drukowana A5
42.62
Zwierzęta, ludzie, bogowie

Bezpłatny fragment - Zwierzęta, ludzie, bogowie


Objętość:
292 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0673-3

Część pierwsza. Męczeńska włóczęga

I. Przyczyny mojej podróży

Przed nawałnicą bolszewicką musiałem uchodzić z Petersburga naSyberię jeszcze w roku 1918. Do października roku 1919 przebywałemna Syberii, gdzie rządy bolszewickie zastąpiły rząd adm. Kołczaka, zgubionego przez wpływy monarchistów i przez nieudolnych ministrów. Pokatastrofie syberyjskiej, gdy Kołczak został stracony w Irkucku, gdy5-ta polska dywizja syberyjska była już w zdradzieckich rękach bolszewików, którzy szybko zalewali cały kraj, bez boju posuwając się nawschód za resztkami zdemoralizowanej armii rządu syberyjskiego, zaczęły się na Syberii prześladowania Polaków. Wystarczyło mieć nazwisko o brzmieniu polskim, żeby być skazanym na śmierć. Musiałem więcmyśleć o dalszej ucieczce.

Na początku roku 1920 los rzucił mnie do Krasnojarska, miastapołożonego u brzegu wielkiej i pięknej rzeki Jenisej, której źródła rodząsię w górach Urianchaju, a ujście ginie w Oceanie Lodowatym.

Z kilku Polakami układaliśmy plan ucieczki do Urianchaju i dalej— do Mongolii, Chin, Europy... lecz wypadki zmieniły nasze zamiary.Znajomi moi zostali aresztowani i umarli na tyfus plamisty w więzieniu, a grupa katów bolszewickich przybyła po mnie i przypadkiem niezastawszy mnie w domu, uczyniła na mnie zasadzkę.

Uprzedzono mnie w porę. Przebrawszy się w ubranie wieśniacze,wyszedłem pieszo za miasto, wynająłem pierwszego lepszego Sybiraka,powracającego na wieś do domu i po kilku godzinach byłem już o 40 kilometrów od Krasnojarska, w małej wsi, otoczonej ze wszystkich strongęstym lasem syberyjskim, czyli, jak go nazywają chłopi miejscowi, „tajgą”. Tu przyjaciele przysłali mi karabin, 300 naboi, siekierę, nóż,kożuch, herbatę, suchary, sól i kociołek. Po kilku dniach ten sam chłopodwiózł mnie w głąb lasu, gdzie stała porzucona przez właściciela chata,na pół spalona, lecz używana jeszcze na nocleg przez miejscowych myśliwych. Od tego dnia stałem się pierwotnym człowiekiem, lecz nie przypuszczałem wtedy, że może to potrwać tak długo.

Nazajutrz po przybyciu do tajgi wyszedłem na polowanie i o kilkadziesiąt kroków od chaty zabiłem dwa olbrzymie głuszce. Dalej spostrzegłem ślady jeleni i przekonałem się, że braku pożywienia odczuwaćnie będę.

Jednak pobyt mój w tym miejscu został raptownie przerwany.

II.Tajemniczy przyjaciel

Powracając po kilku dniach z polowania do schroniska, spostrzegłem dym wychodzący z komina chaty. Z wielką ostrożnością skradającsię do domu, zauważyłem dwa osiodłane konie, a przy siodłach żołnierskie karabiny. Zorientowałem się od razu, że dwaj nieuzbrojeni ludzienie mogą dla mnie stanowić poważnego niebezpieczeństwa, gdyż posiadałem doskonały Mannlicher. Bez szmeru obszedłem chatę od stronyściany pozbawionej okien i nieoczekiwanie wszedłem do izby. Z ławkiz przerażeniem porwało się dwóch żołnierzy. Byli to bolszewicy, gdyżna barankowych czapkach mieli umocowane czerwone gwiazdy, a napiersiach kożuchów — czerwone, brudne kokardy.

Po powitaniu usiedliśmy. Żołnierze zdążyli już przyrządzić herbatę;popijając ją, wszczęliśmy rozmowę. Żeby odwrócić od siebie ich uwagęi podejrzenie, opowiedziałem, że jestem myśliwym z pewnej dalekiejwioski i że tu mieszkam, gdyż od dawna już wytropiłem kilka gniazdsoboli. Od bolszewików zaś dowiedziałem się, że z miasta posłano dotajgi wielki oddział jazdy, który zatrzymał się stąd o 15 kilometrów, ichzaś wysłano na zwiad, aby sprawdzili, czy włóczą się po lasach jacyśpodejrzani osobnicy.

— Pojmujesz, towarzyszu — rzekł jeden z żołnierzy — że szukamykontrrewolucjonistów i że będziemy ich rozstrzeliwali...

Domyślałem się tego już od dawna i nie potrzebowałem bynajmniej jego wyjaśnień. Myśli moje były skierowane ku temu, aby przekonać nieproszonych gości, że jestem zwykłym myśliwym syberyjskim,nie mającym nic wspólnego z kontrrewolucją. Jednocześnie myślałem okonieczności natychmiastowego przeniesienia się po odjeździe bolszewików w inne, bardziej bezpieczne miejsce.

Zapadał wieczorny zmrok. Twarze moich gości stały się jeszczemniej pociągające. Żołnierze wyjęli z torby butelkę spirytusu i zaczęlipić, zakąszając chlebem i popijając gorącą herbatę. Alkohol szybko działał i bolszewicy, wymachując rękoma i uderzając pięściami w stół, zaczęli głośno rozmawiać, przechwalając się ilością zabitych „burżujów”.Śmiejąc się ohydnie, opowiadali sobie wzajemnie o wesołych dniach wKrasnojarsku, gdy wyłapywali znienawidzonych kozaków i spuszczaliich pod lód Jeniseju. W końcu żołnierze zaczęli się o coś spierać, leczprędko ich to znużyło. Powoli zabierali się do snu.

— Pójdę już konie rozkulbaczyć i przyniosę karabiny — rzekł młodszyi przeciągając się wstał z ławki.

W tej chwili drzwi prowadzące na dwór szeroko się rozwarły; doizby wpadły gęste obłoki mroźnej pary i prąd zimnego powietrza wionąłna nas. Gdy mgła opadła, zobaczyliśmy w izbie wysokiego, barczystegochłopa w kosmatej barankowej czapie i w szerokim kożuchu. W rękutrzymał karabin, a zza pasa wyglądała siekierka, z którą Sybirak-myśliwy nigdy się nie rozstaje. Bystre, przenikliwe, połyskujące, prawiezwierzęce oczy nieznajomego badawczo zatrzymały się na każdym zobecnych. Po chwili zdjął czapkę, przeżegnał się i cicho zapytał:

— Kto tu gospodarz?

— Ja! — odezwałem się.

— Czy mogę przenocować? — spytał.

— Proszę, miejsca dość — powiedziałem.

— Napijcie się herbaty, jeszcze gorąca.

Nieznajomy tymczasem zaczął powoli zdejmować kożuch, nie przestając obserwować ludzi i przedmioty. Rzucił kożuch w kąt izby, przykrywając nim karabin i pozostał w wytartych skórzanych kurcie ispodniach, wsuniętych w długie wojłokowe buty. Twarz miał zupełniemłodą, drwiącą i śmiałą. Połyskiwały białe zęby i badawcze, przenikliweoczy. Powichrzona, mocno przyprószona siwizną czupryna i głębokiezmarszczki dookoła ust świadczyły o burzliwym życiu.

Nieznajomy, wciąż się rozglądając, usiadł na ławce i z jakąś szczególną pieczołowitością położył obok siebie siekierę.

— Czy to żona twoja — ta siekiera? — pijanym głosem zapytał gojeden z żołnierzy. Chłop powolnie podniósł na pytającego nagle zabłysłeoczy i cichym, jakimś skradającym się głosem odpowiedział:

— Różni ludziska błąkają się teraz po lasach, więc z siekierą bezpieczniej...

Zamilkł i zaczął chciwie pić gorącą herbatę. Jednakże zauważyłem,że kilka razy ostrożnie mi się przyglądał, a oczy jego ustawicznie biegałypo izbie, jak gdyby szukając odpowiedzi na jakieś wątpliwości.

Na pytania żołnierzy nieznajomy odpowiadał oględnie i powolnie,a potem postawił swój kubek, wywróciwszy go dnem do góry na znakzadowolenia, i rzekł:

— Pójdę na chwilę do swego konia, a zarazem i wasze rozkulbaczę...

— Oj, dziękuję — zawołał młodszy żołnierz, prawie już śpiący. — Niezapomnij tylko przynieść do izby naszych karabinów...

— Dobrze! — odezwał się chłop.

Bolszewicy pokładli się na ławce, zostawiając dla nas tylko podłogęi już nie słyszeli, gdy powrócił nieznajomy, który rzuciwszy terlicę wojłokową na ziemię, położył się natychmiast. Żołnierze i chłop już dawnospali, gdy ja wciąż jeszcze planowałem, co mam dalej czynić. Zasnąłemnad samym rankiem, a gdym się obudził, chłopa już w izbie nie było.Wyszedłem z chaty i zobaczyłem, że kulbaczy dobrego gniadego źrebca.

— Odjeżdżacie? — zapytałem.

— Tak... pojadę razem z tymi... „towarzyszami” — szepnął — przedwieczorem powrócę. Czekajcie na mnie!...

Nie rozpytywałem go o nic, odpowiedziałem milczącym skinieniemgłowy. On zaś tymczasem odwiązał od swego siodła dwa ciężkie wory,rzucił je przy ścianie w spalonej części chaty, uważnie zbadał uzdę i strzemiona, i rzekł z uśmiechem:

— Gotowe! Teraz pójdę obudzić „towarzyszy”.

Po godzinie, napiwszy się herbaty, żołnierze i chłop odjechali.

Pozostałem na dziedzińcu i zająłem się badaniem drzewa. Nagleskądś z daleka dobiegł mnie strzał karabinowy, a po chwili drugi. Zapanowała cisza. Od strony strzałów, wysoko ponad lasem, przeciągnęłostadko spłoszonych cietrzewi. Krzyknęła sójka z wierzchołka ośnieżonej sosny. Długo przysłuchiwałem się, czy nie zbliża się ktoś do megoschroniska, lecz dokoła było zupełnie cicho.

Zmrok szybko zapada w zimie na środkowym Jeniseju. Rozpaliłemw piecu i zacząłem przyrządzać zupę z głuszca, nie przestając wsłuchiwać się w najmniejszy szmer, dolatujący od strony lasu. Wszakżeciągle wyraźnie czułem i rozumiałem, że śmierć jest stale tuż, gdzieśobok mnie i że ostatecznie może zjawić się w postaci człowieka, zwierza, mrozu, nieszczęśliwego wypadku lub choroby. Wiedziałem dobrze,że w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby przyjść mi z pomocą i że całamoja nadzieja polega na opiece boskiej, na sile rąk i nóg, na celnościoka i pomysłowości.

Mimo całej baczności nie spostrzegłem powrotu nieznajomego myśliwca. Tak samo, jak poprzedniego dnia, zjawił się w izbie niespodziewanie. Przez mgłę pary zobaczyłem jego jarzące się i śmiejące się oczyi śmiałą twarz.

Postąpił w stronę ławki i cisnął trzy karabiny.

— Dwa konie, dwa karabiny, dwie kulbaki, dwa worki sucharów, półcegły herbaty, woreczek cukru, 50 nabojów, dwa kożuchy, dwie parybutów! — ze śmiechem wyliczał Sybirak.

— Doprawdy, bardzo udane miałem dziś polowanie!

Ze zdumieniem patrzyłem na swego gościa.

— Czego się gapicie? — zaśmiał się głucho. — Wyjechaliśmy do lasu nawąską ścieżkę. Tam ich zastrzeliłem. Ani drgnęli! Na co komu się przydali tacy „towarzysze”? Ale pijmy herbatę, a później spać! Jutro musicieprzenieść się na nowe mieszkanie. Ja wam pokażę ustronne i przyjemnemiejsce, a sam pojadę dalej...

III.Tajemnica mojego gościa

Nazajutrz o świcie ruszyliśmy w drogę, porzucając moje pierwszeschronisko. Na jednego z koni położyliśmy cały nasz dobytek, spakowany do worków przerzuconych przez siodło.

— Musimy zrobić 400--500 wiorst — spokojnie oznajmił mój nowytowarzysz niedoli, który nazywał się wcale nie przemawiającym do sercai rozumu imieniem — Iwan.

— No, to długo będziemy jechać! — zawołałem.

— Nie dłużej niż tydzień, a może i prędzej będziemy na miejscu — odparł Iwan.

Pierwszą noc spędziliśmy w lesie pod gałęziami wysokiego, rozłożystego świerka. Była to dla mnie pierwsza noc bez dachu nad głową. Aileż takich nocy później spędziłem w ciągu mojej nieskończenie długiejwłóczęgi!

Dzień był bardzo mroźny, chyba nie mniej niż 35° R. Pod kopytami koni skrzypiał śnieg. Z cienkim dzwonieniem toczyły się wybijanepodkowami kawałki skrzepłego śniegu. Leniwie zrywały się z drzew cietrzewie i głuszce; nie śpiesząc się, biegły z legowisk do krzaków zające.Przed wieczorem podniósł się wiatr, wył i szumiał, naginając wierzchołki drzew. Na dole jednak, w miejscach zakrytych od podmuchówwiatru, było cicho i spokojnie.

Zatrzymaliśmy się w głębokim wąwozie, gęsto porośniętym drzewami i krzakami. Znaleźliśmy dawno złamaną suchą jodłę, narąbaliśmydrzewa i przyrządziwszy przy ognisku herbatę, pokrzepiliśmy się.

Po kolacji Iwan przywlókł z lasu długie, suche sosnowe kloce, ściosał je z jednej strony i położył jeden na drugi płaską stroną. Wbiwszyklin pomiędzy kloce, włożył w otwór trochę rozżarzonych węgli. Ogieńnatychmiast zaczął szybko posuwać się wzdłuż kanału pomiędzy klocami.

— Teraz będziemy mieli ogień aż do świtu! — zawołał Iwan. — Jestto nasza syberyjska „najda”. My, poszukiwacze złota, włócząc się przezzimę i lato w tajdze, zawsze śpimy przy najdach. Wspaniale! Ale samiprzekonacie się!

Szybko narąbał gałęzi świerka i z pomocą trzech drągów zrobił pochyloną pod kątem ścianę, przed którą o kilka kroków paliła się małymogniem, wypalając się wewnątrz, najda. Nad tą ścianą i nad tą najdąrozpościerał się namiot z szerokich gałęzi potężnego świerka. Narzucaliśmy na śnieg gałęzi i nakrywszy się terlicami układaliśmy się do snu. Kumemu wielkiemu zdziwieniu Iwan rozebrał się do koszuli. Zauważyłem,że się spocił i co chwila wycierał czoło i szyję rękawem koszuli.

— Dobrze! Ciepło! — wychwalał Iwan nasze schronisko.

Wkrótce też byłem zmuszony zdjąć ubranie i zasnąłem, nie nakrywając się kożuchem. Chociaż przez gałęzie świerka i ściany świeciłygwiazdy, a przede mną była otwarta przestrzeń, gdzie szalały mróz i wicher — lecz ta przestrzeń była odgrodzona od nas ciepłem, idącym odpalącej się najdy. Dopiero przed świtem, gdy ognisko nasze dopaliło sięprawie do końca, przykryłem się kożuchem. Od tej nocy przestałem obawiać się mrozów. Przemarzłszy w ciągu dziennego marszu ogrzewałemsię znakomicie około najdy, zrzuciwszy z siebie ciężki kożuch i siedząctylko w koszuli przy kubku gorącej herbaty z sucharami.

Podczas wspólnej podróży Iwan opowiadał mi o swojej dawnej włóczędze po górach i lasach Zabajkala w poszukiwaniu złota. Opowiadaniawiecznego włóczęgi odznaczały się wielką żywością i porywały obfitościąi barwnością niebezpiecznych przejść i ciężkiej walki z naturą i ludźmi.Iwan był jednym z tych typów „prospektorów”, którzy po całym świeciewykrywali najbogatsze pokłady złota, pozostając bezdomnymi i ubogimi włóczęgami. Zauważyłem, że unikał opowiadania o tym, w jakisposób z gór Zabajkalskich dostał się do tajgi jenisejskiej i zrozumiałem od razu, że w tym kryje się jakaś tajemnica mego towarzysza. Nie pytałem go więc o to.

Jednakże tajemnica ta wyłoniła się pewnego dnia zupełnie niespodziewanie w całej swej surowej i strasznej rzeczywistości.

Zbliżaliśmy się już do celu naszej podróży. Cały dzień przedzieraliśmy się przez gęste zarośla na brzegu wschodniego dopływu Jeniseju rzeki Many. Wszędzie można było zauważyć liczne ścieżki, wydeptaneprzez zające gnieżdżące się w krzakach. Te białe zwierzątka śmigaływ gąszczu, uciekając przed nami. Czasem widzieliśmy rudy ogon lisa,czającego się za kamieniami, a czyhającego na zające.

— Powiem wam coś — rzekł ponurym głosem Iwan. — Tu niedalekowpada do Many mała rzeczka Niegnieć; przy jej ujściu stoi mały domek.Jak myślicie: tam zanocujemy, czy też znowu przy ognisku spędzimynoc?

— Pojedziemy do tego domku! — zawołałem z radością. — Potrzebuję nareszcie umyć się. Przecież czarni jesteśmy od dymu najdy, jakMurzyni! Zresztą, mieć dach nad głową jest rzeczą bardzo przyjemną!

Iwan ponuro spojrzał na mnie, lecz zgodził się.

Już mrok zapadał, gdy zbliżyliśmy się do niewielkiej chałupy, stojącej tuż przy ujściu małej rzeczki Niegnieć do bystrej i zimnej Many.Domek ten składał się z jednej małej izby o dwóch okienkach i o wielkimpiecu. Obok domku stały spalona szopa i zburzona lodownia. Kloce ideski były powyrywane i rozrzucone w nieładzie; wszędzie można byłozauważyć stosy wykopanej ziemi i kamieni.

Zapaliliśmy w piecu i zaczęliśmy przyrządzać strawę. Podczas kolacji Iwan napił się spirytusu z flaszki „pożyczonej” od jednego z czerwonych żołnierzy i wkrótce stał się bardzo rozmowny.

Z jarzącymi się oczyma i połyskującymi zębami, wichrząc swą gęstą, siwą czuprynę, Iwan zaczął opowiadać mi o jakimś wypadku w Zabajkalu, lecz raptownie zamilkł, z przerażeniem utkwił wzrok w ciemnykąt chaty i szeptem zapytał:

— Co to? Szczur?

— Nic nie widziałem! — odparłem, ze zdziwieniem patrząc na swegotowarzysza.

Zamilkł i ponuro spuścił swą piękną, drapieżną głowę. Ponieważnieraz w zadumie spędziliśmy długie godziny, nie zdziwiłem się wcale, żemilczymy. Lecz Iwan raptownie pochylił się do mnie i gorącym szeptemzaczął mówić:

— Chcę wam opowiedzieć o pewnym wypadku! Miałem w Zabajkalu przyjaciela serdecznego. Był zesłańcem kryminalnym. Nazywał sięGawroński. Dużo z nim razem lasów i gór zwiedziłem w pogoni za złotem. Mieliśmy umowę, że wszystko dzielimy na równe części pomiędzysobą. Lecz nagle Gawroński zniknął i dopiero po kilku latach dowiedziałem się, że jest w jenisejskiej tajdze, gdzie znalazł bogate pokładyzłotego piasku. Wzbogacił się i mieszkał w lesie samotnie, mając przysobie tylko żonę. Później dowiedziałem się, że Gawrońskich zabito...

