drukowana A5
17.9
Oko za oko

Bezpłatny fragment - Oko za oko


Objętość:
68 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1048-8

Kiedy zawiadowca stacji Trebizondów Wielki wyekspediowawszy pociąg towarowy wracał na takzwaną salę klasy drugiej, aby połączyć się z towarzystwem, które przed trzema kwadransamiopuścił, i otwarł drzwi wchodowe, z peronu wprost do owejklasy wiodące, oczom jego przedstawił się widok dosyć niezwykły. Zgromadzeni dokoła stołu przedstawiciele pewnegoodłamu inteligencji miasta powiatowego Trebizondów tworzyli niby jedno ciało, wywijające mnóstwem rąk i nóg, chwiejące się na krzesełkach w najrozmaitsze strony i wrzeszczącedziwnymi głosami. Dwaj urzędnicy powiatowi, wtłoczeni namałą kanapę i zasunięci stołem, trzymali się nawzajem zaguziki od tużurków i co chwila ośliniali w czułym pocałunku.Geometra (drugiej klasy), z pięścią i oczyma wzniesionymiw kierunku sufitu, oświadczał wniebogłosy, że nie pozwoli,aby mu ktokolwiek, kiedykolwiek, jakimkolwiek sposobemlub uczynkiem ubliżał — chociaż nikt mu nie ubliżył ani przedobecnym posiedzeniem, ani podczas jego trwania. Młody doktor miejscowy, czarny i chudy jak sztalugi Żydek w niebieskich binoklach — zwany złośliwie przez bogobojne starepanny „kościotrupem z bakami” — pluł bez skrupułu na środek stołu w kufle piwa i na kamizelki sąsiadów, mrucząc odczasu do czasu, że będzie pluł i nikt nie może go zmusić doodmówienia sobie tej przyjemności. Ryżawy telegrafista wymiotował melancholijnie na kolano inżyniera powiatowego,który przyglądał się temu procesowi z wyrazem niekłamanejżyczliwości. Podtatusiały „pan profesor”, pełniący obowiązkifilozofa i ateusza powiatowego, pukając palcem w plecy chorego telegrafisty perorował coś na temat „konwersji pożyczki” głosem przerywanym przez czkawkę w sposób tak szczególny, że monolog jego sprawiał literalnie wrażenie gdakaniakury chorej na pypcia. Wykwintny w manierach i doborze koloru skarpetek tłumacz sądu pokoju zrywał się co chwila od stołu, klękał i składając uroczyście dwa palce w resztkach sosu na półmisku, przysięgał komuś, że go nie opuściaż do śmierci....

Stosunkowo najtrzeźwiejszy z całego tego grona pan Jaksa-Świerkowski, zrujnowany obywatel, obecnie posiadającydom i kilkanaście morgów gruntu tuż pod miastem, szlachcickolosalnych rozmiarów, w butach z cholewami po same pachwiny — nie tyle śmiał się, ile rżał, patrząc na scenę, jakamiała miejsce w ciemnym kącie sali obok pieca. Młody student uniwersytetu Adam Wawelski — siedział tam na ziemiprzed skurczonym kelnerem stacyjnym i wydzierał mu rękę,którą ten, płacząc rzewnie, chował do kieszeni. Rzecz tak sięmiała: Wawelski zażądał od kelnera zapałki, w zamian zaktórej szybkie udzielenie ofiarował czterdzieści kopiejek.Wzruszony kelner pocałował hojnego studenta w rękę. Demokratycznie usposobiony słuchacz prawa wrzasnął, że trupem natychmiast padnie, jeżeli służący nie pozwoli mu pocałować się również w rękę... Po długim wahaniu się kelnerzezwolił, lecz sam znowu pocałował Wawelskiego w rękę.Od tej chwili zaczęło się między tymi dwoma wydzieraniesobie gwałtem rąk do całowania, trwające już od kilkunastuminut.

Zawiadowca stacji przyłączył się czynnie do towarzystwai właśnie sama pani bufetowa krzątać się zaczęła dokoła jegoosoby, odkorkowując butelki, gdy nagle student Wawelskiporzucił płaczącego kelnera i stanął pośród biesiadnikówz włosem rozwianym i oczami tak dalece zbielałymi, że przypominały dwie bryłki masła.

— Panowie — zawołał, wyciągając rękę z gestem krasomówczym, o tyle niefortunnie, że wskazując palcem trafiłw rzymski nos „kościotrupa z bakami” — ten oto wyzyskiwany obywatel (tu wskazał na skruszonego kelnera) na własne uszy słyszał, jak ksiądz Piwko z ambony mówił, że wszyscyludzie równi są na tym padole płaczu. Proponuję, abyśmy księdza Piwkę podnieśli na naszych barkach... w górę księdza Piwkę!

— A gdzież macie tego księdza Piwkę? — zagrzmiał panŚwierkowski.

— A w Przebrzmiałowicach, proszę łaski pana — szepnąłkelner.

— No, to przecie cztery mile stąd...

— Pójdźmy, panowie, po niego — wołał Wawelski —przynieśmy go na barkach! Nie jestem wcale zwolennikiemwodzenia klas pracujących na pasku klechów, ale pójdźmy,panowie!... na barkach i w górę księdza Piwkę!... Idziecie,łajdaki, czy nie? — krzyczał co sił, bijąc pięścią w plecypierwszego z brzegu.

