E-book
4.73
drukowana A5
55.63
Woland

Bezpłatny fragment - Woland

Objętość:
311 str.
ISBN:
978-83-8440-390-7
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 55.63

TOM PIERWSZY

Nie taki diabeł straszny?

Wieczór przyszedł do miasta jak cichy gość, który nie chce nikomu przeszkadzać, a jednak zajmuje cały pokój. Zmierzch rozlał się po ulicach miękkim, fioletowym światłem, a latarnie w parku zapalały się jedna po drugiej, jakby ktoś odliczał sekundy do czegoś, co dopiero miało się wydarzyć. Wyszłam z domu bez konkretnego celu — tak sobie to wmawiałam. Prawda była prostsza i boleśniejsza: uciekłam od własnych myśli tylko po to, by dogoniły mnie wśród drzew.

O tej godzinie park brzmiał własnym rytmem: cichym szumem liści, urywanym świergotem ptaka szukającego nocnego schronienia, stukaniem obcasów kogoś, kto jeszcze wierzył, że szybki krok rozwiąże jego problemy. Powietrze pachniało wilgocią, trawą i ciepłem asfaltu, który oddawał ostatnie resztki dnia. Minęłam plac zabaw, na którym puste, zastygłe w bezruchu huśtawki przypominały obrazy z dawnych lat. Kiedyś rozbrzmiewały śmiechem i dziecięcym piskiem, a teraz odpowiadały jedynie cichym skrzypnięciem na każdy podmuch wiatru.

Szłam powoli, celowo. Jakbym bała się dojść do miejsca, w którym będę musiała nazwać to, co we mnie siedziało. Od tygodni, a może miesięcy, nosiłam w sobie pytanie, które nie miało formy jednego zdania, tylko całą chmurę ciężkich słów. Po co to wszystko? Po co praca, rozmowy, obietnice składane w pośpiechu, plany na przyszłość, które zawsze wydają się ważniejsze niż teraźniejszość? I dlaczego, kiedy wreszcie na chwilę przystaję, czuję pustkę, jakby ktoś wyjął ze mnie wewnętrzny kompas?

Mieszkałam sama w niedużej kawalerce na czwartym piętrze starej kamienicy. Okno wychodziło na podwórze-studnię. To mieszkanie było całym moim światem — kuchenny stół, wąskie łóżko, regał z książkami i wiecznie cicho szumiąca lodówka. Nie uczyłam się, nie pracowałam. Od miesięcy żyłam na rencie z powodu choroby, która odebrała mi siły i dawną pewność siebie. Dni zlewały się ze sobą tak bardzo, że czasem trudno było mi odróżnić wtorek od piątku.

Najgorsza była jednak samotność. Bolesna, lepka, wszechobecna. Nie miałam przyjaciół, nikogo, do kogo mogłabym zadzwonić bez poczucia, że przeszkadzam. Jedyną osobą, która jeszcze trzymała mnie przy powierzchni, była mama. Od trzech lat była wdową i potrzebowała więcej wsparcia, niż mogłam jej dać. Wiedziałam, że powinnam być silna — dla niej, dla nas obu — ale w środku czułam się coraz mniejsza, coraz bardziej przezroczysta.

Dlatego właśnie wyszłam wtedy z domu. Nie po zakupy, nie na spacer, nawet nie po to, żeby zaczerpnąć powietrza. Wyszłam, bo ściany kawalerki zaczynały mnie dusić, a cisza stawała się głośniejsza niż jakikolwiek hałas miasta. W parku mogłam udawać, że jestem częścią czegoś większego, że moje myśli rozpływają się między drzewami razem z wieczorną mgłą.

Przeszłość i teraźniejszość mieszały się we mnie jak dwa niespokojne nurty. Słuchałam własnych kroków na żwirowej alejce i próbowałam przekonać samą siebie, że to tylko kolejny zwyczajny wieczór, jeden z wielu. Ale gdzieś głęboko wiedziałam, że nie był zwyczajny. Że coś we mnie powoli dojrzewało do zmiany — choć jeszcze nie potrafiłam nazwać jakiej.

Przy stawie zatrzymałam się na moment. Choć woda wydawała się ciemna, tętniła życiem — na jej powierzchni migotały światła latarni niczym rozsypane drobne. Pomyślałam o szczęściu. O tym, że ludzie mówią o nim jak o przedmiocie, który można znaleźć pod kamieniem, jeśli tylko dobrze się rozejrzeć. A ja miałam wrażenie, że szczęście to raczej pogoda: nie da się go zatrzymać w słoiku, można tylko nauczyć się chodzić w deszczu albo doceniać słońce, kiedy przyjdzie.

— Trudno uwierzyć, że ktoś jeszcze myśli w podobny sposób — usłyszałam nagle.

Głos był spokojny, nieco ironiczny, ale nie szyderczy. Odwróciłam się i poczułam lekki dreszcz, jakby w moich żyłach zamiast krwi popłynęło zimne powietrze.

Na ścieżce, kilka kroków ode mnie, stał mężczyzna. Ubrany elegancko — zbyt elegancko jak na park o tej porze — w drogi szary garnitur i dobrane pod kolor zagraniczne pantofle. Na głowie miał szary beret, dziarsko załamany nad uchem, a pod pachą niósł laskę z czarną rączką w kształcie głowy pudla. Trzymał ją tak swobodnie, jakby była przedłużeniem jego myśli. Wyglądał na ponad czterdzieści lat. Twarz miał gładko wygoloną, spojrzenie osobliwe — prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Czarne brwi, z których jedna była uniesiona wyżej od drugiej, nadawały mu wyraz nieustannego zdziwienia. Brunet. W całej postaci było coś podejrzanie bliskiego, jak wspomnienie kogoś, kto pojawia się w snach, lecz znika z pamięci o poranku.

— Przepraszam… — zaczęłam, bo w takich sytuacjach człowiek zawsze próbuje zaczepić się o grzeczność.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

— Nie ma za co przepraszać, Katarzyno.

Zamarłam.

— Skąd pan zna moje imię?

Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego spojrzał w górę. Podążyłam za jego wzrokiem.

Księżyc w pełni wynurzył się zza chmur, olbrzymi i jasny, jakby niebo nagle przypomniało sobie o swoim obowiązku. Wszystko wokół stało się wyraźniejsze: pnie drzew, krawędzie ławek, drobne fale na wodzie. A jednocześnie świat zrobił się bardziej nierealny, jak scena oświetlona reflektorem.

— Księżyc — powiedział mężczyzna — to stary współpracownik ludzkich nocy. Zawsze był świadkiem pytań, na które nikt nie chce odpowiadać.

Przełknęłam ślinę.

— Kim pan jest?

Odwrócił się do mnie i w jego oczach zobaczyłam coś, co trudno opisać: spokój kogoś, kto nie musi się spieszyć, i chłodną ciekawość kogoś, kto zna zbyt wiele.

— Woland — przedstawił się, jakby podawał nazwisko zwyczajnego przechodnia. — Być może słyszałaś.

Serce uderzyło mi mocniej. Woland. To imię nie powinno istnieć w moim parku, w moim wieczorze, w mojej rzeczywistości. A jednak stał przede mną, bardziej realny niż moje wątpliwości.

— To niemożliwe — wyszeptałam.

— Oczywiście — odparł z zadowoleniem. — Najciekawsze rzeczy zawsze są niemożliwe, dopóki się nie wydarzą.

Zrobiłam krok w tył, ale moje nogi jakby przyrosły do ziemi. Strach mieszał się ze zdumieniem i — ku mojemu wstydowi — z czymś jeszcze: z ulgą. Jakby ktoś wreszcie przyszedł do mnie z odpowiedzią, nawet jeśli miałaby być okrutna.

— Dlaczego… dlaczego tu jesteś? — zapytałam.

Woland przesunął laseczką po żwirze, rysując niewidzialny znak.

— Powiedzmy, że spaceruję. A ty? Szukasz sensu życia i przyszłości, prawda? Wyglądasz, jakbyś niosła w kieszeni kamień, który udaje pytanie.

— Nie jestem pewna, czy sens istnieje — przyznałam. — A jeśli istnieje, to może nie dla wszystkich.

— Ach — mruknął. — To już coś. Zwątpienie jest początkiem uczciwości.

Usiedliśmy na ławce, jakby to było najnaturalniejsze na świecie: ja, kobieta z myślami ciężkimi jak mokra wełna, i on — ktoś, kto nie powinien pojawić się w żadnym parku, chyba że park jest tylko dekoracją. Ławka była chłodna, drewno lekko wilgotne. Księżyc świecił nad nami jak oko.

— Mówisz: „sens” — zaczął Woland, opierając się wygodnie. — A co dokładnie masz na myśli? Ludzie używają tego słowa, jakby to była moneta, którą da się włożyć do automatu i dostać szczęście.

Zastanowiłam się.

— Chcę wiedzieć, czy moje życie… ma jakikolwiek powód. Czy to, co robię, ma znaczenie. Czy ja sama mam znaczenie. Bo czasem czuję, że wszystko jest tylko ruchem: rano wstaję, wieczorem zasypiam, a w środku dnia próbuję udawać, że coś buduję.

Woland uśmiechnął się lekko.

— A gdybyś dowiedziała się, że nie ma żadnego „powodu” z góry? Że nie istnieje plan, do którego jesteś dopasowana?

— Wtedy byłoby mi… lżej? — powiedziałam z zaskoczeniem. — Ale też straszniej. Bo jeśli nie ma planu, to mogę wszystko zepsuć.

— Możesz wszystko zepsuć nawet wtedy, gdy plan jest — odparł. — Różnica polega na tym, że w planie łatwiej znaleźć winnego.

Zamilkłam. Wiatr przeszedł przez park, poruszając gałęzie. Liście zaszeleściły jak odległe oklaski.

— Ludzie często mylą sens z usprawiedliwieniem — ciągnął Woland. — Sens ma być dowodem, że ich cierpienie nie poszło na marne. Ale cierpienie rzadko potrzebuje dowodu. Ono po prostu jest.

— To brzmi… okrutnie — powiedziałam cicho.

— Okrutna jest nieprawda, która udaje pocieszenie — odparł bez wahania. — Prawda bywa bezlitosna, ale przynajmniej nie kłamie.

Spojrzałam na staw. Woda była wciąż czarna, a jednak pełna odbić.

— A śmierć? — zapytałam nagle, bo to pytanie zawsze czaiło się za innymi. — Jeśli wszystko kończy się śmiercią, to po co żyć?

Woland uniósł brew, jakby docenił trafność pytania.

— O, śmierć. Ludzie boją się jej jak ciemnego pokoju, a przecież większość z nich w ciemnym pokoju śpi najlepiej. Powiedz mi, Katarzyno, czy przeszkadza ci, że książka ma ostatnią stronę?

— Nie — odpowiedziałam. — Gdyby nie miała, byłaby… męcząca. Bez końca.

— Właśnie. Koniec nadaje kształt. Bez śmierci życie byłoby rozlewającą się masą zdarzeń, bez wagi. A jednak ludzie pragną nieśmiertelności, bo mylą ją z brakiem bólu.

Poczułam, że w gardle rośnie mi gula.

— Ale przecież to niesprawiedliwe — powiedziałam. — Że ktoś znika. Że nie ma go już wcale.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

— „Wcale” to słowo, które was fascynuje. Tak lubicie absoluty. Albo wszystko, albo nic. A życie nie jest absolutem. Jest ruchem między. Znikanie też bywa różne.

— Co masz na myśli?

— Ktoś znika z twoich oczu, ale zostaje w twoich gestach, w twoich słowach, w sposobie, w jaki patrzysz na świat. Czasem ludzie zostają w was bardziej niż byli, kiedy oddychali. To też cię nie pociesza?

Zastanowiłam się. Przypomniałam sobie babcię, jej dłonie pachnące mąką, jej powiedzenia, które nagle wychodziły mi z ust w sytuacjach zupełnie nowych. Babci nie było, a jednak była.

— Trochę — przyznałam.

— A jednak pragniesz czegoś więcej. Chcesz gwarancji — skwitował Woland. — Powiedz mi, co zrobiłabyś, gdybyś miała pewność, że twoje życie ma sens?

— Byłabym odważniejsza — odpowiedziałam natychmiast. — Nie odkładałabym rzeczy na później. Nie bałabym się, że wybieram źle.

— A więc nie chodzi o sens, tylko o lęk — podsumował. — Sens jest dla ciebie lekarstwem na strach przed własnym wyborem.

Zacisnęłam dłonie na kolanach.

— Może — wyszeptałam. — Ale czy to złe? Czy ludzie nie potrzebują czegoś, co ich prowadzi?

— Prowadzić może wiele rzeczy. Miłość. Ambicja. Ciekawość. Nawet rozpacz — odparł. — Widzisz, Katarzyno, ludzkie życie jest dziwnie piękne właśnie dlatego, że nie jest gwarantowane. Gdybyś miała pewność, że wszystko ma sens, przestałabyś pytać. A gdy przestajesz pytać, zaczynasz umierać za życia.

Słuchałam go, a park wokół zdawał się oddychać razem z nami. Czas spowolnił, jakby noc też przysiadła na ławce i chciała posłuchać.

— Skoro tak — powiedziałam — to jak żyć?

Woland zaśmiał się cicho, jakby to pytanie rozbawiło go swoją naiwną szczerością.

— Jak żyć? Widzisz, to pytanie jest piękne, bo nie ma jednej odpowiedzi. Ale mogę ci dać kilka wskazówek, jeśli już musisz mieć coś do kieszeni zamiast kamienia.

— Słucham — powiedziałam, bo w tej chwili naprawdę słuchałam, całą sobą.

— Po pierwsze: nie traktuj przyszłości jak wyroku. Przyszłość jest zbiorem możliwości, a nie gotowym korytarzem. Po drugie: nie zakładaj, że cierpienie jest błędem. Ono bywa narzędziem. Po trzecie: jeśli chcesz sensu, nie szukaj go w wielkich hasłach. Szukaj go w czynach, które możesz powtórzyć jutro.

— To brzmi… niemal prosto.

— Proste rzeczy są najtrudniejsze — odparł. — Bo nie da się ich obejść sprytem.

Zamilkliśmy na chwilę. Nad stawem przeleciał ptak, czarny cień na tle księżyca. W oddali ktoś zamknął drzwi samochodu, dźwięk odbił się od drzew.

— Wolandzie — zaczęłam ostrożnie. — A ty? Jaki jest twój sens?

Patrzył na mnie tak, jak nauczyciel patrzy na ucznia, który zadał pytanie wykraczające poza program.

— Ja nie jestem z tych, którzy potrzebują sensu — powiedział spokojnie. — Jestem funkcją. Równowagą. Lustrem. Czasem karą, czasem próbą. Zbyt wiele imion, zbyt wiele historii. Ale jeśli chcesz to ująć po ludzku: jestem przypomnieniem, że świat nie jest waszą własnością.

Przeszedł mnie dreszcz.

— A to znaczy… że mamy się bać?

— Macie pamiętać — poprawił. — Strach jest krótkotrwały. Pamięć jest skuteczniejsza.

Noc trwała, a nasza rozmowa płynęła jak rzeka, raz spokojna, raz burzliwa. Pytałam o wolną wolę, o to, czy dobro ma sens bez zła, czy człowiek jest z natury samotny. Woland odpowiadał raz zagadkami, raz prostymi zdaniami, które zostawiały we mnie ślad jak paznokieć na skórze.

— Samotność — podjął w pewnym momencie — jest ceną za świadomość. Zwierzęta nie cierpią samotności tak, jak wy, bo nie budują w sobie całych światów. A wy budujecie. I potem dziwicie się, że czasem siedzicie w tych światach sami.

— Czyli jesteśmy skazani? — zapytałam.

— Nie. Jesteście zdolni. Skazanie to słowo dla tych, którzy chcą się usprawiedliwić. Zdolność oznacza odpowiedzialność.

Kiedy księżyc zaczął blednąć, a w powietrzu pojawiła się ledwo wyczuwalna nuta świtu, zauważyłam, że jest mi… inaczej. Nie lekko, nie radośnie, ale jakby bardziej przejrzyście. Jakby ktoś w mojej głowie uchylił okno.

Na wschodzie niebo przybrało kolor rozcieńczonego różu. Pierwszy ptak odezwał się nieśmiało, jakby sprawdzał, czy wolno już śpiewać.

— To już? — zapytałam, bo nagle poczułam żal, że noc się kończy.

— Świt jest zawsze bezczelny — odparł Woland. — Wchodzi bez zaproszenia i udaje, że przynosi nadzieję.

— A nie przynosi?

— Przynosi to, co mu pozwolisz przynieść — powiedział. — Nadzieja też jest wyborem, Katarzyno. Nie stanem.

Wstałam z ławki. Nogi miałam zdrętwiałe, ale głowę dziwnie jasną. Woland również się podniósł, otrzepał płaszcz, jakby kończył zwyczajny wieczór.

— Spotkamy się jeszcze? — wyrwało mi się. Sama nie wiedziałam, czy tego chcę, czy się boję.

Przez chwilę milczał, patrząc na park, który powoli budził się z nocy: mgła nad trawą, blade światło na ścieżkach, pierwsze kroki porannego biegacza w oddali.

