E-book
6.83
drukowana A5
40.33
drukowana A5
Kolorowa
66.16
Wojna w krótkich spodenkach

Bezpłatny fragment - Wojna w krótkich spodenkach

Saga rodzinna


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-9494422-1-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 40.33
drukowana A5
Kolorowa
za 66.16

Tom pierwszy
Protoplasta

„Największą tragedią naszego Narodu była pokrętność historii”

Rozdział pierwszy Prapradziad Jakob — Michał

Czterech jeźdźców Apokalipsy pędzi przez kraje ówczesnej Europy nic ich nie powstrzyma, ani dźwięk kościelnych dzwonów, ani niesione w procesjach krzyże aby przebłagać Boga za grzechy, ani modlitwy i posty. Pierwsza na płomienistym koniu pędzi Pożoga odziana w postrzępiony brunatny płaszcz z kapturem osłaniającym gorejącą głowę z dwoma czerwonymi żagwiami oczu, nie oczu, pulsujących żarem ogromnych słońc, sięgając ognistą głową spowitą w dymy pożarów, szarych chmur gonionych wiatrem. Tuż za Pożogą galopuje Głód siedzący na nędznym koniu, któremu żebra przebijają naciągniętą skórę i plączą nogi. Zaraz padnie. Nie padł i nadal pędzi nad zamilkłym ze zgrozy światem. Strzemię w strzemię kłusuje Zaraza spowita w śmierdzące łachmany i pokrytą wrzodami ręką jak rolnik ziarnem rozsiewa cholerę, śmierdzącym oddechem zatruwa świat rechocząc szatańskim śmiechem lecącym nad opustoszałym krajem. Ostatnia na wielkim koniu galopuje Śmierć odziana w czarny płaszcz sięgający pęcin wielkiego białego konia. W ręku lśniący półkosek którym ścina ludzkie życie jak kosiarz trawę na łące. Demon Zła spuścił z łańcucha trzy siostry, inne trzymając krótko przy pyskach, lecz niedługo i tamte pójdą luzem tratować świat wzdłuż i wszerz. Jeźdźcy wybiegli ze śmierdzących rynsztoków i kloak dalekiej Anglii aby trafić morzem do winnic Normandii. W serce Europy. Nie zatrzymało ich morze, ani rzeki, ani nieprzebyte lasy. Pędzą od dalekiej Normandii wzdłuż Loary i Garonny wzdłuż brzegów rzek, wesołych dolin i wzniesień słonecznej Galicji i Kastylii, gdzie cicha śmierć kładzie ludzi do mogił. Nie szczędzi nikogo. Kosi zarówno ludzi jak i zwierzęta. Krowy przestały dawać mleko, padały owce i wytrzymałe górskie kozy. Umierali zarówno starcy, którym niewiele pozostawało do życia i ledwo narodzone dzieci, młodzi chłopcy i dziewczęta w kwiecie wieku zaczynający dopiero cieszyć się życiem. Śmierć równając stany kosiła biednych i bogatych, chrześcijan i innowierców wystawiając wszystkim jeden kwit. Szerokim zagonem wzdłuż Łaby doszła do Holsztynu, Meklemburgii i dalej na wschodnie Pomorze do Prus i Polesie zbierajäc obfite żniwo. Pędzący przez tysiące wsi, miasteczek i miast Europy czterej jeźdźcy doszli do dalekich, śniegiem pokrytych stepów Ukrainy i tam zmęczeni śmiertelnym żniwem zapadli w porohach Dniestru. Tego roku spadł na ludzi całej ówczesnej Europy strach. Był rok 1830*


* Nosicielem epidemii cholery były wojska carskie idące stłumić Powstanie Listopadowe w Warszawie. Rok później epidemia ogarnęła całą Europę. Na cholerę zmarły takie osobistości jak: Hegel, Clausewitz, Gneisenau, Perier, Langerom …i ziemianin Jakob Michael Kunkel.

*

Jakob był dzisiaj w dobrej formie i nic nie wskazywało na mającą się spełnić tragedię.

