E-book
9.43
Wolmord

Bezpłatny fragment - Wolmord

Dzieci kosmosu


Objętość:
184 str.
ISBN:
978-83-8455-675-7

Tom I

Alva’Thar

Prolog — Szepty Księżyców:

„Na początku były dwa światła.

Pierwsze — Cyrys, który dawał życie, rozświetlał rzeki i pola, a jego blask rodził nadzieję.

Drugie — Serbrus, który strzegł równowagi, zamykał bramy i więził to, co nie powinno przejść.

Razem tworzyli harmonię, a Wolmord trwał w ich spojrzeniu.

Lecz nadszedł czas, gdy świat zapomniał o dawnych przysięgach.

Smoki zaczęły ryczeć w imię własnej chwały, mistrzowie szukać mocy większej niż ich serca, a bogowie milczeć, jakby sami bali się tego, co nadchodzi.

Wtedy księżyce odwróciły się od siebie.

Cyrys rozświetlał tylko połowę prawdy, a Serbrus zamknął drugą w cieniu.

I od tej chwili każdy, kto sięgnie po moc, będzie musiał wybrać:

czy stanie w blasku, czy w cieniu.

A kiedy nadejdzie dzień, w którym księżyce spojrzą na siebie ponownie, równowaga zostanie złamana.

I wtedy Wolmord pozna swój prawdziwy los.”

Rozdział I — Bliźnięta

Nie każda opowieść rodzi się w świecie, który znamy. Ta zaczyna się w miejscu, gdzie gwiazdy świecą inaczej, a wiatr niesie szepty pradawnych istot. W krainie zwanej Wolmord — planecie utkanej z magii, legend i odwiecznych rytuałów.

Tutaj ludzie żyją ramię w ramię z mitycznymi stworzeniami. Każdy może mieć swojego towarzysza — istotę, którą da się oswoić, nauczyć mówić, a nawet związać z własną duszą. Ale są też bestie dzikie, nieujarzmione, które można zdobyć tylko w walce. Do tego potrzeba magicznego klejnotu lub zaklętej biżuterii i słów, które otwierają więź między światami.

Wolmord przypomina Ziemię, lecz jest od niej bardziej kapryśny. Ma czyste, błękitne niebo, na którym czasami leniwie suną chmury. Raz pada deszcz, a czasami świeci słońce. Bywają dni, gdy ciszę rozdziera grzmot, a niebo przecinają błyskawice, zwiastując burze i tornada, które potrafią zmienić oblicze całych krain

Morza Wolmordu są jak zwierciadła dusz jego mieszkańców. Bywają dni, gdy ich tafla jest tak spokojna i gładka, że przypomina kryształowe lustro. Wtedy żeglarze mówią, że można dostrzec w wodzie nie tylko odbicie chmur i gwiazd, ale i własne przeznaczenie. Innym razem morza zamieniają się w kipiące otchłanie: fale sięgają wysokości wież zamków, a wiatr wyje jak stado wilków.

W głębinach kryją się stworzenia, które nigdy nie ujrzały światła dnia — olbrzymie ryby o oczach jak latarnie, węże morskie oplatające całe statki, a także duchy marynarzy, którzy zginęli w odmętach. A dalej, poza horyzontem, rozciągają się oceany niezbadane, gdzie nie dotarła żadna mapa. Tam woda zmienia barwę na srebrzystą, a fale niosą melodie, których nie potrafi powtórzyć żaden instrument. Mówi się, że w tych krainach czas płynie inaczej, a podróżnik może wrócić po roku, choć w jego świecie minęło ledwie kilka dni.

Góry oplatające kontynenty Wolmordu są jak kręgosłupy tej planety. Strzeliste szczyty wznoszą się ponad chmury, a ich wierzchołki lśnią wiecznym śniegiem. W nocy odbijają blask księżyców — Cyrysa i Serbrusa — tworząc srebrne katedry światła. Między górami kryją się doliny tak głębokie, że słońce zagląda tam tylko na chwilę. W takich miejscach rodzą się legendy o smokach, które nigdy nie opuściły swych gniazd.

Pod górami rozciągają się jaskinie pełne kryształów, które świecą własnym blaskiem. Niektóre z nich są tak wielkie, że wewnątrz mogłyby zmieścić się całe miasta. Echo w tych pieczarach brzmi jak głos pradawnych bogów, a każdy krok odbija się tam jak modlitwa.

Lasy Wolmordu są dwojakie. Jedne, świetliste, pełne drzew o liściach mieniących się barwami tęczy. Nocą rozpalają się tam tysiące świetlików, tworząc drugie niebo — tym razem ukryte pod koronami drzew. Inne, mroczne, tak gęste, że światło słońca nigdy nie dotyka ziemi.

Tam drzewa zdają się żyć własnym życiem, a ich korzenie oplatają wszystko, co stanie na drodze.

Są też morza traw, falujące na wietrze jak oceany. O świcie przybierają barwę złota, w południe zielenieją, a w świetle księżyców srebrzą się niczym rzeka gwiazd.

Nad Wolmordem czuwa jedno słońce i trzy księżyce. Ich układy na niebie wyznaczają rytm magii, wpływają na przypływy, sny i zaklęcia.

Wolmord skrywa sekrety starsze niż ludzie.

Pierwsze Stworzenia żyły tu, zanim pojawiła się magia. Były jak dłonie samej planety — to one ukształtowały góry, oceany i niebo. Ich oddech drążył doliny, a ich kroki wznosiły szczyty. Dopiero później świat został nasycony czarami — najpierw światłem, które rozświetliło niebo i nadało barwę wodom, a potem cieniem, który wypełnił szczeliny i nauczył istoty lęku.

Ślady Pierwszych wciąż istnieją. Są ruiny, które nie poddają się czasowi, choć wokół nich rozsypały się całe królestwa. Są kamienie, które szepczą, gdy dotknie się ich dłonią, a ich głos przypomina echo dawno zapomnianych pieśni. Są też miejsca, gdzie rzeczywistość jest cienka jak pajęczyna — wystarczy jedno drżenie, by pękła i odsłoniła inne światy, równoległe i obce, a jednak dziwnie znajome.

Świat Wolmordu dzieli się na trzy wielkie kontynenty, każdy inny, każdy pełen własnych kultur i tajemnic. Ale istnieją także granice, których nie dostrzega zwykłe oko.

Wysoko ponad ziemią unoszą się światy w przestworzach — miasta dryfujące wśród chmur, gdzie ulice oplatają mosty z mgły, a wieże wyrastają z samych obłoków. Głębiej, pod ziemią, rozciągają się królestwa ciemności — światy podziemne, gdzie żyją istoty, które nigdy nie widziały słońca, a ich oczy świecą jak kryształy w mroku.

Cały Wolmord jest nasycony magią. Każdy kamień, każde źdźbło trawy, każdy podmuch wiatru niesie w sobie jej echo. Nikt jeszcze nie poznał wszystkich tajemnic tej planety, a ci, którzy próbowali, ginęli albo wracali odmienieni, jakby dotknęli czegoś, czego nie powinni.

Historia Wolmordu zaczyna się w dniu, gdy Kora i Khor, bliźnięta o sercach pełnych ognia, kończą siedemnaście lat. Choć różni ich płeć, są do siebie niezwykle podobni — jak dwa odbicia w lustrze, które jednak nigdy nie są identyczne.

Kora jasnowłosa wojowniczka wody. Jej włosy były jasne jak promienie słońca o świcie, spływały falami na ramiona i plecy, mieniąc się złotem i srebrem w zależności od światła. Jej oczy przypominały rozżarzone kryształy — pełne blasku, ale i głębi, w której krył się spokój oceanu. Smukła, gibka, zawsze gotowa do ruchu. W jej krokach była lekkość, jakby taniec i walka były jednym. Spokojniejsza niż brat, bardziej wyważona, lecz w chwilach gniewu stawała się jak sztorm — niepowstrzymana i niszcząca. Kora była jak woda: potrafiła być łagodna i kojąca, ale też nieokiełznana, zdolna zatopić całe krainy.

Khor ciemnowłosy władca ognia. Jego włosy były ciemne jak nocne niebo, gęste i ciężkie, spadające na czoło w nieposkromionych pasmach. Jego oczy miały barwę głębszą niż ocean — błękit, w którym można było utonąć, bo krył w sobie spokój i burzę jednocześnie. Postawny, silny, wyprostowany, z ramionami szerokimi jak tarcza.

W jego ruchach była pewność, ale i porywczość, jakby każdy gest był iskrą gotową zapłonąć. Odważny, czasem impulsywny, z sercem płonącym pasją. Jego słowa potrafiły rozgrzać lub zranić równie mocno jak ostrze. Khor był jak ogień: dawał ciepło i życie, ale potrafił też spalić, jeśli ktoś zbliżył się zbyt lekkomyślnie.

Choć różnił ich temperament, byli jak dwie połowy jednego serca. Ona — ocean, który koi i pochłania. On — ogień, który rozpala i niszczy. Razem tworzyli równowagę. Ona uczyła go cierpliwości, on popychał ją do działania. Ona była głębią, on — błyskiem.

Od dzieciństwa przygotowywali się na ten moment: wybór pierwszego towarzysza. To nie tylko rytuał dorosłości, ale także próba, która miała pokazać, kim naprawdę są.

Niektórzy mówili, że narodziny bliźniąt były przepowiedziane w dawnych pieśniach. Że ogień i ocean miały spotkać się w jednym pokoleniu, by otworzyć nową erę Wolmordu. Ich droga do Żukmistrza nie była więc tylko podróżą po stworzenia. To był początek opowieści, w której światło i cień, ogień i woda, siostra i brat staną się dwiema stronami tej samej legendy.

Rozdział II — Pierwsze stworzenia

Ścieżka prowadziła ich coraz wyżej, ku Szczytowi Żukmistrza — miejsca, o którym szeptano w wioskach i miastach Wolmordu z mieszaniną czci i lęku. Tam mieszkał czarodziej, strażnik portali stworzeń, ten, którego imię znali wszyscy, lecz niewielu miało odwagę wypowiedzieć je głośno.

Sadu Ronso. Żukmistrz.

Wśród wszystkich mistrzów, nauczycieli i czarodziejów, którzy zapisali się w historii Wolmordu, to właśnie on był najstarszy i — jak mówiły legendy — najpotężniejszy z żyjących magów.

Nie imponował wzrostem. Miał zaledwie sto trzydzieści centymetrów, a jednak w jego obecności nawet najwyżsi wojownicy czuli się mali. To nie ciało, lecz aura sprawiała, że górował nad każdym, kto stanął przed nim.

Żukmistrz był hybrydą człowieka i żuka.

Jego twarz, poorana zmarszczkami, o ziemistym, zielonkawo-brązowym odcieniu skóry, przypominała maskę wyrzeźbioną przez czas. Oczy miał wielkie, ciemne i błyszczące jak onyksy, odbijające światło w sposób nieludzki, jakby w ich głębi kryły się inne światy. Z czoła wyrastały trzy cienkie, segmentowane czułki, które drgały, gdy skupiał się na magii. Mówiono, że dzięki nim wyczuwa zakłócenia w tkance rzeczywistości, tak jak owad wyczuwa drgania powietrza.