— Jeśli tego potrzebujesz — stwierdził w końcu. — Ale pamiętaj: nie przychodzę po to, by rozwiązywać wasze życie. Tylko by je naświetlić.

— Za trzy dni — powiedziałam nagle, jakbym chciała zamknąć to w konkret, w datę, w umowę. — Tu, w parku. O świcie… albo w nocy.

Woland uśmiechnął się, tym razem cieplej, choć wciąż z cieniem ironii.

— Za trzy dni — potwierdził. — W tym samym miejscu. Niech to będzie twoja mała próba cierpliwości.

— A jeśli nie przyjdę?

— Wtedy świat się nie zawali — odparł. — I to też będzie odpowiedź.

Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale słowa nie przyszły. Może dlatego, że wszystko, co ważne, już zostało wypowiedziane, a reszta byłaby tylko próbą zatrzymania chwili. Woland odwrócił się i ruszył alejką, która prowadziła w głąb parku. Szło mu się lekko, jakby wcale nie dotykał ziemi.

Patrzyłam za nim, dopóki nie zlał się z cieniem drzew. A kiedy zniknął, nie miałam pewności, czy naprawdę tu był, czy moja noc postanowiła opowiedzieć mi historię, której potrzebowałam.

Ale ławka pod moją dłonią pozostała chłodna. Powietrze pachniało świtem. I w mojej głowie, zamiast kamienia, leżało coś innego: ciche, niepewne przekonanie, że sens życia nie jest odpowiedzią, którą się znajduje, tylko pytaniem, z którym uczy się żyć — dzień po dniu, wybór po wyborze.

Ruszyłam w stronę wyjścia z parku. Wschodzące słońce zaczynało barwić korony drzew, a świat wyglądał, jakby dopiero co został stworzony. I pomyślałam, że skoro mam wrócić tu za trzy dni, to warto te trzy dni przeżyć uważniej. Nie po to, by zasłużyć na sens — tylko po to, by go nie przegapić.

Chodzenie po wodzie

Do parku wróciłam równo po trzech dniach, chociaż miałam wrażenie, że w tym czasie zegar nie posuwał się naprzód, lecz jakby krążył wokół mnie, wystawiając moją cierpliwość na próbę. Każdy poranek zaczynał się pytaniem, czy tamto spotkanie było realne, a każdy wieczór kończył cichą pewnością, że nawet jeśli było tylko złudzeniem, to i tak odcisnęło we mnie zbyt wyraźny ślad, by je zlekceważyć. Myśli stały się bardziej uważne, jakby nauczyły się chodzić ciszej. Przestałam szarpać przyszłość za rękaw, domagając się odpowiedzi natychmiast.

Tego dnia park wyglądał inaczej niż zwykle — nie dlatego, że się zmienił, lecz dlatego, że ja patrzyłam uważniej. Słońce wisiało nisko, ciepłe i złote, a jego światło przesączało się przez liście, tworząc na ścieżkach plamy przypominające fragmenty snu. Ludzie mijali mnie w oddali, ale ich głosy brzmiały jak zza szyby. Miałam wrażenie, że wchodzę w przestrzeń zawieszoną między tym, co zwyczajne, a tym, co jeszcze nienazwane.

— Trzy dni to wystarczająco długo, by zwątpić — odezwał się znajomy głos.

Odwróciłam się powoli. Woland stał oparty o drzewo, jakby czekał tam od zawsze. Jego obecność nie wywołała we mnie strachu — raczej dziwny spokój, który pojawia się wtedy, gdy coś nieuniknionego wreszcie się wydarza.

— I wystarczająco krótko, by jeszcze chcieć wierzyć — odpowiedziałam.

Uśmiechnął się, jakby ta odpowiedź go rozbawiła.

— Wiara nie jest cnotą — wyjaśnił. — Jest narzędziem. Można nią budować albo niszczyć.

Ruszyliśmy razem w głąb parku. Ścieżka, którą znaliśmy, zaczęła się niepostrzeżenie zmieniać. Drzewa rosły rzadziej, przestrzeń stawała się szersza, a powietrze gęstniało od ciepła i zapachu wody. W końcu zobaczyłam jezioro — rozległe, ciche, niemal nieruchome. Jego powierzchnia była tak gładka, że odbijała niebo bez zniekształceń, jakby nie chciała dodawać od siebie żadnej interpretacji.

— Tu świat mówi ciszej — zauważyłam.

— Bo nie musicie go przekrzykiwać — odparł Woland. — W miastach krzyczycie, by zagłuszyć własne myśli.

Usiedliśmy na brzegu. Trawa była ciepła, nagrzana słońcem. Przez chwilę milczeliśmy, słuchając tej szczególnej ciszy, która nie była pustką, lecz obecnością.

— Powiedz mi — zaczęłam — dlaczego człowiek ma tylko jedno życie? Dlaczego wszystko musi się zmieścić w tak krótkim czasie?

Woland spojrzał na linię horyzontu, gdzie słońce zaczynało swój powolny, nieśpieszny taniec ku zachodowi.

— Jedno życie to koncentrat — powiedział. — Gdybyście mieli ich wiele, rozcieńczylibyście każde z nich odkładaniem spraw na później. „Następnym razem” to największy złodziej sensu.

— Ale uczymy się tak wolno — zaprotestowałam. — Często rozumiemy coś dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

— „Za późno” to ludzkie złudzenie — odparł spokojnie. — Zrozumienie nigdy nie przychodzi w złym momencie. Tylko wasze oczekiwania są źle ustawione.

Popatrzyłam na swoje dłonie, jakby mogły mi podpowiedzieć odpowiedź.

— Czyli błędy są konieczne?

— Są nieuniknione — sprostował. — A skoro nieuniknione, przestają być wyłącznie błędami. Stają się językiem, którym życie do was mówi.

Wstał i podszedł bliżej wody. Słońce odbiło się w jeziorze tak jasno, że musiałam zmrużyć oczy.

— Boję się — przyznałam. — Że jedno życie to za mało, by stać się tym, kim mogłabym być.

— A ja powiem ci coś, co może ci się nie spodobać. Nigdy nie staniesz się „wszystkimi wersjami siebie”. I to jest wasza wolność. Wybór zawsze oznacza rezygnację.

Zrobił krok na wodę.

Serce podeszło mi do gardła. Jego stopa dotknęła tafli jeziora, ale nie zatonęła. Woda nawet nie drgnęła, jakby uznała ten gest za oczywisty.

— To sprzeczne z każdym prawem — wyszeptałam.

— Prawa są umowami — powiedział. — A umowy można renegocjować.

Wyciągnął do mnie rękę.

— Chodzenie po wodzie nie jest cudem — dodał. — Jest decyzją. Wyborem innej interpretacji rzeczywistości.

Zawahałam się. W głowie krzyczał rozsądek, pamięć o ciężarze ciała, o grawitacji, o zimnie i głębokości. A jednak zrobiłam krok. Potem drugi. Woda była chłodna, ale stabilna, jakby przyjęła mnie warunkowo — na kredyt zaufania.

— Dlaczego to działa? — zapytałam, idąc coraz dalej.

— Bo przestałaś pytać: „czy wolno” — odpowiedział. — Zaczęłaś pytać: „czy chcę”.

Szliśmy powoli, a jezioro zdawało się nie mieć końca. Słońce zsuwało się coraz niżej, a wraz z nim świat przybierał cieplejsze, pełniejsze barwy — jakby dzień celowo zwalniał, chcąc zachwycić na pożegnanie.

— Czy jedno życie wystarcza, by kochać? — zapytałam nagle, bo to pytanie zawsze było najtrudniejsze.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

— Miłość nie mierzy się czasem — spostrzegł. — Mierzy się intensywnością obecności. Czasem jedno spotkanie waży więcej niż całe lata.

— A jeśli miłość się kończy?

— Wszystko się kończy. Ale to nie unieważnia tego, co było. Koniec nie jest zaprzeczeniem sensu, tylko jego domknięciem.

Dotarliśmy na środek jeziora. Wokół nas rozciągała się cisza, jakiej nigdy wcześniej nie znałam. Nie była pusta — była pełna światła, wody i oddechu. Poczułam, że stoję w miejscu, które istnieje tylko dlatego, że ktoś je właśnie przeżywa.

— Czego ode mnie chcesz? — zapytałam wprost.

Woland uśmiechnął się lekko.

— Niczego. Najtrudniejsza prawda brzmi: nikt nie przychodzi, by was zbawić. Przychodzimy tylko przypomnieć, że możecie iść sami.

Był bardzo blisko. Zobaczyłam w jego oczach coś, co nie było ani drwiną, ani chłodem — raczej skupieniem. Jego dłoń dotknęła mojego policzka, delikatnie, jakby sprawdzał, czy naprawdę istnieję.

Pocałunek był spokojny, niemal cichy. Nie było w nim pośpiechu ani obietnic. Był jak znak interpunkcyjny w zdaniu, które dopiero zaczynałam rozumieć. Woda pod nami nie poruszyła się ani na moment, jakby i ona uznała tę chwilę za oczywistą.

— To nie zmienia świata — powiedział cicho, odsuwając się odrobinę.

— Ale zmienia mnie — odparowałam, zaskoczona własną pewnością.

Słońce dotknęło horyzontu. Cienie wydłużyły się, a jezioro zaczęło przyjmować barwy wieczoru.

— Jedno życie — zaznaczył Woland — nie jest karą. Jest zaproszeniem. Nie musicie go rozumieć w całości. Wystarczy, że będziecie w nim obecni.

Wracaliśmy ku brzegowi w milczeniu. Kiedy zeszliśmy z wody, trawa była chłodna, a świat znów wyglądał zwyczajnie — aż podejrzanie zwyczajnie.

— Czy jeszcze się spotkamy? — zapytałam.

— To zależy od tego, czy będziesz mnie potrzebować — odpowiedział. — A najlepiej, żebyś kiedyś przestała.

Skinęłam głową. Tym razem nie czułam straty.

Kiedy odszedł, jezioro pozostało spokojne, słońce zniknęło, a ja stałam tam jeszcze chwilę, wiedząc, że jedno życie naprawdę może wystarczyć — jeśli odważę się nie prosić o drugie.

Demony przeszłości

Zaprosiłam go do siebie niemal odruchowo, jakby ta decyzja zapadła we mnie dużo wcześniej, zanim jeszcze zdążyłam ją nazwać. Trzecie spotkanie nie miało w sobie napięcia pierwszego ani cudu drugiego. Było ciche, zwyczajne, a przez to najbardziej niepokojące. Bo cud w parku czy na jeziorze można wytłumaczyć snem, metaforą, chwilowym pęknięciem rzeczywistości. Ale zaprosić Wolanda do swojej kawalerki — to znaczyło wpuścić go do przestrzeni, w której nie było dokąd uciec.

Mieszkałam na czwartym piętrze starej kamienicy. Schody skrzypiały pod stopami, a zapach czyjejś kolacji unosił się w powietrzu. Pomyślałam z lekkim rozbawieniem, że to chyba najbardziej ludzka sceneria, jaką mogłam mu zaproponować.

— Herbata? — zapytałam, gdy zamknęłam za nami drzwi.

— Herbata to doskonały wynalazek — odparł Woland, rozglądając się po mieszkaniu z niekłamaną ciekawością. — Uczy cierpliwości. Trzeba poczekać, aż woda przestanie wrzeć, a liście oddadzą to, co mają w sobie najważniejsze.

Moja kawalerka była niewielka: jeden pokój, aneks kuchenny, łazienka z oknem wychodzącym na podwórze-studnię. Nic wyjątkowego. Kanapa w kolorze wyblakłej zieleni, regał z książkami, których nie czytałam od lat, stół pamiętający lepsze czasy. A jednak poczułam nagle wstyd — nie z powodu bałaganu, lecz przez świadomość, że to właśnie tutaj przeżyłam najwięcej samotności.

Postawiłam czajnik na gazie. Cisza między nami nie była niezręczna. Przeciwnie — miała w sobie coś gęstego, jakby każde z nas słuchało nie tylko drugiego, ale i samego miejsca.

— Dlaczego ludzie tak rzadko doceniają to, co mają? — zapytałam nagle, nie odwracając się od blatu kuchennego. — Dlaczego zauważamy wartość rzeczy dopiero wtedy, gdy je tracimy?

Woland zdjął płaszcz i położył go starannie na oparciu krzesła.

— Ponieważ posiadanie usypia czujność — odpowiedział. — To, co jest stałe, staje się przezroczyste. Patrzycie przez to, zamiast na to.

Zalałam herbatę wrzątkiem. Para uniosła się w górę, na chwilę zasłaniając świat.

— Czyli jesteśmy skazani na niewdzięczność? — zapytałam.

— Nie. Jesteście skazani na przyzwyczajenie — poprawił. — A przyzwyczajenie to najcichszy złodziej sensu. Nie zabiera nagle. Zabiera po trochu, aż przestajecie pamiętać, co było cenne.

Usiedliśmy przy stole. Podsunęłam mu kubek. Przez chwilę trzymał go w dłoniach, jakby sprawdzał jego ciężar, temperaturę, istnienie.

— Ludzie myślą, że szczęście powinno być intensywne — ciągnął. — A ono często jest dyskretne. Tak dyskretne, że trzeba się nauczyć je zauważać. Ale wy wolicie dramaty. Łatwiej je nazwać.

— Bo dramat boli — powiedziałam. — A ból jest… wyraźny.

— Właśnie. — Skinął głową. — Ból krzyczy. Spokój szepcze. A wy rzadko pochylacie się, by usłyszeć szept.

Przenieśliśmy się na kanapę. Usiadłam pierwsza, podwijając nogi pod siebie. Woland usiadł obok, blisko, lecz nie naruszając granicy. Przez chwilę patrzyliśmy przed siebie, na okno, za którym powoli zapadał wieczór.

— Wiesz — odezwałam się — często myślę, że gdybym potrafiła docenić to, co mam, moje życie wyglądałoby inaczej.

— Docenianie nie zmienia faktów — odparł spokojnie. — Zmienia relację z nimi. To ogromna różnica.

Czułam jego obecność wyraźniej niż wcześniej. Nie jak ciężar, lecz jak pole magnetyczne, które delikatnie, lecz konsekwentnie przesuwa wszystko wokół.

— A ty? — zapytałam. — Czy ty coś doceniasz?

Uśmiechnął się lekko.

— Doceniam chwile, w których ludzie przestają mnie się bać i zaczynają słuchać.

Odwróciłam głowę w jego stronę. Był tak blisko, że dostrzegłam drobne linie wokół jego oczu — nie zmęczenia, lecz skupienia. Przez moment żadne z nas się nie poruszyło. Cisza zgęstniała, ale tym razem była inna niż wcześniej — cieplejsza, pulsująca.

Jego dłoń dotknęła mojej, zupełnie przypadkiem, jakby świat sam źle obliczył odległość. Nie cofnęłam jej. Przeciwnie — pozwoliłam, by to przypadkowe zetknięcie trwało o ułamek sekundy dłużej niż wypadało.

— Katarzyno — powiedział cicho — to, co rzadkie, bywa mylone z tym, co zakazane.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego przysunęłam się odrobinę bliżej. Nasze ramiona zetknęły się lekko. To wystarczyło, by coś w powietrzu drgnęło, jak struna dotknięta zbyt delikatnie, by zabrzmieć głośno, a jednak wyraźnie.

To, co wydarzyło się potem, nie miało w sobie gwałtowności. Było raczej jak powolne zbliżanie się dwóch myśli, które przez długi czas krążyły wokół siebie, aż w końcu uznały, że nie ma sensu dalej udawać obojętności. Jego obecność stała się ciepłem, a ciepło — obietnicą bez słów. Świat zwęził się do oddechów, do drobnych gestów, do ciszy, która nie potrzebowała komentarza.

Czułam się tak, jakbym na moment wyszła poza czas — nie w cudowny sposób znany z jeziora, lecz w bardziej ludzki, kruchy. Jakby ktoś na chwilę wyłączył przyszłość i przeszłość, zostawiając tylko teraźniejszość, gęstą i prawdziwą.

Kiedy wszystko ucichło, a wieczór na dobre zajął miejsce dnia, oparłam głowę o oparcie kanapy. Nagle poczułam zmęczenie — nie fizyczne, lecz takie, które przychodzi po zbyt długim noszeniu rzeczy niewypowiedzianych.

— Jest coś, o czym ci nie mówiłam — odezwałam się w końcu.

Woland nie poruszył się, ale wiedziałam, że słucha.

— Moja przeszłość… — zawahałam się. — Była pełna ciszy, która bolała. Samotności, która nie miała nic wspólnego z wyborem. Byłam otoczona ludźmi, a jednak czułam się niewidzialna. Każda próba bliskości kończyła się odejściem. Albo moim, albo cudzym.

Słowa zaczęły płynąć same, jakby czekały na odpowiedni moment.

— Były dni, kiedy wstawałam tylko dlatego, że bałam się nie wstać. Noce, kiedy rozmawiałam z sufitem, bo nikt inny nie odpowiadał. Czułam rozpacz tak gęstą, że wydawała się mieć ciężar. I myślałam wtedy, że to już zawsze. Że nic więcej mnie nie spotka.

Głos mi zadrżał, ale mówiłam dalej.

— Najgorsze było to, że zaczęłam wierzyć, że na to zasługuję.

