E-book
24.57
drukowana A5
57
Własną Drogą

Bezpłatny fragment - Własną Drogą


Objętość:
292 str.
ISBN:
978-83-8455-362-6
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 57

1

— Poznałem kogoś, jest do Ciebie podobna. Nawet ma takie samo imię.

Te słowa dźwięczały jej w głowie od dnia, w którym ostatni raz się widzieli. Brzmiały jak powtarzana w kółko mantra. Znali się przez trzy lata, spotykali się przez dwa. Wszystko było w porządku, dopóki nie okazało się, że mają odmienne wyobrażenia o przyszłości. Ona dostała propozycję stażu za granicą, on nie chciał tego zaakceptować. Oboje nie chcieli słuchać. Zerwali. W końcu ona ustąpiła. Zrozumieli, że chcą być nadal razem, ale kiedy wrócił temat wyjazdu, on postawił ultimatum. Żadnego kompromisu z jego strony, żadnego „spróbujmy„. Żadnego „poczekam na ciebie”. A przecież o to chodzi w relacjach — o kompromis mimo wszystko. Ale to nie film. Nie wytrzymała i przyjęła propozycję. Od tego czasu minęło siedem miesięcy. Gdy Gracjan dowiedział się, że wróciła, zaprosił ją na piwo. Tego się nie spodziewała, ale w końcu napisała, że przyjdzie. Spotkanie, jak to spotkanie osób, które były kiedyś razem, było trochę skomplikowane i niezręczne dla nich obojga. Rozmawiali o ostatnich miesiącach. Wiktoria opowiadała o swojej pracy i poznanych ludziach. Gracjan opowiadał, co u znajomych, których ona też znała. I wtedy wypalił to słynne zdanie:

— Poznałem kogoś… Do tej pory dziwiło ją, że zareagowała tak spokojnie i nie zakrztusiła się piwem, które piła. Zadała tylko kilka nic nieznaczących pytań. Gdzie się poznali, jaka ona jest i ucięła temat. Życzyła mu powodzenia. I wtedy on zapytał, co u niej, a ona wiedziała, że to koniec, że tego właśnie potrzebowała. Pewności, że już nie ma powrotu. Nie wiadomo czemu poczuła się wolna, jakby jakiś ciężar opuścił jej ciało. Więc czemu teraz? Dlaczego ciągle te słowa były w jej głowie? Dlaczego nie mogła się ich pozbyć? Strach przed ruszeniem do przodu czy zwykły sentyment? Moment jakby wirował w jej głowie. Pamiętała wszystko, co działo się wokół, kiedy wypowiadał te słowa. Ogródek piwny. Jeden z wielu, które stawiają na lato. Drewniane ławki z wielkimi szarymi poduchami. Kufle z marką piwa, ćwierkające ptaki gdzieś obok, muzykę w tle i ludzi siedzących obok. Starszą parę, koło osiemdziesiątki, patrzącą sobie w oczy jakby dopiero co się poznali. A może tak wcale nie było? Ojca z dzieckiem, które zajadało się lodami, grupkę przyjaciół, pewnie studentów, którzy wybrali się po zajęciach na piwo. Jakby wszystko wyraźniejsze niż zwykle. Ich dwa wspólne lata nie wiadomo kiedy minęły. Poznali się na drugim roku studiów. Od pierwszego spotkania wiedziała, że ta znajomość będzie inna. Widywali się codziennie. On był przystojny, zabawny i miał coś figlarnego w spojrzeniu. Wszystkie dziewczyny z roku za nim szalały. Ona była w niego wpatrzona jak w obrazek. Czy było warto? Była dumna, że jest jej. Czy on był tak samo wpatrzony w nią? Cały czas się nad tym zastanawiała. Imponowała mu. Tego była pewna. To on pierwszy jej zaproponował, żeby spotkali się poza zajęciami. Jak przeszli ze znajomych do spotykania się? Nie wiedziała. Ale wiedziała, że mimo że znali się bardzo dobrze, nigdy do końca nie była przy nim zupełnie pewna. Zupełnie zrelaksowana. Zupełnie sobą. Czy go kochała? Czy on kochał ją? Chociaż minęło tyle czasu, żadne z nich nie wypowiedziało tych słów. Na pewno w jakiś sposób im zależało na sobie, ale czy aż tak? Najwidoczniej nie. Byli do siebie bardzo podobni, a jednak tak różni. Był właśnie tym typem, który ona uważała za swój ideał. Miał swoje cele w życiu, studiował, pracował i wiedział jasno, czego chce. Miał plan na swoje życie. Nie był zagubionym chłopcem. Wiedziała, że razem mogą zajść daleko. Widziała, że pomagając sobie tak jak w czasie studiów, mogą wszystko. Jednak już było po studiach i już nie było „ich”. Był on i była ona. Każde musiało iść samo. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nikogo ze znajomych nie zdziwiła ich decyzja. Jakby to było oczywiste, że nie mają wspólnej przyszłości. Teraz był czas dla obojga, aby ruszyć do przodu. Chociaż pogodzenie się, że on był już z inną, było trudniejsze niż się spodziewała i chociaż w tym momencie miała wrażenie, że chciałaby wrócić do tego, co było, wiedziała, że stało się właśnie to, co powinno. Widziała, że życie szykuje dla niej coś nowego. I miała nadzieję, że ten strach wynika tylko z tego, że boi się tego, co będzie. Ale zmiany są dobre. Warto czasem zaryzykować.

Dla niej najważniejszym przełomem okazały się właśnie te proste słowa, które wypowiedział. Te proste, ale tak ważne słowa. Dlaczego tak bardzo zapadły jej w pamięć? Może dlatego, że były przełomem, momentem decydującym? Chociaż początkowo sprawiły, że poczuła się dziwnie, teraz zdawały się być kluczem do tego, co dalej. Musiała przestać się bać i zacząć iść naprzód. Nic nie jest wieczne, wszystko zmienia się i odchodzi. To, co zostaje, to tylko wspomnienia. Teraz był czas na nowe początki, nowe możliwości i nowe doświadczenia. Nagle uświadomiła sobie, że może to być właśnie ten moment, gdy życie postanowiło dać jej szansę na zmianę. Nie mogła jej zmarnować. Musiała podjąć decyzję i zacząć działać. Nie było już miejsca na wątpliwości czy strach. Musiała zaufać sobie i swoim instynktom. To była jej szansa na odnowienie, na odzyskanie kontroli i na szczęście. Zdecydowała się. Musiała iść naprzód, zaufać sobie i wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Bo życie jest pełne niespodzianek i tylko od nas zależy, jak z nich skorzystamy. I ona postanowiła skorzystać z tej szansy, zaczynając od teraz, od tego momentu. Była z natury silną osobą. Gdy czegoś chciała, wiedziała, że może to osiągnąć. Wszyscy powtarzali, że w końcu kto sobie poradzi w życiu, jak nie ona? Wierzyła w siebie, ale jak każdy miewała słabsze dni. Dni, kiedy chciała tylko zakopać się w kołdrze i ryczeć w poduszkę. Tak po prostu. Ale o tym wiedziała ona. Inni nie musieli. Dzisiaj też tak miała. Jakby wszystko nagle ją przytłoczyło i każdy krok wymagał dodatkowego wysiłku. Na szczęście jej druga natura zwyciężyła. Głowa do góry i wiara w siebie. Pokaże innym, że może. Była właśnie na lotnisku i przeszłość wracała do niej jak niechciany bumerang. Czy żałuje jej? Nie. Miała przed sobą nową przygodę. Już za trzy godziny miała lądować w Rotterdamie, gdzie czekało na nią zupełnie inne życie. Teraz, patrząc na tablicę lotów, zastanawiała się, czy to właśnie ten samolot zmieni jej życie? A może powinna wsiąść w inny? Może do Paryża? W końcu nauczyć się francuskiego. Chodzić każdego dnia na piknik na Pola Elizejskie? Może coś bliżej? Berlin? Kochała mieszkać w Niemczech, ale wszystko jej mówiło, że to jeszcze nie to. Nie ten kraj jej przeznaczenia. A może Hiszpania? Jakby to było zamieszkać w miejscowości, gdzie plaże masz pod ręką?

To był już jej drugi dłuższy wyjazd. Nie miała tego w planach. To był tylko krótkoterminowy wypad. Nauczyć się czegoś nowego, mieć nowe doświadczenia. W momencie, kiedy zaproponowano jej pracę, miała jednak jasność. Chce tego. Teraz albo nigdy. Dopiero później dopadły ją wątpliwości. Wątpliwości, co robi, czy dobrze robi. Dlaczego? I co teraz? Miała już załatwioną inną pracę, miała już cały plan i w jednej sekundzie zdecydowała się zmienić wszystko. Ale czy mogła odrzucić taką propozycję? Kupiła bilet na samolot, spakowała się, wynajęła swoje mieszkanie, resztę rzeczy zostawiła w domu u rodziców i ruszyła w drogę. Mniej więcej wiedziała, czego oczekiwać, jednak przeprowadzała się do miejsca bez znajomych, bez rodziny. Miejsca, którego zupełnie nie znała. I zaczynała pracę, która była dla niej zupełną zagadką. Głos z mikrofonów wzywający na odprawę wybił Wiktorię z rozmyślania. Patrzyła, jak ludzie ustawiają się w kolejce i po kolei przechodzą przez bramki do samolotu. Lotnisko było dzisiaj wyjątkowo puste. Czyżby ludzie przestali podróżować? W końcu kolejka prawie dobiegła końca. Wstała i udała się do odprawy razem z małą walizką, zaczynając coś nowego. Przygodę bez ciężaru przeszłości.

2

Umeblowane mieszkanie w centrum, które obiecała Wiktorii firma, okazało się nie aż tak umeblowane i niekoniecznie w centrum. Kuchnia, owszem, miała meble (chociaż tyle!), ale oprócz tego w pokoju stał tylko wieszak na ubrania, a zamiast łóżka leżał wielki materac.

— Dwa na dwa metry! — powtórzył dwa razy podekscytowany właściciel, oddając jej klucze do mieszkania. Nie omieszkał jeszcze oczywiście dodać, że goście raczej nie są mile widziani, a sąsiedzi będą go na bieżąco informować. Mimo wszystko miał nadzieję, że obejdzie się bez jakichkolwiek ekscesów.

— Jakby czynsz nie był wystarczająco wysoki — pomyślała i dodała — jeden pożytek z braku faceta! Nie wyrzucą mnie z mieszkania.

Właściciel spojrzał na nią z głupią miną, jakby nie rozumiejąc komentarza. Wika tylko uśmiechnęła się do niego, szczerząc zęby i podnosząc ręce do góry w geście zdziwienia. Gdy wyszedł, rozejrzała się jeszcze raz po mieszkaniu.

— Przecież to przejściowe… mam gdzie spać i gdzie ugotować. A w planach nie było spędzania czasu w mieszkaniu. Chciałam poznać miasto i okolice, to teraz będę miała większą motywację. — pomyślała. Położyła się na materacu i przez chwilę patrzyła w sufit, zmęczona po podróży, bez sił na zrobienie czegoś więcej. Jej jedyny plan na ten dzień obejmował prysznic i spanie. A jutro? Jutro zobaczy trochę miasta i pójdzie się przywitać w firmie. Miała jeszcze dwa dni wolne i chciała je dobrze wykorzystać. Dom nie był taki zły. Typowa wąska i jednocześnie wysoka holenderska architektura. Czerwony ceglany dom z wąskimi schodami i małymi pokojami. Oczywiście bez windy! A ona zamieszkała właśnie na 4. piętrze.

— Przynajmniej będę miała trochę sportu każdego dnia — powtarzała sama sobie. Dobrze, że właściciel pomógł jej z wniesieniem bagażu, chociaż na początku wydawał się raczej do tego niechętny. Gdy zobaczyła szerokość schodów, a do tego ich wysokie stopnie, w głowie stanął jej obraz, jak to spada z nich z hukiem, a walizka ląduje jej na głowie. Jednak widząc jej przerażoną minę, ustąpił i sam wtargał torbę na samą górę. Pierwsze wrażenie tego kraju było raczej chłodne. Pierwsza rozmowa, którą odbyła, była prowadzona na dystans i bez jakichkolwiek grymasów na twarzy. Formalna do granic możliwości. Jak można być tak mało ekspresyjnym? Wiktoria zastanawiała się, czy wszyscy Holendrzy tak mają? Ale już po pierwszym dniu miała wrażenie, że bariera komunikacji będzie dla niej czymś bardzo skomplikowanym. Wcześniej wymieniła z panem Van Danem tylko kilka maili i była nastawiona bardzo przyjaźnie, więc gdy zobaczyła go po raz pierwszy, wyszła do niego z uśmiechem i podała dłoń na powitanie. Ten jednak zignorował to i odpowiedział tylko gburowatym — Dzień dobry. — Uf, biedny człowiek — pomyślała.

Gdy tak leżała i analizowała przebieg dnia, zauważyła, że przy szafie i obok drzwi do łazienki znajduje się jeszcze jedno wyjście. Chociaż nie miała ochoty się ruszać i zastanawiała się, czy może ze zmęczenia ominęła coś, o czym mówił właściciel, wstała, aby to sprawdzić. Za drzwiami ujrzała schody, które prowadziły w górę. Było już ciemno i nie mogła dostrzec, dokąd prowadzą. Szukała włącznika światła, ale chociaż jakiś znalazła, światło się nie zapaliło. W pierwszym momencie chciała zostawić to na jutro, jednak ciekawość wygrała. Włączyła latarkę, którą jakoś zawsze miała ze sobą w torebce i stromymi, wąskimi schodami udała się na górę. To, co zastała, przekroczyło jej oczekiwania. Na samym szczycie schodów znajdował się taras. Ale nie jakiś tam taras… Duży taras. Rozciągający się na całą szerokość domu. Sąsiadujący z innymi tarasami z domów obok. Rozejrzała się dookoła. Nie było innych wejść. A więc miała go całego dla siebie. Od razu zakochała się w tym miejscu i wiedziała, że spędzi tam wiele wieczorów. Taras był dobrze zadbany. Miał stolik i krzesła, a nawet kanapę ogrodową. Otaczały go różnego rodzaju kwiaty i małe drzewka owocowe, między innymi róże i drzewko cytrynowe. Usiadła i rozejrzała się dookoła. Widok zarówno z jednej, jak i z drugiej strony domu zapierał dech w piersiach. Widziała całe miasto. Przystań i most Erasmusa były w zasięgu wzroku. Tego się nie spodziewała. Nie chciała wychodzić, a tu miasto przyszło do niej. Odpłynęła w marzeniach, przypatrując się wydarzeniom wokół. Ludziom spacerującym ulicami, statkom na wodzie. Miasto żyło, a ona chciała żyć razem z nim, zupełnie zapominając o zmęczeniu. Gdy tak siedziała, poczuła to, co tak bardzo chciała osiągnąć — pewność, że podjęła dobrą decyzję. Bez względu na to, co przyniesie przyszłość. Była tutaj. W Rotterdamie. Miała cudowny taras z przepięknym widokiem. Miała pracę, którą jeśli jej się nie spodoba, zawsze może zmienić. Ale miała cudowne pół roku przed sobą, które zamierzała wykorzystać dla siebie. Gdy tak z uśmiechem siedziała na tarasie, chłonąc wszystko dookoła, zauważyła, że wiszą nad nią lampki i postanowiła je włączyć. Tym razem jej się udało. Cały taras wypełnił blask. Zrobiło się jeszcze bardziej magicznie. I teraz już nie wiedziała, co jest ładniejsze, patrzenie w gwiazdy, czy wpatrywanie się w migające światełka tarasu. Magiczny moment warty zapamiętania.

Z zachwytu wyrwał ją dźwięk dzwonka telefonu. Miała zadzwonić i potwierdzić, że jest na miejscu, że wszystko w porządku. Zgasiła lampki i chciała zejść do mieszkania. Jednak nie mogła. Drzwi były zamknięte. Musiały zatrzasnąć się od środka. Wypróbowała wszystkie klucze. Na szczęście miała je ze sobą, jednak wszystko na darmo. Nie wiedziała, co ma zrobić. Nie było jeszcze późno, ale była na tarasie. Na dachu budynku. Co miała teraz zrobić? Próbowała jeszcze kilka razy popchnąć drzwi, jednak wszystko na nic. Włączyła lampki i rozejrzała się dookoła. Taras po prawej stronie wyglądał na używany. Miał grilla i stół z krzesłami. Widać było, że ktoś tam od czasu do czasu przebywa. Lampki wisiały jak u niej, jednak kwiatów było o wiele mniej i raczej w gorszym stanie. Ktoś nie miał do nich serca. Za to znajdowało się kilka rzeźb, trochę dziwacznych, ale interesujących. Drugi taras po lewej stronie z półmetrowym murkiem i drzwiami mniej więcej usytuowanymi jak jej. Pewnie zamknięte. Taras raczej nie wyglądał na używany. Tam nie miała czego szukać. Mogła z łatwością wejść na tarasy sąsiadów. Ale co z tego? Miała tak po prostu wejść do kogoś i co zrobi dalej? Nie miała jak zejść. Co by zrobili, gdyby nagle pojawiła się w czyimś mieszkaniu? Jacy są Holendrzy? Mają pistolety w domach? Czy może w ogóle by nie zareagowali i z zimną krwią podali dłoń na przywitanie?

— Nie ma co! Zaczęło się interesująco. Co ja mam teraz zrobić? — powtarzała do siebie na głos.

— Wat? — usłyszała głos z drugiej strony zza jej pleców. Odwróciła się powoli, przestraszona i mająca nadzieję na pomoc. Ciemna postać, której zarysy tylko mogła dostrzec, powoli wyłaniała się z cienia. Najwyraźniej ten ktoś myślał, że mówi do niego.