Był przygarbiony, lecz stabilny. Każdy jego krok był powolny, wyważony, jakby stąpał po granicy dwóch światów.

Pod ciężkim płaszczem krył się chitynowy pancerz, połyskujący w świetle niczym czarne szkliwo.

Jego szata była długa, ciemna, z kapturem, który zdawał się starszy niż on sam. Materiał był ciężki, przetarty, ale zdobiony subtelnymi wzorami przypominającymi sieć owadzich skrzydeł. Na ramionach spoczywał płaszcz, którego brzegi były postrzępione, jakby nadgryzione przez czas. W dłoni trzymał laskę — krótki, skręcony kij z drewna, zakończony kryształem pulsującym jak odwłok świetlika. Kryształ nie tylko świecił, ale zdawał się oddychać, jakby był żywą istotą.

Wokół Żukmistrza powietrze drżało, jakby wibrowało od tysięcy skrzydeł.

Kiedy przemówił, jego głos był niski, chrapliwy, a każde słowo brzmiało jak echo pradawnych zaklęć. Nawet cisza po jego wypowiedzi zdawała się cięższa, jakby świat wstrzymywał oddech.

Jego obecność sprawiała, że portale same otwierały się w cieniu jego kroków, a stworzenia — nawet te dzikie i nieujarzmione — milkły i kłaniały się, jakby rozpoznawały w nim swojego pana.

Był władcą portali. Potrafił otwierać przejścia między światami jednym gestem dłoni. Był zaklinaczem stworzeń, a jego więź z istotami Wolmordu sięgała głębiej niż więź zwykłych ludzi z ich towarzyszami.

Żukmistrz był jak żywa przypowieść. Jego niski wzrost przypominał, że wielkość nie mierzy się ciałem, lecz duchem.

Owadzia natura symbolizowała wytrwałość, siłę wspólnoty i zdolność do przetrwania w każdych warunkach. Trzy czułki były znakiem jego trójdzielnej mądrości: wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Niektórzy mówili, że Sadu Ronso pamięta czasy, gdy Wolmord dopiero nasiąkał magią. Że widział Pierwsze Stworzenia i rozmawiał z nimi w językach, których nikt już nie zna. Inni twierdzili, że sam jest jednym z nich — że jego ludzka forma to tylko maska, a prawdziwe oblicze Żukmistrza kryje się w cieniu portali.

Żukmistrz nie był tylko nauczycielem. Był granicą. Żywą linią oddzielającą świat ludzi od świata pradawnych istot.

W jego twierdzy panowała cisza, którą przerywał jedynie szelest skrzydeł niewidzialnych owadów. Portale lśniły wzdłuż ścian jak żywe lustra, w których migotały obrazy niezliczonych istot — od najmniejszych, skrzydlatych duszków, po olbrzymie bestie, których sam widok mógłby złamać serce wojownika.

Żukmistrz uniósł laskę, a kryształ na jej końcu rozjarzył się pulsującym światłem.

— Możecie wybrać dowolne stworzenie — jego głos zabrzmiał jak echo w kamiennej sali. — Ale pamiętajcie, że nie wszystko jest wam dostępne. Smoki, Feniksy, Behemoty, Hydry i inne elitarne istoty… te wymagają ukończenia szkolenia.

Khor zrobił krok naprzód. Jego oczy błyszczały, gdy spoglądał na portale. W jednym z nich ujrzał skrzydła bielsze niż śnieg i sylwetkę, która zdawała się promieniować światłem.

— Pegaz — wyszeptał, a w jego głosie brzmiała mieszanina zachwytu i pewności. — To on. To mój wybór.

Żukmistrz skinął głową. Czułki na jego czole drgnęły, a powietrze w sali zadrżało. Z portalu wysunął się blask, który uformował się w naszyjnik. W jego sercu pulsował kryształ, w którym zaklęty był Pegaz.

— Dotknij go, a przybędzie. Wezwij go, a usłyszy twój głos, choćbyś był na krańcu świata. — Żukmistrz podał naszyjnik Khoro­wi.

Chłopak ujął go drżącą dłonią, a w jego oczach pojawił się płomień dumy.

— „Bracie…” — odezwała się Kora, patrząc na niego z lekkim uśmiechem. — „Zawsze marzyłeś o wolności nieba.”

— „A ty?” — odparł Khor, unosząc podbródek. — „Co wybierzesz, siostro oceanu?”

Kora spojrzała na portale. Jej wzrok zatrzymał się na sylwetce, która wyłaniała się z mroku: olbrzym, którego rogi lśniły jak ostrza, a w dłoni dzierżył topór wykuty ze smoczego tijanu. Jego oddech był jak grzmot, a każdy ruch emanował siłą.

— Minotaur — powiedziała stanowczo. — Niech będzie moim towarzyszem. Niech jego siła stanie się moją tarczą i moim orężem.

Żukmistrz uniósł laskę po raz drugi. Tym razem z portalu wysunął się pierścień, ciężki, zdobiony runami, które jarzyły się czerwienią. W jego wnętrzu pulsowała sylwetka Minotaura, jakby czekał tylko na wezwanie.

— On odpowie na twój gniew i twoją wolę. Ale pamiętaj, Koro: kto wybiera siłę, musi nauczyć się ją poskramiać.

Dziewczyna ujęła pierścień i wsunęła go na palec. Poczuła, jak przez jej ciało przebiega fala energii, ciężka i potężna, jakby sama ziemia oddała jej część swojej mocy.

Żukmistrz spojrzał na rodzeństwo, a jego oczy błyszczały jak dwa czarne klejnoty.

— Oto wasze pierwsze kroki. Ale to dopiero początek.

Uniósł laskę i z powietrza wysunął się zwój, na którym rozpostarła się mapa. Linie drżały, jakby były żywe, a punkty na niej pulsowały niczym serca.

— Tu znajdziecie misje, które musicie wykonać. Dopiero wtedy zdobędziecie prawo do stworzeń elitarnych.

Khor i Kora spojrzeli na siebie. W ich oczach tlił się ogień i ocean — dwie siły, które od tej chwili miały iść razem.

Rozdział III — Labirynt i las

Tak zaczyna się ich podróż — ku przygodzie, ku przeznaczeniu, ku tajemnicy, która czeka w sercu Wolmordu.

Pierwsza misja prowadziła ich do Labiryntu Przemiany. Nie był on zwykłym tworem kamienia i magii. To żywa budowla, wykuta w sercu skalnej przełęczy, gdzie ziemia od wieków drżała od pradawnych zaklęć. Mówiono, że nie został zbudowany ręką człowieka, lecz wyrósł sam, jakby skały ułożyły się w korytarze pod wpływem woli bogów.

Wejście do Labiryntu przypominało paszczę olbrzymiego stwora. Łuk skalny, porośnięty mchem i czarnymi pnączami, tworzył bramę, która zdawała się oddychać. Nad nią wyrzeźbione były twarze — jedne uśmiechały się złowrogo, inne płakały kamiennymi łzami. Nie było wiadomo, czy to dzieło dawnych rzeźbiarzy, czy kaprys samej natury.

Powietrze przy wejściu było ciężkie, pachniało wilgocią, rdzą i ozonem, jakby burza nigdy stąd nie odeszła.

Kora zatrzymała się przed bramą i spojrzała na brata.

— „Czujesz to?” — wyszeptała. — „Jakby sam labirynt nas obserwował.”

Khor zmrużył oczy, a jego dłoń zacisnęła się na rękojeści miecza. — „Nie tylko obserwuje. On czeka.”

Wnętrze tonęło w mroku, rozświetlanym jedynie blaskiem kryształów, które wyrastały ze ścian niczym zamrożone błyskawice. Jedne świeciły bladym błękitem, inne pulsowały czerwienią, jakby w ich wnętrzu płynęła krew. Ściany były chropowate, zimne, czasem wilgotne od sączącej się wody. W niektórych miejscach pokrywały je runy, które zmieniały kształt, gdy tylko odwracało się wzrok.

Podłoga była nierówna, pełna szczelin. Zdarzało się, że kamień nagle zapadał się pod stopami, odsłaniając przepaść, której dna nie sposób było dostrzec. Każdy korytarz zdawał się prowadzić w inną stronę, a echo kroków mieszało się z odgłosami, które nie należały do nikogo.

Labirynt nie był tylko miejscem fizycznym — był także próbą umysłu. Ściany potrafiły zmieniać kształt, a korytarze wydłużały się w nieskończoność. Czasem pojawiały się obrazy bliskich, które kusiły, by zejść z właściwej ścieżki. Kamienne kolumny spadały nagle z sufitu, podmuchy wiatru gasiły światło kryształów, a całe sale obracały się jak tryby w machinie, zmieniając układ przejść.

W ciemności słychać było głosy — jedne obiecywały pomoc, inne groziły. Nie wiadomo było, czy to echo, duchy, czy sam Labirynt przemawiał.

— „Słyszysz to?” — spytała Kora, a jej głos odbił się dziesiątkami zniekształconych powtórzeń.

— „Tak…” — odpowiedział Khor, a echo powtórzyło jego słowa, lecz innym tonem, jakby mówiła je obca istota.

Labirynt składał się nie tylko z korytarzy, ale i z ogromnych sal.

Pierwsza była Sala Zwierciadeł. Ściany pokrywały lustra z czarnego szkła. Każde odbicie pokazywało inną wersję tego, kim podróżnik mógłby się stać: bohatera, tyrana, martwego wojownika, dziecko, starca. Kora i Khor zatrzymali się przed swoimi odbiciami, a ich serca zabiły szybciej.

Kolejna była Sala Echa, gdzie każde słowo powtarzało się dziesiątki razy, ale zniekształcone, jakby mówiły je inne istoty. Nawet oddech brzmiał tu jak szept tłumu.

Ostatnim etapem Labiryntu była Sala Przemiany — serce budowli, gdzie magia była najgęstsza, a powietrze drżało od niewidzialnej mocy.

Gdy Kora i Khor przekroczyli próg, powitały ich chochliki — drobne, skrzydlate istoty, które wyglądały jak skrzyżowanie nietoperza i dziecka o zbyt dużych oczach. Ich spojrzenia lśniły jak krople rtęci, zimne i nieludzkie.

Ich skrzydła były cienkie jak pergamin, ale ostre jak brzytwy, a każdy trzepot niósł ze sobą sykliwy śmiech, który odbijał się od ścian labiryntu jak szydercze echo. Zęby miały drobne, lecz ostre, a pazury wydłużone, idealne do drapania i rozszarpywania.

Nie były silne, ale ich przewagą była liczba i przebiegłość. Potrafiły nagle zniknąć w cieniu, by po chwili wyskoczyć zza pleców, szepcząc do ucha obelgi i kłamstwa, które mieszały w głowie.

