E-book
25.2
drukowana A5
65.78
drukowana A5
Kolorowa
91.29
Wolmord. Dzieci kosmosu. Tom 1

Bezpłatny fragment - Wolmord. Dzieci kosmosu. Tom 1


Objętość:
229 str.
ISBN:
978-83-8467-607-3
E-book
za 25.2
drukowana A5
za 65.78
drukowana A5
Kolorowa
za 91.29

©Projekt okładki i obrazy wnętrza: Tomasz Rychliński (z wykorzystaniem narzędzi Adobe Firefly oraz Canva), 2026© Tomasz Rychliński, 2026

Prolog:

„Na początku były trzy światła. Dwa świeciły pełnym blaskiem. Jeden trwał… w cieniu.

Pierwsze — Cyrys, który dawał życie, rozświetlał rzeki i pola, a jego blask rodził nadzieję.

Drugie — Serbrus, który strzegł równowagi, zamykał bramy i więził to, co nie powinno przejść.

Razem tworzyli harmonię, a Wolmord trwał w ich spojrzeniu.

Jednak nadszedł czas, gdy świat zapomniał o dawnych przysięgach.

Stworzenia zaczęły ryczeć w imię własnej chwały, mistrzowie szukać mocy większej niż ich serca, a bogowie milczeć, jakby sami bali się tego, co nadchodzi.

Wtedy księżyce odwróciły się od siebie.

Cyrys rozświetlał tylko połowę prawdy, a Serbrus zamknął granice.

I od tej chwili każdy, kto sięgnie po moc, będzie musiał wybrać:

Czy stanie w blasku, czy pogrąży się w cieniu?

A kiedy nadejdzie dzień, w którym księżyce spojrzą na siebie ponownie, równowaga zostanie złamana.

I wtedy Wolmord pozna swój prawdziwy los”.

Rozdział I — Bliźnięta

Nie każda opowieść rodzi się w świecie, który znamy. Ta opowiada o krainie zwanej Wolmord — planecie zrodzonej z magii, legend i prastarych rytuałów.

Tutaj ludzie żyją ramię w ramię z mitycznymi stworzeniami. Każdy może posiadać swojego towarzysza — istotę, którą da się oswoić, nauczyć mówić, a nawet związać z własną duszą. Istnieją też bestie dzikie, nieujarzmione, które można zdobyć tylko w walce. Do tego potrzeba magicznego klejnotu lub zaklętej biżuterii i słów, które otwierają więź między światami.


Wolmord przypomina Ziemię, lecz jest od niej bardziej tajemniczy. Niezbadane w nim morza i oceany czekają na odkrycie, a w ich głębinach kryją się stworzenia, które nigdy nie ujrzały światła dnia: olbrzymie ryby o oczach jak latarnie, węże morskie oplatające całe statki, a także duchy marynarzy, którzy zginęli w odmętach.

Góry oplatające kontynenty Wolmordu są jak kręgosłupy tej planety. Strzeliste szczyty wznoszą się ponad chmury, a ich wierzchołki lśnią wiecznym śniegiem.


W nocy odbijają blask księżyców — Cyrysa i Serbrusa — tworząc srebrne katedry światła. Między górami kryją się doliny tak głębokie, że słońce zagląda tam tylko na chwilę. W takich miejscach rodzą się legendy o smokach.

Pod górami rozciągają się jaskinie pełne kryształów, które świecą rażącym blaskiem. Niektóre z nich są tak wielkie, że wewnątrz mogłyby zmieścić się całe miasta.


Nad Wolmordem czuwają bóstwa w postaci księżyców. Ich układy na niebie wyznaczają rytm magii, wpływają na przypływy, sny i zaklęcia. Wolmord skrywa sekrety starsze niż ludzie. Pierwsze stworzenia żyły tu, zanim pojawiła się magia. Dopiero później świat został nasycony czarami — najpierw światłem, które rozświetliło niebo i nadało barwę wodom, a potem cieniem, który wypełnił szczeliny i nauczył istoty lęku.


Ślady pierwszych wciąż istnieją. Są ruiny, które nie poddają się czasowi, choć wokół nich rozsypały się całe królestwa. Są kamienie, które szepczą, gdy dotknie się ich dłonią. Są też miejsca, gdzie rzeczywistość jest cienka jak pajęczyna — wystarczy jedno drżenie, by pękła i odsłoniła inne światy, równoległe i obce, a jednak dziwnie znajome.

Świat Wolmordu dzieli się na trzy wielkie kontynenty — każdy inny, każdy pełen własnych kultur i tajemnic. Dzielą je granice, których nie sposób dostrzec gołym okiem.


Wysoko ponad ziemią unoszą się światy w przestworzach: miasta dryfujące wśród chmur, zasiedlone przez Birdhumów. Głębiej, pod ziemią, rozciągają się królestwa ciemności — światy zapomniane, gdzie żyją istoty, które nigdy nie widziały słońca.

Cały Wolmord jest nasycony magią. Nikt jeszcze nie poznał wszystkich tajemnic tej planety, a ci, którzy próbowali, ginęli albo wracali odmienieni.

Historia Wolmordu zaczyna się w dniu, gdy Kora i Khor, bliźnięta o sercach pełnych ognia, kończą siedemnaście lat. Choć różni ich płeć, są do siebie niezwykle podobni — jak dwa odbicia w lustrze, które jednak nigdy nie są identyczne.


Kora to wojowniczka wody o jasnych, blond włosach. Jej oczy przypominały taflę wody — były pełne blasku, ale i głębi, w której krył się spokój oceanu. Smukła, gibka, zawsze gotowa do ruchu.

W jej krokach była lekkość, jakby taniec i walka były jednym. Spokojniejsza niż brat, bardziej wyważona, lecz w chwilach gniewu stawała się jak sztorm — niepowstrzymana i niszcząca. Kora była jak woda. Potrafiła być łagodna i kojąca, ale też nieokiełznana, zdolna zatopić całe krainy.


Khor zaś to władca ognia o włosach ciemnych jak węgiel i gęstych niczym las. Jego oczy mieniły się jak dwa płomienie zatopione w głębi oceanu — raz rozpalone czerwienią jak ogień, a innym razem błękitne i spokojne. Postawny, silny, wyprostowany, z ramionami szerokimi jak tarcza.

W jego ruchach była pewność, ale i porywczość, jakby każdy gest był iskrą gotową zapłonąć. Odważny, czasem impulsywny, z sercem płonącym pasją. Jego słowa potrafiły rozgrzać lub zranić równie mocno jak ostrze. Khor był jak ogień. Dawał ciepło i życie, ale potrafił też spalić, jeśli ktoś zbliżył się zbyt lekkomyślnie.


Choć różnił ich temperament, byli jak dwie połowy jednego serca. Ona — ocean, który koi i pochłania. On — ogień, który rozpala i niszczy. Razem tworzyli równowagę. Ona uczyła go cierpliwości, on popychał ją do działania. Ona była głębią, on — błyskiem.

Od dzieciństwa przygotowywali się na ten moment: wybór pierwszego towarzysza. To nie tylko rytuał dorosłości, ale także próba, która miała pokazać, kim naprawdę są.


Niektórzy mówili, że narodziny bliźniąt były przepowiedziane w dawnych pieśniach. Że ogień i ocean miały spotkać się w jednym pokoleniu, by otworzyć nową erę Wolmordu. Ich droga do Żukmistrza nie była więc tylko podróżą po stworzenia — to był początek opowieści, w której światło i cień, ogień i woda, siostra i brat staną się dwiema stronami tej samej legendy.

Rozdział II — Pierwsze stworzenia

Ścieżka prowadziła ich coraz wyżej, ku Szczytowi Żukmistrza. Było to miejsce, o którym szeptano w wioskach i miastach Wolmordu z mieszaniną czci i lęku. Tam mieszkał czarodziej, strażnik portali i stworzeń — ten, którego imię znali wszyscy, lecz niewielu miało odwagę wypowiedzieć je głośno.

Sadu Ronso. Żukmistrz.


Wśród wszystkich mistrzów, nauczycieli i czarodziejów, którzy zapisali się w historii Wolmordu, to właśnie on był najstarszy i — jak mówiły legendy — najpotężniejszy z żyjących magów.

Nie imponował wzrostem. Miał zaledwie sto trzydzieści centymetrów, a jednak w jego obecności nawet najwyżsi wojownicy czuli się mali. To nie ciało, lecz aura sprawiała, że górował nad każdym, kto stanął przed nim. Żukmistrz był hybrydą człowieka i żuka.


Miał twarz pooraną zmarszczkami, a jego cera przypominała skorupę o ciemnozielonym kolorze. Oczy miał wielkie, ciemne i błyszczące jak onyksy, odbijające światło w sposób nieludzki, jakby w ich głębi kryły się inne światy.

Z czoła wyrastały trzy cienkie czułki, które drgały, gdy skupiał się na magii. Mówiono, że dzięki nim wyczuwa zakłócenia w tkance rzeczywistości — tak jak owad wyczuwa drgania powietrza.

