drukowana A5
25.84
Złote sidła

Bezpłatny fragment - Złote sidła


Objętość:
140 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0140-0

Rozdział I.Bram Johnson i jego wilki

Bram Johnson był istotą niezwykłą, jakich niewiele spotyka sięnawet w pustkowiach Northlandu.

Były chwile, kiedy można było uważać go za człowieka posiadającego rozum i duszę; w innych zaś przypominał raczej jakąś straszliwąapokaliptyczną bestię. Czy posiadał naprawdę to, co powszechnienazywamy duszą? Jeżeli tak, to dusza ta zatajona była głęboko, gdzieśw niedostępnych czeluściach borów i dzikich pustkowi, wśród którychrozwijała się. Toteż nie będziemy potępiać Brama nierozważnie w niniejszym opowiadaniu. Ostrożność w osądzaniu bliźnich zawsze jestwskazana.

Aby zdać sobie dokładnie sprawę z tego, kim był właściwie BramJohnson, musimy cofnąć się o trzy generacje wstecz. Jeżeli lekkimpirogiem puścimy się z Jeziora Athabaska w kierunku północnym, aż doWielkiego Jeziora Niewolników, a stamtąd korytem rzeki Mackenziew stronę koła podbiegunowego, napotkamy na tej drodze przeróżnetypy etniczne. Najpierw Indian ze szczepu Chippewayów, ludzi smukłych i zwinnych, o pociągłej twarzy, używających lekkich, mocnowygiętych łódek. Potem szczep Cree, którego przedstawiciele odznaczają się twarzą więcej okrągłą, oczami bardziej skośnymi. Są toludzie ospali, spokojni, a łodzie, jakimi się posługują, zbudowane sąz kory bambusowej i mają dziwaczny kształt. W miarę posuwania się kupółnocy, zatracają pierwotną czystość swej rasy, stając się stopniowo podobnymi do Japończyków. I znowu napotykamy szczepChippewayów, który jednak w tej szerokości geograficznej uległ dużemuprzeobrażeniu. W miarę zbliżania się do koła podbiegunowego, zaczynają oni używać „kajaków” zamiast pirog, rysy ich twarzy stają siębardziej rozlane, oczy skośnie osadzone, maleńkie jak u Chińczyków. Sąto owi Eskimosi, jak ich nazywają w podręcznikach geografii.

Jeden z przodków Brama Johnsona musiał przed paruset latywywędrować z południa ku północy. Krew jego dzieci i ich potomkówzmieszała się z krwią szczepu Chippewayów i Cree, a z biegiem czasui z krwią Eskimosów. A co najciekawsze, imię Johnson przechodziłostale z jednej generacji na drugą. Ale gdyby ktoś ciekawy zajrzał donamiotu, w którym obecnie mieszkał Bram Johnson, licząc na to, żeznajdzie tam człowieka białego, spotkałaby go niespodzianka.

Bram Johnson, w następstwie tego krzyżowania się rozmaitych ras,tylko z koloru skóry, włosów i oczu przypominał człowieka białego,pozostałe zaś, to cechy charakterystyczne dla plemienia Eskimosów,z którego pochodziła jego matka. W jednym tylko jeszcze odbiegał odtego typu: mierzył sześć stóp wysokości.

Był to prawdziwy olbrzym, o niesłychanej sile fizycznej, twarzszeroka, o wystających kościach policzkowych, nos spłaszczony, wargigrube. Skórę na twarzy jednak miał zupełnie białą, włosy bujne, rude,twarde jak szczecina, oczy duże, błękitne. Czasami, zwłaszcza gdy byłpoirytowany, oczy te przybierały kolor szary, niby oczy kota, świecącnagłym, dzikim blaskiem.

Bram nie miał żadnych przyjaciół ani towarzyszy. Otaczała gojakaś dziwna tajemniczość... Jeżeli zaglądał czasem do jakiejś faktorii, totylko na krótki czas, aby nabyć nieco potrzebnych mu rzeczy w zamianza skórki dzikich zwierząt, które przynosił. Mijały długie miesiące,a Bram nigdy nie pokazywał się ponownie w tym samym miejscu.Ustawicznie wędrował po świecie.

Policja lotna „Royal North-West” miała go na oku, nie gubiącnigdy jego śladów. W raportach, składanych przez wysunięte daleko na północ placówki policji, spotyka się niejednokrotnie lakonicznewzmianki o Bramie, tej mniej więcej treści: „Widzieliśmy Brama z wil kami, szedł w kierunku północnym...” — „Bram ze swoimi wilkamiprzechodził tędy...” Potem w ciągu dwóch lat zginął bez śladu — powędrował prawdopodobnie gdzieś w okolice Jeziora Niedźwiedzi. A kiedyznów się zjawił, policja zaczęła się nim interesować jeszcze bardziej.Zachowanie jego wydawało się bowiem dziwnie podejrzanie. Cośmusiało się stać, prędzej czy później.

I rzeczywiście to „coś” stało się. Bram zabił człowieka. A zabił gotak szybko i zręcznie, że zanim odkryto to zabójstwo, po Bramie niebyło już ani śladu.

Wkrótce, w dwa tygodnie później, rozegrała się nowa tragedia.Kapral policji Lee, w towarzystwie jednego ze swych ludzi, wyruszyłz fortu Churchill celem schwytania i aresztowania Brama. Odszukał gogdzieś na granicach Barrenu. Posuwali się z całą ostrożnością, bydogonić go i schwytać. Nagle, gdy byli w odległości około ćwierć mili,usłyszeli głośny, niesamowity śmiech. Bram nie atakował ich, nie strzeliłani razu. Poszczuł tylko na nich swoje wilki. Cudem prawdziwymkapral Lee nie zginął na miejscu. Ciężko pokaleczony dowlókł się dochaty pewnego Metysa i tam wkrótce wyzionął ducha. Metys poszedłdo fortu Churchill i opowiedział całe to zdarzenie.

Od tej chwili Bram zniknął zupełnie ze świata.

Ach, gdyby można opisać i opowiedzieć szczegółowo te cztery czypięć lat tortur i męczarni, jakie Bram przeżywał w samotności — niejedno zostałoby mu przebaczone! Bram i jego wilki! Czyliż samo zestawienie tych słów dreszczem was nie przejmuje? Pomyślcie tylko:zawsze sam, sam jeden, w towarzystwie wilków. Nigdy nie słyszał mowyludzkiej. Nigdy nie mógł zbliżyć się nawet do jakiejś faktorii, by zakupićnieco żywności! Po prostu człowiek-zwierzę, prawdziwy wilkołak!

W ciągu trzech ostatnich lat Bram przeprowadził stopniowo jaknajstaranniejszą selekcję między swymi wilkami. Pozbył się wszystkichmieszańców-wilczurów, zachowując dla siebie tylko dwadzieścia wilków najczystszej krwi. Sam je wychowywał od maleńkich szczeniaków, przywiązał się do nich równie silnie jak one do niego. One zastępowałymu rodzinę, braci, siostry. Spał razem z nimi, jadł z nimi, cierpiał głód narówni z nimi wtedy, kiedy brakowało im świeżej żywności. One były mucałym towarzystwem i najpewniejszą opieką. Skoro zabrakło mięsa,puszczał swą hordę wilków na trop jakiegoś łosia czy karibu. W pościgu za zwierzem wilki zapędziły się nieraz o kilka czy kilkanaście milnaprzód. Ale Bram doganiał wkrótce całą hordę i zawsze znalazł się dlanich porządny kawał mięsa.

Cztery lata takiego życia! Policja wprost wierzyć w to nie chciała.Uśmiechali się z niedowierzaniem, kiedy do uszu ich dochodziłyz daleka wieści, że Bram żyje, że go widziano, że słyszano jego potężnygłos i straszliwe wycie wilków, że Metysi i Indianie w różnych stronachnatrafiają na jego ślady.

W opowiadaniach o Bramie było też dużo przesady i śmiesznych,fantastycznych dodatków. Indianie uważali Brama za istotę nadprzyrodzoną, za czarownika, który zaprzedał duszę swą diabłu i w zamian zato może dowolnie latać w powietrzu. Znajdowali się ludzie, którzycałkiem serio przysięgali się, że widzieli na własne oczy, jak Bram razemz hordą swych wilków latał po niebiosach, polując na jakieś potwornebestie.

Dość na tym, że policja przekonana była, że Bram od dawna już nieżyje. Tymczasem on, uciekając przed ludźmi, coraz bardziej zbliżał sięi upodabniał do swych braci-wilków.

Jednak w żyłach jego płynęła krew białych ludzi. I Bram corazgwałtowniej, coraz silniej tęsknił za głosem ludzkim. Pragnienie torozsadzało nieraz jego potężne piersi. A jednak, Bram nie kochał nigdyw życiu żadnego człowieka.