Kora poczuła, jak jeden z nich musnął jej ramię, a w głowie rozbrzmiał głos:

— „On cię zdradzi… twój brat cię zdradzi…”

Dziewczyna zacisnęła pięści, wiedząc, że to tylko iluzja, ale serce i tak zabiło szybciej. Spojrzała na Khora, jakby chciała upewnić się, że to wciąż on, jej brat, a nie cień podszeptów.

— „Nie słuchaj ich, Koro!” — zawołał Khor, widząc jej drżenie. — „To kłamstwa!”

W tej samej chwili uniósł dłoń i po raz pierwszy przywołał Pegiego. Skrzydlaty rumak zstąpił z portalu jak posłaniec niebios, a jego kopyta zadudniły o kamienną posadzkę. Z nozdrzy buchnęła para, a skrzydła rozpostarły się szeroko, rozświetlając mrok blaskiem srebrzystych piór.

Widząc to, chochliki zawyły i wzbiły się w powietrze, tworząc wir czarnych cieni. Ich sykliwy chór rozbrzmiał w całym labiryncie, a echo niosło się jak ostrzeżenie.

Z cienia wyłonił się Cerber — piekielny ogar o trzech głowach.

Pierwsza głowa zionęła ogniem, a każdy oddech rozżarzał powietrze do czerwoności. Druga pluła lodem, a jej oddech zamrażał kryształy na ścianach, które pękały z trzaskiem. Trzecia niosła truciznę — z pyska kapała czarna, gęsta ślina, która syczała, gdy spadała na kamień, wypalając w nim dziury.

Jego ciało było masywne, pokryte czarną sierścią, która miejscami przypominała łuski. Oczy wszystkich trzech głów jarzyły się jak węgle, a ogon, zakończony kolcem, uderzał o ziemię niczym młot bojowy.

Cerber, wspierany przez chmarę chochlików, osaczył Pegaza.

— „Wzbij się! Oślep ich!” — krzyknął Khor.

Pegaz, z hukiem skrzydeł, poderwał się w górę. Powietrze zawyło, a wir piasku i odłamków kryształów wzbił się w powietrze, oślepiając chochliki. Te, oślepione, zaczęły wpadać na siebie, ich sykliwy śmiech zamienił się w wrzask.

Cerber jednak nie dał się zwieść. Jedna głowa zionęła ogniem, druga lodem, trzecia jadem — trzy żywioły uderzyły jednocześnie, tworząc chaos, w którym nawet Pegaz miał trudności, by utrzymać się w powietrzu.

Kora poczuła, jak jej serce ściska strach. — „Khor! On nas zmiażdży!” — zawołała, ale w jej głosie brzmiała też determinacja.

W tej samej chwili przywołała Mino — swego Minotaura. Potężny wojownik runął na Cerbera, a ziemia zadrżała pod jego ciężarem. Jego topór z tijanowej stali rozciął mrok, a iskry posypały się jak gwiazdy.

Minotaur starł się z Cerberem w walce, która była jak zderzenie dwóch światów.

Topór uderzał o kły, skrzydła Pegaza rozcinały powietrze, a chochliki wirowały wokół jak rojowisko szerszeni.

— „Razem, Koro!” — krzyknął Khor, a jego głos odbił się echem od ścian.

— „Razem!” — odpowiedziała, unosząc dłoń, jakby jej własna wola mogła wesprzeć Mino.

To nie była zwykła próba. To był test ich więzi. Ogień i ocean, światło i cień musiały walczyć jako jedno.

Gdy Minotaur zadał decydujący cios, a Cerber runął na ziemię, labirynt zadrżał. Kryształy rozbłysły jaśniej, a chochliki rozpierzchły się w panice, znikając w szczelinach skał.

Pierwsze zadanie zostało zakończone. Ale Kora i Khor wiedzieli, że to dopiero początek.

Dalej labirynt otworzył się na egzotyczny las — tropikalny raj ukryty w kamiennym sercu góry. Powietrze było ciężkie od zapachu żywicy, słodkiego i lepkiego, który osiadał na języku niczym miód. Liście szeptały w języku, którego Kora i Khor nie znali, a jednak czuli, że każde drżenie gałęzi niesie znaczenie, jakby sam las próbował ich powitać.

Światło wpadało przez sklepienie koron wąskimi smugami, które tańczyły na ziemi, rozświetlając mech i paprocie. W oddali szemrała woda, a gdzieś ponad nimi rozbrzmiewał śpiew ptaków o barwach tak jaskrawych, że wyglądały jak żywe klejnoty.

Z gęstwiny wyszły Koroludy — drzewa o ludzkich duszach, potomkowie dawnych ludzi, którzy zostali zatopieni w żywicy i spleceni z korą. Ich sylwetki były potężne, a zarazem dostojne. Twarze przypominały maski wyrzeźbione z drewna, poorane sękami i żyłami żywicy, która spływała jak łzy. Oczy mieli głębokie, bursztynowe, w których tlił się blask pradawnej mądrości.

Ich brody były jak długie, zwisające korzenie, a na głowach nosili korony z gałęzi i porostów. Każdy ich krok brzmiał jak trzask pękającej gałęzi, a jednak poruszali się z gracją, jakby byli częścią samej ziemi.

Nie przyszli walczyć. Ich głosy były głębokie, szorstkie, przypominające szum wichru w koronach drzew.

— „Nie jesteście wrogami” — odezwał się najstarszy z nich, którego korona z gałęzi przypominała jelenie poroże. Jego głos niósł się jak echo burzy. — „Ale w głębi tego lasu czai się cień, którego nawet my się lękamy. Idźcie ostrożnie.”

Kora i Khor wymienili spojrzenia. Po raz pierwszy od wejścia do labiryntu poczuli, że ktoś ich rozumie, że nie są sami w tej próbie.

Inny Korolud podszedł bliżej i podał rodzeństwu kryształowe naczynie wypełnione gęstym, złocistym płynem.

— „To sok żywicy” — powiedział, a jego oczy błysnęły ciepłem. — „Uleczy wasze rany i ukoi serca. Przyjmijcie go jako dar.”

Kora skinęła głową z wdzięcznością, a jej głos zadrżał lekko:

— „Dziękujemy. Nie zapomnimy tej dobroci.”

W zamian Kora i Khor pomogli Koroludom nawodnić ich osadę. Wioska była spleciona z żywych drzew, których konary tworzyły dachy, a pnie — ściany domostw. Strumienie, które niegdyś płynęły obficie, teraz wyschły, a ziemia spękała.

Khor, z pomocą Pegaza, wzbił się ponad las i odnalazł ukryte źródło, które zostało zasypane kamieniami. Kora, wraz z Minotaurem, odsunęła głazy, a woda znów popłynęła, rozlewając się po kanałach wykutych w korzeniach.

Koroludy uniosły ramiona ku niebu, a ich głosy zabrzmiały jak pieśń wiatru, jak modlitwa drzew do samej planety.

— „Ziemia znów oddycha. Jesteście przyjaciółmi lasu.”

Następnego dnia, już ze swoimi towarzyszami, rodzeństwo zostało zaproszone do serca wioski. Tam, w cieniu największego drzewa, nauczyli się rozmawiać z Mino i Pegim.

Pegaz z początku odpowiadał tylko gestami i spojrzeniami, ale dzięki sokowi Koroludów jego głos stał się wyraźniejszy w myślach Khora.

Minotaur, dotąd dziki i nieufny, usiadł obok Kory, a jego oddech zwolnił. Gdy dziewczyna położyła dłoń na jego ramieniu, spojrzał na nią oczami, w których po raz pierwszy nie było gniewu, lecz spokój.

— „Mino…” — wyszeptała Kora. — „Tak będę cię nazywać. Jesteś moim towarzyszem.”

Minotaur skinął głową, a jego ryk zabrzmiał jak przyjęcie przysięgi.

— „A ty, Pegi” — powiedział Khor, głaszcząc szyję Pegaza. — „Razem polecimy dalej, dokądkolwiek los nas poprowadzi.”

Wieczorem wioska rozbrzmiała pieśnią Koroludów. Ich głosy były jak szum lasu, jak trzask ognia i jak echo pradawnych czasów. Kora i Khor siedzieli przy ognisku z żywicy, która paliła się jasnym, złotym płomieniem, a ich serca były spokojne.

Wiedzieli, że droga przed nimi będzie trudna, ale teraz nie byli już sami. Mieli siebie, mieli swoich towarzyszy i mieli błogosławieństwo lasu.

W mroku lasu rozległo się wycie, które nie należało do żadnego znanego zwierzęcia. Echo niosło się po koronach drzew, a ptaki zerwały się z gałęzi w panice. Chwilę później ciszę rozdarł trzask łamanych konarów.

Z nieba runęła Chimera — skrzydlata bestia, której widok mroził krew w żyłach.

Jej głowa była głową tygrysa szablozębnego, z kłami długimi jak miecze, ociekającymi śliną, która syczała, gdy spadała na ziemię. Ciało miała orła, pokryte piórami o barwie nocy, a skrzydła rozpościerały się szeroko, zasłaniając gwiazdy.

Z jej grzbietu wyrastał ogon węża, wijący się jak żywy bat, którego jad mógł zabić w sekundę. Jej ryk był mieszaniną ryku, skrzeku i syku — dźwiękiem, który brzmiał jak głos samego chaosu.

Mino nie czekał. Minotaur runął naprzód, a ziemia zatrzęsła się pod jego ciężarem. Jego topór błysnął w świetle księżyców i z hukiem uderzył w skrzydło Chimery. Kości pękły, a pióra rozsypały się jak czarne płatki.

Bestia zawyła i poderwała się w powietrze, trzepocząc zranionym skrzydłem. Jej lot był chwiejny, ale wciąż śmiertelnie groźny.

— „Mino, uważaj!” — krzyknęła Kora, widząc, jak ogon węża próbuje owinąć się wokół szyi jej towarzysza.

Chimera pikowała w stronę bohaterów. Jej szpony rozdarły powietrze, a ogon błysnął jadem. Pegaz wzbił się, by osłonić Khora, ale potwór uderzył go jednym ciosem. Krew rozprysła się na liściach, a skrzydła Pegiego zadrżały.

— „Pegi!” — krzyknął Khor, serce ścisnęło mu się w gniewie i strachu.

Pegaz, choć ranny, wciąż trzepotał skrzydłami, starając się utrzymać w powietrzu.

Khor poczuł, jak coś w nim pęka. Jakby wszystkie lata treningu, wszystkie sny i wszystkie lęki zebrały się w jednym punkcie. Jego ciało drżało, a powietrze wokół niego zgęstniało.

— „Nie… skrzywdzisz… ich!” — wyszeptał, a jego głos brzmiał jak grzmot.

Z jego dłoni wystrzeliła fala ki — czysta, nieokiełznana energia, która rozdarła noc. Uderzyła w Chimerę z taką siłą, że bestia zatrzymała się w locie, jakby czas na chwilę stanął w miejscu. Jej skrzydła rozpadły się w pył, ogon węża zwisł bezwładnie, a rycząca paszcza roztrzaskała się w świetle eksplozji.

