drukowana A5
19.09
Oko za oko

Bezpłatny fragment - Oko za oko


Objętość:
68 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1048-8

Kiedy zawiadowca stacji Trebizondów Wielki wyekspediowawszy pociąg towarowy wracał na takzwaną salę klasy drugiej, aby połączyć się z towarzystwem, które przed trzema kwadransamiopuścił, i otwarł drzwi wchodowe, z peronu wprost do owejklasy wiodące, oczom jego przedstawił się widok dosyć niezwykły. Zgromadzeni dokoła stołu przedstawiciele pewnegoodłamu inteligencji miasta powiatowego Trebizondów tworzyli niby jedno ciało, wywijające mnóstwem rąk i nóg, chwiejące się na krzesełkach w najrozmaitsze strony i wrzeszczącedziwnymi głosami. Dwaj urzędnicy powiatowi, wtłoczeni namałą kanapę i zasunięci stołem, trzymali się nawzajem zaguziki od tużurków i co chwila ośliniali w czułym pocałunku.Geometra (drugiej klasy), z pięścią i oczyma wzniesionymiw kierunku sufitu, oświadczał wniebogłosy, że nie pozwoli,aby mu ktokolwiek, kiedykolwiek, jakimkolwiek sposobemlub uczynkiem ubliżał — chociaż nikt mu nie ubliżył ani przedobecnym posiedzeniem, ani podczas jego trwania. Młody doktor miejscowy, czarny i chudy jak sztalugi Żydek w niebieskich binoklach — zwany złośliwie przez bogobojne starepanny „kościotrupem z bakami” — pluł bez skrupułu na środek stołu w kufle piwa i na kamizelki sąsiadów, mrucząc odczasu do czasu, że będzie pluł i nikt nie może go zmusić doodmówienia sobie tej przyjemności. Ryżawy telegrafista wymiotował melancholijnie na kolano inżyniera powiatowego,który przyglądał się temu procesowi z wyrazem niekłamanejżyczliwości. Podtatusiały „pan profesor”, pełniący obowiązkifilozofa i ateusza powiatowego, pukając palcem w plecy chorego telegrafisty perorował coś na temat „konwersji pożyczki” głosem przerywanym przez czkawkę w sposób tak szczególny, że monolog jego sprawiał literalnie wrażenie gdakaniakury chorej na pypcia. Wykwintny w manierach i doborze koloru skarpetek tłumacz sądu pokoju zrywał się co chwila od stołu, klękał i składając uroczyście dwa palce w resztkach sosu na półmisku, przysięgał komuś, że go nie opuściaż do śmierci....

Stosunkowo najtrzeźwiejszy z całego tego grona pan Jaksa-Świerkowski, zrujnowany obywatel, obecnie posiadającydom i kilkanaście morgów gruntu tuż pod miastem, szlachcickolosalnych rozmiarów, w butach z cholewami po same pachwiny — nie tyle śmiał się, ile rżał, patrząc na scenę, jakamiała miejsce w ciemnym kącie sali obok pieca. Młody student uniwersytetu Adam Wawelski — siedział tam na ziemiprzed skurczonym kelnerem stacyjnym i wydzierał mu rękę,którą ten, płacząc rzewnie, chował do kieszeni. Rzecz tak sięmiała: Wawelski zażądał od kelnera zapałki, w zamian zaktórej szybkie udzielenie ofiarował czterdzieści kopiejek.Wzruszony kelner pocałował hojnego studenta w rękę. Demokratycznie usposobiony słuchacz prawa wrzasnął, że trupem natychmiast padnie, jeżeli służący nie pozwoli mu pocałować się również w rękę... Po długim wahaniu się kelnerzezwolił, lecz sam znowu pocałował Wawelskiego w rękę.Od tej chwili zaczęło się między tymi dwoma wydzieraniesobie gwałtem rąk do całowania, trwające już od kilkunastuminut.

Zawiadowca stacji przyłączył się czynnie do towarzystwai właśnie sama pani bufetowa krzątać się zaczęła dokoła jegoosoby, odkorkowując butelki, gdy nagle student Wawelskiporzucił płaczącego kelnera i stanął pośród biesiadnikówz włosem rozwianym i oczami tak dalece zbielałymi, że przypominały dwie bryłki masła.

— Panowie — zawołał, wyciągając rękę z gestem krasomówczym, o tyle niefortunnie, że wskazując palcem trafiłw rzymski nos „kościotrupa z bakami” — ten oto wyzyskiwany obywatel (tu wskazał na skruszonego kelnera) na własne uszy słyszał, jak ksiądz Piwko z ambony mówił, że wszyscyludzie równi są na tym padole płaczu. Proponuję, abyśmy księdza Piwkę podnieśli na naszych barkach... w górę księdza Piwkę!

— A gdzież macie tego księdza Piwkę? — zagrzmiał panŚwierkowski.

— A w Przebrzmiałowicach, proszę łaski pana — szepnąłkelner.

— No, to przecie cztery mile stąd...

— Pójdźmy, panowie, po niego — wołał Wawelski —przynieśmy go na barkach! Nie jestem wcale zwolennikiemwodzenia klas pracujących na pasku klechów, ale pójdźmy,panowie!... na barkach i w górę księdza Piwkę!... Idziecie,łajdaki, czy nie? — krzyczał co sił, bijąc pięścią w plecypierwszego z brzegu.

Wszyscy zaczęli z miejsc swych powstawać, aby iść poowego księdza Piwkę. Wówczas pan Świerkowski chwycił wpół Wawelskiego, nałożył mu pierwszy, jaki był pod ręką,kapelusz na głowę, wyprowadził go z sali i kazał posługaczowi przywołać dorożkę. Za chwilę wsiadali obadwaj z niemałym trudem na lichą bryczkę zaprzężoną w jednego konia.

— Do mnie! — rozkazał eks-obywatel powożącemu Żydkowi.

Ciepły oddech gruntu, spieczonego upałem całodziennym,owionął rozpalone głowy jadących i odebrał im resztki przytomności. Za każdym uderzeniem kół bryczki o kamieniei wyboje drogi głowy ich uderzały się znienacka i rozbiegaływ różne strony. Wówczas obadwaj zdejmowali cudze kapelusze i wpatrywali się w siebie nawzajem uparcie.

— Uprzejmie przepraszam — bełkotał Wawelski.

— O nie... to ja raczej przepraszam...

— No, dobrze, ale dokąd ja właściwie i z kim właściwiemam przyjemność jechać?

— Wiozę pana do mnie. Chcę pana przedstawić siostrzemojej żony. Śliczna dziewczyna! Jak żyję na świecie, nie widziałem nic podobnego...

— A, jeżeli tak... Wzruszony jestem cokolwiek. Zresztą...co mnie przyjdzie tak dalece z pańskiej żony?

— Z siostry mojej żony! Cudna dziewczyna! Co za biodra,panie, u tej kobiety...

— Ależ ja jestem zupełnie obnażony z pieniędzy! Gdzieżu licha ta kieszeń!...

— Posagu ona, biedactwo, wprawdzie nie ma, ale cóż toza serce złote, co za edukacja! Ślicznie panu gra, maluje naporcelanie. Dokądże mi zresztą będzie siedziała na karku...to jest...

— Na porcelanie?! — przerwał ze zdziwieniem Wawelski. — Nie, wie pan, tego to już nie rozumiem... Przy tym topan dobrodziej, o ile sobie przypominam, wyjąłeś mi z twarzymego własnego papierosa...

— Mogę panu służyć moim — mruczał Świerkowski, szperając po kieszeniach.

Wózek wtoczył się w uliczkę zamiejską, wygrodzoną opłotkami chruścianymi i pełną nie wysychającego nigdy błota.Z łąk wracały gromadki ludności rolniczej miasteczka z kosami i grabiami, tu i ówdzie wlokły się powoli w poprzekskoszonej murawy ku drodze „drabinki” z sianem. Przechodzący zatrzymywali się na widok zdziczałych min i pomiętych kapeluszów naszych biesiadników i przeprowadzali ich wybuchami śmiechu aż do tak zwanej szlacheckiejwilli.

Willa pana Świerkowskiego była domostwem starym, dosyćniezgrabnym i zasuwającym się w ziemię. Z prawej stronyprzybudowano, widocznie niedawno, rodzaj baszty drewnianej z dachem spiczastym, podobnym do wieżyczek kościelnych w Szwajcarii i sprawiającym w towarzystwie poobdzieranego dachu całego domostwa efekt wielce humorystyczny.W tyle domu ciągnął się świeżo założony ogród, otoczonypowyginanym i zataczającym się parkanem.

Kiedy zmęczona szkapa zatrzymała się przed drzwiamiwilli, nasi panowie zachęcali się uprzejmie do wysiadaniaw ciągu tak znacznego przeciągu czasu, że wreszcie mały woźnica zmuszony był powyciągać ich jako tako z głębi słomianego siedzenia, które zupełnie rozkopali i porozmiatali.

Ugarnirowani wiechciami słomy weszli do sieni. Gospodarzwprowadził Wawelskiego do saloniku i próbował umieścićgo na fotelu, czemu jednak student oparł się z zapałem; minęli więc salon, pokój sypialny i stołowy i znaleźli się nabalkonie, skąd po kilku stopniach schodziło się do ogrodu.W kącie werandy na długiej ławce siedziały dwie młode i ładne kobiety, a u nóg ich bawił się kamykami trzyletni możechłopczyk, tłusty i zabrudzony jak połeć wędzonej szynki.

— Pan Wawelski, student uniwersytetu... — wygłosił patetycznie gospodarz i złożywszy damom niebywały ukłoncofnął się do pokoju.

Obie te panie szybkimi, nieznacznymi ruchami poprawiłybluzki i włosy, gdy tymczasem Wawelski, usiłując wykonaćnogą ruch pełen elegancji, oderwał z cementowej posadzki,pękającej i podziurawionej, znaczny kawał tynku i przyglądał mu się z oburzeniem. Drobny ten wypadek zdetonował gotak silnie, że nagłym ruchem oddalił się na przeciwległy koniec ganku i usiadł tam na niskiej balustradzie.

— Niechże pan będzie łaskaw... — zaczęła mówić starszapowstając, lecz spostrzegłszy nagły odwrót gościa przerwałai pytająco spojrzała na towarzyszkę. Zapanowało milczenie.Szczęściem zjawił się pan Świerkowski i pragnął zagaić rozmowę.

— Uważasz, Zosiu — mówił — chciałem przedstawić wampana...

— Co to wszystko znaczy, Wiktorze? — pytały szeptemobiedwie, gryząc wargi.

Wawelski z dystynkcją poprawił kołnierzyk i wpatrywał się w panią Zofię z oddalenia tak ponuro i groźnie, że ta ledwo mogła powstrzymać śmiech głośny.

— Będziemy musieli obadwaj odpocząć cokolwieczek, mójserdeczny przyjacielu — zwrócił się do studenta pan Świerkowski — nieprawdaż?

— Co do mnie... nie sądzę... Bądź co bądź... — mówił,wstając i prostując się pan Wawelski.

Mdlejącymi ruchami zbliżył się do stolika i usiadł na ławce zajętej przez panią Zofię i jej siostrę. Za chwilę jednak,zawiadomiwszy te panie, że społeczeństwo nie jest bynajmniej organizmem, gibnął się na bok w sposób tak zatrważający, że go natychmiast odprowadzono do gabinetu pana domu, gdzie też wkrótce zasnął na kanapie snem kamiennym.Za jego przykładem poszedł niezwłocznie pan Wiktor.

Młodzieniec nasz obudził się nazajutrz dosyć późno. Zaledwie otworzył oczy i przypomniał sobie jako tako przygodydnia poprzedzającego, usiłował zasnąć jeszcze, zaciskał powieki, aby przynajmniej nie natychmiast zaglądać w oczygorzkiej rzeczywistości. Lecz już usnąć nie mógł. Słońceświeciło prosto w okno otwarte, zastawione siatką tiulowąi rzucało na podłogę kwadratowy odblask, posuwający sięw miarę jak ciepły podmuch wiatru wpychał do pokoju lubwydymał na zewnątrz białą zasłonę. Duże muchy wciskałysię do pokoju przez szczeliny i, rozbijając się o ściany i belkiwybielonej wapnem powały, warczały groźnie; z okna dolatywał cichy szelest liści i brzęk os; zresztą w całym domui ogrodzie cisza była śmiertelna.

„Ucieknę chyba — myślał zrozpaczony student — innejrady nie ma. Wyjmę z okna siatkę, skoczę do ogrodu... Popołudniu przyjdę, przeproszę itd.”

Zerwał się i zaczął szukać ubrania. Niestety — ubrania niebyło: wzięto je do czyszczenia.

„Ładna historia! Wyobrażam sobie, jak te kobiety spojrzą na mnie, gdy się wobec nich zjawię... Gdzie ten staryarcynygus miał rozum, żeby mnie wieźć tutaj w takim stanie! Przy tym co za kapitalny kacenjamer...”

Drzwi się nagle otwarły i weszła pokojówka wzrostu kirasjera. Położyła ubranie na krzesełku i uciekła co tchu, parskając śmiechem.

— Zaczyna się... — mruknął Wawelski wstając.

Umył się i ubrał szybko, marząc rozkosznie, że może nikogo w domu i ogrodzie nie spotka, wymknie się niepostrzeżenie i uniknie przynajmniej na teraz wstydu. Wkrótce byłgotów i zauważywszy, że w sąsiednim pokoju nie ma nikogo,wsunął się tam na palcach, wyjrzał przez okno wychodzącena ogród i zaklął z głębi serca. W bliskości balkonu widaćbyło między drzewami zielone słupy niezgrabnej huśtawkii ową siostrę pani domu, kołyszącą się niedbale z książkąw ręku. Piękna panna miała na sobie jakąś jasną suknię,nogi jej, obute w żółte, letnie pantofle, muskały rozłożystetrawy, uniesiona cokolwiek spódnica odsłaniała niesłychanieładne pończochy na niebywale zgrabnych łydkach. Ciemnewłosy, zdobiące jej piękną głowę, uczesane w sposób najmodniejszy, to połyskiwały i lśniły na słońcu, to się zanurzaływ znikomy, przejrzysty, ledwo dostrzegalny cień, jaki odrzucały drzewiny owocowe.

Z głębi ogrodu szła uliczką pani Świerkowska i zbliżyła siędo huśtawki. Była podobna do siostry i może o dwa lub trzylata tylko od niej starsza.

„Co ja właściwie tym paniom powiem, gdy się wobec nichzjawię? — myślał zrozpaczony Adam. — O, Boże!”

Układał jeszcze w ciągu jakich dziesięciu minut piękniebrzmiące tyrady, a wreszcie otwarł z trzaskiem drzwi i przymrużywszy oczy wszedł na uliczkę ogrodową.

— Kto widział, panie Wawelski, tak się upijać? — zawołała pani Zofia, nim się zdołał do huśtawki zbliżyć. — Z naszymi panami trzeba się znać z wielkiej odległości, inaczejbędą pana co kilka dni wyciągali na te ohydne pijatyki. Niewiem, czy nas pan sobie przypomina: jestem żoną pańskiego,,serdecznego przyjaciela”, a oto moja siostra, Wanda. Czygłowa pana boli? Wczoraj jeszcze dałam znać mamie pana,aby się nie obawiała...

— Doprawdy, nie wiem, jakimi słowami przeprosić panie... — jęknął Wawelski, myśląc w głębi duszy, że to jednak dobra baba.

— Wiemy dobrze, że nie doświadcza pan uczuć przyjemnych, toteż nie będziemy wcale mówili o tej przygodzie. Skądsię pan wczoraj wziąłeś między tymi obrzydliwymi biboszami?

— Przypadkowo zaszedłem na dworzec, a że znałem doktora Daktylberga jeszcze z Warszawy, jakoś więc tak...

— Teraz napije się pan herbaty z cytryną, a nieco późniejrosołu. Głowa przestanie boleć. Chodźmy, Wanduchno; proszę pana...

— A gdzież pan Świerkowski? — zagadnął Adam.

— O, on dawno już odebrał należne natarcie uszu, terazjest znowu na dworcu... ekspediuje sery do Warszawy.

— Dawno już pan bawi w Trebizondowie? — zapytałapanna Wanda, wstępując na ganek.

— Od dwu tygodni. Matka moja utrzymuje, jakoby tutaj było przepyszne powietrze, jakobym ja był chory napłuca, najęła w willi Odrobinka mieszkanie i zmusza mniepośrednio do takiego oto jak wczoraj przepędzania czasu.

— Ach... więc to mama pańska zmusiła pana?...

— No... nie! ale absolutna samotność. Las i las... Myślałem, że zdziczeję zupełnie i zacznę chodzić na czworakach.

Przy stole panna Wanda siedziała naprzeciwko studentai przyglądała mu się od czasu do czasu bacznie dużymi oczami, lazurowymi jak niebo w południe. Pani Zofia zajęta byłanalewaniem herbaty. Była szczuplejsza od siostry, ubranamniej modnie i jakby nieustannie o czymś smutnym zamyślona. Kolor jej oczu był prawie ten sam co u siostry, bardziej tylko jasny i jakby zamglony. Wawelski wiedział dobrze, że wyraz melancholii, tajemniczego zamyślenia, nieujęty wyraz oczu pięknych kobiet ukrywa najczęściej wybitną płytkość umysłu i oschłość, jeśli nie zatwardziałośćserca, a jednak nie mógł się oprzeć urokowi, jaki wywierałyoczy tej mężatki. Było to wejrzenie łagodne, miękkie, dobrei ufające; wyrażało jakby przystosowywanie się subtelnychmyśli i delikatnych uczuć do przymusowo narzucającej sięrzeczywistości, nieskończenie od tych myśli dalekiej. Popierało takie wrażenie — gładkie i białe jak welinowy papierczoło, otoczone jasnymi, zaczesanymi w górą włosami —i usta. Co za usta! Jeden jedyny Greuze umiał utrwalać tąwłaśnie, tkwiącą w pewnych twarzach kobiecych, harmonijną melodię rysów, jakiej nie mógł się do syta napatrzećWawelski w twarzy pani Świerkowskiej.

„Rany Pana Jezusa! cóż za śliczna baba... — myślał, połykając gorącą herbatę. — I to ona jest żoną aligatora...”

— Pan kończy już zapewne uniwersytet? — zapytała panna Wanda.

— Właściwie mówiąc... Jeszcze nie kończę. Powziąłem zamiar przestudiowania pewnych umiejętności na tym samymkursie.

— Aha... jest więc pan pewno prawnikiem?

— Tak, pani.

— Znałam bardzo wielu studentów prawa, będąc jeszczena pensji.

— Kończyła pani pensję w Warszawie? Dawno ją paniopuściła?

— Przed trzema laty.

— Obecnie chwilowo wypoczywa biedactwo u nas — wtrąciła pani Zofia — po trudach i nudach zawodu. Była nauczycielką w pewnym domu obywatelskim. Niegdyś, będąc dziewczętami, nie przypuszczałyśmy, że jedna z nas będzie się zajmowała wyrabianiem serów, pieleniem rozsady i ogórków,a druga zapracowywała na utrzymanie tułaniem się po domach obcych.

Panna Wanda spojrzała na mówiącą z pewnym wyrazemsurowości i zmusiła ją do milczenia. Wawelski nie brał bardzo do serca zmiany losu, jaka zaskoczyła te panie; toteżuśmiechając się nieodpowiednio, myślał tylko o tym, jak bywyjść z honorem z całej tej afery.

Po herbacie pani Świerkowska zaproponowała swemu gościowi mały spacer. Z ganku widać było kawał łąki już skoszonej — gładką, równą, jasnozieloną nizinę, od której niemożna było oderwać oczu. Pośrodku łąki stała grupa szarozielonych olszyn. Maleńki ten a dziwnie uroczy krajobrazotaczały jakby ramionami smugi lasu sosnowego. Cały ogródskrzętnie i pracowicie uprawiony był pod przeróżne ogrodowizny. Wzdłuż i w poprzek przecinały go uliczki, wysadzonekrzakami agrestu, porzeczek, malin i drzewami owocowymi.Od tła jasnej jeszcze zieloności młodych listków, powleczonej jakby lśniącym pokostem — płomienistą smugą odrzynało się staje wysokiego i kwitnącego pąsowo maku, dalejkilka zagonów kartofli, przyprószonych kwiatem niby śniegiem. Kwitły i pachniały młode lipy — rozlegał się wszędziemelodyjny gwar pszczół, trzmieli, os, nieprzerwany krzykkosów i pogwizdywanie wilg. Pod parkanem rosły dokołaogrodu dwa zagony grochu tyczkowego, rozrosłego bujniei tworzącego istny las, pełen uliczek, grot, zieleni, korytarzyi tunelów. Tylna część płotu ginęła całkowicie w zaroślachdzikiego chmielu. W rogu tego wału z roślin kryła się wąskai niska furtka. Pani Zofia otworzyła ją wyjętym z kieszenikluczem i stanąwszy już po tamtej stronie płotu, doradzałamłodym, aby pozostali w ogrodzie — tam bowiem, dokądona idzie, około inspektów, rosa jest jeszcze.