Był przygarbiony, lecz stabilny. Każdy jego krok zdawał się wyważony, jakby stąpał po granicy dwóch światów.

Pod ciężkim płaszczem krył się chitynowy pancerz, połyskujący w świetle niczym czarne szkliwo.


Jego szata była długa, ciemna, z kapturem, który zdawał się starszy niż on sam. Materiał był ciężki i przetarty, ale zdobiony subtelnymi wzorami przypominającymi sieć owadzich skrzydeł. Na ramionach spoczywał płaszcz, którego brzegi były postrzępione, jakby nadgryzione przez czas. W dłoni trzymał krótką, drewnianą laskę z kryształem na jej wierzchołku, pulsującym niczym odwłok świetlika. Kryształ nie tylko świecił, ale zdawał się oddychać, jakby był żywą istotą.


Wokół Żukmistrza powietrze drżało, jakby wibrowało od tysięcy skrzydeł. Jego głos był niski i chrapliwy, a każde słowo brzmiało jak trzepot setek skrzydeł. Nawet cisza po jego wypowiedzi zdawała się cięższa, jakby świat wstrzymywał oddech. Jego obecność sprawiała, że portale same otwierały się w cieniu jego kroków, a stworzenia milkły i kłaniały się, jakby rozpoznawały w nim swojego pana.

Potrafił otwierać przejścia między światami jednym gestem dłoni. Był zaklinaczem stworzeń, a jego więź z istotami Wolmordu sięgała głębiej niż więź zwykłych ludzi z ich towarzyszami.

Żukmistrz był jak żywa przypowieść. Jego niski wzrost przypominał, że wielkości nie mierzy się ciałem, lecz duchem.


Owadzia natura symbolizowała wytrwałość, siłę wspólnoty i zdolność do przetrwania w każdych warunkach. Trzy czułki były znakiem jego trójdzielnej mądrości — wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Niektórzy mówili, że Sadu Ronso pamięta czasy, gdy Wolmord dopiero nasiąkał magią. Szeptali, że widział pierwsze stworzenia i rozmawiał z nimi w językach, których nikt już nie zna. Inni twierdzili, że sam jest jednym z nich, że jego ludzka forma to tylko maska, a prawdziwe oblicze Żukmistrza kryje się w odbiciach portali.

Ronso nie był tylko nauczycielem. Był granicą — żywą linią oddzielającą świat ludzi od świata pradawnych istot.

W jego twierdzy panowała cisza, którą przerywał jedynie szelest skrzydeł niewidzialnych owadów. Portale lśniły wzdłuż ścian jak żywe lustra, w których migotały obrazy niezliczonych istot. W jednym były małe, skrzydlate duszki, a w innym — olbrzymie bestie, których sam widok mógłby złamać serce wojownika.

— Witajcie, wiem, co was do mnie sprowadza — tajemniczo przywitał się z rodzeństwem.

Żukmistrz uniósł laskę, a kryształ na jej końcu rozjarzył się pulsującym światłem.

— Możecie wybrać dowolne stworzenie — jego głos zabrzmiał w kamiennej sali. — Ale pamiętajcie, że nie wszystkie stworzenia są dostępne. Smoki, feniksy, behemoty, hydry i inne elitarne istoty… te wymagają ukończenia szkolenia. Możecie sobie na nie tylko popatrzeć — uśmiechnął się Żukmistrz.


Khor zrobił krok naprzód, a jego oczy błyszczały, gdy spoglądał na portale. W jednym z nich ujrzał skrzydła bielsze niż śnieg i sylwetkę, która zdawała się promieniować światłem.

— Pegaz — wyszeptał, a w jego głosie brzmiała mieszanina zachwytu i pewności. — To on. To mój wybór.

Żukmistrz skinął głową, a czułki na jego czole drgnęły.

Z portalu wysunął się blask, który uformował się w naszyjnik. W jego sercu pulsował kryształ, w którym zaklęty był pegaz.

— Dotknij go, a przybędzie. Wezwij go, a usłyszy twój głos, choćbyś był na krańcu świata — Żukmistrz podał naszyjnik Khorowi. Chłopak ujął go drżącą dłonią, a w jego oczach pojawił się płomień dumy.

— Bracie… — odezwała się Kora, patrząc na niego z delikatnym uśmiechem. — Zawsze marzyłeś o wolności nieba.

— A ty? — odparł Khor, unosząc podbródek. — Co wybierzesz, siostro oceanu?


Kora spojrzała na portale. Jej wzrok zatrzymał się na sylwetce, która wyłaniała się z mroku. Był to olbrzym, którego rogi lśniły jak złoto, a w dłoni dzierżył topór wykuty ze stopu tijanu.

— Minotaur — powiedziała stanowczo. — Niech będzie moim towarzyszem. Niech jego siła stanie się moją tarczą i moim orężem.

Żukmistrz uniósł laskę po raz drugi. Z portalu wysunął się pierścień — ciężki, zdobiony runami pulsującymi w rytmie portali. W jego wnętrzu spoczywała postać minotaura, który od tej chwili czekał na wezwanie.

— On odpowie na twój gniew i twoją wolę, ale pamiętaj: kto wybiera siłę, musi nauczyć się ją poskramiać.


Dziewczyna ujęła pierścień i wsunęła go na palec. Poczuła, jak przez jej ciało przebiega fala energii — ciężka i potężna, jakby sama ziemia oddała jej część swojej mocy. Żukmistrz spojrzał na rodzeństwo, a jego oczy błyszczały jak dwa czarne klejnoty.

— Wybraliście swoich pierwszych towarzyszy, ale to dopiero początek. Przed wami długa i tajemnicza podróż.


Po tych słowach Żukmistrz uniósł laskę, a z powietrza wysunął się zwój, na którym rozpostarła się mapa.

Linie w środku drżały, jakby były żywe, a runy pulsowały w rytmie portali.

— Proszę, oto mapa. Udajcie się na trening do Wioski Mistrzów, a następnie upolujcie elitarne stworzenie. Powodzenia!

Khor i Kora spojrzeli na siebie. W ich oczach tlił się ogień i ocean — dwie siły, które od tej chwili miały iść razem.

Rozdział III — Labirynt i las

Tak zaczyna się ich podróż ku przygodzie, ku przeznaczeniu, ku tajemnicy, która czeka w sercu Wolmordu. Pierwsza misja prowadziła ich do Labiryntu Przemiany. Nie był on zwykłym tworem kamienia i magii. To żywa budowla, wykuta w sercu skalnej przełęczy, gdzie ziemia od wieków nasycona jest energią księżyców. Mówiono, że nie został zbudowany ręką człowieka, lecz wyrósł sam, jakby skały ułożyły się w korytarze pod wpływem woli bogów.


Wejście do labiryntu przypominało paszczę olbrzymiego stwora. Wielki łuk skalny, porośnięty mchem, czarnymi pnączami i pajęczynami, tworzył bramę, która swym mrocznym wyglądem odstraszała nawet najdzielniejszych wojowników. Nad nią wyrzeźbione były twarze — jedne uśmiechały się złowrogo, inne płakały perłowymi łzami. Nie było wiadomo, czy to dzieło dawnych rzeźbiarzy, czy kaprys samej natury, a może to uwięzione dusze przeszłości. Powietrze przy wejściu było ciężkie, pachniało wilgocią, rdzą i ozonem, jakby burza nigdy stąd nie odeszła.


Kora zatrzymała się przed bramą i spojrzała na brata.

— Czujesz to? — wyszeptała. — Jakby ktoś nas obserwował…

Khor zmrużył oczy, a jego dłoń zacisnęła się na rękojeści miecza.

— Nie wydaje ci się. Ktoś nas obserwuje, jestem tego pewien — odpowiedział drżącym głosem.


Nie zastanawiając się ani chwili, rodzeństwo weszło do środka. Wnętrze tonęło w mroku rozświetlanym jedynie blaskiem kryształów, które wyrastały ze ścian niczym zamrożone błyskawice. Jedne świeciły bladym błękitem, inne pulsowały czerwienią, jakby w ich wnętrzu płynęła krew. Ściany były chropowate, zimne i wilgotne od sączącej się wody, a w niektórych miejscach pokrywały je runy, które zmieniały kształt, gdy tylko odwracało się wzrok.


Podłoga była nierówna i pełna szczelin. Niektóre kamienie po dotknięciu lub postawieniu kroku zapadały się, odsłaniając przepaść, której dna nie sposób było dostrzec. Każdy korytarz zdawał się prowadzić w inną stronę, a echo kroków mieszało się z odgłosami, które nie należały do rodzeństwa.


Labirynt nie był tylko miejscem fizycznym — był także próbą umysłu. Ściany potrafiły zmieniać kształt, a korytarze wydłużały się w nieskończoność.

Czasem pojawiały się obrazy bliskich, które kusiły, by zejść z właściwej ścieżki. Nagle z sufitu runęła fala kamiennych kolumn, a całe sale obracały się jak tryby w machinie, zmieniając układ przejść. W ciemności słychać było głosy — jedne obiecywały pomoc, inne groziły. Nie wiadomo było, czy to echo, duchy, czy sam labirynt przemawiał.