Chimera runęła na ziemię, a jej ciało rozpadło się w chmurę czarnego dymu, który rozwiał się wśród drzew.

Kora patrzyła na brata szeroko otwartymi oczami.

— „Khor… co to było?”

On sam stał jeszcze chwilę, dysząc ciężko, a jego dłonie wciąż drżały od mocy, która dopiero co przez niego przepłynęła.

— „Nie wiem…” — odpowiedział cicho. — „Ale czuję, że to dopiero początek.”

Pegaz osunął się na ziemię, ranny, lecz żywy. Kora uklękła przy nim, przykładając dłoń do jego szyi, czując szybkie, ale mocne bicie serca. Mino stanął obok, trzymając topór jak strażnik, gotów odeprzeć każdy kolejny atak.

W lesie znów zapadła cisza. Ale nie była to cisza spokoju — to była cisza, która zwiastowała, że większe niebezpieczeństwa dopiero nadchodzą.

Kora spojrzała na brata. W jej oczach mieszał się strach i podziw.

— „Khor… jeśli ta moc jest w tobie, musisz ją zrozumieć. Inaczej ona zrozumie ciebie.”

Khor spuścił wzrok, a jego pięści wciąż drżały.

— „Wiem. Ale teraz… teraz najważniejsze, że żyjemy.”

Nad nimi księżyce Wolmordu rozświetlały las srebrnym blaskiem, a w powietrzu unosił się zapach spalonego powietrza i żywicy. To była noc zwycięstwa, ale i ostrzeżenia.

Rozdział IV — Wioska Mistrzów

Po wyjściu z lasu, gdzie echo pieśni Koroludów wciąż brzmiało w ich sercach, Kora i Khor trafili do osady mistrzów — miejsca, które było jak żywe serce Wolmordu.

Osada rozciągała się na rozległej równinie, otoczonej górami, które lśniły runami widocznymi tylko w świetle księżyców. Z oddali wyglądała jak miasto utkane ze światła i dymu, a im bliżej podchodzili, tym wyraźniej czuli pulsującą w powietrzu magię.

Alchemicy pracowali w kamiennych warsztatach, gdzie powietrze pachniało siarką, ziołami i metalem. Ich kociołki bulgotały, a opary unosiły się w barwach zieleni i fioletu, tworząc fantastyczne kształty, które rozpływały się w powietrzu.

Magowie unosili się nad placem, ćwicząc zaklęcia, które rozświetlały niebo błyskami błękitu i złota. Każdy gest dłoni kreślił w powietrzu runy, które wirowały, zanim znikały jak iskry.

Kowale wykuwali broń, której klingi śpiewały, gdy uderzały o kowadła. Echo ich pracy mieszało się z hukiem zaklęć, tworząc symfonię stali i magii.

Władcy run rzeźbili symbole w kamieniach, a każdy znak pulsował własnym światłem, jakby w ich dłoniach rodziły się nowe prawa rzeczywistości.

Mistrzowie portali otwierali przejścia, przez które można było zajrzeć do innych światów — czasem tylko na chwilę, zanim zamknęły się jak powieki. W tych krótkich momentach można było dostrzec obce nieba, oceany pełne dziwnych stworzeń, a nawet miasta, które nie istniały w tym świecie.

Było to miejsce, gdzie każdy oddech niósł moc, a każdy krok przypominał, że magia i rzemiosło są tu jednością.

Kora i Khor zatrzymali się na placu, chłonąc widok.

— „To… jest jak sen” — wyszeptała Kora, a jej oczy lśniły zachwytem.

— „Nie sen” — odparł Khor, zaciskając dłonie w pięści. — „To początek naszej drogi.”

Chwilę później rozdzielili się, każdy wybierając własną ścieżkę.

Kora postanowiła szkolić się w walce wręcz i w opanowaniu swoich towarzyszy. Jej serce płonęło pragnieniem, by ujarzmić stworzenie, które od dawna nawiedzało jej sny — Hydrę.

Khor udał się do Sanktuarium Magii, gdzie w ciszy i skupieniu miał wzmocnić swoje zdolności telepatyczne i siłę ki.

Kora dotarła do twierdzy, która wyglądała jak świątynia wyrzeźbiona z żywego kamienia. Jej mury oplatały pnącza, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł i mokrej ziemi. Wysokie schody prowadziły ku wejściu, a każdy stopień zdawał się szeptać w języku, którego nie znała.

Na szczycie schodów czekała Mistrzyni Kamara — kapłanka stworzeń. Jej sylwetka była smukła, a oczy lśniły zielenią, jakby odbijały światło lasu. W dłoni trzymała laskę zakończoną kryształem, w którym wirowały obrazy zwierząt — od najmniejszych owadów po smoki.

Kamara uniosła laskę, a kryształ rozbłysnął.

— „Pragniesz ujarzmić Hydrę?” — zapytała głosem, który brzmiał jak szelest liści, ale w tonie kryła się nuta ostrzeżenia.

Kora uniosła podbródek.

— „Tak. Od dawna widzę ją w snach. Wiem, że to moje przeznaczenie.”

Kamara uśmiechnęła się lekko, choć w jej spojrzeniu czaiła się powaga.

— „Hydra nie poddaje się nikomu. Jej głowy są jak lęki i gniewy, które kryją się w sercu. Jeśli chcesz spróbować, musisz najpierw zdobyć kroplę wody z dna oceanu. Tylko ona otworzy ci drogę.”

Kora poczuła, jak serce przyspiesza. To nie była tylko próba siły — to był test odwagi i wiary w siebie.

Kora udała się do Khora, który trenował w wiosce mistrzów. Zastała go w chwili, gdy siedział w kręgu run, a jego ciało otaczała aura błękitnej energii. Runy pulsowały, jakby oddychały razem z nim.

— „Bracie, potrzebuję cię.”

Khor otworzył oczy. W jego spojrzeniu widać było zmęczenie, ale i determinację.

— „Niechętnie opuszczam naukę…” — powiedział cicho, a jego głos drżał od wysiłku. Pot spływał mu po skroni, a dłonie wciąż drżały od mocy. — „Ale jeśli to ważne, pójdę z tobą.”

Kora uśmiechnęła się lekko, a w jej oczach błysnęła wdzięczność.

— „Razem, jak zawsze.”

Wspólnie, na grzbiecie Pegaza, wznieśli się w przestworza. Wiatr smagał ich twarze, a pod nimi rozciągały się równiny i lasy Wolmordu, mieniące się w blasku księżyców jak morze zieleni i srebra. Pegaz trzepotał skrzydłami, a każdy jego ruch rozcinał powietrze niczym ostrze.

Kora objęła grzywę stworzenia, czując, jak serce bije jej szybciej.

— „Czujesz to, bracie? Jakby cały świat patrzył na nas z góry.”

Khor uśmiechnął się krótko, choć w jego oczach tliła się powaga.

— „Nie patrzy. On nas sprawdza.”

W tej samej chwili niebo rozdarło się blaskiem. Przed nimi ukazała się postać otoczona światłem — miała twarz ludzką, ale nieziemską, a jej głos brzmiał jak echo anielskich chórów.

— „Prawda czeka w krypcie na bagnach, na północ od wioski mistrzów.”

Rodzeństwo spojrzało na siebie, a serca zabiły im szybciej.

— „Musicie odnaleźć urnę, na której spisana jest przepowiednia.”

Słowa zawisły w powietrzu jak pieczęć losu. Po chwili postać zniknęła, a niebo znów stało się ciemne i ciche.

Na brzegu oceanu powitał ich widok niezwykły. Plaża miała piasek w kolorze bladego różu, a fale rozbijały się o brzeg, niosąc ze sobą zapach soli i tajemnicy. Horyzont zdawał się drżeć, jakby woda kryła w sobie coś więcej niż tylko głębię.

Khor spojrzał na siostrę.

— „Jakie jest moje zadanie?”

Kora odwróciła się ku niemu, a w jej oczach błyszczała determinacja.

— „Stwórz wokół mnie bańkę z tlenem i barierą ciśnieniową. Potem zepchnij mnie na samo dno.”

Khor skinął głową i uniósł dłonie. Aura błękitnej energii otoczyła Korę, tworząc przejrzystą sferę. Pot spływał mu po czole, a dłonie drżały od wysiłku.

— „Wytrzymam…” — wyszeptał, choć sam czuł, że siły go opuszczają.

Kora, widząc jego zmagania, sięgnęła po własną moc. W jej dłoniach pojawiły się dwa magiczne wachlarze, które rozbłysły błękitnym światłem. Jednym ruchem rozcięła wodę przed sobą i, niczym błyskawica, pomknęła w głąb oceanu.

Na samym dnie panowała cisza, którą zna tylko głębia. Ciemność była gęsta, a jedynym światłem były kryształy wyrastające z dna, jarzące się jak uśpione gwiazdy. Kora czuła, jak ciśnienie przygniata jej ciało, ale jej serce biło mocniej niż strach.

Wyciągnęła małą buteleczkę i zaczarowaną strzykawkę. Przebiła barierę i pobrała kroplę wody z samego dna. Kropla rozbłysła w szkle jak żywy klejnot, jakby zawierała w sobie echo pradawnych oceanów.

Telepatyczny szept połączył ich umysły.

— „Jeszcze chwila, siostro…” — wyszeptał Khor, mobilizując resztki sił.

Bańka uniosła Korę ku powierzchni, a fala wyrzuciła ją na brzeg. Leżała przez moment, dysząc ciężko, a piasek różowej plaży kleił się do jej skóry.

Khor podbiegł do niej, pomagając jej wstać.

— „Masz ją?”

Kora uniosła buteleczkę, w której błyszczała kropla wody.

— „Mam. I czuję, że to dopiero początek.”

Kora udała się do Mistrzyni Kamary. Kapłanka stworzeń, widząc kroplę, uśmiechnęła się z uznaniem.

— „Z wielką przyjemnością będę cię uczyła. Odpocznij, bo jutro czeka cię ciężki dzień.”

Kora poczuła, że właśnie otworzyła drzwi do nowego rozdziału swojego przeznaczenia.

W tym samym czasie, gdy Kora przygotowywała się do swego rytuału, Khor kończył trening ducha. Jego mistrzowie nauczyli go panować nad własnym gniewem, wsłuchiwać się w głos Pegaza i wyciszać umysł, aż stawał się jak spokojna tafla jeziora. Ale wiedział, że to dopiero początek.

Kolejnym krokiem była wyprawa na wulkan, gdzie mieszkał Zaklinacz Feniksa — strażnik ognia odrodzenia.

W połowie drogi na szczyt znajdowała się chata mistrza Fjiu. Była to budowla z czarnego kamienia, opleciona korzeniami, które przetrwały nawet w tym piekle. Dach pokrywały popioły, a z komina unosił się dym o zapachu siarki i ziół.

Przed chatą siedział starzec o twarzy pooranej zmarszczkami, które przypominały spękaną ziemię. Jego oczy jarzyły się jak dwa węgle, a dłonie drżały, gdy opierał się na lasce.