„Zdaje się, że to polowańko na mnie” — pomyślał Wawelski.

Zaczęła się tedy rozmowa mdło-dowcipna: o maku, fasoli,Schopenhauerze, pięknej łące, emancypacji kobiet, o słowikach, o ciekawości jako zgubnej wadzie, sięgała już nawet takich wyżyn jak deklamowanie piosenki Heinego:

Wenn ich in deine Augen seh',So schwindet all' mein Leid und Weh;Doch wenn ich kűsse deinen Mund... itd.

gdy na uliczce zjawił się pan Świerkowski.

Szedł, śmiejąc się i z odległości czterdziestu kroków wyciągając do Wawelskiego prawicę jak skrzydło wiatraka.

— Tośmy, panie, komedie wczoraj pokazywali... ha! —wołał, kłując policzki studenta nie goloną od tygodnia brodą. — Jakże tam kacenjamerek... dokucza psubrat! A ja,panie łaskawy, musiałem od rana awanturować się z tymiserami. Kapelusz pański znalazłem aż u profesora... Eh...barszczu by teraz, barszczu kwaśnego! A gdzież to Zosia?

— Przy inspektach — rzekła panna Wanda.

— Aha. Tak to, uważa pan, nasza szlachta do roboty siębierze. Teraz dopiero zrozumiałem, gdym na zagrodowca zeszedł, że gdzie pan, drogi panie, nogą stąpisz, tam leży, jeżeli nie cały rubel srebrem, to na pewno siedemdziesiąt pięćkopiejek! Dasz pan wiarę, że ja z dziesięciu morgów i z tejoto łączki utrzymuję dom, żyję...

— I bawię się przynajmniej raz w tygodniu na dworcu... — dorzuciła panna Wanda.

— Z dziesięciu morgów ziemi — wołał, nie zwracając uwagi na sarkazm, aż mu żyły na czole nabrzmiały. — Trzymamosiem krów, wyrabia się sery, masło, szczerze mówiąc, letników warszawskich obciąga się należycie na mleku. Ogórkitakie widziałeś pan też kiedy za żywota swego? To wszystkofurt do Warszawy idzie; maliny, porzeczki, agrest, włoszczyzna... wszystko! A owoce? To śmiech! Zasypię tę wasząWarszawę moimi śliwkami za jakie dwa lata. Teraz, panie,z książek się uczę o uprawie cykorii. To może być artykuł!co też pan sądzi?

— Ja, uważa pan...

— Myślisz pan może, że Żydom oddam moją cykorię?...akurat! Wie pan, co ja panu powiem — mówił dalej, biorącWawelskiego pod rękę i zniżając głos do szeptu demonicznego — wiesz pan, co ja zamierzam? Zamierzam ni mniej,ni więcej, tylko... jajami handlować! Odrobinę kapitału niechmam... no, jakieś kilkaset rubli... i mogę do konkurencji z Żydami stawać. Taki, panie, u nas pozytywizm się zagnieżdża!

— Pozytywizm... — dziwił się Wawelski, obserwującuśmiech panny Wandy, z jakim oskubywała listki polnejskabiozy.

Długo, szeroko i patetycznie rozpowiadał pan Świerkowski o daleko sięgających planach założenia w Trebizondowiesklepu akcyjnego, gdzie on pełniłby rolę subiekta, o nieuniknionej ruinie handlu żydowskiego dzięki samej tylko zniżcena żelazie, o uprawie pszenicy sposobem pana Pepłowskiego,o melioracjach, nawozach sztucznych, nawet o azocie i Liebigu — i piorunował na niedołęstwo szlachty.

— Ja sam, niestety, takim capem byłem... Nie piłem, niejadłem, w karty-m nie grał... i rozlazło się; gdzie, jak i kiedy... nic nie wiem. Żydy, panie, o, tu jest rdzeń... Co prawda — szeptał Wawelskiemu do ucha — czasami tam z tymiaktorkami... pojmuje pan? Przyjedzie do miasta gubernialnego stado takich ładnych bestii, że ani podobieństwo wytrzymać. Tak; to była rubryka także swego rodzaju... Aledziś mi się, panie, oczy otworzyły: sami rękawy powinniśmy zakasać albo, panie, kaput! Na mnie już dowcipnisie anegdoty układają. Opowiada jeden na przykład, jeden pędziwiatr, że jedzie niby bryczką, aż tu patrzy... nadrodze leży kupa jaj potłuczonych, a między skorupami białakarteczka. Co takiego? Podnosi on tę kartkę... patrzy... biletwizytowy, na którym stoi moje nazwisko: Wiktor Jaksa-Świerkowski. To ma być dowcip, że niby mi się jaja w drodze potłukły i żem tę jajecznicę, w braku innego przyrządu,biletem wizytowym zgrzebywał. Głuptasy! ja jeszcze pieniądz zrobię, gdy oni... No... ale chodźmy na barszcz, borzeczywiście w ustach, uczciwszy uszy, jak w niewyszlamowanym stawie.

Wkrótce po spożyciu owego barszczu, podanego rączkamipanny Wandy, Wawelski ruszył najbliższą drogą do domu,żegnany czule i zapraszany nadal uroczyście.

Pan Józef Wawelski, nieboszczyk ojciec Adama, posiadałswego czasu w jednym z miast prowincjonalnych świetny,,interes” mydlarski, składający się z fabryki na wielką skalęi dużego sklepu. Wawelscy pochodzą z Żydów, chociaż dziadAdama był już żarliwym katolikiem, a i pradziad podobnojawnie świninę jadał, chociaż pozornie trwał w wierze ojców. Pan Józef był człowiekiem prostym, nigdy żadnymumiejętnościom się nie oddawał, nie miał żadnego „sposobumyślenia”, bardzo rzadko wypuszczał spodnie na cholewyi miał wówczas minę zakłopotaną; interes prowadził sprytnie, pracował zapamiętale i według powszechnego mniemania dorobił się majątku uczciwie, a przetrącał parobkom piszczele i miażdżył nosy chłopcom sklepowym w sposób takmistrzowski i rodzimy, jakby w żyłach jego płynęła odwieczna krew sarmacka. O umeblowaniu salonu, powozie i przyswojeniu sobie przekonań plutokratycznych pomyślał dopiero pod koniec życia, i to nie z własnej inicjatywy, leczulegając natarczywym żądaniom żony — Róży z Rubinów.Przez cały czas małżeńskiego pożycia pani Róża była prawąręką męża w gromadzeniu majątku i nie zdradzała żadnychniewłaściwych nawyknień; dopiero gdy jedynak Adaś przestał wykradać pierniki z szuflad sklepowych otrzymawszypromocją do klasy czwartej, nabrała skądś zupełnie niezrozumiałych dla starego mydlarza pojęć o „tonie” i przebąkiwać nawet zaczęła o jakimś high-lifie...

— Powinieneś pojąć — mawiała do męża w pasji — żeobecnie czasy demokratyczne... Jesteśmy katolikami i Polakami... byle chcieć, chłopiec do najlepszych towarzystw dostać się może. Bóg wie, z kim ożenić!

— Róziu — odpowiadał zazwyczaj pan Józef — ja ciebiebardzo kocham i bardzo cię przepraszam, ale ty jesteś głupia. Niech on skończy sześć klas, no, gimnazjum całe niechskończy, i obejmie fabrykę. Ja jestem już stary, będę siedział w sklepie i tych złodziejów pilnował...

Nic jednak nie pomogły perswazje. Adaś po ukończeniugimnazjum wyekspediowany został do Warszawy na wydziałprawny. W rok niespełna po jego wyjeździe pan Józef zaniemógł nagle i skończył życie, nim syn wezwany telegraficznie zdążył przyjechać. Wdowa niezwłocznie interes zwinęła, odstąpiwszy go na lichych warunkach; przeniosła siędo Warszawy i żyjąc z procentów od kapitału, usiłowaławprowadzić syna w świat. Latem wyjeżdżała zawsze jeślinie do wód galicyjskich, to przynajmniej do Trebizondowa.

Adaś, który w gimnazjum z klasy do klasy piecemprzechodził, w uniwersytecie okazywać zaczął talenty niebywałe. Nie dość że masy książek czytał, ale wygłaszał niejednokrotnie w obecności matki, fanatycznej katoliczki, i niemniej po katolicku myślących jej znajomych takie zdania, takie zasady, że włosy powstawały na głowie. Okrzyk Börnego: „Zginajcie się w haki i zarzućcie się na ogniwa świata,a o tym wiemy, że go w dobrym pociągniecie kierunku!” —był ulubionym jego okrzykiem. Utrzymywał o sobie, a możei nawet w to wierzył, że jest jednym z owych haków zarzuconych na ogniwa świata. Po przodkach Adaś nie otrzymałw dziedzictwie żadnych nadzwyczajnych popędów altruistycznych, wychowanie nie wszczepiło mu ich również; nadtonie doświadczył jeszcze żadnego prawie cierpienia, nie wiedział, co to jest właściwie ów pan nad pany — głód, co znaczy choroba, której nie ma za co leczyć, nędza, której nie makońca, nie wiedział nawet, co to jest brak biletu do cyrku.Nie zdarzyło mu się ani razu zajrzeć z bliska w wygniłe oczyniedoli i zrozumieć gorzką potrzebę niesienia krzywd i grzechów świata we własnym sumieniu, toteż życie właściwiebyło dlań wesołą komedią, skupieniem werand cukierni,przyzwoitych salonów, wesołych kobiet, modnych ubrań itd.

Znienacka wdarły się do tego świata promienie dalekowidzącego humanizmu i wytworzyły w umyśle Wawelskiegoszczególne, raczej artystyczne niż naukowe, zamiłowanie donazw i obrazów niedoli, z jakich znowu splatał się wieniec,,przekonań”, dający jego posiadaczowi niewyczerpany tematdo rozmów, sprzeczek, dysput i dowodzeń. Naturalnie zjawiłsię zaraz wstręt do „kompromisów”... Z przerażającą oczywistością Adaś wyłuszczał w salonach bogatym a oburzonymdo najwyższego stopnia eks-Żydom, co, kiedy i w jaki sposób stanie się z tą lub ową klasą społeczną; wiedział na pamięć, do jakiego paragrafu wciągnąć dane zjawiska, i przepowiadał rzeczy przyszłe. Wyznać należy, że był w przyswojonych sobie zapatrywaniach bardzo konsekwentnym.

Owo kochanie niedoli, zaglądanie z bliska w wygniłe oczyitd. — uważał wprost za szkodliwe dla umiejętnego badaniai przeprowadzania w życiu umiejętnych wskazań. Znałi chciał znać fakty pozytywne, przyczyny i skutki — wszelkich zaś „mar mglistych” oraz wszystkiego, co z nimi mazwiązek, nie uznawał, ponieważ ich nie rozumiał, a więc nieuważał za potrzebne powstrzymanie się od opluwania ich,o ile to mu się wydawało koniecznym. Był natomiast o tylebezstronny, że wyjeżdżając na wieś zamierzał niejednokrotnieprzyjrzeć się tak zwanemu ludowi, lecz że między willąOdrobinka a najbliższą siedzibą „ludu” leżał ogromny kawał zarosłego pastwiska, porzucił więc tę myśl w samym jejzarodku, tym łatwiej, że popieranie interesów chłopskiegopodwórka nie mieściło się na horyzoncie jego altruizmu.Siedząc w Trebizondowie, zachodził z nudów na dworzec kolejowy, nie wiedział bowiem, że sala drugiej klasy tegodworca stanowi dla mężów trebizondeńskich pewnego rodzaju agorá. Owego pamiętnego popołudnia wypadło właśnietygodniowe zebranie i Adaś wciągnięty na nie został naprawach członka nadzwyczajnego, wskutek czego spił sięnadzwyczajnie.

W kilka dni po pijatyce pani Wawelska, pragnąc podziękować państwu Świerkowskim za opiekę rozciągniętą nadjej synem, przyoblekła się w jedwabne szaty oraz biżuterięi pojechała z wizytą do willi szlacheckiej. Adam towarzyszył matce. Zaledwie pani Róża zaczęła nudzić panią Zofiędługimi okresami, panna Wanda wysunęła się z saloniku doogrodu. Wawelski przyglądał się przez czas pewien starym,powygniatanym fotelom i niezwykle zakopconym sztychom,wyobrażającym jakieś krwawe boje, przerzucał numery,,Kłosów” sprzed lat ośmiu, a wreszcie, zachęcony filuterniełagodnym uśmiechem pani domu, wyniósł się również.Panna Wanda przechadzała się po zacienionej uliczce w głębi ogrodu; gdy zbliżył się, przechyliła niedbale głowę i rzekła:

— Myślałam, że się pan już nie domyśli...

— Czego?

— Tego, że tyle czasu, bo pewno z kwadrans, nie jest panprzyjemnym warszawiakiem.

— Dla siostry pani?

— Dla siostry mej siostry.

— Ach, Boże! Ja ani tam, ani tu nie umiem być przyjemnym.

— I czemuż to, biedny panie Adamie?

— Bo straciłem wszelkie probierze krytyczne...

— Pragnęłabym szczerze współczuć panu, ale nie rozumiem, co to znaczy.

— Idzie tutaj o kolor błękitu. Raz wydaje mi się, że najpiękniejszym jest jasny błękit, kiedy zaczyna się zmierzch,to znowu czaruje mię lazur południa, czaruje jak preludiumChopina.

— I długo trwa ten ostatni stan bolesny?

— Trwa chwilkę, ale...

— Wiem: ta chwilka to wieczność. Czytałam już o tymw ponurych nowelach. Niech się pan upaja chłodem wieczornego błękitu — mówiła, siadając na darniowej ławce,otaczającej dokoła gruby pień jabłonki.

— Chłodem? Co znowu? Poezją, proszę pani, dramatemwreszcie. Ale ja przecież jestem podobno synem Południa:złośliwi nazywają, co prawda, taką przykrą południowośćpo prostu żydostwem; więc, jako niby syn Południa, kocham tylko te szafiry ciemne, cudowne, porywające...

— Aż kocham? Panie Wawelski, synu Południa...

— Aż kocham!...

— No i cóż się dalej stało w tej noweli?

— Piękny bohater truchleje z trwogi, że przepiękna bohaterka nie pozwoli mu usiąść obok siebie.

— Nieszczęśliwy! Czyż nie znajduje dokoła siebie na tympadole płaczu jakiegoś krzesełka?

— Krzesełka... nie, ale znajduje w sobie tyle odwagi, żesiada obok ubóstwianej.

— Rozumie się, na brzeżku kanapy.

— Ponieważ okrągłe kanapy nie mają żadnego brzegu...

— Więc biedak stoi, a pragnąc być uprzejmym i zajmującym zrywa różę, tylko nie tę sztamową, bo te pan Świerkowski sprzedaje po piętnaście groszy za sztukę, ale tamtę,z tego dużego krzaka, pąsową...

Adaś zerwał wskazaną różę i niosąc ją ostrożnie, mówił:

— Bohater dotyka róży ustami...

Panna Wanda oparła głowę o pień drzewa i przyglądała sięWawelskiemu spod rzęs. Ledwie dostrzegalny rumieniec zabarwił jej policzki.

— Co pan powiedział? — zapytała cicho.

— Mówiłem — szeptał Adaś siadając obok niej bardzoblisko — że...

— Ależ, panie Adamie, jak pan śmie!... — mówiła z oburzeniem udanym, odsuwając się od niego na odległość cala.

— Czyż ja śmiem cokolwiek?... Chciałem tylko, aby panidotknęła paluszkiem tej róży.

Pochylił się bliżej ku jej skroniom. Zapach włosów i ciałana wskroś go przeniknął. Słyszał, jak mu bije gwałtownieserce, widział, jak jej oczy ciemnieją, niby od napływającejdo tęczówek fali błękitu, jak białka pokrywają się siateczkądelikatnych naczyń, jak usta rozchylają się i pąsowieją,i przepyszne ramiona ledwie dostrzegalnie drgają.

— Niech pan usiądzie tam, dalej... Proszę wziąć sobie tęróżę i przypiąć do żakietu.

— Nie dotknie jej pani ani jednym paluszkiem? Nie prawą ręką, broń Boże! lewą... Przecież lewą można, o, tympaluszkiem...

Położył na jej wypieszczonej i miękkiej jak bukiet fiołków rękę swoją i gładził ją, ledwie dotykając. Gdy chciałtę rękę podnieść do ust, panna Wanda usunęła ją, uśmiechając się przekornie. Teraz wstrząsnęły nim te same dreszcze i jakby odebrały mu samowiedzę. Pochylił się naglei ucałował usta panny Wandy.

— Ach! — krzyknęła gwałtownie i zerwała się z ławki,lecz ręka jej pozostała w jego dłoni. Stała z przymkniętymipowiekami przed Adasiem, oblana po brwi rumieńcem.

Z tego gwałtownego jej ruchu, z tej nawet chwilowejbezwładności Wawelski wywnioskował, że na ustach pannyWandy złożył pocałunek — on pierwszy. Sprawiło mu tonieopisaną, przez mgnienie oka trwającą rozkosz. Schylił się,aby nieznacznie pocałować jej rękę, którą pieścił; wtedy panna Wanda wyrwała ją i odeszła.

Z odległości kilku kroków rzekła, nie odwracając się:

— Proszę nie iść za mną, bardzo pana proszę...

— Panno Wando, niech mi pani przebaczy! — mówiłAdam w pewnego rodzaju zgłupieniu. Nie wstał jednak z ławki. Z dala od ganku słychać było rozmowę zbliżających siępań starszych.

Panna Wanda wracała ku ławce. W oczach jej cudnie zawstydzonych malowało się ukrywane pod maską min przeraźliwie surowych uczucie szczerej i radosnej rozkoszy. Zbliżywszy się mówiła ze zmarszczonym czołem i nie patrzącna winowajcę:

— Co pan zrobił? Jak pan się ośmielił? Co za bezczelność!... Ja teraz chyba ospy dostanę ze wstydu!...

— Ja panią przepraszam, ja serdecznie żałuję, ale panima takie prześliczne oczy...

— Znowu bezczelność!... nie, wie pan, że to coś przerażającego!

Stała tak blisko, że Adam nie mógł się powstrzymać, abyjej nie objąć. Nim pani Wawelska i pani Zofia weszły nauliczkę, zdołał przyciągnąć pannę Wandę do siebie łagodniei w ciągu niewysłowionej sekundy trzymać ją w objęciach.Panna Wanda była pewna, że w tej chwili bogaty młodzieniec oświadczy się o jej rękę i dlatego nie opierała się.Wtem usłyszała rozmowę i odsunęła się chyżo. Pani Wawelska szła uroczyście, wykładając coś bardzo poważnego. Gdypodeszły blisko, pani Zofia przyglądała się siedzącej na ławceparze z uśmiechem zadowolenia. Stara dama zajęła miejscena ławce i potoczyła się rozmowa, wahając się między powieściami Kraszewskiego a konfiturami z niedojrzałegoagrestu.

Słońce za las zachodziło. Na łąkę wpełzała mgła jasnai rozpościerała się cisza letniego zmierzchu.

— Przecudny wieczór — zauważył Adam. — Co za cisza!,,Słyszę, kędy się motyl kołysze na trawie, kędy wąż śliskąpiersią dotyka się zioła”.

— Słyszy pan, że wąż się dotyka?... — zapytała pani Zofia z uśmiechem. — Ach! te zioła... Rozsada, buraki, selery.

— Nie lubi pani wsi?... — zapytał Wawelski.

