drukowana A5
27.83
Złote sidła

Bezpłatny fragment - Złote sidła


Objętość:
140 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0140-0

Rozdział I.Bram Johnson i jego wilki

Bram Johnson był istotą niezwykłą, jakich niewiele spotyka sięnawet w pustkowiach Northlandu.

Były chwile, kiedy można było uważać go za człowieka posiadającego rozum i duszę; w innych zaś przypominał raczej jakąś straszliwąapokaliptyczną bestię. Czy posiadał naprawdę to, co powszechnienazywamy duszą? Jeżeli tak, to dusza ta zatajona była głęboko, gdzieśw niedostępnych czeluściach borów i dzikich pustkowi, wśród którychrozwijała się. Toteż nie będziemy potępiać Brama nierozważnie w niniejszym opowiadaniu. Ostrożność w osądzaniu bliźnich zawsze jestwskazana.

Aby zdać sobie dokładnie sprawę z tego, kim był właściwie BramJohnson, musimy cofnąć się o trzy generacje wstecz. Jeżeli lekkimpirogiem puścimy się z Jeziora Athabaska w kierunku północnym, aż doWielkiego Jeziora Niewolników, a stamtąd korytem rzeki Mackenziew stronę koła podbiegunowego, napotkamy na tej drodze przeróżnetypy etniczne. Najpierw Indian ze szczepu Chippewayów, ludzi smukłych i zwinnych, o pociągłej twarzy, używających lekkich, mocnowygiętych łódek. Potem szczep Cree, którego przedstawiciele odznaczają się twarzą więcej okrągłą, oczami bardziej skośnymi. Są toludzie ospali, spokojni, a łodzie, jakimi się posługują, zbudowane sąz kory bambusowej i mają dziwaczny kształt. W miarę posuwania się kupółnocy, zatracają pierwotną czystość swej rasy, stając się stopniowo podobnymi do Japończyków. I znowu napotykamy szczepChippewayów, który jednak w tej szerokości geograficznej uległ dużemuprzeobrażeniu. W miarę zbliżania się do koła podbiegunowego, zaczynają oni używać „kajaków” zamiast pirog, rysy ich twarzy stają siębardziej rozlane, oczy skośnie osadzone, maleńkie jak u Chińczyków. Sąto owi Eskimosi, jak ich nazywają w podręcznikach geografii.

Jeden z przodków Brama Johnsona musiał przed paruset latywywędrować z południa ku północy. Krew jego dzieci i ich potomkówzmieszała się z krwią szczepu Chippewayów i Cree, a z biegiem czasui z krwią Eskimosów. A co najciekawsze, imię Johnson przechodziłostale z jednej generacji na drugą. Ale gdyby ktoś ciekawy zajrzał donamiotu, w którym obecnie mieszkał Bram Johnson, licząc na to, żeznajdzie tam człowieka białego, spotkałaby go niespodzianka.

Bram Johnson, w następstwie tego krzyżowania się rozmaitych ras,tylko z koloru skóry, włosów i oczu przypominał człowieka białego,pozostałe zaś, to cechy charakterystyczne dla plemienia Eskimosów,z którego pochodziła jego matka. W jednym tylko jeszcze odbiegał odtego typu: mierzył sześć stóp wysokości.

Był to prawdziwy olbrzym, o niesłychanej sile fizycznej, twarzszeroka, o wystających kościach policzkowych, nos spłaszczony, wargigrube. Skórę na twarzy jednak miał zupełnie białą, włosy bujne, rude,twarde jak szczecina, oczy duże, błękitne. Czasami, zwłaszcza gdy byłpoirytowany, oczy te przybierały kolor szary, niby oczy kota, świecącnagłym, dzikim blaskiem.

Bram nie miał żadnych przyjaciół ani towarzyszy. Otaczała gojakaś dziwna tajemniczość... Jeżeli zaglądał czasem do jakiejś faktorii, totylko na krótki czas, aby nabyć nieco potrzebnych mu rzeczy w zamianza skórki dzikich zwierząt, które przynosił. Mijały długie miesiące,a Bram nigdy nie pokazywał się ponownie w tym samym miejscu.Ustawicznie wędrował po świecie.

Policja lotna „Royal North-West” miała go na oku, nie gubiącnigdy jego śladów. W raportach, składanych przez wysunięte daleko na północ placówki policji, spotyka się niejednokrotnie lakonicznewzmianki o Bramie, tej mniej więcej treści: „Widzieliśmy Brama z wil kami, szedł w kierunku północnym...” — „Bram ze swoimi wilkamiprzechodził tędy...” Potem w ciągu dwóch lat zginął bez śladu — powędrował prawdopodobnie gdzieś w okolice Jeziora Niedźwiedzi. A kiedyznów się zjawił, policja zaczęła się nim interesować jeszcze bardziej.Zachowanie jego wydawało się bowiem dziwnie podejrzanie. Cośmusiało się stać, prędzej czy później.

I rzeczywiście to „coś” stało się. Bram zabił człowieka. A zabił gotak szybko i zręcznie, że zanim odkryto to zabójstwo, po Bramie niebyło już ani śladu.

Wkrótce, w dwa tygodnie później, rozegrała się nowa tragedia.Kapral policji Lee, w towarzystwie jednego ze swych ludzi, wyruszyłz fortu Churchill celem schwytania i aresztowania Brama. Odszukał gogdzieś na granicach Barrenu. Posuwali się z całą ostrożnością, bydogonić go i schwytać. Nagle, gdy byli w odległości około ćwierć mili,usłyszeli głośny, niesamowity śmiech. Bram nie atakował ich, nie strzeliłani razu. Poszczuł tylko na nich swoje wilki. Cudem prawdziwymkapral Lee nie zginął na miejscu. Ciężko pokaleczony dowlókł się dochaty pewnego Metysa i tam wkrótce wyzionął ducha. Metys poszedłdo fortu Churchill i opowiedział całe to zdarzenie.

Od tej chwili Bram zniknął zupełnie ze świata.

Ach, gdyby można opisać i opowiedzieć szczegółowo te cztery czypięć lat tortur i męczarni, jakie Bram przeżywał w samotności — niejedno zostałoby mu przebaczone! Bram i jego wilki! Czyliż samo zestawienie tych słów dreszczem was nie przejmuje? Pomyślcie tylko:zawsze sam, sam jeden, w towarzystwie wilków. Nigdy nie słyszał mowyludzkiej. Nigdy nie mógł zbliżyć się nawet do jakiejś faktorii, by zakupićnieco żywności! Po prostu człowiek-zwierzę, prawdziwy wilkołak!

W ciągu trzech ostatnich lat Bram przeprowadził stopniowo jaknajstaranniejszą selekcję między swymi wilkami. Pozbył się wszystkichmieszańców-wilczurów, zachowując dla siebie tylko dwadzieścia wilków najczystszej krwi. Sam je wychowywał od maleńkich szczeniaków, przywiązał się do nich równie silnie jak one do niego. One zastępowałymu rodzinę, braci, siostry. Spał razem z nimi, jadł z nimi, cierpiał głód narówni z nimi wtedy, kiedy brakowało im świeżej żywności. One były mucałym towarzystwem i najpewniejszą opieką. Skoro zabrakło mięsa,puszczał swą hordę wilków na trop jakiegoś łosia czy karibu. W pościgu za zwierzem wilki zapędziły się nieraz o kilka czy kilkanaście milnaprzód. Ale Bram doganiał wkrótce całą hordę i zawsze znalazł się dlanich porządny kawał mięsa.

Cztery lata takiego życia! Policja wprost wierzyć w to nie chciała.Uśmiechali się z niedowierzaniem, kiedy do uszu ich dochodziłyz daleka wieści, że Bram żyje, że go widziano, że słyszano jego potężnygłos i straszliwe wycie wilków, że Metysi i Indianie w różnych stronachnatrafiają na jego ślady.

W opowiadaniach o Bramie było też dużo przesady i śmiesznych,fantastycznych dodatków. Indianie uważali Brama za istotę nadprzyrodzoną, za czarownika, który zaprzedał duszę swą diabłu i w zamian zato może dowolnie latać w powietrzu. Znajdowali się ludzie, którzycałkiem serio przysięgali się, że widzieli na własne oczy, jak Bram razemz hordą swych wilków latał po niebiosach, polując na jakieś potwornebestie.

Dość na tym, że policja przekonana była, że Bram od dawna już nieżyje. Tymczasem on, uciekając przed ludźmi, coraz bardziej zbliżał sięi upodabniał do swych braci-wilków.

Jednak w żyłach jego płynęła krew białych ludzi. I Bram corazgwałtowniej, coraz silniej tęsknił za głosem ludzkim. Pragnienie torozsadzało nieraz jego potężne piersi. A jednak, Bram nie kochał nigdyw życiu żadnego człowieka.

Pragnienie to właśnie dało początek strasznemu dramatowi, w którym dwoje ludzi — mężczyzna i kobieta — odegrało niepoślednią rolę.

Rozdział II. Osobliwe odkrycie

Mężczyzna ów nazywał się Filip Brant.

Tego wieczoru siedział on w chatce Piotra Breault, rozdzielonystołem od gospodarza. Od pieca, rozpalonego do czerwoności, biłociepło na całą izbę. Był późny wieczór.

Piotr Breault, który polował na lisy, zbudował sobie chatkę naskraju wąskiego pasa szpilkowego lasu, wrzynającego się w obszarBarrenu. Spoza ścian chatki dochodziło żałosne, ponure wycie wichury.Tam dalej, w kierunku wschodnim, była Zatoka Hudsona. Wystarczyłootworzyć drzwi chatki, by posłyszeć głuche, nieustannie przeciągłegrzmoty idące z tamtej strony. Huczało i grzmiało morze, walczącz lodami zaścielającymi Zatokę Hudsona. Czasami rozlegał się głośniejszy huk, gwałtowny niby wystrzał armatni. To pękały góry lodowe,waląc się w fale morskie.

W kierunku zachodnim przestrzeń pusta, gładka, bez żadnychwyniosłości, skał czy zarośli. To Barren, nad którym przez cały dzieńzwisa nisko niebo szare, niby gruba ciężka zasłona, zabarwionamiejscami purpurowo, z którego zda się, lada chwila, runą na ziemięzwały śnieżne. Jeszcze straszniejsze wrażenie robiło to w nocy, kiedywiatr zawodził żałośnie i wokoło rozlegały się piski białych lisów.

— Jak pragnę zbawienia mej duszy — powtarzał Breault — widziałemgo na własne oczy...

Filip Brant przestał się uśmiechać z niedowierzaniem. Wchodził onw skład patrolu policyjnego, stacjonującego w forcie Churchill. Doskonale wiedział, że Piotr Breault był człowiekiem odważnym, bowieminaczej nie ośmieliłby się osiedlić w tym miejscu, w pustkowiu Barrenu. Wiedział też, że Berault nie był wcale przesądnym i zabobonnym,jak to się często zdarza u ludzi w tym zawodzie, bo gdyby tak było, jużdawno uciekłby stąd, nie mogąc znieść tych tajemnych jęków i pisków,jakie rozlegają się każdej nocy w tych pustkowiach.

— Przysięgam panu! — powtórzył Breualt.

Filip słuchał go rozgorączkowany, rumieńce wystąpiły mu natwarzy. Zaciśnięte pięści oparł mocno o stół. Był to mężczyzna w wiekutrzydziestu pięciu lat, smukły i doskonale zbudowany. Oczy miał jasne,błękitne, o połysku stali. Kiedyś, dawniej, ubierał się elegancko, jakwszyscy ludzie cywilizowani. Mieszkał wówczas w dużym mieście.Obecnie odziany był w ubranie ze skóry karibu, o wystrzępionychrękawach. Na rękach rysowały się grube żyły, a na twarzy zmarszczkigłębokie, wyżłobione wśród nieustannych walk z przyrodą, burzamii wichrami.

— To niemożliwe — odparł. — Bram Johnson nie żyje.

— Żyje, proszę pana!

W głosie Piotra Breault wyczuwało się dziwne drżenie.

— Gdybym wiedział to tylko ze słyszenia, gdybym go nie widział nawłasne oczy, wtedy mógłby pan mieć pewne wątpliwości.

Oczy płonęły mu dziwnym blaskiem. Silniejszym nieco głosemzaczął opowiadać:

— Siedziałem tu, w tej samej chacie, kiedy nagle posłyszałem wyciejego wilków. Podszedłem do drzwi, otworzyłem je i przystanąłem,starając się dojrzeć coś w ciemnościach nocy. Byli już niedaleko i zbliżalisię szybko. Posłyszałem stuk kopyt karibu na zamarzniętym śniegu.Przebiegł niedaleko mej chaty w pełnym galopie. A w ślad za nimpędziła horda wyjących wilków. Nad ich wyciem górował głos potężny,tak mocny, jakby dziesięciu ludzi krzyczało jednocześnie. Poznałemnatychmiast ten głos: to głos Brama Johnsona! Polował na zwierza zeswymi wilkami. Tak jest, on żyje. I to jeszcze nie wszystko. Tak jest, tonie wszystko jeszcze.

Mówił gorączkowo, z coraz bardziej wzrastającym wzruszeniem.Filip Brant słuchał go uważnie. Zaczynał już wierzyć, że to, co mu Piotrmówi, jest jednak prawdą.

— No, a potem? — zagadnął. — Widziałeś go pan kiedy jeszcze?

— Owszem — potwierdził Piotr. — I to zupełnie z bliska. Ale to, co wówczas zrobiłem, tego nie powtórzyłbym po raz drugi,choćby mi za to obiecywano wszystkie lisy, jakie gnieżdżą się międzyJeziorem Athabaska a Zatoką Hudsona. Byłem wtedy jak nieprzytomny. Jak urzeczony wybiegłem z chaty i puściłem się za nimi. Szedłem pośniegu, za śladami wyciśniętymi przez łapy wilków i szerokie nartyBrama. Aż w końcu usłyszałem szczękanie potężnych zębów wilczych,szarpiących mięso karibu i jakiś radosny ryk ludzki. Bram dopadł swejofiary i dzielił się łupem z wilkami. Na szczęście wiatr miałem pomyślny,dzięki czemu ta horda nie mogła zwietrzyć mojej obecności. Ale gdybytak kierunek wiatru się zmienił, co by się ze mną stało, na Boga?!

Wstrząsnął się cały nerwowo, załamując palce, aż trzeszczały.

— A jednak, proszę pana, nie ruszyłem się z miejsca, siedziałemukryty za wysoką zaspą śnieżną. Po dobrej chwili Bram ze swą hordąruszyli dalej. Wówczas podszedłem do leżącego na śniegu karibu. Był toduży, tłusty samiec. Obie tylne szynki miał zupełnie odcięte. Ruszyłemw dalszą drogę, za śladami Brama. Noc była tak ciemna, że na dziesięćkroków zupełnie nic nie widziałem. Doszedłem w ten sposób w pobliżemałego lasku. Tam to Bram rozpalił ognisko. Mogłem mu się doskonaleprzyjrzeć. Poznałem go od razu, bo już przedtem, przed owymmorderstwem, zaglądał dwukrotnie do mojej chatki. Rysy twarzy nicmu się nie zmieniły. Siedział otoczony swymi wilkami, głaskał je, mówiłdo nich, śmiejąc się dziko. Widziałem doskonale potężne, błyszczącezęby tych bestii. Patrzyłem, jak ocierały się jeden o drugiego, wtedynagle oprzytomniałem. Zawróciłem i popędziłem z powrotem w kierunku chatki. A biegiem tak szybko, że nawet i wilki, zdaje mi się, niezdołałyby mnie doścignąć... I to jeszcze nie koniec.

Wpatrywał się uważnie w Branta, wyłamując nerwowo palce.

— Wierzy mi pan teraz?

Filip potrząsnął głową.

— Zasadniczo wydaje mi się to niemożliwe. A jednak wierzę, że niebyło to tylko przywidzeniem.

Piotr Breault odetchnął z widocznym zadowoleniem. Podnosząc siępowoli z krzesła zagadnął:

— A będzie mi pan wierzył, jeżeli opowiem mu i resztę?

— Będę.

Piotr przeszedł do sąsiedniego pokoiku, służącego mu za sypialnię.Wyszedł stamtąd, niosąc w ręku mały woreczek ze skóry renifera,w którym zazwyczaj nosił hubkę i krzesiwo.

— Na drugi dzień — podjął opowiadanie — wróciłem znów na tosamo miejsce, gdzie widziałem Brama. Bram już dawno poszedłw dalszą drogę ze swymi wilkami.

Resztę nocy przespał pod gałęziami dużego świerku, a potemposzedł dalej. Tam, gdzie szedł, śnieg wydawał się po prostu jakbygładko zmieciony — takie szerokie ślady pozostawiały na nim olbrzymiebuciska tego potwora. Rozglądałem się uważnie dookoła, w nadziei, żeznajdę może jakikolwiek przedmiot pozostawiony przez Brama w miejscu jego noclegu. I wreszcie znalazłem to.

Zaczął rozwiązywać mały woreczek ze skóry renifera. Filip Brantczekał w milczeniu.

— Są to, proszę pana — mówił Piotr — sidła na zające; widoczniewypadły mu z kieszeni podczas snu.

Podał je Filipowi.

Zawieszona u powały lampka oliwna oświetlała słabo stół, przyktórym siedzieli. Filip Brant przyjrzał się uważnie owym sidłom i z piersijego wyrwał się okrzyk zdumienia.

Piotr Breault czekał na ów okrzyk. Oto z początku nie chcianowierzyć temu, co mówił. Teraz on triumfował, radość biła z jego twarzy.A Filip niemal zatrzymał dech w piersi, wpatrując się z całym natężeniem w ów tajemniczy przedmiot, trzymany w ręku, a błyszczącyw świetle lampki. Tak, nie było wątpliwości: były to sidła, długie mniejwięcej na jeden jard, z węzłem na jednym końcu, z ową typową pętlą,,chippewayską” na drugim.

W gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego.

Tak, tylko że sidła te zrobione były ze złotych włosów kobiecych!

Rozdział III. Brant postanawia działać

Zdarza się nieraz, że pod wpływem jakiegoś gwałtownego bodźcaczłowiek, nie zastanawiając się, podejmuje od razu jakieś postanowienie.

Filip Brant, po owym mimowolnym zupełnie okrzyku zdziwienia,który wyrwał mu się z ust, siedział w milczeniu. Nie rzekł ani słowa doPiotra. Wiatr ucichł, zaległa cisza, przerywana jedynie monotonnymtykaniem zegarka Piotra. Breault z wolna podniósł głowę, pochyloną nadjedwabistymi sidłami. Oczy jego spotkały się ze spojrzeniem Branta.

Obaj mężczyźni mieli jednakie myśli w tej chwili. Gdyby owewłosy były czarne... Gdyby były brunatne... lub choćby jasnoblond,rudawe, jakie spotyka się u Eskimosek, mieszkających w dolnym biegurzeki Mackenzie... Ale nie, miały one kolor złocisty, kolor czystegopłynnego złota!

Filip nie mówiąc nic, wydobył z kieszeni nóż i przeciął kilka włosówpowyżej drugiego węzła. Włosy rozplotły się i spłynęły na stół lśniącą,miękką i jedwabistą falą. Kolor ich był jasnozłoty, zupełnie niezwykły.Podobnego koloru włosów Filip nigdy jeszcze nie widział. I równocześnie pomyślał z podziwem, ile to potrzeba było cierpliwości i zręczności,by upleść z nich takie sidła.

Spojrzał na Piotra z niemym pytaniem.

— Znaczy to — odezwał się Piotr — że Bram musi mieć jakąśkobietę...

— Z pewnością — przytaknął Brant. — Kobietę żywą lub...

Nie dokończył zdania. Rozumieli się doskonale. Jedno i to samookropne pytanie dręczyło ich umysły. Piotr wzruszył tylko ramionami.Cóż można było na to pytanie odpowiedzieć? Wzdrygnął się, bo otoniespodziewany powiew wiatru wstrząsnął gwałtownie drzwiami.

— Ej, do licha! — zakrzyknął, odzyskując całą zimną krew, i odsłaniając w uśmiechu swe białe zęby, dodał: — zdenerwowała mnie już tacała historia. Bram ze swoimi wilkami i te osobliwe sidła... wieczorem...przy świetle lampki...

Rzucił znów okiem na leżące na stole włosy.

— Zastanów się pan — podjął Filip. — Widziałeś już kiedyś włosypodobnego koloru?

— Nie, nigdy w życiu.

— A przecież widziałeś już niejedną białą kobietę, czy to w forcieChurchill, czy w York Factory, czy w Cumberland House, NorwayHouse lub w forcie Albany!

— Naturalnie! I w innych stronach także, ale nigdy nie spotkałemkobiety, która miałaby włosy tego koloru.

— A Bram, o ile nam wiadomo, nie zapuszczał się nigdy dalej napołudnie jak do fortu Chippewyan. Wszystko to razem wydaje mi sięzupełnie niezrozumiałe. A ty, co sądzisz o tym? No, mówże! O czym takmyślisz?

— O czym myślę? — powtórzył powoli Piotr, wpatrując się w swegogościa — myślę o wilkołaku... o owych czasach... i zaczynam powoli w niewierzyć, choć wcale nie jestem zabobonnym... wcale nie...

Z pewnym zażenowaniem mówił dalej niepewnym głosem:

— Ale, widzi pan, ludzie opowiadają o Bramie i jego wilkach takiepotworne historie. Podobno, jak mówią, zaprzedał on swą duszę diabłu iw zamian za to może, kiedy mu się tylko spodoba, latać w powietrzu lubprzemieniać się w wilka. Opowiadano mi, że widzieli go ludzie, jakgdzieś wysoko na niebie śpiewał jakąś dziką piosenkę, przy akompaniamencie wyjących wilków. Natknąłem się też na szczep Indian,pogrążonych w modłach i adoracji, bo widzieli Brama otoczonegowilkami, jak budował sobie zaklęty pałac w samym środku chmury,błyskającego gromami. Wobec tego nic dziwnego, że Bram łapie zającew sidła, splecione z włosów kobiecych.

— I równie nic dziwnego, że potrafi włosom czarnym nadać kolorzłocisty — wtrącił Filip.

— Ha, co w tym wszystkim jest prawdą? Któż to może wiedzieć?

Na twarzy Piotra wyczytać można było wewnętrzną walkę. Starałsię otrząsnąć z owych przesądów i zabobonów, które drzemały dotądgdzieś na dnie jego duszy, a obecnie nagle odezwały się z całą siłą.Wreszcie zacisnął mocno zęby, wyprostował się i odrzucając głowęw tył, oświadczył:

— Wszystko to są tylko bajeczki, proszę pana. Umyślnie pokazałempanu te sidła. Bram Johnson nie umarł. On żyje! I ma u siebie jakąśkobietę, o ile...

— Tak... o ile...

I znowu przemknęła im ta sama straszna myśl, której wypowiedziećgłośno nie mieli odwagi.

Filip owinął ostrożnie pukiel włosów wokół palca. Wydobyłz kieszeni mały skórzany woreczek i schował do niego owe niezwykłesidła. Potem nabił fajeczkę tytoniem i zapalił. Podszedł do drzwi,otworzył je i stał chwilę nieruchomo, wsłuchany w ponury świst wichru.Piotr siedział dalej przy stole, obserwując go uważnie.

Wreszcie Filip zamknął drzwi i zajął swe miejsce przy stole. Widaćbyło, że już powziął jakąś decyzję.

— Stąd do fortu Churchill jest 300 mil angielskich — mówiłz namysłem. — Mniej więcej w połowie drogi, w pobliżu Jeziora Jezusa,znajduje się kwatera Mac Veigha i jego ludzi. O ile wybiorę się w pościgza Bramem, musiałbym przesłać krótki raport do Mac, następnie dalej,do fortu Churchill. Słuchaj tedy, Piotrze: czy mógłbyś na parę dnizostawić w spokoju twoje łapki na lisy i zanieść ten mój raport?

— Dobrze, zaniosę — odparł Piotr po krótkim namyśle.

Do późnej godziny w nocy Filip pisał swój raport. Wysłano gow pościg za bandą złodziei-Indian. Obecnie zawiadomił inspektoraFitzgeralda, komendanta dywizji w forcie Churchill, o tym, czegodowiedział się od Piotra Breault, a czemu należało jednak dać wiarę.Bram Johnson, potrójny morderca, żyje! Więc on pójdzie w pościg zanim. Prosi komendanta, by na jego miejsce wysłano kogoś innegocelem schwytania owej bandy złodziejskiej. Wreszcie podał z możliwądokładnością, w którym kierunku zamierza wyruszyć w pościg zaBramem.

Skończywszy pisać raport, zapieczętował go. Raport był obszernyi wyczerpujący. Brakowało w nim jednej tylko rzeczy. Filip Brant niewspomniał ani słówkiem o owych sidłach i złocistych włosach kobiecych.

Rozdział IV.W drogę!...

Nazajutrz rano, choć szalała jeszcze zawierucha śnieżna, FilipBrant, pod przewodnictwem Piotra Breaulta, puścił się w drogę. Piotrdoprowadził go do miejsca, w którym przed zaledwie trzema dniaminocował Bram Johnson w towarzystwie swych wilków. Przez te trzy dniwichry nawiały tyle śniegu z pustynnego Barrenu, że ów świerk, podktórym wówczas Bram nocował, zasypany był prawie do połowywysokości zwałami twardego śniegu.

Piotr Breault określił jak najdokładniej kierunek, w którym najprawdopodobniej następnego ranka wyruszył Bram. Brant wydobyłbusolę i ustawił jej strzałkę w odpowiedni sposób tak, aby mógł sięw każdej chwili dokładnie zorientować, gdzie jest. W ten sposób doszedłdo jednego, zupełnie pewnego wniosku.

— Bram — rzekł do Piotra — ukrywa się gdzieś na granicy Barrenu,wśród lasów i zarośli. W tym też kierunku pójdę. Możesz jeszczedodatkowo, uzupełniając mój raport, powiedzieć Mac Veghowi i to.Ale pamiętaj: o sidłach ani słowa! Tak będzie lepiej, sam to rozumiesz.Jeżeli bowiem Bram jest rzeczywiście wilkołakiem i przędzie złote włosyna wietrze...

— Nic nie powiem, proszę pana — zapewnił Piotr drżącym głosem.

Uścisnęli sobie ręce na pożegnanie i rozstali się w milczeniu. Filipobrócił się twarzą na zachód i wkrótce stracił z oczu Piotra Breaulta.

Nie upłynęła jeszcze godzina, a już Filip Brant zaczął sobie zdawaćsprawę z niebezpieczeństwa tej karkołomnej wyprawy, na którą samdobrowolnie się porwał. Sanki swoje i zaprzęg psów zostawił u PiotraBreaulta, uważając, że tak będzie lepiej. Cały jego bagaż, umocowanywygodnie na plecach, nie ważył więcej niż czterdzieści funtów. Mieściłsię tam zwinięty namiot z najlepszego jedwabiu, ważący trzy funtyi mogący oprzeć się skutecznie najgwałtowniejszym wichrom. Dalejniezbędne przybory kuchenne, o tej samej wadze, piętnaście funtówmąki i cały magazyn artykułów spożywczych w formie tabletek lubsproszkowanych pożywnych ekstraktów, a więc: jajka, kartofle, kawaitp. Zapas tej żywności, doliczając do tego zwierzynę, jaką po drodzemoże upolować, powinien mu wystarczyć na miesiąc. Uzbrojenie jegoskładało się ze strzelby i służbowego rewolweru-colta z odpowiednimzapasem amunicji.

Licząc w myśli owe zapasy tak cennej żywności ukryte w worku naplecach, roześmiał się trochę drwiąco. Oto przyszła mu równocześnie dogłowy inna myśl — wspomnienie z lat dawnych. Co też powiedzielibyjego dawni przyjaciele, gdyby tak jakimś cudem znaleźli się w tej chwilitu, obok niego. A przede wszystkim, co powiedziałaby i co zrobiłabyMignan Davenport? Wyobraża sobie, z jakim obrzydzeniem i zgroząskrzywiłaby swą arystokratyczną buzię! Ten wicher, co hula swobodniepo Barrenie, zmroziłby błękitną krew w jej żyłach. Nie wytrzymałabytego! Wiedział o tym, bo znał ją przecież doskonale... Był czas, kiedymówiono o ich małżeństwie.

To ciekawe jednak, że w tej chwili, gdy idzie w tropy owegotajemniczego Brama, może jeszcze myśleć o niej. Trudno, niepodobnaodpędzić obrazu tej natrętnej myśli. A mógłby się założyć, że Mignonzapomniała już zupełnie o nim, tak samo jak jego dawni przyjaciele.Miłość i przyjaźń nie trwała długo. Mignon pierwsza postarała się mu toudowodnić. Skrzywił twarz w grymasie i zaczął się śmiać wesoło.

Jak to się jednak dziwnie wszystko składa na tym świecie! Jakiebajeczne kawały trafiają się w życiu! Pamięta doskonale: kiedyśprzeziębił się — przyszło zapalenie płuc. Z każdym dniem chudłi mizerniał coraz bardziej, policzki zapadły mu się na wybladłej twarzy.Jednym słowem: galopujące suchoty, czy coś w tym guście. A w dużychbłękitnych oczach Mignon malowało się przerażenie, rosnące z każdymdniem. Aż wreszcie pewnego dnia przyszła do niego, oświadczając muz naiwną otwartością, że byłoby jej strasznie nieprzyjemnie przyznać sięprzed znajomymi, że zaręczona jest z suchotnikiem.

Filip na to wspomnienie wybuchnął śmiechem tak hałaśliwymi szczerym, że Bram mógłby go posłyszeć z odległości nawet stu jardów.On — suchotnikiem! Rozkrzyżował szeroko potężne ramiona, aż stawyzatrzeszczały, i wciągnął głęboko w płuca rześkie, mroźne powietrze.Czuł się mocny i zdrowy jak rydz. Wyzdrowiał tutaj, wśród tycholbrzymich borów, śniegów i lodów. Kochał całym sercem te północnestrony, które mu wróciły zdrowie. Kochał je i dlatego przed dwoma latywstąpił w służbę królewskiej policji, ogarnięty żądzą przygód i awantur.Kiedyś wróci może na jakiś czas tam na południe, do swych znajomych.

Ależ zrobią wielkie oczy na jego widok! A Mignon, ta chyba umrzeze zgryzoty, kiedy zobaczy go w tak znakomitym zdrowiu!

Potem myśli jego wróciły znów do owego zagadkowego Brama.W ciągu dwóch lat swej służby zebrał stopniowo szereg informacjio tym dziwnym, a niebezpiecznym człowieku.

Indianie i Metysi uważali Brama za jakiegoś potwora, za potężnegoczarownika, pozostającego w porozumieniu z diabłami. W oczachpolicji natomiast uchodził on za mordercę i jednego z najniebezpieczniejszych zbrodniarzy w całym Northland, którego należało jak najszybciej złapać i unieszkodliwić. Toteż ten szczęśliwiec, któremu udałoby się Brama oddać w ręce władzy, żywego czy umarłego, mógłby byćz góry pewnym awansu na sierżanta. Niejeden próbował już szczęścia,podniecony ambicją i nadzieją awansu, aż ostatecznie wszyscy doszli doprzekonania, że Bram już nie żyje.

Filip Brant nie dlatego jednak zapuszczał się teraz w to pustkowiezimnego Barrenu, że pragnął zdobyć rangę sierżanta. Nie. I tak jużniedługo wygaśnie jego kontrakt, a potem wcale nie myśli zostać dłużejw służbie policyjnej. Inny był powód, inna siła wewnętrzna gnała gonaprzód.

Od owej chwili, gdy ujął w rękę ową sieć ze złotych włosów,opanowało go dziwne wzruszenie — uczucie nieznane mu dotychczas,z którym nie zdradził się zupełnie przed Piotrem Breaultem. Nie był onw tej chwili zimnym służbistą, polującym na zbrodniarza, zawziętym najego wolność lub życie. Prawda, zdawał sobie doskonale z tego sprawę,że obowiązkiem jego jest schwytać Brama i odprowadzić go skutego dogłównej kwatery policji. I zdecydowany był wypełnić ten swój obowiązek, o ile... Owa złota sieć była tą niewiadomą, którą musiał braćw rachubę w swych planach. Sprawa komplikowała się poważnie...

To prawda, były chwile, kiedy mówił sobie, że on sam dobrowolniekomplikował całą sprawę, może bez słusznej przyczyny. Przecież Brammógł wejść w posiadanie tych włosów na tysiąc różnych sposobów.A może owe niby-sidla były tylko jakimś talizmanem, który Bram,z natury już zabobonny, nosił przy sobie od szeregu lat, talizmanemchroniącym go od chorób i czarów.

Ale Filip jakoś nie chciał w to uwierzyć. A kiedy w południezatrzymał się, by rozpalić ogień, zagotować herbatę i odgrzać placekowsiany — wydobył z portfela ów pęk złotych włosów i zaczął mu siębacznie przyglądać.

Nie, stanowczo nie! Włosy te musiały być niedawno dopieroobcięte, to nie ulega wątpliwości. Przecież takie były miękkie, jedwabiste, taki miały żywy połysk! Cieniutkie były, długie, wszystkie jednakowej długości.

Zjadł śniadanie i puścił się w dalszą drogę. Przez ostatnie trzydni szalała taka śnieżyca, że zniknęły zupełnie wszelkie ślady po Bramie i jego wilkach. Mimo to jednak, Filip był najmocniej przekonany,że Bram nie wyszedł poza obręb wielkiego Barrenu północy, owego Barrenu, którego nie znajdziesz na żadnej mapie — oceanu śniegów, wśród których od tak dawna ukrywa się ten morderca. Olbrzymia pustynia śnieżna, szerokości pięciuset mil od wschodu, leżącamniej więcej pod sześćdziesiątym stopniem szerokości, była dlaBrama i jemu podobnych tym mniej więcej, czym był ongiśOcean Spokojny dla piratów. Straszliwe te pustkowia (Filipwzdrygał się już na samą myśl o nich) gorsze były nawet, niż okolice Bieguna Północnego, gdzie przynajmniej ma się Eskimosówza towarzyszy. To, na co się porwał, było niesłychanym zuchwalstwem. Liczył tylko, że utrzyma się przez dłuższy czas ładna pogodai że uda mu się wkrótce odnaleźć świeże tropy Brama i jegowilków.

Zdecydowany był też nie zapuszczać się poza strefę drzew i zarośli,gdzie z pewnością Bram urządził sobie legowisko, do którego prędzejczy później zechce powrócić. Ale jeżeli Bram poszedł prosto przed siebie,w śnieżną pustynię Barrenu, mogą upłynąć całe długie tygodnie, zanimstamtąd zechce powrócić.

Śnieżyca, szalejąca już od kilku dni, ucichła w ciągu nocy. Przez całytydzień pogoda była prześliczna. Mróz wprawdzie był silny, ale śnieg jużnie padał.

W ciągu tego tygodnia Filip zrobił sto dwadzieścia mil w kierunkuzachodnim. Ósmej nocy, kiedy siedział przy ognisku, bawiąc się znówrozplataniem złotej sieci, nastąpiło nareszcie owo upragnione spotkanie.

Rozdział V.Spotkanie z Bramem

Noc była tak jasna, że czarne cienie wielkich świerków, rysujące sięna śniegu, wydawały się jak żywe. Sklepienie niebios czyściutkie, nibylazur morza, usiane było miliardami gwiazd. Można się było obejść bezświatła księżyca. Na odległość trzystu jardów Filip mógł dostrzecwyraźnie idącego karibu.