Woland odwrócił się do mnie wreszcie. Jego spojrzenie było spokojne, pozbawione litości, ale pełne czegoś znacznie cenniejszego — zrozumienia.

— Cierpienie lubi udawać prawdę — powiedział cicho. — Mówi: „tak już jest”, „tak będzie zawsze”, „to twoja wina”. A wy mu wierzycie, bo brzmi przekonująco.

— A jeśli miało rację? — zapytałam szeptem.

— Nie miało — odparł bez wahania. — Ból nie jest prorokiem. Jest tylko świadkiem chwili.

Poczułam, jak coś we mnie pęka — nie gwałtownie, lecz jak stara skorupa, która wreszcie przestaje być potrzebna. Łzy pojawiły się same, ciche, bez dramatyzmu.

— Czy to wszystko… — zaczęłam — zostanie kiedyś wynagrodzone?

Woland położył dłoń na mojej, pewnie, uspokajająco.

— Tak. Ale nie w sposób, jakiego oczekujesz. Nie jako nagroda za cierpienie, lecz jako zdolność, której inni nie będą mieli. Ból, który przeżyłaś, nie był daremny. Nauczył cię widzieć więcej, czuć głębiej, nie brać rzeczy za oczywiste.

— Nie chciałam tej lekcji — wyszeptałam.

— Nikt jej nie chce — odparł. — Ale kiedy już ją masz, staje się twoją siłą.

Oparłam głowę na jego ramieniu. Po raz pierwszy od dawna nie czułam się sama ze swoją przeszłością. Nie zniknęła. Ale przestała mnie przygniatać.

— Twój ból — dodał — zostanie pewnego dnia wynagrodzony nie przez świat, lecz przez ciebie samą. Przestaniesz się za niego wstydzić. Przestaniesz się nim definiować.

Za oknem zapaliły się pierwsze światła. Miasto żyło dalej, nieświadome, że w małej kawalerce na czwartym piętrze ktoś właśnie nauczył się oddychać odrobinę swobodniej.

Siedzieliśmy tak długo, bez pośpiechu. I pomyślałam, że może właśnie tego człowiek nie docenia najbardziej: chwil, w których nie musi niczego udowadniać. Wystarczy, że jest.

Powrót do parku

Jesień przyszła tego roku łagodnie, jakby chciała oszczędzić ludziom gwałtownych pożegnań z latem. Powietrze było przejrzyste, ciepłe w słońcu i chłodne w cieniu, nasycone zapachem liści, które dopiero zaczynały rozumieć, że ich czas zieleni dobiega końca. Szłam obok Wolanda parkową alejką, a pod stopami cicho trzaskały pierwsze suche liście — jeszcze nie złote, raczej nieśmiałe, jakby kolor dopiero ćwiczył nową rolę.

— Jutro kończę trzydzieści pięć lat — powiedziałam nagle, bardziej do siebie niż do niego. — Dziwne uczucie.

— Dziwne, bo liczby udają znaczenie — odpowiedział spokojnie. — A wy pozwalacie im decydować o nastroju.

Uśmiechnęłam się. Miał rację, a jednocześnie wiedziałam, że to nie tylko liczba. To suma doświadczeń, strat, chwil zawieszonych w pamięci jak obrazy, których nie da się zdjąć ze ściany.

Zatrzymaliśmy się na moment przy starym kasztanowcu. Woland sięgnął do wnętrza płaszcza i wyjął bukiet. Białe róże, długie łodygi, ostre kolce. Ich jasność kontrastowała z jesienną paletą parku.

— To dla ciebie — wyznał.

Wzięłam kwiaty w dłonie. Pachniały czysto, intensywnie, jakby nie należały do żadnej konkretnej pory roku.

— Białe róże… i kolce — zauważyłam.

— Niewinność jest mitem — odparł. — Ale czystość doświadczenia już nie. Kolce przypominają, że piękno bez ceny bywa kłamstwem.

— To chyba najbardziej… prawdziwy bukiet, jaki kiedykolwiek dostałam — powiedziałam cicho.

Ruszyliśmy dalej. Park był pełen ludzi, a jednocześnie czułam się, jakbyśmy szli przez przestrzeń wydzieloną tylko dla nas. Rozmowy innych brzmiały jak szum, dzieci biegały w oddali, ktoś śmiał się zbyt głośno — wszystko to istniało, ale nie domagało się mojej uwagi.

— Trzydzieści pięć lat — powtórzyłam. — A mam wrażenie, jakby dopiero co zaczynałam szkołę podstawową. Jakby czas zrobił mi jakiś okrutny żart.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

— Czas nie żartuje — powiedział. — On tylko nie tłumaczy się ze swoich metod.

Usiedliśmy na ławce, tej samej, na której spotkaliśmy się po raz pierwszy. Drewno było chłodne, ale słońce ogrzewało plecy.

— Dlaczego — zapytałam — niektóre wspomnienia są tak żywe? Tak bolesne, jakby wydarzyły się wczoraj, a nie lata temu? Przecież minęło tyle czasu. Powinno być łatwiej.

— „Powinno” to jedno z waszych ulubionych słów — odpowiedział Woland. — Używacie go, by zmusić rzeczywistość do posłuszeństwa. Ale pamięć nie zna obowiązków.

— To znaczy?

— Wspomnienia nie starzeją się razem z wami. One istnieją poza czasem, bo zostały zapisane emocją. A emocja nie liczy lat.

Zamyśliłam się.

— Czyli jeśli coś bolało bardzo mocno… — zaczęłam.

— …to będzie bolało długo — dokończył. — Nie dlatego, że jesteś słaba. Dlatego, że byłaś obecna.

— To niesprawiedliwe — powiedziałam. — Czuję się czasem tak, jakby moje życie było poszatkowane. Jedną nogą stoję tu, drugą tam, w przeszłości.

— Przeszłość nie jest miejscem — odparł Woland. — Jest relacją. A relacje rzadko kończą się definitywnie.

— Ale ja nie chcę tam wracać — zbuntowałam się. — Chcę iść dalej.

— I idziesz — odparł spokojnie. — Ale nie myl „iść dalej” z „zapomnieć”. Zapomnienie nie jest warunkiem ruchu.

Spojrzałam na bukiet róż spoczywający na moich kolanach.

— Wszyscy mówią, że czas leczy rany — powiedziałam. — A ja mam wrażenie, że on je tylko konserwuje.

Woland uśmiechnął się smutno.

— Czas niczego nie leczy — oznajmił. — On tylko zmienia formę bólu. To wy go leczcie — albo nie.

— A jeśli nie potrafię?

— Wtedy uczysz się z nim żyć. To też jest forma odwagi.

Podniosłam wzrok. Drzewa nad nami tworzyły sklepienie z liści, przez które słońce przesączało się drobnymi plamami światła. Pomyślałam, że dokładnie tak działa pamięć: zostawia jasne punkty i cienie, a całość nigdy nie jest jednolita.

— Boję się jutra — przyznałam. — Urodziny zawsze mnie rozstrajają. To jak podsumowanie, którego nikt mnie nie uczył pisać.

— Nie jesteś zobowiązana do bilansu — powiedział Woland. — Życie nie jest raportem.

— A jednak wszyscy pytają: co osiągnęłaś? gdzie jesteś? dokąd zmierzasz?

— Pytają, bo sami nie znają odpowiedzi — odparł. — Wasze pytania często mówią więcej o pytającym niż o adresacie.

Wstaliśmy jednocześnie z ławki, Woland stanął przede mną. Delikatnie objął mnie ramieniem. Jego gest był pewny, ale nie zawłaszczający. Czułam ciepło, spokój, i coś jeszcze — rodzaj zgody na to, że nie wszystko musi być rozwiązane.

— Przepraszam — powiedział nagle.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

— Za co?

— Za to — wyszeptał — że nawet ja nie mam mocy, by cofać czas. Ani go przyspieszać. Nie mogę sprawić, byś nagle poczuła się starsza albo młodsza w sposób, który by cię zadowolił.

— Wiem — odpowiedziałam. — Ale i tak… dziękuję.

— Czas jest jedyną siłą, z którą nawet ja nie negocjuję — dodał. — On nie podlega pokusom.

Szliśmy dalej, wolno, bez celu. Park zmieniał się z każdą minutą — światło stawało się bardziej miękkie, cienie dłuższe. Jesień pokazywała swoją łagodniejszą twarz.

— Wiesz — powiedziałam po chwili — czasem czuję się, jakbym dopiero zaczynała. Jakbym była dzieckiem w zbyt dużym ciele.

— To bardzo dobry znak — odparł Woland. — Najgorsze, co może się wam przydarzyć, to poczucie, że już wszystko wiecie.

— Ale świat oczekuje, że będę „ustawiona”.

— Świat lubi ludzi przewidywalnych — odparł. — Są wygodni. Ale ty nie masz obowiązku być wygodna.

Zatrzymaliśmy się przy stawie. Woda była spokojna, odbijała niebo jak lustro.

— Czy to źle — zapytałam — że wciąż się uczę?

— To jedyny sensowny sposób istnienia — odpowiedział. — Uczyć się, oduczać, uczyć na nowo.

Przyciągnął mnie bliżej. Jego ramię było pewnym punktem, jakby świat na chwilę zgodził się nie chwiać.

— Obiecuję ci coś — powiedział, patrząc na wodę. — Skoro nie mogę zmienić czasu, mogę zmienić twoją uważność. Zostanę przy tobie. I sprawię, że nauczysz się delektować każdą chwilą.

— A jeśli znowu będę cierpieć?

— Będziesz — odparł bez wahania. — Ale nie będziesz sama. A to zmienia wszystko.

Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech. Zapach jesieni, róż, chłodnej wody i ciepłego powietrza zmieszał się w jedno.

— Trzydzieści pięć lat — powiedziałam jeszcze raz. — To nie brzmi już tak strasznie.

— Bo liczby tracą moc, kiedy przestajecie im się kłaniać — odpowiedział.

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Park powoli pustoszał. A ja pomyślałam, że może jutro, w dniu moich urodzin, nie będę świętować lat, które minęły. Może będę świętować to, że wciąż potrafię się dziwić. I że ktoś — nawet taki jak Woland — obiecał iść obok mnie, krok po kroku, przez czas, którego nie da się oswoić, ale można nauczyć się w nim oddychać.

Trzydzieste piąte urodziny

Dwudziesty pierwszy września obudził mnie światłem, które miało w sobie coś odświętnego. Słońce nie było już letnio bezczelne, nie stało wysoko jak pewny siebie zwycięzca. Raczej przesuwało się po niebie spokojnie, jak ktoś, kto zna swój rytm i nie musi niczego udowadniać. Powietrze było rześkie, a jednocześnie miękkie — pachniało mokrym brukiem po nocnej mżawce i pierwszymi liśćmi, które zaczynały spadać z drzew, jakby nie było w tym żadnej tragedii, tylko naturalny gest.

Trzydzieści pięć lat.

Powiedziałam tę liczbę w myślach, jeszcze zanim podniosłam się z łóżka. W poprzednich latach robiłam to z ukłuciem paniki, jakby za liczbą stał ktoś z notesem, gotowy odhaczyć moje sukcesy i porażki. Dziś brzmiała inaczej: nie jak wyrok, lecz jak informacja. Jak nazwisko na liście pasażerów, które mówi tylko tyle, że jestem w drodze.

Wstałam, zaparzyłam kawę, ale wypiłam ją szybko, trochę jak pretekst. Tak naprawdę czekałam na herbatę — tę, którą miałam wypić w mojej ukochanej, kameralnej kawiarence. To miejsce było dla mnie jak kieszeń świata: małe, przytulne, z oknami od ulicy, w których odbijało się życie przechodniów, a jednocześnie dawało poczucie, że można się schować i oddychać. Bywałam tam od lat. Znałam kształt stolików, zapach cynamonu, brzmienie łyżeczek uderzających o filiżanki. Znałam nawet skrzypnięcie drzwi, które brzmiało jak prywatne „dzień dobry”.

To właśnie tam zaprosiłam Wolanda.

Nie dlatego, że chciałam go oswoić — bo jak oswoić coś, co istnieje poza zwykłym porządkiem? Raczej dlatego, że chciałam sprawdzić, czy ta nowa część mojego życia potrafi znieść zwyczajność. Czy Woland, z całym swoim chłodem i tajemnicą, zmieści się w miejscu pachnącym kardamonem i domowym ciastem.

Spotkaliśmy się pod parkiem, tak jak zwykle. Woland wyglądał jak zawsze: elegancki, spokojny, jakby dzień urodzin był tylko kolejną datą w ludzkim kalendarzu, a jednak w jego spojrzeniu dostrzegłam coś, co mogłabym nazwać uważnością. Jakby pamiętał.

— Wszystkiego, co lubisz — powiedział zamiast klasycznego „wszystkiego najlepszego”.

— To brzmi jak zaklęcie — odparłam, uśmiechając się.

— Zaklęcia są często najprostsze. Trzeba tylko wiedzieć, co się wypowiada.

Szliśmy przez miasto. Ludzie mijali nas, nie zwracając szczególnej uwagi. A jednak czułam, że idę obok kogoś, kto niesie ze sobą inną temperaturę rzeczywistości. Jakby powietrze wokół niego było bardziej nasycone.

Kawiarenka była tam, gdzie zawsze. Z zewnątrz niepozorna: mały szyld, wytarte litery, kilka doniczek z wrzosem. W środku ciepło otuliło nas natychmiast. Zapach herbat i świeżo mielonej kawy mieszał się z aromatem pieczonych jabłek. Na półkach stały słoiki z miodem i konfiturami, a przy oknie ktoś czytał książkę, nieświadomy, że tuż obok może siedzieć ktoś, kto powinien pozostać literacką postacią.

Usiedliśmy w moim ulubionym miejscu — mały stolik w rogu, obok lampki z żółtym kloszem. Kelnerka, która znała mnie z widzenia, uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo. Zamówiłam herbatę z imbirem i pomarańczą, dla Wolanda — czarną, mocną, bez dodatków. Nie pytałam, skąd wiem. Po prostu wiedziałam.

— To miejsce jest… ciche — powiedział Woland, kiedy przyniesiono nam filiżanki.

— Właśnie dlatego je kocham — odparłam. — Tu nawet myśli mówią szeptem.

Wziął łyk herbaty i uniósł brew.

— Ludzie tworzą takie schronienia, żeby nie zwariować — zauważył. — A potem i tak wynoszą w sobie hałas.

— Ty nie masz schronień?

Woland uśmiechnął się z lekką ironią.

— Ja jestem schronieniem dla własnych sprzeczności. Wystarcza.

Upiłam łyk swojej herbaty. Ciepło rozlało się po gardle i klatce piersiowej, jakby ktoś w środku mnie zapalił małą lampkę.

— Wiesz — zaczęłam, patrząc na parę unoszącą się z filiżanki — odkąd spotkałam cię po raz pierwszy… moje życie się zmieniło.

Nie powiedziałam tego ostrożnie. Powiedziałam wprost, bo w dzień urodzin słowa udające skromność wydają mi się niepotrzebne.

Woland nie zareagował od razu. Patrzył na mnie tak, jakby czekał, aż dopowiem resztę.

— Stało się pełniejsze — ciągnęłam. — Jakby kolory wróciły na swoje miejsce. Jakby ktoś wyostrzył obraz. Nagle zauważyłam rzeczy, które wcześniej były tłem. Dźwięki, zapachy, twarze. I… przestałam ciągnąć za sobą przeszłość.

Zawahałam się, ale tylko na chwilę.

— Zerwałam z nią definitywnie. Zostawiłam ten pękaty bagaż przykrych lat. Nie mówię, że wszystko zniknęło, ale… to już nie jest mój dom. To tylko historia, którą pamiętam.

Woland przyglądał mi się z nieodgadnioną mieszanką aprobaty i czegoś, co mogło być ostrzeżeniem.

— Ludzie często mylą „zerwanie” z „wypchnięciem” — powiedział cicho. — A wypchnięte rzeczy lubią wracać.

— Wiem — odpowiedziałam. — Ale tym razem to nie było wypchnięcie. To było… pożegnanie. Bez dramatu. Bez ostatniej kłótni. Jak zamknięcie drzwi, za którymi nie ma już nikogo.

— To rzadkie — przyznał. — I kosztowne.

— Tak. Ale opłacalne.

W kawiarni ktoś śmiał się cicho, ktoś przestawiał krzesło. Z ulicy dochodził dźwięk przejeżdżającego tramwaju. Wszystko było zwyczajne — a ja czułam, jakby moje serce miało w sobie małe święto.

— Mogę ci powiedzieć coś jeszcze? — zapytałam, nagle mniej pewna.

— Oczywiście — odparł.

Zacisnęłam palce na filiżance, jakbym potrzebowała oparcia.

— Ty mnie onieśmielasz — stwierdziłam w końcu. — Nie w taki… teatralny sposób. Po prostu… kiedy jesteś blisko, czuję się jak ktoś, kto stoi na progu czegoś ogromnego. I czasem to mnie przeraża. Wzbudzasz we mnie silne odczucia. Taka intensywność… jest dla mnie nowa.

Woland nie uśmiechnął się tym razem. Jego twarz była spokojna, poważna. Powoli położył dłoń na mojej dłoni, która spoczywała na blacie. Jego palce były ciepłe, pewne, a jednocześnie delikatne.