Wszyscy zaczęli z miejsc swych powstawać, aby iść poowego księdza Piwkę. Wówczas pan Świerkowski chwycił wpół Wawelskiego, nałożył mu pierwszy, jaki był pod ręką,kapelusz na głowę, wyprowadził go z sali i kazał posługaczowi przywołać dorożkę. Za chwilę wsiadali obadwaj z niemałym trudem na lichą bryczkę zaprzężoną w jednego konia.

— Do mnie! — rozkazał eks-obywatel powożącemu Żydkowi.

Ciepły oddech gruntu, spieczonego upałem całodziennym,owionął rozpalone głowy jadących i odebrał im resztki przytomności. Za każdym uderzeniem kół bryczki o kamieniei wyboje drogi głowy ich uderzały się znienacka i rozbiegaływ różne strony. Wówczas obadwaj zdejmowali cudze kapelusze i wpatrywali się w siebie nawzajem uparcie.

— Uprzejmie przepraszam — bełkotał Wawelski.

— O nie... to ja raczej przepraszam...

— No, dobrze, ale dokąd ja właściwie i z kim właściwiemam przyjemność jechać?

— Wiozę pana do mnie. Chcę pana przedstawić siostrzemojej żony. Śliczna dziewczyna! Jak żyję na świecie, nie widziałem nic podobnego...

— A, jeżeli tak... Wzruszony jestem cokolwiek. Zresztą...co mnie przyjdzie tak dalece z pańskiej żony?

— Z siostry mojej żony! Cudna dziewczyna! Co za biodra,panie, u tej kobiety...

— Ależ ja jestem zupełnie obnażony z pieniędzy! Gdzieżu licha ta kieszeń!...

— Posagu ona, biedactwo, wprawdzie nie ma, ale cóż toza serce złote, co za edukacja! Ślicznie panu gra, maluje naporcelanie. Dokądże mi zresztą będzie siedziała na karku...to jest...

— Na porcelanie?! — przerwał ze zdziwieniem Wawelski. — Nie, wie pan, tego to już nie rozumiem... Przy tym topan dobrodziej, o ile sobie przypominam, wyjąłeś mi z twarzymego własnego papierosa...

— Mogę panu służyć moim — mruczał Świerkowski, szperając po kieszeniach.

Wózek wtoczył się w uliczkę zamiejską, wygrodzoną opłotkami chruścianymi i pełną nie wysychającego nigdy błota.Z łąk wracały gromadki ludności rolniczej miasteczka z kosami i grabiami, tu i ówdzie wlokły się powoli w poprzekskoszonej murawy ku drodze „drabinki” z sianem. Przechodzący zatrzymywali się na widok zdziczałych min i pomiętych kapeluszów naszych biesiadników i przeprowadzali ich wybuchami śmiechu aż do tak zwanej szlacheckiejwilli.

Willa pana Świerkowskiego była domostwem starym, dosyćniezgrabnym i zasuwającym się w ziemię. Z prawej stronyprzybudowano, widocznie niedawno, rodzaj baszty drewnianej z dachem spiczastym, podobnym do wieżyczek kościelnych w Szwajcarii i sprawiającym w towarzystwie poobdzieranego dachu całego domostwa efekt wielce humorystyczny.W tyle domu ciągnął się świeżo założony ogród, otoczonypowyginanym i zataczającym się parkanem.

Kiedy zmęczona szkapa zatrzymała się przed drzwiamiwilli, nasi panowie zachęcali się uprzejmie do wysiadaniaw ciągu tak znacznego przeciągu czasu, że wreszcie mały woźnica zmuszony był powyciągać ich jako tako z głębi słomianego siedzenia, które zupełnie rozkopali i porozmiatali.

Ugarnirowani wiechciami słomy weszli do sieni. Gospodarzwprowadził Wawelskiego do saloniku i próbował umieścićgo na fotelu, czemu jednak student oparł się z zapałem; minęli więc salon, pokój sypialny i stołowy i znaleźli się nabalkonie, skąd po kilku stopniach schodziło się do ogrodu.W kącie werandy na długiej ławce siedziały dwie młode i ładne kobiety, a u nóg ich bawił się kamykami trzyletni możechłopczyk, tłusty i zabrudzony jak połeć wędzonej szynki.

— Pan Wawelski, student uniwersytetu... — wygłosił patetycznie gospodarz i złożywszy damom niebywały ukłoncofnął się do pokoju.

Obie te panie szybkimi, nieznacznymi ruchami poprawiłybluzki i włosy, gdy tymczasem Wawelski, usiłując wykonaćnogą ruch pełen elegancji, oderwał z cementowej posadzki,pękającej i podziurawionej, znaczny kawał tynku i przyglądał mu się z oburzeniem. Drobny ten wypadek zdetonował gotak silnie, że nagłym ruchem oddalił się na przeciwległy koniec ganku i usiadł tam na niskiej balustradzie.

— Niechże pan będzie łaskaw... — zaczęła mówić starszapowstając, lecz spostrzegłszy nagły odwrót gościa przerwałai pytająco spojrzała na towarzyszkę. Zapanowało milczenie.Szczęściem zjawił się pan Świerkowski i pragnął zagaić rozmowę.