— Słyszysz to? — spytała Kora, a jej głos odbił się dziesiątkami zniekształconych powtórzeń.

— Tak… z każdej strony — odpowiedział Khor, a echo powtórzyło jego słowa, lecz innym tonem, jakby mówiła je obca istota.


Przechodząc przez labirynt i długi korytarz, dotarli do pierwszego pomieszczenia. Ściany pokrywały lustra z czarnego szkła, a każde odbicie pokazywało inną wersję tego, kim podróżnik mógłby się stać. Jedne obrazy ukazywały bohatera, inne tyrana, a jeszcze inne martwego wojownika, dziecko i starca. Po chwili Kora i Khor odnaleźli swoje odbicia. Zatrzymali się przed nimi, a ich serca zabiły szybciej.

— To nie było takie trudne. Idziemy dalej! — z determinacją zawołała Kora.

— Nie było, ale to dopiero początek labiryntu.

Szli dalej, a korytarz zdawał się nieskończenie długi. Nagle ziemia pod ich nogami runęła w dół, a bliźnięta wpadły w czarną otchłań. Wydawało się, jakby spadali od wielu minut, jednak nie mogli upaść na dno. Była to kolejna próba, gdzie każde słowo powtarzało się dziesiątki razy.

— Kora, słyszysz mnie? — telepatycznie zapytał Khor.

— Tak, co się dzieje? Co to za dziura, która nie ma dna? — odpowiedziała ze strachem.

— To nie dziura, to nasze umysły i to dziwne echo, które odbija się od naszych dusz. Skup się i wycisz myśli, a zobaczysz, że stoimy w tym samym miejscu.


Kora posłuchała rady brata i skupiła swą energię, po czym otworzyła oczy i po chwili znalazła się obok niego, na ścieżce labiryntu.

— Znów się udało, jednak tym razem nie było tak łatwo — powiedziała z ulgą.

Kroczyli naprzód, a ścieżka połączyła się z inną drogą. Dotarli do kolejnego skrzyżowania. Jednak wszystko wokół nich zaczęło się przekształcać. Ścieżki zmieniły się w rzeki, a ściany ruszały się w każdym kierunku. Khor i Kora zostali uwięzieni w ruchomym sześcianie. Wewnątrz były tylko pustka i nicość, które wydawały się pochłaniać ich od środka.

Ostatni etap labiryntu to Sala Ciszy — serce budowli, gdzie magia była najgęstsza, a powietrze drżało od niewidzialnej mocy.

— Bracie, uwolnij swój płomień. To jedyna metoda na pokonanie otchłani — zawołała Kora.


Khor dotknął jednej ze ścian, skupił swoją energię i zamknął oczy. Po chwili ściana pękła, a za nią kolejna i następna. Sześcian rozpadł się na tysiące kawałków, a władca ognia rozpylił miliony płonących iskier po całym labiryncie. Otchłań zniknęła, a obrazy, iluzje i szepty wygasły w ich głowach. Rodzeństwo dotarło do końca labiryntu. Powietrze stało się lżejsze, a skały i ściany pokrywała lazurowa sól. Gdy Kora i Khor przekroczyli próg, powitały ich chochliki — drobne, skrzydlate istoty, które wyglądały jak skrzyżowanie nietoperza i dziecka o zbyt dużych oczach. Ich spojrzenia lśniły niczym krople rtęci — były zimne i nieludzkie. Miały cienkie jak pergamin, ale ostre jak brzytwy skrzydła, a każdy ich trzepot niósł ze sobą sykliwy śmiech, który odbijał się szyderczo od ścian labiryntu. Zęby miały drobne i ostre, a pazury wydłużone — idealne do drapania i rozszarpywania.

Atakowały i nagle znikały w cieniu, by po chwili wyskoczyć zza pleców i napierać z każdej strony. Nie były silne, ale ich przewagą była liczba i przebiegłość.

Zaczęły szeptać kłamstwa i mącić w głowach bliźniąt.

Kora poczuła, jak jeden z nich musnął jej ramię, a w głowie rozbrzmiał głos:

— On cię zdradzi… twój brat cię zdradzi…

Dziewczyna zacisnęła pięści, wiedząc, że to tylko iluzja, ale serce i tak zabiło szybciej. Spojrzała na Khora, jakby chciała upewnić się, że to wciąż on.

— Nie słuchaj ich! — zawołał Khor. — To kłamstwa!


W tej samej chwili uniósł dłoń i po raz pierwszy przywołał pegaza. Skrzydlaty rumak zstąpił z portalu jak posłaniec niebios, a jego kopyta zadudniły o kamienną posadzkę. Z jego nozdrzy buchnęła para, a skrzydła rozpostarły się szeroko, rozświetlając mrok blaskiem srebrzystych piór. Chochliki zawyły i wzbiły się w powietrze, tworząc wir czarnych cieni. Ich sykliwy chór rozszedł się po całym labiryncie — brzmiało to jak wołanie o pomoc. Nagle z cienia wyłonił się Cerber — piekielny ogar o trzech głowach.


Pierwsza z nich zionęła ogniem, a każdy oddech rozżarzał powietrze do czerwoności. Druga pluła lodem, a jej oddech zamrażał kryształy na ścianach, które pękały z trzaskiem. Natomiast trzecia głowa niosła truciznę — z pyska kapała czarna, gęsta ślina, która syczała, gdy spadała na kamień, wypalając w nim dziury.


Jego ciało było masywne, pokryte czarną sierścią, która miejscami przypominała łuski i masywne igły przeplatane między sobą. Oczy wszystkich trzech głów jarzyły się jak żar, a ogon zakończony kolcem uderzał o ziemię niczym młot bojowy.

Cerber, wspierany przez chmarę chochlików, ruszył do ataku i osaczył pegaza.

— Wzbij się! Oślep ich! — krzyknął Khor.


Pegaz z hukiem skrzydeł poderwał się w górę. Chochliki zawyły, a wir piasku i odłamków kryształów wzbił się w powietrze, oślepiając wrogów. Zdezorientowane stworki zaczęły wpadać na siebie, a ich sykliwy śmiech zamienił się we wrzask i lament.

Cerber jednak nie dał się zwieść. Otrząsnął się i zaatakował. Pierwsza głowa zionęła ogniem, przypalając pióra pegaza. Druga uderzyła lodowym pociskiem, a trzecia pluła jadem — trzy żywioły uderzyły jednocześnie, tworząc chaos. Atak był tak silny, że pegaz miał trudności, by utrzymać się w powietrzu.

Kora poczuła, jak jej serce ściska strach.

— Khor! On nas zmiażdży! — zawołała, ale w jej głosie brzmiała też determinacja.

W tej samej chwili przywołała swego minotaura.


Z portalu wyłonił się potężny wojownik, który od razu runął na Cerbera. Ziemia zadrżała pod jego ciężarem. Jego topór z tijanowej stali rozciął mrok, a iskry posypały się jak gwiazdy.

Minotaur walczył z Cerberem, a jego topór uderzał coraz mocniej. Skrzydła pegaza rozcinały powietrze, a chochliki wirowały wokół jak rojowisko szerszeni.

— Razem, Koro! — krzyknął Khor, a jego głos odbił się echem od ścian.

— Razem! — odpowiedziała, unosząc dłoń na znak ataku.

Po zmasowanym kontrataku Cerber padł, a jego łuski pękły, jakby dały znak, że to już koniec. Chochliki rozproszyły się po grocie, jęcząc i płacząc jak małe, bezradne dzieci.

— To już koniec? — zapytała Kora.

— Nie wiem, mam nadzieję. Nasi towarzysze już nam nie pomogą — odparł. — Muszą odpocząć.

— My też musimy — dodała.


Po próbach woli i ciężkiej walce w końcu wyszli z labiryntu. Nie była to zwykła przygoda.

To był test ich więzi. Ogień i ocean, światło i cień musiały walczyć jako jedno.

Pierwsze zadanie zostało zakończone, ale Kora i Khor wiedzieli, że to dopiero początek ich podróży.

Podążyli dalej, a przed nimi ukazał się egzotyczny las — tropikalny raj ukryty w kamiennym sercu góry. Dookoła unosił się słodki zapach żywicy, który osiadał na języku niczym miód. Liście szeptały w języku, którego Kora i Khor nie znali, a jednak czuli, że każdy ruch gałęzi niesie znaczenie, jakby sam las próbował ich powitać.

Światło wpadało przez sklepienie koron wąskimi smugami, które tańczyły na ziemi, rozświetlając mech i paprocie.


W oddali szemrała woda, a gdzieś ponad nimi rozbrzmiewał śpiew ptaków. Słychać było trzask łamanych gałęzi, a z gęstwiny wyszli Koroludzie. Były to drzewa o ludzkich duszach — potomkowie dawnych ludzi, którzy zostali zatopieni w żywicy i spleceni z korą. Ich sylwetki były potężne, a zarazem dostojne. Twarze przypominały maski wyrzeźbione z drewna, poorane sękami i żyłami żywicy, która spływała jak lawa wulkaniczna. Oczy mieli głębokie, bursztynowe, w których tlił się blask pradawnej mądrości.