— „Przynieś mi dzban lawy, a otrzymasz trening” — powiedział głosem chrapliwym, jakby sam wulkan przemawiał przez niego. — „Pamiętaj, ujarzmić Feniksa może tylko czysta i dobra dusza.”

Khor skinął głową, nie odpowiadając słowem. Wiedział, że to próba, której nie można obejść.

Razem z Pegazem ruszył w górę. Wulkan ryczał ogniem, a powietrze drżało od gorąca.

Ziemia była spękana, a z każdej szczeliny buchała para. Kamienie były tak rozgrzane, że stopiłyby żelazo, a niebo nad kraterem przybrało barwę krwi.

Pegaz stąpał ostrożnie, jego skrzydła drżały, a nozdrza parowały od gorąca.

— „Jeszcze kawałek, przyjacielu” — szepnął Khor, głaszcząc jego szyję.

Na moment zatrzymali się przy skalnym występie, gdzie lawa spływała jak rzeka światła. Khor usiadł obok Pegaza, a płomienie odbijały się w jego oczach. To była ich chwila „ogniska” — nie z drewna i iskier, lecz z samego serca ziemi.

— „Jeśli upadnę, Pegi… dokończysz tę drogę beze mnie” — wyszeptał. Pegaz zarżał cicho, jakby sprzeciwiał się tym słowom, a jego skrzydła otuliły chłopaka niczym płaszcz.

Gdy tylko próbował napełnić naczynie lawą, ziemia zadrżała. Z wnętrza skał wyłonił się skalny olbrzym — żywiołak ognia i ziemi.

Jego ciało było zbudowane z głazów, które spajały rozżarzone pęknięcia. Każdy ruch powodował, że z jego wnętrza sypały się iskry i płonące odłamki. Oczy miał jak dwa kraterowe ognie, a jego oddech był gorętszy niż sam wulkan.

— „Nie jesteś godzien!” — ryknął głosem, który był jak grzmot i trzask lawy.

Potwór uderzył pięścią w ziemię, a fala ognia rozlała się po zboczu. Khor runął na kamienie, czując, jak gorąco pali mu skórę.

Podniósł się, chwiejny, ale zdeterminowany.

— „Nie odejdę bez tej próby!” — krzyknął, a jego głos odbił się echem od ścian krateru.

Skupił się, a jego ciało otoczyła aura błękitnej energii. Ki pulsowała w jego dłoniach, aż powietrze wokół zadrżało.

Żywiołak zamachnął się ponownie, ale Khor uskoczył i uderzył w jego pierś falą energii. Głazy rozpadły się, a rozżarzone pęknięcia rozsypały się jak deszcz iskier.

Olbrzym zawył, a jego ciało rozpadło się na fragmenty, które spadły wprost do krateru.

Ale Khor wiedział, że to nie koniec. Żywiołak nie zginął — tylko wrócił do swego żywiołu.

Miał jednak czas. Szybko napełnił dzban lawą, której blask pulsował jak serce. Czuł, że każdy oddech w tym miejscu jest walką o życie, ale nie ustąpił.

Pegaz, choć zmęczony, uniósł go z powrotem w dół zbocza.

Mistrz Fjiu czekał przed chatą. Gdy zobaczył dzban, jego oczy rozbłysły.

— „Dobrze. Masz odwagę i siłę. Ale pamiętaj, Khorze — ujarzmić Feniksa może tylko ten, kto nie nosi w sercu cienia. Jutro rozpoczniemy twój trening.”

Khor skinął głową. Wiedział, że to dopiero początek… ale w głębi serca czuł, że płomień, który dziś rozpalił, nigdy już nie zgaśnie.

Rozdział V — Krypta

Minęły tygodnie. Bliźnięta ukończyły swoje szkolenia i podziękowały mistrzom, którzy otworzyli przed nimi nowe ścieżki.

Kora stała się Zaklinaczką Dusz — mistrzynią w ujarzmianiu stworzeń, szczególnie wodnych, i w tworzeniu broni utkanej z czystej energii. Jej wachlarze i włócznie powstawały z samego światła, a każde zaklęcie niosło echo pradawnych pieśni.

Khor został Magiem Umysłu — telepatą zdolnym zaklinać wybrane istoty, mistrzem Feniksa, którego płomienie oczyszczały i niszczyły zarazem. Jego aura była jak ocean — spokojna na powierzchni, ale kryjąca w sobie burzę.

Teraz razem wyruszyli ku krypcie na bagnach, o której mówił duch.

Bagna były jak inny świat. Mgła była gęsta jak mleko, spowijała drzewa i wodę, tłumiła każdy dźwięk. Krople rosy osiadały na włosach i ubraniach, a powietrze pachniało gnijącymi liśćmi i wilgocią.

— „Nie widzę nawet własnej dłoni…” — mruknęła Kora, mrużąc oczy.

— „Pegi, rozgoń to.” — polecił Khor.

Pegaz rozpostarł skrzydła i z mocnym trzepotem rozciął mgłę. Opary rozstąpiły się, ukazując w oddali sylwetkę krypty.

Jej mury były czarne, porośnięte mchem, a wejście przypominało paszczę bestii.

Przed wejściem stały dwie istoty. Szaregęsi — hybrydy gęsi i wilka.

Ich ciała były masywne, nogi porośnięte sierścią, a skrzydła, choć krótkie, trzepotały nerwowo, rozpryskując błoto. Z dziobów sterczały wilcze kły, ociekające śliną, a ich oczy jarzyły się czerwienią. Ich głosy były mieszaniną syku i wycia, dźwiękiem, który przypominał koszmarne echo.

— „Nie przejdziecie…” — zawyły jednocześnie, a ich głosy rozniosły się po bagnach, sprawiając, że drzewa zadrżały, a woda w kałużach zafalowała.

Kora przywołała Mino. Minotaur runął do szarży, a ziemia zadrżała pod jego kopytami. Jego topór zatoczył szeroki łuk i powalił jedną z bestii.

Ale Szaregęsi nie były zwykłymi strażnikami. Upadły, lecz zaraz podniosły się, ich rany zarosły, a oczy zapłonęły jeszcze mocniej.

— „One się regenerują!” — krzyknęła Kora, a w jej głosie brzmiała złość i niepokój.

Nie tracąc czasu, wyczarowała włócznię z energii. Jej ostrze rozbłysło błękitem, a gdy ugodziła jedną z bestii, rozległ się syk, jakby uderzyła w samą mgłę. Potwór zawył i cofnął się, ale nie padł.

Druga Szaragęś rzuciła się na Minotaura, wbijając kły w jego ramię. Mino zawył, a Kora poczuła, jak jej serce ściska strach.

— „Mino! Wytrzymaj!” — zawołała, a jej wachlarze rozbłysły, tworząc tarczę światła, która odrzuciła bestię.

W tym czasie Khor uniósł się w powietrze. Jego oczy rozbłysły błękitem, a wokół niego pojawiła się aura Feniksa — płomienie tańczące w powietrzu.

— „Dosyć.” — jego głos zabrzmiał jak grzmot, a echo poniosło się po bagnach.

Oba potwory uniosły się wraz z nim, szarpiąc się i wijąc w powietrzu, jakby niewidzialne dłonie zacisnęły się na ich ciałach. Szaregęsi syczały i wyły, ich skrzydła trzepotały rozpaczliwie, a błoto pod nimi kipiało od energii.

Khor skupił całą swoją moc.

— „Wracajcie do cienia, z którego wyszłyście!” — ryknął, a jego aura rozbłysła jak słońce.

Cisnął nimi o ziemię z taką siłą, że błoto i kamienie rozprysły się na wszystkie strony. Szaregęsi zawyły po raz ostatni i już się nie podniosły.

Mgła znów zaczęła gęstnieć, jakby chciała ukryć to, co się wydarzyło. Kora spojrzała na brata, a w jej oczach błyszczał podziw i ulga.

— „Twoja moc… jest coraz silniejsza.”

Khor opadł na ziemię, ciężko oddychając. Spojrzał na siostrę i wskazał na włócznię, która wciąż jarzyła się w jej dłoni.

— „A twoja coraz piękniejsza. Światło, które tworzysz… ono nie tylko rani, ono daje nadzieję.”

Kora uśmiechnęła się lekko, choć w jej oczach wciąż tlił się cień niepokoju.

Przed nimi majaczyła krypta. Jej wejście zdawało się pulsować ciemnym światłem, jakby sama czekała na ich przybycie.

— „To dopiero początek.” — szepnęła Kora.

I razem ruszyli ku bramie, za którą kryła się przepowiednia, mogąca odmienić los całego Wolmordu.

Mroczny grobowiec otworzył się przed nimi jak paszcza pradawnego potwora. Pajęczyny zwisały z sufitu ciężkimi zasłonami, a każdy krok rodzeństwa wzniecał tumany kurzu, które tańczyły w świetle kryształów, jarzących się w ścianach niczym uwięzione dusze.

Powietrze było ciężkie, przesycone zapachem wilgoci i starości. Echo kroków odbijało się od kamiennych ścian, powracając jak głosy tych, którzy dawno temu tu zginęli.

— „Czujesz to?” — szepnęła Kora, ściskając wachlarz energii, który pojawił się w jej dłoni.

— „Tak… jakby sam czas tu stanął.” — odpowiedział Khor, a jego głos brzmiał jakby stłumiony przez mury.

Po kilku metrach korytarz otworzył się w ogromną komnatę. Jej sklepienie ginęło w mroku, a ściany oblepione były półkami, na których piętrzyły się zwoje, całuny i księgi.

— Zwoje były kruche, zapisane runami, które jarzyły się słabym światłem, jakby wciąż żyły.

— Księgi miały oprawy ze skóry i metalu, a ich grzbiety zdobiły symbole, których nie potrafili odczytać.

— Całuny spoczywały w skrzyniach, a ich tkanina pachniała kurzem i starą magią, jakby wciąż przechowywała echo dawnych rytuałów.

Pergaminy pachniały kurzem, ale też czymś więcej — czystą magią, która przetrwała wieki.

Kora i Khor, zafascynowani, zaczęli czytać. Ich palce przesuwały się po liniach run, a słowa same układały się w ich umysłach, jakby księgi chciały być zrozumiane.

Z każdą stroną odkrywali coś nowego.

— „To… to jest kronika Wolmordu.” — wyszeptała Kora, a jej oczy błyszczały.

— „Nie tylko kronika. To… przepowiednia.” — dodał Khor, czując, jak jego serce bije szybciej.

Dowiedzieli się, że Mistrz Żukmistrz nie był tylko nauczycielem, którego znali. Był pierwszym i najpotężniejszym kapłanem Wolmordu — zaklinaczem stworzeń, magiem i wojownikiem.

To on jako pierwszy otworzył portale na górze Gordo, stając się ich strażnikiem. To on czuwał nad równowagą między mroczną a bajeczną stroną krainy.

W chwili, gdy czytali, komnata zdawała się ożywać. Świece, które dawno powinny zgasnąć, zapłonęły bladym płomieniem.

Cienie zatańczyły na ścianach, a w powietrzu rozległ się cichy szelest, jakby ktoś przewracał kolejne strony ksiąg.