— Uważasz, Zosiu — mówił — chciałem przedstawić wampana...

— Co to wszystko znaczy, Wiktorze? — pytały szeptemobiedwie, gryząc wargi.

Wawelski z dystynkcją poprawił kołnierzyk i wpatrywał się w panią Zofię z oddalenia tak ponuro i groźnie, że ta ledwo mogła powstrzymać śmiech głośny.

— Będziemy musieli obadwaj odpocząć cokolwieczek, mójserdeczny przyjacielu — zwrócił się do studenta pan Świerkowski — nieprawdaż?

— Co do mnie... nie sądzę... Bądź co bądź... — mówił,wstając i prostując się pan Wawelski.

Mdlejącymi ruchami zbliżył się do stolika i usiadł na ławce zajętej przez panią Zofię i jej siostrę. Za chwilę jednak,zawiadomiwszy te panie, że społeczeństwo nie jest bynajmniej organizmem, gibnął się na bok w sposób tak zatrważający, że go natychmiast odprowadzono do gabinetu pana domu, gdzie też wkrótce zasnął na kanapie snem kamiennym.Za jego przykładem poszedł niezwłocznie pan Wiktor.

Młodzieniec nasz obudził się nazajutrz dosyć późno. Zaledwie otworzył oczy i przypomniał sobie jako tako przygodydnia poprzedzającego, usiłował zasnąć jeszcze, zaciskał powieki, aby przynajmniej nie natychmiast zaglądać w oczygorzkiej rzeczywistości. Lecz już usnąć nie mógł. Słońceświeciło prosto w okno otwarte, zastawione siatką tiulowąi rzucało na podłogę kwadratowy odblask, posuwający sięw miarę jak ciepły podmuch wiatru wpychał do pokoju lubwydymał na zewnątrz białą zasłonę. Duże muchy wciskałysię do pokoju przez szczeliny i, rozbijając się o ściany i belkiwybielonej wapnem powały, warczały groźnie; z okna dolatywał cichy szelest liści i brzęk os; zresztą w całym domui ogrodzie cisza była śmiertelna.

„Ucieknę chyba — myślał zrozpaczony student — innejrady nie ma. Wyjmę z okna siatkę, skoczę do ogrodu... Popołudniu przyjdę, przeproszę itd.”

Zerwał się i zaczął szukać ubrania. Niestety — ubrania niebyło: wzięto je do czyszczenia.

„Ładna historia! Wyobrażam sobie, jak te kobiety spojrzą na mnie, gdy się wobec nich zjawię... Gdzie ten staryarcynygus miał rozum, żeby mnie wieźć tutaj w takim stanie! Przy tym co za kapitalny kacenjamer...”

Drzwi się nagle otwarły i weszła pokojówka wzrostu kirasjera. Położyła ubranie na krzesełku i uciekła co tchu, parskając śmiechem.

— Zaczyna się... — mruknął Wawelski wstając.

Umył się i ubrał szybko, marząc rozkosznie, że może nikogo w domu i ogrodzie nie spotka, wymknie się niepostrzeżenie i uniknie przynajmniej na teraz wstydu. Wkrótce byłgotów i zauważywszy, że w sąsiednim pokoju nie ma nikogo,wsunął się tam na palcach, wyjrzał przez okno wychodzącena ogród i zaklął z głębi serca. W bliskości balkonu widaćbyło między drzewami zielone słupy niezgrabnej huśtawkii ową siostrę pani domu, kołyszącą się niedbale z książkąw ręku. Piękna panna miała na sobie jakąś jasną suknię,nogi jej, obute w żółte, letnie pantofle, muskały rozłożystetrawy, uniesiona cokolwiek spódnica odsłaniała niesłychanieładne pończochy na niebywale zgrabnych łydkach. Ciemnewłosy, zdobiące jej piękną głowę, uczesane w sposób najmodniejszy, to połyskiwały i lśniły na słońcu, to się zanurzaływ znikomy, przejrzysty, ledwo dostrzegalny cień, jaki odrzucały drzewiny owocowe.

Z głębi ogrodu szła uliczką pani Świerkowska i zbliżyła siędo huśtawki. Była podobna do siostry i może o dwa lub trzylata tylko od niej starsza.

„Co ja właściwie tym paniom powiem, gdy się wobec nichzjawię? — myślał zrozpaczony Adam. — O, Boże!”

Układał jeszcze w ciągu jakich dziesięciu minut piękniebrzmiące tyrady, a wreszcie otwarł z trzaskiem drzwi i przymrużywszy oczy wszedł na uliczkę ogrodową.

— Kto widział, panie Wawelski, tak się upijać? — zawołała pani Zofia, nim się zdołał do huśtawki zbliżyć. — Z naszymi panami trzeba się znać z wielkiej odległości, inaczejbędą pana co kilka dni wyciągali na te ohydne pijatyki. Niewiem, czy nas pan sobie przypomina: jestem żoną pańskiego,,serdecznego przyjaciela”, a oto moja siostra, Wanda. Czygłowa pana boli? Wczoraj jeszcze dałam znać mamie pana,aby się nie obawiała...