Iwan znowu zamilkł, lecz wkrótce z ciężkim westchnieniem ciągnąłdalej: — To właśnie jest chata Gawrońskich. Tu mieszkał mój niewiernyprzyjaciel z żoną i gdzieś tu, w łożysku tej rzeczki „wymywał” złotoz piasku i żwiru, lecz nikomu tego miejsca nie pokazał. Wszyscy chłopiokoliczni wiedzieli, że Gawroński posiada kapitały w banku i że ciąglesprzedaje złoto rządowi. Tu... w tej izbie Gawrońscy zostali zamordowani.

Chłop wstał, wyciągnął z płonącego pieca długą żagiew i pochyliwszy się, oświetlił grube, ledwie ociosane deski podłogi.

— Widzicie te plamy na deskach i tu na ścianie? — zapytał drżącymod wzruszenia głosem. — Widzicie? To — krew Gawrońskich...

Umarli, lecz nie wydali swojej tajemnicy. A złoto było w szachciei w lodowni zakopane w wielkich glinianych garnkach. Lecz Gawrońscynic nie powiedzieli, nic, a przecież torturowaliśmy ich, ogniem paliliśmy,palce wykręcaliśmy, oczy wydłubywaliśmy... A oni milcząc umarli.

Cisnął palące się drzewo w czarny otwór pieca, rzucił się na wznakna ławę i zdławionym głosem mruczał:

— To opowiadali mi chłopi z tych okolic... Ale... czas już spać!

Późno w nocy słyszałem ciężkie westchnienia Iwana, cichy szepti niewyraźne słowa. Widocznie wił się na twardej ławie i palił fajkę pofajce.

Siódmego dnia wjechaliśmy do gęstego cedrowego lasu, rosnącegona zboczach górskich.

— Stąd — objaśnił Iwan — do najbliższej siedziby ludzkiej 80 wiorstprzez bagna i gęstą tajgę. Z rzadka tylko zabrnie tu jakiś zbieracz orzechów cedrowych, ale to może się zdarzyć tylko na jesieni. Do tego czasu nie zobaczycie tu żywej duszy. Tu „zwierza” dużo, dużo ptactwa, dużo orzechów — możecie łatwo przetrwać zimę. Widzicie tę rzeczkę? Jeżelizechcecie zobaczyć ludzi, idźcie z jej prądem, ona was doprowadzi dowsi...

Mój tajemniczy towarzysz pomógł mi urządzić norę w ziemi. Wynalazł dla mnie obalony przez burzę olbrzymi cedr. Korzenie drzewawyrwały ziemię, czyniąc głęboki i obszerny dół. Jedną ścianę i dach tworzył pień cedru, a ściany boczne — poprzeplatane w siatkę korzenie.Uszczelniliśmy je gałęziami, umocowawszy kamieniami i przysypawszy grubą warstwą śniegu. Od przodu „dom” mój był zupełnie otwarty, lecz przed nim paliła się zbawienna najda. W tej to norze przeżyłem dwa najsurowsze zimowe miesiące bez ludzi, bez łączności z całym światem, gdzie w tym czasie zachodziły doniosłe wypadki. W tej mogile, pod korzeniami obalonego drzewa, w dziewiczym lesie, żyłem w obliczu naturyze swoją trwogą o bliskich mi ludzi, ze swoją męką, żyłem w ustawicznej walce o byt, o prawo przeżycia jeszcze jednego dnia.

Iwan odjechał nazajutrz, pozostawiwszy dla mnie worek sucharówi kilka kawałków cukru. Nigdy więcej nie spotkałem tego człowieka.

Pozostawił po sobie wspomnienia jak najcieplejsze. Doznałem odtego „zabójcy i kata Gawrońskich” dużo dowodów wielkiej dobroci, zrozumienia cudzej duszy i wrażliwości nadzwyczajnej.

IV.Walka o życie

A więc jestem samotny...

Naokoło tylko las zielonych cedrów, przysypanych do połowy pniagłębokim śniegiem; gołe krzaki, zamarznięta rzeczka i — jak okiem sięgnąć przez gałęzie cedrów — ocean lasów i śniegu. Tajga syberyjska...

Jak długo będę zmuszony przetrwać w samotności?

Czy znajdą mnie tu, czy nie znajdą bolszewicy?

Czy moi przyjaciele dowiedzą się, gdzie jestem?

Te pytania, jak gorące ognie, bez przerwy, bez wytchnienia trapiłymnie. Bardzo prędko zrozumiałem, dlaczego Iwan prowadził mnie ażtak daleko.

Wszędzie po drodze spotykaliśmy dużo głuchych, niezaludnionychmiejscowości, lecz on prowadził mnie coraz dalej, powtarzając:

Ja was doprowadzę do dobrego miejsca, gdzie żyć będzie łatwiej!

I tak było rzeczywiście. Piękność tej okolicy zawierała się w lesie cedrowym i w górze porośniętej cedrami. Cedr — wspaniałe, potężne,szeroko rozgałęzione drzewo, wiecznie zielony namiot, pociągający do siebie wszystko, co żyje.

W lesie stale wrzało życie.

Wśród drzew skakały wiewiórki, wyprawiając zabawne susy; przelatywały powietrzne eskadry gilów lub szczygłów, gwizdały, zaglądały do wszystkich szczelin i kątów lasu, napełniając go ruchem i żywym gwarem; przemykał się zając, a za nim ledwie dostrzegalnym na śniegu cieniem, pełznął cienki jak wąż gronostaj z czarnym końcem drapieżnie drgającego ogonka; nieraz podchodził do mojej skrytki olbrzymi, szlachetny jeleń — „morał” czyli „izubr”. Wreszcie zszedł z wierzchołków gór i złożył mi wizytę brunatny władca tajgi — niedźwiedź.

Wszystko to rozrywało, odpędzało ogarniające mózg ponure myśli, świadczyło o życiu i dodawało otuchy. Dobrze, chociaż bardzo ciężko, było czasem wejść na szczyt „mojej” góry. Wznosiła się ona ponad lasem i z jej szczytu odsłaniała się szeroka, bezgraniczna panorama tajgi z łańcuchem czerwonych gór na horyzoncie.

Tam daleko ciągnął się brzeg Jeniseju, tam stały siedziby ludzkie,tam byli wrogowie i przyjaciele, tam... dalej na zachód, była ta, doktórej szły moje myśli...

Dlatego to właśnie przyprowadził mnie Iwan do cedrowego lasu.Sam on nieraz spędzał zimę w samotności, tylko ze swymi myślami, okow oko z naturą, powiedziałbym — „przed obliczem Boga”. Doświadczył rozpaczy, samotności i szukał ukojenia. Wiele razy myślałem nad tym, że jeżeli sądzone mi jest umrzeć tu, to umierając, ostatnim wysiłkiem podniosę się na szczyt i umrę, patrząc w stronę nieskończonych góri lasów, poza którymi znajduje się najdroższa dla mnie istota, oderwanaode mnie zrządzeniem losu.

Życie w takich warunkach dostarczało dużo materiału dla myśli,a jeszcze więcej dla pracy fizycznej, gdyż było ono — ustawiczną walkąo byt, walką ciężką i bezwzględną.

Najcięższą pracą było przygotowanie zapasu drzewa na najdę i małego ogniska dla przyrządzenia strawy. Leżące drzewa były przywaloneśniegiem i przymarznięte do ziemi i kamieni. Musiałem odgrzebywaćśnieg, a potem za pomocą długich drągów odrywać pnie od ziemi i przesuwać do swej nory. Wybrałem sobie dla zbierania drzew stromy spadek nory. Tam było trudniej wejść, lecz za to łatwiej było staczać w stronęmego schroniska oderwane pnie. Po kilku dniach zrobiłem bardzo ważnywynalazek. Znalazłem niedaleko swej nory dużą ilość pni modrzewi, pojmanych przez wichry. Gdy zacząłem je rąbać, siekiera pogrążyła sięw coś miękkiego i lepkiego. Okazało się, że pnie są przesiąknięte smołą,dość było iskry, aby taka drzazga wybuchła gorącym, mocno dymiącympłomieniem. Od tej chwili w moim mieszkaniu zawsze leżały zapasy tychsmolnych kawałków modrzewi do rozpalenia najdy lub małego ogniskadla gotowania strawy i herbaty.

Największą część dnia pochłaniało polowanie. Bardzo prędko zrozumiałem, że muszę tę czynność wykonywać codziennie, żeby bronić sięod przygniatających niewesołych myśli.

Zwykle po herbacie porannej szedłem ze strzelbą do lasu szukaćcietrzewi lub głuszców. Zabiwszy jednego lub dwa ptaki powracałemdo domu i zaczynałem przyrządzać obiad, nie odznaczający się zbytnimwyborem dań. Była więc nieodwołalnie zupa z zabitego ptaka, przyprawiona sucharami, a następnie niezliczona ilość dużych kubków gorącej herbaty — napoju niezbędnego do życia w lesie.

Pewnego dnia, podczas wycieczki po cietrzewie, usłyszałem trzaskw krzakach i uważnie zbadawszy miejscowość, spostrzegłem końce rogów jelenia. Zacząłem skradać się do niego, lecz chociaż śnieg prawie nie skrzypiał pod moimi kolanami, zwierzę posłyszało czy poczuło niebezpieczeństwo. Z łoskotem wyrwał się jeleń z gęstych zarośli i zobaczyłem go dopiero wtedy, gdy przebiegłszy około 300 kroków, zatrzymał się na stromym schyłku góry. Był to olbrzymi okaz o ciemnoszarej sierści i prawie czarnym grzbiecie. Na pięknej głowie niósł potężnerogi. Przede mną był krzak o grubych gałęziach; położywszy karabinna jednej z tych gałęzi, starannie wymierzyłem i dałem ognia. Zwierzęuczyniło olbrzymi skok, przebiegło kilka kroków i upadło. Przez głęboki śnieg i przez krzaki pobiegłem ku niemu, lecz jeleń, spostrzegłszy mnie, podniósł się i skacząc lub chwilami z trudem przebierając nogami, zaczął wspinać się na górę. Druga kula zatrzymała go na zawsze. Zdobyłem w ten sposób wielką ilość mięsa i doskonały kobierzec do swojejnory.

Rogi umocowałem wśród korzeni, stanowiących ściany mego schroniska i odtąd służyły one jako wygodne wieszadło na karabin i ubranie.

Nie mogę zapomnieć pewnego bardzo porywającego chociaż dzikiego obrazu, który widziałem o kilka kilometrów od mego „domu”.Było tam niewielkie bagno porośnięte żurawiną. Tutaj zwykle zlatywały się na jagody stadka głuszców, cietrzewi i jarząbków. Pewnegorazu skradałem się do tego błotka, kryjąc się za niewysokimi zaroślami młodych cedrów. Zobaczyłem duże stado cietrzewi, energicznie rozgrzebujących śnieg i zajadających jagody. Kilka minut obserwowałem tę scenę, nie zdradzając żadnym ruchem swojej obecności.Jednakże jeden cietrzew, stary, czarny kogut, nagle gwałtownie podskoczył do góry i podfrunął, głośno bijąc skrzydłami. Przestraszonestado natychmiast odleciało. Ku wielkiemu memu zdziwieniu zobaczyłem, że stary kogut, przeleciawszy pareset kroków, zaczął szybko,prawie pionowo podnosić się do góry; po chwili, robiąc koziołki w powietrzu i bezsilnie bijąc skrzydłami, upadł na śnieg i pozostał nieruchomy. Pobiegłem w tę stronę, gdy wtem od ciała cietrzewia odskoczył krwiożerczy gronostaj i wywijając ogonkiem i sycząc skrył się pomiędzy kamieniami. Cietrzew miał przegryzioną szyję. Zrozumiałem, że mały drapieżnik rzucił się na ptaka i wraz z nim uniósł w powietrze, gdzie zdążył przegryźć mu gardło i wyssać krew. Osobiście byłemwdzięczny jego aeronautycznym zdolnościom, gdyż zaoszczędził mi naboju.

W ten sposób żyłem, borykając się z naturą o dzień jutrzejszy,coraz bardziej i głębiej trując się jadem ciężkich i beznadziejnychmyśli. Płynęły dni, tygodnie, aż nareszcie poczułem powiew cieplejszego wiatru. Na otwartych polanach zaczął po trochu topnieć śnieg;to tu, to tam biegły już małe strumyki wody i od czasu do czasuwidziałem muchę lub pająka, które przetrwały surową zimę syberyjską.

Zbliżała się wiosna.

Widziałem, że wiosną nie znajdę drogi przez las. Bardzo prędkowystąpiły z brzegów wszystkie rzeczki i strumyki tajgi, a leśne bagnai topieliska stały się niemożliwe do przebycia. Wszystkie ścieżki ludzii zwierząt zamieniały się od topniejącego śniegu w burzliwe potoki,pędzące z gór z szumem i hukiem. Wiedziałem, że aż do lata jestemskazany na samotność.

Wiosna następowała szybko, a chociaż nocami i o świcie bywałyostre mrozy, jednak promienie słońca w ciągu dnia toczyły zwycięskąwalkę ze śniegiem. Wkrótce moja góra była już wolna od śniegu i stałasię cała szara, pokryta tylko kamieniami, nagimi jeszcze konarami brzózi osik i wysokimi stożkowatymi mrowiskami. Rzeka w kilku miejscachzerwała swój lodowy pokrowiec i pędziła hałaśliwie, odrywając coraz tonowe i coraz większe bryły lodu.

V. Moje rybołówstwo

Pewnego poranku, wyszedłszy po zdobycz, zbliżyłem się do brzegurzeki i spostrzegłem duże ryby o czerwonych, jak gdyby nalanych krwiągrzbietach i ogonach. Ryby pływały, wystawiając nad wodę płetwy,widocznie rozkoszując się ciepłem słonecznym. Od tej chwili myśl omożliwości złapania tych wspaniałych ryb i urozmaiceniu mego jednostajnego pożywienia nie porzucała mnie, lecz nie posiadałem nic dlanormalnego rybołówstwa i byłem zmuszony uciec się do innych sposobów.

W miarę jak rzeka oczyszczała się z lodu, ryby napływały w coraz większych ilościach. Przekonałem się, że płyną przeciwko prądowi,przenosząc się do składania ikry z Jeniseju do źródeł mniejszych dopływów. Postanowiłem użyć barbarzyńskiego sposobu połowu ryb, chociaż wiedziałem, że prawodawstwo wszystkich państw surowo karzeten system. Myślałem jednak, że prawodawcy i moraliści nie będązbyt surowi dla mieszkańca nory pod korzeniami obalonego drzewaw tajdze syberyjskiej, samotnika, który ośmielił się przekroczyć ichracjonalne zarządzenia, a zresztą, wtedy ryba o czerwonym grzbieciebyła dla mnie ważniejsza od prawników w togach, beretach lub frakach.

Więc zacząłem działać. Najpierw zrąbałem większą ilość cienkich brzóz i osik i zacząłem budować płot poprzez rzekę, wbijajączaostrzone drągi w dno lub umocowując je pośród kamieni łożyskai przeplatając cienkimi gałęziami. Po dwóch dniach uciążliwej pracyw lodowatej wodzie płot mój był ukończony. Wiedziałem, że okołotej nieoczekiwanej przeszkody gromadziły się wielkie ryby i coraz towięcej ich przybywało. Okazywały oznaki żywego zakłopotania, dotykały głowami płotu, odpływały i znów zawracały. Nareszcie zaczęły czynić usiłowania, by przeskoczyć tę przeszkodę. Wtedy często widziałem olbrzymie srebrne ryby o czerwonych grzbietach i ogonach, długie na metr i więcej, wyskakujące z rozpędem z wody, uderzające sprężystymi ciałami o ścianę z gałęzi i bezsilnie opadającez powrotem do rzeki. Czasami dwie lub trzy ryby na raz dokonywały tego manewru. Musiałem działać. Umocowawszy nóż na długim drągu starałem się przebić rybę, lecz wszystkie próby były nieudane. W ten sposób ryzykowałem złamaniem lub zgubieniem noża.Nie mniej bezowocne były moje usiłowania, aby zaczepić ryby sękatym drągiem i wyrzucić je na brzeg. Wtedy postanowiłem wyzyskaćdążenie ryb do przejścia przez płot. Uczyniłem to w następujący sposób:

O kilka kroków od brzegu wyrąbałem, na wpół pod wodą, okno wmoim płocie, a po drugiej stronie umieściłem wysoko wystający nadwodą kosz, który uplotłem z cienkich prętów wikliny. Uzbrojony wkrótki i ciężki kij czekałem na zdobycz. Po kilku minutach do zdradzieckiego otworu w płocie zaczęły podpływać dwie wspaniałe ryby. Bardzoostrożnie, jak gdyby namacując każdy cal, weszły do kosza, gdzie zaczęły skakać, bijąc potężnymi ogonami. Niebawem mój kij uspokoił ichzapały.

W ten sposób stałem się rybakiem. Każdy okaz ważył co najmniej30 funtów, zdarzały się zaś okazy i po 80 funtów. Były to ryby z gatunku,,tajmień”, z rodziny łososi. Po tygodniu miałem zakopanych w śnieguw zacienionym wąwozie w pobliżu mojej nory około 70 ryb. Porzuciłempolowanie i siedząc około mojej zasadzki, biłem kijem ryby i wyrzucałemje na brzeg. Lecz słońce przypiekało coraz bardziej. Powróciwszy pewnego razu do domu poczułem zapach gnijących ryb. Byłem zmuszony z żalem wyrzucić do rzeki cały ten zapas i ograniczyć się codzienną zdobyczą. Lecz wkrótce ryby przeszły i mój kosz-pułapka przestał dostarczaćpożywienia.

Znowu wziąłem się do karabina.

VI. Niebezpieczny sąsiad

Polowanie tymczasem stało się milsze i weselsze. Wiosna wszystko ożywiła. Wczesnym rankiem, prawie o świcie, las napełniał się głosami i dźwiękami dziwnymi i niezrozumiałymi dla mieszkańców wielkich, kulturalnych miast. W gęstych gałęziach cedrów głuszec śpiewaswoją krótką i namiętną pieśń miłości i pieśnią tą zachwyca szare kury,biegające pod konarami.

Do tego ptasiego Carusa łatwo się wtedy podkraść na odległośćpewnego strzału. Jeśli kula karabinowa ominie go, śpiewak nie usłyszyhuku wystrzału i będzie ciągnął dalej swą arię trwajacą zaledwie kilkasekund.

Na dużej polanie leśnej walczą zacięcie cietrzewie-koguty, rozpuściwszy czarne wachlarze ogonów o dwóch białych zagiętych piórach, adamy, kręcąc głowami i z ożywieniem plotkując, przyglądają się zapasom, wybierając najdzielniejszych bojowników.

Z daleka echo przynosi głuchy i groźny, lecz zarazem pełny dziwnienamiętnego wołania ryk jelenia, tęskniącego do towarzyszki. W górachrozlegają się krótkie beczenia dzikich kozłów. Pomiędzy krzakami i napolanach skaczą i zabawiają się gonitwą zające, a tuż zaraz przyczajony,zda się wciśnięty do ziemi, czyha na nie rudy lis.

Tylko wilków nie słychać, gdyż w tych leśnych i górzystych miejscowościach nie mają te drapieżniki nic do roboty.

Ale był niedaleko ode mnie inny sąsiad. Ponury, samotny i dziki.Byliśmy wzajemnie dla siebie niebezpieczni i od razu zrozumieliśmy, żejeden z nas musi ustąpić i odejść na zawsze.