3

Stała w mroku, nie wiedząc zupełnie, co ma zrobić. Uciec nie miała dokąd. Języka i tak nie znała. Jak się miała porozumieć? Kim był ten człowiek? Chociaż nie widziała go za dobrze, wyraźnie było widać, że jest wysoki. Co miała zrobić? Odczekała chwilę, aż cienia powoli wyłaniała się postać. Serce w piersiach kołatało mimowolnie ze strachu. Ponownie padło pytanie — Wat? — Co? Co mówisz? Jednak Wiktoria nie rozumiała holenderskiego.

— Przepraszam, nie mówię po holendersku — wydusiła zduszonym głosem po angielsku. Zarys postaci, jak i sama postać, stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu na tarasie obok zabłysło światło. Mogła go zobaczyć. Wpatrywała się przez chwilę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Co miała zrobić? Mężczyzna na tarasie obok był wysoki i szczupły. Wyraźnie można było zauważyć, jak dobrze jest zbudowany. Był tylko w zwykłych spodniach dresowych i zwykłym t-shircie, ale ze swoimi brązowymi, falowanymi włosami wyglądał tak dobrze, że Wiktoria pożałowała, że nie wykąpała się, zanim wyszła na taras. Gdy tak przyglądała mu się dłuższą chwilę, w szoku i już sama nie wiedziała, czy nie ze zbyt ekspresyjnym wyrazem twarzy, on w końcu znowu się odezwał.

— Nie mówisz po holendersku? Co za szczęście! — odpowiedział pięknie po angielsku, jednak od razu było jasne, że to nie był jego ojczysty język. Skąd był?

— Nie, nie jestem stąd. Właśnie się wprowadziłam. — odpowiedziała.

— I zwiedzasz dachy?

— Tak jakby.

— Tak jakby?

— Nie miałam pojęcia, że moje mieszkanie ma dostęp do tarasu i trafiłam tu przypadkiem. Nie wiem, ile czasu już tu jestem… trochę straciłam poczucie czasu.

— Co najmniej pół godziny, jak na moje oko — odpowiedział. Spojrzała na niego zdziwiona. Skąd wiedział, ile tu jestem?

— Nie patrz tak na mnie! Byłem tu, jak przyszłaś. Potrzebowałem spokoju. Tutaj mogę odpocząć po całym dniu. Widziałem, jak przyszłaś. Obserwowałem, jak podziwiałaś kwiaty i lampki. Co tak cię ucieszyło w widoku na most?

— Co mnie ucieszyło? Dlaczego tak myślisz?

— Widziałem twój uśmiech. Był taki… beztroski. Patrzyła na niego, nie wiedząc, dokąd prowadzi ta rozmowa. Wydał się interesujący, ale zbyt dociekliwy jak na kogoś, kogo nie znała.

— Przepraszam, nie powinienem tak wprost…

— Nie, nie, nic nie szkodzi. Zaskoczyłeś mnie. Nie spodziewałam się tutaj nikogo spotkać. Nikogo tym bardziej, kto mnie obserwuje… ani tak bezpośredniego i dociekliwego.

— Taki już jestem, lubię pytać o to, na co chcę znać odpowiedź. I też byłem zaskoczony, widząc cię tutaj. Myślałem, że to jakiś złodziej i obserwowałem, co się wydarzy.

— Ja złodziejem? — zaśmiała się — I nadal tak uważasz?

— Twój zachwyt i jakaś radość bijąca od ciebie przekonały mnie, że na pewno się mylę.

— Nie znasz mnie!

— Już znam, od 5 minut. Przepraszam, nie przedstawiłem się. Jestem Marco. A ty?

— Wiktoria.

— Królowa Wiktoria! I co tutaj robisz, Wiktorio?

— Ja? Po prostu… jestem.

— Ok, jesteś. Interesujące… a co cię sprowadza do Rotterdamu?

— A przepraszam, no tak… Dostałam pracę i postanowiłam skorzystać z okazji i oto jestem. I spędzam mój pierwszy dzień na przecudownym tarasie z pięknym widokiem i…

— I?

— Rozmawiam z nieznajomym.

— Jestem Marco, już znajomy. Wiktoria obserwowała jego dołeczki, które pojawiały się co jakiś czas wraz z jego uśmiechem. Zdążyła już zaobserwować jego piękny uśmiech.

— Dobrze, rozmawiam ze znajomym — i uśmiechnęła się szeroko. Uśmiech Marco rozszerzył się jeszcze bardziej.

— To skąd jesteś, Wiktorio?

— Z Polski, a ty?

— Z Włoch, z samego Neapolu. Byłaś kiedyś? I tak minęło im kolejne 15 minut, gawędząc o wszystkim i o niczym. Aż do momentu, kiedy Marco przeprosił ją, bo już było późno, a następnego dnia musiał iść do pracy wcześnie rano. Pożegnała się i wtedy wróciła do rzeczywistości. Była nadal na tarasie bez możliwości wyjścia. Drzwi za Marco już się zamykały.

— Poczekaj! — krzyknęła, ale słyszała tylko trzask drzwi. Gdy już myślała, że będzie musiała jednak wdrapywać się przez mur, poprosić o pomoc. Drzwi nagle się otworzyły i pojawił się znowu Marco.

— Tak sobie pomyślałem. To twój pierwszy dzień tutaj. Jutro mam wolne popołudnie. Jak masz ochotę, to mogę ci pokazać najlepsze miejsca w mieście. Wiktorię zatkało, jednak zgodziła się bez większego namysłu.

— Ale jeszcze coś… Mam prośbę…

— Tak od razu prośby? Do nieznajomego?

— Znamy się już całe 10 minut.

— Co takiego? Jaka to prośba 10-minutowej znajomości?

— Stwierdzisz, że jestem największą ofiarą losu, ale… drzwi od tarasu zatrzasnęły się od środka. Nie mogę wrócić do mieszkania. Mogłabym zejść przez twój taras? Marco zaśmiał się głośno. — Niezła historia! Naprawdę jesteś tutaj tylko od dwóch godzin? Wiktoria spojrzała na niego z lekko speszoną miną.

— Chodź! Jasne, że możesz tędy przejść. Marco pomógł jej przejść przez dzielący ich mur. Przez chwilę obserwowała stojące tam rzeźby.

— Podobają ci się?

— Są przepiękne. Skąd je masz?

— Znajomy artysta. Lubię jego sztukę. Jest trochę inna niż akceptuje społeczeństwo.

— Dzisiaj społeczeństwo akceptuje wszystko.

— Tylko tak ci się wydaje — spojrzał na nią trochę z dziwnym, zmieszanym wzrokiem. — To co, wejdziemy do środka? Przeszli przez korytarz podobnych schodów. Mieszkanie Marco dużo nie różniło się od jej mieszkania. Jednak miało meble i to nowoczesne. Od razu widać było, że Marco o nie dba. Wiktoria rozejrzała się po mieszkaniu, aby lepiej go zrozumieć. Analizowała to, co zobaczyła, jednak nie mogła wpaść na to, czym się zajmuje. Marco widząc, że obserwuje mieszkanie, zaproponował jeszcze herbatę miętową z miodem, jak to się przyjęło pić w Holandii. Wiktoria wahała się, czy powinna się zgodzić, ale widząc zmęczenie Marco i sama będąc zmęczoną, odmówiła. Mieli zobaczyć się i tak już jutro. Pożegnała się, pokonała cztery piętra schodów i wyszła z budynku. Na dworze panował rześki spokój. Ludzie spokojnie spacerowali ulicami albo jeździli na rowerach. Tak, to było kolejne, co muszę spróbować. Z oddali wystawała reszta widocznego mostu. Postanowiła zrobić jeszcze mały spacer, mimo zmęczenia, i wrócić w końcu wziąć prysznic i położyć się spać. Jutro czekał ją nowy ekscytujący dzień. Jak to dobrze, że Marco był na tarasie.

— Całe szczęście, że chociaż klucze zabrałam — pomyślała. Gdy doszła do mostu, poczuła już takie zmęczenie, że miała wrażenie, że zaśnie, jak tylko przyłoży głowę do poduszki. Do czegokolwiek.

— Tak, zabrałam klucze… ale dlaczego żaden nie pasuje? Gdy wróciła ze spaceru, drzwi wejściowe do budynku ani drgnęły. — Zmowa czy jak? A może ja nie umiem posługiwać się kluczami? Jestem zbyt zmęczona? Jakiś specjalny kod tu jest potrzebny? Stała tak przy drzwiach, wpatrując się i próbując różne klucze od nowa i od nowa. — Co za dzień — pomyślała. — Co teraz? Nie mam telefonu. Nie znam tu nikogo. Do firmy nie pójdę. Pewnie i tak nikogo nie ma. Super. Spojrzała w okna Marco. Światła zgaszone. Ale co miała zrobić? Zadzwoniła do domofonu. Nic. Marco nie reaguje. Zadzwoniła jeszcze raz. I kolejny. W końcu okno się otworzyło. Marco wyjrzał ze zdziwioną i zaciekawioną miną.

— Wiktoria? Nie miałaś iść spać?

— Miałam, ale nie mogę wejść.

— Jak to nie możesz wejść? Jednak jesteś złodziejem?

— Marny ze mnie złodziej, jeśli nawet nie umiem wejść — nie sądzisz?

— Tutaj mnie masz. Punkt dla ciebie, Wiktorio.

— Pomożesz?

— Miałaś przecież klucze?

— Nie działają, albo ja nie wiem, jak się nimi posługiwać. Wyraźnie drzwi w tym kraju mnie nie lubią.

— Co ty byś beze mnie zrobiła?

— Spala przy kanale?

— Może lepiej tego nie próbuj. Nie chce jutro patrzeć jak cię wyciągają.

— To zależy, czy mi pomożesz.

— I do tego szantaż… Poczekaj, już schodzę. Światła na korytarzu zapaliły się. A za chwilę w drzwiach ukazał się Marco.

— Daj mi klucze, spróbujemy. Wziął od niej plik kluczy, jednak drzwi ani drgnęły.

— No to chyba mamy problem. Masz rację, nie działają. Skąd masz te klucze?

— Od właściciela mieszkania.

— Chyba nie chce, żebyś w nim mieszkała. — Zaśmiał się.

— Boże! Będę spać na ulicy. Naprawdę nieźle mam wejście.

— Chodź — powiedział.

— Dokąd?

— Przecież nie zostaniesz na ulicy. Dzisiaj śpisz u mnie.

— Nie, Marco. Nawet cię nie znam, a ty nie znasz mnie.

— Dobra, masz jakiś lepszy pomysł?

— No właściwie to nie. Nie mam telefonu, ani portfela, niczego oprócz kluczy, które i tak nie działają.

— No to nie masz wyjścia. Śpisz dzisiaj ze mną! — mówiąc to, puścił do niej oczko i zaśmiał się tym swoim ciągle jeszcze nieodgadnionym uśmiechem.

4

— Mamy dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia — brzmiały słowa szefa, gdy pojawił się tamtego dnia w pracy trochę spóźniony. Był osobą raczej punktualną i szanował czas innych, ale tego dnia było inaczej. Gdy wszedł do firmy i usłyszał te słowa, zbladł.

— Nie, jeszcze tego mi dzisiaj brakowało, zwolnienia — pomyślał. — Nie dość, że z Agnese nie możemy dojść do porozumienia od dłuższego czasu, to jeszcze będę musiał szukać nowej pracy.

— Wiem, przepraszam za spóźnienie. Miałem małe problemy.

— Nie szkodzi. Chodź, musimy porozmawiać. Tego dnia nie został zwolniony, ale trochę tak się czuł. Liczył, że po dwóch latach pracy na stanowisku pomocnika architekta w końcu dostanie własne stanowisko. Zamiast tego zaproponowano mu roczny pobyt w Holandii w jednym z biur partnerów.

— Wdrożysz się w nowości rynku, poznasz najnowsze trendy, a jak wrócisz, to będziemy dalej negocjować — powiedział przełożony. Nie wiedział, co ma zrobić. Nieprzyjęcie propozycji wiązało się z zakończeniem współpracy, a tego nie chciał. Nie w tym momencie. Za dużo działo się w jego życiu, aby jeszcze teraz zostać na bruku. Ale zaakceptowanie propozycji wiązało się z przeprowadzką. I to nie gdzieś na osiedle obok, do innego miasta, tylko do innego kraju z innym językiem. Wiedział, że na pewno była to ciekawa oferta, że może się wiele nauczyć, ale teraz? Dlaczego właśnie teraz? Teraz, kiedy z Agnese było tak źle. Jak ona na to zareaguje? Czy w takim wypadku to wszystko w ogóle będzie miało jeszcze sens? Miał tydzień na podjęcie decyzji. Czas wystarczająco długi, aby wiedzieć, czego się chce, i zbyt krótki na wyjaśnienie wszystkich spraw. Jak miał to powiedzieć? Z Agnese byli razem już od czterech lat. Mieszkali razem od prawie roku, ale ostatnio ciągle się sprzeczali. Każdy powód był dobry do rozpoczęcia kłótni. Czasami miał już tego dość. Ale wyjeżdżać teraz w środku burzy i niewyjaśnionych spraw? Tego nie chciał. Planowali ślub, a właściwie ona planowała. Nawet się nie oświadczył, ale czy zaprzeczył? Czy kiedykolwiek powiedział, że ślubu nie chce? Chciał być z nią, kochał ją. Ale po co ślub? Byli jeszcze młodzi i mieli czas na wszystko. Zwłaszcza, że było właśnie dobrze, jak jest. Hm… było! Może to jest to kluczowe słowo. Było. Ale czy znowu może być jak było? Czy nadal będą się kłócić o byle co i ignorować się nawzajem? A co najgorsze, udawać przed znajomymi i rodziną, że jest cudownie i że nie ma żadnego problemu? Tego dnia przyjechał do domu szybciej. Wziął wolne na połowę dnia, aby wszystko przemyśleć. W pracy nie mógł się skupić. A w głowie myśli odbijały się jak piłeczki, robiąc zamieszanie. Nic nie było jasne. Decyzja spadła niespodziewanie. Nie myślał, że zostanie wysłany do innego kraju. I miał tylko dwa wyjścia. Albo przyjąć propozycję, albo zostać bez pracy. Wszedł do domu, a Agnese miała skończyć pracę za godzinę. Miał chwilę dla siebie i na przemyślenie, jak jej to przekazać. W głowie wirowało mu mnóstwo wariantów. Pojedź ze mną, zostań tu. Nie przyjmę propozycji. Nie wiedział, co ma zrobić. Ona miała swoją pracę, którą kochała nad życie. Czy rzuciłaby ją dla niego? Czy tego on by chciał? Nie, nie chciał, żeby się dla niego tak poświęcała. Ale czy on ma się poświęcać i odrzucić propozycję? Może szansę na rozwój, jaką zsyła mu los? Godzina minęła szybciej, niż się spodziewał. Umiał gotować, ale dzisiaj nie miał do tego głowy. Zamówił jedzenie z bistro obok mieszkania i czekał na Agnese. Gdy przyszła, zdziwiła się na jego widok. Wyraz jej twarzy nie był takim, jakiego oczekiwał. Rano spóźnił się do pracy właśnie przez nią. Pokłócili się o głupotę. Samochód. On chciał wynająć miejsce parkingowe, ona twierdziła, że jest to zbędne. Stanęło oczywiście na jej, ale i tak to ona była tą, która nadal miała o to pretensje.

— Zamówiłeś jedzenie? Co robisz o tej porze w domu? — jej pytania sypały się z wyraźną pretensją w głosie.

— Wziąłem wolne. Musimy porozmawiać.

— Nie mamy o czym rozmawiać. Już chyba ci wszystko wytłumaczyłam. Czego nie rozumiesz? I jestem na diecie, nie będę tego jeść — wyrzuciła z siebie i wyszła z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Marco poszedł za nią. Otworzył drzwi i powiedział:

— Dostałem propozycję pracy. Spojrzała na niego i nic nie powiedziała.

— W Rotterdamie — dodał.

— Co? I jak ty sobie to wyobrażasz? Może mam ci jeszcze pogratulować? Chcesz się przeprowadzić do Holandii?

— Chciałem zapytać, co ty o tym sądzisz. To tylko propozycja.

— I mam nadzieję, że o niej nie myślisz? Jak myślisz, że rzucę pracę i przeprowadzę się z tobą, to nawet o tym nie myśl.

— Agnese… To jest propozycja jednostronna. Albo ja biorę, albo mnie zwalniają.

— Myślałam, że dostaniesz awans… ale jak widać, coś ci ostatnio nic nie wychodzi.

— Proszę, pomyśl chwilę.

— Ty chcesz naprawdę przyjąć tę pracę? Zostawić mnie tutaj? Ty naprawdę chcesz! Nie wierzę!

— Mam zostać bez pracy? Na twoim utrzymaniu?

— Masz oszczędności.

— Pomyśl chwilę. To tylko rok. A może dać mi więcej niż kilka lat tutaj.

— Widzę, że już zdecydowałeś. Po co w ogóle chciałeś znać moje zdanie?

— Ty mi pomogłaś zdecydować.