W samo południe, słońce stało wysoko na błękitnym niebie przystrojonym bukietami śnieżnobiałych chmur podświetlonych różem, wybrał się z Kurtem, zarządcą folwarku na objazd najdalej leżących zagonów kwitnących kartofli, oraz ukwieconych łąk gdzie pasło się stado czerwonobrunatnych mlecznych krów zwanych montafunerami*. Wąska piaszczysta droga pełna zapadlin wypłukanych deszczem głębokich kolein wyznaczająca granice folwarku ciągnęła wzdłuż mieszanego lasu i łanów dojrzałego zboża. Las spał znużony gorączką, po spękanych pniach sosen spływały sople brunatno złotej żywicy, woniało kadzidlanym zapachem roztopionego bursztynu, macierzanki i suchych traw. Z głębi lasu dochodziło pracowite postukiwanie szarego dzięcioła. Ciepły wiatr kołysał koronami rozczochranych sosen, wyniosłych świerków zrzucając brązowe dojrzałe szyszki, przelatywał nad polami ciężkich wąsatych kłosów ziaren pszenicy i żyta. W złocisto mgławym gąszczu zbóż podświetlonych słońcem obficie wysypały błękitne strzępiaste chabry i delikatne maki o czerwonokrwistych płatkach. Tu i ówdzie widać czepiające się łodyg diabelskie ziele maleńkiego różowo — fioletowego kwiatu kąkolu. Wzdłuż koślawej drogi — jesienią nie przejedzie tędy żaden wóz — gęstym kolczastym parkanem rósł złotokrzew odgradzający nieprzebytym płotem uprawne pola od pobliskiego lasu. Na wysoko usypanych miedzach plenił się trawiasty perz, ludowe lekarstwo przeciwko reumatycznym dolegliwościom i kołysane wiatrem kolczaste osty obsiadłe przez kolorowe gile i grubodzioby. W błękicie nieba kołowały bociany.

— Niedługo trzeba wyjść w pole, Kurt — odezwał się rozcierając na dłoni dojrzewający kłos wąsatego żyta.

— Pszenica zaczyna już sypać i żyto dorodne — potwierdził Kurt — Żniwa będą obfite.

— Daj Boże! Oby nie takie, jak poprzedniego roku.

Wracając z pól zajrzeli do pustych spichlerzy przygotowanych — według oceny zarządcy — na przyjęcie tegorocznych obfitych plonów, wypełnionych zapachem mąki mąki, poznaczonych śladami buszujących polnych myszy. Jakob uśmiechnął na myśl o nadchodzących żniwach, zwózce snopków żyta i pszenicy oraz uroczystym Erntedank* kończącym żniwa ogólną zabawą.

— Kurt. Proszę polecić chlewmistrzowi, aby oddzielił dwie świnie do zabicia — przypomniał sobie obowiązek gospodarza dożynek.

— Jedna powinna wystarczyć. Poprzedniego roku nawet jednej nie zjedzono, chociaż były dwie beczki piwa — przypomniał Kurt.

— Nie żałujcie. Napracują się tego roku to i apetyty będą większe — uśmiechnął się — Czego nie zjedzą mogą zabrać do domu.


* rasa b. mlecznych krów

*niem. Erntedank — święto plonów — dożynki


Z nawyku zajrzeli do wielkiej stajni gdzie w osobnych przegrodach odpoczywało kilka koni, cztery robocze, dwa pełnokrwiste pod siodło i czarny dwulatek. Michael poklepał je po szerokich, mocnych zadach, rzucił po kłaku siana i poszedł w stronę murowanej obory oraz pomieszczeń chlewni, gdzie pochrząkiwało kilka wielkich świń tuczników oraz szalejąca gromadka różowych warchlaków. Wchodząc do obory zdziwiła ich ogromna ilość wielkich, tłustych, fioletowo — zielonych much obsiadających każde wolne miejsce. Takiej ilości wstrętnych much w swoim życiu jeszcze nie widzieli. Skąd mogli wiedzieć o pędzących przez kraj jeźdźcach niosących zarazę?

— Rano jeszcze tego paskudztwa nie było! — odezwał się Kurt z przerażeniem w głosie spoglądając na kłębiące się rojowisko — To nie wróży nic dobrego.

— Co prawda, to prawda — poświadczył Jakob — Niech zaraz wszystko dokładnie spryskają wapnem, żeby nie przyniosło jakieś zarazy.