— Wieś lubię i nie potrafiłabym literalnie wyżyć w mieście, nie mogę tam wytrzymać przez trzy dni, ale najbardziej lubię wieś wtedy, gdy wszystkie „zioła” leżą w beczkach, słoikach, w piwnicy. Jesień, to dopiero prawdziwa radość moja! Idę wtedy do lasu i siedzę sobie tam z robotą.Widział pan kiedy las w jesieni, podczas szarugi i wichru?Zdaje się, że świerkom zimno, gałęzie tulą się do pnia nibyręce zmarznięte. Czasami znowu wydaje się, że drzewa wpadają w straszny gniew, że powydzierają z ziemi korzeniei pójdą dokądś w świat... Szczególniej lubimy obiedwiez Wandą szum jesienny. Raz chodziłyśmy tak po lesie zedwie godziny, nic do siebie nie mówiąc. Mżył deszcz, poubierałyśmy się więc w grube obuwie Wiktora, pamiętasz,szwesterko? Najlepiej myśleć sobie wtedy, podczas głuchego szumu i huku idącego górą po szczytach.

— Myśleć czy marzyć? — zapytał filuternie Wawelski.

— Marzyć? Może Wanda marzyła, bo ja dałam już marzeniom dymisję od dawna i patrzę na świat bardzo szaro. Roktemu, gdy Wandzia bawiła u nas w jesieni, chodziłyśmyczytywać Mickiewicza. Ja go bardzo lubię, bo to taki sobiedobry, poczciwy, prosty, a taki mądry człowiek. Czasami sięegzaltował, ale bardzo rzadko. Szczególniej lubię, jak onopisuje miejscowości w Panu Tadeuszu. To takie jest dziwne... Albo gdy smutnie pisze, to każdziuteńki wyraz jestmądry: czasami jedno słowo ma ogromną masę znaczeń.Prawda, panie?

— O, tak... Mickiewicz... rzeczywiście... Tylko że to zacofaniec, według mnie, straszny, który nic nie widzi poza swoim powiatem. Rad by skisnąć w swych pojęciach upartychi nieraz ogromnie ciemnych. Szczególniej ten jego cały towianizm — coś tak komicznego.

— Towianizm? — zapytała ze zdziwieniem pani Zofia —co to znaczy?

— Ja lubię bardzo Heinego — rzekła panna Wanda, spoglądając ukradkiem na Adama.

— Ba! Heine — uśmiechnął się — to król.

Pani Róża przysłuchiwała się tej rozmowie z sympatycznym uśmiechem, wykazującym, że stara dama zupełnie niepojmuje, o co idzie, a ponieważ wieczór zapadał, zaczęła zabierać się do powrotu. Dorożka dawno odjechała, wypadałowracać piechotą, a że wieczór był prześliczny, więc paniŚwierkowska i panna Wanda oświadczyły się z chęcią odprowadzenia nie tyle zapewne pani Róży, ile jej syna. Student znał już drogę przez las, podjął się tedy prowadzić karawanę. Od szlacheckiej willi do Odrobinki była zapewnez wiorsta drogi, willa bowiem leżała po przeciwnej stroniemiasteczka. Ciemno już było zupełnie, gdy całe towarzystwodosięgło wreszcie stacji kolejowej i kilkunastu domostw porozrzucanych wśród lasu. Pani Zofia nie chciała wstąpić doOdrobinki, gdyż spodziewała się powrotu męża z Warszawy i nie mogła zaniedbywać swych zajęć gospodarczych.Adaś odprowadził te panie tą samą drogą.

Wszedł księżyc i nastała jedna z tych nocy letnich, a możeta noc w lecie jedyna, gdy na ziemię zstępuje czar przedziwny. Tkwił w bladoniebieskiej przestrzeni rozmieciony pyłświetlisty, podobny do niezmiernie rzadkiej mgły, ledwie widzialnej. Przez konary świerków wdzierały się do głębi lasubiałe promienie księżycowego światła i rzucały na jego dnooraz na pnie i leśną podszewkę bezkształtne plamy. Zimneświatło odszukiwało krople rosy, leżące jak w miskach —w zagłębieniach listków i szyszek; czepiało się brzegówuschniętych zeszłorocznych igieł, co przygniatają jak balei płyty — kiełki wypychające się z gruntu; wciskało się między włókna mchów i w nory pniów zbutwiałych.

Po całym lesie błąkały się jasne blaski jak widma. Stanąwszy na brzegu lasu pani Świerkowska zwróciła się do Wawelskiego, żegnając go; willa szlachecka była tuż za łąką.

— Mamy jeszcze tylko kilkadziesiąt kroków — mówiła —miniemy mostek i wrócimy przez furtkę. Nikt nie zauważynaszego spaceru.

Otuliła się szalem pod szyję i zwróciła twarzą do Adama.Na twarz tę padło światło, zamigotało jak lśniące pyłki wewłosach z lekka wzburzonych nad czołem i nadało tej głowiejakiś wyraz szczególny. Student doznał takiego wrażenia,jakby panią Zofię w tej chwili dopiero po raz pierwszy zobaczył. Rozkoszny spazm ściskał go w okolicach diafragmyi słodko obezwładniał. Radość wewnętrzną a bezmyślną sprawiło mu fizyczne przypatrywanie się tej twarzy, nacechowanej w tej chwili czymś niewysłowienie znajomym i bliskim.

— No, dobranoc panu — rzekła pani Zofia.

Panna Wanda serdecznie i z trwożną namiętnością uścisnęła rękę Wawelskiego.

— Dobranoc — rzekł jakimś nieswoim i mimo woli smutnym głosem, ukłonił się i patrzył na oddalające się sylwetkitych pań. Długi, dziwaczny cień, padający od ich postaci, posuwał się po rosą ubielonej łące, wydłużał się, zwężał...

Wtedy młody człowiek poczuł w głębi serca jakby próżnię.Czuł bezwiednie, że mu czegoś brak, brak niesłychanie.

„Tu przed chwilą stała ta pani — myślał — o dwa krokiode mnie... taka nadzwyczajnie piękna...”

Z wysiłkiem uprzytomnił sobie oczy pani Zofii, barwę jejtwarzy w świetle, dźwięk ostatniego wyrazu i schwytawszyte kształty szczególnym pojmowaniem, poszedł do domu szybko, co tchu, szerokimi krokami, jakby przed kimś uciekałze zrabowanym skarbem.

Nazajutrz wstał bardzo wcześnie i poszedł do lasu. Sprawiło mu przyjemność brodzenie po dywanie z zeschłych liści grabowych w dalekich zakątkach lasu, błąkanie się fizyczne, kiedy wszystkie myśli błąkały się tak samo. Było topewne rozbicie i rozproszenie się zdolności, nagły zanik pamięci, zatracenie rozsądku i sprytu. Nie pamiętał tego poranka nic, literalnie nic, oprócz koloru niebieskiego stanika paniZofii, a właściwie pamiętał tylko o jakiejś plamie niebieskiej,i to nieprzerwanie obecne a bezmyślne wspomnienie, będącejak gdyby wytworem nieświadomego myślenia, sprawiało muprzejmującą jątrzącą skrycie, głęboką rozkosz. Ilekroć usiłował uprzytomnić sobie cały dzień ubiegły, rozmowę z panią Zofią, rysy jej twarzy — gubił się w niejasnej pustce.

Około południa wyszedł na brzeg lasu, położył się na mchuw pobliżu drogi prowadzącej przez łąkę do willi szlacheckieji patrzył. Słońce paliło; wysoko, w bezchmurnym niebie krążyły kanie, wołając przeciągle swoje „pić-pić!”, na łące, w lesie, na drogach panowała nieruchoma cisza. Ze wzgórza, gdziesię ukrył, widać było dach willi połyskujący w słońcu, czubydrzewek ogrodowych, szary parkan, żółty piasek na drodze,błyszczący złotawym blaskiem. Wszystkie te punkty zwracały i przykuwały do siebie jego uwagę, ale w sposób dziwaczny; były to formy jego uczucia bezwiednego, kształty przemijających to udręczeń, to uniesień dziecinnie wesołych. Chwilaminie zdawał sobie zupełnie sprawy z kierunku tego chaosuwrażeń i pojmował to tylko jedno dręczącą i niecierpliwąpółwiedzą, że ta droga żółtawa, przerośnięta skrawkami murawy, leży tak nieskończenie daleko, że tamtędy nie pójdziew tej chwili, że nie można, nie podobna...

Nierychło przypomniał sobie, że trzeba iść na obiad, i powlókł się do domu ze zwieszoną głową. Po południu wrócił cotchu na zajęty rano punkt obserwacyjny. Wzgórze to, do połowy wykarczowane przez pana Świerkowskiego i zasianeowsem, który kołysał się teraz wełną ciemnozielonych piórekpod tchnieniem ciepłego wiatru — wieńczyła kępa niskichchojaków. Leżały tam stosy wykopanych przy karczunku kamieni, kupy suchego jałowcu powydzieranego z korzeniamii wykroty pniów starych. Wawelski wpełzał między krzaki,zdejmował kapelusz, kładł się na mchu i czekał. Nie miałżadnej nadziei zobaczenia dziś pani Zofii, a jednak czekał nacoś, podniecany przez niejasne, senne przeczucia.

Ukośne promienie słońca padały na drogę dźwigającą sięz dołu między dwiema podartymi przykopami, zarysowaływyraźnie każdy krzaczek tarniny, każdy kołek i żerdź zmurszałego płotu, i zdawało mu się, że zbliżały te ciemne punkty,jedynie odbijające od tła jasnozielonej przestrzeni.

W głębi zabudowań szczekał z nudów jakiś pies. Chwilamiszczekanie rozlegało się głośniej czy może wiatr wyraźniejniósł jego echo — wtedy Adam podniósł głowę. Nic nie widać, nie ma nikogo...

Dla oszukania własnej niecierpliwości obserwował cicheżycie dna lasu, licząc, że zajęcie to skróci czas między chwiląobecną i tą chwilą bezgranicznego upojenia, jaka może nadejdzie, a może nie nadejść wcale. Upływały minuty, kwadranse,godziny...

Oto mały pająk na krótkich, kabłąkowatych nogach mknieszybko po badylu konwalii, przeskakuje z listka na listek jakzwinny góral, dobiega do szczytu i siedzi tam, w zamyśleniuprzebierając nogami. Skacze znienacka na sąsiedni kwiatek,wdziera się na jego wierzchołek i cały, z nogami i szarymcielskiem, pakuje się w kieliszek kwiatu. Siedzi tam nieruchomo jak zbójnik tatrzański. Po tym samym badylu spinasię z mozołem do góry brunatna boża krówka; jak uboga kobiecina z brzemieniem na plecach, lezie i zsuwa się maleńkisyzyf, opiera się silnie nogami i usiłuje dotrzeć do tego właśnie dzwonka kwiatu, gdzie siedzi chybki rozbójnik.

„Jeżeli dojdziesz, maleńka — myśli Adaś — to pani Zofia... tu przyjdzie... pani Zofia... Zofia...”

Wiatr przynosi wyraźne, radosne szczekanie psa — i nimboża krówka zdołała wstąpić na odnóżkę małego badyla,z bramy folwarku wysuwają się dwie jasne figury. Błyszczyw słońcu pąsowa parasolka, a opodal — niebieska suknia.

— To idzie pani Zofia — szepcze Wawelski, przypadająctwarzą do mchu w jakimś ogłupieniu czy szale radości.

Serce mu bije, krew pulsuje w skroniach, w gardle zasycha. Wkrótce słychać już odgłos rozmowy, niejasne dźwiękiodbijają się o ścianę lasu, przerywa ciszę krótki, urywany wybuch śmiechu, potem wszystko znowu zacicha. Za chwilęte panie rozmawiają już w lesie — wyminęły schronienieAdama, nie zauważywszy go; panna Wanda śpiewa półgłosem preludium: „Czemu w sercu smutno?...”

Wówczas student jął na gwałt oczyszczać ubranie z igiełświerkowych i mchu, wstał i wysunąwszy się na drogę, podążył w kierunku echa rozmowy.

W głębi lasu przecinały się na wzgórzu, tworzącym maleńką polanę, dwie zapuszczone drogi. W środku stał spróchniałypniak starego świerka, obdarty z kory i porzeźbiony śladamidróg drzewojadów. Przy pniaku siedziały obiedwie damyw pozach nie tyle malowniczych, ile niedbałych. Kiedy Wawelski zbliżył się i mógł widzieć twarz pani Zofii, uspokoił sięnieco, aczkolwiek nie mógł zebrać rozproszonych myśli i wrażeń.

Panna Wanda była niesłychanie zadowolona z jego przybycia, kokietowała go oczami, ruchami, pantoflami, półsłówkami, uśmiechami, a nawet usiłowała drażnić, oddalając sięco pewien czas o kilka kroków. Wówczas Adam mógł rozmawiać z panią Zofią i patrzeć jej w oczy. Uderzał mu wtedy dogłowy jakby czad, dzięki czemu nie mógł mówić głośno i najzwyklejsze zapytania i odpowiedzi wypowiadał zdławionymszeptem.

Pani Zofia siedziała na murawie, oganiając komary gałązką świerczyny. Teraz wsiąkły w jego pamięć na zawsze rozmaite szczegóły: kształt jej ramion, piersi, kształt podwiniętych nóg odciskający się na sukni, charakterystyczne pochylanie na bok głowy, gdy wymawiała rzadko przez nią używane wyrazy, leniwe wznoszenia się powiek, dźwięk śmiechu,śmiechu półgłośnego, jakby był zaledwie echem czyjejś wesołości. Adam doznawał wreszcie radosnego upojenia, jakieniedawno przeczuwał, a jakie teraz zdawało się uciekać, wyrywać się, unikać go... Każde zbliżenie się panny Wandysprawiało mu niewypowiedziane cierpienie, każde jej słowowydawało się nierozsądnym, każde spojrzenie wyzywającym,natrętnym i nudnym.

Gdy się słońce nachylać zaczęło ku zachodowi, mieszkankiwilli poprosiły Adama na herbatę. Poszedł z wielką chęcią.Pan Świerkowski był już na ganku, gdy się do willi zbliżyli.Pragnąc ufetować swego gościa, w którym przeczuwał jakiegoś demokratę, używał co kilka słów: „bo to, uważa pan, tanasza szlachta...” — „ja tam z całą szlachtą o... tyle nie mamstyczności...” itd.

— Ale i ten chłop — wołał — to jest także! Tak się tomówi: chłop, chłop... Daj mi pan z łaski swojej takiego chłopa, który by wziął ode mnie ogród w dzierżawę. Parch, uczciwszy uszy, przychodzi, wylicza siedemdziesiąt pięć rubli, siedzi całe lato w budzie, nie wiem, czy on tam je co, czy, bestia, nic nie je — dość że ja moje siedemdziesiąt pięć rublimam w kieszeni i on na pewno zarobi. Ja bym z duszy-sercarad zgnieść Żydów ze szczętem, ale komuż ten ogród wypuszczę? — wołał z desperacją. — Chłop będzie mi miesiąc medytował, potem się namyśli i da, wie pan ile?... czterdzieścirubli!... Będzie się sam objadał gruszkami, będzie spał w nocy, owoc mu rozkradną, sam straci i ja na jego handlu. Onmusi się objeść, papierosika wypalić, wódeczki w niedzielę...No, daj mi pan chłopa, który by mi zastąpił Żyda, który bysam zarobił i mnie dał tyle, ile daje Żyd? No, panie Wawelski...

— Skądże ja mogę wziąć jakiegoś chłopa? Może gdybyw Kurierze ogłosić... — tłumaczył się Adam, a jednocześnieprzez mózg jego przemknęła myśl przykra, że w tym ogrodzie latem będzie jakiś Żyd siedział.

— Tak ci moja! — śmiał się Świerkowski — w Kurierzeogłaszać... Jeszcze i na Kuriera z pięć złotych wydać; zresztą,czy pan myśli, że chłopy czytają pisma?

— A cóż ci chłopi — koniecznie mają brać pański ogród?...Miał pan zamiar wysyłać owoce do Warszawy, sam uskuteczniać tę manipulację...

— Tak się to mówi... sam... manipulacja... A ile to ja wydam na koleje, na jazdy, na hotel w Warszawie? Panie! —wrzasnął nagle — jeśli my się sami Żydami nie staniemy,Żydami — panie! to ja sobie rękę daję uciąć, że nie zwyciężymy tych pijawek!

Wawelskiemu zrobiło się trochę nieswojo wobec perspektywy stawania się znowu Żydem, szczególniej gdy patrzałna przymusowo poważną minę pani Zofii.

Świerkowski, wybierając się o zmroku do obory i stajni,zaproponował Adamowi zwiedzenie gospodarstwa. Poszlitedy obadwaj. Oglądali parę młodych i ładnych koni; szlachcic kazał je natychmiast wyprowadzić, prezentował ich nogi,kłęby, kopyta, łopatki, szyje, odsady ogonów itd., a zachwalał, jakby miał przed sobą nabywcę. Przeszli następnie doobórki, aby obejrzeć krowy. Znowu zaczęło się wyliczanieprzymiotów, życiorysów, narowów i wad każdej krowyz osobna. Studenta nudziło już to wszystko śmiertelnie, toteżpragnąc zakończyć szereg przymiotów jakiejś Kwiatuli, rzekł:

— Tak, to śliczna krowa; co za odsada ogona!

Świerkowski wytrzeszczył oczy i zaczął tłumić śmiechw taki sposób, jakby połykał jeden po drugim surowe buraki.

„Czego się ten plantator śmieje?” — zapytywał siebiew duchu Adam, gdy wyszli wreszcie spomiędzy stosów nawozu i skierowali się ku domowi mieszkalnemu.

Na tle bukietów rozkwitłego bzu, którego cały gaj rozrósł się dokoła ganku, widać było głowę pani Zofii. Niedawny śmiech Świerkowskiego, jego obecność w danej chwilii widok tej głowy, coraz piękniejszej, sprawiły, że Adaś poraz pierwszy pojął, co się z nim stało; zrozumiał tę klęskę,ten cios, to nieszczęście, że pani Zofia jest żoną takiego otopogromcy Żydów. Głucha i ślepa energia instynktu miłosnegospotkała się po raz pierwszy z tamą, z nieugiętym i brutalnym hamulcem, toteż w mgnieniu oka stała się przyczynąparoksyzmów cierpienia, kąsających znienacka jak przypalenie rozpalonym drutem, a przepadających za chwilę przynapływie wrażeń miłosnych, przychodzących z zewnątrz, abytę słodką i rozkoszną energię do nowych wybuchów zasilać.Nadmierną i dominującą nad zdrowym rozsądkiem litość dladopiero co powstałego uczucia zmieniał gorzki żal do paniZofii, żal nieutulony i skłaniający do łez prawie. Poczuciedokonywującego się bezprawia, poczucie prawie fizyczne, bościskało za serce, tętniło w pulsach i uderzało do głowy faląkrwi, odszukało wreszcie w duszy Adama jakiś punkt i zatliło w nim coś złego. Ten mąż, z jego wąsami, butami, grubymi paluchami i wargami mlaszczącymi, zaczął mu ciężyćna ciemieniu jak kamień młyński. Przy herbacie, podczasgdy szlachcic usiłował rozweselać wszystkich cytowaniemkolejnym anegdot, jakie praszczurom jego obmierzły już odczęstego powtarzania, Adam wpatrywał się w talerz z nieopisanie cynicznym uśmiechem. Nie mógł, literalnie nie byłw stanie podnieść oczu ani na Świerkowskiego, ani na paniąZofię. Żyły mu na czole nabrzmiały jak strąki grochu, nozdrza drgały, ręce potniały, łzy piekły w oczach.

Zaraz po herbacie żegnać się zaczął. Obydwie siostry przyglądały mu się z nadzwyczajną ciekawością i zdziwieniem. Świerkowski przeprowadził go z latarką przez ogród i nagadawszy jeszcze wiele rzeczy wypuścił przez furtkę w parkanie. Młody człowiek szedł po kretowiskach i ścieżkach wydeptanych przez bydło, niosąc w sobie smutek taki, jakbygo spotkało jakieś wielkie i niespodziewane nieszczęście.Wszystko teraz było mu obce — cały świat, książki, idee niemiały z wewnętrzną treścią jego duszy żadnego literalniezwiązku. Czuł się obcym na ziemi, rozbitym w sobie, opuszczonym i samotnym...