— Jak chcesz. To była ich ostatnia rozmowa przed jego wyjazdem. Minęło od niej już ponad pół roku. Tego dnia spakował swoje rzeczy. Potwierdził przyjęcie oferty i po tygodniu był już w Rotterdamie. Miasto było inne, niż się spodziewał. Piękniejsze, z zachwycającą architekturą na każdym kroku. Czuł prawie od pierwszego dnia, że dobrze zrobił. Wszystko działo się tak szybko. Zmiany następowały jak lawina, a projekty w pracy zajmowały mu całe dnie. Uczył się, chłonął wiedzę i widział, jak jego punkt widzenia ulega zmianie. Ludzie okazali się inni, niż się spodziewał. Bardziej życzliwi, otwarci i pomocni. Miasto pełniejsze życia i niespodzianek. A życie? Życie okazało się inne, niż planował. Przyzwyczajenie się do innego trybu pracy i pogody było dla niego trudniejsze, niż się spodziewał, ale doświadczenia rekompensowały mu to wszystko z nawiązką. Nie wiedział, dlaczego to wszystko akurat do niego wróciło w tym momencie. Czemu teraz? Pół roku minęło jak strzała, a wszystko wróciło teraz. A dzień dzisiejszy? Ten dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Praca, znajomi, relaks na jego tarasie. Ale takiego końca chyba nikt nie mógł się spodziewać. Widok zachwyconej Wiki, podziwiającej wszystko na tarasie, i jej śmiejące się oczy, ogromne, piękne oczy.

5

Było już rano. Przez okna wpadały promienie słoneczne, natarczywie przypominając, że już czas wstawać. Ale tego dnia było inaczej. Budził się zawsze sam, jeszcze przed budzikiem.

Dzisiaj wyłączył go, żeby nie obudzić Wiki. Jednak nie wstał jeszcze. Leżał w łóżku i wpatrywał się w nią. Chciał jeszcze chwilę tak popatrzeć, jak spokojnie oddycha. Wydawała się taka beztroska, z lekko uchylonymi ustami i falowanymi długimi włosami, które teraz oplatały jej szyję. Kim była? Przecież w ogóle jej nie znał. Kto jest bardziej szalony? On, że zaprosił ją do domu, czy ona, że przyjęła propozycję? Jego nowa sąsiadka. Czy takie historie naprawdę przydarzają się w życiu? Poznajesz dziewczynę na tarasie i za chwilę lądujecie razem w łóżku? Sam zaśmiał się w swoich myślach.

— Jakim łóżku? Spała tylko obok. Dzień wcześniej miał już zejść z tarasu, ale zauważył, że ktoś wchodził. Zainteresowało go to, bo od dłuższego czasu nikt tam nie mieszkał. A kwiaty podlewał właśnie on. Nigdy nie rozumiał, dlaczego na tarasie obok rosły lepiej niż na jego. Gdy zobaczył postać kobiety, postanowił przypatrzeć się jej dokładniej. Chodziła wokół, obserwując rzeczy, wąchając kwiaty, dotykając niektórych z nich, jakby sprawdzała, czy są prawdziwe. Widział tylko jej cień i zarysy twarzy. Nie wyglądała na Holenderkę. Chodziła z jednego końca tarasu na drugi, obserwując panoramę. Nie widział tego, ale był w stanie przysiąc, że jej oczy błyszczały radością. Czuł, chociaż była kilka metrów dalej, jak bije od niej energia, ciekawość, radość. Nie mógł oderwać od niej oczu, więc obserwował każdy jej ruch z zaciekawieniem. Nie widziała go, więc mógł spokojnie siedzieć w ukryciu. Aż zaczęła coś mówić. Nie wiedział, czy mówi do niego, a może do kogoś innego, jednak zaintrygowało go to. Postanowił wyjść z cienia i sprawdzić. Rozmowa z nią potwierdziła to, co czuł, gdy ją obserwował. Było w niej coś, co ciągnęło go do niej. A potem ten zbieg okoliczności z drzwiami. Kim ona jest? Wpatrywał się w nią i analizował jej twarz. Bał się ruszać, żeby jej nie zbudzić. Jeszcze nie. Jeszcze chwilkę chciał zatrzymać tę chwilę. Wczoraj, a może to było już dzisiaj? Nie pamiętał godziny, gdy wróciła. Widząc ją taką bezradną, od razu zaproponował jej nocleg. Chciał iść spać na kanapę i oddać jej łóżko, ale nalegała, że to ona będzie spała na kanapie. Po dłuższej dyskusji zgodziła się, aby spali razem w łóżku. Było w końcu dość szerokie dla nich obojga. Dwóch nieznajomych, dwóch obcokrajowców jakimś dziwnym splotem zdarzeń spało teraz w jednym łóżku.

Miała na sobie jego koszulkę. Wszystkie jej rzeczy zamknięte są w mieszkaniu obok, a ona nie miała ze sobą nic oprócz tych nieszczęsnych kluczy, które nie otwierają żadnych drzwi. Zbliżała się powoli siódma. O ósmej musiał być w pracy. Powoli wyszedł z łóżka i udał się pod prysznic. Co miał teraz z nią zrobić? Zostawić ją samą w mieszkaniu? Kazać jej wyjść? Zadzwonić do pracy i powiedzieć, że jest chory? A może po prostu wziąć wolne i jej pomóc? Gdy wyszedł spod prysznica, Wiki już nie spała. Siedziała z podkulonymi nogami, nadal w jego koszulce, przykryta kocem. Popijała gorącą kawę.

— Przepraszam za wczoraj. Zaraz się ogarnę i pójdę. Jestem tak nieprzytomna, że musiałam zrobić sobie kawę. Twoja stoi na stole. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. I że będzie ci smakowała. Stał przez chwilę, nie wiedząc co powiedzieć. Wziął kawę do ręki i podszedł usiąść obok niej.

— Zawsze masz takie ciekawe historie? Który to już raz zamknęłaś się w obcym mieście na tarasie? Zaśmiała się — Nie pamiętam. Za dużo już tego było. Ale czasami może warto?

— Warto?

— Nigdy nie wiesz, czego możesz się spodziewać, robiąc coś po raz pierwszy. Nawet jeśli nie było to planowane. — Spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem.

— A wczoraj było warto?

— Nie wiem, ty mi powiedz.

— Ja? Ja byłem tylko tym super hero, który cię uratował, nie zapominaj o tym!

— Dobrze, bohaterze. Dziękuję ci za to i w zamian zapraszam na obiad. Ja stawiam! Ale ty wybierasz knajpę, bo jak wiesz, nie znam miasta i znowu mogę się gdzieś zatrzasnąć czy zgubić.

— W to akurat ci wierzę. Zjedli jeszcze razem szybkie śniadanie w domu i uzgodnili, że Marco podrzuci Wiki do miejsca pracy, gdzie będzie mogła znaleźć numer i skontaktować się z właścicielem mieszkania, no i co najważniejsze dostać od niego prawidłowe klucze. Pojechali do pracy rowerami. Jak przystało na prawdziwych, lub trochę w tym przypadku udawanych, Holendrów. Wiktoria była zaskoczona, gdy po wyjściu z budynku zamiast udać się do samochodu, wskazał jej dwa rowery stojące przy domu. Twarz Wiktorii wyraźnie pokazywała zdziwienie tym faktem, ale równie zaskoczony okazał się Marco, widząc ją po raz kolejny rozentuzjazmowaną, próbującą czegoś nowego. Ile się znali? Od wczoraj? Sam w to nie mógł uwierzyć. Jechali powoli ścieżką rowerową prosto do jej biura. Firma, w której miała zacząć pracować, znajdowała się 10 minut rowerem od ich domów, a firma Marco niedaleko dalej, po drugiej stronie kanałów znajdujących się w tej części miasta. Biurowiec Wiki przypominał nowoczesne stylem architektonicznym gmaszysko. Za to siedziba biura Marco znajdowała się w zabytkowej kamienicy zaadaptowanej na potrzeby architektów. Było w tym miejscu coś, co go inspirowało od pierwszego dnia przyjazdu. Przez pół roku, odkąd przyjechał, próbował znaleźć odpowiedź, co to takiego. Zostawił Wiki pod jej biurem wraz z rowerem i instrukcjami, jak ma dojechać do miejsca, gdzie umówili się na obiad, i odjechał w kierunku pracy.

— Co za noc. — Pomyślał. — A wczoraj powiedziałem, że życie nie może mnie już zaskoczyć.

6

Wiktoria stała już sama pod budynkiem firmy. Patrzyła jeszcze przez chwilę, jak Marco przejeżdża wraz z innymi rowerzystami na drugą stronę kanału, po czym zniknął za zakrętem. Przypięła rower do stojaka przy firmie, po czym chwilę przypatrywała się budynkowi i ludziom wchodzącym do środka. Zaczynała dopiero w poniedziałek, a dzisiaj był piątek. Miała jeszcze cały weekend dla siebie na zaaklimatyzowanie się. Już za chwilę miała przejść przez próg i w końcu osobiście poznać swojego nowego szefa i współpracowników. Nie wiedziała, jak wygląda, ale znała go z głosu i kilku maili, które wymienili. Rozmowę kwalifikacyjną i cały proces odbywał się za pośrednictwem ludzi z HR. Mogła powiedzieć, że już go zna, ale czy wymianę kilku rozmów i maili można nazwać znajomością? Miała zajmować się promowaniem marek i kampaniami reklamowymi, czyli tym, o czym zawsze marzyła. To były jej początki w tej branży, ale wiedziała, że nawet jeśli ta przygoda potrwa tylko planowane 6 miesięcy, to i tak będzie tego warta. Wzięła głęboki oddech i weszła do środka. Przy wejściu została zatrzymana przy recepcji. Jako że nie miała przepustki, a nikt się jej nie spodziewał, nie chciano jej wpuścić. W końcu, po wytłumaczeniu sytuacji z dnia poprzedniego, ochroniarz zlitował się nad nią i zadzwonił do biura. Na nieszczęście Wiki szefa nie było na miejscu. Oprócz jego nazwiska pamiętała tylko jeszcze jedno. Jednak telefon nie odbierał. Gdy po raz kolejny powtarzała nazwisko, głos za plecami zapytał:

— Chyba to właśnie mnie Pani szuka. Wow! — pomyślała. — Co tu się dzieje?

— Widziała go już przez Skype, ale nie zrobił na niej wrażenia. Ale teraz? Zdecydowanie komputer kłamie. Wysoki, barczysty blondyn z kręconymi włosami, trochę ulizanymi żelem. Co oni w tym widzą? Jednak nawet widząc żel, nie mogła zaprzeczyć, że jest przystojny.

— Oj, Holandio, tego się nie spodziewałam. A to dopiero drugi dzień. Czy wyczerpałam już limit na cały pobyt w poznawaniu przystojnych facetów? — przeszło jej przez głowę.

Weszli do biura i Wiki wyjaśniła mu sytuację. Gdy Lucas, już teraz współpracownik, dzwonił i załatwiał dla niej przepustkę, przyglądała mu się uważnie. Idealnie ułożone włosy. Szara marynarka i, co dziwne, szare spodnie od garnituru. Do tego biała koszula, idealnie wyprasowana, i cienki krawat, który wyraźnie mu przeszkadzał, bo ciągle go przesuwał przy kołnierzyku. A ona ciągle w ciuchach z dnia poprzedniego czuła się tam trochę nie na miejscu. Na szczęście miała nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. W końcu miała jeszcze dzień wolny. Gdy udało się zdobyć już kartę na poniedziałek, Lucas zapytał:

— Nie mogłaś już wytrzymać i postanowiłaś poznać nas lepiej już dzisiaj?

— Właściwie… przyszłam, bo mam mały problem. Gdy opowiedziała całą sytuację, Lucas nie mógł przestać się śmiać, po czym przeprosił ją i kazał jej opowiedzieć całą sytuację od nowa.

— A więc gdzie spałaś? U zupełnie obcej osoby? Ale jak? Ludzie nie zapraszają dopiero co poznanej osoby do siebie tak po prostu? Zwłaszcza w Holandii. Jak to zrobiłaś?? Pytania trwały jeszcze dłuższą chwilę. W końcu Lucas przedzwonił do właściciela mieszkania.

— Więc tak. Masz rację… pomylił się i rzeczywiście zabrał klucze od mieszkania, a zostawił ci klucze od swojego domu. Dopiero jak zadzwoniłem, sprawdził i rzeczywiście dostałaś nie te, co powinnaś.

— Uf… a już myślałam, że ze mną jest coś nie tak albo że drzwi w tym kraju mnie nie tolerują. To kiedy dostanę klucze?

— Tu mamy problem…

— Nie strasz mnie! Jaki problem? Kosmici go porwali?

— Jeszcze nie, ale zanim się z nim zobaczysz, to wszystko się może zdarzyć!

— Tego się obawiam… trzęsienie ziemi?

— Na szczęście pojechał tylko z rodziną na wesele do Eindhoven.

— I co to znaczy dla mnie?

— Wracają w niedzielę wieczorem. Więc masz dwie opcje: pojechać tam i odebrać klucze lub przeczekać gdzieś do niedzieli.

— Przeczekać do niedzieli?? Nie mam gdzie się zatrzymać, nie mam komórki, która jest zamknięta razem z resztą rzeczy, nie mam w co się przebrać ani nawet nie mam karty kredytowej, żeby cokolwiek kupić.

— Spokojnie. Jakoś to załatwimy. Mogę z tobą pojechać jutro, jeśli chcesz. Dzisiaj nie dam rady. Po południu mamy jeszcze ważną konferencję i nie wiem, o której się skończy.

— Jutro?? A co ja mam zrobić do jutra? Spać przy kanale? Swoją drogą może nawet niezła opcja… tanio i wykąpać można się z rana. Może złowię też jakąś rybę na śniadanie.

— Poczekaj. Powiedziałaś, że dzisiaj spałaś z sąsiadem. Mam na myśli u sąsiada. Myślisz, że dzisiaj mogłabyś u niego jeszcze zostać?

— A jak to sobie wyobrażasz? Proszę obcego faceta o to, żeby mnie przenocował? I tak już dużo mi pomógł.

— Masz do niego telefon?

— Mam. W bardzo staroświecki sposób zapisany na kartce. Dlaczego?

— Daj. Patrzyła na niego przez chwilę zdziwiona, ale co miała zrobić. Już i tak nie miała nic więcej do stracenia. Lucas zadzwonił do Marco. Na szczęście rozmawiali po angielsku, więc mogła śledzić tok rozmowy. Jednak nie była dokładnie pewna, co dzieje się po drugiej stronie słuchawki.

— Załatwione — poinformował Lucas. — Tak jak ustaliliście, zobaczycie się w tej włoskiej restauracji. Przepraszam, ale nazwa już mi uciekła. Będzie na ciebie czekał i nie wiem, co jest między wami i jak to zrobiłaś, ale powiedział, że bez problemu możesz zostać u niego jeszcze jedną noc, a nawet i do poniedziałku. Może być?

— A mam tu coś do gadania i inne wyjście?

— Słuchaj, tu masz mój numer. Jutro o 10 rano odbiorę cię spod domu i pojedziemy do Eindhoven. Odbierzemy klucze i będziesz mogła wieczorem już spokojnie spać w swoim łóżku. Umowa stoi?

— Stoi. — Wstała powoli, oszołomiona tym wszystkim, co działo się dookoła. Nigdy nie przypuszczała, że taki będzie jej pierwszy dzień w Holandii. Wychodząc, zawróciła jeszcze w drzwiach. — Dziękuję! Lucas spojrzał na nią zaskoczony. — Jutro bądź punktualna! O 10 jestem pod twoim domem. W razie czego mam numer twojego sąsiada. Dzwoń, jakbyś czegoś potrzebowała. Spojrzała na niego ostatni raz i wyszła. Miała przepustkę do biura. Mogła teraz tam wchodzić, kiedy chciała. Przynajmniej mogę spać tutaj, jeśli Marco mnie wyrzuci — pomyślała i zaśmiała się sama do siebie z absurdu sytuacji. Odpięła rower i ruszyła w kierunku centrum. Miała jeszcze godzinę do spotkania z Marco. Nie miała przy sobie nic oprócz mapy i 20 euro, które dał jej Lucas w ostatnim momencie.

7

W momencie, gdy Lucas zadzwonił do Marco, ten zupełnie się tego nie spodziewał. Był dzisiaj zupełnie rozproszony w pracy, a tu znowu coś.

— Jak ona to robi? Powinienem jej współczuć, ale… właśnie… gdzieś głęboko w sobie cieszę się, że tak się stało. Boże, nie znam jej zupełnie. Co ja robię? Pozwalam jakiejś obcej osobie spać u siebie w domu tak po prostu. I jeszcze zgodziłem się spędzić z nią kolejny dzień. A jak okaże się psychopatką? — prowadził dialog w głowie sam ze sobą. Miał ważny projekt do skończenia. Termin zbliżał się nieubłaganie, ale dzisiaj zupełnie mu nie szło. Myślał o wydarzeniach dnia poprzedniego i dzisiejszego poranka. I tak mieli się zobaczyć, ale to, że znowu będzie u niego spała? Tego zupełnie się nie spodziewał.

— Kiedyś byłoby mi to na rękę. Nieznajoma w domu, bezbronna. Co mam do stracenia? Ale dzisiaj? — Tym razem było to dla niego coś innego. Ale jeszcze nie wiedział co. Spojrzał niecierpliwie na zegarek po raz kolejny tego dnia. Wszystko mu się dłużyło i na niczym nie mógł się skupić. Miał jeszcze czas. Restauracja była oddalona 5 minut rowerem od biura. Długo nie myśląc, posprzątał biurko i wymówił się bólem głowy.