Splunęli od uroku. Kilka dni później w czwartek, Jakoba trzęsła zimnica, dzwonił zębami, nakryty pierzyną musiał wypić kubek gorącej herbaty na wypocenie, co tylko pogorszyło sprawę. Wieczorem miał bardzo wysoką temperaturę bolał go brzuch i nie był w stanie poruszać nogami. Przybyły lekarz był bezradny.

— Dawajcie mu dużo zimnej Kamillentee* — polecił stroskanej żonie. — Co może mu być, doktorze — spytała patrząc na cierpiącego męża.

— Jestem pewien, że to jakieś zatrucie. Chociaż? Przyjdę jutro rano — dodał wychodząc.

Jakob przeżył noc w gorączce a nad ranem, tuż przed wschodem słońca dopadła go nieubłagana, czarna śmierć.


* niem. Kamillentee — herbata rumiankowa


W czworakach gdzie mieszkały rodziny wyrobników, wszelkiej profesji rzemieślników oraz parobków z folwarku zaraza grasowała już od kilku dni lecz nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. W tych czasach umieranie było sprawą normalną, ludzie chorowali na różne choróbska i umierali nie wiedząc, co było przyczyną. W wiosce pod lasem, daleko od folwarku, zaraza zabrała z sobą kilkoro dzieci i dorosłych. Nie wybierała. W każdej chacie słychać lament i płacz.


Pogrzeb Jakoba był skromny, strach przed zarazą zatrzymywał ludzi w domach. Nad grobem tylko najbliższa rodzina, żona z trojgiem dorastających dzieci, kilku krewnych i przyjaciele. Wokoło grobu pokrytego naręczami kwiatów przedstawiciele rodzin wielkich właścicieli ziemskich pruskich Junkrów zasiedlających ziemię od Meklemburgii przez Wschodnie Prusy po daleki Niemen kultywujących swoją odrębność. Na wbitym w ziemię metalowym krzyżu drewniana tabliczka z wypalonym napisem:

LANDADEL
JAKOB MICHAEL KUNKEL
*1796? — † 1832

Najmłodszy z trojga synów, dwojga imion Michael — Jakob Kunkel* miał w dniu śmierci ojca dopiero siedem lat i pomimo szalejącej cholery zabierającej kolejne ofiary cieszył wspaniałym zdrowiem. Po kilku beztrosko spędzonych latach wyrósł na wysokiego, silnego młodzieńca o miłej, pociągłej twarzy, wysokim czole, niewielkich wydatnych ustach oraz jasnych kędzierzawych włosach opadających na wesołe, szaro niebieskie oczy. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w szkole edukacyjnej i gimnazjum w Lubece kończąc po czterech latach z wyróżnieniem oraz maturą w kieszeni. Cały okres edukacji spędził w bursie przyjeżdżając do domu w okresie zimowych wakacji i letnich zbiorów pomagając w pracy i wtedy zakasywał rękawy koszuli pomagając przy żniwach i omłotach. Wszędzie go pełno; na polu prowadził konie wprzęgnięte do wielkiej kosiarki kosząc łany zboża i wąsatej pszenicy, widziano go wnoszącego do spichrza korcowe worki wytrzepanego w młocarni ziarna, albo, co bardzo lubił, koszącego wilgotną po rosie trawę na nadrzecznych łąkach. Lubił ciężką pracę przy której wyładowywał nadmiar sił, a pomoc przy zbiorach traktował jak zabawę i fizyczne odprężenie. Nigdy nie zaznał codziennego trudu ciężkiej pracy rolnika, jednostajnego chodzenia za wołami w czasie wiosennej orki i modlitewnego sypania ziarna w czarną ziemię pachnącą chlebem. Od czasu śmierci ojca folwarkiem zarządzali starsi bracia, Walter, Bernt i matka Krystyna.


Społeczny statut, bardzo dobre wyniki w nauce, szczególnie zaś preferowana w pruskiej armi wspaniała postura, sprawiły, że bezproblemowo został przyjęty — oczywiście bez wiedzy matki — do elitarnej wojskowej szkoły kadetów w Plön*?

— Nie będę chodził za wolim ogonem — tłumaczył lamentującej matce — praca na roli nie dla mnie. Po drugie nie potrafiłbym usiedzieć na jednym miejscu. Proszę cię Mamo nie lamentuj, moje postanowienie jest nieodwołalne.