Kiedyś, powracając do domu z wielkim głuszcem na plecach, spostrzegłem w krzakach czarną, powoli ruszającą się masę. Zatrzymałemsię i przypatrzywszy się uważnie, zobaczyłem niedźwiedzia, który rozrywał łapami mrowisko i łapczywie zjadał jajka i poczwarki mrówek.Zwęszywszy człowieka, niedźwiedź, głośno i gniewnie sapiąc, szybko sięoddalił, zadziwiwszy mnie swoim biegiem.

Nazajutrz, gdym jeszcze leżał na swoim posłaniu, obudził mnie jakiś szmer za tylną ścianą nory. Ostrożnie wyjrzałem i zobaczyłem swegobrunatnego sąsiada. Stał na tylnych łapach i ze świstem wciągał powietrze, ciekawie i bacznie rozglądając się dokoła; widocznie zastanawiałsię nad kwestią, jaka to istota przejęła obyczaje niedźwiedzie i mieszkałaprzez zimę w barłogu pod korzeniami drzewa.

Krzyknąłem i uderzyłem siekierą w dno mego kotła. Mój wizytatorze wszystkich sił rzucił się do ucieczki i w mgnieniu oka zniknął pośródskał i krzaków.

Jednak ta wizyta nie podobała mi się. Była to jeszcze zbyt wczesna wiosna dla przebudzenia się niedźwiedzia. Stąd wywnioskowałem, że mój sąsiad należał do chorobliwego, bardzo złośliwego typu,,mrówczaków”, typu nienormalnego, nadużywającego wszelkich przepisów niedźwiedziej etykiety. Wiedziałem, że taki samotnik jest zawsze zły i zuchwały, postanowiłem więc należycie przygotować siędo następnego spotkania. Te przygotowania zresztą trwały bardzokrótko. U pięciu kul mego karabina ściąłem wierzchołki niklowe i sfabrykowałem tak zwane „dum-dum” — dostatecznie przekonywującyargument dla intruza. Po herbacie poszedłem na miejsce, gdzie poraz pierwszy spotkałem niedźwiedzia i gdzie spostrzegłem mrowiska.

Obszedłem całą górę, zaglądając do wszystkich wąwozów, lecz nigdzie nie spotkałem misia. Rozczarowany i zmęczony powracałem dodomu i tu nieoczekiwanie natknąłem się na niebezpiecznego sąsiada.Właśnie wychodził z mojej nory, zawzięcie węszył przy ziemi i ciągnąłmój kożuch.

Wystrzeliłem. Kula trafiła zwierzę w bok. Z wściekłym rykiem podniósł się na tylne łapy i ruszył ku mnie. Druga kula strzaskała mu biodro. Niedźwiedź usiadł, lecz natychmiast, ciągnąc za sobą łapę i próbując wstać, znowu szedł na mnie z rykiem. Za trzecim wystrzałem padł,ugodzony w serce.

Mój sąsiad ważył około 200--250 funtów, a był bardzo... smaczny.

Żywiąc się jego mięsem doczekałem czasu, gdy ziemia wyschła,rzeki stały się możliwe do przebycia i gdy nareszcie mogłem ruszyć wstronę siedzib ludzkich drogą, którą wskazał mi Iwan.

Z wielką ostrożnością przyszedłem do małej, zaginionej w lesie wsiSiwkowej i zatrzymałem się u syberyjskiego chłopa Tropowa.

Gdy teraz przypominam sobie wszystko, co zaszło ze mną podczas mego samotnego życia w syberyjskiej tajdze, dochodzę do pewnychwniosków.

W każdym kulturalnym człowieku, wówczas gdy zachodzi konieczność surowej walki o byt, może odbić się pierwotny człowiek-myśliwy i wojownik, który dopomaga mu w walce z naturą. W tymjest przewaga człowieka kulturalnego nad niekulturalnym, który nie posiada dostatecznej wiedzy i siły woli do prowadzenia zwycięskiejwalki. Lecz przyszedłem też do przekonania, że nie ma nic potworniejszego dla człowieka nad całkowite osamotnienie i uświadomieniesobie, że jest zupełnie odcięty od świata, ludzi i warunków normalnego życia. Jeden krok, jedna chwila załamania się woli — a nastąpi ponury szał, który opanuje mózg i doprowadzi człowieka do nieuniknionej zguby.

Przeżyłem straszliwe dni walki z chłodem i głodem, lecz stokrotniestraszniejsza była walka z dręczącymi duszę myślami!

Wspomnienia tych dni wstrząsają mym sercem i mózgiem.

VII.Zuchwały plan

Pobyt mój we wsi Siwkowej nie trwał długo, jednak zdążyłem wyzyskać go jak najlepiej. Najpierw udało mi się posłać godnego zaufaniaczłowieka do miasta, skąd znajomi dostarczyli mi pieniędzy, bieliznę,buty, trochę niezbędnych lekarstw, ubranie, a co najważniejsze fałszywypaszport na inne nazwisko, które pozwoliło mi osobiście umrzeć dla bolszewików; po wtóre zdążyłem, w mniej lub więcej spokojnej atmosferze,w gościnnym domu Tropowa, ułożyć plan mojej dalszej włóczęgi.

Do Siwkowej doszły wiadomości, że wkrótce po spłynięciu lodu naJeniseju, mają tu zjechać bolszewiccy urzędnicy w celu zarekwirowaniabydła u włościan dla czerwonej armii. Zostawać tu było niepodobieństwem, więc oczekiwałem tylko chwili, gdy Jenisej skruszy i zaniesie dooceanu swoje kajdany lodowe i gdy można będzie popłynąć czółnem.

Wyleczyłem z tyfusu plamistego jednego z miejscowych chłopówi ten podjął się odwieźć mnie o 90 kilometrów na południe do jakiejśporzuconej od dawna kopalni złota.

W różnych miejscach Jeniseju lód już popękał, lecz rzeka była jeszcze prawie cała pod potężną korą lodową. Pewnego poranku usłyszałem ogłuszający huk lodu i szum wyrywającej się z uwięzi wody.Wybiegłem na brzeg Jeniseju i ujrzałem groźny, lecz wspaniały obrazwalki żywiołów.

Jenisej pod parciem dawno już płynącego od południa lodu, poczynił z niego w kilku miejscach olbrzymie tamy, które podniosły poziomwody w łożysku pośród skał. Teraz woda zrywała te tamy z hukiemi trzaskiem i wlokła całe pola lodowe na północ, ku Oceanowi Lodowatemu.

Jenisej, „ojciec Jenisej”, jest jedną z największych i najdłuższychrzek Azji, bardzo głęboką, lecz ściśniętą w całej środkowej części łożyska wysokimi, skalistymi brzegami. Olbrzymi potok wody unosił terazcałe mile pól lodowych, krusząc je na wystających z wody skałach, lubkręcąc z gniewnym szumem i pluskiem wielkie kry około przylądków,wrzynających się daleko do rzeki; płynęły czarne drogi, które ciągnęłysię wzdłuż zamarzniętej rzeki, wybudowane na lodzie szałasy dla podróżników, jadących z towarami z Minusińska do Krasnojarska.

Czasami rzeka stawała i wtedy gromadziły się stosy kry, tworzącwały i ściany, co chwila opadające i znowu wznoszące się do góry. Wodawzbierała coraz wyżej i wyżej, znosząc całe warstwy ziemi wraz z drzewami i krzakami, zrzucając do rzeki wielkie odłamy skał i pozostawiającna brzegu olbrzymie tafle niebieskiego lodu. Pod parciem wody tamy tepadały z łoskotem, a kra mknęła z podwójną szybkością, rozpryskującsię i łamiąc z brzękiem tłuczonego szkła.

Na zakrętach rzeki i koło skał panował chaos, przejmujący zgrozą.Grube tafle i odłamy lodu, wyrzucane w powietrze, waliły o skały, odrywały kamienie i drzewa, tworzyły pasma gór lodowych ciągnące sięna dziesiątki kilometrów. Trwały one do lata, póki ich słońce nie roztopiło.

Obserwując ruch lodów, nie mogłem bez przerażenia i wstrząsupatrzeć na ofiary, które niósł groźny Jenisej. Były to ciała ludzi, straconych przez minusińską „czeka”: oficerów, żołnierzy i kozaków rozproszonej armii nieszczęśliwego adm. Kołczaka. Setki tych trupów, możetysiące, z odrąbanymi głowami i rękami, z oszpeconymi twarzami i ciałami, na pół spalone, z wyciętymi na piersiach i nogach kawałami skóry,z wykłutymi oczami i zdruzgotanymi głowami — płynęły na kawałachkry, szukając dla siebie mogiły lub obracając się w szalonych wirach pomiędzy lodowymi bryłami. Kra miotała nimi, druzgotała je, rozcierałana miazgę, rozrywała na kawały i wyrzucała na płaskie wyspy rzecznei na mielizny około brzegów. Kierując się wzdłuż Jeniseju, ciągle spotykałem gnijące trupy ludzkie i końskie, szarpane przez drapieżne ptakii zdziczałe psy. W jednym miejscu widziałem na brzegu 300 trupów końskich, wyrzuconych przez rzekę, a dalej w krzakach wikliny znalazłem70 ludzkich ciał, czyli raczej części ciał. Mdły, słodkawy zapach gnijącego mięsa płynął z wiatrem, a nad tą ponurą miejscowością krążyłysępy i kruki, przeraźliwie kraczące.

Nareszcie Jenisej przerwał lodowe więzy i przede mną mknął wezbrany potworny potok mętnej, wirującej wody, unosząc na północ dooceanu resztki kry, porwane drzewa i trupy... trupy.

Wynajęty przeze mnie chłop z pomocą swego syna wsadził mniedo czółenka wypalonego z pnia cedrowego, złożył mój skromny mająteki odpychając się długimi drągami, płynęliśmy przeciw prądowi, trzymając się brzegu.

Ciężka to była praca! Trzeba było wiosłować około wystającychskał, walcząc z szalenie wartkim prądem. Przy samych skałach wszyscytrzej czepialiśmy się rękami kamieni i wytężając siły, pchaliśmy czółnonaprzód. Lecz dla przepłynięcia kilku metrów traciliśmy bardzo dużo czasu, walcząc o każdy centymetr mknącego na nas i porywającego nasza sobą prądu.

Tak płynęliśmy trzy dni, aż dotarliśmy do celu naszej podróży — dood dawna porzuconej kopalni złota. Tam pomieszkałem dwa tygodniew rodzinie stróża. Biedacy przymierali z głodu, a więc w niczym niemogli być mi pomocni. Karabin jeszcze raz stał się moim opiekunem,dostarczając żywności i dla mnie, i dla moich gospodarzy.

Pewnego razu przyjechał jakiś technik. Ja już się nie ukrywałem,gdyż życie leśne nadało mi taki wygląd, że nikt poznać mnie nie mógł.Łatwo mogłem uchodzić za zwykłego myśliwego sybirskiego, za jakiegosię też podawałem. Jednakże nasz gość był człowiekiem badawczymi przenikliwym. Od razu odgadł moje incognito, które zresztą nie bardzo starałem się zachować, gdyż zrozumiałem, że nie jest bolszewikiem.Tak też było. Mieliśmy wspólnych znajomych i jednakowe poglądy nasprawy. Przy tym okazało się, że jest to Polak, agronom z zawodu.Mieszkał w jakiejś ustronnej wsi, kierując robotami górniczymi, unikałpodróży do miasta, starając się, żeby o nim zapomniały władze.

Postanowiłem razem z nim uciekać z Rosji. Dawno już ułożyłemplan ucieczki. Znając geografię Syberii, po której dużo podróżowałem,doszedłem do wniosku, że mamy jedyną drogę ratunku — przez półzależny od Rosji i Chin kraj Urianchajski, a więc przez źródła rzeki Jenisejdo Mongolii i dalej na wschód do Pacyfiku. Podczas rządów Kołczakaprojektowałem wyprawę naukową do Mongolii, więc starannie wystudiowałem literaturę i mapy tego kraju, do którego należy i Urianchaj.

Postanowiliśmy obecnie urzeczywistnić zuchwały plan przedostaniasię przez sowiecką Syberię.

VIII.Przez południową Syberię

Po kilku dniach jechaliśmy już konno przez lasy lewego brzegu Jeniseju na południe, starając się omijać wsie i osady i nie pozostawiając zasobą żadnych śladów. Zresztą należy zaznaczyć, że gdy wypadało namzatrzymać się u chłopów, ci przyjmowali nas bardzo gościnnie i chociażnie znali nas, otwarcie wypowiadali swą nienawiść do bolszewików-komunistów, obdzierających włościan.

W jednej wsi powiedzieli nam, że od strony Minusińska dąży doKrasnojarska znaczny oddział „czerwonych”, wysłanych dla wyłapywania „białych”. Odjechaliśmy dalej od brzegu Jeniseju i tak zwanejAczyńskiej drogi, zapadliśmy w lasy, gdzie przesiedzieliśmy do sierpnia,ponieważ przez całe lato bolszewickie oddziały karne wałęsały się poborach, tropiąc i zabijając bezbronnych, prawie nieodzianych oficerówi kozaków byłej armii Kołczaka, którzy ukrywali się w lasach od niechybnej śmierci z rąk sowieckich katów. Później, na jesieni, przechodzącprzez te miejsca, natrafiliśmy na niewielką polanę, gdzie na otaczającychją drzewach wisiało 28 oficerów z wyciętymi gwiazdami na piersiach.Wiedzieliśmy dobrze, że taki sam los spotkałby i nas, gdybyśmy wpadliw ręce tej „najbardziej postępowej” demokracji na świecie.

Przysięgaliśmy więc sobie, że żywymi nas bolszewicy nie wezmą.Posuwając się na południe, spotykaliśmy ludność coraz bardziej wrogądla bolszewików, gdyż był to kraj starych syberyjskich osadników i kozaków.

Wreszcie z lasów wynurzyliśmy się na bezgraniczną płaszczyznęCzułym-Minusińskich stepów, przeciętych czerwonymi grzbietami Kizył-Kaja i wielkimi słonymi jeziorami: Szyro, Szunet, Forpost i innymi.

Jest to kraina mogił, jedno olbrzymie, historyczne cmentarzysko.Narody, plemiona, szczepy ciągnęły tymi stepami, zatrzymując się tutaj na czas dłuższy lub przemijając, jak widma nocne i pozostawiającpo sobie mogiły, kurhany, monolity. Tysiące wielkich i małych dolmenów — mogił dawnych właścicieli tych stepów, majestatyczne kurhanyz kamieni i czaszek ludzkich, wykute na skałach znaki, które stawiałniegdyś Wielki Mongoł Dżengiz, a po nim Ugedej, straszliwy bicz Boży,ciągnęły się z południa na północ nieskończonym szlakiem.

Teraz tu panami byli Tatarzy szczepu abakańskiego, bogaci, gościnni i kulturalni. Obecnie przed nawałnicą bolszewicką wynieśli siędo Urianchaju, Mongolii, nawet do Tybetu, a w pozostałych tkwiłagłęboka nienawiść do znęcających się nad nimi komunistów. Przy tymzmartwychwstała w nich, zdawało się, przed wiekami zgasła idea Dżengiz-Chana o zwalczeniu kultury Zachodu i o utworzeniu nowego prawa,kierowanego i ustalonego przez naukę mędrca Buddhy, prawa szlachetnego i wzniosłego ducha ludzkiego. Nieraz pastuchy tatarscy, siedzącprzy ognisku, na pół śpiewali, na pół opowiadali legendy o wielkim Mongole, o jego synu Kubłaj-Chanie, o krwawym Tamerlanie, o szlachetnym, promiennym Baber-Sułtanie i o nieszczęśliwym Amursan-Chanie.

Czułym-Minusińskie stepy od dawna stały się takim miejscemciągłych potyczek, mniejszych i większych walk pomiędzy Tataramii „oswobodzonymi” Rosjanami, jakimi niegdyś w Rzeczypospolitej Polskiej były słynne Dzikie Pola, tylko rolę „dziczy krwawej” wzięli nasiebie „obrońcy rewolucji i wolności” — rosyjskie bandy bolszewickie.

Tatarzy przyjmowali nas uprzejmie, karmili i dawali nam przewodników, czyniąc dla nas wywiady, abyśmy nie trafili na jaki czerwonypatrol. Otwarcie mówiliśmy, że uciekamy z Rosji do naszej ojczyzny,która jest też ojczyzną dla wielu Tatarów, obywateli wolnej Polski. Ponieważ mieliśmy od Tatarów adresy pewnych osób i listy ochronne,nasza podróż przez stepy odbyła się bardzo szczęśliwie.

Po kilku dniach z wysokiego brzegu Jeniseju zobaczyliśmy płynącyz Krasnojarska do Minusińskastatek „Orzeł”, wiozący czerwonych żołnierzy, a w kilka godzin później — ujście rzeki Tuby, przeciw prądowiktórej musieliśmy się posuwać, dążąc ku górom Sajańskim, stanowiącym granicę północnej prowincji Mongolii — naszej „ziemi obiecanej” Urianchaju.

Uważaliśmy część drogi, biegnącą brzegami Tuby, a dalej — wzdłużdopływu rzeki Amył, za najniebezpieczniejszą, gdyż doliny tych rzeksą bardzo zaludnione, sąsiedztwo zaś z komunistycznym Minusińskiemzdemoralizowało do szczętu ludność miejscową, która chętnie wstępowała do czerwonych partyzanckich oddziałów bandytów: Szczecinkina iKrawczenki.

Tatarzy wpław przeprowadzili nocą nasze konie na przeciwległybrzeg Jeniseju, a potem przysłali po nas kozaka, który czółnem przewiózł nas ze szczupłymi bagażami. O świcie byliśmy już w gęstych zaroślach na małej wysepce w ujściu Tuby i rozkoszowaliśmy się słodkimii aromatycznymi jagodami czeremchy i czarnych porzeczek, rosnącychw wielkich ilościach.

IX.Trzy dni nad przepaścią

Zaopatrzeni w fałszywe dokumenty posuwaliśmy się brzegiemTuby. Co 15--20 kilometrów natrafialiśmy na duże, po 100--400 domówliczące sioła, rządzone przez miejscowe sowiety, kierowane rozkazamisowietu i „czeki” z Minusińska. Wszędzie spotykaliśmy sowieckich wywiadowców i szpiegów, lecz ratowały nas dotychczas nasze dobrze sfabrykowane paszporty techników, delegowanych do robót budowlanych.

Ominąć tych siół niepodobna było z dwóch przyczyn. Najpierw nasze usiłowania, by ominąć siedziby ludzkie, przy ciągłych spotkaniach zchłopami w drodze, wzbudziły całkiem zrozumiałe podejrzenia; niezawodnie bardzo prędko aresztowałby nas jakiś najbliższy sowiet i odstawił do minusińskiej „czeki”, która by naturalnie znalazła dla nas miejsce w Jeniseju; po wtóre — dokument mego towarzysza dawał prawodo wynajęcia rządowego wozu o dwóch koniach dla celów służbowych.Wobec tego musieliśmy odwiedzać miejscowe sowiety i zmieniać konie.Swoje wierzchowce oddaliśmy kozakowi, który przewiózł nas przez Jenisej, a później odstawił do najbliższego sioła, gdzie dostaliśmy pierwszerządowe konie pocztowe.

Wspominając drogę po Tubie, muszę zaznaczyć, że z małymi wyjątkami wszyscy chłopi byli bardzo wrogo usposobieni do bolszewikówi słysząc od nas chłodne lub krytyczne uwagi o sowietach, starannie namdopomagali; szczególnie dawało się to odczuwać w domach sektantówi kozaków. Odpłacaliśmy za gościnność leczeniem chorych i radami gospodarczymi. Spotkaliśmy kilka wsi komunistycznych, których ludnośćbyła jednak niesyberyjskiego pochodzenia. Byli to nowi osadnicy, przysłani jeszcze za czasów imperium z Ukrainy — pijani, leniwi, tępi i mściwichłopi, których rdzenni Sybiracy nienawidzą, nazywając ich „szpana”,co znaczy — szumowiny, wyrzutki.