Pani Świerkowska i jej siostra znajdowały codziennie napniaku w lesie bukiecik narcyzów, ilekroć szły na spacer.A chodziły od ostatniego spotkania się tam z Adamemkażdego odwieczerza bardzo regularnie. Panna Wanda biegłazazwyczaj naprzód i dostrzegłszy na rdzawej powierzchnipnia wypukłą, białą plamę śmiała się głośnym, głęboko zadowolonym śmiechem zwycięstwa. Obydwie były pewne, żeWawelski oświadczy się lada dzień, że matce jego pochlebiaćbędzie taki związek, że tedy... Pani Zofia cieszyła się równieżz tego tryumfu, aczkolwiek nie mogła się zgodzić, zdecydować wewnętrznie na moralne i rodzinne zbratanie się z pięknym mechesem. Nie krępowały jej żadne uprzedzenia szlacheckie, znała bowiem aż nadto dobrze wartość pieniędzyi pragnęła z całego serca uchronić za jaką bądź cenę od ichbraku swą siostrę, ale nie mogła przezwyciężyć skrytegoi niewytłumaczonego uczucia iście kobiecej niechęci. Stały jejw oczach dzieci, istoty niewinne, które zjawiają się na świat,dzieci Wandy... A nuż powyrastają im garbate nosy i odstające uszy! Adam jest pięknym chłopcem, nie ma ani w rysach twarzy, ani w całej postaci, ani w mowie, ani nawetw charakterze cienia żydostwa, ale te dzieci, te dzieci... PannaWanda nie doświadczała żadnych tego rodzaju niepokojów —tym więcej, że pokochała Adasia nagłym, namiętnym i niecierpliwym uczuciem, jakie wobec warunków nieodpowiednich znika szybko, wobec sprzyjających nie trwa równieżdłużej nad niewyraźny kres miodowego miesiąca.

Nad wszelkimi zresztą humanizmami górowała ta zasada:Adaś jest bagaty, za rok będzie skończonym prawnikiem,a ona mieszkać będzie w Warszawie. Kiedy zestawiła nędznepołożenie guwernantki, istoty najbardziej na ziemi nieszczęsnej, z położeniem mecenasowej, bogatej mecenasowej w Warszawie, czuła, że nad życie kocha Adasia.

Tymczasem Wawelski nie dla niej przynosił codzienniesześć pachnących narcyzów, nie dla niej wstawał rano, zrywał i niósł te kwiaty, jeszcze kroplami rosy okryte, mającw oczach mgłę, a w sercu smutek, dla którego jedynym ukojeniem były właśnie białe, wywinięte listki narcyzów. Byłyto symboliczne kwiaty: każdy z nich oznaczał jedną z literwyrazu... „kocham”. Adaś przychodził do pniaka rano, kładłkwiaty i szedł następnie dokądś, daleko w las, aby w zapadłych jego kątach leżeć na ziemi i patrzeć przez gałęziew niebo. Po południu spotykał piękne siostry na polance i patrzył z cynicznie mściwym uśmiechem na pieszczenie jegokwiatów przez pannę Wandę; czasami nic prawie nie mówił,a czasami zachwycał swe słuchaczki naukowo-artystycznymimonologami, wypowiadanymi z nienaturalną swadą i zamaszystością, jakby pragnął pokazać, co umie, czym jest. Byłwszędzie, dokądkolwiek udawała się z siostrą pani Świerkowska. W sklepach, w kościele, na rozmaitych nudnych wizytach zjawiał się jak cień. Nienawidził prawie teraz przywłaszczycielki jego symbolicznego „kocham” i odnajdywałw niej mnóstwo przywar, segregował je i codziennie dopisywał w pamięci jakiś nowy szczegół do aktu oskarżenia.Drwił w duchu z wewnętrzną uciechą z jej modnych stroików, z manii biednej nauczycielki, wydającej wszystkie zarobione pieniądze na suknie i kapelusze.

„Co dzień inny kubraczek: krótki, długi, wcięty, puszczonywolno, bufiasty, porozpruwany, jasny, żółty, ciemny, czarny — co dzień inna suknia... Co ona ma tych spódnic, żakietów, pantofli, kapeluszy! Ciekawa rzecz, czy też ma czystekoszule, czy jej wystarczy pieniędzy na płótno? Czyż niejest — myślał — dowodem jej marności moralnej to małpowanie ludzi bogatych, małpowanie uskuteczniane z największym trudem, kosztem gorzkiej pracy, i w jakim celu? —W celu zdobycia na gwałt męża. Nie ma na świecie nic literalnie do spełnienia, tylko zdobyć na gwałt męża. Naturalniewzgardziłaby człowiekiem rozumnym, ale ubogim, bo na horyzoncie widzi tylko cztery fachy zapewniające posiadaniesalonu: inżynier, adwokat, doktor — ach, inżynier! — i odbiedy agronom — nota bene nie żaden Świerkowski, ale dzisiejszy ziemianin, młody i nadobnie dumny radca Dyrekcji Szczegółowej... Usiłuje pochwycić tego bogatego młodzianaza pomocą prześlicznych, coraz piękniejszych, spódnic i staników. Co za ogon cywilizacji! Co z tej panny za ofiara powszechnej zarazy, zatruwającej życie tego społeczeństwa!

Jest arystokratką, chociaż nie umiałaby nawet tego sformułować; każdy jej czyn, krok, myśl jest krokiem, myśląi uczynkiem wielkiej damy. — Ona nie mieszka, lecz bawi —życie jej dzieli się na sezony, charakterystyczne wedługtego, czy dobrze lub źle się bawiono w danym sezonie; jejwiedza, zamiłowanie do muzyki, uczenie się na pamięć rozmaitych mniej lub więcej mdłych wierszy, jej czytanieksiążek — to wszystko środki reklamowania się, boć ona tegowszystkiego nie lubi, na wszelką pracę patrzy jak na najgorsze złe, warunki życia Świerkowskich uważa za jakąśwstrętną, anormalną, chwilową wegetację, a swoją urodęza pewną wartość, jaką rada by mnie ufetować dlatego, żewie coś o moich pieniądzach. Ruina majątkowa, pensja, życie,książki, niedostatek — niczego jej nie nauczyły, nic jej niepowiedziały... Pożądanie zbytku — oto treść duszy tej dziewicy; a że ten zbytek może jej się wymknąć, więc zdążado niego przez wszelkie kłamstwa. Nie upadnie nigdy z jakiejś miłości, bo wie, że to spowodowałoby upadek ceny towaru; będzie szukała tego inżyniera do śmierci, a przynajmniej do staropanieństwa; za pieniądze, jakie wyda na kaprysy mody, można by sklep kolonialny założyć. Ach, tysroko, papugo, papugo, jakże jesteś śmieszna!...”

Złość i odraza wzrastały w jego sercu w miarę gmatwaniasię tego stosunku, w miarę coraz większego rozczulania sięwzroku panny Wandy. Sądził poprzednio, że tajemnica jegokwiatów odkryta wreszcie zostanie; uknuł nawet zdradziecki plan posługiwania się modną panną jak parawanem,oszukiwania jej, zwodzenia półsłówkami w tym celu, abywobec Świerkowskiego i tak zwanego świata mieć pretekstdo częstego widywania pięknej mężatki. Atoli narcyzy zdobiły i zdobiły bez końca najbardziej uroczą okolicę gorsetupanny Wandy. Niepodobna było nawet przerwać zanoszeniabukietu, bo cóż by to znaczyło, do czego mogło doprowadzić?

Nosił go więc ze śmieszną zapamiętałością, rzucał na pniakz jękiem jakiegoś niemądrego bólu...

Panna Wanda zrozumiała nareszcie tajemnicę Adasia panieńskim instynktem. Wyśledziła w pewnej chwili jego oczy,gdy skrycie, spod rzęs, całowały, pieściły, obejmowały i tuliły głowę jej siostry. Z tego jednego wejrzenia jej biegłośćw kunszcie zawracania głowy wyciągnęła wnioski o stopniuuczuć Adasia. Wnioski te dokuczały jej jak najpodlejszazdrada, wywlekły z głębi jej serca nie znane dotąd uczuciamściwej goryczy i złego żalu. Musiała zrozumieć, że zniszczony został nie tylko fakt zbałamucenia bogatego młodzieńca, który uważała za dokonany, ale że rozdeptane sąmarzenia o końcu nauczycielstwa; dotkniętą została do żywego duma jej jako pięknej, znieważoną jakoby uczciwośćprzez pocałunek w ogrodzie, oszukanymi nadzieje, które jużprzywarły do bukiecika narcyzów, zrosły się z samym pojęciem, z wyobrażeniem o kształcie i zapachu tego kwiatu.Gorzko jej było wyrzec się wszystkiego, myśleć, że za dnikilka znajdzie się gdzieś daleko, w obcym domu, w małym,,pokoju dla guwernantki” — gdzie znowu będzie rodzajemsprzętu potrzebnego chwilowo, piątym kołem u wozu — gdzieprzyjeżdżające z wizytą damy oglądać ją będą od stóp dogłów wzrokiem, jakim się ogląda nową guwernantkę, i cenićo tyle, o ile ma dobry akcent francuski — gdzie dokuczaćjej będzie tak samo jak tu oszukana łatwowierność i pocałunek, pocałunek ofiarowany za darmo...

„Podobało mu się — myślała — pocałować mię, więc pocałował, przyciskał mię do siebie jak pokojówkę — co za hańba!I nie ma na to rady... Kocha teraz Świerkowską (pannaWanda nazywała odtąd dotychczasową Zosię — Świerkowską), kocha uczciwą mężatkę, matkę, porządną kobietę... Zawiąże się romans, romansik z mężatką...”

To jedno ją pocieszało, że Adaś będzie nieszczęśliwy, cokolwiek by się stało, zawsze będzie nieszczęśliwy. Postanowiła wyjechać niezwłocznie, aby na ohydny romans nie patrzeć i nie brać w nim udziału — a że na miejsce, które opuściła niedawno, mogła powrócić w każdej chwili,zatelegrafowała tedy w sekrecie przed panią Zofią i poupływie dni kilku otrzymała odpowiedź z zawiadomieniem,kiedy na ostatniej stacji kolei będą na nią konie oczekiwać.

Ukartowując ten niespodziewany wyjazd, panna Wandamiała na celu zbadanie ostateczne Adasia. Łudziła się jeszczenikłym promykiem nadziei, jaki dusił w gardle i łzy z oczuwyciskał. „A nuż — marzyła — żal mu się zrobi, a nużzlituje się ten... Żyd...”

Następnego dnia po otrzymaniu przez pannę Wandę wezwania do wyjazdu Wawelski był w lesie. Siedział jak zwykle oparty plecami o krzak jałowca i monotonnie, wyraźnie,za pomocą dobrze uszykowanych zdań, wyłuszczał jakąśkwestię społeczną. Panna Wanda nie rozumiała tego, co mówił, była bowiem zajęta układaniem kategorycznej formułyswego wyjazdu, formuły takiej, jaka by zaskoczyła znienackai jego, i panią Zofię. Obdzierała niecierpliwie palcami listkinarcyzów, mięła i gryzła. Gdy mówca przerwał na chwilępotoczysty wykład, wstała i hamując wzburzenie wewnętrzne rzekła do siostry:

— Zosiu, nie siedźmy dziś długo tutaj, bo ja muszę jeszczepozbierać rzeczy.

— Jakie rzeczy? Po co?

— Wiesz przecie, że dostałam telegram; jutro rano jadę.

— Wandeczko! Cóż ty?... Dlaczegóż masz jechać? — mówiła pani Zofia, podnosząc się szybko z ziemi, mając jużpełne oczy łez.

— Pojadę stanowczo! Trzeba pracować, zarabiać na życie!Namyśliłam się... Stanowczo!...

Wawelski poczuł zimny dreszcz w plecach. Siedział ze spuszczonymi powiekami, ważąc przebiegle to oświadczenie.

„Czy to dobrze, czy źle; czy dobrze, czy źle? — myślał. —Mogę bardzo wiele zyskać, ale mogę wszystko utracić. Jutrojuż tutaj «Zofia» nie przyjdzie; nie będę jej widywał, nie będęjej widywał...”

Pani Zofia zapomniała prawie zupełnie o jego obecnościi, obejmując siostrę za szyję, prosiła na wszystko, aby nieodjeżdżała. Nic jednak nie pomogły perswazje, a nawet mruganie powiekami. Zjadliwy uśmieszek Wawelskiego utwierdzał guwernantkę w zaciętym i dla niej samej dokuczliwymuporze. Obydwie miały teraz łzy w oczach, były wzburzone:szybko pożegnawszy towarzysza spacerów, odeszły do domu.

Nazajutrz raniutko, gdy panna Wanda wsiadała do wagonui szukała zaognionymi oczami „parszywego żydziaka” —w tym celu, aby mu nie odpowiedzieć na ukłon pożegnalny,aby mu nie podać ręki, aby go zmiażdżyć niemym a pogardliwym wyrazem ruchów i twarzy — pogardzony niósł dopniaka bukiet jak zawsze. Szedł szybko; chwilami biegł, comu sił starczyło. Ten bieg i zmęczenie aż do braku tchu byłjak gdyby dobrym przewodnikiem, odprowadzającym z jegonerwów nadmiar trwogi, pragnienia, niepokoju i wzburzenia, które go nękało i nudziło przez całą noc bezsenną.

Zostawił kwiaty na pniaku i wrócił do domu. Czytał tamjakąś książkę, nie rozumiejąc ani jednego zdania; wycierałmechanicznie chustką wilgotne ręce i czekał wieczora. O zmroku poszedł chyłkiem, okrążając las dokoła, dotarł do polanki,starając się nie sprawiać żadnego szelestu i dostrzegłszy,że bukiecik, zwinięty i poczerniały, leży na miejscu, wrócił do domu. Nazajutrz znowu zaniósł kwiaty i doczekał siętego samego skutku. Na trzeci dzień był już jakiś choryz uporu i dreszczów oczekiwania oraz podniecenia moralnego.Szedł po południu do pniaka, ulegając mdłemu wiedzeniu— bo nie kombinacji i nie przeczuciu, że spotka panią Zofię.I rzeczywiście spotkał się z nią w lesie na ścieżce. Na godzinę przedtem spadł przelotny, rzęsisty deszcz letni, zmoczył ziemię aż do głębi, napełnił koleje dróg szorującymiwartko potokami, a las dusznym czadem pachnącej wilgoci.

Pani Zofia szła sama, wysoko obiema rękami unosząc suknię i tupiąc co chwila po korzeniach sosen, aby otrząsnąć błoto z przemoczonych trzewików.

Zobaczywszy Adasia zmieszała się i wykonała niezdecydowany ruch, jakby chciała uniknąć spotkania — lecz że byłblisko, przywitała się z nim sztywno i nie patrząc na niegoodpowiadała niedbale tylko na pytania.

— Czy pan nie wiedział o odjeździe mojej siostry? — zapytała wreszcie, patrząc mu w oczy z obojętnym uśmiecham — Zostawił pan dla niej kwiaty...

— Tak, zostawiłem je tam, jak zwykle, dla pani... — odpowiedział szorstko, nienaturalnym basowym głosem.

— Dla mnie? — krzyknęła prawie i wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami.

— Może je pani przecie podeptać, rzucić, porwać na strzępy, ale pozostawiłam je dla pani.

Szli kilkanaście kroków, milcząc, jakby się mieli rozejśćza chwilę.

— Nie rozumiem pana zupełnie — rzekła z niejaką dumąpani Zofia, chociaż zrozumiała znakomicie. — Mogę tylkonie brać tych kwiatów, nie być tutaj nigdy, dopóki pan niewyjedzie...

— Będzie pani tutaj choć raz kiedyś, aby zobaczyć trupawariata, który sobie tutaj właśnie łeb roztrzaska... tutajwłaśnie...

Zatrzymał się i patrzał na nią suchymi, pałającymi źrenicami.

— Panie Wawelski! Co też pan wygaduje?... Bez sensu...

— Wiem, że bez sensu, toteż żegnam... panią...

Dolna szczęka jego zielonkowatobladej twarzy wysuwałasię naprzód i drgała konwulsyjnie; oczy cofały się pod powieki i ćmiły bielmem wściekłości.

— Panie! Niech pan zaczeka... Niech pan powie, o co panuidzie; nie rozumiem, czego pan chce ode mnie.

Pamiętała nieustannie, że może ktoś zobaczyć ją samąw lesie z pięknym chłopcem; toteż nie zdając sobie sprawyz tego, co czyni, z pośpiechem oddalała się od ścieżki i przedzierając się przez zwarte zarośla młodej świerczyny, szław głąb lasu, do tak zwanych Wilczych Dołów. Wilcze Dołybyły wyrwą między dwoma pagórkami, zacienioną ze wszechstron lasem. Na zboczach i osypiskach tego głębokiego wąwozu rosły pochyło, prawie pniami na dół, rozłożyste, okrytemnóstwem liści dębczaki, leszczyna, lipy i graby, nakrywającgo gałęziami jak płaskim dachem. Dno wyścielały bujne,przepyszne, nasycone wilgocią kędzierzawe trawy, wielkiebadyle dziewanny, gencjana o fioletowych dzwonkach, kępylancetowych szczawiów, łopianów. Pani Zofia zeszła szybkopo pochyłej szyi parowu w głąb i stanęła tam, trzęsąc sięze strachu. Adam szedł tuż za nią.

— O co panu idzie!... Niech pan powie... Czego mnie pantak przeraża?

— O nic mi nie idzie... Żałuję, że panią przerażam, ale tomię, uważa pani, nadto już zmordowało...

— Co? Co pana zmordowało?

— Szalona miłość, straszna miłość, głupia miłość, podłamiłość! Muszę patrzeć stąd na dom pani, z daleka, muszęmyśleć, że pani jest tam z tym mężem, wiecznie dla mnieobca, cudza, na zawsze stracona, pożegnana! Niech pani zrozumie przecie te wściekłe myśli, że każdy chłop, każdy Żydwędrowny, każdy parszywy pies może pójść tam, patrzećna panią, tylko mnie wara, chociaż za tę rozkosz oddałbym...I tak co dzień, zawsze, na wieki! Nigdy... nie wolno!... nie!...

Mówił to jednym tchem, chrapliwie. Zdjął machinalniekapelusz i miął go w ręku, tarł i szarpał. Przepocone włosyoblepiły mu czoło; oczy nie miały żadnego wyrazu, jaku obłąkanego; wargi zbladły, jakby były powalane kredą.

— Więc cóż ja mam zrobić, panie, panie Wawelski? —przerwała mu z naiwnym żalem pani Świerkowska, bezwiednie naśladując wyraz jego twarzy i ton głosu.

— Ach, nic, nic! Skończyć to raz, skończyć...

— Niech pan się uspokoi, mój złoty panie, proszę... —mówiła jak do dziecka.

Te jego włosy, kosmykami przylegające do czoła, wywierały na nią szczególne wrażenie, wydawało jej się, że onjuż jest poraniony, że na tym jego czole są okropne krwawerany. W jakimś odurzeniu wyjęła z pośpiechem chustkęi obcierała mu czoło. Było jej strasznie żal tego chłopca,ściskało ją w piersiach przerażenie gmatwające wszystkiemyśli rozsądne: — oto wyjmie z kieszeni pistolet i zastrzelisię, wyjmie pistolet i zastrzeli się — szeptał w niej jakiśgłos obcy.

— Panie! niechże się pan uspokoi... — powtarzała krzykliwie, biorąc go i ściskając za rękę. — Co ja tu pocznę,Matko Boża, co ja pocznę?...

— Nic, niech pani powróci do domu, niech pani na pociechę popieści męża. Cóż to panią obchodzi? A ja nie mogę,nie mam siły do zniesienia!

— No, czego pan chce? No, niech pan powie — zaczęłamówić pieszczotliwie, nic już teraz nie wiedząc, gdzie jest,czego od niej chcą, i dygocąc z przerażenia, że on natychmiast się zabije.

Wawelski tak zaciekł się w rozrabianiu poczucia własnegonieszczęścia, poczucia dławiącego naprawdę, i dalszych jegorozgałęzień, którymi półbezwiednie się podniecał, że samnie wiedział, czego chce. Przez zaćmiewający mu umysł tuman cierpienia przemknęła jednak myśl jasna, że ugodziłw serce pani Zofii, że jej dokuczył i tym cierpieniem ją zahaczył, że się nareszcie włamał przemocą do jej duszy; toteżtrzeźwiejąc z rzeczywistego bólu, zatrzymał na twarzy wyraz zdecydowanej na wszystko rozpaczy.