— Doprawdy, nie wiem, jakimi słowami przeprosić panie... — jęknął Wawelski, myśląc w głębi duszy, że to jednak dobra baba.

— Wiemy dobrze, że nie doświadcza pan uczuć przyjemnych, toteż nie będziemy wcale mówili o tej przygodzie. Skądsię pan wczoraj wziąłeś między tymi obrzydliwymi biboszami?

— Przypadkowo zaszedłem na dworzec, a że znałem doktora Daktylberga jeszcze z Warszawy, jakoś więc tak...

— Teraz napije się pan herbaty z cytryną, a nieco późniejrosołu. Głowa przestanie boleć. Chodźmy, Wanduchno; proszę pana...

— A gdzież pan Świerkowski? — zagadnął Adam.

— O, on dawno już odebrał należne natarcie uszu, terazjest znowu na dworcu... ekspediuje sery do Warszawy.

— Dawno już pan bawi w Trebizondowie? — zapytałapanna Wanda, wstępując na ganek.

— Od dwu tygodni. Matka moja utrzymuje, jakoby tutaj było przepyszne powietrze, jakobym ja był chory napłuca, najęła w willi Odrobinka mieszkanie i zmusza mniepośrednio do takiego oto jak wczoraj przepędzania czasu.

— Ach... więc to mama pańska zmusiła pana?...

— No... nie! ale absolutna samotność. Las i las... Myślałem, że zdziczeję zupełnie i zacznę chodzić na czworakach.

Przy stole panna Wanda siedziała naprzeciwko studentai przyglądała mu się od czasu do czasu bacznie dużymi oczami, lazurowymi jak niebo w południe. Pani Zofia zajęta byłanalewaniem herbaty. Była szczuplejsza od siostry, ubranamniej modnie i jakby nieustannie o czymś smutnym zamyślona. Kolor jej oczu był prawie ten sam co u siostry, bardziej tylko jasny i jakby zamglony. Wawelski wiedział dobrze, że wyraz melancholii, tajemniczego zamyślenia, nieujęty wyraz oczu pięknych kobiet ukrywa najczęściej wybitną płytkość umysłu i oschłość, jeśli nie zatwardziałośćserca, a jednak nie mógł się oprzeć urokowi, jaki wywierałyoczy tej mężatki. Było to wejrzenie łagodne, miękkie, dobrei ufające; wyrażało jakby przystosowywanie się subtelnychmyśli i delikatnych uczuć do przymusowo narzucającej sięrzeczywistości, nieskończenie od tych myśli dalekiej. Popierało takie wrażenie — gładkie i białe jak welinowy papierczoło, otoczone jasnymi, zaczesanymi w górą włosami —i usta. Co za usta! Jeden jedyny Greuze umiał utrwalać tąwłaśnie, tkwiącą w pewnych twarzach kobiecych, harmonijną melodię rysów, jakiej nie mógł się do syta napatrzećWawelski w twarzy pani Świerkowskiej.

„Rany Pana Jezusa! cóż za śliczna baba... — myślał, połykając gorącą herbatę. — I to ona jest żoną aligatora...”

— Pan kończy już zapewne uniwersytet? — zapytała panna Wanda.

— Właściwie mówiąc... Jeszcze nie kończę. Powziąłem zamiar przestudiowania pewnych umiejętności na tym samymkursie.

— Aha... jest więc pan pewno prawnikiem?

— Tak, pani.

— Znałam bardzo wielu studentów prawa, będąc jeszczena pensji.

— Kończyła pani pensję w Warszawie? Dawno ją paniopuściła?

— Przed trzema laty.

— Obecnie chwilowo wypoczywa biedactwo u nas — wtrąciła pani Zofia — po trudach i nudach zawodu. Była nauczycielką w pewnym domu obywatelskim. Niegdyś, będąc dziewczętami, nie przypuszczałyśmy, że jedna z nas będzie się zajmowała wyrabianiem serów, pieleniem rozsady i ogórków,a druga zapracowywała na utrzymanie tułaniem się po domach obcych.

Panna Wanda spojrzała na mówiącą z pewnym wyrazemsurowości i zmusiła ją do milczenia. Wawelski nie brał bardzo do serca zmiany losu, jaka zaskoczyła te panie; toteżuśmiechając się nieodpowiednio, myślał tylko o tym, jak bywyjść z honorem z całej tej afery.