Ich brody były jak długie, zwisające korzenie, a na głowach nosili korony z gałęzi i porostów. Nie przyszli walczyć, a ich głosy były głębokie i kojące, przypominające szum wichru w koronach drzew.

— Wyczułem, że nie jesteście wrogami — odezwał się najstarszy z nich, którego korona z gałęzi przypominała jelenie poroże. Jego głos niósł się po lesie, a echo odbijało się od każdego drzewa. — Ale w głębi tego lasu czai się mrok, którego nawet my się lękamy. Idźcie ostrożnie.


Kora i Khor wymienili spojrzenia. Po raz pierwszy od wyjścia z labiryntu poczuli, że ktoś ich rozumie, że nie są sami w tej próbie.

— Witamy was. My tylko przechodzimy, nie chcemy przeszkadzać — powiedział Khor, chyląc głowę na znak szacunku.

Jeden z Koroludzi podszedł bliżej i podał rodzeństwu kryształowe naczynie wypełnione gęstym, złocistym płynem.

— To sok żywicy — powiedział, a jego oczy błysnęły ciepłem. — Uleczy wasze rany i ukoi serca. Przyjmijcie go jako dar.


Młodzi magowie przyjęli podarek z wdzięcznością. Czuli, że to spotkanie nie jest kolejną próbą, a wprost przeciwnie — oazą, gdzie mogą chwilę odetchnąć. Kora skinęła głową z podziękowaniem i uśmiechem.

— Dziękujemy. Nie zapomnimy tej dobroci. Czy w zamian chcecie nas o coś poprosić? Nie chcę się chwalić, ale jesteśmy ponadprzeciętnym rodzeństwem — dodała z dumą.

— Nie, to był akt przyjaźni — odparł najstarszy.

— Wodzu, wodzu, ale my potrzebujemy wody — do rozmowy wtrącił się jeden z Koroludzi.


Kora, która wyczuwa wodę na setki kilometrów, od razu zaproponowała pomoc. W jednej chwili przywołała minotaura, który szybkim galopem zaprowadził dziewczynę do źródła ukrytego pod polaną. Studnia została zasypana kamieniami. Kora wraz z minotaurem odsunęła głazy, a woda znów popłynęła, rozlewając się po kanałach wykutych w korzeniach, po czym skupiła energię i jedną myślą utworzyła gejzer wodny, który po chwili przeobraził się w strumyk, a następnie w rzekę. Po kilku godzinach gleba w lesie stała się żyzna, a nurt wody popłynął przez wioskę niczym krew w wyleczonej żyle.

Wioska była spleciona z żywych drzew, których konary tworzyły dachy, a pnie ściany domostw.

Koroludzie unieśli ramiona ku niebu, a ich głosy zabrzmiały jak pieśń wiatru, jak modlitwa drzew do samej planety.

— Ziemia znów oddycha. Jesteście przyjaciółmi lasu. Od teraz nasz dom jest waszym domem — powiedział najstarszy z osadników.

— Dziękujemy za te słowa — odpowiedzieli jednocześnie.

Przyszedł wieczór, a jeden z Koroludzi postanowił nauczyć Korę i Khora języka stworzeń. Następnego dnia zostali zaproszeni do serca wioski, gdzie mieli odbyć lekcję scalenia ze swoimi towarzyszami. Tam, w cieniu największego drzewa, nauczyli się rozmawiać z minotaurem i pegazem.


Skrzydlaty rumak z początku odpowiadał tylko gestami i spojrzeniami, ale dzięki treningowi jego głos stał się wyraźniejszy w myślach Khora.

Natomiast minotaur, dotąd dziki i nieufny, usiadł obok Kory, a jego oddech zwolnił. Gdy dziewczyna położyła dłoń na jego ramieniu, spojrzał na nią oczami, w których po raz pierwszy nie było gniewu, lecz spokój.

— Taurus… — wyszeptała Kora. — Od dziś tak będę cię nazywać.

Minotaur skinął głową, a jego ryk zabrzmiał jak zapieczętowanie przysięgi.

— A ty, mój towarzyszu, od teraz zwiesz się Silster — powiedział Khor, głaszcząc szyję pegaza. — Razem polecimy dalej, dokądkolwiek los nas poprowadzi.

Wieczorem wioska rozbrzmiała pieśnią Koroludów. Ich głosy były jak szum lasu, jak trzask ognia. Kora i Khor siedzieli przy ognisku z żywicy, która paliła się jasnym, złotym płomieniem, a ich serca mogły odpocząć.

Wiedzieli, że droga przed nimi będzie trudna, ale teraz nie byli już sami. Mieli siebie, mieli swoich towarzyszy i mieli błogosławieństwo lasu. W mroku między drzewami rozległo się wycie, które nie należało do żadnego znanego zwierzęcia. Echo niosło się po koronach drzew, a ptaki zerwały się z gałęzi w panice. Chwilę później ciszę rozdarł trzask łamanych konarów, a z nieba runęła Chimera — skrzydlata bestia, której widok mroził krew w żyłach.

Jej głowa przypominała tygrysa szablozębnego, z kłami długimi jak miecze, ociekającymi śliną, która syczała, gdy spadała na ziemię.

Przednia część ciała potwora przypominała orła, a tylna lwa. Bestię pokrywały pióra o brązowej barwie, a skrzydła rozpościerały się szeroko, zasłaniając gwiazdy.


Z grzbietu Chimery wyrastał ogon przypominający węgorza morskiego, wijący się jak żywy bat, którego jad mógł zabić w sekundę. Jej ryk był mieszaniną skrzeku i syku — dźwiękiem, który brzmiał jak głos samego chaosu.

Taurus nie czekał ani chwili. Minotaur runął naprzód, a ziemia zatrzęsła się pod jego ciężarem. Jego topór błysnął w świetle księżyców i z hukiem uderzył w skrzydło Chimery. Kości pękły, a pióra rozsypały się jak płatki róży. Bestia zawyła i poderwała się w powietrze, trzepocząc zranionym skrzydłem. Jej lot był chwiejny, ale wciąż śmiertelnie groźny.

— Taurus, uważaj! — krzyknęła Kora, widząc, jak ogon węża próbuje owinąć się wokół szyi jej towarzysza.

Chimera zaatakowała kolejny raz, pikując w stronę bohaterów. Jej szpony rozdarły korony drzew, a ogon kipiał jadem. Silster rozpoczął obronę. Pegaz wzbił się, by osłonić Khora, ale potwór uderzył go jednym ciosem. Krew rozprysła się na liściach, a skrzydlaty rumak upadł.

— Silster! — krzyknął Khor, a serce ścisnęło mu się w gniewie i strachu.

Pegaz, choć ranny, wciąż trzepotał skrzydłami, starając się wzbić w powietrze.

Widząc przegrywającego towarzysza, Khor poczuł, jak coś w nim pęka — jakby wszystkie marzenia i wszystkie lęki zebrały się w jednym punkcie.

— Nie… skrzywdzisz… ich! — wyszeptał, a jego głos przepełniał gniew.

Władca ognia skupił swą energię oraz skumulował ją w dłoni, po czym wystrzelił potężną falę uderzeniową, śmiertelnie raniąc Chimerę. Kula energii uderzyła w bestię z taką siłą, że potwór zatrzymał się w locie, jakby czas na chwilę stanął w miejscu. Jej skrzydła rozpadły się w pył, ogon węgorza zwisł bezwładnie, a rycząca paszcza roztrzaskała się w świetle eksplozji.


Chimera runęła na ziemię, a jej zwęglone ciało rozpadło się w chmurę dymu i popiołu, który rozwiał się wśród drzew.

Kora spoglądała na chłopaka z szeroko otwartymi oczami.

— Bracie… co to było?

On sam stał jeszcze chwilę, dysząc ciężko, a jego dłonie wciąż drżały od mocy, która dopiero co przez niego przepłynęła.

— Nie wiem… — odpowiedział cicho. — Ale czuję, że mój ogień niebawem zapłonie.

Pegaz osunął się na ziemię — ranny, lecz żywy. Kora uklękła przy nim, przykładając dłoń do jego szyi, czując szybkie, ale mocne bicie serca. Taurus stanął obok, trzymając topór jak strażnik, gotowy odeprzeć każdy kolejny atak.


W lesie znów zapadła cisza, jednak nie niosła ze sobą spokoju. Była to cisza, która zwiastowała nadchodzące niebezpieczeństwo.

Kora spojrzała na brata.

— Khor… jeśli ta moc jest w tobie, musisz ją poskromić. Jeśli tego nie zrobisz, to ona zawładnie tobą.

Khor spuścił wzrok i zacisnął pięść. Wiedział, że słowa siostry to ostrzeżenie.

— Tak, wiem, ale teraz… teraz najważniejsze, że żyjemy.