— Intensywność bywa mylona z niebezpieczeństwem — powiedział. — A przecież nie wszystko, co mocne, jest destrukcyjne. Czasem to po prostu prawda.

— A jeśli nie umiem tego unieść?

— Nauczysz się. Nie ode mnie. Przez siebie. Ja mogę tylko… być obok.

Ścisnął lekko moją dłoń.

— Obiecuję, że pozostanę blisko, Katarzyno — dodał. — Tak blisko, jak pozwolisz. Bez przymusu. Bez gry.

To zdanie, wypowiedziane przez kogoś takiego jak on, zabrzmiało jak coś niepokojąco ludzkiego. I właśnie dlatego uderzyło mnie mocniej niż komplementy, które dostawałam kiedyś od innych.

— Dziękuję — wyszeptałam.

— Nie dziękuj. Przyjmij — odparł.

Piliśmy herbatę jeszcze długo. Rozmawialiśmy o rzeczach, które normalnie wypowiada się tylko w najcichszych momentach: o tym, że człowiek boi się szczęścia, bo nie ufa jego trwałości; o tym, że wolność nie polega na braku więzi, tylko na wyborze więzi; o tym, że czasami największą odwagą jest pozwolić sobie na spokój.

— Ludzie nie doceniają tego, co mają — powiedział Woland, powracając do tematu, który zaczęliśmy wcześniej — bo ich wyobraźnia jest zawsze głodna. Wymyślają sobie brak i potem go karmią.

— A może po prostu jesteśmy uczeni, że „więcej” znaczy „lepiej” — zauważyłam.

— „Więcej” znaczy „więcej”. „Lepiej” to inna kategoria. Ale wy mieszacie je chętnie, bo to usprawiedliwia pościg.

— A jeśli ktoś nie chce gonić?

— Wtedy musi być gotów na niezrozumienie — zawyrokował Woland. — Świat lubi ludzi w biegu. Bo w biegu nie zadaje się pytań.

Poczułam, że w tej kawiarni, w tym zapachu pomarańczy i imbiru, w tych rozmowach, jest coś, co przypomina mi, że życie może być subtelne. Że nie musi być ciągłym udowadnianiem czegokolwiek.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, zdziwiłam się, jak bardzo ściemniało. Jakby czas, zasłuchany w naszą rozmowę, przesunął wskazówki bez mojej zgody. Ulica była mokra, odbijała światła latarni. Powietrze ochłodziło się, ale nie przyjemnie — raczej rześko, jakby noc chciała oczyścić miasto z resztek dnia.

— Zmrok przyszedł szybko — mruknęłam.

— Zawsze przychodzi szybciej niż się wydaje — odpowiedział Woland. — To jedna z niewielu rzeczy, w których jesteście zgodni z naturą.

Odprowadzał mnie do domu bez słowa sprzeciwu, jakby to było oczywiste. Szliśmy wolno, a ja wciąż trzymałam bukiet białych, ciernistych róż. Kolce czasem kłuły mnie w palce, ale nie puszczałam. W pewnym sensie lubiłam to ukłucie — przypominało, że piękno ma swoje granice, że trzeba je trzymać uważnie.

Kiedy dotarliśmy pod moją kamienicę, klatka schodowa wyglądała jak zawsze: ciemna, z żółtym światłem żarówki, z zapachem starego tynku i czyjegoś prania. A jednak ta zwyczajność, zamiast mnie przytłaczać, dawała mi poczucie zakorzenienia.

Zatrzymałam się przy drzwiach wejściowych.

— Dziękuję za dziś — powiedziałam.

— To ty stworzyłaś ten dzień — odparł. — Ja tylko… pojawiłem się w nim.

Chciałam się uśmiechnąć, ale w tym momencie Woland zrobił krok bliżej. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wziął mnie w ramiona. Nie gwałtownie. Raczej stanowczo, jak ktoś, kto wie, że wahanie potrafi zniszczyć najważniejsze chwile.

Poczułam jego ciepło, zapach płaszcza, ciszę wokół. Bukiet róż przycisnął się do mojego boku, a kolce niemal nieznacznie ukłuły mnie przez materiał — jak dyskretne przypomnienie, że to się dzieje naprawdę.

— Katarzyno — powiedział cicho, niemal przy moim uchu. — Nie bój się tego, co czujesz.

A potem mnie pocałował.

Ten pocałunek był odważniejszy niż poprzedni — mniej pytający, bardziej pewny. Nie był jednak agresywny. Był jak decyzja, która nie potrzebuje uzasadnienia. Jak zamknięcie kręgu, który zaczął się tamtej pierwszej nocy w parku, pod pełnią księżyca.

Zamarłam na sekundę, a potem odpowiedziałam. I w tej krótkiej chwili poczułam, jak coś we mnie się układa — nie jak puzzle, które trzeba dopasować na siłę, lecz jak oddech, który wreszcie trafia w swój rytm.

Kiedy się odsunął, patrzył na mnie uważnie.

— Trzydzieści pięć lat — powiedziałam szeptem, czując, że uśmiech wraca mi na usta. — I dopiero teraz mam wrażenie, że naprawdę zaczynam.

— To najlepszy moment, żeby zaczynać — skonstatował Woland.

Stałam jeszcze chwilę w jego ramionach, zanim weszłam do klatki. A gdy zamknęłam za sobą drzwi, nie czułam pustki. Czułam ciepło, które zostało mi na wargach i w dłoniach — ciche, wyraźne, jak obietnica, że jutro, pojutrze i wszystkie następne dni mogą być czymś więcej niż tylko kolejnymi kartkami kalendarza.

Wigilia

Grudzień przyszedł jak zawsze: bez pytania, bez litości i bez troski o to, czy ktoś zdążył uporządkować swoje sprawy. Miasto nagle zaczęło pachnieć zimą — taką, która ma w sobie metaliczny chłód, wilgoć chodników i oddechy ludzi widoczne w świetle latarni. Na wystawach pojawiły się papierowe gwiazdy, w oknach zawisły światełka, a w sklepach rozbrzmiewały piosenki, które od lat próbowały przekonać wszystkich, że radość da się zaprogramować na określony termin.

Zwykle patrzyłam na to z dystansem. Boże Narodzenie było dla mnie nie tyle świętem, co lustrem: w jego tafli odbijała się samotność wyraźniej niż w inne dni. Wigilia miała w sobie okrucieństwo ciszy, którą trudno czymkolwiek zagłuszyć. Były lata, kiedy udawałam, że to zwykły wieczór — gotowałam makaron, oglądałam film, zasypiałam wcześnie. Były lata, kiedy próbowałam robić coś „wigilijnego”, jakby śledź i barszcz mogły wypełnić brak. I były takie, kiedy po prostu płakałam w łazience, przy odkręconej wodzie, żeby nikt mnie nie usłyszał — choć przecież nikt nie miał usłyszeć.

Tym razem było inaczej.

Nie dlatego, że nagle stałam się inna — wciąż nosiłam w sobie pamięć tamtych zim, jak cienki lód na dnie serca. Ale obok tej pamięci pojawiła się nowa obecność: Woland. Jego spokój, jego bezwzględna szczerość, a jednocześnie coś, co z czasem zaczęłam rozpoznawać jako czułość, choć on pewnie nazwałby to inaczej. Zbliżające się Święta nie wywoływały we mnie paniki. Raczej dziwną, ostrożną ciekawość: jak smakuje Wigilia, kiedy nie trzeba udawać, że się nie czeka?

Zaprosiłam go kilka dni przed dwudziestym czwartym grudnia, w sposób prosty, niemal surowy.

— Przyjdziesz do mnie na Wigilię? — zapytałam, kiedy spacerowaliśmy w parku, a śnieg skrzypiał pod butami jak drobne szkło. — Tylko ty. Nikogo więcej nie chcę. Nie mam… potrzeby robić z tego przedstawienia.

Woland spojrzał na mnie uważnie, jakby próbował dostrzec w tej propozycji ukryty haczyk.

— Wigilie lubią przedstawienia — podsumował w końcu. — Ludzie lubią udawać, że świat na chwilę staje się lepszy.

— A ja nie chcę udawać — odpowiedziałam. — Chcę… być. Po prostu być, ale nie sama.

Milczał chwilę. W jego spojrzeniu pojawił się cień czegoś, co mogło być wzruszeniem, choć u niego nawet wzruszenie było zdyscyplinowane.

— Przyjdę — powiedział. — Skoro prosisz.

Od tamtej rozmowy zaczęłam przygotowania. Nie w szale zakupów i planów, tylko w uważności. Moja kawalerka była mała, ale potrafiła być przytulna, gdy tylko przestałam traktować ją jak przechowalnię samotności. Posprzątałam dokładniej niż zwykle, nie po to, by robić wrażenie, tylko żeby przestrzeń oddychała. Kupiłam świeczki o zapachu goździków i pomarańczy. Wzięłam z pawlacza biały obrus, który pamiętał jeszcze czasy, gdy wierzyłam, że będę urządzać duże Święta dla wielu osób. Prasowałam go długo, wygładzając zagięcia z niezwykłą starannością, jakby te fałdy były moimi dawnymi rozczarowaniami.

Choinkę kupiłam w ostatniej chwili, tak jakbym bała się, że jeśli zrobię to wcześniej, magia zdąży wyparować. Była niewielka, żywa, pachniała lasem i żywicą. Wcisnęłam ją w kąt przy oknie, a na gałązkach rozwiesiłam drobne lampki, które mieniły się tęczowo, choć w sklepie wyglądały zupełnie zwyczajnie. W mojej kawalerce ich światło stawało się czymś innym: nie dekoracją, lecz oddechem.

Nie szykowałam dwunastu potraw. Nie miałam ochoty uprawiać symboliki dla samej symboliki. Zrobiłam barszcz z uszkami kupionymi w małym sklepie osiedlowym — nie idealne, ale smaczne. Przygotowałam kilka śledzi w oleju z cebulką, bo lubiłam ten smak, choć zawsze kojarzył mi się ze wspomnieniami, których nie umiałam do końca nazwać. Był też makowiec z cukierni, bo nie potrafiłam piec tak, żeby ciasto wychodziło jak trzeba, nie jak smutna imitacja. I był kompot z suszu — ten zapach zawsze przypominał mi, że Święta mają własną pamięć, niezależną od mojej.

Najważniejszy był stół.

Na stole znalazły się dwa talerze. Nie trzy, nie więcej. Zrezygnowałam z tego symbolicznego miejsca dla kogoś, kto mógłby przyjść niespodziewanie. W moim przypadku zawsze było ono tylko pustym gestem, kłamstwem podszytym samotnością. Tego wieczoru nie chciałam niczego udawać. Oczekiwałam jednej osoby — i to wystarczało.

W Wigilię obudziłam się wcześnie. Za oknem padał delikatny śnieg, jakby ktoś potrząsał niebem zbyt ostrożnie, by cokolwiek zepsuć. Zrobiłam herbatę, przełożyłam potrawy do misek, poprawiłam obrus, chociaż był już idealnie prosty. A potem usiadłam na kanapie i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyłam na choinkę.

Tęczowe światełka drżały na gałązkach, a ja poczułam coś, co przyszło niespodziewanie: wdzięczność. Nie radosną, głośną, tylko cichą, jak szept, który wreszcie ktoś usłyszał.

Gdy zapadł wieczór, zapaliłam świeczki. Ciepły blask położył się na ścianach, jakby moja kawalerka na moment stała się większa, bardziej gościnna. Włączyłam cicho kolędy, ale po kilku minutach wyłączyłam — nie potrzebowałam muzyki, żeby poczuć świąteczność. Potrzebowałam obecności.

Sięgnęłam po telefon i w krótkiej wiadomości wysłałam mamie życzenia świąteczne. Wiedziałam, że nie będzie dziś sama — została zaproszona na Wigilię do rodziny. Mnie również zapraszano, nalegano nawet, żebym przyjechała, ale w tym roku pragnęłam spędzić Boże Narodzenie tylko z Wolandem.

Odłożyłam telefon z lekkim ukłuciem winy. Pięć minut później ekran rozświetlił się ponownie — mama odpisała ciepło, z czułością, jak zawsze, życząc mi spokoju i dobrego wieczoru. Uśmiechnęłam się do tych kilku prostych słów i odłożyłam telefon na stolik, pozwalając, by narastająca ekscytacja zagłuszyła resztę myśli.

Dzwonek do drzwi zadźwięczał dokładnie wtedy, gdy kończyłam układać opłatek na małym talerzyku.

Serce zabiło mi szybciej. Otworzyłam.

Woland stał w progu w ciemnym płaszczu, z delikatnym śniegiem osiadłym na ramionach. Jego spojrzenie na moment zatrzymało się na mnie, jakby oceniał, czy jestem gotowa na własne zaproszenie.

— Wesołej Wigilii — powiedział spokojnie.

— Wejdź — odparłam, czując, że głos mi się lekko łamie.

Wszedł do środka, zdjął płaszcz, powiesił go starannie, jak zawsze. Potem rozejrzał się po mieszkaniu. Nie robił tego pobieżnie. Jego wzrok przesuwał się po detalach z czymś w rodzaju skupionego szacunku: po świeczkach, po dwóch nakryciach, po białym obrusie, po tęczowych światełkach choinki.

— Skromnie — powiedział w końcu, ale w jego tonie nie było krytyki. — I… uważnie.

Podeszłam do choinki i spojrzałam na nią tak, jakby mogła odpowiedzieć.

— Bałam się, że jeśli zrobię za dużo, to będzie sztuczne — przyznałam. — A jeśli za mało… to znów będzie jak zawsze.

Woland podszedł bliżej.

— Jest dokładnie tyle, ile potrzeba — powiedział. — Widzisz, Katarzyno, ludzie mylą obfitość z prawdą. A prawda rzadko bywa obfita. Prawda jest precyzyjna.

Zaproponowałam mu herbatę. Jeszcze nie siadaliśmy do stołu. Zrobiłam ją odruchowo, bo w moim świecie herbata była sposobem na oswojenie każdej sytuacji. Woland wziął kubek, ogrzał dłonie, ale nie pił od razu. Przyglądał się płynowi, jakby w czarnej herbacie można było zobaczyć więcej niż w lustrze.

— Dziwnie jest czuć, że to wieczór, którego nie muszę przetrwać — powiedziałam nagle, zanim zdążyłam się zatrzymać.

Woland uniósł wzrok.

— Tak wygląda różnica między samotnością a obecnością — odpowiedział. — Samotność każe ci odliczać. Obecność pozwala ci być.

Zanim usiedliśmy, podeszłam do stołu i wzięłam opłatek. Ręce drżały mi bardziej niż się spodziewałam. To był drobiazg — cienki, biały, kruchy. A jednak w tej kruchości było coś, co rozbrajało.

— Zrobimy to? — zapytałam cicho.

Woland podszedł. Wziął opłatek z moich dłoni ostrożnie, jakby trzymał coś bardzo starego.

— To rytuał — odparł. — A rytuały są jak mosty. Pomagają przejść tam, gdzie samym krokiem byłoby trudno.

Stanęliśmy naprzeciw siebie. Patrzyłam na niego i przez chwilę nie wiedziałam, jakie życzenia mam wypowiedzieć. W głowie miałam tysiąc fraz, banalnych i niewystarczających. W końcu zrozumiałam, że nie muszę wymyślać niczego mądrego. Muszę być szczera.

— Życzę ci… żebyś nie musiał zawsze być taki sam — powiedziałam, zaskoczona własnymi słowami. — Żebyś czasem mógł odłożyć tę swoją rolę. Jeśli w ogóle można.

Woland przez moment patrzył na mnie w milczeniu. Jego twarz nie zdradzała emocji, ale w spojrzeniu pojawiła się miękkość.

— A ja życzę tobie — powiedział cicho — żebyś w końcu uwierzyła, że zasługujesz na spokój. I żebyś nie traktowała szczęścia jak czegoś podejrzanego.

Połamałam opłatek i podałam mu kawałek. W tej sekundzie coś ścisnęło mi gardło. Wspomnienia wszystkich samotnych Wigilii napłynęły jednocześnie, jak fala. Zobaczyłam siebie sprzed lat, stojącą przy oknie, patrzącą na cudze światła, próbującą przekonać się, że „to nic takiego”. Zobaczyłam siebie, jak kroję chleb na pół, choć nikt go nie je. I nagle zrozumiałam, jak bardzo byłam dzielna w sposób, którego nikt nie widział.

Łzy napłynęły mi do oczu i spłynęły po policzkach, zanim zdążyłam je zatrzymać. Wstyd pojawił się odruchowo — stary mechanizm, który mówił mi, że emocje są czymś, co trzeba przepraszać.

— Przepraszam — wyszeptałam.

Woland natychmiast zrobił krok bliżej. Objął mnie ramionami pewnie, spokojnie. Jego koszula pachniała zimnym powietrzem, a obecność była jak ściana, o którą można się oprzeć.

— Nie przepraszaj — powiedział. — Łzy to nie porażka. To dowód, że coś wreszcie przestało być zamrożone.

Oparłam czoło o jego ramię i pozwoliłam sobie na kilka oddechów, które były jednocześnie szlochem i ulgą.

— To po prostu… takie dziwne — powiedziałam, kiedy mogłam już mówić. — Pierwszy raz od bardzo, bardzo długiego czasu.