Bardzo szybko nauczyliśmy się odróżniać wsie komunistyczne odniekomunistycznych.

Gdy wjeżdżaliśmy do wsi, pobrzękując dzwoneczkami uprzęży końskiej, a siedzący przed domostwami starcy powoli wstawali i kryli sie za wrotami, mrucząc:

— Znowu jakichś diabłów „towarzyszy” przyniosło licho! — wtedywiedzieliśmy, że jesteśmy wśród prawdziwych, uczciwych, wolnych Sybiraków. Lecz gdy w innej wsi chłopi obstępowali nas, zarzucając pytaniami:

— Skąd, towarzysze? Po co, towarzysze? Czy to przypadkiem nietowarzysz-komisarz? — wtedy mieliśmy się na baczności i byliśmy bardzooględni w słowach i czynach.

Spotykaliśmy również wsie i sioła, których ludność prawie zupełnie wymarła na tyfus plamisty. Zresztą wszędzie ta straszliwa epidemia,która dotarła aż pod grzbiet Sajanów, zdziesiątkowała ludność wsi syberyjskich wzdłuż całego systemu rzeki Jenisiej. Żyzne łany czarnoziemuleżały odłogiem, bo nie starczyło ludzi dla uprawy roli; zresztą nie byłojuż koni i bydła, gdyż komuniści zarekwirowali całą chudobę konserwatywnego i bogatego chłopstwa syberyjskiego, oszczędzając tylko leniwych i występnych osadników, przybyłych z Rosji europejskiej lub zUkrainy.

Bardzo przykre chwile przeżyliśmy w wielkim siole Karatuz. Jestto raczej miasto niż sioło. Tu przed okresem bolszewizmu istniały dwagimnazja, a ludność sięgała 25 000 mieszkańców. Karatuz to stolica kozaków jenisejskich, miasto bogate i wesołe. Obecnie zmieniło się nie dopoznania. Chłopi z Rosji i Ukrainy, uzbrojeni i pobudzeni przez agentów bolszewickich, wycięli ludność kozaczą, rozgrabili wszystkie domy;stały teraz popalone, z wybitymi oknami, ze śladami kul w murach i w dachach.

Gdy przyjechaliśmy do sowietu, aby zmienić konie, otoczyła nasgromada bardzo podejrzanych drabów. Okazało się, że trafiliśmy naposiedzenie wysokich komisarzy, przybyłych tu dla jakiejś sprawy z minusińskiej „czeki”.

Draby zaczęły nas indagować i żądać pokazania dokumentów. Niemieliśmy bynajmniej pewności, że nasze papiery wywrą pożądane wrażenie, więc staraliśmy się uniknąć rewizji paszportów.

Mój towarzysz — agronom powiedział mi później:

— Co za szczęście, że u bolszewików wczorajszy nieudolny szewcpiastuje urząd gubernatora, a uczeni ludzie tymczasem zamiatają ulicelub czyszczą stajnie czerwonej kawalerii! Z bolszewikami, bądź co bądź,można się dogadać, ponieważ oni nie odróżniają „dyzenfekcji” od „influency” i „antracytu” od „apendicitis”. W nich można wszystko wmówić,dopóki nie wypuszczą kuli z rewolweru...

Rzeczywiście, udało się wmówić w komisarzy „czeki” wszystko, couważaliśmy za potrzebne. A więc kreśliliśmy im wspaniały obraz przyszłego rozwoju kraju, gdy wybudujemy szosy i mosty, które dadzą możność eksportowania lasu, wełny i skór z Urianchaju, rud, nafty i złota z Sajanów, bydła — z Mongolii, drogich futer z lasów rosnących u źródełJeniseju...

Nasza „oda” trwała około godziny, lecz triumf po niej był zupełny,gdyż „czekiści”, zapomniawszy już o dokumentach, sami przenosili nasze rzeczy na nowy wóz i życzyli nam powodzenia na chwałę rządusowieckiego.

To było ostatnie nasze zajście w granicach Rosji.

Po przebyciu doliny rzeki Amył szczęście nam sprzyjało. Spotkaliśmy na promie za Karatuzem starszego dozorcę milicji; który wiózłze sobą kilka karabinów i magazynkowych rewolwerów Mauzera. Byłyone przeznaczone dla oczekiwanej wyprawy milicji w głąb Urianchu wcelu pościgu za jakimś kozackim oficerem, „katem wolnego, rewolucyjnego ludu”, jak go nazwał nasz nowy znajomy. Nowina ta była dla nas bardzo ważna, gdyż łatwo moglibyśmy się spotkać z tym oddziałem, anie mieliśmy pewności, czy oda o szosach i mostach po raz drugi będziemiała magiczny wpływ na tych bandytów. Ostrożnie wybadawszy dozorcę, ustaliliśmy drogę, którą miała wyruszyć ekspedycja. W ostatniejwsi rosyjskiej na pograniczu Urianchaju zatrzymaliśmy się w jednymdomu z dozorcą, czekając na zmianę koni. Podczas przekładania rzeczyzauważyłem nagle zachwycony, wniebowzięty wzrok dozorcy, zwróconyw stronę mojego tobołka.

— Co się wam tak podoba? — spytałem.

— Spodnie... — wyszeptał przedstawiciel milicji sowieckiej — spodnie!

Istotnie, otrzymałem od swoich przyjaciół zupełnie nowe spodnie zczarnego, grubego sukna, bardzo dobre do konnej jazdy. W tej własnieczęści mojej garderoby utkwił oczy milicjant.

— A czyż wy nie macie zapasowych spodni? — spytałem go, planującmoralny atak na zachwyconego dozorcę.

— Nie! — odparł ze smutkiem w głosie. — Sowiety nie dają. Sami,powiadają, bez spodni chodzimy. A moje tymczasem zupełnie się zniszczyły. Spójrzcie no sami!

Mówiąc to, odchylił połę swego kożucha i ukazał mi spodnie, któreprzypominały raczej sieć na grube ryby. Dziwiłem się, jakim sposobembiedaczysko mógł się w nich utrzymać.

— Sprzedajcie... — z prośbą w głosie odezwał się po chwili milicjant.

— Nie mogę, sam potrzebuję! — odparłem stanowczo.

Namyśliwszy się trochę, zbliżył się do mnie i szepnął:

— Pójdziemy na dwór, pomówimy! Tu niedogodne miejsce...

Wyszliśmy.

— Słuchajcie! — zaczął. — Jedziecie do Urianchaju! Tam nasze sowieckie pieniądze nic nie są warte, za nie nic nie kupicie. A jest tam cokupić! Sobole, lisy, gronostaje, złoto także można tanio nabyć w zamianza jakąś drobnostkę. Tam wszystko można dostać za karabiny i naboje.Macie ze sobą tylko jeden karabin. Ja wam dam jeszcze jeden i 100naboi do niego, a wy mnie... spodnie. Co? dobrze?

— Nam nie trzeba broni, nas chronią nasze dokumenty! — niby nie rozumiejąc, o co chodzi, odpowiedziałem spokojnie.

— Ale nie! — żywo odezwał się milicjant. — W Urianchaju zamieniciekarabin na futra, albo na złoto. Oddam wam karabin na zawsze, nawieczną własność. Rozumiecie?

— A! Teraz rozumiem — rzekłem. — Ale w takim razie tego małoza spodnie. Spodni i do tego takich wspaniałych nigdzie w Rosji nieznajdziecie. Cała Rosja chodzi obecnie bez spodni. A za karabiny dadząmi jedną skórkę sobola. Co ja będę z nią robił?

Słowo po słowie dopiąłem swego. Nowy znajomy otrzymał mojespodnie, a ja karabin ze 100 nabojami i dwa mauzerowskie pistolety z80 nabojami. Od tej chwili byliśmy uzbrojeni i mogliśmy stawić poważnyopór w razie przygody. Nadto szczęśliwy posiadacz nowych spodni wydał nam rządowe poświadczenie na prawo posiadania broni.

W ten sposób prawo i siła były po naszej stronie.

Dozorca dopomógł nam nabyć we wsi od bogatego chłopa trzykonie, dwa pod siodło i jednego pod toboły, wynająć przewodnika, którybył prawnukiem zesłańca, Polaka, hr. Przeździeckiego, kupić sucharów,mięsa, soli i masła.

Wypocząwszy jeden dzień, ruszyliśmy w stronę źródeł Amyłu, kierując się ku Sajanom, za którymi już nie mogliśmy spotkać „czerwonych”, ani głupich, ani mądrych...

Trzy dni zabrała nam droga od ujścia Tuby do tej ostatniej granicznej wsi rosyjskiej. Trzy dni ciągłego poczucia bezprawia, bezpośredniegoniebezpieczeństwa i bliskiej, głupiej śmierci z rąk oszalałej dziczy.

Wielka siła woli, panowanie nad wrażeniami, zimna krew i upórw dążeniu do celu dopomogły nam szczęśliwie ominąć niebezpieczeństwa i nie stoczyć się w przepaść, na dnie której leżały już setki ludzi, pragnących wykonać to, co nam się udało. Czy naszym nieszczęśliwym poprzednikom nie starczyło wytrwałości i pomysłowości, czy,być może, nie umieli oni układać ody na cześć przyszłych mostów, szosi kopalń, czy też po prostu nie mieli z sobą... dobrych, zbywającychspodni?

Nie można pominąć jednego bardzo ciekawego zjawiska historycznego, które rzuciło się nam w oczy podczas podróży brzegami Jeniseju, Tuby i Amyłu. Prawym brzegiem Jeniseju, oraz brzegami Tuby i Amyłu, ukryty w gęstych krzakach i leśnych zaroślach ciągnie sięnieskończenie długi szlak nieznanych mogił. Chłopi syberyjscy nazywali je „czudzkimi mogiłami”, czyli mogiłami nieznanych ludzi. Szlakten dochodzi aż do Krasnojarska, niektórzy zaś badacze znaleźli tesame mogiły aż na brzegach Oceanu Lodowatego. Drogi, którymi ciągną się mogiły, topografia miejscowości, a później poczynione przez archeologów badania dowiodły, że jakieś plemię mongolskie szło niegdyś od południa ku północy lewym brzegiem Jeniseju, kryjąc się w lasach w obawie przed napadami tubylców-koczowników i pozostawiając po sobie mogiły. Umierali ci przybysze z ręki Tatarów, koczujących w stepach Minurskich i Czułymskich, umierali z głodu i chorób, z wyczerpania, od zbyt surowego dla nich klimatu stepów. Z resztek sprzętów i ubrań, znalezionych w mogiłach, można było sądzić,że nie było to plemię wojownicze, lecz plemię myśliwych i hodowców bydła.

Skąd wędrowało ono i dokąd? Na to pytanie uczeni rosyjscy odpowiedzi nie dawali, gdyż badali mogiły leżące na przestrzeni od Minusińska do Krasnojarska, nie troszcząc się o poznanie geografii tegozjawiska. A tymczasem geografia i legendy mongolskie rzucają jaskraweświatło na pochodzenie „czudzkich mogił”.

Wielki Mongoł, Dżengiz-Chan, ruszył na czele hord azjatyckichdo Europy. Droga jednej części jego konnej armii przechodziła przezUrianchaj. Czy sam Dżengiz szedł tamtędy, czy któryś z jego wodzów— nie wiadomo i różnie o tym mówią legendy i kroniki mongolskie.Jednakże wiadomo, że mongolscy wodzowie, zachwyceni celnością łuczników urianchajskich, oraz niezwykłą wytrwałością tych niezrównanychjeźdźców, postanowili zaciągnąć ich do swoich szeregów. Urianchowiejednak odmówili posłuszeństwa, wręcz oświadczywszy, że ich kraj jest,,krajem odwiecznego pokoju” i że ich wiara zabrania przelewu krwi,,ptasiej, rybiej i ludzkiej”.

Nie pomogły groźby i surowe kary, podczas których na rzece Dżabartaszu zginęło 300 wybitniejszych ludzi ze starszyzny tubylczej. Podnaciskiem hord Dżengiz-Chanowych Urianchowie zaczęli porzucać ojczyznę, wyruszając na wygnanie dwiema drogami: Kiemczykiem na południe, gdzie weszli do obecnego obwodu kobdoskiego i zatracili mowęi wiarę przodków, Amyłem i Tubą na Jenisej i dalej na północ. RzeceTubie nadali swoje stare historyczne imię „Tubów”, szczepu, który pochodził od Tatarów-Ujgurów, twórców największego na świecie imperium koczującego. Z tych północnych wygnańców nikt już nigdy nie powrócił do pięknego Urianchaju, a kości ich leżą w tajemniczych „czudzkich” mogiłach, w tych śladach wielkiej tragedii dziejowej, która sięzakończyła w wieku XIII.

Obecni tubylcy Urianchaju, Sojoci, przechowali pamięć o przodkach, którzy uchodzili przed „demonem wojny”, Dżengizem, wierniprzepisom starej wiary i moralności, kwitnącej w „kraju odwiecznegopokoju”.

X.Do Sajanów — do wybawienia!

Dziewicze lasy ogarnęły nas, pochłonęły. Pośród wysokiej trawyi żółkniejących krzaków wije się ledwie dostrzegalna ścieżka.

To od dawna porzucona „stara amyłska droga”, którą przed 35laty wożono mąkę i sól, maszyny i robotników do licznych kopalń złota,porozrzucanych w systemie rzeki Amył. Ścieżka ta zbliża się do samegobrzegu wartkiego Amyłu, to znika w lesie.

Wyprowadza nas ona na błotnistą równinę z ukrytymi pośród wysokiej trawy topieliskami, do gęstych zarośli, na szczyty gór, na obszerne łąki i do gęstych lasów.

Nasz przewodnik, potomek hr. Przeździeckich, o których doskonalepamięta i którymi się szczyci, chociaż już się nazywa „Preżdzieckij”, widocznie rozumie nasz istotny plan i od czasu do czasu, z trwogą patrząc na ziemię, mówi:

— Przejechało trzech jeźdźców... Konie podkute... Widocznie żołnierze...

— Wkrótce jednak uspokaja się, ponieważ widzi, że ślady poszły gdzieś w bok, a później zawróciły.

— Dalej nie pojechali! — oznajmia nam Przeździecki, chytrze sięuśmiechając.

— Szkoda! — mówimy mu. — W towarzystwie podróż byłaby weselsza.

Lecz chłop głaszcze swoją powichrzoną brodę i śmieje się. Widocznie nie wierzy nam.

Pojechaliśmy przez kopalnię złota, w nowych czasach urządzonąprzez Amerykanów według przepisów współczesnej techniki. Bolszewicyzrabowali to przedsiębiorstwo, wywieźli złoto, zapasy i nawet niektóreczęści budynków, pozostawiając kopalnię prawie zrujnowaną, głuchąi nieczynną.

Niby sztandar sowieckiej Rosji, na pagórku stała spalona cerkiewze zdartą dachówką i krzyżem zrzuconym.

Głodna rodzina stróża pędzi tu samotne i smutne życie, narażonana stałe niebezpieczeństwo. W okolicznych lasach błąkają się bandyczerwonych partyzantów, rabują i zabijają. Czasami zatrzymują się dłużej w tych kopalniach, które niegdyś słynęły z obfitości złota, przemywają piasek i po zdobyciu niewielkiej ilości metalu jadą dalej, przepijając go w jakiejś odosobnionej wiosce, gdzie chłopi fabrykują spirytus zjagód i ziemniaków, sprzedając mętny, trujący napój na wagę złota.

Te uzbrojone bandy rozbójnicze, nie podlegające żadnym prawom,są bardzo niebezpieczne. Spotkanie z nimi grozi śmiercią.

W trzy dni dojechaliśmy do przejścia górskiego Czokur, prowadzącego przez główny grzbiet Sajanów, przedostaliśmy się na przeciwległybrzeg rzeki Ałgiak i od tej chwili byliśmy już w granicach Urianchaju.

Ten kraj, zadziwiający bogactwem, zaludniony przez 60 000 wymierających Sojotów, mówiących językiem mongolskich szczepów i szczycących się tym, że przez długie wieki przechowywali ideały odwiecznego pokoju, stał się celem zakusów władz administracyjnych rosyjskich, mongolskich i rechińskich. Sąsiedzi dawno rządzą się jak szat gęsiw Urianchaju, Sojoci zaś spokojnie płacą podatki wszystkim trzem.

Łatwo więc zrozumieć, dlaczego ta „zagranica” nie mogła jeszczebyć dla nas portem zbawienia.

Słyszeliśmy już przedtem od dozorcy milicji o projektowanej wyprawie do Urianchaju, a od Rosjan przebywających tu dowiedzieliśmy się, że niektóre wsie ukraińskie na Małym Jeniseju (czyli Khua-Kem) sformowały oddziały partyzanckie, obsadzając południową granicę kraju, grabiąc i zabijając podróżnych. Przed kilku tygodniami partyzanci zabili sześćdziesięciu dwóch oficerów, przekradających się doMongolii, zrabowali i zabili kupców chińskich, prowadzących z sobąkarawanę z towarami, zabili kilku niemieckich jeńców wojennych, zmykających z sowieckiego „raju”.

Możliwość spotkania tych bandytów nie wróżyła nam nic dobrego.Należało się mieć stale na baczności.

Po czterech dniach drogi dostaliśmy się na błotnistą dolinę, gdziepośród młodego lasu stała samotna osada kolonisty rosyjskiego. Tu odprawiliśmy naszego przewodnika, który obawiał się, że śnieg pokryjeprzejście przez Sajany, a wtedy do lata musiałby wyczekiwać sposobności powrotu do domu.

Dalej do rzeki Sejbi miał nas przeprowadzić właściciel osady, namówiony przez naszego przewodnika.

Konie nasze były zmęczone i chcąc nie chcąc trzeba było dać imwypoczynek i trochę je odżywić. Postanowiliśmy spędzić tu cały dzień,a może nawet i dwa.

Nazajutrz przewodnik odjechał, życząc nam pomyślności i zdrowia.

Nie minęła godzina, gdy mała córeczka naszego gospodarza klasnęła w dłonie i zawołała.

— Sojoci przyjechali.

Do izby jeden po drugim weszło czterech Sojotów w filcowych kołpakach i ze strzelbami w ręku.

— Mende (bądźcie pozdrowieni!) — powitali nas przybysze i zaczęlibez ceremonii uważnie oglądać nas ze wszystkich stron.

Byłem przekonany, że żaden ćwiek w naszych butach, żaden guzikubrania nie uszedł ich badawczego wzroku. Potem jeden z nich, którybył miejscowym naczelnikiem okręgowym, czyli merinem, zaczął naswypytywać przez kolonistę o nasze przekonania polityczne i moralne.Posłyszawszy nasz sąd o bolszewikach, wydawał się zadowolony i uspokojony, gdyż rzekł:

— Wy — dobrzy ludzie!... Nie lubicie „ułanów” (ułan po sojocku — czerwony). My wam pomożemy...

Podziękowałem merinowi i podarowałem mu gruby sznur jedwabny,którym zwykle przepasywałem bluzę. Wieczorem Sojoci odjechali, leczobiecali powrócić nad ranem.

Nadszedł wieczór. Poszliśmy spojrzeć na nasze wychudłe szkapy,łapczywie skubiące brunatną, lecz pożywną trawę na łące za osadą.Wkrótce powróciliśmy do izby, gdzie gospodarz przyrządził już herbatęi kolację.

Rozmawialiśmy wesoło i swobodnie z rodziną gospodarza, gdy nagle rozległy się szczękania podków, głuche głosy ludzi i po chwili do izby jeden po drugim weszło pięciu chłopców z karabinami w ręku i z szablami przy boku. Coś zimnego i łechcącego podstąpiło do gardła aserce zaczęło tętnić.

