drukowana A5
25.18
Życie snem

Bezpłatny fragment - Życie snem

Objętość:
134 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0075-5

Don Pedro Calderon de la Barca urodził się 17 stycznia 1600 w Madrycie, oddał się zawodowi wojskowemu, lat 50 licząc został księdzem i umarł 25 maja 1681. Idea religijna jest głównym motywem jego dramatów, co najwidoczniejsze w jego Aulos sacramentales (sztuki na Boże Ciało), których napisał 80. Dramatów i tragedii historycznych i romantycznych, sztuk „intrygowych” i komedii bohaterskich napisał 120; najsławniejsze z nich, Książę niezłomnyŻycie snem. Napisał także 200 loas (prologów) i 100 entremeses (międzyaktówek), i poezje. Calderon i Lope de Vega są największymi poetami dramatycznymi Hiszpanii. Księcia niezłomnego spolszczył Juliusz Słowacki (Biblioteka Powszechna Nr 274), Życie snem Józef Szujski (wyszło we Lwowie po raz pierwszy 1883 r.).

Redakcya „Biblioteki Powszechnej”.

OSOBY:

BAZYLI (król polski),

ZYGMUNT (królewicz),

ASTOLF (książę moskiewski),

KLOTALD (namiestnik),

ESTRELLA (infantka),

ROZAURA,

KLARYN (błazen),

PANIE DWORU,

GWARDIA,

ŻOŁNIERZE,

MUZYKANCI I INNA DRUŻYNA.

DZIEŃ PIERWSZY

Dzika, leśna i skalista okolica. W głębi stara wieża. Rozaura w przebraniu męskim schodzi ze skalistego wzgórza.

Rozaura

Gdzie mnie wiedziesz, szybkonogi,

Wiatry z drogi, góry z drogi

Rwący w pędzie hipogryfie?

Gdzie na nagie gnasz mnie skały,

Błysku ty, bez światła biały

Bez lotnego ptaku pierza,

Bezpłetwiasty mórz powtorze?

Stań! Dzikiego tutaj zwierza

Świetne w blaskach słońca łoże…

Stań! Sił więcej mi nie służy:

Ślepa już i zrozpaczona

Kładę ręce i ramiona

Na szmaragdzie tej pustyni!

Krwawy znaczę ślad stopami

W niegościnnej polskiej ziemi:

Bo któż oczy litośnemi

Nieszczęśliwych zwykł przyjmować?

Klaryn

Krzywdę mi jegomość czyni:

Skoro trudnim się skargami

I mnie proszęż porachować.

Wszak oboje z domu ciszy

Rżniemy w świat na awantury,

Rozbijamy łeb skałami,

Koziołkujem się oboje

Z każdej parii, z każdej góry:

Czemuż, gdzie boleści twoje,

O Klarynie nikt nie słyszy?

Rozaura

Nie mieściłem cię w mym słowie,

Chcąc zostawić twej wymowie

Skargę na własny rachunek:

Wszakże wedle mędrców zdania

Warto ponosić frasunek,

By mieć prawo narzekania.

Klaryn

Taki mędrzec, bez wątpienia,

Był nieboże — pijaczyna!

Dałbym mu dla otrzeźwienia

W bok kułaków z pół tuzina!

Niechby radził, co w tej porze

Na pustkowiu, zabłąkani

Czynić mamy w tej otchłani,

Kiedy dzienne gasną zorze.

Rozaura

Smutne, dziwne nasze losy!

Lecz jeśli mnie wzrok nie mami,

Jeśli fantazja nie łudzi,

Widzę tam — chociaż niebiosy

Słabymi tchną już światłami,

Widzę tam — mieszkanie ludzi.

Klaryn

I ja, jeślim nie oślepiał.

Rozaura

Dzikiej mieszkanie budowy:

Zda się, że z olbrzymów głowy,

Które tam sterczą nad nami,

Głaz się po głazie odczepiał

I w dziką złożył strukturę.

Klaryn

Zbadajmyż tedy tę dziurę,

Zamiast się zbytnio dziwować,

Może się znajdzie szczęśliwie,

Kto nas zechce przenocować.

Rozaura

Brama ta, paszczęka raczej,

Ciemnością nocy straszliwie

Zionie ku nam.

Słychać szczęk kajdan.

Klaryn

      A to co znaczy?

Rozaura

Strwożona, struchlała stoję.