Siedział, grzejąc się przy ogniu, i głaskał sieci z jedwabistych włosów.Uszu jego dochodziła owa „muzyka niebios”, cicha, fantastycznaharmonia dziwnych dźwięków i tonów, rozlegająca się w tych stronachprzed świtem. To jakiś przenikliwy gwizd, to znów łagodne pomruki,przypominające mruczenie kota, to znów dziwne, niemal metalicznedźwięki, podobne do brzęczenia pszczół.

Filip splótł z powrotem wszystkie oczka sieci i schował ją staranniedo woreczka. Nagle wyprostował się i bacznie nasłuchiwał. Gdzieśz oddali dobiegały inne dźwięki, nie mające nic wspólnego z ową,,muzyką niebios”. Zerwał się na równe nogi i przemykając ostrożniewśród zarośli podsunął się na kilka jardów od ogniska, niemal na samskraj lasu.

Z dość znacznej odległości — jednej mili, może dwóch, doleciało dojego uszu ponure wycie wilków.

W ciągu dwóch lat swej służby w policji Filip niejednokrotnie jużsłyszał takie głosy. Nigdy jeszcze nie wywarły one na nim podobniesilnego wrażenia. Krew uderzyła mu gwałtownie do głowy. Błyskawicznie przypomniał sobie to wszystko, co mu mówił Piotr Breault. Tak jest!Nie ulega żadnej wątpliwości: to Bram poluje ze swą hordą wilków. Idąw tę stronę!

Wrócił czym prędzej do ogniska, rozgrzał nad nim zimną lufę swejstrzelby, po czym zgasił ogień, zasypując płonące gałęzie śniegiem.Podszedł znów na sam kraj lasku, gdzie obrał sobie stanowisko u stópnajwyższego świerku, jaki znajdował się w pobliżu. W razie niebezpieczeństwa będzie mógł się wdrapać na drzewo.

Niebezpieczeństwo zbliżało się szybko. Cała horda wilków, wiedziona przez człowieka-zwierzę, gnała z ogromnym impetem prosto naniego. Wilki były już w odległości trzystu kroków, kiedy Brantzdecydował się wejść na drzewo. Wspinał się, dysząc ciężko, a serce biłomu niby młot. Świerk, wysoki na jakieś dwanaście stóp, nie był grubszyod ramienia mężczyzny, był schronieniem niezbyt bezpiecznym. Przypomniało mu się, jak to kiedyś wypadło ukryć paręset funtów mięsawśród gałęzi dużych cedrów, o pniach grubszych od jego uda. A w ciągunocy stada wilków przegryzły pień każdego drzewa.

Usadowiwszy się możliwie wysoko na drzewie, Filip powiódłwzrokiem po śnieżnej bieli Barrenu, oświetlonej blaskiem gwiazd.

Wycie wilków ucichło, najlepszy znak, że polowanie dobiegło jużkońca. Słychać było tylko pospieszny stukot kopyt karibu na twardejskorupie śniegu. Filip dojrzał też czarną sylwetkę zwierza, uciekającegow galopie przed ścigającą go hordą, która niemal już podcinała mu nogi.Wilki, w liczbie około dwudziestu, rozwinięte w długie półkole, starałysię odciąć drogę ucieczki biednemu karibu, który pędził wzdłuż skrajulasu, na próżno próbując dostać się w głąb zarośli. Szare cielska wilków,mignęły tylko przed oczami Filipa i wkrótce wszystko zniknęło muz oczu.

Filip zsunął się z drzewa i przyczaił w zaspach śniegu. Według jegoobliczeń karibu zdoła ubiec jeszcze milę, zanim dostanie się pod kłyi pazury goniących go dzikich bestii. Ukryty w cieniu drzewa czekałwięc cierpliwie, z wytężoną uwagą, jednocześnie pewny, że Bramwkrótce będzie wracać tą samą drogą.

I rzeczywiście, w kilkanaście minut później, usłyszał typowy, charakterystyczny szelest sunących po śniegu nart. Filip poczuł, jak krewnapływa mu gwałtownie do głowy. Oto za parę minut ujrzy owegoposzukiwanego zbrodniarza. Ułożył już sobie wcześniej cały plan działania. Okoliczności składały się dla Filipa nadspodziewanie pomyślnie.Gdyby Bram znajdował się w otoczeniu swych wilków, które w każdejchwili na znak swego pana gotowe były rzucić się na wroga, schwytanieBrama przedstawiałoby ogromne trudności. Ale w tej chwili wilki zajętebyły upolowaną zdobyczą; Bram przechodzić będzie więc sam, nietrudno będzie go złapać.

Filip przystanął tuż za świerkiem, strzelbę postawił obok. W prawąrękę chwycił swój rewolwer służbowy. Z wytężonym wzrokiem czekał nazjawienie się Brama, który lada chwila powinien wracać tą samą drogą.

Ale w pustkowiach Barrenu nie można polegać ani na wzroku, anina słuchu. Podczas gdy Filip szukał go wzrokiem po rozległej śnieżnejpustce, Bram zjawił się nagle, jakby spod ziemi, w odległości niespełnadwudziestu kroków od niego.

Filipa przeraził ten widok niespodziewany, tak bardzo, że ledwopowstrzymał okrzyk zdumienia.

W tej właśnie chwili Bram przystanął, wciągając pełną piersiąpowietrze i dysząc ciężko. Nadstawił uważnie głowę w kierunku, gdziejego wilki wciąż ucztowały.

Bram był naprawdę olbrzymiego wzrostu; być może w półmrokunocy wydawał się jeszcze wyższy. Długie, zwichrzone kudły opadały muna ramiona, brodę miał gęstą, krótką, a oczy lśniły w ciemnościach,zupełnie jak oczy kota. Wyraz twarzy na poły ludzki, na poły bydlęcy— jakiegoś stworzenia, co czuje, że na niego polują tak samo, jak onopoluje na inne zwierzęta. Na zawsze wryły się w pamięć Filipa rysy tejtwarzy, twarzy jakiegoś szalonego straceńca, wyrzuconego poza margines ludzkości.

Nadeszła chwila ostateczna. Filip zacisnął mocno dłoń, w którejtrzymał kolbę rewolweru, i postąpił o parę kroków do przodu, wynurzając się z cienia.

Bram mógłby go już spostrzec, gdyby nie to, że właśnie odrzuciłw tył swą ogromną głowę, uwalniając jednocześnie z piersi potężny,dziki okrzyk. Przypominało to jakiś przeciągły grzmot, przechodzącystopniowo w przerażające wycie, które z pewnością słychać byłow odległości paru mil. Podobnego wycia Filip nie słyszał nigdy w życiu.Był to widocznie sygnał, za pomocą którego Bram, człowiek-zwierzę,zwoływał swych braci-wilków.

Nagle sygnał urwał się. Może jakiś instynkt ostrzegł Brama, że grozimu niebezpieczeństwo. Zanim Filip zdążył zdecydować się na jakieśwystąpienie, Bram już niknął mu z oczu, sunąc po śniegu na swychnartach z nieopisaną szybkością. Równocześnie do uszu Filipa dobiegłjakiś niesamowity, szalony śmiech, ten sam śmiech, o którym z drżeniemopowiadał mu niedawno Piotr Breault.

Nie ruszając się z miejsca, Filip zaczął wołać głośno:

— Bram! Bram Johnson! Stój! Stój! W imieniu Jego KrólewskiejMości!

Bram usłyszał wołanie, nie przystanął jednak, tylko przyspieszyłjeszcze bieg. Filip krzyknął ponownie:

— Bram, Bram Johnson!

A cała odpowiedź jaką usłyszał, to był grubiański szyderczy śmiech.

Filip podniósł ramię, nie celując zbyt uważnie, wystrzelił dwukrotnie w kierunku uciekającego. Kule przeleciały ze świstem koło samejgłowy Brama.

— Bram! Bram Johnson! — krzyknął Filip po raz trzeci.

I tym razem wołanie nie odniosło żadnego skutku. Opuścił ramię,ścigając wzrokiem olbrzymią czarną sylwetkę uciekającego, którawkrótce rozpłynęła się w mrokach nocy.

I znowu Filip został sam wśród śnieżnego pustkowia. Teraz dopierouprzytomnił sobie całą dziecinność swego zachowania. Wołał na Bramatak drżącym głosem, że tylko na śmiech się naraził. Z pewnością teżBram, spostrzegłszy, że ma do czynienia z niezdecydowanym, bojaźliwym przeciwnikiem, najpewniej wróci tu ze swymi wilkami.

Niespokojnie i lękliwie wpatrywał się w śnieżną przestrzeń, gdzieBram zniknął mu z oczu. Wracając do zarośli, wśród których rozbiłswój namiot, wspominał żałosny los kaprala Lee i jego towarzyszy.Czyżby i jego czekało coś podobnego?

Rozważał w myśli wszystkie możliwe szanse, bo Filip był jednakdzielnym człowiekiem i nigdy nie poddawał się rozpaczy. Zasiadł przydogasającym i słabo już dymiącym ognisku, starając się uporządkowaćswe myśli i odzyskać zupełną równowagę umysłu.

Bram nie wydawał mu się strasznym. Bez wahania i bez trwogipodjąłby z nim walkę. Kurczowo zacisnął dłoń na kolbie rewolweru. Alewalka czeka go nie tylko z Bramem, lecz i z jego hordą wilków. Bramzapewne sam nie pokaże się mu na oczy; poszczuje na niego swe wilki,a sam śmiać się tylko będzie szyderczo. Tak samo było z kapralem Lee.Teraz, kiedy Filip go już odszukał i zdradził się przed nim ze swymizamiarami, Bram z pewnością starać się będzie unieszkodliwić natychmiast swego prześladowcę, aby ratować własne życie.

Nagle przyszła mu pewna myśl do głowy. Bram przecież — tak jakgo widział w mroku wieczorem — nie miał żadnej broni. Ta myślnapełniła go otuchą. Wdrapie się na drzewo, i wówczas będzie mógłstoczyć zwycięską walkę z całą hordą wilków. Wystrzela je wszystkie pokolei. Mając strzelbę, rewolwer i odpowiedni zapas amunicji, da sobiez nimi radę. Tylko trzeba mieć pewność, że rzeczywiście Bram nieposiada strzelby, bo w tym wypadku...

Podniósł porzucony poprzednio kożuch i okrył się nim. Do kieszenischował naboje, tyle tylko ile się zmieściło. Następnie podszedł na skrajlasku; tam wybrał sobie gruby, sękaty świerk, rosnący na osobności.

Świerk ten nadawał się znakomicie na punkt obserwacyjny. Będziemógł wystrzelać całą hordę. Ale, jeżeli Bram posiada strzelbę, wtedyświerk ten będzie dla niego znakomitym celem do strzału.

Bądź co bądź, należało się zdecydować. A Filip nie miał innegowyboru.

Rozdział VI.,,Złapał Kozak Tatarzyna... ”

Filip czekał. W pewnej chwili spojrzał na zegarek: dochodziłapółnoc, a więc czeka już dobrą godzinę. Najlżejszy nawet szmer,dochodzący czy to od Barrenu, czy z pobliskich zarośli, przejmował gonieopisanym lękiem. Przekonany był święcie, że Bram zjawi się ze swojąhordą niespodziewanie, wyrośnie jak spod ziemi, że nie posłyszy anistąpania Brama, ani też ostrożnych kroków skradających się ku niemuwilków.

Dwukrotnie załopotał mu nad głową wielki puchacz śniegowy, a zatrzecim razem puchacz ów rzucił się na przemykającego wśród zaroślizająca. Za każdym razem Filip pewny był, że nadchodzi już momentdecydujący. Potem znów doleciał go pisk małych białych lisów,kręcących się tu i tam, ciekawych na wszystko, jak małe dzieci. Ilekroćposłyszał te piski, targany lękiem wdrapywał się coraz wyżej na drzewo.Wreszcie przyszła reakcja i pewne odprężenie nerwowe — tętno zaczęłomu bić spokojniej i regularniej.

Może jednak uniknie tego nieszczęścia, które sam sobie ściągnął nagłowę? Może Bram przeląkł się strzałów do tego stopnia, iż nie maodwagi pokazać się znowu. Teraz Bram nie wydawał mu się już takimstrasznym potworem, jak to było w pierwszej chwili. Na jego wyniszczonej twarzy wycisnęła swe piętno rozpacz obłędna. Filip zaczął odczuwaćpewną sympatię do tego nieszczęśliwego potwora.

Niewątpliwie Bram, który od lat nie żył dla świata i ludzi, popaśćmusiał w pewnego rodzaju obłęd pod wpływem tej okropnej samotności. Już i wilki Brama nie wydawały mu się teraz takie straszne,a polowanie na człowieka jakby straciło dla Filipa cały urok.

Przypomniał sobie znowu ową sieć ze złotych włosów. Nie,stanowczo nie! Te jedwabiste, połyskujące włosy; które miał starannieschowane w kieszeni, nie mogły pochodzić z jakiejś dawnej transakcjizamiennej. Włosy te ścięte zostały niedawno z głowy kobiety. W takimrazie Bram nie był więc samotny. Miał jakąś kobietę. I to kobietęz takimi włosami!

Filip zsunął się z drzewa na ziemię.

Przez całą godzinę spacerował wzdłuż skraju lasku. Potem rozpaliłna nowo ognisko, bacznie wsłuchując się w każdy najdrobniejszy nawetszelest. Mróz chwytał coraz ostrzejszy. Cichła z wolna owa „muzykaniebios”, przechodząc w nieokreślony, coraz słabszy szmer. Gwiazdybledły kolejno — rzekłbyś, cofały się gdzieś w głąb niebios, w zaświaty,coraz dalej od naszej ziemi.

To stopniowe znikanie gwiazd, które Filip obserwował zawsze z równym zainteresowaniem, jest jednym z najosobliwszychfenomenów w tych podbiegunowych okolicach. Wydaje się, jak gdybysetki tysięcy rąk niewidzialnych przesuwało się po sklepieniu niebieskim, gasząc je po kolei — najpierw najsłabiej świecące, potem jaśniejszei większe. Aż wreszcie ciemność zapadła zupełna, dopiero w jakieś półgodziny później ponad tą przepastną ciemnością wstawała zorzapółnocna.

Kiedy ziemię zaległy nieprzeniknione ciemności, Filip poczuł, że lękznów go ogarnia. Może właśnie Bram czekał, aby go napaść znienacka?Przy blasku ogniska spojrzał na zegarek: była godzina czwarta rano.Zagasił ognisko i wdrapał się z powrotem na drzewo. Bram się niezjawiał.

Wreszcie wstała szara jutrzenka.

Filip zszedł znowu z drzewa i już po raz trzeci rozniecił ogień, abysobie przyrządzić śniadanie. Zagotował podwójną porcję kawy. O siódmej rano był już gotów do dalszej drogi, zdecydowany ścigać dalejowego zagadkowego człowieka. Nie ma co mówić: Bram stracił tej nocyznakomitą sposobność, by pozbyć się raz na zawsze swego prześladowcy. A co więcej, uciekając, sam wskazywał mu drogę wiodącą doodkrycia tajemnicy owych złotych włosów. Wszystko zatem składało siępo myśli ścigającego.

Filip ruszył w drogę, posuwając się wzdłuż brzegu lasku. Po jakichśtrzydziestu minutach marszu doszedł do miejsca, gdzie w nocy rozegrałasię ostatnia walka wilków z karibu. Ścigane zwierzę upadło w odległościpięćdziesięciu jardów od zarośli. W promieniu dwudziestu stóp śniegbył zupełnie wydeptany kopytami karibu i łapami wilków. Czerwoneplamy krwi dookoła; po śniegu walały się obgryzione kości i płaty skóry— jedyne resztki pozostałe po wspaniałym zwierzu.

Można było jeszcze dojrzeć miejsce, w którym Bram odpiął swenarty i położył je na śniegu. Odciski jego butów mieszały się ze śladamiwilczych łap. Bram przyszedł widocznie jeszcze na czas, by uratować dlasiebie najlepszy kąsek — udo karibu. I tylko gwiazdy spoglądały z góryna tę biesiadę wygłodniałej hordy, co pożarła niemal wszystko opróczwnętrzności. Spoglądały też na Brama, który na miejscu musiał nasycićswój głód, pozostawiając tylko odpadki. Na białej karcie śniegu możnato było wszystko wyczytać z całą dokładnością, jak z książki. I terazdopiero Filip uświadomił sobie w całej pełni, jakiego okropnegoniebezpieczeństwa udało mu się uniknąć.

Ale na białej karcie śniegu wyczytał jeszcze coś więcej. Oto Brammiał ze sobą sanki, na które załadował pozostałą resztę karibu.Oglądając ślady na śniegu, Filip mógł stwierdzić, że sanki były typu,,votapanask”, znacznie jednak dłuższe i szersze. Reszty można się byłodomyśleć z łatwością. Kiedy cała horda już najadła się do syta, Bramzaprzągł wilki do sanek i puścił się w dalszą drogę, prosto na północ,poprzez pustkowia Barrenu. Trzeba było tylko iść za jego śladem.

Filip nazbierał suchych gałęzi. Rozpalił duży ogień i przyrządziłsobie zapas żywności wystarczający na sześć dni. Postanowił przez trzydni iść za śladem Brama poprzez te straszne pustkowia Barrenu, niezbadane dotychczas przez nikogo. Iść jeszcze dalej, nie mając sanek,byłoby prostym szaleństwem. Zatem przez trzy dni będzie go ścigał; trzydni pozostanie mu na powrót. Ale nawet i taka krótka ekspedycja byłaniesłychanie ryzykowna. Było to po prostu igranie ze śmiercią, bo nadgłową Filipa wisiała najstraszniejsza ze wszystkich gróźb — groźbaburzy śnieżnej.

W chwili, kiedy wyruszył w drogę, wytyczając dokładnie kierunekza pomocą busoli, poczuł pewien lęk. Dzień był szary i ponury.Jak daleko okiem sięgnąć — jedna płaszczyzna śnieżna, sięgająca aż pokrańce horyzontu.

Już po godzinie marszu Filip znalazł się wśród absolutnej pustkii milczenia. Zniknęły ciemne zarysy owego lasku, z którego wyruszyłw drogę. Sklepienie niebios ciążyło nad nim, niby ciężkie wiekoołowianej trumny. Niejeden dostawał nagłego obłędu, nie mogąc znieśćdługo tego przytłaczającego szarego całunu niebios.

I jemu już ta samotność dawała się coraz bardziej we znaki. Z całymwysiłkiem woli posuwał się wciąż naprzód, jakkolwiek coś go ciągnęłowstecz, jakkolwiek miał coraz większą ochotę zawrócić z tej drogi.Nigdzie ani jednego drzewa, ani krzaczka nawet. Pustka zupełna i tylkopo niebie nisko przewalały się szare chmury, ciągnące z północy i zewschodu. A sklepienie niebios wydawało się tak nisko zawieszone, żewystarczyło — zda się — rzucić kamykiem, by je dosięgnąć.

Za pomocą busoli, w ciągu dwóch godzin sprawdzał aż sześć razykierunek swej drogi, wiodącej śladami pozostawionymi przez Brama.Ślady te prowadziły prosto na północ, bez najmniejszego schodzeniaw bok. A przecież Bram mógł się tylko orientować własnym instynktem.I mimo to nie zboczył. Ani na metr.

Po upływie dalszej godziny Filip skonstatował, że Bram musiałzatrzymać się na pewien czas z sankami, nie wyprzęgając jednakwilków. Po prostu zszedł tylko z sanek, nałożył narty i biegł piechotą zasankami. Wnioskując ze śladów pozostawionych przez narty, doszedł doprzekonania, że Bram pędził, robiąc olbrzymie susy, także z łatwościąmógł przebyć sześć mil w tym samym czasie, w jakim on sam zaledwiezdąży zrobić cztery.

Była godzina pierwsza w południe, kiedy Filip zatrzymał się celemzjedzenia obiadu. Według jego obliczeń uszedł piętnaście mil. Kiedyzabrał się do jedzenia, opadły go ponure myśli. Skoro Bram zabrał zesobą na drogę spory zapas mięsa, to widocznie z tą myślą, aby niezabrakło pożywienia dla niego i dla hordy wilków w ciągu tej długiejpodróży wśród rozległych pustkowi Barrenu. Bram, sunąc szybko nasaniach, zdoła w ciągu trzech dni przebyć około stu pięćdziesięciu mil.Tymczasem on w tym samym czasie nie potrafi zrobić więcej, aniżelitrzecią część tej drogi.

Aż do godziny trzeciej po południu szedł bez zatrzymania sięśladami Brama. Maszerowałby jeszcze dłużej, gdyby nie to, że zacząłpadać gęsty śnieg, uniemożliwiający posuwanie się naprzód. Widząc, żezawierucha śnieżna nie ustaje, postanowił zbudować sobie schronienie,w którym mógłby spędzić noc.

Wiedział, biorąc przykład z Eskimosów, jak się do tego zabrać.Wyszukał duży zwał twardego zmarzniętego śniegu i zaczął w tymzwale, od strony osłoniętej od wiatru, za pomocą małej siekierki, jakąmiał za pasem, wybijać wąski tunel. Łopatę zastąpiły mu narty, którymiwyrzucał z tunelu wyrąbany śnieg. Kiedy tunel ów, szeroki na dwiestopy, był już dość długi, by mógł się wcisnąć do wnętrza, zacząłwewnątrz wyrąbywać ściany, żeby stworzyć sobie rodzaj małegopokoiku, na tyle obszernego, aby móc w nim rozstawić swe polowełóżko. Pracował niemal przez godzinę. Z prawdziwym zadowoleniemi radością spojrzał po ukończeniu pracy na ten swój „dom”, do któregonie mógł dotrzeć ani mróz, ani zawieja śnieżna.

Miał przy sobie mały zapas suchego drzewa na podpałkę, łatwopalnego, bo sporządzonego z gałązek świerkowych. Miał też długi kij,na końcu którego powiesił swój czajnik napełniony śniegiem. Pełenotuchy rozpalił ogień, poświstując przy tym wesoło. Tymczasem zapadłszybko zmrok zupełny, niby czarna nieprzenikliwa zasłona. Ani jednejgwiazdki na niebie. W odległości dwudziestu kroków nie można byłonic odróżnić, nawet śniegu.

Kiedy zjadł kawał wędzonki z plackiem owsianym, wypił gorącąherbatę i zapalił fajeczkę, wydobył z kieszeni ową złocistą siatkę. Przygasnącym już ognisku wpatrywał się w te włosy, lśniące niby drogocenny metal. Schował je, kiedy dogasały ostatnie iskierki.

Otoczyły go nieprzeniknione ciemności. Po omacku zakrył wejściedo tunelu płótnem swego służbowego przenośnego namiotu. Potemwyciągnął się wygodnie na składanym łóżku. Od chwili, gdy rozstał sięz Piotrem Breault, nie czuł się tak wygodnie. Ubiegłej nocyprzecież w ogóle nie spał. Jakże mu było dobrze w tym łóżku! Toteżwkrótce zapadł w głęboki sen.

Płynęły długie nocne godziny. Nie słyszał wycia wiatru, któryo świcie zerwał się na nowo, nie słyszał innych odgłosów, które napróżno odbijały się o jego uszy, ale jakaś wewnętrzna, ukryta podświadomość kazała mu się zbudzić. Zaczął poruszać się niespokojnie nałóżku. Aż nagle otworzył szeroko oczy. Światło wpadało przez otwórtunelu, a przecież na noc zasłonił go płótnem.

Spojrzał uważnie w tym kierunku. Płótna nie było.

W otworze tunelu ukazała się ogromna głowa, pokryta zwichrzonymi kudłami... Oczy jego spotkały się z oczami Brama Johnsona.

Rozdział VII.Filip kapituluje

W ciągu swej dwuletniej służby w policji Filip nauczył się niedziwić niczemu.

Było to jednak dla niego niezwyczajną i gwałtowną emocją, kiedytak niespodziewanie zetknął się oko w oko z człowiekiem, któregościgał.

Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą. Pomyślał, że gdyby Bramprzyszedł tu z postanowieniem zabicia go, mógłby zrobić to natychmiast, korzystając z okazji, że przeciwnik śpi. Zauważył też, że zniknęłajego strzelba, którą wieczorem podparł zasłonę płócienną w otworzetunelu. Widocznie Bram już ją porwał. Nie zdziwiło go to zbytnio.

Znacznie bardziej zdziwił go wyraz twarzy Brama. W tym wzroku,utkwionym w niego, Filip nie mógł dopatrzeć się radości i zadowoleniazwycięzcy na widok schwytanej ofiary. Nie było w nim równieżnienawiści, ani podniecenia. Raczej jakaś niepewność i pewnego rodzajuniezdecydowane zakłopotanie.

Filip mógł obserwować dokładnie wszystkie charakterystycznecechy jego twarzy: wystające kości policzkowe, niskie czoło, płaski nos,grube mięsiste wargi. Jedynym upiększeniem tej potwornej twarzy byłytylko oczy: duże, piękne, o szarym blasku przypominającym perły. Oczyte, umieszczone w innej twarzy, wywołałyby szczery podziw, tak byłypiękne.

Upłynęła już długa chwila, a obaj mężczyźni nie zamienili ze sobąani słowa. Filip sięgnął odruchowo po rewolwer, ale nie miał zamiarurobić użytku z broni: uważał, że lepiej i rozsądniej będzie pogadaćtrochę.

— Hello, Bram! — zakrzyknął.

— Bonjour, monsieur — odparł Bram, grubym, gardłowym głosemi niemal w tej samej chwili głowa jego zniknęła w otworze.

Filip czym prędzej zerwał się z łóżka polowego. Usłyszał dobiegający od wyjścia tunelu inny, groźny odgłos: ujadanie i wycie wilków.

Ciarki go przeszły, mimo całego zaufania, z jakim początkowoodnosił się do Brama. I czołgając się na czworakach po śniegu przezwąski tunel ku wyjściu, zadawał sobie pytanie, czy dobrze i rozsądniepostąpił, oszczędzając życie Brama. Nie lepiej byłoby, od razu zapierwszym spotkaniem, wpakować kulę w ciało tego zbója? Jeżeli Bramposzczuje na niego wilki, toż to dopiero będzie i dla Brama i dla nichładna zabawa! Zagryzą go, jak mysz w pułapce. Może uda się zastrzelićdwa lub trzy wilki, reszta rzuci się na niego i w mig się z nim załatwi. Jużpo raz drugi zrobił kapitalne głupstwo, które mści się teraz na nim.

Przed wyjściem z tunelu zatrzymał się. Przykucnął, trzymającrewolwer w ręku. Przez wąski otwór nie mógł dojrzeć nic więcej, próczśniegu, na którym widniały odciski butów Brama. Słychać było groźnypomruk wilków, będących gdzieś niedaleko.

W tej chwili usłyszał głos Brama:

— Monsieur! Rewolwer i nóż — albo cię zabiję. Wilki bardzo głodne.

Nie mógł dojrzeć postaci Brama, który widocznie stał z boku, pozapolem jego widzenia. W tonie głosu nie wyczuwało się złości ani groźby,tylko zimną, bezwzględną stanowczość, nie znoszącą protestu anioporu.

O walce myśleć nawet nie było można. Bram, mając do pomocyswoje dzikie bestie, był pewny zwycięstwa. Jeżeli nawet Filip miał jakieśwątpliwości, pozbył się ich szybko na widok trzech wilków, które naglezjawiły się w odległości trzydziestu stóp od niego. Były to prawdziweolbrzymy. Stały z utkwionymi w niego ślepiami, warcząc głuchoi kłapiąc szczękami, ukazując przy tym lśniące, ogromne, białe zęby. Pochwili zjawił się i czwarty, a potem parami przybywały dalsze, ażwreszcie wszystkie dwadzieścia ustawiły się rzędem, na wprost niego.

Wilki wydawały się silnie podrażnione. Na widok tych dwudziestugroźnie kłapiących szczęk, tych dwudziestu par błyszczących ślepi,utkwionych w otwór kryjówki, Filip instynktownie cofnął się. Wiedział dobrze, że jeżeli wilki dotychczas stały w oddaleniu, nie rzucającsię na niego, to tylko z uwagi na Brama. Choć nie słyszał, żeby Bramwydawał im jakikolwiek rozkaz.

W tej samej chwili mignął mu przed oczami jakiś długi wąż: nadstadem wilków przeleciał ze świstem batog Brama, długi na dwadzieściastóp, sporządzony ze skóry karibu. Na ten sygnał wilki cofnęły się. Douszu Filipa doleciał znowu stanowczy rozkaz Brama:

— Monsieur! Rewolwer, nóż!... Bo poszczuję wilki.

Jeszcze nie skończył mówić, a Filip odrzucił rewolwer na śnieg,daleko od siebie.

— Masz rewolwer, stary! Masz i nóż!

Nóż razem z futerałem upadł obok rewolweru.

— Czy mam wyrzucić również i moje łóżko? — spytał Filip,nadrabiając miną swój strach. Przypomniało mu się, że przecieżpoprzedniej nocy to on strzelał do Brama. A teraz Bram, być może,tylko czeka, aż Filip wyjdzie z kryjówki, aby mu palnąć w łeb?Przypuszczenie to nie było pozbawione pewnych podstaw.

Na swoje pytanie nie otrzymał odpowiedzi, co oczywiście niemogło go zbytnio uspokoić. Powtórzył pytanie, ale znowu bez rezultatu.

Zabrał się więc do spakowania swego przenośnego łóżka. Śmiechgo brał na myśl, jaki raport on o tym wszystkim zdałby przełożonym— o ile w ogóle napisze jeszcze kiedyś jakikolwiek raport. Miałby coopowiadać! Prawdziwa komedia. Zagrzebał się oto w śniegu nibyniedźwiedź na sen zimowy; a rano przychodzi taki jegomość uzbrojonyw batog, otoczony hordą dzikich żarłocznych bestii, i prosi go grzecznie,aby raczył wyjść.

W chwilę później wyrzucił na śnieg swoje składane łóżko. Bramschylił się, by je podnieść, biorąc równocześnie rewolwer i nóż w swojeposiadanie. Korzystając z tej sposobności Filip wysunął się pospiesznieze swej kryjówki. I kiedy Bram się podniósł, Filip już stał przed nim.

— Dzień dobry, Bram! — odezwał się śmiało.

Odpowiedziało mu tylko dzikie wycie wilków. Starał się jednak niedać poznać po sobie lęku ani wzruszenia, jakkolwiek nerwy naprężonemiał do ostateczności. Z ust Brama wypadło jakieś ostre słowo w językuEskimosów i nad pyskami wilków zaświstał znów długi harap.

Bram nie spuszczał z niego oczu, a w jego spojrzeniu błyskały złeognie. Filip widział, jak Bram zacisnął mocno swe grube wargi, noszrobił mu się jeszcze bardziej płaski, na ogromnej ręce, w której trzymałgrubą pałkę, żyły nabrzmiały jak postronki. Bram gotów był teraz bići mordować. Wystarczyło jedno nieopatrzne słowo, jeden niezręcznygest, a los Filipa byłby już przypieczętowany.

Grubym gardłowym głosem Bram rzucił pytanie w tym swoimżargonie, którym stale się posługiwał:

— Dlaczego wy wczoraj wieczór strzelać do mnie?

— Dlatego — odparł Filip, siląc się na spokój — ponieważ chciałemz tobą pomówić. Nie chciałem cię tropić. Umyślnie strzelałem ponadtwą głową.

— Chciałeś pomówić? — powtórzył Bram, a znać było, że każdesłowo kosztowało go wiele wysiłku. — Dlaczego pomówić?

— Chciałem się ciebie spytać, jak to się stało, że zabiłeś człowiekaw okolicy Jeziora Boga?

Zaledwie to powiedział, a już pożałował swych słów. Z piersi Bramawyrwał się głuchy, niemal zwierzęcy pomruk. A w jego szarych oczach,które nagle dziwnie pociemniały, zapłonął groźny ogień.

— Ach, tego człowieka z policji? Tego, co przyszedł z portuChurchill i którego wilki zagryzły?

Odrzucił rewolwer i nóż. W rękach trzymał tylko batog i pałkę.Wilki podsunęły się bliżej do Filipa i otoczyły go z tyłu półkolem. Nieśmiał obrócić głowy, nie śmiał nawet spojrzeć na nie. To ich strasznemilczenie napełniało go nieopisanym lękiem. Czekały tylko na rozkazBrama, czyhały na jego znak. Czuły instynktownie, że ów rozkaz padnielada moment, że zawisł już na grubych wargach ich pana. Chwila byładecydująca i straszna po prostu.

Filip wydobył portfel z kieszeni.

— Bram! — odezwał się. — Zgubiłeś coś owej nocy, kiedy nocowałeśw pobliżu chaty Piotra Breault. — Mówił to głosem zmienionym, trochędrżącym i niepewnym. — Dlatego właśnie szedłem za tobą, aby ci tooddać. Mogłem cię zabić, powtarzam, wówczas, gdy strzelałem dociebie. Ale chciałem tylko, abyś się zatrzymał, i abym ci mógł to oddać...

Mówiąc to, podał Bramowi siatkę ze złotych włosów.

Rozdział VIII.U celu podróży

Przez kilkadziesiąt sekund Bram stał, jakby gromem rażony.

Spojrzenie swych oczu, utkwionych dotąd uporczywie w Filipa,skierował na siatkę ze złotych włosów. Usta otworzył szeroko zezdumnienia, rzekłbyś, przestał oddychać zupełnie. Pałka i batog wypadły mu z rąk.

Jak zahipnotyzowany zrobił wolniutko jeden krok, potem drugi,trzeci, aż znalazł się w pobliżu Filipa. Nie odzywając się ani słowem, ująłw ręce ową siatkę. A kiedy podniósł ją do góry, by lepiej przypatrzeć siępołyskującym włosom, wyraz twarzy złagodniał mu nagle, a w oczachzgasły owe złowrogie światełka.

Ale trwał nadal w zagadkowym milczeniu, bawiąc się ową siatką,owijając ją na swe grube palce. Wreszcie zwinął ją i ukrył gdzieś głębokopod ubraniem. Teraz dopiero przypomniał sobie o obecności Filipa.Z głuchym pomrukiem schylił się, podniósł z ziemi rewolwer i odrzuciłgo daleko w śnieg. Wilki popędziły natychmiast w tym samymkierunku. W ślad za rewolwerem poleciał też i nóż myśliwski. Kiedyprzyszła kolej na strzelbę, Bram oparł ją sobie o kolano i przełamał napół, jakby łamał kawałek drzewa na podpałkę.

— Diabli wzięli! — zaklął po cichu Filip.

Owładnięty nagłym wybuchem gniewu, miał ochotę rzucić się naBrama, aby obronić swą własność. Ale jeżeli już poprzednio czuł sięzupełnie bezsilnym, o ileż więcej był nim obecnie! Zresztą, natychmiastprzyszła mu inna myśl do głowy. Jeżeli Bram niszczy jego broń, towidocznie postanowił darować mu życie, przynajmniej na razie. Postępując w ten sposób, miał na myśli tylko unieszkodliwienie swegowroga. Nie odezwał się ani słówkiem, wiedząc, że i tak dyskusjaz Bramem do niczego nie doprowadzi. Bram spojrzał na niego i palcemwskazał na narty, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że ma je sobiezałożyć. Wilki wróciły do nich i stały — czujne i uważne na każdy znak.Rozległ się trzask z batoga; Bram wyciągnął ramię ku północy, dając dozrozumienia Filipowi, że ma on iść naprzód. Cała karawana ruszyław drogę: na przodzie Filip, za nim Bram, a za Bramem wilki.Z porządku tego pochodu wymiarkował Filip od razu, że Bramuprowadza go ze sobą jako więźnia, a nie jako przyjaciela. Ale czemuw takim razie darował mu życie? Trudno zgadnąć.