Pragnienie to właśnie dało początek strasznemu dramatowi, w którym dwoje ludzi — mężczyzna i kobieta — odegrało niepoślednią rolę.

Rozdział II. Osobliwe odkrycie

Mężczyzna ów nazywał się Filip Brant.

Tego wieczoru siedział on w chatce Piotra Breault, rozdzielonystołem od gospodarza. Od pieca, rozpalonego do czerwoności, biłociepło na całą izbę. Był późny wieczór.

Piotr Breault, który polował na lisy, zbudował sobie chatkę naskraju wąskiego pasa szpilkowego lasu, wrzynającego się w obszarBarrenu. Spoza ścian chatki dochodziło żałosne, ponure wycie wichury.Tam dalej, w kierunku wschodnim, była Zatoka Hudsona. Wystarczyłootworzyć drzwi chatki, by posłyszeć głuche, nieustannie przeciągłegrzmoty idące z tamtej strony. Huczało i grzmiało morze, walczącz lodami zaścielającymi Zatokę Hudsona. Czasami rozlegał się głośniejszy huk, gwałtowny niby wystrzał armatni. To pękały góry lodowe,waląc się w fale morskie.

W kierunku zachodnim przestrzeń pusta, gładka, bez żadnychwyniosłości, skał czy zarośli. To Barren, nad którym przez cały dzieńzwisa nisko niebo szare, niby gruba ciężka zasłona, zabarwionamiejscami purpurowo, z którego zda się, lada chwila, runą na ziemięzwały śnieżne. Jeszcze straszniejsze wrażenie robiło to w nocy, kiedywiatr zawodził żałośnie i wokoło rozlegały się piski białych lisów.

— Jak pragnę zbawienia mej duszy — powtarzał Breault — widziałemgo na własne oczy...

Filip Brant przestał się uśmiechać z niedowierzaniem. Wchodził onw skład patrolu policyjnego, stacjonującego w forcie Churchill. Doskonale wiedział, że Piotr Breault był człowiekiem odważnym, bowieminaczej nie ośmieliłby się osiedlić w tym miejscu, w pustkowiu Barrenu. Wiedział też, że Berault nie był wcale przesądnym i zabobonnym,jak to się często zdarza u ludzi w tym zawodzie, bo gdyby tak było, jużdawno uciekłby stąd, nie mogąc znieść tych tajemnych jęków i pisków,jakie rozlegają się każdej nocy w tych pustkowiach.

— Przysięgam panu! — powtórzył Breualt.

Filip słuchał go rozgorączkowany, rumieńce wystąpiły mu natwarzy. Zaciśnięte pięści oparł mocno o stół. Był to mężczyzna w wiekutrzydziestu pięciu lat, smukły i doskonale zbudowany. Oczy miał jasne,błękitne, o połysku stali. Kiedyś, dawniej, ubierał się elegancko, jakwszyscy ludzie cywilizowani. Mieszkał wówczas w dużym mieście.Obecnie odziany był w ubranie ze skóry karibu, o wystrzępionychrękawach. Na rękach rysowały się grube żyły, a na twarzy zmarszczkigłębokie, wyżłobione wśród nieustannych walk z przyrodą, burzamii wichrami.

— To niemożliwe — odparł. — Bram Johnson nie żyje.

— Żyje, proszę pana!

W głosie Piotra Breault wyczuwało się dziwne drżenie.

— Gdybym wiedział to tylko ze słyszenia, gdybym go nie widział nawłasne oczy, wtedy mógłby pan mieć pewne wątpliwości.

Oczy płonęły mu dziwnym blaskiem. Silniejszym nieco głosemzaczął opowiadać:

— Siedziałem tu, w tej samej chacie, kiedy nagle posłyszałem wyciejego wilków. Podszedłem do drzwi, otworzyłem je i przystanąłem,starając się dojrzeć coś w ciemnościach nocy. Byli już niedaleko i zbliżalisię szybko. Posłyszałem stuk kopyt karibu na zamarzniętym śniegu.Przebiegł niedaleko mej chaty w pełnym galopie. A w ślad za nimpędziła horda wyjących wilków. Nad ich wyciem górował głos potężny,tak mocny, jakby dziesięciu ludzi krzyczało jednocześnie. Poznałemnatychmiast ten głos: to głos Brama Johnsona! Polował na zwierza zeswymi wilkami. Tak jest, on żyje. I to jeszcze nie wszystko. Tak jest, tonie wszystko jeszcze.

Mówił gorączkowo, z coraz bardziej wzrastającym wzruszeniem.Filip Brant słuchał go uważnie. Zaczynał już wierzyć, że to, co mu Piotrmówi, jest jednak prawdą.

— No, a potem? — zagadnął. — Widziałeś go pan kiedy jeszcze?

— Owszem — potwierdził Piotr. — I to zupełnie z bliska. Ale to, co wówczas zrobiłem, tego nie powtórzyłbym po raz drugi,choćby mi za to obiecywano wszystkie lisy, jakie gnieżdżą się międzyJeziorem Athabaska a Zatoką Hudsona. Byłem wtedy jak nieprzytomny. Jak urzeczony wybiegłem z chaty i puściłem się za nimi. Szedłem pośniegu, za śladami wyciśniętymi przez łapy wilków i szerokie nartyBrama. Aż w końcu usłyszałem szczękanie potężnych zębów wilczych,szarpiących mięso karibu i jakiś radosny ryk ludzki. Bram dopadł swejofiary i dzielił się łupem z wilkami. Na szczęście wiatr miałem pomyślny,dzięki czemu ta horda nie mogła zwietrzyć mojej obecności. Ale gdybytak kierunek wiatru się zmienił, co by się ze mną stało, na Boga?!

Wstrząsnął się cały nerwowo, załamując palce, aż trzeszczały.

— A jednak, proszę pana, nie ruszyłem się z miejsca, siedziałemukryty za wysoką zaspą śnieżną. Po dobrej chwili Bram ze swą hordąruszyli dalej. Wówczas podszedłem do leżącego na śniegu karibu. Był toduży, tłusty samiec. Obie tylne szynki miał zupełnie odcięte. Ruszyłemw dalszą drogę, za śladami Brama. Noc była tak ciemna, że na dziesięćkroków zupełnie nic nie widziałem. Doszedłem w ten sposób w pobliżemałego lasku. Tam to Bram rozpalił ognisko. Mogłem mu się doskonaleprzyjrzeć. Poznałem go od razu, bo już przedtem, przed owymmorderstwem, zaglądał dwukrotnie do mojej chatki. Rysy twarzy nicmu się nie zmieniły. Siedział otoczony swymi wilkami, głaskał je, mówiłdo nich, śmiejąc się dziko. Widziałem doskonale potężne, błyszczącezęby tych bestii. Patrzyłem, jak ocierały się jeden o drugiego, wtedynagle oprzytomniałem. Zawróciłem i popędziłem z powrotem w kierunku chatki. A biegiem tak szybko, że nawet i wilki, zdaje mi się, niezdołałyby mnie doścignąć... I to jeszcze nie koniec.

Wpatrywał się uważnie w Branta, wyłamując nerwowo palce.

— Wierzy mi pan teraz?

Filip potrząsnął głową.

— Zasadniczo wydaje mi się to niemożliwe. A jednak wierzę, że niebyło to tylko przywidzeniem.

Piotr Breault odetchnął z widocznym zadowoleniem. Podnosząc siępowoli z krzesła zagadnął:

— A będzie mi pan wierzył, jeżeli opowiem mu i resztę?

— Będę.

Piotr przeszedł do sąsiedniego pokoiku, służącego mu za sypialnię.Wyszedł stamtąd, niosąc w ręku mały woreczek ze skóry renifera,w którym zazwyczaj nosił hubkę i krzesiwo.

— Na drugi dzień — podjął opowiadanie — wróciłem znów na tosamo miejsce, gdzie widziałem Brama. Bram już dawno poszedłw dalszą drogę ze swymi wilkami.

Resztę nocy przespał pod gałęziami dużego świerku, a potemposzedł dalej. Tam, gdzie szedł, śnieg wydawał się po prostu jakbygładko zmieciony — takie szerokie ślady pozostawiały na nim olbrzymiebuciska tego potwora. Rozglądałem się uważnie dookoła, w nadziei, żeznajdę może jakikolwiek przedmiot pozostawiony przez Brama w miejscu jego noclegu. I wreszcie znalazłem to.

Zaczął rozwiązywać mały woreczek ze skóry renifera. Filip Brantczekał w milczeniu.

— Są to, proszę pana — mówił Piotr — sidła na zające; widoczniewypadły mu z kieszeni podczas snu.

Podał je Filipowi.

Zawieszona u powały lampka oliwna oświetlała słabo stół, przyktórym siedzieli. Filip Brant przyjrzał się uważnie owym sidłom i z piersijego wyrwał się okrzyk zdumienia.