Rozdział IV — Wioska Mistrzów

Po wyjściu z lasu Kora i Khor udali się do Wioski Mistrzów — do miejsca, które było jak żywe serce Wolmordu.

Wioska rozciągała się na rozległej równinie otoczonej górami, które lśniły runami widocznymi tylko w świetle księżyców. Z oddali wyglądała jak miasto utkane ze światła i dymu, a im bliżej podchodzili, tym wyraźniej czuli pulsującą w powietrzu magię.


Alchemicy pracowali w kamiennych warsztatach, gdzie pachniało siarką, ziołami i metalem. Ich kociołki bulgotały, a opary unosiły się w barwach zieleni i fioletu, tworząc fantastyczne kształty, które rozpływały się po chwili. Magowie unosili się nad placem, ćwicząc zaklęcia, które rozświetlały niebo błyskami srebra i złota. Każdy gest dłoni kreślił w powietrzu runy, które wirowały przed zniknięciem. Natomiast kowale wykuwali broń, której klingi śpiewały, gdy uderzały o kowadła. Dźwięk ich pracy mieszał się z hukiem zaklęć, tworząc symfonię stali i magii. Władcy run rzeźbili symbole w kamieniach, a każdy znak pulsował własnym światłem, jakby w ich dłoniach rodziły się nowe prawa rzeczywistości.

Mistrzowie portali otwierali przejścia, przez które można było zajrzeć do innych światów — czasem tylko na chwilę, zanim zamknęły się jak powieki. W tych krótkich momentach można było dostrzec obce uniwersa, oceany pełne dziwnych stworzeń, a nawet miasta, które nie istniały w tym świecie. Osada mistrzów to miejsce, gdzie każdy oddech niesie moc, a każdy krok przypomina, że magia i rzemiosło są tu jednością. Kora i Khor zatrzymali się na placu, chłonąc te niebywałe widoki.

— To… jest jak sen — wyszeptała Kora, a jej oczy lśniły zachwytem.

— Nie sen — odparł Khor, zaciskając dłonie. — To miejsce to początek naszej drogi.


Chwilę później rozdzielili się, każdy wybierając własną ścieżkę. Kora postanowiła szkolić się w walce wręcz oraz opanować technikę przywoływania i zaklinania towarzyszy w biżuterii. Jej serce płonęło pragnieniem, by ujarzmić stworzenie, które od dawna nawiedzało jej sny — hydrę.

Khor udał się do Sanktuarium Magii, gdzie w ciszy i skupieniu miał wzmocnić swoje zdolności telepatyczne i siłę „ki”. Dziewczyna dotarła do twierdzy, która wyglądała jak świątynia wyrzeźbiona z chropowatego kamienia. Jej mury oplatały pnącza, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł i wilgoci.


Wysokie marmurowe schody prowadziły ku wejściu do świątyni. Na szczycie schodów czekała Mistrzyni Kamara — kapłanka i treserka stworzeń. Miała smukłą sylwetkę, a oczy lśniły zielenią, jakby odbijały światło leśnych run. W dłoni trzymała laskę zakończoną kryształem, w którym wirowały obrazy zwierząt — od najmniejszych owadów po ogromne smoki. Kamara uniosła laskę, a kryształ rozbłysnął.

— Pragniesz ujarzmić hydrę? — zapytała spokojnym głosem, ale w tonie kryła się nuta ostrzeżenia.

Kora spojrzała na mistrzynię.

— Tak. Od dawna widzę ją w snach. Czuję, że jest moim przeznaczeniem.

Kamara uśmiechnęła się delikatnie, choć w jej spojrzeniu czaiła się powaga.

— Hydra nie poddaje się nikomu, a jej rozszczepiona osobowość to ogromne wyzwanie — nawet dla mnie. Każda z głów hydry to oddzielny charakter i osobowość. Jeśli nadal chcesz spróbować, musisz najpierw zrobić coś dla mnie.

— Nie boję się. Ja też nie jestem idealna. Powiedz, co mam zrobić?

— Zdobądź kroplę wody z dna oceanu. Tylko ona otworzy ci drogę.

Kora poczuła, jak jej serce przyspiesza.

— To nie tylko próba siły, ale również test odwagi i wiary w siebie — dodała Kamara.


Kora, wiedząc, że sama może nie wykonać zadania, udała się po pomoc do brata, który trenował w Wiosce Mistrzów. Zastała go w chwili, gdy siedział w kręgu run, a jego ciało otaczała aura błękitnej energii.

— Bracie, potrzebuję cię.

Khor otworzył oczy, ale w jego spojrzeniu widać było zmęczenie.

— Czy treningi nie miały być indywidualne, siostrzyczko? — zapytał żartobliwie.

— Proszę, chodź ze mną! — powtarzała, przeskakując z nogi na nogę.

— Niechętnie opuszczam naukę… — powiedział cicho, a jego głos drżał od wysiłku.

Po skroniach spływał mu pot, a w dłoniach wciąż pulsowała nowa energia.

— Jeśli to dla ciebie takie ważne, pójdę z tobą.

Kora delikatnie uśmiechnęła się, a w jej oczach błysnęła wdzięczność.

— Razem jak zawsze.


O świcie wspólnie wyruszyli nad ocean. Lecieli na grzbiecie pegaza, a wiatr smagał ich twarze. Silster trzepotał skrzydłami, a każdy jego ruch przybliżał ich do celu. Kora objęła grzywę stworzenia, czując, jak serce bije jej szybciej.

— Czujesz to, bracie? Jakby cały świat patrzył na nas z góry.

Khor uśmiechnął się do siostry, choć w jego oczach tliła się powaga.

— Nie patrzy. On nas sprawdza.


W tej samej chwili niebo rozdarło się blaskiem, a przed nimi ukazała się postać otoczona światłem — postać, która nie miała twarzy, a jej sylwetka była rozmyta i niewyraźna. Nagle rozbrzmiał przyjemny i tajemniczy głos, niosąc się w powietrzu niczym dźwięk anielskich chórów:

„Prawda czeka w krypcie na bagnach, na północ od Wioski Mistrzów”.

Rodzeństwo spojrzało na siebie, a serca zabiły im szybciej. Głos przemówił po raz drugi:

„Musicie odnaleźć urnę, na której spisana jest przepowiednia i wasze przeznaczenie…”

Słowa zawisły w powietrzu jak pieczęć losu. Po chwili postać zniknęła, a niebo znów stało się błękitne i ciche.


Po godzinach lotu dotarli na brzeg oceanu. Przywitał ich niezwykły widok. Zobaczyli piaszczystą plażę w kolorze bladego różu, a w oddechu poczuli smak soli i zapach jodu. Na horyzoncie woda kryła w sobie coś więcej niż tylko głębię — skrywała tajemnicę.

Nadszedł czas na próbę Kory, która czekała na odpowiedni moment, wchłaniając energię oceanu. Khor spojrzał na siostrę.

— Co mam robić?

Kora odwróciła się ku niemu, a w jej oczach błyszczała determinacja z nutą strachu.

— Stwórz wokół mnie bańkę z tlenem i barierą ciśnieniową. Potem zepchnij mnie na samo dno oceanu.

Khor skinął głową i uniósł dłonie, a aura błękitnej energii otoczyła Korę, tworząc przejrzystą barierę. Wysiłek był ogromny, a mag umysłu, zmęczony treningiem i długim lotem, czuł, jak pot spływa mu po czole, a dłonie zaczynają się trząść.

— Wytrzymam… — wyszeptał, choć sam czuł, że siły go opuszczają.

Kora, widząc, że brat opada z sił, skupiła swą energię, która rosła w niewyobrażalnym tempie.


Będąc pod wodą, jej moc pomnożyła się kilkukrotnie. W jej dłoniach pojawiły się dwa magiczne wachlarze, które rozbłysły jasnym światłem. Jednym ruchem rozcięła wodę przed sobą i niczym błyskawica pomknęła w głąb oceanu.

Na samym dnie panowała cisza i ciemność, które zna tylko głębia, a jedynym światłem były wachlarze energii. Kora czuła, jak ciśnienie przygniata jej ciało, ale serce biło mocniej niż strach, który czuła.

Wyciągnęła małą buteleczkę i zaczarowaną strzykawkę, które dostała od Mistrzyni Kamary. Jednym szybkim ruchem przebiła barierę i pobrała kroplę wody z samego dna. Gdy woda znalazła się w naczyniu, kropla rozbłysła jak najjaśniejsza gwiazda. Po wykonaniu zadania Kora za pomocą telepatii połączyła myśli z umysłem brata.

— Jestem gotowa, wyciągnij mnie!

— Jeszcze chwila, siostro… — wyszeptał Khor, mobilizując resztki sił.

Mag umysłu skupił resztki swoich sił, a bańka uniosła Korę ku powierzchni. Ogromna fala wyrzuciła ją na ląd. Przez moment leżała, ciężko dysząc, a różowy piasek kleił się do jej skóry.

Khor szybko podbiegł do siostry, pomagając jej wstać.

— Masz ją?