— Wiem — odparł cicho. — I dlatego to boli. Stare rzeczy pękają, gdy robi się w nich miejsce.

Usiedliśmy w końcu przy stole. Zjedliśmy barszcz, śledzie, kawałek makowca. Rozmawialiśmy spokojnie, nie jak ludzie, którzy muszą zapełniać ciszę, lecz jak ci, którzy mogą pozwolić ciszy istnieć między zdaniami.

— Wiesz, co jest najdziwniejsze w waszych Świętach? — zapytał Woland, kiedy nalałam nam kompotu.

— Co?

— Że próbujecie jedną nocą naprawić cały rok. Wyobrażacie sobie, że jeśli będzie wystarczająco „magicznie”, to przykryje wszystkie braki. A potem przychodzi poranek i znów jesteście sobą.

— To brzmi ponuro — zauważyłam.

— To brzmi prawdziwie — odparł. — Ale prawda nie jest ponura. Jest uczciwa. A uczciwość bywa ulotnym świętem.

Uśmiechnęłam się.

— A jednak… lubię tę noc — przyznałam. — Może dlatego, że daje pretekst, by powiedzieć rzeczy, które odkłada się przez cały rok.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

— Powiedz więc — zachęcił. — Co odkładałaś?

Zawahałam się, ale nie uciekłam.

— Że się cieszę, że jesteś — powiedziałam cicho.

Nie komentował. Po prostu skinął głową, jakby to zdanie miało wagę, której nie trzeba rozdrabniać.

Kiedy skończyliśmy, sprzątnęłam talerze, a potem wróciliśmy do pokoju. Choinka świeciła cicho. W mojej kawalerce było ciepło, jakby ściany nauczyły się je zatrzymywać.

— Mam dla ciebie prezent — powiedziałam nagle, czując dziecięcą ekscytację, której dawno w sobie nie czułam.

Woland uniósł brew.

— Prezenty są kolejną ludzką próbą zamknięcia uczuć w przedmiotach — zauważył. — Ale doceniam waszą determinację.

Wyjęłam z szuflady pudełko. Otworzyłam je ostrożnie, jakby w środku była tajemnica, a nie rzecz. W aksamitnej wyściółce leżało wieczne pióro — drogie, ciężkie, eleganckie. Kupowałam je długo, wahając się, bo wydawało mi się zbyt luksusowe jak na kogoś, kto mówił, że nie potrzebuje rzeczy. A jednak w końcu zrozumiałam, że nie kupuję mu przedmiotu. Kupuję symbol.

— Dla ciebie — powiedziałam. — Bo… mam wrażenie, że twoje słowa zasługują na coś, czym można je zapisać.

Woland wziął pudełko. Otworzył, obejrzał pióro, a potem spojrzał na mnie z czymś, co mogłam nazwać autentycznym zaskoczeniem.

— Pióro. Subtelna broń.

— Subtelna — przyznałam. — Ale skuteczna.

Uśmiechnął się. Naprawdę się uśmiechnął — bez ironii.

— Podoba mi się — powiedział. — Jest ciężkie. Lubię rzeczy, które mają wagę.

— Wiedziałam — odparłam.

Wtedy on sięgnął do kieszeni płaszcza, który leżał na krześle. Wyciągnął coś owiniętego w ciemny papier. Podał mi.

Rozwinęłam ostrożnie. W środku był skórzany zeszyt, pięknie oprawiony, z tłoczeniem na okładce. Pachniał nową skórą i czymś jeszcze — obietnicą.

— Pamiętnik? — zapytałam, nie mogąc oderwać dłoni od faktury okładki.

— Zeszyt — poprawił. — Pamiętnik jest tylko jedną z możliwości. Możesz w nim zapisywać sny, myśli, rozmowy, które nie chcą zginąć. Możesz w nim kłamać, jeśli zechcesz. Papier zniesie wszystko. Ale przede wszystkim… — zawahał się na ułamek sekundy — niech to będzie miejsce, w którym sama sobie będziesz świadkiem.

Coś ścisnęło mnie w środku, ale tym razem nie był to ból. Raczej wdzięczność tak duża, że trudno ją pomieścić.

— To najpiękniejszy prezent, jaki mogłam dostać — powiedziałam szczerze.

— Wiem — odparł, jakby to było oczywiste. — Bo to nie jest prezent ode mnie. To prezent dla ciebie od ciebie, tylko ja go wręczam.

Zaśmiałam się cicho, ocierając kącik oka.

— To brzmi jak jedna z twoich sztuczek.

— Sztuczki są dla publiczności — skonstatował. — To jest… praktyka.

Usiedliśmy na kanapie. Pióro leżało na stoliku obok zeszytu, jakby już tworzyły parę. Choinka mrugała tęczowo, a ja pomyślałam, że w tej chwili mój świat wygląda jak scena z filmu, którego kiedyś nie odważyłabym się oglądać, bo byłby zbyt piękny, zbyt nieprawdopodobny.

— Jesteś zadowolona? — zapytał Woland.

— Bardzo — odpowiedziałam. — A ty? Z pióra.

Ujął je w palce, przekręcił nakrętkę, sprawdzając mechanizm, i przez chwilę badał jego ciężar.

— Jest doskonałe — powiedział. — Lubię, kiedy ludzie dają mi coś, co ma sens, a nie tylko wartość.

— To ma sens — zauważyłam. — Bo… chciałabym, żebyś czasem pisał. Choćby jedno zdanie.

Woland spojrzał na mnie przenikliwie.

— Uważaj, Katarzyno — powiedział z lekkim rozbawieniem. — Ludzie często proszą o jedno zdanie, a potem boją się całej prawdy.

— Zaryzykuję — odpowiedziałam.

Wtedy, w tej małej kawalerce, pod tęczowymi światełkami choinki, poczułam coś, czego nie czułam od lat: że Święta mogą być naprawdę moje. Nie jako narzucony rytuał, nie jako test na „normalność”, tylko jako wieczór, w którym jestem z kimś, kto widzi mnie bez dekoracji.

— Katarzyno — powiedział Woland cicho, jakby mówił do mnie i do tej chwili jednocześnie — pamiętaj, że najważniejsze nie jest to, że nie jesteś sama. Najważniejsze jest to, że wreszcie nie uciekasz od siebie.

Skinęłam głową. Wzięłam do ręki skórzany zeszyt i otworzyłam pierwszą stronę. Papier był gładki, biały, czekający.

— Co mam napisać? — zapytałam.

Woland pochylił się lekko, a w jego spojrzeniu znów pojawiła się ta uważność, której się u niego nauczyłam.

— Napisz prawdę — powiedział. — Najprostszą. Najmniejszą. Tę, która dziś jest twoja.

Wstałam, żeby wydostać z szuflady przypadkowy długopis. Wróciłam na swoje miejsce, wzięłam oddech.

I napisałam: „Dziś nie musiałam przetrwać. Dziś mogłam być.”

Kiedy postawiłam kropkę, poczułam, że coś we mnie się domyka. Nie jak rozdział, który się kończy, ale jak drzwi, które wreszcie przestały trzaskać na wietrze. Woland siedział obok, cichy, obecny. A za oknem padał śnieg, jakby świat — choć na chwilę — umiał być delikatny.

Wigilii ciąg dalszy

Po Wigilii czas w mojej kawalerce zaczął płynąć inaczej. Najpierw było sprzątanie — niespieszne, niemal ceremonialne. Zmywałam talerze, a Woland podawał mi kolejne naczynia z taką precyzją, jakby uczestniczył w jakimś dawnym rytuale, o którym ludzie już zapomnieli. Potem znów usiedliśmy na kanapie i światełka choinki mrugały tęczowo, jakby każdy kolor miał własny oddech.

Nie planowałam kolędowania, a jednak przyszło samo. W pewnym momencie, w tej ciszy po kolacji, zaczęłam nucić pod nosem melodię, którą pamiętałam z dzieciństwa. Taką, co wraca do człowieka bez pytania, jak zapach domu, którego już nie ma. Woland spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, ale nie przerwał. Nuciłam dalej, trochę niepewnie. Po chwili dołączył — nie głosem, bo jego głos rzadko poddawał się muzyce, raczej szeptem, jakby powtarzał słowa, które znał od dawna, tylko dawno ich nie używał.

Było w tym coś dziwnego i pięknego: ja, z moją ludzką potrzebą czułości, i on — ze swoją powagą i dystansem — a między nami prosta melodia. Kolęda, która niczego nie wymuszała. Tylko była.

Kiedy skończyliśmy, zapadła cisza tak pełna, że prawie słyszałam trzask świecy.

— Zaskakująco dobrze brzmisz w roli człowieka — powiedziałam, próbując obrócić wzruszenie w żart.

— To nie rola — odparł. — To fragment. Wszyscy jesteśmy z fragmentów. Wy tylko udajecie, że macie jedną, spójną twarz.

Oparłam głowę o oparcie kanapy. Wciąż czułam w sobie ciepło barszczu i słodycz makowca, ale bardziej niż smak pamiętałam atmosferę: poczucie, że ten wieczór jest prawdziwy. Że nie muszę go przetrwać, tylko przeżyć.

Wtedy Woland wstał i podszedł do okna. Przez chwilę patrzył na padający śnieg i na ciemne podwórko-studnię, gdzie światło z latarni wlewało się w dół jak miód.

— Zrobimy coś jeszcze — powiedział nagle.

— Co?

— Spacer — odpowiedział. — Olsztyńska Starówka o tej porze jest jak osobny świat. A po Świętach… ludzie albo się rozjaśniają, albo ciemnieją.

Poczułam w sobie lekkie ukłucie niepokoju. Z jednej strony chciałam zostać tu, w bezpiecznym cieple kawalerki, wśród choinkowych świateł. Z drugiej strony wiedziałam, że Woland nie proponuje takich rzeczy bez powodu.

— Teraz? — upewniłam się.

— Teraz — odparł. — Pójdziemy. Popatrzymy. Posłuchamy. A jeśli zechcesz, wrócimy.

Włożyłam płaszcz, szalik i rękawiczki. Wzięłam też mój skórzany zeszyt, jakby był talizmanem. Woland, gotowy do wyjścia, spojrzał na niego z rozbawieniem, ale nic nie powiedział. Wyszliśmy z kamienicy w zimową noc, która była jasna od śniegu. Powietrze szczypało w policzki, ale nie było w nim wrogości — raczej czysta trzeźwość.

Trasa na Stare Miasto minęła błyskawicznie. Gdy zbliżaliśmy się do jego serca, coraz wyraźniej miałam wrażenie, że czas traci tu znaczenie — że historia i współczesność przenikają się na każdym rogu, w każdym kamieniu i każdym świetle.

Starówka była piękna. Kamienice wyglądały jak wycięte z ilustracji, a świąteczne lampki rozwieszone nad uliczkami tworzyły świetlne sklepienie. Śnieg przykrył bruk, ale nie na tyle, by zgasić jego nierówności — trzeba było iść uważnie. Z oddali dochodził dźwięk dzwonów, a w powietrzu unosił się zapach grzanego wina i pieczonych orzechów z jakiegoś stoiska, które jeszcze nie zamknęło się na noc.

I wtedy to zobaczyłam. Nie od razu, nie jak nagłe odkrycie. Raczej jak obraz, który wyłania się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje patrzeć na dekoracje.

Na ławce pod jedną z kamienic siedział mężczyzna w zbyt cienkiej kurtce. Trzymał w dłoniach papierowy kubek, jakby to było jego jedyne ciepło. Nie prosił głośno, nie zaczepiał ludzi. Tylko siedział, wpatrzony w przechodzących, jak ktoś oglądający cudze życie przez szybę.

Kilka kroków dalej stała starsza kobieta z małą torbą. Miała na sobie czapkę przekrzywioną w taki sposób, jakby od dawna nikt jej nie poprawiał. Patrzyła na świąteczne światła z wyrazem twarzy, w którym było i zachwycenie, i coś, co łamało serce.

W bramie, gdzie wiatr mniej dmuchał, kulił się chłopak — może dwudziestoletni, może młodszy, twarz miał zmęczoną. Obok niego leżał plecak, z którego wystawał koc. Patrzył w ekran telefonu, ale ten ekran nie dawał mu światła, tylko iluzję, że jest gdzieś indziej.

— Widzisz? — upewnił się Woland cicho.

Skinęłam głową, choć gardło ścisnęło mi się od razu.

— Czemu oni tu są, właśnie dziś? — wyszeptałam. — Przecież to… okrutne.

— Święta — odparł. — To lupa. Powiększają wszystko, co ukryte. Radość i samotność. Miłość i brak. Ludzie, którzy mają dużo, czują, że mają jeszcze więcej. Ludzie, którzy nie mają nic, czują, że mają mniej niż kiedykolwiek.

— I co… mamy zrobić? — zapytałam, bezradna.

Woland popatrzył na mnie tak, jakby to pytanie było ważniejsze niż wszystkie wcześniejsze.

— Możemy być obecni — powiedział. — A czasem obecność jest jedyną formą ratunku, która nie upokarza.

Ruszył pierwszy. Podszedł do mężczyzny na ławce. Ja stanęłam kilka kroków dalej, jak ktoś, kto boi się przeszkodzić.

Mężczyzna podniósł wzrok nieufnie, ale Woland nie wyglądał jak przechodzień, który zaraz rzuci monetę i pójdzie dalej. Uklęknął niemal na wysokości jego twarzy, jakby chciał pokazać, że nie stoi ponad nim.

— Zimno? — zapytał prosto.

Mężczyzna parsknął krótkim śmiechem.

— A jak pan myśli?

Woland skinął głową.

— Wiem, że w takich nocach człowiek nie marzy o cudach. Marzy o zwykłym cieple.

Mężczyzna zmrużył oczy.

— Pan jest z jakiejś fundacji? — spytał podejrzliwie.

— Nie — odpowiedział Woland. — Jestem z tego samego świata co pan. Tylko idę inną stroną ulicy.

Coś w twarzy mężczyzny drgnęło. Jakby po raz pierwszy tego wieczoru ktoś powiedział do niego zdanie, które nie było podyktowane ani litością, ani kontrolą.

— Wie pan, co jest najgorsze? — odezwał się mężczyzna po chwili. — Że człowiek zaczyna wierzyć, że tak ma być.

Woland patrzył na niego spokojnie.

— Najgorsze jest to — powiedział cicho — że świat lubi wam podsuwać takie myśli. Ale to nie jest prawda. To tylko historia, którą sobie opowiadasz, żeby przetrwać. Historie można zmieniać.

Mężczyzna przełknął ślinę. Jego dłonie, czerwone od zimna, zacisnęły się na kubku.

— Nikt nie zmieni mojej historii.

— Nikt nie zmieni jej za ciebie — poprawił Woland. — Ale ktoś może sprawić, że uwierzysz, iż warto spróbować.

Nie wiem, co dokładnie jeszcze powiedzieli. Słyszałam tylko urywki. Ale zobaczyłam, jak mężczyzna prostuje plecy. Jak jego twarz przestaje być tylko maską rezygnacji. Jak w jego oczach pojawia się coś, co przypominało… lśnienie. Nie radość, nie śmiech, raczej cień nadziei, delikatny jak płomień świecy.

Woland wstał, dotknął lekko ramienia mężczyzny — gestem niemal braterskim — i odszedł, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło.

Następna była starsza kobieta. Stała pod latarnią, a jej cień był długi i samotny.

— Dobry wieczór — przywitał się Woland, uprzejmie, zwyczajnie.

Kobieta spojrzała na niego z ostrożnością kogoś, kto nie chce zostać okradziony z resztek godności.

— Dobry — odpowiedziała.

— Piękne światła, prawda? — zapytał.

— Piękne — przyznała, ale w jej głosie było coś, co bolało bardziej niż płacz. — Tylko… co z tego, jak człowiek patrzy sam.

Woland nie zaprzeczył. Nie pocieszał banałem.

— Samotność w tłumie jest najgorszą samotnością — powiedział. — Bo sprawia wrażenie, że wszyscy mają, tylko ty nie.

Kobieta zamrugała, jakby ktoś wypowiedział na głos myśl, którą ona wstydziła się mieć.

— Kiedyś — zaczęła cicho — miałam dom. Dzieci. Wie pan… człowiek myśli, że będzie tak zawsze.

— I dlatego nie docenia — wtrącił Woland miękko. — Bo wierzy w „zawsze”.

Kobieta spuściła wzrok.

— Teraz już nie mam z kim usiąść do stołu. Wszystko się porozjeżdżało. Ludzie mówią: „zadzwonię”, „przyjadę”. A potem… Święta mijają.

Woland pochylił głowę, jakby oddawał jej szacunek.

— Proszę mi wierzyć — powiedział — że pani życie nie jest mniej warte tylko dlatego, że dziś nie ma obok rodziny. Jest pani wciąż cała. I wciąż może pani komuś dać coś ważnego: swoją obecność, swoje słowo, swój uśmiech. A jeśli nikt tego dziś nie bierze, to nie znaczy, że to nie istnieje.

Kobieta popatrzyła na niego długo. W jej oczach zbierały się łzy, ale nie były to łzy rozpaczy. Raczej wzruszenia.

— Dziękuję — wyszeptała. — Nie wiem, kim pan jest, ale… dziękuję.