Po przejściu dwóch mil natknęli się na sanki Brama. Zostawiłje tam umyślnie, by mieć większą swobodę ruchów, kiedy w nocy wybierał się ze swą hordą celem schwytania tajemniczego prześladowcy. Widocznie z góry pewien był, że po spotkaniu z Filipem, tenostatni puści się za nim w pościg, za śladami pozostawionymi przezBrama. Filip w duchu podziwiał tę przenikliwość i spryt człowieka-wilka.

Obserwował go uważnie, kiedy Bram ustawiał wilki do zaprzęgu.Posłuszne mu były jak psy doskonale tresowane. Między Bramema wilkami panował stosunek poufałej przyjaźni, niemal braterstwa.Przemawiał do nich wyłącznie w języku Eskimosów. Słowa miałydziwny dźwięk, przypominający szczęk kości uderzanych jedna o drugą:klak-klak-klak.

Kiedy sanki miały już ruszyć w dalszą drogę, Filip postanowiłjeszcze raz przerwać milczenie i wyciągnąć od Brama parę informacji:

— Jeśli naprawdę sądzisz, że chciałem cię wczoraj zabić, czemużw takim razie nie poszczułeś na mnie twych wilków, jak to już zrobiłeśnieraz z innymi? Dlaczego dopiero na drugi dzień przyszedłeś mniezłapać, w mojej kryjówce?... A potem... Powiedz, na Boga, dokąd myidziemy?

Bram wyciągnął rękę w przestrzeń śnieżnego Barrenu.

— Tam! — odpowiedział krótko, pomijając milczeniem wszystkiepoprzednie pytania.

Rękę trzymał wyciągniętą na północ, najdokładniej na północ,niczym igiełka w kompasie.

Potem, jakby przypominając sobie poprzednie pytania, wybuchnąłnagle śmiechem. Kiedy śmiał się, twarz jego i tak już potwornie brzydka,przypominała owe okropne poczwary, jakie spotyka się wyrzeźbione nagzymsach i kamiszach starych gotyckich katedr. Był to śmiech takniesłychanie denerwujący, że Filip miał ochotę chwycić Brama za karki trząść nim tak długo, aż przestanie się śmiać, aż zdecyduje się mówić.

Ale przypomniał sobie znowu, że Bram to człowiek nienormalny,wyrzutek społeczeństwa, wyjęty spod prawa.

Wreszcie Bram przestał się śmiać; twarz przyoblekł w maskęniewzruszonego spokoju. Wymownym gestem kazał Filipowi zająćmiejsce na saniach; on sam podszedł naprzód i stanął na czele zaprzęgu.Rozległ się świst bata, Bram przemówił do wilków parę słów w językuEskimosów i cała karawana ruszyła w dalszą drogę.

Bram, z głową wtuloną w ramiona, sunął po śniegu na nartachw olbrzymich susach, za nim truchtem biegły wilki. W tym tempiepowinni robić jakieś osiem mil na godzinę. Filip, siedząc na sankach, niemógł oderwać oczu od szerokich, przygarbionych pleców Brama i odszarych grzbietów wilków. Ogarnęło go uczucie niewymownej litościi pożałowania dla tych pariasów życiowych, dla tego biedaka, copospołu z dzikimi zwierzętami pędzi ciężki nad wyraz żywot, wśródpustki, milczenia i nicości.

Po jakimś czasie zwrócił spojrzenie na sanki; ciekaw był ogromnie,co się na nich mieści. Leżały tam zwinięte skóry niedźwiedzie. Widocznie Bram używał ich do okrywania się. Jedna ze skór miała zupełniebiały włos, pochodziła widocznie z niedźwiedzia polarnego. Opodalleżała ćwiartka mięsa karibu. A nieco dalej, pod ręką niemal, grubapałka i strzelba. Strzelba ta była starego typu, odtylcówka, jednostrzałowa. Filip nie mógł się nadziwić, czemu Bram zdecydował siępołamać jego własną strzelbę, nowszą, zamiast zatrzymać ją dla siebie,w miejsce tego antyku. Przyszło mu też na myśl, na jakie niebezpieczeństwo był wystawiony, kiedy wówczas, w nocy siedział na samotnymdrzewie, przedstawiając doskonały cel, nawet dla takiej starej broni.

Gruba pałka, wyciosana z pniaka brzozowego, długa była na trzystopy. W tym miejscu, gdzie zwykle opierała się na niej ręka Brama,drzewo było wytarte, świecące i przesiąknięte tak tłuszczem, że miałobarwę zupełnie czarną, jak heban. Przeciwny koniec, cały poszczerbiony, nosił wyraźne ślady potężnych uderzeń i plamy poczerniałej krwi.Na sankach nie było żadnych przyborów kuchennych ani innychwiktuałów, prócz mięsa z karibu. Tylko na samym tyle przyczepionaduża wiązka gałęzi świerkowych, spośród których sterczała rękojeśćsiekiery, z grubsza zaledwie ociosana.

Skóra z białego niedźwiedzia i strzelba przyciągały specjalnieuwagę Filipa. Strzelba! Wystarczyło przechylić się tylko trochę, by jąująć w rękę. Wykluczone przecież, aby nie mógł trafić w szerokie plecyBrama, jakby nastawione umyślnie na strzał! Widocznie Bram zapomniał o tej pozostawionej strzelbie. A może... może pod opieką wilkówczuł się dostatecznie bezpieczny?... A może... zaufał naprawdę Filipowi?To ostatnie przypuszczenie najsilniej jednak przemawiało mu doprzekonania. Bo tak, prawdę mówiąc, nie miał najmniejszej ochotywyrządzić Bramowi krzywdy. Nie myślał również o ucieczce. Zapomniał o tym, że składał przysięgę, że jest sługą Sprawiedliwości, żeobowiązkiem jego jest odstawić Brama, żywego czy umarłego, doGłównej Kwatery Policji. W jego oczach Bram nie był już zbrodniarzem, lecz człowiekiem naprawdę nieszczęśliwym. I tego polowaniana niego nie traktował już jako sportu, lecz jak smutny obowiązek,który musi wypełnić.

Ciągnęło go też coś nieznanego, sensacyjnego. Przypomniały mu sięowe złote włosy. I gdyby nawet zamierzał ulec pokusie, posłużyć się owąstrzelbą, którą sama Opatrzność chyba mu zesłała, myśl o tych włosachbyłaby go powstrzymywała od wykonania tego zamiaru, bo przecieżBram i jego wilki wiodły go właśnie ku owym włosom, ku tajemnicy tejzłotej sieci. Nie wątpił już w to ani trochę.

Jak długo trwać będzie ta jazda? Można było przyjąć, że Bram,kierując się w stronę Morza Polarnego, jechać będzie na wschód odWielkiego Jeziora niewolników, wyminie Miedzianą Rzekę, by skręcićwreszcie w stronę Zatoki Koronacyjnej. Leżąca na sankach skóraz białego niedźwiedzia pochodziła ze zwierza niedawno ubitego, a tewłaśnie okolice obfitują w tego rodzaju zwierzynę. Do pierwszychkolonii Eskimosów było dobre pięćset mil; przestrzeń, którą Bram zeswymi wilkami może przebyć w ciągu ośmiu do dziesięciu dni.

Jeżeli przypuszczenie to było trafne, dużo rzeczy znalazłoby wtedyswoje wytłumaczenie. Owa młoda kobieta, właścicielka złotej kosy,mogła być żoną lub córką kapitana okrętu, który wyruszył w te stronyna połów wielorybów. Okręt zapewne rozbił się wśród lodów, a załogęwyratowali Eskimosi. I ona obecnie, razem z innymi białymi ludźmi,znajduje się wśród Eskimosów. Lepiej było w każdym razie przyjąć toprzypuszczenie, niż myśleć, że znajduje się ona w mocy Brama.

Całym wysiłkiem woli starał się wmówić w siebie, że tak byłoistotnie. Przecież to drugie przypuszczenie było po prostu potworne,straszne! Kobieta z takimi włosami, podobnymi do nitek szczeregozłota, w mocy tego olbrzyma, półwariata! Cóż za potworna para!

Puściwszy tak wodze swym myślom, Filip zaciskał z wściekłościpięści. Przychodziła mu szalona ochota zeskoczyć z sanek, rzucić się naBrama, powalić go na ziemię i przydusić kolanem, aż wydrze z niegocałą pawdę. Ale nie! Należało właśnie hamować się i przez zręcznądyplomację dojść do upragnionego celu.

Z pomocą swej busoli Filip kontrolował przez godzinę kierunek ichjazdy. Jechali ciągle na północ. Potem Bram również zajął miejscew saniach. Stanął z tyłu, poza Filipem, poganiając energicznie wilkidługim batogiem. Wilki popędziły galopem. W tym tempie powinni byli,wedle obliczeń Filipa, robić przeszło dziesięć mil na godzinę.

Podczas gdy sanki sunęły po śnieżnej równinie, Filip próbowałkilkakrotnie nawiązać rozmowę, ale na próżno. Bram nic mu nieodpowiadał. Od czasu do czasu tylko krzyczał na wilki w narzeczuEskimosów, trzaskał z bicza, to znów wymachiwał ramionami, wybuchając owym niesamowitym śmiechem.

Minęły w ten sposób dalsze dwie godziny. Bram rzucił krótkirozkaz i sanie nagle stanęły. Następny był długi i rzucony tonembrutalnie energicznym, zaświstał groźnie batog, i wilki zdyszane przyległy brzuchami do śniegu.

Filip zeskoczył z sanek, Bram tymczasem nachylił się nad strzelbą.Klęcząc na sankach, wskazał na nią palcem, mówiąc równocześniegłosem najzupełniej spokojnym i normalnym:

— Pan nie ruszać tej strzelby?... Dlaczego pan nie strzelać do mnie,kiedy byłem tam na przodzie, razem z wilkami?

— Dla tego samego powodu, dla którego i ty mnie nie zabiłeśw czasie mego snu — odparł Filip. A chwytając Brama za ramię, mówiłdalej gorączkowo:

— Czemuż, do licha, taki jesteś tajemniczy? Czemu nic nie mówisz?Przecież obecnie nie myślę cię wcale ścigać. Policja pewna jest, że już oddawna nie żyjesz, a ja nie mam zupełnie ochoty cię zdradzić. Czemuż niepogadasz ze mną po ludzku? Dokąd my idziemy? I dlaczego do licha...

Nie skończył zdania. Bram odchylił w tył głowę, od ucha do ucharozdziawił usta i począł się śmiać. Ale nie był to tym razem śmiechzłośliwy, szaleńczy. Nie, Bram śmiał się naprawdę, zupełnie naturalnie,wesoło, zarażając i Filipa swą wesołością. Podniósł strzelbę i otworzył jąprzed oczami Filipa. W strzelbie nie było ani jednego naboju.

Filip stał jak wryty. Zatem Bram rozmyślnie wystawił go na próbę,podsuwając mu pokusę pod rękę!

Było to sprytnie obmyślane. Podstęp, na jaki zdobyć się może tylkoczłowiek mający zupełnie zdrowy rozum. Ale oto już oczy Bramastawać zaczęły się mętne i błędne. Już opadło go szaleństwo, pogrążającw mrokach nocy jego umysł.

Bram odłożył na bok strzelbę, wydobył duży nóż i począł kroić nimna duże kawały mięso karibu. Widocznie uważał, że nadeszła porawspólnego posiłku. Każdemu wilkowi rzucał po kolei kawał mięsa. Dlasiebie odciął również spory kawałek, który pożarł na surowo. Nożpozostawił utkwiony w mięsie, dając w ten sposób Filipowi dozrozumienia, że i on może sobie ukroić kawałek.

Filip usiadł obok Brama, otworzył swój worek i zaczął wydobywaćz niego zapasy żywności. Rozkładał je między Bramem a sobą, abyBram mógł wziąć to, na co mu przyjdzie ochota.

Bram przestał nagle ruszać szczękami. Kiedy Filip spojrzał naniego, zadrżał z trwogi. Bram z oczami nabiegłymi krwią, wpatrywał sięz natężeniem w leżące przed nim wiktuały.

Wyciągnął rękę, chwycił kawałek placka owsianego. Już, już,otwierał usta, by go ugryźć, kiedy znienacka rzucił mięso i placek,i z dzikim rykiem skoczył na Filipa. Zanim w ogóle Filip zdążyłpomyśleć o obronie, zanim zdołał zdać sobie sprawę z tego co zaszło, jużleżał na ziemi, przytłoczony ciałem Brama, który chwycił go gwałtownieza gardło. Uderzył głową o twardy śnieg tak gwałtownie, że na chwilęzupełnie go zamroczyło.

Kiedy wreszcie dźwignął się z ziemi, przygotowany na ponownyatak, Bram już nie zwracał na niego uwagi.

Mamrocząc coś niezrozumiale, przeglądał kolejno wszystkie zapasy żywności Filipa. Potem, ciągle coś mrucząc, przysunął sobie skóryniedźwiedzie, leżące na saniach, rozwinął je i wydobył ze środka szary,obdarty, postrzępiony worek. W worku tym, jak Filip zauważył,mieściło się kilka małych paczek, owiniętych ni to papierem, ni to korąbrzozową. Jedną z paczek poznał po opakowaniu: było to pół funtaherbaty, zupełnie takiej samej, jaką kompania Zatoki Hudsona sprzedaje lub wymienia za skóry we wszystkich swych faktoriach.

Teraz Bram chował do swojego worka wszystkie bez wyjąkuwiktuały, aż do ostatniej okruszyny. Kiedy skończył, schował worekmiędzy skóry niedźwiedzie i ułożył je z powrotem na saniach. A potem,mrucząc coś, usiadł spokojnie i zabrał się z powrotem do swej porcjisurowego mięsa.

— Biedaczysko! — pomyślał Filip.

Nie gniewał się nawet zbytnio na Brama, jakkolwiek głowa go jeszczebolała. W oczach tego potwora wyczytać można było głód i nieodpartepożądanie na widok tych zapasów żywności, smacznej, pożywnej, naprawdę godnej ludzi. A jednak nie tknął niczego. Wszystko starannieschował. Dlaczego? Jedno tylko nie ulegało wątpliwości, gdyby Filip miałzamiar odebrać mu swą własność, na pewno przypłaciłby to życiem.

Bram był pozornie zupełnie obojętny i spokojny, ale kiedy Filipodkroił sobie kawał mięsa karibu, zaczął go uważnie obserwować. Filipzanurzył zęby w surowym mięsie tak, by mu udowodnić, że nie czujenajmniejszego żalu, że mu to obrzydliwe jedzenie niesłychanie smakuje.

Nie zdążył się jeszcze załatwić z tym prymitywnym surowymrozbefem, kiedy Bram, skończywszy jedzenie, wstał i nie czekając dłużej,ostrym krzykiem dał sygnał do dalszej drogi. Wilki zerwały się, a Filipzajął znów miejsce na saniach, tak że Bram był z tyłu.

I rozpoczęła się na nowo prawdziwie piekielna jazda, której Filipnie zapomniał do końca życia. Bram kierował zaprzęgiem, stojąc nasaniach z tyłu; od czasu do czasu jednak zeskakiwał na ziemię i biegł zasaniami albo na czele zaprzęgu. Wilki pędziły jak wicher, nie zatrzymując się i nie odpoczywając w ogóle. Czasem tylko, gdy byłyzmęczone, zwalniały, ale Bram popędzał je naprzód ostrym krzykiemi świstem batoga. Powłoka śnieżna była tak twarda i zamarznięta, żenarty stały się zupełnie bezużyteczne. Filip sześć razy zeskakiwał z saneki dla rozgrzania się biegł razem z Bramem i wilkami, aż do utraty tchu.

Po południu spojrzał na busolę i stwierdził, że posuwają się już niena północ, lecz w kierunku zachodnim. Odtąd, co kwadrans, sprawdzałza pomocą busoli kierunek jazdy, który jednak nie uległ żadnej zmianie.Nietrudno mu było zauważyć, że Bram zaczął pędzić w tym szalonymtempie dopiero od momentu, kiedy zabrał mu jego zapasy żywności.Widocznie miał on w tym względzie jakieś plany, czego domyśleć siębyło można zarówno z jego zachowania się, jak i nieustannego,niezrozumiałego mamrotania pod nosem przez całą drogę.

Zaczęło się już ściemniać, kiedy nareszcie zatrzymali się. Człowiek-wilk, zdawało się, że na chwilę odzyskuje pełnię rozumu. WskazałFilipowi palcem na wiązkę drzewa, leżącą na sankach, mówiąc zupełnienaturalnym głosem:

— Rozpalić ogień, monsieur!

Wilki, zupełnie wyczerpane, ułożyły się w zaprzęgu, opierając swewłochate łby na przednich łapach. Bram obszedł kolejno wszystkie, dokażdego z osobna przemówił parę słów w swym narzeczu. Potem znówzapadł w zwykłe milczenie. Na kawałku drąga umocował prymitywnyworek sporządzony ze skóry niedźwiedziej. Worek napełnił śniegiem,wieszając go nad wiązką gałęzi. Filip zapalił zapałkę i wkrótce zabłysłowesołe ognisko.

— Ile mil drogi zrobiliśmy? — spytał Filip.

— Pięćdziesiąt mil — odparł Bram bez namysłu.

— A ile jeszcze mamy przed sobą?

W odpowiedzi dało się słyszeć tylko głuche mruczenie. Bram stał,z tępym wyrazem twarzy, trzymając w ręku ów nóż, którym kroił mięsokaribu. Utkwił oczy w Filipa.

— Ja zabić człowieka — mówił powoli — bo mi ukradł ten nóżi nazwać mnie kłamcą. Ja go zabić! Och tak!

I chwyciwszy w rękę grubą gałąź, złamał ją.

Zarechotał strasznym śmiechem, podszedł do sanek i odciął nożemkilka dużych kawałów mięsa dla siebie, Filipa i swych braci-wilków. Filipstarał się wszelkimi sposobami wciągnąć go w rozmowę. Śmiał się, gwizdał,próbował nawet zanucić kilka wierszy z owej „Pieśni o Karibu” znanejw całym Northland, którą Bram z pewnością słyszał już niejednokrotnie.Przypiekając mięso nad ogniem, opowiadał mu o Barrenie, o całychstadach karibu, z którymi spotkał się na wschodzie. Zadawał Bramowipytania, pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej o jego życiu wśród pustkowiaBarrenu, o wilkach i o tych stronach, zupełnie jemu nieznanych. Widaćbyło, że Bram słuchał go z całą uwagą, ale nic nie mówił. Od czasu do czasutylko z jego piersi wydobywał się głuchy pomruk.

Zjedli mięso; musieli jednak czekać dobrą godzinę, zanim śniegznajdujący się w worku skórzanym roztopił się i zamienił w wodę.Napili się sami i napoili wilki.

Tymczasem zapadła noc. Przy blasku ogniska Bram wykopał sobiew śniegu dużą dziurę, zastępującą mu łóżko. Na wierzch położył sanki,robiąc z nich rodzaj namiotu.

Filip rozłożył swoje łóżko polowe, okrywając je z wierzchu płótnem. Wkrótce rozległo się głośne chrapanie Brama. Ognisko wygasłozupełnie. Filip przez długi czas nie mógł usnąć, w końcu jednakbłogosławiony sen spłynął mu na powieki, pozwalając zapomniećo wszystkich troskach i kłopotach.

Spał jeszcze w najlepsze, kiedy nagle ciężka dłoń spoczęła mu naramieniu. Poczuł gwałtowne szarpanie — otworzył oczy.

— Wstawać, monsieur — zabrzmiał mu nad uchem glos Brama.

Noc była tak ciemna, że nie mógł go dojrzeć. Zerwał się szybko.Słysząc, jak Bram coś mówi do wilków, zrozumiał, że ruszają w dalsządrogę. Zwinął swój namiot, złożył go razem z łóżkiem na saniei zapaliwszy zapałkę, spojrzał na zegarek. Było zaledwie piętnaście minutpo północy.

Aż do godziny drugiej w nocy jechali wśród zupełnej ciemności,ciągle w kierunku zachodnim. Potem na niebie rozbłysły gwiazdy,stopniowo coraz liczniejsze, siejąc delikatną światłość na śnieżnąrówninę. Filip co pewien czas zapalał zapałki, by spojrzeć na busolęi zegarek.

Około godziny trzeciej rano natknęli się na mały lasek, co Filipaogromnie zadziwiło. Te kilkadziesiąt karłowatych świerków, dziwacznie powykręcanych od wichru, zajmowało nie więcej jak półakra przestrzeni. Ale były one niewątpliwie zapowiedzią jakiegoświększego lasu.

Rzeczywiście, po upływie niespełna godziny, kiedy cała karawanaskręciła z powrotem na północ, w śnieżne ostępy Barrenu, ujrzelirysujące się kontury zarośli. Najpierw natknęli się na drzewa dośćrzadko rosnące, w miarę jednak posuwania się w głąb, las stawał sięcoraz gęstszy, a drzewa coraz grubsze i wyższe. Ujechali w ten sposóbosiem do dziewięciu mil. I nagle w szarym mroku wstającego dnia ujrzelistojącą w oddali samotną chatkę.

Serce Filipa zabiło żywiej. Ale rozczarował się szybko. Chatamusiała być zupełnie pusta; drzwi wejściowe zasypane niemal zupełniezwałami śniegu, z komina nie wychodził dym. Zatrzymali się tu nachwilę i znów Bram dał sygnał do dalszej jazdy, trzaskając głośno z bata.Wilki pędziły dalej, a przez las niosło się echo złowrogiego śmiechuBrama.

Zniknął za nimi ówpusty domek, zasypany śniegiem. Filip jednakbył pewien, że koniec podróży już musi być niedaleko. Wilki ledwodyszały; Bram również gonił ostatkiem sił. Filip wpatrywał się przedsiebie z wciąż rosnącym zainteresowaniem.

Minęły dalsze dwie godziny od chwili, gdy wyruszyli spod owejopuszczonej chatki. Była godzina ósma rano, kiedy sanki wyjechały z lasu na rozległą polanę. W środku tejże stała znów samotna chatka.Już na pierwszy rzut oka Filip doszedł do wniosku, że chatka ta musiała być przez kogoś zamieszkana. Z komina snuła się w górę wąskasmuga dymu.

Z całej chaty widać było właściwie tylko sam dach, zbudowanyz bierwion drewnianych, a otoczona była palisadą wysoką na osiemstóp. Bram zatrzymał zaprzęg na parę kroków od znajdującej sięw palisadzie furtki. Wsunąwszy rękę w specjalnie zrobiony otwór,odsunął umieszczoną wewnątrz zasuwkę. Furtka otworzyła się.

Filip zauważył na twarzy Brama dziwne zmiany. Zniknął z niej ówwyraz brutalnej, zwierzęcej obojętności. Oczy błyszczały mu dziwnie,a z rozchylonych ust wypadały jakieś niezrozumiałe słowa. Dyszałgorączkowo, nie tyle ze zmęczenia, lecz pod wpływem jakiegoś silnegowzruszenia.

Filip milczał, obserwując go bacznie. Z tylu dochodziło go skomlenie wilków, czekających niecierpliwie, aż Bram zdejmie z nich uprzążi puści je na wolność. Filip zaciskał kurczowo pięści; czuł złość i dziwnyból, patrząc na twarz Brama, jaśniejącą wewnętrzną radością.

Bram nie raczył nawet spojrzeć na niego. Wpatrywał się w chatkęi w ów unoszący się dym z komina. Nagle zwrócił się do Filipa:

— Monsieur, trzeba iść do chaty!

Otworzył furtkę. Filip szedł poza palisadą i przystanął, niepewny,co Bram zamyśla dalej robić.

Człowiek-wilk wskazał ręką chatę:

— Do zagrody wpuszczam wilki, monsieur.

Filip zrozumiał. Owa „zagroda”, o której mówił Bram, było tomiejsce otoczone palisadą. Tu widocznie wilki stale przebywały, a Bramchciał mu dać do zrozumienia, że powinien wejść do chaty, zanimjeszcze wilki, wyprzężone, wpuszczone zostaną do zagrody.

Całym wysiłkiem woli starał się opanować wzruszenie i wydawaćsię spokojnym. Od furtki do drzwi chaty wiodła wąska ścieżka,wydeptana nogami. A z tych drobnych odcisków mokasynów nietrudno było odgadnąć, że ścieżkę ową wydeptały nogi kobiece. Filipstarał się wmówić sam w siebie, że w chacie znajduje się zapewne jakaśIndianka, która prowadzi Bramowi gospodarstwo... A może młodaEskimoska, którą sprowadził sobie tu gdzieś spod bieguna...

Przeszedł po wydeptanej ścieżce aż do drzwi wejściowych. Niepukając wszedł do środka, drzwi zamknęły się za nim.

Wówczas Bram, odrzucając w tył swą ogromną głowę, wybuchnąłtriumfującym śmiechem. Śmiechem tak doniosłym i przeraźliwym,że nawet wilki, mimo całego zmęczenia, zerwały się na nogi, nastawiając uszu.

W tej samej chwili Filip odkrył w chacie tajemnicę owej złocistej sieci.

Rozdział IX.Pierwsze spotkanie z nieznajomą

W chatce było tylko jedno okno, wychodzące na wschód.Zaglądało przez nie blade zimowe słońce, rzucając swe blaski naprzeciwległą ścianę. A tam, w tej ścianie, mieściły się drzwi. W drzwiachstała młoda dziewczyna, oblana promieniami słońca, niby w aureoliswych złocistych włosów, tych samych włosów, z których uplecionabyła owa zagadkowa siatka. Włosy rozplecione spadały kaskadą na jejramiona, piersi, sięgając aż do ud. Wyglądała cała jak żywy płomień,okryta błyszczącymi puklami, na których kładły się promienie słońca.

Takie było pierwsze wrażenie, jakie odniósł Filip na jej widok.Drugie to takie, że pewnie przeszkodził jej w porannej toalecie. Stała bezruchu, jak oniemiała ze zdumienia, przypatrując się mu uporczywie.Spod bujnych włosów wychylały się ramiona śnieżnej białości.

Potem zwrócił oczy na jej oblicze. Poczuł, jak krew mu mrozi sięw żyłach. Na pięknej, lecz trupio bladej twarzyczce malowały sięwyraźnie ślady przebytych tortur i udręczeń. Dziewczyna była młoda,mogła liczyć najwyżej dwadzieścia lat. Oczy miała koloru fioletowego,jak ametysty. Takich oczu Filip nigdy jeszcze nie widział. W oczach tychwyczytać było można całe piekło przeżytych już mąk i trwogę przedtym, co ją jeszcze czeka.

— Proszę się niczego nie lękać — przemówił Filip łagodnym głosem.— Nazywam się Filip Brant, należę do Lotnej Policji z RoyalNorth-West.

Dziewczę nic na to nie odpowiedziało. Filip nie zdziwił się zbytnio,bo i cóż więcej mogła mu powiedzieć? Z oczu jej można było wyczytaćod razu tragiczną historię jej niewoli. Choć, prawdę mówiąc, czułbysię bardzo szczęśliwym, gdyby raczyła otworzyć usta i powiedziałacokolwiek. Co zaś tyczy się jego samego, jedno tylko wiedział na pewno:zabije Brama, gdy nadejdzie właściwa chwila.

Powtórzył ponownie swe słowa poprzednio wymówione. Z ustmłodego dziewczęcia wyrwało się głębokie westchnienie. Ale oczyzachowały nadal swój wyraz przerażenia. Nagle podbiegła do okna.Chwyciła się kurczowo ramy i przechylona do przodu, wpatrywała sięz ogromnym przejęciem. Bram właśnie zaganiał swoje wilki do zagrody.Po chwili odwróciła głowę, spojrzała na Filipa, w oczach jej malowałosię przerażenie, coś podobnego do lęku zwierzęcia wobec groźnego mubata. Filip zdziwił się i przestraszył nawet. Podszedł o krok bliżej.Wówczas młoda dziewczyna rzuciła się gwałtownie do tyłu, zasłaniającsię obnażonym ramieniem, a z jej piersi wyrwał się przenikliwy krzyk.

Na ten krzyk Filip stanął jak wryty. Przemówiła! A on niezrozumiał tego, co chciała mu powiedzieć. Rozchylił szeroko połypłaszcza, odsłaniając przymocowaną na bluzie brązową odznakę policyjną. Ten widok napełnił dziewczynę niewymownym zdziwieniem.Teraz dopiero zorientował się Filip, że zlękła się go; bo rzeczywiściezaniedbany, nie ogolony od ośmiu dni, musiał wyglądać nie wiele lepiejod Brama. Uspokoiła się widocznie, gdy ujrzała na jego piersiachodznakę policyjną.

— Nazywam się Filip Brant — powtórzył — należę do Lotnej Policjiz Royal North-West. Umyślnie przybyłem tutaj, aby pomóc pani, o ilezajdzie tego potrzeba. Mogłem już dawno zaaresztować Brama, zabićgo nawet. Ale nie uczyniłem tego, właśnie ze względu na panią. Czemupani znajduje się tutaj, w towarzystwie szaleńca i mordercy?

Patrzyła na niego z ogromną uwagą, na bladą dotychczas twarzyczkę wystąpiły silne rumieńce. Widział, jak w oczach jej gasł lęk i trwoga,a budziły się iskry rosnącego zainteresowania. Z oddali słychać byłogłos Brama i ujadanie wilków. I nagle zaczęła mówić, szybko i gorączkowo. Ale mówiła jakimś językiem Filipowi zupełnie nie znanym.Wydał mu się ten język równie zagadkowym, jak zagadką była w ogóleobecność tej młodej i pięknej dziewczyny w chacie Brama.

Wiedziała, że Filip nie może jej zrozumieć Nagle podeszła kuniemu, kładąc mu palec na ustach — po czym przyłożyła palec do swychust, potrząsając znacząco głową. Filip domyślił się, że w ten sposóbchciała mu dać do zrozumienia, iż mają sobie wzajemnie dużo doopowiadania, że jednak nie mogą się porozumieć, bo mówią każdeinnym językiem. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, stał bezradny, niespuszczając z niej oka.

W tej chwili dały się słyszeć za drzwiami ciężkie kroki Brama.Pociemniały od razu błyszczące żywo oczy dziewczęcia. Gwałtownymruchem odgarnęła włosy i pobiegła do sąsiedniego pokoju.

Zaledwie tam weszła, otworzyły się drzwi. Wszedł Bram, dźwigającciężki ładunek, który zdjął z sań. Rzucił to wszystko na podłogę i niezwracając uwagi na Filipa, utkwił wzrok w zasłonie odgradzającejpokoje. Filip obserwował zachowanie się Brama. Obaj milczeli, stojącbez ruchu. Ciszę przerywały tylko kroki młodego dziewczęcia kręcącegosię w przyległym pokoju.

Sercem Filipa miotały sprzeczne uczucia. Gdyby miał broń podręką, na pewno załatwiłby się od razu z Bramem, w którego oczachbłyszczało dziwne światło, usprawiedliwiające najgorsze podejrzeniaFilipa. Prawda, nie miał żadnej broni. Ale rozglądając się po pokojuspostrzegł leżącą opodal pieca wiązkę drzewa. Zrozumiał, że w razieczego wystarczy schylić się i wybrać jakieś grube, mocne polano... i tomu wystarczy.

Uchyliła się zasłona — w drzwiach stanęła młoda dziewczyna,z uśmiechem na twarzy, z rozjaśnionymi oczami. Patrzyła na Brama, doniego śmiała się najwyraźniej. Podziałało to na Filipa jak uderzeniebiczem. Wyciągnęła ramiona i zaczęła mówić do Brama.

Filip nie mógł zrozumieć ani jednego słowa z tego, co mówiła. Niebył to język francuski, ani niemiecki, ani angielski; nie było to narzeczeChippewayów czy Eskimosów. Mówiła głosem łagodnym i zupełnieczystym; z początku tylko wyczuć w nim można było pewne drżenie.Oczy spoglądały jasno, wesoło, nie było w nich ani śladu owego lęku,który Filip poprzednio dwukrotnie zauważył. Włosy zaplotła i uczesałastarannie; wyglądała, jakby żywcem zeszła z jakiegoś portretu kobiety,nie pochodzącej w żadnym razie z Północy.

Człowiek-wilk zmienił się najzupełniej. Oczy jaśniały mu szczęściem, wargi poruszały się bezdźwięcznie, jakby po cichutku powtarzałsobie wszystko to, co mówiła mu młoda dziewczyna. Przypominałpoczciwe duże psisko, nadstawiające kark pod pieszczoty swego pana.

Czyżby ją rzeczywiście rozumiał? Czyżby znał ten dziwny język?Filip zapytał się w duchu, jaka właściwie rola jemu samemu przypadław tym wszystkim. Młode dziewczę zdawało się naprawdę być szczęśliwe.Co z tego wszystkiego wyniknie?

Kiedy skończyła mówić, człowiek-wilk odpowiadał jej tylko jakimśgardłowym okrzykiem, w którym brzmiała nuta triumfu. Przyklęknąłna ziemi koło swojego szarego worka i mamrocząc coś niezrozumiale,zaczął wyrzucać jego zawartość na podłogę.

Spojrzenie Filipa skrzyżowało się z oczami młodej dziewczyny.Założywszy obie ręce na piersi, zdawała się prosić go, by zechciał jązrozumieć. I Filip zrozumiał. Oto wobec Brama zmuszała się dowesołości, udawała szczęśliwą, śmiała się. Grała rolę, jaką sobie samanarzuciła.

A teraz zwracała się do Filipa, starała się wytłumaczyć mu, coznaczy to jej zachowanie. Wskazała palcem na Brama, którego olbrzymia głowa i szerokie plecy pochylały się nad workiem, i głosemstłumionym rzekła:

Tossi, tossi, han er tossi...

Co to miało znaczyć? Filip na próżno łamał sobie głowę. Niewiedząc już, co począć, wskazał jej palcem na leżące pod piecem polana.Nietrudno było odgadnąć, co chciał przez to powiedzieć. Bram klęczał,odwrócony do nich plecami. Może więc najlepiej zabić go od razu namiejscu? Jedno uderzenie polanem...

Potrząsnęła głową; wydawała się nawet silnie zaniepokojona podobnym pomysłem. Zaczęła znów mówić coś półgłosem. Po czym spoglądając na Brama, powtórzyła:

Tossi, tossi, han er tossi...

Nagle podniosła rękę do czoła, opierając na nim cienkie swepaluszki. Starała się w ten sposób objaśnić swoje słowa, dać mu dozrozumienia, co ma na myśli. Chciała powiedzieć to, o czym Filip już oddawna wiedział: że Bram Johnson jest szaleńcem niepoczytalnym.

Powtórzył za nią: „Tossi, tossi...” uderzając ręką o czoło i wskazującoczami na Brama. Tak jest, o to jej widocznie szło, bo odetchnęła, jakbyjej wielki ciężar spadł z serca. Bała się, aby Filip nie rzucił się na Brama.A teraz on już zrozumiał, że temu nieszczęśliwemu nie trzeba robićżadnej krzywdy. Jakże się wydawała szczęśliwą!

Ale w sercu Filipa obudziła się zazdrość na nowo. Cała sprawa,zamiast się wyjaśnić, komplikowała się coraz bardziej. Czymże właściwie było to młode dziewczę dla Brama? Chwilami zdawała się drżećz trwogi przed tym wariatem, wyjętym spod prawa, a jednak zależało jejna tym, żeby mu się żadna krzywda nie działa?

Tymczasem Bram wyładował wszystkie zapasy żywności i poukładał je na podłodze.