Od razu poznaliśmy w przybyłych czerwonych żołnierzy.

Na futrzanych czapkach mieli czerwone gwiazdy, a na rękawachtakież opaski.

Byli to ludzie z oddziału karnego, ścigającego oficera kozackiego, októrym nam opowiadał dozorca milicji.

Podejrzliwie nas oglądając, zaczęli się rozbierać i w milczeniu usiedliprzy stole. Wszczęliśmy rozmowę pierwsi, niby od niechcenia objaśniająccel naszej ekspedycji „budowy mostów i szos” i ostrożnie wypytującprzybyszów. Dowiedzieliśmy się, że wkrótce tu nadciągnie z siedmiujeźdźcami dowódca oddziału, który ma rozkaz dla właściciela osady,aby ten przeprowadził ich na Sejbi, gdzie się ukrywa ścigany kozak.

Natychmiast z radością w głosie zawołałem, że nasze sprawy układają się bardzo szczęśliwie, gdyż możemy jechać razem.

Na to jeden z żołnierzy zagadkowym głosem zauważył:

— Wszystko rozstrzygnie towarzysz-oficer...

W tej chwili wszedł nasz przyjaciel, sojocki merin. W ten sam sposób, jak nam w dzień, zaczął się przyglądać bacznie przyjezdnym, apotem ponurym głosem zapytał:

— Jakim prawem zabraliście Sojotowi dobrego konia, pozostawiąjącmu chorego i słabego?

Żołnierze wybuchnęli śmiechem.

— Pamiętajcie, że jesteście w obcej ziemi, gdzie są inne prawa i obyczaje! — rzekł merin, a w jego głosie brzmiała groźba.

— Stul gębę i wynoś się do diabła! — krzyknął jeden z bolszewików.

Lecz Sojot zupełnie spokojnie usiadł przy stole, a gospodyni niezwłocznie przysunęła mu kawał chleba i duży kubek herbaty, wypaliłdługą i cienką fajkę, wstał i rzekł, nie zwracając się do nikogo:

— Jeżeli jutro rano koń nie będzie zwrócony właścicielowi, sami goodbierzemy.

Odwrócił się i spokojnie opuścił izbę.

Natychmiast zauważyłem wyraźną trwogę na twarzach bandytówsowieckich. Starszy żołnierz rozstawił patrole dokoła osady i wszyscy,spuściwszy głowy, siedzieli w przykrym zamyśleniu.

Późno w nocy przyjechał oficer z siedmiu jeźdźcami. Po raporciestarszego żołnierza o zajściu z merinem oficer zachmurzył czoło i rzekłgłosem zdradzającym niepokój:

— Źle... źle! Musimy przedzierać się przez takie topielisko, a tu ci zakażdym krzakiem i kamieniem będą czyhali Sojoci. Oj, źle, towarzysze...

Oficer coraz bardziej trwożył się i pochmurniał i dlatego nie zwracałzbytnio uwagi na nas, tym bardziej, że zacząłem go uspokajać i obiecałem pośrednictwo pomiędzy oddziałem a Sojotami. Był to niepiśmienny,ponury chłop ukraiński, który chciał się odznaczyć przed sowietami ujęciem znienawidzonego kozaka, lecz obawiał się, że Sojoci przeszkodząmu w szybkim dotarciu do rzeki Sejbi.

O świcie byliśmy już na koniach, jadąc razem z czerwonymi zbójcami. Gdy odjechaliśmy kilkanaście kilometrów, niespodziewanie z krzaków wynurzyło się dwóch jeźdźców sojockich. Za plecami mieli swe dziwaczne strzelby skałkowe o malutkiej płaskiej kolbie z widełkami dlaoparcia o ziemię przy strzale, który nigdy nie chybia celu.

— Poczekajcie! — rzekłem, zatrzymując oficera. — Pojadę rozmówićsię z Sojotami.

Szybko popędziłem naprzód. Jeden z Sojotów był to merin — drugi— nieznajomy tubylec, mówiący łamanym językiem rosyjskim.

— Trzymajcie się na tyłach oddziału — szepnął, zanurzając w moichoczach swój rysi wzrok — i pomóżcie nam.

— Dobrze — zgodziłem się natychmiast — lecz pogadajmy dłużej,żeby tamci myśleli, że omawiam z wami ich sprawę!

Niebawem uścisnąłem dłonie Sojotów i powróciłem do oddziału.

— Możemy jechać! — zawołałem. — Sojoci nie będą przeszkadzalinam.

Ruszyliśmy i gdy przejechaliśmy przez rozległą polanę, spostrzegliśmy obydwóch Sojotów całym pędem koni mknących stromym zboczemgóry. Niepostrzeżenie wykonałem odpowiedni manewr i obaj z moim towarzyszem podróży pozostaliśmy w tyle oddziału wraz z naszym koniemciężarowym. Za nami jechał tylko jeden żołnierz — ponure chłopisko, patrzące na nas bardzo nieprzychylnem wzrokiem.

Zdążyłem szepnąć swemu towarzyszowi jedno słowo: „mauzer” i zauważyłem, że ten wnet ostrożnie odpiął torbę kulbaki i wysunął niecorękojeść pistoletu.

Wkrótce zrozumieliśmy, dlaczego ci żołnierze wytrawni, leśni włóczędzy, nie odważyli się iść na Sejbi bez przewodnika.

Doliny Ałgiaku i Sejbi są przedzielone szeregami wąskich grzbietów górskich, pomiędzy którymi leżą głębokie i szerokie wąwozy z grząskimi niebezpiecznymi torfowiskami. Było to wielkie topielisko, bagnobezdenne, jakieś martwe, przeklęte miejsce.

Konie grzęzły do kolan, padały, plątały się nogami w sieci korzeni,zanurzonych w grząskim torfie, przygniatały jeźdźców, gryzły się, chrapały, rwały rzemienie i popręgi.

Coraz częściej konie zanurzały się w bagnie prawie do kolan jeźdźca.Mój wierzchowiec wpadł do jakiegoś dołu wypełnionego rudą, cuchnącąwodą. Nieszczęśliwy koń ugrzązł tak głęboko, że moja pierś już dotykałapowierzchni wody. Wyratowaliśmy się z wielką trudnością.

Po mnie natychmiast runął wraz z koniem oficer bolszewicki, kalecząc sobie o kamień głowę bardzo poważnie.

Mój towarzysz, padając, stłukł sobie kolano. Żołnierze ciągle staczali się z siodeł i kaleczyli sobie ręce i nogi.

Przerażone konie chrapały i robiły bokami. Gdzieś daleko głuchokrakał kruk, zwiastun nieszczęścia...

Tymczasem droga stała się jeszcze gorsza. Ścieżka prowadziła przeztakie same jak uprzednio, grząskie bagno, lecz było ono pokryte konarami złamanych, gnijących na ziemi drzew. Konie, przeskoczywszyprzez olbrzymie pnie, nieoczekiwanie wpadały w głębokie trzęsawisko i zaczynały tonąć, pogrążając się coraz bardziej w czarną, cuchnącą otchłań. Jeźdźcy i konie nieustannie padali.

Wszyscy byli pokryci błotem i zbroczeni własną krwią.

Ja i mój towarzysz z przerażeniem spoglądaliśmy na nasze wierzchowce, których siły się wyczerpały, chociaż od dawna prowadzilismy jeza uzdy. Nurtowała nas myśl straszna, co zrobimy z sobą, jeżeli któryśz koni padnie? Przecież nie mogliśmy rekwirować koni Sojotom na wzórnaszych czerwonych „towarzyszy”?!

Nareszcie wybrnęliśmy na rozległą polanę zarośniętą gęstymi krzakami i otoczoną olbrzymimi odłamami skał, które prawdopodobnie niegdyś stoczyły się ze szczytów gór okolicznych. Nie tylko konie lecz i ludzie zaczęli się zapadać w zimne trzęsawisko, nurzając się w nim ażdo pasa i nie czując dna pod stopami. Całą powierzchnię polany stanowiła cienka warstwa torfu, pokrywającego jezioro o czarnej, gnijącej wodzie. Szliśmy pojedyńczo, w pewnej odległości jeden od drugiego, żeby zmniejszyć ciężar i uniknąć zarysowania się torfowiska; ze zgrozą spostrzegłem, że krzaki, rosnące na torfie, pochyliły się i kołysały, a ziemiapod nogami uginała się, pękała, ze szczelin buchała czarna, wstrętnawoda...

Każdy krok, najmniejsza nieostrożność groziły śmiercią.

Przykład mieliśmy bardzo tragiczny.

Jeden z żołnierzy spróbował zejść wraz z koniem ze ścieżki, zamierzając znaleźć na uboczu twardszą drogę. Lecz zaledwie stąpił kilka kroków, usłyszeliśmy przeraźliwe rżenie konia i błagający krzyk człowieka o pomoc.

Pod koniem i żołnierzem rozwarło się torfowisko, odsłaniając nieznaną i ponurą otchłań. Na próżno koń i człowiek czepiali się nogami irękami brzegów cienkiej warstwy torfu. Obrywał się on coraz to więcej,a woda i płynne czarne błoto występowało szybciej i dalej. Nikt niemógł zbliżyć się do nich, gdyż nogi śmiałka od razu przerywały siećgnijących traw i gałęzi.

Zdawało się, że ktoś z dołu, z dna tego topieliska podcina coraz todalej i dalej cienką warstwę, na której trzymaliśmy się jeszcze.

Najpierw znikła głowa konia z wylękłymi, błagającymi oczyma, apóźniej zanurzył się człowiek, wyjący z przerażenia i rozpaczy. Tylkowielkie bąble wypływały na powierzchnię czarnej wody i powoli pękały...

Nagle rozległy się trzy strzały.

Dźwięk ich był głuchy, bez zbytniego huku i bez echa.

Były to jednak strzały celne, gdyż oficer bolszewicki i dwaj żołnierze od razu spadli z koni. Te, plącząc się w krzakach i rżąc, starały sięprzedrzeć na zbocze gór, lecz ślizgały się i opadały, gdyż ziemia, przesycona podskórną wodą, osuwała się pod nogami i z wolna spełzała nadół.

Żołnierze porwali za karabiny i z przestrachem się rozglądali dokoła, nie widząc wrogów. Lecz ci ich widzieli doskonale. Padło czterechbolszewików, ugodzonych śmiertelnie w piersi.

W tej chwili spostrzegłem, że pozostający ciągle za nami żołnierzwymierzył do mnie z karabinu i coś majstrował koło cyngla.

Mój mauzer zdążył uprzedzić go dwiema kulami i pozbawić nasjednego wroga.

— Zaczynajmy! — zawołałem do swego towarzysza i po chwili wzięliśmy udział w wystrzeliwaniu bolszewickich bandytów.

Wkrótce na polanie krzątali się Sojoci, obdzierając zabitych bolszewików i rozdzielając zdobycz. Po godzinie uciążliwej drogi zaczęliśmysię podnosić na górski grzbiet i wreszcie wyszliśmy na wysokie płaskowzgórze, zarosłe starym lasem.

— Jednakże Sojoci nie są bardzo pokojowym narodem! — zauważyłem, zbliżając się do merina.

Uważnie spoglądając na mnie, urzędnik sojocki odparł:

— To nie Sojoci zabijali...

Miał słuszność. Na bolszewików, bezprawnie wdzierających się doUrianchaju, napadli nie spokojni Sojoci, lecz przebrani w kożuchy tubylców Tatarzy abakańscy, którzy uchodząc od władz sowieckich wybraliten kraj dla swoich koczowisk i stad. Dość znaczna liczba rodzin tatarskich porzuciła stepy Abakańskie i przez zachodni Urianchaj przedostała się do zachodniej Mongolii. A nawet dalej na południe, prześlizgnąwszy się niepostrzeżenie przez chińską prowincję Kansu i dotarłszyaż do północnego Tybetu. Tu, zapłaciwszy daninę plemionom tybetańskim, Tatarzy wyrobili sobie prawo koczowania aż do upadku rządówkomunistycznych w Rosji. Tatarzy, którzy uczynili napad na bolszewików na trzęsawisku pomiędzy Ałgiakiem i Sejbi, mieli doskonałegoprzewodnika i tłumacza, Kałmuka-lamaitę.

Noc przed rzeką Sejbi spędziliśmy w lesie przy ognisku, a Tatarzydo świtu prawie opowiadali nam o bezprawiach, mordach i grabieżach,jakich dopuszczali się komisarze bolszewiccy w stepach, gdzie niegdyśutwierdził swą władzę i prawo wódz Mongołów — Dżengiz-Chan, władcaAzji i połowy Europy. Te opowiadania tchnęły grozą i nienawiścią niepohamowaną.

Wczesnym rankiem podjeżdżaliśmy do niewielkiej rosyjskiejosady, a zbliżając się do niej, spostrzegliśmy wyglądających z lasu jeźdźców. Jeden z naszych znajomych Tatarów pomknął ku nim i pomówiwszychwilę powrócił, wołając:

— Wszystko w porządku! Jedźmy prędzej!

Pojechaliśmy szeroką drogą, która biegła wzdłuż wysokiego ogrodzenia z cienkich modrzewi, otaczającego obszerny plac łąki i lasu, gdziechodziło spore stado jeleni; były to tak zwane „izubry”, czyli „morały”,które hodują miejscowi koloniści rosyjscy. Na wiosnę rogi tych pięknychzwierząt podlegają spiłowaniu, gotowaniu w specjalny sposób i suszeniu. Spreparowane rogi, noszące nazwę „panty”, sprzedawane Chińczykom jako najpotężniejszy i najcenniejszy środek leczniczy, uznany przez medycynę szkoły tybetańskiej. Cena „pantów” osiąga czasamiwartość złota.

W osadzie przyjęto nas z wielką trwogą i niepokojem.

— Chwała Bogu! — wykrzyknęła żona gospodarza. — Myśleliśmyże...

Nagle urwała, spojrzawszy na męża.

XI.Potyczka na Sejbi

Ciągłe niebezpieczeństwo wyrabia zmysł spostrzegawczy i ostrożność. Nie rozbierając się i nie zdejmując siodeł z koni, bacznie przyglądaliśmy się ludziom i badaliśmy sytuację. Swój mauzer zatknąłem za klapękożucha i zacząłem oglądać się dokoła, wyraźnie czując zbliżające sięniebezpieczeństwo. Najpierw zauważyłem kolbę karabinu, ukrytego nałóżku pod stosem poduszek. Dalej zwróciłem uwagę na parobków, kręcących się po osadzie i po domu. Niezawodnie nie byli to prości chłopi,chociaż obrośnięci, opaleni, brudni i źle odziani. Oni ze swej strony teżbardzo uważnie patrzyli na nas i na chwilę nawet nie pozostawiali nassamych z gospodarzami.

Coś się działo, czego jeszcze nie rozumiałem. W tej chwili właśniewszedł nasz przyjaciel merin i zaczął po sojocku coś opowiadać gospodarzowi. Ten bardzo się ucieszył i natychmiast zbliżył się do nas zwyciągniętą dłonią.

— Wybaczcie nam! — rzekł. — Lecz zrozumcie, że w takie czasy nadziesięć tysięcy ludzi można spotkać tylko jednego uczciwego człowiekai 9 999 bandytów!

Z rozmowy okazało się, że nasz gospodarz już miał wiadomość odążącym do niego z Ałgiaku oddziale „towarzysza oficera”, ścigającegooficera kozackiego, który rzeczywiście ukrywał się tu, lecz obecnie zbiegłdalej. Jednak poinformowano go o tragicznym końcu pościgu za nim.Lecz wszystko to nie uspokoiło starego kolonisty, gdyż przyszła wiadomość, że od strony Usińskiego kraju zbliżał się do Sejbi znaczny oddziałjazdy bolszewickiej, ścigający Tatarów, uchodzących z Rosji z bydłem iz końmi.

— Co chwila oczekujemy tu czerwonych! — z trwogą w głosie szepnął stary. — Lada chwila tu będą. Już przyleciał na koniu Sojot, abyuprzedzić nas, że czerwoni przeprawiają się przez rzekę. Tatarzy już sąw pogotowiu do bitwy.

Wyszedłem z domu wraz ze swym towarzyszem; opatrzyliśmy rynsztunek koni i odprowadziliśmy je w miejsce bezpieczniejsze. Powróciwszy do izby i przygotowawszy nasze karabiny i mauzery, oczekiwaliśmydalszych wypadków. Po upływie pół godziny ciężkiej niepewności wbiegłparobek i szepnął:

— Wyszli już na naszą drogę. Zaraz się zacznie...

Rzeczywiście, jak gdyby w odpowiedzi na te słowa zagrzmiał woddali strzał, po czym rozległy się salwy i huk wystrzałów zaczął sięzbliżać ku osadzie.

Zatętniły kopyta końskie, rozległy się krzyki klnących ludzi i doizby wpadło trzech czerwonych żołnierzy; jeden z nich ze straszliwymprzekleństwem strzelił do gospodarza. Stary kolonista potknął się i padłna jedno kolano; rękę jednak wyciągnął ku poduszkom z leżącym podnimi karabinem.

— A wyście co za jedni? — groźnie krzyknął żołnierz, zwracając siędo nas i podnosząc karabin.

Odpowiedzieliśmy z mauzerów i bardzo celnie. Uciekł tylko jedenżołnierz, dwóch leżało z przestrzelonymi głowami. Na zmykającego bolszewika wpadł jeden z parobków i zaczął go dusić. Zawiązała się walka.Bolszewik wołał na pomoc swoich towarzyszy, lecz ci leżeli w rowie zadrogą o 300--400 kroków od osady i strzelali do atakujących Tatarów.

Kilku żołnierzy jednak posłyszało wołanie i natychmiast ruszyło wstronę domu, lecz w tej chwili rozległy się prawidłowe salwy parobkówspoza płotów osady. Strzelano jak na manewrach, z zimną krwią i celnie.Pięciu czerwonych pozostało bez ruchu przy drodze, reszta ukryła sięw rowie.

Tatarzy strzelali gęsto i atakowali bardzo energicznie. Do domui na dziedziniec osady zaczęły zalatywać kule. Wkrótce zobaczyliśmyczerwonych, którzy na kolanach posuwali się rowem w stronę lasu, gdziepozostawili konie. Echa strzałów zaczęły się stopniowo oddalać

Przez polany leśne i przez las szybko mknęli Tatarzy, ścigając przeciwnika.

Na Sejbi odpoczywaliśmy dwa dni.

Zwiedzając bardzo malownicze okolice na brzegach wartkiej rzeki,pokrytej białą pianą, przypadkowo zrobiłem bardzo ważne odkrycie. Namałej polanie, tuż przy brzegu, zobaczyłem pod wielkim modrzewiemtrzy kamienie, a na jednym z nich węglem był nakreślony krzyż. Śladykopania ziemi były zupełnie widoczne, a gdym zaczął uważni badaćmiejsce, spostrzegłem wycięty na drzewie kawał kory, wyrżnięto napniu jednogłowego orła i dwie litery K. R.

— Kim był ten nieznany K. R.? Jednogłowy orzeł i krzyż mówi ośmierci Polaka. Dlaczego zginął? Kto go oddał ziemi? Jaki los spotkałpozostałego przy życiu?...

Lecz nikt z osady nie mógł dać nam żadnych objaśnień.

Tajemnicą pozostaną: ten modrzew, trzy kamienie i litery wyciętena drzewie.

Okazało się, że parobcy gospodarza osady byli ukrywającymi sięprzed bolszewikami oficerami z armii Kołczaka. Było ich ośmiu. Wszyscy oni przyszli do mnie prosić o pozwolenie podróżowania z nami.

Zgodziłem się na to.