Klaryn

Otóż i słychać kajdany.

Galernik jakiś spętany

Siedzi tam… Boję się, boję.

Zygmunt

Z wieży.

Biedny ja! O! Nieszczęśliwy!

Rozaura

Boże! Jakiż głos straszliwy!

Klaryn

Do pięt przechodzą mnie dreszcze.

Rozaura

Klarynie!

Klaryn

      Pani!

Rozaura

      Czas jeszcze!

Uciekniem.

Klaryn

      Szczęśliwej drogi!

Nie ruszę nogą od trwogi.

Rozaura

Światło tam błędne migoce:

Gwiazda wilgocią wybladła

Drżąca, niepewna, upadła,

Aby tej otchłani noce

Srożej uczynić czarnymi.

Przecież przy błędnym jej drżeniu

Widać człowieka w pomroce.

O! Trupa raczej na ziemi

Widać w okropnym więzieniu.

Ciężkie okowy go gniotą,

Skóry mu zwierząt odzieniem.

Stańmy, poczekajmy oto,

Niech się wywnętrzy z cierpieniem,

Które przyciska go srożej

Od nocy, od kajdan obroży.

Zygmunt

Nędznym ja! O! Nieszczęśliwy!

Nieba! Mówcie, wzywam was,

Mówcie, jaka moja wina,

Skąd los na mnie tak straszliwy,

Na ludzkiego spada syna?

Wiem ja, wiem, że w każdy czas

Najsmutniejszą dolą człeka

To, że rodzi się na ziemi;

Ale między śmiertelnemi

Poza winą narodzenia

Czemu sroższy los dopieka

Mnie nad inne ziem stworzenia?

Wszystko, wszystko na tym świecie

Swych urodzin nosi grzechy:

Lecz wszystkiemu — w życia wątek

Szczęścia wplecion bodaj szczątek,

Tylko moje, moje plecie

Się bez światła i pociechy!…

Ptak się rodzi, kwiat pierzaty,

Bukiet skrzydły unoszony,

Ponad pola, ponad światy

Rwie go lot w dalekie strony;

Z gniazda szczęśliwy on ruszy

Bujać w niebiosów światłości,

A ja, co więcej mam duszy,

Czemuż to mniej mam wolności?

Rodzi się zwierzę wśród nory,

A oto, ledwie natury

Ręka w cudowne mu wzory

Szerść jędrnej ułoży skóry:

Rwie się w krwiożerczej dzikości

Niszczyć, co słabsze i mniejsze:

Ja czucia mam szlachetniejsze,

Czemuż to mniej mam wolności?

Ryba się rodzi, fal dziecię,

Podwodnych głębin stworzenie,

A oto, ledwie przestrzenie

Wiosłami płetew poczuje,

W oceanu buja świecie,

Piersią nieskończoność pruje.

Taka szczęśliwa w światłości

Morza, choć zimna i głucha:

Lecz ja, co więcej mam ducha,

Czemuż to mniej mam wolności?

Rodzi się strumień, wąż śliski,

Z srebrnego źródeł szemrania,

Lecz oto porwał w uściski

Kwieciste brzegi, przegania

Pędem doliny ukrycia

W równiny dążąc jasności:

A ja, co więcej mam życia,

Czemuż to mniej mam wolności?

O! Pierś moja od gniewu się wzdyma,

Serce moje wybucha wulkanem;

Jakie prawo mnie, człowieka, trzyma,

Że nie dane mi, co wszystkim dane,

Kto bezprawnie mi, okrutnie bierze,

Co ma strumień, ryba, ptak, co zwierzę?

Rozaura

Litość mną wstrząsa i trwoga.

Zygmunt

Kto słucha mojej boleści?

Klotaldo?

Klaryn

      Powiedz, na Boga,

Że Klotald.

Rozaura

      O, pełen cześci Słucha twej pieśni rzewliwej Nieszczęsnego nieszczęśliwy.

Zygmunt

Ha! Nie chcę, aby kto wiedział

Com narzekał, com powiedział!

W kościste moje ramiona

Porwę zuchwalca! Niech kona!

Klaryn

Jak pień głuchym, panie drogi!

Rozaura

Chyląc się do twojej nogi

Wiem, pozyskam serce człeka.

Zygmunt

Głos twój w mą duszę przecieka,

Dziwnymi serca dreszczami

Drżę pod twoimi oczami.