Po herbacie pani Świerkowska zaproponowała swemu gościowi mały spacer. Z ganku widać było kawał łąki już skoszonej — gładką, równą, jasnozieloną nizinę, od której niemożna było oderwać oczu. Pośrodku łąki stała grupa szarozielonych olszyn. Maleńki ten a dziwnie uroczy krajobrazotaczały jakby ramionami smugi lasu sosnowego. Cały ogródskrzętnie i pracowicie uprawiony był pod przeróżne ogrodowizny. Wzdłuż i w poprzek przecinały go uliczki, wysadzonekrzakami agrestu, porzeczek, malin i drzewami owocowymi.Od tła jasnej jeszcze zieloności młodych listków, powleczonej jakby lśniącym pokostem — płomienistą smugą odrzynało się staje wysokiego i kwitnącego pąsowo maku, dalejkilka zagonów kartofli, przyprószonych kwiatem niby śniegiem. Kwitły i pachniały młode lipy — rozlegał się wszędziemelodyjny gwar pszczół, trzmieli, os, nieprzerwany krzykkosów i pogwizdywanie wilg. Pod parkanem rosły dokołaogrodu dwa zagony grochu tyczkowego, rozrosłego bujniei tworzącego istny las, pełen uliczek, grot, zieleni, korytarzyi tunelów. Tylna część płotu ginęła całkowicie w zaroślachdzikiego chmielu. W rogu tego wału z roślin kryła się wąskai niska furtka. Pani Zofia otworzyła ją wyjętym z kieszenikluczem i stanąwszy już po tamtej stronie płotu, doradzałamłodym, aby pozostali w ogrodzie — tam bowiem, dokądona idzie, około inspektów, rosa jest jeszcze.

„Zdaje się, że to polowańko na mnie” — pomyślał Wawelski.

Zaczęła się tedy rozmowa mdło-dowcipna: o maku, fasoli,Schopenhauerze, pięknej łące, emancypacji kobiet, o słowikach, o ciekawości jako zgubnej wadzie, sięgała już nawet takich wyżyn jak deklamowanie piosenki Heinego:

Wenn ich in deine Augen seh',So schwindet all' mein Leid und Weh;Doch wenn ich kűsse deinen Mund... itd.

gdy na uliczce zjawił się pan Świerkowski.

Szedł, śmiejąc się i z odległości czterdziestu kroków wyciągając do Wawelskiego prawicę jak skrzydło wiatraka.

— Tośmy, panie, komedie wczoraj pokazywali... ha! —wołał, kłując policzki studenta nie goloną od tygodnia brodą. — Jakże tam kacenjamerek... dokucza psubrat! A ja,panie łaskawy, musiałem od rana awanturować się z tymiserami. Kapelusz pański znalazłem aż u profesora... Eh...barszczu by teraz, barszczu kwaśnego! A gdzież to Zosia?

— Przy inspektach — rzekła panna Wanda.

— Aha. Tak to, uważa pan, nasza szlachta do roboty siębierze. Teraz dopiero zrozumiałem, gdym na zagrodowca zeszedł, że gdzie pan, drogi panie, nogą stąpisz, tam leży, jeżeli nie cały rubel srebrem, to na pewno siedemdziesiąt pięćkopiejek! Dasz pan wiarę, że ja z dziesięciu morgów i z tejoto łączki utrzymuję dom, żyję...

— I bawię się przynajmniej raz w tygodniu na dworcu... — dorzuciła panna Wanda.

— Z dziesięciu morgów ziemi — wołał, nie zwracając uwagi na sarkazm, aż mu żyły na czole nabrzmiały. — Trzymamosiem krów, wyrabia się sery, masło, szczerze mówiąc, letników warszawskich obciąga się należycie na mleku. Ogórkitakie widziałeś pan też kiedy za żywota swego? To wszystkofurt do Warszawy idzie; maliny, porzeczki, agrest, włoszczyzna... wszystko! A owoce? To śmiech! Zasypię tę wasząWarszawę moimi śliwkami za jakie dwa lata. Teraz, panie,z książek się uczę o uprawie cykorii. To może być artykuł!co też pan sądzi?

— Ja, uważa pan...

— Myślisz pan może, że Żydom oddam moją cykorię?...akurat! Wie pan, co ja panu powiem — mówił dalej, biorącWawelskiego pod rękę i zniżając głos do szeptu demonicznego — wiesz pan, co ja zamierzam? Zamierzam ni mniej,ni więcej, tylko... jajami handlować! Odrobinę kapitału niechmam... no, jakieś kilkaset rubli... i mogę do konkurencji z Żydami stawać. Taki, panie, u nas pozytywizm się zagnieżdża!

— Pozytywizm... — dziwił się Wawelski, obserwującuśmiech panny Wandy, z jakim oskubywała listki polnejskabiozy.

Długo, szeroko i patetycznie rozpowiadał pan Świerkowski o daleko sięgających planach założenia w Trebizondowiesklepu akcyjnego, gdzie on pełniłby rolę subiekta, o nieuniknionej ruinie handlu żydowskiego dzięki samej tylko zniżcena żelazie, o uprawie pszenicy sposobem pana Pepłowskiego,o melioracjach, nawozach sztucznych, nawet o azocie i Liebigu — i piorunował na niedołęstwo szlachty.

— Ja sam, niestety, takim capem byłem... Nie piłem, niejadłem, w karty-m nie grał... i rozlazło się; gdzie, jak i kiedy... nic nie wiem. Żydy, panie, o, tu jest rdzeń... Co prawda — szeptał Wawelskiemu do ucha — czasami tam z tymiaktorkami... pojmuje pan? Przyjedzie do miasta gubernialnego stado takich ładnych bestii, że ani podobieństwo wytrzymać. Tak; to była rubryka także swego rodzaju... Aledziś mi się, panie, oczy otworzyły: sami rękawy powinniśmy zakasać albo, panie, kaput! Na mnie już dowcipnisie anegdoty układają. Opowiada jeden na przykład, jeden pędziwiatr, że jedzie niby bryczką, aż tu patrzy... nadrodze leży kupa jaj potłuczonych, a między skorupami białakarteczka. Co takiego? Podnosi on tę kartkę... patrzy... biletwizytowy, na którym stoi moje nazwisko: Wiktor Jaksa-Świerkowski. To ma być dowcip, że niby mi się jaja w drodze potłukły i żem tę jajecznicę, w braku innego przyrządu,biletem wizytowym zgrzebywał. Głuptasy! ja jeszcze pieniądz zrobię, gdy oni... No... ale chodźmy na barszcz, borzeczywiście w ustach, uczciwszy uszy, jak w niewyszlamowanym stawie.