Piotr Breault czekał na ów okrzyk. Oto z początku nie chcianowierzyć temu, co mówił. Teraz on triumfował, radość biła z jego twarzy.A Filip niemal zatrzymał dech w piersi, wpatrując się z całym natężeniem w ów tajemniczy przedmiot, trzymany w ręku, a błyszczącyw świetle lampki. Tak, nie było wątpliwości: były to sidła, długie mniejwięcej na jeden jard, z węzłem na jednym końcu, z ową typową pętlą,,chippewayską” na drugim.

W gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego.

Tak, tylko że sidła te zrobione były ze złotych włosów kobiecych!

Rozdział III. Brant postanawia działać

Zdarza się nieraz, że pod wpływem jakiegoś gwałtownego bodźcaczłowiek, nie zastanawiając się, podejmuje od razu jakieś postanowienie.

Filip Brant, po owym mimowolnym zupełnie okrzyku zdziwienia,który wyrwał mu się z ust, siedział w milczeniu. Nie rzekł ani słowa doPiotra. Wiatr ucichł, zaległa cisza, przerywana jedynie monotonnymtykaniem zegarka Piotra. Breault z wolna podniósł głowę, pochyloną nadjedwabistymi sidłami. Oczy jego spotkały się ze spojrzeniem Branta.

Obaj mężczyźni mieli jednakie myśli w tej chwili. Gdyby owewłosy były czarne... Gdyby były brunatne... lub choćby jasnoblond,rudawe, jakie spotyka się u Eskimosek, mieszkających w dolnym biegurzeki Mackenzie... Ale nie, miały one kolor złocisty, kolor czystegopłynnego złota!

Filip nie mówiąc nic, wydobył z kieszeni nóż i przeciął kilka włosówpowyżej drugiego węzła. Włosy rozplotły się i spłynęły na stół lśniącą,miękką i jedwabistą falą. Kolor ich był jasnozłoty, zupełnie niezwykły.Podobnego koloru włosów Filip nigdy jeszcze nie widział. I równocześnie pomyślał z podziwem, ile to potrzeba było cierpliwości i zręczności,by upleść z nich takie sidła.

Spojrzał na Piotra z niemym pytaniem.

— Znaczy to — odezwał się Piotr — że Bram musi mieć jakąśkobietę...

— Z pewnością — przytaknął Brant. — Kobietę żywą lub...

Nie dokończył zdania. Rozumieli się doskonale. Jedno i to samookropne pytanie dręczyło ich umysły. Piotr wzruszył tylko ramionami.Cóż można było na to pytanie odpowiedzieć? Wzdrygnął się, bo otoniespodziewany powiew wiatru wstrząsnął gwałtownie drzwiami.

— Ej, do licha! — zakrzyknął, odzyskując całą zimną krew, i odsłaniając w uśmiechu swe białe zęby, dodał: — zdenerwowała mnie już tacała historia. Bram ze swoimi wilkami i te osobliwe sidła... wieczorem...przy świetle lampki...

Rzucił znów okiem na leżące na stole włosy.

— Zastanów się pan — podjął Filip. — Widziałeś już kiedyś włosypodobnego koloru?

— Nie, nigdy w życiu.

— A przecież widziałeś już niejedną białą kobietę, czy to w forcieChurchill, czy w York Factory, czy w Cumberland House, NorwayHouse lub w forcie Albany!

— Naturalnie! I w innych stronach także, ale nigdy nie spotkałemkobiety, która miałaby włosy tego koloru.

— A Bram, o ile nam wiadomo, nie zapuszczał się nigdy dalej napołudnie jak do fortu Chippewyan. Wszystko to razem wydaje mi sięzupełnie niezrozumiałe. A ty, co sądzisz o tym? No, mówże! O czym takmyślisz?

— O czym myślę? — powtórzył powoli Piotr, wpatrując się w swegogościa — myślę o wilkołaku... o owych czasach... i zaczynam powoli w niewierzyć, choć wcale nie jestem zabobonnym... wcale nie...

Z pewnym zażenowaniem mówił dalej niepewnym głosem:

— Ale, widzi pan, ludzie opowiadają o Bramie i jego wilkach takiepotworne historie. Podobno, jak mówią, zaprzedał on swą duszę diabłu iw zamian za to może, kiedy mu się tylko spodoba, latać w powietrzu lubprzemieniać się w wilka. Opowiadano mi, że widzieli go ludzie, jakgdzieś wysoko na niebie śpiewał jakąś dziką piosenkę, przy akompaniamencie wyjących wilków. Natknąłem się też na szczep Indian,pogrążonych w modłach i adoracji, bo widzieli Brama otoczonegowilkami, jak budował sobie zaklęty pałac w samym środku chmury,błyskającego gromami. Wobec tego nic dziwnego, że Bram łapie zającew sidła, splecione z włosów kobiecych.

— I równie nic dziwnego, że potrafi włosom czarnym nadać kolorzłocisty — wtrącił Filip.

— Ha, co w tym wszystkim jest prawdą? Któż to może wiedzieć?

Na twarzy Piotra wyczytać można było wewnętrzną walkę. Starałsię otrząsnąć z owych przesądów i zabobonów, które drzemały dotądgdzieś na dnie jego duszy, a obecnie nagle odezwały się z całą siłą.Wreszcie zacisnął mocno zęby, wyprostował się i odrzucając głowęw tył, oświadczył:

— Wszystko to są tylko bajeczki, proszę pana. Umyślnie pokazałempanu te sidła. Bram Johnson nie umarł. On żyje! I ma u siebie jakąśkobietę, o ile...

— Tak... o ile...

I znowu przemknęła im ta sama straszna myśl, której wypowiedziećgłośno nie mieli odwagi.

Filip owinął ostrożnie pukiel włosów wokół palca. Wydobyłz kieszeni mały skórzany woreczek i schował do niego owe niezwykłesidła. Potem nabił fajeczkę tytoniem i zapalił. Podszedł do drzwi,otworzył je i stał chwilę nieruchomo, wsłuchany w ponury świst wichru.Piotr siedział dalej przy stole, obserwując go uważnie.

Wreszcie Filip zamknął drzwi i zajął swe miejsce przy stole. Widaćbyło, że już powziął jakąś decyzję.

— Stąd do fortu Churchill jest 300 mil angielskich — mówiłz namysłem. — Mniej więcej w połowie drogi, w pobliżu Jeziora Jezusa,znajduje się kwatera Mac Veigha i jego ludzi. O ile wybiorę się w pościgza Bramem, musiałbym przesłać krótki raport do Mac, następnie dalej,do fortu Churchill. Słuchaj tedy, Piotrze: czy mógłbyś na parę dnizostawić w spokoju twoje łapki na lisy i zanieść ten mój raport?

— Dobrze, zaniosę — odparł Piotr po krótkim namyśle.

Do późnej godziny w nocy Filip pisał swój raport. Wysłano gow pościg za bandą złodziei-Indian. Obecnie zawiadomił inspektoraFitzgeralda, komendanta dywizji w forcie Churchill, o tym, czegodowiedział się od Piotra Breault, a czemu należało jednak dać wiarę.Bram Johnson, potrójny morderca, żyje! Więc on pójdzie w pościg zanim. Prosi komendanta, by na jego miejsce wysłano kogoś innegocelem schwytania owej bandy złodziejskiej. Wreszcie podał z możliwądokładnością, w którym kierunku zamierza wyruszyć w pościg zaBramem.

Skończywszy pisać raport, zapieczętował go. Raport był obszernyi wyczerpujący. Brakowało w nim jednej tylko rzeczy. Filip Brant niewspomniał ani słówkiem o owych sidłach i złocistych włosach kobiecych.

Rozdział IV.W drogę!...

Nazajutrz rano, choć szalała jeszcze zawierucha śnieżna, FilipBrant, pod przewodnictwem Piotra Breaulta, puścił się w drogę. Piotrdoprowadził go do miejsca, w którym przed zaledwie trzema dniaminocował Bram Johnson w towarzystwie swych wilków. Przez te trzy dniwichry nawiały tyle śniegu z pustynnego Barrenu, że ów świerk, podktórym wówczas Bram nocował, zasypany był prawie do połowywysokości zwałami twardego śniegu.

Piotr Breault określił jak najdokładniej kierunek, w którym najprawdopodobniej następnego ranka wyruszył Bram. Brant wydobyłbusolę i ustawił jej strzałkę w odpowiedni sposób tak, aby mógł sięw każdej chwili dokładnie zorientować, gdzie jest. W ten sposób doszedłdo jednego, zupełnie pewnego wniosku.

— Bram — rzekł do Piotra — ukrywa się gdzieś na granicy Barrenu,wśród lasów i zarośli. W tym też kierunku pójdę. Możesz jeszczedodatkowo, uzupełniając mój raport, powiedzieć Mac Veghowi i to.Ale pamiętaj: o sidłach ani słowa! Tak będzie lepiej, sam to rozumiesz.Jeżeli bowiem Bram jest rzeczywiście wilkołakiem i przędzie złote włosyna wietrze...