— Bólem głowy? Co jest ze mną nie tak? — skarcił się w myślach. Nikt nie pytał. Wszyscy w biurze zajęci swoimi sprawami nawet nie zwrócili uwagi na jego dzisiejsze roztrzepanie. W pracy zawsze miał swoją rutynę. Rozdzielony zakres pracy i plan do zrealizowania. Dzisiaj? Dzisiaj po prostu tam był i wpatrywał się w białe kartki prawie ukończonego projektu. A myślami był zupełnie gdzieś indziej. Zabrał klucze, komórkę, portfel i wyszedł z biura. Miał czas, więc pojechał do restauracji dookoła. Drogą, która co prawda była dłuższa, ale bliższa jego sercu i wyobraźni o architekturze Holandii. Tym, co tak podziwiał w tym kraju. Dojechał do restauracji dużo przed czasem, więc postanowił odwiedzić jeszcze sklep z winylami, który znajdował się obok. Gdy tak je przeglądał, ktoś na ulicy zaczął śpiewać i grać na gitarze. Przysłuchiwał się utworom ze środka sklepu, aż w końcu artysta zaczął śpiewać „Let her go”. Wyszedł ze sklepu posłuchać, kto to taki, zaciekawiony niesamowitą barwą głosu. Zrozumiał, że on też musi odpuścić, że to już jego czas, aby ruszyć do przodu i nie rozpamiętywać ciągle przeszłości. I wtedy podjechała Wiktoria. W pierwszym momencie nie zauważyła go, stanęła tylko z drugiej strony kółeczka gapiów i wsłuchiwała się, tak jak on, w muzykę. Zauważył ją po chwili i obserwował jej reakcję. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Delikatny, ale przysiągłby, że z nutą smutku i jakby małymi iskierkami w oczach.

— Czy to były łzy? — zastanawiał się. I wtedy ona odwróciła głowę w jego stronę i zobaczyła go z drugiej strony. Pokiwała mu ręką i uśmiechnęła się promiennie. Muzyka towarzyszyła im jeszcze do końca obiadu. Przy restauracji znajdował się ogródek, gdzie zdecydowali się usiąść. Marco wybierał i rekomendował najlepsze włoskie dania, opowiadając ze szczegółami i tłumacząc, co oznaczają poszczególne słowa w menu. Rozmawiali, jakby znali się od dawna.

— To jak to się stało, że znowu jesteś bez dachu nad głową? Znam część historii od Lucasa, ale muszę to usłyszeć jeszcze raz od Ciebie.

— Przepraszam! Tak mi głupio. Uwierz mi. Po tym weekendzie nie będziesz chciał mnie widzieć już nigdy w życiu. Ledwo cię poznałam, a masz ze mną problem od pierwszej minuty, jak tylko się do mnie odezwałeś!

— Nie od pierwszej! Od piątej albo nawet dziesiątej! Wcześniej wydawałaś się całkiem normalna — zaśmiał się.

— Dobrze, może być i od piątej czy dziesiątej. Ale to i tak mój rekord w poznawaniu nowych osób. Ledwo przyjechałam, a na ciebie wpadłam i już wylądowałam w twoim łóżku i na twoim utrzymaniu. Przepraszam! Trochę słaby żart.

— Gdybym dobrze się nie bawił, musiałabyś niestety obejść się spaniem na wycieraczce!

— Jak możesz! Wycieraczka? Tylko o tym marzysz! Wybieram kanał! Widoki lepsze!

— Mogę wszystko! Chwilowo ja tutaj rządzę!

— Chciałbyś! Ale dzisiaj pozwalam ci wierzyć w co tylko chcesz — przekomarzali się tak dłuższą chwilę.

— To co? Opowiedz mi, jak to się stało, że dzisiaj jeszcze jesteś u mnie.

— Przecież dobrze wiesz. Jutro rano Lucas zabierze mnie i odbierzemy klucze.

— No ale dlaczego firma nie mogła ci załatwić hotelu? Ślusarza? Zastępczych kluczy? Rodziny? Żaden sąsiad nie ma kluczy?

— Klucze ma tylko właściciel, a drugi komplet jest zamknięty pod kluczem i alarmem w domu. Ja mam co prawda klucze do domu właściciela, ale kodu alarmu mi nie zdradzą. Cała rodzina jest, jak wiesz, na ślubie. Właściciel poza tym nie zgodził się na rozwalanie drzwi. Bo są zabytkowe. Nawet nie pytaj. O hotelu wspomniałam, ale Lucas postanowił zadzwonić do ciebie i już później nie miałam nic do powiedzenia.

— Czyli wykorzystałaś moją gościnność?

— To ty się zgodziłeś! Ja niczego nie proponowałam! I tak mi głupio, że tak cię wykorzystuję. Mam ze sobą całe 20 euro, za które nawet nie stać mnie, żeby zaprosić cię na obiad, który ci obiecałam!

— Jak już dostaniesz się do mieszkania, to mi się zrekompensujesz. Co powiesz na ogromny puchar lodowy, dużą miskę świeżych owoców i może jakieś piwo u ciebie na tarasie?

— Tylko tyle?

— A czego się spodziewałaś?

— Nie wiem, po prostu jesteś jakoś dziwnie mało wymagający.

— Stoi?

— Stoi! W niedzielę masz lody i piwo! A nawet przygotuję obiad! Ale nie oczekuj za wiele. Nie jestem włoską mamą. Co ty na to?

— Ooo, nie oczekuj w takim razie za wielu porcji czy jakości?

— Raczej jakości. Chociaż tak tego bym nie nazwała. Ale mam jakieś tam popisowe dania, którymi kupuję serca. Może być takie wytłumaczenie?

— To mnie dopiero zaciekawiło. Dużo już tych serc kupiłaś?

— Zależy. Ale nie bądź taki ciekawski. Na moje gotowanie też trzeba zasłużyć! Spojrzał na nią z zaciekawieniem. Coraz bardziej go intrygowała. Pewna siebie. Tryskająca energią. Skąd ona się wzięła? Coś ukrywała? Czy taka była? Po prostu mówiąca, co myśli bez ogródek, nie przejmując się opinią innych. Wiedział, że podobał się kobietom. Nigdy nie miał z tym problemu. Mógł wybierać z ładniejszych, ale przy niej pierwszy raz czuł się mniejszy. Pewny siebie, ale jednak już nie tak jak kiedyś. Zawsze wiedział, kiedy spodobał się komuś, ale z nią było inaczej. Patrzyła na niego, ale nie oceniała. Nie widział tego zmieszania. Nie zależało jej, żeby ją polubił. U niego w mieszkaniu zachowywała się bez skrępowania. Jakby znała go od dawna. Jakby po prostu przyszła odwiedzić starego znajomego. Z zamyślenia wyrwały go słowa Wiki:

— Jestem pełna. Teraz nie będę mogła się ruszyć.

— Czyli zostajemy tu do jutra?

— Chyba żartujesz! O ile pamiętam, obiecałeś mi zwiedzanie miasta. Ruszamy?

— Nie mówiłaś, że jesteś tak pełna, że nie dasz rady się ruszyć?

— Proszę cię! Na zwiedzanie? Zawsze! To gdzie mnie zabierzesz?

— Pokażę ci miasto moimi oczami. Może być? Zabrali rowery i ruszyli w drogę. Jako że znajdowali się niedaleko urzędu miasta, ruszyli w stronę niedawno otwartego mercado zrobionego praktycznie w całości ze szkła. Następnie zobaczyli katedrę, która spłonęła podczas drugiej wojny światowej i podjechali pod słynne kubikowe domy. Stamtąd podjechali na Oudehaven, gdzie znajdował się jeden ze starszych zachowanych budynków, gdzie Marco uwielbiał spędzać czas, popijając piwo i oglądając mecze z Holendrami. Nie zatrzymywali się, tylko ruszyli dalej, aż podjechali pod most Erasmusa. Tam chwilę Marco opowiedział o historii i ruszyli przez most do starego zabytkowego hotelu i podjechali pod dawny port, skąd w czasie wojny ludzie odpływali do Ameryki, a gdzie teraz znajduje się rzeźba upamiętniająca te czasy. Wracając, przejechali jeszcze brzegiem rzeki, aż znaleźli się przy maszcie.

— Tutaj jest ostatni punkt programu na dzisiaj. Innego dnia pokażę ci więcej.

— Tutaj? Ale gdzie my jesteśmy. Do domu mamy chyba jeszcze kawałek.

— Najpierw chcę ci pokazać widok z wieży. Zobaczysz całą panoramę miasta. A teraz będzie jeszcze piękniej w blasku zachodzącego słońca. Uwielbiam tu przychodzić. Może mi nie uwierzysz, ale mam wykupiony karnet bez limitu.

— Karnet? Na wieżę?

— Niedokładnie. Karnet na wchodzenie do wszystkich atrakcji miasta.

— Tego bym w życiu o tobie nie powiedziała!

— Człowiek może zaskoczyć! To co, wchodzimy? Z wieży rozciąga się widok na całą przystań.

— Ile kontenerów!

— Też byłem zdziwiony. Ich ilość przekroczyła moje oczekiwania. Widać, że Holandia się rozwija.

— Naprawdę tu pięknie. I ten most w blasku zachodzącego słońca. Dziękuję.

— Za dużo mi dziękujesz!

— Już tak mam. Spędzili na wieży prawie godzinę, robiąc zdjęcia i dyskutując o budynkach, o które Wiki wypytywała.

— Jakie szczęście, że jestem architektem. Gdy nie znam całej prawdy, przynajmniej mogę zmyślać — pomyślał. — A ona chłonie wszystko z ciekawością małej dziewczynki.

— To co, ruszamy na kolację? Tym razem w domu. I ty gotujesz!

— Ja? — oburzyła się Wiki.

— A niby kto? Ja płaciłem za obiad, ja zabrałem cię w to cudowne miejsce, śpisz w moim łóżku. Nie należy mi się kolacja?

— Jaki roszczeniowy! No ale ok. Wygrałeś! Kapitulacja. Ale nie oczekuj zbyt wiele! Kanapki i herbata muszą ci wystarczyć. Śmiejąc się, wsiedli do windy. Czekał ich jeszcze kawałek rowerami do domu.

8

Roześmiani wyszli z wieży, ciągle przekomarzając się o kolację. I wtedy Wiki zamarła.

— Czy to nie tutaj zostawiliśmy rowery? Marco podążył za jej wzrokiem. Nie było rowerów. Ani jednego. Tylko jedno koło przyczepione do stojaka.

— Czy to się dzieje naprawdę? — Marco zaczął się śmiać z wyczuwalną nerwowością w głosie.

— To są jakieś żarty?

— Ukradli nam rowery?! — Wiki pytała sama siebie niedowierzając. Marco spojrzał na nią. Myślała, że dostrzeże w jego wyrazie twarzy złość, a tam było tylko rozbawienie.

— Chodź! Mamy ładny kawałek drogi do domu. A musimy jeszcze zdążyć na twoją kolację.

— Nie zgłosisz tego na policję?

— Policję? Tu każdego dnia kradną tysiące rowerów. Co zrobi policja? Spisze zeznania. Spędzimy godzinę na komisariacie, jeśli mamy szczęście. Potrzebne nam to?

— Marco, ukradli ci dwa rowery. Nic z tym nie zrobisz?

— Nie. — I najspokojniej na świecie ruszył przed siebie.

— Przepraszam. I to jeszcze jeden ukradli z mojej winy.

— Po pierwsze, za dużo przepraszasz i dziękujesz. Po drugie, to już nie pierwszy raz mi się zdarzyło. Jutro pójdę na rynek i kupię nowy. Po trzecie, ten drugi i tak nie był mój.

— To czyj on był?

— Nieważne. Nie przejmuj się tym. Jutro pójdę i kupię dwa takie same i nikt niczego nie zauważy. Widzisz, ile tego jeździ? Każdego dnia kradną i sprzedają tysiące z nich. Inni właściciele zostawiają i nie pamiętają nawet gdzie. Tak to już jest. Czasami ktoś się nimi zaopiekuje.

— Zaopiekuje? Kradzież nazywasz opieką?

— Tak już jest. Trzeba się z tym pogodzić. To co, idziemy do domu?

— A mam inne wyjście?

— Możesz tu nocować. Nie takie miałaś plany?

— Bardzo śmieszne. — Wiki uderzyła lekko Marco w bok. Ruszyli do domu. Był inny niż myślała Wiki. Wyluzowany. Zero nieśmiałości. Co ukrywał? Przecież nie może być tak idealny, na jakiego wygląda. Zupełnie nie wzruszyła go kradzież.

Oaza spokoju. — Myśli i pytania szalały jej w głowie. Gdy tak spacerowali, rozmawiali o życiu, o sobie. Poznawali się lepiej.

— Zawsze tak masz? To, że tyle się wokół ciebie dzieje?

— Proszę cię. To jednak wielka seria porażek odkąd przyjechałam. I ciągle jestem w tych samych ciuchach. Nawet nie mogłam się przebrać. I wygląda, że do jutra nie będzie mi to jeszcze dane.

— Ja uważam zupełnie odwrotnie.

— Co masz na myśli?

— Źle się bawisz?

— Nie, ale…

— Ale co? Czy życie to nie właśnie to? Te momenty, których nie jesteś w stanie w żaden sposób zaplanować? Dziwne zbiegi okoliczności?

— A co by było, gdybym wyszła w bieliźnie na taras?

— To ja tu głęboko o życiu, a ty wyskakujesz z bielizną? No ładnie się porobiło.

— Przepraszam.

— I znowu przepraszasz!

— Przepraszam, że ciągle przepraszam! Masz rację. Nie spodziewałam się, że tak to się potoczy. Jestem tak samo w szoku jak ty. Takie rzeczy mi się nie przydarzają. Mam zwykłe nudne życie. A może już nie. Może miałam.

— Jak masz więcej takich niespodzianek, to mnie poinformuj, bo bawię się przednio.

— Tak, chyba masz rację… właśnie te momenty mają znaczenie. Te, których nie oczekiwaliśmy. Nigdy bym się nie spodziewała, że będę dzisiaj spacerować w tych ciuchach z nieznajomym, a co więcej jeść z nim śniadanie, a teraz czeka mnie jeszcze kolacja, którą ja sama przygotuję. Czy to sen i zaraz się z niego obudzimy?

— Mam nadzieję, że nie. Chodź! Kupimy ci jakiś ciuch, żebyś nie musiała chodzić w bieliźnie po domu, bo tego już bym nie przetrwał. Nie dała mu rady wyperswadować pomysłu z głowy. Więc w końcu zgodziła się, żeby zapłacił za prostą, ale elegancką sukienkę, w której jakimś cudem promieniała. Czy to zmiana kraju tak na nią działa? Nie miała makijażu, a czuła się przecudownie. Już dawno nie czuła się tak wolna. Wykorzystując dobre chęci Marco, kupiła jeszcze puder i tusz do rzęs, żeby następnego dnia mogła czuć się jeszcze lepiej. Marco miał rację. Czego więcej chcieć? Świetnie się bawiła mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło. Doszli do domu koło 21. Wiki, jak obiecała, przygotowała kanapki i sałatkę z pomidorów oraz zaparzyła herbatę. Mięta z miodem. Marco odpisywał na jakiegoś maila i rozmawiał z kimś przez komórkę po włosku, więc nie rozumiała nic oprócz pojedynczych słów, które i tak nie miały dla niej żadnego sensu. W międzyczasie Wiki miała czas przygotować stół i usiadła na kanapie, przełączając kanały w telewizorze. W końcu nastawiła na radio. I wtedy przyłączył się do niej Marco.

— Dobrze ci w mojej koszulce, wiesz?

— Wiem. Mój kolor. Mogę ją przygarnąć? Proszę? — spojrzała na niego tym kocim wzrokiem, któremu nie mógł powiedzieć nie. Słuchali muzyki i rozmawiali. W pewnym momencie rozmowa zeszła na wino leżące na stojaku i nie wiadomo kiedy, jedna z butelek została opróżniona.

— Świetnie się dzisiaj bawiłam. Zawsze tak dziewczyny oprowadzasz? Przyznaj się? — Zażartowała. Widać, że masz wprawę.

— Złapałaś mnie. Przyłapany na gorącym uczynku. Taki to już jestem. — Podniósł ręce w geście kapitulacji.

— To ile ich było?

— Kogo?

— Wpatrzonych w ciebie Holenderek?

— Żadnej.

— Nie wierzę w ani jedno słowo. No przyznaj się! Ja cię nie oceniam.

— Tysiące! Teraz pasuje?

— To już prędzej w to uwierzę.

— Tak źle o mnie myślisz?

— Dlaczego źle?

— Uważasz mnie za typowego psa na baby.

— Uważam cię za typowego Włocha!

— A co ma jedno do drugiego?

— Wiesz jak mówić, żeby zdobyć to, co chcesz. Typowy bajerant, czyż nie?

— To taka jest opinia o Włochach?

— A nie wiedziałeś?

— Nie oczekiwałem tego od ciebie.

— Cóż, widocznie pozory mylą.

— Widocznie. Pytanie, czy w złą, czy dobrą stronę.

— Tego właśnie nie wiem. Przyjrzała mu się chwilę, nie mówiąc nic. Zaczęła zbierać naczynia ze stołu i wkładać do zmywarki. Marco też się ruszył i zaczął jej pomagać. Wino sprawiło, że w jej głowie zaczęły wirować różne myśli. Nie miała ochoty iść spać, ale jutro musiała wstać wcześnie rano. Rozmawiali jeszcze chwilę przy blacie kuchennym i postanowiła, że już czas udać się do łóżka. Nie wiadomo skąd w jej głowie pojawiła się myśl, żeby dać jeszcze Marco przyjacielskiego buziaka na dobranoc. I sama nie wiedziała kiedy, a może on też chciał zrobić to samo, dała mu buziaka w usta. Odwrócił się niespodziewanie i wycelowała prosto w jego usta.

9

Buziak trwał tylko sekundę. Zwykłe muśnięcie, ale oboje się tego nie spodziewali. Wiki czuła się trochę niezręcznie. Widać było, że Marco czuł to samo. Nie wiedzieli, co mają dalej zrobić. Oboje patrzyli się na siebie w zdziwieniu i niedowierzaniu nie bardzo wiedząc czy mają coś powiedzieć i co właściwie zrobić.