— „Khorze…” — głos Kory zadrżał. — „On… on wciąż tu jest. Czuję to.”

Khor uniósł głowę. W mroku, ponad regałami, przez chwilę zdawało mu się widzieć sylwetkę — niską, przygarbioną, z laską i czułkami drgającymi w powietrzu.

— „Żukmistrz…” — wyszeptał, ale gdy mrugnął, obraz zniknął.

Rodzeństwo zamknęło księgę, a cisza znów spowiła komnatę. Ale w ich sercach pozostała świadomość: Żukmistrz nie był tylko mistrzem. Był fundamentem Wolmordu.

A jeśli przepowiednia mówiła prawdę, to ich własna droga była spleciona z jego losem bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczali.

W jednej z ksiąg natrafili na fragment, który sprawił, że serca zabiły im szybciej:

„W czeluściach jaskini, gdzie światło nie sięga, czeka Kryształowa Wiedźma Aime — demoniczna czarodziejka mrocznego światła. U jej boku śpi Kościany Smok, którego oddech zamienia życie w popiół. Razem strzegą tajemnicy, której nie wolno odkryć tym, którzy nie są gotowi.”

Kora poczuła dreszcz na plecach. Wachlarz w jej dłoni zadrżał, jakby reagował na imię Wiedźmy.

— „A więc to ona… strażniczka przepowiedni.”

Khor zmrużył oczy, a jego aura rozbłysła na moment, jakby Feniks w nim samym zareagował na te słowa.

— „Jeśli to prawda, to nasza droga dopiero się zaczyna.”

Zapis mówił też o urnie z wypaloną przepowiednią, ukrytą gdzieś w tej krypcie. To samo usłyszeli od tajemniczej postaci w przestworzach. Równowaga w Wolmordzie słabła, a odpowiedź kryła się w słowach urny.

Rodzeństwo rozdzieliło się, by szukać szybciej. Korytarze były pełne zakamarków, a każdy z nich krył inne tajemnice: skrzynie pełne kości, runiczne tablice, a nawet posągi, które zdawały się śledzić ich wzrokiem. W pewnym momencie Kora przysięgłaby, że jeden z posągów poruszył głową, a echo jej kroków brzmiało jak cudze.

Po godzinach Kora przywołała brata telepatycznie. Jej głos rozbrzmiał w jego umyśle jak szept:

— „Znalazłam ją.”

W ciemnym kącie komnaty spoczywało zakurzone naczynie. Razem przetarli je z kurzu, a na jego powierzchni ukazały się wypalone znaki.

Khor uniósł urnę i odczytał słowa, które rozbrzmiały w ciszy jak echo z innego wymiaru:

„Gdy dwie błękitne iskry zawalczą, wszystko wróci do tego, co było… a wtedy będzie lepiej niż było.”

Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i niepokojące. Kryształy w ścianach zadrżały, jakby same reagowały na przepowiednię.

Kora spojrzała na brata, ale nic nie powiedziała. Jej oczy błyszczały, jakby w głębi duszy już rozumiała znaczenie przepowiedni. Jednak zachowała swoje przemyślenia dla siebie.

Khor poczuł, że te słowa nie były tylko zapisem historii. Były ostrzeżeniem. I zapowiedzią.

Rozdział VI — Chwila relaksu

Wyruszyli dalej, aż dotarli do niewielkiej osady, która tego wieczoru tętniła życiem. Na placu rozstawiono długie stoły, a nad nimi wisiały lampiony zrobione z kryształów, które świeciły własnym blaskiem, mieniąc się barwami tęczy. Powietrze pachniało pieczonym mięsem, świeżym chlebem i słodkimi owocami, a w tle rozbrzmiewała muzyka — skrzypce, bębny i flet splatały się w radosną melodię, która niosła się aż po skraj lasu.

Śmiech mieszał się z rozmowami, a dzieci biegały między stołami, trzymając w dłoniach małe, świecące kulki, które unosiły się w powietrzu jak świetliki.

Khor, choć zmęczony, nie mógł oprzeć się ciekawości. Słyszał, że w tej osadzie można spotkać Kilka — maleńkie stworzenie, żółte jak żonkil, sprytne i zdolne leczyć rany sokiem, który wydzielało z pancerzyka.

Przechadzał się między straganami, zaglądając do klatek i terrariów, gdzie sprzedawano dziwne istoty. W jednym z terrariów trzepotały ptaki o trzech skrzydłach, które śpiewały w dwóch tonacjach naraz, tworząc dysonans, który dziwnie koił. Obok unosiły się ryby w powietrzu, pływające jak balony, a ich łuski odbijały światło lampionów. Dalej, w glinianych misach, pełzały salamandry świecące jak żarzące się węgle, a ich oddech zostawiał na powietrzu smugi ciepła.

Ale Kilka nie znalazł. Zamiast tego zatrzymał się przy scenie, gdzie magiczni artyści występowali ze swoimi stworzeniami. Jeden z nich przywołał z kapelusza miniaturowego smoka, który pluł iskrami w rytm muzyki. Inny tańczył z cieniem wilka, który poruszał się niezależnie od swego pana, jakby miał własną wolę.

Khor uśmiechnął się, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia.

Kora tymczasem przechadzała się po targu. Stragany uginały się od dziwów. Na jednym z nich sprzedawano fiolki z eliksirami, które zmieniały kolor w zależności od nastroju właściciela. Na innym błyszczały lusterka, w których nie odbijała się twarz, lecz obrazy przyszłości — niejasne, migotliwe, jakby utkane z mgły. Dalej leżały pierścienie, które szeptały rady w chwilach zwątpienia, a ich głosy były różne: jedne brzmiały jak dziecięcy śmiech, inne jak szept starca.

Zatrzymała się przy stoisku starej czarodziejki, której dłonie drżały, ale oczy błyszczały jak gwiazdy. Na jej blatach leżały magiczne klejnoty — każdy inny, każdy pulsujący własnym światłem.

— „To kamienie przywołań” — powiedziała staruszka, a jej głos był jak skrzypienie starych drzwi. — „Z nich możesz uczynić biżuterię, która pozwoli ci wezwać twoich towarzyszy, gdziekolwiek będziesz. Ale pamiętaj — kamień zawsze odpowiada sercu, które go nosi.”

Kora kupiła kilka, wiedząc, że mogą uratować im życie w dalszej podróży.

Wieczorem rodzeństwo usiadło przy jednym ze stołów. Minotaur Mino, choć nieco onieśmielony, siedział obok nich, a dzieci z osady podchodziły, by dotknąć jego rogów i uśmiechały się szeroko. Pegaz stał nieopodal, a jego skrzydła odbijały blask lampionów, jakby sam był częścią święta.

— „Dobrze jest… choć na chwilę poczuć się zwyczajnie.” — powiedziała Kora, popijając złocisty napój, który smakował jak miód i mięta.

— „Tak. Ale wiesz, że to cisza przed burzą.” — odparł Khor, patrząc w niebo, gdzie księżyce Wolmordu układały się w dziwny, niepokojący układ.

Gdy muzyka ucichła, a lampiony zaczęły przygasać, mieszkańcy zgromadzili się przy wielkim ognisku na środku placu. Płomienie tańczyły, a iskry unosiły się ku niebu jak małe gwiazdy. Starszy mężczyzna, o twarzy pooranej zmarszczkami i głosie chropowatym jak kora drzewa, zaczął snuć opowieść.

— „Dawno temu, zanim powstały portale, a magia rozlała się po świecie, istniał tylko jeden płomień i jedna kropla. Płomień chciał spalić wszystko, kropla chciała zatopić wszystko. Walczyli ze sobą przez wieki, aż zrozumieli, że żadne z nich nie zwycięży. Wtedy połączyli się i stworzyli Wolmord — krainę, w której ogień i woda, światło i cień, muszą istnieć razem.”

Kora i Khor spojrzeli na siebie. W tej prostej opowieści usłyszeli echo własnej drogi.

— „Może to tylko bajka dla dzieci” — szepnęła Kora.

— „A może przypomnienie, że nawet my… jesteśmy częścią czegoś większego.” — odpowiedział Khor.

Muzyka znów rozbrzmiała, śmiech powrócił, a noc płynęła spokojnie. Ale w sercach rodzeństwa tliła się świadomość, że to tylko krótki odpoczynek przed kolejną próbą.

Rozdział VII — Elitarne stworzenia

Minęły dwa lata od początku ich podróży. Dwa lata prób, bitew, nauki i odkryć. Teraz nadszedł czas, by każde z bliźniąt stawiło czoła swojemu przeznaczeniu.

Kora ruszyła na północ, do jeziora ukrytego w jaskini — gniazda Hydr.

Po kilkugodzinnej podróży na grzbiecie Mino dotarła do ogromnej groty, której wejście otwierało się wprost na morze. Fale uderzały o skały, a ich huk mieszał się z głuchym pomrukiem wnętrza.

W środku panował chłód i wilgoć. Ściany nosiły ślady pazurów, a wśród kamieni leżały czaszki — świadectwo dawnych śmiałków, którzy próbowali tu wejść.

Kora poczuła, jak serce bije jej szybciej.

— „To miejsce… oddycha śmiercią.” — wyszeptała, głaszcząc róg Mino.

Nagle ciszę przerwał głos, głęboki i złowrogi, który zdawał się dochodzić z samego kamienia:

— „Jam jest Hinebra, najstarsza i najpotężniejsza z gniazda. Strzegę tego miejsca, a ty przyszłaś tu po swoją śmierć.”

Z mroku wyłoniła się pięciogłowa bestia. Jej łuski połyskiwały jak mokry obsydian, a każda z głów oddychała innym żywiołem.

Kora uniosła wachlarze energii, a jej głos nie drżał:

— „Jestem Kora, Zaklinaczka Dusz. Przybyłam po ciebie. Walczmy.”

Hinebra uderzyła falą wody, która zalała grotę, po czym zamroziła tarczę Kory lodowym promieniem. Potem spróbowała unieruchomić ją siłą umysłu, a zaraz potem posłała kulę ognia.

Kora runęła na kamienie, a jej ciało przeszył ból. Ale podniosła się, zaciskając zęby.

— „Nie złamiesz mnie tak łatwo.”

Z jej dłoni wystrzeliły kule energii — potężne jak granaty. Większość chybiła, ale to był plan. Kora otoczyła Hydrę zaminowanym polem, a potem jednym gestem spuściła na nią deszcz duchowych pocisków. Eksplozje rozświetliły grotę, a bestia runęła na ziemię.

— „Jesteś niesamowita…” — wysyczała Hinebra, a jej pięć głów mówiło niemal jednocześnie, tworząc kakofonię głosów.

— „Mogę powiedzieć to samo o tobie.” — odpowiedziała Kora, a w jej oczach błyszczała determinacja.

Hydra podniosła się. Pięć głów — każda o innej mocy: centralna telepatyczna, wodno-lodowa, kwasowa, ognista i trująca — zaatakowały w kombinacji. Wir ognia, trucizny i lodu runął na Korę.