— Nic nie powiem, proszę pana — zapewnił Piotr drżącym głosem.

Uścisnęli sobie ręce na pożegnanie i rozstali się w milczeniu. Filipobrócił się twarzą na zachód i wkrótce stracił z oczu Piotra Breaulta.

Nie upłynęła jeszcze godzina, a już Filip Brant zaczął sobie zdawaćsprawę z niebezpieczeństwa tej karkołomnej wyprawy, na którą samdobrowolnie się porwał. Sanki swoje i zaprzęg psów zostawił u PiotraBreaulta, uważając, że tak będzie lepiej. Cały jego bagaż, umocowanywygodnie na plecach, nie ważył więcej niż czterdzieści funtów. Mieściłsię tam zwinięty namiot z najlepszego jedwabiu, ważący trzy funtyi mogący oprzeć się skutecznie najgwałtowniejszym wichrom. Dalejniezbędne przybory kuchenne, o tej samej wadze, piętnaście funtówmąki i cały magazyn artykułów spożywczych w formie tabletek lubsproszkowanych pożywnych ekstraktów, a więc: jajka, kartofle, kawaitp. Zapas tej żywności, doliczając do tego zwierzynę, jaką po drodzemoże upolować, powinien mu wystarczyć na miesiąc. Uzbrojenie jegoskładało się ze strzelby i służbowego rewolweru-colta z odpowiednimzapasem amunicji.

Licząc w myśli owe zapasy tak cennej żywności ukryte w worku naplecach, roześmiał się trochę drwiąco. Oto przyszła mu równocześnie dogłowy inna myśl — wspomnienie z lat dawnych. Co też powiedzielibyjego dawni przyjaciele, gdyby tak jakimś cudem znaleźli się w tej chwilitu, obok niego. A przede wszystkim, co powiedziałaby i co zrobiłabyMignan Davenport? Wyobraża sobie, z jakim obrzydzeniem i zgroząskrzywiłaby swą arystokratyczną buzię! Ten wicher, co hula swobodniepo Barrenie, zmroziłby błękitną krew w jej żyłach. Nie wytrzymałabytego! Wiedział o tym, bo znał ją przecież doskonale... Był czas, kiedymówiono o ich małżeństwie.

To ciekawe jednak, że w tej chwili, gdy idzie w tropy owegotajemniczego Brama, może jeszcze myśleć o niej. Trudno, niepodobnaodpędzić obrazu tej natrętnej myśli. A mógłby się założyć, że Mignonzapomniała już zupełnie o nim, tak samo jak jego dawni przyjaciele.Miłość i przyjaźń nie trwała długo. Mignon pierwsza postarała się mu toudowodnić. Skrzywił twarz w grymasie i zaczął się śmiać wesoło.

Jak to się jednak dziwnie wszystko składa na tym świecie! Jakiebajeczne kawały trafiają się w życiu! Pamięta doskonale: kiedyśprzeziębił się — przyszło zapalenie płuc. Z każdym dniem chudłi mizerniał coraz bardziej, policzki zapadły mu się na wybladłej twarzy.Jednym słowem: galopujące suchoty, czy coś w tym guście. A w dużychbłękitnych oczach Mignon malowało się przerażenie, rosnące z każdymdniem. Aż wreszcie pewnego dnia przyszła do niego, oświadczając muz naiwną otwartością, że byłoby jej strasznie nieprzyjemnie przyznać sięprzed znajomymi, że zaręczona jest z suchotnikiem.

Filip na to wspomnienie wybuchnął śmiechem tak hałaśliwymi szczerym, że Bram mógłby go posłyszeć z odległości nawet stu jardów.On — suchotnikiem! Rozkrzyżował szeroko potężne ramiona, aż stawyzatrzeszczały, i wciągnął głęboko w płuca rześkie, mroźne powietrze.Czuł się mocny i zdrowy jak rydz. Wyzdrowiał tutaj, wśród tycholbrzymich borów, śniegów i lodów. Kochał całym sercem te północnestrony, które mu wróciły zdrowie. Kochał je i dlatego przed dwoma latywstąpił w służbę królewskiej policji, ogarnięty żądzą przygód i awantur.Kiedyś wróci może na jakiś czas tam na południe, do swych znajomych.

Ależ zrobią wielkie oczy na jego widok! A Mignon, ta chyba umrzeze zgryzoty, kiedy zobaczy go w tak znakomitym zdrowiu!

Potem myśli jego wróciły znów do owego zagadkowego Brama.W ciągu dwóch lat swej służby zebrał stopniowo szereg informacjio tym dziwnym, a niebezpiecznym człowieku.

Indianie i Metysi uważali Brama za jakiegoś potwora, za potężnegoczarownika, pozostającego w porozumieniu z diabłami. W oczachpolicji natomiast uchodził on za mordercę i jednego z najniebezpieczniejszych zbrodniarzy w całym Northland, którego należało jak najszybciej złapać i unieszkodliwić. Toteż ten szczęśliwiec, któremu udałoby się Brama oddać w ręce władzy, żywego czy umarłego, mógłby byćz góry pewnym awansu na sierżanta. Niejeden próbował już szczęścia,podniecony ambicją i nadzieją awansu, aż ostatecznie wszyscy doszli doprzekonania, że Bram już nie żyje.

Filip Brant nie dlatego jednak zapuszczał się teraz w to pustkowiezimnego Barrenu, że pragnął zdobyć rangę sierżanta. Nie. I tak jużniedługo wygaśnie jego kontrakt, a potem wcale nie myśli zostać dłużejw służbie policyjnej. Inny był powód, inna siła wewnętrzna gnała gonaprzód.

Od owej chwili, gdy ujął w rękę ową sieć ze złotych włosów,opanowało go dziwne wzruszenie — uczucie nieznane mu dotychczas,z którym nie zdradził się zupełnie przed Piotrem Breaultem. Nie był onw tej chwili zimnym służbistą, polującym na zbrodniarza, zawziętym najego wolność lub życie. Prawda, zdawał sobie doskonale z tego sprawę,że obowiązkiem jego jest schwytać Brama i odprowadzić go skutego dogłównej kwatery policji. I zdecydowany był wypełnić ten swój obowiązek, o ile... Owa złota sieć była tą niewiadomą, którą musiał braćw rachubę w swych planach. Sprawa komplikowała się poważnie...

To prawda, były chwile, kiedy mówił sobie, że on sam dobrowolniekomplikował całą sprawę, może bez słusznej przyczyny. Przecież Brammógł wejść w posiadanie tych włosów na tysiąc różnych sposobów.A może owe niby-sidla były tylko jakimś talizmanem, który Bram,z natury już zabobonny, nosił przy sobie od szeregu lat, talizmanemchroniącym go od chorób i czarów.

Ale Filip jakoś nie chciał w to uwierzyć. A kiedy w południezatrzymał się, by rozpalić ogień, zagotować herbatę i odgrzać placekowsiany — wydobył z portfela ów pęk złotych włosów i zaczął mu siębacznie przyglądać.

Nie, stanowczo nie! Włosy te musiały być niedawno dopieroobcięte, to nie ulega wątpliwości. Przecież takie były miękkie, jedwabiste, taki miały żywy połysk! Cieniutkie były, długie, wszystkie jednakowej długości.

Zjadł śniadanie i puścił się w dalszą drogę. Przez ostatnie trzydni szalała taka śnieżyca, że zniknęły zupełnie wszelkie ślady po Bramie i jego wilkach. Mimo to jednak, Filip był najmocniej przekonany,że Bram nie wyszedł poza obręb wielkiego Barrenu północy, owego Barrenu, którego nie znajdziesz na żadnej mapie — oceanu śniegów, wśród których od tak dawna ukrywa się ten morderca. Olbrzymia pustynia śnieżna, szerokości pięciuset mil od wschodu, leżącamniej więcej pod sześćdziesiątym stopniem szerokości, była dlaBrama i jemu podobnych tym mniej więcej, czym był ongiśOcean Spokojny dla piratów. Straszliwe te pustkowia (Filipwzdrygał się już na samą myśl o nich) gorsze były nawet, niż okolice Bieguna Północnego, gdzie przynajmniej ma się Eskimosówza towarzyszy. To, na co się porwał, było niesłychanym zuchwalstwem. Liczył tylko, że utrzyma się przez dłuższy czas ładna pogodai że uda mu się wkrótce odnaleźć świeże tropy Brama i jegowilków.

Zdecydowany był też nie zapuszczać się poza strefę drzew i zarośli,gdzie z pewnością Bram urządził sobie legowisko, do którego prędzejczy później zechce powrócić. Ale jeżeli Bram poszedł prosto przed siebie,w śnieżną pustynię Barrenu, mogą upłynąć całe długie tygodnie, zanimstamtąd zechce powrócić.