Kto jesteś? Skąd twoja siła

Nad tym, któremu kolebą

Czarna ta była mogiła,

Któremu za świat i niebo

Starczy to dzikie pustkowie,

Trupowi, co żyć zmuszony,

Żywemu, co życia zbawiony.

O potępionej mej głowie

Jeden wie człowiek, jedyny,

Strzegąc mnie — ludzkiej zwierzyny,

Zwierzęcego strzegąc człeka,

Ucząc na zwierząt drapieży,

Jak światem władać należy,

Gwiazdy przemierzając ze mną

Na tych nielicznych, co nocą

Świecą nad przepaść tę ciemną.

Powiedz, skąd idziesz i po co

Ty, coś oplątał mnie czarem,

Coś oczu spalił pożarem,

Głosu coś przeszył urokiem,

Że gonię pijanym okiem

Za tobą i widzieć cię płonę,

Tym większym płonę pragnieniem,

Im dłużej mam oczy zwrócone

Na ciebie. Więc choćby zniszczeniem

Było mi patrzeć ku tobie,

Patrzyłbym, aby nie skonać

W nieoglądania żałobie.

Umieram, czuję, umieram,

Kiedy na ciebie spozieram,

Z pragnienia, by ciebie oglądać:

Oglądam i tylko żądać

Umiem, bym patrzył na wieki.

Gdybym nie patrzył, z dalekiej

Piersi, od duszy gdzieś głębi

Gniew straszny buchnie, zakłębi

Na samą nieoglądania

Myśl, choćby śmiercią być miało,

Że cię oglądam. Wszak dało

Mi twe spojrzenie, com nigdy

Nie znał od dni mych zarania:

Dało mi szczęście bez granic,

Co całe człeka pochłania,

Więc nie zamienię go za nic,

Potężnym obronię ramieniem.

Rozaura

Pełnym dziwu na te słowa,

Że zamiera w piersiach mowa.

Czyliż nazwę pocieszeniem,

Co mi w tobie niebo zsyła,

Że mnie zetknęło z cierpieniem,

Którego straszliwa siła

Moje zmartwienia przerasta?

Mówi o mędrcu podanie,

Że nędzny żywił się jeno

Śródleśnych roślin korzeniem:

«Jakąż to żyję ja ceną!»

Zawołał. Na to wołanie

Dziwny mu widok ślą losy:

Widzi, jak z siwymi włosy

Inny, już śmierci pół bliski

Zbiera rzucone ogryzki.

Tak ja wołałem do nieba:

Nie ma, jak moja potrzeba,

Nie ma, jak moja zgryzota!

Aż dusza moja poznała

Ciebie, któremu by może

Dola ma — ulgą się zdała!

Więc jeśliś zrządził tak, Boże,

By jedna ludzka istota

Krzepiła się drugiej boleścią,

Otuchy może ci wieścią

O moich dodam cierpieniach.

Jestem…

Klotald

Wchodzi.

      Stróże w wieży cieniach,

Co z tchórzostwa lub swawoli

Puściliście tu dwóch ludzi…

Rozaura

Nowe się nieszczęście budzi.

Zygmunt

Ha! Nadzorca mej niewoli,

Co mu strasznym padłem łupem.

Klotald

Brać ich żywcem albo trupem!

Żołnierze

Zdrada! Zdrada!

Klaryn

      Gdy szczęśliwą

Gratką wybór wam przyznany,

Pułkowniki, kapitany,

Bierzcie nas, lecz bierzcie żywo.

Klotald

Starannie przykryjcie twarze,

Niech wzrok ciekawych nie pada.

Klaryn

Nawet jakaś maskarada.

Klotald

O niebaczni, co przez straże

Aż tutaj dotrzeć ważyli

Wbrew woli króla. W tej chwili

Broń odpinajcie od boku,

Lub ten pistolet, wąż z stali,

Wnętrze swe na was wyrzuci,

Z gęstego dymów obłoku

Piorunem obu obali.

Zygmunt

Stój, okrutniku! Ni kroku,

Bo więzy, którymim skowan,

Głowę o skały krawędzie

Strzaskam, wyszarpię zębami

Żywot, co tutaj pochowan,

Gdy włos im z głowy upadnie.

Klotald

Skoro wiesz, co na cię kładnie

Więzy, coć życie zabrało,

Co turmy przyczyną się stało,

Po co tych gniewów? Daremne.