Oczy młodej dziewczyny zwróciły się ku leżącym na ziemi przedmiotom. A w jej oczach wyczytać było można głód! Całym swymjestestwem ciągnęła do tych błogosławionych wiktuałów. W spojrzeniujej odbijało się całe piekło przebytych cierpień! Była głodna! Tęskniła zajedzeniem, za jakimś pożywieniem ludzkim, które by nie było krwawiącym mięsem, ścierwem rzuconym wilkom! I oto był powód, dla któregoBram zapuścił się tak daleko na południe, dlaczego tak brutalnie rzuciłsię na Filipa, aby wyrwać mu zapasy żywności. Chciał je oddać tejmłodej dziewczynie!

Filip widział, jak powodowana ambicją kobiecą starała się ukryćprzed jego wzrokiem ową szaloną radość na widok rozpakowanegoprzez Brama jedzenia. Gdyby jego tu nie było, na pewno dawno jużklęczałaby na podłodze obok Brama. Ale nie śmiała tego zrobićw obecności obcego człowieka. A kiedy ich spojrzenia spotkały się,młode dziewczę spłonęło rumieńcem. Trudno, nie mogła taić dłużej,pusty żołądek dopominał się gwałtownie o swoje prawa. Ale co on sobieo niej pomyśli? Że i ona zwariowała, jak Bram, że stała się niemalbydlęciem.

Filip szybko podszedł do niej i kładąc jej rękę na ramieniu, spytał:

— Zjemy razem śniadanie, nieprawdaż?

Rozdział X.Pierwsze śniadanie

Filip cały zadrżał, czując pod ręką ciepłe ramię dziewczęcia.Natychmiast jednak opamiętał się: może Bram rozgniewa się, widząc, żeFilip traktuje nieznajomą z taką poufałością? Zwrócił się więc ku niemuz wyciągniętą przyjaźnie drugą dłonią, mówiąc tonem możliwie swobodnym:

— No dalej, Bram! Rusz się! Widzisz przecie, że ona umiera prawiez głodu! Teraz już rozumiem, czemu zabrałeś mi moje zapasy żywnościi dlaczego nie powiedziałeś mi tego od razu! No, czemu nic nie gadasz?Czemu nie powiesz mi, kto ona jest, skąd się tu wzięła i czego właściwiechce ode mnie?

Na próżno czekał na odpowiedź. Bram milczał, wpatrując się tylkow niego uważnie, jak to było w jego zwyczaju.

— Powtarzam ci — podjął — że jestem twoim przyjacielem! Ja...

Nie dokończył zdania, bo Bram znienacka wybuchnął dzikimśmiechem. Śmiech ten, w ciasnej, zamkniętej chałupce brzmiał jeszczestokroć bardziej niesamowicie i strasznie, niż wśród pustkowi Barrenu.Młoda dziewczyna przytuliła się do Filipa, drżąc cała. Mimo wszystkojednak próbowała z wysiłkiem uśmiechnąć się do Brama.

A Bram śmiał się dalej. Podszedł powoli do pieca i zaczął poprawiaćogień. Spojrzenie Filipa przeniosło się od filetowych oczu dziewczęcia,patrzących nań z niemą prośbą, na olbrzymią postać Brama, pochylonego przy ognisku. Zacisnął odruchowo pięści. Sposobność byłaznakomita. Jednym susem dopadnie tego szaleńca, chwyci go krzepkoza gardło, przydusi. W tej pozycji walka będzie łatwiejsza, a szanseFilipa co najmniej równe.

Ale młode dziewczę powstrzymało go i tym razem. Zanim zdążył sięruszyć, wpiła mu palce w ramię i odciągnęła na bok, jak najdalej odBrama, szepcząc coś półgłosem w swym niezrozumiałym języku.Tymczasem Bram wstał, ujął w ręce wiadro i nie patrząc nawet na nich,opuścił chatę.

Zapadło nieco kłopotliwe milczenie. W duszy Filipa budziły sięznowu podejrzenia; nie mógł zrozumieć, dlaczego ona tak uporczywiebroni Brama, nie pozwalając zrobić mu żadnej krzywdy. Młodedziewczę chwyciło go za rękę. Poprowadziła go za sobą do owegodrugiego pokoiku, służącego jej za mieszkanie.

Nietrudno było odgadnąć, co miała na myśli. Chciała mu pokazać,co Bram dla niej robił. Oto urządził jej osobny pokoik za pomocądrewnianego przepierzenia. Żeby zaś pokoik ten rozszerzyć, dobudowałdoń jeszcze małą przybudówkę, przyczepioną do ściany chaty. Drzewo,z której przybudówka ta i drzwi wewnętrzne były zrobione, było jeszczezupełnie świeże, nie wyschnięte. Całe umeblowanie pokoju składało sięz prymitywnie wyciosanego stołu i krzesła; za posłanie służyło kilkasztuk skór niedźwiedzich. Na ścianie wisiało trochę ubrania, międzynimi czapeczka futrzana i gruby sukienny płaszcz, przepasany czerwonąwstążką. Na stole leżał mały pakiecik, starannie owinięty.

— Tak, tak, rozumiem już — monologował Filip, wpatrując sięw ametystowe oczy dziewczęcia. — Chce mi pani dać do zrozumienia, żenie powinienem robić Bramowi Johnsonowi żadnej krzywdy. Chce mipani wmówić, że ten bydlak nigdy pani nie dotknął, że nigdy nie żądałżadnej zapłaty za oddawane usługi. Czemuż w takim razie pobladłapani przedtem jak płótno? Prawda, jak widzę, trwoga już minęła.Twarzyczka pani znowu jest różowa i cacana, aż miło patrzeć. No,niechże mi pani to wszystko wytłumaczy...

Słuchała go uważnie, kołysząc lekko swym smukłym, zgrabnymciałem, oczy błyszczały jej dziwnie.

— Tak, tak, kpi sobie pani po trochu ze mnie — ciągnął dalejz uśmiechem. — Przynajmniej na parę minut, prawda? A może i jadostałem bzika, podobnie jak Bram? Przyzna pani, że nieczęstozdarzają się podobne przygody... Wyruszyłem w pościg za Indianami.Natknąłem się na wariata. A w chacie wariata, kogóż znajduję? Panią!Wydawałaś mi się w promieniach słońca jak anioł, stojący u bramy piekieł. Nie rozumie pani, co mówię, prawda? Nic nie szkodzi...Chcę panią oswobodzić od tego wariata. Nie pozwalasz... Ręce mipo prostu opadają! Żebym tak miał z czego, dałbym chętnie milion dolarów, byleby zmusić Brama do powiedzenia mi wszystkiego. Nigdy pani nawet nie tknął? Mój Boże, jakże bym pragnął wto wierzyć!

Z zachowania się młodej dziewczyny poznać można było, że starasię wyczytać z oczu Filipa jego myśli, odgadnąć sens jego słów.

Filip ciągnął dalej:

— Znajdujesz się w oddaleniu jakichś tysiąca pięciuset mil odwszelkich istot ludzkich... I to z takimi oczami i z włosami tak złotegokoloru!... Gdyby Bramowi zachciało się mówić, na pewno objaśniłby, żespadłaś tu prosto z księżyca, aby się nim opiekować i robić porządekw jego chatce. No, jakże? Nie może mi pani dać zupełnie żadnychobjaśnień? Kim jesteś i skąd się tu wzięłaś?

Urwał, jakby oczekując odpowiedzi. Ale odpowiedzią był tylkouśmiech, uśmiech dziwnie słodki i miły. Opanowało go dziwne wzruszenie. Nie bacząc na to, że Bram może lada moment wejść, ujął w obiedłonie jedną rączkę dziewczęcia, ściskając ją mocno.

— Nie rozumie pani ani słóweczka z tego, co mówię — prawda? Anisłóweczka! Nic nie szkodzi; powolutku dojdziemy do porozumienia. Tojedno wiem już na pewno, że od czasu, jak spadłaś tutaj z księżyca, niejadłaś na śniadanie, obiad i kolację nic innego, prócz mięsa dzikichzwierząt, upolowanych przez Brama. I kto wie, może nawet bez wolizupełnie! Miałaś wielką ochotę rzucić się na te prowianty przywiezioneprzez Brama. I zagadaliśmy się tak, że zapomnieliśmy oboje o najważniejszym, chodźmy zatem na śniadanie!

Poprowadził ją do pierwszego pokoju, ku leżącym na podłodzewiktuałom. Pomagała mu je zbierać. Wydobył mały garnuszek, wrzuciłweń porcję suszonych płatków ziemniaczanych i zabrał się do przyrządzania tej potrawy na piecu.

— Mówiliśmy więc — podjął na nowo — że Bram traktuje paniąz całym szacunkiem... Uff! Jaką mi to sprawia ulgę! Nie ma pani pojęcia,jak mnie to cieszy! A jestem pewny, że gdyby tak nie było naprawdę, niepowstrzymałabyś mnie, kiedy chciałem roztrzaskać głowę temu potworowi. To jasne jak słońce.

Odwrócił oczy od pieca i spojrzał na nią. Śliczna była naprawdę.

Włosy rozplotły się jej i opadły na ramiona. Nigdy by nie uwierzył,aby włosy kobiece mogły być tak jedwabisto lśniące i mieć taki złocistyodcień.

Nagle przyszedł mu nowy pomysł do głowy. Uderzając się pięściąw piersi, powtórzył kilkakrotnie:

— Nazywam się Filip Brant — Filip Brant — Filip Brant.

Za każdym razem wskazywał wymownie palcem na siebie samego.

Rozjaśniło się oblicze młodej dziewczyny. Pękła wreszcie dzielącaich dotąd zapora.

Powtórzyła za nim powoli, wyraźnie jego imię i nazwisko. A potemuśmiechnęła się i kładąc obie dłonie na piersi, rzekła:

— Celia Armin.

Filip omal nie wypuścił z ręki garnuszka, w którym smażyły siękartofle. Miał ochotę skoczyć do niej, do owej „Celii Armin”. Pohamował się jednak i nie odstępując od pieca, powtórzył tylko kilkakrotnie:

— Celia Armin.

A ona za każdym razem przytakiwała mu skinieniem głowy.

Zdawało mu się, że jest to imię francuskie. Spróbował zatempowtórzyć kilka najprostszych zdań francuskich, jakich nauczył się odPiotra Breault. Ale widać było, że ona nie rozumie ani słowa. Więcpowtórzył tylko:

— Celia!

W tej samej chwili odpowiedziała:

— Filip!

Zza drzwi doleciało wycie i skomlenie wilków. Rozległy się ciężkiestąpania i człowiek-wilk wszedł do chaty.

Filip poświstywał wesoło, potrząsając garnkiem, w którym smażyłysię kartofle. Minę miał najzupełniej obojętną, jak gdyby nic w ogóle niezaszło. Po chwili zwrócił się do Celii, wskazując palcem na imbryk dokawy:

— Proszę się zająć kawą, Celio. Śniadanie już gotowe.

Wzięła imbryk i podeszła do stołu.

Filip spojrzał na Brama. Człowiek-wilk stał oparty o drzwi wejściowe, spoglądając zupełnie bezmyślnym, tępym wzrokiem na nichoboje. W jednej ręce trzymał wiadro napełnione śniegiem, w drugiejmrożoną rybę.

— Za późno już teraz na rybę, mister Bram — odezwał się Filip.— Młoda lady nie mogła tak długo czekać. Zresztą zdaje mi się, że mięsosurowe i ryby przejadły się jej już zupełnie. Chodźmy na śniadanie!

Wysypał na cynowy talerz porcję gorących przysmażonych kartoflii postawił je przed Celią. Obok położył kilka placków owsianych, któreupiekł sobie jeszcze przed wyruszeniem na tę wyprawę. Drugą porcjękartofli postawił przed Bramem, trzecią dla siebie.

Bram stał milczący, trzymając wiadro i mrożoną rybę i z głuchympomrukiem podszedł do stołu. Ogromną swą, ciężką łapę oparł o ramięFilipa, ściskając go tak mocno, że aż zatrzeszczały kości. Spojrzał namłode dziewczę. Potem odepchnął gwałtownie Filipa i podsunąłwszystkie trzy talerze Celii.

— Pan będzie jeść rybę, monsieur!... — oświadczył krótko.

Słysząc go w tej chwili, nikt by nie przypuszczał, że mówi to wariat.Ale krótka chwila przytomności minęła; w chacie zabrzmiał znów jegoszaleńczy, dziki śmiech, że aż się ściany izby zatrzęsły. Odpowiedziałomu z oddali przeciągłe wycie wilków.

Filip powstrzymywał się całą siłą woli, by nie wybuchnąć śmiechemwobec tego objawu galanterii. A w oczach Celii zamigotały iskierkitriumfu: Bram zawsze był dla niej uprzedzająco grzeczny. Filip mógł sięo tym naocznie przekonać.

Filip wziął rybę, zagrzał ją na piecu, przekroił na połowę i zaniósłBramowi. Równie dobrze mógłby ją podać drewnianej figurce, bo Bramwstał: nie patrząc wcale na rybę, wziął kawał surowego mięsa karibu,wsadził je pod pachę i wyszedł z izby, mrucząc coś niezrozumiale.

Rozdział XI.Zaczynamy się rozumieć

Zaledwie się drzwi za nim zamknęły, Celia podbiegła do Filipai powiodła go do stołu. Aby się przypodobać Bramowi, jadła zewszystkich trzech talerzy. Teraz jednak nałożyła Filipowi na talerzkartofli, położyła obok placek i nalała mu garnuszek kawy.

Filip uśmiechnął się tylko. Miał szaloną ochotę przytulić do twarzygłówkę Celii i ucałować ją za to.

— Chcesz się ze mną podzielić swym śniadaniem, prawda? — mówił— Ale nie znasz mojej sytuacji, maleńka. Najadłem się tych obrzydliwychplacków (ujął go w rękę, by mogła lepiej zrozumieć), najadłem się ichtyle w ciągu ostatnich dni, że na sam widok placków czuję mdłości.Oddałbym wszystkie placki owsiane na całym świecie za parę sztuk tychślicznych korniszonów, które moja matka umiała tak świetnie przyrządzać. Ta ryba Brama, to dla mnie prawdziwy specjał; równie jak i takawa, podana pani rączką.

Usiadła naprzeciwko i nie spuszczała z niego oczu, gdy jadł. A Filip,jedząc, zastanawiał się znowu, skąd ona się tu mogła znaleźć, w tymopuszczonym zakątku ziemi, w podobnym otoczeniu. Musi rozwiązaćtę zagadkę! I to jak najszybciej.

Widocznym było, że tak jak Filip pała chęcią dowiedzenia sięwszystkiego, tak samo ona pragnęłaby mu wszystko opowiedzieć.Wyczytać to było można z jej oczu, z wyrazu twarzy. Tylko, jaką drogądojdą do tego?

Skończywszy śniadanie Filip wstał od stołu i podszedł razem z Celiądo okna. Ujrzeli Brama stojącego w „zagrodzie” razem wśród hordyswych wilków, między które rozdzielał kawały mięsa. Filip ujął w ręcerozplecione włosy młodej dziewczyny, stojącej obok niego. Rumieńcewystąpiły mu na twarzy, kiedy bawił się tymi złotymi kosmykami. Celiapatrzyła na niego z nieukrywanym zdziwieniem. Spróbował z kilkunitek spleść coś podobnego do owej sieci złotej, znajdującej sięw posiadaniu człowieka-wilka. Wymownym gestem wskazał jej na owąsieć uplecioną przez siebie i przez Brama.

Zrozumiała go od razu. Za pomocą odpowiedniej mimiki dała mudo zrozumienia, że rzeczywiście z jej włosów Bram splótł niejedną jużsiatkę. Pochyliła głowę, pokazując Filipowi kilka miejsc, na którychwłosy miała poucinane.

Potem wyciągnęła ku niemu rękę, mówiąc:

— Filip Brant — Ameryka!

I natychmiast, wskazując palcem na siebie samą, dodała żywo:

— Celia Armin — Danmark!

— Danmark! — powtórzył. Naprawdę? Pochodzisz z Danii? Z Danii? Danmark?

Skinęła potakująco głową.

— Danmark — Kobenhavn — wymówiła wyraźnie.

— Dania — Kopenhaga! No, Bogu dzięki, zaczynamy wreszcierozmawiać! Celia Armin z Kopenhagi. Ale to mi jeszcze nie wyjaśnia,jakim sposobem znalazłaś się tutaj?

Wskazał ręką na podłogę i szerokim gestem ogarnął cztery ściany izby:

— Jakim cudem znalazłaś się tutaj?

Odpowiedź zdziwiła go niesłychanie. Oto Celia mówiła gorączkowo:

— Kobenhavn — Muskvas — Petersburg — Rusland — Sibirien— Amerika.— Kopenhaga... — Moskwa... — Petersburg... — Syberia — Ameryka?— powtarzał niedowierzająco. Celio, na miłość boską, wyjaśnij mi to, bozwariuję naprawdę! Przecież niepodobna uwierzyć, abyś z Kopenhagiprzyjechała sobie tak po prostu przez całą Rosję i Syberię, aż doKanady, aby ostatecznie dostać się w ręce tego szaleńca, wśródpustkowi Barrenu, z dala od świata i ludzi! To niemożliwe! Musi to byćjakieś nieporozumienie! Czekaj, zobaczymy zaraz...

Przypomniał sobie, że ma w kieszeni mały podręcznik geograficzny,jaki noszą wszyscy funkcjonariusze policji. Na końcu podręcznikaznajdowała się mapa całej kuli ziemskiej. Rozłożył ją przed Celią, którapo chwili szukania małym paluszkiem wskazała na Kopenhagę. Pochylił się nisko nad jej głową, by lepiej widzieć. Ach, z jakąż ochotąschowałby swą twarz w te jej miękkie, złociste włosy! Z jaką rozkosząująłby tę główkę w swoje dłonie!

W gruncie rzeczy wszystko było mu jedno w tej chwili, czy onapochodzi z Kopenhagi, czy spadła z księżyca. Najważniejsze, że znalazłją. Skakałby po prostu z radości, jak podróżnik, któremu udało sięodkryć nieznane krainy i objąć je w swoje posiadanie. Ale pohamowałsię i powstrzymując oddech, wodził wzrokiem po mapie i małympaluszku poruszającym się na niej.

Z Kopenhagi paluszek przesunął się na Moskwę, stamtąd naPetersburg, a potem powoli wędrował po mapie przez Rosję, Syberię, ażdo cieśniny Beringa.

Skunnert... — dodała cicho w formie objaśnienia.

Oparła paluszek na mapie w tym miejscu, gdzie widniała duża,zielona plama; była to Alaska.

Zawahała się przez chwilkę. Widocznie starała się przypomniećsobie, jaką drogą mogła stamtąd iść dalej. Mapa nie mogła jej być w tympomocna. Po krótkim namyśle ujęła Filipa za rękę, podprowadziła godo okna i wskazała na wilki. A zatem: Alaska... potem wilki, względniepsy... i sanki.

Filip nie posiadał się z radości. Przytakiwał jej głową z zadowoleniem. Zrozumiał wszystko: nazywa się Celia Armin, pochodzi z Kopenhagi. Przyjechała na Alaskę, a stamtąd puściła się saniami w dalszą drogę.

Teraz starała mu się wyjaśnić powód swej podróży i okoliczności,wskutek których dostała się w ręce Brama Johnsona. Odwróconaplecami do okna mówiła żywo, gwałtownie, niemal ze szlochem, podwpływem ogarniającego ją wzruszenia. Opowiadała mu, to było zupełnie widoczne, całą przeżytą straszną tragedię, której Filip już odpierwszej chwili po trochu się domyślił. Mówiła długo, załamującrozpaczliwie ręce. A kiedy wreszcie skończyła, zasłoniła rękami twarzyczkę, wybuchając spazmatycznym szlochem.

Zza okna doleciał ich ordynarny szaleńczy śmiech Brama.

Śmiech ten brzmiał w uszach Filipa niby krwawa obelga. Krewzawrzała mu w żyłach. Jednym susem podskoczył do pieca, wyciągnąłz niego duże płonące polano — po czym podbiegł do drzwi, otworzył jegwałtownie i wypadł przed domek.

Pobiegł za nim straszny, rozpaczliwy krzyk kobiety, krzyk, w którym brzmiała gorąca prośba. I ujrzał równocześnie całą hordę wilków,które zbite w jedną gromadę pędziły ku niemu z drugiego końcazagrody. Tym razem Bram Johnson nie powstrzymywał wilków, leczstał spokojnie, obserwując całą scenę. Widząc ten straszny widok, Celiakrzyknęła głośno i rozpaczliwie. Odpowiedział jej ponury śmiechczłowieka-wilka.

Filip nie stracił głowy na widok niebezpieczeństwa. Zakręciłpłonącym polanem młynka ponad głową i z całym rozmachem cisnął jemiędzy pędzące bestie. Między wilkami powstało zamieszanie. Filipskorzystał z okazji, obrócił się i wpadł do izby. Błyskawicznie zamknąłza sobą drzwi, a Celia natychmiast zasunęła skobel.

Czas już był najwyższy, bo w parę sekund później wilki dopadłydrzwi. Zatrzęsła się cała chata pod ciężarem ich cielsk. Słychać byłokłapanie szczęk i groźne pomruki za drzwiami. Spojrzał na Celię. Byłablada jak trup, trzęsła się cała, daremnie usiłując ukryć trwogęi wzruszenie.

Filip zrozumiał teraz całe szaleństwo swego postępku i myśli Celii.Gdyby wilki dopadły go, on zginąłby, a ona straciłaby ostatnią deskęratunku. Pochylił się do niej, przytulając do siebie twarzyczkę, na którejwykwitł słaby uśmiech.

— Celio — mówił ochrypłym nieco głosem, ściskając mocnojej drobne rączki — Celio, ty moja maleńka tajemnicza dzieweczko,wiesz, jestem prawie szczęśliwy, że nie możesz rozumieć tego, coci mówię, bo z pewnością wyśmiałabyś mnie tylko. Znam cię dopierood dziś rana. I już cię pokochałem. Żadna kobieta w moim życiunie zrobiła na mnie tak silnego wrażenia jak ty. Żadnej jeszcze taknie pożądałem. Kocham cię, a tyś powinna wiedzieć o tym. Nieuwierzyłabyś w tak gwałtowną, nagłą miłość — uważałabyś mnie zadrugiego Brama Johnsona.

Spoza drzwi dochodził glos Brama; mówił coś do wilków w narzeczu Eskimosów, odpędzał je od drzwi, pod którymi się skupiły. Wilkiwarczały z zadowoleniem. Filip puścił obie ręce Celii, podszedł do drzwii odsunął drewniany skobel.

Bram wszedł do izby.

Filip, niepewny, co go czeka, naprężył mięśnie, gotów na wszystko.Ale ku jego ogromnemu zdziwieniu Bram wydawał się zupełniespokojny i obojętny. Mruczał coś tylko pod nosem, z głupkowatą miną,uśmiechniętą, jakby ubawiony tym wszystkim co zaszło. Celia wpiła siępaznokciami w ramię Filipa. W spojrzeniu jej malowało się przerażenie;zachowaniem Brama była widocznie silnie zaniepokojona. Nagle, nicnie mówiąc, przeszła szybko do swego pokoiku. Upłynęła jedna minuta.Bram pozornie nie zwracał wcale uwagi na Filipa, mruczał tylko cośpod nosem.

Z pokoiku wyszła Celia; skierowała się prosto do Brama. W wyciągniętej ku niemu dłoni trzymała pukiel swych złocistych włosów.

Bram przestał natychmiast mruczeć. Twarz rozjaśniła mu się jakimśbezgranicznym zachwytem. Grubą, niekształtną rękę wyciągnął kuzłotym włosom, które widocznie były dla niego jakimś bezcennymtalizmanem.

Celia uśmiechnęła się leciutko. Może właśnie dzięki temu talizmanowi — pomyślał Filip — ów potwór, ten człowiek-wilk, otaczał jątakim szacunkiem i czcią od pierwszej chwili, od momentu gdy dostał jąw swoje ręce. Ale przecież ona była zupełnie w jego mocy! Ileż razy mógłzrobić z nią wszystko, co tylko mu się podobało! A może naprawdę niezdawał sobie z tego sprawy, jaki skarb ma w rękach?

Człowiek-wilk, z miną zadowoloną, począł znowu coś mruczeć, alejuż inaczej, łagodnym i niemal pokornym tonem. Usiadł na podłodzepod ścianą ze skrzyżowanymi nogami. Rozdzielił pukiel włosów na trzyczęści i zaczął splatać z nich nowe sidła... Celia, uspokojona już zupełnie,wróciła do swego pokoiku. Czuła potrzebę samotności, chciała odetchnąć swobodnie po tych wszystkich gwałtownych przejściach.

Filip, korzystając z jej nieobecności, otworzył swój plecak i wydobył z niego przybory toaletowe. Przyjrzał się w lusterku i przeląkł sięsam siebie. Z nieogoloną brodą, brudny, nieuczesany, wyglądał takodstraszająco, że zrozumiał dopiero teraz, czemu Celia w pierwszejchwili na jego widok cofnęła się. Potrzebował pół godziny czasu, abyogolić się należycie. Co się zaś tyczy Brama, to człowiek-wilk tak zajętybył splataniem swej sieci, że tak długo nie odrywał oczu od roboty, ażsiatka była gotowa. Wstał wówczas i wyszedł z izby, nie mówiąc anisłowa.

Celia wróciła do pierwszego pokoju. Natychmiast zauważyłazmieniony wygląd Filipa, co sprawiło jej widoczną przyjemność. Filipzarumienił się mimo woli.

Podeszli do okna i obserwowali Brama. Człowiek-wilk zwołał całąswą hordę i szedł z nią do furtki. W ręku trzymał narty i batog. Otworzyłfurtkę, wyszedł i wypuścił za sobą dziesięć wilków. Potem furtkęzamknął.

Celia podeszła do stołu. Filip zauważył, że ze swego pokoikuprzyniosła ołówek i kawałek papieru. Usiadła obok stołu i po chwilipodała Filipowi z miną triumfującą kartkę papieru, na której wyrysowany był dość niezgrabnie łeb karibu. Miało to oznaczać, że Bramwybrał się na polowanie. Filip roześmiał się, bo oto znaleźli nowysposób porozumiewania się za pomocą rysunków.

Równocześnie jednak uświadomił sobie co innego, coś co wcale niebyło pocieszające. Oto Bram, wyruszając na łowy, pozostawił w zagrodzie połowę swej hordy — dziesięć wilków. Nie, nie można się już byłołudzić! Ów niebezpieczny szaleniec traktował ich oboje nie jak swoichgości, lecz jak więźniów.

Rozdział XII.Groźna niespodzianka

Noc minęła spokojnie, bez najmniejszego wypadku. Była topierwsza noc, spędzona przez Filipa w chacie Brama, w towarzystwieCelii. Pierwsza i ostatnia.

Nazajutrz rano, zanim jeszcze Celia wyszła ze swego pokoiku, Filipstudiował kolejno w pamięci wszystkie wypadki ostatnich dni. Przedewszystkim, zastanawiał się, czy Bram naprawdę był wariatem? Czy teżtylko udawał wariata? Jeśli Bram rzeczywiście go nienawidził, możeprzez długi czas taić się ze swym uczuciem, aż nagle, przy ladasposobności wybuchnie. Filip pamiętał, co kiedyś powiedział mu jedenz jego znajomych: „Wariat ma znakomitą pamięć. Skoro raz uczepi sięjakiejś myśli, nie zapomni o tym nigdy; zżyje się z nią do tego stopnia, żestanowić ona będzie po prostu cząstkę jego duszy. Nienawiść dourojonego wroga kiełkuje w jego zamroczonym umyśle, by prędzej czypóźniej wybuchnąć z jeszcze większą mocą”.

Raz już omal Bram nie zabił go. Był to, gdy odebrał mu wszystkie zapasyżywności, aż do ostatniej okruszyny. Obecnie wybrał się na polowanie,pozostawiając swym więźniom żywność. W każdym razie jedno wydawało sięFilipowi pewne, Bram na pewno nie kochał Celii. Gdyby bowiem ją kochał, napewno nie pozostawiłby jej samej w towarzystwie Filipa, ewentualnegoprzecież rywala. Bram traktował Celię z całym szacunkiem; a we wzroku jegomalowała się jakaś pokorna, bezgraniczna adoracja tej młodej dziewczyny.

Mimo wszystko jednak Filip ostatecznie doszedł do wniosku, żenależy przy najbliższej sposobności zabić po prostu Brama, tak jakzabija się dzikie zwierzę, choćby się to Celii nawet nie podobało. Jużi tak stracił kilka dogodnych okazji.

Kiedy Celia weszła do izby, zdawało mu się, że zgaduje jego myśli.Nie zdradzając się jednak z niczym, zabrał się w jej obecności dodokładnego, systematycznego zrewidowania całej izby, służącej Bramowi za mieszkanie.

Jestem pewny — monologował głośno — żeś ty to już zrobiła dawnoprzede mną. Ale taka rewizja jest moim obowiązkiem. Kto wie, możeuda mi się odkryć coś, czego ty nie zauważyłaś, a co nam się możebardzo przydać.

W towarzystwie Celii zabrał się więc do skrupulatnej rewizji całejizby. Zaglądał nawet pod podłogę, uchylając niezbyt szczelnie przylegające deski. Poszukiwania te trwały już pół godziny, ale bez widocznegorezultatu. Nagle wydał okrzyk radości. Oto pod jakimś brudnym,zatłuszczonym kocem odkrył schowany rewolwer służbowy. Niestety,rewolwer nie był nabity, a naboi nigdzie nie było.

Należało jeszcze przeszukać małą przylegającą komórkę, w którejBram zwykle spał. Nie znalazł i w niej nic więcej, prócz trzech sideł,splecionych z włosów Celii.

Spoglądał na nie przez chwilę ze wzruszeniem, a potem przykrył jez powrotem skórami niedźwiedzi, mówiąc:

— Nie trzeba ich ruszać... Byłoby niedelikatnością gospodarowaćw łóżku obcego człowieka...

Po chwili mówił dalej:

— Nie znajduję nawet owego noża, którym Bram zwykle kroimięso. Ciekawe, czy był tak samo ostrożny i przewidujący, kiedy byłaśtu jeszcze sama jedna. W każdym razie nie znajduję nigdzie żadnej broniani nic podobnego.

Zza ścian chatki doleciało uszu Filipa głośne ujadanie wilków.Podszedł do okna. Dwa wilki gryzły się ze sobą. Nie ma co mówić, Bramzostawił ich oboje pod doskonałą strażą tych bestii. Gdyby mu się nawetudało zabić Brama, lub unieszkodliwić go, jakim sposobem da sobiez nimi radę? Jeżeli Bram wejdzie do izby ze swą strzelbą, wszystkodałoby się zrobić. Wystrzela je kolejno co do nogi. Tylko pytanie, czyBram w ogóle przyniesie tu kiedykolwiek strzelbę?

Oba wilki gryzły się dalej. Reszta otoczyła je półkolem. Jeden tylko,olbrzymi, nie zwracając uwagi na nic, legł w kącie, obgryzając dużąkość, z której odrywał ostatnie strzępy mięsa. Słychać było groźnekłapanie jego potężnych szczęk.

— Wiem już! — zawołał Filip. — Wilki przecież, tak samo jak ludzie,muszą dostawać jedzenie, konieczne do życia. Skoro już załatwię sięz Bramem, pozostawię je w tej zagrodzie tak długo, aż pozdychająz głodu. Wymagać to będzie tygodnia, może i więcej. Kwestia cierpliwości tylko. Ale my będziemy mieć ostatnie słowo! Trzeba, aby Celia tonareszcie zrozumiała: przede wszystkim musimy pozbyć się Brama.

Celia właśnie go zawołała. Odszedł od okna i wrócił do niej. Celiawydawała się mocno wzruszona. Na stole rozłożyła kilka kartek papieru, które wyniosła ze swej izdebki. Na każdej kartce widniał jakiś nieudolny rysunek, nakreślony jej ręką. Nietrudno byłodomyślić się Filipowi, że Celia za pomocą tych rysunków chcemu objaśnić to wszystko, czego sobie wzajemnie słowami wypowiedziećnie mogli.

Kołysząc lekko swym smukłym dałem, szepnęła cicho: „Filip”.A jemu zrobiło się dziwnie miło, słysząc, że woła go po imieniu, takjakby to było rzeczą naturalną.

Nachylił się nad leżącymi papierami. Pobrudzone i zniszczone,widocznie nieraz już były w użyciu. Rysunki te przedstawiały całąhistorię młodej dziewczyny.

— Domyślam się — mówił Filip — że sama to wszystko rysowałaś, bypokazać Bramowi. I on niewiele więcej wie o tobie, aniżeli ja. Tak, tak...rozumiem już wszystko... Jakiś okręt, psy, ludzie... jakieś walki...Przyjrzyjmy się bliżej...

Celia spoglądała na niego z wytężoną uwagą. Pragnęła, aby jaknajprędzej ją zrozumiał.

Filip pochylony nad rysunkami dągnął dalej:

— Tu, na tym rysunku, w samym środku, jesteś ty, „pani”. Ty,z rozwichrzonymi włosami, bronisz się przed jakimiś ludźmi, którzy takjakby chcieli cię zabić pałkami Co to ma znaczyć, mocny Boże? A tuwysoko, w górze, jakiś statek. Od niego powinniśmy zacząć. Zapewnewysiadłaś z tego statku, prawda..? Statek, statek, statek...

Skunnert — zakrzyknęła łagodnie, pokazując palcem na ówwyrysowany statek. — Skunnert... Siberien...

— Szkuner... Syberia! — powtórzył Filip. — Tak się właściwiepowinno wymawiać, moja Celio! Zajrzyjmy znów tutaj!

Wydobył z kieszeni ową małą mapkę kuli ziemskiej i rozłożył jąna stole.

— Weźmy się na nowo do roboty i to możliwie dokładnie.

Pochylili się oboje nad mapą. I znowu, jak wczoraj, zetknęły się ichciała. Filip niemal dotykał ustami jej złocistych włosów. Zadrżeli oboje.Ale Celia opanowała się szybko. Odsuwając się nieco, zaczęła wodzićpalcem po mapie.

Statek wypłynął z ujścia rzeki Leny na Syberii. Płynął następniewzdłuż wybrzeży aż gdzieś w okolice Alaski. W tym miejscu paluszekzatrzymał się bezradnie. Wymownym gestem dała mu do zrozumienia,że nie potrafi określić, w którym miejscu statek dobił do wybrzeżyAmeryki Północnej.

Zaczęła pokazywać mu kolejno następne kartki, na których przedstawione były jakieś walki i utarczki, których właściwego znaczeniajednak Filip nie mógł zrozumieć. Wreszcie na zakończenie skreśliłajeszcze jeden rysunek, przedstawiający olbrzymiego człowieka, otoczonego bestiami. Miał to być Bram ze swymi wilkami. I teraz dopierozrozumiał Filip, dlaczego tak broniła Brama, dlaczego nie pozwalała, bychoć jeden włos spadł mu z głowy. Bram był jej wybawcą, on jąwyratował z tych wszystkich strasznych przejść, o których po częścimówiły rysunki. On ją wtedy wyratował i zabrał ze sobą do swejkryjówki. Dlaczego ją tutaj trzymał w zamknięciu, tego z rysunkówdomyśleć się było niepodobieństwem.

Niejedno jeszcze wymagało wyjaśnienia. Po co i w jakim celujechała Celia na Syberię? Kto skierował okręt ku niegościnnymwybrzeżom Alaski? Co to za jedni ci nieznani jej wrogowie, z rąkktórych Bram ją wyratował?