Gdy po dwóch dniach wraz z p. Władysławem wyruszyłem z Sejbi,za nami z tyłu człapało ośmiu uzbrojonych jeźdźców i szły trzy ciężarowe konie.

Jechaliśmy malowniczą doliną, położoną pomiędzy rzekami Sejbii Utem. Wszędzie spotykaliśmy wspaniałe pastwiska, na których w kilkumiejscach pasły się duże stada bydła i koni. W paru osadach, napotkanych po drodze, nie znaleźliśmy mieszkańców, ci bowiem kryli się wlasach, gdyż obawiali się czerwonych. Odgłosy boju, niedawno z nimistoczonego, już doszły do osad na Ucie. Tu i ówdzie widzieliśmy pojedyńczych jeźdźców, uważnie nas śledzących, a gdy zechcieliśmy zbliżyćsię do nich, natychmiast ukryli się w gęstwinie leśnej. Widoczne było,że osadnicy żyli w śmiertelnej trwodze i nikomu nie ufali.

Cały następny dzień ubiegł nam na przedostawaniu się przez bardzo wysoki i ciężki dla jazdy grzbiet Daban. Przeszliśmy przełęcz, przeszliśmy nieskończenie długą drogę pośród spalonego lasu i przed zachodem słońca zaczęliśmy zjeżdżać do krętej, wijącej się pośród gór doliny.

Za górami w promiennej mgle płynął Mały Jenisej, czyli Khua-Kem, ostatnia duża rzeka przed granicą mongolską.

W odległości dziesięciu kilometrów od rzeki spostrzegliśmy wysokisłup dymu, unoszącego się nad lasem. Dwóch oficerów pojechało natychmiast na wywiad, my zaś przygotowaliśmy się do możliwej potyczki.

Oficerowie nie powracali długo.

Zaniepokojeni, całą grupą ruszyliśmy w stronę dymu, uczyniwszymożliwe przygotowania i zarządzenia na wypadek boju. Wkrótce posłyszeliśmy głosy wielu ludzi i głośny śmiech jednego z naszych oficerów.Zrozumieliśmy, że nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo, a więc ruszyliśmy naprzód.

Na wielkiej polanie pośród lasu stał duży namiot i dwa szałasy,sklecone z cienkich drzew i gałęzi, paliło się ognisko, wokoło któregosiedziało 60 mężczyzn.

Gdyśmy się wynurzyli z lasu, cała gromada rzuciła się ku nam z radosnymi okrzykami. Zupełnie przypadkowo trafiliśmy na znaczny obózuciekinierów — oficerów i żołnierzy, kryjących się w Urianchaju w domach kolonistów rosyjskich i bogatych chłopów. Pośród uciekinierówbyło kilku młodych kolonistów.

— Co tu robicie? — pytaliśmy ze zdumieniem,

— Jak to? Czyż nie wiecie? — odrzekł jeden z uciekinierów, już niemłody pułkownik. — Komisarz Wojenny przysłał rozkaz zmobilizowaniawszystkich partyzantów i wszystkich mężczyzn w wieku do lat 58. Nacałym Jeniseju i dalej na południe, pod granicznym grzbietem Tannu-Ołu wszystkie wsie ukraińskie są już w ruchu i potworzyły znaczneoddziały partyzanckie. Wzdłuż Małego Jeniseju w stronę miasta Białocarska już posuwają się bandy uzbrojonych chłopów. Obdzierają i rabują bogatych wieśniaków i kolonistów, zabijając spotkanych na drodzeludzi. To właśnie zmusiło nas do ukrycia się tutaj.

Tu po raz pierwszy posłyszałem o kilku „białych” oddziałach, walczących z bolszewikami, a wśród dowódców, bardzo dzielnych i odważnych, wymieniano dwóch Polaków. W parę miesięcy później wyjaśniłem,że byli to panowie Kamil Giżycki i Jan Starościak.

Wkrótce dowiedziałem się, że obóz uciekinierów posiada zaledwieszesnaście karabinów i trzy ręczne granaty.

Należały one do bogatego Tatara, mającego za przewodnika Kałmuka, wraz z którym przedzierał się do swoich stadnin, wysłanych jeszcze w lecie w okolice mongolskiego miasta Kobdo.

Opowiedziałem o celu mojej podróży i o moim zamiarze dotarciaprzez Mongolię i Chiny do jakiegoś portu na Pacyfiku. Oficerowie i szeregowcy zaczęli mnie usilnie prosić, abym ich wziął ze sobą. Nie biorącna siebie żadnej odpowiedzialności, obiecując natomiast podzielić sięwszystkim, co posiadam i nie porzucić w żadnej przygodzie, zgodziłemsię na ich prośby. Obóz zaczął szykować się do pochodu.

Nasz wywiad doniósł nam, że w pobliżu domu kolonisty, który mógłprzewieźć nas na przeciwległy brzeg Małego Jeniseju, partyzantów niezauważono. Natychmiast ruszyliśmy naprzód, aby czym prędzej minąćniebezpieczny pas Jeniseju i znowu zanurzyć się w lasy.

Padał gęsty śnieg, natychmiast topniejący. Lecz wkrótce zerwał sięzimny wiatr północny. Zaczęła się zamieć, ziemia szybko zamarzła i napowierzchni potoków górskich utworzyła się dość gruba warstwa lodu,na którym ślizgały się i padały niekute konie naszych nowych towarzyszy. Późną nocą nasz oddział dotarł do brzegu Jeniseju. Ze wszelkąostrożnością weszliśmy do domu kolonisty. Spotkał nas bardzo uprzejmie i obiecał przewieźć wszystkich nad rankiem, chociaż płynęła jużkra i mróz tężał z godziny na godzinę. Podczas rozmowy z kolonistą byłobecny jeden z parobków — rudy chłop o skośnych zezowatych oczach...Parobek ten cały czas kręcił się koło nas, a później nagle zniknął. Gospodarz spostrzegł to wkrótce i z trwogą w głosie rzekł:

— Pobiegł do wsi i naprowadzi partyzantów. Źle! Trzeba przeprawić się natychmiast, nie czekając rana!

Zaczęła się najstraszniejsza z przeżytych przeze mnie nocy.

Prosiliśmy gospodarza, aby przewiózł czółnem tylko nasze zapasy,naboje i karabiny, sami zaś postanowiliśmy przepłynąć rzekę konno.Szerokość Jeniseju w tym miejscu wynosiła około 300 metrów, prąd byłbardzo wartki i burzliwy, głębia zaczynała się tuż przy urwistym brzegu.Noc zupełnie ciemna, żadnej gwiazdy na zachmurzonym niebie.

Wicher z wyciem miotał zamarznięty śnieg, silnie aż do bólu siekąc nim twarz. Przed nami pędził z pluskiem fal potok czarnej wody,niosącej cienkie, ostre, kruszące się tafle lodu, co chwila znikające wwirach.

Mój koń długo nie chciał skoczyć do wody ze stromego i wysokiego brzegu. Tuląc uszy, chrapał głośno i opierał się. Chlasnąłem go z całejsiły nahajem przez szyję i koń z jękiem od razu runął do rzeki.

Zanurzyłem się z głową w zimnej, lodowatej wodzie i ledwie zdołałem utrzymać się na siodle.

Po chwili byłem już o kilkanaście metrów od brzegu.

Mój koń z wyciągniętą szyją i głową głośno parskał, wyrzucającnapływającą do nozdrzy wodę, i chrapał z przerażenia.

Czułem wyraźnie gorączkowe, szybkie ruchy jego nóg, bijących owodę i dreszcze, wstrząsające całym jego ciałem.

Dopłynęliśmy do środka rzeki.

Prąd stał się szybszy. Woda nas unosiła.

Ze złowrogiej ciemności dolatywały do mnie okrzyki moich ludzii głuche, pełne smutku i trwogi rżenie borykających się z prądem koni.

Płynąłem, zanurzony po piersi w lodowatej wodzie. Chwilami uderzały mnie kawały kry, czasami większa fala zalewała mi twarz i głowę.

Nie było czasu na oglądanie się; zapomniałem zupełnie o uczuciuzimna.

Opanowała mnie zwierzęca żądza życia.

Rozumiałem, że jeżeli mój wierzchowiec nie wytrzyma walki z prądem i nie wyniesie mnie na brzeg — zginę.

Całą więc uwagę skierowałem na konia, widocznie tracącego resztki sił. Jeszcze chwila i usłyszałem głośny jęk mego wierzchowca, poczym spostrzegłem, że zanurzył się głębiej w wodzie. Widocznie miałjuż zalane nozdrza, gdyż zaczął częściej i głośniej parskać i chrapać.

Płynąc dalej ujrzałem, jak wielka bryła lodu, wirując, z rozpędemuderzyła w głowę mego konia, który raptownie rzucił się w bok i naglezawróciwszy, zaczął szybko płynąć z prądem.

Z wielkim trudem udało mi się skierować go w stronę brzegu, aleprzekonałem się wkrótce, że mój koń zupełnie osłabł. Głowa jego kilkakrotnie znikała pod wodą.

Nie miałem innego wyboru, jak tylko płynąć samodzielnie.

Ześlizgnąłem się natychmiast z kulbaki i trzymając się jej tylkolewą ręką, drugą płynąłem obok konia, zachęcając go głośnymi okrzykami. Spostrzegłem, że koń płynął z otwartym kurczowo pyskiem i zwyszczerzonymi zębami. W szeroko rozwartych źrenicach miotał sie niedający się opisać przestrach.

Po porzuceniu przeze mnie siodła koń uniósł się jednak nieco wyżej ponad wodą i już pewniejszymi i szybszymi ruchami posuwał sięnaprzód.

Wkrótce niedaleko od przeciwległego brzegu usłyszałem uderzeniejego kopyt o kamienie łożyska.

Zaczynała się mielizna.

Jeden po drugim wypływali i wjeżdżali na brzeg jeźdźcy. Konie,przyzwyczajone do przepraw przez rzeki, wyniosły wszystkich. Dalekoniżej od nas przepłynął gospodarz-kolonista z naszym dobytkiem. Nietracąc czasu, zaczęliśmy ładować nasze worki na drżące z zimna wierzchowce i ruszyliśmy dalej.

A był po temu wielki czas, gdyż z przeciwległego brzegu partyzancijuż zaczęli ostrzeliwać.

Wiatr się wzmagał. Przed świtem mróz brał coraz większy. Przemoczone ubranie i bielizna od razu zamarzły i stały się twarde i sztywnejak blacha. Głośno szczękaliśmy zębami, a w oczach migały zielonei czerwone ogniki.

Jechaliśmy bez postojów, ażeby jak najdalej odsunąć się od drogi,którą dążyły oddziały dzikich partyzantów.

Cały dzień, przy 15-tu stopniach mrozu, musieliśmy jechać bezmożliwości rozgrzania się i wypoczęcia. Dopiero przed nocą dotarliśmydo niewysokiego grzbietu górskiego, porośniętego lasem. Zatrzymaliśmysię pod nisko zwisającymi gałęziami smutnych, czarnych modrzewi. Tatar i Kałmuk szybko rozpalili olbrzymie ognisko, przy którym wysuszyliśmy się nareszcie i rozgrzali. Konie, chociaż głodne, nie ruszały sięz miejsca i nie odchodziły od ognia; stojąc z opuszczonymi, smutnymigłowami, wygrzewały się i drzemały, głośno jęcząc.

W nocy, podczas mego dyżuru na czatach, ujrzałem jeźdźca. Mającwidocznie dobrego konia, szybko przemknął niedaleko naszego obozu.Tatar z Kałmukiem pojechali natychmiast oglądać ślady i powróciwszyoznajmili, że był to niezawodnie Sojot, i że w pobliżu wykryli liczne ślady stad. Prawdopodobnie był to jakiś pastuch, zwabiony ogniaminaszego obozu.

Wczesnym rankiem kilku jeźdźców sojockich zbliżyło się do nas.

— Ułan (czerwony)? — zapytał jeden z nich.

— Nie! — rezległy się protestujące głosy.

— Cagan (biały)? — nastąpiło nowe pytanie.

— Tak, tak! — zawołał Tatar — wszyscy biali!

— Mende, mende! — z radością w głosie zaczęli pozdrawiać nas tubylcy i opowiedzieli nam o bardzo ważkich dla nas zdarzeniach.

Czerwoni partyzanci, którzy szli od strony Tannu-Ołu, obsadziliswymi posterunkami cały grzbiet graniczny, gdzie chwytali Rosjani Sojotów uchodzących wraz z bydłem do Mongolii. Przejście przezTannu-Ołu, jak twierdzili Sojoci, zostało zamknięte. Pozostawała jedyna droga: od razu zawrócić na południowy wschód, przeciąć błotnistądolinę Biuret-Ho i wyjść na południowy brzeg jeziora Kosogoł, leżącegojuż w granicach Mongolii.

Była to bardzo przykra okoliczność. Od lasu, w którym nocowaliśmy, do pierwszego najbliższego posterunku mongolskiego — Samgałtaj,pozostawało do przebycia nie więcej niż 100 kilometrów. Tymczasem odKosogołu w prostej linii dzieliło nas około 450 kilometrów.

Mój koń oraz koń mego towarzysza-agronoma zrobiły już przeszło1000 kilometrów bardzo uciążliwej drogi bez dostatecznego pokarmui po lodowatej przeprawie przez Jenisej mogły nie wytrzymać tak dalekiej drogi.

Dobrze rozważywszy położenie i nieco bliżej poznawszy swych nowych towarzyszy, nie mogłem się zdecydować iść razem z nimi w ciągłych bojach przez Tannu-Ołu.

Byli to ludzie wyczerpani i zdesperowani, przeważnie źle odzianii niedostatecznie uzbrojeni, większość z nich nawet nie miała broni.

Wiedziałem, że podczas walki nie ma większego niebezpieczeństwaniż człowiek nieuzbrojony. Ogarnia go bowiem prędko niczym nie zwalczony strach, zaczyna się miotać, traci głowę z przerażenia i bezradnościi zaraża swoją paniką innych. Naradziwszy się z p. Władysławem postanowiłem, bądź co bądź, iść do Kosogołu.

Gdy o tym oznajmiłem swoim towarzyszom podróży, wszyscy sięzgodzili na mój projekt.

Po obfitym śniadaniu, składającym się z tłustej zupy, mięsa, sucharów i herbaty, wyruszyliśmy w drogę.

Około drugiej po południu przed nami zaczęły wyrastać góry. Zbliżaliśmy się do północno-wschodnich odnóg Tannu-Ołu, za którymi leżała dolina rzeki Biuret-Ho.

W dolinie pomiędzy górami spotkaliśmy wielkie stado byków i jaków tybetańskich, które dziesięciu konnych Sojotów pośpiesznie gnałona zachód. Pastuchowie opowiedzieli nam, że „najon” (książę) Todżikazał im przeprowadzić należące do niego bydło doliną Biuret-Ho dopółnocnej Mongolii, obawiając się partyzantów i oddziałów regularnychwojsk sowieckich, coraz częściej przedzierających się do Urianchaju i grasujących bezprawnie i bezkarnie. Pastuchowie natychmiast wyruszyli,lecz w drodze dowiedzieli się od myśliwych, że i ta część odnogi Tannu-Ołu jest już zajęta przez bolszewików. Musieli więc powrócić i teraz usiłowali przejść ze stadem nad rzekę Kemczyk, przecinając kraj cały ze wschodu na zachód.

Wybadaliśmy Sojotów bardzo szczegółowo, gdzie się znajdują posterunki i zasadzki czerwonych partyzantów, oraz jakie są siły bolszewickie na tym jedynym przejściu górskim. Posłałem natychmiast Tatarai Kałmuka, dobrze mówiących po sojocku i z ogólnego wyglądu do tubylców podobnych, na ścisły rekonesans; sami zaś obwiązaliśmy kopytanaszych koni szmatami, żeby nie było słychać stąpania wierzchowcówpo kamienistej ścieżce, zaciągnęliśmy rzemieniami pyski końskie, abynie rżały i powoli w milczeniu posuwaliśmy się za wywiadowcami.

Ci zaś wykonali rekonesans świetnie i szybko. Już po paru godzinach wiedzieliśmy, że osiemdziesięciu partyzantów założyło obóz odziesięć kilometrów od nas, zająwszy jurty (namioty) dużego zimowegokoczowiska Sojotów, trudniących się hodowlą reniferów i że urządzili zobydwóch stron górskiego przejścia dwie zasadzki. W jednej z nich byłodwóch żołnierzy, w drugiej — trzech. Było to nie dalej niż dwa kilometry od nas. Pomiędzy tymi zasadzkami w pobliżu awangardy głównychsił bolszewickich biegła ścieżka.

Wkrótce weszliśmy na górę. Obydwie zasadzki były widoczne, jakna dłoni. Można było z łatwością ostrzeliwać je z dobrym skutkiem.Gdy zbliżyliśmy się o kilometr do punktu niebezpiecznego, zawołałemswego towarzysza-Polaka, Tatara, Kałmuka i paru młodych oficerówi zostawiwszy konie przy oddziale, ruszyłem na ostateczne zbadanie sytuacji. Z góry o pięćset kroków niżej widziałem dwa ogniska, buchające,wysokim płomieniem, a przy każdym z nich siedział żołnierz z karabinem, reszta zaś ludzi spała; ich czarne postacie nieruchomo leżały przyogniskach. Wydało mi się, że i warta śpi. Mam ostry wzrok i parę razyspostrzegłem, że głowa czuwającego żołnierza bezwiednie opadała napiersi.

Nie będąc pewny swoich nowych towarzyszy, nie mogłem rozpoczynać boju z bolszewikami, chociaż byłem przekonany, że potrafię podejśćniepostrzeżenie do obozu partyzantów i rozbić ich. Wolałem jednak niepozostawiać po sobie śladu, gdyż wiele kłopotu mielibyśmy w razie pościgu w Mongolii, gdzie chińscy urzędnicy mogli dopomóc naszym wrogom. Naradziwszy się z towarzyszem, postanowiliśmy „sprzątnąć” obaposterunki bez strzałów i przejść dalej bez spotkania się z głównymi siłami przeciwnika. Nie obawiałem się, że partyzanci nas wytropią, gdyżścieżka była pełna śladów konnych pastuchów i stad.

— Tych dwóch „mołojców” wezmę na siebie — szepnął mój atletyczny agronom, wskazując posterunek położony na lewo od ścieżki.

Wydałem więc rozporządzenie Tatarowi, aby załatwił się z drugą zasadzką i skradałem się wśród krzaków z agronomem, żeby mu w raziepotrzeby dopomóc. Co prawda byłem o niego spokojny zupełnie, gdyżten okaz, mający około siedmiu stóp wzrostu, posiadał taką olbrzymiąsiłę, że niesforne konie kładł na ziemię i uzdał je, przycisnąwszy ramieniem.

O kilkanaście kroków od ogniska zatrzymałem się w krzakach i zacząłęm oczekiwać.

Doskonale widziałem mocno kiwającego się wartownika. Karabinmiał na kolanach i zgasłą fajkę w ustach. Jego śpiący towarzysz wcalesię nie ruszał; dostrzegłem spokojnie wyciągnięte nogi w grubych wojłokowych „pimach”.

Według moich obliczeń agronom musiał już dopełznąć do posteruku bolszewickiego, lecz nie dawał znaków życia.

Koło ogniska przez kilka chwil było zupełnie spokojnie.

Naraz od strony dalszego posterunku doleciał mnie urwany, przyduszony krzyk — i znowu zapadła cisza...

Partyzant drzemiący przy ognisku poruszył się i podniósł sennągłowę, ale w tej chwili obok niego wyrosła postać mego towarzysza,wydająca się potwornie olbrzymią na tle ogniska.