W czeluści rzucić go ciemne.

Zygmunt

Szamocąc się z żołnierzami.

Zaprawdę, wiedziałeś Boże,

Czemuż mi wdział tę obrożę,

Wiedziałeś! Byłbym tytanem,

Który by niebo szturmował,

Górę tę pchniętą kolanem

Na drugiej bym umocował,

Aż bym te słońca kryształy

Dosiągł, potrzaskał w kawały!

Klotald

Tać też twych więzów przyczyna.

Zygmunta wyprowadzają.

Rozaura

Panie! Duma krew ci ścina,

Ja pragnę prosić z pokorą

O życie, które mi biorą.

Surowość zbytnią by była

Gdyby nie tylko jej duma,

Lecz pokora nie skruszyła.

Klaryn

Jeśli zaś obie nie skruszą,

Choć ich postacie w teatrze

Mnogiego wzruszały kuma,

Niechże zły zamiar wasz zatrze

Moja przynajmniej natura

W środku między dumną duszą

A pokorną, ot mikstura

Dumy na pół, pół pokory,

Choro-zdrowy, zdrowo-chory,

Brzydko-piękny, piękno-brzydki

Na usługi wasze wszytki!

Klotald

Broń im zabrać, twarz zasłonić,

Niech nie wiedzą, gdzie ich droga.

Rozaura

Oto szpada! Tobie bronić

Jej nie mogę. Masz znać władzę,

Ciurom braknie na odwadze,

By tak zacną broń zabrali.

Klaryn

Mnie to jedno, kto zabierze,

Byle więcej nie żądali.

Rozaura

Jeśli zginąć mam, w ofierze

Szpadę ci tę niosę moją.

Nie znam dobrze tych tajemnic,

Co poza jej ostrzem stoją,

Lecz wiem jedno, żem do ciemnic

Tych, do Polski tej podwoi

Szedł w tej szpadzie zadufany,

By się hańby pomścić mojej.

Klotald

Na stronie.

Co ja widzę? Co poznaję?

Jaki kłopot niesłychany,

Jaki srom mnie nagle chwyta?

Kto ci dał szpadę?

Rozaura

      Kobieta.

Klotald

Jak się zowie?

Rozaura

      Milczeć muszę.

Klotald

Lecz cóż wiesz o tajemnicy,

Która wiąże się z tą szpadą?

Rozaura

Tyle chętnie osłon ruszę:

Dając ostrze tej szablicy

Tą mnie opatrzono radą:

Jedź do Polski, w możnych oczy

Staraj świecić się tą bronią;

Będzie taki, co gdy zoczy

Dobrze znany dar przed laty,

Dumną cię wspomoże dłonią:

Pan to wielki i bogaty,

Lecz nie powiem ci nazwiska

Na przypadek, gdy nie żyje.

Klotald

Na stronie.

Nieba! Jakież dziwowiska!

Prawda czy majaki czyje?

Wszak Wiolanty to jest szpada,

Którą dałem jej przed laty

Zaręczając, że bogaty

Takim ostrzem, gdy zagada

Do mych oczu stali błyskiem,

Z ojca spotka się uściskiem.

Onaż, co życiem być miała,

Ma stać się śmierci przyczyną?

Wszak wyrzekłem już, że zginą!

O, igraszko ty zuchwała

Losu! Nieba dopuszczenie!

On mym synem! O, cierpienie!

Mówi o tym znak niemylny,

Serca popęd mówi silny:

Wszak skrzydlate się wydziera

Jako więzień oknem duszy,

Okiem ojca, co spoziera

Zamroczone łez powłoką

Szukające syna oko.

Co poradzę, co uczynię?

Przed Majestat wieść go ninie,

Tyle co na śmierć wieść znaczy —

Ukryć, schować! O, rozpaczy!

Nie dozwala mi przysięga.

Na dwie strony mnie rozprzęga

Miłość krwi i wierność tronu:

Ha! Nie wahać mi się chwili,

Wiernym być mi aż do zgonu!

Czy nie mówił mimochodem

Że tu przybył powetować

Hańbę, którą go okryli:

Nie! Nie! Hańba z moim rodem

W parze nie śmie postępować!

Krwi się mojej srom nie chwyta…

Ale honor jak kobieta:

Każde go spojrzenie wzruszy,

Każdy wiatru powiew prószy!