Filip wziął do ręki jeden z rysunków, który Celia przyniosłai odłożyła na bok. Na rysunku tym były dwie osoby: mężczyzna i ona.Mężczyzna ów trzymał ją w swoich ramionach. Filip podniósł wolnogłowę i spojrzał na Celię. W oczach jej lśniły łzy.

Nagle poczuł zimny ciężar na sercu. Od owej chwili, gdy obojezetknęli się w tej samotnej chacie, gdy losy ich niezwykłym trafemsplotły się razem, w sercu Filipa nastały dziwne zmiany. Ogień miłościzapłonął mu w piersi. Upajał się słodką, rozkoszną nadzieją. I oto naglenadzieja zgasła! Celia na pewno kocha innego!

Wstał i wolnym krokiem podszedł do okna, chcąc ukryć zmieszanie. Spojrzał przez okno i w tej samej niemal chwili zakrzyknął głośno.Wypuścił z rąk ów rysunek, który zabrał ze sobą. Chwycił się kurczoworamy okna.

— Patrz! — wołał jak nieprzytomny. — Patrzaj, na Boga!

Przez cały czas, kiedy siedzieli oboje przy stole, panowała niezmącona cisza. Nie słyszeli najlżejszego szmeru, ani hałasu. A oto coujrzeli: ów ogromny wilk, co jeszcze niedawno obgryzał kości, leżał terazna śniegu, wyciągnięty jak długi, był martwy. Zesztywniał już zupełnie.Z rozchylonego pyska błyskały białe, potężne kły, a poniżej łba widniałakałuża krwi.

Filip nie tyle przeraził się tą nagłą śmiercią wilka, ile widokiembroni, od której zwierzę zginęło. Wilk przeszyty był na wylot czymśw rodzaju lancy.

Poznał od razu ów harpun cienki i długi, ów straszliwy dziryt, jakimposługuje się tylko jeden jedyny szczep w całym Northlandzie: szczepKogmolloków, zbójców o czarniawych twarzach, żyjących nad brzegami Zatoki Koronacyjnej i Ziemi Wollastona.

— Odsuń się od okna, Celio! — zakrzyknął z trwogą. I czym prędzejodprowadził ją w głąb izby.

Rozdział XIII.Kogmolloki

Kogmolloki! Te straszne, okrutne diabły, o sercu zimniejszym odtych lodów, wśród których żyją! Okrutne, nieubłagane!

— Daruj mi, Celio — mówił Filip — że krzyknąłem tak na ciebie i takgwałtownie odciągnąłem od okna. Ale nawet na drugim końcu światapoznałbym tę straszną, śmiercionośną broń. Widziałem już nieraz,z jaką łatwością i pewnością rzucają dzirytem na odległość stu jardów.Potrafią walczyć jak prawdziwe diabły. Specjalnością ich jest polowaniena białe kobiety. A coś mi mówi, że oni przyczaili się gdzieś w pobliżui obserwują nasze okno.

Celia nie rozumiała wprawdzie tego, co do niej mówił, ale wydawałasię nie mniej przerażona od Filipa widokiem owego zabitego wilka,przeszytego dzirytem. Podeszła szybko do stołu, pochwyciła jedną z karteki podała ją Filipowi. Na kartce narysowana była scena jakiejś walki.

— W takim razie — mówił drżącym głosem — oni właśnie ciebieposzukują. Musieli się specjalnie uwziąć na ciebie, skoro aż tutaj sięzjawili. Nie słyszałem nigdy, aby ośmielili się zapuszczać tak daleko napołudnie.

Celia odzyskała już panowanie nad sobą, w jej wzroku malowałosię zdecydowanie i odwaga oraz zupełna ufność, że Filip stanie równieżodważnie w jej obronie. Spodobało się to Filipowi. I on nabrał od razuotuchy.

Nie odwracając się od okna, zaczął mówić przygotowany na to, żelada chwila wpadnie przez nie z brzękiem tłuczonych szyb dziryt.

— Nie ma co, wpadliśmy w ładne tarapaty! Mogę to głośnopowiedzieć, nie przerażę cię, bo i tak mnie nie rozumiesz. Uważasz,Celio, są rozmaici Eskimosi. Są między nimi ludzie poczciwi i porządni.Ale plemię Kogmolloków to skończone łotry i bandyci. Gorsi nawet oddzikich czerwonoskórych z wysp Filipińskich; nikt im nie dorównaw nastawianiu pułapek i zasadzek. Założyłbym się też, że Bram niewróci już żywy z owego polowania, na które się wybrał. Może już w tejchwili leży gdzieś przeszyty ich dzirytem.

Celia uśmiechała się, słuchając tej przemowy. Zrobiła ruch, jakbychciała podejść do okna. Zatrzymał ją, i niemal w tej samej chwili odstrony zagrody rozległo się przeraźliwe wycie wilków. Wymownymgestem poprosił ją, by usiadła przy stole, a sam podszedł do okna.

Wilki zbiły się w jedną kupę koło furtki. Co chwila któryś z nichz wściekłym wyciem podskakiwał w górę, rzucając się na grube paleświerkowe, z których zrobione było całe ogrodzenie. W połowie drogido chaty leżał na śniegu drugi wilk, też martwy. Niewątpliwie Eskimosischwytali gdzieś Brama w zasadzkę, i byli pewni, że młode dziewczę jestsamo w chacie. Ponieważ czuli lęk przed wilkami, postanowili przedewszystkim powybijać je po kolei za pomocą dzirytów.

W pewnej chwili Filip spostrzegł wychylającą się znad ogrodzeniagłowę i ramiona. Równocześnie, niby błyskawica, błysnął dziryt, rzucony w grupę wilków. Głowa zniknęła równie błyskawicznie, jak sięukazała.

Filip odwrócił głowę. Celia stała tuż przy nim, i była świadkiemcałej sceny. Ujęła go mocno za ramię, tłumiąc krzyk przerażenia, jakiwyrwał się jej z piersi. Pobiegła do swego pokoiku i po chwili wróciłastamtąd, niosąc w ręku jakiś przedmiot, który podała Filipowi.

Był to miniaturowy rewolwer, prawdziwa zabaweczka, z którejtylko śmiałby się w innych okolicznościach. Rewolwer ten, kaliber 22,nabity był kulami tak maleńkimi, że ledwie można by z nich zabićwróbla na odległość piętnastu do dwudziestu kroków, o ile naturalniewróbel prędzej nie uciekłby. Jednak mimo wszystko i taką bronią nienależało pogardzać. Narobi przynajmniej huku, a jeżeli kula nawet niedosięgnie Eskimosa, on, słysząc wystrzał, przewróci się choćby zestrachu. Wystarczy strzelić parę razy i pokazać się Eskimosom, abywidzieli, że Celia nie jest sama w chacie, że ma obrońcę i to nawetuzbrojonego w broń palną.

Dlatego też Filip podziękował w głębi duszy Bogu za tę pomoc,zesłaną mu niespodziewanie. Trzeci dziryt przeszył na wylot trzeciegowilka. Zwierzę, śmiertelnie ranne, wlokło się z wysiłkiem po śniegu.Pozostałe siedem wilków w szalonych susach rzucało się z furią na paleogrodzenia.

Filip podszedł po cichu do drzwi, uchylił je nieznacznie i stanął naczatach. Celia przystanęła obok niego, jakby domyślając się, o co muchodzi. W pewnej chwili trąciła go lekko w ramię. Oto ponad palisadą,ostrożnie, pomału, wychylała się jakaś czarniawa twarz.

Szybki jak piorun Filip wypadł zza drzwi, wydając przeraźliwyi donośny okrzyk wojenny. W chwili, gdy zabłysnął dziryt, Filip wypaliłz rewolweru. Głowa i ramię zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiejróżdżki. Ale równocześnie też i wściekłe wilki rzuciły się w stronę Filipa.Jednym susem dopadł drzwi i zamknął je za sobą.

— Nie ma co mówić, dostaliśmy się w ładną kabałę — mówił ześmiechem do Celii, podczas gdy wilki dobijały się do zamkniętychdrzwi.

Objął ją wpół ramieniem i ciągnął dalej:

— Jaka szkoda, że ci drunie nie wiedzą o tym, iż nam zależy taksamo, jak im, na unieszkodliwieniu Brama! Gdyby tak oni chcieli namdopomóc w walce z tym naszym wspólnym wrogiem — to dopiero bybyło przedstawienie! Widziałaś, jak ów czarny jegomość zmykał z palisady? Jestem pewny, że go nie trafiłem. I daj Boże, aby tak byłorzeczywiście! Bo gdyby te łapserdaki przekonały się, że moje kulki sązaledwie wielkości ziarnka grochu, a rany od nich nie bardziej bolesneniż ukąszenia owada, obsiedliby wszyscy palisadę, niby stado wroni kpiliby sobie z nas w żywe oczy. Słyszałaś, jakiego huku narobiłem,prawda?

Pod wpływem zagrażającego im obojgu niebezpieczeństwa, Celianie zwracała uwagi na to, że Filip obejmował jej kibić coraz silniejszymi gorętszym uściskiem, podniecony zarówno czekającą go walką, jaki wzbierającą w sercu miłością.

— Chwila jest poważna — zaczął mówić głosem tak zmienionym, żeCelia na pewno przestraszyłaby się, gdyby rozumiała, co on mówi. — Cosię z nami stanie? Jeżeli Bram już nie żyje, te czarne diabły z małpią gębąwystrzelają wszystkie wilki, a potem wyłamią furtkę i przypuszcząszturm na chatę. Czuję się na siłach, by stoczyć z nimi walkę, choćbybyło ich nawet dwudziestu. Miłość, jaką czuję do ciebie, podawaja mesiły. Ale zanim do tego dojdzie, chciałbym jedno wiedzieć: kim jest ówmężczyzna, tu, na tym rysunku? W tych ostatnich minutach, jakie dzieląnas od walnej rozprawy z tymi diabłami, mam szaloną ochotę przycisnąć cię do mego serca, obsypać pocałunkami, abyś jeszcze wiedziała,jakie uczucia żywię do ciebie. Kocham cię całą, od stóp do głowy. Tylkolękam się, czy nie zanadto wcześnie się z tym wybrałem... czy niebędziesz mną pogardzać...?

Otrząsnął się, odsunął się od Celii i ujął w ręce ów rysunek, któryniedawno wziął ze złością i rzucił na stół. Rozwinął go i wygładziłstarannie.

— Co to może być za człowiek? Jeżeli go nie kochasz, czemużobejmujesz go tak czule i serdecznie?

Celia z tonu głosu i ze wzroku Filipa domyśliła się, że chce ją o cośpytać. Z ogromnym wysiłkiem starała się odgadnąć, o co mu chodzi.W zachowaniu Filipa przebijało się jakieś zażenowanie, którego dotądnigdy nie zauważyła. Podał jej ów rysunek. Może, myślał sobie, Celiawrodzoną intuicją odgadnie, co go dręczy. Wpatrywał się w niąuważnie. Celia patrzyła długą chwilę na ów rysunek: wreszcie podniosłaku niemu oczy, rozjaśnione jakimś dziwnie czystym i pogodnymblaskiem. Odgadła.

Min fader — rzekła spokojnym głosem, wskazując paluszkiem narysunek owego mężczyzny. — Min fader.

Zdawało mu się, że mówi po angielsku.

Your father? — krzyknął niemal.

Skinęła potakująco głową:

O o-ee min fader... — powtórzyła.

Odetchnął z ulgą:

— Chwała Panu Bogu! — zawołał.

I natychmiast dodał wesoło:

— Dużo tam mamy jeszcze naboi? Paf! paf! paf! Mam taki humor,że tym małym rewolwerkiem gotów jestem wystrzelać cały świat!

Rozdział XIV.Zawieja śnieżna

Filip nie posiadał się z radości. Zapomniał od razu o Bramie,o wilkach, o Eskimosach. Zapomniał, w jak rozpaczliwej sytuacjiznajdują się oboje. „Jej ojciec”! Chciałby krzyczeć z radości, skakaći tańczyć dookoła izby, unosząc Celię w ramionach.

Ale należało się pohamować. Lękał się, by w tych fiołkowych oczachnie dostrzec niemego wyrzutu, by jej nie urazić zbyt obcesowymzachowaniem się. I tak już omal nie zdradził się, kiedy mu oświadczyła,że ów mężczyzna na rysunku to jej ojciec. W spojrzeniu jej odmalowałosię zdziwienie. Niewątpliwie odgadła właściwy powód wzruszenia i tejnagłej radości Filipa. Prawdziwą, a niewymowną rozkosz sprawiała mumyśl, że mężczyzna i kobieta, choćby każde z nich pochodziło z przeciwnego końca świata, choćby nie potrafili porozumieć się ze sobąw żadnym języku, mimo wszystko mogą się pokochać, a serca ich bićbędą w zgodnym rytmie.

I wówczas, nie wiedząc, co mówi, skierował od razu rozmowę narewolwer i naboje.

Celia objaśniała mu na migi, że nie ma zapasowych naboi. Całymich skarbem były tylko te cztery kulki, tkwiące jeszcze w rewolwerze,choć w razie napadu Eskimosów porządny kij bardziej mu się przyda,niż to małe cacko. Postanowił wyszukać od razu jakąś tęgą pałkę, lepsząi poręczniejszą od owych polan leżących pod piecem. Wreszcie zdecydował się oderwać ze ściany cienki pień świerkowy, przybity tam w celuwzmocnienia wiązania. Pień okrągły i gładko ciosany mierzył okołoczterech stóp długości. Gruby u nasady, zwężał się stopniowo kukońcowi.

Filip uchwycił ową zaimprowizowaną pałkę za cieńszy konieci zrobił nią kilka młynków w powietrzu.

— No, teraz mamy broń i możemy ich godnie przyjąć. Nie uda imsię wypędzić nas z chaty, chyba że podłożą ogień. A co się tyczy tychdrzwi, oto zapewniam cię, Celio, że żaden z nich nie przejdzie przez nieżywy!

Wyglądał tak wojowniczo, z takim zapałem wymachiwał swą pałką,że Celia widząc to, nie mogła się powstrzymać od łagodnego uśmiechu.FiHp zaprzestał wówczas wywijania młynków i rzucając pałkę, podszedłdo niej:

— No, Celio — mówił — uściśnijmy sobie ręce. Jesteśmy przecieżdobrymi przyjaciółmi, nieprawdaż?

Bez najmniejszego wahania wyciągnęła rękę ku podanej jej dłoni.I chociaż śmierć czaiła się ku nim z ukrycia, uśmiechnęli się do siebie.Potem Celia przeszła do swego pokoiku i przez pół godziny niepokazywała się.

Rzucił okiem na zagrodę i wilki. Wilki wydawały się jakieśspokojniejsze, rozproszyły się po całym podwórzu. Wywnioskowałz tego, że Eskimosi widocznie musieli się oddalić. Dopiero terazuświadomił sobie, że owe bestie, których chciał się koniecznie pozbyć,były dla nich najpewniejszą obroną. Zostało ich jeszcze siedem i napewno dadzą mu znać o zbliżaniu się Eskimosów.

Nieprzyjaciel na początek zjawił się z pewnością w małej liczbie. Może trzech lub czterech ludzi, którzy przybyli tu raczej nazwiady.

Jeżeli rzeczywiście Bram wpadł w zasadzkę i leży obecnie martwy,przeszyty dzirytem, Kogmolloki pewni byli, że wystarczy paru ludzi, bynapaść na Celię, pozbawioną wszelkiej opieki i obrony, i uprowadzić jąw triumfie. Tymczasem przekonali się, że mają do czynienia nie tylkoz wilkami, ale i z jakimś obcym mężczyzną, i to w dodatku uzbrojonym.Wrócili zapewne po posiłki. W tym stanie rzeczy najrozsądniej byłobyuciekać natychmiast. Tak, ale na drodze do wolności stało siedemdzikich bestii.

Ściemniło się zupełnie; niebo zakryły ciężkie, czarne chmury niskonad ziemią. Nadciągała śnieżyca. Eskimosi przewidywali ją wcześnieji z tym zapewne liczyli się. Nie lękali się ewentualnej pogoni, bo wicheri śnieg zatrze szybko ślady po nich.

Nie była to pierwsza zbrodnia, jaką ci barbarzyńcy Północy mielina sumieniu. Oto w zeszłym roku na wybrzeżach Oceanu Lodowategozamordowali oni kilkunastu białych, między nimi jednego misjonarzai dwóch amerykańskich podróżników. Trzy patrole policyjne wyruszyływ sierpniu w pogoń za zbrodniarzami, kierując się w stronę ZatokiKoronacyjnej i Kanału Bathursta.

Jeden z tych patroli, prowadzony przez Olafa Andersona, Szwedaz pochodzenia, dotychczas jeszcze nie wrócił. Kiedy Filip wyruszałz fortu Churchilla w pustkowia Barrenu, rozeszły się pogłoski, że Olafzginął razem ze swymi pięcioma ludźmi. Nic dziwnego zatem, że testraszne dzikusy ośmieliły się napaść również na ojca Celii Armin i ludzi,którzy z nim razem wylądowali. Mord i rabunek był ich żywiołem,a rozlewanie krwi białych ludzi sprawiało im rozkosz. Ale że odważylisię zapuścić tak głęboko na południe w zupełnie obce im strony, dotądprzez nich omijane, wydawało się to Filipowi bardzo dziwne i corazmniej zrozumiałe.

Rozmyślania te przerwała mu nadciągająca zawieja śnieżna. Burzaszła od północnego wschodu. Niebo zasnuło się niby czarną, żałobnąpłachtą, która całkowicie stłumiła światło dzienne. Cisza była przygniatająca; nie drgnęła ani jedna gałązka świerków, rosnących wokołozagrody. Filip postanowił przywołać Celię, by razem z nim obserwowała to potężne zjawisko przyrody. W półmroku można byłozaledwie dostrzec szare sylwetki przemykających wilków.

Pogrążony w myślach nie słyszał, jak Celia wyszła ze swegopokoiku i zbliżyła się do niego. Zauważył ją dopiero wówczas, gdystanęła tuż przy nim.

Ten straszny potop ciemności, zalewający cały widnokrąg, zbliżałich oboje do siebie. Nic nie mówiąc, Filip ujął Celię za rękę i zatrzymał tęjej drobną ciepłą dłoń w swojej dłoni.

Wśród ogromnej ciszy usłyszeli najpierw jakieś głuche szmery,przytłumione, dalekie. Szmery te jakby skradały się, podchodziły corazbliżej, gdzieś z krańców świata poczęte, aż napełniły całą ziemięi niebiosa. Była to niby jakaś żałosna, przeciągła, rozpaczliwa skarga.Jeszcze nie ucichła, kiedy pierwszy powiew wiatru przeleciał ponadchatką.

Ach, te zawieje śnieżne Barrenu! Nigdzie, na całym świecie niespotkasz czegoś podobnego. Nigdzie burze nie wyją podobnymi głosami, przypominającymi do złudzenia głosy ludzkie.

Filip nasłuchał się ich już nieraz. Słyszał już te przenikliwe jękii kwilenia podobne do płaczu tysięcy małych dzieci. Słyszał w ciemnościach burzy opętańcze chichoty i ryki szaleńców, krzyki niewidzialnychludzi, rozpaczliwe szlochanie kobiet. Niejeden człowiek oszalał od tego.Podczas długiej nocy zimowej, kiedy słońce znika na przeciąg pięciumiesięcy, nawet Eskimosi tracą rozum i pod wpływem takich burzśnieżnych mordują się wzajemnie.

Burza z wichrem szalała pod samotną chatką. Zrobiło się takciemno, że Filip nie widział nic więcej, prócz bladej twarzy młodegodziewczęcia. Ale czuł dobrze drżenie jej ciała, gdy tuliła się do niego.I zdawało mu się, że znają się oboje nie od dzisiaj, lecz już od dawna, odbardzo dawna, że należą do siebie ciałem i duszą już od wielu, wielumiesięcy.

Rozchylił ramiona. Celia rzuciła się w nie, wyczerpana i załamanazupełnie. Przytulił ją do siebie... mocno... jeszcze mocniej, szepcząc:

— Niczego się nie lękam... Nic nas nie zmoże... nic... nic... nic...

Wszystko mieściło się w tych kilku prostych słowach. Powtórzył jekilkakrotnie, przyciskając Celię do piersi, aż uczuł na swym sercu biciejej serca.

Obróciła ku niemu głowę i nagle Filip poczuł na swych ustachdotknięcie jej gorących warg. Zamarli oboje w długim, mocnympocałunku; Celia nie broniła się, nie próbowała nawet odsunąć się odniego.

— Nic nas nie zmoże, ukochana... nic... nic... — powtarzał Filip,szlochając niemal z radości.

A kiedy to mówił, cała chatka zatrzęsła się w posadach odgwałtownego wichru, który niby taranem uderzał o drzwi. Prawienatychmiast rozległ się jakiś ryk straszny, nieludzki, któremu zawtórowało przeciągle wycie wilków Brama Johnsona.

Rozdział XV.Pożar

W pierwszej chwili Filip i Celia byli pewni, że to człowiek-wilk,wróciwszy ze swej wyprawy, wydał ów groźny ryk pod drzwiami chaty.Ale nie, to burza ryczała.

Wicher przycichł, jakby już wyczerpany. Cisza nastała taka, że Filipi Celia, słyszeli przyspieszone bicie swych serc. Potem Celia, widząc, żeniepotrzebnie się przelękli, przytuliła się do Filipa i wybuchnęłaśmiechem.

— Tak jest, to tylko burza — szepnął Filip uspokajająco. — Nigdyjeszcze nie słyszałem podobnego ryku. Nawet wilki zawyły z trwogi..A i ty przestraszyłaś się porządnie. Wiesz co, zapalimy świeczki Brama,dobrze?

Poszli oboje, trzymając się za ręce, do miejsca, gdzie Bram przechowywał świeczki, sporządzone własnoręcznie z niedźwiedziego sadła.Celia wydobyła dwie świeczki i podała Filipowi. On je zapalił.

Migocące ich światełka odbijały się w oczach Celii, niby w zwierciadle. Patrząc na te błyszczące źrenice, spoglądające na niego takwymownie, Filip miał ochotę porwać Celię w swe objęcia i uścisnąć jąznowu serdecznie. Ale Celia odwróciła się od niego i podeszła do stołu,gdzie postawiła obie świece. Filip wydobywał z kryjówki jedną świecępo drugiej, aż do ostatniej. Dwanaście światełek rozjaśniło ciemnościw pokoju. Zbytek to był i lekkomyślność, ale Filip był zdania, żenależało choć w ten spsób udokumentować swą radość.

Czuł się szczęśliwy. Celia wiedziała już, że on ją kocha, nie mogław to wątpić. A z oczu jej czytał, że ufa mu. Zadowolony był prawie, żeów straszny ryk wichury wyrwał ich w samą porę z tej ekstazy miłosnej,w jaką zapadli. Teraz może przynajmniej śmiało spojrzeć jej w oczy: nienadużył zaufania, jakim go obdarzyła.

Tego długiego pocałunku, który złączył ich usta, Celia nie żałowała.Czytał to z jej oczu. Ale po lekkim drżeniu jej ciała, po rumieńcu, któryokrasił jej twarzyczkę, domyślił się, że i ona myślała o tym samym, co on.

Gruba, złocista kosa spłynęła falą na piersi; w migocącym blaskuświeczek lśniły jej włosy, niby płynne złoto. Ujął je ostrożnie w dłoniei przycisnął do ust.

— Kocham cię — szeptał. — Kocham.

Stał tak przez chwilę z głową pochyloną, kryjąc twarz całąw tej złocistej kaskadzie. Celia nie broniła się. Drżącym trochę głosem coś mówiła... Potem wzięła płaszcz Filipa, leżący na krześle,podeszła do okna i zasłoniła je płaszczem, wskazując palcem na płonąceświeczki.

— Nie mamy się czego lękać — odezwał się Filip, potrząsając głową. — Póki burza szaleje, nie grozi nam żaden dziryt... Eskimosi mają terazcoś ważniejszego na głowie, muszą myśleć o sobie.

Rzeczywiście, po krótkiej przerwie, burza z wichrem rozszalały sięna nowo, wstrząsając wiązaniami chaty.

— Słuchaj! — zawołał Filip.

Nastawiła uszu, nie okazując najmniejszego lęku. Z oddali dolatywało ponure wycie wilków.

Filip wydobył z kieszeni swój mały atlas i otworzył go na mapieKanady.

— Wyjaśnię ci — zwrócił się do Celii — skąd przychodzą tutaj tediabelskie wichury. Spójrz przede wszystkim, gdzie my się znajdujemy.Chatka nasza stoi w tym mniej więcej miejscu.

Ogarnął ramieniem cztery ściany chatki, by mogła go lepiejzrozumieć, a potem za pomocą ołówka Celii naznaczył na mapie małyczarny punkcik.

— Tutaj, to Barren — ciągnął dalej, wodząc ołówkiem po mapie.— tam dalej na górze, Ocean Lodowaty, a tu Zatoka Hudsona. Stamtądprzylatują w tę stronę wichury i burze, aż dojdą do Barrenu, gdzie naprzestrzeni pięciuset mil hulają swobodnie, nie mając się na czymzatrzymać.

Dalej mówił jej o prądach i wirach powietrznych, o tych chmurachzwisających nad ziemią tak nisko, że ludziom niemal tchu brakuje.Mimo najlepszych chęci Celia nic z tego wszystkiego nie mogłazrozumieć. Przyglądała się uważnie mapie, zwracając specjalnie uwagęna ten czarny punkcik, nakreślony przez Filipa, a mający przedstawiaćchatkę.

Wiedziała już teraz, gdzie się znajdują; chciała się dokładniejzorientować, odszukać na mapie tę drogę, którą sama przebyła.

— Tu! Tu! — wykrzyknęła nagle, chwytając Filipa za ramię i przerywając jego wywody.

Wskazywała przy tym palcem na wyrysowaną na mapie krętą linięMiedzianej Rzeki (Copper Mine).

Kilka razy z rzędu powtórzyła: Copper Mine.

Filip skinął głową na znak, że ją rozumie.

Celia mówiła głosem głuchym, z coraz bardziej wzrastającymwzruszeniem. Mniej więcej w jednej trzeciej części górnego biegu rzekinakreśliła na mapie krzyżyk. W tym miejscu właśnie napadli ichKogmolloki. Opowiadanie swoje objaśniła rysunkiem. Napastnicy,pobici i odparci, uciekli. Potem wrócili, wywiązała się nowa walka.Wtedy to zjawił się Bram Johnson, wyratował ją i zabrał ze sobą. Aleojciec jej pozostał tam, w miejscu naznaczonym przez nią ołówkiem.

Father! Father! — powtarzała uporczywie. Chciała, aby Filipprzede wszystkim to zrozumiał. Jej ojciec jest tam! Ojciec żyje! Musząoboje iść tam, ratować go.

Filip domyślił się, o co jej chodzi. Ale w głębi duszy przekonany był,że jej biedny ojciec już dawno zginął. Te małe czarne diabły na pewnonie tylko go zabili, ale w dodatku poćwiartowali na kawałki, jak tozawsze robią, gdy uda im się schwytać nieprzyjaciela. Świeży przykładmieli na Olafie Andersonie i jego towarzyszach. Było ich sześciu — ludzieodważni, dzielni, uzbrojeni, a jednak ulegli. Jak ojciec Celii potrafił sięuratować?

Zupełnie nie w porę wybrała się Celia z tym projektem, abyzawrócić z drogi i puścić się znów na północ, aż do Miedzianej Rzeki.Jeżeli im się nawet uda uciec z chatki przed powrotem Eskimosów,muszą dla ocalenia własnego życia uciekać czym prędzej na południe,aby dostać się do chatki Piotra Breault. A zapuszczać się w głąb Barrenu na północ, bez broni, bez psów i sanek, to oznaczałoby samobójstwo.

Trudno mu jednak było wyjaśnić to Celii i przemówić jej dorozumu. A jeszcze boleśniej było mu odbierać jej otuchę i nadzieję.Przecież wierzyła święcie, że ojciec jej żyje jeszcze. Filip milczałzmieszany, nie wiedząc, co począć.

Z pomocą ołówka i papieru Celia dała mu do zrozumienia, że jejojciec, Paweł Armin, znajdował się w towarzystwie jeszcze dwóchbiałych ludzi.

Czas mijał. Burza szalała bez przerwy — ciemność zupełna zaległawokoło. Filip spojrzał na zegarek: była godzina siódma wieczór.Podprowadził Celię do jej pokoiku i wymownymi gestami nakłonił ją,by poszła się położyć i przespać.

Po upływie godziny podszedł cichutko do cienkiej ściany i nasłuchiwał. Nie słyszał żadnego szmeru: Celia już widocznie zasnęła.Nasunął czapkę na oczy, owinął się szczelnie płaszczem i ujął w rękęową zaimprowizowaną świerkową pałkę. Po czym, wykonując swójśmiały plan, ułożony poprzednio, podszedł do drzwi, otworzył je,wyszedł spiesznie i zamknął za sobą.

Wicher uderzył mu w twarz z całą siłą. Ale nie zląkł się, owszem,ucieszył się nawet z tego. Z pewnością wilki kulą się gdzieś pod ścianą zbite w kupę. Przy tej wichurze nie zwęszą go, nie dosłyszą jegokroków.

Stał jeszcze chwilkę, ściskając nerwowo pałkę w dłoni. Nic się nieruszało. Postąpił jeden krok, potem drugi. Szedł ostrożnie, powoli,wymachując palką, gotów w każdej chwili uderzyć, gdyby przypadkowo natknął się na wilki. Spokojny był i opanowany zupełnie, jakbyszedł w cichą, gwiaździstą noc.

Doszedł wkrótce do palisady, otaczającej cały domek. Posuwającsię dalej po omacku — natrafił na furtkę. Odetchnął z pewną ulgą. Pochwili furtka już była otwarta na oścież. Aby się sama nie zamknęła,przymocował ją za pomocą grubego polana, które zabrał ze sobą z izby.Następnie wrócił do chaty, orientując się według światełka świecy, którąpozostawił płonącą w pobliżu okna.

Kiedy wszedł do izby, po odbyciu tej ryzykownej wyprawy, ujrzałCelię. Stała, odziana w szlafroczek, z rękami założonymi na piersi.Czekała na niego, a w jej oczach malował się śmiertelny niepokój.

Wskazał ręką na palisadę, zrobił gest, ilustrujący otwieranie furtkii na migi wyjaśnił jej wszystko.

— Jutro rano — wołał z triumfem — wilków już nie będzie. Ucieknąwszystkie przez tę otwartą furtkę. — Mamy już wolną drogę przed sobą!

Zrozumiała go, bo rozjaśniły się jej oczy błyskiem radości. Oddawałamu się z całą ufnością, wszystko co on zrobi, będzie dobre. Bram, wilki,Eskimosi — wszystko to dla niej przestało istnieć. Ufa swemu wybawcy.

Filip odprowadził ją znów aż do progu jej pokoiku. Starał siępanować nad sobą. Przystanęli na progu. Celia oparła mu rękę naramieniu, szepcząc jakieś cichutkie, słodkie wyrazy. Podała mu usta dopocałunku, po czym szybko uciekła.

Filip czuwał jeszcze przez jakiś czas. Nie zwracał uwagi na szalejącązawieruchę. Marzył o przyszłości... Późno już było, gdy postanowiłpołożyć się spać. Nałożył drzewa do pieca, ile się tylko zmieściło, potemzgasił ostatnią świeczkę i nie rozbierając się, rzucił się na łóżko.

Leżał tak prawie przez godzinę, nie mogąc zasnąć. Tysiące myślitłukło mu się po głowie, układał tysiące planów na przyszłość. Podczas,gdy burza waliła w okno nieustannie, a do komina wiatr sypał śniegiem,on wreszcie zasnął.

W pewnej chwili pod naporem żaru otworzyły się drzwiczki piecai w ciemnej izbie zabłysnął cienki, ognisty język.

Filip spał nadal, snem niespokojnym, pełnym marzeń. W marzeniach tych zajwiała się stale Celia, już jako jego żona. Żyli oboje gdzieśw zupełnie innym kraju o łagodniejszym klimacie, z dala od śniegówi czarnych świerków Northlandu. Idą oboje przez kwiecistą łąkę,zbierając kwiaty. Nagle zrywa się burza. Uciekają, chronią się do jakiejśopuszczonej stodoły. Celia tuli się do niego, drżąc; on ją uspakaja,głaszcząc ręką jej złote włosy. Nagle błyska się i piorun uderza gdzieśw pobliżu. Potem śni mu się, że gdzieś w polu, jesienią, pieką sobiekukurydzę. Filip, który zawsze miał bardzo delikatne powonienie, niemoże znieść dymu. Kicha, kicha ustawicznie, a Celia śmieje się z niegodo rozpuku. Ucieka przed tym duszącym dymem, wciąż kichając. Celiabiegnie za nim, rozbawiona, zasłania mu twarz swoimi słodkimirączkami. Ale dym ściga go uparcie. Filip wpada do mieszkania, do swejsypialni i nawet tam dym mu dokucza. Chowa głowę pod poduszkę, bynie czuć tego nieznośnego zapachu. Równocześnie zjawa Celii znika.Filip na wpół nieprzytomny od dymu, kicha potężnie i budzi się.

Rzeczywiście cała izba wypełniona była ostrym gryzącym dymem,poprzez który widać było płomienne języki sunące ku powale. Jednaz desek powały zaczęła się już palić, słychać było głuche trzeszczenie.Filip w jednej chwili oprzytomniał i zerwał się na równe nogi. Nie byłojuż ani jednej minuty czasu do stracenia.

Na poły oślepiony dymem i ogniem, pobiegł do pokoju Celii, którarównież już się obudziła. Zanim zdążyła sobie zdać sprawę z tego co siędzieje, owinął ją całą grubą skórą niedźwiedzią i porwał na ręce. Chatka,zbudowana w całości z drzewa świerkowego, płonęła niby pudełkozapałek. Nawet dwudziestu ludzi nie zdołałoby już opanować ognia.Z drewnianych drzwi kapała roztopiona żywica.

Filip dopadł drzwi, wymacał, otworzył je i wypadł na próg, ze swymciężarem na ręku.

Przez otwarte drzwi wicher wtargnął swobodnie do wnętrza chatki,podniecając jeszcze pożar. Mały domek zmienił się w jeden ognisty słup,z którego buchały ku niebiosom płomienie i dym. Filip uciekał, nieodwracając głowy. Minął drewnianą palisadę i zatrzymał się w laskuświerkowym.

A kiedy usłyszał żałosne skrzypienie konarów drzew, chłostanychwichurą, kiedy Celia ze szlochem zarzuciła mu ramię na szyję, opanowała go czarna, bezdenna rozpacz. W tym ogniu zginęło wszystko, coumożliwiało im życie wśród tego pustkowia: stracili dach nad głową,zapasy żywności, nawet ubranie.

Przytulii Celię mocniej do siebie i wśród ciemności nocy, chłostanywichrem ucałował jej usta i włosy. Machinalnie zaczął jej tłumaczyć,choć wiedział doskonale, że to kłamstwo, iż jest uratowana, iż nic złegojej się stać nie może.

All right, moja maleńka! Jakoś się z tego wywiniemy! Jestemzupełnie pewny i spokojny.

Rozdział XVI.Straszna noc

Filip otrząsnął się szybko z przygnębienia i rozpaczy, jaka nimowładnęła. Przyklęknął obok dużego świerku i u jego stóp ułożył Celię,owijając ją troskliwie w skórę niedźwiedzia. Dziękował Bogu, że futrojest dość obszerne, takie, że mógł ją dokładnie całą owinąć. Natychmiastprzyszło mu na myśl, że trzeba wracać do płonącej chatki i wyratować,co się jeszcze da. On sam nie ma przecież ani czapki, ani kurtki, a cóżdopiero mówić o Celii!