Wkrótce po spożyciu owego barszczu, podanego rączkamipanny Wandy, Wawelski ruszył najbliższą drogą do domu,żegnany czule i zapraszany nadal uroczyście.

Pan Józef Wawelski, nieboszczyk ojciec Adama, posiadałswego czasu w jednym z miast prowincjonalnych świetny,,interes” mydlarski, składający się z fabryki na wielką skalęi dużego sklepu. Wawelscy pochodzą z Żydów, chociaż dziadAdama był już żarliwym katolikiem, a i pradziad podobnojawnie świninę jadał, chociaż pozornie trwał w wierze ojców. Pan Józef był człowiekiem prostym, nigdy żadnymumiejętnościom się nie oddawał, nie miał żadnego „sposobumyślenia”, bardzo rzadko wypuszczał spodnie na cholewyi miał wówczas minę zakłopotaną; interes prowadził sprytnie, pracował zapamiętale i według powszechnego mniemania dorobił się majątku uczciwie, a przetrącał parobkom piszczele i miażdżył nosy chłopcom sklepowym w sposób takmistrzowski i rodzimy, jakby w żyłach jego płynęła odwieczna krew sarmacka. O umeblowaniu salonu, powozie i przyswojeniu sobie przekonań plutokratycznych pomyślał dopiero pod koniec życia, i to nie z własnej inicjatywy, leczulegając natarczywym żądaniom żony — Róży z Rubinów.Przez cały czas małżeńskiego pożycia pani Róża była prawąręką męża w gromadzeniu majątku i nie zdradzała żadnychniewłaściwych nawyknień; dopiero gdy jedynak Adaś przestał wykradać pierniki z szuflad sklepowych otrzymawszypromocją do klasy czwartej, nabrała skądś zupełnie niezrozumiałych dla starego mydlarza pojęć o „tonie” i przebąkiwać nawet zaczęła o jakimś high-lifie...

— Powinieneś pojąć — mawiała do męża w pasji — żeobecnie czasy demokratyczne... Jesteśmy katolikami i Polakami... byle chcieć, chłopiec do najlepszych towarzystw dostać się może. Bóg wie, z kim ożenić!

— Róziu — odpowiadał zazwyczaj pan Józef — ja ciebiebardzo kocham i bardzo cię przepraszam, ale ty jesteś głupia. Niech on skończy sześć klas, no, gimnazjum całe niechskończy, i obejmie fabrykę. Ja jestem już stary, będę siedział w sklepie i tych złodziejów pilnował...

Nic jednak nie pomogły perswazje. Adaś po ukończeniugimnazjum wyekspediowany został do Warszawy na wydziałprawny. W rok niespełna po jego wyjeździe pan Józef zaniemógł nagle i skończył życie, nim syn wezwany telegraficznie zdążył przyjechać. Wdowa niezwłocznie interes zwinęła, odstąpiwszy go na lichych warunkach; przeniosła siędo Warszawy i żyjąc z procentów od kapitału, usiłowaławprowadzić syna w świat. Latem wyjeżdżała zawsze jeślinie do wód galicyjskich, to przynajmniej do Trebizondowa.

Adaś, który w gimnazjum z klasy do klasy piecemprzechodził, w uniwersytecie okazywać zaczął talenty niebywałe. Nie dość że masy książek czytał, ale wygłaszał niejednokrotnie w obecności matki, fanatycznej katoliczki, i niemniej po katolicku myślących jej znajomych takie zdania, takie zasady, że włosy powstawały na głowie. Okrzyk Börnego: „Zginajcie się w haki i zarzućcie się na ogniwa świata,a o tym wiemy, że go w dobrym pociągniecie kierunku!” —był ulubionym jego okrzykiem. Utrzymywał o sobie, a możei nawet w to wierzył, że jest jednym z owych haków zarzuconych na ogniwa świata. Po przodkach Adaś nie otrzymałw dziedzictwie żadnych nadzwyczajnych popędów altruistycznych, wychowanie nie wszczepiło mu ich również; nadtonie doświadczył jeszcze żadnego prawie cierpienia, nie wiedział, co to jest właściwie ów pan nad pany — głód, co znaczy choroba, której nie ma za co leczyć, nędza, której nie makońca, nie wiedział nawet, co to jest brak biletu do cyrku.Nie zdarzyło mu się ani razu zajrzeć z bliska w wygniłe oczyniedoli i zrozumieć gorzką potrzebę niesienia krzywd i grzechów świata we własnym sumieniu, toteż życie właściwiebyło dlań wesołą komedią, skupieniem werand cukierni,przyzwoitych salonów, wesołych kobiet, modnych ubrań itd.