— Nie chciałam. Chciałam dać ci tylko buziaka na dobranoc. Takiego w policzek. Ale jak widać, moje życie jest bardziej absurdalne, niż się spodziewałam. Odwróciłeś się w ostatnim momencie.

— Boże, Wika, tylko nie przepraszaj znowu. Może już czas spać, co?

— Nie będzie teraz niezręcznie? Naprawdę cię polubiłam, ale jakoś nie myślałam jeszcze… dopiero przyjechałam i wiesz… O czym ja w ogóle mówię!? Znam cię od 24 godzin! Rozumiesz, o czym mówię?

— Wiki, nie jestem aniołem. Nic się nie stało. Każdego dnia tysiące kobiet całuje mnie w usta.

— I na pewno są lepsze ode mnie!

— Tego nie wiem. Jakoś nie miałem dużo czasu na porównanie.

— Marco, Marco. Skąd ty się wziąłeś? Poszli spać. Oboje z głową pijaną, nie wiadomo, czy to od wina, czy z wrażeń. Głową wypełnioną tysiącem pytań. Tym razem to Wiki przebudziła się pierwsza. Marco spał twarzą zwróconą ku niej, na samym brzegu poduszki. Tak bardzo blisko niej.

— Mogłabym go pocałować. — Pomyślała. — Obudziłby się? Zegarek przypominał, że zbliża się już 9, że czas wstać. Za niecałą godzinę będzie tutaj Lucas i pojadą po klucze. Po południu będę w końcu mogła odpocząć. — myślała. Zamknę się w mieszkaniu i odpiszę na te wszystkie wiadomości, które pewnie już kłębiły się w telefonie. A może poczekam z tym do poniedziałku? Tak cudownie było wczoraj. Tak beztrosko. Bez telefonu, Internetu, kontaktu z rzeczywistością. Jakby to wszystko było tylko snem, z którego zaraz się obudzę. A może w telefonie nie ma żadnych wiadomości? Może nikt nawet nie zauważył, że zniknęłam? Kto oprócz rodziców by mnie szukał? Dość. Nie ma sensu o tym myśleć. Czas wstać. — Wzięła nową sukienkę z kanapy i weszła pod prysznic. Był to jej ulubiony moment dnia, powolny poranny prysznic, a potem kawa, najlepiej duża i mleczna, ciągle leżąc w łóżku. Gdy wyszła odświeżona, w nowej sukience, z lekkim, zwiewnym makijażem, chciała właśnie zabrać się za parzenie kawy. Spojrzała na ekspres, a on był już włączony. Czyżby Marco też już wstał?

Zajrzała do pokoju. Nie było go w łóżku. Rozejrzała się po mieszkaniu, ale było za małe, aby mógł się w nim gdzieś ukryć niezauważenie.

— Marco? — Zawołała cicho. Brak reakcji. Czyżby wyszedł z domu? — Zapytała samą siebie. I wtedy usłyszała kroki. Schodził z tarasu.

— Dzień dobry! — Powiedział radośnie. — Dobrze spałaś?

— Dzień dobry, myślałam, że wyszedłeś z domu.

— Normalnie rano trochę biegam, ale dzisiaj sobie odpuszczę. Ładnie wyglądasz. Ta sukienka była warta zakupu i swojej ceny!

— Dziękuję, sam ją wybrałeś. Widać, że oko masz wprawione.

— Ay kolejna docinka… no ale przynajmniej wiesz, że warto się mnie słuchać?

— Zawsze jesteś taki…

— Jaki?

— Bezpośredni?

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale chyba zawsze. A czy nie tak łatwiej? Bez niedomówień?

— Tak, to na pewno… ale czasami…

— Nie ma ale. Chodź! — i pociągnął ją za rękę.

— Czekaj. Chciałam zrobić sobie kawę! Bez tego będę cały dzień nieprzytomna, a Lucas już niedługo będzie.

— Za chwilę. Chodź teraz na taras. Poszła za nim, wiedząc, że nie ma nic do gadania. Na tarasie stały rozłożone leżaki, których nie było tam wcześniej. A może nie zwróciła na nie uwagi? Stół był nakryty do śniadania.

Świeże owoce. Przygotowane płatki śniadaniowe. Kanapki i oczywiście kawa. Tego się nie spodziewała.

— Chciałem ci pokazać, jak wyglądają moje ulubione niedzielne poranki.

— Dzisiaj jest sobota. — Skomentowała, przypatrując się temu, co widziała.

— Nie usiądziesz? — Zapytał.

— Nie spodziewałam się. Trochę mnie zamurowało, jeśli mam być szczera.

— Widzę, ale to tylko kawa. To co, napijesz się ze mną kawy zanim pojedziesz? Pamiętaj, że obiecałaś mi kolację i piwo u ciebie!

— To to jest takie wkupne, żebym postarała się bardziej?

— Coś w tym rodzaju.

— Jest pięknie. Dziękuję. Dlaczego to robisz? Nie znasz mnie w ogóle.

— Znowu to robisz!

— Co?

— Dziękujesz.

— Wiesz, co mnie denerwuje w ludziach? To, że nie mówią tego, co czują. Ukrywają to, co chcą powiedzieć, z obawy przed opinią innych. Ja też tak mam. Ale nauczyłam się już jednej rzeczy. Tego, że mówienie „dziękuję”, docenianie innych jest warte wszystkiego. Musimy doceniać teraz i być wdzięczni ludziom za to, że dostarczają nam małe momenty szczęścia. Zapadła chwilowa cisza. Marco nie odzywał się.

— Co? — Zapytała.

— Wiedziałem, od pierwszego momentu, jak cię poznałem, że taka właśnie jesteś.

— Jaka?

— Inna.

— To nie brzmi dobrze.

— Inna w dobrym znaczeniu. Takich ludzi brakuje na świecie.

— Mylisz się. To tylko pierwsze wrażenie. Jak poznasz mnie bliżej, to zmienisz zdanie.

— Chcesz mnie zrazić do siebie?

— Po prostu mówię prawdę. Jestem samolubna. Nie lubię polegać na innych, bo to tylko prowadzi do zawodów. I to zazwyczaj ja obrywam, a inni wmawiają mi, że jest odwrotnie. Nie próbuję wyprowadzić ich z błędu. Niech myślą, że nie mam uczuć. Tak jest łatwiej.

— Dlaczego to powiedziałaś?

— Nie wiem. Tak samo wyszło.

— To brzmi trochę… smutno.

— Smutno? Takie jest życie. Dlatego teraz jest ważny, moment obecny, w którym jesteśmy. Z rozmowy wyrwał ich klakson samochodu. Nawet nie wiedzieli, kiedy minął czas. Wyjrzeli na dół gdzie Lucas czekał już w samochodzie, żeby zabrać Wiki do Eindhoven. Szybko się zebrała i razem z Marco zeszli na dół. Nie wiedząc czemu ten uparł się, żeby odprowadzić ją do drzwi. Gdy Lukas ją zobaczył, pomachał do niej energicznie i wyskoczył z samochodu.

— To ty musisz być Marco? Wybawiciel naszej Wiki.

— Naszej? — pomyślała. Może tylko tak zabrzmiało, a nie to miał na myśli. Oboje Marco i Lucas patrzyli po sobie, oceniając jeden drugiego. Marco ciągle w piżamie i klapkach, z rozczochranymi włosami, przeczesywał je palcami. Lucas dzisiaj już w jeansach i polo wyglądał znowu zjawiskowo. I nie miał żelu na włosach — od razu lepiej — Pomyślała.

Po krótkiej konwersacji ruszyli w drogę. Lucas na koniec rzucił jeszcze — Oddam ci ją niedługo!

— Spokojnie! Masz ją całą dla siebie na cały dzień! Muszę od niej chociaż na chwilę odpocząć.

— Odpocząć ode mnie? Halo! Ja tu jestem! A wy rozmawiacie o mnie, jakbym była przedmiotem!

— Przedmiotem? Ty? Proszę cię! Nawet jeśli to przedmiotem wartym zachodu… jak widać.

— Chyba zostawię to lepiej bez komentarza.

— To ty zaczęłaś!

— Ja? Jak zwykle wszystko na mnie?

— Teraz niech będzie już na mnie! Co powiesz, żeby spędzić w Eindhoven cały dzień?

— Ale myślałam, że tylko odbierzemy klucze i wrócimy?

— Śpieszy ci się?

— Właściwie to nie. Bez kluczy i tak nic nie mogę zrobić.

— To co? Zgadzasz się?

— Zgadzam. A w ogóle mam inne wyjście i coś do powiedzenia?

— Mogę cię zawsze zostawić w Rotterdamie. To co?

— Pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Są tam wiatraki?

— Jak wszędzie!

— Zwiedzimy jeden?

— Masz to jak w banku! Ruszyli w stronę Eindhoven. Co ja robię. Znowu rzucam się na nieznane z obcym facetem i pozwalam mu decydować za mnie. — Pomyślała. — Czy takie już będzie kolejne pół roku?

10

Na odbiór kluczy umówieni byli pierwotnie na godzinę dwunastą. W drodze do Eindhoven właściciel mieszkania zadzwonił jednak i poprosił, żeby podjechali po nie najwcześniej niż o drugiej, ponieważ wyjechał już do kościoła, gdzie miał się odbyć ślub, a klucze zostały w hotelu. Wiki tylko się zaśmiała. — Czy te klucze w ogóle istnieją? Lucas spojrzał na nią rozbawiony. — Zawsze możesz chodzić po tarasach i poznawać sąsiadów.

— Bardzo śmieszne. Tylko mamy mały problem.

— Jaki?

— Muszę najpierw dostać się na taras. Ktoś musi mnie najpierw tam wpuścić. Zamiast odpowiedzieć, Lucas zakomunikował, że są na miejscu. Wiki rozejrzała się przez okno samochodu.

— Pięknie tutaj — powiedziała. Wokół widać było tylko drzewa pełne pąków kwiatów. Chciało się żyć. Widać było, że mieszkańcy dbają o zieleń.

— To mój ulubiony park w Eindhoven. Zawsze tu przychodziłem jako dzieciak pograć w piłkę.

— Jesteś stąd?

— Zaskoczona? Przeprowadziłem się do Rotterdamu zaraz po studiach i tak zostało. Tutaj mam całą rodzinę. Rodzice mieszkają na przedmieściach z młodszą siostrą, a starsza siostra z mężem i córką w miejscowości, skąd pochodzi jej mąż.

— Czyli nie wyemigrowałeś jako jedyny?

— To miało być tylko tymczasowe, a już trochę trwa. To co? Teraz zobaczymy obiecany wiatrak? Ruszyli poprzez park. Już w połowie drogi zaczęły wyłaniać się jego części. Rósł w oczach aż znaleźli się przy wejściu. Lucas w międzyczasie opowiedział trochę historii i dlaczego Holandia jest tak znana z wiatraków.

— To ludzie w nich mieszkali? Myślałam, że służyły tylko jako młyny i do odprowadzania wody.

— Były podzielone na dwie części. Zamożniejsi mogli sobie pozwolić na wybudowanie domu ale biedakom zostawało tylko mieszkanie w miejscu pracy. To tacy pierwotni przedsiębiorcy, którzy próbowali się czegoś dorobić, zresztą łatwiej było mieszkać w wiatraku niż kupić kawałek ziemi.. do tej pory zakup kawałka ziemi w Holandii jest bardzo drogi. Jak wiesz, nie mamy jej za wiele. Dlatego też wiele wiatraków pełniło rolę domów. Tak jak ten. Na dole znajdowały się izby i biuro, a u góry młocarnie. Zresztą zobaczysz, jak wejdziemy do środka. Ten akurat jest bardzo dobrze zachowany i duży. Nie wszyscy mieli takie wygody jak właściciel tego młyna. Wiki zaciekawiona oglądała i podziwiała każdy kąt. Nie spodziewała się, że młyn może tak wyglądać. Był przestronny, a swoim wystrojem i umeblowaniem przypominał każdy inny dom z tamtych czasów.

— Wyobrażasz sobie, jak to musiało być mieszkać w takim młynie? Istna magia.

— Magia? Ciężka praca. Ale tak, czasami to może wydawać się magiczne. Zwiedzili wszystkie piętra i poczytali o historii wyrobów oraz wykonywanej pracy na terenie młynów, a także dokąd transportowane były wyroby gotowe i jak działał cały handel. Z górnej rampy rozciągał się widok na okolice Eindhoven. Zaczynało się chmurzyć. Zanim zdążyli opuścić młyn, pogoda zmieniła się diametralnie. Zaczęło powoli siąpić deszczem i nie zapowiadało się, żeby tak szybko miało ustąpić. Do odbioru kluczy mieli jeszcze czas. Wskoczyli szybko do samochodu. Byli cali przemoczeni mimo że pokonali tylko kilkaset metrów. Lucas zakomunikował:

— To twój punkt programu zrealizowany, teraz mój!

— Takich mokrych to nas nigdzie nie wpuszczą!

— Tam nas wpuszczą. Nie martw się na zapas.

— To gdzie jedziemy?

— Zobaczysz. Niespodzianka.

— Żadnej wskazówki?

— Za 10 minut będziemy na miejscu, to sama się przekonasz. Jechali przez całe miasto. Wiki podziwiała widoki mimo deszczu. Zadziwiał ją widok tylu rowerów i ludzi ciągle na nich jeżdżących mimo takiej pogody. Jakby w ogóle nic się nie stało. Mieli założone deszczówki i jechali dalej. Faceci w garniturach z aktówkami oraz kobiety w eleganckich sukienkach. Widok był niesamowity. I krople wody odbijające się od kanałów. Nie mogła zaprzeczyć, że mimo krótkiego pobytu była już zachwycona tym, co udało jej się zobaczyć. Jechali i jechali, oddalając się od centrum. Zamiast typowej wysokiej zabudowy zaczęły pojawiać się pojedyncze domy. Klimat wyraźnie się zmienił, jednak deszcz nie ustępował. W końcu Lucas skręcił i zaparkował samochód na jednym z podjazdów. Wiki przyjrzała się bramie i wijącym się na niej kwiatom. Dom nieśmiało wystawał zza wysokiego ogrodzenia.

— Gdzie jesteśmy? — zapytała zaskoczona.

— Wybacz, że zabrałem cię tutaj nie pytając o zdanie. Ale dawno tu nie byłem. To dom moich rodziców.

— Twoich rodziców? A co ja tu robię?

— Wpadasz na niezapowiedziany obiad?

— Lucas, proszę cię. Tak mi głupio. Nawet nic dla nich nie mam.

— Nie martw się. Wziąłem wino i sery. Będzie od nas wspólnie.

— Miałeś to zaplanowane?

— Chodź! Już nas zauważyli. Patrz! Czekają na nas w drzwiach. — I wyszedł z samochodu, zostawiając Wiki bez możliwości zrobienia czegoś więcej czy protestowania. Siedziała chwilę jak wmurowana. Nie wiedząc, co robić. Bo co mogła właściwie zrobić? Wyszła z samochodu, ale zanim doszła do drzwi, Lucas wracał już po nią z parasolem. Zanim się zorientowała, siedziała już w pokoju siostry Lucasa, przebierając się z mokrych ciuchów. Ktoś zapukał do drzwi. Był to Lucas, pytający, czy jest już gotowa. Na szczęście rozmiar jego siostry i jej nie różniły się wiele, więc mogła wybrać jakąś sukienkę, podczas gdy jej ubrania suszyły się na poddaszu. Wyszła nieśmiało z pokoju, a Lucas oprowadził ją po domu.

— Gdzie są twoi rodzice?

— Pojechali do miasta. Nie spodziewali się mnie. Ale będą za godzinę z powrotem. Więc mamy czas.

— Czas? Na co mamy czas?

— Na gotowanie!

— Gotowanie? Oszalałeś? Co ty chcesz gotować?

— Jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co jest w lodówce. Wiki zdziwiona podreptała za nim do kuchni, obserwując dom dookoła. Był większy niż wydawał się z zewnątrz. Urządzony w bardzo prostym, ale eleganckim stylu. Na ścianach wisiała masa zdjęć rodziny oraz różne obrazy. Zaskoczyło ją, że wszystkie były raczej impresjonistyczne.

— Kto tak lubi impresjonizm?

— To mama. Nigdy nie pracowała. Zajmowała się domem i… i malowała.

— Naprawdę? To wszystko jej?

— Tak, każdy jeden. Jak zasłużysz, to pokażę ci kilka moich dokonań. Ale nie miej zbyt wielkich oczekiwań.

— Malujesz?

— Nie. Kiedyś miałem moment w życiu, że chciałem spróbować. Wiesz jak to jest. Mama ciągle malowała, więc jako dzieciak chciałem spróbować, ale z tego nie można wyżyć. Ukończyłem zarządzanie i tak jak widzisz, dobrze mi idzie.

— Nie brakuje ci malarstwa?

— Może czasami. Ale z drugiej strony nie mam nawet czasu o tym myśleć.

— Jak to?

— Dużo pracuję. Podróżuję. Nie mam czasu, tak po prostu. Zaczął wyciągać produkty z lodówki i układać je na blacie.

— Pomożesz mi?

— Ja nie umiem gotować!

— A myślisz, że ja? To jak będzie?

— Pomogę. To od czego mam zacząć?

Świetnie się bawili, przygotowując posiłek. Gdy przyjechali rodzice, wszystko było już przygotowane i nakryte do stołu. Rodzice okazali się być bardzo sympatyczni i przywitali ją z otwartymi ramionami.

— Ty musisz być tą przyjaciółką, o której tyle słyszałam! — Tryskała radością mama Lucasa.