Wilków już nie potrzebował się lękać. Jeżeli nawet nie uciekłyjeszcze do lasu, na pewno nie odważą się napaść na niego przy blaskupożaru, bo zwierzęta te ognia właśnie boją się najbardziej. Co zaś tyczysię Eskimosów, to może i wrócili, zwabieni łuną pożaru. Ale trudno,trzeba być i na to przygotowanym, to ostatecznie on sam właśnieściągnął na Celię to nowe, okropne nieszczęście. On to mimo woliwywołał pożar, ładując do pieca za dużo drzewa. Obowiązkiem jego jestnaprawić, co jeszcze możliwe.

Pobiegł ku chacie, minął drewnianą palisadę. Ale dalej już iśćnie mógł: od płonącej chaty bił taki żar, że aż mu zaschło w gardle, ana czoło wystąpiły grube krople potu. Stanął bezradnie, zaciskając pięści. Wszystko przepadło na zawsze! I ta nędzna chałupka,w której niedawno zamknięty, oblegany przez wilki i Eskimosów,przeklinał swój los, wydawała mu się w tej chwili jakąś ZiemiąObiecaną. Poprzednio można jeszcze było myśleć o walce... podczas,gdy obecnie...

Nagle dotknął ręką obnażonej głowy. Wiatr ucichł i śnieg zacząłpadać.

Filip wiedział dobrze, że ów śnieg jest zapowiedzią silnego mrozu.I tak już musiało być jakieś dwadzieścia stopni poniżej zera. Jeżeli wiatrzerwie się na nowo, za godzinę lub dwie, na pewno odmrozi sobie uszy.Równocześnie przypomniał sobie, że zapałki zostawił w lewej kieszeniswojej kurtki. Naturalnie spaliły się też dawno. Więc nawet nie będziemiał czym rozpalić ognia!

Bądź co bądź należało się natychmiast na coś zdecydować. Nieo niego samego tu szło, lecz i o Celię, która czeka na niego, owiniętaw skórę niedźwiedzią, nie mogąc się ruszyć. Bez jego pomocy musiałabyumrzeć. On był obecnie panem jej życia i śmierci. Biedactwo, nie możenawet zrobić kroku, chyba że szłaby boso po śniegu. Była mu w tejchwili czymś więcej, niż ukochaną kobietą: była mu niby małymdzieciątkiem, które trzeba nieść na ręku, chronić przed wichremi mrozem, dopóki mu sił starczy. Będzie dla niej najtroskliwszą matką,aż do ostatniego tchu, aż do chwili, gdy oboje zginą z wycieńczenia... O ile jakiś cud ich nie wyratuje... Ona należy do niego... W jegoramionach znajdzie życie lub śmierć.

Zbudziła się w nim chęć do walki, do czynu. Wracając do Celii,przypomniał sobie ową pustą chatkę, koło której przejeżdżał w towarzystwie Brama. Tam było ich zbawienie! Chatka nie powinnabyć w odległości większej niż jakieś osiem do dziesięciu mil. Nie wątpił, że trafi do niej. Zaświtała mu nadzieja. Postanowił walczyći zwyciężać.

Z daleka już usłyszał jej wołanie. W głosie Celii nie można byłowyczuć strachu, lecz raczej radość, że znów widzi Filipa.

Położył jej palec na usta, dając w ten sposób do zrozumienia, żeoboje powinni zachowywać się cicho. Należało przede wszystkim miećsię na baczności przed Eskimosami, którzy zapewne są gdzieś w pobliżu,bo i jakże się bronić w razie napadu? Zginęliby oboje, bez żadnejpomocy. Filip pochylił się ku Celii, owinął ją troskliwie w futro i wziąłna ręce. Udało się jej wysunąć jedną rączkę spod futra. Przytuliła tęrączkę do twarzy Filipa i już jej nie cofnęła. Potem oboje bez słowaodwrócili głowy w stronę dopalającej się chatki.

Wiatr przycichł nieco. Od wschodu niebo rozjaśniło się lekko.Zbliżał się świt. Po chwili znów gęste chmury zasnuły niebo. Zacząłpadać śnieg gęsty i miękki, zasypując wszelkie ślady. Była to dla nichokoliczność pomyślna, a utrudniająca pościg Eskimosom.

Filip szedł raźno naprzód, o ile mu na to pozwalała ciemność nocyi nierówność gruntu. Szedł przez las w kierunku wschodnim, nie czującprawie ciężaru, który niósł na ręku. W ten sposób uszedł milę, po czymprzystanął dla odpoczynku.

Szepcząc kilka słów Celii do ucha, usadowił ją na wywróconympniu drzewa, tworzącego rodzaj ławki. Skontrolował uważnie, czy jestcała otulona i zabezpieczona przed mrozem. Na szczęście wiatru niebyło, mróz zatem nie dokuczał zbytnio. Dotknął ręką jej gołych stóp.Celia drgnęła i zaczęła się śmiać. Stwierdził, że nóżki ma ciepłe, alezanim ruszył ponownie w dalszą drogę, otulił je troskliwie.

Po trzykrotnym jeszcze zatrzymywaniu, natknął się na gęsty lasekświerkowy. Rozłożyste, gęste konary ochraniały doskonale przed śniegiem. Nałamał trochę gałęzi, zrobił z nich gniazdko dla Celii i tam jąułożył. Siedzieli cicho, oczekując nadejścia dnia i nasłuchując wszelkichodgłosów. Słyszeli żałosne wycie wilków, a potem dwukrotnie echogłosu ludzkiego. Ona także słyszała ów głos.

Czekali jeszcze przez pewien czas. Ponieważ jednak nic im bezpośrednio nie groziło, Filip, zostawiwszy Celię na swoim miejscu, podszedłostrożnie aż na sam kraj lasku. Przy bladym świetle jutrzenki stwierdził,że śnieg, który na szczęście padał bez przerwy, zasypał zupełnie ichślady. Gdyby tu szło o białych lub Indian, Filip byłby zupełniespokojny. Ale Eskimosi mają specjalnie wyrobiony zmysł orientacyjny,w odszukiwaniu śladów. Nie darmo przecież muszą przez pięć miesięcyw roku polować na zwierzynę i odnajdować jej trop niedostrzegalny dlakogokolwiek innego.

Jeżeli Kogmolloki, zwabieni ogniem, wrócili pod chatę Brama,z pewnością odkryli ślady ich ucieczki i depczą im już po piętach. Jakiśinstynkt ostrzegał Filipa, że trzeba mu mieć się na baczności, że wkrótcemoże rozegra się następny akt dramatu. Stanął nogą na dużą gałąź.Podniósł ją skwapliwie z ziemi. I taka broń może się przydać.

Rozdział XVII.Pierwsze spotkanie

Filip przystanął, nastawiając bacznie ucha.

Całą płaszczyznę Barrenu zaległa obecnie absolutna cisza, taknadludzka prawie, jak ów ryk i huk minionej niedawno burzy. Filip znałjuż tę ciszę, która przychodziła nagle i przytłaczała wszystko.

Wśród ogólnego spokoju każdy, najlżejszy nawet szmer nabierałznaczenia: miękki szelest spadających płatków śnieżnych, cichutkitrzask igieł opadających ze świerka, świst oddechu wydobywającego sięz płuc, tłukące się niespokojnie serca. Zda się, tysiące oczu i uszu,czyhających ze wszystkich stron.

W miarę ustępującego mroku zaczęły wyraźniej rysować się sylwetki drzew i krzewów; widać było pędzące po niebie chmury.

Filip ukryty wśród niskich zarośli, myślał o Celii: zapewne niepokoisię biedaczka, że go tak długo nie widać. A jednak nie mógł sięzdecydować jakoś na to, by opuścić swe stanowisko obserwacyjnei wrócić do niej. Miał nieomylne przeczucie, że coś mu grozi, coś sięzbliża.

Rozjaśniło się już na tyle, iż mógł dojrzeć w odległości pięćdziesięciujardów każdy niemal przedmiot. Ale z tej strony, z której szedł, nicabsolutnie nie było widać.

Gdyby jednak znalazł się tu przypadkiem Olaf Anderson, ówSzwed, byłby mu mógł opowiedzieć o podobnej nocy, przeżytej przezniego wśród strachu w podobnych okolicznościach. I on, podobnie jakFilip, miał się na baczności, i on spodziewał się ataku, i przeliczył sięw rachubach. Po niewczasie dopiero dowiedział się Anderson, żeEskimosi nigdy nie idą wprost za tropem ściganego zwierza czy zaśladami człowieka. Ich zwyczajem jest okrążać ściganego z leweji z prawej strony małymi grupkami po kilku ludzi, nie pokazując się naoczy. Nie wiedział o tym Filip; toteż na próżno wytężał wzrok.A instynkt ostrzegał go wyraźnie, że niebezpieczeństwo się zbliża.

I oto nagle posłyszał coś zupełnie nieokreślonego. Właściwie niesłyszał jeszcze nic, raczej wyczuł tylko czyjąś obecność. Jakieś nieuchwytne drżenie atmosfery, zupełnie odmienne od wszelkich innych szmerów;wśród absolutnej ciszy drżenie to nabierało takiej mocy, jakby to byłwystrzał rewolwerowy. A jednak Filip zupełnie nic nie widział! Droga,którą tu wracał, była pusta. Powoli odwrócił głowę.

W odległości dwunastu kroków stała jakaś zakapturzona postać,krępa, malutka, z błyszczącymi złowrogo oczami; postać przypominającaraczej jakiegoś fantastycznego gnoma niż człowieka. Równocześniepostać ta podniosła ramię i w szarym świetle poranka coś nagle błysnęło.

Wiedziony nieświadomym zupełnie instynktem Filip błyskawicznieprzykucnął na śniegu, i w tej samej chwili przeleciał ze świstem dzirytw tym samym miejscu, gdzie jeszcze przed ułamkiem sekundy znajdowała się głowa i ramiona Filipa.

Ów ułamek sekundy był tak minimalny, że Eskimos przekonanybył, iż ugodził dzirytem swą ofiarę. Z piersi jego wyrwał się okrzyktriumfu, ów „sakotwow” Kogmolloków, chrapliwy „okrzyk krwi”,rozlegający się w odległości co najmniej mili.

Ale krzyk ów zamarł mu natychmiast w piersi. Filip zerwał sięz ziemi, naprężając mięśnie, jak potężne sprężyny, zaświstała w powietrzu gruba pałka i zwaliła się na przerażonego Eskimosa. Pierwszy ciosstrzaskał mu od razu ramię. Drugie potężne uderzenie w głowę,a Eskimos już leżał na ziemi, rzężąc głucho; jeszcze jeden cios i już byłopo wszystkim.

Filip walił tak potężnie, że aż zachwiał się na nogach. Nie zdążyłjeszcze odzyskać równowagi, kiedy z cienia lasu wypadło nań dwóchnapastników, wydając dzikie okrzyki. Filip nie miał nawet czasuzamachnąć się pałką. Skoczył jak wściekły na pierwszego z brzegu— jedną ręką uchwycił za już podniesiony do rzutu dziryt — drugą zaśuderzył Eskimosa w twarz z całą siłą. Za drugim ciosem jego żelaznejpięści Eskimos runął na ziemię; dziryt pozostał w ręku Filipa.

W tej samej chwili Filip poczuł na szyi czyjeś kosmate ręce. Ścisnęłygo za gardło niby kleszcze, wydał krótki, urywany okrzyk grozy; głowaprzechyliła mu się w tył i runął na ziemię.

Był to zwyczajny podstęp wojenny Eskimosów, prawie nigdy niezawodzący — owo odwieczne „sasaki-wechikun”, czyli „uchwyt ofiarny”,od wieków przechodzący z ojca na syna. Podczas gdy jeden Kogmollokprzytrzymuje z tyłu bezbronną ofiarę, drugi przebija jej serce nożem.

Filip pozbawiony możności ruchu, słyszał krótką komendę Eskimosa,polecającego swemu towarzyszowi, by czym prędzej przybył z nożemi załatwił się z wrogiem. W odpowiedzi rozległ się głuchy pomruk.

W tejże chwili Filip poczuł maleńki rewolwer Celii w kieszeni zapasem. Wyciągnął go szybko i wykręcając w tył ramię, wypalił. To goocaliło. Strzelił z tak bliska, że proch osmalił zupełnie i oślepiłKogmolloka, pochylonego nad nim. Zwolnił uścisk duszących go rąki Filip zerwał się na równe nogi.

Ów trzeci Eskimos, z zakrwawioną od uderzeń twarzą, czołgał siętymczasem na czworakach ku Filipowi. Był już w odległości parukroków. Filip dostrzegł swą pałkę leżącą opodal na śniegu. Schowałrewolwer do kieszeni i chwycił pałkę. Jeden potężny cios i walka byłaskończona.

Wszystko to razem nie trwało nawet pięciu minut. Los okazał siętym razem łaskawy dla Filipa. Trzy czarne plamy widniały na śniegu.Oto wszystko, co pozostało po jego wrogach, z których dwóchprzynajmniej już nie żyło.

Filip zadowolony ze świetnego zwycięstwa spoglądał na leżące naziemi postacie. Nagle obrócił się, wydając okrzyk zdumienia. W odległości dziesięciu kroków od niego stała Celia.

Pchana jakąś niezmożoną siłą, przybiegła tu boso po śniegu,odziana tylko w lekki szlafroczek; skórę niedźwiedzia zostawiła poddrzewem, by jej nie zawadzała w chodzie. Wyciągnęła ku Filipowi gołeramiona, wołając:

— Filip! Filip!

Podskoczył do niej. Coś go dusiło w krtani. Oto Celia przybiegła tu,w takim stroju, sądząc, że mu grozi jakieś niebezpieczeństwo. Czyż niebył to wymowny dowód, że i ona go kocha?

— Celio! Celio! — odparł, szlochając niemal z radości.

Pochwycił ją w swe krzepkie ramiona i pobiegł z nią do drzewa,gdzie leżało futro niedźwiedzie.

Niemal brutalnie okrył ją futrem, owinął szczelnie, aż się prawiedusiła. Oboje szlochali ze wzruszenia i radości.

Pochyleni ku sobie nastawili bacznie uszu.

Oto z oddali rozległ się straszny przeciągły „okrzyk krwi” Kogmolloków. Było to hasło, a zarazem pytanie, rzucone pod adresem owychtrzech zakapturzonych napastników, z którymi Filip rozprawił sięprzed chwilą. Pytanie, żądające odpowiedzi.

Okrzyk zabrzmiał od strony zachodniej, z odległości niespełna mili.Odpowiedział mu drugi podobny okrzyk od strony wschodniej.

Filip przytulił swoją twarz do Celii, wargi szeptały słowa modlitwy,bo zdawał sobie sprawę, że walka dopiero się rozpoczęła.

Rozdział XVIII.Na ścieżce krwi

Przede wszystkim Filip dał na migi Celii do zrozumienia, że należywykorzystać cały łup zdobyty na ich trzech nieprzyjaciołach. Kazał jejtedy zaczekać, a sam wrócił czym prędzej na pole niedawno stoczonejwalki.

Wszyscy trzej Eskimosi już nie żyli. Dwóch zginęło od potężnychciosów pałki. Trzeci miał na czole, w samym środku, tuż nad oczami,małą ranę od kuli. Filip niemal pieszczotliwie pogłaskał ów miniaturowy rewolwer, z którego tak się sam naśmiewał. Prawda, kulki niewielewiększe były od ziarna grochu, ale takie oto właśnie ziarno grochuuratowało mu życie.

Najmniejszym z trzech Kogmolloków był ów pierwszy napastnik,którego Filip zatłukł pałką. Filip przyklęknął przy trupie, ściągnął muz głowy kaptur sporządzony ze skóry foki, po czym zdjął zeń futroi zupełnie w dobrym stanie mokasyny ze skóry karibu. Objuczony takązdobyczą wrócił do Celii.

Rzeczy te, jakkolwiek ściągnięte ze zmarłego, zrobione były zupełnie prymitywnie, przedstawiały jednak wprost nieocenioną wartość. Niepora była na przesadne skrupuły lub na elegancję. Na ich widok płomykradości zalśnił w oczach Celii, bez wahania pochwyciła je, by sięprzebrać. Filip powrócił na pole walki.

Z drugiego Kogmolloka ściągnął kaptur i ubranie, i sam się w nieubrał. Eskimosi nie mają właściwie żadnych kieszeni w swych ubraniach, miejsce kieszeni zastępuje im mała torebka ze skóry narwała,przyczepiona u pasa. Filip odłożył na bok wszystkie trzy takie torebkii zabrał się do szukania broni.

Znalazł dwa noże i sześć sztuk owych zabójczych dzirytów. Jedenz noży znajdował się jeszcze w zaciśniętej dłoni owego Eskimosa, któryczołgał się na czworakach, by go zamordować w momencie, gdy strzałz rewolweru Celii ocalił Filipowi życie. Wybrał dla siebie ten właśnienóż, najdłuższy i najostrzejszy.

Przeglądając zawartość trzech torebek znalazł sznur ze skórykaribu oraz mały nieprzemakalny woreczek, starannie owinięty, w którym schowane były przybory, używane przez Eskimosów do rozniecania ognia. Ów woreczek był dla Filipa prawdziwym skarbem.Zapasów żywności nie znalazł, co było najwymowniejszym dowodem,że obóz Eskimosów musiał znajdować się niedaleko.

Gdy po dokładnym przeszukaniu trupów powstał z ziemi, ujrzałnadchodzącą Celię.

Nie mógł powstrzymać się od śmiechu na jej widok, jakkolwieksytuacja wcale nie była wesoła. Rzekłbyś: najprawdziwszy Eskimos.Kaptur za duży, zakrywał jej prawie całą twarz; z odległości pięćdziesięciu kroków nikt by jej nie zdołał poznać. Filip podwinął w górębrzegi kaptura, odsłaniając jej uroczą twarzyczkę. Potem wyciągnąłciężkie pukle złotych włosów, rozkoszując się ich blaskiem. Po krótkimnamyśle schował włosy z powrotem pod kaptur. Tak będzie bezpieczniej: w razie napadu nikt nie pozna od razu, że pod kapturem ukrywa siętwarz kobieca.

Wpatrywała się uporczywie w leżące na śniegu trzy martwe ciała,wymowny dowód odwagi Filipa i niebezpieczeństw, jakie mu groziły.Milczeli oboje, pogrążeni w myślach, zapominając o całym świecie,zapominając o tym, że czas ucieka, a każda stracona minuta może ichdrogo kosztować. Obudzili się z zadumy, kiedy z pobliskiego świerkaopadł na nich gęsty puch śnieżny.

Filip dał Celii do zrozumienia, że muszą natychmiast ruszyćw dalszą drogę, aby uniknąć grożącego im pościgu.

Przywiązał sobie do pasa torebkę, wziął pałkę, a po krótkimwahaniu także jeden dziryt. Nie wiedział dobrze, co prawda, na co muów dziryt przydać się może. Kogmollok rzuca dzirytem z odległości stukroków i trafia niechybnie; Filip jednak nawet na dwadzieścia krokówtrafić by nie potrafił. Z drugiej znów strony dziryt ten był zbyt cienki,aby mógł mu oddać jakiekolwiek usługi w walce wręcz. Celia, idąc zajego przykładem, ujęła w rękę drugi dziryt, gotowa do walki u bokuswego opiekuna. Ruszyli w dalszą drogę, poprzez las.

Celia posuwała się z pewną trudnością. Niewygodnie jej było w tychciężkich mokasynach, prawie o połowę za dużych. Filip starał sięodszukać drogę, którą już raz poprzednio przebył w towarzystwieBrama. Rozglądał się uważnie, szukając najdrobniejszych szczegółów,według których mógłby się zorientować. Od czasu do czasu przystawalioboje, nasłuchując bacznie, czy nikt ich nie ściga.

Nagle natknęli się na zupełnie świeże ślady na śniegu, przecinająceich kierunek drogi pod kątem prostym. Filip nachylił się, by je lepiejzbadać. Wydał okrzyk zdziwienia: to były ślady nart.

Otóż Eskimosi nigdy nart nie używają. Ślady te zatem musiałpozostawić jakiś biały człowiek. Skonstatował zarazem coś więcejjeszcze. Rozstęp kroków był tak ogromny, że Filip sam nie zdołałstawiać tak dużych kroków.

— Nie ma Eskimosa — zawołał — który potrafiłby stawiać takieogromne kroki. Te małpy biegają szybko, ale stawiają kroki drobniutkie. Tylko jeden Bram lub inny biały człowiek, mógł zostawićpodobne ślady.

Zauważywszy wzruszenie Filipa, Celia również pochyliła się ku ziemi.

— Bram... Bram... — powtarzał Filip, wahając się.

Ale Celia zaprzeczyła ruchem głowy. Wpatrywała się uważniew ślady na śniegu. Wzięła w rękę długą igłę świerkową i położyła jąpoprzecznie na jednym ze śladów. Filip zrozumiał, o co jej szło.Przypomniał sobie, że Bram miał narty ucięte równo na końcu, a niezaokrąglone, jak to zwykle bywa. Ten charakterystyczny szczegół nieuwidaczniał się jednak na tych śladach, które mieli przed sobą. Zatem tonie Bram tędy przechodził.

Filip zawahał się, co dalej począć. Kto to mógł być? Przyjaciel, czywróg? A może ktoś z policji Royal North-West, który im niespodziewanie może przyjść z pomocą? Czy iść za tym śladem, czy omijać go? Jednoi drugie było równie ryzykowne. Na co się zdecydować?

W tej chwili, gdzieś z daleka, rozległ się dziwny, przeciągły okrzyk,niby głuche warczenie bębna:

— Hum... hum... hu... u... u... m... m... m!...

Echo niosło ten ponury okrzyk na cztery strony świata.

Zrozumieli oboje, co to znaczy. Oto Eskimosi znaleźli swychzabitych towarzyszy i zbierają się przy nich, nawołując się wzajemnie.Filip nie namyślał się już dłużej. Należało iść czym prędzej za ślademowego tajemniczego białego człowieka. Trudno, niech się dzieje cochce...

Rozdział XIX.Ucieczka

Filip odrzucił dziryt i pałkę, zatrzymując tylko nóż Eskimosa.Porwał Celię na ręce i puścił się pędem naprzód.

— Trzeba nam zmykać co sił w nogach — mówił. — W przeciwnymrazie...

W ten sposób przebył około stu jardów, po czym przystanął,stawiając Celię na nogi. Chciał jej dać do zrozumienia, że muszą wytężyćcałą energię, że od szybkości biegu zależy ich życie lub śmierć.Zrozumiała go i biegła szybko, dotrzymując mu dzielnie kroku. Śniegprzestał padać.

Po drodze Filip obliczał wszystkie możliwe szanse. Wiedziałdobrze, że Eskimosi, zebrawszy się wokół zabitych, będą przedewszystkim krzyczeć i radzić, wyczyniając małpie skoki. Stracą na tosporo czasu, co oczywiście dla Filipa może być bardzo korzystne.Potem puszczą się w pościg, ale z wszelkimi ostrożnościami, pomni naową ranę od kuli na czole jednego z zabitych.

Co się tyczy owego tajemniczego nieznajomego, śladami któregoFilip i Celia szli obecnie, należało postępować chytrze i ostrożnie.Najważniejsze, to zaskoczyć niespodzianie i od razu obezwładnić, by niemógł im zaszkodzić. A gdyby tak udało się zabrać mu strzelbę? Todopiero byłaby cenna zdobycz!

Ślady wyglądały na zupełnie świeże — to nie ulegało żadnejwątpliwości. Pokrywała je zaledwie cieniutka warstwa śniegu. ZdaniemFilipa, ślady te powstały najwyżej przed godziną.

Wkrótce jednak Celia zmęczona biegiem przystanęła. Spod odrzuconego w tył kaptura wychyliła się twarzyczka zaczerwieniona zezmęczenia. Ślicznie wyglądała. Jakżeby chętnie Filip ucałował ją w teczerwone, rozchylone usta! Ale nie mieli ani sekundy czasu do stracenia.Filip porwał ją w ramiona i puścił się biegiem. Wszystko pójdzie dobrze,o ile tylko siły mu dopiszą. Przebiegł w ten sposób około czterystujardów, po czym znowu przystanął i postawił ją na nogi. Ogółemprzebyli w ten sposób prawie milę.

Nagle ślady skręciły ze wschodu ku północy, co trochę zdziwiło Filipa.Przysiedli oboje na leżącym opodal zeschłym pniu świerkowym, żebyodpocząć. Ów tajemniczy nieznajomy też musiał w tym miejscu przystawać, bo ślady były zupełnie świeże, nie przysypane jeszcze śniegiem.

— Założyłbym się — zauważył Filip — że w tej chwili znajduje się onw odległości najwyżej pół godziny drogi od nas.

Przyglądając się uważnie, zauważył na zmarzniętym śniegu kilkanaście drobnych, ciemnobrunatnych punkcików.

— W tym miejscu musiał wyciągnąć swój woreczek z tytoniem— skonstatował Filip z uśmiechem.

Mimo protestów Celii, która chciała iść sama piechotą, wziął jąznowu na ręce. Spostrzegł bowiem, że siły ją opuszczają, a stara sięnadrabiać miną. Dyszała ciężko, twarzyczka jej ściągnęła się ze zmęczenia. W tym ciężkim futrze i dużych mokasynach musiało jej byćniewygodnie. Nawet gdyby szli wolnym krokiem, a nie biegli, odczułabyzmęczenie.

Chcąc ulżyć sobie trochę, uniósł Celię wysoko; zarzuciła muramiona na szyję, przylegając niemal twarzą do jego twarzy, co dodałomu nowej jeszcze podniety.

Wreszcie przystanął, też był już zdyszany i wyczerpany zupełnie. Pokrótkim wypoczynku ruszyli znowu. Celia starała się dotrzymać mu kroku,ale nogi uginały się pod nią. Jej różowa twarzyczka zrobiła się terazsinoblada, oczy zasnute mgłą straciły blask. Filip nie wyglądał lepiej.Wyczerpały się ich siły i energia. Celia, zmuszając się do bladegouśmiechu, pochyliła się ku Filipowi, podając mu swoje usta. Przylgnąłdo nich i długo całował.

Szli już teraz wolno. Według jego obliczeń powinni oddalić się jużna jakieś pięć mil od spalonej chatki. Eskimosi niewątpliwie nie zdołalizrobić dotychczas więcej niż dwie mile.

Doszli teraz do dużego wzgórza uformowanego ze śniegu, któryzostał nawiany tu przez wichry i był mocno zbity i zamarznięty. Filipprzypomniał sobie, że przez to wzgórze przejeżdżał już raz z Bramem.Było to wkrótce po minięciu owej pierwszej chatki.

Ślady nieznajomego wiodły właśnie przez wzgórze. Prowadziłyzatem niewątpliwie właśnie do owej chatki. Jakże się teraz Filip cieszył,że puścił się tymi śladami! Teraz dopiero przekonał się, że początkowoszli oboje w złym kierunku.

Celia ledwo już nogami powłóczyła. Filip musiał ją ująć mocno podrękę. Próbowała się bronić, ale z jej piersi wydobył się tylko żałosnyszloch.

— Odwagi! — pocieszał ją Filip. — Chatka musi być już niedaleko.Mam jeszcze dość siły, by cię tam doprowadzić.

Przełknął z trudem gęstą ślinę, nagromadzoną w gardle. Celiaoparła się z ufnością na jego ramieniu.

Szli jeszcze około pół godziny, aż nagle, w niewielkiej odległości,ujrzeli chatkę.

W chatce musiałktoś być, z komina bowiem snuła się cienka smugadymu.

Tam zatem czekało na nich życie lub śmierć — ocalenie lubostateczna rozpacz... Filip ułożył Celię pod krzakiem w ten sposób, żebybyła niewidoczna. Następnie ściągnął z siebie futro Eskimosa i rzucił jena śnieg. Przygotowywał się do walki. Naprężył wszystkie mięśnie. Celianiemal pobladła, była taka biała jak ten śnieg, na którym leżała.

— Bogu dzięki! — zakrzyknął Filip. — Doszliśmy do celu, zanimEskimosi zdążyli nas dogonić. Idę na zwiady. Zostań tu i nie ruszaj sięz miejsca.

Z westchnieniem zarzuciła mu ramiona na szyję. Jakżepragnęła zatrzymać go albo iść razem z nim! Ale trudno — wiedziała, żemusi go słuchać.

— Filip — szepnęła cichutko.

Odszedł.

Rozdział XX.Gorące przyjęcie

Filip obszedł chatkę dookoła. Pamiętał, że w chatce było tylkojedno okno zamykane drewnianą okiennicą, podnoszoną do góry.Ostrożnie podszedł pod okno.

Okiennica była zamknięta. Przyłożył ucho do szpary międzydeskami i usłyszał z wnętrza chaty jakieś kroki. Celia mogła obserwować każdy jego ruch, z miejsca na którym leżała; odczuwał trwogęi lęk, promieniujące z jej oczu aż ku niemu.

Następnie podsunął się do drzwi. Chciał jak najprędzej przekonaćsię, co to za człowiek znajduje się w chatce. Serce biło mu żywiej na myśl,że może znajdzie tam przyjaciela i sojusznika. Przede wszystkim jednakchciał wejść w posiadanie strzelby, o ile owa tajemnicza osobistość majakąś strzelbę. Musi ją zdobyć, przemocą czy podstępem mniejsza o to,bo Eskimosi z każdą chwilą byli coraz bliżej.

Gdy doszedł do drzwi, zauważył przede wszystkim parę narti wiązkę dzirytów, oparte o ścianę chatki. Rozczarował się. Czyżby ówczłowiek nie był białym, lecz Eskimosem olbrzymiego wzrostu?

Pociągnął nosem, węsząc jak pies. Spoza niedomkniętych drzwidoleciał go zapach tytoniu i kawy. Eskimos może wejść w posiadanietytoniu, a nawet herbaty, może ją pić, ale nigdy nie pije kawy!

Przymknął na chwilę oczy, olśnione białym refleksem śniegu.Potem ostrożnie, po cichutku, zajrzał przez niedomknięte drzwi downętrza chaty.

W panującym wewnątrz półmroku spostrzegł duży piec. Nadpłonącym ogniem stała pochylona sylwetka jakiegoś mężczyzny. Postąpił krok do przodu, obserwując uważnie, co się dzieje.

Człowiek za drzwiami podniósł się i wyprostował, wydobywającz pieca garnek z kawą. Po jego szerokich barach i olbrzymim wzrościeFilip poznał natychmiast, że to nie może być Eskimos. Znowu ównieznajomy odwrócił się na moment twarzą do światła. Tak, to białyczłowiek. Długie, nieuczesane włosy opadały mu na ramiona; twarz miałzarośniętą gęstą brodą.

Niemal natychmiast zauważył Filipa i stanął jak skamieniały.

Filip wymierzył w niego maleńki rewolwer Celii.

— Jestem Filip Brant — zawołał — z królewskiej policji w służbie JegoKrólewskiej Mości. Ręce do góry!

Stali obydwaj wpatrzeni w siebie: jeden sztywny, ogromnie zdziwiony, drugi trochę zdeprymowany i niepewny tego, co za chwilę możenastąpić.

Filip stał odwrócony plecami do drzwi. Liczył na to, że w cieniu jegopostaci, nie zauważy rozmiarów tego maleńkiego niby zabawka rewolweru. W każdym razie strzał na tak bliską odległość powinien byćskuteczny. Spodziewał się, że tajemniczy osobnik po krótkim namyślezdecyduje się podnieść obie ręce do góry.

Tymczasem nastąpiło coś takiego, czego nie mógł się spodziewać.Oto człowiek-olbrzym podniósł do góry rękę, w której trzymał garnekz kawą i znienacka chlusnął wrzącym płynem na twarz Filipa. Filipzdążył jeszcze uchylić na czas głowę i wypalić z rewolweru. Ale zanimzdążył po raz drugi odciągnąć kurek i wystrzelić, tamten rzucił się naniego i to z takim impetem, że obydwaj uderzyli całym ciałem o ścianęchatki. Potem w dzikim uścisku runęli obaj na podłogę.

W tej chwili przyszła Filipowi myśl, że dobrze zrobił, zrzucającwcześniej ciężkie futro Eskimosa, które zawadzałoby teraz w walce.Równocześnie przypomniał sobie Brama. Przeciwnik jego zarówno siłą,jak i wzrostem dorównywał Bramowi. Zastosował zatem wobec niego tesame sposoby i system walki, jakie ułożył sobie na wypadek walkiz Bramem.

Należało przede wszystkim oswobodzić się od ciężaru tego olbrzymiego cielska, które zwaliło się na niego. Dobrze wymierzonymciosem pięści uderzył z całej siły w twarz swego przeciwnika, zanim tenostatni zdążył go zupełnie przytłoczyć do ziemi. Korzystając z chwilizamroczenia swego wroga, Filip podniósł się szybko na kolana,a następnie stanął mocno na nogach. Był to pierwszy jego triumf,odniesiony dzięki zimnej krwi i rozumowi. Ale do zwycięstwa byłojeszcze daleko!

Filip górował nad swym przeciwnikiem zręcznością i zwinnością;tamten natomiast miał inny atut: ciężar swego cielska.

Tymczasem nieznajomy również zdążył podnieść się z ziemi. Filipod razu przystąpił do ataku, uderzając go pięścią w szczękę. Jeden takicios wystarczał normalnie dla powalenia każdego przeciętnego człowieka. Ale ów olbrzym ani drgnął! Filip ponowił uderzenie. Tym razemolbrzym zachwiał się, zakreślając zygzaki, podszedł do leżącego opodalworka z ziarnem i opadł nań ciężko.

Ostatecznym wysiłkiem swych mięśni Filip zamachnął się po raztrzeci. Tym razem jednak źle wycelował: zaciśnięta pięść przeszła ponadramieniem przeciwnika, a Filip stracił równowagę. Upadł w ramionaswego wroga, i prawie natychmiast poczuł pod gardłem żelazny uściskręki, zacieśniający się coraz bardziej.

Lewą ręką chwycił tamtego za drugą rękę, tak by mu ją unieruchomić; prawą zaś począł go tłuc systematycznie, bez przerwy, potwarzy i dolnej szczęce. Tamten zachowywał się tak, jakby zupełnie nicnie czuł! Wówczas podbił mu zręcznie nogę i obydwaj znowu zwalili sięna ziemię. Żaden z nich nie zauważył Celii, która stanęła w drzwiach,z oczyma rozszerzonymi zgrozą i strachem.

Tarzali się niemal u jej stóp. Dojrzała opuchniętą, zakrwawionątwarz olbrzyma, na którą bez przerwy spadały ciosy Filipa. Ujrzała dwiekosmate grube, zakrwawione łapy, zaciskające się wokół szyi Filipa.

Krzyknęła przeraźliwie, a w jej oczach zamigotał ogień walki.

Jak strzała rzuciła się w kąt izby, gdzie stała oparta o ścianę grubapałka. Widział Filip, jak jej twarzyczka okolona złotymi włosami mignęłanagle ponad duszącym go olbrzymem. Na jego szeroki pochylony karkspadła z całym rozmachem gruba pałka. Ogłuszony ciosem natychmiastzwolnił uścisk żelaznych łap i stracił od razu przytomność.

Filip z szaleńczym śmiechem zerwał się na nogi. Otworzył szerokoramiona, a Celia ze szlochem, rzuciła mu się w objęcia, dysząc przy tymciężko.