Czy kto winien, że go spotka

Ujma? Czy innego środka

Chwytać się w obronie może,

Jak mścić plamę na honorze?

Oj, tej zemsty pragnie krwawej

Krew to moja! Syn to prawy!

W niepewności tych nadmiarze

Trzeba jednę obrać drogę:

Gdy zataić go nie mogę,

Jako syna go pokażę

Panu memu w błogiej wierze,

Że mu życia nie odbierze.

Wtedy też odważnym czynem

Honor zyszczem utracony…

Jeśli nie, toć potępiony

Niech nie wie, że moim synem.

Do Rozaury i Klaryna.

Chodźcie oba smutną drogą.

Lecz jeśli pocieszyć kogo

Może, gdy ma towarzyszy:

To wiedzcie, że i w zaciszy

Duszy mej, gdzie nikt nie zoczy,

Śmierć i życie walkę toczy.

Odchodzi.

Zmiana dekoracji. Przed zamkiem królewskim z jednej strony występuje Astolf z hufcem żołnierzy, z drugiej, od zamku, Estrella w otoczeniu dam dworskich.

Astolf

Na widok tyla piękności,

Na widok tyla promieni

Miesza się z szmerem strumieni

Ptasząt śpiew, miesza w miłości

Bębnów i trąb wojowniczych

Dźwięk — w hołdzie wdzięków dziewiczych.

Spieszy się wszystko i pali,

Aby was chwalić, więc chwali

Wasz klarnet, z metalu ptaszę,

I ptak, klarnet pierzaty.

Królewnę głoszą armaty,

Minerwę wielbią puzany,

Aurorę czczą ptaki wasze,

Florę te drzewa i kwiaty.

Ja zaś wdziękiem pokonany

Minerwy, Flory, Aurory,

Czyż dziwo, że wśród pokory,

Co niewolnikiem mnie czyni,

Składam hołd mej monarchini?

Estrella

Jeśli z czynnośćmi ludzkimi

W zgodzie ma zostawać słowo,

W niezgodzie z pochlebną mową

Hufiec twój lśniący ostrymi

Dzidy. Jać się go nie boję,

Ale zadziwiona stoję,

W myśli łącząc, com słyszała,

Z tym, na co spoglądać muszę.

Nieludzką trzeba mieć duszę,

Zwierzęciu taka przystała,

Co zionąc pochlebstwem zdradnie

Czyha, aż łupu dopadnie.

Astolf

Widzę, że moje zamiary

Niesłuszną wznieciły trwogę,

Lecz te postrachy, te mary

Chcę dziś rozproszyć i mogę.

Król Eustorg, władca tej ziemi,

Gdy wyrokami bożemi

Do wiecznej poszedł dziedziny,

Syna zostawił. Jedyny

Syn ten, dziś odzian w purpury

Włada, Bazylim nazwany.

Ale z żony ukochanej

Miał jeszcze Eustorg dwie córy.

Starsza, w gwiazd dzisiaj koronie,

Ciebie nosiła w swym łonie;

Młodszej — niech żyje najdłużej —

Korona Moskwy dziś służy,

A ja dziedzicem i synem.

Tu ostrym wbija się klinem

Sporna obojga nas sprawa:

Bazyl, któremu nie stawa

Czasu na niewiast pieszczoty,

Bo cały księgom oddany,

Nie ma potomka na złoty

Tron swoich przodków. Szarpanej

W dwie strony jego ojczyźnie

Któż ma panować? Dziewica,

Choć z starszej córki zrodzona,

Czy się ma dostać mężczyźnie

Z młodszej, z matki mej łona?

Wujowi przedstawmy sprawę,

Niech rzuci oko łaskawe,

Niech ją ułoży, zagodzi!

Dlatego z Moskwy przychodzi

Dziś twój sługa uniżony,

Wojnę przynosić — daleki,

Lecz innej wojny spragniony.

Amor niech włada na wieki

W obojej naszej dziedzinie,

Niech serca mego królową

Królewna polska zasłynie.

Estrella

Pięknie dźwięczy wasze słowo,

Lecz chociażbym tron oddała,

Nie wiem, czy by bodaj wdzięczność

Od Waszmości mnie spotkała,

Skoro w chwili, gdy w błękity

Podnosicie w górę dłonie,

Tam na piersiach twarz kobiety

W złotym błyszczy medalionie.