Śnieżyca, szalejąca już od kilku dni, ucichła w ciągu nocy. Przez całytydzień pogoda była prześliczna. Mróz wprawdzie był silny, ale śnieg jużnie padał.

W ciągu tego tygodnia Filip zrobił sto dwadzieścia mil w kierunkuzachodnim. Ósmej nocy, kiedy siedział przy ognisku, bawiąc się znówrozplataniem złotej sieci, nastąpiło nareszcie owo upragnione spotkanie.

Rozdział V.Spotkanie z Bramem

Noc była tak jasna, że czarne cienie wielkich świerków, rysujące sięna śniegu, wydawały się jak żywe. Sklepienie niebios czyściutkie, nibylazur morza, usiane było miliardami gwiazd. Można się było obejść bezświatła księżyca. Na odległość trzystu jardów Filip mógł dostrzecwyraźnie idącego karibu.

Siedział, grzejąc się przy ogniu, i głaskał sieci z jedwabistych włosów.Uszu jego dochodziła owa „muzyka niebios”, cicha, fantastycznaharmonia dziwnych dźwięków i tonów, rozlegająca się w tych stronachprzed świtem. To jakiś przenikliwy gwizd, to znów łagodne pomruki,przypominające mruczenie kota, to znów dziwne, niemal metalicznedźwięki, podobne do brzęczenia pszczół.

Filip splótł z powrotem wszystkie oczka sieci i schował ją staranniedo woreczka. Nagle wyprostował się i bacznie nasłuchiwał. Gdzieśz oddali dobiegały inne dźwięki, nie mające nic wspólnego z ową,,muzyką niebios”. Zerwał się na równe nogi i przemykając ostrożniewśród zarośli podsunął się na kilka jardów od ogniska, niemal na samskraj lasu.

Z dość znacznej odległości — jednej mili, może dwóch, doleciało dojego uszu ponure wycie wilków.

W ciągu dwóch lat swej służby w policji Filip niejednokrotnie jużsłyszał takie głosy. Nigdy jeszcze nie wywarły one na nim podobniesilnego wrażenia. Krew uderzyła mu gwałtownie do głowy. Błyskawicznie przypomniał sobie to wszystko, co mu mówił Piotr Breault. Tak jest!Nie ulega żadnej wątpliwości: to Bram poluje ze swą hordą wilków. Idąw tę stronę!

Wrócił czym prędzej do ogniska, rozgrzał nad nim zimną lufę swejstrzelby, po czym zgasił ogień, zasypując płonące gałęzie śniegiem.Podszedł znów na sam kraj lasku, gdzie obrał sobie stanowisko u stópnajwyższego świerku, jaki znajdował się w pobliżu. W razie niebezpieczeństwa będzie mógł się wdrapać na drzewo.

Niebezpieczeństwo zbliżało się szybko. Cała horda wilków, wiedziona przez człowieka-zwierzę, gnała z ogromnym impetem prosto naniego. Wilki były już w odległości trzystu kroków, kiedy Brantzdecydował się wejść na drzewo. Wspinał się, dysząc ciężko, a serce biłomu niby młot. Świerk, wysoki na jakieś dwanaście stóp, nie był grubszyod ramienia mężczyzny, był schronieniem niezbyt bezpiecznym. Przypomniało mu się, jak to kiedyś wypadło ukryć paręset funtów mięsawśród gałęzi dużych cedrów, o pniach grubszych od jego uda. A w ciągunocy stada wilków przegryzły pień każdego drzewa.

Usadowiwszy się możliwie wysoko na drzewie, Filip powiódłwzrokiem po śnieżnej bieli Barrenu, oświetlonej blaskiem gwiazd.

Wycie wilków ucichło, najlepszy znak, że polowanie dobiegło jużkońca. Słychać było tylko pospieszny stukot kopyt karibu na twardejskorupie śniegu. Filip dojrzał też czarną sylwetkę zwierza, uciekającegow galopie przed ścigającą go hordą, która niemal już podcinała mu nogi.Wilki, w liczbie około dwudziestu, rozwinięte w długie półkole, starałysię odciąć drogę ucieczki biednemu karibu, który pędził wzdłuż skrajulasu, na próżno próbując dostać się w głąb zarośli. Szare cielska wilków,mignęły tylko przed oczami Filipa i wkrótce wszystko zniknęło muz oczu.

Filip zsunął się z drzewa i przyczaił w zaspach śniegu. Według jegoobliczeń karibu zdoła ubiec jeszcze milę, zanim dostanie się pod kłyi pazury goniących go dzikich bestii. Ukryty w cieniu drzewa czekałwięc cierpliwie, z wytężoną uwagą, jednocześnie pewny, że Bramwkrótce będzie wracać tą samą drogą.

I rzeczywiście, w kilkanaście minut później, usłyszał typowy, charakterystyczny szelest sunących po śniegu nart. Filip poczuł, jak krewnapływa mu gwałtownie do głowy. Oto za parę minut ujrzy owegoposzukiwanego zbrodniarza. Ułożył już sobie wcześniej cały plan działania. Okoliczności składały się dla Filipa nadspodziewanie pomyślnie.Gdyby Bram znajdował się w otoczeniu swych wilków, które w każdejchwili na znak swego pana gotowe były rzucić się na wroga, schwytanieBrama przedstawiałoby ogromne trudności. Ale w tej chwili wilki zajętebyły upolowaną zdobyczą; Bram przechodzić będzie więc sam, nietrudno będzie go złapać.

Filip przystanął tuż za świerkiem, strzelbę postawił obok. W prawąrękę chwycił swój rewolwer służbowy. Z wytężonym wzrokiem czekał nazjawienie się Brama, który lada chwila powinien wracać tą samą drogą.

Ale w pustkowiach Barrenu nie można polegać ani na wzroku, anina słuchu. Podczas gdy Filip szukał go wzrokiem po rozległej śnieżnejpustce, Bram zjawił się nagle, jakby spod ziemi, w odległości niespełnadwudziestu kroków od niego.

Filipa przeraził ten widok niespodziewany, tak bardzo, że ledwopowstrzymał okrzyk zdumienia.

W tej właśnie chwili Bram przystanął, wciągając pełną piersiąpowietrze i dysząc ciężko. Nadstawił uważnie głowę w kierunku, gdziejego wilki wciąż ucztowały.

Bram był naprawdę olbrzymiego wzrostu; być może w półmrokunocy wydawał się jeszcze wyższy. Długie, zwichrzone kudły opadały muna ramiona, brodę miał gęstą, krótką, a oczy lśniły w ciemnościach,zupełnie jak oczy kota. Wyraz twarzy na poły ludzki, na poły bydlęcy— jakiegoś stworzenia, co czuje, że na niego polują tak samo, jak onopoluje na inne zwierzęta. Na zawsze wryły się w pamięć Filipa rysy tejtwarzy, twarzy jakiegoś szalonego straceńca, wyrzuconego poza margines ludzkości.

Nadeszła chwila ostateczna. Filip zacisnął mocno dłoń, w którejtrzymał kolbę rewolweru, i postąpił o parę kroków do przodu, wynurzając się z cienia.

Bram mógłby go już spostrzec, gdyby nie to, że właśnie odrzuciłw tył swą ogromną głowę, uwalniając jednocześnie z piersi potężny,dziki okrzyk. Przypominało to jakiś przeciągły grzmot, przechodzącystopniowo w przerażające wycie, które z pewnością słychać byłow odległości paru mil. Podobnego wycia Filip nie słyszał nigdy w życiu.Był to widocznie sygnał, za pomocą którego Bram, człowiek-zwierzę,zwoływał swych braci-wilków.

Nagle sygnał urwał się. Może jakiś instynkt ostrzegł Brama, że grozimu niebezpieczeństwo. Zanim Filip zdążył zdecydować się na jakieśwystąpienie, Bram już niknął mu z oczu, sunąc po śniegu na swychnartach z nieopisaną szybkością. Równocześnie do uszu Filipa dobiegłjakiś niesamowity, szalony śmiech, ten sam śmiech, o którym z drżeniemopowiadał mu niedawno Piotr Breault.

Nie ruszając się z miejsca, Filip zaczął wołać głośno:

— Bram! Bram Johnson! Stój! Stój! W imieniu Jego KrólewskiejMości!

Bram usłyszał wołanie, nie przystanął jednak, tylko przyspieszyłjeszcze bieg. Filip krzyknął ponownie:

— Bram, Bram Johnson!

A cała odpowiedź jaką usłyszał, to był grubiański szyderczy śmiech.

Filip podniósł ramię, nie celując zbyt uważnie, wystrzelił dwukrotnie w kierunku uciekającego. Kule przeleciały ze świstem koło samejgłowy Brama.

— Bram! Bram Johnson! — krzyknął Filip po raz trzeci.

