walizeczkami… Cała nasza piątka stanęła jak wryta. Przyznaję, że staliśmy tak przez chwilę, która wydawała się wiecznością. Z lekka cucąc się wzajemnie, rozglądaliśmy się wokoło, nie mogąc uwierzyć, że oto jesteśmy na innym kontynencie. Podobnego „urazu wzrokowego” doznałem w Japonii.

Dotarliśmy wreszcie z rozdziawionymi gębami do hotelu w wysokim wieżowcu. Nas ulokowano na, bagatela, trzydziestym piętrze. I nie było ono ostatnie. Panorama miasta — obłędna. Manhattan obserwowany z wysoka, w tle zachód słońca — wspomnienia tego widoku bezcenne. Poruszające się nocą samochody, obserwowane z takiej wysokości, mogą wprawić w kolejne osłupienie. Linia światła w ruchu tak idealnie wpasowała się w krajobraz i tworzyła z nim nierozerwalną całość, że nie można było oderwać wzroku. Przez pierwszy dzień i noc łapaliśmy z wrażenia oddech.

— Takie tu wszystko ładne, fajne, duże, inne. No, amerykańskie.

Z tą wielkością to nie przesada, rzeczywiście w Stanach Zjednoczonych wszystko wydawało nam się większe niż w Europie. Od hamburgera po drzwi do garażu. Albo my jacyś tacy jakby mniejsi się tam czuliśmy. I fizycznie, i duchowo. Czyżby jakieś ukryte kompleksy?

A potem już były emocje związane z samym zwiedzaniem. Przez pierwsze pięć dni krążyliśmy po okolicy i najciekawszych atrakcjach miasta. Bardzo dużo chodziliśmy pieszo. Od rana aż do nocy. Pamiętam, że z Dolnego Manhattanu potrafiliśmy dotrzeć do Central Parku i przejść go w różnych możliwych kierunkach. A teren był dość rozległy.


***

W pierwszym dniu przejechaliśmy metrem do Grand Central i stamtąd podążaliśmy pieszo w kierunku hotelu. Szliśmy wzdłuż Brooklynu do ulicy 5th Avenue. W podziemiach przy Piątej Alei znajdował się pasaż handlowy, gdzie można było kupić — jak ja to mówię — mydło i powidło. Można się było tam dostać zarówno windami, jak i schodami.

Każdego ranka wypuszczaliśmy się dalej i dalej, aż byliśmy tym zwiedzaniem coraz bardziej umęczeni. Ale adrenalina robiła swoje. Nie można było przestać. Szkoda każdego dnia. Zachłannie upajaliśmy się Nowym Jorkiem.

Byliśmy na Times Square, usilnie wypatrując ekip filmowych. Niestety, w okolicach, gdzie kręcony był „King-Kong” i „Spider-Man” oraz „Kevin sam w domu” tym razem nic się nie działo. Z tym „działo się” to jednak bym nie przesadzał, bo był w historii tego miejsca incydent, podczas którego emocji było aż nadto. Mowa o próbie zamachu terrorystycznego w maju 2010 roku, który na szczęście udało się opanować. Ogólnie miejsce intrygujące. Pełne świetlnych reklam i neonowych napisów. Zjawisko mające już nawet swoją własną nazwę: spectaculars. To tam odbywa się największy plenerowy Sylwester na świecie, co roku skupiający niemal milion widzów.

W środkowej części Manhattanu stoi osławiony obiekt Rockefeller Center. Wybudowany w 1939 roku przez rodzinę Rockefellerów, a prawie pięćdziesiąt lat później uznany za Narodowy Pomnik Historyczny. Tak naprawdę nie jest to jeden wieżowiec, a kompleks czternastu drapaczy chmur, z których każdy ma własną nazwę. Głównym punktem tej budowli jest siedemdziesięciopiętrowy gmach, na którym w 1932 roku wykonano fotografię robotników, jedzących śniadanie na belce rusztowania. Zdjęcie do dziś robi wrażenie. Podobnie jak cały kompleks Rockefeller Center. Budynek wyróżnia wśród innych jeszcze to, że jest tam taras widokowy udostępniany turystom. Można z niego obejrzeć panoramę Nowego Jorku oraz zwiedzić trzy piętra, na których prezentowana jest multimedialna wystawa. Co też z wielką ochotą zrobiliśmy.