Kora uniosła buteleczkę, w której błyszczała kropla wody.

— Mam. Teraz mogę rozpocząć prawdziwy trening.


Rodzeństwo wyruszyło w drogę powrotną. Khor wrócił do treningu i rozwoju swojej energii ki. Natomiast Kora udała się do Mistrzyni Kamary. Treserka stworzeń, widząc kroplę, uśmiechnęła się z uznaniem.

— Nie wierzyłam, a jednak udało ci się! Z wielką przyjemnością będę cię uczyła. Odpocznij, bo od jutra nie będzie taryfy ulgowej i… pomocy brata.


W tym samym czasie, gdy Kora przygotowywała się do swego rytuału, Khor kończył duchowy trening. Jego mistrzowie nauczyli go panować nad własnym gniewem, wsłuchiwać się w głos pegaza i wyciszać umysł. Jednak wiedział, że to dopiero początek. Nazajutrz wyruszył drogą na wulkan, gdzie mieszkał Zaklinacz Feniksa — strażnik ognia i odrodzenia. Tak rozpoczął się drugi etap treningu maga ognia. Gdy był w połowie drogi, zauważył chatę, w której mieszkał Mistrz Fjiu. Była to budowla z czarnego kamienia, opleciona korzeniami, które przetrwały erupcję wulkanu.


Na moment zatrzymali się przy skalnym występie, gdzie lawa spływała jak czerwona rzeka. Khor usiadł obok pegaza, a w jego oczach odbijały się płomienie.

— Jeśli upadnę, dokończysz tę drogę beze mnie — wyszeptał.

Pegaz zarżał, jakby sprzeciwiał się tym słowom, a jego skrzydła otuliły chłopaka niczym płaszcz. Po chwili dotarli na sam szczyt. Gdy Khor pochylił się ku lawie i próbował napełnić naczynie, nagle ziemia pękła, a z wnętrza skał wyłonił się Skalny Olbrzym — żywiołak ognia i ziemi. Jego ciało było zbudowane z głazów, które spajały rozżarzone szczeliny. Każdy ruch powodował, że z jego ciała sypały się iskry i płonące kawałki lawy. Oczy miał jak dwa ognie, a jego oddech był gorętszy niż sam wulkan. Opleciony był masywnymi korzeniami, które po czasie same płonęły, a później na nowo odrastały.

— Nie jesteś godzien! — ryknął głosem, który był jak trzask lawy.

Po czym zaczął agresywnie uderzać wszystkimi kończynami o ziemię. Wskutek tego powstała potężna fala uderzeniowa, która lekko raniła Khora. Mag ognia podniósł się z determinacją.

— Nie odejdę bez tej lawy! — krzyknął, a jego głos odbił się od ścian krateru.

Skupił się, a jego ciało otoczyła aura błękitnej energii. „Ki” pulsowała w jego dłoniach, a powietrze wokół niego stawało się coraz bardziej przejrzyste.


Żywiołak zaatakował ponownie. Tym razem nacierał szarżą, ale Khor uskoczył i uderzył w jego pierś skoncentrowaną wiązką energii. Kamienny stwór stanął jak wryty w ziemię. Po kilku sekundach energia eksplodowała i rozerwała szczeliny łączące skalne ciało potwora, ostatecznie go unicestwiając. Walka wydawała się wygrana, jednak Khor nie nacieszył się nią długo. Fragmenty skał zaczęły się łączyć w jedną całość, a żywiołak regenerował siły. Młody wojownik użył sprytu i wykorzystał ten moment: wyciągnął z torby naczynie i je napełnił, po czym szybko wskoczył na pegaza, aby oddać lawę i poprosić o trening.


Mistrz Fjiu czekał przed chatą. Gdy zobaczył pełny dzban, jego oczy rozbłyskąły.

— Dobrze. Masz odwagę i siłę, ale pamiętaj jedno: ujarzmić feniksa może tylko ten, kto nie nosi w sercu cienia. Jutro rozpoczniemy twój trening.

Khor wiedział, że to dopiero początek. W głębi serca czuł, że płomień, który dziś rozpalił, nigdy już nie zgaśnie.

Rozdział V — Krypta

Minęły tygodnie. Bliźnięta ukończyły swoje szkolenia i podziękowały mistrzom, którzy otworzyli przed nimi nowe ścieżki.

Kora stała się Zaklinaczką Dusz — mistrzynią w ujarzmianiu stworzeń, szczególnie wodnych. Nauczyła się też tworzyć nowe bronie z czystej energii ki.

Khor zaś został Magiem Umysłu — telepatą zdolnym zaklinać wybrane istoty, mistrzem ognia, którego płomienie oczyszczały i niszczyły zarazem.


Wyruszyli w kolejną podróż. Tym razem ich celem była krypta na bagnach, o której mówiła tajemnicza postać.

Po kilku godzinach dotarli na mokradła. W powietrzu wisiała wilgoć, a mgła zgęstniała jak mleko, tłumiąc w sobie każdy dźwięk. Na włosach i ubraniach osiadały krople rosy, a wokół unosił się zapach gnijących liści.

— Nie widzę nawet własnej dłoni… — mruknęła Kora, mrużąc oczy.

— Silster, rozgoń to — polecił Khor.

Pegaz rozpostarł skrzydła i z mocnym trzepotem rozciął mgłę. Opary rozstąpiły się, ukazując w oddali strukturę krypty. Jej mury były wyblakłe i porośnięte mchem, a wejście przypominało paszczę bestii.


Przed kryptą stały dwie istoty. Z oddali wyglądały jak ogromne kaczki, jednak gdy mgła opadła, pokazały się w całości. Kora i Khor nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Okazało się, że strażnikami krypty są hybrydy — wilka szarego i dzikiej gęsi. Ich ciała były masywne, nogi miały porośnięte sierścią, a skrzydła, choć krótkie, trzepotały nerwowo, rozpryskując błoto. Z dziobów sterczały wielkie wilcze kły, ociekające śliną, a ich oczy płonęły gniewem.

— Nie przejdziecie… — zawyły jednocześnie, a ich głosy rozniosły się po bagnach.

— Więc walczmy! — wyszeptali jednocześnie.


Pierwsza do walki wyrwała się Kora wraz ze swoim minotaurem. Taurus runął do szarży na jedną z bestii. Jego topór przebił wilcze ciało, a mokradła zalały strumienie krwi. Jednak szaregęsi nie były zwykłymi strażnikami. Potrafiły się zregenerować i wyleczyć swoje rany w kilka minut.

— Uważaj! Podnoszą się! — krzyknął Khor.

Kora, widząc potęgę strażników, postanowiła osobiście włączyć się do walki. Dzięki swym nowym umiejętnościom dziewczyna jednym ruchem ręki zmaterializowała swoją energię i wyczarowała włócznię. Zamachnęła się, a jej ostrze rozbłysło jasnym światłem, po czym ugodziła jedną z bestii, wypalając w jej sercu wieczną ranę. Potwór zawył i cofnął się, a obrażenia od włóczni uniemożliwiły regenerację ran. Do ataku przystąpiła druga szaregęś, która rzuciła się na minotaura, wbijając kły w jego ramię. Taurus zawył, a Kora poczuła, jak jej serce ściska strach.

— Wytrzymaj! — zawołała.

Włócznia zmieniła się w wachlarze, które obroniły minotaura, tworząc tarczę światła. Następnie przygniotła nimi bestię do ziemi. W tej samej chwili Khor uniósł się w powietrze. Jego oczy rozbłysły płomieniem, a wokół niego pojawiła się ognista aura.

— Dosyć! — krzyknął.

Oba potwory uniosły się wraz z nim, szarpiąc się w powietrzu. Szaregęsi syczały i wyły, ich skrzydła trzepotały, a z dziobów już nie ciekła ślina, lecz wrząca piana.

Khor skupił całą swoją moc, a jego ciało płonęło od temperatury.

— Wracajcie do cienia, z którego wyszłyście! — ryknął, a jego aura rozbłysła jak słońce.


W jednej chwili uwolnił przepełniającą go energię, a szaregęsi wyparowały, pozostawiając po sobie jedynie kałuże błota.

— Widziałaś?! Widziałaś, co zrobiłem? Jeszcze chwila, a spaliłbym całe bagna… albo cały kontynent — z przerażeniem zwrócił się do siostry.

— Wydobyłeś z siebie moc, która może nas ocalić lub unicestwić — odparła Kora, równie mocno przerażona.

Po wygranej walce ze strażnikami krypty mgła znów zaczęła gęstnieć, jakby chciała ukryć to, co się wydarzyło. Kora spojrzała na brata, a w jej oczach błyszczał podziw i ulga.

— Twoja moc… jest coraz silniejsza.

Khor opadł na ziemię, ciężko oddychając. Spojrzał na siostrę i wskazał na wachlarze, które wciąż jarzyły się w jej dłoni.

— A twoja moc jest coraz piękniejsza. Światło, które tworzysz… ono nie tylko rani, ale daje nadzieję.

Kora uśmiechnęła się do brata, jednak w jej oczach wciąż tlił się cień niepokoju.