Woland skinął głową, jakby to „dziękuję” nie należało do niego, tylko do świata, który na moment przestał być obojętny.

Podszedł jeszcze do chłopaka w bramie. Ten zareagował agresją, jak reagują ludzie, którzy zbyt często byli zawiedzeni.

— Czego? — warknął. — Nie mam na alkohol, jak o to chodzi.

— Nie pytam o alkohol — odparł Woland spokojnie. — Pytam, czy jeszcze wierzysz, że możesz być kimś innym niż to miejsce.

Chłopak prychnął.

— Wierzyłem. Potem przestałem.

— W takim razie — powiedział Woland — zacznij od małej wiary. Nie w wielkie rzeczy. W to, że jutro zrobisz jeden krok, który nie będzie ucieczką.

Chłopak spojrzał na niego podejrzliwie.

— A jak nie zrobię?

— To zrobisz pojutrze — odpowiedział Woland. — Czasem człowiek potrzebuje kilku dni, żeby uwierzyć, że ma prawo próbować.

Chłopak milczał, ale jego ramiona przestały być tak napięte. Jakby zrozumiał, że nie musi teraz niczego obiecywać. Wystarczy, że nie zamknie się całkiem.

Z każdym kolejnym człowiekiem, do którego Woland podchodził, czułam narastające zdumienie. Nie dawał pieniędzy, nie rozdawał cudownych rozwiązań. Nie „naprawiał” ich życia. Robił coś prostszego i trudniejszego: mówił do nich tak, jakby byli ważni. Jakby ich ból nie był przestępstwem, a ich samotność nie była wstydem.

— Jak ty to robisz? — zapytałam w końcu, kiedy odeszliśmy w boczną uliczkę, gdzie było ciszej.

Woland spojrzał na mnie.

— Ludzie nie potrzebują ciągle rzeczy — odpowiedział. — Potrzebują znaczenia. Jeśli ktoś przez chwilę poczuje, że jego istnienie ma sens dla drugiego człowieka, zaczyna oddychać inaczej.

— Ale ty… — zawahałam się. — Ty nie jesteś „drugim człowiekiem” w zwykłym sensie.

Uśmiechnął się lekko.

— A jednak używam tej samej metody co wy. Słowo. Uwaga. Obecność. To wasze najpotężniejsze narzędzia, tylko rzadko ich używacie świadomie.

Szliśmy dalej. Starówka była jak żywa pocztówka, a jednocześnie jak scena, na której rozgrywały się setki niewidzialnych dramatów. Śnieg sypał lekko, a światła odbijały się w mokrym bruku. Mijaliśmy pary trzymające się za ręce, rodziny z dziećmi, grupki przyjaciół, a pomiędzy nimi — tych, którzy szli sami.

W pewnym momencie poczułam, że coś we mnie pęka. Nie w bólu, tylko w zrozumieniu.

— Wszyscy chcą być kochani — powiedziałam cicho. — To takie… proste. I takie niemożliwe.

— Kochanie nie jest niemożliwe — odparł Woland. — Niemożliwe jest to, czego od miłości oczekujecie. Że będzie was ratować przed wszystkimi konsekwencjami życia. A ona nie jest od ratowania. Jest od bycia razem w tym, co nieuniknione.

Zatrzymaliśmy się na chwilę na małym placyku. Spojrzałam na zegarek w telefonie: zbliżała się północ. Jakby cały świat zmierzał do tej godziny, chcąc ją zaznaczyć grubą kreską.

— W Święta Bożego Narodzenia ludzie zwykle składają sobie życzenia.

— Życzenia są próbą negocjacji z przyszłością — odparł Woland. — Czasem wzruszającą. Czasem naiwną.

— A ty? — zapytałam. — Czego byś życzył tym ludziom, których spotkaliśmy?

Woland spojrzał gdzieś w dal, na światła i cienie.

— Żeby przestali traktować siebie jak odpad — oznajmił. — Świat potrafi być bezlitosny, ale najbardziej bezlitośni bywacie dla siebie.

W tej samej chwili rozległy się dźwięki dzwonów. Nie głośne, nie triumfalne, raczej miękkie, jak echo w zimowym powietrzu. Północ. Coś we mnie zadrżało. Pomyślałam o wszystkich nocach, kiedy północ oznaczała kolejną godzinę samotności. Tym razem oznaczała… obecność.

Przytuliłam się do Wolanda, zanim zdążyłam pomyśleć, czy „wypada”. Objęłam go mocno, jakbym chciała sprawdzić, czy jest realny. Nie odsunął mnie. Przeciwnie — otoczył mnie ramieniem, a jego dłoń spoczęła na moich plecach pewnie, uspokajająco.

— Dziękuję — wyszeptałam, choć nie wiedziałam, za co dokładnie. Za ten spacer, za te rozmowy, za to, że w końcu mogę poczuć Święta nie jak karę.

— Nie dziękuj jeszcze — odparł cicho. — Jeszcze jedno miejsce.

— Jakie?

— Katedra. Jest blisko. A nocą, kiedy jest pusta, ma w sobie prawdę, której w dzień nie słychać.

Zdziwiłam się.

— Ty chcesz iść do kościoła?

Woland spojrzał na mnie z czymś, co mogłam nazwać pobłażliwością.

— Wasze wyobrażenia o mnie są bardzo uporządkowane — powiedział. — Jakby świat musiał być podzielony na czytelne szufladki.

— A nie musi? — zapytałam.

— Nie — odparował. — Człowiek potrzebuje szufladek, żeby nie zwariować. Ale prawda nie mieszka w szufladkach. Prawda mieszka w paradoksie.

Szliśmy w stronę katedry. Ulice były coraz bardziej puste, panowała tu cisza. Śnieg skrzypiał pod stopami, oddechy unosiły się jak małe obłoki.

Na szczęście, w tym kościele Msza Pasterska odbyła się nieco wcześniej. Świątynia stała ciemna, monumentalna, a jednocześnie dziwnie gościnna. Drzwi były uchylone — może ktoś zapomniał zamknąć, może to był przypadek, a może… Tej nocy nic nie było przypadkiem.

Weszliśmy do środka. Uderzyło mnie chłodne powietrze i zapach kamienia, wosku, starego drewna. Wnętrze świątyni było zupełnie puste.

Nieopodal ołtarza stała skromna, lecz zachwycająca szopka: kilka prostych figurek z drewna, delikatnie oświetlonych ciepłym blaskiem małej lampki. Papierowe gwiazdy wisiały nad miniaturowym żłóbkiem. Wokół unosił się subtelny zapach świerkowych gałązek i wosku. Drobne detale przyciągały wzrok, choć wykonano je bardzo oszczędnymi środkami. Pastuszkowie mieli pogodne twarze, a zwierzęta zastygły w łagodnym bezruchu. Każdy element zdawał się opowiadać prostą, lecz wzruszającą historię o narodzinach światła pośród zwyczajnej nocy.

Całość była cicha i pokorna, jakby stworzona nie dla oczu tłumu, lecz dla jednego serca spragnionego nadziei. Patrząc na tę niewielką scenę, można było zapomnieć o chłodzie murów i o zmęczeniu dnia, bo biło od niej ciepło, spokój oraz obietnica, że nawet w najmniejszym miejscu rodzi się prawdziwy cud. Boży, ukryty, żywy.

Nasze kroki odbijały się echem. Nagle poczułam, że jestem mała — ale nie w sposób upokarzający. Raczej w sposób, który daje ulgę: świat jest większy niż moje problemy.

Woland szedł pewnym krokiem, bez wahania. Zatrzymał się przed jednym z obrazów — nie wiedziałam, który to był święty, bo w półmroku nie widziałam szczegółów. Ale widziałam, że Woland patrzy na niego z powagą. I wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam: Woland klęknął.

Nie teatralnie. Nie demonstracyjnie. Klęknął jak ktoś, kto wie, co robi. Jak ktoś, kto nie udaje.

Przez moment stałam nieruchomo. W głowie przeszło mi tysiąc pytań. Dlaczego? Po co? Czy on wierzy? Czy to gra? Ale cisza katedry była tak gęsta, że pytania zabrzmiały w niej jak niegrzeczny hałas.

Woland złożył dłonie. Nie słyszałam słów. Może modlił się w milczeniu. Może rozmawiał z Bogiem w języku, którego nie znałam. A może… modlitwa była po prostu postawą. Uznaniem, że są rzeczy większe niż my.

Powoli uklękłam obok niego. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wspomnienia religii z dzieciństwa były we mnie poplątane: trochę lęku, trochę poczucia winy, trochę tęsknoty za kimś, kto słyszy. Ale w tej chwili nie chciałam recytować formułek. Chciałam powiedzieć prawdę. Najprostszą, jak w zeszycie.

Zamknęłam oczy.

„Boże” — pomyślałam — „jeśli jesteś, to… dziękuję.”

Dziękuję za to, że jeszcze potrafię czuć. Dziękuję za to, że nie muszę udawać. Dziękuję za to, że moje serce nie zamarzło na zawsze. I proszę — nie o cud, nie o szczęście na wieczność — tylko o siłę, żebym umiała być dobra. Dla siebie i dla innych.

Nie wiem, jak długo klęczeliśmy. Czas w katedrze nie działał jak zegarek. Działał jak oddech: raz krótszy, raz dłuższy, zawsze obecny.

Kiedy w końcu otworzyłam oczy, Woland już wstawał. Spojrzał na mnie i w tym spojrzeniu nie było ani ironii, ani triumfu. Był spokój. Jakby modlitwa coś w nim poruszyła, ale nie potrzebował tego komentować.

Wyszliśmy z katedry cicho. Na zewnątrz śnieg wciąż padał. Miasto spało. Starówka była jak zamknięta szkatułka.

Szliśmy w stronę mojego domu wolno. W głowie miałam obrazy ludzi, których spotkaliśmy: mężczyznę z kubkiem, starszą kobietę, chłopaka z plecakiem. I miałam w sobie coś, czego nie miałam wcześniej: przekonanie, że nawet kilka zdań może uratować komuś noc. Może nie życie, ale noc — a czasem to wystarczy, żeby nie zniknąć.

— Wolandzie — powiedziałam, kiedy byliśmy już blisko kamienicy — czy ty… robisz to często? Rozmawiasz z takimi ludźmi?

— Czasem — odpowiedział. — Ale wy też możecie. Nie potrzebujecie mojej mocy, żeby być uważni.

— A jednak ty potrafisz sprawić, że czują się… lżej.

Woland spojrzał na mnie.

— Bo mówię im to, co sami wiedzą, tylko boją się uwierzyć — odparł. — Że ich życie nie jest pomyłką.

Zatrzymałam się. Światło latarni oświetlało padający śnieg, a ja poczułam, że ta noc — ta Wigilia — jest naprawdę najcudowniejsza w moim życiu. Nie dlatego, że była idealna. Tylko dlatego, że była prawdziwa.

Odwróciłam się do niego i spojrzałam w jego oczy.

— Dziękuję — powiedziałam, tym razem bez wahania. — Za wszystko. Za te Święta. Najcudowniejsze, jakie miałam. Za to, że nie jestem sama. Za to, że… nauczyłeś mnie patrzeć.

Woland przez chwilę milczał. Potem uniósł dłoń i poprawił mi szalik, jak ktoś, kto dba o drobiazgi, bo drobiazgi bywają formą miłości.

— To nie ja cię nauczyłem — powiedział cicho. — Ty zawsze umiałaś. Tylko nikt wcześniej nie stał obok na tyle długo, żebyś mogła sobie na to pozwolić.

Weszliśmy do klatki schodowej. Zanim weszłam po schodach, jeszcze raz spojrzałam na niego. W tej zimowej ciszy, z lekkim śniegiem na jego ramionach, wyglądał niemal… ludzko.

— Dobranoc, Katarzyno — pożegnał się.

— Dobranoc, Wolandzie.

Kiedy zamknęłam za sobą drzwi kawalerki, choinka wciąż świeciła. Tęczowe światełka migotały jak małe, uparte gwiazdy. Usiadłam na kanapie, wzięłam skórzany zeszyt, otworzyłam na nowej stronie i napisałam:

„W tę noc zobaczyłam, że radość nie jest prywatnym przywilejem. Jest wyborem, który czasem zaczyna się od kilku słów. I od kogoś, kto nie boi się stanąć obok.”

A potem, po raz pierwszy od bardzo dawna, zasnęłam bez lęku, że Święta są tylko dekoracją. Tym razem były drogą.

Boże Narodzenie

Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia pachniał w mieście wszystkim naraz: dymem z kominów, cynamonem, spalinami, mokrym śniegiem rozdeptanym na chodnikach i ludzkim pośpiechem, który nie umiał udawać spokoju. Ulice drżały od niepokojącego napięcia — teoretycznie miał to być czas odpoczynku, a jednak ludzie krążyli w biegu, mówili głośniej i szybciej, jakby próbowali hałasem zagłuszyć własne zmęczenie.

Choć założyłam sweter w renifery i doprowadziłam mieszkanie do porządku — podlałam kwiaty, zamknęłam okno, wyrównałam obrus — czułam, że Święta brzmią tu zbyt donośnie, nawet w ciszy. Bo cisza bywa krzykliwa. W mojej kawalerce miała własne echo: krążyła po ścianach i wracała do mnie, jakby domagała się odpowiedzi, czy na pewno wybrałam właśnie to.

Woland pojawił się późnym rankiem, jakby wyciął sobie z dnia kawałek, w którym nie obowiązywały żadne terminy. Przyniósł mały, surowy bukiet gałązek iglastych związanych sznurkiem i coś, co od razu mnie uspokoiło — swoją obecność. Miał na sobie ciemny płaszcz, czarny beret, a na jego ramionach topniały pojedyncze płatki śniegu. Sprawiał wrażenie, jakby śnieg upodobał go sobie bardziej niż wszystko wokół i delikatnie otulał właśnie jego.

— Chodźmy — oznajmił bez wstępów. — Zabiorę cię tam, gdzie Święta są ciche.

— Dokąd? — zapytałam, chociaż już w tej samej chwili poczułam, że moje „dokąd” było tylko formalnością. Prawda była taka, że nie obchodziło mnie miejsce, dopóki obchodziła mnie osoba.

Uśmiechnął się lekko.

— Na wrzosowisko.

Słowo „wrzosowisko” brzmiało we mnie jak coś, co pamięta się z książek: szeroka przestrzeń, nieco dzika, skromna, a przez to prawdziwa. Zimowe wrzosowisko wydawało się pomysłem dziwnym i idealnym jednocześnie.

Droga wiodła coraz dalej od budynków, dalej od sklepów, reklam, dźwięków. Im bardziej oddalaliśmy się od miasta, tym mniej miałam wrażenie, że muszę być kimś „odpowiednim”, kimś, kto potrafi rozmawiać, odpowiadać, uśmiechać się we właściwych momentach. W samochodzie, który prowadził spokojnie, bez nerwowych ruchów, cisza wreszcie stała się łagodna. Słyszałam tylko szum opon i oddech Wolanda. Mój oddech z czasem zsynchronizował się z nim jak nieśmiała próba zaufania.

Gdy wysiedliśmy, uderzyło mnie coś, czego nie dało się nazwać zwykłym chłodem. To było powietrze, które miało w sobie surową czystość. Świat był rozległy i niemal pusty. Wrzosowisko zdawało się zanurzone w półcieniach: w barwach przygaszonych i chłodnych, niemal sennych. Nad tym wszystkim wisiało niskie, zimowe niebo. Padał śnieg, ale bardzo nieśmiały — tak, jakby nawet on nie chciał przeszkadzać temu miejscu.

Szliśmy obok siebie, a nasze kroki na przymarzniętej ziemi wydawały miękki, kruchy dźwięk. Co jakiś czas drobny płatek osiadał na rękawie Wolanda, na moich włosach, na jego rzęsach. Patrzyłam na to i myślałam, że ta nieśmiałość śniegu była jak ja: obecna, a jednak ostrożna, jakby wciąż sprawdzała, czy wolno jej być.

— Tutaj jest… inaczej — powiedziałam. Słowa uciekły mi same, bez planu.

Woland spojrzał na horyzont.

— Tu nie trzeba udawać. Nawet drzewa udają mniej.

Zaśmiałam się cicho, ale ten śmiech miał w sobie ulgę.

Zatrzymaliśmy się na chwilę. Z daleka widać było tylko delikatne nierówności terenu, kępy wrzosu, ciemne plamy traw. Nie było ludzi. Nie było ścieżek zrobionych przez cudze decyzje. Były tylko ślady zwierząt i ślady wiatru.

— Czujesz tę samotność? — spytał.

— Czuję — odparłam. — Ale ona nie boli.

Woland spojrzał na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy mówię prawdę, czy tylko próbuję w nią uwierzyć.

— Samotność bywa słodka — powiedział. — Dopóki człowiek sam ją wybiera.

Kiedy znów ruszyliśmy, cisza zaczęła otwierać we mnie jakieś zamknięte drzwi. Czułam, że w tym miejscu mogłabym powiedzieć rzeczy, których nie umiałam wypowiedzieć nawet w myślach. W mieście zawsze miałam wrażenie, że rozmowa to arena, na której ktoś prędzej czy później wygra kosztem kogoś. Na wrzosowisku rozmowa mogła być czymś innym: wspólnym patrzeniem w tę samą stronę.