— Chłopcze, co powiedziałby ojciec? — wszelkimi sposobami starała go odwieść od powziętego postanowienia — Jedź do Berlina. Studiuj prawo, zostań rejentem, lekarzem lub adwokatem, ale nie wojsko!

— Adwokatem? Nie! To nie dla mnie. Nie potrafię kłamać. A ojciec? — zastanowił się chwilę odpowiadając z uśmiechem — Powiedziałby; Idź synu. W rodzinie nie mieliśmy żołnierza, Armia to przyszłość Prus i właśnie ciebie potrzebuje.

— Widzę, że nie odwiodę cię od powziętej decyzji — nie oponowała — lecz, co z folwarkiem?

— Nie odwiedziesz. Armia to moje powołanie. Powinnaś to zrozumieć. Kocham wojsko oraz związane ze służbą ryzyko i będę mógł stanowić o sobie.

— O sobie!? Wojsko to przecież nic innego jak podporządkowanie i rozkazy.

— Ja nie będę zwykłym żołnierzem! Możesz być spokojna — uśmiechnął przytulając matkę do szerokiej piersi. Pogłaskała go spracowaną ręką po kędzierzawych włosach.

— Lecz, co z folwarkiem? — ponowiła pytanie.

— Folwarkiem? — odpowiedział pytaniem na pytanie — Pozostał przecież Bernt i Walter. Są starsi. Dadzą sobie wspaniale radę beze mnie. Aha! Walter zamierza się żenić. Za kilka lat będą dodatkowe ręce do pracy.

Wiele było prawdy w jego słowach. Pracę na roli uważał za ciężką, brudną, niewdzięczną przede wszystkim za monotonną.


* Landadel — ziemianin.

* tyczyło Korpusu Kadetów w Plön do której, cesarskim dekretem, przyjmowano młodzież z mniej zamożnych szlacheckich i ziemiańskich domów.

*

Ambicja, temperament i trudny charakter, stanowiły podstawę jego kolejnych awansów. W czasie wojny prusko — francuskiej mając niewiele ponad czterdzieści lat dowodził regimentem kawalerii Grafa Karla A. von Büllow* w stopniu pułkownika (?) w armii cesarza Wilhelma I. Kilka lat później otrzymał wiadomość o śmierci Matki, rok później, także średniego z braci, problemach z folwarkiem i zadłużeniach. Gospodarstwo zaczęło finansowo podupadać przestało być rentowne, ponadto folwark był zadłużony przez Waltera który nie potrafił zarządzać olbrzymim majątkiem jak jego zmarły brat. Michaelowi nie pozostała żadna alternatywa, należało pospłacać zadłużenia i sprzedać rodzinny folwark z czystą hipoteką. Zmuszony zaistniałą sytuacją, postanowił szukać miejsca gdzie po zakończeniu służby osiądzie na stałe i założy rodzinę. Słowo do słowa, Karl von Büllow* posiadający część swoich zaniedbanych finansowo dóbr w Plessau* nieopodal Grudziądza postanowił namówić Michaela do przyjęcia ich w zarządzanie.

— W tamtych stronach jest wiele opuszczonych folwarków, piękne okolice, lasy i ziemi ile dusza zapragnie. Rozejrzyj się będziemy sąsiadami przez miedzę.

— Miło z pana strony, generale. Dziękuję za zainteresowanie moją nieciekawą sytuacją.

Nie ukrywam, nie poradziłbym sobie z problemem, a pańska oferta w mojej sytuacji wiele zmienia, lecz proszę mi odpowiedzieć; dlaczego właśnie ja?

— Jesteś wspaniałym oficerem i lubię ciebie Michael i nie ukrywam jesteś dla mnie odpowiednią osobą której mogę zaufać, i oddać w zarząd upadający majątek. Znajdujemy się w podobnej sytuacji.

— Pan?

— Nie należę do wyjątków. Więc?

— Za rok odchodzę z armii Jego Kaizerowskiej Mości wtedy będę mógł sobą dysponować przyjmując zarządzanie pańskim folwarkiem, panie generale, lecz muszę także pomyśleć, o sobie…

— Znaleźć dla siebie w pobliżu folwark… — generał wszedł w słowo — I żonę która dojrzy waszego dobra, ażeby nie zmarniało.