Znienacka wdarły się do tego świata promienie dalekowidzącego humanizmu i wytworzyły w umyśle Wawelskiegoszczególne, raczej artystyczne niż naukowe, zamiłowanie donazw i obrazów niedoli, z jakich znowu splatał się wieniec,,przekonań”, dający jego posiadaczowi niewyczerpany tematdo rozmów, sprzeczek, dysput i dowodzeń. Naturalnie zjawiłsię zaraz wstręt do „kompromisów”... Z przerażającą oczywistością Adaś wyłuszczał w salonach bogatym a oburzonymdo najwyższego stopnia eks-Żydom, co, kiedy i w jaki sposób stanie się z tą lub ową klasą społeczną; wiedział na pamięć, do jakiego paragrafu wciągnąć dane zjawiska, i przepowiadał rzeczy przyszłe. Wyznać należy, że był w przyswojonych sobie zapatrywaniach bardzo konsekwentnym.

Owo kochanie niedoli, zaglądanie z bliska w wygniłe oczyitd. — uważał wprost za szkodliwe dla umiejętnego badaniai przeprowadzania w życiu umiejętnych wskazań. Znałi chciał znać fakty pozytywne, przyczyny i skutki — wszelkich zaś „mar mglistych” oraz wszystkiego, co z nimi mazwiązek, nie uznawał, ponieważ ich nie rozumiał, a więc nieuważał za potrzebne powstrzymanie się od opluwania ich,o ile to mu się wydawało koniecznym. Był natomiast o tylebezstronny, że wyjeżdżając na wieś zamierzał niejednokrotnieprzyjrzeć się tak zwanemu ludowi, lecz że między willąOdrobinka a najbliższą siedzibą „ludu” leżał ogromny kawał zarosłego pastwiska, porzucił więc tę myśl w samym jejzarodku, tym łatwiej, że popieranie interesów chłopskiegopodwórka nie mieściło się na horyzoncie jego altruizmu.Siedząc w Trebizondowie, zachodził z nudów na dworzec kolejowy, nie wiedział bowiem, że sala drugiej klasy tegodworca stanowi dla mężów trebizondeńskich pewnego rodzaju agorá. Owego pamiętnego popołudnia wypadło właśnietygodniowe zebranie i Adaś wciągnięty na nie został naprawach członka nadzwyczajnego, wskutek czego spił sięnadzwyczajnie.

W kilka dni po pijatyce pani Wawelska, pragnąc podziękować państwu Świerkowskim za opiekę rozciągniętą nadjej synem, przyoblekła się w jedwabne szaty oraz biżuterięi pojechała z wizytą do willi szlacheckiej. Adam towarzyszył matce. Zaledwie pani Róża zaczęła nudzić panią Zofiędługimi okresami, panna Wanda wysunęła się z saloniku doogrodu. Wawelski przyglądał się przez czas pewien starym,powygniatanym fotelom i niezwykle zakopconym sztychom,wyobrażającym jakieś krwawe boje, przerzucał numery,,Kłosów” sprzed lat ośmiu, a wreszcie, zachęcony filuterniełagodnym uśmiechem pani domu, wyniósł się również.Panna Wanda przechadzała się po zacienionej uliczce w głębi ogrodu; gdy zbliżył się, przechyliła niedbale głowę i rzekła:

— Myślałam, że się pan już nie domyśli...

— Czego?

— Tego, że tyle czasu, bo pewno z kwadrans, nie jest panprzyjemnym warszawiakiem.

— Dla siostry pani?

— Dla siostry mej siostry.

— Ach, Boże! Ja ani tam, ani tu nie umiem być przyjemnym.

— I czemuż to, biedny panie Adamie?

— Bo straciłem wszelkie probierze krytyczne...

— Pragnęłabym szczerze współczuć panu, ale nie rozumiem, co to znaczy.

— Idzie tutaj o kolor błękitu. Raz wydaje mi się, że najpiękniejszym jest jasny błękit, kiedy zaczyna się zmierzch,to znowu czaruje mię lazur południa, czaruje jak preludiumChopina.

— I długo trwa ten ostatni stan bolesny?

— Trwa chwilkę, ale...

— Wiem: ta chwilka to wieczność. Czytałam już o tymw ponurych nowelach. Niech się pan upaja chłodem wieczornego błękitu — mówiła, siadając na darniowej ławce,otaczającej dokoła gruby pień jabłonki.

— Chłodem? Co znowu? Poezją, proszę pani, dramatemwreszcie. Ale ja przecież jestem podobno synem Południa:złośliwi nazywają, co prawda, taką przykrą południowośćpo prostu żydostwem; więc, jako niby syn Południa, kocham tylko te szafiry ciemne, cudowne, porywające...

— Aż kocham? Panie Wawelski, synu Południa...

— Aż kocham!...

— No i cóż się dalej stało w tej noweli?

— Piękny bohater truchleje z trwogi, że przepiękna bohaterka nie pozwoli mu usiąść obok siebie.

— Nieszczęśliwy! Czyż nie znajduje dokoła siebie na tympadole płaczu jakiegoś krzesełka?

— Krzesełka... nie, ale znajduje w sobie tyle odwagi, żesiada obok ubóstwianej.