Widok trwogi i cierpienia w jej oczach rozniecał w nimmiłość samą, słodką i radosną. Zaczął całować ręce pani Zofii, wyjękując jakieś wyrazy bez sensu, jakieś nazwy pieszczotliwe, których nie śmiał i nie umiał wypowiedzieć głośno.

— Nie zrobi pan sobie nic złego? Nie zrobi pan?... — pytała, nie wzbraniając mu tych pocałunków, głosem wciążprzerażonym...

— Nic nie wiem, nie wiem...

— Niech mi pan da słowo honoru i niech pan jutro ranoprzyjdzie do nas...

— Nie, tam nie przyjdę! Ja tak kocham, tak kocham...

— Ja muszę pana jutro rano widzieć. Niech pan przyjdzie... Męża nie będzie.

Znaczenie tego ostatniego zdania zrozumiała dopiero pochwili.

— Nie, nie przyjdę tam. Tutaj... — szepnął Wawelski.

— No, dobrze...

Dostrzegła, że się uspokoił, i ochłonęła sama. Szybko podała mu rękę i odeszła blada, zmieszana, zgłupiała.

Burzliwy, zacinający z dołu deszcz trzepał wśród poświstówwiatru w szyby sypialnego pokoju Świerkowskich. Dopiero świt się zaczął. Duża granatowa chmura, okrywającapół horyzontu, wznosiła się leniwo ze wschodu i osłaniałazupełnie czyste niebo, skąd jak przez szczelinę tryskało purpurowe światło wschodu. Pani Zofia obudziła się, oparła brodę na poręczy łóżka i patrzała sennymi oczyma przez nieosłonięte okno na ten przepyszny, czerwony blask przełamujący się w niciach wody deszczowej.

— Deszcz... — ziewnęła i przytuliła twarz znowu do poduszki. Było jej w tym półśnie niesłychanie dobrze i wesoło. Chlupanie deszczu w czystej kałuży pod oknem sprawiało melodyjny, usypiający szelest; wiatr stopniowo ucichał i rozszerzała się zorza, zapowiadając pogodę.

— Wawelski... — szeptała pani Zofia poduszce, ledwiezdając sobie sprawę z tego, co oznacza ten wyraz, i wmyślając się przez półsen w to coś rozkosznie wesołego, co sięz wyrazem tym kojarzy.

Śpiący w przeciwległym kącie pokoju pan Wiktor pogwizdywał, cmokał, pykał, sapał i wypuszczał chwilami przeznos niepełne basowe tony, na podobieństwo zdezelowanychorganów.

Tuż obok spał cicho w maleńkim łóżeczku nieprzyzwoicieobnażony mały Zygmuś. Kołdrę odepchnął nogami, poduszkę zrzucił na ziemię i zwiesił małą opaloną głowę pozaporęcz łóżka. Pani Zofia przyglądała się tej jego pozie zewspółczuciem, ale leniła się podnieść; wreszcie wstała i podsunęła mu poduszkę pod głowę.

Było jej nie wiedzieć czego wesoło, miała chęć usiąść nałóżku męża i naśladować jego chrapanie. Stuliła wargi, gwizdnęła zupełnie tak jak on, a poczuwszy chłód pociągający odokna wskoczyła na swe łóżko, zawinęła się z głową w kołdręi gwizdała a chrapała tam, wciąż go naśladując.

— „Trzeba iść do krów, o jej... — myślała — taki deszcz”.

Wyciągała się jeszcze i wygrzewała w łóżku z kwadrans,a potem zerwała się raptem i na pół ubrana, okręciwszygłowę chustką, wyszła na palcach do kuchni. Ogromna dziewka, zaspana i rozkudłana, poprawiając „ciasnochę”, zbierała skopki, powązki, konewki i budziła szturchańcami drugą,śpiącą jeszcze na barłogu szerokiego werka. Pierwszy złoty,wesoły, połyskujący promień słońca wyrwał się zza chmuryi trząsł się w czerwonawozielonych szybach okna. Gromady much, obsiadujące ramy i futryny okna, jak czarne plamyi smugi zaczynały rozłazić się, brzęczeć i tłuc o szyby; gdakały kwoki, młodziutkie żółte kaczęta snuły się po zabłoconych, czarnych dylach podłogi, łowiąc w lot muchy; osmolony, zgrzybiały kot wylazł z zapiecka i wyginał grzbiet,oblizując się z wyrazem zdecydowanej na wszystko obojętności w zaropiałych oczach.

Pani Zofia śmiała się i z kota, i z kaczek, i z zaspanej Marynki. Twardy i wzmacniający sen zupełnie zmienił wczorajszą jej niecierpliwą trwogę na miłe i radosne uczuciezdziwienia.

Wczoraj jeszcze miała zamiar powiedzieć o wszystkimmężowi, aby się uchronić od możliwie niemiłych następstwfantazji młodego chłopca; obecnie, gdy szła do obory i siedziała na jej progu, nie myślała o zwierzeniach i zdecydowała się pójść do lasu.

„Jak on będzie wyglądał dziś, co będzie mówił, czy jeszcze trwa w tym?...”

Z ciekawości wynurzyły się zaraz myśli o tym, jak sięubrać. Sukien i stroików miała bardzo niewiele i ten brakzrodził w tej chwili niechęć i żal do męża.

„Żyję jak zakonnica, a ubieram się jak kucharka — myślała z goryczą. — Mam lat dwadzieścia cztery i pogrzebanajestem w oborze i ogrodzie...”

Nie uczyniłaby jeszcze nic dla zmienienia stanu rzeczy, niebrała nawet na serio niechęci własnej do pana Wiktora; aleta niechęć istniała w jej myślach i roiła się między szeregiem innych, luźnych, tyczących się to Wawelskiego i przygody wczorajszej, to śniadania lub ilości dzisiejszego udoju.

Gdyby niespodziewanie straciła męża, czułaby się zapewne wielce nieszczęśliwą; ale gdy był obecny, zawsze jednaki, dosyć brutalny, wiele a głośno obiecujący bez zamiaru dotrzymania obietnic — nudził ją i męczył. Nigdy gonie kochała bardzo, nawet w epoce narzeczeństwa — toteżteraz myślała o nim z niechęcią i niesmakiem. Przypominałyjej się wyraźnie obrazy z niedawnej przeszłości; licytacje,najazdy komorników, defilady Żydów, ta okropna, urągająca wszelkiemu opisowi nędza istnienia — gdy pyszałkowatego panka licytują, lżą, wyrzucają z gniazda — gdy ludzie, którzy dotychczas kłaniali się i milczeli, skaczą do oczu,mszczą się i krzywdzą. Wszystkie te historie odbiły się w jejduszy wiecznym, niezmazanym znamieniem smutnej, uciskającej bojaźni. Pracowała ciągle w nadziei, że odwróci naprzyszłość fatalne następstwa próżniactwa i nierządu, alepracy tej nie lubiła prawie tak silnie, jak lękała się trwonienia pieniędzy i zbytku. Wszystko na świecie, prócz dziecka i panny Wandy, było dla niej martwe, złowrogie, bezwartości.

Obecnie pierwszy raz w życiu coś się w niej szamotało.Usiłowała opamiętać się, zmierzyć te nagłe odległości, którewytworzyły się w jej pojęciach i uczuciach, zwyczajną miarącodziennego rozsądku i znajdowała co chwila, że się gmatwai błąka w chaosie nie znanych pożądań. Chaos ten nie sprawiał jej przykrości — owszem, odurzał ją i weselił bezmyślnie jak stare wino.

„O mało się nie zabił dla mnie, dla mnie... dla tej wyrobnicy,zapomnianej przez wszystkich...” — myślała z upojeniem.

Obok niechęci do męża tuż stała wielka wdzięczność dlaWawelskiego, wdzięczność na nic niebaczna, prawie szalona...

Leniwo wlókł się jej czas, męczyły ją codzienne zatrudnienia. Około południa, gdy Świerkowski wstał, najadł sięprzy kawie i nagadawszy do syta wyszedł do miasta, ubrałasię staranniej niż zwykle i ruszyła przez ogród do lasu. Gdyminęła furtkę, chwycił ją, ściskał i ssał wewnątrz strach.

Jakakolwiek przeszkoda byłaby ją zawróciła do domu, najcichszy okrzyk powstrzymał...

Ale pola i łąki milczały, las na zieloną równinę pastwiskarzucał cień szeroki — i ten jego cień a chłód prawie decydował o postanowieniu poruszającej się w spiekocie paniZofii. Szła z wypiekami na policzkach, bacząc tylko na to,aby jej kto nie widział.

Wawelski siedział dnia tego w lesie od rana. Dostrzegłzbliżającą się i wyczekiwał na skraju lasu. Gdy tylko stanęła pośród drzew, już był przy niej i nie mówiąc ani słowa,patrzał urzekającym spojrzeniem. Nim zdążył wymówić słowo,objął ją i zaczął całować w usta, w oczy, w szyję...

— Co pan, co pan?... — mówiła cicho, drżąc z przerażenia.

Przyszła z zamiarem pomówienia z młodzieńcem, pokokietowania go nieco — a tymczasem od razu ją zdruzgotanomoralnie, wyjęto z niej wszelką siłę. Zamiast oporu, zbudziło się poczucie słodyczy pocałunków i prawdziwej gwałtowności uczucia. Bóg wie kiedy obmierzły jej pieszczotymężowskie, oznaczające zazwyczaj znaczną skalę jego podchmielenia się, wygasły pragnienia namiętne — toteż całusyAdama ogarnęły ją jak płomień.

Daleko rozlegający się w lesie pisk kraski obudził w niejprzytomność umysłu. Wyrwała się z objęć i rzuciła do ucieczki. Wawelski powstrzymywał ją przemocą.

— Kiedy się zobaczymy, kiedy? — nastawał głębokimbasem.

— Nigdy...

— Przyjdę dziś wieczorem do furtki ogrodowej... Dobrze?

— Ach, dobrze, dobrze, tylko puścić...

— Na pewno?

— Wszystki mi jedno... na pewno...

Wyrwała ręce i poszła wprost przez łąki.

O godzinie dziewiątej wieczorem Wawelski uzbroił sięw rewolwer oraz głębokie kalosze i, z przestrachem łechcącym mu łydki jak paroksyzm malarii, poszedł na schadzkę.W lesie było tak ciemno, że co chwila tłukł się o pnie drzewlub wlatywał twarzą w gęstwinę kolących gałęzi. Mżył drobny deszcz, cichy deszczyk, podobny do rosy. W lesie nieczuć go było prawie, dopiero między zbożami dawał o sobieznać szelestem prawdziwym, dzwoniącym i niewymownie żałosnym. Po niwkach żyta rozlegała się nieustannie szerokaa głucha melodia uderzeń małych kropel o puste dudki zbożowe, przypominając dźwięk struny skrzypiec, kołyszącej sięszybkim, ostatnim ruchem po odjęciu smyczka.

Adaś przezornie wymijał prostą ścieżkę i szedł po miedzach. Kilkakroć zastępowały mu drogę kępy mietlicy, podobne w pomroce do tajemniczego lasu — grzązł w sapachna skraju łąki i gniótł niemiłosiernie kartofle, owsy, żyto.Pot go oblewał, ogarniał przestrach atawistyczny tej siły,że go zwracał do domu — to znowu mocowało się w nimz tchórzostwem jakby pożądanie niebezpieczeństwa. Zarysowały się wreszcie na ciemnym niebie olszyny. Adaś trafiłomackiem na mostek i dzwoniąc zębami puścił się ku furtcepo kępach trzęsawiska. Gdy się zbliżył do parkanu ogrodowego, wstąpiło weń zestrzelenie w jedno ognisko mocy nerwowej, podobne do ślepej odwagi. Szedł oślizgłym brzegiemjakiegoś głębokiego rowu. Gałązki żywopłotu, niewidzialnew ciemności, drapały go po twarzy; trzaskały pod nogamisuche patyki, sprawiając podczas usiłowań zachowania śmiertelnej ciszy wrażenie wystrzałów armatnich; oplątywały nogijakieś żylaste badyle, mocne jak postronki. Dowlókł się wreszcie do upragnionej furtki, oblany zimnym potem, oparł o słupek i czekał.

Deszcz szemrał po liściach drzewek owocowych, w willimigotały światła, na szczycie starej topoli, stojącej w roguogrodu, trzepotało się niespokojnie kilka twardych liści, wywołując złudzenie zbliżających się kroków. Wawelski wsłuchiwał się całym jestestwem. Zwodziło go co chwila bicieserca.

— Ktoś idzie... — szeptał przytulając się do krzaków. —Nie... nikt nie idzie, nikt nie idzie...

Znowu ta cisza okrutna, natrętna, przeraźliwa!

Liczył do stu, do dwustu — zdecydował się nawet na odwrót sromotny; gdy znienacka dobiegł do jego uszu szelestoryginalny, wyrywający się spomiędzy innych. Wsłuchiwałsię przez sekundę niewysłowienie przykrą, aż pojął.

— To szelest sukni damskiej... — wyszeptał jak gdyby komuś na ucho.

Po chwili naprzeciwko furtki zamajaczył cień jakiejś głowy.

— Kto to? — zapytała śmiesznie drżącym głosem paniZofia.

Wawelski poznał jej wylęknioną mowę i zaczął prosićszeptem, aby otworzyła.

Wkrótce był w ogrodzie. Szli oboje zacienioną uliczką,nasłuchując i wstrzymując oddechy, ku darniowej ławcepod jabłonką. Pani Zofia okrywała się chustką narzuconąna głowę i co parę kroków chwytała Wawelskiego za rękę,jakby szukała w nim obrony przed niebezpieczeństwem.Deszcz powoli ucichał, siejąc już tylko drobniutkim pyłemwodnym; zza kęp olszyny wynurzał się między chmuryczerwony księżyc i rozpościerał nad łąkami rudą swoją zorzę. Gdy to spostrzegł Wawelski, ogarnęła go bezmyślna,iście bydlęca wściekłość na to światło przeszkadzające mujakby na przekór. Posadził panią Zofię na ławce i tulił dosiebie.

— Chciałabym panu powiedzieć... ja tylko przyszłam panupowiedzieć... — majaczyła, odrywając jego palce od swychpiersi; wypowiadała jednym tchem jakieś tyrady o niegodziwości, o obowiązkach matki, żony; usiłowała wstać, gdypieszczoty stawały się namacalnie jaskrawymi, ale nie byław stanie opierać się natarczywym naleganiom. Czas uciekał...

Księżyc wypłynął nad drzewa, oświetlił wąskie uliczki,mokre trawy, ubielił rażącym światłem ścianę domu i dachspiczastej wieżyczki...

Gdy Wawelski wymykał się spomiędzy zarośli i lech fasoli, śmiech tryumfu i radości lał mu się z samej głębi serca.Poczucie zwycięstwa zwiększała aureola niebezpieczeństwpokonanych. Odpoczywał w lesie na wilgotnym mchu, patrząc z upojeniem niemieszczącym się w piersiach na głębinę niebios, zasianą już gwiazdami, co zdawały się dotykaćkoron sosnowych. Szorstka i złowroga piękność lasu, głęboka i nieugięta ciemność miejsc osłonionych i nasyconychwilgocią, powiększona przez dopełniające bladozielonkowateświatło księżyca — rozmarzały go i pieściły. Teraz oto nietylko jest upojony szczęściem, ale, co stokroć ważniejsze,nie jest Żydem; złożył dowody odwagi męskiej, rycerskiejśmiałości, na jaką nie ważyłby się pierwszy lepszy nawetz tych... sarmatów.

Jeszcze za świetnych czasów wyprawiania rajskich weselna walnych jarmarkach w Łącznej, Skaryszewie i Jędrzejowie — Świerkowski przyuczył się do „facjendowania”. „Mieniał się” na konie, tarantasy, chomąta, buty, dubeltówki —nawet na krawaty i czapki. Ruina majątkowa zmieniła i wywróciła do góry nogami wszystko w jego pojęciach, wyjąwszy żyłki do facjendowania. Co więcej, chętka handlarska urosła w nim stopniowo do potęgi motoru życiowego. Zagorzkich i bolesnych chwil osiadania na bruku, kiedy odwrócił się do niego plecami jednogatunkowy z nim światbraci szlachty, a otaczać go zaczął falą tratujący nogami,brutalny aż do wydzierania z rąk ostatniej kopiejki — światnowy, a raczej nowe, pozbawione służalstwa ukazujący oblicze — Świerkowski myślał po nocach i zdecydował się samwobec siebie, że chcąc chleb jeść na świecie, trzeba pracować. Za resztki ocalone z rozbicia nabył kilka morgów gruntu i ruderę pod Trebizondowem; zbudował natychmiast spiczastą basztę i głosił na wszystkie strony, że zaczyna pracować. Obiecywał sobie i całemu światu rezultaty nadzwyczajne — w gruncie rzeczy jednak pracowała pani Zofia, a onrozmyślał nad nagłym i olśniewającym zrobieniem pieniędzy. Gdy stykać się zaczął z ludźmi nowego świata, odbijałysię o jego uszy dalekie, mętne, sparodiowane odgłosy mądrychnawoływań: Utrzymujcie w czystości i wykwintności waszewaterklozety, naprawiajcie dziury w mostkach, handlujcie,handlujcie wszystkim, co jest pod utwierdzeniem, albowiemnaucza socjologia, że potrzebne są rodzajowi ludzkiemu grube pieniądze!

Świerkowski pojął, o co rzecz idzie, a nawet napełnił goduch obywatelski; pojął dlatego zwłaszcza, że nigdy nie mógłsię dosyć nadziwić sprytowi żydowskiemu i na wszelkie sposoby pracował wyobraźnią, aby ten spryt skutecznie naśladować. — Piorunował na Żydów jawnie, w duszy jednak uwielbiałich i nie pojmował absolutnie stanu rzeczy pod nieobecność,,tych parchów”. Kilkakrotnie udało mu się zarobić pewne,dość zresztą skromne, sumki przy licytacjach lasów. Stawałw charakterze licytanta i bruździł ciągłym podbijaniem cenykupcom rzeczywistym, wskutek czego ci wciskali mu w łapękilkanaście rubli i wydalali tym sposobem z koła. Te małezarobki dodały mu otuchy, materiału do peror publicznych(chociaż o zarobkach licytacyjnych nie wszystkich znajomychzawiadamiał) i — ducha obywatelskiego. Całe dnie spędzał naobmyślaniu takiej facjendy, takiego interesu, jaki by mu narazpowrócił wszystkie rozkosze przeszłości, wszystkie cugi, liberie, lokajów z podbijanymi oczami i portretową salę z podobiznami przodków, od ojca generała itd. począwszy, a kończąc na samym wojewodzie Goworku.

Skoro dowiedział się, że młody Wawelski ma znaczne kapitały, zaraz oświeciła mu umysł niby jasność niebieska. Mechesa przywabi, olśni szlachectwem i ożeni z panną Wandą,a później będzie od niego wyciągał pieniądze na kapitał zakładowy najrozmaitszych przedsiębiorstw. — Gdy to się nieudało, wykombinował jeszcze świetniejszy handel: obałamucimłodzieńca i sprzeda mu willę wraz z gruntem po trzysta rubliza morgę. Tym sposobem osiągnie pewien kapitalik, spłacidługi ciążące na folwarku i wytarguje na nowonabywcy całoroczne bezpłatne mieszkanie — w zamian za administrowanie gruntem i gospodarstwem przez zimę, w zamian za remontdomu i budynków, z czego przecież także coś — he, he, he —kapnie. Kapitalik obróci na założenie w Trebizondowie sklepu,,chrześcijańskiego”; zaraz po założeniu zorganizuje bandęakcjonariuszów z inteligencji miejscowej i przefacjenduje jeji sklep; na pewien czas przyjmie w nim obowiązki subiekta,a niezależnie od tych zajęć będzie się starał o otrzymanie posady agenta od ubezpieczeń w towarzystwie „Jakor”; znowu nieszczęsnego Wawelskiego namówi do założenia domu komisowo-handlowego w mieście gubernialnym; będzie kupował i parcelował folwarki — zbije niezmierny kapitał, aby wciąż później handlować folwarkami, wsiami, dobrami, kluczami...