— My właściwie…

— Spokojnie, Wika. Nie musicie się tłumaczyć. — Puściła do niej oczko i wyszła z pokoju, rzucając za sobą, że zaraz wróci, tylko się przebierze. Wiktoria spojrzała na Lucasa, który ciągle miotał się po kuchni, zmywając jeszcze naczynia. Jakby to, co powiedziała jego mama, w ogóle go nie obchodziło. Nie byli sami. Czy miała go teraz pytać przy ojcu i siostrze, co miał oznaczać ten komentarz? Czy byłoby to już zbyt niezręczne? Postanowiła odłożyć rozmowę na drogę powrotną.

11

Obiad minął w bardzo dobrych humorach, a wszyscy tryskali energią mimo ponurej, deszczowej pogody. Wszyscy śmiali się i nie było żadnych niezręczności, czego najbardziej obawiała się Wiki. Rodzice Lucasa okazali się przemili i przyjęli ją jak część rodziny. Bariera językowa okazała się nie być problemem. Wiktoria podziwiała, jak rodzice i siostra sprawnie posługują się językiem angielskim mimo początkowych przeprosin za jego znikomą znajomość. Nie było tematu, o którym mieliby problem porozmawiać. Czasami wtrącali pojedyncze holenderskie zwroty, po czym bez jakichkolwiek trudności tłumaczyli je na angielski. Była zdumiona, jaki poziom edukacji muszą mieć szkoły i jakie musiały mieć od wielu lat, jeśli tak sprawnie posługiwali się językiem obcym. Tego w Polsce niestety brakowało, na szczęście wszystko zmienia się ku lepszemu. Po obiedzie zaparzono kawę, a potem nagle przestało padać i wyszło przepiękne słońce. Typowa holenderska pogoda. Lucas zdecydował, że czas wracać i odebrać klucze. Gdy już mieli się żegnać, niespodziewanie przyjechała jego starsza siostra, która mimo pełnych nacisków Lucasa, że już czas dla niego wracać, przekonała go, żeby jeszcze chwilę zostali. Zdecydowano, aby skorzystać z pogody i wszyscy razem wyszli na taras cieszyć się słońcem. Nie wiadomo kiedy na stole pojawiło się wino, piwo i różne przekąski. Lucas bawił się w ogrodzie ze swoją chrześniaczką, która wpatrywała się w wujka jak w obrazek. Wiki za to wpatrywała się w tę dwójkę z zaciekawieniem. Znała Lucasa tylko z formalnych rozmów przez telefon i dzięki dzisiejszemu porankowi. Teraz dał się poznać z innej strony. Umiał gotować, opowiadał ciekawie i był zabawny, no może trochę zbyt zachowawczy momentami, ale jak miał się zachowywać przy osobie, której nie znał? A teraz? Bawił się z małą Dafne, jakby był do tego stworzony. Wygłupiał się jak małe dziecko. Nic, co robiła z nim ta mała, mu nie przeszkadzało — czochranie po włosach czy turlanie na trawniku. Gdy tak wpatrywała się, jej rozmyślenia przerwała siostra:

— Będzie fajnym ojcem. Mała go uwielbia. Zawsze tylko chce do wujka. Ale wujek nie ma czasu.

— Widać, że on też jest w nią wpatrzony — odpowiedziała Wiki.

— Świata poza nią nie widzi, ale chyba nie tylko poza nią? Wiktoria nie odpowiedziała. Co siostra miała na myśli?

— To co? To Ty jesteś tą, którą zabiera na mój ślub?

— Ja? Nie. Przepraszam. Myślałam, że jesteś po ślubie. Przedstawiono mi Richarda jako twojego męża.

— Nie, nie. Jesteśmy już tak długo razem, że z przyzwyczajenia tak wyszło. Mieliśmy wziąć ślub trzy lata temu, ale okazało się, że jestem w ciąży i postanowiliśmy poczekać. Teraz w końcu wróciłam do formy, a mała jest na tyle duża, że może być z nami na weselu. To skąd się znacie?

— Z pracy. To z nim miałam rozmowę kwalifikacyjną.

— Jest bardziej przebiegły niż myślałam. Mi mówił, że poznaliście się u znajomych.

— To nie tak. Chyba zaszła jakaś pomyłka. My się znamy dopiero od…

— O czym to panie rozmawiają? — wtrącił się do rozmowy Lucas.

— O tobie oczywiście, braciszku. Więc nie powinieneś się wtrącać!

— Nie powinienem? Obgadujecie mnie, a ja mam stać z boku?

— No jak chcesz. Wiki właśnie opowiadała mi, jak się poznaliście. Nie mówiłeś, że pracujecie razem!

— Dopiero zaczynam od poniedziałku, i jesteśmy w dwóch różnych działach.

— Wiki będzie zajmować się reklamą. Ja tylko przyjąłem ją do pracy.

— Spryciarz z ciebie. Teraz będziesz mógł kontrolować, żeby nikt nie kręcił się obok niej.

— Nie posuwaj się za daleko. Nikogo nie będę kontrolować.

— Ja na twoim miejscu bym kontrolowała. — skomentowała siostra. Dafne, która przez część rozmowy siedziała grzecznie na kolanach Lucasa, pociągnęła go dalej do zabawy. Przyszli rodzice i rozmowa zmieniła się w omawianie postępów przygotowań do wesela. Czas mijał i nie wiadomo, kiedy trunki ze stołu znikały, a pogoda znowu zaczęła się psuć. Zanim zdążyli się zorientować, zaczęło padać jeszcze mocniej niż przedtem i zaczęło się błyskać. Zostali zmuszeni do powrotu do domu. Rozmowy jednak trwały dalej, jakby nic się nie stało. Wiki wpatrywała się przez okno z nadzieją na poprawę pogody. Gdy tak patrzyła, podeszła do niej mama Lucasa — Chyba musicie dzisiaj zostać na noc.

— Nie, za chwilę będziemy się zbierać. Musimy jechać odebrać klucze od mojego mieszkania i będziemy wracać.

— Nie żartuj, dziecko. Ta pogoda tak szybko się nie poprawi. A nie pozwolę Lukasowi prowadzić w taką pogodę. Wygląda na to, że dzisiaj wszystkie moje dzieci będą spać w domu, jak to lubię najbardziej.

— Nie, naprawdę, my musimy wracać. Poza tym czułabym się niezręcznie.

— Niezręcznie? O czym ty mówisz! Lukas nie przyprowadza nikogo do domu. Nie poznałam żadnej jego dziewczyny. Musisz być wyjątkowa. — I odeszła, zostawiając Wiki zupełnie zaskoczoną. Nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Lucasa nie było w pokoju, usypiał małą. Miała okazję, aby z nim porozmawiać i wyjść z tej absurdalnej sytuacji, póki nie było jeszcze za późno. Znalazła go leżącego obok Dafne. Czytał jej bajkę. Mała powoli odpływała w sen. Nie mogła zaprzeczyć, że ten widok, co samo ją zaskoczyło już drugi raz tego dnia, naprawdę jej się podobał. Usiadła w fotelu obok i czekała, aż skończy czytać. W końcu mała zasnęła i Lucas ulokował ją w łóżeczku.

— Słodka jest — powiedziała.

— Za inteligentna jak na swój wiek. Wiki… przepraszam. Nie myślałem, że tak będą cię wypytywać. Wszystko im wyjaśnię, ale jeszcze nie dzisiaj. Tak szczęśliwych ich dawno nie widziałem. Możemy to dzisiaj zostawić, a ja będę tu za tydzień i wszystko wytłumaczę? Proszę.

— Lucas… tak nie powinno być. Tak mi głupio ich oszukiwać.

— Ale co ci szkodzi? To ja będę tym złym. Proszę. Niech dzisiaj mają tę radość. I tak ich więcej nie spotkasz.

— No jak zwykle gentleman. Ale na pewno im wytłumaczysz?

— Obiecuję. Powiem jak było. Zrozumieją. Ale nie dzisiaj.

— Dobra. Za to, że mnie tutaj zabrałeś, mam dług wdzięczności. To co? Pojedziemy po klucze i wracamy?

— Zabijesz mnie… Dzwonił właściciel mieszkania. Pytał, gdzie jesteśmy…

— I?

— Przez pogodę wesele skończyło się szybciej. Godzinę temu wracali do Rotterdamu…

— Lucas! Czyli jesteśmy tutaj niepotrzebnie?

— Dlaczego niepotrzebnie? Źle się bawisz?

— Dobrze… ale chciałabym już być u siebie. Robię problem tobie i twoim rodzicom.

— Widzisz, jacy są szczęśliwi, że tu jesteś? Robisz nam wszystkim przysługę.

— Przysługę? Oszukuje ich.

— Jak już to ja..

— Jedziemy do Rotterdamu?

— Wiki… Piłem… a na drodze w deszczu nie jest tak bezpiecznie. Wolałbym teraz nie prowadzić. Nie planowałem…. Przepraszam… Bardzo będziesz zła, jeśli zostaniemy tutaj do rana?

— Do rana? U twoich rodziców?

— Będziesz spała w moim dawnym pokoju, a ja prześpię się tutaj na kanapie.

— Mam tu coś do powiedzenia?

— Właściwie już nie. To co, zejdziemy na dół i powiemy, że zostajemy?

— Ale co ja tu robię? Mam udawać, że jesteśmy razem?

— Proszę, tylko do rana.

— Będziesz musiał to odpokutować.

— Masz mnie jako sługę na długie lata!

— Zapamiętam to sobie! I nie omieszkam nie skorzystać! Zeszli do salonu. Tam rozmowy przy winie trwały w najlepsze. Gdy zakomunikowali, że zostaną do rana, mama zaklaskała tylko w ręce i pobiegła przygotować pokoje. Niedługo potem Wiki zakomunikowała, że cudownie spędziła dzień, ale gdyby mogła, chciałaby się już położyć.

— Macie przygotowany pokój gościnny. Tam przynajmniej jest duże łóżko. W pokoju Lucasa nie zmieścilibyście się — dodała mama z uśmiechem.

— Nie mamo. Nie trzeba było. Wiki będzie spała u mnie, a ja u małej na kanapie.

— Dziecko, jesteśmy wszyscy dorośli. Nie musicie przede mną udawać, że jesteście tacy święci.

— Nie, naprawdę. Nie trzeba. Będę spała u Lucasa — dodała Wiki.

— Nie żartujcie sobie ze mnie. I już postanowione. Tam macie łazienkę. Ręczniki są na szafce. No już! Lucas, pokaż Wiki, gdzie co jest. Lucas posłusznie poszedł z Wiki na górę.

— Przepraszam, tego się nie spodziewałem. Pójdę spać do siebie. Dobranoc — powiedział i zniknął za zamykającymi się drzwiami. Wiki miała czas dla siebie. Wzięła szybki prysznic i wskoczyła do łóżka, nie wiedząc nawet, kiedy zapadła w sen.

12

W końcu ruszyli w drogę powrotną. Niedzielny poranek był spokojny i na ulicach prawie nie było widać ani ludzi, ani samochodów. Po obfitym śniadaniu na tarasie przyszedł czas na pożegnanie i powrót do rzeczywistości. Rodzice oraz siostry wyrazili swoje oczekiwania na ponowne odwiedziny Wiki w Eindhoven. Nie wiadomo, kiedy w samochodzie znalazły się owoce z ogrodu i kanapki na drogę, jakby to naprawdę było konieczne na tak krótki odcinek drogi.

— Są uroczy — powiedziała Wiki, gdy ruszyli.

— Kto?

— Twoi rodzice i twoje siostry. Przyjęli mnie, jakbym była już częścią rodziny od bardzo dawna.

— Chcą mnie już koniecznie wyswatać.

— A ty uparcie nie chcesz się dać?

— Powiedzmy, że nie poznałem jeszcze nikogo, dla kogo byłoby warto.

— Za wysokie oczekiwania?

— Może… a może po prostu nie trafiłem jeszcze na to, czego szukam.

— A czego szukasz?

— To zabrzmi głupio, zwłaszcza z ust faceta.

— No mów! Ja udawałam twoją dziewczynę cały dzień! Szczerość mi się należy!

— No dobra. Każdy mówi, że musi być to coś… nigdy jeszcze na to nie trafiłem. Nudzę się zbyt szybko. Ktoś mnie interesuje, ale nie ma… no właśnie… tego czegoś. A może to ja się boję albo ta druga osoba?

— A nie myślisz, że to coś może przyjść z czasem?

— Myślisz?

— Nie wiem! Ty mi powiedz.

— No dobra, a czego ty szukasz w takim razie? A może już znalazłaś?

— Nie, zdecydowanie nie. I nie jestem najlepszym przykładem.

— Dlaczego?

— Nie potrafię się zakochać. Znaczy… to zabrzmi dziwnie. Kocham moich rodziców, przyjaciół. Ale nie wiem, czy kiedykolwiek naprawdę byłam zakochana. Wiesz, jak to jest. Spotykałam się z facetami. I tak, interesowali mnie. Byli przystojni, inteligentni, i nic. Fajnie było, ale nie potrafiłam przejść dalej. Lubiłam ich naprawdę, ale tylko tyle. Gdy wszystko się kończyło, byłam trochę w gorszym nastroju. Ale to tyle i nie trwało to długo. Więc chyba to nie było to. Rozumiesz?

— Nawet zbyt dobrze. — Zamyślony patrzył przed siebie. Wiki postanowiła zostawić temat. Nie miała ochoty już tego ciągnąć. On wyraźnie też nie. Oboje w milczeniu dojechali do Rotterdamu. Nie wiedzieli nawet, kiedy minęła cała droga. Musieli tylko jeszcze odebrać klucze od mieszkania i Wiki mogła odpocząć. Podjechali w końcu pod mieszkanie. Pożegnali się i Lucas odjechał. Gdy w końcu otwierała drzwi do budynku, z domu obok wyłonił się Marco.

— O, zguba wróciła! Już myślałem, że cię porwali. Nie pojawiłaś się wczoraj wieczorem na tarasie. A byłem gotowy na ratunek!

— Pogoda zatrzymała nas w Eindhoven. Na szczęście w końcu mam moje klucze! — Pomachała mu przed nosem z wyraźną radością.

— Czyli dzisiaj w końcu możesz świętować! Pamiętaj o obiecanej kolacji!

— Właśnie, Marco… Myślałam, że będę szybciej w domu. Możemy przełożyć to na jutro? Chciałabym dobrze wypaść pierwszego dnia w pracy. Muszę się w końcu wyspać, rozpakować, przygotować…

— Jasne, nie ma sprawy. Informuj mnie na bieżąco. Doskonale rozumiem, o czym mówisz. Pierwszy dzień to nie byle co. Jak coś, sama wiesz najlepiej, jak dostać się do mnie do mieszkania. Znasz je lepiej niż własne! — Zaśmiał się, puścił do niej oczko i pobiegł w stronę mostu na poranny… no może popołudniowy jogging. Wiki wdrapała się na swoje czwarte piętro i postanowiła po pierwsze i przede wszystkim odpocząć. Należało jej się. Wyszła na taras, jednak tym razem z kluczami i przyblokowała drzwi, aby znowu się nie zatrzasnęły. Wzięła w końcu po dwóch dniach telefon i zaczęła odpowiadać na wiadomości i oddzwaniać na te nieodebrane połączenia.

— Och, jak mi dobrze było chociaż chwilę bez komórki i Internetu — pomyślała. Teraz czekało ją kilka godzin tłumaczenia, co się z nią działo i dlaczego nie dawała znaku życia.

Sama nie wiedziała, kiedy minął cały dzień. Zajęta swoimi sprawami i porządkowaniem. Co chwilę wracała na taras. Chociaż dopiero co przyjechała, czuła się na nim jak u siebie. W mieszkaniu… niekoniecznie. Puste ściany i brak mebli dawały ponurą aurę. Powyciągała swoje rzeczy z walizki i przyczepiła zdjęcia na ścianie. Zdjęcia rodziny i znajomych, które zawsze były z nią. Chociaż powykładała i ułożyła wszystko, co miała, nie była zadowolona z efektu. Wiedziała, że jest tu tylko tymczasowo, ale nawet tymczasowo chciała się tu poczuć jak u siebie. Była niedziela, więc o zakupach nie było mowy. Musiała przełożyć to na inny dzień. Spojrzała na zegarek. Zbliżała się już prawie ósma. Postanowiła zapukać do Marco i zaprosić go na sałatkę owocową i obejrzenie z nią filmu. Tak bardzo marzyła, żeby zostać już sama, ale nie wiedzieć czemu teraz chciała spędzić czas z nim. Zapukała do drzwi, jednak nikt nie odpowiedział. Światła były zgaszone. Widocznie musiał gdzieś wyjść. Zadzwoniła na komórkę, jednak też brak odpowiedzi.

— Trudno — pomyślała. — Czyli jednak czeka mnie wieczór z filmem sam na sam. Mam, co chciałam. Może i tak lepiej. — Miała czas na własne refleksje. Rozłożyła się na leżaku z miską sałatki owocowej i wcisnęła „play”. Film leciał gdzieś w tle, a ona pogrążona była w swoich myślach.