I tym razem wołanie nie odniosło żadnego skutku. Opuścił ramię,ścigając wzrokiem olbrzymią czarną sylwetkę uciekającego, którawkrótce rozpłynęła się w mrokach nocy.

I znowu Filip został sam wśród śnieżnego pustkowia. Teraz dopierouprzytomnił sobie całą dziecinność swego zachowania. Wołał na Bramatak drżącym głosem, że tylko na śmiech się naraził. Z pewnością teżBram, spostrzegłszy, że ma do czynienia z niezdecydowanym, bojaźliwym przeciwnikiem, najpewniej wróci tu ze swymi wilkami.

Niespokojnie i lękliwie wpatrywał się w śnieżną przestrzeń, gdzieBram zniknął mu z oczu. Wracając do zarośli, wśród których rozbiłswój namiot, wspominał żałosny los kaprala Lee i jego towarzyszy.Czyżby i jego czekało coś podobnego?

Rozważał w myśli wszystkie możliwe szanse, bo Filip był jednakdzielnym człowiekiem i nigdy nie poddawał się rozpaczy. Zasiadł przydogasającym i słabo już dymiącym ognisku, starając się uporządkowaćswe myśli i odzyskać zupełną równowagę umysłu.

Bram nie wydawał mu się strasznym. Bez wahania i bez trwogipodjąłby z nim walkę. Kurczowo zacisnął dłoń na kolbie rewolweru. Alewalka czeka go nie tylko z Bramem, lecz i z jego hordą wilków. Bramzapewne sam nie pokaże się mu na oczy; poszczuje na niego swe wilki,a sam śmiać się tylko będzie szyderczo. Tak samo było z kapralem Lee.Teraz, kiedy Filip go już odszukał i zdradził się przed nim ze swymizamiarami, Bram z pewnością starać się będzie unieszkodliwić natychmiast swego prześladowcę, aby ratować własne życie.

Nagle przyszła mu pewna myśl do głowy. Bram przecież — tak jakgo widział w mroku wieczorem — nie miał żadnej broni. Ta myślnapełniła go otuchą. Wdrapie się na drzewo, i wówczas będzie mógłstoczyć zwycięską walkę z całą hordą wilków. Wystrzela je wszystkie pokolei. Mając strzelbę, rewolwer i odpowiedni zapas amunicji, da sobiez nimi radę. Tylko trzeba mieć pewność, że rzeczywiście Bram nieposiada strzelby, bo w tym wypadku...

Podniósł porzucony poprzednio kożuch i okrył się nim. Do kieszenischował naboje, tyle tylko ile się zmieściło. Następnie podszedł na skrajlasku; tam wybrał sobie gruby, sękaty świerk, rosnący na osobności.

Świerk ten nadawał się znakomicie na punkt obserwacyjny. Będziemógł wystrzelać całą hordę. Ale, jeżeli Bram posiada strzelbę, wtedyświerk ten będzie dla niego znakomitym celem do strzału.

Bądź co bądź, należało się zdecydować. A Filip nie miał innegowyboru.

Rozdział VI.,,Złapał Kozak Tatarzyna... ”

Filip czekał. W pewnej chwili spojrzał na zegarek: dochodziłapółnoc, a więc czeka już dobrą godzinę. Najlżejszy nawet szmer,dochodzący czy to od Barrenu, czy z pobliskich zarośli, przejmował gonieopisanym lękiem. Przekonany był święcie, że Bram zjawi się ze swojąhordą niespodziewanie, wyrośnie jak spod ziemi, że nie posłyszy anistąpania Brama, ani też ostrożnych kroków skradających się ku niemuwilków.

Dwukrotnie załopotał mu nad głową wielki puchacz śniegowy, a zatrzecim razem puchacz ów rzucił się na przemykającego wśród zaroślizająca. Za każdym razem Filip pewny był, że nadchodzi już momentdecydujący. Potem znów doleciał go pisk małych białych lisów,kręcących się tu i tam, ciekawych na wszystko, jak małe dzieci. Ilekroćposłyszał te piski, targany lękiem wdrapywał się coraz wyżej na drzewo.Wreszcie przyszła reakcja i pewne odprężenie nerwowe — tętno zaczęłomu bić spokojniej i regularniej.

Może jednak uniknie tego nieszczęścia, które sam sobie ściągnął nagłowę? Może Bram przeląkł się strzałów do tego stopnia, iż nie maodwagi pokazać się znowu. Teraz Bram nie wydawał mu się już takimstrasznym potworem, jak to było w pierwszej chwili. Na jego wyniszczonej twarzy wycisnęła swe piętno rozpacz obłędna. Filip zaczął odczuwaćpewną sympatię do tego nieszczęśliwego potwora.

Niewątpliwie Bram, który od lat nie żył dla świata i ludzi, popaśćmusiał w pewnego rodzaju obłęd pod wpływem tej okropnej samotności. Już i wilki Brama nie wydawały mu się teraz takie straszne,a polowanie na człowieka jakby straciło dla Filipa cały urok.

Przypomniał sobie znowu ową sieć ze złotych włosów. Nie,stanowczo nie! Te jedwabiste, połyskujące włosy; które miał starannieschowane w kieszeni, nie mogły pochodzić z jakiejś dawnej transakcjizamiennej. Włosy te ścięte zostały niedawno z głowy kobiety. W takimrazie Bram nie był więc samotny. Miał jakąś kobietę. I to kobietęz takimi włosami!

Filip zsunął się z drzewa na ziemię.

Przez całą godzinę spacerował wzdłuż skraju lasku. Potem rozpaliłna nowo ognisko, bacznie wsłuchując się w każdy najdrobniejszy nawetszelest. Mróz chwytał coraz ostrzejszy. Cichła z wolna owa „muzykaniebios”, przechodząc w nieokreślony, coraz słabszy szmer. Gwiazdybledły kolejno — rzekłbyś, cofały się gdzieś w głąb niebios, w zaświaty,coraz dalej od naszej ziemi.

To stopniowe znikanie gwiazd, które Filip obserwował zawsze z równym zainteresowaniem, jest jednym z najosobliwszychfenomenów w tych podbiegunowych okolicach. Wydaje się, jak gdybysetki tysięcy rąk niewidzialnych przesuwało się po sklepieniu niebieskim, gasząc je po kolei — najpierw najsłabiej świecące, potem jaśniejszei większe. Aż wreszcie ciemność zapadła zupełna, dopiero w jakieś półgodziny później ponad tą przepastną ciemnością wstawała zorzapółnocna.

Kiedy ziemię zaległy nieprzeniknione ciemności, Filip poczuł, że lękznów go ogarnia. Może właśnie Bram czekał, aby go napaść znienacka?Przy blasku ogniska spojrzał na zegarek: była godzina czwarta rano.Zagasił ognisko i wdrapał się z powrotem na drzewo. Bram się niezjawiał.

Wreszcie wstała szara jutrzenka.

Filip zszedł znowu z drzewa i już po raz trzeci rozniecił ogień, abysobie przyrządzić śniadanie. Zagotował podwójną porcję kawy. O siódmej rano był już gotów do dalszej drogi, zdecydowany ścigać dalejowego zagadkowego człowieka. Nie ma co mówić: Bram stracił tej nocyznakomitą sposobność, by pozbyć się raz na zawsze swego prześladowcy. A co więcej, uciekając, sam wskazywał mu drogę wiodącą doodkrycia tajemnicy owych złotych włosów. Wszystko zatem składało siępo myśli ścigającego.

Filip ruszył w drogę, posuwając się wzdłuż brzegu lasku. Po jakichśtrzydziestu minutach marszu doszedł do miejsca, gdzie w nocy rozegrałasię ostatnia walka wilków z karibu. Ścigane zwierzę upadło w odległościpięćdziesięciu jardów od zarośli. W promieniu dwudziestu stóp śniegbył zupełnie wydeptany kopytami karibu i łapami wilków. Czerwoneplamy krwi dookoła; po śniegu walały się obgryzione kości i płaty skóry— jedyne resztki pozostałe po wspaniałym zwierzu.

Można było jeszcze dojrzeć miejsce, w którym Bram odpiął swenarty i położył je na śniegu. Odciski jego butów mieszały się ze śladamiwilczych łap. Bram przyszedł widocznie jeszcze na czas, by uratować dlasiebie najlepszy kąsek — udo karibu. I tylko gwiazdy spoglądały z góryna tę biesiadę wygłodniałej hordy, co pożarła niemal wszystko opróczwnętrzności. Spoglądały też na Brama, który na miejscu musiał nasycićswój głód, pozostawiając tylko odpadki. Na białej karcie śniegu możnato było wszystko wyczytać z całą dokładnością, jak z książki. I terazdopiero Filip uświadomił sobie w całej pełni, jakiego okropnegoniebezpieczeństwa udało mu się uniknąć.