— Właśnie — przytaknął Michael bez przekonania lecz z uśmiechem.

— Rozpocznij poszukiwania poniżej Graudenz po lewej stronie Wisły — poradził generał — Znam te strony. Kraj niezbyt zasiedlony, ludność mieszana, trafiają się stare ziemiańskie i szlacheckie rodziny z polskim rodowodem. Bieda to, ale głowy trzymają wyżej chmur.

Honorny i trudny naród, chociaż nie ukrywam, bardziej gościnny od naszych bambrów.

Bywałem tam na polowaniach szczególnie mogą podobać się okoliczne lasy nad Schwarze Wasser* w stronę Tuchol* i dalej w stronę Prus Wschodnich. Pełno w nich łownej zwierzyny, przeważają dziki i jelenie, i żubra można trafić.


* Karl. A. Bülow — Pruski General Kawalerii (1834 — 1907)

* Plessau — siedlisko Pleśno k/ Świecia

* Schwarze Wasser — rzeka Czarna Woda ( Wda )


Po kilku wyjazdach z przyjaciółmi w okolice Graudenz znalazł, swoim zdaniem odpowiednie miejsce, leżący niedaleko Laskowitz nieobciążony hipoteką, wielki podupadający folwark Hirtentäschelkraut Felder* sąsiadujący przez jezioro Bielskie z ziemiami znamienitej szlacheckiej rodziny Czapskich posiadających rodową siedzibę w Sartowicach nad Wisłą, oraz niedalekim Bąkowie. Kilkanaście wiorst na zachód od Taszewskich Pól po przeciwnej stronie Wdy rozciągały się ziemie i folwarki von Büllowów. Wybrany przez Michaela folwark w Taszewskich Polach graniczył przez miedzę oraz jezioro z folwarkiem w niedalekim Jeschau*, który w przyszłości będzie rodową siedzibą jego starszego syna, Michała któremu w odróżnieniu do ojca nadano przydomek Mały, chociaż do małych się nie zaliczał. Wprost przeciwnie.


* niem. Hirtentäschelkraut Felder — Taszewskie Pole k/ Świecia

* niem. Jeschau — Jeżewo


Kilka lat po wojnie francusko — pruskiej protoplasta rodziny Kunkelów prapradziad Michael, mając niecałe pięćdziesiąt lat opuścił armię* osiadając na zakupionym od fikusa folwarku w Taszewskich Polach. Nie mając zbyt wiele pojęcia o pracy na roli, został ziemianinem jak jego ojciec, rozpoczynając nowy, trudny etap życia. Praca nie była dla niego żadną nowością, ale systematyczne wdrażenie do codziennych obowiązków stanowiło męczarnię. Folwark był zaniedbany, gospodarskie budynki w większości zniszczone należało wyburzyć w ich miejsce wybudować nowe. Folwark nie mógł także spełniać swojej funkcji bez gospodarskiego inwentarza, trzody, bydła i koni nie wspomnieć o drobiu, psach i kotach, które przylezą same i zadomowią na stałe.

***

Zniszczone, chylące się ku ziemi, miejscami podparte drągowiną gospodarskie budynki otaczały wielki wybrukowany polnymi kamieniami prostokątny majdan z kamienną cembrowiną studni zadaszonej spadzistym daszkiem z dębowych klepek. Na spękanym drewnianym kołowrocie kołysał się przerdzewiały łańcuch z zaczepionym wiadrem z wyschniętych klepek pokrytych zielenią porostów. Północną granicę majdanu za którym wielki zdziczały i umierający z tęsknoty sad ograniczała podparta sosnową drągowiną otwarta na przestrzał olbrzymia drewniana stodoła o nadwątlonych ścianach pozbawionych wrót wyrwanych z zawiasów oraz zapadniętym dachem. Przez rozeschnięte deski ścian hulały wszystkie wiatry świata wznosząc tumany zbożowego pyłu i piasku. Z każdego kąta wielkiego gospodarstwa wyzierała bieda i smutek i nawet drepczące po majdanie bezpańskie kury nie miały się czym pożywić. Zadowolony z życia był tylko siedzący na stercie próchniejącego drewna, brunatnoszary, stary tłusty kocur wodzący przymrożonymi zielonymi ślepiami za chodzącym Michałem. Przed wrotami stodoły leżał wielki zardzewiały kierat straszący wyłamanymi zębami przekładni i złamanym dyszlem wytyczającym średnicę wielkiego kręgu wydeptanego przez chodzącego w kieracie konia.