W jej umyśle rozległ się głos centralnej głowy:

— „Poddaj się. Twoje ciało spłonie, twoje płuca zatruje jad, a twoje serce zamarznie. Nie masz szans.”

Kora zacisnęła powieki, a jej aura rozbłysła.

— „Nie jestem sama. Niosę w sobie głosy wszystkich, którzy walczyli przede mną. I nie pozwolę, by ich ofiara poszła na marne!

Zaklinaczka skupiła całą moc w jednej, olbrzymiej kuli energii. Zderzenie sił wstrząsnęło jaskinią, a podmuch wiatru poczuły istoty wiele kilometrów dalej. Hinebra miała przewagę, ale Kora nie ustąpiła. Jej włosy uniosły się od mocy, a oczy rozbłysły jak dwa kryształy. Wzmocniła atak i przełamała opór bestii.

Hydra zawyła, a echo jej krzyku rozniosło się po całym wybrzeżu.

— „Odejdź. Nie chcę cię zabić.” — powiedziała Kora, dysząc ciężko.

— „Nie… nie mam już siły…” — wyszeptała Hinebra, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiał cień szacunku.

— „To był wspaniały pojedynek.”

Hydra padła martwa. Jej ciała nie rozdzierał już gniew, lecz cisza, jakby sama pogodziła się z losem.

Kora wyciągnęła magiczny klejnot i diadem, wypowiadając zaklęcie. Bestia i kryształ zniknęły, a diadem nabrał mocy przywołania stworzenia.

W tej samej chwili w grocie rozległ się głos — głęboki, jakby dochodził z samego serca Wolmordu:

— „Od dziś nie jesteś już tylko Zaklinaczką Dusz. Twoje prawdziwe imię brzmi Aelvara — ta, która niesie światło w mrok.”

Jaskinia zadrżała, a kryształy w ścianach rozbłysły, jakby same powtarzały to imię.

Jasnowłosa wojowniczka poczuła, jak przez jej ciało przepływa nowa energia. Diadem rozbłysnął, a w jego świetle odbiła się jej twarz — silniejsza, pewniejsza, gotowa na to, co nadejdzie.

Aelvara uśmiechnęła się lekko. Wiedziała, że to dopiero początek.

Wulkan wyrastał z ziemi jak kamienny kolos, a jego szczyt tonął w chmurach dymu i ognia. Powietrze drżało od gorąca, a każdy podmuch wiatru niósł ze sobą zapach siarki i popiołu.

Khor wspinał się na grzbiecie Pegiego, czując, jak powietrze gęstnieje od żaru. Skrzydła Pegaza muskały rozgrzane powietrze, a każdy krok odbijał się echem wśród skalnych ścian. W oddali słychać było pomruk lawy, jakby serce góry biło w rytmie ich oddechów.

— „Jeszcze tylko trochę, przyjacielu…” — wyszeptał Khor, głaszcząc szyję Pegaza.

Na samym szczycie, w kraterze, czekał Feniks.

Był olśniewający: jego pióra płonęły jak złoto i rubiny, a każdy ruch skrzydeł rozsypywał iskry, które unosiły się w powietrzu niczym rojowisko gwiazd. Jego oczy były jak dwa słońca, w których tańczyły tysiące lat historii — narodzin i śmierci, zniszczenia i odrodzenia.

Nie uniósł się do ataku. Patrzył.

— „Wiesz, kim jestem?” — zapytał głosem, który brzmiał jak trzask płonących gałęzi i szum ognia w kominku.

Khor zeskoczył z Pegaza i stanął naprzeciw niego.

— „Wiem, że jesteś strażnikiem ognia. Ale ogień to nie tylko zniszczenie. To też życie.”

Feniks przechylił głowę, a w jego oczach błysnęła ciekawość.

— „A czym jest twoja moc?”

Khor uniósł dłonie, a wokół nich zatańczyła błękitna aura.

— „Ki to energia, która płynie przez wszystko. To siła, która nie należy do mnie, ale przeze mnie przepływa. Mogę nią niszczyć, ale mogę też chronić. Prawdziwa moc to wiedzieć, kiedy użyć jej w jednym, a kiedy w drugim celu.”

Feniks rozłożył skrzydła, a ich blask rozświetlił cały krater. Płomienie zatańczyły wokół Khora, tworząc krąg ognia.

— „Słowa są lekkie jak popiół. Pokaż mi, że twoje serce jest cięższe od niego.”

Ogień uniósł się wyżej, otaczając Khora. Płomienie lizały jego ciało, ale nie parzyły — badały. W jego umyśle pojawiły się wizje.

Najpierw zobaczył siebie jako tyrana: miasta płonęły, ludzie klękali przed nim w strachu, a jego dłonie ociekały krwią. Potem obraz zmienił się — widział siebie jako wybawcę: chroniącego dzieci przed ogniem, gaszącego płomienie wojny, prowadzącego ludzi ku światłu.

Feniks przemówił wprost do jego myśli:

— „Który z nich jesteś? Niszczyciel czy obrońca?”

Khor zacisnął pięści, a jego aura rozbłysła mocniej.

— „Jestem tym, który wybiera. Nie pozwolę, by ogień rządził mną. To ja zdecyduję, czy stanie się bronią, czy tarczą.”

Płomienie wokół niego zadrżały, a Feniks złożył skrzydła, pochylając głowę.

— „Odważne słowa. Ale pamiętaj — ogień nigdy nie należy do nikogo. Możesz go prowadzić, ale nigdy posiąść.”

Przez chwilę wulkan milczał. Potem Feniks rozłożył skrzydła, a ich blask rozświetlił całe niebo.

— „Czekałem na kogoś takiego jak ty od tysięcy lat. Wojownika, który rozumie, że siła bez mądrości jest pustką.”

Nagle ziemia zatrzęsła się, a z krateru buchnął słup ognia. Feniks wzbił się w powietrze, a jego skrzydła rozpostarły się nad całym wulkanem.

— „Pokaż mi, że twoje słowa nie są tylko echem. Stań w ogniu i nie uciekaj.”

Khor poczuł, jak wokół niego rozszalały się płomienie. Ogień lizał jego ciało, ale nie parzył — badał. W jego umyśle pojawiły się obrazy: wojny, które mógłby rozpętać, i życia, które mógłby ocalić.

— „Nie boję się. Ogień nie jest moim wrogiem. Jest moim bratem.” — wyszeptał.

Feniks złożył skrzydła i pochylił głowę w geście uznania.

— „Od dziś twoje imię w języku płomieni brzmi Kael’Thar — ten, który niesie ogień serca i umysłu.”

Khor poczuł, jak przez jego ciało przepływa fala ciepła, ale nie parzyła — koiła. Feniks zbliżył się i dotknął jego czoła dziobem. W tej chwili między nimi zawiązała się więź, której nie mogła zerwać żadna siła w Wolmordzie.

Pegaz zarżał, jakby i on poczuł tę moc.

Kael’Thar uniósł wzrok ku niebu. W jego oczach odbijał się płomień Feniksa, a w sercu rodziła się nowa pewność.

— „Nie jestem już tylko Magiem Umysłu. Stałem się czymś więcej.”

Feniks spojrzał na niego, a jego oczy rozbłysły jak dwa słońca. Potem rozłożył skrzydła, które rozświetliły krater niczym wschód tysiąca świtów.

— „Chodź, Kael’Tharze. Pora, byś zobaczył świat moimi oczami.”

Jego głos był jak pieśń płomieni, a zarazem jak kołysanka ognia. Khor poczuł, że nie ma w nim strachu — tylko pragnienie, by wznieść się wyżej.

Feniks pochylił się, a Khor wspiął się na jego grzbiet. Pióra były gorące, ale nie parzyły — dawały ciepło, które koiło ciało i duszę.

Feniks wzbił się w powietrze. Najpierw powoli, jakby badał ciężar nowego towarzysza, a potem z mocą, która rozdarła niebo.

Wulkan został w dole, a oni przebili się przez chmury dymu i ognia. Nad nimi rozciągało się czyste, gwiaździste niebo.

— „Moje imię brzmi Solareth” — odezwał się Feniks wprost do jego umysłu. — „Tak nazywali mnie pierwsi, którzy widzieli mój lot. Jestem ogniem, który pamięta początek i będzie świadkiem końca.”

Kael’Thar poczuł, jak jego serce bije w rytmie skrzydeł Solaretha.

Lot trwał, a świat Wolmordu rozciągał się pod nimi jak mapa utkane z żywiołów:

— Morza błyszczały jak płynne srebro, a fale układały się w kształty pradawnych run.

— Lasy wyglądały jak zielone oceany, w których drzewa falowały niczym trawy na wietrze.

— Góry lśniły od wewnętrznego ognia, a niektóre z nich oddychały dymem, jakby były uśpionymi braćmi wulkanu.

Kael’Thar poczuł, że widzi nie tylko krajobraz, ale i energię, która spajała wszystko: błękitne nici ki oplatające ziemię, wodę, powietrze i ogień.

— „To jest prawdziwa moc, Kael’Tharze” — rzekł Solareth. — „Nie twoja, nie moja. To tkanina, w której jesteśmy tylko węzłami. Kto próbuje ją rozerwać, niszczy samego siebie.”

Nagle Feniks zanurkował. Spadali w dół jak kometa, a wiatr ryczał w uszach Khora. Widział, jak ziemia pędzi ku nim, a serce waliło mu jak młot.

— „Zaufaj mi.” — usłyszał w myślach.

Khor zamknął oczy i rozluźnił ciało. W ostatniej chwili Solareth rozłożył skrzydła, a ich lot zamienił się w taniec nad samą powierzchnią oceanu. Iskry z piór Feniksa odbijały się w falach jak tysiące gwiazd.

Khor roześmiał się głośno, pierwszy raz od dawna czując czystą radość.

Gdy wznieśli się ponownie, Solareth wyciągnął jedno ze swoich piór. Było złote, a jego koniec płonął wiecznym ogniem.

— „To moje serce. Gdy nadejdzie chwila, w której będziesz bliski upadku, to pióro przypomni ci, że ogień zawsze się odradza. Ale pamiętaj — nie jest to dar do nadużycia. Raz użyte, powróci do mnie.”

Kael’Thar przyjął pióro z szacunkiem, a jego dłonie drżały.

— „Solarecie… nie zawiodę cię.”

Feniks rozłożył skrzydła szerzej, a ich lot zakończył się powrotem nad krater.

Khor zeskoczył na ziemię, a Solareth spojrzał na niego po raz ostatni tej nocy.

— „Od dziś jesteśmy związani. Ty jesteś moim głosem wśród ludzi, a ja twoim ogniem wśród gwiazd.”

Rozdział VIII — Szkoła Alva’Thar

Aelvara i Kael’Thar zakończyli swoją pierwszą wielką przygodę. Zdobyli wymarzone towarzysze, poznali tajemnice Wolmordu, a ich imiona zaczęły krążyć wśród opowieści szeptanych przy ogniskach. Teraz, zamiast ruszać w kolejną bitwę, postanowili stworzyć coś trwałego — szkołę magii, miejsce, gdzie przyszli mistrzowie będą uczyć się zaklinania, telepatii, hodowli towarzyszy i sztuki równowagi.