Nie będę wychwalał po kolei tego, co już Internet i wszyscy podróżnicy świata przede mną odkryli i zgrabnie poopisywali. Poza tym spędziliśmy w Nowym Jorku raptem parę przykrótkich dni, w czasie których „szlajaliśmy się” tu i ówdzie, udowadniając, że wózkowicz też może. Powtórzę — jeśli tylko zechce. Pogoda była piękna, słoneczna i bardzo się opaliłem. Czułem na sobie tę opaleniznę dość mocno. Ale po całodziennych spacerach po mieście miałem też nieodparte wrażenie, że noszę na sobie pokaźną warstwę ołowiu, brudu ulicznego i wszystkich możliwych spalin. Po prostu odczuwałem na własnej skórze zanieczyszczenia miasta. Pierwszy raz coś takiego mnie spotkało, a zwiedziłem ze dwadzieścia krajów. Potwierdzeniem moich podejrzeń co do wrażliwości mojego organizmu był fakt, że przez pierwsze dni budziłem się tam z intensywnym kaszlem. Po prostu płuca chyba sobie nie radziły z taką ilością wdychanych zanieczyszczeń. No więc com zobaczył, tom zobaczył, ale czego się nawdychałem, to insza inszość.

Większość atrakcji w Nowym Jorku jest naprawdę świetnie przygotowana i przystosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych. Z reguły już przy kasie biletowej czy przy wejściu pojawia się ktoś z obsługi, aby odpowiednio pokierować dalej. Tak więc spokojnie możemy podziwiać na przykład panoramę Nowego Jorku czy czar drapaczy chmur z promu płynącego w kierunku Statui Wolności. Bilety wstępu do różnych przybytków nie są tam drogie. Wydatek rzędu kilku dolarów. Ale i to można zaoszczędzić, wybierając do zwiedzania atrakcje bezpłatne. Jest tego naprawdę sporo. Od panoramy Manhattanu po muzea, kajaki na rzece Hudson, promy, parki.

Są nawet takie miejsca, w których można zapłacić — jak by to ująć — co łaska. Sugerowana cena biletu, jak głosi cennik, to, powiedzmy, dwadzieścia dolarów. Ale skoro nie jest to cena ostateczna, to podlega negocjacjom lub zależy od dobrej woli dokonującego owej opłaty. Zwiedzający niejednokrotnie wpłacają więc symbolicznego dolara i przechodzą prędziutko dalej, do zwiedzania Metropolitan Museum of Art, bo to tam są takie cuda. Drugim takim miejscem, w którym można zapłacić, ile się uważa — jest Muzeum Guggenheima, a także International Center of Photography oraz New-York Historical Society. Świetna sprawa. Pomysł z „co łaska” bardzo mi się podoba. Każdy daje tyle, na ile go stać i każdy ma dostęp do kultury i sztuki. Nie spotkałem się jeszcze nigdy z czymś takim.


***

Poruszanie się na wózku po ulicach Nowego Jorku, trzeba przyznać, było niezwykle męczące. Chodniki raczej zniszczone, ulice na przejściach dla pieszych czasem makabrycznie dziurawe. Do tego roboty drogowe, a więc rusztowania, objazdy, zakazy. Albo ja miałem takiego pecha, albo jest to na porządku dziennym. Sytuacji nie poprawiał ogromny ruch pieszy i samochodowy. Zjazdy z chodników na przejściach z reguły były, choć zdarzały się wysokie krawężniki. Wtedy albo trzeba było się cofnąć na inne przejście, albo poradzić sobie jakoś inaczej. Przy okazji zauważyłem, że w Nowym Jorku nie ma problemu z parkowaniem w centrum miasta. Ale to kosztuje. Podpatrzyłem, że na przykład za dwanaście godzin postoju trzeba zapłacić około czterdziestu dolarów. Co wydało mi się sporą kwotą, nawet jak na Amerykę.