Owe kolosalne operacje późniejsze Świerkowski widziałjak na dłoni; nie pojmował tylko tego, jakim sposobem namówić młodego kapitalistę do kupna willi, czym go podniecić i zahaczyć.

Swoją drogą już od pewnego czasu trąbił zgromadzającymsię na dworcu optymatom, że młody prawnik nabywa jegowillę. Wsadzał podczas wypowiadania tej wieści z wielkąniedbałością ręce w kieszenie od rajtuzów i patrzał w przestwór w taki sposób, że najsceptyczniejsi z biesiadników myśleli: „Bierze, bestia, najmniej po dwieście rubli za morgę, jaksię patrzy...”

Z zamiaru sprzedania willi zwierzył się przede wszystkimżonie, licząc na jej pomoc w „kaptowaniu” i faktycznie obarczając ją obowiązkiem przeprowadzenia handlu. Sam działał,z daleka zachodząc: posyłał Wawelskiemu dzień w dzieńkonia wierzchowego, obwoził go bryczką po okolicy, załatwiał sprawunki mamy dobrodziejki, zapraszał obydwojei podejmował z gościnnością staropolską, oprowadzał młodego człowieka po sapach, zmuszał do podziwiania lichychowsów i porażonych kartofli, dobrze temu znanych z wycieczek nocnych, do oglądania tych miejsc na skoszonej łące,gdzie jakoby, pod słowem honoru, zasiano lisi ogon, koniczyny i tymotejki.

Pani Zofia przejęła się również myślą sprzedania willi. Pomimo że została uległą kochanką Wawelskiego, nie zaniedbywała jednak, odruchowo niejako, obowiązków dobrej,dbającej, zapobiegliwej żony. Projekt uśmiechał jej się przede wszystkim z tego względu, że dawał możność jawnegowidywania się z ukochanym — a po wtóre, że, jak się pocieszała, skuteczne załatwienie interesu złagodzi na pewno jejwyrzuty sumienia i wynagrodzi krzywdę moralną wyrządzoną łatwowiernemu wąsalowi. Pod wpływem nauk Wawelskiego religijny odcień wyrzutów i skrupułów pani Zofiizłagodzony został aż do zupełnej nieczułości przez kilka dobitnych zdań Holbacha i Chamforta; czasami jednak przenikało ją na wskroś poczucie hańby innej natury: fakt złamania prostego, niepisanego słowa honoru, oszukanie ufnościtego gaduły, z którym nagle, pomimo jej woli, samowiedzyi zamiaru, coś ją rozdzieliło i rozłączyło moralnie. Była tolitość złodzieja, który czuje, że zabrał okradzionemu jedynąi ostatnią jego własność i pociechę. Miała przy tym w usposobieniu instynktowny wstręt do oszukaństwa i tym przymiotem górowała moralnie nad Świerkowskim, trzymała gow ryzie porządku; obecnie pojmowała to, że nie tylko oszukała jego wiarę w swoją uczciwość, ale sama, podczas gdyon jej ufał i wierzył, w każdej chwili krzywoprzysięgała ruchami, dwuznacznymi spojrzeniami i słowami.

Te niewidzialne moce, które opętały jej duszę i popychałydo schadzek, kłamstw i pieszczot, czasami na mgnienie okają opuszczały. Wówczas kąsała jej serce ślepa, bezmyślna,podobna do obłędu zgryzota. Ale chwile tych niespodziewanych jasnowidzeń zdarzały się rzadko i nikły zaraz pod naciskiem rozkosznej tęsknoty ciała i nadmiaru wiecznie nowychwrażeń miłosnych. Kochała Wawelskiego jak wierne zwierzę,ze ślepym i głuchym na wszystko uwielbieniem, nieprzerwaną tęsknotą, która nie opuszczała jej nawet wtedy, gdy on byłobecny. Mocą tajemniczej zdolności zgadywała jego dążeniai przywary; usiłowała zaspokoić wszystkie porywy jego imaginacji, rozumieć go i zawsze mu służyć. Dla Wawelskiegooszukiwanie szlachcica, zamydlenie mu oczu, wyprowadzeniew pole — stanowiło największy przysmak miłości, rozkoszszczytną, subtelną i doskonałą. Wiele godzin strawił na to,aby w pani Zofii wyrobić zamiłowanie i rozkosz w zdradzaniu;twierdził, że to będzie prawdziwym dowodem jej miłości;rozdmuchiwał w jej duszy nienawiść, uczył dwulicowości i fałszu. Zgadzała się na wszystko i starała wypełniać rozkazy, jakmogła najdokładniej.

Podczas jednej z wizyt popołudniowych Wawelskiego panWiktor postanowił osobiście wykonać zamach stanu. Wszyscy troje znajdowali się na werandzie. Szlachcic chodził odkońca jej do końca z rękami w tył założonymi i już to poświstywał jakąś melodyjkę pod wąsem, już narzekał na czasy, stagnację, upadek cen ziemi i tym podobne nieprzyjemności. Pani Wiktorowa wsunęła się w kąt werandy, oparłagłowę o poplątane łodygi dzikiego wina i gdy Świerkowskizwracał się w swym spacerze ku niej, poważnie i z uwagą patrzała mu w oczy — gdy się odwracał, wolno, nadzwyczajwolno podnosiła powieki, aby z wyrazem niewysłowionejrozkoszy przyglądać się siedzącemu w pobliżu Adasiowi.Oczy jej miały wówczas kolor podobny do barwy mgły porannej, ocienionej nikłym błękitem wschodu; wejrzenie ichdrażniło opuszczone powieki kochanka, jak coś ciężkiegoi słodkiego, a skoro tylko spoglądał na nią, to te zamglone,rozmarzone, zakochane oczy zasłaniały się długimi rzęsami,jakby dla okrycia niewstydu i nagości ich wyrazu.

— Proszę pana — mówił niby od niechcenia Świerkowski — co też pan zamierza ze sobą robić po skończeniu kursów? Adwokaturę traktować?...

— Tak... prawdopodobnie... — wycedził Adaś.

— Zawszeć będzie pan zaszczycał Trebizondów swymi letnimi odwiedzinami... co?... spodziewam się...

Pani Zofia spojrzała na młodego człowieka; usta jej zacisnęły się i pobladły.

— O, niewątpliwie! Przyjedziemy w roku przyszłym zaraz na początku maja.

— Phi, proszę pana, na początku maja... zapewne... Tylkoże to mieszkania nie uporządkowane jeszcze, zabrudzone, nieopalone, wilgotne. Gdyby tak...

— Ha, cóż począć?

— Począć by można, i jak jeszcze... Mój Boże, kto jak kto,ale państwo moglibyście się urządzić w taki sposób, że poprostu...

Coś go jakby zadławiło; przybladł trochę, zakaszlał.

— Co po prostu? — zapytał ciekawie Wawelski.

— Po prostu kupić tutaj willę i cała parada! Choćby otmoją willę kupić wraz z gruntem... Przy obecnie niskiej cenie ziemi to złote jabłko... po trzysta rubli za morgę sprzedałbym — wyrecytował szlachcic od razu; potem odwróciłsię nieznacznie, wyjrzał przechyliwszy się przez balustradęna ogród i szeptał cichutko do siebie, niby dalszy ciąg tej operacji: — Święta Mario, matko Boża, módl się za nami...

Adaś spojrzał ostro w stronę Świerkowskiego, ale zobaczyłtylko jego szerokie plecy; spuścił tedy oczy, medytował przezchwilę, a potem badawczo, uważnie przyglądać się zaczął paniŚwierkowskiej z takim wyrazem, jakiego ta nigdy jeszczenie widziała w jego twarzy.

— Mąż pani chce mi sprzedać swe grunta po trzysta rubliza morgę... to wypada po dziewięć tysięcy za włókę... Czypani również życzy sobie, abym tę willę nabył? — zapytał,patrząc jej prosto w oczy.

— Ja?... Cóż ja? I owszem... Tylko mi się zdaje, że to zadrogo; może pan nie może... — tłumaczyła się, błagając gooczami.

— Owszem... ja mogę, mogę, osobliwie, jeśli... państwooboje tego sobie życzycie. Pan zapłaciłeś za ten grunt posiedemdziesiąt pięć rubli? prawda? — zwrócił się do Świerkowskiego wyniośle, tonem bogatego człowieka.

— Po siedemdziesiąt pięć rubli? Ależ panie! — zaperzyłsię pan Wiktor — a kultura, panie, kultura, do jakiej doprowadziłem; toć to inspektowa ziemia, a rowy, a irygacjełąk...

— Gdzież to są te irygacje? — przerwał mu Adaś.

— Zapytaj się pan Wicka Głaza, Antka Zycha, PiotraGajkosia, jeśli mi pan na słowo nie wierzysz... Śluzy mi,prawda, powódź zabrała...

— A, powódź zabrała śluzy... — mówił poważnie Wawelski.

— Zresztą ja pana, broń Panie Boże, nie chcę namawiać. To jest świetny punkt dla człowieka, co chce zrobić majątek. Ja nie mogę robić wielkich nakładów, ale pan... Willę wybudować nową, park założyć, same warzywa, panie... Ja sam za małe pieniądze mógłbym panu tutaj cudne gniazdko urządzić.

— Nawet gniazdko? — zaśmiał się Adaś i z utajonym bólem spojrzał przelotnie na panią Zofię.

Ona czuła, że ją o coś złego posądza. W tonie i w sposobiejego mowy było coś, co ją obrażało i gniewało. Nie mogącw naiwności swej zrozumieć, o co mu właściwie idzie, wtrącała ciągle swe uwagi nieśmiało:

— Wiktorku, może za drogo... po dwieście rubli... może panAdam nie może.

— O, nie... czyż to drogo? — zaśmiał się jadowicie. — Pomyślę, proszę pani, pomyślę, czy to rzeczywiście będzie dobryinteres...

Skierował rozmowę na inny przedmiot, posiedział jeszczechwilkę i pożegnawszy ozięble wzruszonych małżonków wyszedł.

Zaraz za bramą zaśmiał się gorzko.

— Ładny anioł, ładne małżeństwo... a ja głupi, ja głupi!...Niewinne, cudownie zawstydzone oczy... Teraz rozumiemi zaprosiny, i zostawianie nas samych, i szybką zgodę naschadzki... Panie Świerkowski, chcesz być sprytniejszym nawet od Żyda... za drogo jednak cenisz tę swoją... ziemię.Gniazdko mi uściele... cha-cha... Społeczeństwo facetek i facetów!...

Szybko upłynęła pierwsza połowa września, minął ostatnidzień pobytu Wawelskiego na wsi i chwila wyjazdu nadeszłaniepostrzeżenie. Dniało zaledwie, kiedy Adaś przyszedł pożegnać Świerkowskich. Wysłał służącą, aby zawiadomiła panią Zofię, że przybył; powrócił na balkon i żegnał oczymaokolicę wynurzającą się z mgły porannej. Liście pięknegoklonu stojącego w pobliżu balkonu pozsychały się już i pomarszczyły, przybierając kształt pięści pozaciskanych kurczowo; dzikie wino obwisło brunatnymi strzępami; płonęły purpurą jak ogniska kępy sumaków i rabaty nasturcji; na polai łąki padła barwa oddalająca, błękitnawoszara. Wśród rólświeżo popokładanych, po których czołgały się od rannegozmierzchu brony i pługi, podobne z oddalenia wraz z ludźmii końmi do dużych szarych pająków błądzących bez celu, ciskała się w oczy wyłączna, zimna, czystozielona barwa lasu.

W ciągu ostatnich tygodni Wawelski doświadczył przesytuuciech i pragnął już niejednokrotnie wyrwać się z zaczarowanego koła, pragnął tym goręcej, im natarczywszymi stawałysię zabiegi Świerkowskiego w celu sprzedania willi. Teraz,w chwili wyjazdu, mdlił go ckliwy żal. Pola, ścieżki, drzewaogrodu i ten stary dom przypomniały mu się jak znajomeistoty, jakby wzgardzeni sprzymierzeńcy — zdawały się miećduszę i nazwę kobiety o smutnych, błękitnych oczach. Niemiłe uczucie olśniewało co chwila jak błyskawica jego praktyczny samohołd, jego subtelne, cienkie, do rdzenia rzeczydocierające myśli, ale też trwało tak właśnie długo, jakw cieniach nocy trwa światło błyskawicy.

We drzwich prowadzących na balkon ukazała się pani Zofia. Była bledziutka jak papier, miała głowę odchyloną w tył i uśmiech serdeczny na ustach.

— Czy nie może pan zostać jeszcze... dzień, pół dnia?...

— Żadną miarą. Sama pani wie...

— Tak, tak. Wierzy pan przynajmniej, że byłeś pierwszym i ostatnim?

— Czym?

— Alboż ja wiem?... Zmorą...

— Kochankiem!...

Nie miał nigdy zamiaru rozwiedzenia i poślubienia pani Zofii, a jednak do pasji doprowadziła go rola tylko kochanka, chwilowego kochanka. Bezmyślny uśmiech, nie ustępujący z warg tej kobiety, dokuczał mu jak wyrzut i skarga.

„Nie — myślał — dosyć już tej zabawy w Syngaleza, wkrótce wyglądałbym w tych okolicach jak kolega Daktylberg”.

Właśnie w tej chwili, gdy tak myślał, pani Zofia spojrzała mu w oczy z bojaźliwą ciekawością. Niegdyś, za lat dzieciństwa, widział takie wejrzenie, niewysłowienie ciekawe, gdy stróż domu jego rodziców topił w strudze sparszywiałe ze starości psisko podwórzowe, a on asystował przy tej operacji. Widać patrzyła bystro, bo niespodziewanie odwróciła się i weszła do domu. Gdzieś, za trzecimi drzwiami, słychać było bohaterskie chrząkanie i plucie, na odległość czterech sążni, pana Świerkowskiego. Wawelski poczuł, że znowu jest w chaosie przeciwieństw, wspomnień, pożądań i wstrętów — w tej pustyni miłości nieprawej, gdzie ani robak nie umiera, ani ogień nie gaśnie. W sieni zatrzeszczała podłoga i przecisnął się przez drzwi wielki szlachcic.

Podając mu rękę, Wawelski objął wzrokiem pogardy i wstrętu ten tęgi kadłub, składający się z trzech części, a raczej z trzech beczułek osłoniętych trzema kawałkami popielatego kortu.

„To ma być dopiero Syngalez — myślał — i jak to w nim te beczułki spojone są mutrami na fest! Gdyby tak środkową naderżnąć kozikiem i pod nacięcie szaflik podstawić, toż by nakapało sadła!... Co za doskonały i piękny brzuch! Wyobrażam sobie, no! no! wyobrażam sobie...”

Okrutna, ślepa i bezrozumna mściwość znowu jak za pierwszych dni tego romansu kąsać go zaczęła.

Była sekunda taka, że popchnięty ciosami bólu omal nierzucił się do ogrodu, aby z oddalenia wrzasnąć na całe gardło: — Uwiodłem ci żonę, idioto! Była moją kochanką! Tłuczłbem o ściany, szalej, rozpaczaj, nie zaznaj chwili spokojui bądź przeklęty w tym nieszczęściu!

Ale pięście szlachcica, jego palce podobne do trybówpalczastego koła we młynie, działały na niego uspokajająco.Stał w eleganckiej pozie, zginając w ręku giętką laseczkę.

— Co za szkoda, że oto i pana nam zabraknie — mówiłtymczasem Świerkowski. — A żeby też tak jeszcze z jakitydzień, co?... panie Adamie! Kopnęlibyśmy się konno albonie, to na upatrzonego zapolowali po kartoflach... Sama pora: zając teraz, mówię panu, jak byk...

— Nie mogę... Jadę dzisiaj, muszę nawet iść niezwłocznie;pociąg odejdzie.

— Nie odejdzie; pociąg nie zając... Kazałem konie zaprząci odwiozę pana... Trafimy na czas. Teraz warto herbaty żłopnąć na stojączkę i dopiero...

Ujął Adama pod rękę i wprowadził do stołowego pokoju,gdzie pani Zofia nalewała już herbatę.

Twarz miała jakby zamarzniętą, koloru ziemi, pokrytą ceglastymi plamami. Ręce jej się trzęsły, na zmarszczone czołospadały włosy kosmykami, jakby je przed chwilą garściątargała.

Świerkowski pił herbatę stojąc i opowiadając historie;szukał po kieszeniach, w szufladach stołu i szafy kredensowej jakiegoś listu z zaproszeniem na polowanie, a nie znalazłszy go między serwetami wyszedł na poszukiwanie dosąsiedniego pokoju.

— Co ja teraz pocznę? Jak tu teraz być, jak żyć, jak tużyć...! — szeptała pani Zofia, jakby do siebie. Wyciągnęłarękę, ale nim dotknęła ręki kochanka, wszedł Świerkowskiz listem. Rzucił przelotnie okiem na twarze obojga i na jegoszerokim, spokojnym, tryskającym zadowoleniem obliczu odmalowało się raptownie tępe i śmieszne zdumienie, jakaśbezradna struchlałość i bojaźń.

— Jedziemy, panie Świerkowski? — zapytał Wawelski,spoglądając na zegarek — czas już wielki.

— Możemy; ano... tak, czas już wielki... — powtarzałszlachcic, kręcąc w palcach ów list pochlebny.

Niepewnymi ruchami podszedł do pani Zofii, objął ją wpółi pocałował dwa razy mocno, z mlaskaniem, co się zowie,,z dubeltówki”, i wnet odzyskał dobry humor i pewnośćsiebie. Wawelski stał z boku i przypatrywał się tej sceniespod oka. Te dwa pocałunki zabolały go jak smaganie batem. Mówił w duchu do pani Zofii:

„Ja nie mam prawa przycisnąć cię do serca i oto w tejchwili muszę patrzeć, jak cię całuje ten cham. Dobrze mamyurządzony świat! Porządną jesteś kobietą...”

Ona nie podniosła oczu, gdy podszedł i uścisnął jej rękęna pożegnanie. Wychodząc na ganek, Świerkowski oglądałsię raz za razem na żonę i Wawelskiego, postępujących tużza nim; rzucał spod oka zabawnie podstępne wejrzenie i kombinował z malującym się na twarzy naprężeniem umysłu.Wawelski pierwszy wskoczył na bryczkę, a gdy na jej stopniu zaciężyła noga szlachcica, obejrzał się ukradkiem. PaniZofia cofała się do drzwi; nie podniosła spuszczonych powiek,gdy konie ruszyły i okrążyły gazon — potem usiadła naławce i pochyliła głowę na piersi.

Bryczka wtoczyła się na gościniec i pomknęła po wybojach. Wawelski, wyczuwając badawczy i niespokojny wzrokwąsala, dawał niejaką satysfakcję swemu cierpieniu, trzymając go zimnym spokojem i udanym uśmiechem zadowolenia w błędzie i niepewności do ostatka.

Na stacji zastał już Wawelski matkę, przyczepił do niejszlachcica, a sam wmieszał się w tłum osób.

Ostry, nasycony sadzą dym węgla drażnił go, dusił i roztkliwiał. Głos świstawek i dzwonków przeszywał go nawskroś, jakby był głosem istot nieznanych, wrogich a świadomych jego myśli aż do ostatka. Ściany budynków, wagony i gromadki obcych ludzi odpychały go z jakąś siłą sprężystą. Było mu źle i duszno. Tłum potrącał go, zabierał zesobą, cofał i znowu ciągnął — zupełnie jak pożądania, bezmyślne postanowienia i obawy, władające jego umysłem.Nareszcie Świerkowski wyprowadził pontyfikalnie panią Wawelską, usadowił w wygodnym przedziale, polecił opiecekonduktorów i przechadzać się zaczął kolo drzwiczek wagonu z miną zarazem przebiegłego dyplomaty i wiernego kondotiera. Należało wsiąść do wagonu. W tej chwili Adam poczuł do Świerkowskiego pewien rodzaj sympatii; miał chęćuścisnąć go i patrzał na niego życzliwie, jak na ostatnie przypomnienie, na ostatnią rzecz bliską pani Zofii.