Ale na białej karcie śniegu wyczytał jeszcze coś więcej. Oto Brammiał ze sobą sanki, na które załadował pozostałą resztę karibu.Oglądając ślady na śniegu, Filip mógł stwierdzić, że sanki były typu,,votapanask”, znacznie jednak dłuższe i szersze. Reszty można się byłodomyśleć z łatwością. Kiedy cała horda już najadła się do syta, Bramzaprzągł wilki do sanek i puścił się w dalszą drogę, prosto na północ,poprzez pustkowia Barrenu. Trzeba było tylko iść za jego śladem.

Filip nazbierał suchych gałęzi. Rozpalił duży ogień i przyrządziłsobie zapas żywności wystarczający na sześć dni. Postanowił przez trzydni iść za śladem Brama poprzez te straszne pustkowia Barrenu, niezbadane dotychczas przez nikogo. Iść jeszcze dalej, nie mając sanek,byłoby prostym szaleństwem. Zatem przez trzy dni będzie go ścigał; trzydni pozostanie mu na powrót. Ale nawet i taka krótka ekspedycja byłaniesłychanie ryzykowna. Było to po prostu igranie ze śmiercią, bo nadgłową Filipa wisiała najstraszniejsza ze wszystkich gróźb — groźbaburzy śnieżnej.

W chwili, kiedy wyruszył w drogę, wytyczając dokładnie kierunekza pomocą busoli, poczuł pewien lęk. Dzień był szary i ponury.Jak daleko okiem sięgnąć — jedna płaszczyzna śnieżna, sięgająca aż pokrańce horyzontu.

Już po godzinie marszu Filip znalazł się wśród absolutnej pustkii milczenia. Zniknęły ciemne zarysy owego lasku, z którego wyruszyłw drogę. Sklepienie niebios ciążyło nad nim, niby ciężkie wiekoołowianej trumny. Niejeden dostawał nagłego obłędu, nie mogąc znieśćdługo tego przytłaczającego szarego całunu niebios.

I jemu już ta samotność dawała się coraz bardziej we znaki. Z całymwysiłkiem woli posuwał się wciąż naprzód, jakkolwiek coś go ciągnęłowstecz, jakkolwiek miał coraz większą ochotę zawrócić z tej drogi.Nigdzie ani jednego drzewa, ani krzaczka nawet. Pustka zupełna i tylkopo niebie nisko przewalały się szare chmury, ciągnące z północy i zewschodu. A sklepienie niebios wydawało się tak nisko zawieszone, żewystarczyło — zda się — rzucić kamykiem, by je dosięgnąć.

Za pomocą busoli, w ciągu dwóch godzin sprawdzał aż sześć razykierunek swej drogi, wiodącej śladami pozostawionymi przez Brama.Ślady te prowadziły prosto na północ, bez najmniejszego schodzeniaw bok. A przecież Bram mógł się tylko orientować własnym instynktem.I mimo to nie zboczył. Ani na metr.

Po upływie dalszej godziny Filip skonstatował, że Bram musiałzatrzymać się na pewien czas z sankami, nie wyprzęgając jednakwilków. Po prostu zszedł tylko z sanek, nałożył narty i biegł piechotą zasankami. Wnioskując ze śladów pozostawionych przez narty, doszedł doprzekonania, że Bram pędził, robiąc olbrzymie susy, także z łatwościąmógł przebyć sześć mil w tym samym czasie, w jakim on sam zaledwiezdąży zrobić cztery.

Była godzina pierwsza w południe, kiedy Filip zatrzymał się celemzjedzenia obiadu. Według jego obliczeń uszedł piętnaście mil. Kiedyzabrał się do jedzenia, opadły go ponure myśli. Skoro Bram zabrał zesobą na drogę spory zapas mięsa, to widocznie z tą myślą, aby niezabrakło pożywienia dla niego i dla hordy wilków w ciągu tej długiejpodróży wśród rozległych pustkowi Barrenu. Bram, sunąc szybko nasaniach, zdoła w ciągu trzech dni przebyć około stu pięćdziesięciu mil.Tymczasem on w tym samym czasie nie potrafi zrobić więcej, aniżelitrzecią część tej drogi.

Aż do godziny trzeciej po południu szedł bez zatrzymania sięśladami Brama. Maszerowałby jeszcze dłużej, gdyby nie to, że zacząłpadać gęsty śnieg, uniemożliwiający posuwanie się naprzód. Widząc, żezawierucha śnieżna nie ustaje, postanowił zbudować sobie schronienie,w którym mógłby spędzić noc.

Wiedział, biorąc przykład z Eskimosów, jak się do tego zabrać.Wyszukał duży zwał twardego zmarzniętego śniegu i zaczął w tymzwale, od strony osłoniętej od wiatru, za pomocą małej siekierki, jakąmiał za pasem, wybijać wąski tunel. Łopatę zastąpiły mu narty, którymiwyrzucał z tunelu wyrąbany śnieg. Kiedy tunel ów, szeroki na dwiestopy, był już dość długi, by mógł się wcisnąć do wnętrza, zacząłwewnątrz wyrąbywać ściany, żeby stworzyć sobie rodzaj małegopokoiku, na tyle obszernego, aby móc w nim rozstawić swe polowełóżko. Pracował niemal przez godzinę. Z prawdziwym zadowoleniemi radością spojrzał po ukończeniu pracy na ten swój „dom”, do któregonie mógł dotrzeć ani mróz, ani zawieja śnieżna.

Miał przy sobie mały zapas suchego drzewa na podpałkę, łatwopalnego, bo sporządzonego z gałązek świerkowych. Miał też długi kij,na końcu którego powiesił swój czajnik napełniony śniegiem. Pełenotuchy rozpalił ogień, poświstując przy tym wesoło. Tymczasem zapadłszybko zmrok zupełny, niby czarna nieprzenikliwa zasłona. Ani jednejgwiazdki na niebie. W odległości dwudziestu kroków nie można byłonic odróżnić, nawet śniegu.

Kiedy zjadł kawał wędzonki z plackiem owsianym, wypił gorącąherbatę i zapalił fajeczkę, wydobył z kieszeni ową złocistą siatkę. Przygasnącym już ognisku wpatrywał się w te włosy, lśniące niby drogocenny metal. Schował je, kiedy dogasały ostatnie iskierki.

Otoczyły go nieprzeniknione ciemności. Po omacku zakrył wejściedo tunelu płótnem swego służbowego przenośnego namiotu. Potemwyciągnął się wygodnie na składanym łóżku. Od chwili, gdy rozstał sięz Piotrem Breault, nie czuł się tak wygodnie. Ubiegłej nocyprzecież w ogóle nie spał. Jakże mu było dobrze w tym łóżku! Toteżwkrótce zapadł w głęboki sen.

Płynęły długie nocne godziny. Nie słyszał wycia wiatru, któryo świcie zerwał się na nowo, nie słyszał innych odgłosów, które napróżno odbijały się o jego uszy, ale jakaś wewnętrzna, ukryta podświadomość kazała mu się zbudzić. Zaczął poruszać się niespokojnie nałóżku. Aż nagle otworzył szeroko oczy. Światło wpadało przez otwórtunelu, a przecież na noc zasłonił go płótnem.

Spojrzał uważnie w tym kierunku. Płótna nie było.

W otworze tunelu ukazała się ogromna głowa, pokryta zwichrzonymi kudłami... Oczy jego spotkały się z oczami Brama Johnsona.

Rozdział VII.Filip kapituluje

W ciągu swej dwuletniej służby w policji Filip nauczył się niedziwić niczemu.

Było to jednak dla niego niezwyczajną i gwałtowną emocją, kiedytak niespodziewanie zetknął się oko w oko z człowiekiem, któregościgał.

Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą. Pomyślał, że gdyby Bramprzyszedł tu z postanowieniem zabicia go, mógłby zrobić to natychmiast, korzystając z okazji, że przeciwnik śpi. Zauważył też, że zniknęłajego strzelba, którą wieczorem podparł zasłonę płócienną w otworzetunelu. Widocznie Bram już ją porwał. Nie zdziwiło go to zbytnio.

Znacznie bardziej zdziwił go wyraz twarzy Brama. W tym wzroku,utkwionym w niego, Filip nie mógł dopatrzeć się radości i zadowoleniazwycięzcy na widok schwytanej ofiary. Nie było w nim równieżnienawiści, ani podniecenia. Raczej jakaś niepewność i pewnego rodzajuniezdecydowane zakłopotanie.

Filip mógł obserwować dokładnie wszystkie charakterystycznecechy jego twarzy: wystające kości policzkowe, niskie czoło, płaski nos,grube mięsiste wargi. Jedynym upiększeniem tej potwornej twarzy byłytylko oczy: duże, piękne, o szarym blasku przypominającym perły. Oczyte, umieszczone w innej twarzy, wywołałyby szczery podziw, tak byłypiękne.

Upłynęła już długa chwila, a obaj mężczyźni nie zamienili ze sobąani słowa. Filip sięgnął odruchowo po rewolwer, ale nie miał zamiarurobić użytku z broni: uważał, że lepiej i rozsądniej będzie pogadaćtrochę.