Astolf

Zaraz wszystko wytłumaczę,

Chwila tylko… Ależ… baczę:

Otoczony magnatami

Król nadchodzi.

Wchodzi król Bazyli wśród świty.

Estrella

      Nad mędrcami

Mędrcze!

Astolf

      Równy Euklidowi.

Estrella

Któryś gwiazdom…

Astolf

      Księżycowi

Estrella

Słońcu —

Astolf

      Drogi wyrachował.

Estrella

Coś nad niebem…

Astolf

      Zapanował

Estrella

Pozwól z pokornym poddaniem,

Astolf

Z szczerym pozwól przywiązaniem,

Estrella

Opleść się jak powój błogi,

Astolf

Pozwól ścisnąć się za nogi.

Bazyli

Uściskajcie mnie, siostrzany:

Miłość wasza mi pociechą,

W sercu wierne budzi echo:

Wy mnie, wam ja wskroś oddany.

Starość gniecie mnie już blada,

Tchu niewiele w piersiach stanie,

Więc gdy mówić mi wypada,

Niech milczenia pobłażanie

Trud mówienia mi nagrodzi!

Wiecie już, książęta młodzi,

Wiecie, pany i lennicy,

Przyjaciele, wojownicy,

Że mi świat na dziwowisko

Uczonego dał nazwisko.

Że Tymanta pędzel złoty,

Że Lisyppa dłuto dzielne,

Plotą wieńce nieśmiertelne

Dla Bazyla wiedzy, cnoty.

Wiecie, że nad wszelką wiedzę

Matematykę ja śledzę,

Że wydarłem ludzkim dziejom,

Czym nas cieszą albo trwożą

(Nieszczęściami lub nadzieją);

Bo z mych tablic, gdy się złożą,

Umiem przyszłość czytać późną,

Siłę czasu przemóc groźną.

Koła te białości śniegu,

Szklanne domy te w szeregu

Słońcem świetlne lub księżycem,

Kryształowe te budowy,

Dyjamentem strojne głowy

W znaków niebios wzięte kluby:

Oto przedmiot badań luby,

Gdzie wzniesionym patrzę licem.

Księgi moje to, złożone

Z brylantowych kart kolei,

Gdzie w sylaby wyzłocone

Pismo biegnie, to nadziei,

To nieszczęścia na przemiany!

A ja w nich tak oczytany,

Że myśl moja w lot sokoła

Najzawilsze pojąć zdoła.

Ale czemuż, o niebiosy,

Gdy mnie uczyniły losy

Komentarzem swych tajemnic,

Przyszłej woli swej regestem,

Czemuż niezbadanych ciemnic

Pierwszy sam ofiarą jestem?

Czemu nożem mi się staje

Trudów mych, wiedzy zasługa,

Czemu praca moja długa

Zamiast życia — śmierć mi daje…?

O cierpliwość proszę jeszcze.

Żona moja — wy nie wiecie,

Męskie mi przyniosła dziecię…

Nigdy, nigdy na złowieszcze

Znaki, odkąd nam świeciło,

Niebo się nie wysiliło

Jak przed jego urodzeniem.

Matkę samą, nim cierpieniem

Światu miała dać człowieka,

W śnie tysiąckroć trapią mary,

Że ten syn, straszydło wieka,

Żmija w człeka przemieniona,

Śmiercią stanie się dla łona,

Co go wyda na tę ziemię.

W dzień urodzin całe brzemię

Strachów biedny świat zamroczy:

Słońce krwawą walkę toczy

Z jasnym księżyca promieniem,

A gdy ziemia swym ramieniem

Przeszkadzała w strasznym boju,

Czarnym karze ją zaćmieniem

Takim, jakie świat zastało,

Kiedy Pana zwisło ciało.

Z głębin ziemi, w niespokoju

Wydzierały się płomienie,

W kurczach ziemia rozhukana

W ruinę słała budowl szczyty

A zaciemnione błękity

Gruz rzucały i kamienie.

Takiego strasznego rana

Zygmunt się zjawia na świecie.

Aby zaś stwierdzić, że zrodzon,

By złem za dobre nagrodzić.

Śmierć z życiem dziwnie się schodzą,

Matka umiera, gdy dziecię

Światłość powitało dzienną.

Uzbrojon w wiedzę promienną

Czym potrzebował dochodzić,

Że syn mój, o losie smutny!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.