Przed nimi ukazała się brama do krypty. Pulsowała tajemniczą energią, a nad wejściem pojawiły się runy i pieczęcie, jakby nie chciały, by ktoś poznał skrywane tu tajemnice.

— Nadeszła pora, aby odkryć nasze przeznaczenie — szepnęła Kora.

I razem ruszyli ku bramie, za którą kryła się przepowiednia mogąca odmienić los całego Wolmordu.


Mroczny grobowiec otworzył się przed nimi niczym paszcza ogromnego potwora. Z sufitu zwisały pajęczyny, które otulały mieniące się kryształy wyrastające z każdej strony. Na ścianach widniały pradawne malowidła i język, który był całkowicie obcy dla rodzeństwa. Każdy ich krok wzniecał tumany kurzu, które tańczyły w świetle kryształów i majestatycznych obrazów na ścianach.


Szli przed siebie, ale im dalej w głąb, tym powietrze stawało się coraz cięższe, a echo ich kroków odbijało się od kamiennych ścian, powracając jak głosy tych, którzy dawno temu tu zginęli.

— Czujesz to? — szepnęła Kora, ściskając wachlarz energii, który pojawił się w jej dłoni.

— Tak… jakby sam czas się tu zatrzymał — odpowiedział Khor.

Przechodzili od sali do sali, jednak to, co widzieli, było niezrozumiałe dla bliźniąt. Rysunki i symbole nie miały żadnego znaczenia w ich świecie. Dalej korytarz otworzył się w ogromną komnatę. Jej sklepienie ginęło w mroku, a ściany oblepione były półkami, na których piętrzyły się zwoje, całuny i księgi.

— No, w końcu coś znaleźliśmy! — powiedziała triumfalnie Kora.


Zwoje były kruche, a niektóre rozpraszały się w powietrzu po jednym dotknięciu. Księgi miały oprawy ze skóry i metalu, a ich grzbiety zdobiły symbole, których nie potrafili odczytać. Całuny spoczywały w skrzyniach, a ich tkanina pachniała kurzem i starą magią, jakby wciąż przechowywała tajemnicę skrywaną przez bogów.


Kora i Khor, zafascynowani nową wiedzą, zaczęli czytać wszystkie zapiski. Ich palce przesuwały się po liniach run, a słowa same układały się w ich umysłach, jakby księgi chciały być zrozumiane.

Z każdą kolejną stroną ksiąg odkrywali coś nowego.

— To… to jest kronika Wolmordu — wyszeptała Kora.

— Nie tylko kronika. To przepowiednia — dodał Khor, czując, jak jego serce bije szybciej.


Dowiedzieli się, że Żukmistrz nie był tylko nauczycielem, którego znali. Był pierwszym i najpotężniejszym kapłanem Wolmordu — zaklinaczem stworzeń, magiem i wojownikiem.

To on jako pierwszy otworzył portale na górze Gordo, stając się ich strażnikiem. To on czuwał nad równowagą między mroczną a bajeczną stroną krainy.

W chwili, gdy czytali, komnata zdawała się ożywać.

Cienie tańczyły na ścianach, a runy prowadziły ich, jakby o wszystkim wiedziały.

— Bracie… — głos Kory zadrżał. — On wciąż tu jest. Czuję to.

Khor uniósł głowę, a w mroku ponad regałami przez chwilę zdawało mu się, że widzi sylwetkę — niską, przygarbioną, z laską i czułkami drgającymi w powietrzu.

— Żukmistrz… — wyszeptał, ale gdy mrugnął, obraz zniknął.


Rodzeństwo zamknęło księgę, a cisza znów spowiła komnatę, ale w ich sercach pozostała świadomość, że Żukmistrz nie był tylko mistrzem. Był i nadal jest fundamentem Wolmordu. A jeśli przepowiednia mówiła prawdę, to ich własna droga była spleciona z jego losem bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczali.

W jednej z ksiąg natrafili na fragment, który sprawił, że serca zabiły im szybciej:


„W czeluściach jaskini, gdzie światło nie sięga, czeka Kryształowa Wiedźma — demoniczna czarodziejka mrocznego światła. U jej boku śpi Kościany Smok, którego oddech zmienia wszystko w popiół. Razem strzegą tajemnicy, której nie wolno odkryć tym, którzy nie są gotowi”.

Kora poczuła dreszcz na plecach.

— Wiedźma… Ciekawe, bardzo ciekawe… — szeptała do siebie.

Khor zmrużył oczy, a jego aura rozbłysła, jakby płomień w nim samym zareagował na te słowa.

— Jeśli to prawda, to nasza droga dopiero się zaczyna.

Zapis mówił też o urnie z wypaloną przepowiednią, ukrytą gdzieś w tej krypcie. To samo usłyszeli od tajemniczej postaci w przestworzach.


Równowaga Wolmordu słabła, a odpowiedź kryła się w słowach urny. Rodzeństwo rozdzieliło się, by szukać szybciej. Korytarze były pełne zakamarków, a każdy z nich krył inne tajemnice. Odnaleźli skrzynie pełne kości, runiczne tablice, a nawet posągi, które zdawały się śledzić ich wzrokiem. W pewnym momencie Kora zauważyła, że jeden z posągów poruszył głową.

Po godzinach poszukiwań Kora wysłała do brata impuls energii, który doprowadził go do siostry. Jej głos rozbrzmiał w jego umyśle jak grom:

— Znalazłam ją! Znalazłam urnę!

W ciemnym kącie komnaty spoczywało stare naczynie. Razem przetarli je z kurzu, a na jego powierzchni ukazały się wypalone znaki.

Khor uniósł urnę i odczytał zapisane na niej słowa:


„Gdy dwie błękitne iskry zawalczą, wszystko wróci do tego, co było… a wtedy będzie tak, jak było. A gdy rubin i szmaragd rozbłysną na niebie, wtedy cień pochłonie wszystko… bogów i ciebie”.


Słowa zawisły w powietrzu — jakże ciężkie i niepokojące. Kryształy rozbłysły, a ściany zadrżały, jakby same reagowały na przepowiednię.

Kora w milczeniu spojrzała na brata. Jej oczy błyszczały, jakby w głębi duszy już rozumiała znaczenie przepowiedni, jednak zachowała swoje przemyślenia dla siebie.

Khor poczuł, że te słowa nie były tylko zapisem historii — były ostrzeżeniem i zapowiedzią.

Rozdział VI — Chwila relaksu

Wyruszyli dalej, aż dotarli do niewielkiej osady, która tego wieczoru tętniła życiem. Na placu rozstawiono długie stoły, a nad nimi wisiały lampiony zrobione z zastygłych bursztynów, które świeciły własnym blaskiem, mieniąc się ciepłymi barwami. Powietrze pachniało pieczonym mięsem, świeżym chlebem i słodkimi owocami, a w tle rozbrzmiewała muzyka.


Śmiech mieszał się z rozmowami, a dzieci biegały między stołami, trzymając w dłoniach małe, świecące kulki, które unosiły się jak świetliki.

Khor, choć zmęczony, nie mógł oprzeć się ciekawości. Słyszał, że w tej osadzie można spotkać Kilka — maleńkie stworzenie podobne do żonkila, sprytne i zdolne zatamować nawet największą ranę.


Przechadzał się między straganami, zaglądając do klatek i terrariów, gdzie sprzedawano dziwne istoty. W jednym z nich trzepotały ptaki o trzech skrzydłach, które śpiewały w dwóch tonacjach naraz, tworząc dysonans, który dziwnie koił. Obok unosiły się ryby w powietrzu, pływające jak balony, a ich łuski odbijały światło lampionów.


Dalej, w glinianych misach, pełzały salamandry świecące jak żarzące się węgle, a ich oddech zostawiał smugi ciepła.

Niestety, nie znalazł Kilka. Zamiast tego zatrzymał się przy scenie, gdzie magiczni artyści występowali ze swoimi stworzeniami. Jeden z nich przywołał z kapelusza miniaturowego smoka, który pluł iskrami w rytm muzyki. Inny tańczył, jednocześnie żonglując.

Khor uśmiechnął się, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia.


Tymczasem jego siostra przechadzała się po targu. Stragany uginały się od dziwów. Na jednym z nich sprzedawano fiolki z eliksirami, które zmieniały kolor w zależności od nastroju właściciela. Na innym błyszczały lusterka, w których nie odbijała się twarz, lecz obrazy przyszłości. Dalej leżały pierścienie, które szeptały rady w chwilach zwątpienia, a ich głosy były różne: jedne brzmiały jak dziecięcy śmiech, inne krzyczały rozpaczliwym głosem.


Zatrzymała się przy stoisku starej czarodziejki, której dłonie niosły w sobie wiele historii. Na jej blatach leżały magiczne klejnoty.

— To kamienie przywołań — powiedziała staruszka. — Możesz z nich wykonać biżuterię, która pozwoli ci wezwać towarzysza, gdziekolwiek będziesz, ale pamiętaj, że źle wypowiedziana inkantacja może uwięzić stwora w kamieniu na zawsze.