— W co się wpakowałem? — mruczał do siebie chodząc po pachnących pleśnią zakamarkach w towarzystwie dwóch przyjaciół z wojska Jurgena i Arnolda, oraz sądowego komornika z Graudenz* trzymającego w ręku wielką księgę meldunków i miejscowego sołtysa z pękiem kluczy w ręku.

— Spisuję wszelkie uwagi panie pułkowniku — nadskakiwał usłużnie komornik notując w wielkiej księdze spostrzeżenia oraz uwagi dodając spiesznie, że urząd jest w stanie poważnie obniżyć cenę biorąc pod uwagę fakt, że od czasu opuszczenia folwarku przez poprzedniego właściciela minęło kilka lat i nie potrzeba oka rzeczoznawcy, ażeby nie zauważyć postępującej dewastacji, tętniącego kiedyś życiem, folwarku.

— Bardzo dobrze panie komorniku — przytakiwał Jurgen ze złośliwym uśmiechem — bardzo dobrze. Możliwe, że dojdziemy do ciekawej konkluzji…

— I fiskus dopłaci do twojego folwarku — wtrącił Arnold.

— Większość gospodarskich budowli należy wyburzyć — stwierdził Michael — Nie nadają się do użytku, a nakazem chwili jest wyremontować dworek, przecież gdzieś trzeba mieszkać — dodał spoglądając na dziurawy dach.


* niem. Graudenz — Grudziądz


Należało przyznać, że w odróżnieniu od pozostałych budowli, niewielki murowany dworek z dwuspadowym dachem pokrytym wystrzępioną słomianą strzechą sprawiał z zewnątrz pozytywne wrażenie i chociaż straszył pustymi oczodołami okien, wyrwanymi z ram okiennicami, wyglądał, jak na swoje podeszłe lata zupełnie przyzwoicie. Na kalenicy dachu widoczne resztki bocianiego gniazda poznaczonego zwapnionymi śladami odchodów. Z dachu chałupy, nazywanej przez Michała dworkiem, sterczały dwa kominy z czerwonej cegły pozbawione zwieńczeń oraz widocznymi ubytkami zwietrzałej przez lata zaprawy.

— Będziesz musiał wymienić kilka legarów — stwierdził Arnold — Zerwać pokrycie dachu, naprawić wszystkie okna…

— Wstawić nowe ościeżnice — dodawał Jurgen — drzwi ledwo się trzymają na zawiasach.

— Michał gdzie podziały się drzwi? — żartowali utwierdzając przyjaciela w podjęciu właściwej męskiej decyzji kupienia zrujnowanego gospodarstwa.

Jurgen, wskazując na cztery sękate kolumny podtrzymujące daszek podcienia, stwierdził, że tylko one, pomimo kilku widocznych, nieistotnych spękań i rys, nie wymagają naprawy.

— Ciekawe co zastaniemy wewnątrz? — dodał sołtys — Nigdy tam nie zaglądałem. Proszę! Oto klucze.

— Niech otworzy! — polecił Jurgen — To wy, sołtysie jesteście tutaj gospodarzem.

— Zobaczymy, co zastaniemy? — mruknął Michael popychając skrzypiące drzwi.

Wnętrze dworku powitało ich pomimo słonecznego dnia, półmrokiem, piskiem zadomowionych jasnobrązowych łasic oraz zbutwiałym zapachem drewna. Wewnątrz żadnego śladu wilgoci ani szarego nalotu grzybów pleśniaków w powietrzu unosił się jeszcze ułudny, delikatny zapach wysuszonych na pył miotełek ziół po których żadnego śladu.

— Masz dzikich lokatorów — odezwał się Jurgen wskazując siedzącą na belkowaniu gromadkę małych, krwiożerczych drapieżników.

— Ale bardzo pożytecznych — stwierdził sołtys — Należy je tylko oswoić. Ich obecność wskazuje na brak myszy w spichrzu i kretów w sadzie.