To prawda, co mówią — Nowy Jork nigdy nie śpi. Tłumy ludzi takie same, o każdej porze. Ścisk na chodnikach nieprzeciętny. Miliony nóg. Wracaliśmy któregoś bardzo późnego wieczoru z knajpki i nie chcieliśmy po nocy jechać metrem. Wiadomo, niebezpieczeństwo czyhało na każdym rogu, itd. Moje czarnowidztwo udzielało się pozostałym członkom wycieczki. Znowu postanowiliśmy skorzystać z yellow taxi. Zamierzaliśmy szybko i bez strachu dotrzeć do hotelu. Z naciskiem na szybko. Nie było nam to jednak dane. Ani widu żółtego vana. I to przez dość długi czas. A jeśli już, to nas po prostu ignorowano. Nie pomogło machanie na wszystkie możliwe sposoby. Zajęte. Spieszące donikąd. Niedostrzegające ewentualnego pasażera. Nie pomogła nawet aplikacja w telefonie. Nikt nie chciał nas zabrać. Przerażała nas perspektywa nocnego sterczenia na ulicy w obcym mieście, gdzie, pomijając już wszelkie katastroficzne wizje napadu etc., dookoła piętrzyły się ogromne góry worków ze śmieciami, a wśród nich plądrujące szczury. O ile w dzień jeszcze jakoś można było to przeboleć, nocą wory po prostu dostawały nóg i okrywały się wędrującym smrodem. Fetor unosił się okropny. Było naprawdę bardzo nieprzyjemnie. Chcieliśmy jak najprędzej wrócić do hotelu.

Wreszcie o pomoc poprosiliśmy barmana czy może portiera z pobliskiego lokalu. Zawezwał pojazd. Czas oczekiwania: znowu pięćdziesiąt minut… O nocną taryfę w Nowym Jorku bardzo trudno. Dzięki temu barman zarobił kolejne parę dolarów, a my w spokoju sączyliśmy drinki do czasu przyjazdu taksówkarza.

Tak przy okazji różnych bardziej lub mniej przyjemnych woni, to byliśmy też któregoś razu w nowojorskiej dzielnicy Chinatown. Takich podobnych miejsc jest na świecie ze sto. Charakteryzuje je to, że są tłumnie zamieszkiwane przez napływowych mieszkańców Chin (prowadzących tam swoje small biznesy). A jeszcze bardziej tłumnie są oblegane przez turystów. Jedzenie jest tam na pewno bardzo tanie. I ma swoich zwolenników. Można zjeść za dolara, a za trzy nawet się najeść do woli. Sęk w tym, że trzeba mieć chyba żołądek mniej wrażliwy niż mój. Na sam widok tego, jak jedzenie było tam przygotowywane, dostawałem mdłości. Nie mogłem się przemóc. A unoszący się w zaułkach smród uryny, stęchlizny, specyficznych przypraw, doprowadzał mnie do szału. Było strasznie brudno, śmierdząco i brakowało tylko szczurów. Aczkolwiek całkiem możliwe, że tam były, ponieważ warunki sanitarne stwarzały ku temu powody.

Po takich ekstremalnych przeżyciach zdecydowanie nie czułem się głodny, choć mieliśmy za sobą wyczerpujący dzień. Wyobraźnia podpowiadała, że mógłbym właśnie mleć między zębami świeżo upieczone, jakąś chwilunię wcześniej biegające, zwierzątko… No niestety, uciekłem stamtąd czym prędzej. Zgłodniałem dopiero na widok ogromnego, prawdziwego amerykańskiego hamburgera i z dala od tego pokręconego miejsca. Swoją drogą, big burgery tak mi wówczas zasmakowały, że pamiętam to doznanie do dziś. W sumie nie wiem teraz, czy to autosugestia, czy faktycznie były tak dobre. Coca-cola też zresztą miała inny, jakby bardziej amerykański smak. A może to sobie wmówiłem?… Po takich przeżyciach wizualnych w Chinatown wszystko zdaje się możliwe. A na dźwięk nazwy tej dzielnicy wzdrygam się do dziś.


***

To nie jest tak, że jestem nastawiony „anty” do wszelkich kuchni świata. Wyjeżdżając gdzieś poza miejsce zamieszkania, oczywiście czuję wewnętrzną potrzebę poznawania nowych smaków. Zwłaszcza tych lokalnych, regionalnych. To takie szukanie impulsów kulinarnych, których pewnie każdemu w życiu brakuje. Chociaż z drugiej strony — nie przepadam za zbyt wymyślnymi daniami. Preferuję kuchnię polską, tradycyjną, domową. Nie jestem jakimś smakoszem. W domu jem bardzo zwyczajnie. Kotlet, ziemniaczki, surówka, kanapka z serem lub wędliną. Jak każdy. Ale podczas podróży staram się próbować. Naprawdę staram. Bywa jednak, że mam z tym problem, tak, jak to było w Chinatown. Tam co prawda nie chodziło o kuchnię, o smak jako taki, a raczej o miejsce i całą otoczkę. Nie pobudziło to pozytywnie moich zmysłów i w myślach miałem jedynie: precz z tym!