Niebezpieczeństwo chwilowo minęło. Jeżeli tamten nie umarł, tow każdym razie niewiele mu do śmierci brakowało. Filip, na wpółzduszony, zaczął przede wszystkim głęboko oddychać, wciągając pełnąpiersią powietrze. Równocześnie rozglądał się uważnie po pogrążonejw półmroku izbie.

Nagle krzyknął z radości, bo oto w kącie dostrzegł opartą o piecstrzelbę. Na strzelbie wisiał pas skórzany z futerałem, a w futerale tkwiłrewolwer! Więcej to było warte w tej chwili, niż bryła szczerego złota!

Natychmiast opasał się tym pasem. Za pasem tkwiło aż czterdzieścinaboi, z tego dwie trzecie do strzelby, kule dum-dum z ołowianympłaskim końcem. Reszta naboi była od rewolweru. Strzelba byłanajnowszej marki, doskonała; rewolwer dużego kalibru, nabity. Obejrzał go i otworzył przed oczami Celii, która również nie posiadała sięz radości.

Podszedł do drzwi chaty i zawołał mocnym, dźwięcznym głosem:

— No, teraz możecie przyjść tu, wy małe diabły! Nie boję się was!No, dalej, chodźcie tu! Pierwszy, który się pokaże, jest za minutętrupem!

Milczenie przerwał jakiś inny krzyk, dochodzący z nieznacznejodległości. Była to odpowiedź na wyzwanie rzucone przez Filipa.

Rozdział XXI.Blake zaczyna mówić

Filip i Celia nasłuchiwali uważnie.

Krzyk powtórzył się po chwili, ale tym razem brzmiał on jużzupełnie inaczej:

— Ma-too-ee!

Jest to okrzyk, którym Eskimosi nawołują swych towarzyszy. Tenniewątpliwie rzucony był pod adresem gospodarza chatki.

Podczas kiedy Filip, stojąc pod drzwiami, śledził bystrym wzrokiemcałą okolicę, Celia wróciła do wnętrza izby. Olbrzym, którego powaliłauderzeniem pałki, zaczynał się ruszać. Przywołała więc Filipa, którykazał jej wyjść i stać na straży przed domem, sam zaś zajął sięskrępowaniem jeńca.

Przy pomocy rzemienia ze skóry karibu związał mu mocno ręcei nogi. Podczas tej operacji promień światła padł na twarz i pierśpowalonego olbrzyma, którego ubiór ucierpiał silnie w czasie walki. Naobnażonej klatce piersiowej widniał wytatuowany na różowo jakiśrysunek, przyciągający uwagę Filipa.

Rysunek był dość prymitywnie wykonany i przedstawiał rekinaz olbrzymimi szczękami, przebitego na wylot harpunem, od którego napróżno starał się uwolnić. Ponad rekinem wytatuowano kilka literczęściowo już zatartych. Filip odcyfrował je z trudnością i przeczytał:,,B-L-A-K-E...” A przed nazwiskiem tym jedna litera: „G”.

— Blake — powtórzył Filip, wstając. — George Blake zapewne.Musi to być jakiś majtek okrętowy.

Blake odzyskał przytomność i coś mruczał. Tymczasem od drzwirozległ się głos Celii, wołała na Filipa. Podszedł do drzwi i wyjrzał napole. W odległości jakich stu pięćdziesięciu jardów ujrzał sanki,ciągnione przez psy i zbliżające się w stronę chatki.

Psów było osiem — wszystkie kudłate o małych łbach, rasyeskimoskiej, jakie spotyka się w okolicach podbiegunowych. Ciągnęłyobładowane sanie, na których siedziała jakaś krępa, otulona w futrapostać.

Tymczasem w głębi izby rozległ się groźny pomruk. Filip odwróciłgłowę i spotkał się ze wzrokiem Blake’a, który utkwił w niego swe krwiąnabiegłe oczy. Zakrwawione usta wykrzywił w strasznym śmiechui całym wysiłkiem mięśni starał się zerwać krępujące go więzy.

Celia przyglądała się uważnie leżącemu na ziemi Blake’owi, a w jejoczach malowało się niewysłowione zdziwienie. Kiedy Blake dźwignąłsię do pół ciała, ukazując swą twarz w pełnym świetle, Celia krzyknęła zestrachem, stojąc jak urzeczona.

Ale spoza drzwi dolatywał już głos Eskimosa, przybyłego nasaniach. Blake zwrócił wzrok ku drzwiom z radosnym pomrukiem.Gwałtownym wysiłkiem mięśni przerwał skórzany rzemień, krępującymu ręce. W tym samym momencie jednak Filip przyłożył mu lufęrewolweru do skroni, mówiąc szybko:

— Jeżeli piśniesz choć słówko, jeżeli dasz jakikolwiek znak, zginiesznatychmiast, Blake!... Muszę mieć te sanie wraz z zaprzęgiem! Milcz,bo łeb ci roztrzaskam od razu!

Zostawił Blake’a pod opieką Celii, która tymczasem chwyciłaza strzelbę i już stała gotowa z palcem na cynglu, a sam wyszedłprzed chatę, w momencie, gdy sanki zajeżdżały przed drzwi. Eskimos, powożący psami, ujrzał zdumiony lufę rewolweru skierowanąku niemu. Słowa były zbyteczne, by dać mu do zrozumienia, że mazejść z sanek i wejść do środka chatki, pod grozą wymierzonegorewolweru.

Gdy już znalazł się w izbie, Filip kazał mu się obrócić tyłemi związał mu silnie ręce na plecach. Następnie powtórzył tę samąoperację z Blake’m, krępując mu ręce podwójnym rzemieniem, podczasgdy Celia nie spuszczała palca z cyngla, gotowa w każdej chwili strzelić,gdyby któryś z dwóch jeńców próbował stawiać opór. ImponowałaFilipowi swą zimną krwią i odwagą.

Dopiero gdy Filip skończył, opuściła strzelbę i oparła ją o ścianę.Potem podeszła do Filipa, i wskazując ręką na Blake'a, zaczęła szybkomówić: widocznie chciała mu wyjaśnić, kiedy i w jakich okolicznościachspotkała już poprzednio tego człowieka.

Blake wcale nie stracił rezonu, i owszem, wpatrywał się w Celięz taką bezwstydną bezczelnością, że Filipa aż ciarki przeszły.

— Nic nie rozumiesz, nieprawdaż? — zagadnął go Blake, wybuchając grubiańskim śmiechem. — Ja także nic. Ale domyślam się doskonale,co ona ci chce powiedzieć. Pęknąć można ze śmiechu!

Skierował oczy ku drzwiom, jakby spodziewał się pomocy. Widząc,że nikt się nie zjawia, wybuchnął gniewem.

— Zatem ty się nazywasz Filip Brant, z królewskiej lotnej policji?Moje nazwisko już znasz; przeczytałeś je: Blake. Tylko to G. wcale nieznaczy George. Jeżeli mi rozwiążesz nogi, abym mógł stanąć lubprzynajmniej usiąść, powiem ci coś ciekawego. No, nie bój się! Przecieżmając tak skrępowane ręce, nie mogę ci zrobić nic złego. Pozwól raztylko wyprostować trochę członki. Leżąc tak na plecach, nie mogęmówić. Dusi mnie w gardle, gdy ledwo otworzę usta.

Filip ujął w ręce strzelblę i wręczył ją Celii. Następnie przeciął więzyna nogach jeńca. Blake‘a podniósł się z ziemi i stanął.

— No, teraz gadaj! — odezwał się Filip rozkazującym tonem,przykładając równocześnie lufę rewolweru do jego piersi. — Daję ciminutę czasu na wyznanie wszystkiego. Toś ty sprowadził Eskimosóważ tutaj, prawda? Czego wy chcecie od tej dziewczyny? Czegoście się nanią uwzięli? Co zrobiliście z jej ojcem?

Blake wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu. Tonem stanowczym zaczął mówić wolno, dobitnie:

— Pomyliłeś się, bratku! Mnie nie nastraszysz niczym. Znam ja sięna takich sztuczkach. Nie łżyj, że mnie zastrzelisz. Nie będziesz strzelałi nie masz wcale takiego zamiaru. Skoro mi się spodoba, będę mówił...albo nie powiem nic. Zanim się zdecyduję, dam ci jedną dobrą radę. Otozabierz sobie te sanki stojące przed domem, weź psy, i uciekaj stąd czymprędzej. Sam jeden, sam jeden, rozumiesz?!!! Zostaw tu tę dziewczynęi nie zajmuj się nią więcej. Tylko w ten sposób może ci się uda uniknąćlosu...

Wykrzywił straszliwie gębę i wzruszył ramionami.

— Chciałeś powiedzieć — dokończył za niego Filip, nie posiadającsię z gniewu — losu Olafa Andersona i jego towarzyszy?

Blake skinął potakująco głową.

Filip zadrżał cały, serce biło niczym młot. Oto w tej chwili odkryłtajemnicę, nad którą policja od dwóch lat na próżno łamała sobie głowę.Blake, ten człowiek co tu przed nim stoi, był owym tajemniczymbiałym, prowodyrem Kogmolloków, odpowiedzialnym za wszystkiezbrodnie, popełnione przez tych demonów Północy. Przecież on samprzyznał się przed chwilą, że ma na sumieniu zamordowanie OlafaAndersona!

Już, już zamierzał pociągnąć za kurek rewolweru, ale na czasodzyskał panowanie nad sobą. Patrząc Blake’owi prosto w oczy opuściłpomału rękę, aż rewolwer zawisł mu na pasie.

W oczach Blake’a zamigotały błyski triumfu. Pewny już byłzwycięstwa.

— To jedyny dla ciebie ratunek — powtórzył z naciskiem — Jedyny,powtarzam! I nie masz ani chwili czasu do stracenia.

Rzeczywiście, można się było spodziewać, że Eskimosi już niedługonadejdą.

— Może masz i rację — odpowiedział Filip z udawanym wahaniemi znacznie łagodniejszym głosem. — Ale i pozwól mi zabrać ze sobą tęmłodą dziewczynę. Ona tylko jednego pragnie, jak mi się zdaje: wrócićdo swego ojca. Gdzie jest jej ojciec?

— Jest w pobliżu Miedzianej Rzeki, w odległości około stu mil od jejujścia. Znajdziesz go tam żywego. Ale dziewczyna musi tu zostać.Dobrze będzie, jeżeli sam potrafisz wydostać się z tej matni, w jakąwpadłeś.

— Słuchaj Blake, zagrajmy obydwaj w otwarte karty. Nieznam zupełnie języka, jakim mówi ta dziewczyna. Toteż niezrozumiałem ani słówka z tego, co mi mówiła. Wiem o niej tylko tyle,że Bram się nią zaopiekował, że była u niego aż do chwili, kiedy tetwoje eskimoskie szczury wciągnęły Brama w zasadzkę i zapewnezamordowały. Więc zanim ją opuszczę, chciałbym dowiedzieć się, coona za jedna, kim jest jej ojciec i czego ty od niej właściwiechcesz. Odpowiedz mi zupełnie szczerze, a potem nie będę już zwlekaćani minuty.

Błake’a zaśmiał się przeraźliwie i podszedł bliżej do Filipa:

— Czego ja od niej chcę? — powtórzył wolno. — Gdybyś ty, tak jak ja,przez pięć lat nie widział na oczy białej kobiety i gdybyś tak niespodziewanie w zapadłym kącie, w odległości dwóch tysięcy mil odwszelkiej cywilizacji, natknął się na podobną niebiańską istotę, co byś tysam z nią począł? No, powiedz! Czegóż byś od niej żądał? Gdybym niebył takim skończonym osłem, byłbym już dawno doszedł z nią do ładu...jeszcze za pierwszym spotkaniem, zanim ten przeklęty Bram Johnson zeswymi wilkami wyrwał ją z rąk moich i Eskimosów.

Filip z wysiłkiem hamował ogarniające go oburzenie, podczas gdyCelia wodziła zaniepokojonym wzrokiem po obu mężczyznach, napróżno starając się odgadnąć, co oni mówią.

— Tak, tak, rozumiem już — odparł Filip. — Wymknęła ci sięw najwłaściwszej chwili. Ale... czy ona w ogóle wiedziała, czegoś ty chciałod niej? Czy jej to mówiłeś? Jestem przekonany, że ona dotychczasjeszcze nie domyśla się tej twojej miłości... uważa cię tylko za przyjaciela.Teraz postarasz się to odrobić, prawda?

Oczy Blake'a zabłysły dziko, twarz ściągnęła mu się w złowrogimgrymasie.

Filip wybuchnął, a zanim jeszcze zaczął mówić, Blake już rozumiał, że wzięto go na kawał.

— Nigdy jeszcze nie dziękowałem Panu Bogu tak serdecznie, jakw tej właśnie chwili! — mówił Filip. — Tak jest, dziękuję Bogu z głębiserca, że Bram, ów potwór, obrzydliwy, wstrętny, ów wariat — ma jednakduszę! No, a teraz dotrzymuję danego słowa — nie będę zwlekać już animinuty dłużej. Chodź tu!

Blake zryczał z wściekłości:

— Ja mam iść? Dokąd? Co to ma znaczyć?

— Jak to? Jeszcze się nie domyślasz? Nie domyśliłeś się, że ja razemz tą dziewczyną wyruszam w drogę, nie na południe, lecz w stronęMiedzianej Rzeki, i że ty idziesz razem z nami? Otóż słuchaj, co cipowiem! Słuchaj dobrze! Być może, że po drodze wypadnie nam się bić.Na ten wypadek zatem wbij to sobie dobrze do mózgownicy, żepierwsza kula przeznaczona będzie dla ciebie! Zrozumiałeś! Z chwilą,gdy choć jeden z tych zbójów Kogmolloków wystawi nos na naszejdrodze, zastrzelę cię jak psa. Dlatego dobrze będzie, jeżeli od razuwyjaśnisz całą sprawę w odpowiedni sposób tej czarnej małpie o gębiepuchacza, co stoi tu i wyłupia na nas swe ślepia. Przykaż temujegomościowi, by tę radosną nowinę zwiastował swym zacnym braciom,skoro się tu zjawią. Niech ich objaśni należycie... No, dalej, spiesz się!...Myślisz może, łotrze, że ja żartuję?...

Rozdział XXII.W drodze do Miedzianej Rzeki

Blake zrozumiał nareszcie, że to nie przelewki. Zwrócił się dostojącego Eskimosa i powiedział mu kilka słów w jego narzeczu.

Filip domyślał się doskonale, że dawał mu wskazówki i rady, jakmają postępować, by oswobodzić Blake’a z rąk Filipa. Nie wątpiłjednak, że Blake radził postępować ostrożnie i uprzedzał Kogmolloka,iż walka będzie ciężka i niebezpieczna wobec tego, że strzelba i rewolwerdostały się w ręce Filipa.

Kiedy Blake skończył mówić, kazał mu wyjść z izby i podprowadziłgo do stojących w pobliżu sań, gotowych do drogi. Na saniach leżał zapasświeżego mięsa karibu. Filip zostawił na saniach tylko niewielką częśćmięsa, potrzebną na drogę; resztę wyrzucił na śnieg. Następnie usadowiłwygodnie Celię na saniach. Podszedł do Blake'a, który nogi miał jużoswobodzone z więzów, i oswobodził mu jeszcze prawą rękę. A podającmu długi harap Eskimosa, leżący na saniach, rzekł:

— No, a teraz, Blake, w drogę! Będziesz biegł obok psów i maszkierować nimi. Prosto do Miedzianej Rzeki i to najkrótszą drogą! Idzietu tak samo o twoje, jak i o moje życie. Za najmniejszy podejrzany znakśmierć cię czeka.

— Oszalałeś chyba! — mruknął Blake niechętnie. — Oszalałeś!...

— Stul gębę! — odpowiedział krótko Filip. — Dalej, jazda!...

Blake trzasnął donośnie batem i rzucił krótki rozkaz w narzeczuEskimosów. Psy, leżące dotychczas na śniegu, zerwały się gwałtownie.Zabrzmiał drugi rozkaz i sanki ruszyły z miejsca. Eskimos stojący naprogu izby spoglądał błyszczącymi oczyma za saniami, oddalającymi sięgwałtownie.

Filip biegł obok sanek. Strzelbę wręczył Celii, która trzymała jąopartą na kolanach, z palcem na cynglu, gotowa do strzału na wypadek,gdyby Blake próbował uciekać. Filip wiedział dobrze, że może jejpowierzyć tę ważną funkcję, że Celia nie zawiedzie jego zaufania. I terazbiegnąc obok sań, widząc z jakim skupieniem i uwagą wpatruje się onaw szerokie plecy Blake’a — zaczął się śmiać. Celia rzuciła na niegoprzelotne spojrzenie i zarumieniła się mocno. W oczach Filipa wyczytała miłość.

— Ma rację Blake — monologował Filip półgłosem — trzeba byćszalonym, by postępować w ten sposób. Dla ciebie tylko ryzykuję tępodróż na północ, do twego ojca. A idzie tu o życie nas obojga. A może,ukochana, nie zdajesz sobie z tego należycie sprawy? Gdybyśmy jechalina południe, wkrótce już nic by nam nie groziło... Eskimosi nieośmieliliby się ścigać nas daleko... I wówczas miałbym pewność, żebędziesz moją... na zawsze...

Celia uśmiechnęła się łagodnie, słuchając go, choć nic nie rozumiała.

...I kto wie jeszcze... może zanim dojedziemy na miejsce, ojca twegonie zastaniemy już przy życiu?... Nasz los zależy obecnie od Blake’a...Pilnujże go dobrze! Ja również będę mieć go na oku.

I podchodząc na początek sań, nabił rewolwer, z którego naodległość trzydziestu kroków mógł zastrzelić Blake’a.

Jechali w kierunku północno-zachodnim. Na pewno w niedługimczasie natkną się na Miedzianą Rzekę, ów potężny strumień płynący kupółnocy, a o tej porze roku zupełnie zamarznięty. Ilekroć drzewai zarośla stawały się rzadsze, Filip zbliżał się do Celii. Ale gdy tylko terenwydawał się odpowiedniejszy na jakąś zasadzkę, wracał natychmiast doBlake’a, trzymając rewolwer w ręce. Wówczas Celia oglądała się pozasiebie, bacznie śledząc, czy ich kto nie ściga.

Jechali w ten sposób już trzy kwadranse, kiedy nagle Blake rzuciłkrótką komendę. Psy przystanęły natychmiast.

Znajdowali się na małym, zupełnie pustym wzgórzu. W dali przednimi rysowała się czarna linia lasu. Blake wskazał ręką na gęstą smugęczarnego dymu, wijącą się ponad świerkami.

— Teraz musisz sam zdecydować, co począć dalej — mówił zimnoi spokojnie. — Droga nasza prowadzi przez ten las... widzisz tę smugędymu? Musi tam siedzieć kilkunastu Eskimosów, zapewne obżerają sięmięsem upolowanego karibu. Jeżeli pojedziemy dalej w tym kierunku— spostrzegą nas, a ich psy na pewno nas zwęszą. Ta okolica, w którejobecnie się znajdujemy, to prawdziwa mordownia przesiąkła krwią...Wolę cię lojalnie o tym uprzedzić, bo wcale nie mam ochoty dostać w łebowej kulki, którą mi obiecałeś.

W głosie Blake’a brzmiała nuta szczerości. A jednak zdawało sięFilipowi, że w oczach jego czai się jakaś złośliwa myśl.

— Zastanów się dobrze, Filipie Brant! Jeżeli nie odstąpisz od swegozamiaru i będziesz jechał dalej w tym kierunku — do wieczora będziemymieć około dwustu Eskimosów na karku. Dziękuj Bogu, że tutajzatrzymałem psy, zamiast rzucić was oboje w samą paszczę wroga!Skorzystaj z tego, jeżeli ci życie miłe. Zostaw mi tę dziewczynę, a samzmykaj na południe razem z psami i saniami.

To już pachniało wyraźnym szantażem.

— Jedziemy dalej — oświadczył stanowczo Filip, mierząc Blake'apogardliwym spojrzeniem. — Jeżeli kto, to ty jeden właśnie, możeszprzejechać spokojnie pod samym nosem Eskimosów. Ty mi będziesznajlepszą bronią, jeżeli nie chcesz sam zginąć. Być może, że po twojejśmierci ja dostanę się w ręce Eskimosów. Ale tej dziewczyny nigdy niedostaniesz! Zrozumiano? Wkrótce już skończy się ta niebezpieczna gra,którą prowadzimy obydwaj. Jeden z nas musi przegrać, ale coś mi sięzdaje, że to nie na mnie, lecz na ciebie wypadnie.

Zaćmiło się znowu spojrzenie Blake’a. Z głuchym pomrukiemwzruszył ramionami, trzasnął biczem i psy ruszyły z miejsca. Rzeczywiście, ominęli ów lasek zręcznie, bez żadnego wypadku.

Filip nie odstępował Blake’a przez cały czas ani na krok. W oczachbandyty, mimo jego pozornej uległości, dostrzegł coś nieokreślonego,ale podejrzanego. Coś, niby niema groźba, niby dziwny, chytry fałsznikczemnej duszy, gotowej w każdej chwili do zdrady. Nie dał niczegopoznać po sobie, ale czuł się dziwnie tym przytłoczony.

Nagle, gdy wydostali się z pagórkowatego, nierównego terenu,zakrywającego dalszy widok, Blake wskazał biczyskiem na otwierającą się przed nimi szeroką wolną przestrzeń, mówiąc:

— Oto Miedziana Rzeka!

Rozdział XXIII.Ucieczka Blake’a

Filip spoglądał na szeroką lodową taflę rzeki, kiedy głośny krzykCelii zwrócił jego uwagę w innym kirunku.

Wskazywała palcem na olbrzymi cypel skalny, sterczący samotniena równinie, niby jakieś mauzoleum Cyklopów.

Blake zarechotał grubym śmiechem, patrząc bezczelnym wzrokiem w zarumienioną twarz młodej dziewczyny.

— Chce ci powiedzieć — zwrócił się do Filipa — że już poprzedniobyła tutaj, razem z Bramem. Razem z Bramem, który jest takim samymwariatem, jak i ty.

Nie czekając na odpowiedź Filipa, popędził psy naprzód popochyłości i w kwadrans później sanie sunęły już po zamarzniętej rzece.

Filip odetchnął z pewną ulgą. Nie było już zdradliwych zarośli, anidrzew, ani żadnych nierówności gruntu, ułatwiających zasadzkę. Jakokiem sięgnąć — jedna biała równina olbrzymiego Barrenu, wśród którejnawet sama rzeka zdawała się niknąć. W nocy nie trzeba było lękać sięjakiegoś niespodziewanego napadu. Tylko zachowanie się Blake’a i jegoszyderczy uśmiech niepokoiły nieco Filipa. Czyżby Blake decydowałsię ryzykować własne życie, byleby wydać go w ręce Eskimosów?

Sanie sunęły teraz jak strzała po gładkiej lodowej tafli MiedzianejRzeki, coraz głębiej na północ. Filip nie spuszczał oka z Blake’a. Pogodzinie takiej jazdy doszedł do przekonania, że Blake stopniowoodzyskiwał coraz wyraźniej pewność siebie. Filip wiedział doskonale, żeszkoda tracić czas na wypytywanie bandyty, bo przecież Blake mógłzupełnie dowolnie powiedzieć mu prawdę lub skłamać, pozostać nadallojalnym lub zdradzić go.

Kiedy biegli tak jeden obok drugiego, nagle Blake wybuchnąłśmiechem:

— To zabawne jednak — mówił z nieukrywaną ironią — zaczynam cięnaprawdę kochać, Brant. O mało mnie nie zakatrupiłeś tam w chacie,teraz grozisz mi nieustannie śmiercią. A jednak mam dla ciebie dużosympatii, i szczerze mi cię żal, naprawdę, gdy pomyślę, że jedziesz otoprosto do bramy piekła. Brama stoi otworem na oścież — przed tobą!

— Więc i ty wejdziesz tam razem ze mną!

— Och, ja się zupełnie nie liczę — odparł. — Ale źle zrobiłeś,odrzucając moją propozycję: w zamian za tę dziewczynę dawałem ciżycie i bezpieczeństwo. A teraz — ty sam zginiesz, a ja razem z tobą.Zapewne wyobrażasz sobie, że potrafię utrzymać w karbach cały szczepKogmolloków? Otóż mylisz się: mają oni innych wodzów, którychsłuchać muszą. A my zapuściliśmy się już głęboko w ich rejon.

Westchnął ciężko i dodał po chwili:

— Odmawiając mi tej dziewczyny, zniszczyłeś najpiękniejsze marzenie mego życia!

— Jakież to marzenie?

Blake krzyknął głośno na psy. Potem podjął znowu:

— Widzisz, tam daleko, daleko na północy mam ładną własnąchałupkę. Zbudowana cała z żeber wielorybich i z najlepszego drzewa,zebranego z kadłubów okrętów, co się tam rozbiły. Otóż myślałem, żetam, w tej chałupce ona będzie razem ze mną. Czyż można wymarzyćsobie coś lepszego? I ty właśnie zburzyłeś wszystkie moje marzenia!

— Skoro już tak otwarcie mówisz ze mną, bądźże szczery do końcai powiedz mi wszystko. Co się dzieje właściwie z jej ojcem? Co z jegotowarzyszami?

Blake przestał się śmiać.

— Ojdec jej zdrów i cały — odpowiedział. — Wiesz przecież o tym, żete pogańskie psy, Kogmolloki, szczególną czcią otaczają teściów. Każdyteść, to dla nich niby bożek, chodzący na dwóch nogach, święty symbolrodziny. Skoro tedy Kogmolloki przekonali się, że mam zamiar wziąć tęmłodą dziewczynę za żonę, otoczyli jej ojca opieką, nie czyniąc mużadnej krzywdy. Toteż on żyje sobie spokojnie i bezpiecznie w swejchacie. Co do jego towarzyszy, muszę jednak cię uprzedzić, że sprawaprzedstawia się znacznie gorzej: wszyscy zginęli. Ale na miłość Boga,Brant, zastanów się tylko, w jaką kabałę wpadniesz ty sam i ona razemz tobą! Skoro mnie zabijesz, oni załatwią się z tobą po swojemu — cóż sięstanie z tą dziewczyną! Kto ją weźmie? Eskimosi nie lubią białychkobiet, więc zapewne dostanie się ona w ręce owego Metysa, który żyjewśród nich. Na pewno o nią kłócić się z nim nie będą.

To powiedziawszy, klasnął mocno z bicza, poganiając psy, któreprzyspieszyły biegu.

Filip nie wątpił zupełnie, że w słowach Blake’a dużo było prawdy.Wyjaśniały one w sposób zupełnie prawdopodobny zarówno wymordowanie towarzyszy ojca Celii, jak i darowanie życia temu ostatniemu.Nie mógł tylko nadziwić się, że Blake tak otwarcie to wszystko wyznał.Czyżby był tak zupełnie pewny bezkarności? Czyżby wiedział na pewno,że uda mu się umknąć?

W ciągu następnych godzin Blake nie pisnął już ani słówka.Widocznie uważał, że już powiedział wszystko. Nie próbował nawiązaćrozmowy, ani też odpowiadać na stawiane mu przez Filipa pytania.Natomiast popędzał psy tak energicznie do biegu, że na pewno przednadejściem nocy zarówno ludzie jak i psy musiałyby popadać zezmęczenia.

Coś straszliwego knuł on w głowie — nie wątpił w to Filip. Dziwnieto się wydawało podejrzanym, że tak mu spieszno było dobić do celupodróży. O godzinie trzeciej po południu mieli już poza sobą okołotrzydziestu pięciu mil przebytej drogi. Barren był zupełnie pustyi głuchy.

Około godziny czwartej po południu z obu brzegów rzeki zaczęłyukazywać się świerki; początkowo dość rzadko, stopniowo jednakprzybywało ich coraz więcej, aż wreszcie zaległy zbitym ciemnymmurem oba brzegi. Filip zwracał szczególną uwagę, by sanki jechałysamym środkiem rzeki, której zmarznięte, szerokie koryto stanowiłonajlepsze zabezpieczenie przeciw wszelakiej zasadzce. Normalnie jedenbrzeg oddalony był od drugiego na dwieście jardów, miejscami nawetznacznie więcej. Z tej odległości można się było obawiać kulki zestrzelby. A w tym wypadku, czy kula trafiłaby, czy nie, Blake zginąćmusi!

Kiedy ziemię zaczął zaścielać szary zmrok, Filip poczuł ogarniającego znużenie; nogi poczęły mu odmawiać posłuszeństwa. Celia siedziałaskulona nieruchomo na saniach; skurcz owładnął wszystkie jej członki,a na jej twarzy zmęczenie i fizyczne przygnębienie wyżłobiło głębokierysy. Psy, które przez cały czas biegły niewyprzęgane, dyszały ciężko zezmęczenia. Jeden Blake zdawał się wciąż niezmordowany.

Około godziny szóstej wyjechali znów na równinę, na którejtylko tu i ówdzie rosły pojedynczo świerki. Wedle obliczeń Filipamusieli od rana aż do tego czasu przebyć przynajmniej pięćdziesiąt mildrogi.

Na rozkaz Filipa zatrzymali się na samym środku rzeki. Filipprzede wszystkim skrępował znów prawą rękę i obie nogi bandyty,po czym ustawił Blake’a pod małym wzgórzem ze zmarzniętego śniegu, w odległości dziesięciu do dwudziestu kroków od sań. Blakepogodził się z losem, na pozór najzupełniej obojętny na wszystko.

Podczas kiedy Celia spacerowała szybko po lodzie, by wyprostować i zagrzać zziębnięte członki, Filip pobiegł na brzeg rzeki, gdzierosło kilka powykrzywianych świerków i nazbierał tam garść suchychgałęzi. Wrócił z nimi do sanek i rozpalił opodal ognisko, starając się, bybyło jak najmniej widoczne.

W ciągu dziesięciu minut jedzenie było gotowe. Filip natychmiastzagasił ognisko, przydeptując żar nogami. Następnie rozdzielił międzypsy żywność, wydobył skóry niedźwiedzie i urządził z nich wygodne,miękkie posłanie dla siebie i dla Celii. Tymczasem zapadła noc, takciemna, że zaledwie można było dojrzeć ciemną sylwetkę Blake’a,rysującą się na śniegu.

Nie rozstając się z nabitym rewolwerem, Filip przygarnął Celięw swe ramiona. Oparła mu ufnie głowę na piersi, obejmując goramieniem. Zanurzył usta w jej złociste, rozplecione włosy, nie spuszczając jednak z oczu Blake'a. Nastała zupełna cisza, przerywana tylkodyszeniem zziajanych psów.

Stopniowo, na czarnym sklepieniu niebios, zaczęły zjawiać sięgwiazdy. Rozjaśniły się ciemności od zimnego, migotliwego blaskugwiazd. Filip widział przed sobą oczy Blake’a, jarzące się niby dwiepochodnie. Z lewej i prawej strony rysowały się wyraźnie oba brzegi.Można było na odległość dwustu jardów dojrzeć dobrze wszelki ruch,każdego człowieka, który próbowałby się zbliżyć.

Po pewnym czasie Filip zauważył, że Blake opuścił głowę nisko napiersi i oddychał równo i głęboko. Musiał widocznie zasnąć. Celia,przytulona do Filipa niby małe ptaszę, zasnęła od razu. On jeden tylkoczuwał, bacząc na wszystko. Psy nawet spały, rozciągnięte na śniegu,niby martwe.

Upłynęła godzina. Blake nie ruszał się zupełnie. Nigdzie niemożna było dojrzeć nic podejrzanego. Gwiazdy coraz bardziej rozjaśniały noc. Filip wciąż trzymał w ręku nabity rewolwer, którego stallśniła w blasku gwiazd. Gdyby Blake przypadkiem otworzył oczy, odrazu zauważy błyszczącą lufę...

Ale stopniowo i Filipa poczęła ogarniać senność, z którą na próżnostarał się rozpaczliwie zmagać. Podobnie, jak owej pamiętnej nocy,kiedy wpadł w ręce Brama, tak i obecnie uległ w końcu zmęczeniui niezmożonej potrzebie snu. Oczy mu się same zamykały i z corazwiększym wysiłkiem musiał je otwierać.

Projektował sobie, że nie będą spać dłużej jak trzy godziny. Minęłyjuż pełne dwie godziny, kiedy Filip całym wysiłkiem woli otworzyłprzymknięte powieki. Spojrzał na Blake’a: bandyta nie ruszał sięz miejsca — głowa zwisała mu na piersi.

Wówczas znużenie wzięło górę nad silną wolą Filipa. Zasnął. Alenawet we śnie jakiś podświadomy instynkt przypominał mu ustawicznieogrożącym niebezpieczeństwie, wołał na niego, aby się obudził,zabraniał mu spać.

I ten głos wewnętrzy wreszcie zwyciężył. Otworzył pomału ciężkiesenne powieki. W pierwszej chwili odczuł ogromne zadowolenie, żeudało mu się zwalczyć sen. Potem skierował spojrzenie ku BIake’owi.

Mały wzgórek śnieżny stał na swoim miejscu. Gwiazdy świeciłyjasno, cisza była niezmierzona...

Ale Blake?... Gdzie się podział Blake?

Ścisnęło się serce Filipa: Blake zniknął!

Rozdział XXIV.Olaf Anderson

Zaledwie sobie Filip uprzytomnił, że Blake uciekł, a już zerwał sięna równe nogi, zapominając nawet o Celii, która zsunęła się na ziemię.Zerwała się również, nie rozumiejąc, co się stało. Lufa rewolweru Filipamignęła jej przed oczyma. Dopiero gdy powiodła wzrokiem dokoła,zrozumiała, że Blake uciekł.

Filip przeszukał spojrzeniem cały horyzont. Blake jednak zniknąłbez śladu! W tej chwili trącił nogą o strzelbę leżącą u stóp Celii.Odetchnął z pewną ulgą: Blake nie zabrał ze sobą strzelby! Ani też niezabił i nie skrępował Filipa i Celii, choć mógł to zrobić. Dlaczego?W pierwszej chwili wydawało się to wprost niepojęte.

Od razu jednak przyszło mu na myśl, że widocznie Blake, bojąc sięobudzić Filipa, nie śmiał zbliżyć się do niego i narazić na ewentualnąkulkę. A może uciekł właśnie w tej chwili, gdy Filip już się budził? Niew głowie mu wtedy było zabieranie strzelby, przede wszystkim musiałratować własną skórę.

Otuliwszy Celię w futra, pozostawił ją w saniach, sam zaś podszedłostrożnie do owego śnieżnego wzgórka, pod którym stał poprzednioBlake. Gdy tam doszedł, aż zakrzyknął ze zdumienia i przerażenia. Bopoza wzgórzem wyżłobione były na śniegu głębokie bruzdy, jak gdybypo śniegu wleczono jakieś duże zwierzę.

Otóż Filip wiedział o tym, że Eskimosi mają zwyczaj żłobićpodobne bruzdy, kiedy czołgają się na brzuchu po śniegu, by zaskoczyćznienacka jakąś uśpioną zwierzynę. W ten zatem sposób przyjść onimusieli Blake'owi z pomocą. A zatem czołgając się na kolanach, uciekliniepostrzeżenie.

Celia podeszła do Filipa, trzymając strzelbę w ręku. I ona wpatrywała się z lękiem i ciekawością w owe ślady na śniegu. Filip,który wyrzucał sobie w duszy własną nieostrożność, zadowolonybył w tej chwili, że nie mogą oboje porozumieć się w jednym języku,i że Celia tylko oczyma może żądać od niego wyjaśnienia co do ucieczki Blake’a.