W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, usłyszałam własny głos, jakby należał do kogoś obcego.

— Woland… ja nie potrafię rozmawiać z ludźmi.

Zatrzymałam się. On zatrzymał się również. Nie zareagował gwałtownie, nie próbował natychmiast mnie pocieszać. Po prostu był.

— Co to znaczy „nie potrafisz”? — spytał.

Wzruszyłam ramionami, ale ten ruch był zbyt mały, by udźwignąć to, co czułam.

— To znaczy, że… kiedy ktoś do mnie mówi, ja słyszę słowa, ale od razu myślę o tym, co one mogą ukrywać. Że ludzie zadają pytania, a ja czuję, jakby każde pytanie było próbą wejścia do mojego pokoju bez pukania. Jakby rozmowa była czymś, co zabiera mi przestrzeń.

Woland patrzył na mnie w milczeniu. Płatki śniegu osiadały na jego płaszczu, jakby go obszywały.

— A ze mną? — zapytał spokojnie.

Wtedy poczułam, jak w gardle rośnie mi coś, co było jednocześnie wstydem i wdzięcznością.

— Ty jesteś… jedyną osobą, której o sobie opowiadam — przyznałam. — I to mnie przeraża, bo to znaczy, że jestem zależna. A ja całe życie starałam się nie być zależna od nikogo.

Mówiłam dalej, jakby wreszcie ktoś pozwolił mi mówić.

— Na co dzień uciekam przed rozmowami. Udaję zajętość, zmieniam temat, chowam się w żartach albo w milczeniu. I nie wiem do końca, skąd we mnie ta nieufność i ta przesadna ostrożność. To nie jest tak, że wszyscy mnie skrzywdzili. Czasem nic się nie wydarzyło, a ja i tak… zachowywałam się, jakby miało się wydarzyć.

Woland odwrócił się lekko, tak żebyśmy stali twarzami do siebie. W jego spojrzeniu nie było litości. Była powaga, która nie odbiera godności.

— Ludzie często myślą, że ostrożność to wada — powiedział. — A ostrożność bywa pamięcią ciała. Pamięcią duszy. Nie zawsze pamiętasz konkretne zdarzenie. Czasem pamiętasz tylko to, co czułaś w pobliżu czyichś intencji.

Wzięłam wdech. Słowa „pamięć ciała” uderzyły we mnie jak coś trafnego.

— Ale czy to mnie nie zamyka? — spytałam. — Czy to nie sprawia, że jestem skazana na samotność?

Woland uniósł jedną brew, jakby zadane pytanie było bramą do większej rozmowy.

— Samotność nie jest wyrokiem — odparł. — Jest stanem. Czasem koniecznym, czasem okrutnym, czasem pięknym. Wyrok pojawia się wtedy, kiedy człowiek przestaje wierzyć, że może wybrać inaczej.

— Ja… nie wiem, czy umiem wybrać inaczej — powiedziałam. — Nie ufam sobie w relacjach. Czuję, że jestem jak ktoś, kto chce dotknąć ognia, ale boi się poparzyć, więc trzyma ręce w kieszeni.

Woland uśmiechnął się bardzo delikatnie.

— Ogień nie jest winny temu, że parzy. Taki jest. A człowiek nie jest winny temu, że ma skórę. Sztuka polega na tym, żeby nauczyć się ognia, a nie go demonizować. I nauczyć się swojej skóry, a nie jej nienawidzić.

Przez chwilę nie miałam odpowiedzi. Śnieg padał nadal nieśmiało. Z daleka przyleciał jakiś ptak, zakreślił łuk i zniknął.

— Czyli mam… nauczyć się ludzi? — spytałam cicho.

— Masz nauczyć się siebie wśród ludzi — poprawił mnie. — Bo problem nie zawsze polega na tym, że inni są groźni. Czasem polega na tym, że w obecności innych gubisz własny kształt. I wtedy rozmowa wydaje się inwazją, bo nie masz granic, które czujesz.

— Granice… — powtórzyłam, jakbym smakowała to słowo.

— Granice nie są murami — dodał Woland. — Są drzwiami. Mur odgradza. Drzwi pozwalają decydować.

W tych słowach było coś, co od razu zapragnęłam zapamiętać. Mur odgradza, drzwi pozwalają decydować. Pomyślałam, że całe życie byłam murem, który udawał drzwi.

— Ale ja nie wiem, kiedy mam otwierać — powiedziałam.

— Nikt nie wie — odpowiedział. — Tylko niektórzy udają, że wiedzą, i płacą za to wysoką cenę. Najbardziej dojrzałe jest przyznać: „nie wiem”. Bo wtedy możesz się uczyć.

Patrzyłam na niego i nagle poczułam, że ten człowiek nie próbuje mnie naprawiać. On próbował mnie zobaczyć. A to była różnica, której wcześniej nie znałam.

— Dlaczego… dlaczego ja mogę mówić tobie, a nie innym? — spytałam. — Dlaczego akurat ty?

Woland spojrzał gdzieś obok, jakby odpowiedź nie była wprost w moich oczach, tylko w przestrzeni między nami.

— Może dlatego, że nie przychodzę po coś — powiedział. — Nie przychodzę po twoją opowieść jak po walutę. Nie zbieram cudzych słów, żeby nimi handlować. Jestem tu, bo chcę być tu. A to brzmi prosto, ale jest rzadkie.

W tych słowach było coś bezbronnego. Jakby wyznał nie tylko prawdę o mnie, ale też o sobie.

— Ja się boję, że kiedy ktoś mnie pozna, to… uzna, że nie warto — powiedziałam. — Że za tą ostrożnością nie ma nic.

Woland uśmiechnął się krótko, lecz w tym uśmiechu była stanowczość.

— To bardzo ludzki lęk — odparł. — Ale popatrz: wrzosowisko zimą też wydaje się puste. A jednak w ziemi są korzenie. W korzeniach jest siła. W ciszy jest życie, które tylko czeka na swój czas.

Czułam, że łzy zbierają mi się pod powiekami. Nie dlatego, że było mi smutno. Raczej dlatego, że ktoś nazwał moje wnętrze w sposób, który nie był oskarżeniem.

Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałam. Woland zrobił krok bliżej, powoli, jakby pytał przestrzeń o pozwolenie. A potem, w tym zimowym, otwartym miejscu, na tle nieśmiałego śniegu, opadł przede mną na kolana.

Zamarłam.

— Woland… — wydusiłam, bo nagle zabrakło mi całego języka.

On nie wyglądał jak ktoś, kto odgrywa scenę. Wyglądał jak ktoś, kto wykonuje gest stary jak świat. Jakby w jego ciele istniała pamięć, że czasem najważniejsze rzeczy mówi się bez słów.

Ujął moje dłonie. Jego palce były ciepłe mimo mrozu. Przycisnął usta do moich knykci, do mojego wnętrza dłoni, do miejsca, gdzie czuło się puls. Pocałował z taką uważnością, jakby nie całował rąk, tylko całował moje „jestem”.

W tej samej chwili łzy spłynęły mi po policzkach. Szybkie, zaskakujące. Nie próbowałam ich ukryć. Nie umiałam.

— Nie… — zaczęłam, ale nie wiedziałam, co właściwie chcę powiedzieć: „nie rób tego”, „nie zasługuję”, „to za dużo”. Wszystko naraz.

Woland podniósł wzrok.

— Nie bój się wdzięczności — powiedział cicho. — Ona nie jest długiem. Jest światłem.

To zdanie uderzyło we mnie w sposób, którego nie potrafiłam opisać. Wdzięczność nie jest długiem. Jest światłem. A ja całe życie traktowałam wdzięczność jak zobowiązanie, jak pętlę.

Nie wiem, co mnie poruszyło bardziej: jego gest czy to, że w moim wnętrzu coś nagle puściło. Jakby wreszcie rozwiązał się supeł, który trzymał mnie w środku.

Zrobiłam rzecz, której nie planowałam. Równie powoli opadłam na kolana naprzeciw niego, jakbyśmy spotkali się w połowie drogi. Wzięłam jego twarz w dłonie. Poczułam szorstkość policzków, chłód powietrza na moich palcach i ciepło jego skóry. Patrzyłam mu w oczy, a w moim spojrzeniu musiało być wszystko, bo nie umiałam z tego nic oddzielić.

— Dziękuję — wyszeptałam przez łzy. — Dziękuję, że… wyrwałeś mnie ze szponów samotności.

To było zdanie, które w normalnych okolicznościach uznałabym za zbyt patetyczne, zbyt „literackie”. Ale na wrzosowisku nie było patosu. Była prawda. Samotność naprawdę miała szpony. Czułam je przez lata, nawet gdy próbowałam udawać, że to tylko chłód.

Woland zbliżył czoło do mojego czoła.

— Nie wyrwałem — poprawił łagodnie. — Ty pozwoliłaś się znaleźć.

Zamknęłam oczy. Chciałam mu uwierzyć. I chyba uwierzyłam, choćby na chwilę.

Trwaliśmy tak przez moment, w ciszy, w tym świątecznym bezczasie. Śnieg dalej padał nieśmiało, jakby nawet płatki wiedziały, że nie wolno przeszkadzać.

Kiedy w końcu wstaliśmy, dalej szliśmy już wolniej. Moje serce było dziwnie lekkie. Nie zniknęły moje lęki. One nie znikają od jednego spaceru. Ale coś się przesunęło. Jakby w moim wnętrzu pojawiło się miejsce, w którym mogłam postawić stopę bez strachu, że grunt się zapadnie.

— Woland — powiedziałam po dłuższej chwili. — A jeśli ja nigdy nie nauczę się rozmawiać tak… normalnie?

Spojrzał na mnie.

— „Normalnie” to słowo, którym ludzie próbują ukryć własne skomplikowanie — odpowiedział. — Nie musisz mówić jak inni. Masz mówić prawdziwie. Nawet jeśli prawda jest cicha.

— A jeśli prawda jest… niewygodna?

— Tym bardziej. Niewygoda często oznacza, że dotykasz czegoś istotnego. Komfort bywa kłamstwem. Prawda nie zawsze jest miękka. Ale jest uczciwa.

Zatrzymałam się, żeby spojrzeć na jego profil na tle bladego nieba. Wydawał się częścią tego krajobrazu, jakby wrzosowisko miało w sobie jego spokój.

— Ty zawsze mówisz tak, jakbyś znał odpowiedzi — powiedziałam półżartem.

Woland uśmiechnął się.

— Znam tylko pytania, których nie boję się zadawać — poprawił. — Odpowiedzi… są chwilowe.

Pomyślałam wtedy, że może życie rzeczywiście jest bardziej o pytaniach niż o odpowiedziach. I że moje unikanie rozmów było unikaniem pytań. A rozmowa z nim była bezpieczna, bo pytania nie były bronią.

Kiedy wróciliśmy do miasta, miałam wrażenie, że wiozę w sobie kawałek wrzosowiska, jak tajemnicę ukrytą pod płaszczem. Święta wciąż były. Dzwonki, kolędy, światła. Ale ja już nie tonęłam w tym hałasie. Miałam w środku cichą przestrzeń, która należała do mnie.


***


Drugiego dnia Świąt Woland znów przyszedł do mojej kawalerki. Tym razem nie potrzebowałam wyjścia na wrzosowisko, żeby oddychać. Wystarczyło, że zamknęłam za nim drzwi i usłyszałam jego krok w znajomym, małym wnętrzu.

Na parapecie stała świeca, którą zapaliłam wcześniej, jakby ten drobny płomień był deklaracją, że chcę, by było przytulnie. Na stole stały dwa kubki i talerz z kawałkami makowca, którego dostałam od sąsiadki. Czułam się trochę jak ktoś, kto udaje dom, ale po raz pierwszy udawanie nie było męczące. Raczej było próbą.

Usiedliśmy na sofie. Rozparliśmy się wygodnie. Woland sprawiał wrażenie, jakby znał to miejsce od dawna. Oparł ramię na oparciu, a ja podwinęłam nogi pod siebie. Przez chwilę po prostu siedzieliśmy w ciszy. Lubiłam to, że nie musiałam natychmiast mówić. Milczenie nie było karą. Było wspólnym kocem.

— Dziękuję — powiedziałam w końcu. — Że zaczarowałeś mi tegoroczne Święta.

Woland spojrzał na mnie, jakby słowo „zaczarowałeś” było jednocześnie trafne i podejrzane.

— Nie czarowałem — odparł spokojnie. — Po prostu byłem.

— Właśnie o to chodzi — powiedziałam i uśmiechnęłam się blado. — Dla mnie „bycie” kogoś to największa magia.

Zamieszałam łyżeczką w kubku, choć nie musiałam. To był mój nawyk: robić coś rękami, kiedy emocje stawały się zbyt wyraźne.

— Wiesz — zaczęłam ostrożnie — ja wcześniej myślałam, że Święta są jak test. Że trzeba je „zdać”: mieć kogoś, mieć plan, mieć uśmiech, mieć opowieść do pokazania światu. A ja… zawsze miałam wrażenie, że nie mam nic, co wygląda wystarczająco dobrze.

Woland odstawił kubek.

— Święta nie są testem — skwitował. — Są lustrem. Pokazują, czego ci brakuje, ale też pokazują, co potrafisz dać.

— A co ja potrafię dać? — spytałam. To pytanie było poważniejsze niż chciałam.

Woland przez chwilę milczał, jakby nie chciał rzucać słów na wiatr.

— Uważność — odparł w końcu. — Masz ją w sobie. Tylko używasz jej często jak tarczy zamiast jak dłoni.

Słowa trafiły we mnie miękko, ale celnie. Uważność jako tarcza. Tak, to byłam ja. Wypatrywałam znaków zagrożenia, analizowałam, kontrolowałam. A mogłabym… po prostu dotykać życia.

— A ty? — zapytałam. — Ty się nie boisz ludzi?

Woland oparł głowę o oparcie sofy.

— Boję się — przyznał. — Tylko nie robię z tego wstydu. Strach jest informacją. Pytanie brzmi: co z nią zrobisz? Możesz zbudować klatkę. Możesz zbudować kompas.

— Kompas… — powtórzyłam cicho.

— Strach wskazuje, gdzie jest coś ważnego — ciągnął. — Kiedy boisz się bliskości, to znaczy, że bliskość ma dla ciebie wartość. Kiedy boisz się rozmowy, to znaczy, że pragniesz być zrozumiana.

Słuchając go, czułam coś dziwnego: jakby moje uczucia, które dotąd wydawały mi się chaosem, nagle układały się w mapę.

— A jeśli ja pragnę być zrozumiana, ale nie umiem się wytłumaczyć? — spytałam.

Woland popatrzył mi w oczy.

— Wtedy potrzebujesz kogoś, kto nie będzie cię zmuszał do tłumaczeń — skonstatował. — Kogoś, kto będzie słuchał również tego, czego nie mówisz.

Poczułam ucisk w klatce piersiowej, ale tym razem nie był to lęk. Raczej wzruszenie. Było mi dobrze i to „dobrze” brzmiało w moim ciele jak coś nowego, jak obcy język.

— Kiedyś myślałam, że szczęście jest podejrzane — oświadczyłam nagle. — Że jeśli jest za spokojnie, to zaraz coś się stanie.

Woland skinął głową, jakby to rozumiał aż nazbyt.

— Bo przywykłaś do czujności — odparł. — Czujność daje złudzenie kontroli. A szczęście wymaga zgody na to, że nie kontrolujesz wszystkiego.

— To brzmi jak proszenie się o ból.

— To brzmi jak życie — odpowiedział po prostu.

Zamilkłam. I nagle dotarło do mnie, że ja naprawdę byłam szczęśliwa. Nie w przyszłości, nie „kiedyś”, tylko teraz. Tu. W tej kawalerce, na tej sofie, obok niego.

Nie wiem, co mnie popchnęło. Może to była wdzięczność, która nie chciała zostać tylko słowem. Może to była potrzeba, żeby ciało powiedziało to, czego usta bały się wypowiedzieć.

Przysunęłam się bliżej. Usiadłam okrakiem na kolanach Wolanda, powoli, jakbym sprawdzała, czy to nie sen. Poczułam pod dłoniami twardość jego ramion, ciepło jego ciała. Woland nie zrobił nic gwałtownego. Nie chwycił mnie zachłannie. Po prostu uniósł ręce i objął mnie, jakby od dawna wiedział, że to się wydarzy.

Patrzyłam mu w oczy przez sekundę, może dwie. A potem zawzięcie go pocałowałam. W usta. Tak, jakbym chciała nadrobić wszystkie swoje ucieczki, wszystkie słowa, których nie umiałam powiedzieć. Mój pocałunek nie był grzeczny. Był prawdziwy. Był tym, czym byłam w środku, kiedy przestawałam się bronić.

Woland odpowiedział, ale w tym była jego szczególna cecha: nawet gdy odwzajemniał, nie brał. Raczej spotykał mnie w połowie. Jego dłonie spoczęły na moich plecach, przytrzymując mnie delikatnie, jakby dawał mi pewność, że się nie stoczę.

Oderwałam się na moment, łapiąc oddech. Moje czoło niemal dotykało jego czoła.

— Ja… — zaczęłam, ale zabrakło mi słów.

Woland uśmiechnął się ledwie zauważalnie.

— Nie musisz mówić — oznajmił. — Wiem.