Na schyłku dnia błądził po ulicach Warszawy, szukającna próżno tego miejsca, „co jest na smutek łaskawe”. Bezprzerwy widział oczy pani Zofii, słyszał jej głos, dotykałrąk, całował usta i długie, miękkie, jedwabne, nieskończonepasma włosów. Gdy wymijali go młodzi ludzie rozmawiającywesoło, szedł za nimi i nasłuchiwał, czy nie mówią o niej;zdawało mu się, że wszyscy nieznajomi przechodnie patrząna niego z udanym współczuciem i szepcą jeden drugiemudo ucha coś złego o nim i o ukochanej nad życie.

O zmroku zabrnął na plac Teatralny i pospołu z tłumemwszedł do przedsionka teatralnego. Nie namyślając się i niespojrzawszy nawet na afisz, kupił bilet do amfiteatru i znowu wyruszył na bezcelową włóczęgę po mieście. Przyszedłdopiero na trzeci akt opery. Śpiewano Manon Meilhacai Gille'a. Gdy wszedł, właśnie kawaler de Grieux śpiewał:,,Ach, opuść mię...” Niezgłębione fale żałosnej pieśni porwałyduszę Adama. Wszystko, co go dręczyło, wypowiadał, wyliczał, nazywał po imieniu ten śpiew wzlatujący w nieskończoność, wyjawiał natarczywą chęć wyrwania ze siebie —nie miłości, ale tego bólu, jaki ona sprawia — a gdy z wysokości zlatywał jak ptak z przestrzelonymi piersiami i ciskał sięnań i na ciche łkanie arfy huragan skrzypiec, zdawało sięAdamowi, że słyszy płacz pani Zofii. Opłakuje ona dolę swąnędzną, opuszczoną i gorzkie przeczucie, że szczęście już niewróci; nie skarży się, nie rozpacza, nie przeklina — tylkopłacze; nie złorzeczy sobie ani jemu i nie potępia tej miłościjednej, pierwszej i ostatniej — tylko w męczarni kopie dlaniej grób w sercu swoim; żali się płaczem cieniom lasu,kwiatom uwiędłym i zeschłym trawom, miejscom samotnyma pełnym żalu, kolebce jej miłości...

Dalszy wątek tej elegii przerwała Adamowi pewna uboczna okoliczność: z jednej z lóż pierwszego piętra ktoś obserwował go uparcie, nie odrywając od oczu lornetki.

Po chwili pilnego wpatrywania się w ową lożę młodzieniec nasz poznał w damie przyglądającej mu się tak ciekawie pannę Wandę.

„A ta skąd się tu wzięła?” — pomyślał w pierwszej chwiliz gniewem, następnie z ciekawością. Doznał takiego wrażenia, jakiego doznaje człowiek, czasami jadający obiady,gdy po kilkodniowym poście przymusowym znajdzie przypadkowo za podszewką własnej kamizelki skromnego rubelka. Między nim a tą piękną i śmiałą dziewczyną istniałajakby przepaść, jakaś ciemna i ohydna próżnia; ale paratych oczu, para, do jakiej trudno by było dobrać podobnąna całej kuli ziemskiej, rzucała nad otchłanią złoty most.Czuł zresztą, że musi użyć jakiegoś środka, aby zobojętniećna nieustanne, niespokojne odruchy nieznanej władzy wewnętrznej, na ciągłe uświadamianie się, że pani Zofii jużnie ma — że niepodobna ulegać tak ciągłej, jakiejś niezależnej od niego sile — że trzeba wyprostować się, otrzeźwići uleczyć z tej gorączki.

Późno w nocy kończył długi i rzewny list do pani Świerkowskiej słowami Romea:

„Moja miłość równie jest niezgłębiona jak morze — równie jakono bez końca; im więcej ci jej daję, tym więcej jej czuję w sercu...”

Kończył się jeden z ostatnich dni grudnia. W zaklęsłychpodwórzach, wąskich ulicach i ciasnych ogrodach Warszawy stała już ciemność nocna, nie poprzedzona przez mrok,zjawiająca się tak prawie szybko jak w dolinach górskicho zachodzie słońca. Mżył śnieg z deszczem. Okna pokojuWawelskiego wychodziły na ogród, otoczony wysokim murem. Obdarte z liści, stare i ponure w swej starości drzewagłucho jęczały; tuż za oknem kołysały się szare kolczastebadyle i byliny wysmukłych kwiatów, z których zieleń uciekła aż w głąb korzeni, aby tam śnić nieskończenie o słońcu,o wiośnie, o świetlistych porankach i ciepłych wieczorach.Basen fontanny zasypano stosem sczerniałych liści — resztęich rozrzuconą po zgniłej murawie wdeptały w błoto butystróża i nogi romansujących w tych okolicach wyżłów. Obok,na poręczach balkonu opartych o dzbanuszkowate słupkistały dwie drewniane wazy, czarne i pełne w tej chwilibrudnej, gnijącej wody; pozbawione krzewów, kwiatów, zapachów i barw, odrapane przez deszcz z farby naśladującejkolor marmuru, sprawiały teraz, w tym jakby pomyjami zalanym zakątku, efekt cudaczny — a smutny, niby mowa mistyczna skierowana do bandy złodziejów.

Wawelski siedział przed wesołym ogniem, płonącym nakominku. W pokoju było już ciemno, tylko na suficie i jednej ze ścian drgały odblaski języków ognia, te ruchliwekliniki, co zdają się wpadać w głęboki cień, przekłuwać gopodstępnie i łamać się w mgnieniu oka jak strzaskane szpady. Leniwe, zmysłowe marzenia oblegały umysł młodzieńca,roiły się w jego mózgu szybko jak te biegające światełka.Myślał o pannie Wandzie i całym szeregu spotkań z niąi rozmów, o wszystkich jej kaprysach, sztukach i sposobachdziewiczych, za pomocą których po prostu podłechtywałajego pożądania.

Ileż to razy oczekiwał na nią w rozmaitych punktach miasta, a zawsze w tłumie osób na ślizgawce, na wystawie sztukpięknych, w ogrodzie botanicznym, w kościele... Jakież onama cudne nóżki, jak je umie pokazywać, odsłaniając aż dokolan podczas przypinania łyżew; jak bezczelnie opierała sięo niego piersiami, gdy stali przed płótnem p. Żmurki, wyobrażającym nagą piękność (z ciałem malowanym ślinamii mydełkiem glicerynowym czy czymś w tym guście); jakumiejętnie całuje w usta i jak otwarcie odpowiada na dwuznaczniki i propozycje, ledwo-ledwo osłonięte dowcipem: poślubie, chłopczyku, po ślubie... Dla niej warto by kupić nawetwillę Świerkowskiego. Ba! Gdyby to ją można kupić za pieniądze...

Dla zabicia czasu zaczął przeglądać listy pani Zofii. Otrzymał ich blisko już czterdzieści, pisanych niezgrabnym, pochyłym charakterem na dużych arkuszach szorstkiego papieru.Wypisywała w nich zwierzenia ze wszystkich zatrudnień gospodarskich i kłopotów domowych, z wyrzutów sumieniai zmysłowych pragnień, przerośniętych najczulszymi nerwami miłości. Po powrocie ze wsi Adam pisywał do niejniemal codziennie, obsypywał ją pochwałami i przysięgami,skarżył się na brak jej uczuć i na swą tęsknotę, malowałswą rozpacz i żal nieutulony. Listy te, początkowo szczerei naturalne, z czasem pełne tych samych pięknych wyrazów, choć z nich od dawna „woń miłości uleciała”, widocznie odurzały panią Zofię i znieprawiały ją do ostatka. Jakieśbiedne refleksje, tułające się między wierszami pierwszychjej odpowiedzi, przerodziły się z biegiem czasu w pomysłynierozsądne i zamiary nieokreślone.

„Jak się Wiktor o wszystkim dowie — pisała w jednymz ostatnich listów — to zabiorę dziecko i choćby piechotąpójdę do pana, będę panu u nóg leżała, będę pańską sługą,pomywaczką, czym pan każe. Mnie męczy, dusi, zarzyna tociągłe udawanie, a miłości dla pana nie mogę pozbyć sięw żaden sposób, staram się takową przytłumić, chodzę dospowiedzi, pracuję po całych dniach, ale takowa toczy miduszę jak skir, wisi nade mną, chodzi za mną, jest wszędzie.Czekam co dzień na Judkę, który mi przynosi listy od pana,i gdy go zobaczę na drodze zdążającego do naszego domuniby to po masło, niby to po mleko, za interesem do mnie,a właściwie z moim najdroższym poste restante, wpadamw taką radość, tak płaczę, tak płaczę ze szczęścia...”

Wawelskiego znudziły już dosyć dawno rubaszne sentymenty, papier i ortografia tej kobiety; odpisywał coraz rzadziej ostatnimi czasy, a nie zrywał korespondencji zupełniedlatego, że miał zamiar skorzystać z uczuć pani Zofii wewłaściwym letnim sezonie. Przywykł zresztą budzić się ranona odgłos dzwonka i sapania listonosza, wręczającego muwielką, kancelaryjną kopertę wielbień.

Przejrzawszy sporą część paczki przerwał czytanie i znowupogrążył się w zadumę. Wtem mocno dźwięknął w przedpokoju dzwonek i po chwili wszedł ociekający wodą posłaniec z listem. Adam rozerwał kopertę i odczytał wezwaniepanny Wandy, skreślone na kawałeczku papieru:

„Proszę przyjść niezwłocznie na ulicę Browarną nr 50 domieszkania panny Anieli Bezmiańskiej... Oczekuję pana —Wanda.”

Pobiegł bez namysłu. Rzadkie, kleiste błoto pryskało spodjego kaloszy, gdy zlatywał po pochyłości ulicy Karoweji szukał w czeluściach Browarnej wskazanego numeru. Odpoczął dopiero przed drzwiami mieszkania panny Bezmiańskiej — gdy już zza jakiegoś niewidzialnego po ciemku przepierzenia słychać było śmiech panny Wandy. Uchylił pierwsze z brzegu drzwi i znalazł się w pokoiku idealnie małym,nie większym nad wnętrze porządnej szafy kredensowej. Skromna lampa oświetlała to gniazdo jak wielkie ognisko:było zupełnie widno, aż za widno... Tak, nie mylił go wzrok:na wąskiej wyplatanej kanapce siedziała pani Zofia, obokniej panna Wanda i jeszcze jakaś dama, a właściwie siedziałniezmiernie duży nos i przyczepione do niego niesymetrycznie płaskie, nikłe kształty damy.

Od chwili wkroczenia do pokoju Adam czuł na sobie zimny,surowy, ostry wzrok chudej istoty. Zdawało mu się, że temałe oczka spostrzegają nie tylko jego stosunek do paniZofii i odgadują zamiary względem panny Wandy, ale żewidzą nawet kolor jego szelek i proces trawienia pokarmóww żołądku. Zmieszał się bezprzykładnie. Jak człowiek pijanykłaniał się, gdy go przedstawiano pannie Anieli Bezmiańskiej, tak nisko, że ta mogła po dwakroć oglądać guziki,przyszyte nad tylnymi kieszeniami jego tużurka. Zaledwieochłonął z pierwszego wrażenia i otrząsnął się ze stanu starcia inteligencji na proszek do zębów — opanował go gniew.

„Po co tu przyszedłem? Czy warto było pędzić po błocienic więcej tylko na ulicę Browarną po to, aby się przekonać,że przyroda, tworząc pannę Anielę Bezmiańską, wyekspensowała na budowę jej piersi, ramion, policzków, brody i tympodobnych efektów jakieś dwa ruble, podczas kiedy budowasamego nosa stanowi wartość listu zastawnego? Po co przyjechała ta pani Zofia? Nikogo nie zaciekawiają jej pokłute,pomarszczone, grube ręce, jakby świeżo wydobyte z beczkikiszonej kapusty... Czego chce, co w tym jest? A ta zwodnicauśmiecha się i kontenta jak goły w pokrzywach. Po co miętu wzywałaś, czego chcesz ode mnie?” — mówiły do pannyWandy jego złe w tej chwili oczy.

Pani Świerkowska patrzała na Adasia po swojemu, spodrzęs, i co chwila płoniła się, jakby ją obnażoną prowadzonoprzez ulice Trebizondowa. Rozmowę zagaiła niezwłoczniepanna Bezmiańska i mówiła już bez przerwy aż do wygadania, jak to mówią, dziury w łonie słuchacza. Uświadomiłaswego gościa od niechcenia, że jest kuzynką pana Świerkowskiego, że ojciec jej miał gdzieś jakieś Przebrzmiałowice,bynajmniej nie mniejsze od jakichkolwiek innych Przebrzmiałowic; oświadczyła, że kiedy dobra po śmierci rodzica...fiu! — ona, panna wysokiego rodu, została bez grosza, znalazła się w Warszawie i ocknęła pewnego pięknego porankuw takiej nędzy, jakiej nie życzy żadnemu swemu wrogowi,żadnemu z panów stworzenia. Robiła w przeróżnych ideach,chwilowo postępowych: w katolicko-arystokratycznych trzewikach, motylach i baletnicach na lampy, w gilzach, w nadrabianych pończochach, w kapsułkach na olej rycynowy;była w fabryce krawatów i ubierania lalek; a koniec końcówjest kasjerką w sklepie spożywczym. Dużo czasu zajęła opowieść o wszystkich zajściach z pracodawcami, o kłótniachi wypędzeniach, powrotach i porzuceniach nastręczającegosię fachu.

— Obrońcą moim — mówiła — był ten oto nos. On odemnie odstraszał kłamstwo i podłość mężczyzn; idę z nimprzez życie jak z pałaszem, pewna, że jeżeli kiedy umręz głodu, to przynajmniej nie zawinię wobec siebie i mojegorodzaju głupotą i ślamazamością; dzięki jemu widzę niektóre rzeczy jasno, cha, cha, cha... jak ja niektóre rzeczyjasno widzę!... Życie moje wypełniła po brzegi praca, takanieraz, że krew zza paznokci tryskała; toteż ja niektórychrzeczy nie cierpię, brzydzę się, pogardzam, pluję... pfu!...Gdybym ja była prawodawcą, biłabym niektóre osoby batem,biłabym, biłabym! Karałabym niektóre występki wedługprzepisów prawa magdeburskiego; ja i prawa magdeburskiegopo łebkach liznęłam — syknęła w kierunku Adama. — Tak! —wołała, uderzając z całej siły w stół chudym palcem — niektóre występki powinny być strasznie karane; na przykład:niewierna żona powinna być „u pręgierza bita”, a gaszek —wybuchnęła — powinien być „mieczem karan”.

— Egzagerujesz... — wtrąciła słodko panna Wanda. —A miłość... cóż byś zrobiła z miłością?

— Miłość... — skrzywiła się obrzydliwie stara walkiria. —I ja przecież jestem owocem miłości... miłości — powtórzyłaz przyciskiem, stulając wargi i umyślnie szepleniąc. — Całemęczeństwo istnienia, ta głupia walka, borykanie się naśmierć i życie dla zdobycia suchych bułek i szklanki wstrętnej herbaty — jest owocem miłości. Ja wiem, co mówię.Trzeba owoce nieprawej miłości, małe dziateczki, drobnostkiprzeszkadzające gruchać przy księżycu, widzieć na wychowaniu u pewnych dam, aby zrozumieć, czym jest miłość i coz nią trzeba robić. Może pofatygujesz się, piękna Wandeczko, do mnie w niedzielę: przejdziemy się po niektórych podwórzach skromnych i nieco nieschludnych domków Warszawy, wówczas zobaczysz...

Zaczęła ruszać wargami, jakby miała zamiar ukąsić Wawelskiego. Ten czyhał już od dawna na taką szczęśliwąchwilę, kiedy można będzie wyrwać się z tego odmętu gadania starej pesymistki. Tymczasem na odgłos skwierczeniamaszynki naftowej panna Aniela zaczęła nakrywać stolikczymś w rodzaju wyżółkłej pieluszki, ustawiać szklanki i talerze z bułkami. Kiedy krzątała się między stołem i łóżkiem,ukazała się dopiero cała jej chudość i brzydota. Robiła onana Wawelskim wrażenie nie dojedzonej potrawy, wrażenieczegoś zgryzionego i zmielonego w ostrych kłach życia, wyglądała jak uosobienie grzechu świata przeciwko kobiecie.

Pani Zofia rozpytywała Adama o panią Wawelską, opowiadała o Trebizondowie i nieustannie, podczas wypowiadania zdań najbardziej banalnych, drgała nerwowo.Z warg panny Wandy nie ustępował zły i szyderczy uśmieszek.

Po wypiciu herbaty pani Zofia i jej siostra zabierać sięzaczęły do wyjścia.

— Ale zanocujesz u mnie, droga Zosiu? — zapytała pannaBezmiańska.

— Tak, moja droga, i gdzież indziej mogłabym nocować?U Wandy nie mogę, bo ona śpi w pokoju uczennic, a na hotelmię nie stać.

— O, hotele bardzo są w Warszawie drogie, ogromniedrogie... — mówiła, kiwając ku Wawelskiemu głową na znakpożegnania. — A wracajże niedługo, bo ja czekać nie mogę;zasypiam w mgnieniu oka i choćbyś całą noc stukała, nieobudzę się.

Dotknęła policzka panny Wandy bokiem dolnej wargi,kiwnęła jeszcze kilka razy głową, zatrzasnęła za wychodzącymi drzwiami i zostawiła ich w zupełnej ciemności. Adamsprowadził damy z krętych schodów, podtrzymując je rękoma w taki sposób, jakby się specjalnie niepokoił o los ichturniur i spódnic.

Te forsowne rękoczyny odżywiły bynajmniej nie platoniczne jego nadzieje, stłumione dopiero co przez sens kazaniastarej dziewicy. Gdy przechodzili około latarń ulicznychi twarz pani Świerkowskiej wynurzała się na chwilę z ciemności, przypominał mu się zbłąkany wśród liści promień księżyca i jego odbicie w zamglonych bielmem uniesienia oczach,tulących się do niego. Ocknął się w nim nałóg władania paniąZofią...

— Wanda pisała do mnie przed kilkoma dniami, iż widuje pana często, nawet bardzo często — rzekła z trudnością,po długim milczeniu, piękna mężatka. — Słyszałam, żez pana bałamut: chciałam zobaczyć, czy jej pan nie bałamuci, i przyjechałam...

Wawelski nie myślał w tej chwili o pannie Wandzie, toteżodrzekł wymijająco:

— Ja jestem bałamutem? Któż mię tak oczernił? Czyżjest, o Boże, człowiek stalszy nade mnie w uczuciach?

— A któż jest, o Boże, przedmiotem tych uczuć? — spytała panna Wanda...

— Ta, którą kocham nade wszystko, ta jedna i jedyna,,do końca świata i po końcu świata”...

— Bagatela... A czy jest już przynajmniej pańską narzeczoną? Wolnoż wiedzieć?

— Nie można; zresztą ja sam nie wiem. Wszystko od niejzależy.

— Kocha pana ta despotka?

— Któż zbadał serce kobiety? Dość czyjejś ploteczki, abyzgasić uczucia i pogrążyć nas w rozpacz...

— Jakiż z pana polityk, cha, cha! Powodzenia w tej miłości!Powrotu spłoszonych uczuć kapryśnej istoty!

Postawiła kołnierz futrzanego kubraczka i wysunąwszy sięo dwa kroki naprzód, szła w milczeniu, prowadząc Adama i siostrę na ulicę Miodową. Mieszkała w domu rodziców dwudziewczątek, z którymi w charakterze guwernantki przyjechała ze wsi na początku września, Zatrzymawszy się przedbramą dużej kamienicy, zwróciła się szybko i rzekła:

— Do widzenia, Zosiu. Kiedyż znowu zawitasz do Warszawy? Mam nadzieję, że wkrótce, zwłaszcza teraz, gdy zachodzi potrzeba strzeżenia mnie.

Pani Świerkowską nie odpowiedziała nic; ujęła siostrę podramię i wprowadziła w bramę. Tam szeptała jej coś długodo ucha. W ukośnym promieniu latami rysowała się przed oczyma Wawelskiego jej piękna, obciążona bujnymi włosamigłowa i usta, zbliżone do samego ucha jej siostry — te same cudne usta i te same włosy...

Nareszcie wyszła. Podał jej rękę i szeptał z czułością:

— Nareszcie jesteśmy sami, nareszcie, po tylu dniachi nocach...

— Ja mam do pana wielką prośbę... Niech się pan niegniewa na mnie, że pytam wprost: czy ma pan zamiar ożenić się z Wandą?