— Hello, Bram! — zakrzyknął.

— Bonjour, monsieur — odparł Bram, grubym, gardłowym głosemi niemal w tej samej chwili głowa jego zniknęła w otworze.

Filip czym prędzej zerwał się z łóżka polowego. Usłyszał dobiegający od wyjścia tunelu inny, groźny odgłos: ujadanie i wycie wilków.

Ciarki go przeszły, mimo całego zaufania, z jakim początkowoodnosił się do Brama. I czołgając się na czworakach po śniegu przezwąski tunel ku wyjściu, zadawał sobie pytanie, czy dobrze i rozsądniepostąpił, oszczędzając życie Brama. Nie lepiej byłoby, od razu zapierwszym spotkaniem, wpakować kulę w ciało tego zbója? Jeżeli Bramposzczuje na niego wilki, toż to dopiero będzie i dla Brama i dla nichładna zabawa! Zagryzą go, jak mysz w pułapce. Może uda się zastrzelićdwa lub trzy wilki, reszta rzuci się na niego i w mig się z nim załatwi. Jużpo raz drugi zrobił kapitalne głupstwo, które mści się teraz na nim.

Przed wyjściem z tunelu zatrzymał się. Przykucnął, trzymającrewolwer w ręku. Przez wąski otwór nie mógł dojrzeć nic więcej, próczśniegu, na którym widniały odciski butów Brama. Słychać było groźnypomruk wilków, będących gdzieś niedaleko.

W tej chwili usłyszał głos Brama:

— Monsieur! Rewolwer i nóż — albo cię zabiję. Wilki bardzo głodne.

Nie mógł dojrzeć postaci Brama, który widocznie stał z boku, pozapolem jego widzenia. W tonie głosu nie wyczuwało się złości ani groźby,tylko zimną, bezwzględną stanowczość, nie znoszącą protestu anioporu.

O walce myśleć nawet nie było można. Bram, mając do pomocyswoje dzikie bestie, był pewny zwycięstwa. Jeżeli nawet Filip miał jakieśwątpliwości, pozbył się ich szybko na widok trzech wilków, które naglezjawiły się w odległości trzydziestu stóp od niego. Były to prawdziweolbrzymy. Stały z utkwionymi w niego ślepiami, warcząc głuchoi kłapiąc szczękami, ukazując przy tym lśniące, ogromne, białe zęby. Pochwili zjawił się i czwarty, a potem parami przybywały dalsze, ażwreszcie wszystkie dwadzieścia ustawiły się rzędem, na wprost niego.

Wilki wydawały się silnie podrażnione. Na widok tych dwudziestugroźnie kłapiących szczęk, tych dwudziestu par błyszczących ślepi,utkwionych w otwór kryjówki, Filip instynktownie cofnął się. Wiedział dobrze, że jeżeli wilki dotychczas stały w oddaleniu, nie rzucającsię na niego, to tylko z uwagi na Brama. Choć nie słyszał, żeby Bramwydawał im jakikolwiek rozkaz.

W tej samej chwili mignął mu przed oczami jakiś długi wąż: nadstadem wilków przeleciał ze świstem batog Brama, długi na dwadzieściastóp, sporządzony ze skóry karibu. Na ten sygnał wilki cofnęły się. Douszu Filipa doleciał znowu stanowczy rozkaz Brama:

— Monsieur! Rewolwer, nóż!... Bo poszczuję wilki.

Jeszcze nie skończył mówić, a Filip odrzucił rewolwer na śnieg,daleko od siebie.

— Masz rewolwer, stary! Masz i nóż!

Nóż razem z futerałem upadł obok rewolweru.

— Czy mam wyrzucić również i moje łóżko? — spytał Filip,nadrabiając miną swój strach. Przypomniało mu się, że przecieżpoprzedniej nocy to on strzelał do Brama. A teraz Bram, być może,tylko czeka, aż Filip wyjdzie z kryjówki, aby mu palnąć w łeb?Przypuszczenie to nie było pozbawione pewnych podstaw.

Na swoje pytanie nie otrzymał odpowiedzi, co oczywiście niemogło go zbytnio uspokoić. Powtórzył pytanie, ale znowu bez rezultatu.

Zabrał się więc do spakowania swego przenośnego łóżka. Śmiechgo brał na myśl, jaki raport on o tym wszystkim zdałby przełożonym— o ile w ogóle napisze jeszcze kiedyś jakikolwiek raport. Miałby coopowiadać! Prawdziwa komedia. Zagrzebał się oto w śniegu nibyniedźwiedź na sen zimowy; a rano przychodzi taki jegomość uzbrojonyw batog, otoczony hordą dzikich żarłocznych bestii, i prosi go grzecznie,aby raczył wyjść.

W chwilę później wyrzucił na śnieg swoje składane łóżko. Bramschylił się, by je podnieść, biorąc równocześnie rewolwer i nóż w swojeposiadanie. Korzystając z tej sposobności Filip wysunął się pospiesznieze swej kryjówki. I kiedy Bram się podniósł, Filip już stał przed nim.

— Dzień dobry, Bram! — odezwał się śmiało.

Odpowiedziało mu tylko dzikie wycie wilków. Starał się jednak niedać poznać po sobie lęku ani wzruszenia, jakkolwiek nerwy naprężonemiał do ostateczności. Z ust Brama wypadło jakieś ostre słowo w językuEskimosów i nad pyskami wilków zaświstał znów długi harap.

Bram nie spuszczał z niego oczu, a w jego spojrzeniu błyskały złeognie. Filip widział, jak Bram zacisnął mocno swe grube wargi, noszrobił mu się jeszcze bardziej płaski, na ogromnej ręce, w której trzymałgrubą pałkę, żyły nabrzmiały jak postronki. Bram gotów był teraz bići mordować. Wystarczyło jedno nieopatrzne słowo, jeden niezręcznygest, a los Filipa byłby już przypieczętowany.

Grubym gardłowym głosem Bram rzucił pytanie w tym swoimżargonie, którym stale się posługiwał:

— Dlaczego wy wczoraj wieczór strzelać do mnie?

— Dlatego — odparł Filip, siląc się na spokój — ponieważ chciałemz tobą pomówić. Nie chciałem cię tropić. Umyślnie strzelałem ponadtwą głową.

— Chciałeś pomówić? — powtórzył Bram, a znać było, że każdesłowo kosztowało go wiele wysiłku. — Dlaczego pomówić?

— Chciałem się ciebie spytać, jak to się stało, że zabiłeś człowiekaw okolicy Jeziora Boga?

Zaledwie to powiedział, a już pożałował swych słów. Z piersi Bramawyrwał się głuchy, niemal zwierzęcy pomruk. A w jego szarych oczach,które nagle dziwnie pociemniały, zapłonął groźny ogień.

— Ach, tego człowieka z policji? Tego, co przyszedł z portuChurchill i którego wilki zagryzły?

Odrzucił rewolwer i nóż. W rękach trzymał tylko batog i pałkę.Wilki podsunęły się bliżej do Filipa i otoczyły go z tyłu półkolem. Nieśmiał obrócić głowy, nie śmiał nawet spojrzeć na nie. To ich strasznemilczenie napełniało go nieopisanym lękiem. Czekały tylko na rozkazBrama, czyhały na jego znak. Czuły instynktownie, że ów rozkaz padnielada moment, że zawisł już na grubych wargach ich pana. Chwila byładecydująca i straszna po prostu.

Filip wydobył portfel z kieszeni.

— Bram! — odezwał się. — Zgubiłeś coś owej nocy, kiedy nocowałeśw pobliżu chaty Piotra Breault. — Mówił to głosem zmienionym, trochędrżącym i niepewnym. — Dlatego właśnie szedłem za tobą, aby ci tooddać. Mogłem cię zabić, powtarzam, wówczas, gdy strzelałem dociebie. Ale chciałem tylko, abyś się zatrzymał, i abym ci mógł to oddać...

Mówiąc to, podał Bramowi siatkę ze złotych włosów.

Rozdział VIII.U celu podróży

Przez kilkadziesiąt sekund Bram stał, jakby gromem rażony.

Spojrzenie swych oczu, utkwionych dotąd uporczywie w Filipa,skierował na siatkę ze złotych włosów. Usta otworzył szeroko zezdumnienia, rzekłbyś, przestał oddychać zupełnie. Pałka i batog wypadły mu z rąk.

Jak zahipnotyzowany zrobił wolniutko jeden krok, potem drugi,trzeci, aż znalazł się w pobliżu Filipa. Nie odzywając się ani słowem, ująłw ręce ową siatkę. A kiedy podniósł ją do góry, by lepiej przypatrzeć siępołyskującym włosom, wyraz twarzy złagodniał mu nagle, a w oczachzgasły owe złowrogie światełka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.