Z jednej strony czuję nieodpartą pokusę, żeby poznawać jakieś egzotyczne dania, bo wiem, że moja świadomość smaków będzie bogatsza, więc warto. Z drugiej, przyznaję, do skosztowania pewnych smaków czasem się zmuszam. Opór wobec tego, co nowe i nieznane w garnku, ma swój początek w dzieciństwie. Od maleńkości byłem niejadkiem. Miałem ze dwie, trzy ulubione potrawy i na tym koniec. Nie wiedzieć czemu panicznie bałem się… sałaty i wszystkiego, co zielone, warzywne. Skąd się ta niechęć wzięła, pojęcia nie mam. I co mi zrobiła ta nieszczęsna sałata, że jej wręcz nienawidziłem? Pamiętam, miewałem uczucie, że mi się przykleja wszystko do gardła, te liście… brrrr. Dziś wiem, że strach był bardziej z tych urojonych i wcinam teraz sałatę niczym królik. Starsze siostry straszyły mnie, że jak nie będę normalnie jadł, to nie urosnę i będę wyglądał jak kościotrup z książki do biologii. Zawsze się tego bardzo bałem i do dziś to pamiętam. Nie wiem, na ile to straszenie podziałało, ale po latach stwierdzam, że zmieniłem nastawienie do jedzenia. Do pewnych rzeczy trzeba się przyzwyczaić albo dorosnąć. A może po prostu zmieniły mi się upodobania. Odnośnie wstrętu do różnych potraw, to na pewno pozostał ten odziedziczony po mamie — do wszelkich tłustych dań, żyłek, chrząstek.

Często, gdy podglądam innych blogerów czy youtuberów, próbujących w kuchniach azjatyckich na przykład jakichś owadów, to podziwiam ich za odwagę. Ja takiej nie mam. I chyba nie ma siły, która by mnie do takich hardcorowych czynów zmusiła. Karalucha bym nie przełknął. Za słaby jestem, żeby spróbować takiego żyjątka. Albo zgniły ser nadziewany jakimiś larwami insektów. Dziękuję, może skuszę się innym, bardzo odległym razem. Zwykle dobrze mi robią owoce. To jest coś, czego sobie odmówić nie potrafię. I tak, wrażenie na mnie zrobiły kiedyś czerwone banany w Meksyku oraz malutkie zielone na Teneryfie. Albo kokosy, wprost z których piłem mglistoszare, lekko przezroczyste mleczko. Byłem również pod urokiem kalifornijskich mandarynek i orzeszków ziemnych prosto z pola. Podczas jednej z podróży zatrzymaliśmy się przy plantacji. Trudno było się powstrzymać, żeby nie skubnąć garści.

I tak, jak w Polsce stoją gdzieś przy drodze malutkie stragany (choć to zbyt szumna nazwa; ot, zwykły taboret i na nim skrzynka wypełniona po brzegi) z jabłkami czy lokalnymi produktami — tak tam były mandarynki, banany, a pięć metrów od tego rosły drzewka owocowe. Ale żeby nie było, że jestem tak całkowicie na „nie”, to jadłem w życiu parę niezbyt oczywistych potraw. Może nie były bardzo zaskakujące w smaku, czasem go wręcz nie miały, ale jakieś tam próby eksperymentalne z jadłem w tle za sobą mam. Podają w USA coś takiego, jak sernik z aligatora z dodatkiem krewetek. Ja akurat wybrałem nie sernik, ale samego aligatora (bo łączenie tych smaków w jednym to było dla mnie zbyt wiele). Było to bodajże w okolicach bagien i Parku Narodowego Everglades na Florydzie. I cóż… to danie było śmiertelnie nudne w smaku. Takie à la kurczakowe nuggetsy w asyście frytek. Osobiście do kurczaków nic nie mam, ale po rodzinie krokodylowatych spodziewałem się czegoś intensywniejszego. Gdybym nie wiedział, że to aligator, to nawet bym tego nie poczuł. Mięso jak mięso.


***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.