— Co za przypuszczenie? Panna Wanda jest... bez kwestii...Ja kochałem, kocham i kochać będę tylko ciebie, bezcennyskarbie!..

— A więc nie ma pan zamiaru... No, tak, tak właśnie myślałam. Niech jej pan nie bałamuci, błagam pana na wszystko, co jest świętego; to jest młoda dziewczyna, a pan... postępujedosyć bezwzględnie. Przecież pan to rozumie!...

— Ależ dobrze! Nie dybię wcale na cnotę panny Wandy.Spotykałem się z nią jak z dobrą znajomą, rozmawiałemnieraz wesoło i na tym koniec. Że coś tam do pani pisała...nie moja wina...

— Tak, tak. Teraz pożegnam pana. Kuzynka moja jestbardzo złośliwą, choć najlepszą pod słońcem osobą; kto wie,czy jej nie strzeli do głowy pomysł śledzenia mnie, podpatrywania z jakiego ukrycia, czy wracam sama.

— Czyż doprawdy pani powróci tam natychmiast? Takażto moja nagroda za tęsknotę?

— Ach, panie, panie!... Któż tak mówi?

— Pobawiła się pani mną, a teraz, znudziwszy się, odrzucasz jak niemodną rękawiczkę... Co ja teraz pocznę?

W tym okrzyku było tyle rozpaczy, że pani Zofia zachwiałasię w swych postanowieniach. Znowu poczuła na swej duszycienkie nici, jakimi oplątał ją ten młodzieniec, nici mocnejak kajdany, które chciała potargać w udręczeniu serca, spalonego żądzą i nieszczęściem. Znowu głowę jej owionął zapał,rozpędził myśli logiczne i zdławił wolę.

— Chcę tylko przekonać się, czy jestem jeszcze kochany;oto wszystko. Czy w tym grzech być może?

— Dobranoc... Muszę iść; Anielka czeka...

— Zmiłuj się nade mną!

— Czego pan chce?

Adam wyjawił, czego chce. Pani Zofia pamiętała, że mapodarte i zabłocone trzewiki, połataną bieliznę. Te względywpłynęły na jej opór. Zaczęła oddalać się szybko, schodzącna ulicę Oboźną.

Poszedł za nią i znowu nalegał.

— Niech pan przyjdzie jutro rano o ósmej do Anieli...Jutro rano, mój panie, jutro rano...

Przyśpieszyła kroku i znikła w ciemności na zakręcie ulicy.Adam pomedytował, przeszedł się tam i na powrót po ulicyi poszedł jak niepyszny do domu.

Nazajutrz wyszedł na miasto o godzinie siódmej, zamówiłsobie numer w jednym z tańszych hoteli i punkt o ósmejstanął przed drzwiami mieszkania panny Bezmiańskiej. Zastukał z bijącym sercem. Po upływie pewnego czasu kluczzgrzytnął w zamku, drzwi się uchyliły i wysunął się przezszparę palec, którym dnia poprzedniego stara panna biła takzapalczywie po stole.

— Czy jest pani Świerkowska? — zapytał Adam, kłaniając się uprzejmie klamce i filunkom drzwi.

Palec skurczył się, zagiął się na drugi, tworząc tak zwanąfigę.

— Niestety, nie ma! — zatrzeszczała panna Aniela —pojechała do domu, do Trebizondowa, do domowego ogniska, do stęsknionego małżonka i ukochanego dziecięcia...Och....

Figa cofnęła się i znowu zgrzytnął klucz w zamku. Adamnie uwierzył starej skorupie. Rozmyślając, jakim sposobemwywabić ukochaną, oparł się o poręcz schodów i czekał dosyć długo. Naraz drzwi się z trzaskiem otwarły i stanęław nich panna Aniela, wyprostowana jak żołnierz prezentujący broń.

— Dżentelmen podsłuchujący pode drzwiami i zaglądającyprzez dziurkę od klucza... paradne! Wyjechała, wyjechała,wyjechała! Wraz ze swymi cudnymi oczyma i dziurawymipończochami. Nie ma jej tutaj. Proszę wejść!

Zanim zdążył słowo wymówić, ujęła go pod ramię i wprowadziła do pokoju. Tam przesunęła z hałasem wszystkiestołki, szklanki, sprzęty, roztwarła drzwi od szafy i drzwiczkiod pieca, pokazując mu na oko, że pokój jest pusty.

Adama zdjęła jakaś dziwna niespokojność. Kłaniając sięod niechcenia chichoczącej pannie, wyszedł z jej mieszkania,zbiegł ze schodów i ruszył w kierunku mostu na Pragę. Jakna złość nie spotkał nigdzie dorożki. W pobliżu mostu toczył się melancholijnie tramwaj. Adam wskoczył na jegoplatformę, ale zanim konduktor wpatrujący się tęsknymioczyma w szarą smugę Wisły zwrócił na niego uwagę —wybiegł i poskoczył cwałem na chodnik mostu, potrącającprzechodniów. To jedno wiedział, że musi widzieć paniąŚwierkowską, musi ją mieć w ręku za jaką bądź cenę, choćbyza cenę życia.

Dokoła niego dudniło, wrzało i gotowało się jakieś szaloneżycie. Z przeraźliwym łoskotem wlokły się ogromne wozyfrachtowe, ciągnione przez chude, robiące bokami, spienionekonie; szli wywijając batami, klnąc, wrzeszcząc wniebogłosywoźnice, zbryzgani błotem aż do kołnierzów podkasanychsiermięg. Snuł się, biegł, pędził dokądś obdarty, skulony odzimna lud roboczy — z takim gwałtem, jakby podeszwy jegoparzył ogień. Chlupały dokoła słupów mostu szare fale rzeki,kołysząc na swych grzbietach tafle kry zmiażdżonej. Wszystkie przedmioty i zjawiska, jak fantastyczne chimery, migaływ oczach, huczały w uszach Adama i wydawały mu się dalszym ciągiem chichotu panny Anieli.

Minął wreszcie siwe od osędzieliny kraty mostu, rzucił sięw boczną uliczkę i pocwałował jak obłąkany. Z zeschniętymjęzykiem, upadając na siłach, dowlókł się wreszcie do dworca.Sale były puste. Flegmatyczny portier porzucił zamiar zamykania drzwi i z kwaśnym uśmiechem usunął się na bok,ujrzawszy nadzwyczajne ruchy Adama. Właśnie rozległ siędrugi dzwonek.

Ze sprężystością wyćwiczonego gimnastyka wdzierał sięzrozpaczony młodzieniec na schodki wagonów, roztwierał zatrzaśnięte drzwi i torował sobie drogę przebiegając wagony.W jednym z przedziałów klasy trzeciej, w tłumie biedotyoczekującej ze skupieniem ducha chwili, kiedy wreszcieruszy, siedziała na brzeżku pani Zofia.

— Niech pani wysiądzie, zaraz, o, teraz... Niech pani wysiada!... — błagał jednym tchem.

— Nie wysiądę za nic.

— Stanowczo?

— Tak, stanowczo.

— Dlaczego?

— Nie wysiądę.

— A jeżeli ja panią zmuszę?

Spojrzała pytająco i instynktownie chwyciła ręką za brzegławki.

— Jeżeli nie wysiądziesz, to ja cię nauczę, ja ci pokażę!Opowiem Wandzie wszystko, od początku do końca, pokażęjej twoje listy...

— Uprzedziłam pana w tym. Właśnie wczoraj opowiedziałam jej wszystko, od początku do końca. Wiem teraz, co pan za jeden... Ach, Boże!...

— Radzę pani wysiąść, nie doprowadzać mię do ostateczności! We mnie, jak w Hamlecie, jest coś niebezpiecznego...

— Już się panu nie uda zwieść mię drugi raz tymi niezrozumiałymi wyrazami. W panu jest rzeczywiście coś niebezpiecznego, ale prędzej coś z Żyda niż z jakiegoś tam Hamleta!...

Uderzył trzeci dzwonek. Serce Wawelskiego ścisnęło sięnajsroższym jaki być może bólem. Wyszedł z wagonu, nieoglądając się poza siebie, z obwisłymi bezwładnie rękami;minął dworzec i brnął po błocie. Na skręcie ulicy przystanąłi przyglądał się pociągowi mknącemu wśród mgły szarej.

— „Prędzej coś z Żyda niż z jakiegoś tam Hamleta” —mówił do siebie. — Przewidywałem, że tak będzie; tak byćmusiało, tak bywa zawsze, skoro ktoś perły świniom rzuca.Pojechała sobie teraz do męża... I nie ma na to rady!

Pobiegł środkiem jakiejś nie znanej mu ulicy obok parkanów i lichych domków przedmieścia, wymawiając dobitnieraz za razem hańbiący kobietę wyraz plugawy. Powtarzanietego słowa sprawiało mu ulgę, było oparciem w rozpaczyi jakby środkiem ratunku. Wyszedł nad brzeg łachy wiślanej i powlókł się po jej wybrzeżu. Widok wody, kry, falprzypomniał mu biedną, ostatnią nadzieję, z której promykiem w sercu tak jeszcze niedawno biegł przez most, i poczęła się w nim siepać bezradna męka, poczucie doznanejkrzywdy.

Usiadł na stosie cegły przyprószonej śniegiem, objął rękami kolana i bezmyślnie wpatrywał się w wodę. Z miejsca, które zajmował, widać było koryto rzeki z szeroką jejzatoką. Odbite, wytrącone z szeregu, zdyszane fale biegłychlaszcząc grzywami piany, aby ukłaść się na chwilę u brzegu, na łasze wylizanego gruboziarnistego piasku. Pośrodkutej ruchomej powierzchni znać było czarną smugę niezgłębionego nurtu. Ten nurt wciągał Wawelskiego z niesłychanąsiłą. Nęciło go dziwne gadanie fal, jakieś urwane, żałosnepółdźwięki, stłumiona wrzawa niepojętych głosów.

Dźwignął się ze swego siedzenia i zbliżył do brzegu. Stałtam czas pewien, mrugając powiekami — potem zakręcił sięna miejscu i poszedł szybko w kierunku mostu.

Niejasny i mglisty zamiar popełnienia samobójstwa — jakmocne wstrząśnienie otrzeźwił go i stłumił miotającą sięrozpacz. Teraz powstał w nim logicznie określony zamiari w kierunku tego zamiaru wyładowywało się żrące uczucie.,,Trzeba przeciąć ten wrzód — myślał przyspieszając kroku —inaczej zdechnę!”

Za mostem wsiadł do dorożki i kazał się odwieźć do domu.Znalazłszy się w swoim pokoju obejrzał, nabił i oczyścił doskonały sześciostrzałowy rewolwer dużego kalibru i umieścił go za dywanem u wezgłowia łóżka. Następnie ułożył według dat wszystkie listy pani Zofii, od pierwszego do ostatniego, związał je w paczkę, obmotał niebieską wstążeczką, zapakował starannie w piękne pudełko i zaszył w płótno. Na wierzchu tego pakunku wypisał kaligraficznie adres: „Wielmożny Pan Wiktor Jaksa-Świerkowski, obywatel — w Trebizondowie”. Posyłkę tę odniósł sam i oddał na pocztę. Załatwiwszy to wszystko, powrócił do domu i rzucił się na łóżko.

— Ach, jakże to długo trzeba czekać. Gdybyż to już dziś...Czas, najstraszliwszy wróg... — mówił do siebie.

Umysł jego był w tej chwili niesłychanie wyostrzony; pamięć z oślepiającą wyrazistością przedstawiała mu domŚwierkowskich, każdy sprzęt tego pokoju, gdzie przebywałz nimi najczęściej; podniecona wyobraźnia wystawiała całyobraz; był raczej tam niż u siebie w Warszawie. Oto panJaksa-Świerkowski chodzi po pokoju, głęboko rozmyślając,kto i co mu może przysłać, co oznacza otrzymana awizacjapocztowa, którą już poświadczył, podpisał i odesłał na pocztę.Naraz wchodzi Żydziak roznoszący listy; kłania się niskowielmożnemu panu i ze śmiechem uprzejmym wręcza mały,skromnych rozmiarów, niewinny pakiecik. Świerkowski z namaszczeniem rozcina szwy, wydobywa pudełko i dziwi się,otwiera je i dziwi się, czyta list pierwszy i dziwi się... Cha,cha! Co za małpi wyraz twarzy, jak szeroko roztwarta gęba,jakie zgłupiałe oczy, co za mina!

A potem... co to, co to? Wlecze kogoś za włosy, kopie obcasami, pluje w czyjeś przecudne oczy, bije zwiniętym kułakiem w twarz, w zęby — wpada w okrutną zapamiętałość,trzęsie w rękach tę ładną kobietkę, drze na niej suknię i zakażdym uderzeniem, za każdym policzkiem, za każdym charknięciem w twarz nazywa tym samym imieniem, tą samąnazwą... Cha, cha! Należy jej się! Bij ją, jeszcze bij, wysilajcałą swoją chamską, bydlęcą brutalność! Bij z całej mocy!Niech nie waży się nikogo znieważać, niech nie zdradza!Bij tę kochankę Żyda! „Więcej Żyda niż jakiegoś tam Hamleta...” A dalej, co dalej?... Wyrzuca ją za drzwi, tratuje leżącą nogami, odciąga ją precz od swego domu na środek podwórza i zamyka drzwi z trzaskiem.

Ona dźwiga się z ziemi, obciera rękawami krew ciekącąz nosa i wlecze się do drzwi. Stuka w nie i mówi cicho, gardłowym głosem, jaki sama zaledwie słyszy: — Oddaj midziecko; pójdę sobie!... Oddaj, oddaj...

Ale te drzwi na zawsze są zamknięte. Zimno jej. Cudneciało widać przez dziury podartych sukien. Zimno jej strasznie. Idzie po oślizgłej grudzie precz z tego domu, zhańbionego przez nią; mija podwórze i wydostaje się na bagnistą drogę.

Suche konary topoli tak głucho jęczą, snują się płateczkiśniegu, zapada zmierzch fioletowy.

„Dokądże idziesz, piękna istoto? Jaki cel widzą w przestrzeni twe oczy, podbite nieco, ale wiecznie piękne, podobnez barwy do sopli lodu? Do kogo idziesz? Azali do Żydziaka,aby mu u nóg leżeć, być jego sługą, pomywaczką, czym każe?...” Tą pustą drogą wlecze się jakiś człowiek, nie znanyAdasiowi z nazwiska — pewno mieszczanin, witający zawszepanią Świerkowską uchyleniem czapki. Spotyka ją i nie wierzy oczom — uśmiecha się i żegna po kryjomu krzyżemświętym. Ona spostrzega go, pali się wstydem, straszliwymwstydem; ucieka od niego, dobiega do pnia i chowa się tamjak wariatka — przytula się do obmarzłej kory, lgnie do niejustami. Drży, boi się, dygoce, słysząc chlapanie błota podstopami przekupnia... Prosi się duszy swojej, aby z niej wyszła — jak mówią poeci. Cha, cha!

W ciągu siedmiu miesięcy Wawelski oczekiwał na panaWiktora, sądząc, że ten zażąda od niego satysfakcji honorowej. Miał zawsze przy sobie rewolwer, aby odeprzeć brutalny, jak przypuszczał, napad szlachcica. Ta wieczna myślo czymś wiszącym nad nim zatruwała mu każdą chwilę życia. Odgłos dzwonka, szybkie kroki na schodach, przyciszonarozmowa w przedpokoju, każdy szelest podejrzany — przejmowały go dreszczem, szczególnie później, po upływie kilkumiesięcy, kiedy cała ta przygoda miłosna usunęła się w jegopamięci na plan daleki.

Nadeszły ostateczne egzamina, porzucanie ławy uniwersyteckiej; otwarło się szerokie, czynne życie. Pani Wawelskaszeptała już niejednokrotnie do ucha jedynakowi o urodzie,a właściwie o posagu pewnej dziewicy ze sfery burżuazyjnej i ziarna tej propagandy nie padały na opokę. Sam Adaśdoszedł już do pewnika filozoficznego, że „życie nie jest romansem” i że należy się na gwałt żenić bogato. A tymczasem widmo tłustego szlachcica nie opuszczało go, mąciło każdą jego myśl wesołą, paraliżowało każdy zamiar i pomysł.Postanowił tedy raz to skończyć, odnaleźć Świerkowskiegow jego własnym gnieździe, nasunąć mu się na oczy.

Na początku lipca wyjechał z matką na letnie mieszkanie.Gdy pociąg wtaczał się powoli na zwrotnice trebizondowskie,młodzieńcowi było trochę, szczerze mówiąc, niedobrze. Wyćwiczył się wprawdzie przez ten czas w sztuce robienia rapirem — ale jakież to cięcie odbić zdoła zamach ramieniaŚwierkowskiego. Kolos ten pewno nie umie bić się na pałasze, ale może przez zemstę płatnąć w ciemię... i idź potemdo Pana Boga na skargę.

Pani Wawelska wysiadłszy z wagonu udała się wprost doOdrobinki. Adam został na dworcu i jedwabnymi kroczkamiwszedł do sali.

Ten sam kelner, z tym samym głupkowatym uśmiechem,obsługiwał kilku trebizondowiaków, ciągnących z godnościąi powagą skromne piwko „słomkowe”. Był tu geometra, panprofesor, chorowity doktor i kilku innych. Wszyscy poznalizeszłorocznego towarzysza i rzucili się ku niemu z wielką serdecznością. Należało stuknąć się z nimi szklankąporteru. Nim wypito pierwsze szklanki, Adam cisnął między tych jegomościów pytanie podobne dla niego do wybuchowego ładunku, który za chwilę wyrwie go w powietrze:

— A cóż to ja nie dostrzegam między szanownymi panamiobywatela dobrodzieja, kochanego pana Wiktora?

Wszyscy zaczęli kiwać głowami z politowaniem.

— Nic pan nie wiesz? Tak-że pan gadaj! — zawołał geometra. — Ani dymu, ani popiołu ze Świerkowskiego. Dzierżawę trzyma o dziewiętnaście mil stąd. Pięćset mórg! Po dwaruble z morgi... Taki frant z tego chłopa! Grunt swój rozkolonizował „gulonom” jakoś w lutym czy w marcu, spłacił pilniejsze długi i mając w kieszeni około ośmiuset rubli puszczasię panu na dzierżawę. Mówię do niego: — Wiesz pan co?Źle pan, zdaje mi się, robisz; folwark podły, wiem przecieżdoskonale, byłem tam nie wiem ile razy: wielki, w piachach,budynków żadnych, jednego kołka w płocie; na polach psirumianek stokrotne daje plony... Jakże pan sobie dasz radę? — Wiesz pan co? — on powiada — i tak, i tak mię diabli wezmą. Tego Trebizondowa mam już po dziury w nosie...Chciałem — powiada — jednego Żydziaka naciągnąć, interesbył kapitalny na oko, tymczasem ten właśnie Żydziak takmię ubrał, że teraz już... aus! Co dzierżawa, to dzierżawa.Może da Pan Bóg, że się wyrobię. — Mówię do niego: —Wiesz pan co? szczęść Boże, ale...

— I wyjechał? — spytał Adam z jakimś nerwowym zachłyśnięciem.

— Ba, jeszcze w marcu.

— Z żoną?

— A ma się rozumieć. Cóż by on bez niej znaczył naświecie? Ta kobieta za dziesięciu parobków mu obstoi.

— Coś tam między nimi było — wtrącił doktor Daktylberg z zadowoleniem, że może nareszcie przyjść do słowa —coś nawet de grubis. Miała wyjeżdżać do matki, chorowała...

— Żadnej matki nie ma! Co doktor pleciesz! Do siostry! —przerwano mu.

— No, to do siostry! Dopiero erudycja! Służąca Świerkowskich paplała po mieście najdziwaczniejsze historie...

— Kłamstwo! — huknął geometra. — Nic nie było, żadnych historii; przecież wiem doskonale... Poszło z pewnościąo to, że Świerkowski pił tej zimy nad wszelkie spodziewanie:na stacji kieliszka wódki nie można było dostać; dzień w dzieńgo stąd do domu saniami odwożono.

— Zadziwiająca rzecz — uśmiechnął się Wawelski. —Ale koniec końców zgoda nastąpiła?

— A naturalnie. Ta kobieta go od pijaństwa powstrzymała; zapracowuje się na niego; żyły, panie dziejski, da zesiebie dla niego wypruć... Przecież wiem doskonale...

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.