— Rozumie się, na brzeżku kanapy.

— Ponieważ okrągłe kanapy nie mają żadnego brzegu...

— Więc biedak stoi, a pragnąc być uprzejmym i zajmującym zrywa różę, tylko nie tę sztamową, bo te pan Świerkowski sprzedaje po piętnaście groszy za sztukę, ale tamtę,z tego dużego krzaka, pąsową...

Adaś zerwał wskazaną różę i niosąc ją ostrożnie, mówił:

— Bohater dotyka róży ustami...

Panna Wanda oparła głowę o pień drzewa i przyglądała sięWawelskiemu spod rzęs. Ledwie dostrzegalny rumieniec zabarwił jej policzki.

— Co pan powiedział? — zapytała cicho.

— Mówiłem — szeptał Adaś siadając obok niej bardzoblisko — że...

— Ależ, panie Adamie, jak pan śmie!... — mówiła z oburzeniem udanym, odsuwając się od niego na odległość cala.

— Czyż ja śmiem cokolwiek?... Chciałem tylko, aby panidotknęła paluszkiem tej róży.

Pochylił się bliżej ku jej skroniom. Zapach włosów i ciałana wskroś go przeniknął. Słyszał, jak mu bije gwałtownieserce, widział, jak jej oczy ciemnieją, niby od napływającejdo tęczówek fali błękitu, jak białka pokrywają się siateczkądelikatnych naczyń, jak usta rozchylają się i pąsowieją,i przepyszne ramiona ledwie dostrzegalnie drgają.

— Niech pan usiądzie tam, dalej... Proszę wziąć sobie tęróżę i przypiąć do żakietu.

— Nie dotknie jej pani ani jednym paluszkiem? Nie prawą ręką, broń Boże! lewą... Przecież lewą można, o, tympaluszkiem...

Położył na jej wypieszczonej i miękkiej jak bukiet fiołków rękę swoją i gładził ją, ledwie dotykając. Gdy chciałtę rękę podnieść do ust, panna Wanda usunęła ją, uśmiechając się przekornie. Teraz wstrząsnęły nim te same dreszcze i jakby odebrały mu samowiedzę. Pochylił się naglei ucałował usta panny Wandy.

— Ach! — krzyknęła gwałtownie i zerwała się z ławki,lecz ręka jej pozostała w jego dłoni. Stała z przymkniętymipowiekami przed Adasiem, oblana po brwi rumieńcem.

Z tego gwałtownego jej ruchu, z tej nawet chwilowejbezwładności Wawelski wywnioskował, że na ustach pannyWandy złożył pocałunek — on pierwszy. Sprawiło mu tonieopisaną, przez mgnienie oka trwającą rozkosz. Schylił się,aby nieznacznie pocałować jej rękę, którą pieścił; wtedy panna Wanda wyrwała ją i odeszła.

Z odległości kilku kroków rzekła, nie odwracając się:

— Proszę nie iść za mną, bardzo pana proszę...

— Panno Wando, niech mi pani przebaczy! — mówiłAdam w pewnego rodzaju zgłupieniu. Nie wstał jednak z ławki. Z dala od ganku słychać było rozmowę zbliżających siępań starszych.

Panna Wanda wracała ku ławce. W oczach jej cudnie zawstydzonych malowało się ukrywane pod maską min przeraźliwie surowych uczucie szczerej i radosnej rozkoszy. Zbliżywszy się mówiła ze zmarszczonym czołem i nie patrzącna winowajcę:

— Co pan zrobił? Jak pan się ośmielił? Co za bezczelność!... Ja teraz chyba ospy dostanę ze wstydu!...

— Ja panią przepraszam, ja serdecznie żałuję, ale panima takie prześliczne oczy...

— Znowu bezczelność!... nie, wie pan, że to coś przerażającego!

Stała tak blisko, że Adam nie mógł się powstrzymać, abyjej nie objąć. Nim pani Wawelska i pani Zofia weszły nauliczkę, zdołał przyciągnąć pannę Wandę do siebie łagodniei w ciągu niewysłowionej sekundy trzymać ją w objęciach.Panna Wanda była pewna, że w tej chwili bogaty młodzieniec oświadczy się o jej rękę i dlatego nie opierała się.Wtem usłyszała rozmowę i odsunęła się chyżo. Pani Wawelska szła uroczyście, wykładając coś bardzo poważnego. Gdypodeszły blisko, pani Zofia przyglądała się siedzącej na ławceparze z uśmiechem zadowolenia. Stara dama zajęła miejscena ławce i potoczyła się rozmowa, wahając się między powieściami Kraszewskiego a konfiturami z niedojrzałegoagrestu.

Słońce za las zachodziło. Na łąkę wpełzała mgła jasnai rozpościerała się cisza letniego zmierzchu.

— Przecudny wieczór — zauważył Adam. — Co za cisza!,,Słyszę, kędy się motyl kołysze na trawie, kędy wąż śliskąpiersią dotyka się zioła”.

— Słyszy pan, że wąż się dotyka?... — zapytała pani Zofia z uśmiechem. — Ach! te zioła... Rozsada, buraki, selery.

— Nie lubi pani wsi?... — zapytał Wawelski.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.