— Który nie istnieje — zaśmiał się Arnold.

— Pomyślę i o tym. Zobaczmy pozostałe komory.

Pobieżnie obejrzeli trzy niewielkie zaśmiecone pomieszczenia na parterze, przestronną kuchnię z okopconym okapem nad wielkim piecem z zapadniętym paleniskiem i duchówką do pieczenia chleba. Gościnny pokój można było z dużą dozą wyobraźni nazwać salonem, oświetlały cztery okna, dwa spoglądały na południe, pozostałe witały i żegnały codzienne wschody i zachody słońca. W północnym narożniku niewielkiego salonu największego pomieszczenia w dwornicy podpartego w narożnikach rzeźbionymi słupami ze stropem wspartym na grubych krokwiach rozpychał się wielki brzuchaty piec z zielonych kafli

— Proszę zaznaczyć w swojej mądrej księdze, że brakuje schodów na strych.

— Oczywiście! — potwierdził komornik wpisując uwagę.

— Zaraz każę przynieść drabinę — wtrącił sołtys szykując do wyjścia.

— Bez pośpiechu — wstrzymał go Michael — Idziemy obejrzeć stajnię.

Obszerną, o dziwo w dobrym stanie, murowaną stajnię z pruskiej cegły przedzielała szeroka ścieżka wysypana drobnym piaskiem wzdłuż której pojedyncze boksy dla koni. W dwóch brakowało furtek, żłobów i drabinek na siano, lecz nadawały się do zasiedlenia. W tylnej części oddzielonej gankiem znajdowało się wielkie zagracone pomieszczenie gospodarskie z rzuconymi pod ścianami spękanymi korytami do ziarna, bielone ściany podpierały krzywe drabinki na siano, rozpadające stojaki na potrzebne w stajni narzędzia zalegały zniszczoną podłogę z klepek. Pomiędzy stertą potrzebnych i mniej potrzebnych rupieci stała dobrze utrzymana dwukonna bryczka pozbawiona dyszla i jednego z tylnych kół.

— Nawet w dobrym stanie — stwierdził Arnold po odrzuceniu rupieci — Kowal dorobi brakujące detale, drewniane części pokryje pokostem i bryczka jak nowa.

— W sam raz aby pojechać do ślubu, Michael? — żartowali.

— Jest wystarczająco dużo miejsca dla roboczych Oldenburgów* i mojego Trefla — wtrącił Michael zmieniając niewygodny dla siebie temat.

Trefla, czarnego fryzyjskiego ogiera o obfitej kędzierzawej grzywie i długim ogonie sięgającym pęcin, wygrał w karty od młodego porucznika Otto von Gräbnera z Lautenburga* z Prus Wschodnich. Pobuszowali w stajni i oborach przeszli majdan, pobieżnie obejrzeli dziczejący sad, właściwie to, co jeszcze z niego pozostało, grzęznąc po kolana w mchach i wysokiej trawie obeszli wielki staw zarośnięty żabiściekiem, obsypany drobnymi żółtymi kwiatami, których nazwy nie znali, kwitnącym tatarakiem oraz splątany badylami oczeretów wśród których gniazdowały czarne łyski i dzikie kaczki krzyżówki.

— Jestem zdecydowany — poinformował komornika po zakończeniu obchodu — Pod jednym warunkiem…

— Rozumiem! Cena! — wszedł mu w słowo komornik zamykając księgę — Przygotujemy dokumenty i oczekujemy pana pułkownika za dwa tygodnie u rejenta.

— Proszę nie przerywać! Tutaj nie rozmawiamy, o pieniądzach — żachnął się Michael — Przed podpisaniem aktu kupna proszę zarządzić ponowne oznakowanie granicznych miedz, ażeby nie dopuścić do ewentualnych roszczeń sąsiadów i nieporozumień — dodał.

— Przepraszam pana, pułkowniku — z przerażeniem w głosie sapnął przedstawiciel grodzkiego sądu — Samej uprawnej ziemi jest ponad dwa tysiące hektarów. Do tego dochodzą lasy i jezioro? Nie damy rady w tak krótkim czasie.


* niem. Lautenburg — dzisiaj Lidzbark Warm.

* rasa ciężkich koni roboczych


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 40.33
drukowana A5
Kolorowa
za 66.16