W trakcie podróży zgromadzili klejnoty, artefakty, a także papirusy z krypty, których wartość była nie do oszacowania. Wolmord znał tylko jedną walutę — tijanowe monety, wykonane z niemal niezniszczalnej stali Tijanu, błyszczącej mocniej niż złoto, o barwie głębokiego światła.

Wiedząc, że budowa twierdzy zajęłaby lata, postanowili znaleźć miejsce, które już istnieje — choćby opuszczone. Kael’Thar wzbił się na grzbiecie Feniksa ku zachodowi, a Aelvara, za zgodą brata, dosiadła Pegiego i ruszyła w przeciwną stronę.

Po godzinach lotu Kael’Thar dostrzegł w leju gór twierdzę — zaniedbaną, ale majestatyczną. Jej wieże, choć nadgryzione czasem, wciąż wznosiły się dumnie ku niebu. Mury porastał bluszcz, a w szczelinach kamieni rosły dzikie kwiaty, jakby natura próbowała odzyskać to, co kiedyś należało do ludzi.

Pikuje w jej stronę z nadzieją. Na patio widać ślady życia. Skrzypią drzwi, a z wnętrza wychodzi starzec o szpiczastych uszach i cerze jak czarny aksamit.

— „Witam. Czegoś tu chciał?” — rzucił szyderczo, a jego głos odbił się echem od pustych korytarzy.

Kael’Thar zeskoczył z Feniksa i skłonił się lekko.

— „Dzień dobry. Chciałbym rozmawiać z właścicielem twierdzy.”

Starzec zmrużył oczy.

— „Nikogo tu nie ma oprócz mnie. Pytam jeszcze raz — czegoś chciał?”

— „Jestem zainteresowany kupnem zamku i okolicznych terenów.”

Malkor roześmiał się krótko, ale w jego śmiechu brzmiała gorycz.

— „To mój jedyny dom. Nie jest na sprzedaż. Moja rasa, rodzina, znajomi — wszyscy zginęli w wojnie dziewiętnaście lat temu. Te mury pamiętają ich głosy. Nie oddam ich obcym.”

Kael’Thar zrobił krok naprzód, a jego aura rozbłysła ciepłym światłem.

— „Nie chcę cię wypędzić. Chcę ci pomóc. Zaprowadzić pokój w Wolmordzie. Zapłacę tijanami, a jeśli zechcesz — możesz zostać i nauczać moich uczniów o swojej rasie. Twoja wiedza nie może umrzeć razem z tym miejscem.”

Starzec, Malkor, poczuł coś, czego nie czuł od lat. Jakby błyskawica przeszyła jego serce. Spojrzał na Kael’Thara, a potem na Feniksa, który rozpościerał skrzydła nad dziedzińcem. W jego oczach pojawił się cień dawnej dumy. Bez słowa skinął głową.

Kael’Thar wezwał siostrę myślami, a echo jego głosu rozbrzmiało w jej umyśle niczym dźwięk dzwonu. Razem wkroczyli do wnętrza twierdzy, której bramy skrzypnęły ciężko, jakby od wieków nikt ich nie otwierał.

Choć zaniedbana, była piękna.

Ściany zdobiły tijanowe rzeźby — monumentalne reliefy, które przedstawiały skalne krajobrazy, góry i doliny, a także postacie dawnych władców i magów. Złoto Tijanu współgrało z czernią węgla, tworząc kompozycje tak zmysłowe, że zdawały się poruszać w świetle pochodni.

Niektóre płaskorzeźby przedstawiały sceny bitew, inne — rytuały, w których ogień i woda splatały się w jedność. Widać było, że każdy kamień nosił w sobie historię, a każdy korytarz był jak księga, którą należało odczytać.

Aelvara przesunęła dłonią po zakurzonym reliefie, a kurz rozsypał się w powietrzu jak pył gwiezdny.

— „Trzeba tu trochę posprzątać.” — uśmiechnęła się, ale w jej głosie brzmiała czułość, jakby już pokochała to miejsce.

Kael’Thar rozejrzał się uważnie, a jego spojrzenie zatrzymało się na wysokich sklepieniach.

— „Nie tylko posprzątać. Trzeba obudzić to miejsce. Ono śpi, ale czeka na nas.”

Malkor, który szedł za nimi, odezwał się cicho:

— „Te mury pamiętają śmiech dzieci, pieśni wojowników i modlitwy kapłanów. Jeśli naprawdę chcecie je obudzić… musicie sprawić, by znów rozbrzmiały głosami.”

Przeszli przez korytarze, aż dotarli do ogrodu po drugiej stronie twierdzy. Był to dziedziniec otoczony murami, które porastał bluszcz i dziki bez. W powietrzu unosił się zapach jaśminu, a wiatr niósł ze sobą delikatne nuty kwiatów, które przetrwały tu mimo zaniedbania.

W centrum znajdowało się jezioro — głębokie i tajemnicze, o wodzie ciemnej jak obsydian. Jego powierzchnia była gładka, lecz czasem pojawiały się na niej kręgi, jakby coś w głębinach poruszało się niespokojnie.

Kamienne mostki prowadziły nad strumieniami, które zasilały jezioro, a wzdłuż ścieżek rosły drzewa o srebrzystych liściach, przypominające dawne ogrody elfów.

Do posiadłości należał także las — gęsty, pełen szeptów i cieni, w którym drzewa rosły tak blisko siebie, że tworzyły zielone sklepienie. Były tam też mokradła, gdzie mgła unosiła się nad wodą, a w trzcinach kryły się stworzenia, których oczu nie sposób było dostrzec.

Nad wszystkim górował wygasły wulkan, którego czarne zbocza przypominały o dawnym ogniu. Teraz był cichy, ale każdy, kto miał dar magii, czuł, że w jego wnętrzu wciąż tli się moc — uśpiona, lecz gotowa przebudzić się, gdy nadejdzie czas.

Twierdza była miejscem kontrastów: piękna i zaniedbania, ciszy i ukrytej potęgi. Kael’Thar i Aelvara czuli, że to nie tylko budowla, ale żywa istota, która czekała na nowych gospodarzy.

Kael’Thar zatrzymał się przy jeziorze, wpatrując się w odbicie gwiazd.

— „To będzie szkoła magii.”

Aelvara położyła dłoń na jego ramieniu.

— „Nie tylko szkoła. To będzie dom dla tych, którzy szukają światła w mroku. Miejsce, gdzie każdy, kto tu przybędzie, poczuje

Po zapoznaniu się z terenem, rodzeństwo wysłało w świat Strygi — małe ptaki o piórach srebrzystych jak księżycowy pył i oczach błyszczących niczym kryształy. Latały z zawrotną prędkością, a ich skrzydła nie wydawały żadnego dźwięku. Były jak posłańcy snów, które nagle stają się rzeczywistością.

Ich zadaniem było odnalezienie istot o wyjątkowych zdolnościach — tych, którzy mieli zostać nauczycielami i uczniami nowej szkoły.

Każdy, kogo wybrały Strygi, otrzymywał zawinięty pergamin, pachnący runiczną pieczęcią. Pieczęć była wykonana z czerwonego wosku, w którym odciśnięto znak dwóch splecionych płomieni i wachlarza światła — symbol Aelvary i Kael’Thara.

Na pergaminie widniały słowa:

„Zostaliście wezwani do Alva’Thar — szkoły magii, w której światło i mrok uczą się równowagi. Przybądźcie, jeśli serce wasze pragnie wiedzy, a dusza gotowa jest na próbę.”

Aelvara i Kael’Thar spojrzeli na siebie. W ich oczach odbijał się blask ognia i światła, które prowadzili w świat. Wiedzieli, że to nie koniec ich podróży — to dopiero początek nowej ery w Wolmordzie.

— „To miejsce stanie się domem dla tych, którzy szukają prawdy.” — powiedziała Aelvara, a jej głos niósł się po dziedzińcu jak echo obietnicy.

— „I kuźnią dla tych, którzy chcą kształtować przyszłość.” — dodał Kael’Thar, a jego słowa zabrzmiały jak przysięga.

Pierwsze Strygi dotarły już do wybranych. A gdy ci zaczęli przybywać, wielka sala twierdzy rozbrzmiała echem kroków.

Była to sala o sklepieniu tak wysokim, że ginęło w cieniu, a kolumny z czarnego kamienia wznosiły się jak pnie pradawnych drzew. Na ścianach płonęły kryształowe pochodnie, których światło nie gasło nigdy, a posadzka lśniła jak obsydian, odbijając sylwetki przybyłych.

W półokręgu stali Mistrzowie, odziani w ceremonialne szaty. Każda szata była inna, zdobiona runami i symbolami odpowiadającymi ich dziedzinom: błyskawice, fale, gwiazdy, płomienie, liście i cienie. Ich twarze były poważne, ale w oczach błyszczała iskra ciekawości.

Gdy drzwi otworzyły się, a pierwsi kandydaci wkroczyli do sali, cisza spowiła zgromadzenie. Kroki odbijały się echem, a każdy dźwięk zdawał się ważyć więcej niż zwykle.

Aelvara uniosła diadem, który rozbłysnął światłem Hydry.

— „Witajcie w Alva’Thar. Od dziś to miejsce jest waszym domem. Tu nauczycie się nie tylko magii, ale i odpowiedzialności, która z niej płynie.”

Jej głos był spokojny, ale niósł w sobie siłę, która sprawiła, że nawet najstarsi kandydaci pochylili głowy.

Kael’Thar wystąpił naprzód, a w jego dłoni zapłonęło złote pióro Solaretha.

— „Nie szukamy wojowników ani uczonych. Szukamy tych, którzy pragną równowagi. Tylko tacy mogą stać się filarami nowego świata.”

Wśród kandydatów rozległ się cichy szmer. Jedna z młodych dziewcząt ścisnęła w dłoni swój pergamin, a starszy mężczyzna w szacie podróżnika skinął głową, jakby słowa Kael’Thara potwierdzały jego własne przekonania.

Sala wypełniła się szelestem szat i oddechami przybyłych. Niektórzy byli młodzi, inni starsi, ale wszyscy czuli, że uczestniczą w czymś większym niż oni sami.

W powietrzu unosiła się mieszanina zapachu pergaminu, kadzideł i świeżo rozpalonego ognia. Echo kroków, bicie serc i cichy trzepot skrzydeł Stryg tworzyły muzykę początku.

Pierwszy z nich — Sajens, jeden z najwybitniejszych uczniów Żukmistrza — wkroczył w mury Alva’Thar powoli, lecz każdy jego krok niósł się echem, jakby sam kamień rozpoznawał dawnego mistrza.

W dłoni trzymał laskę zakończoną kryształem, który pulsował światłem portali. Wokół kryształu wirowały drobne runy, tworząc krąg błękitnych znaków, które pojawiały się i znikały niczym oddech innego wymiaru.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.