13

Pierwszy tydzień w pracy minął w takim tempie, że Wiki nawet nie miała czasu na życie prywatne. Ciągłe spotkania i zapoznawanie się z klientami firmy zajmowały całe dnie. Wszyscy starali się jej pomóc i wprowadzić w realia oraz wymogi. Już za tydzień mieli zacząć przygotowywanie nowej kampanii, dlatego wszystko odbywało się na zdwojonych obrotach. Wiktoria tylko przemieszczała się z jednego biura do drugiego, z jednego spotkania na drugie, próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Spędzała w pracy całe dni, mając tylko krótkie przerwy na oddech i wypicie szybkiej kawy w trakcie, o ile w spotkanie z klientem nie był wliczony obiad. Wychodziła wcześnie rano i wracała późno wieczorem. Wiedziała, że praca będzie tak wyglądała, ale nie spodziewała się, że tak od razu wprowadzą ją w szczegóły i rzucą na głęboką wodę. Na szczęście wszyscy byli bardzo pomocni. Jej grupa robocza wydawała się raczej sympatyczna, ale trochę zbyt formalna. Na spotkaniach przygotowawczych wszystko odbywało się sprawnie i bez zbędnych słów. Następował podział obowiązków i każdy wychodził zajmować się swoimi sprawami. Trochę to peszyło Wiki, ale w końcu to były początki, a oni jej nie znali. Czego miała wymagać? Wszyscy byli dla niej mili, lecz podchodzili z dystansem. Zastanawiała się, czy ona też kiedyś taka była. Pierwszego dnia Lucas przyszedł sprawdzić w połowie dnia, jak jej idzie, i od tej pory nawet go nie widziała ani nie miała czasu do niego zejść. Biura jej wydziału zajmowały całe szóste piętro, więc były na samej górze budynku. Biuro Lucasa za to znajdowało się na trzecim piętrze, wraz z biurami administracji i zarządu. Nie było im po drodze na odwiedziny. Marco też zaginął nie wiadomo gdzie i w końcu do ich umówionej, obiecanej kolacji nie doszło. Napisał tylko SMS-a, że musi odwołać spotkanie i się odezwie. Był piątek, a on nadal nie dawał znaku życia. Wiki każdego dnia wychodziła na taras, ale on nigdy się tam nie pojawiał. Tydzień minął w niesamowitym tempie i w końcu wybiła 18 i był już piątek, a Wika ciągle była w biurze, nie mogła w to uwierzyć. Miała plan udekorować trochę mieszkanie i pozwiedzać miasto, ale było to niewykonalne. Ciągle nie poznała też swojego szefa. Był na urlopie i wszyscy uwijali się z pracą, aby na jego powrót wszystko było gotowe. Wiktoria zastanawiała się, czy to było z powodu respektu, czy strachu przed nim. Przeprowadziła z nim tylko jedną rozmowę i to telefoniczną. Wydawał się raczej sympatyczny, ale stanowczy. Jednak musiała jeszcze trochę poczekać, aby samemu się przekonać i wystawić własną opinię. Miała nadzieję, że po pracy będzie mogła wyjść na piwo z kimś z kolegów, jednak wszyscy współpracownicy mieli już swoje plany i nikt nie zaproponował nawet, żeby do nich dołączyła, nawet jeśli tylko wychodzili gdzieś ze znajomymi. Z jednej strony zrozumiałe. Czemu miała im przeszkadzać? Byli tylko znajomymi z pracy. Nawet jeszcze nie znajomymi. Wychodząc, zajrzała jeszcze, czy może chociaż Lucas jest u siebie, ale biuro było puste. Gdy już miała zawrócić, jedyna ostatnia osoba, która tam jeszcze była, nagle zwróciła się do niej.

— Szukasz Lucasa? Wyszedł jakąś godzinę temu na spotkanie. Już nie wróci. Jesteś tu nowa?

— Tak, zaczęłam w poniedziałek, jestem na szóstym piętrze.

— O, super! Tam się tak nie nudzicie jak tutaj. Ja zdycham czasami… faktury i faktury. Ile można?!

— Długo tu pracujesz?

— Już prawie dwa lata. Nawet nie wiem, kiedy zleciało.

— Oj, czas mija szybciej, niż byśmy tego chcieli. Ok, dzięki za informację. Jak Lucasa nie ma, to w takim razie też już pójdę. Myślałam, że wyciągnę go na piwo po pracy.

— Właściwie ja mam ochotę dzisiaj na piwo, a wszyscy znajomi mnie wystawili. Jeśli akceptujesz towarzystwo obcej, nudnej księgowej…?

— Byłoby super. Prawie nikogo tu nie znam.

— To teraz znasz już jedną więcej! Jestem Ana! Wprowadzę cię w świat naszej firmy i życie w tym mieście. Pasuje?

— Ja jestem Wiki! Nie wiesz nawet, jak się cieszę, że na ciebie wpadłam!

— To co z tym piwem? Idziemy?

— Tak! Proszę! Nawet nie wiesz jak go potrzebuję! Ana była rok starsza od Wiki i mieszkała w Rotterdamie od urodzenia. Nie miała zamiaru nawet się wyprowadzać. Kochała to miasto całą duszą i uwielbiała każdy jego zakątek. Opowiadała z entuzjazmem i zarażała energią. Już w drodze na piwo zdążyła streścić Wiki kawał swojego życia. Była zadziwiająco bezpośrednia i wydawało się, że nie ma dla niej tematu tabu czy takiego, o którym nie chciałaby rozmawiać. Wydawała się zupełnie inna niż wszystkie osoby z jej biura, które były tak zdystansowane i odpowiadały tylko zdawkowo na pytania. Ana była zupełną odwrotnością. Buzi jej się nie zamykała. Dziewczyny świetnie się bawiły. Siedziały w barze nad samym kanałem, zamawiały jedno piwo za drugim. Wiki była zdziwiona wielkością piwa, a właściwie jego minimalnym rozmiarem. Przyzwyczajona do większych ilości, a tym razem małe szklaneczki ją zaskakiwały. Z prędkością wlanego w siebie piwa zmieniały się też tematy do rozmów. Wiki streściła, jak wyglądał jej pierwszy tydzień, a Ana obiecała wprowadzić ją we wszystkie tajemnice firmy. Wiki chciała dowiedzieć się czegoś więcej o szefie, ale Ana to pytanie zbyła, co wydało się trochę dziwne, ale Wiktoria zrzuciła to na brak chęci rozmowy o firmie po pracy i na to, że właściwie jej nie znała i nie wiedziała, na ile może sobie pozwolić. Jednak o Lucasie Ana nie mogła przestać gadać. Wychwalała go w każdym zdaniu, jednak gdy Wiki opowiedziała, że poznała jego rodziców, Ana, zupełnie zdziwiona, wydukała tylko zwykłe:

— Cooo?? Ale… ale jak?

— Byłam u nich w sobotę na obiedzie.

— Mówiłaś, że nikogo nie znasz, a ty już wyrywasz jedno z największych ciach w biurze. Od początku próbuję go poznać, a ten nawet mnie nie zauważa. Przyznaj się, jak to zrobiłaś! Opowiedziałaś o wszystkim, a taki fakt pominęłaś?

— Wiesz, no to trochę osobista sprawa. Zresztą, nie dałaś mi jeszcze dojść do słowa.

— Osobista, nie osobista. Opowiadaj. Jaki jest?

— Ana, ja go prawie nie znam. Nie mam zbyt obiektywnej opinii.

— No ale jakąś musisz mieć.

— Wydaje się bardzo formalny i zamknięty w sobie, ale z drugiej strony bardzo uczuciowy i niesamowicie inteligentny.

— Spałaś z nim?

— Ana, proszę! Nie! Mówiłam ci, że go nie znam.

— Ja bym skorzystała. Próbuję zwrócić jego uwagę od dawna, a ten nic. Jakbym była powietrzem. Jak się nim znudzisz, to podeślij mi go.

— Ja nic od niego nie chcę. Dopiero co tu przyjechałam. Pomagał mi z kluczami.

— Ta jasne. Bo facet robi coś bezinteresownie. Tego mi nie wmówisz. — Wyrzuciła z siebie z nieukrywaną pretensją w głosie.

— Nie wiem, czy bezinteresownie, czy nie, ale z mojej strony nie ma niczego. Mam teraz tyle zmian w życiu. Nie jestem gotowa na nic nowego. Jak ci zależy, to was poznam.

— Mogłabyś?? — I chociaż przez moment rozmowa była prowadzona w dziwnym tonie, teraz radość Any powróciła.

— Nie mogę ci nic obiecać, ale czemu nie? Chociaż chyba ma kogoś, bo jego rodzice myśleli, że to ja, jak przyjechałam.

— Jak to? Nie wiedziała jak wygląda?

— Najwyraźniej nie miał jeszcze okazji jej przedstawić. Był w domu po czterech miesiącach. Widocznie to jakaś nowa relacja.

— Ciekawe… no zobaczymy. Dość o nim! To co teraz robimy? Próbowałaś już naszego specjału?

— To znaczy?

— Babeczek z dodatkiem czegoś zielonego? Wiki zaśmiała się:

— Nie, jeszcze nie miałam okazji.

— To co ty na to?

— Ale teraz?

— A czemu nie?

— Byłoby super, ale dzisiaj odpadam. Jestem i tak już wstawiona tym piwem, ale chętnie innego dnia zrobię powtórkę i wtedy czemu nie!

— No dobra, trzymam cię za słowo! To jest punkt programu, którego nie możesz przegapić! Dziewczyny poszły zapłacić i niespodziewanie przy barze wpadły na Marco ze znajomymi.

— A ty tutaj? Myślałam, że zaginąłeś!

— Ja? Miałem wyjazd służbowy, ale dzisiaj rano wróciłem. Ciągle pamiętam o kolacji!

— Kolacji? — Wtrąciła Ana — Wiki, nie próżnujesz!

— To jest mój sąsiad Marco, a to Ana ode mnie z firmy. — Przedstawiła Wiki.

— To co teraz robicie, dziewczyny? — Zapytał, patrząc na Wiki.

— Wracamy już do domu. Dość płynów na dzisiaj. Jutro się do ciebie odezwę. Bawcie się dobrze ze znajomymi. Na razie. — Razem z Aną odeszły w stronę tramwaju.

14

— Wika, zaczekaj! — Usłyszała za sobą głos Marco. Odwróciła się zdziwiona.

— Co się dzieje?

— Może jednak masz ochotę z koleżanką przyłączyć się do mnie i znajomych na jeszcze jedną rundę piwa? Potem będę wracał do domu, to nie będziesz musiała wracać sama. Zanim Wika zdążyła odpowiedzieć, Ana rzuciła szybkie: — Czemu nie! — I ruszyła w stronę znajomych Marco, nie czekając na odpowiedź Wiki. Ta tylko skinęła głową i podążyła za nią. Wśród znajomych Marco znajdowali się sami architekci z jego firmy. Czwórka wyraźnie zamożnych facetów, których towarzystwo nie bardzo przypadło Wice. Obnosili się ze swoimi pieniędzmi zbyt mocno jak na jej gust. Za to Ana była w siódmym niebie. Wyraźnie można było zauważyć, że szczególnie jeden z nich wpadł jej w oko. Jedyne, co dziwiło Wikę, to jego obrączka na ręce, ale najwyraźniej Anie to zupełnie nie przeszkadzało. Flirtowała z nim w najlepsze, a on nie pozostawał jej dłużny. Chociaż Wika dopiero co ich poznała, miała wrażenie, że zupełnie nie pasują do Marco, ale może to ona się myliła? Byli od niego wyraźnie starsi, ale co najbardziej jej się nie podobało, to ich sposób bycia. Ta ich wyniosłość i wulgarność. Nie omieszkali skomentować każdej przechodzącej dziewczyny.

Jednak Marco w tym nie uczestniczył, tylko się przyglądał i najwyżej zaśmiał od czasu do czasu. — Chociaż tyle. — Pomyślała. Z jednej kolejki zrobiły się dwie, a potem trzy. Wice zaczęło się powoli kręcić w głowie. Wiedziała, że już czas dla niej iść.

— Marco, ja będę już naprawdę uciekać. Jestem zmęczona.

— Taki ciężki pierwszy tydzień?

— Intensywny. Nie wiem nawet kiedy zleciał. A twój?

— Cały tydzień byliśmy w plenerze, planując nowy pasaż handlowy pod Amsterdamem. Interesująca sprawa. To będzie moje możliwe już ostatnie zlecenie.

— Jak to?

— Kontrakt wygasa za pół roku.

— I wracasz do siebie do Włoch?

— Nie zdecydowałem jeszcze. Ale taka była umowa.

— Ale chcesz wrócić?

— A co ty taka wścibska?

— Zwykłe pytanie.

— A jak powiem, że i tak i nie. Ułożyłem sobie tu życie w jakiś sposób, ale z drugiej strony nic mnie tu nie trzyma. Chociaż ostatnio zrobiło się interesująco.

— Interesująco?

— Nie spodziewałem się, że szalona nieznajoma tak po prostu wparuje do mojego życia z takim impetem. Nie sądzisz? Nie zdążyła nic skomentować. Nagle pojawiła się kolejka szotów na stole i chociaż Marco próbował również protestować i bronić ją, aby nie musiała wypić, w końcu ustąpiła przy błaganiach Any. I nie wiadomo kiedy znaleźli się w klubie z masą innych ludzi. Spokojny wieczór przerodził się w całonocną imprezę. Okazało się, że Marco dobrze tańczył i był w tym niezmordowany. Żadna muzyka nie była mu straszna. Oprócz wcześniejszych znajomych pojawiło się jeszcze wiele innych osób. Wika była zdziwiona ilu Marco ma znajomych. Mówił, że jest tutaj prawie sam, a tu nagle, co ktoś wszedł, to się z nim witał. Kim on był? Duszą towarzystwa? Wszyscy witali się z nim radośnie i zapraszali na drinki. Streszczał jej pokrótce, kogo skąd zna i wprowadzał do towarzystwa. Zrobiła się spora grupa osób, a towarzystwo, które dołączyło, już bardziej jej odpowiadało. Nagle za to zniknęła Ana. Musiała gdzieś wyjść z Danielem, reszta znajomych też była zajęta swoimi sprawami. Marco przyszedł z jeszcze jednym szotem i kolejnym drinkiem, i wtedy nagle wszystko zaczęło wirować. Gdy obudziła się rano, nadal miała wrażenie, że jest na karuzeli. Boże, jak to słońce razi i czemu tak bije po oczach? — Pytała samą siebie. — Moja głowa! Co się wczoraj działo? O matko! Chwila… Piwo… Ana… Marco… gdzie my byliśmy? Jak ja wróciłam do domu? Która jest godzina? Gdzie mój telefon? — I gdy miała już wykonać tę straszną czynność przewrócenia się na drugi bok, usłyszała — Dzień dobry! No najwyższy czas! Ile można spać! Ale wczoraj zabalowałaś! — Głos Marco uderzył i pulsował jej w głowie.

— Dzień dobry… Co? Co ty tu robisz? Co się wczoraj działo? Boże, nie pamiętam, jak wróciłam do domu.

— Jak wróciliśmy do domu!

— Tym bardziej…

— Oj, widzę, że ciężki dzień dzisiaj przed tobą.

— To twoja wina! Miałam iść do domu, ale nie… jedno piwo… Boże, ile my wypiliśmy?!

— Wystarczająco, aby urwał ci się film, jak widać. Myślałem, że Polacy mają lepszą tolerancję na alkohol.

— Ja też… to był pierwszy i ostatni raz w życiu, jak się tak upiłam. Koniec.

— Na jak długo?

— Do odwołania.

— Czyli do dzisiejszego wieczoru?

— O nie, nie. Dzisiaj to nawet zapach będzie mi przeszkadzał.

— To co powiesz na kawę? — I podał jej filiżankę.

— Czasami jesteś aniołem.

— Tylko czasami?

— Dzisiaj. Tak lepiej? No, co racja, to racja. Opowiesz mi, jak się tu znalazłam… znaleźliśmy… bo naprawdę nie wiem nic. Tańczyliśmy w klubie i..?

— I? I wróciliśmy do domu.

— Kiedy? Jak?

— Byłaś bardzo zabawna! Nie spodziewałem się. Tańczyłaś i śpiewałaś całą drogę do domu!

— Żartujesz sobie ze mnie?

— Nie, naprawdę! Przysięgam! Jestem w szoku, że znasz tyle piosenek! Nie rozumiałem połowy ale nawet Ci wychodziło.

— Co za upokorzenie! — Ukryła głowę w dłoniach. A jak znalazłam się tutaj? Jak ty tu wszedłeś?

— Zabrałaś mi klucze, żeby się nie zgubiły.

— Co??? Jak? I nie mogłeś mi ich zabrać?

— Mogłem, ale kazałaś się najpierw odprowadzić do drzwi, żeby znowu nie mieć problemów z wejściem.

— I?

— I co?

— Co potem?

— Chcesz zostać detektywem czy jak?

— Marco?!

— Masz na myśli, czy tu spałem?

— A spałeś? No, pomóż mi, bo nic nie pamiętam.

— Nie mogłem cię zostawić samej. Zresztą, poprosiłaś, żebym został.

— I tak po prostu zostałeś?

— Dziewczyna zaprasza mnie do łóżka, a ja mam odmówić?

— Marco! Czy… my?

— A nawet jeśli?

— Marco! Tak czy nie??

— Ahaha, niesamowity masz ten wyraz twarzy… zagubiona mała dziewczynka.

— Proszę cię… i tak mi już dość głupio.

— Spokojnie. Nic się nie wydarzyło. Poszłaś grzecznie spać. I zanim zdążyłem cokolwiek dodać, ty już chrapałaś w najlepsze!

— Ja nie chrapię!

— Jesteś tego pewna? … Dobra, nie chrapiesz, ale i tak już odpłynęłaś w głęboki sen. Więc jako, że tak bardzo prosiłaś, zostałem. Ale nie myślałem, że będziesz tyle spać. Zdążyłem już wziąć prysznic. Skorzystałem z twojego, bo nadal nie wiem, gdzie są klucze!

— Sprawdź w torebce!

— Boję się. Tam jest otchłań! Swoją drogą! Dlaczego nie chciałaś dać numeru temu facetowi, który był w ciebie tak wpatrzony? Wydawał się sympatyczny. Wiki zatkało — Jakiemu facetowi?

— Naprawdę? Tego też nie pamiętasz?

— Marco, żartujesz sobie ze mnie!