Schował rewolwer do futerału, a wziął strzelbę z rąk Celii. Nawypadek ataku Kogmolloków, który mógł wkrótce nastąpić, strzelbabardziej przydać się może. Nie ulega bowiem wątpliwości, że owiEskimosi, którzy wyswobodzili Blake’a, muszą mieć gdzieś w pobliżuswych towarzyszy.

Wrócili do sanek. Filip ucałował serdecznie gorące usteczka Celiii usadowił ją z powrotem w saniach. Zrozumiała i ona, że niestety ichsytuacja znacznie się pogorszyła. Potem podszedł do psów i pozaprzęgałje z powrotem. Świsnął batem i psy, choć niechętnie, ruszyły w dalsządrogę. Popędzał je ustawicznie, nie żałując bata.

Tymczasem wstał księżyc, a ziemię zaległa biała mgła, zasłaniającniemal oba brzegi rzeki. Sanie sunęły samym środkiem koryta, a Filipbiegł spokojnie obok psów, prosząc gorąco Boga, by Kogmolloki niezjawili się wcześniej niż o świcie.

Przewidując z góry, co ma nastąpić, liczył jednak na to, że uda im siędojechać cało do owej chatki, o której wspominał Blake, a w którejznajdować się miał ojciec Celii. Skoro już tam będą, potrafi przygotować się do obrony, a w razie napadu, pierwszą kulę przeznaczaBlake’owi. Być może, że z chwilą gdy Blake zginie, uda mu się wejśćz Kogmollokami w układy. Przecież to tylko jeden Blake zawziął siętak na Celię. A zdarzało się już nieraz, że Eskimosi zatrzymywalischwytanych jeńców, nawet białe kobiety, jako zakładników przezszereg miesięcy, nie robiąc im żadnej krzywdy.

Tylko, czy Blake zechce się narażać na kule? W tym sęk właśnie.Gdyby inaczej się nie dało, Filip zdecydowany był uciec się do podstępu.Wystawi chusteczkę, jako białą chorągiew, i zażąda, aby mu pozwolonopertraktować z tym bandytą. A skoro tylko Blake stanie przed nim,strzeli mu prosto w łeb jak psu. Skoro ma się do czynienia z takimbandytą i łotrem, nie można przebierać w środkach.

W przypadku zaś, gdyby Eskimosi napadli na nich po drodze,zanim zdążą dopaść chatki, Filip przewróci sanie, tworząc z nich rodzajbarykady, za którą ukryje Celię.

Troszkę pokrzepiony na duchu Filip popędzał znowu psy, już tochłoszcząc je batem, już to wołając na nie po imionach, które miałsposobność poznać w czasie, gdy Blake prowadził zaprzęg. Wśródsrebrzystej nocnej mgły psy sunęły cicho niby cienie. Słychać byłojedynie cichy stuk ich pazurów po gładkiej tafli lodowej i skrzypsunących sań.

I tak przebywali jedną milę po drugiej na tej zamarzniętej wstędzeMiedzianej Rzeki. Księżyc zniknął już za horyzontem. Zrobiło sięznowu ciemno. Od czasu do czasu, kiedy psy zziajane odmawiałyposłuszeństwa, Filip stawał w jednym szeregu z nimi, pomagając imciągnąć. To znów podchodził do Celii i obejmował ją ramieniem,zapewniając, że wszystko będzie dobrze.

Nareszcie zaczęło świtać. Rozwiały się cienie nocy i oba brzegi rzekizarysowały się z początku słabo, potem coraz wyraźniej.

W odległości niespełna mili Filip dostrzegł czarne pasmo lasu.Zdziwiło go to, był bowiem pewny, że w tej szerokości geograficznejw ogóle drzew już się nie spotyka. A pod lasem stała chatka, a z tejchatki snuła się w niebo cienka smuga dymu.

Celia przywołała do siebie Filipa, wskazując ręką na chatkę, zaczęłamówić głosem nabrzmiałym od łez. Nie rozumiał nic z tego co mówiła,ale domyślał się najważniejszego. W tej oto chatce powinien sięznajdować ojciec Celii, o ile oczywiście Blake mówił prawdę. Nareszcie dobili do celu tej ryzykownej podróży.

Celia była tak wzruszona, że niemal zemdlona opadła w ramionaFilipa.

Od strony lasu dochodziła głośna wrzawa. Słychać było dzikienawoływania podobne do wycia wilków oraz ujadanie psów. Widocznie gromada Eskimosów urządzała tam łowy na jakiegoś zwierza.Potem rozległ się huk strzelby, a w ślad za tym posypały się pojedynczestrzały. Po chwili zapanowała zupełna cisza.

Filip usadowił Celię na saniach i popędził psy w stronę lasu i chatki.Niezadługo stanęli przed chatką. Celia zeskoczyła na ziemię.

Chatka była zamknięta; z wewnątrz nie dochodził żaden głos. Tylkodym snujący się z komina świadczył o tym, że ktoś tam mieszka.

Celia, zdenerwowana, rozgorączkowana, podeszła do drzwi i uderzając w nie drobnymi swymi piąstkami, poczęła wołać na kogoś w tymswoim dziwnym języku. Filip, stojąc obok niej, dosłyszał jakiś nieokreślony ruch poza ścianą chaty — potem odsuwanie rygla i jakiś głuchyniski głos męski, któremu odpowiedział ostry krzyk Celii. Drzwi sięotworzyły. Stanął w nich jakiś starzec z siwą brodą i włosami,wyciągając otwarte ramiona. — Celio — wyszeptał starzec.

Filip w milczeniu obserwował tę scenę. Ale natychmiast odwróciłsię, bo usłyszał z tyłu poza sobą inny okrzyk. Od strony lasu biegłapędem ku chatce jakaś postać. Filip poznał od razu, że jest to białyczłowiek, wyszedł mu na spotkanie, trzymając rewolwer w ręku.Wkrótce też stanęli obydwaj oko w oko.

Ów nieznajomy był wysokiego wzrostu, o bujnych rudych włosach,okalających mu całą twarz. Był bez czapki, twarz miał zbroczoną krwią.Wpatrywał się w Filipa z takim natężeniem, że omal oczy mu niewyskoczyły z orbit. A Filip, opuszczając rękę z rewolwerem, szepnąłz niedowierzaniem:

— Boże wielki! Czy to naprawdę ty, Olaf Anderson?!

Rozdział XXV.Oblężenie chatki

Olbrzymi Szwed niemniej wydawał się zdumiony od Filipa. Alewkrótce oczy rozjaśniły mu się radością. Uchwycił Filipa kurczowo zarękę, obmacywał go całego, jakby się chciał upewnić, że go oczy niemylą, aż w końcu zaśmiał się, wykrzywiając twarz w komicznymgrymasie.

Ten śmiech i ten grymas były specjalnością Olafa Andersona. Krewmu wówczas napływała do twarzy, skutkiem czego cała nabrzmiewaładziwacznie. Znali go z tego doskonale jego koledzy z policji i nieraz teżsię naśmiewali. A im bardziej sytuacja przedstawiała się tragicznie, tymsilniejszym śmiechem wykrzywiała się czerwona twarz Andersona.Mówiono o nim, że nawet w godzinie śmierci nie zapomni o owymśmiesznym grymasie.

— Nie ma co mówić, przybywacie w samą porę — oświadczył napowitanie, ściskając z całej siły rękę Filipa, wykrzywiając twarzw uśmiechu.

— Wszyscy zginęli, prócz mnie jednego... I Calkins, i Harris, i tenmały Holender, O'Flynn to już dawno zimne, skostniałe trupy, mójFilipie! Spodziewałem się, że prędzej czy później wyślą jakiś patrolw poszukiwaniu mnie. I czekałem na was niecierpliwie. Ilu was jest?

Rzucił okiem poza chatkę i sanie, w stronę śnieżnej płaszczyzny.I wówczas zniknął mu z twarzy radosny uśmiech, ustępując miejscanieukrywanemu rozczarowaniu.

— Sam? — spytał krótko.

— Tak jest, sam — przytaknął Filip. — Jest ze mną tylko Celia Armin,którą przyprowadziłem tu do jej ojca. W tych stronach kręci się teżniejaki Blake, skończony łajdak, z bandą Eskimosów. Dałem już imporządną nauczkę i chwilowo udało mi się zmylić ślady. Ale coś mi sięzdaje, że niezadługo znów ich zobaczymy.

Olaf zaczął się znów śmiać:

— To naprawdę zabawne — oświadczył. — Niech nas Bóg maw swojej opiece. Przyjadą tu oni pierwszym pociągiem, że się takwyrażę. Podczas gdy jedna połowa szczepu goniła za wami, drugapołowa zawzięła się na mnie. Ale co w tym wszystkim najzabawniejsze,to to, że jesteś tylko sam jeden...

Spojrzenie Olafa padło na strzelbę i rewolwer.

— Masz amunicję? — zagadnął żywo. — A może i zapasy żywności?

— Mam jakieś czterdzieści naboi — w tym jedna trzecia do rewolweru. I duże zapasy mięsa.

— W takim razie wszystko już dobrze! — zaryczał Szwed radośnie.— Zamknijmy się w chacie razem z psami. Tylko trzeba się spieszyć.

Jakby na potwierdzenie ostatnich słów Olafa Andersona, od stronylasu huknął strzał i kulka przeleciała nad ich głowami.

Czym prędzej więc zagnali do chatki psy; również i sanie schowalido środka, co nie przyszło im tak łatwo, gdyż drzwi do izby były bardzowąskie. W tym czasie jeszcze kilkanaście razy rozległ się huk strzałów,a jedna z kul poprzez szparę między belkami wpadła nawet do wnętrzachaty.

Podczas gdy Olaf Anderson zapierał drzwi ciężką drewnianązasuwą, Filip podszedł do Celii. Podbiegła ku niemu z oczyma jasnobłyszczącymi w półmroku izby i zarzuciła mu ramiona na szyję.Anderson odwrócił się na ten widok, z miną niewymownie zdziwioną,a i ów starzec z siwą brodą wydawał się niemniej zdziwiony.

Celia uściskała Filipa, po czym zwracając się do swego ojca,przemówiła kilka słów. I zostawiwszy Filipa samego, wróciła do ojca.Olaf widocznie zrozumiał, co mówiła, gdyż westchnął głęboko:

— Co ona powiedziała? — spytał go Filip błagalnym tonem.

Olaf, który tymczasem już wyszukał sobie jakąś szparę w drzwiachi przytknął do niej oko, odpowiedział:

— Powiedziała, że poślubi ciebie, o ile uda nam się wydostać z tegopiekła. W czepku się urodziłeś, nie ma co mówić! Celia Armin żonątakiego dzielnego i eleganckiego rycerza!... To byłoby naprawdę wspaniałe, o ile w ogóle do tego kiedyś dojdzie... Wątpię w to, prawdępowiedziawszy. A jeżeli mi nie wierzysz, chodź sam, przypatrz się, co siętam dzieje!

Filip przyłożył oko do szpary. Na śnieżnej polance pod lasem ażroiło się od Eskimosów. Było ich tam pięćdziesięciu i nie mieli zamiaruukrywać się.

— To już tak od czterdziestu dni oblegają nas obu w tej chatce— objaśniał Olaf głosem tak spokojnym i zimnym, jak gdyby składałswój zwyczajny raport przed przełożonym. — Odparliśmy kilkanaścierazy ich atak. Zużyliśmy osiemdziesiąt naboi, rozdzieliliśmy po połowiemoją miesięczną rację żywności. Przedwczoraj wystrzelaliśmy wszystkieprawie naboje, zostało nam już tylko trzy. Wczoraj był spokój.A ponieważ nie mieliśmy już zupełnie nic do jedzenia i groziła namśmierć głodowa, zatem dziś rano wybrałem się na zwiady, by upolowaćjakąś zwierzynę. Natknąłem się na paru Eskimosów, wiozących mięsokaribu. Wdałem się z nimi w walkę. Przyszły inne posiłki, musiałemwystrzelić jeszcze dwa naboje. Został mi już tylko jeden jedyny, ostatni.Domyślają się tego widocznie i dlatego tak śmiało pokazują się nam naoczy. Moja strzelba jest kalibru 35. A twoja?

— Ten sam kaliber — odparł Filip, ogarnięty już gorączką walki.— Podzielimy równo moje naboje. Jeszcze im możemy zalać sadła zaskórę. Ale, nawiasem mówiąc, należę do patrolu z Fortu Churchill.Objaśnię ci pokrótce, jakim sposobem, z własnej inicjatywy, zapędziłemsię aż tutaj.

I nie przestając obserwować, co się dzieje w polu, opowiedziałOlafowi w krótkich słowach o swym spotkaniu z Bramem Johnsonemi o wszystkim tym, co potem nastąpiło. Na usta cisnęło mu się tysiącepytań odnośnie Celii i jej ojca. Zapewne Olaf znał dobrze całą ich historię.

Ale Olaf, obserwujący przez inną szparę równinę leżącą po drugiejstronie chatki, gdzie rozciągała się lodowata tafla Miedzianej Rzeki,pociągnął go za ramię, dając mu znak, by i on tam spojrzał.

Na drodze, którą przybył Filip, ukazały się sanie, jedne, drugie,trzecie i czwarte. Poza saniami biegło trzydziestu ludzi otulonychw filtra.

— To Blake ze swymi ludźmi! — wykrzyknął Filip.

Twarz Olafa Andersona skamieniała w jakimś żelaznym spokoju.Stwardniał dziwnie nawet jego zwykły uśmiech, a oczy lśniły dziwnym,zielonkawym światłem. I on gotował się do walki. Powiódł z wolnaramieniem, wskazując na cztery ściany chatki.

— O tę oto stawkę toczyć się będzie walka. W każdej z czterechścian zrobiłem strzelnicę, aby można było strzelać we wszystkichkierunkach. Stary Armin chwilowo nic nam pomóc nie może, bo mamywszystkiego tylko dwie strzelby. O ile dojdzie do walki wręcz, będzie biłpałką. Ściany chaty zbudowane są z młodych drzew, niezbyt grubych.Nie jest wykluczone, że kule naszych wrogów mogą je przebić. I w tymtkwi największe niebezpieczeństwo. Musimy się też liczyć ze sprytemi doświadczeniem Blake’a, który niewątpliwie obejmie komendę. Tegoto właśnie łotra ścigałem, kiedy natknąłem się na Armina i jegotowarzyszy.

Podczas tej rozmowy Celia stała obok swego ojca. Oboje słuchaliuważnie, nie mogąc jednak nic zrozumieć.

Filip włożył połowę swych naboi do prawej kieszeni munduruOlafa, po czym podszedł do starego Armina i skłonił się nisko,wyciągając ku niemu obie ręce. Celia uśmiechnęła się życzliwie. Arminujął wyciągnięte ku niemu ręce i uścisnął je mocno. Spojrzeli sobie obajprosto w oczy.

Jakkolwiek broda i włosy starca były okryte szronem, jakkolwiekplecy miał przygarbione, a ręce cienkie i chude, to jednak nie postarzałosię spojrzenie jego głęboko osadzonych oczu. Niby bystre oczy sokoławwierciły się głęboko w oczy Filipa, aż do dna jego duszy — podczas gdyFilip mówił do niego głosem łagodnym. Gdy skończył, starzec odpowiedział mu w swoim języku, a nagły rumieniec, jaki oblał twarz Celii,był dla Filipa wystarczającym komentarzem do tych słów.

Tymczasem Olaf nabił swą strzelbę. Przemówił parę słów do Celiii jej ojca, po czym zwrócił się do Filipa.

— Nadchodzi chwila decydująca... Bądźmy przygotowani!

Przywiązał mocno psy do jednego z węgłów chaty, aby zwierzęta,przerażone w czasie walki, nie zawadzały im.

Filip wrócił na swoje stanowisko obserwacyjne.

Sytuacja się zmieniła. Oto Eskimosi wyszli już wszyscy z lasui zaczęli posuwać się naprzód. A szli nie jedną bezładną kupą, leczrozstawieni w tyralierę, jeden dość daleko od drugiego, aby w tensposób utrudnić nieprzyjacielowi celowanie. Zmierzali w stronę wzgórza w połowie drogi między lasem a chatą.

— Ależ ich jest chmara! — wykrzyknął Filip. — Banda Blake’apołączyła się widocznie z tamtymi — To cała armia!

Olaf spojrzał przez szparę.

— Nie ma ich razem nawet stu — odparł z niezmąconym spokojem.Nie masz się czego denerwować, ale dość ich jest na to, aby każda naszakulka trafiła, kiedy zaczną schodzić z tego wzgórza, na które właśnie siędrapią. Znakomity będziemy mieli cel w porównaniu do okoliczności,w jakich padli Calkins, Harris i O'Flynn, podczas gdy ja uratowałem sięucieczką w mrokach nocy. Wówczas oni nam urządzili prawdziwąniespodziankę... Ale tym razem my ich mamy.

Rozproszona linia posuwających się czarnych sylwetek zatrzymałasię niespodziewanie poza owym wzgórzem, nie posuwając się już dalej.

Olaf Anderson zamruczał z nieukontentowaniem:

— Masz tobie! Zaczynają teraz bawić się w strategów. Czekajmywięc, co dalej uradzą. Z pewnością to sprawka Blake’a.

Filip przysunął się blisko do niego.

— Słuchaj mnie, Olaf — zaczął. — Przeżywamy straszne godziny.Kto wie, czy wykręcimy się w ogóle z tej opresji? Jeżeli mam zginąć, chciałbym przedtem dowiedzieć się wielu rzeczy. Wiesz, że kocham tę tu obecną dziewczynę. Przyrzekła mi, że mnie poślubi, alenie znam zupełnie tego języka, którym ona mówi. Nic o niej nie wiem.Kim ona jest? Skąd się tu wzięła? Co jej się właściwie przydarzyło? Czemu wówczas, gdy ją spotkałem, znajdowała się w towarzystwie Brama Johnsona? Tego wszystkiego pragnę się dowiedzieć. Musisz przecież wiedzieć wszystko, skoro umiesz się z niąporozumieć.

— Robią ostatnie przygotowania do walki — przerwał mu Olaf, nieodpowiadając od razu na postawione mu pytania. — Knują jakiśszatański plan. Patrz, formują małe grupki. Widzisz, idą nawet naprzód,niosąc duże pnie drzewa. Podczas gdy jedna połowa czekać będzie zawzgórzem, druga rzuci się do ataku na chatkę. Te pnie drzewa służyć imbędą jako tarany.

Westchnął głęboko. Potem bez żadnego przejścia, mówił dalej:

— Calkins, Harris i O’Flynn zginęli po rozpaczliwej walce, wciągnięci w zasadzkę. Opowiem ci to innym razem. Ja się wymknąłem;przez cały tydzień uciekałem przed ścigającą mnie bandą. Natknąłem się na obóz, w którym znajdował się Armin ze swą córką i z dwoma jeszcze białymi ludźmi. Byli to Rosjanie. Szli na południe;za przewodników mieli dwóch Kogmolloków z Zatoki Koronacyjnej.Na drugi dzień dogoniły nas te czarne, straszne diabły z Blakiemna czele. Pojmali nas wszystkich do niewoli. Dziwnym przypadkiem zjawił się wówczas właśnie Bram Johnson, ów zagadkowy wędrownik, idący nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. GłupieEskimosy uważają Brama za istotę nadnaturalną, za jakiegoś potężnego diabła, czy czarownika. A każdy z jego wilków, to w ichoczach diabeł wcielony. Postanowili już sobie, że nas, mężczyzn,wszystkich wymordują, a Blake weźmie dla siebie młodą dziewczynę.Aż tu zjawia się Bram i nic nie mówiąc, siada sobie na ziemi, na wprostnich i patrzy tylko na nich. Zgłupieli; stanęli jak zahipnotyzowani, niemogąc się na nic odważyć. Minął cały dzień w zupełnym spokoju. Bramnie myślał jakoś wcale o odejściu. Zauważyłem, że podniósł leżący naśniegu jeden długi złoty włos Celii i przyglądał mu się z zachwytem.Kiedy postąpiłem ku niemu, zawarczał niby dziki zwierz; widocznielękał się, że mu ten złoty włos chcę odebrać. Wówczas przyszła miszczęśliwa myśl do głowy. Poradziłem Celii, by własnoręcznie ucięłapukiel swych włosów i wręczyła je Bramowi. Tak też zrobiła, i od tejchwili Bram czuwał nad nią z wiernością i uległością psa. Próbowałemnawiązać z nim rozmowę, ale na próżno. Ten wariat, zdaje się, nierozumiał zupełnie, co mówiłem, mianowicie, że z chwilą gdy on odejdzie,my wszyscy i Celia zostaniemy wymordowani.

Anderson przerwał na chwilę opowiadanie i przyłożył oko doszpary między belkami.

— No, już ułożyli cały plan ataku — mówił. — Widzisz, ci, co niosąpnie drzewa, zasapali się trochę — teraz gotują się do dalszej drogi. Pilnujdobrze strzelby, Fil! Zaczniemy strzelać, gdy będą w połowie drogi dochaty, nie wcześniej. Tak będzie lepiej i pewniej... Otóż wracam do megoopowiadania:

— Minęło kilka dni. Bram odszedł ze swymi wilkami — wybrał się napolowanie. W czasie jego nieobecności Blake z Eskimosami napadł nanas. Obaj Rosjanie zginęli. Ja i Armin broniliśmy się rozpaczliwie,zasłaniając Celię własnym ciałem. Nagle zjawia się Bram, niby piorunz jasnego nieba. Nie miesza się zupełnie do walki, tylko po prostuporywa Celię, sadza ją na swoje sanie i odjeżdża razem z nią galopem.Korzystając z chwilowego zamieszania, próbuję uciekać razem zestarym. Ale naturalnie daleko zajść nie mogliśmy. Opatrzność jednakczuwała nad nami. Natknęliśmy się na tę chatkę. Zamknęliśmy się w nieji odtąd przez czterdzieści dni, przez czterdzieści nocy...

Nie skończył zdania. Huknął strzał ze strzelby Olafa i jedenEskimos koziołkując runął na ziemię.

Rozdział XXVI.Zakończenie

W chwilę później i Filip wystrzelił do najbliższej grupki Eskimosów. Dym zasłonił zupełnie wąski otwór strzelnicy. Gdy dymustąpił, Filip przekonał się, że i jego strzał był celny: na śniegu czerniałjuż drugi zabity.

— Doskonale! — mruknął Olaf.

W stronę chatki podchodziło pięć grup Eskimosów, każda poośmiu ludzi, niosąc grube i ciężkie pnie. Filip i Olaf strzelali w dalszymciągu do pierwszej, najbliższej grupy. I znowu czterech napastnikówzwaliło się na ziemię. Dwaj pozostali uciekli, porzucając niesionedrzewo.

W tej chwili Filip, który właśnie nabił świeżo strzelbę, spostrzegł, żeCelia stoi obok niego. Przyłożyła oko do szpary w ścianie, chcącnaocznie przekonać się, jak sprawa stoi. Podczas ostatniego akturozgrywającej się obecnie tragedii, dawała wszystkim przykład nieustraszonej odwagi.

Olaf Anderson odezwał się:

— Załatwiliśmy się z sześcioma. Reszta cofnęła się, wszyscy ukrylisię za tym wzgórzem. Teraz zaczną strzelać do nas salwami. Uwaga!

Filip dał Celii znak, aby przeszła na przeciwległą stronę izby, jaknajdalej od Eskimosów. Cienkie ściany izby mogły być łatwo przebitekulami. Ulokował ją koło kupy drzewa przygotowanego na palenie;tam również schronił się stary Armin, stojący dotychczas na czatachprzy drzwiach z pałką w ręku.

W kilka minut później posypał się na chatkę grad kul, uderzającychmonotonnie o drewnianą ścianę.

Jedna kula przebiła drzwi, odpryskując kawał drzewa, który upadłopodal Celii. Ugodziła jednego z psów, który zawył przeraźliwie z bólu,szarpiąc się i wyrywając jak szalony.

Olaf Anderson nie śmiał się już wcale. Wyglądał strasznie.

— Nachylcie się! — krzyknął rozkazująco. — Nachylić się nisko, doziemi! Słyszycie?...

Sam dał pierwszy przykład, przyklękając na oba kolana. Powtórzyłrozkaz po rosyjsku, by go Armin i Celia mogli zrozumieć.

— Mają tyle kul, że mogą całą chałupę podziurawić jak sito.Najgrubsze i najmocniejsze belki są u dołu. Kładźcie się wszyscy naziemię tak jak ja, aż zaprzestaną strzelać.

Rozciągnął się jak długi na ziemi, z głową zwróconą do środka izby,nogami do ściany.

Filip nie od razu usłuchał rozkazu Olafa; podszedł najpierw doCelii. W tej chwili świsnęła znów kula, odrywając mu kawałek kołnierza.

Ułożył się tedy na ziemi, obok Celii, zasłaniając ją własnym ciałemod strzałów.

Kule przebijały cienkie ściany chatki i leciały jak grad. Jedneopadały na ziemię, nie czyniąc szkody, inne niszczyły wszystko, co tylkona drodze spotkały.

— Leżcie zupełnie płasko! — krzyczał Anderson. — Jedyną osłoną dlanas jest ten najniższy rząd belek ściennych...

Jeden z psów trafiony kulką w łeb, zawył żałośnie. Podskoczył,skręcił się i padł martwy.

Filip obejmował Celię swym ramieniem, tuląc ją do siebie mocno.Czyliż to już koniec? Oboje przywarli ustami do siebie. Takież to ma byćich ślubne łoże? Przyszło mu na myśl, że jego pierwej śmierć spotkaćmusi, niż Celię, którą osłania własnym ciałem. A gdyby wówczas Blake,czy to przypadkiem, czy wiedziony jakimś szatańskim instynktem, kazałzaprzestać ognie, ona dostałaby się żywa w jego ręce!... Ach, to przecieżbyłoby potworne!

Nagłe strzelanina ucichła.

Czyżby Kogmolloki wyczerpali już zapasy amunicji? Czy możechcieli tylko odpocząć trochę? A może przygotowują się do szturmu nachatkę, pewni, że ich nieprzyjaciele nie są już zdolni do walki?

Po paru minutach wyczekiwania Olaf odważył się dźwignąć z ziemi.Filip zamierzał właśnie zrobić to samo, aby się przekonać, co się tamdzieje, kiedy nagle rozległ się donośny, dziwny krzyk. Ten głos nie był imobcy!

— Wielki Boże — zakrzyknął Olaf. — To Bram Johnson we własnejosobie!

Bram Johnson! Na dźwięk tego imienia Celia i jej ojciec zerwali sięz ziemi. Wszyscy czworo przyłożyli oczy do otworów w ścianie chatki.Rzeczywiście z lasu wychyliła się olbrzymia postać Brama. W rękutrzymał swą ogromną, ciężką pałkę, wymachując nią groźnie. Przed nimzaś pędziły straszliwe wilki, rozwijając się w półkole na śnieżnejrówninie. Bram zachodził od tyłu i atakował Eskimosów!

Kogmolloki również go już dostrzegli. Żaden z nich jednak nieskierował ku niemu strzelby, żaden nie odważył się wystrzelić. Stali jakporażeni ze strachu na widok tego strasznego, krzyczącego szaleńcai jego dzikiej hordy. A kiedy ochłonęli z trwogi, zaczęli uciekać nawszystkie strony, jak gdyby sam czart ze swymi sługami deptał im popiętach.

Ale już wilki rzuciły się na nich. Gnane rozkazującym krzykiemswego pana, goniły jednego Eskimosa po drugim, zawracając uciekających w stronę Brama. A ten walił w nich swą ciężką maczugą, mordującbez litości.

Olaf Anderson odsunął zaporę u drzwi i otworzył je. Razemz Filipem wypadli z chatki i rzucili się w pościg za rozproszonymiEskimosami. Ten, kto zdołał ujść ciosu z ręki Brama, ten padał od ichstrzałów. Huk strzałów i zapach prochu podniecały jeszcze bardziejwściekłość Brama i jego wilków, spragnionych krwi. Na próżnoEskimosi błagali o litość; krzyk zamierał im w gardle. I wkrótce ostatnieniedobitki zniknęły w lesie, a za nimi puścił się w pościg Bram ze swoimiwilkami.

Filip, trzymając dymiącą jeszcze strzelbę w ręku, zwrócił się doswego towarzysza. Na twarzy poczciwego Szweda zajaśniał znów ówśmieszny grymas, choć cały trząsł się jeszcze ze wzruszenia.

— Nie będziemy ich gonić — oświadczył, siadając na porzuconymprzez Eskimosów pniu drzewa i ocierając spocone czoło. — Bram zeswoją hordą wystarczy, by dać im należną nauczkę. A sądzę, że onpowróci tutaj, gdy się z nimi załatwi... A obecnie byłbym zdania, żenależałoby nam przygotować się do powrotnej drogi. A ty, jak sądzisz,co?... Co do mnie, mam już dosyć tej chatki! Czterdzieści dni i czterdzieści nocy siedziałem w niej zamknięty! To mi zupełnie wystarczy...Możesz mi odstąpić trochę tytoniu do fajeczki?... Zapalimy sobiei dokończę ci opowiadanie, które cię tak interesuje... Otóż mówiliśmy, żeksiężniczka Celia i jej ojciec...

— Co?... Kto?... Księżniczka?...

— Dawajże twój tytoń!...

Filip podał mu woreczek z tytoniem. Olaf naładował fajeczkęi zaczął mówić:

— Celia urodziła się w Danii. Matka jej, która wyszła za mążw Rosji za prawdziwego księcia, umarła już we wczesnej młodości.Celia od dzieciństwa wychowywała się u ojca. Działo się to zapanowania cara Mikołaja II. Na skutek intryg dworskich, w które, o ilemogłem zrozumieć, był wmieszany słynny mnich, Rasputin, ojciec Celiizostał aresztowany. Osadzono go w podziemiach więzienia fortu św.Piotra i Pawła w Petersburgu. Tam przesiedział jakiś czas, w zupełnymzaniedbaniu i poniżeniu, a tymczasem nieprzyjaciele jego podzielilimiędzy siebie miliony i dobra. Ostatecznie skazano go na wygnanie dowschodniej Syberii, na Kamczatkę. Krewni jego i serdeczni przyjaciele,którym udało się uciec do Londynu, zaopiekowali się małą Celią.Wkrótce po wybuchu rewolucji rosyjskiej i zamordowaniu Rasputinaci właśnie przyjaciele wynajęli okręt i zabrawszy ze sobą księżniczkę,wyruszyli w drogę celem oswobodzenia biednego wygnańca i przewiezienia go do Europy. Początkowo wszystko szło gładko. Okręt przepłynął Morze Śródziemne, kanał Sueski, Ocean Indyjski po czymskierował się na Morze Chińskie. Odnaleźli księcia Armina; postarzałsię wprawdzie przedwcześnie, ale żył i był zdrowy. Wobec sprzyjającejpory roku postanowili wracać krótszą drogą. Pewien amerykański pilotpodjął się poprowadzić okręt przez cieśninę Beringa i Ocean Północnydo Ameryki. Przeprawa nie udała się: okręt ugrzązł wśród lodóww Zatoce Koronacyjnej. Trzeba było zostawić okręt i puścić się w dalsządrogę saniami pod przewodnictwem Eskimosów. Reszta jest ci jużmniej więcej znana. Trzeba było staczać ustawiczne walki z wrogimiszczepami. W czasie tych walk wszyscy niemal Rosjanie stopniowowyginęli. Księżniczka Celia opowie ci to wszystko dokładnie, mój stary,skoro nauczysz się jej języka. Jeżeli poślubi cię naprawdę, musi się jakośprzyzwyczaić do Ameryki, bo, co prawda, dzisiejsza Rosja niewielewięcej dla niej warta, niż Rosja carska.

Kiedy Olaf kończył swe opowiadanie, nadeszła Celia. Zarzuciłaramiona na szyję Filipa. Pierwszy to raz los wrogi dla nich odwrócił się— nic im już nie groziło...

Nazajutrz, późnym popołudniem, sanie sunęły w górę MiedzianejRzeki, po jej zamarzniętym korycie. Nagle z oddali uszu podróżnikówdoleciały przeciągłe wycia wilków Brama Johnsona. Brzmiało to nibydaleki poszum fal morskich, coraz bardziej oddalający się, aż wszystkoucichło.

Z zapadnięciem nocy rozbito obóz. Wszyscy zmęczeni byli porządnie. Na straży czuwał przez całą noc Olaf Anderson, otulony w futro,ściągnięte z jednego z Eskimosów, poległych na polu walki. Dwukrotniejeszcze w ciągu nocy dolatywał go dziwny gwar, w którym krzyk ludzkimieszał się z ujadaniem wilków.

Przez cały następny dzień jechano w kierunku południowo-zachodnim, bez żadnego wypadku. Wieczorem rozbito namiot na skrajumałego lasu, gdzie pełno było zeschłych gałęzi. Rozpalono dużeognisko, którego blask płynął daleko w śnieżną biel Barrenu.

Tego to wieczoru zjawił się niespodziewanie Bram Johnson, milczący i wspaniały. Jakkolwiek wszyscy spodziewali się tej wizyty, Bramzjawił się tak nieoczekiwanie, że wszyscy drgnęli na jego widok.

Człowiek-wilk trzymał w prawej ręce jakiś dziwny przedmiot,wielkości kamienia brukowego, owinięty w futro Eskimosa.

Bram zdawał się nie widzieć nikogo prócz Celii. Stał chwilę,oświetlony blaskiem ognia, i wpatrywał się w nią. Potem podszedł doniej i mrucząc coś niezrozumiale, złożył ów pakunek u stóp Celii.W chwilę później już go nie było.

Olaf Anderson wstał, podniósł ów pakunek i odchylił okrywające go futro. Filip spostrzegł, że Olaf zmarszczył brwi. Następnie Olaf zabrał ów pakunek, poszedł z nim w głąb lasu, a po paruminutach wrócił z pustymi rękami. Śmiejąc się, przemówił kilka słówdo Celii.

Odprowadził Filipa na bok i tak mówił:

— Powiedziałem jej, że Bram przyniósł jej w prezencie kawałnieświeżego mięsa. Lepiej jej nie mówić całej prawdy. W rzeczywistościbyła tam ucięta głowa Blake'a, którą Bram złożył jej w hołdzie. Wieszzapewne, że Kogmolloki mają ten miły zwyczaj ofiarowywania osobieukochanej w darze głowy zabitego nieprzyjaciela. Po cóż ona miałabyto oglądać.

W archiwach królewskiej policji Northlandu znaleźć można nierazosobliwe historie. Bram Johnson ma tam również swoją rubrykę.W dużej kopercie, starannie schowanej, mieszczą się wszystkie urzędowe akta, odnoszące się do jego sprawy.

A więc najpierw krótkie zeznania zacnego i dzielnego kaprala,Olafa Andersona z fortu Churchill. Następnie szczegółowe zeznaniapodpisane przez pana Filipa Branta, jego żonę i ojca lady Brant. Dodokumentów tych dołączony jest jeden egzemplarz urzędowego rozporządzenia, w myśl którego Bram Johnson został ułaskawiony i z wyjętego spod prawa zbrodniarza staje się jednym z pupilów DominiumKanady.

Odtąd nie grozi mu żadne absolutnie prześladowanie ze stronypolicji. Rozporządzenie brzmi jasno i wyraźnie: „Brama Johnsonanależy pozostawić w spokoju”. Tak brzmi owo rozporządzenie, naprawdę mądre i ludzkie.

Niezmierzony jest ten szmat ziemi, po której Bram może swobodniesię błąkać i tam też poluje on w towarzystwie swych wilków, przybladym świetle księżyca i mruganiu złocistych gwiazd.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.