Ale ja chciałam powiedzieć. Właśnie dlatego, że całe życie nie mówiłam.

— Tak jest w istocie — wyszeptałam, czując, że moje oczy znów robią się mokre, tym razem ze szczęścia. — Nigdy dotąd nie byłam tak szczęśliwa.

Woland przytrzymał mnie, jakby bał się, że to zdanie może mnie zawstydzić i sprawić, że ucieknę.

— Szczęście nie jest zdradą — powiedział cicho. — Nie zdradzasz nim swojej przeszłości. Nie zdradzasz nim swoich ran. Po prostu przestajesz pozwalać, żeby one mówiły za ciebie.

To znów było tak filozoficzne, że aż prawdziwe. Przeszłość we mnie gadała bez przerwy. Rany podejmowały decyzje. A on mówił o tym, jakby to było coś, co można zatrzymać.

— A jeśli jutro… znowu się przestraszę? — spytałam.

— To się przestraszysz — odrzekł spokojnie. — I wtedy ja ci przypomnę, że strach nie jest kierownicą. Jest pasażerem.

Zaśmiałam się przez łzy.

— Czy ty zawsze musisz mówić jak ktoś, kto pisze cytaty na marginesach książek?

Woland uśmiechnął się szerzej.

— A ty zawsze musisz się bronić żartem, kiedy robi się pięknie? — odparł.

Zamilkłam, bo trafił. I w tym milczeniu coś we mnie odpuściło jeszcze bardziej. Położyłam głowę na jego piersi. Słyszałam serce. Było spokojne. Jakby mówiło: „możesz tu zostać”.

Leżeliśmy potem na sofie, przytuleni. Świat za oknem nadal był zimowy, nadal istniały miasta, ludzie, rozmowy, których się bałam. Ale w środku miałam wrzosowisko — słodką samotność zmieszaną z upojną ciszą — tylko że tym razem samotność nie była samotnością. Była przestrzenią, którą dzieliłam.

I pomyślałam, że może moje życie nie musi wyglądać jak niekończąca się ucieczka przed słowami. Może może wyglądać jak uczenie się drzwi. Drzwi, które otwieram wtedy, kiedy chcę. I które ktoś po drugiej stronie potrafi uszanować.

Woland pogładził mnie po włosach. Uniósł moją dłoń i pocałował lekko grzbiet.

— Wiesz — powiedział nagle — ludzie mylą miłość z hałasem.

— A miłość często jest właśnie tym, co teraz — dodał. — Zgodą na ciszę, w której nikt nie znika.

Przymknęłam oczy. Za oknem Święta toczyły się dalej w swoich zgiełkach i kolędach. A ja, po raz pierwszy od dawna, czułam, że nie muszę uciekać ani przed światem, ani przed sobą.

Bo ktoś mnie znalazł.

A ja — być może po raz pierwszy — pozwoliłam się znaleźć.

Przed kominkiem

Tego wieczoru zima była łagodna i cicha. Śnieg prószył od rana, nie gwałtownie i dziko, lecz spokojnie, jakby niebo chciało otulić miasto miękką kołdrą. Droga do domu Wolanda była jak przejście z jednego świata do drugiego — z ulicznych latarni, pośpiesznych kroków i krótkich rozmów do przestrzeni, która wydawała się należeć do ciszy.

Jego dom leżał na uboczu, w miejscu, gdzie dźwięki miasta stawały się odległe. Nie był ogromny, nie przypominał pałacu ani mrocznej rezydencji z gotyckich opowieści. Był raczej… celowy. Zbudowany tak, jakby ktoś, kto ma do dyspozycji wszystko, wybrał akurat to: skromną elegancję, ciepło drewna, przestrzeń, która oddycha. Wnętrze pachniało żywicą, dymem z kominka i czymś jeszcze — zapachem starych książek, które wchłonęły wiele nocy.

Kominek płonął już, kiedy weszliśmy. Ogień poruszał się jak żywa istota: raz przytłumiony, raz nagle wybuchający jasnością. W tej samej chwili poczułam, jak moje ciało rozluźnia się z niemal dziecięcą ulgą — jakby zimno, które nosiłam w płaszczu, zostało za drzwiami.

Zdjęłam buty, płaszcz, szalik. Woland zrobił to samo z tą swoją spokojną precyzją. Potem usiadł na sofie, a ja, bez słów, przylgnęłam do niego, jakbym znała to miejsce od dawna.

Sofa była szeroka, miękka, obita ciemnym materiałem, który w świetle ognia miał w sobie głębię wina. Położyłam się obok Wolanda, układając głowę na jego kolanach. Ten gest był tak naturalny, że aż mnie zaskoczył — kiedyś bałam się bliskości jak czegoś, co zaraz się rozpadnie. A jednak teraz leżałam spokojnie, czując jego ciepło i ciężar jego dłoni.

Woland zaczął przeczesywać palcami moje włosy. Powoli, cierpliwie, jakby liczył pasma, jakby w tym dotyku była jakaś logika, której nie rozumiałam, ale która uspokajała. Ogień trzaskał w kominku, a jego dźwięk mieszał się z ciszą domu.

Przez długi czas nie mówiliśmy nic. Wcześniej cisza bywała dla mnie oskarżeniem. Teraz była schronieniem.

— Coś cię trapi — odezwał się w końcu Woland, bez pytania, jakby stwierdzał fakt.

Nie otworzyłam od razu oczu. Przez chwilę udawałam, że to nieprawda. Że mogę leżeć tu wiecznie i nie dotykać tego, co we mnie ciemne. Ale palce Wolanda w moich włosach były zbyt uważne, zbyt spokojne, bym mogła kłamać.

— Skąd wiesz? — zapytałam cicho.

— Oddychasz inaczej — odpowiedział. — Kiedy człowiek próbuje ukryć ból, jego ciało staje się czujne. Jak zwierzę. A ty nie jesteś zwierzęciem. Nie musisz się kryć.

To zdanie trafiło mnie w samo centrum. Poczułam, jak w gardle rośnie mi coś ciężkiego.

— To nie jest takie proste — wyszeptałam.

— Nigdy nie jest — odparł, nie przestając głaskać moich włosów. — Ale proste nie znaczy niemożliwe.

Zamknęłam oczy mocniej. W świetle ognia na chwilę zobaczyłam siebie sprzed lat. Nie taką, jaką byłam naprawdę, tylko taką, jaką pamiętało moje ciało: spiętą, przerażoną, zbyt młodą, by umieć nazwać to, co się z nią dzieje.

— Wolandzie… — zaczęłam i urwałam. Bałam się, że jeśli wypowiem to na głos, to nagle wszystko wróci jak fala, która mnie zaleje.

— Mów — powiedział spokojnie. — Albo nie mów. Ale nie walcz sama.

Przez kilka sekund słuchałam trzasku drewna w kominku, jakby to były słowa, które układają mi myśli. A potem, zaskakując samą siebie, zaczęłam opowiadać.

— Kiedy byłam młoda… — powiedziałam, a mój głos zabrzmiał jakby nie mój. — Tak naprawdę jeszcze nastolatka. Miałam wrażenie, że nikt mnie nie widzi. Że jestem przezroczysta. W domu były krzyki, potem cisza, potem znów krzyki. W szkole udawałam, że jestem „normalna”. Byłam dobra w udawaniu. Tak dobra, że sama w to uwierzyłam.

Woland nie przerywał. Czułam tylko jego dłoń, która co jakiś czas delikatnie dotykała mojej skroni, jakby mówiła: jestem, słucham.

— Aż któregoś dnia… — Przełknęłam ślinę. — Nie wytrzymałam. Nie było żadnego wielkiego wydarzenia, żadnego dramatycznego zwrotu. Po prostu… w środku coś mi się urwało. Zaczęłam mieć ataki paniki. Bałam się wyjść z domu. W nocy nie spałam, w dzień byłam jak w mgle. A potem zaczęłam słyszeć własne myśli tak głośno, jakby ktoś krzyczał mi w głowie.

Otworzyłam oczy i zobaczyłam ogień, który wciąż płonął. Ten ogień był realny, a tamte wspomnienia też były realne, choć minęło tyle lat.

— Trafiłam do zakładu psychiatrycznego — powiedziałam w końcu prosto, bo tylko proste słowa potrafią unieść trudne rzeczy.

Woland na moment przestał przeczesywać moje włosy, ale zaraz wrócił do tego gestu, spokojniej, uważniej.

— Jak długo? — zapytał.

— Kilka miesięcy — odpowiedziałam. — To brzmi jak nic, ale… to był osobny świat. Tam czas nie płynie normalnie. Dni są podobne do siebie, a człowiek przestaje wierzyć, że ma jakąkolwiek przyszłość. Najgorsze było to, że nikt nie pytał, kim jestem. Pytali tylko, co mi jest. Jakbym była problemem do rozwiązania, a nie człowiekiem.

Woland westchnął cicho. To nie był dźwięk współczucia, raczej zrozumienia.

— Opowiedz mi o tym miejscu — powiedział.

Przymknęłam oczy, jakby łatwiej było mówić w ciemności.

— Były białe ściany — zaczęłam. — I zapach środków dezynfekujących. Dźwięk kluczy, który słyszało się zawsze, zanim zobaczyło się człowieka. Pielęgniarki, które czasem były dobre, a czasem… zmęczone do okrucieństwa. Lekarze, którzy mówili mądre rzeczy, ale tak, jakby mówili do kogoś innego. I pacjenci… ludzie, którzy wcale nie byli „wariatami”. Byli połamani. Każdy na swój sposób.

Zawahałam się.

— Czasem myślę, że to, co nazywamy „obłędem”, jest tylko innym językiem cierpienia.

Woland znów uśmiechnął się lekko, ale tym razem bez ironii.

— Dokładnie — skwitował.

To jedno słowo zabrzmiało jak przyzwolenie.

— Wtedy… — ciągnęłam — czułam się winna, że tam jestem. Jakbym zawiodła wszystkich. Jakbym była słaba. A jednocześnie miałam w sobie wściekłość, że muszę w ogóle udowadniać, że zasługuję na opiekę. Bo tam… trzeba było udowadniać. Że nie jesteś niebezpieczna. Że możesz wrócić do świata. Że potrafisz być grzeczna.

Woland pochylił się lekko, a jego palce w moich włosach zwolniły.

— Grzeczność to jedna z waszych najpopularniejszych masek — powiedział. — I jedna z najbardziej zabójczych, kiedy używa się jej do tłumienia bólu.

Poczułam, jak moje oczy znów wilgotnieją, ale tym razem łzy nie były jak dawniej. Nie były rozpaczą. Były jak ulga po długim milczeniu.

— Dlaczego ja w ogóle o tym mówię? — wyszeptałam.

— Bo przestałaś się wstydzić — odpowiedział. — A wstyd jest więzieniem bardziej szczelnym niż jakikolwiek oddział.

Odwróciłam głowę minimalnie, tak by móc na niego spojrzeć. W świetle ognia jego twarz miała w sobie ciepłe cienie. Wyglądał… prawie łagodnie.

— Ty… nie oceniasz mnie — wymamrotałam.

— Ocena jest narzędziem tych, którzy chcą mieć władzę — odparł. — Ja wolę rozumienie.

Milczałam chwilę, a potem zadałam pytanie, które od początku siedziało mi w głowie.

— Skąd ty w ogóle to wiesz?

Woland nie od razu odpowiedział. Popatrzył w płomienie, jakby szukał w nich odpowiedniego słowa.

— Zdarzało mi się bywać w szpitalu dla obłąkanych — powiedział w końcu. — Oczywiście… jako obserwator.

Uniósł brew, jakby sam siebie poprawiał.

— Obserwator? — powtórzyłam.

— Tak — odparł. — Przyglądałem się. Słuchałem. Zawsze interesowało mnie, co dzieje się z człowiekiem, kiedy świat mówi mu: „jesteś za dużo” albo „jesteś nie taki”. W takich miejscach maski odpadają szybciej. A prawda… bywa tam brutalnie szczera.

Poczułam, że w mojej klatce piersiowej coś się rozluźnia. Nie dlatego, że jego słowa były pocieszeniem. Raczej dlatego, że ktoś wreszcie postawił mój ból w kontekście czegoś większego.

— Czy tam… też rozmawiałeś z ludźmi? — zapytałam.

— Czasem — powiedział. — Ale nie tak, jak myślisz. Nie zawsze słowa są potrzebne. Czasem wystarczy spojrzeć na kogoś bez lęku. Bez obrzydzenia. Bez potrzeby naprawiania.

Pomyślałam o sobie sprzed lat, siedzącej na łóżku w sali, słuchającej odgłosu kluczy. Jak bardzo pragnęłam wtedy, żeby ktoś spojrzał na mnie jak na człowieka, a nie przypadek.

Wstałam powoli, czując, że muszę coś zrobić z tą emocją, która we mnie narastała. Poszłam do kuchni. Dom Wolanda miał kuchnię większą niż moja kawalerka, ale wciąż przytulną: drewniany blat, półki z przyprawami, kilka kieliszków zawieszonych nad wyspą. Wzięłam butelkę czerwonego wina, którą widziałam wcześniej w barku — nie wiem, czy celowo zostawił ją na widoku, czy to przypadek. W tej chwili przypadki i tak przestały mieć znaczenie.

Wróciłam do salonu z butelką i dwoma kieliszkami.

— Chcesz? — zapytałam, choć w moim głosie było więcej prośby niż pytania. Jakby wino miało stać się mostem między moją przeszłością a tym, co teraz.

Woland skinął głową.

— Wino ma w sobie uczciwość — powiedział. — Nie obiecuje, że naprawi. Obiecuje tylko, że na chwilę rozluźni.

Otworzyłam butelkę. Korek wysunął się z cichym trzaskiem, który w tej ciszy zabrzmiał niemal intymnie. Nalałam do dwóch kieliszków. Czerwony płyn miał głęboki kolor, jak krew w ciemności.

Usiadłam z powrotem na sofie, tym razem bardziej pionowo. Woland podał mi kieliszek, jego palce musnęły moje. Wzięłam łyk. Wino było wytrawne, ciepłe, rozlewające się po języku jak cichy ogień.

— Powiedz mi — odezwał się Woland po chwili — co było najtrudniejsze w tamtym miejscu?

Zastanowiłam się.

— Nie brak wolności — odpowiedziałam. — To brzmi dziwnie, ale… wolność była już wcześniej problemem. Najtrudniejsze było poczucie, że jestem zredukowana do diagnozy. Że moje życie da się streścić w kilku słowach z kartoteki. Że jestem „zaburzeniem”, a nie człowiekiem.

Woland uniósł kieliszek do ust, wypił mały łyk.

— Człowiek zawsze boi się, że jest mniej niż myślał — powiedział. — Diagnoza potrafi być lustrem, w którym widzicie tylko pęknięcia, nie całość.

— Ale diagnozy czasem pomagają — zauważyłam. — Dają nazwę. A nazwa… daje ulgę.

— Owszem — przyznał. — Nazwanie rzeczy bywa początkiem porządku. Ale to zależy, kto nazywa. Jeśli nazwa jest narzędziem zrozumienia, pomaga. Jeśli jest narzędziem kontroli, niszczy.

Patrzyłam na ogień, który wciąż tańczył w kominku.

— Myślisz, że człowiek naprawdę może się „wyleczyć”? — zapytałam.

Woland uśmiechnął się lekko.

— „Wyleczyć” to słowo, które sugeruje powrót do jakiegoś idealnego stanu — odpowiedział. — A idealny stan nie istnieje. Możecie się za to nauczyć żyć z tym, co w was kruche. Możecie przestać traktować kruchość jak wadę.

— Łatwo ci mówić — mruknęłam, ale bez złości.

— Nie mówię, że łatwo — odparł. — Mówię, że możliwe. I że warto.

Wzięłam kolejny łyk wina. Czułam, jak ciepło rozchodzi się po moim ciele, ale bardziej niż alkohol działała na mnie obecność Wolanda. Ten spokój, który nie był obojętnością, tylko pewnością.

— Czasem myślę — rzekłam — że tamto doświadczenie… ukształtowało mnie bardziej niż cokolwiek. Że po nim już zawsze będę inna.

— I to cię przeraża? — zapytał.

— Tak — przyznałam. — Bo jeśli jestem inna, to znaczy, że coś we mnie pękło. A pęknięcia… są widoczne.

Woland odstawił kieliszek na stolik.

— Pęknięcia są miejscem, przez które wpada światło — powiedział spokojnie.

Zamilkłam. To zdanie brzmiało jak metafora, ale ja poczułam je w ciele. Jakby ktoś dotknął delikatnie miejsca, które bolało przez lata, i nagle okazało się, że to miejsce może też być… czułe.

— Ludzie boją się obłędu — ciągnął Woland — bo obłęd przypomina im, że ich „normalność” jest tylko umową społeczną. Kruchą. I że każdy może ją stracić.

— Więc… normalność nie istnieje? — zapytałam.

— Istnieje jako narzędzie — odpowiedział. — Ułatwia życie w grupie. Ale kiedy robicie z niej bożka, zaczynacie nienawidzić wszystkiego, co się nie mieści w normie. A wtedy cierpienie rośnie.

— Czyli w szpitalach… zamykamy to, czego nie chcemy widzieć? — powiedziałam powoli.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 55.63