— Jakbym w ogóle mógł!

— Prawie ci uwierzyłam.

— Sprawdź telefon. Robiliście sobie jakieś zdjęcia.

— Nie? Wkręcasz mnie?!

— Założymy się? — Wika szybko sięgnęła po telefon, ale był wyłączony. Bateria musiała paść. Nie pozostawało jej nic innego jak poczekać, aż się trochę podładuje. Rzuciła go ze wściekłością na materac.

— Co ci jest? Nie sprawdzisz?

— Rozładowany!! — Ukryła ręce we włosach. — Tragedia! Nie dość, że na pewno skompromitowałam się przed tobą, to jeszcze jakimś obcym facetem.

— Obcy nieobcy, ale zachowywaliście się, jakbyście się znali od dawna.

— Nie denerwuj mnie nawet. Dobrze, że to duże miasto. Może nigdy na niego więcej nie wpadnę. A może mnie wkręcasz i on nie istnieje!

— Tak ci się tylko wydaje! To miasto jest mniejsze, niż myślisz! Teraz uciekam w końcu pobyć trochę u siebie! Dzisiaj dam ci już spokój, chociaż wiem, że beze mnie twoje życie byłoby nudne! Z drugiej strony chciałbym zobaczyć twoją reakcję na widok zdjęcia z zapomnianym lubym. Jakoś będę musiał się bez tego obyć. Ale wieczorem czekam na moją obiecaną kolację i piwo! A jak się postarasz, to może nawet opowiem ci jeszcze więcej o wczorajszej nocy! — Tymi słowami zostawił Wikę samą, nie dając jej nawet czasu na odpowiedź.

Drzwi się zamknęły, a Wika spróbowała uruchomić telefon. Powoli przewijała zdjęcia z wieczoru. Nie wyglądała tak źle mimo formalnego stroju z pracy i jej stanu… wyraźnej nieważkości. Ale kim był ten człowiek? Skądś znała tę twarz? Ale skąd? Nie możliwe. Przecież nikogo tu nie znała.

— Pewnie do kogoś podobny. — Pomyślała, po czym poszła wziąć długi prysznic. Nie planowała tego dnia robić już nic. Miała dość wrażeń.

15

Weekend minął na totalnym lenistwie. Wika miała w planach w końcu ponownie ruszyć w miasto i trochę pozwiedzać, ale zdecydowała, że jednak przełoży to na kolejny tydzień. Na weekend wystarczył jej tylko taras i ten przepiękny widok. Do tego pogoda dopisywała, więc mogła w spokoju wylegiwać się w ciepłym, wiosennym słońcu. Marco zadzwonił, że plany się zmieniły i przełożył kolację na poniedziałek. Miała więc czas tylko dla siebie. W poniedziałek obudziła się jeszcze przed budzikiem. Wzięła długi prysznic i trochę poćwiczyła. Czuła się wypoczęta i zrelaksowana. Wypiła kawę i ruszyła powoli spacerkiem do pracy, po drodze obserwując widoki. Ptaki ćwierkały, a wiatr przyjemnie muskał jej włosy. Gdy doszła do firmy, miała jeszcze czas, więc postanowiła sprawdzić, jak ma się Ana. Zaczynała zmianę godzinę przed Wiką, więc musiała być na miejscu. Jednak gdy weszła, nikogo nie znalazła. Okazało się, że trwa zebranie z zarządem.

— No trudno — musiała wrócić później albo odpuścić. Udała się do windy. Gdy drzwi już prawie się zamknęły, ktoś wsunął but pomiędzy i znowu się otworzyły. Wika spojrzała na wchodzącego. Nie… Chyba mam zwidy, coś mi się pomieszało.

— Dzień dobry — powiedział, nie zwracając na nią uwagi.

— Dzień dobry — jej serce dudniło w piersiach. Co ja tu robię? To jest jakaś fatalna komedia. Nie rozpoznał mnie, a może to nie ten? — Przelatywały jej tysiące myśli przez głowę. — Czy to naprawdę był on?! — Wyciągnęła telefon z kieszeni, spojrzała na zdjęcie… tak… to musi być on. Chyba że ma brata bliźniaka. Co on tu robi? Świetnie! Nie wiem, co tu jest grane, ale wyraźnie sobie ze mną pogrywasz. Serio? To ma być twój odwet? — I wypowiadając to w myślach, winda nagle stanęła. Jednak drzwi się nie otworzyły. Zamiast tego zgasło światło i włączyło się światło awaryjne. Wika spojrzała przerażona na faceta, który stał teraz już na wprost niej, przypatrując się z wyraźnym zaskoczeniem.

— To ty?

— Yyy… to ja?

— Co ty tu robisz?

— To samo chyba mogłabym zapytać ciebie! — wyrzuciła z przymusem.

— Co ja tu robię? Pracuję. Już sporo czasu. Ale ciebie nigdy jakoś wcześniej tutaj nie widziałem. — po chwili kiedy nic nie odpowiadała dodał z irytacją- To odpowiesz mi?

— Jak widać, też tutaj pracuję — gestem wskazała mu przepustkę do wejścia do firmy.

— Ciebie ostatnią bym się tutaj spodziewał. Uciekłaś mi w piątek tak niespodziewanie.

— I chcesz teraz o tym rozmawiać? Zamiast nas stąd wydostać?

— A co masz zamiar robić? Utknęliśmy w windzie.

— Nie wiem, zadzwonić po pomoc? Zaalarmować, że tu utknęliśmy. Muszę być na spotkaniu z szefem za 10 minut.

— Najwyraźniej na nie nie dotrzesz.

— Nawet tak nie żartuj. Jeszcze nawet go nie poznałam.

— I boisz się, że źle wypadniesz, jak się spóźnisz?

— A jak to będzie wyglądało? Pracuję tu od tygodnia. Dzisiaj rano mieliśmy zaplanowane spotkanie zespołu z zarządem. I mnie nie ma… nowej nie ma.

— Może nie zwróci na to uwagi? W końcu utkwiłaś w windzie, firmowej windzie.

— Jedna dobra rzecz z tego wszystkiego.

— No nie wiem. Ta winda zacina się regularnie co kilka miesięcy.

— I nikt z nią nic nie robi?

— Sama się naprawia.

— Co ty w ogóle mówisz?

— Rusza sama, gdy minie trochę czasu.

— I mówisz to z takim spokojem? Ile czasu?

— Ostatnio siedziałem w niej mniej więcej 25 minut.

— No nieźle. Niezłą masz rozrywkę.

— Siła wyższa!

— Jesteśmy już z 10… może wytrzymam…

— Chyba nie masz innego wyjścia. To jak już tu utknęliśmy… razem… dasz mi ten numer telefonu, którego tak broniłaś ostatnio?

— Boże, przepraszam… tak mi z tym głupio… niczego nie pamiętam. Naprawdę. Nie mam pojęcia, co się działo.

— Dobra, zrozumiałem. Koniec tematu.

— Nie, naprawdę!

— Zbywasz mnie, proste. Dobrze się bawiłaś ale to tyle.

— Nie pamiętam cię zupełnie z tego wieczoru…

— Wyraźnie widziałem, że mnie rozpoznałaś. Więc nie musisz wymyślać. Naprawdę.

— Nie wymyślam. Poznałam cię… bo mam zdjęcia z tobą.

— Jakie zdjęcia? A tak prawda… robiłaś zdjęcia.

— Znajomy powiedział mi o tobie, ale ja nie pamiętam nic. Tylko przez zdjęcia wiedziałam, kim jesteś. Wiedziałam… Rozpoznałam cię ze zdjęć… nadal nie wiem, kim jesteś.

— Kawa dzisiaj o 17 w Café Rouge i odpowiem na wszystkie pytania.

— Nie marnujesz czasu nie? Zawsze taki jesteś bezpośredni?

— Staram się.

— Nie wiem, gdzie to jest.

— Co?

— Kawiarnia?

— To umówimy się pod biurem o 16.45.

— Dobra. Ale nie mam limitu pytań?

— Odpowiem na wszystko, co sobie życzysz. O ile będę PAMIĘTAŁ odpowiedz. I w tym momencie światła windy zapaliły się, a winda ruszyła. Drzwi zaczynały się otwierać.

— Jak masz na imię? — zapytała.

— Karl — odpowiedział i oddalił się korytarzem. Wice zostało pokonanie jeszcze jednego piętra w górę. Gdy doszła, okazało się, że zebranie zarządu zostało przesunięte na godzinę 14 z powodu jakichś problemów. Zabrała się więc z zapałem do swojej pracy. Ten tydzień zapowiadał się już teraz interesująco. Mieć takie szczęście, żeby tak od razu wpaść na faceta z imprezy. Na Karla… Wydawał się szarmancki i pewny siebie. Nie zwrócił na nią uwagi w pierwszym momencie, ale gdy zrozumiał, kim jest, wyraźnie widać było, że mu się podobała. Był jak Lukas, w garniturze elegancko wykrojonym. Miał ten styl. Kolejny blondyn z lekko dłuższymi włosami zaczesanymi do tyłu. Wyglądał zjawiskowo! Temu nie mogła zaprzeczyć. Ale czego chciał od niej? — Co za upokorzenie! — pomyślała. — Teraz będę go widywała w pracy. I jeszcze ta kawa. Czemu się zgodziłam? Ale jak miałam mu odmówić. Byliśmy tylko we dwójkę w windzie! Zamknięci… zablokowani. Jak scena z taniego filmu. Pierwszy raz zamknięta w windzie… Ale chociaż miała szczęście, jak te sławne aktorki, wpaść na kogoś wartego uwagi… no dobra… nie znam go przecież — dodała w myślach — a przynajmniej było na kim zawiesić oko. Nawet nie zauważyła, kiedy minął czas. Myśląc o tym z perspektywy… czy czuła strach? Myśl, że jest zamknięta z nim… była silniejsza. I jego spokój. Jakby nigdy nic. Chyba to ją też uspokoiło.

— Kim jesteś, Karl? — Spojrzała na zegarek… — Za 4 godziny się zobaczymy. Teraz czas na spotkanie zarządu.

16

To jednak nie były cztery godziny. Wiki udała się do sali konferencyjnej, a tam siedział Karl na jednej z kanap ustawionych z boku. Gdy ją zauważył, skinął jej głową, a ona odpowiedziała łagodnym uśmiechem. Szefostwa jeszcze nie było, więc usiadła na jednym z wolnych miejsc i czekała, aż zjawi się reszta. Gdy ostatnie miejsce było już zajęte, do sali wszedł szef jej wydziału i wygłosił krótki raport o postępach prac i planowanych działaniach. Przedstawił projekty, które nie były jeszcze obsadzone, i poprosił Wiki do siebie.

— Dzisiaj w końcu, jako że jesteśmy wszyscy, chcielibyśmy cię oficjalnie powitać w naszym zespole i mamy nadzieję, że będzie Ci się z nami dobrze pracowało. — Po czym wręczył jej symboliczny prezent na dobry początek współpracy. Zanim Wiki zdążyła mu podziękować i cokolwiek odpowiedzieć, do stołu podszedł Karl.

— Ja również ze strony całego zarządu chciałbym cię oficjalnie powitać. Widzisz, że mimo trudności w dotarciu na spotkanie, zaczekaliśmy, i to wszyscy tu zebrani, specjalnie na Ciebie.

Po czym kontynuował do całego zespołu:

— Wiki miała dzisiaj przyjemność lub nieprzyjemność zatrzasnąć się ze mną w windzie. Na szczęście udało nam się wydostać. — Cała sala cicho się roześmiała, po czym dodał: Przepraszam za przesunięcie spotkania i reorganizację pracy. Z powodu tej zmiany darujemy sobie dzisiejsze zebranie zarządu. — Po czym opuścił salę. Wiki nie wiedziała, co ma myśleć o tym, co właśnie się wydarzyło. Zebranie zarządu zostało odwołane. Karl był wyraźnie członkiem zarządu. A może tylko ich reprezentował? To było zdecydowanie pytanie do dopisania do kawowej listy. Był taki bezpośredni i stanowczy. Wydawał się bardzo restrykcyjny, ale potrafił zażartować i to przy wszystkich. Ludzie wyraźnie czuli do niego respekt, bo nikt nie śmiał nawet wtrącić się w jego słowa. No cóż, już niedługo na kawie się wszystko wyjaśni. Mam w końcu nielimitowane pytania.

Gdy zobaczyła na zegarku, że jest już 16:45, szybko złapała torebkę i telefon i pognała ku windzie. Gdy stanęła przy niej, zmieniła zdanie.

— Schody będą bezpieczniejsze. — Pomyślała. Gdy zeszła, Karl już na nią czekał.

— To już drugie spóźnienie, Wiki! Chyba będę musiał zdać raport do zarządu. — Zażartował.

— Przepraszam, czas mi tak szybko zleciał. Zajęłam się projektem i gdyby nie to, że telefon zadzwonił, w ogóle nie zauważyłabym, która jest godzina.

— Chcesz mi wmówić, że tak pochłania cię praca? No proszę…

— Jeszcze się wdrażam, wszystko idzie mi trochę wolniej niż bym chciała.

— Nie możesz mieć wszystkiego w jeden dzień.

— I ty to mówisz?

— Co masz na myśli?

— Jesteś chyba mniej więcej w moim wieku, a już reprezentujesz zarząd.

— Miałem szczęście.

— Długo tu pracujesz?

— Od zakończenia liceum.

— A studia?

— Powiedzmy, że w międzyczasie.

— I nie miałeś problemów?

— Mówiłem, że miałem szczęście.

— Trudno się z tobą rozmawia. Dlaczego jesteś taki tajemniczy?

— Wydaje Ci się. Obiecałem odpowiadać na pytania, więc odpowiadam.

— Odpowiadasz na to, co chcesz i w jaki sposób chcesz.

— I do tego sprytna! Przejrzałaś mnie. Nie lubię wykładać od razu wszystkich kart na stół.

— Wolisz się ukrywać?

— Tak tego bym nie nazwał, nutka tajemnicy zawsze jest interesująca.

— Tajemnicy mówisz? A uda mi się tę tajemnicę kiedyś poznać?

— Zależy, jak bardzo będziesz się starać.

— To chyba się zawiedziesz.

— Dlaczego tak myślisz?

— Nie lubię się wtrącać w czyjeś życie, jak ktoś chce mi coś powiedzieć, to mi powie. Jak nie, to nie. Tak uważam. Tak samo nie lubię, gdy inni ingerują w moje.

— Chcesz przez to powiedzieć, że jesteś taka samodzielna i niezależna? Mam się bać?

— Nie, chcę przez to powiedzieć, że życie każdego to jego indywidualna sprawa i nie mi je oceniać. Więc niech inni też nie oceniają mojego.

— Mocno powiedziane.

— Tak właśnie myślę. I jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to już nie mój problem. Doszli do kawiarni. Karl dał jej sugestie o rzeczach, które warto spróbować. Widać było, że bywał tam wiele razy. Była to mała knajpka z kilkoma stolikami i wyrobami własnej roboty. Do stolika podeszła sympatyczna, dobrze wyszykowana kobieta koło sześćdziesiątki z wielkim uśmiechem, zwracając się do niego i witając życzliwie. Po czym poleciła im specjalne ciasto dnia. Karl, nie czekając na decyzję Wiki, zamówił różne smakołyki do spróbowania, zostawiając jej tylko decyzję o wyborze kawy. Gdy kobieta odeszła przygotować zamówienie, Wiki przyglądała się jeszcze chwilę kawiarni. Była przygotowana w gustownym stylu, z subtelnymi dekoracjami.

— Idealna na randkę. — Pomyślała. Ale czy to jest randka? Ile dziewczyn przede mną tutaj jeszcze przyprowadził?

— O czym tak myślisz?

— O tobie.

— O, a to ciekawe. I co tam o mnie myślisz?

— Po pierwsze, bywasz tu często. Ta pani witała się z tobą jak ze stałym bywalcem. Po drugie, zastanawiałam się, dlaczego tu przychodzisz. A ostatnie, co pomyślałam, to to, że to idealne miejsce na randkę. Nie za duże i nie za małe. Z idealnym wystrojem.

— I zastanawiasz się, czy to jest randka?

— To też… przyłapałeś mnie. Przyznaję się.

— Więc dlaczego nie zapytałaś?

— Bo nie było jeszcze okazji?

— Okazja była, ale ją pominęłaś.

— Zawsze musisz postawić na swoim?

— Tylko jeśli mam rację.

— A teraz? Nie dałeś mi dojść do słowa przy zamówieniu!

— Zamówiłem wszystko, co mają najlepsze do próbowania. Czy nie tak jest wygodniej? Następnym razem, gdy tu przyjdziesz, będziesz już wiedziała, co smakuje Ci najbardziej.

— A jeśli nie jem słodyczy?

— Jeśli nie lubisz słodyczy, to ja wychodzę.

— Dlaczego?

— Jak mam ufać komuś, kto nie je słodyczy? Na stole pojawiły się smakołyki i kawa. Wiki patrzyła na te pyszności z nieukrywanym zachwytem.

— Nadal nie lubisz słodyczy?

— Zdecydowanie uwielbiam. Wyglądają przepysznie. I jak pięknie udekorowane!

— Więc odpowiadając na kolejne pytanie. Tak, bywam tu często. Mają najlepsze ciasta w mieście! I tak, to idealne miejsce na randkę. Wielu ludzi na nie tu przychodzi.

— Wliczając w to Ciebie?

— To zależy.

— Zależy od czego?

— Jeśli jesteśmy teraz na randce, to wtedy tak. Jeśli nie jest to randka, to nie. Nigdy przedtem nie byłem tu na randce.

— To chcesz powiedzieć, że przychodzisz tutaj poflirtować z Panią z baru?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 57