Zobaczyłem na jedno mgnienie oka nogi wartownika, które mignęływ powietrzu, po czym ogromna postać wraz ze swoją ofiarą pogrążyłasię w krzakach.

Po kilku sekundach olbrzym zjawił się znowu, podniósł karabin zziemi i zamachnął się nim silnie. Usłyszałem głuchy zgrzyt zdruzgotanejczaszki, a wkrótce potem głośne i spokojne kroki mego towarzysza.

Podszedł do mnie i z uśmiechem wstydliwym rzekł:

— Już po wszystkim! Diabli nadali! Gdy byłem małym chłopcem,matka chciała, żebym został księdzem. Zostałem agronomem po to,żeby dusić ludzi i rozbijać im głowy. Okrutnie głupia rzecz — rewolucja,panie!

Z raptowną wściekłością i obrzydzeniem splunął i zaczął zapalaćfajkę.

Tymczasem i na drugim posterunku także wszystko było skończone. Po chwili nasz oddział, zachowując milczenie, powoli prześlizgnąłsię, jak widmo nocne, pomiędzy milczącymi już na wieki wartami bolszewickimi.

W nocy przebrnęliśmy Tannu-Ołu.

Tam, na szczycie, około wielkiego „obo”, tj. ołtarza, poświęconego złym duchom gór, napiliśmy się herbaty i natychmiast zaczęliśmyzjeżdżać w dolinę, zarośniętą gęstymi krzakami i przeciętą cała sieciąniezamarzniętych strumyków i małych rzeczek.

Były to źródła rzeki Biuret-Ho.

Około pierwszej po południu zatrzymaliśmy się na bardzo malowniczej polanie, z dobrą dla koni trawą, u podnóża gór porosłych modrzewiami. Zamierzałem spędzić tam całą dobę, żeby trochę odkarmićkonie.

Uważałem siebie i swoich ludzi za zupełnie bezpiecznych, tym bardziej, iż przemawiały za tym oznaki zewnętrzne. Na górach spokojnieżerowały stada reniferów i jaków.

Wkrótce nadjechali Sojoci i powiedzieli, że tu, za Tannu-Ołu, niktdotąd nie widział czerwonych bandytów, za co ofiarowaliśmy im całącegłę herbaty prasowanej. Odjechali zadowoleni i uspokojeni, powtarzając, że jesteśmy „dobrzy ludzie”, „cagan” a nie „ułan” (biali, a nie czerwoni).

Gdy nasze zmęczone i wygłodzone szkapy wypoczęły i objadły sięsuchą, brunatną, lecz pożywną trawą, ja i moi towarzysze rozkoszowaliśmy się przy ognisku, układając plan dalszej drogi. Nagle wyłoniłasię stanowcza różnica poglądów.

Niejaki pułkownik Żuków, a z nim czterdziestu siedmiu innych oficerów i szeregowców, uspokojeni tym, że za Tannu-Ołu nie było bolszewików, postanowili iść do mongolskiego miasta Kobdo, a później dalejnad rzekę Emil, gdzie był obóz serbskiego generała Bakicza, internowanego przez Chińczyków. W tym celu chcieli od razu skierować sie nazachód, idąc południowymi uskokami Tannu-Ołu.

Ja zaś z agronomem, z szesnastu oficerami, wśród których byli Tatar i Kałmuk, postanowiliśmy iść na wschód, w stronę jeziora Kosogoł,stamtąd zaś dalej do Pacyfiku, trzymając się linii pomiędzy Kiachta aUrgą.

Próżne były nasze usiłowania, ażeby skłonić przeciwną strone dopójścia z nami; niestety, oddział nasz się rozdzielił.

Nazajutrz około południa po wspólnym obiedzie pożegnalnym rozstaliśmy się, życząc sobie wzajemnie powodzenia.

W dalszej drodze los nie oszczędził nam trudów, przeszkód i przygód niebezpiecznych, lecz pomimo tego dwunastu nas doszło do zamierzonego celu, zachowując wzajemnie dla siebie najcieplejsze uczucia, najserdeczniejsze wspomnienia i głęboki szacunek, który wyrósł napodstawie wielokrotnych prób w ciężkich przygodach ryzykownych.

Oddział zaś pułkownika Żukowa zginął.

Za Tannu-Ołu spotkał on znaczne siły regularnej kawalerii czerwonej i został przez nią rozbity.

Dwóm tylko kozakom udało się umknąć; oni też w pięć miesięcypo naszej rozłące na Biuret-Ho przynieśli nam tę smutną wiadomośćdo Urgi, gdzie spędziliśmy najbardziej porywające wyobraźnię dni wobozie chana mongolskiego, „krwawego” barona, generała Ungern vonSternberga, i w pałacu żywego boga, siedzącego na tronie WielkiegoDżengiz-Chana.

Moja grupa złożona z osiemnastu doskonale uzbrojonych jeźdźcówi z pięciu koni ciężarowych, posuwała się doliną Biuret-Ho na wschód,tonąc w błotach, brnąc przez niezliczone grząskie potoki i rzeki, kostniejąc z zimna przy ostrych wiatrach północnych i moknąc do nitki podczęsto padającym mokrym śniegiem.

Uparcie dążyliśmy na wschód do południowego brzegu jeziora Kosogoł.

Prowadził nas Tatar umiejętnie i dobrze, chociaż drogę łatwo byłoznaleźć, gdyż pędzone do Mongolii bydło i konie z Urianchaju wszędziepozostawiły ślady. Nieraz znajdowaliśmy ogniska, przy których spędzalizimne noce pastuchy, strzegący stad.

XII.Wśród Sojotów

Tubylcy Urianchaju, Sojoci, szczycą się tym, że są prawdziwymibuddystami i roznosicielami idei świętego Ramy i mądrego Sakkia Muni.Sojoci — odwieczni wrogowie wojny i przelewu krwi ludzkiej, przed wiekami woleli porzucić swoją ojczyznę, niż ustąpić żądaniom krwawegozdobywcy Dżengiz-Chana, marzącego o utworzeniu sojockiej konnej armii. Sojoci prawie wymarli, lecz na rękach pozostałych nie ma śladówkrwi ludzkiej. Nieprzepartym wstrętem do wojny Sojoci walczyli z duchem zniszczenia i mordu. Nawet bezwzględni, surowi gubernatorzychińscy nie potrafili zastosować w Urianchaju swych krwawych praw,nie znających litości.

Sojoci nie zmienili swoich obyczajów i wtedy nawet, gdy szalejącyRosjanie, niszcząc własną ojczyznę, wnieśli do Urianchaju zarazę mordui grabieży. Uchodzili ze swymi stadami, z dobytkiem i rodzinami na południe pod Tannu-Ołu, dążąc do ziemi „nojonów” (książąt) Soldżakui Kiemczyku. Wschodni szlak tego wychodźstwa ciągnął się doliną Biuret-Ho. Prawie co dzień spotykaliśmy rodziny sojockie, uciekające odpartyzantów konno i na wielbłądach, wiozące swój majątek na „arbach” (dwukołowych ciężkich wozach), które ciągnęły bawoły lub jaki.Na pastwiskach górskich pasły się uprowadzane stada i tabuny koni. Wmiejscach nie uczęszczanych dotychczas widniały ślady sojockich biwaków. Szybko zdążaliśmy na wschód, jadąc ścieżką, wijącą się brzegiemBiuret-Ho; po dwóch dniach zaczęliśmy się wspinać na szczyt wysokiegołańcucha górskiego, oddzielającego dolinę Biuret-Ho od rzeki Hargi, pozostawiając w tyle Sojotów, powoli dążących ze stadami i „arbami”.

Przejście przez góry było bardzo strome i obfitowało w leżące naścieżce olbrzymie, obalone uderzeniem pioruna lub porywem wichru modrzewie oraz w bagna, co w bardzo przykry sposób przeszkadzało naszemu przejściu przez przełęcz. Nieraz byliśmy zmuszeni w ciągu kilkugodzin jechać staczającymi się w przepaść ławicami kamiennymi pośród olbrzymich głazów, przyniesionych niegdyś przez lodowce, któretu przed tysiącleciami topniały. Kilkakrotnie podczas przedzierania się przez takie „moreny” drżeliśmy z obawy, że konie nam padną od znużenia. Ścieżka biegła niekiedy samym brzegiem przepaści, a spod nógkońskich zrywały się i pełzły na dół lawiny piasków ruchomych idrobnych kamieni.

Jadąc przez jedną z takich stromych gór, składającą się z pokładów ruchomego piasku, byliśmy zmuszeni zsiąść z koni i biec okołodwóch kilometrów, prowadząc konie za uzdy. Chwilami wyczuwaliśmy,jak ziemia całą swą masą szybko spełzała w przepaść. Nogi aż do kolangrzęzły w piasku i dość było jednego nieostrożnego kroku, jednego nieobmyślonego ruchu, aby ten piasek, dążący ku stromemu urwisku porwał nas i zrzucił w przepaść. Taki los spotkał jednego z naszych koniciężarowych, który zbyt głęboko ugrzązł w piasku i nie mógł już walczyć z jego ruchem i lawirować. Lawina runęła wraz z nieszczęśliwymkoniem w przepaść. Usłyszeliśmy trzask łamanych drzew, a po chwili z zakrętu ścieżki dostrzegliśmy zdruzgotane ciało konia, przebitego nawskroś pniem cienkiej brzozy. Biała kora drzewa była zbroczona krwią,a pod nim leżały wnętrzności konia. Z wielkim trudem udało się namdotrzeć na dno przepaści, by zabrać siodło i worki z pożywieniem.

Nieco dalej stanęła i nie mogła już iść jedna ze szkap ciężarowych,która towarzyszyła nam od rosyjskiej granicy Urianchaju. Nie pomogły krzyki i bicie. Koń stał ponury i drżący. Zdjęliśmy z niego siodło iciężary. Stał jeszcze kilka minut, a później się położył.

Właśnie wówczas zbliżyli się do nas jacyś Sojoci. Bardzo uważniezbadawszy i zmacawszy nogi, grzbiet i głowę konia, zawyrokowali:

— Ten koń już nigdy dalej nie pójdzie. Mózg wysechł mu ze znużenia.

Rozstaliśmy się z naszym starym towarzyszem niebezpiecznej podróży.

Z wysokiej góry ujrzeliśmy go jeszcze raz. Wydał się nam czarną,nieruchomą plamą na brunatnej trawie, przyprószonej śniegiem; leżałw tym położeniu, w jakim go zostawiliśmy.

Nocą wilki pewno przerwały nić jego smutnego życia, gdyż mnóstwo śladów tych drapieżników widniało wszędzie na śniegu i na błotach.

Wieczorem wjechaliśmy na bardzo malowniczy płaskowyż, porosływspaniałym lasem modrzewiowym, przypominającym park angielski.

Wkrótce spostrzegliśmy na niewysokim pagórku kilka sojockich,,jurt”, pokrytych korą, co świadczyło, że trafiliśmy na koczowisko myśliwych. Przez spiczaste wierzchołki szałasów wznosił się dym. Po chwili kilku Sojotów ze strzelbami w rękach wybiegło z jurt i skierowało sięku nam.

Wzburzonymi głosami zaczęli objaśniać, że miejscowy książę — nojon Soldżaku, rozkazał nikogo nie wpuszczać w granice swoich posiadłości, ponieważ wiedział, że mogą przyjść „źli ludzie”, którzy zabijają irabują.

— Powracajcie tam, skąd przybyliście — radził nam stary Sojot, ztrwogą patrząc na mnie.

O wykonaniu tej rady nie mogło być nawet mowy, choćby z tegopowodu, że dojść tam, skąd przybyliśmy, było absolutnie niemożliwe, aco najważniejsze dlatego, że szliśmy na wschód i musieliśmy tam dojść.

Przerwałem w sposób rozkazujący sprzeczkę, która wyniknęła pomiędzy Sojotami a rosyjskimi oficerami z powodu zarządzenia nojonai zapytałem wskazując na dolinę, przeciętą niebieską wstęgą zamarzniętej rzeki:

— Jak się nazywa ta rzeka?

— Ojna! — odpowiedział stary Sojot. — Tu się zaczynają posiadłościnojona Soldżaku i na przeciwległy brzeg zakazano nam przepuszczaćobcych.

— Rozumiem! — odparłem spokojnie. — Lecz spodziewałem się, żeprawo gościnności jest u Sojotów w poszanowaniu, a więc pozwólcienam rozgrzać się i pożywić w jurtach, przy waszych ogniskach.

— Prosimy! Prosimy! — zawołali Sojoci i poprowadzili nas ku swoimsiedzibom.

W drodze zdążyłem poczęstować starego Sojota papierosem a innemu ofiarowałem pudełko z kilku zapałkami. Wszyscy szliśmy kupąi tylko jeden tubylec, opierając się na strzelbie, z trudem wchodził napagórek i co chwila przystawał, wycierając twarz rękawem kożucha.

— Chory? — zapytałem.

— Tak! — ze smutkiem w głosie odparł stary. — To mój syn — Ereksen.Już mija tydzień, jak płynie mu krew z nosa. Osłabł do szczętu.

Zatrzymałem się i zawołałem Sojota.

— Rozepnij kożuch! — rozkazałem. — Obnaż piersi i szyję, a twarzą zwróć się do nieba!

Chory natychmiast wypełnił rozkaz, ja zaś nacisnąłem mu tętnicei po paru minutach powiedziałem:

— Krew zatrzymana i więcej nie będzie ci płynęła. Idź do jurtyi połóż się!

Krwotoki z nosa często można zatamować w taki prosty sposób,lecz „magiczne” działanie moich palców wywarło olbrzymie wrażeniewśród Sojotów.

— Ta — Lama! Ta — Lama! (wielki lekarz) — zawołał stary Sojot,nisko schylając przede mną głowę.

W jurcie wyjodynowałem nos mojego pacjenta i wtedy dopieroprzystąpiłem do picia herbaty. Stary gospodarz uporczywie milczał, myśląc nad czymś poważnym. Wreszcie odszedł na bok i długo naradzałsię z resztą Sojotów.

Gdy powrócił, zwrócił się do mnie z następującymi słowami:

— Żona nojona chora na oczy. Myślę, że nojon będzie rad „Wielkiemu Lekarzowi”. On chyba mnie nie ukarze? Przecież rozkazano nieprzepuszczać „złych ludzi”, a dobrych można?

Nie zdradzając swej radości z powodu takiego rozumowania, odrzekłem chłodno:

— Uczynisz jak zechcesz. Ja umiem dobrze leczyć oczy, lecz skoronie wolno przekroczyć Ojny, pojadę innym szlakiem.

— Nie! Nie! — już z przerażeniem zawołał Sojot. — Ja sam was poprowadzę do nojona. Ta — Lama! Ta — Lama!...

Usiadł przy ognisku, koło którego krzątała się młoda o czerwonejtwarzy kobieta, zapalił długą fajkę, zrobił dwa pociągnięcia i otarłszycybuch rękawem, podał mnie. Przyjąłem, jeszcze raz wytarłem cybuchi udałem, że palę. Następnie stary Sojot poczęstował fajką wszystkichmoich towarzyszy, otrzymawszy w zamian od każdego z nas papierosa,trochę tytoniu fajkowego i zapałki. Przyjacielski stosunek nawiązał sięszybko.

Wkrótce w jurcie natłoczyło się tylu Sojotów — mężczyzn, kobieti dzieci, oraz psów, że nie było można się poruszyć.

Zjawił się jakiś krótko ostrzyżony i ogolony lama, ubrany w szerokipłaszcz karmazynowy, z różańcem owiniętym dookoła prawej ręki. Jegoubranie i wygląd wyróżniało go pośród tłumu brudnych Sojotów z warkoczami i w wojłokowych czapkach, upiększonych ogonami wiewiórek.

Lama był bardzo grzeczny dla nas, lecz spoglądał łapczywie nanasze złote obrączki ślubne i na zegarki.

Postanowiłem skorzystać z tej cechy skromnego kapłana Buddhy.

Poczęstowawszy go herbatą z sucharami, nawiązałem rozmowę odobrych koniach sojockich, zaznaczywszy, że potrzebuję nabyć jednego.

— Kupcie ode mnie, mam dobrego konia, nazywa się Toruch — rzekłlama. — Tu na Ojnie wszyscy go znają. Lecz uprzedzam, że pieniędzynie wezmę, zamienić się zaś mogę.

Zaczął się targ i trwał bardzo długo. Wreszcie nabyłem dobregoi mocnego gniadego konia sojockiego i młodego kozła, oddawszy lamiezłotą obrączkę, nieprzemakalne palto i skórzaną torbę.

Tu, na Ojnie, po raz pierwszy spróbowaliśmy prawdziwej azjatyckiej kuchni. Przywleczono tłustego barana i w mgnieniu oka Sojoci już go piekli na węglach, gotowali w dużej misie żelaznej, z wnętrzności przyrządzali jakąś polewkę, w której gotowały się na poczekaniu zrobione kiełbaski z flaków i z tłuszczu. Po sutej kolacji i bardzo zimnymnoclegu, nazajutrz po południu ruszyliśmy dalej, prowadzeni przez starego Sojota.

Droga biegła doliną rzeki Ojny.

Stary opowiedział nam, że dolina łączy się na wschodzie z obszernąkotliną świętego i tajemniczego jeziora Teri-Nur. Droga była łatwa dojazdy, a mimo to wkrótce przekonaliśmy się, że wierzchowiec mego towarzysza i mój, a także jeszcze trzy konie z oddziału w najlepszymrazie dojdą tylko do siedziby nojona, gdzie znów nas będzie oczekiwałaprzykra procedura nabywania świeżych.

Zjawiły się stada i tabuny.

Coraz częściej widzieliśmy osiedla sojockie. Miejscowość była gęsto zaludniona, gdyż wszędzie spotykaliśmy doskonałe pastwiska, jak wdolinach, tak też i na górskich halach.

Zbliżaliśmy się do siedziby księcia Soldżaku. Przewodnik pojechałnaprzód, aby uprzedzić nojona o naszym przybyciu.

Chociaż był przekonany, że nojon ucieszy się z przybycia „Ta-Lamy”, jednak na jego twarzy malowały się niepokój i trwoga, gdyżwiedział, że za każde przekroczenie rozkazu księcia mógł dostać dużąporcję kijów bambusowych.

Po paru godzinach, dążąc drogą wskazaną przez naszego przewodnika, zobaczyliśmy wielkie granatowe jurty z żółtymi i niebieskimi flagami powiewającymi nad nimi: domyśliliśmy się, że przed nami jestkoczownicza stolica nojona księstwa Soldżaku.

Spotkaliśmy pastucha, pędzącego spore stado ogromnych jakówi sarłyków. Ci mieszkańcy tajemniczych gór Tybetu ponuro,niedowierzająco i złowrogo spozierający, rozstępowali się przed nami. Byłyto olbrzymy z pasmami długich jak grzywa włosów na bokach, ze wspaniałymi końskimi ogonami i z długimi, ostrymi rogami, zawsze groźnienastawionymi.

Wreszcie z krzaków wynurzył się nasz Sojot. Twarz jego promieniała radością. Wymachując rękami, wołał:

— Nojon prosi Ta-Lamę, aby był jego gościem i zaprasza wszyskichjego przyjaciół do swoich jurt! Nojon bardzo się ucieszył!

Musiałem pomyśleć o dyplomacji.

Gdy przyjechaliśmy do dużej, granatowej jurty księcia, spotkałonas dwóch urzędników z kitami pawich piór na spiczastych czapkachmongolskich, które w niewyjaśniony sposób trzymają się tak mocno naokrągłych czaszkach tubylców. Urzędnicy z uniżonymi ukłonami prosili cudzoziemskiego nojona — „wielkiego lekarza”, aby wszedł do jurtynojona, władcy Soldżaku i opiekuna Darchat-Uła.