Kora kupiła kilka sztuk, wiedząc, że mogą się przydać w przyszłości. Wieczorem rodzeństwo usiadło przy jednym ze stołów. Minotaur Taurus, choć nieco onieśmielony, siedział obok nich, a dzieci z osady podchodziły, by dotknąć jego rogów. Pegaz stał nieopodal, a jego skrzydła odbijały blask księżyców.

— Jak dobrze, choć na chwilę poczuć się zwyczajnie — powiedziała Kora, popijając złocisty napój, który smakował miodem i miętą.

— Tak, ale wiesz, że to cisza przed burzą? — odparł Khor, patrząc w niebo, gdzie księżyce Wolmordu układały się w dziwny, niepokojący układ.


Gdy muzyka ucichła, a lampiony zaczęły przygasać, mieszkańcy zgromadzili się przy wielkim ognisku na środku placu. Płomienie tańczyły, a iskry unosiły się ku niebu jak małe gwiazdy. Starszy mężczyzna, o twarzy pooranej zmarszczkami i głosie chropowatym jak kora drzewa, zaczął snuć opowieść:

„Dawno temu, zanim powstały portale, a magia rozlała się po świecie, istniał tylko jeden płomień i jedna kropla. Płomień chciał spalić wszystko, kropla chciała zatopić wszystko. Walczyli ze sobą przez wieki, aż zrozumieli, że żadne z nich nie zwycięży. Wtedy połączyli się i stworzyli Wolmord — krainę, w której ogień i woda, światło i cień muszą istnieć razem”.

Kora i Khor spojrzeli na siebie. W tej prostej opowieści usłyszeli proroctwo własnej drogi.

— Może to tylko bajka dla dzieci — szepnęła Kora.

— A może przypomnienie, że nawet my jesteśmy częścią czegoś większego — odpowiedział Khor.


Muzyka znów rozbrzmiała, śmiech powrócił, a noc płynęła spokojnie. Mimo tego w sercach rodzeństwa tliła się świadomość, że to tylko krótki odpoczynek przed kolejną próbą.

Rozdział VII — Elitarne stworzenia

Minęły dwa lata od początku ich podróży — dwa lata prób, bitew, nauki i odkryć. Teraz nadszedł czas, by każde z bliźniąt stawiło czoła swojemu przeznaczeniu.


Kora ruszyła na północ, do jeziora ukrytego w jaskini — do Gniazda Hydr. Po kilkugodzinnej podróży na grzbiecie Taurusa dotarła do ogromnej groty, której wejście otwierało się wprost na morze. Fale uderzały o skały, a ich huk mieszał się z głuchym pomrukiem wnętrza.


W środku panował chłód i wilgoć. Ściany nosiły ślady pazurów, a wśród kamieni leżały czaszki — było to świadectwo dawnych śmiałków, którzy próbowali tu wejść. Kora poczuła, jak serce bije jej szybciej.

— To miejsce oddycha śmiercią — wyszeptała, głaszcząc róg minotaura.

Nagle ciszę przerwał głos — głęboki i złowrogi, który zdawał się dochodzić z serca groty:

— Jam jest Hinebra, najstarsza i najpotężniejsza z gniazda. Strzegę tego miejsca, a ty przyszłaś tu po swoją śmierć.


Z mroku wyłoniła się pięciogłowa bestia. Jej łuski połyskiwały jak mokry obsydian, a każda z głów oddychała innym żywiołem.

Kora uniosła wachlarze energii, a jej głos był stanowczy:

— Jestem Kora, Zaklinaczka Dusz. Przybyłam po ciebie. Walczmy.

— Po mnie? Haha… — roześmiała się hydra.

Bestia uderzyła falą wody, która zalała grotę, po czym zamroziła tarczę Kory lodowym promieniem. Następnie spróbowała unieruchomić ją siłą umysłu, a zaraz potem posłała kulę ognia.

Kora runęła na kamienie, a jej ciało przeszył ból, ale podniosła się, zaciskając zęby.

— Nie złamiesz mnie tak łatwo.


Z jej dłoni wystrzeliły kule energii — potężne jak granaty. Większość chybiła, ale to był plan i taktyka bitewna: Kora otoczyła hydrę zaminowanym polem, a potem jednym gestem spuściła na nią deszcz potężnych pocisków. Eksplozje rozświetliły grotę, a bestia padła na ziemię.

— Jesteś niesamowita… — wysyczała Hinebra, a jej pięć głów mówiło niemal jednocześnie, tworząc kakofonię głosów.

— Mogę powiedzieć to samo o tobie — odpowiedziała Kora, a w jej oczach błyszczała determinacja.

Hydra podniosła się. Jej pięć głów, każda o innej mocy, zaatakowało w kombinacji — centralna telepatią, druga wodą i lodem, następna kwasem, a kolejna ogniem i trucizną. Wir żywiołów runął na Korę.

W jej umyśle rozległ się głos:

„Poddaj się. Twoje ciało spłonie, twoje płuca zatruje jad, a twoje serce zamarznie. Nie masz szans”.

Kora zmrużyła powieki, a jejaura rozbłysła.

— Nie jestem sama. Niosę w sobie głosy wszystkich, którzy walczyli przede mną. I nie pozwolę, by ich ofiara poszła na marne!


Zaklinaczka skupiła całą moc w jednej, olbrzymiej kuli energii. Zderzenie sił wstrząsnęło jaskinią, a podmuch wiatru poczuły istoty wiele kilometrów dalej. Hinebra miała przewagę, ale Kora nie ustąpiła. Jej włosy uniosły się od mocy, a oczy rozbłysły jak dwa błękitne kryształy. Wzmocniła atak i przełamała opór bestii.

Hydra zawyła, a echo jej krzyku rozniosło się po całym wybrzeżu.

— Odpuść. Nie chcę cię zabić — powiedziała Kora, dysząc ciężko.

— Nie… nie mam już siły — wyszeptała Hinebra, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiał cień szacunku.

— To był wspaniały pojedynek.

Hydra padła. Jej ciała nie rozdzierał już gniew, lecz cisza, jakby sama pogodziła się z losem.

Kora wyciągnęła magiczny klejnot i diadem, wypowiadając zaklęcie. Bestia i kryształ zniknęły, a diadem nabrał mocy przywołania stworzenia.


W tej samej chwili w grocie rozległ się głos — głęboki, jakby dochodził z samego serca Wolmordu:

— Od dziś nie jesteś już tylko Zaklinaczką Dusz. Jesteś panią oceanu.

Jaskinia zadrżała, a kryształy w ścianach rozbłysły, jakby same powtarzały te słowa. Jasnowłosa wojowniczka poczuła, jak przez jej ciało przepływa nowa energia. Diadem rozbłysnął, a w jego świetle odbiła się jej twarz — silniejsza, pewniejsza, gotowa na to, co nadejdzie.


W innej części krainy Khor wzbił się ponad wyżyny. Wulkan wyrastał z ziemi jak kamienny kolos, a każdy podmuch wiatru niósł ze sobą zapach siarki i popiołu.

Khor wspinał się na grzbiecie Silstera. Skrzydła pegaza muskały rozgrzane powietrze, a każdy trzepot skrzydeł rozbijał unoszącą się parę. W oddali słychać było wrzącą lawę, a serce młodzieńca biło coraz szybciej.

— Zbliżamy się, czuję to w kościach — wyszeptał Khor, głaszcząc szyję pegaza.


Na samym szczycie, w kraterze, czekał feniks. Był olśniewający — jego pióra płonęły jak złoto i rubiny, a każdy ruch skrzydeł rozsypywał iskry, które unosiły się w powietrzu niczym rój os. Jego oczy były jak dwa słońca, w których kryła się historia — narodzin i śmierci, zniszczenia i odrodzenia.

Widok obcych postaci nie zrobił na nim wrażenia, a przynajmniej tak się wydawało. Ognisty ptak tylko patrzył spokojnym i kojącym spojrzeniem.

— Witaj…

Khor zeskoczył z pegaza i stanął naprzeciw niego.

— Strażniku ognia, przybyłem tu, aby nasze płonące ogniem serca połączyły się w jedno.

Feniks przechylił głowę, a w jego oczach błysnęła ciekawość.

— A czym jest twoja moc? — zapytał.


Khor uniósł dłonie i skupił wewnętrzną energię, po czym rozbłysnął niczym słońce.

— Ki to energia, która płynie przez wszystko. To siła, która nie należy do mnie, ale przeze mnie przepływa. Mogę nią niszczyć, ale mogę też chronić. Prawdziwa moc to wiedzieć, kiedy użyć jej w jednym, a kiedy w drugim celu.


Feniks rozłożył skrzydła, a ich blask rozświetlił cały krater. Płomienie zatańczyły wokół Khora, tworząc krąg ognia.

— Słowa są lekkie jak popiół. Pokaż mi, że twoje serce jest cięższe od niego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 25.2
drukowana A5
za 65.78
drukowana A5
Kolorowa
za 91.29