Razem z towarzyszem-agronomem weszliśmy do księcia. Był tomały, wychudły i wyschły staruszek, krótko ostrzyżony i gładko wygolony. Miał na głowie bogatą czapkę bobrową ze spiczastym żółtym jedwabnym wierzchem, na którego szczycie była czerwona gałka, oznaczająca wysoki stopień w biurokracji chińsko-mongolskiej. Od tej gałkipoziomo zwieszała się wspaniała kita z długich piór pawich. Książę byłw ogromnych okularach chińskich w czarnej oprawie rogowej. Siedziałnieruchomo i poważnie na niskiej czerwonej sofie i powoli przebierał palcami paciorki różańca. Książę Soldżaku był lamą i jednocześnie hutuhtą(przeorem) klasztoru w pobliżu Teri-Nura.

Gdy weszliśmy, nojon łaskawie nas powitał, kazał podać dla nasniskie taborety, posadziwszy nas twarzami do ognia, palącego się wbrązowym piecyku.

Księżna — bardzo przystojna, o cerze białej, niezwykłej u kobietmongolskich i z długimi warkoczami, częstowała nas herbatą, ciastkamichińskimi i sojockim suchym i twardym jak kamień serem. Zjawiły siętradycyjne fajki gościnności, lecz sam książę-lama nie palił: przyjął odemnie moją fajkę, potrzymał ją w ręku i zwrócił wraz ze swoją tabakierkąw formie kosztownego flakonu z zielonego nefrytu, z wyrzeźbionym nanim smokiem chińskim.

Gdy pierwsza etykieta była skończona, zapanowało milczenie. Czekaliśmy na odezwanie się księcia — nojona.

Poważnym głosem zadał kilka zwykłych pytań: czy pomyślnie podróżujemy, jak zdrowie jeźdźców, koni i wreszcie, otrzymawszy odpowiedź, zapytał o nasze dalsze zamiary.

Opowiedziałem mu o wszystkim z całą szczerością i prosiłem ookazanie nam gościnności, tak potrzebnej dla wypoczynku ludzi i koni.

Nojon obiecał swoją opiekę i natychmiast rozkazał postawić dla nascztery jurty.

— Słyszałem — rzekł — że cudzoziemski nojon jest znakomitym lekarzem?

— Umiem leczyć niektóre choroby — odrzekłem — i mam ze sobą trochę lekarstw. Lecz nie jestem lekarzem, tylko uczonym w zakresie innych nauk.

— Nojon jednak tego nie mógł zrozumieć. Leczę, a więc jestem lekarzem.

— Moja żona — zaczął znowu — już od dwóch miesięcy jest chora naoczy. Niech Ta-Lama poradzi na tę dolegliwość.

Obiecałem uczynić wszystko, co będzie w mojej mocy i prosiłemksiężnę o pokazanie mi chorych oczu. Stwierdziłem zwykłe zapaleniebłony śluzowej powiek, którego dostała od ogólnego brudu i dymuogniska w jurcie, od czego nie są wolni nawet książęta Sojotów.

Po rozkulbaczeniu koni przystąpiłem do czynności eskulapa.

Starannie przemyłem ropiejące oczy wodą z mydłem i z kwasembornym, a później wpuściłem trochę kropli cynkowych, poradziwszypacjentce leżeć kilka minut z zamkniętymi oczyma i z zimnym okładem na powiekach. Obiecałem wieczorem wstąpić i powtórzyć leczenie.

— Proszę Ta-Lamę, bardzo proszę wyleczyć mnie! — zwróciła sie domnie księżna z gorącą prośbą w głosie. — Niech Ta-Lama nie porzucanas aż wyleczy! Damy baranów, mleka i mąki, ile zażądacie, tylko niechTa-Lama wyleczy! Teraz często płaczę... Miałam prześliczne oczy i mój mąż, nojon, zawsze powtarzał, że one płoną jak gwiazdy na niebie. Terazstały się czerwone. Ja tego nie przeżyję!

Przy tych słowach księżna bardzo mile tupnęła nóżką, a późniejkokieteryjnie przez łzy uśmiechnęła się do mnie i zapytała:

— Wyleczy? Tak?

Charakter i postępowanie pięknej kobiety wszędzie są jednakowe,czy to w wesołej Warszawie, czy na nowojorskim Broadwayu, czy na brzegach Tamizy, czy w Paryżu, czy też w dzikim, chmurami spowitym Tannu-Ołu, w wojłokowej jurcie piękności sojockiej, księżny Soldżaku i Darchat-Uła!

— Będę się starał! Będę się bardzo starał „inyń” (władczyni!) — zapewniał świeżo upieczony okulista.

Popasaliśmy tu, na brzegu zimnej, szalonej Hargi dziesięć dni, otoczeni dowodami gościnności i przyjaźni rodziny książęcej. Oczy księżny, które swoim blaskiem zwiodły przed ośmiu laty z drogi celibatu już mocno podstarzałego nojona-lamę, przestały ropieć, zniknęła czerwoność, stan zapalny i nieprzyjemny, ostry ból. „Inyń” nie posiadała się z radości i nie wypuszczała z rąk zwierciadła, w zachwycie się sobieprzyglądając.

Nojon podarował mi pięć dość dobrych koni, dziesięć baranówi duży worek mąki, z której natychmiast napiekliśmy sucharów.

Mój towarzysz-agronom dał mu za to nowy 500-rublowy banknotrosyjski bardzo piękny i barwny, lecz nie mający dla nas żadnej wartoscibo bolszewicy zburzyli system pieniężny; ode mnie zaś książę dostał niewielki kawałek rodzimego złota, znalezionego w łożysku małej rzeczkii kieszonkowy rewolwer z dziesięciu nabojami.

Cała rodzina i urzędnicy księcia odprowadzali nas do „kure” (klasztoru), położonego o piętnaście kilometrów od koczowiska władcy Soldżaku. Prowadził Sojot, wysłany przez nojona z rozkazem konwojowania nas aż do Kosogołu.

Nie zatrzymaliśmy się w „kure”, lecz około „duguna” — chińskiejosady handlowej. Chińscy kupcy, patrząc na nas spode łba, zaczęli nastręczać różne towary, szczególnie kusząc nas okrągłymi, glinianymi,,łanchonami” (karafkami) z „majgoło”, słodką, chińską wódką anyżową.Nie mieliśmy ani srebra w kawałkach, ani chińskich kałgańskich dolarów papierowych, więc ze smutkiem spoglądaliśmy na apetyczne „łanchony”. Nojon jednak rozkazał dać nam pięć butelek i zapisać je na swój rachunek osobisty.

Później, podczas wieczorów zimowych, nieraz wspominaliśmy bardzo wdzięcznie starego nojona, racząc się słodką wódką z gorącą herbatąi trzeba przyznać, że nikt z oddziału nie był obojętny dla sympatycznych „łanchonów”, które starannie owijano w szmaty i w suchą trawę,żeby się nie stłukły w naszych workach skórzanych.

Niech nie oburzają się moraliści i przeciwnicy alkoholu! Nadużycia alkoholu nie było!

Pomyśleć tylko: pięć „łanchonów” i osiemnaście zdrowych, bezdennych gardzieli! Oprócz tego — mróz 15--20 stopni i czternaście godzindziennie na siodle!

Lecz dość usprawiedliwień, gdyż widzę, że moraliści już się uspokoili i nie oburzają się wcale...

XIII.Tajemnice, cuda i potyczka

Tego dnia wieczorem jechaliśmy brzegami dużego „świętego” jeziora Teri-Nur. Jezioro zamarzło tylko przy brzegach i mogliśmy obserwwać je w całej okazałości. Jest to wielka powierzchnia żółtej, mętnejwody. W kilku miejscach niedaleko brzegów rosły niewysokie trzciny,już brunatne, połamane przez mroźne wiatry. Pośrodku jeziora wynurzała się z wody wysepka, znikająca corocznie. Na niej rosło kilka już padających drzew, a wśród nich wznosiły się jakieś stare ruiny baszt i murów z gliny, zwykłej budowy chińskiej.

Przewodnik opowiedział nam, że przed 75 do 100 laty Teri-Nurunie było; na równinie Chińczycy założyli silną fortecę. Jakiś święty lama za uczynioną mu przez komendanta chińskiego krzywdę wyklął fortecęi załogę, przepowiedziawszy jej prędką i straszną zagładę. Zaraz nazajutrz ze wszystkich studni lunęły potoki wody, zburzyły mury i budynki.Załoga chińska zginęła bez śladu i tylko czasem fale wzburzonego jeziorawyrzucają na brzegi zgniłe czaszki i kości ludzkie. Jezioro powiększa sięco rok, podchodząc coraz to bliżej do okalających je gór.

Po godzinie ominęliśmy od wschodu Teri-Nur i jezioro zniknęło zalasem.

Droga nie była ciężka, lecz przewodnik uprzedzał, że czekają nasmiejsca bardzo trudne do przebycia.

Doszliśmy do nich po dwóch dniach.

Przed nami był gęsty las, wdrapujący się stromymi spychami na szczyt góry, pokrytej grubą warstwą śniegu. Za tą górą w promieniachzachodzącego słońca piętrzyły się majestatyczne wierchy, pokryte wiecznymi śniegami, z których w różnych miejscach wyrastały nagie, bezbarwne skały.

Były to wschodnie najwyższe odnogi Tannu-Ołu.

Zatrzymaliśmy się na nocleg w lesie i o świcie zaczęliśmy przedzierać się przez gęsty bór.

Do południa prowadził nas Sojot przez knieję, robiąc ogromnekręte zygzaki, gdyż wszędzie drogę tamowały niezliczone, głębokie wąwozy, przysypane śniegiem, wysokie wały leżących drzew lub też osypykamieni i skał, które stoczyły się z gór. Namordowawszy się w ciągukilku godzin, nieoczekiwanie powróciliśmy na miejsce naszego noclegu.Nie było wątpliwości, że przewodnik zabłądził i zupełnie stracił drogę.Na jego twarzy malowało się paniczne przerażenie.

— Złe duchy starego lasu nie przepuszczają nas! — szepnął drżącymiwargami. — Zły to znak! Lepiej powracać na Hargę do nojona.

Krzyknąłem na niego gniewnie i Sojot znowu poprowadził nas, chociaż stracił wszelką nadzieję odszukania ścieżki przez Tannu-Oł, nie robiąc nawet żadnych w tym kierunku wysiłków.

Na szczęście jeden z moich ludzi, myśliwy urianchajski, zauważyłnacięcia na drzewach. Były to znaki, wskazujące ścieżkę ukrytą podgłębokim śniegiem. Brnąc w zaspach, przeszliśmy las „złych duchów”, przecięliśmy inny mniejszy, składający się z czarnych, gołych, spalonych modrzewi i zatrzymaliśmy się o zachodzie słońca w niewielkim gaikuu podnóża Tannu-Ołu. Wkrótce zapadł zmrok, a wraz z nim zerwałsię wicher i przyniósł chmury śniegu, zasłaniające białą płachtą cały widnokrąg.

W okamgnieniu nasz obóz był zasypany głębokim śniegiem; koniestały jak białe widma, nie odgrzebywały trawy spod śniegu i nie chciałyodchodzić od ogniska. Wiatr szarpał im grzywy i ogony. W szczelinachi wąwozach górskich wicher huczał, gwizdał i jęczał. Chwilami zdawałosię, że setki głosów smutnych śpiewają jakąś pieśń złowrogą, pełną rozpaczy. Z daleka dochodziły nas odgłosy ponurego wycia wilków.

Już większa część oddziału pokładła się koło ogniska, gdy zbliżyłsię do mnie przewodnik i rzekł:

— Nojonie! Pójdźmy do „obo”... Chcę ci coś pokazać.

Poszliśmy. Na samym początku stromej ścieżki leżała kupa dużychkamieni ze złożonym na nich bezładnym stosem suchych gałęzi. „Obo”jest lamaickim znakiem świętym, który mnisi-lamowie układają w niebezpiecznych miejscach. „Obo” — to ołtarz na cześć złych demonów,władców tych miejsc niegościnnych. Przyjeżdżający Mongołowie i Sojoci składają tu swe skromne ofiary — błagalne lub dziękczynne, wieszając na gałęziach „obo” szmaty, kosmyki włosów wyrwanych z końskiejgrzywy lub „chatyki”, tj. długie pasma niebieskiej jedwabnej materii,które dają w prezencie osobom duchownym lub starszyźnie. Czasemstawiają miseczki z prosem, z bobem lub solą.

— Spójrz! — szepnął Sojot. — Chatyków nie ma...

Istotnie wiatr zerwał i uniósł jedwabne szmaty i nawet przewróciłmiseczki z ofiarami.

— Demony są gniewne... Nie puszczą nas, nie ułatwią nam drogiprzez Tannu-Ołu.

Sojot nagle schwycił mnie za rękę i błagającym głosem prosił:

— Powróćmy, nojonie, powróćmy! Demony nie chcą użyczyć namdrogi przez swoje góry. Nikt tu nigdy w zimie nie przechodzi. Już dwadzieścia lat gniewają się demony, a każdy śmiałek — myśliwy lub pastuch,usiłujący przejść tę drogę, zginął! Demony posyłały na niego śnieżnązamieć i mrozy. Widzisz? Wszystko to już się zaczęło... Dużo ludzkichkości leży na tych strasznych szczytach, nikt nie powrócił do swojejjurty. Wracajmy wszyscy do naszego księcia, u którego doczekamy sięciepłych dni wiosny i wtedy...

Nie słuchałem dalej tchórza i poszedłem z powrotem do ogniska,ledwie widocznego przez strugi i kłęby śnieżycy, mknącej z zawrotnąszybkością. W obawie możliwej ucieczki przewodnika kazałem wystawićwartę na noc i bacznie na niego uważać.

W nocy obudził mnie wartownik-oficer i rzekł:

— Może być, że ja się mylę, lecz zdaje mi się, słyszałem huk strzałukarabinowego...

Cóż mogłem na to powiedzieć?

Może gdzieś tacy jak my podróżni dawali sygnał zbłąkanym towarzyszom, lub może oficer się pomylił, przyjąwszy za wystrzał łoskottoczących się brył śniegu i lodu.

Zasnąłem i od razu przyśnił mi się bardzo wyraźnie dziwny krajobraz.

Zobaczyłem nieskończenie długą płaszczyznę śnieżną, przez którąbrnął czarny wąż jeźdźców. Poznałem nasze konie ciężarowe, poznałemKałmuka na zabawnym, czarnym ogierze w wielkie plamy białe i o garbatym pysku. Widziałem, jak zaczęliśmy schodzić z gór do doliny, oblanijaskrawym światłem słońca. Później nastała noc.

Ujrzałem niewielki gaik z płonącym ogniskiem na jego skraju, aprzy ognisku moich ludzi i konie. Wyraźnie słyszałem szum niezamarzniętego potoku, a na śniegu leżącym na jego brzegach ujrzałem krwawordzawe plamy.

Naraz ogień buchnął wysokim płomieniem. Drgnąłem i obudziłemsię.

Mętny świt przedzierał się przez mrok i zawieję.

Obudziłem swój oddział i kazałem śpieszyć się z herbatą i z kulbaczeniem koni.

Zamieć wzmagała się coraz bardziej. Śnieg siekł twarz i oczy zestraszną siłą, zamiatał wszelkie ślady ścieżki. Mróz tężał.

Na czele oddziału jechał Sojot, szukający na próżno oznak drogi.Coraz częściej zatrzymywał się, bezradnie i z przerażeniem oglądającsię wokoło.

Wpadaliśmy do głębokich wyrw, ukrytych pod śniegiem wśródskał, wspinaliśmy się na wysokie zwały kamieni. Po godzinie uciążliwej jazdy Sojot zawrócił konia i zbliżył się do mnie.

— Nie chcę tu zginąć i dalej nie pojadę! — zawołał gwałtownym,zrozpaczonym głosem.

Pierwszym moim odruchem była chęć cięcia tego tchórza nahajem.

Przecież byliśmy tak blisko Mongolii, tej „ziemi obiecanej”, przezktórą mogliśmy już spokojnie zdążać do celu i raptem jakiś Sojot sprzeciwia się mojej woli. Wydał mi się on największym wrogiem. Pohamowałem się jednak i nie uderzyłem przewodnika.

W głowie mi błysnęła myśl zupełnie dzika, fantastyczna.

— Słuchaj! — zwróciłem się do Sojota, mówiąc spokojnym, lecz bardzo stanowczym głosem — jeżeli zawrócisz konia i będziesz usiłował stądodjechać lub uciec, dostaniesz kulą w kark i zginiesz nie na szczytach Tannu-Ołu, gdzie zginęli odważni, ale tu, na jego zboczach, jakpies tchórzliwy. Uważaj teraz, co ci będzie mówił ta-lama, któremuWielki Burchan (Bóg) dał moc patrzenia w przyszłość. Wszystko będzie dobrze i nic nam nie grozi! Gdy staniemy na szczytach Tannu-Ołu, wicher się uspokoi i nie zobaczymy więcej zamieci śnieżnej. Gdybędziemy brnęli przez śniegi po płaszczyźnie, która jest tam na wierzchołkach, będzie nam świeciło słońce. Zatrzymamy się po tamtej stronie grzbietu w małym lesie modrzewiowym, przez który płynie niezamarzający potok z czerwonymi plamami rdzawej wody na brzegu,okrytym śniegiem. Tam się będzie paliło nasze ognisko i tam spędzimynoc!

Spostrzegłem, że Sojot zaczął dygotać ze strachu.

— Nojon już przebył tę drogę? — szeptał. — Już zna płaszczyznę Darchat-Uła, która leży na tych szczytach?

— Nie! — odparłem. — Nigdy nie byłem w waszych górach, lecz tejnocy bogowie wasi nawiedzili mnie i pokazali mi drogę. Wiem, że nicnam nie przeszkodzi przejść szczęśliwie przez Tannu-Ołu.

— Już prowadzę, już prowadzę! — zawołał Sojot i uderzywszy konia,szybko wyjechał na czoło oddziału, jadąc ostrym grzbietem skalnym,wijącym się aż do szczytów, gdzie leżała śnieżna płaszczyzna.

Gdyśmy się znaleźli na wąskim gzymsie skalnym, zwieszonym nadgłęboką doliną, przewodnik gwałtownie wstrzymał konia i uważnie oglądał śnieg i kamienie.

Po chwili podniósł się na strzemionach i zawołał:

— Dziś w nocy tą ścieżką przeszło dużo podkutych koni. Tu pośniegu ciągnął się rzemień nahaja. To nie Sojot jechał.

Nie mieliśmy czasu na przypuszczenia i domysły, gdyż w tej chwilirozległa się salwa karabinowa, po której jeden z moich oficerów krzyknął, chwycił się za prawe ramię i padł, nie drgnąwszy nawet, a jeden z koni ciężarowych dostał kulą za uchem.

Natychmiast zeskoczywszy z siodeł, schowaliśmy się za kamieniamii zaczęliśmy ostrożnie badać sytuację.

Od sąsiedniego szczytu oddzielał nas bardzo głęboki wąwóz, mającyokoło 600 metrów szerokości. Na przeciwległym skraju wąwozu spostrzegliśmy ze trzydziestu jeźdźców, którzy zeskoczyli z siodeł i rozpoczynaliostrzeliwanie nas pozostających na odkrytej niedogodnej pozycji.

Ukrywając się za skałami i w dołach, poczęliśmy odpowiadać.

— Celujcie do koni! — zakomenderował jeden ze starszych oficerów,pułkownik Ostrowski.

Rozkazałem przewodnikowi i Tatarowi położyć nasze konie naśniegu za skałami, aby nie służyły za cel napastnikom. Wykonali rozkazbardzo sprawnie i szybko.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.